E-book
14.18
drukowana A5
22
Nie byłam dzieckiem

Bezpłatny fragment - Nie byłam dzieckiem

Objętość:
91 str.
ISBN:
978-83-8440-381-5
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 22

Moim najukochańszym:
mężowi, dzieciom i mamie.

Monika

Nie byłam dzieckiem

Nie byłam dzieckiem.

Za mała,

by krzyczeć,

za duża,

by nie rozumieć.

Dorastałam przy stole,

na którym

brakowało wielu rzeczy.

A strach był.

I tego — zawsze więcej.

Rówieśnicy bawili się

w dom,

ja — w ciszę,

w której nikt

nie wybuchł.

Znikałam w książkach,

bo tam nikomu

nie przeszkadzałam.

Kręciłam się

w kieracie:

obiad, pranie, dzieci.

Liczyłam oddechy

dorosłych,

żeby przewidzieć

pogodę nocy.

Zawsze wiedziałam,

kiedy będzie burza.

Nie byłam dzieckiem.

Amortyzatorem,

maskotką,

zapasową dorosłą

do zadań specjalnych.

I dopiero teraz,

kiedy patrzę na moje dzieci,

jak śmieją się zbyt głośno

i nic złego się nie dzieje! —

widzę,

że dzieciństwo

naprawdę istnieje.

Mnie ominęło

szerokim łukiem,

gdy niosłam na plecach

rzeczy,

których nie powinno się

dotykać

przed osiemnastką.

Albo w ogóle.

Dziś stoję tu,

jakby ktoś oddał

mi klucz

do pokoju,

którego nigdy

nie miałam.

I wchodzę.

Powoli.

Bez przeprosin.

Bo nie byłam dzieckiem —

a teraz mogę.

Wreszcie

przestać być

dorosła.

Za wszystkich.

Do ojca, którego nie miałam

Byłeś — nieidealny —

Przez pierwsze lata mojego życia.

Potem zniknąłeś

niby cień za drzwiami,

Choć fizycznie

może jeszcze byłeś.

Ale duch Twojego ojcostwa —

uciekł pierwszy.

Zaplątałeś mi raz warkoczyki. Krzywo.

Z palcami grubymi, niepewnymi,

Jakbyś się bał, że mi zrobisz krzywdę

Samym dotykiem.

A ja pamiętam ten gest —

najczulszy z Twoich nieporadnych miłości.

Nie umiałeś być ojcem.

Chwilami, pamiętam, próbowałeś.

Ale twardziel nie płacze,

Twardziel nie tuli,

Twardziel nie mówi „kocham” —

Więc milczałeś.

Nie miałeś w sobie delikatności,

Bo nikt Ci jej nie dał.

Twój świat był szorstki, zimny,

Pełen rozkazów i wstydu za łzy.

Wybaczyłam Ci już dawno.

Bo zrozumiałam — nie miałeś zasobów.

Chciałeś może zbudować rodzinę,

Ale dano ci tylko młotek i złość.

A mimo to żałuję.

Że nie było inaczej.

Że nikt Cię nie nauczył

Jak kochać dziecko bez krzyku,

Jak przytulić bez lęku, jak zostać,

Zamiast odejść.

Że nie miałam Taty, Tatusia, Tatka…

Bo może dziś Twoja pamięć nie byłaby pęknięta,

z połamaną podporą,

I mchem w miejscu,

Gdzie ktoś, kto Cię kochał mógłby położyć kwiat tęsknoty.

Może nie byłaby ta pamięć tak strasznie samotna.

Jak Ty, tato…

Za ścianą rosną czarne drzewa

Z sufitu kapie noc.

Jakby ktoś rozlał cień

Na sufit, pod którym

Dziewczynka liczy oddechy ścian.

Za drzwiami — koncert mebli,

Szmery, trzaski, jęk materaca

Co nie ma już siły być cichy.

Dziewczynka ma oczy pełne drzazg.

Każdy dźwięk wbija się pod skórę.

Skrzypienie łóżka staje się hukiem,

Szept — rykowiskiem wilków.

To nie wiatr,

To nie sen,

To nie bajka.

To dźwięki, które nie pasują

Do słowa „kocham” w kolorowance.

Zniekształcone, wilgotne —

Pełzają po podłodze jak ślimaki bez skorupy.

W kącie pokoju

Wyrasta drzewo.

Czarne. Cicho szumi

Jej imię.

Gałęzie pełzną po ścianach.

Z liści kapią obrazy,

Których nikt nie namalował,

Ale które zostaną już na zawsze.

A rano — tylko zapach kawy.

Tylko dym z papierosa.

Tylko oczy, które nie widzą.

I głosy, które mówią:

„Było przecież cicho.”

Mamo

Potrzebowałam mamy.

Nie tej, co wracała zmęczona

Z pracy, z życia, z wiecznego gaszenia pożarów

Jego pijanego ja.

Nie tej, co patrzyła przez okno,

Szukając sensu w dymie papierosa

I łudziła się, że modlitwa coś uratuje.

Potrzebowałam mamusi.

