E-book
9.56
drukowana A5
33.1
Nie idź tam, człowieku

Bezpłatny fragment - Nie idź tam, człowieku

Objętość:
171 str.
ISBN:
978-83-8126-487-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 33.1

CO JA TU WŁAŚCIWIE ROBIĘ?

Jestem paciorkiem w długim łańcuszku nanizanych na drogę, obładowanych plecakami indywiduów. Wszyscy mamy jedno w głowie: zdążyć do „Albergue” zanim dojdą tam inni, złożyć plecak obok łóżka, a potem siedząc na progu obserwować, jak ktoś zmęczony i rozczarowany rusza w dalszą drogę z nadzieją, że wszyscy ci młodsi, szybsi, silniejsi, już swoje miejsca do spania znaleźli.

Co ja tu właściwie robię?

I skąd się wzięło to „my“. To przecież ja jestem tym, który musi się jeszcze trzy kilometry wlec, mimo, że nie jestem w stanie przejść nawet trzech metrów. Ja! Nie „oni“, a już na pewno nie „my“.

Ale przecież powinienem być szczęśliwy, że to tylko trzy kilometry, a nie pięć, albo zgoła siedem — niewyobrażalna odległość.

Jestem na Camino de Santiago, i ludzie, których spotykam dzielą się na trzy kategorie: tych, którzy ruszyli w drogę po przeczytaniu książki Hape Kerkelinga — to ja i wszyscy Niemcy, tych, którzy przeczytali „Pielgrzyma“ Paulo Coelho — to reszta świata z wyjątkiem Amerykanów, których do pójścia w drogę natchnęła swoją „A Journey of the Spirit“ Shirley MacLaine, i wreszcie Ci którzy nie czytali żadnej z tych sławnych książek. Liczba takich, którzy przeczytali przynajmniej dwie z tych książek jest tak niewielka, że sama wzmianka o nich jest już stratą miejsca i czasu. Ale są tacy, więc i o nich wspomnieć trzeba. Ja się do nich w każdym razie nie zaliczam.

Mnie w drogę wysłał Hape, popularny niemiecki komik, homoseksualista, który zdobył sławę drwiąc niemiłosiernie z różnych ważnych postaci. Wszystkiego bym się po nim spodziewał, lecz na pewno nie tego, że ruszy w drogę na duchowy trakt Europy. Tym bardziej, że i postury jest raczej puszystej, mało sportowej. A teraz wlokę się tędy, tłumiąc wściekłość na niego za to, że obok mnie idą tysiące ludzi tak jak ja, pchniętych w drogę, którą bez niego nigdy by nie poszli, a najbardziej chyba wściekam się, że sam dałem się porwać modzie.

Jeżeli on dał radę, pomyślałem, to ja dam radę dwa razy i w trzy tygodnie po przeczytaniu książki byłem już w drodze. W butach, których wibramowe podeszwy spokojnie wytrzymają dalsze osiemset kilometrów (to razem będą trzy tysiące), z plecakiem, co przez siedemnaście lat tak się do moich pleców ułożył, że czasem nie wiem nawet, że go mam na sobie, ze sprawdzonymi skarpetkami, bielizną, i z nowym kijkiem do podpierania (kolana już nie chcą śmigać) przejdę tę drogę śpiewająco, tym chętniej, że Hiszpanię znam jak dotąd tylko od strony plaży.

A i sama droga wydaje się o niebo łatwiejsza od przestrzeni Laponii, karpackiej głuszy, czy przepełnionych szlaków alpejskich. Szykuje się piękna, łatwa i niedroga wycieczka. Musi coś być w tej drodze, że ją tylu opisuje. Szkoda, że aż tylu nią idzie.

Idą z nami także ci inni. Ci, którzy nic na ten temat nie czytali, którzy nic nie wiedzą, nie mają pojęcia jak się przygotować. Gnani wiarą i zachętami swoich proboszczów, bez przygotowania, bez dobrego plecaka i specjalnej bielizny, nawet przeciw deszczowi nic przyzwoitego nie mają. W codziennych swoich butach, idą jak istoty nie z tej ziemi, co to nigdy nie widziały sklepu sportowego. Idą z obawą, nieśmiało ważą się w nieznaną drogę. Dziwnie i trochę nie na miejscu wyglądają w masie dobrze wyposażonych, wesołych i pewnych siebie turystów.

Po paru dniach patrzę już na nich innym okiem. To właśnie oni są tu u siebie, bo bez nich nie było tej drogi, a bez tej drogi nie byłoby ich. To oni właśnie to prawdziwi pielgrzymi. My, produkty przemysłu turystycznego, rajskie ptaki, przylatujące tu po kolejną porcję wrażeń, prędko nauczymy się ich szanować. A co jeszcze ważniejsze nauczymy się, że najważniejszym pytaniem na tej drodze nie jest: “gdzie tu najbliższy bar?“, mimo, że odpowiedź na nie jest często egzystencjalnie ważna, lecz: “dlaczego idziesz?“

I wcale nie dlatego, że odczuwasz potrzebę zgłębienia duszy bliźniego. Nie. Twój bliźni w odpowiedzi mamrocze coś, co dla niego wydaje się ważne, lecz ty wsłuchujesz się w jego pospiesznie zebrane do kupy zwierzenia tylko po to, by usłyszeć w niej swoje własne motywy. Słuchasz i czekasz niecierpliwe, aż skończy wreszcie gadać i sam zada ci pytanie: „a co ciebie tu przygnało?“. Wtedy zalewasz go własnym słowotokiem. A jeśli nie spyta? Wtedy zalewasz go tym samym, z tą różnicą, że w tym wypadku wybierasz formę polemiki, co ma te zaletę, iż wygląda jakby cię naprawdę obchodziło, co twój rozmówca powiedział.

Jakby się jednak rozmowa nie potoczyła, ważne jest, że ludzie sobie stale nawzajem coś opowiadają i za każdym razem przytaczają inne motywy. I to jest właśnie sens drogi. Tylko wpadamy na to dużo, dużo później.

Teraz przemierzam właśnie Pireneje w niebiańskiej pogodzie, sam w słońcu i błękicie, patrzę na kłębiące się pode mną chmury. Jestem bardzo zadowolony z decyzji wzięcia w St. Jean Pied de Port taksówki, która mnie wywiozła do Orrison. To pierwsze schronisko, w którym można przenocować w drodze do Santiago, ale ponieważ pięknie położone, więc zawsze pełne. Zresztą jest to w zasadzie normalne górskie schronisko, w którym oprócz pielgrzymów zatrzymują się także liczni w tych okolicach turyści.

Początkowy plan był taki, aby zarezerwować sobie telefonicznie w schronisku miejsce i pierwszego dnia dojść tylko tam. Cały etap liczy dwadzieścia siedem kilometrów i jest stanowczo za długi dla 66-letniego mieszczucha, który jeszcze do tego stale siedzi przed komputerem. Dlatego postanowiłem go sobie podzielić. Dziewięć kilometrów, to akurat dobry dystans na pierwszy dzień i biorąc taksówkę skracam sobie ten etap do osiemnastu kilometrów, co ciągle jeszcze (jak na pierwszy dzień) jest sporo, ale mieści się w rozsądnych granicach.

Idę więc sobie radośnie w majowym słoneczku naprzeciw pięknej przygodzie. Za mną, na podejściu do Orrison, umiera właśnie czterdziestoparoletni Kostarykańczyk. Ale tego dowiem się dopiero przy kolacji w restauracji w Roncesvalles, gdzie przy zastawionym dla pielgrzymów stole siedzi koło mnie niedźwiedziowaty, dobroduszny Bawarczyk. Był właśnie przy tym, próbował ratować, ale nie dało się już zrobić nic więcej, jak tylko zadzwonić po karetkę, która zmarłego i jego brata, bo we dwóch mieli tę drogę przejść, zawiozła z powrotem do St. Jean Pied de Port. Prawdopodobnie był to zawał serca. Mój rozmówca nie wie. I nie dowiedzieliśmy się tego do końca, mimo iż wydarzenie podążało za nami, aż do samego Santiago de Compostela. Opowiadano, że brat zmarłego chciał z jego ciałem wracać do domu, ale rodzina poleciła mu kontynuować pielgrzymkę. Jeżeli tak to musiał iść w odstępie kilku dni za nami, niosąc w samotności Świętemu Jakubowi duszę zmarłego brata.

Oni nie byli turystami.

Ja byłem. W biurze obsługi pielgrzymów w St. Jean Pied de Port, gdzie odbierałem swój „Credencial del Peregrino“ — inaczej mówiąc „legitymację tanich schronisk pielgrzymich“ — musiałem wypełnić w formularzu rubrykę „Powody: religijne, duchowe, turystyczne, inne.“

Turysta ze mnie na pewno, ale zakreśliłem „duchowe“. Z jednej strony głupio, na najstarszej drodze pielgrzymkowej świata, występować jako turysta, z drugiej wcale nie musiałem kłamać. Czyż wszystkie moje dotychczasowe wędrówki nie miały duchowych motywów? Kto szuka samotności w bezkresach lapońskiej tundry, kto na rozkwieconych karpackich łąkach rozmyśla na sensem życia, czy nie robi tego z powodów duchowych?

Dając tę odpowiedź nie wiedziałem jeszcze, w jakim stopniu byłem jednak turystą. Dopiero wiele dni później dogoniło mnie te dziewięć kilometrów taksówka. Dogoniły mnie, te kilometry, prześladowały i męczyły, przypominając, że już nie przejdę całej drogi. A okoliczność, że nie musiałem przecież tego nikomu opowiadać, nie łagodziła poczucia straty bardzo ważnego odcinka drogi — jej początku mianowicie.

Tymczasem byłem jednak w Roncesvalles. Pireneje na stronę hiszpańską spadają stromo i na odcinku czterech kilometrów trzeba pokonać tę różnicę wysokości, na której osiągnięcie od ich północnej strony potrzeba było dwadzieścia. Nic dziwnego, że to zejście należy do najbardziej osławionych na całej drodze. Mogę tu iść tylko tyłem. Wcale nie jest tak trudno, a oszczędza kolana w stopniu niebywałym.

Pierwsza noc w towarzystwie siedemdziesięciu osób, w wielkiej sali przerobionej z klasztornego refektarza mogłaby być nieprzyjemna. Ale nie była. Miedzy innymi jest to zasługą uroczej pary gospodarzy, Holendrów, których turnus właśnie na ten czas przypadał. Wiele schronisk należy do rozmaitych stowarzyszeń i opiekują się nimi wolontariusze, na ogół poświęcając w tym celu swój urlop.

Tu pierwszy raz została nadwyrężona moja turystyczna powłoka. Powitanie bowiem nie było uprzejme, nie było nawet serdeczne (bo i takie się w hotelach zdarzają). Nie. Zostałem powitany jak człowiek, który ma przed sobą jakieś ważne zadanie do spełnienia, jest zmęczony i należy mu się odpoczynek. Jak pielgrzym właśnie. Czyli ktoś, kto — inaczej niż turysta, mający przyjemność w samym wędrowaniu — podejmuje się tego trudu dla jakiegoś ważnego, niedostępnego turystom celu.

Sen przyszedł szybko, do czego przyczynił się nie tylko marsz, ale i pokaźną ilość winą, którą wchłonęliśmy z Bawarczykiem ze smutkiem potrząsając głowami nad losem pielgrzyma z Kostaryki.

Ranek był tak piękny, że już piękniejszy być nie mógł: ptaszki śpiewały, kwiaty pachniały, słonko świeciło, a lasy dawały głęboki romantyczny cień. Cały świat był przesiąknięty sprawdzonym, wszechobecnym, przynależnym do poranka turystycznym kiczem. Dobrze się idzie przez taki kicz.

I wtedy stanąłem nad grobem. A może przed pomnikiem, bo skąd by w naszym przeregulowanym, konwencjami sterowanym świecie, wziął się grób w lesie. Więc przed pomnikiem, raczej — wspomnieniem po człowieku, który chciał iść tam gdzie ja.

Shingo Yamashita doszedł tylko tutaj. To było w sierpniu 2002 i miał 64 lata. Jego szczątki spoczywają prawdopodobnie w ukochanym Nipponie, ale on sam jest tu, z nami, i każdy przechodzący jest chwilę z nim. Każdy coś kładzie, kamyk, albo wstążeczkę, cokolwiek, co akurat jest pod ręką i pomyśli o tym, co go właśnie najbardziej trapi. Na przykład, czy warto jest ulegać ambicjom i natężać się ponad własne siły? Co przyszło Kostarykańczykowi z tego, że tak odważnie zaczął? Wziąłby tak jak ja taksówkę, doszedłby spokojnie do celu. Albo i nie, bo z drugiej strony, czy podjęcie wysiłku ponad możliwości musi zawsze wynikać z fałszywych ambicji? Może są jeszcze jakieś inne motywy, których ja po prostu nie rozumiem. A jeżeli takie są, to czy zrozumiem, czy pojmę je kiedyś? Co ja tu właściwie chcę, czego szukam? Czy chcę zobaczyć kraj, czy „zaliczyć“ słynne Camino, żeby się potem chwalić przejściem, czy chcę zastanowić się nad swoimi problemami, stracić parę z moich 105 kilo, czy po prostu przez kilka tygodni robić coś innego?

