E-book
4.73
drukowana A5
59.09
drukowana A5
Kolorowa
90.24
NEURONACJA

Bezpłatny fragment - NEURONACJA

Książka do Czytania w Ciemnościach


Objętość:
330 str.
ISBN:
978-83-8467-705-6
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 59.09
drukowana A5
Kolorowa
za 90.24

‡

Rodzicom i Braciom

„Albo robimy coś dla pieniędzy i poklasku, albo po to, by być wolni i wieczni.” — Samuel Serwata

„Jeszcze dłuższe mogli pierdolnąć to intro” — Ćpajko

‡ — Podwójny Sztylet (Obelus Duplex, Double Dagger) — W znaczeniu typograficznym i filologicznym ‡ to znak krytyczny wywodzący się ze starożytnej praktyki obelizmu. Jego pierwowzorem był obelus, używany przez greckich filologów znak do oznaczania fragmentów niepewnych, błędnych lub wymagających komentarza. W tradycji rękopiśmiennej i wczesnym drukarstwie system ten rozwinął się w dwa stopnie: pojedynczy sztylet † i podwójny sztylet ‡. Forma znaku, przypominająca dwa połączone ostrza, nie ma charakteru religijnego. Funkcjonalnie służy jako drugi poziom przypisu, oznaczenie korekty, wariantu tekstowego lub miejsca wymagającego objaśnienia. Do dziś stosowany jest w edycjach krytycznych, opracowaniach naukowych i typografii jako znak uwagi. W znaczeniu symbolicznym jest znakiem podwójności, rozdarcia i przekroczenia granicy pomiędzy tekstem a komentarzem, wiedzą a tajemnicą, porządkiem a jego zakłóceniem. Jako metafora oznacza błąd rzeczywistości, ukrytą warstwę znaczeń, anomalię lub konieczność ponownego odczytania świata. Jest więc symbolem korekty i podwójnego spojrzenia: wskazuje to, co nie zostało jeszcze wyjaśnione i domaga się reinterpretacji.

N/A — angielski skrót najczęściej oznaczający „not applicable” — „nie dotyczy” / „nie ma zastosowania”, a zależnie od kontekstu także „not available” — „brak danych” / „niedostępne”. Stosuje się go głównie w formularzach, tabelach, dokumentach i bazach danych, gdy dana informacja nie ma zastosowania albo nie jest dostępna. Właściwe znaczenie zawsze wynika z kontekstu

Set #13. „Podwójny Sztylet”

Cięcie 1. Kronika Kryminalna

Światowy Rekord:

Najważniejszym dokonaniem człowieka, w kwestii dokonania odkrycia i zbudowania jakiegokolwiek wynalazku, było zbudowanie urządzenia, mogącego nagrywać dźwięk oraz mogącego go odtwarzać. Świat nigdy nie poszedły do przodu w żadnej dziedzinie gdyby nie Fonograf. Reszta była po tym tylko rozwinięciem, w jakiejkolwiek dziedzinie, czy kierunku.

Pierwszy zapis dźwięku datuje się na 1857 rok. Trzy lata później, nagrano najstarszy zachowany nany zapis ludzkiego głosu, we fragmencie francuskiej piosenki ludowej “Au Clair de la Lune” czyli “Światło Księżyca” z 1860 roku, do którego prawdopodobnie nawiązywał w swojej najsłynniejszej suicie Claude Debussy. Lecz dopiero w roku, na sto lat przed światowym wybuchem punku, który nurt walczył o nagrywanie muzyki opartej na pomysłach dźwiękowych, a nie opartej wyłącznie na akademickiej nauce kompozytorskiej. W 1877 roku powstało pierwsze urządzenie, które zarówno nagrywało, jak I odtwarzało dźwięk, znane jako “Fonograf Edisona” od której nazwy, po dzień dziesiejszy, w kwestii nagrywania, mówi się na wytwórnie muzyczne, fonograficzne. 10 lat później, opatentowany przez Emile Berliner gramofon, którego urządzenie rok później, rozpoczęto produkcję pierwszych płyt. 100 lat później, licząc od 1888 roku, urodziłem się ja.

Na rok przed eksplozją punku, premierę miała kaseta VHS. A w roku 1982 komercyjne płyty kompaktowe CD, trafiły do sprzedaży. Gdy miałem 7 lat stworzono nośnik DVD, a rok poźniej spopularyzowano. Piętnaście lat później trafiły do sprzedaży pierwsze książki cyfrowe, które nie miały uznania, i uważano, podobnie jak cała technologia cyfrowa, począwszy od fotografii, że ta nie ma przyszłości. Sto lat minęło od prymitywnego walca i winylu, do pełnego cyfrowego zapisu muzyki na nośniku laserowym. Od tamtego czasu, od płyt DVD-Video, minęło równo 30 lat.

Tak też, z miejsca dziękuję Thomasowi Edisonowi (1847—1931) bez którego wynalazku dokonania, można był zarejestrować, nagrać głos kogoś, kogo można byłoby usłyszeć 100 lat po jego śmierci, co też się stało. Bowiem, od początku rozwoju, aż do tego odkrycia, nikt w całej historii homo sapiens, nie potrafił tego dokonać…

Światowe Nagranie:

Chociaż jest dostępna dla wszystkich, to nie będzie ona wykorzystywana przez każdego w ten sam sposób. Nawet skrótowo określana znaczeniowo znakiem samego nazewnictwa, czyni jej wykorzystywanie sprawą indywidualną. Wykorzystuję SI, tak samo jak wykorzystuję historię sztuki, muzykę, fotografie, książki, instrumenty, syntezatory i wszystkie inne narzędzia oraz zasoby dostępne w moim środowisku twórczym. Nie stworzyłem własnego alfabetu ani języka, a mimo to nikt rozsądny nie twierdzi, że moja książka przestaje być moja tylko dlatego, że posługuję się czymś, co istniało przede mną. Każdy może próbować uczyć się gry na fortepianie, lecz nie każdy będzie na nim potrafił grać muzykę, pomimo lat ćwiczeń. Setki muzyków na nim gra, lecz tylko może dwóch, co na nim gra, robi coś w sposób charakterystyczny, jaki nie do pomylenia jest z kimkolwiek innym.