Z kolanem jak plaster na wszystkie moje smutki,

Z bajką przed snem,

Z czasem tylko dla mnie,

Z uwagą nieskładkową.

Zamiast tego miałam kobietę,

Która dźwigała świat,

A ja — jej walizki.

Byłam grzeczna, cicha, niewidzialna.

Bo może wtedy będziesz miała chwilę,

Żeby mnie zauważyć?

Wiem już, mamo,

Że i Ty nie znałaś bliskości.

Babcia miała różaniec zamiast ramion,

A prababcia — Boga surowego jak z mszy za dusze,

Których nikt nie kochał za życia.

One nie tuliły — tylko wymagały.

Nie słuchały — tylko klęczały.

Ale mi i tak żal.

Żal tej dziewczynki we mnie,

Co tuliła poduszkę zamiast mamy.

Żal wszystkich dni,

Gdy bardziej kochałaś jego trzeźwość

Niż moje potrzeby.

Nie winię Cię.

Ale nie potrafię przestać tęsknić

Za tym, co nigdy nie przyszło.

Za Tobą, której nigdy nie miałam

Tak naprawdę.

Za mamą,

Która była zbyt zmęczona,

Żeby być mamusią.

Księżniczka swego taty

Chciałam być tą,

Która czeka w oknie,

Gdy Tata wraca z pracy

Z kieszenią pełną łakoci

I oczami, w których jestem wszystkim.

Chciałam mieć swoje miejsce

Na jego kolanach,

Gdy świat był za duży,

A ja za mała,

Żeby wszystko udźwignąć bez drżenia brody.

Chciałam być księżniczką

Bez zamku z obowiązków,

Bez korony z ciszy,

Bez berła z rozsądku.

Chciałam, by ktoś wycierał moje łzy,

Zanim nauczę się ukrywać je w poduszkę.

By ktoś mnie niósł,

Zanim powiem: „poradzę sobie”.

Ale nie byłam.

Byłam dzielna.

Zbyt dzielna jak na dziecko.

Za cicha, by krzyczeć: „Zobacz mnie!”

Za mała, by zrozumieć, że to nie moja wina.

Dziś patrzę,

Jak moja córka tuli się do ramion

Tego mężczyzny,

Którego wybrałam na ojca dla niej

I dla tej małej mnie w środku.

I płaczę.

Nie z zazdrości.

Bo chociaż nie byłam księżniczką swego taty,

To dziś jestem królową,

Która pozwala córce mieć tron z miłości.

I ja —

Po raz pierwszy —

Wreszcie mam też.

Rodzice swoich rodziców

Byliśmy nimi, zanim mieliśmy stałe zęby,

Zanim zdążyliśmy wybrać ulubiony kolor.

Zanim świat zdążył zapytać,

Kim chcemy być —

Już musieliśmy być.

Matka swojej matki —

Tuliła ją w myślach, gdy płakała po cichu,

Sprzątała emocje spod dywanu,

Gładziła zmięte „nic się nie stało”

I uczyła się być czułością,

Której nigdy nie dostała.

Ojciec swojej matki —

Przyjmował jej zmartwienia jak rachunki do zapłaty,

Prostował plecy, by mogła się oprzeć,

Choć sam miał jeszcze mleko pod nosem.

Zamykał drzwi przed lękiem,

Sam bojąc się ciemności.

Matka swego ojca —

Starała się być światłem,

Gdy on znikał w swoich cieniach.

Gotowała spokój z braku obiadu,

Uczyła go mówić o uczuciach,

Choć sama znała tylko milczenie.

Ojciec swego ojca —

Trzymał pion, gdy tamten się chwiał,

Wyciągał z dna, nie umiejąc pływać.

Był głosem rozsądku w domu bez logiki,

Latarką na stole, kiedy gasło wszystko inne.

Byliśmy nimi,

Choć nikt nas o to nie prosił.

Choć mieli rodziców —

To my byliśmy dorośli bardziej.

Dziś uczymy się

Nie być już matką, ojcem, zbawicielem.

Dziś próbujemy być wreszcie dzieckiem.

Choć czasem już mamy własne dzieci.

Choć czasem…

Jesteśmy starsi niż oni byli wtedy.

Na huśtawce wspomnień

Huśtam się.

Na wielkiej, kolorowej huśtawce —

Tęczowej łódce zaczepionej o ramiona nieba.

Leżę.

Głowa oparta na wietrze,

Nogi w bezruchu,

A w sercu — cicho gra muzyka wolności.

Patrzę w błękit.

W ten bezgraniczny spokój,

Którego kiedyś nie znałam.

Bo w dzieciństwie

Nie było huśtawki.

Nie było czasu na „pobujaj mnie”

Ani dorosłego, który by to zrobił.

Były tylko dorosłe sprawy

I dziecko, które musiało im sprostać.

Dziś uczę się od nowa —

Odpoczywania,

Zabawy bez wstydu,

Radości bez powodu.

Tego, co powinno przyjść samo,

Ale nie przyszło.

Tego, co odbudowuję —

Deska po desce,

Jak tę huśtawkę.