Dziękuję panu, panie Shingo Yamashita… dzięki panu zbliżyłem się trochę do celu, o którym jeszcze wcale nie wiem. Proszę, Panie Yamashita, tu jest mała muszelka ode mnie. Tu będzie dobrze pasować, koło tej wstążeczki.

Dwa dni później spotkam młodego Amerykanina kipiącego siłą i energią — wcielona radość życia. Zamierza zrobić drogę najwyżej w dwadzieścia dni, lepiej mniej. To oznacza przynajmniej czterdzieści kilometrów dziennie. Ale to maratończyk, trzy razy w tygodniu biega wokół Waszyngtonu (miasta, nie stanu). Powinien dać radę. A może niekoniecznie. Co innego kręcić trzy razy w tygodniu te same kółka po parkowych alejkach stolicy, co innego dzień po dniu iść po nieznanych, kamienistych drogach. Wszystkiego najlepszego, Jimmy, dzięki Tobie wiem, że to nie fałszywe ambicje rzuciły mnie na tę drogę. Dzięki Tobie znam przynajmniej część odpowiedzi na pytanie, jakie mi zadał pan Yamashita.

Ale to będzie później. Na razie muszę dojść do Zubiri. Bądź, co bądź, dwadzieścia dwa kilometry. Schronisko w Erro, w którym spodziewałem się przenocować, zostało przeniesione i leży chyba teraz w tej wiosce, którą widzę w dolinie — na oko dwa kilometry. Musiałbym zboczyć z trasy, potem dwa kilometry z powrotem, by na nią wrócić. Nie czuję się na siłach do nadkładania drogi zwłaszcza, że zniechęca mnie słowo „chyba“. A do Zubiri zostało mi jeszcze tylko siedem kilometrów. Po drodze mijam stare schronisko. Pięknie położone, z widokiem na rozległą dolinę. W cieniu zapadłego dachu odpoczywa krowa.

Droga wiedzie przez gęsty liściasty las. Jest ciemna i wilgotna. Powoli przedzieram się przez błocko, gdy mija mnie radośnie świergoląc, grupa lekkostopych, eleganckich, wesołych, niemieckich turystów. Z wdziękiem poruszają się ze swoimi szykownymi plecaczkami (dużymi akurat na tyle, aby można było zmieścić dwie kanapki, wodę i sweterek) w kierunku czterogwiazdkowego hotelu, gdzie rozpakują swoje ciężkie walizy (kierowca wstawił je już na pewno do pokoju) i przebiorą się w odpowiedni do eleganckiej kolacji strój. Szklaneczka wina z Rioja nadaje się bardzo dobrze, by podkreślać nią wrażenia z wędrówki. Czemu nie? Okolica jest piękna, jak stworzona do wędrówki, i akurat ten odcinek, z jego pięknym lasem i perspektywami, jakie się roztaczają z licznych polanek, jest wyjątkowo atrakcyjny.

Pozdrawiamy się serdecznie jak na turystów przystało. Dopiero wiele dni później, gdy w miasteczku Carrión de los Condes wylądowałem w małym hoteliku, gdyż wszystkie schroniska były przepełnione, dowiedziałem się, że dama, która właśnie dwoma gigantycznymi walizami zablokowała całe foyer, uważa że jest na pielgrzymce, że jest już cały biznes „pielgrzymkowy“, że biura podróży organizują wycieczki, podczas których uczestnicy za ciężkie pieniądze ida piechotą, za to ich bagaże wygodnie przemieszczają się autobusem z jednego eleganckiego hotelu do drugiego i że rozświergotani turyści w lesie przed Zubiri wierzyli głęboko, że są pielgrzymami.

Kochani, nie byliście pielgrzymami. Nawet karykaturą pielgrzymów nie byliście. Ale dobrze, że was spotkałem. Poprzysiągłem sobie wtedy — jako turysta — że nigdy nie skorzystam z usługi przewożenia bagażu, którą oferowano prawie wszędzie za jednolitą i przystępną cenę 6 €, czyli tyle, co za nocleg. Za to ja, jeszcze turysta, po raz pierwszy poczułem się trochę pielgrzymem, bo być pielgrzymem to nie znaczy tylko pod ciężarem przesuwać zmęczone stopy tak długo, aż dojdzie się do jakiegoś noclegu, ale wziąć na siebie świadomie także ciężar następnych dni, zaakceptować niepewność i nieść ją w sobie z radością. Dokładnie to się wtedy zdarzyło — zakiełkował we mnie pielgrzym. Jeszcze bardzo nieśmiało, ale czułem się z tym bardzo dobrze i lepszy od tych turystów. To ostatnie było oznaką, że kiełek jest bardzo malutki, bo pielgrzym nigdy nie uważa się za coś lepszego od innych. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.

W Zubiri wylądowałem w bezdusznym, rzeczowo wyposażonym schronisku, prowadzonym przez gminę, które stało w takim kontraście do wczorajszego — w Roncesvalles, w jakim może być tylko grill-party na trawniku w blokowisku, do zachodu słońca na Helu. Tutaj też po raz pierwszy spotkałem się z osobliwością, która miała mi towarzyszyć prawie stale w mojej wędrówce. Mianowicie z prysznicem.

Prysznice w schroniskach nie są takie jak ich bracia i siostry na całym świecie. Mają wprawdzie (z reguły) u góry sitko, z którego (z reguły) leci woda, pośrodku krany do kręcenia nimi, a na dole odpływ. Ale na przykład niekoniecznie muszą mieć drzwi, co akurat w tych schroniskach, w których sanitariaty nie są rozdzielone wedle płci (a na jedno takie trafiłem) prowadzi czasem do uroczych scen. Ale czego w hiszpańskich prysznicach się nie spotka i spotkać nie może to… haki i stołki. Takie do zawieszenia, albo do położenia na nich ubrania. Czemu tak jest, dokładnie nie wiadomo. Tubylców pytać nie mogłem, gdyż hiszpańskiego nie znam, a oni wyłącznie; pielgrzymi natomiast, z którymi ten problem rozważałem, skłaniali się do tezy, iż być może Japończycy ciągle jeszcze zbyt wiele żądają za licencję na haki.

W każdym razie rzecz była dość zabawna. Człowiek rzadko udaje się do łazienki nago. Jakieś tam ubranie na sobie musi mieć i rozbiera się tuż przed wejściem pod prysznic, zwłaszcza gdy musi w tym celu przejść przez podwórko do nowego, schludnego domku, w którym w Zubiri pomieszczono toalety, prysznice i kuchnię. Idę więc spłukać z siebie trudy dnia. Wszystko nowiutkie, lśni czystością, tylko używać. Z lewej toalety, z prawej prysznice, pomiędzy — dziewicza biel kafelków, a kafelki w Hiszpanii… sami wiecie. Może za ładne, żeby wbijać w nie haki? Na wewnętrznej stronie drzwi także nie ma haków. I słusznie. Kabiny są takie ciasne, że moje 105 kilo ledwo się w nich może obrócić, a ubranko by się kompletnie zachlapało. Szukam więc znowu na zewnątrz, co ma mniej więcej tyle sensu, co zaklinanie deszczu przez posłów. Przecież patrzyłem już tam i wiem, że nic nie znajdę.

Opłaciło się jednak wyjrzeć. Haków, jak nie było, tak nie ma, ale przed drzwiami stoi pielgrzym i też chce się umyć. Węgier. Ja „nem tudom“, on „ne rozumic“. „No comprendo“ umiemy obaj. Wystarczyło parę gestów, kilka spojrzeń na mokrą podłogę i Węgier stoi przed kabiną z moim ubraniem w ręku, a za chwile ja trzymam jego rzeczy, podczas gdy on radośnie się pluszcze. Ktoś miał jednak genialny pomysł z tymi hakami. Tak buduje się międzynarodową współpracę.

Następnego ranka wypróbowałem jeszcze kuchnię, próbując zagotować wodę na herbatę. Udało się. Cóż więcej trzeba? Spałem wspaniale, do Pampeluny mam dwadzieścia kilometrów, dojdę śpiewająco. Tylko dzień zapowiada się jeszcze gorętszy niż wczoraj. I rzeczywiście jest. Tym bardziej, ze opuściłem już podgórze Pirenejów i wysokość nie łagodzi skwaru.

Z Zubiri wychodzi się niemiło: wąska ścieżka przez opłotki, wyprowadza prosto pomiędzy jakieś ogromne wykopy i hałdy — tereny pobliskiej cementowni, ale potem wszystko nagradza zielony las. Las tak gęsty, że ścieżka pod drzewami chyba nigdy nie schnie. Ślizgam się na ostrym podejściu, wreszcie jakiś odcinek równy, w dole potok, przed ześlizgnięciem się w który, zabezpiecza idących płot z siatki. A potem — jak zawsze po wejściu na górę — zejście. Dla większego bezpieczeństwa wzmocnione starymi podkładami kolejowymi. Ułożone w poprzek ścieżki tworzyły coś w rodzaju rzadko rozstawionych stopni, które wprawdzie nie pomagały w zejściu, ale zapobiegały spłynięciu gliniastej ścieżki całkiem na dół. Na jednym z takich podkładów, jeszcze bardziej śliskim niż inne, poczułem, że fruwam. Stopy do przodu, tyłek do tyłu, a plecak nadawał przyspieszenie krzyżowi, celującemu dokładnie w belkę. Jak mi się udało wbić kijek w ziemię, to jeszcze akurat pamiętam, ale jakim cudem wykonałem na nim taki piruet, że, po trwającym całą wieczność upadku, wylądowałem na lewym boku po prawej stronie ścieżki, w miękkiej glinie, poza niebezpieczna belką, nie wiem do dziś. To wie tylko mój kijek, który trwał dumnie miejscu, w którym mnie wyratował, wygięty w moją stronę, jakby chciał spytać, jak się czuję. Wprawdzie nic mi nie powiedział, ale mimo, iż wyprostowałem go starannie i z czułością w plątaninie korzeni, nie pozwalał się już zsuwać. Czuł się wielki i takim chciał już pozostać.

Nawiasem mówiąc mój kijek należał do najniższej kasty wśród pielgrzymich kijów. Prosty i skromny, niepozorny i solidny, teleskopowy turystyczny kijek z korkową rączką, po ciężarze sądząc, nawet nie aluminiowy. Naprawdę żaden elegant. Niżej od niego były zaszeregowane tylko kijki używane parami. Uważam to za niesprawiedliwe. Kijki nie ponoszą winy za to, że ich właściciele używają ich tak niestylowo. Najwyżej w hierarchii stał oczywiście prawdziwy kij pielgrzymi. Taki kij musi być przynajmniej na dwa metry wysoki, własnej roboty, najlepiej z krzywo wyrżniętymi zdobieniami. Im bardziej krzywo, tym lepiej, tym pewniejsza gwarancja, że własnoręcznie. Wysoko ceniona była także zwykła gałąź. Dobrze widziane były również „autentyczne kije pielgrzymie“, do nabycia w co drugim sklepiku na Camino w cenie od ośmiu do dwunastu euro. Te ostatnie miały z reguły wypaloną (czasem nawet przybitą) muszlę Jakuba, były zatem warte swojej ceny. A mimo to autentyczne stawały się dopiero wtedy, gdy podobnie jak mój pogardzany masowy wyrób dotarły ze swoim pielgrzymem do Santiago de Compostela. A tam, u wrót katedry, mój tani kijek z Hong Kongu był tak samo autentyczny jak wszystkie inne. A generalnie rzecz biorąc, kijek jest — zaraz po butach — najważniejszą rzeczą na Camino, i jednych i drugich nie można osądzać według kryteriów mody. Pielgrzym bez kija, kijka, czy kijaszka, to pielgrzym stracony na długich śliskich zejściach, jakich Camino nie szczędzi. Kij musi być mocny, godny zaufania i stanowić jedność ze swoim właścicielem. Mój chyba był, bo nie tylko ja zbliżałem się do nieznanego jeszcze celu, ale także mój kijek zrobił krok w kierunku przeobrażenia się w prawdziwy kij pielgrzymi.

Liściaste drzewa zostały za mną. Teraz powoli pokonuję porośnięte piniowymi lasami pagórki. Pinie dają niewiele cienia, ale gdy się skończyły i wyszedłem na otwartą przestrzeń, nauczyłem się je cenić. Prawie nie odstawiam butelki od ust, piję bez przerwy a do Pampeluny coraz dalej. Mam ze sobą wykaz schronisk, z krótkimi opisami i opiniami pielgrzymów, którzy w nich nocowali. Pięć kilometrów przed Pampeluną jest Trinidad de Arre, schronisko w starym klasztorze, przy średniowiecznym moście, bez ogrzewania (akurat za tym tęsknię), za to ze starym przyklasztornym sadem. Mają tam także wydzieloną salę dla chrapiących. To by było tylko piętnaście kilometrów dzisiaj, ale skwar jest porażający. Most zapowiada bliskość wody, sad obiecuje cień, a ja do tego chrapię. No i prysznice też są.

Pośrodku upału czeka na mnie nieznajomy mężczyzna. Ramię w górze, jakby mi chciał dać w dziób. Ale może chce mnie raczej ugryźć, bo spod ronda skórzanego kapelusza, jaki noszą australijscy kowboje, błyszczą już z daleka niebezpiecznie duże zęby.