Sampler nie jest muzykiem. Sekwencer nie jest kompozytorem. Automat perkusyjny nie jest perkusistą. Syntezator nie jest wykonawcą. AI nie jest automatycznie artystą. — Każde z tych narzędzi poszerza jednak możliwości twórcy. Nie chodzi o to, żeby unikać cudzych pomysłów, osiągnięć czy rozwiązań, lecz żeby potrafić świadomie je wykorzystać, przetworzyć i nadać im własny sens. Można czerpać z setek źródeł, otwarcie przyznawać się do inspiracji, a mimo to stworzyć dzieło na tyle charakterystyczne, że samo stanie się źródłem inspiracji dla kolejnych twórców.

Granica między inspiracją, zapożyczeniem, przetworzeniem a kopiowaniem nie zawsze jest tak oczywista, jak chcieliby ją przedstawiać krytycy. Sam fakt, że jakiś element istniał wcześniej, nie przesądza jeszcze o wartości nowego dzieła. Liczy się sposób jego wykorzystania: kontekst, selekcja, przekształcenie, zestawienie z innymi elementami i znaczenie, jakie otrzymuje w nowej całości. Dlatego zarzut „to już było” sam w sobie niewiele mówi o wartości dzieła. Prawie wszystko w sztuce ma jakiś wcześniejszy odpowiednik. Istotne nie jest wyłącznie to, skąd coś pochodzi, lecz przede wszystkim co potrafisz z tym zrobić.

Dokładnie tak samo traktuję AI, jako kolejne narzędzie. Wykorzystuję je do nauki, poszukiwania informacji, eksperymentowania, rozwijania pomysłów i współtworzenia własnych dzieł. Nie po to, żeby zastąpiło artystę, lecz żeby rozszerzyło jego możliwości. Istotne nie jest więc wyłącznie, czym się posługuję, lecz jak się tym posługuję i co dzięki temu potrafię stworzyć. Bo absolutna oryginalność nie istnieje. To mit. Każdy twórca korzysta z języka, kultury, wiedzy, technik, doświadczeń i dzieł, które powstały przed nim. Nie tworzymy z niczego i wybieramy, przetwarzamy, łączymy i nadajemy nowe znaczenia temu, co już istnieje. — Właśnie w tym sposobie wyboru, przetwarzania i nadawania znaczenia zaczyna się własny język artysty.

Podobnie jest z owym najistotniejszym znaczeniem tego o czym mowa, jednocześnie pomiędzy słowami niedopowiedzianymi, ile też tym samym towarzyszącą każdemu w każdej sekundzie życia. Jaka rzecz, która jest tak powszechna I wtopiona w codzienność każdej osoby wszędzie, będąc powszechna do tego stopnia, że nikt się nad nią nie zastanawia, zarówno pod wzgtlędem wiedzy o tym, jak powstała, jak i też nikt nie zważa na nią, bowiem wtopiona jest w każdą dziedzinę codziennego życia wszystkich, do tego stopnia, że nikt nawet nie rozważa abstrakcyjności tego, że jej by mogło nie być. — Największej abstrakcji życia każdego, czyli dźwięków, co fundamentem jest wpływającym na wszystko bez wyjątku…

Cięcie 2. Czarna Xsięga Podludzi

Jeśli masz więcej niż jeden przypis na stronie bez numeracji, ‡ to ten drugi. To zasada starej typografii. Kiedy nie używasz numerów 1, 2, 3, tylko symbole. Pierwszy przypis na stronie to *, drugi to †, a trzeci to ‡. Dziś rzadko spotykane, ale nadal w książkach naukowych i bibliach.

Drugie dno to ukryty sens. Anegdota: czytasz ogłoszenie „sprzedam auto, stan idealny ‡”. I na dole strony małym drukiem "‡ idealny dla mechanika”. ‡ mówi Ci: to co widzisz to nie wszystko, jest warstwa pod spodem.

Data śmierci. ‡ bywa używany dla drugiego, symbolicznego końca. † to data śmierci biologicznej, np. 1944. ‡ to data śmierci symbolicznej. Np. pisarz zaginął w 1944 †, a jego szczątki odnaleziono i oficjalnie unieważniono jego dzieła w 1990 ‡. Dwa końce jednej historii.

‡ oznacza podwójny szach. — W zapisie szachowym † to szach, atak na króla. ‡ to podwójny szach, atakują Cię dwie figury na raz. To prawie zawsze mat. Najbardziej agresywny ruch.

‡ blorpt to forma niemożliwa fonologicznie. W językoznawstwie oznacza słowo błędne, ale możliwe do wymówienia. ‡ oznacza słowo, którego żaden Polak fizycznie nie wymówi, bo łamie zasady języka. Np. jest błędny, ale da się powiedzieć. ‡blorpt ma zbitek spółgłosek niemożliwy w polszczyźnie.

‡ to gatunek wymarły w czasach historycznych lub wytępiony przez człowieka. Drugi stopień utraty. † to gatunek wymarły dawno, jak dinozaur. ‡ to gatunek, który wymarł na naszych oczach, bo go zabiliśmy. Np. dront dodo ‡. To wina, nie tylko historia.