I kiedy bujam się w przód i w tył,

Wiem, że każda chwila

Jest odzyskana.

Nie nadrabiam dzieciństwa.

Ja tworzę nowe.

Dla siebie.

Z miłością.

Z wyborem.

Z błękitem nad głową

I spokojem, który wreszcie

Ma gdzie usiąść.

Zabawa w dorosłość

Na podwórku życia

Rosła dziewczynka z liściem w dłoni,

Co udawał list od mamy.

Nieczytelny, jak jej obecność.

Z papierowych domków

Wycinała plan dnia —

Śniadanie, cisza, uśmiech, nie płacz.

W kącie kuchni

Stał garnek większy od niej.

Szurał nim po podłodze,

Jakby to był jej koń.

Ale to nie był koń.

To był obowiązek

Z rączką zardzewiałą jak zmęczenie.

Zamiast lalki — miała siostrę.

Zamiast bajki — mleko kipiące

Na czajniku z dziobem złamanym

Przez ostatnią kłótnię.

Kładła brata spać

Z głową pełną alarmów,

Z rękami jak skrzydła,

Co zapomniały, że są też dla niej.

Niebo miała zamknięte

Na trzy zasuwy —

By nie uciekły dźwięki z sypialni.

Pod poduszką chowała hałas

Jak inne dzieci skarby.

Tam był zamek z ciszy,

A pod nim — potwory.

Na szkolnych rysunkach

Słońce było czarne.

Bo nie znała ciepła bez wstydu.

Nosiła klucze do domu

I do dusz domowników.

Zakładała je na szyję

Jak medal za przetrwanie.

Kiedyś ktoś zapytał:

„Dlaczego nie jesteś dzieckiem?”

Odpowiedziała:

„Bo ktoś musi być dorosły”

I tylko nocą —

Gdy zasypiały obowiązki,

A nie dzieci —

Śniła, że ktoś ją tuli

Nie za to, co zrobiła.

Ale za to, że była.

Do malutkiej mnie

Mała dziewczynko z oczami większymi niż świat,

Co nie znała bajek innych niż te

O ciszy przed burzą i grzmiącym milczeniu.

Z kocykiem odwagi zamiast misia,

Z herbatą zrobioną sama sobie,

Z kalendarzem pełnym cudzych potrzeb.

Ty, co miałaś plan dnia ważniejszy niż lekcje —

„nakarmić”, „przetrwać”, „nie płakać”,

Zanim nauczyłaś się mnożenia.

Ty, która znałaś wagę westchnień mamy

I uczyłaś się alfabetu złożonego z krzyków

I dławiącej ciszy za ścianą.

Malutka ja,

Która rozumiała więcej, niż powinna,

I czuła wszystko, choć nie mogła mówić.

Dziękuję Ci.

Za to, że nie zwariowałaś,

Choć miałaś do tego wszystkie powody.

Że chroniłaś innych,

Choć nikt nie chronił Ciebie.

Że byłaś grzeczna,

Choć chciałaś czasem po prostu zniknąć.

Już możesz odłożyć zbroję.

Już nie musisz gotować obiadu ze łez.

Już jesteś bezpieczna.

Jestem teraz duża.

I jestem po Twojej stronie.

I uczę się być takim rodzicem,

Jakiego Ty nie miałaś —

Dla Ciebie, dla siebie, dla nas.

Odpocznij, mała.

Zasłużyłaś.

Cały świat powinien Cię teraz tulić.

Ale na razie — ja to zrobię.

Idealne dziecko

Zawsze z odrobionymi lekcjami,

Z zeszytem prowadzonym jak marzenie.

Na wywiadówkach — same pochwały,

„grzeczna”, „zdolna”, „wzorowa”,

Jakby miała być nagrodą

Za cudze porażki.

Zamiast dzieciństwa — misja.

Zamiast błota na kolanach —

Plan dnia rozpisany w głowie.

O siódmej — śniadanie dla brata.

O ósmej — zaprowadzić siostrę.

O dziewiątej — uśmiech dla świata,

Żeby nikt nie zgadł,

Że w domu cuchnie ciszą po wódce.

Nie płakała.

Nie buntowała się.

Bo nie miała kiedy.

Za bardzo rozumiała.

Za dobrze słyszała.

Za szybko wiedziała,

Że nie może być dzieckiem,

Bo ktoś musi być dorosły.

Wybierała słowa ostrożnie,

Jakby każde mogło wybuchnąć.

Była tamponem pokoju,

Gąbką chłonącą złość,

Tarczą między awanturą

A snem młodszego rodzeństwa.

Wszystko umiała.

Tylko siebie nie znała.

Tylko swoich potrzeb nie czuła.

Bo kiedy był czas

na czucie,

Ona właśnie

ratowała świat.

Dziś czasem się śmieje,

Ale coś w niej nadal milczy.

To ta część,

Która nigdy nie dostała pozwolenia,

Żeby po prostu być

Małą dziewczynką

Z problemami.

Dzielna?

Miała siedem lat

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 22