Hi, Pilgrim. I’m Kiwi. How are you. Podniesione ramię opada do serdecznego uścisku dłoni. I tak znalazłem towarzysza dalszej drogi. Roger z Auckland czeka tu na ludzi, z którymi wyszedł dziś rano z Larrasoaña. Para małżeńska z Anglii i ich przyjaciółka. Ale kobiety strasznie wolno idą. Czekamy, rozmawiamy i znajdujemy wspólny język. Postanawiamy nie iść już dzisiaj do Pampeluny, tylko zostać w klasztorze, który widać w odległości dwóch kilometrów. Anglicy wreszcie nadchodzą i ruszamy. Oni stosunkowo szybko, ja dużo wolniej, gdyż na zejściach dokuczają mi kolana.

W schronisku ani śladu Rogera i Anglików. Pewnie je przegapili. W Villava jest jeszcze jedno i tam ich pewnie znajdę. Ich strata, ja za to znalazłem się w małym raju: klasztorny sad, chłodna trawa, ogromne stare drzewa, pełno głębokiego cienia, w nim małe kąciki ze stołami i krzesłami, gdzie można się ratować przed upałem. Nawet kilka leżaków się znalazło.

Szybko pranie i na sznur, by jeszcze wyschło zanim słońce schowa się za wiekowym murem. Prysznic — nie mogę sobie przypomnieć: były haki, czy nie. Ale chyba kabiny były na tyle szerokie, że można było ubranie przewiesić przez drzwi bez obawy zachlapania. Z ulgą wyciągam się na chłodnej trawie, pod dużym starym drzewem. Może z pół godzinki tak spałem. Wieczorem do miasteczka, szukam mojego Kiwi. W drugim schronisku też go nie ma. Szkoda. Dobrze byśmy do siebie pasowali.

Kiedy następnego ranka opuszczam te cudowną oazę, okazuje się, że Villava to praktycznie już przedmieście Pampeluny, i że cała droga prowadzi brzydkimi, biednymi dzielnicami. No cóż, tak też musi być. Kto powiedział, że pielgrzymka to piękne widoki i natura? Nie narzekaj Jędruś, to tylko parę kilometrów, a Pampeluna jest ponoć bardzo ładna. I rzeczywiście. Kontrast między ulicą, która mnie wyprowadza z przedmieścia na brzeg rzeki Arga i parkiem, który nad nią leży każe spodziewać się w mieście prawdziwych cudów. Gdzieś tu, kilkaset metrów w lewo, musi leżeć schronisko „Casa Paderborn“, prowadzone przez Towarzystwo Św. Jakuba z Paderborn. Bardzo polecana ze względu na komfort. Właściwie chciałem tu wczoraj dojść, i gdyby mnie upał nie dobił, spałbym pewnie tutaj.

Igram z myślą by może zatrzymać się dziś tutaj. W ten sposób miałbym cały dzień na zwiedzanie Pampeluny. To przecież prawie obowiązek, zwiedzenie najstarszego miasta, które swe powstanie i rozwój zawdzięcza wyłącznie pielgrzymom, których coraz większe masy nadciągały od strony Pirenejów, po odkryciu grobu apostoła Jakuba. A musiało ich być zadziwiająco dużo, skoro opłacało się wybudować dla nich most (właśnie go dziś przekraczałem — most Św. Magdaleny), wybudować hospicja i utwardzić drogi. Wokół tego wyrósł handel i rzemiosło, to przyciągnęło więcej stałych mieszkańców i w ten sposób powstało pierwsze miasto na drodze Św. Jakuba.

Ale nie. Byłoby głupio kończyć dzień po przejściu siedmiu kilometrów. Rezygnuję z pomysłu i gubię się w labiryncie zaułków Navarrerii. Tak się nazywa najstarsza dzielnica Pampeluny. Pewną pociechą jest fakt, że Camino de Santiago od stuleci biegnie tą samą drogą i że przemierzam te same uliczki, którymi pielgrzymi szli już osiemset lat temu. Nic z tego nie mam, ale czuje się jakoś tak… historycznie. I zabawne, bo mam pełna świadomość, że jestem częścią tego miasta. I to częścią, bez której Pampeluna nie byłaby już taka sama. Jako turysta nigdy bym tego uczucia nie zaznał. Nie byłbym częścią historii.

Kilka lat temu byłem w Kordobie. Nocowałem w maleńkim hoteliku w samym centrum. Okna pokoju wychodziły wprost na ścianę meczetu Omara. Prawie na wyciągnięcie ręki. No, może przesadzam. Ulica miała te swoje pięć metrów szerokości. Na każdym kroku piszczała, kłębiła się, pchała się w oczy historia. Całe miasto wibrowało historią. A pośrodku ja, zadowolony widz, który za swoje pieniądze dostaje to, czego się spodziewał. Od meczetu do mostu, od mostu do synagogi, tu szybko coś przekąsić, tam kupić antyczny świecznik. Stop. Antyczny świecznik był w Toledo, całkiem nowiutki i wcale nie taki drogi.

W Pampelunie jest inaczej. Tu jestem jednym z tysięcy, którzy nadawali miastu charakter, którzy pomogli mu się stać tym, czym jest dzisiaj. Tutaj nie jestem obcy. Moje miejsce jest na tej ulicy. Należę do krajobrazu. Beze mnie ulice Pampeluny straciłyby swój charakter. Miasto nas potrzebuje, nas — pielgrzymów. Kroczę więc sobie dumnie, jak i inni przede mną kroczyli. Mam łatwiej. Droga jest starannie oznaczona. Co chwila widać żółte strzałki, albo muszle, których trzeba szukać bądź na ścianach domów, bądź pod nogami, gdyż często płyty chodnikowe kładzione na ulicach, którymi przebiega pielgrzymka, już w produkcji zdobione są motywami związanymi z Camino. Widać to zwłaszcza w małych miasteczkach, na które, od czasu uznania Camino de Santiago za światowy spadek kultury, spada prawdziwy deszcz pieniędzy z Unii, na utrzymanie wszystkiego, co ma związek z Drogą. Do tego dochodzą rozliczne towarzystwa społeczne, troszczące się o właściwe oznakowanie drogi.

Nic dziwnego, że Camino de Santiago można śmiało uznać za najlepiej oznakowany szlak świata. Tylko idiota może się tu zgubić. Stoję właśnie bezradnie pośrodku średniowiecznego placyku i zastanawiam się, której z wielu krzywych uliczek mam zaufać. Jeden z dwóch pracowników zarządu miasta, którzy właśnie oparci o swoja śmieciarkę, robią sobie przerwę na papierosa, wyciąga rękę. Tamtędy. Aha. Dziękuję wam obywatele zacni Pampeluny. Co byście bez nas, pielgrzymów, robili?

Jako że postanowiłem zrezygnować ze zwiedzania, idę bez rozglądania się dalej. Ale nawet to co rejestruję tylko kątem oka, strasznie mnie kusi, by zmienić decyzje i zostać. Jak się potem okazało, raz podjętej decyzji należy się trzymać. Mam do wyboru dwa refugia: w Cizur Menor już za cztery kilometry, drugie w Uterga, dwanaście kilometrów dalej. Przed refugium w Cizur Menor mijam niewielki skwerek z biedna trawką, ale za to z drzewem dającym wspaniały cień. Na ostatnich pięciu kilometrach nie było nawet cienia cienia. Skwerek kusi. Jeśli się tu zatrzymam to będę miał zrobionych tylko dziesięć kilometrów. Zawstydzająco mało, jak na pensum dnia, ale dwudziestu dwóch kilometrów w tym upale nie przetrzymam, więc decyduję się raczej wstydzić. Padam w cieniu, dołączając do towarzystwa innych pielgrzymów i z zamkniętymi oczami wysapuję z siebie upał.

Gdy otworzyłem oczy stał nade mną Kiwi. Też się wczoraj martwił, że nasza znajomość trwała tak krótko. Tym bardziej, że i tak postanowił rozstać się z Anglikami. Wczoraj rzeczywiście przegapili „Trinidad de Arre“ i wylądowali tam, gdzie ja właściwie chciałem, w „Casa Paderborn“. „Awfull“, odpowiada Kiwi na mój pytający wzrok, a wyraz obrzydzenia na jego twarzy podkreślał jeszcze ton oburzenia w głosie. „You were permanently said what you shouldn´t do, what is forbidden, and how you have to behave yourself. It was so german. I was sick of it.“ — „Ciągle ci mówią, czego nie możesz, co zabronione i jak masz się zachowywać. To było takie niemieckie. Niedobrze się robiło“

Musiało to być rzeczywiście nieprzyjemne przeżycie, gdyż, w trakcie naszego dalszego wędrowania, wracał do tej nocy jeszcze kilkakrotnie. Szkoda jednak, że tam nie nocowałem, gdyż do dziś nie wiem, czy Kiwi miał po prostu pecha i trafił na prawdziwą prusacką duszę, która właśnie pełniła obowiązki gospodyni refugium, czy też był to zwykły typowy niemiecki „Ordnung“, który tak mojego przyjaciela rozjuszył.

Tego już nie da się ustalić, i gdy kilka tygodni później trafiliśmy znowu do refugium, prowadzonego przez Niemców, widać było po nim, że spodziewa się najgorszego. Ale nie było tak źle, a nawet można powiedzieć — miło.

W Cizur Menor było nawet bardziej niż miło. To pierwsze prywatne refugium, w jakim nocowałem. Prywatne to znaczy nastawione na zysk. Refugia municypalne, czy prowadzone przez rozmaite organizacje, są nastawione co najwyżej na zwrot kosztów, a niektóre są nawet dotowane. Pomijając wygodnie urządzone sypialnie, fontannę z prawdziwymi żółwiami w ogromnym ogrodzie, jaki stał nam do dyspozycji, gospodyni była mistrzynią w tworzeniu dobrej atmosfery. Robiąc, bądź co bądź, interes na pielgrzymach, potrafiła połączyć zdolności managera hotelu z nieudawanym matkowaniem swoim gościom. Była cały czas z nami, dla nas i widać było, jaką radość jej sprawia podejmowanie obcych ludzi… co ja plotę? jakich obcych? Czar polegał właśnie na tym, że nie byliśmy obcymi w jej domu.

Jak tylko byliśmy gotowi z praniem i trochę pojadłszy rozwaliliśmy się na leżakach w cieniu przy fontannie z żółwiami, wzięła nas jak swoich do pomocy przy czyszczeniu tejże. Coś się zatkało w plującej wodą rurce i gospodyni chciała to przeczyścić bez zakręcania wody. W efekcie, po dziesięciu minutach zmagań, ociekałem zielonkawa wodą, a wodę i tak trzeba było zakręcić. Wysychałem, karmiąc żółwie kawałkami kociego żarcia z puszki. Żółwie porywały je wprost z widelca, którym je wydłubywałem. A gospodyni dawała nam dobre rady na drogę. Doña Maribel przeszła już drogę kilkakrotnie i jeżeli czegoś na jej temat nie wiedziała, to znaczyło to, że tego wiedzieć nie warto. Jedna z jej rad utkwiła mi szczególnie w pamięci. Za jakieś dwa tygodnie, staniemy przed odcinkiem, który powinniśmy iść nocą. Odcinek niespecjalnie długi — siedemnaście kilometrów — prosty jak strzała, równy jak klepisko, bez cienia, bez wody, bez jednego zabudowania po drodze. W upał przykry do przejścia, w nocy natomiast — jeślibyśmy jeszcze mieli szczęście trafić na pełnię — pełen uroku i tajemnicy. Sama szła, to wie.

Na myśl o takiej upalnej drodze puszka piwa sama wskoczyła do ręki. Kiwi chyba miał podobne skojarzenia. W każdym razie postanowiliśmy wymaszerować jutro z samego rana, jeszcze po ciemku i rzeczywiście udało nam się. Już o piątej byliśmy w drodze. Mimo ciemności nie potrzeba było używać latarek, gdyż leżące wokół osiedla, wspomagane łuną Pampeluny dawały wystarczająco dużo światła by bez trudu rozpoznawać drogi pomiędzy polami. A że gładkie były, bez kamieni to i pod nogi nie trzeba było świecić.

Okolica powoli budziła się do światła i tylko my, sami na drodze, szliśmy w stronę coraz mniej czarnych wzgórz. Przyjemny chłód poranka, który nas dotąd uskrzydlał, ustępuje równie przyjemnemu ciepłu przedpołudnia, które z kolei zapowiada potężny popołudniowy upał. Krótko przed szczytem źródełko, złapane w kamienną cembrowinę, przy nim stół i ławki.

Fuente de Reniega — jedno z najstarszych źródeł po drodze, do tego jeszcze w myśl legendy powstałe za sprawą samego apostoła Jakuba. Przed samym szczytem pasma Sierra del Perdón miał pewien pielgrzym dość. Ponoć nie sam z siebie (w co wierzę, bo dawniej ludzie byli twardsi), a za sprawą diabła, który widać akurat potrzebował jakiegoś sukcesu i namawiał go do przerwania pielgrzymki.

Byłby mu się ten niecny zamiar udał, gdyby nie interwencja Św. Jakuba, który widać uznał, że łatwiej jest cudem stworzyć źródełko, niż obdarzyć człowieka silniejszym charakterem. I słusznie uczynił, gdyż pielgrzyma już dawno nie ma, a ze źródełka i my korzystamy, pijemy wodę, jemy śniadanie i pozdrawiamy innych pielgrzymów, którzy nas tymczasem dogonili.