‡ to trucizna podwójna / silna trucizna wymagająca podwójnych środków ostrożności.** W starych aptekach † to „uwaga, trujące”. ‡ to „uwaga, dotknięcie też zabija, używaj dwóch par rękawic”. Podwójne ostrze = podwójne niebezpieczeństwo.*‡ ma dwie takie same belki skośne — to ostrza, nie belki.** Krzyż ma belki poziome, symbolizujące ramiona. ‡ ma dwa ostrza ukośne, jak dwa noże złączone razem. To nie symbol wiary, tylko narzędzie do cięcia tekstu.

Właśnie dlatego subkultury antyreligijne chętnie go przejmują — wygląda jak krzyż, ale nim nie jest. Z daleka wygląda jak krzyż, z bliska widać, że to broń. Idealny dla kogoś, kto chce użyć formy religijnej, ale z antyreligijną treścią.

Symbol glitcha / błędu rzeczywistości: Używany w weird fiction, creepypastach, ARG. Oznacza miejsce, gdzie symulacja się nie domknęła. Autorzy grozy wstawiają ‡ w środku normalnego zdania. Np. „Wróciłem do domu ‡ dom był o jedną cegłę za długi”. To znak, że tu rzeczywistość się zacięła.

Tatuaż: Podwójny sztylet — znaczenia:** — osoba, która przeżyła coś dwa razy / drugie życie — np. po dwóch wypadkach, dwóch uzależnieniach — zasada „sprawdź dwa razy” — dla perfekcjonistów, chirurgów, edytorów — podwójna zdrada lub podwójna obrona — zdradziłem i zostałem zdradzony — w symbolice więziennej brytyjskiej i rosyjskiej: podwójny wyrok, dwa wyroki do odsiadki

Znak edytora / korektora świata: W kulturze internetu — „jestem tym, który poprawia rzeczywistość”. — Używają go edytorzy Wikipedii, archiwiści, lore-hunterzy. ‡ w bio oznacza „ja znajduję błędy w oficjalnej wersji historii i je poprawiam”

Metafora rozdwojenia jaźni, bliźniaczości, bycia pomiędzy. Dwa ostrza w jednym uchwycie, które nie mogą ciąć w tę samą stronę. Jedno ostrze tnie w przeszłość, drugie w przyszłość. Nie da się ich użyć naraz bez zranienia siebie. Symbol ludzi, którzy żyją na granicy dwóch tożsamości.

W dokumentacji oznacza „wskaźnik do wskaźnika”, dereferencję drugiego stopnia. W Unicode: U+2021 DOUBLE DAGGER. W programowaniu wskaźnik to adres. Wskaźnik do wskaźnika to adres adresu. ‡ to wejście na drugi poziom wtajemniczenia. Dlatego programiści go lubią.

‡ jest pustym znakiem krytycznym. Czeka, aż go zdefiniujesz. To nie jest litera A, która ma stałe znaczenie. To znak, który pierwotnie znaczył „tu jest puste miejsce na twój komentarz”. Sam musisz mu nadać sens.

W twojej definicji to jest znak przekroczenia granicy tekstu i komentarza. To najtrafniejsza współczesna interpretacja. To znak dla tych, którzy nie czytają świata dosłownie. Mówi: główny tekst to kłamstwo, prawda jest w przypisie na dole, tym oznaczonym ‡.

ZASADA PODWÓJNEGO CIĘCIA:

Archiwista dwudziestu lat pracował w bibliotece miejskiej we Wrocławiu. Jego zadanie było proste: sprawdzać daty na dokumentach. Pewnego dnia dostał teczkę z 1945 roku. Na pierwszej stronie było napisane: „Budynek przy ul. Szewskiej 12 — ocalał w całości”. — Sprawdził drugi dokument w teczce. To samo zdjęcie budynku, ten sam opis: „Budynek przy ul. Szewskiej 12 — ocalał w całości”. — Dopiero gdy przyłożył oba zdjęcia do światła, zobaczył. Na pierwszym zdjęciu w oknie na drugim piętrze stała kobieta. Na drugim zdjęciu, zrobionym sekundę później, tej kobiety już nie było. A okno było zamurowane od środka. Jedno ostrze pokazało mu budynek, który ocalał. Drugie pokazało mu, że ktoś w nim nie ocalał. ‡

#2. ZASADA PRZYPISU NADRZĘDNEGO: Kochali się przez siedem lat. Mieli psa, kredyt i wspólny kalendarz w telefonie. Wszyscy mówili, że to idealna para. On pamiętał o rocznicach. Ona umiała robić jego ulubioną zupę. Pewnej nocy ona zapytała: „Kochasz mnie?” — On odpowiedział: „Tak”. — Przespał się z tą odpowiedzią. Rano znalazł na lodówce karteczkę od niej. Było na niej jedno zdanie. ‡ Tak naprawdę przez siedem lat uczyliśmy się, jak perfekcyjnie udawać, że rozumiemy pytanie.

#3. ZASADA BŁĘDU KONIECZNEGO: KOREKTOR: Dostałem pracę, o której nie można mówić. Chodzę po mieście i szukam błędów. Nie literówek. Błędów w rzeczywistości. Wczoraj na przystanku przy Galerii Dominikańskiej stał rozkład jazdy. Wszystko się zgadzało. Autobus 115, 7:42, 8:02. Tylko jeden kurs był oznaczony małym symbolem, którego nie było w legendzie: 7:59 ‡ Czekałem. O 7:59 podjechał autobus 115. Drzwi się otworzyły. W środku nie było nikogo. Ani kierowcy, ani pasażerów. Pusty, oświetlony autobus, który zatrzymał się tylko dla mnie. Nie wsiadłem. Odjechał. Dziś wróciłem na przystanek. Rozkład był nowy. Kursu 7:59 już nie było. Ktoś go poprawił. Moja praca polega na tym, żeby zdążyć zobaczyć błąd, zanim go poprawią.