Sierra del Perdón to wąska grzęda — wysoka na mniej więcej osiemset metrów, ojczyzna świstaków, sępów i wiatraków, którymi człowiek usiłuje „na sępa“ urwać trochę energii wiatrowi. Jak daleko okiem sięgnąć, ciągnie się rząd symboli nowej wiary, którymi ekolodzy torturują naturę, naturalnie dla jej własnego dobra.

Tak, jestem zdecydowanym przeciwnikiem energii z wiatru. Mimo, że dzisiaj mówi się o takich obskurant i zakuty łeb i zarzuca się im niewrażliwość na sprawy środowiska. Na zakuty łeb mogę się nawet zgodzić, ale obojętny na środowisko? Co to, to nie. To nie ja stawiam bezużyteczne monstra w środku ostatnich jeszcze terenów, którym człowiek nie dał rady, w związku z tym nazwał je wdzięcznie „nieużytki“. To nie ja stawiam mieszkańcom tych nieużytków pod nosem to, co zabronione jest w promieniu trzystu metrów od ludzkich siedzib. Nie ja wstawiam w przyrodę niezniszczalne praktycznie, najnowocześniejsze sztuczne tworzywa, z którymi przyroda i za tysiące lat nie da sobie rady. Nie ja robię ciężki szmal na strachu ludzi przed normalnymi procesami przyrody.

Ktoś kiedyś będzie musiał usuwać pozostałości po tym ekologicznym szwindlu. Szwindlu, bo budowa takiego potwora pochłania tyle energii ile sam jest w stanie wytworzyć w trzy lata, zawodność jest olbrzymia, a przychody z uzyskiwanego prądu nie pokrywają kosztów eksploatacji i konserwacji.

Sam nie posiadam kawałka ziemi, na którym mógłbym postawić sobie takie urządzenie do wyciągania subwencji. Mógłby mi więc ktoś przypisać, że moja niechęć bierze się z zazdrości, ale Dodzie nie zazdroszczę, choć śpiewać też nie umiem. Zazdrość zresztą nie jest już postrzegana jako coś negatywnego. Zazdrość weszła do salonów i świetnie pasuje do społeczeństwa, w którym wszystko się należy, ale nic nie trzeba dawać z siebie.

Mieć wymagania — jest nowoczesne, żądać — politycznie poprawne. Dzisiejsze społeczeństwo nagradza nie tych, którzy dają, lecz tych, którzy biorą. Bo należy się każdemu. Własne ego zostało podniesione do miary wszechrzeczy, co w praktyce przejawia się tym, iż każdy człowiek jest z definicji śliczny i rozumny, a jeżeli nie jest, to ma prawo wymagać od społeczeństwa, aby zrobiło wszystko by przestał być odrażającym idiotą.

Ale człowiek jest tak skonstruowany, że musi w coś wierzyć. A ze świata, jaki otrzymał od Boga, już dawno nie jest zadowolony. Zastąpił więc wszechmocnego Boga, wszechmocnym człowiekiem. Jednym z filarów nowej wiary jest przekonanie, iż człowiek jest w stanie wytrącić z równowagi świat, a potem go znów naprawić. Coś w tym jest, jeżeli pomyśleć o wszystkich, zgromadzonych na ziemi megatonach. Zepsuć może człowiek dużo, ale zniszczyć ziemi się nie da. Świat zawsze znajdzie swoją równowagę. Najwyżej bez człowieka. Czciciele efektu cieplarnianego i apostołowie protokołów z Kyoto i z Bali, mogliby się od czasu do czasu do czasu zadumać nad tym, dlaczego Grenlandia nazywa się Grenlandia.

Do cech charakterystycznych tej nowej wiary należy nieunikniona rozbieżność między ekologicznymi hasłami, a niezamierzoną wprawdzie, lecz tym wyraźniej widoczną pychą. Naturę się wprawdzie szanuje, a nawet ubóstwia w dosłownym sensie tego słowa, przy równoczesnym braku przekonania o skuteczności jej praw. Gorzej nawet, normalne mechanizmy regulacyjne, jakimi się natura broni przed irytującą aktywnością człowieka, określamy chętnie mianem katastrofy. Naturalnie katastrofy ekologicznej.

Właśnie niedawno ze wszystkich kanałów telewizyjnych dochodził nas głośny lament o katastrofie ekologicznej na Majorce. Polegać ona miała na tym, że plaga parzących meduz nawiedziła tamtejsze wybrzeża. Niedobre te stworzenia atakują urlopowiczów i w ogóle utrudniają im życie. Winien temu stanowi rzeczy musi być oczywiście człowiek (nie bardzo wiadomo dlaczego) i człowiek powinien coś w tej sprawie przedsięwziąć (nie bardzo wiadomo co).

Ale we wszystkich doniesieniach poczucie winy mieszało się w idealnych proporcjach z przekonaniem o własnych możliwościach. Ciekawe, że żaden z przyjaciół zwierząt nie ucieszył się, że parzącym meduzom tak się dobrze dzieje. Jakby nie były częścią przyrody. A może właśnie nadchodzi teraz era meduz i człowiek musi im ustąpić? Co jest dobre dla meduz, nie musi być dobre dla człowieka, ale czyż meduzy nie są równoprawną cząstka natury? A jeżeli nie są? W takim razie człowiek ma prawo o swoje miejsce na ziemi z nimi walczyć. A jako następny krok — odrzucić tę całą ekologiczną hipokryzję i poszukać dalszych stworzeń nie zasługujących na egzystencję. Tzw. ludy prymitywne opierają swoje podejście do zwierząt na prostej przewadze intelektualnej. Dla nas takie podejście jest nie do pomyślenia, gdyż kwestionuje osiągnięcia XX-wiecznej myśli postępowej, nauczającej, iż wszyscy ludzie są równi. Z tego wynika, że Ci mniej inteligentni też, co w zastosowaniu do pojęcia istoty, konsekwentnie musiałoby się rozciągnąć także na zwierzęta.

Nasi ekolodzy znajdują się w szpagacie. Z jednej strony głoszą oficjalnie równe prawo egzystencji dla wszystkich zwierząt, z drugiej strony ograniczają swoje zainteresowania jedynie do tych użytecznych (dokładnie jak ludy prymitywne) oraz sympatycznych (co ich odróżnia od dzikusów). Walczą więc o sawannę dla słoni (no, niech będzie i dla hien), ale bagna dla komarów, to już proszę nie, nie mówiąc o morzu Śródziemnym dla meduz.

Ale na razie stoimy na Alto del Perdón obok szeregu wyciętych ze stalowej blachy pielgrzymów rozmaitej płci i wieku. Figury skierowane na zachód, ugięte pod ciężarem, chłostane wyimaginowanym wiatrem. Trochę już rdzewieją i niezadługo przejdą też do wspomnień, gdyż i stal przemija. Nie przeminą natomiast kręcące się powoli pomniki ekologicznego obłędu.

Staje mi raptem przed oczami obraz gdzieś z dzieciństwa, lata pięćdziesiąte to były. Malarza zafascynowały dymiące kominy fabryk, znamionujące w jego oczach postęp i szczęście ludzkości. Jak odbierze zdjęcia prapradziadka moja praprawnuczka za 50 mniej więcej lat?

Zejście przy deszczu byłoby ciężkie, glina. Ale przy tej pięknej pogodzie jedyni, którzy mają problemy to rowerzyści wpadający ciągle w wypłukane, suche teraz łożyska strumyków.

W miejscowości Murazabal stoję przed wyborem: poddać się upałowi i iść prosto do Puente la Reina, czy też jak pielgrzymowi niezłomnemu przystaje nadłożyć cztery kilometry i zobaczyć kościół Santa Maria de Eunate, o którym nasza gospodyni od żółwi mówiła, że to jedno z najważniejszych miejsc energetycznych na ziemi, cokolwiek by miało to znaczyć. Podobno takie jest też w zamku na Skałce. Ja w takie rzeczy nie za bardzo wierzę, ale skoro już jestem w pobliżu… no, i opłaciło się.

Uważam się za produkt nowoczesnego laickiego społeczeństwa. Trochę wierzący, ale kierujący się lenistwem na tyle, żeby nie podejmować męczącej drogi do kościoła. Architektura sakralna i owszem — chętnie wysiadam z samochodu, by zrobić ładne zdjęcie. Tylko z ezoteryką wygląda u mnie, wbrew modzie, kiepsko. I mimo to dałem się oczarować atmosferze tego miejsca. Przy czym tam właściwie nic nie ma. Mały, niepozorny, ośmiokątny kościółek, nawet nie taki stary, bo co to jest w Hiszpanii XII wiek? Do tego stoi w szczerym polu. Może to go właśnie wyróżnia, gdyż kościoły z reguły związane są z ludzkimi sadybami. Albo były budowane tam gdzie mieszkali ludzie, albo wokół kościoła wyrastała osada. Ten stoi samotnie, najbliższa wieś dwa kilometry dalej

Dlaczego właśnie Eunate pozostało samotne? Ale nie opuszczone. Właśnie odbywa się tam chrzest. A pielgrzymi, którzy idą tzw. drogą aragońską, muszą tędy i tak przejść, zanim trzy kilometry dalej droga aragońska połączy się w Puenta la Reina, z droga francuską, najbardziej uczęszczaną, tą, którą i ja idę.

Puenta la Reina zawdzięcza swoja nazwę mostowi z XI wieku, który ówczesna królowa Nawarry kazała wybudować nad rzeką Arga. Dla pielgrzymów, ma się rozumieć. I tak piątego dnia swojej wędrówki po raz czwarty przekraczam rzekę Arga. Tym razem jako kontynuator tysiącletniej tradycji. Aż trudno to sobie wyobrazić.

Refugium, które nam tym razem Kiwi wyszukał, było nowoczesną, świeżo postawiona budowlą w stylu naszych lat siedemdziesiątych. Gdyby nie łóżka, które tam wstawiono, budowla mogłaby spokojnie służyć za hangar dla odrzutowców. Jedno trzeba jednak przyznać, było to jedyne refugium, w którym nie było żadnych problemów z praniem, myciem i różnymi innymi czynnościami wymagającymi wody, a nawet odosobnienia. W recepcji wielki Murzyn witał pielgrzymów szklanką wody. Miły gest, który po bliższym zapoznaniu się z zaangażowaniem personelu w dogadzanie gościom zaliczyłbym do tricków marketingowych.

Ruszyliśmy o piątej. Pierwsze dwa kilometry szerokim, wydzielonym dla pielgrzymów traktem, potem coraz węziej, stromiej, aż wreszcie bardzo stromo. Trakt zamienia się w gliniastą górską ścieżkę. Z niepokojem patrzymy na zbierające się chmury. Jak tu się idzie w deszcz? Mniej więcej dwie godziny idziemy przez coś, co nazwałbym uroczyskiem. I gdyby zza krzaka wychyliłaby się nagle jakaś strzyga, a choćby nawet i zwykła kikimora, nie zdziwiłbym się wcale. Na pewno tam jakieś siły nieczyste były. W każdym razie nie przyniosły nam szkody i nawet deszcz przyszedł, gdy byliśmy już na górze. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje… suchą ścieżkę w tym wypadku.

Pierwszy deszcz, pierwszy raz używam poncho, które sobie na tę okazję kupiłem. Taniocha z supermarketu. Nie wiadomo po co, bo przecież w Hiszpanii ma nie padać. No i po pół godzinie deszcz przechodzi, a poncho wędruje do plecaka. Na całe piętnaście minut. Znowu deszcz — wyciągam. Tym razem na dwadzieścia minut. Znowu chowam. Na jak długo? Za każdym razem trzeba się zatrzymać, zdjąć plecak, otworzyć klapę. Kiwi bawi się setnie. „Poncho on — poncho off“, powtarza, obserwując jak mocuję się, a to z plecakiem, a to z powiewającym dziko na wietrze jasnoniebieskim plastikiem mojego poncho.

On sam ma na sobie nieprzemakalną, oddychającą kurteczkę najnowszej generacji. Kurteczka wprawdzie krótka, ale Kiwi chodzi w szortach, więc deszcz mu nie moczy nogawek. A gołe nogi wysychają tak samo szybko, jak i mokną. Buty mamy obaj nieprzemakalne.

Za Pampeluną, zmienił się krajobraz. Opuściliśmy okolice, w których jeszcze dawało się wyczuć wpływ Pirenejów. Jesteśmy już znacznie niżej i wegetacja jest tu zupełnie inna. Zaczęły nam towarzyszyć maki. Maki, jak maki. Dla Polaka nic specjalnego, tyle że tutaj ich więcej, są większe i mają intensywniejszy kolor, niż nasze. Ale Roger jest zachwycony. Pierwszy raz w życiu widzi prawdziwe maki i to tak po prostu, w naturze.

Wyraźnie wzruszony opowiada o ich znaczeniu dla Nowozelandczyków. Szkoda, że nie rosną w Nowej Zelandii. Ciągle podejmuje się nowe próby ich zaaklimatyzowania — bezskutecznie. Czy to w klimacie coś im przeszkadza, czy jakiś składnik gleby im nie odpowiada, w Nowej Zelandii maki nie rosną.

Rosną za to w sercach Nowozelandczyków. „But we keep trying“, mówi Kiwi i opowiada o ANZACS, Flandrii, Gallipoli. W pospiesznych zdaniach próbuje mi przekazać wiedzę o udziale swoich rodaków w obu wojnach światowych. O tym jak żołnierze „Australian and New Zealand Army Corps“ walczyli na polach bitewnych „starego świata“, jak szli we Flandrii do ataku na niemieckie okopy, jak szli po makach i ginęli. O tak, Roger, wiem, co czujesz. Niecałe trzydzieści lat później trzeba było znowu przeganiać Niemców z Flandrii. I robiła to nasza polska Dywizja Pancerna generała Maczka. A maki i dla nas są symbolem młodo przelanej krwi. Tylko nasze rosły pod Monte Cassino.


In Flanders fields the poppies blow

Between the crosses row on row,

That mark our place; and in the sky

The larks, still bravely singing, fly

Scarce heard amid the guns below.


...recytuje mi Roger wiersz kanadyjskiego poety, który stał się wspólnym dobrem całego świata anglosaskiego. Bo i Kanadyjczycy też szli po makach po śmierć. Och! Kiwi, nie mogłeś ze swoja opowieścią lepiej trafić niż na Polaka i rewanżuję mu się natychmiast.


Czerwone maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły polską krew

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew.


Melodia chwyciła natychmiast. Gorzej z tekstem. Roger próbuje łapać trudne słowa, próbuje śpiewać ze mną i po chwili nieświadomie wyrównujemy krok do tempa marsza i raźno idziemy, dwaj sprzymierzeńcy, związani walką naszych przodków z Niemcami. Maki kłaniają nam się główkami na wietrze, a my — dwaj pielgrzymi — z przeciwległych krańców świata czujemy się członkami wspólnoty walczącej ze złem, wszędzie tam gdzie się ono pojawi. A może nie tylko się czujemy? Może już nimi jesteśmy? Śpiew przerwał dopiero deszcz. „Poncho on“.

Przed pomnikiem Mary Catherine Kimpton, Kanadyjki, która pięć lat temu zakończyła tu swoja pielgrzymkę, stoimy znowu w słońcu. Cieszymy się życiem i zdrowiem i słońcem… i tym, że Camino daje nam przywilej poznawania siebie i wymaga od nas refleksji nad innymi. Gdybyśmy Mary dziś spotkali, stałaby się naszą siostrą. Ale czy nie jest już nią teraz?

Estella wita nas straszliwym wszystko ogarniającym smrodem. Przecinamy piękny park, w którym śmierdzi, idziemy między zdziczałymi ogrodami — które śmierdzą, wchodzimy na kwitnącą łąkę — smród. Aż trudno oddychać. Próbujemy zlokalizować źródło smrodu, i jako pierwsza możliwość przychodzi nam do głowy trup gigantycznego mamuta. Ale nic takiego w okolicy nie widać. Ani przetwórni odpadów, ani oczyszczalni ścieków, ani nawet fabryki chemicznej nie ma w zasięgu wzroku. I nagle, jak nożem uciął smród znikł, a my znajdujemy się w uroczym miasteczku, ze starymi mostami, równie starymi kościołami, nieco tylko młodszym pałacem króla Aragonii i całkiem już współczesnymi knajpami, w których zaraz będziemy ciągnąć zasłużone po upalnym dniu piwo.

Refugium jest prawie pełne i po zameldowaniu się zostajemy skierowani do zapasowej sali. Ta mieści się tuż obok, w sąsiednim budynku. Trafiliśmy nie najlepiej. Łóżka poustawiane tak ciasno, że ledwo jest między nimi miejsce na postawienie plecaka, i dwie toalety i dwa prysznice na pięćdziesiąt osób. W toaletach, jako że nie przewidziano ich podziału na męskie i damskie, kłębią się między tamponami i pędzlami do golenia, pogubione płcie. Mikroskopijne podwóreczko, ograniczone z jednej strony skałą, jest dokładnie zawieszone suszącą się garderobą. Uprać moglibyśmy coś jeszcze, ale o powieszeniu nie ma mowy. Nic dziwnego. W 1354 roku było w Estelli sześć schronisk dla pielgrzymów. Dziś są tylko dwa.

Upał wyraźnie zelżał. Na termometrze tylko jedenaście stopni i zamiast piwka dla ochłody, pijemy winko dla rozgrzewki. Winko trzymało nas w ciepełku także przez noc, a rankiem termometr Rogera pokazał nam osiem stopni. Od dziś nie będziemy już musieli narzekać na upały (nawet nie będziemy chcieli narzekać).

W tym refugium w cenę noclegu (sześć euro) wliczone jest także śniadanie. Od szóstej rano można dostać kawę herbatę, kakao, suchary, margarynę i marmoladę z truskawek. Ze zdumieniem stwierdzam, że to wystarczy. Normalnie jestem zwolennikiem śniadań obfitych. Jajeczko, kiełbaska, serek, przynajmniej jedna z tych rzeczy musi być. No i grzaneczki. Dziś przekonuje sie, że to „nic“ daje wystarczająco dużo energii, by iść. Potwierdza się to jeszcze niejednokrotnie, co świadczy o tych fałszywych zwyczajach jedzeniowych, jakie pielęgnuję w domu.

Powoli zbliżamy się do najosobliwszej studni na Camino. „Bodegas Irache“, jedna z największych wytwórni win Nawarry wybudowała ją specjalnie dla pielgrzymów. Duch przedsiębiorczości kazał obok kranu z wodą zainstalować drugi kran, z winem. Wina można pić ile dusza zapragnie. Ale o tej wczesnej porze dnia dusza pielgrzymia pragnie raczej mało wina. Do tego dochodzi okoliczność, że słabo się ono do picia nadaje. Wypiliśmy więc z Kiwim symbolicznie po pół plastikowego kubeczka, porobiliśmy sobie przy tym osobliwym wodopoju zdjęcia i zachowaliśmy w pamięci nazwę wytwórni. Nam się ona nie przyda, ale wytwórni na pewno, gdyż jeżeli trafimy na wino stamtąd, kupimy je już chociażby dla pięknych wspomnień. Za to woda pyszna. Któż by się tam, mając taką wodę, zgłuszał kiepskim winem? I to o ósmej rano?

Tym bardziej, że już niedługo będziemy siedzieć przy dobrym. Dziś założyliśmy sobie krótki etap, a nawet bardzo krótki, spacerek właściwie. A to stąd, że według mojego przewodnika musimy dziś iść dwadzieścia jeden kilometrów, albo — dziewięć. Na dwadzieścia jeden jakoś się dziś nie czujemy. Czasu mamy mnóstwo, spieszyć się nie ma powodu, a w dodatku w Villamayor czeka nas, bardzo przez innych pielgrzymów polecane, refugium, które prócz wygód oferuje także coś dla ducha. Villamayor de Monjardin brzmi lepiej niż wygląda. Najładniejsza w wiosce jest góra, ale i ta leży poza wsią, zwieńczona ruinami zamku, zaprasza do spaceru. Sama wioska natomiast zapraszająco nie wygląda, refugium też niekoniecznie. Szara, bezstylowa kamienica, położona na wielkim — o wiele za dużym w stosunku do wielkości wioski — kamiennym placu, zachęca raczej do dalszego marszu, tam gdzie drzewa, zieleń i trochę życia.

Jest samo południe i plac wygląda jak wymarły. Mamy jeszcze dwie godziny do otwarcia refugium. Na tartanie, którym wyścielony jest plac zabaw dla dzieci, wyłożyły się do słońca jakieś dwie pielgrzymki. Kiwi zagaduje je — Amerykanki. Poznały się już tutaj, w drodze. Mój towarzysz układa się obok nich, a ja pod parasolem, przy stoliku baru, który na pewno kiedyś otworzą, robię notatki z drogi. Trochę mi przeszkadzają śmiechy dobiegające z placu zabaw. Trio na tartanie rozchichotało się na dobre, powiedziałbym nawet, że głupio. Ale dlaczego mnie to denerwuje? Czy dlatego, że sam się nie śmieję? Trochę na pewno tak. Ale to przecież nie powód. Notuję sobie w zeszyciku, że jestem durny ponurak i że muszę się nauczyć cieszyć radością innych. I bardzo mądrze sobie zanotowałem, bo Kiwi zawierał właśnie dla nas obu najważniejszą znajomość na Camino. Przyjaźń, która przetrwa także poza Drogą.

Karen jest bardzo spokojna, refleksyjna i obdarzona uśmiechem, który przerywa natychmiast wszystkie tamy. Pochodzi z małego miasteczka w Tennessee. Politycznie mocno niepoprawna. Południe USA, prowincja, małe miasteczko, drobna burżuazja — cukierniczka z zawodu, katoliczka i do tego blondynka z niebieskimi oczami. I ma wątpliwości. Ma także wolę ich rozwiązania i nadzieję, że Camino de Santiago, to najlepsze miejsce by je przezwyciężyć.

Nie mówi o tym dużo, raczej daje do zrozumienia. Coś musi zrobić ze swoim życiem, podejrzewam. Potwierdzić słuszność drogi, albo wybrać całkiem nową. Nie jest pierwszą osobą, która ma ułożone życie, kochaną i kochającą rodzinę i którą znienacka nachodzi niechciane pytanie: czy to harmonia, czy strata czasu? Midlife crisis. I co z tym zrobić? Iść nową droga i powiększyć statystykę rozwodów, czy szukać potwierdzenia dotychczasowych wyborów na prastarej drodze do Santiago? Przed osobą wierzącą stoi właściwie tylko jeden wybór, już choćby z tego powodu, że wiara wysoko stawia odpowiedzialność za drugiego człowieka, za to przekonanie o własnej ważności odpowiednio niżej.

Drzwi do refugium otwierają się. Gospodarz wystawia przed nie stół, ktoś inny parę krzeseł i zaczyna się przyjmowanie. Dostajemy stempel do „Credencial del Peregrino“, a sami dajemy 5 euro za noc. Jeżeli ktoś chce spożyć wspólny posiłek, jeszcze drugie pięć. Ja chcę. Ktoś podaje mi szklankę wody, ktoś chce mi pomóc zanieść plecak, ktoś pokazuje mi gdzie śpię i prowadzi mnie przez labirynt schodków i korytarzyków do sypialni. Wszyscy uśmiechnięci, zatroskani, przyjaźni. Wszyscy Holendrzy. Wszyscy wydają się być ze sobą spokrewnieni. Do końca nie policzyłem ile osób się o nas troszczyło, natomiast rozgryzłem stosunki rodzinne. Tylko hostelaro zabrał na czas prowadzenia refugium swoją żonę. Pozostali to członkowie holenderskiego towarzystwa przyjaciół drogi Św. Jakuba.

Towarzystwo to wykupiło trzy sąsiadujące domy (stąd labirynt korytarzyków) i urządziło w nich schronisko dla pielgrzymów z wyraźnym zamiarem oferowania im czegoś więcej niż tylko łóżko i wikt. Stąd trzecie pytanie dotyczy wieczornej medytacji. Przepiękna, lekko kaleka, dziewczyna stara się wyraźnie zadać je tak, bym nie czuł się zmuszony odpowiedzieć twierdząco. Przecież mógłbym być niewierzący i poczuć się urażony w swoich uczuciach. Mogłoby mi być głupio odmawiać. Więc delikatnie: „jest taka możliwość, oczywiście tylko jeżeli się bardzo chce, więc gdybym wyraził chęć…“. Chęć wyrażam. Nie z powodu jakiejś silnej potrzeby, tej nie odczuwam wcale, ale z czystej ciekawości. Czy ktoś z państwa medytował w Hiszpanii z Holendrami po angielsku? No właśnie.

Dziewczyna jest wyraźnie ucieszona z mojej odpowiedzi i jeszcze raz podkreśla, że udział w medytacji jest całkowicie dobrowolny i nie łączy się z innym traktowaniem. To ostatnie jest bardzo istotne, gdyż Camino jest otwarte dla ludzi wszystkich wyznań, wszelkiej wiary i niewiary i nikt nie może być traktowany gorzej tylko dlatego, że nie odpowiada akurat obowiązującym w danym miejscu i czasie, czyimkolwiek wyobrażeniom. I to rzeczywiście funkcjonuje, a nawet się udziela.

Dlatego ograniczyłem się tylko do słabego: „on chce się tylko bawić“, gdy dzielny Bawarczyk z grubym kijem i jeszcze grubszą odwagą, stawił czoła wielkiemu wilczurowi w obronie bawiących się na placu dzieci. A było to tak, że punktualnie o piątej po południu wymarły dotąd plac zapełnił się w kilka sekund dzieciakami. Tak na oko, to musiało tego drobiazgu naleźć ze trzech wiosek. Za dzieciakami przybiegł pies. Duży, wilkowaty, groźny bardzo. Pierwszy raz widziałem drapieżnika, co się za swoimi ofiarami aż na zjeżdżalnię po drabince wspinał i, podpierając ogonem, z niej zjeżdżał. Dzieciaki uciekały mu chichocząc, pies ganiał za nimi zachwycony, a kiedy pies się śmieje, to pokazuje — jak każdy normalny człowiek — zęby. A jak pies duży, to i zęby wielkie. Dla naszego Bawarczyka zbyt groźne. Z okrzykiem „trzeba ratować dzieci“ rzucił się w stronę psa. Pies zgłupiał, co ten pomyleniec od niego chce, a ja bym idiotę najchętniej tym jego grubym kijem zatłukł. Zamiast tego… no właśnie. Camino łagodzi obyczaje.