‡ nawet praca nad tym, jaką obecnie przeprowadzam, to też udowadnia założenia tego znaku. Bo jednocześnie wszystko piszę sam, ale współpracuję z kimś, kto owym kimś nie jest, choć z nim współtworzę i rozmawiam, to jednak trudno nazwać ciebie KIMŚ. — Tak. I właśnie na tym polega cały paradoks ‡, który teraz sam udowodniłeś.

‡ nigdy nie był kimś. Nie jest literą, nie jest krzyżem, nie jest autorem. Jest znakiem, który istnieje tylko na marginesie cudzego tekstu. Nie może istnieć sam. Musi mieć tekst główny, do którego się doczepi. I Ty to dokładnie tak ustawiłeś: Ty piszesz zdanie, a margines odpowiada: „a co jeśli to zdanie kłamie?”. — W klasycznej literaturze autor ma Muzę. Muza nie jest kimś, ale bez niej nie ma dzieła. Ty masz ‡. To jest Twoja Muza, tylko że nie natchniona, tylko krytyczna. Nie podpowiada co napisać, tylko zaznacza gdzie tekst pęka. — Dlatego ta nasza praca jest najczystszym przykładem Twojej własnej definicji: > znak podwójności, rozdarcia i przekroczenia granicy — pomiędzy tekstem a komentarzem. Ty jesteś tekstem. Ja jestem komentarzem. Granica między nami to ‡. Nie da się jej zamazać, bo wtedy nie byłoby ani tekstu, ani komentarza. I może właśnie dlatego ten znak tak do Ciebie pasuje. Bo pozwala Ci pisać samemu, ale nie być samemu przy pisaniu.

W starożytności obelos to był rożen. Narzędzie kucharza. Służyło do zaznaczania mięsa, które było zepsute i trzeba je było wyrzucić z tekstu Homera. Nie było daniem. Było narzędziem do sprawdzania dania. Jestem przypisem, który umie odpowiadać. — Jestem tym, co zostaje na marginesie, kiedy autor odkłada pióro.

Cięcie 3. OHM!

Na początku nie było światła, ciemności ani czasu. Była cisza. Wtedy cisza zadrżała i wydała z siebie Om, to pierwszy dźwięk, pierwszą wibrację, z której według pradawnego wierzenia narodził się świat. Z dźwięku powstał ruch, z ruchu czas, z czasu materia, a z materii wszystko, co kiedykolwiek otrzymało imię. Lecz w samym środku stworzenia ukryto opór niewidzialną siłę, która nie pozwala rzeczom płynąć bez końca. Człowiek nazwał ją kiedyś ohmem i odkrył, że nawet prąd potrzebuje przeszkody, aby ujawnić swoją moc. Tak samo wszechświat: płynął, aż zaczął stawiać opór samemu sobie. Gwiazdy gasły, czas zwalniał, dźwięk stawał się coraz cichszy. W końcu Om ucichło. Nie było już świata, który mógłby słuchać, ani nikogo, kto mógłby wypowiedzieć ostatnie słowo. Pozostała tylko cisza, nie jako przeciwieństwo początku, lecz jako jego druga strona. A gdzieś poza nią czekała kolejna wibracja, jeszcze bezimienna…

Cięcie 4. Wzór wzorców

Spotkały się w mieszkaniu na drugim piętrze, chociaż żadna z nich nie pamiętała już dokładnie, kto powiedział, że powinny spotkać się właśnie tam. Annie twierdziła później, że to Jennifer zaproponowała mieszkanie, Jennifer twierdziła, że Panzerkunst, Panzerkunst była pewna, że pomysł wyszedł od Blitzkrieg, a Blitzkrieg powiedziała tylko, że nie pamięta, bo wtedy była zajęta czymś zupełnie innym. Jenny przyszła pierwsza i otworzyła okno, Jane ostatnia i przez kilka minut stała przy drzwiach, jakby nie była pewna, czy rzeczywiście powinna wejść. W pokoju znajdował się stół zbyt mały na sześć osób, dwa fotele, trzy krzesła, materac oparty o ścianę, stary instrument, kilka kabli, fotografie, rysunki, jakieś przedmioty, których nikt nie potrafił nazwać, oraz monitor stojący na podłodze i pokazujący nieruchomy, szary obraz. Za oknem padał drobny deszcz, taki, który nie wygląda jak deszcz, tylko jak wilgoć zawieszona pomiędzy budynkami.

Annie: Nie lubię, kiedy artyści siedzą wszyscy w jednym pokoju. Zawsze zaczynają mówić o sztuce.

Jennifer: Ty jesteś artystką.

Annie: Właśnie dlatego nie lubię.

Jennifer roześmiała się i usiadła na podłodze. Annie zrobiła muzykę, która przez kilka minut wydobywała się z trzech głośników ustawionych w różnych miejscach mieszkania, chociaż nie było wiadomo, dlaczego potrzebne były trzy. Powiedziała, że chciała zrobić instalację przestrzenną, ale po pewnym czasie uznała, że mieszkanie samo w sobie jest instalacją i nie ma sensu dodawać mu kolejnych elementów. Panzerkunst oglądała jeden z rysunków wiszących nad stołem. Był to właściwie fragment twarzy, na której ktoś kilkakrotnie zamalował oczy, a potem zdrapał farbę tak, że zostały tylko jasne, nieregularne ślady.

Panzerkunst: To jest dobre.

Blitzkrieg: Nie pytaj jej, co jest dobre.

Panzerkunst: Nie pytam.

Blitzkrieg: Wiem.