Pewien wpływ na moja łagodność mógł mieć fakt, że z uderzeniem piątej podwoje swe otworzył bar. Każdy łyk rozcieńczał moją wściekłość, dając miejsce refleksjom ogólnym o strachu ludzi przed psami (nawet jeśli tym psem jest mały, biały pudelek), o tym, jaki wpływ na determinację Bawarczyka miały opisy hord bezpańskich psów, które rzekomo włóczą się po Hiszpanii, o tym czy stanąłby z kijem naprzeciw niedźwiedzia i o tym, jak bohatersko potrafimy stawiać czoła niebezpieczeństwom, które sami sobie wymyślamy.

W książce, którą na wstępie wspominałem, a którą Bawarczyk na pewno czytał, jest kilka opisów spotkań z psami. Co tu gadać, także i we mnie pozostawiły uczucie zagrożenia. Zwłaszcza opis całkiem opuszczonej przez ludzi wioski w górach, gdzie jakoby rządzi sfora zdziczałych psów. Gdy potem wróciłem do tego fragmentu, okazało się, że sfora owszem była, cała sfora merdających ogonów. A i wioska nie była taka opuszczona, jak mi zostało w pamięci. W ogóle wszystkie psy, jakie spotkałem na Camino były bez wyjątku łagodnymi istotami. Czasem świadomymi swojej godności przedstawicielami wioski, czasem chętnymi do zabawy burkami, ale zawsze łasymi na odrobinę sympatii i pieszczoty. Zwłaszcza, gdy chodziło o psy bezdomne, zwane przez niektórych niesłusznie „zdziczałymi“. Może one i dzikie, bo przy pierwszym przyjaznym geście w ich stronę dziko merdają ogonami.

O ósmej wieczorem medytacja. Bardzo jestem jej ciekaw. Nigdy nie brałem w czymś takim udziału. Czy to rzeczywiście medytacja — chwila refleksji nad wątpliwościami, czy też po prostu nazwa jakiegoś innego religijnego rytuału, jakich niemało w kościele? Do zastanowienia się na sobą jestem już gotów, ale od rytuałów uciekam. Nie chcę ich. To właśnie rytuały trzymają mnie na dystans wobec kościoła. Przynajmniej tak mi się wydaje. No i księża. Klechy. Na co mi jeszcze makler między mną a Bogiem?

Ale przed medytacją kolacja, a raczej wieczerza. Nieduża salka prawie cała zajęta przez stół, na stole ledwie się mieszczą talerze z sałatka pomidorową i spaghetti, ale to nic, bo i my ledwie się mieścimy na gęsto ustawionych krzesłach, a posługiwanie się nożem i widelcem wymaga najdokładniejszej koordynacji z ruchami sąsiada. To łączy. Najmniej trudności sprawia podniesienia kieliszka z winem. Ale najpierw modlitwa. To znam tylko z literatury. Pierwszy raz w życiu siedzę przy stole, przy którym się odmawia modlitwę przed jedzeniem. Całkiem nowe doświadczenie. A potem nalewamy wina.

Winko, jak najbardziej. Najchętniej czerwone. Nie tylko wspaniale smakuje do najrozmaitszych dań, ale i samo popędza myśli, rozluźnia język, podkreśla aromat cygara, jest niezastąpionym towarzyszem filozofowania w kręgu przyjaciół, i pobudza układ krwionośny. Dobre czerwone wino, czerwone jak krew.

Ale czego szuka alkohol tu na tym stole? W owym, tak religijnie nastawionym refugium? A posiłek był też określany jako skromny. I nagle — jak z jasnego nieba (porównanie jest tu jak najbardziej na miejscu) — spostrzeżenie, że to wino, w tym miejscu i czasie przekształca przypadkowo zebraną przy stole garstkę pielgrzymów i ciekawskich turystów we wspólnotę. I dlaczego znienacka opadają mnie myśli o pierwszych chrześcijanach? Dziwne. Przecież to wszystko znam, wiem, przecież to gdzieś we mnie siedzi. I Kana Galilejska i wieczerza, cud przemienienia. Nie trzeba być chrześcijaninem, by znać słowa: „...bierzcie i pijcie, to jest kielich krwi mojej“. Od tych słów się nie ucieknie. I choć wielu nie chce tego przyznać i robi wszystko, abyśmy to zdanie zapomnieli, cała nasza kultura zbudowana jest na tych słowach.

To nie oznacza automatycznie, żebyśmy przy każdej szklaneczce czerwonego winka — zamiast się nią rozkoszować — wracali myślami do ostatniej wieczerzy. To już by graniczyło z — uchowaj Boże — obłędem religijnym. Ale tego wieczora, gdy po krótkiej modlitwie wiązaliśmy winem naszą małą wspólnotę, myśl ta narzucała się sama. Od tego czasu patrzę na wino innymi oczami i nawet chilijskie Merlot, gdy zaszumi w głowie, to jak gaj oliwny za murami Jerozolimy. I wino smakuje jeszcze lepiej. I delektując się radością życia, jaką wino ze sobą niesie (najczęściej zdarza się to, gdy butelka robi się pustawa) zastanawiam się skąd bierze się powszechne przekonanie o ponurości, ba wrogości do ludzi, jaka rzekomo miałaby cechować chrześcijaństwo. Alkoholu to nie dotyczy na pewno. A co z seksualnością? Gdyby wierzyć politycznie poprawnym horrorom opowiadanym o stosunku chrześcijaństwa do erotyki, wszystkie refugia po drodze musiałyby mieć dla kobiet i mężczyzn nie tylko osobne sale, ale nawet domy. W tych domach, wyschnięte, ponure zakonnice, surowym spojrzeniem gasiłyby w zarodku każdy uśmiech, a na pół obłąkani kaznodzieje z płonącymi oczami, piętnowaliby diabła we flaszce i straszyliby nas ogniem piekielnym za wszystko, co sprawia przyjemność. Tak by było, gdyby refugia organizowano według dominujących wzorów literackich.

Na usprawiedliwienie literatury trzeba dodać, iż pisanie o tym, że Bóg wymaga od nas radości i miłości jest trudne, nudne i nie rokuje zwrotu kosztów papieru. Ukryte skarby, lochy inkwizycji, mroczne intrygi, ascetyczni mnisi i udręczone dziewice sprzedają się dużo lepiej. Do tego fanatyków i nadgorliwców w hierarchii kościelnej — jak i wszędzie indziej — nie brakowało, więc i literackie wzory było skąd brać. Stąd też rację miał ksiądz Józef Tischner, gdy skarżącemu się na komunistyczną antykościelną propagandę rozmówcy odpowiedział, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo, kogo by od kościoła odciągnęła propaganda, natomiast zna wielu, których od kościoła odstręczył głupi ksiądz.

I tyla ne temat wina do kolacji. I o medytacji też nic nie powiem. I tak nie byłbym w stanie oddać tego nastroju, ani opisać tej pięknej kobiety, która czytała nam ewangelię św. Jana. Wszyscy zgodziliśmy się na wersję angielską.

Do Torres del Rio ma być, według mojego opisu, dwadzieścia kilometrów. Będziemy iść we trójkę, gdyż dołączyła do nas Karen. Nasze spokojne tempo bardziej jej pasuje. I pasuje też lepiej do krajobrazu, po którym po prostu szkoda galopować. Na łagodnych wzgórzach aż po nieskończoność kładą się zielone pola pszenicy, a zieleń jest taka, w jaką nie uwierzy nikt, kto zna Hiszpanię tylko od strony plaży i zakurzonych palm w środku upalnego lata.

Po drodze, w Los Arcos, mijamy opiewane we wszystkich przewodnikach refugium, prowadzone przez austriackie bractwo św. Jakuba. Nie mamy zamiaru się tam zatrzymywać — już wczoraj pozwoliliśmy sobie na krótki (dziewięć kilometrów) etap, a przecież jakoś musimy posuwać się naprzód. Zresztą, nawet gdybyśmy chcieli to i tak, już w południe wisiał na drzwiach pokaźnych rozmiarów szyld „completo“. Chyba rzeczywiście warto się tam zatrzymywać. Za to zrobiliśmy sobie krótką pauzę, by obejrzeć kościół Santa Maria.

Całą historie budownictwa sakralnego można studiować nie wychodząc z tej jednej budowli. Od romańskiego, poprzez gotyk, renesans, barok do elementów rokoko. Mieszanina stylów nie jest w Hiszpanii czymś wyjątkowym. Raczej jednolitość byłaby dziwna przy ciągnących się często przez wieki czasach budowania. Kościół Santa Maria został wybudowany w XII stuleciu i od tego czasu znajduje się w nieprzerwanej przebudowie i rekonstrukcji. Gdzieś tam pośród wieków mądry budowniczy znalazł sposób na wbudowanie organów w taki sposób, że nie wyglądają jak wstawione w gotową całość urządzenie (jak to znamy z większości kościołów), ale są w pełni zintegrowane z architekturą wewnętrzną kościoła. Częściowo ukryte za złotymi ramami, częściowo zwracające się bezpośrednio do wiernych swoimi poziomo sięgającymi w nawę piszczałkami, sprowokowały mojego Kiwi do westchnienia, że bardzo chciałby usłyszeć organy w kościele „na żywo“ i że ma nadzieje, że w Hiszpanii mu się to uda. Udało mu się dopiero w Santiago de Compostela, gdyż mało który kościół w mijanych małych miasteczkach posiada środki na opłacenie organisty. Ale za to śpiewają Hiszpanie w kościele pięknie. Może dlatego, że muszą. Przy okazji dowiaduję się, że prawosławie nie dopuszcza żadnej muzyki w kościele i że jest to powodem, dla którego tak wspaniale rozwinęła się muzykalność wśród Rosjan. Jak kupiłem, tak sprzedaję. Ale brzmi to prawdopodobnie.

Stemplujemy sobie nasze credenciale — stempel leży na stoliku obok wejścia do kościoła — i ruszamy do Torres del Rio. Kilometr bliżej leży Sansol, zapadła dziura, która nawet jak na tutejsze stosunki wygląda na wyjątkowo wymarłą. Na ulicy ani jednego człowieka, na jakimś skrzyżowaniu w strzałka prawo, do refugium. Optymiści, kto by chciał tu przenocować? Droga omija zresztą miasteczko (wiochę?) szerokim, zasłużonym łukiem, by dwoma serpentynami spaść do Torres del Rio. Dla pieszych jest nawet skrót, wąską, stromą kamienistą ścieżką pomiędzy kwitnącymi głogami.

Głogi piękne, ale ścieżka stroma, a my mamy kolana. Ostrożnie więc spuszczamy się dół, ciesząc się już na wieczorną łazęgę po uliczkach ślicznego (z góry) miasteczka. Gdy już udało się nam pokonać karkołomne zejście, spotykamy piątkę młodych ludzi, idących nam naprzeciw. Pełno. W miasteczku nie ma ani jednego wolnego miejsca. Mamy dwie możliwości. Jedna z nich do Viana — dziewięć kilometrów dalej. Druga — powrót do Sansol. Tamtejsze refugium jest wprawdzie malusieńkie, ale ponieważ nie chcieliśmy się tam zatrzymać jest szansa, że i inni też je szerokim łukiem ominęli. Jest tam miejsca na dziesięć osób.

Pięć jest już przed nami i szansa na ich prześcignięcie jest zerowa. Różnicę wieku między tamta piątką, a naszą trójką szacuję na z grubsza sto dwadzieścia lat. Gdy wreszcie, sapiąc, wydrapaliśmy się z powrotem stromizną do góry, tamci byli już daleko w przodzie i właśnie znikali za zakrętem. Zaraz dojdą do drogowskazu, który tak lekkomyślnie zlekceważyliśmy, skręcą w lewo do centrum miasteczka. Przed nami wszakże pnie się prosto do góry jakaś uliczka. Co mamy do stracenia? Drzemy ostatkiem oddechu pod górę. No i proszę, po jakichś dwustu metrach z prawej strony w wąskim zaułku — refugium. Jeszcze zamknięte. Puk, puk. Drzwi otwierają się i rzucamy się na sofę w korytarzyku. „Przychodzicie z Torres del Rio?“ Lekko zdziwiony, że hostalera już wie o przepełnieniu u sąsiadów potwierdzam, a ona pyta dalej: gdzie są jeszcze dwaj? Mój hiszpański jest — powiedzmy — no dobrze, lepiej nic nie mówmy. „Solo tres“ powiadam więc i pokazuję trzy palce, aby rozwiać ewentualne wątpliwości. „Cinco“ upiera się hostalera — przychodzicie z Torres? „Tak“ mówię znowu. Czego ona właściwie chce i dlaczego to takie ważne?

Tymczasem nadciąga tamta piątka. O Boże — piątka. Ale głupio. Wszystko jasne. Tamci zamówili sobie miejsca telefonicznie z Torres del Rio i teraz my wyglądamy, jak szajka oszustów, która chce wycyganić nienależne sobie miejsca. Spojrzenie hostalery nie pozostawia żadnej wątpliwości, że za takich nas właśnie uważa. W lodowatej atmosferze dostajemy łóżka (miejsca na szczęście jeszcze były) a ja gorączkowo zastanawiam się, jak jest „nieporozumienie“ po hiszpańsku. Po angielsku „misunderstanding“, może „miscomprendo“? Probuję z tym. Czy trafiłem, nie wiem, ale wzbudziłem jej zainteresowanie. Dziko gestykulując opowiadam, że „nos“ i „vamos“ i Sansol i Torre del Rio i znowu Sansol. Wreszcie błysk w oczach hostalery. Udało się. Zrozumiała wreszcie i śmiejemy się razem serdecznie. Ale dlaczego mi tak na tym zależało? Przecież jutro i tak idziemy dalej.