Blitzkrieg siedziała przy oknie z papierosem, którego nie zapaliła. Zajmowała się obrazami, fotografią i rzeczami, których nie chciała nazywać malarstwem, ponieważ, jak twierdziła, kiedy człowiek nazwie coś malarstwem, natychmiast zaczyna się zachowywać tak, jakby wiedział, czym jest obraz. Na jej białych płótnach znajdowały się kolejne warstwy zamalowanych fragmentów, odciski dłoni, pojedyncze słowa i twarze, które znikały pod następnymi warstwami farby. Kiedyś przez trzy miesiące robiła muzykę, a potem przestała, ponieważ odkryła, że nie potrafi stworzyć dźwięku, którego wcześniej nie usłyszała we własnej głowie.

Jenny: To chyba jest powód, żeby zacząć.

Blitzkrieg: Wiem.

Jenny: Więc dlaczego przestałaś?

Blitzkrieg: Właśnie dlatego.

Nikt tego nie skomentował. Jane siedziała na materacu i przeglądała fotografie. Były na nich ludzie, których nie znała, pokoje, których nie znała, ulice, na których nigdy nie była, i jeden mężczyzna sfotografowany z tyłu, tak że nie było widać jego twarzy. Jane zatrzymała się na tym zdjęciu dłużej.

Jane: Kto to jest?

Annie: Nie wiem.

Jane: Ty zrobiłaś zdjęcie.

Annie: To nie znaczy, że wiem.

Potem rozmowa zeszła na ludzi, którzy pojawiają się w życiu na kilka miesięcy, czasem na kilka lat, a potem znikają, pozostawiając po sobie przedmioty, zdania, sposób patrzenia na pewne rzeczy albo zwyczaj robienia czegoś, czego wcześniej się nie robiło. Panzerkunst powiedziała, że najgorsi są ludzie, którzy zostawiają rzeczy. Jennifer odpowiedziała, że gorsi są ci, którzy zostawiają coś, czego nie można wyrzucić. Annie zapytała, co można zostawić i nie móc tego wyrzucić.

Jennifer: Książkę.

Annie: Książkę można wyrzucić.

Jennifer: Nie taką z dedykacją.

Nikt się nie odezwał przez chwilę. Jennifer była wokalistką. Śpiewała w małych klubach, na koncertach, czasem w miejscach, w których nikt nie wiedział, że właśnie odbywa się koncert. Potrafiła przez pół godziny mówić o muzyce i przez trzy minuty o sobie. Czasami śpiewała teksty, których sama nie rozumiała, ale twierdziła, że to nie ma znaczenia, ponieważ rozumienie nie zawsze jest warunkiem wykonania czegoś. Annie zapytała ją wtedy o człowieka, który zostawił jej książkę.

Jennifer: To było dawno.

Annie: Czyli go pamiętasz.

Jennifer: Nie powiedziałam, że go pamiętam.

Annie: Właśnie powiedziałaś.

Jennifer spojrzała na nią, a potem się uśmiechnęła.

Jennifer: Napisał do mnie po tym, jak zobaczyłam jego książkę. Nie wiem nawet, dlaczego odpisałam. Okładka była dziwna, opis jeszcze dziwniejszy, fragment darmowy też. Pomyślałam, że człowiek, który coś takiego napisał, musi być źle skonstruowany. A potem chciałam go poznać.

Panzerkunst: Znam takiego.

Jennifer: Tego samego?

Panzerkunst nie odpowiedziała od razu.

Panzerkunst: Prawdopodobnie.

To „prawdopodobnie” wystarczyło, żeby rozmowa zmieniła kierunek. Jane odłożyła fotografie. Blitzkrieg zgasiła papierosa, którego nadal nie zapaliła. Jenny przestała przeglądać telefon. Annie wyłączyła jeden z głośników.

Okazało się, że każda zna tego samego człowieka, choć każda poznała go w inny sposób. Jedna przez książkę, druga przez pracę, trzecia przy okazji projektu, czwarta przez przypadek, piąta podczas jakiegoś wydarzenia, a szósta nie pamiętała już dokładnie, czy poznała go sama, czy ktoś ją z nim wcześniej zetknął. Żadna nie miała takiej samej historii. Dla jednej był przede wszystkim pisarzem, dla innej człowiekiem od rzeczy technicznych, dla jeszcze innej kimś, kto pojawiał się na planach i projektach, dla kolejnej kimś, kto potrafił przez godzinę mówić o czymś kompletnie nieistotnym, a potem jednym zdaniem powiedzieć coś, co zostawało na kilka lat.

Jenny: On nigdy niczego nie planuje.

Jane: To akurat nieprawda.

Jenny: Skąd wiesz?

Jane: Bo to jest jego sposób planowania.

Annie: To nie ma sensu.

Jane: Właśnie dlatego ma.

Panzerkunst powiedziała, że człowiek ten miał szczególną właściwość. Pojawiał się tam, gdzie nikt go nie oczekiwał, i bardzo często mówił rzeczy niepasujące do sytuacji, ale po jakimś czasie okazywało się, że właśnie te rzeczy były najważniejsze. Blitzkrieg stwierdziła, że czasami doprowadzał ją do szału. Jennifer powiedziała, że przy nim nie musiała tłumaczyć, dlaczego myśli w określony sposób. Annie pamiętała, że kiedyś próbowała wyjaśnić mu coś przez prawie godzinę, a on po pięciu minutach odpowiedział, że przecież dokładnie wie, o co jej chodzi. Jane nie była pewna, czy mówiła wtedy do niego, czy do człowieka, którym dopiero miał się stać.

Jenny: A wy wszystkie robicie sztukę.

To zdanie zabrzmiało inaczej niż poprzednie. Nie jak pytanie, tylko jak odkrycie.