Ostatnie łóżka zajmują dwaj młodzi Izraelczycy z Tel Avivu. Jeden z nich posiada na stopach najdoskonalsze pęcherze, jakie zdarzyło mi się widzieć na Camino. I oczywiście zakleja je plastrem Compeed. Co robisz, człowieku? Nie mam nic przeciw tym plastrom, to jedne z najlepszych na świecie, sam się bez nich nigdzie nie ruszam, ale przecież nie na pęcherze. Łączymy więc tradycję z nowoczesnością. Ja traktuję mu stopę metodą babci, czyli igłą z nitką, Karen pakuje następnie na powstałą w ten sposób rankę swoja cudowną maść antyseptyczną — najnowsze osiągnięcie farmacji w USA. Do tego młodość robi swoje i rankiem obaj Izraelczycy znikają lotem koszącym w oddali.

Sansol i Torres del Rio leżą oddalone od siebie mniej niż kilometr lotem ptaka. Sansol jest mniejsze, ale Sansolanie patrzą na sąsiadów z góry, ze zbocza, na którym ich wioska (miasteczko) leży. W każdej miejscowości jest kościół, w każdym kościele są dzwony, a dzwony są po to by dzwoniły. Więc dzwonią co godzina. Czasem zaczyna dzwon w Sansol, czasem pilniejszy jest dzwonnik z Torres del Rio i on nadaje ton. Ale niezależnie od tego, któremu się wcześniej uda zacząć obwieszczać światu sławę swojej parafii, cudownie jest, w chłodnym czystym powietrzu wieczora, patrzeć na leżące u stóp idylliczne miasteczko i słuchać, niosących się dzwonów. Nie wiemy czy się przekomarzają, czy po prostu dzielą się wydarzeniami dnia? Ale gdy z tarasu nad urwiskiem w Sansol patrzy się na zamglony horyzont, daleko za Torres del Rio, nie można oprzeć się wrażeniu, że głos tych dzwonów dociera do najdalszego zakątka świata. Oczywista bzdura. Ale tylko dla tych, którzy nie stali o zachodzie słońca na tarasie przed kościołem w Sansol.

Dziś wieczorem będzie nam brakować tego spokoju i odosobnienia. Dwadzieścia jeden kilometrów przed nami leży Logroño, jedno z większych miast mijanych na Camino, do tego stolica okręgu Rioja. Miłośnikom wina coś to na pewno mówi. Po drodze przechodzimy przez Vianę, ładniutkie miasteczko, znane dziś głównie z tego, że pochowany w nim jest „Książę“ Machiavellego, czyli Cesare Borgia, bękart kardynała Rodrigo Borgii, późniejszego papieża Aleksandra VI. Bardziej znana jest jego siostra, Lukrecja Borgia, też przeszła do historii. I tak jak on niechlubnie.

Nie było intrygi, do jakiej Cesare nie był by zdolny, podłości, której by się zawstydził i okrucieństwa, przed którym by się zawahał. Był niewątpliwie politykiem zdolnym, bezwzględnym i wiedzącym czego chce. Po bujnym życiu pełnym wzlotów i upadków poszedł w służbę swojego szwagra, króla Navarry i zginął w bitwie pod Vianą.

Losy jego zwłok, były prawie tak niespokojne, jak jego życie. Pochowany w kościele, z pompą, należną odważnemu żołnierzowi, jakim w istocie był, został w sto lat później przeniesiony na zewnątrz — pod schody u wejścia.

Wchodząc po kamiennych płytach do kościoła Mariackiego w Vianie, depczemy szczątki nędznika, będącego wzorem dla wielu ambitnych polityków naszych czasów, a pochowanego tam na wieczną hańbę. Czy także na nasze ostrzeżenie?

Jedną z osobliwości Viany jest to, że pielgrzym nie ma tam żadnej możliwości zaczerpnięcia wody. Dopiero dwa kilometry dalej rozłożone jest piękne miejsce wypoczynkowe ze źródełkiem, ławkami, stołami, a nawet z cieniem. Naturalnie nic o tym nie wiemy i nie dalej jak pół kilometra wcześniej urządzamy sobie odpoczynek na najmniej zaśmieconym kawałku zeschłej trawy, jaki udało nam się znaleźć. Nauka z tego: miej nadzieję i nie zadowalaj się pierwszą lepszą okazją.

Logroño widać już z daleka. Mamy do niego jeszcze jakieś osiem kilometrów. Musimy obejść jezioro, inaczej byłyby na pewno dwa kilometry mniej. Na krótko przed wejściem do miasta, przy rozkładanym stoliku, siedzi doña Feliza i za niedużym datkiem wbija do „credenciali“ własną pieczątkę. Tamże, niedrogo, napoje chłodzące. Doña Feliza otworzyła swój skromny interes kilkanaście lat temu i stała się już instytucją, której opisu nie może zabraknąć w żadnej relacji z Camino. Trafiła też i do przewodników. Teraz, wita nas entuzjastycznie i słusznie zakładając iż anglojęzyczny Kiwi będzie miał angielski przewodnik, prosi go o książkę by pokazać w niej z dumą fotografie swojej córki. A może to była już wnuczka? Quién sabe. W każdym razie awansowała do grona światowych znakomitości i potrafi się tym pięknie cieszyć. Ale coś innego przechodzi mi właśnie przez głowę.

Wiedzieliśmy naturalnie o tym miejscu i zbliżając się do Logroño wypatrywaliśmy go. Mniej więcej kilometr wcześniej zobaczyliśmy domek, który wydawał się jakby stworzony do odpoczynku i łyka czegoś zimnego. Stojąca w cieniu wina ławeczka wołała nas głośno i drzwi były otwarte. Zaglądamy więc do środka i jeszcze szybciej wypadamy na dwór, pędzeni przez najmniej przyjazną ludziom istotę na całym Camino. Ja tę istotę nawet trochę rozumiem. Na pewno nie byliśmy pierwsi, którzy skuszeni cienistą pergolą i ławeczką, szukając zapowiadanej przez wszystkie przewodniki doni Felizy, wpadaliśmy do jej prywatnej posiadłości. Sam bym się na jej miejscu zdenerwował. Tylko, że ja z tych nerwów postawiłbym jakiś najprostszy szyld. Kawałek dykty poniewiera się w każdym gospodarstwie, a słowo „Privado“ nagryzmolić można choćby kawałkiem węgla. W każdym języku zrozumiałe i nic nie kosztuje. A jeszcze lepiej — wystawiłbym stolik przed dom i zrobił konkurencję doñi Felizie. Potrzeba do tego tyle, co nic. Tylko wodę zagotować na kawę lub herbatę.

Ciągle się dziwie, że tak mało jest na Camino miejsc, w których można by dostać coś ciepłego do napicia i na ząb. Jakoś trzeba przecież zaspokoić stale rosnącą liczbę pielgrzymów, którzy chcą jeść i pić i chętnie za to zapłacą. A dla mieszkańców tych małych i naprawdę biednych wiosek, które mijam po drodze, każdy grosz się liczy, każdy mały zarobek byłby pomocą. Czy to ociężałość, czy niesprzyjające prawo powstrzymuje Hiszpanów od otwierania małych rodzinnych przedsiębiorstw? Chyba to pierwsze, bo kilka dni później napotykamy cud. Pośrodku czereśniowego sadu, przed szopą na narzędzia, stoją dwa stoliki, przy nich osiem krzeseł, a wokół krząta się gospodyni z kawą, herbatą i ciastem własnego wypieku. Tyle potrzeba do otworzenia własnego interesu. Gospodyni zarabia, pielgrzymi są szczęśliwi, a ja wdaje się w rozmowę z jednym Austriakiem, dwiema Dunkami i trzema rowerzystami z Włoch o tajemnicy ogólnej niechęci Hiszpanów do takich właśnie prostych inicjatyw. To nie dotyczy naturalnie naszej gospodyni. Właśnie się zamartwia, że dwie osoby muszą stać. Jutro na pewno będzie tu więcej krzeseł. A my, przy stoliku, dochodzimy do wspólnego wniosku, że w każdym innym europejskim kraju moglibyśmy wzdłuż tak uczęszczanego szlaku jak Camino w każdym sadzie kupić owoce, a może i coś więcej, a przy każdym domu wisiałby kawałek kartonu z napisem „wolny pokój“. Może tu też kiedyś tak będzie.

Piszę to z pełną świadomością, że gdy sprawy potoczą się w tym kierunku, Camino de Santiago upodobni się do innych regionów Hiszpanii, a właściwie już całego świata, ciężko dotkniętych przez turystykę. Dla mnie będzie to już na pewno nie to samo. A jednak nie mogę się dołączyć do chóru purystów narzekających na komercjalizację tej — na przeżycia duchowe przecież nakierowanej — drogi.

Prostota i skromność, wyrzeczenia i ból, wszystko to stanowi istotę Camino de Santiago. Przejść tę drogę lekko i wygodnie, odbiera przedsięwzięciu wszelki sens. Wygodnie i bez bólu, to mamy w domu. Tu szukamy czegoś innego. Może nie każdy z nas, ale większość na pewno. Chętnie godzimy się z małymi niewygodami i opowiadamy z zachwytem o miasteczku, do którego nie można dojechać samochodem. Chcielibyśmy, żeby tak już zostało, bo przecież przejechaliśmy świat wzdłuż i wszerz i widzieliśmy już zbyt dużo czarownych miejsc, zniekształconych i skomercjalizowanych nie do poznania. Idziemy zapylonymi drogami i chcemy ustrzec Camino od tego losu. Z miłości do tej niezwykłej okolicy, do tej niezwykłej atmosfery, jesteśmy przeciwni zmianom, chcemy by wszystko zostało tak, jak jest.

Ale to by było równoznaczne z uczynieniem z tej okolicy skansenu, w którym zblazowany obieżyświat mógłby się dla odmiany wyżyć duchowo. Oznaczałoby to sztuczne pielęgnowanie biedy w całym regionie. Byłoby to nie tylko niemożliwe, ale i bez sensu. Atmosfera Camino nie wyraża się bowiem poprzez stan infrastruktury. Atmosferę nosi się całkiem prywatnie — w sobie.

Logroño, do którego właśnie się zbliżamy, rozwinęło się dzięki pielgrzymom, podobnie jak Pampeluna, nie wspominając już o samym Santiago de Compostela. Dziś masy pielgrzymów nie mają już dla nich żadnego gospodarczego znaczenia. Są natomiast prawdziwym błogosławieństwem dla, leżących po drodze, małych miasteczek i wiosek. Początkowa wściekłość na Hape zdążyła już znacznie wyblaknąć i zanika dalej, stając się tym mniejsza, im bardziej uświadamiam sobie, że to co przeżywam jest niezależne od otoczenia. Coraz silniejsze staje się uczucie, że Camino de Santiago to nie jest droga, którą się idzie. Tę drogę niesie się w sobie.

Czy ktoś widział 150-tysięczne miasto, w samym środku którego, na ruchliwym, ludnym placu gnieżdżą się bociany? Kto chce to zobaczyć, niech odwiedzi Logroño. Na dwóch wieżach katedry Santa Maria de la Redonda naliczyłem dziewięć gniazd. Bez gwarancji, że nie ma ich więcej, gdyż obejrzałem sobie katedrę tylko od frontu. Wychodząc z Logroño idzie się przez wypielęgnowany park, w którym — mimo upału — wyżywają się liczni „truchtacze“, bo biegaczami nazwać ich raczej trudno. Dla nich jest to prawdopodobnie miły poranny chłodek. My spływamy potem. Och, jak zazdroszczę wędkarzom, moczącym robaki na cienistym brzegu jeziora. Gdy tylko minęliśmy jeziorko wychodzimy na autostradę. Nie całkiem, ale prawie. Nasza ścieżka dla bezpieczeństwa oddzielona jest od autostrady płotem z siatki. W siatkę wplecione są małe krzyże. Kto wpadł pierwszy na ten pomysł, musiał mieć przebłysk geniuszu. A może natchnienie? Może nawet…? Nie, nie idźmy za daleko. Umysł ludzki zdolny jest do dobrych pomysłów także bez nadprzyrodzonej interwencji. Ten pomysł w każdym razie chwycił, a materiał leży pod stopami. Wystarczy podnieść dwie gałązki, podejść dwa kroki do płotu, jedna gałązka pionowo, druga poziomo — gotowe. Tysiące ich, tak daleko, jak daleko ciągnie się płot. A jeden z nich zrobiony przeze mnie. Czy zrobiłem ten krzyż jako chrześcijanin, czy naśladowca, czy po prostu dlatego, że tam byłem? Nie wiem i jest mi to nawet obojętne. Po prostu w tym miejscu nie mogłem inaczej.

Navarrete wyłania się niespodziewanie i inaczej niż inne miasteczka, pełna jest życia nawet w samo południe. Tylko refugium otwiera się dopiero o 16-tej. Poczekamy. Przed wejściem jest cień, jest gdzie położyć plecaki, a oblężony automat z Coca-colą, w barze naprzeciwko, na pewno za chwilę się przegrzeje. Wygląda na to, że jego właściciel robi dziś interes swojego życia. Ale nie na mnie. Ja jestem oszczędny i nie szastam pieniędzmi, piję więc wino.

Refugium jest bardzo sympatyczne i w przeciwieństwie do wczorajszego ma dwie toalety na każde osiem osób, a nie na pięćdziesiąt, jak to było w Logroño. Formalności i przydział miejsc przebiegają błyskawicznie. Po chwili jesteśmy już zainstalowani i wykąpani, i ruszamy na zwiady. Chcemy przede wszystkim zobaczyć jak wychodzi się z miasta. Mamy zamiar wyjść jutro przed świtem, by uniknąć upału i nie chcemy błąkać się po ciemku po krętych uliczkach starej Navarrety. Tym bardziej, że w ciemności wcale nie jest łatwo wypatrzeć żółte strzałki malowane to na murach, to na chodnikach, to na latarniach.

Wychodzimy na wzgórze, prosto na kościół, który dominuje nad placem zabaw. Ale śmiech dzieci nie dobiega nas wcale z placu, lecz z kościoła, co jest dla nas znakiem, że ten kościół wyjątkowo nie jest zamknięty i można będzie go zwiedzić, a dodatkowo budzi ciekawość, co to za chichoty w tym szacownym zabytku z XIV wieku. Wchodzimy więc do środka i jesteśmy świadkami przygotowań do pierwszej Komunii. Śmieją się dzieciaki, śmieje się niewiele od nich starszy ksiądz i cały kościół wydaje się od tego śmiechu tak młody, jak leżący u jego stóp plac zabaw.

I nagle odkrywam coś, w co po prostu nie mogę uwierzyć. Chrystusa w halce. Wisi na krzyżu, ale zamiast udrapowanej na biodrach tkaniny, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, ma coś, czego przy najlepszej dozie dobrej woli, nie da się określić inaczej niż frywolna halka. Z koronkami. Nie wiem, z jakiego wieku jest ten obraz. Wygląda na dość stary. Tu wszystko jest stare. Nie jestem specjalistą i właściwie wszystko mi jedno, ale ta halka. Chcę to sfotografować. Za ciemno. Mam zasadę by nie używać w kościołach lampy błyskowej. Muszę to sfotografować i pełen wstydu dwa razy błyskam.

Nie cierpię turystów co błyskają w kościołach. Można wywieszać dziesiątki ogłoszeń z prośbą o zmiłowanie nad zabytkami, ale turystyczna masa błyska raźno bez opamiętania. I bez sensu. Nie mam tu nawet na myśli tych prawdziwych idiotów (mea culpa), którzy rachitycznym błyskiem swoich tanich kamerek usiłują oświetlić ciekawą polichromię na suficie katedry. Nawet fotografowanie bliższych planów ma mniej więcej tyle sensu, ile wysiłki doświetlenia fleszem z widowni sceny w teatrze. Moja żona mogłaby tomy na ten temat pisać. Jest nauczycielką tańca (klasycznego zresztą) w szkole, dającej radość amatorom. Szkoła każdego roku przygotowuje pokaz, w którym biorą udział wszystkie dzieci, aby każde miało szansę zaprezentować się na prawdziwej scenie. Jasne, że rodzice i zastępy wujów dostają bzika, aby tylko uwiecznić swoje pociechy. Właścicielka szkoły dostaje chrypki, tłumacząc, że błyskanie fleszami nic nie daje, za to bardzo przeszkadza dzieciom w koncentracji. Groch o ścianę.

A przecież gdyby taki zapatrzony w swoje dziecko tatunio, zechciał przeczytać instrukcję obsługi, dowiedziałby sie, że jego flesz też jest malutki i dalej niż trzy-cztery metry nie oświetli. Nawet na fotografowanie z pierwszego rzędu nie wystarczy. A gdyby swoje dziecko naprawdę rozumiał, wiedziałby, jak trudno mu się skoncentrować i że kochany tato po prostu przeszkadza. Zdumiewające, jak nieracjonalnie potrafią działać dorośli ludzie. Czy obserwowaliście kiedyś ludzi przed windą? Jeżeli są tam dwa przyciski — jeden na dół, drugi na górę — nacisną oba. Przyjmuję każdy zakład.

To można jeszcze zrozumieć. Brak zaufania do tego, że oba przyciski działają, albo zwykłe gapiostwo. Ale jeżeli ktoś naciśnięty już pięć razy guzik, męczy po raz szósty w nadziei, że w ten sposób przynagli windę, to moje zrozumienie dla takiego działania się kończy.

Zdumiewające, jakie myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy przed obrazem Jezusa w halce. Nawiasem mówiąc, żadne zdjęcie się nie udało.

Navarrete opuściliśmy tak jak było zaplanowane, o szóstej. Uniknęliśmy upału, a ściślej mówiąc upał został nam oszczędzony. Pięć minut po naszym wyjściu z refugium zaczęło padać i lało dwie godziny. Zrobiło się też zimno.

Zimno nie jest takie złe jak wilgoć. Gliniastą drogą wspinamy się w górę. Już wkrótce wagę moich butów szacuję na jakieś dwa kilo. Każdy. Ani tego otrząsnąć, ani zdrapać. Wysiłek zbędny i zabiera tylko czas, gdyż po dwóch krokach czerwona klucha gliny jest jeszcze większa. Prawdopodobnie z czystej złośliwości. I tak, przestępując z kluchy na kluchę zbliżamy do opisywanej we wszystkich przewodnikach doliny kamiennych ludzików.

Stawiają je w tym miejscu pielgrzymi. Ułożone jeden na drugim kamienie lub kamyki, od trzech do trzydziestu, zależnie od pasji konstrukcyjnej danego pielgrzyma. Wygląda tu tak, jakby każdy pielgrzym chciał pozostawić po sobie pamiątkę. Stoją ich już tysiące. Kiwi, zachwycony, najpierw obfotografowuje co się da, a potem bierze się sam do budowania. Łazi tu i tam, szuka kamieni, a ja rozmyślam, kiedy zabraknie materiału i kamienne ludziki zaczną się wzajemnie zjadać. Tylko patrzeć kiedy, jakiś szczególnie napalony pielgrzym, użyje do budowy swojego pomniczka, kamieni z innego ludzika.

Na razie kamienie jeszcze są i Kiwi pozostawi ślad po sobie bez uciekania się do kamiennego kanibalizmu. Jakoś mnie to nie bierze. Nie przemawiają do mnie te ludziki. A przecież to fenomen podobny do wczorajszych krzyży, wplatanych w siatkę. Człowiek tu był, inni też byli, ma się poczucie wspólnoty, przynależności, uczestniczenia, daje się znak, czy ja wiem w końcu co? Coś ważnego w każdym razie. To wszystko czułem wczoraj. Dziś patrzę na te ludziki i irytują mnie tylko. Nie przynależność przekazują mi, a owczy pęd.

A przecież taki piękny opis tej doliny czytałem w domu. O niepowtarzalnych uczuciach, jakie ogarniają człowieka stojącego przed tymi małymi pomniczkami ludzkiego dążenia do wieczności. Mnie nie ogarniają. Czuje się z tym głupio i nawet trochę winny, że nie potrafię tego odebrać tak, jak przystoi pielgrzymowi. Ponoć to miejsce daje pielgrzymowi siłę. Mnie nie. Czyżbym miał glinianą kluchę nie tylko pod butem, ale i w głowie? Ale wczoraj (przy płocie) czułem właśnie wszystko to, co powinienem czuć dzisiaj. A o krzyżach nie pisał nikt. Może nie budzą w autorach przewodników takiego wrażenia.

Dlaczego więc nie odczuwam tego tutaj. W końcu to bardzo ładne miejsce. Szeroki wąwóz łagodnie wspina się na przełęcz, gładka, czerwona glina kontrastuje pięknie ze głębokim szmaragdem traw, a ludziki są w gruncie rzeczy sympatyczne, jak stado pingwinów.

Nie odpowiem sobie na to pytanie, bo już nasuwa się następne, ważniejsze: dlaczego właściwie łamię sobie głowę nad tym, że nie odczuwam? Przecież nie ma obowiązku. A może gdzieś w podświadomości jednak jest. Już sam fakt zastanawiania się nad tym wskazuje, jak bardzo nastawieni jesteśmy na opinię innych ludzi. A może nawet gorzej — jak bardzo zależy nam na tym, by myśleć tak jak inni. Niepokojące. Czy też jestem taki?

Na wszelki wypadek mam dla swojego „odstępstwa“ wiarygodne wyjaśnienie. Kamienne ludziki mają dla mnie całkiem praktyczne i zwyczajne znaczenie. Mianowicie jako drogowskazy. Spotkałem się z nimi wcześniej w Laponii, gdzie mieszkańcy używają ich do zaznaczania granic, wskazywania przejścia, a nawet do przekazywania tej samej wiadomości, co tutejsi pielgrzymi: „byłem tutaj“. Tyle, że „byłem tutaj“ znaczy w pustkowiach tundry zupełnie co innego, niż na uczęszczanym przez tysiące, oznakowanym dobrze szlaku.

Na przełęczy grunt nie był już tak gliniasty i szybko pozbyliśmy się kluch z butów, a przy wejściu do Nájery, po przeczytaniu wykaligrafowanego na betonowym murze wiersza po hiszpańsku i niemiecku, myśli o ludzikach kamiennych ustąpiły miejsca myślom o ludzikach zadętych, które przede mną tedy szły.

Wiersz, jak wiersz. Strofy amatorskie, niezgrabne, bardziej o pracowitości, niż o talencie poetyckim autora świadczące, ale z potrzeby serca najwyraźniej. Po wyliczeniu różnych przyczyn, które autora na pewno nie popchnęły do pójścia w drogę, jak np. hiszpańskie wino, galicyjska kuchnia, czy zabytkowe budowle, autor wyznawał, że wymyka się to jego pojęciu:


Siły, która mnie pcha do przodu,

Mocy, za którą podążam

Sam nie potrafię wyjaśnić

To może być tylko ON tam w górze.

Pod spodem nakreślone pospiesznie pytanie: Jesteś pewien, że to ON, a nie ONA?

Zasadniczo rzecz biorąc, Bóg nie ma płci. Przynajmniej z Biblii jednoznacznie to nie wynika. „Stworzył tedy Bóg człowieka na wyobrażenie swoje; na wyobrażenie Boże stworzył go; mężczyznę i niewiastę stworzył je.“ (Ks. Rodzaju 1:27)

Na swój obraz — kobietę, na swój obraz — mężczyznę. Kim jest istota, której obraz odpowiada tak różnym kształtom? I czy to pytanie nie jest całkiem zbyteczne? Ważniejsze jest znaleźć drogę, by do tej istoty dojść. A jeśli tę drogę znajdę, wiem kogo spotkam u jej kresu. Spotkam mężczyznę, który każe mi przestrzegać surowych praw i wystawia mnie na ciężkie próby, a jeśli zawiodę, ukarze mnie na wieczność (któraż to kobieta znalazłaby w sobie tyle surowości?). Spotkam kobietę, która przyjmie mnie z nieosiągalną ludziom miłością i zrozumieniem.

Emancypantka zostawiła tu swój ślad. Jakież to smutne. Dlaczego muszą wszędzie obnosić się ze swoimi kompleksami? Camino to nie miejsce na takie demonstracje. Tu wchodzi się w siebie, znajduje spokój, albo przynajmniej próbuje się go znaleźć. Do tego miejsca nie pasuje agresja. Z drugiej strony, jak bardzo zranieni muszą czuć się ludzie, jeśli stracili poczucie czasu i miejsca, właściwego do zanoszenia swojej skargi. I to ciągłe utyskiwanie na wrogość kościoła katolickiego do kobiet. Tymczasem to właśnie ten kościół jako jedyny z chrześcijańskich kościołów czci kobietę jak boginię. Nie jak okrutną Kali, potężną Herę, czy mądrą Atenę, lecz jak dającą życie, przynoszącą pokój i kochającą matkę. Czy może właśnie to wywołuje wściekłość feministek? A jeśli tak, to dlaczego chcą koniecznie zamienić siłę kobiet na słabość mężczyzn?

Kobiety są lepszymi mężczyznami — powtarzają chętnie, zwłaszcza te z bardziej wojowniczych kręgów. Nie przeczę. Są. Kobiety mają dużo więcej zdolności komunikacyjnych, poczucia harmonii, empatii, lepiej potrafią zrozumieć naturę i kształtować otoczenie. To kobiety posiadają, Bogu jedynie zastrzeżoną, moc dawania życia. W jego zastępstwie tu na ziemi. Więcej, kobiecie dano dar urodzić samego Boga. Cóż my mężczyźni mamy temu do przeciwstawienia? Duże muskuły i generalnie lepszą orientację w terenie, które są nam potrzebne, żebyśmy byli w stanie szybciej ubić mamuta i nie zabłądzić z mięsem po drodze do domu. Zdając sobie sprawę, że już po tych słowach wiele czytelniczek zakwalifikuje mnie do gatunku męskich szowinistów, nie zaryzykuję wiele wyjaśniając, że mamut jest tu rozumiany symbolicznie, i że te właściwości pozwalają dziś mężczyznom odnosić sukcesy w rozmaitych gospodarczych i organizacyjnych przedsięwzięciach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 33.1