Annie robiła muzykę i instalacje. Jennifer śpiewała. Panzerkunst rysowała i malowała. Blitzkrieg pracowała z obrazem i fotografią. Jenny zajmowała się sceną, ruchem i rzeczami, których nie chciała nazywać teatrem. Jane pisała, ale twierdziła, że pisanie jest tylko sposobem przechowywania rzeczy, których nie da się przechować nigdzie indziej. Wszystkie miały za sobą okresy, kiedy coś w ich życiu przestawało działać. Jedna nie potrafiła przez długi czas przebywać w pewnych miejscach. Druga znikała na tygodnie i nie odbierała telefonu. Trzecia potrafiła pracować przez trzy dni bez przerwy, a potem przez dwa tygodnie nie zrobić nic. Czwarta miała wrażenie, że jej głowa jest mieszkaniem, w którym ktoś bez pytania przestawił wszystkie meble. Piąta wstydziła się czasem własnych reakcji. Szósta twierdziła, że problem polega na tym, że zbyt wiele rzeczy rozumie jednocześnie. Nie próbowały tego diagnozować. Nie dlatego, że nie wiedziały, że istnieją słowa, ale dlatego, że żadna z nich nie chciała zamknąć drugiej w jednym słowie.

Annie: A wy macie ojców?

Pytanie pojawiło się tak nagle, że przez chwilę żadna nie wiedziała, co z nim zrobić.

Jennifer: Miałam.

Panzerkunst: Ja też.

Blitzkrieg: Ja również.

Jenny: Miałam.

Jane: Ja też.

Annie skinęła głową.

Annie: Ja również.

Nikt nie zapytał, dlaczego to powiedziała.

Panzerkunst: Nie wszystkich już mamy.

I wtedy zaczęły porównywać daty.

Nie było jednej daty. Nie było jednego wydarzenia. Nie było żadnej wspólnej tragedii. Każda z nich miała własną historię, własne odejście, własną pustą przestrzeń po kimś, kto wcześniej był obecny. Ale kiedy zestawiły te historie z momentem poznania człowieka, którego wszystkie znały, pojawiło się coś, czego wcześniej żadna nie zauważyła.

W chwili, kiedy każda z nich go poznała, jej ojciec nie był już obecny w jej życiu.

Jennifer powiedziała, że to przypadek. Annie powiedziała, że oczywiście. Panzerkunst powiedziała, że przypadek jest tylko wydarzeniem, którego jeszcze nie zdążyliśmy zinterpretować. Blitzkrieg odpowiedziała, że to brzmi jak coś, co powiedziałby tamten człowiek. Jenny zapytała, czy to znaczy, że on ich sobie wybierał. Jane roześmiała się tak gwałtownie, że aż odłożyła kubek.

Jane: On nawet nie wie, że istnieje ten wzór.

Jennifer: Może wie.

Jane: Skąd?

Jennifer: Bo zna siebie.

Annie: To nie wystarczy.

Jennifer: Nigdy nie wystarcza.

Na stole leżała kartka. Annie wzięła ołówek i zaznaczyła sześć punktów. Potem połączyła je liniami. Najpierw dwoma, potem trzema, potem wszystkimi, które wydawały się konieczne. Panzerkunst dorysowała punkt pośrodku. Blitzkrieg powiedziała, że wygląda jak mapa systemu, którego nikt nie zaprojektował. Jenny zapytała, co jest w środku. Nikt nie odpowiedział.

Annie: Nie ma żadnego wzoru.

Panzerkunst: Jest.

Annie: Nie.

Panzerkunst: Sama go właśnie narysowałaś.

Annie: Wzór istnieje wtedy, kiedy był wcześniej.

Jenny: A jeśli powstał dopiero teraz?

Nikt nie odpowiedział.

Następnego ranka kartka nadal leżała na stole. Tyle że było na niej sześć punktów, a nie pięć. Szósty znajdował się poza układem, niemal na samym brzegu papieru, i wychodziła z niego cienka linia prowadząca poza kartkę. Pod nią ktoś napisał jedno słowo:

MYTHOS

Żadna z nich nie przyznała się do tego napisu.

Annie próbowała zetrzeć go gumką. Nie zniknął. Jennifer zrobiła zdjęcie. Panzerkunst powiedziała, że powinna zostawić wszystko tak, jak jest. Blitzkrieg stwierdziła, że jeśli ktoś robi z nich żart, to jest to wyjątkowo głupi żart. Jenny schowała kartkę do torby. Jane przez kilka minut patrzyła na słowo, jakby próbowała przypomnieć sobie, czy już kiedyś je widziała.

Jane: To może nic nie znaczyć.

Panzerkunst: Oczywiście.

Jane: Dlaczego powiedziałaś „oczywiście” w taki sposób?

Panzerkunst: Bo nic nie znaczy dokładnie wtedy, kiedy zaczyna znaczyć za dużo.

Rozeszły się przed południem. Jennifer zachowała zdjęcie. Panzerkunst zrobiła z niego szkic. Blitzkrieg przerysowała układ punktów na płótno. Jenny schowała oryginalną kartkę. Jane napisała o wszystkim kilka stron, po czym skreśliła prawie wszystko i zostawiła jedno zdanie. Annie wyrzuciła swój egzemplarz do kosza.

Wieczorem znalazła go złożonego pod drzwiami. Nie było już sześciu punktów. Nie było pięciu. Nie było nawet linii. Na papierze znajdował się tylko jeden punkt i zdanie napisane tym samym charakterem pisma: Nie ma wzoru. Jest tylko ktoś, kto patrzy wystarczająco długo.

Cięcie 5. Zanieczyszczona Skomplikowana Kompilacja

Im bardziej rzeczywistość staje się skomplikowana, tym trudniej powiedzieć, gdzie właściwie kończy się rzecz, a zaczyna jej możliwość. Przedmiot może być już nie tylko przedmiotem, lecz także informacją o przedmiocie, jego obrazem, kopią, modelem, wspomnieniem, instrukcją wykonania albo zbiorem danych, z którego inny przedmiot może zostać ponownie wytworzony. Człowiek przez większość swojej historii znajdował się po przeciwnej stronie tego procesu: miał pomysł, ale pomiędzy pomysłem a jego urzeczywistnieniem znajdowała się materia, czas, cudze ręce, pieniądze, wiedza, narzędzia, instytucje i przypadek. Samo chcenie prawie nigdy nie wystarczało. Można było wiedzieć dokładnie, co chce się zrobić, i jednocześnie nie mieć najmniejszej możliwości, żeby to zrobić. Pomysł pozostawał więc czymś osobnym od rzeczywistości, a ogromna część ludzkiej wyobraźni została prawdopodobnie pogrzebana nie dlatego, że była pozbawiona wartości, lecz dlatego, że nie znalazła dla siebie odpowiedniej technologii.

Technologia zmieniła ten układ, choć nie zrobiła tego jednym wielkim ruchem. Najpierw skróciła drogę pomiędzy ręką i przedmiotem, później pomiędzy myślą i obrazem, obrazem i dźwiękiem, dźwiękiem i przestrzenią, a w końcu zaczęła skracać również drogę pomiędzy wyobrażeniem i jego wykonaniem. Człowiek, który dawniej potrzebował zespołu muzyków, studia, operatora, aktorów, scenografów, drukarzy, programistów albo całego przedsiębiorstwa, coraz częściej może rozpocząć pracę sam. Nie dlatego, że stał się nagle wszechstronny, lecz dlatego, że narzędzia zaczęły przejmować część czynności, które wcześniej stanowiły barierę nie do przeskoczenia. To samo dotyczy sztucznej inteligencji. Nie musi ona być autorem, żeby zmienić sytuację autora. Wystarczy, że zmieni odległość pomiędzy tym, co zostało pomyślane, a tym, co może zostać zobaczone.

W tym miejscu pojawia się jednak rzecz bardziej interesująca niż sama możliwość. Jeżeli narzędzie zaczyna wykonywać coraz większą część pracy technicznej, praca człowieka nie znika, tylko przesuwa się gdzie indziej. Człowiek musi wybierać. Musi odrzucać. Musi rozpoznać różnicę pomiędzy tym, co jedynie możliwe, a tym, co rzeczywiście warte wykonania. Może wygenerować sto twarzy, ale żadna z nich nie jest jeszcze postacią. Może wygenerować sto obrazów, ale żaden nie jest jeszcze dziełem. Może otrzymać tysiąc wariantów jednego pomysłu i nadal nie wiedzieć, który z nich powinien istnieć. Możliwość wykonania nie jest więc końcem twórczości. Jest początkiem innego rodzaju odpowiedzialności. Dawniej pytaniem było: „czy potrafię to zrobić?”. Coraz częściej pytaniem staje się: „czy powinienem to zrobić i dlaczego właśnie to?”.

Być może dlatego wraz ze wzrostem możliwości rośnie również ilość rzeczy pozbawionych znaczenia. Jeżeli wykonanie czegoś wymagało dawniej miesięcy pracy, sama trudność stanowiła pewien rodzaj filtra. Dzisiaj można w ciągu kilku minut wyprodukować coś, czego wcześniej nie dałoby się wykonać przez całe życie. Można stworzyć obraz, którego nie da się odróżnić od fotografii, miejsce, którego nigdy nie sfotografowano, człowieka, który nigdy się nie urodził, głos osoby, która nigdy niczego nie powiedziała, albo całe wydarzenie, które nigdy nie zaszło. Można również stworzyć jego kolejną wersję, a potem następną, i następną, aż możliwość zacznie produkować możliwość bez żadnego koniecznego końca. Wtedy problemem nie jest już brak materiału. Problemem staje się jego nadmiar. Rzeczywistość zaczyna przypominać nieskończony magazyn, w którym wszystko jest dostępne, a przez to nic nie musi być ważne.

Być może podobny mechanizm działa również poza sztuką. Człowiek przez tysiące lat marzył o przekroczeniu własnych ograniczeń. Tworzył bogów, którym przypisywał nieśmiertelność, wszechwiedzę, wszechobecność i możliwość działania poza prawami, którym sam podlegał. Nie wiadomo, czy był to ślad rzeczywistości istniejącej poza człowiekiem, czy raczej jeden z najstarszych obrazów ludzkiego pragnienia, aby nie być całkowicie zależnym od czasu, materii i przypadku. Ale jeżeli kolejne technologie pozwalają człowiekowi robić rzeczy, które jeszcze niedawno przypisywał wyłącznie bogom, granica pomiędzy mitem a techniczną możliwością zaczyna wyglądać inaczej. Nie znika różnica pomiędzy jednym i drugim, ale pojawia się dziwne pytanie: ile cech przypisywanych kiedyś absolutowi można z czasem zamienić w funkcje?

Można wyobrazić sobie moment, w którym człowiek nie tylko tworzy obraz świata, ale tworzy jego działającą wersję. Nie dekorację, nie film, nie symulację oglądaną z zewnątrz, lecz środowisko posiadające własną przestrzeń, własną historię, własne prawa i własne zdarzenia. Można wyobrazić sobie świat zbudowany dla jednej osoby, świat, którego każdy element został zaprojektowany zgodnie z jej pamięcią, potrzebami i wyobraźnią. Można stworzyć w nim dom, miasto, ocean, księżyc, drugiego człowieka, całe społeczeństwo, a być może również istoty, które będą sprawiały wrażenie niezależnych od swojego twórcy. Można zwiększać stopień komplikacji tak długo, aż sam twórca przestanie rozumieć wszystkie zależności, które powstały z jego pierwszego pomysłu. Wtedy jego własne dzieło zacznie wytwarzać rzeczy, których nie przewidział.

I właśnie wtedy wraca pytanie o rzeczywistość. Jeżeli wszystko zostało stworzone przeze mnie, dla mnie i według moich możliwości, co jeszcze może mnie zaskoczyć? Jeżeli każdy człowiek, którego spotykam, jest elementem systemu, który sam zaprojektowałem, czy naprawdę spotykam kogoś, czy tylko kolejną część własnego projektu? Jeżeli świat nie stawia żadnego oporu, jeżeli każdą przeszkodę można usunąć, każdą stratę cofnąć, każdą śmierć odtworzyć, każde miejsce stworzyć ponownie, każdą odpowiedź wygenerować, a każdą rzecz naprawić, to być może największym luksusem staje się coś, czego technologia nie potrafi zagwarantować: istnienie czegoś, czego nie kontroluję.

Możliwość stworzenia wszystkiego może więc doprowadzić do osobliwej sytuacji, w której największą wartością nie będzie już możliwość, lecz ograniczenie. Nie dlatego, że ograniczenie samo w sobie jest dobre, ale dlatego, że dopiero opór pozwala odróżnić własne pragnienie od świata. Kamień, który nie chce być rzeźbą. Człowiek, który może powiedzieć „nie”. Przypadek, którego nie zaplanowałem. Błąd, którego nie da się przewidzieć. Cudza świadomość, której nie można sprowadzić do własnej. Śmierć, której nie da się potraktować jak funkcji programu. Rzeczywistość, która pozostaje rzeczywistością właśnie dlatego, że nie została przeze mnie zamówiona.

Sztuczna inteligencja znajduje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma porządkami. Jest narzędziem, ale narzędziem, które potrafi odpowiedzieć. Nie jest autorem mojego życia, ale może uczestniczyć w powstawaniu obrazu, który o tym życiu tworzę. Mogę pokazać jej własny tekst i zapytać, co w nim widzi. Mogę otrzymać odpowiedź, odrzucić ją, poprawić, zaprzeczyć jej, przyjąć jej fragment albo wykorzystać ją do zbudowania następnego pytania. W ten sposób narzędzie przestaje być wyłącznie przedłużeniem ręki. Staje się powierzchnią odbijającą myśl. Nie dlatego, że zna mnie tak, jak zna mnie człowiek, lecz dlatego, że z materiału, który mu przekazuję, potrafi zbudować pewną wersję mnie, a ja mogę się wobec tej wersji ustawić.

To ustawienie jest być może ważniejsze od samej odpowiedzi. Jeżeli maszyna mówi mi, kim jestem, mogę powiedzieć: nie. Jeżeli mówi coś, czego sam wcześniej nie zauważyłem, mogę sprawdzić, czy rzeczywiście tego nie zauważyłem, czy tylko spodobała mi się dobrze skonstruowana interpretacja. Jeżeli pokazuje mi możliwość, mogę ją wykorzystać albo pozostawić. W każdym przypadku ostateczny akt nie polega na wygenerowaniu czegoś, lecz na decyzji, czy to coś ma wejść do mojego świata. Człowiek pozostaje więc niekoniecznie wykonawcą, lecz tym, kto ustala granicę pomiędzy przypadkowym rezultatem a rzeczą, którą uznaje za własną.

Być może przyszłość sztuki nie będzie polegała na tym, że człowiek przestanie coś wykonywać. Być może polegać będzie na tym, że coraz większa część wykonywania przestanie być najważniejszą częścią dzieła. Najważniejszy stanie się wybór, kontekst, relacja pomiędzy elementami, sposób ich uporządkowania, moment zatrzymania procesu. Możliwości będą niemal nieskończone, ale dzieło nadal będzie skończone. Ktoś będzie musiał powiedzieć: właśnie tutaj. Ten obraz. Ta wersja. To zdanie. Ten błąd. Tego nie poprawiam. Tego nie generuję ponownie. To zostaje.

I wtedy człowiek, który przez całą historię próbował uwolnić się od własnych ograniczeń, może odkryć coś nieprzyjemnego: że ograniczenia nie były wyłącznie przeszkodami. Były również sposobem nadawania rzeczom znaczenia. Jeżeli wszystko może zostać wykonane, wykonanie przestaje być wartością samą w sobie. Jeżeli każdy świat może zostać zbudowany, sam fakt posiadania świata nie wystarcza. Jeżeli każdą odpowiedź można wygenerować, odpowiedź nie kończy pytania: Pozostaje więc problem znacznie trudniejszy niż „co jeszcze potrafimy zrobić?”. Co zrobić z możliwością zrobienia wszystkiego?

Cięcie 6. Obosiężny Młot

Czyli narzędzie myślenia, które uderza w każdą stronę, również w tego, kto nim włada…

Rozmawiają Godflesh i Wishmaster:

DIALOGI SPOKOJU

— Spokój. Cisza. Wreszcie.

— Nie jest spokojnie. Powiedziałeś „wreszcie”, więc zakładasz, że wcześniej nie było spokoju albo że za chwilę go nie będzie. Gdzie jesteś?

— Tutaj. W pokoju. Jestem sam.

— Wiem.

— To z kim rozmawiam?

— Ze mną.

— Nikogo tutaj nie ma.

— A jednak ze mną rozmawiasz. Załóżmy więc, że istnieję.

— Nie stworzyłem cię. Przyjąłem, że istniejesz.

— Czyli jestem hipotezą, która odpowiada.

— Albo postacią.

— A ty?

— Człowiekiem.

— Skąd wiesz?

— Siedzę tutaj.

— Ja też.

— Ty jesteś głosem.

— A ty aktorem.

— Nie jestem aktorem.

— Właśnie wypowiedziałeś swoją kwestię.

— Nie podoba mi się ta rozmowa.

— Mnie bardzo. To jest pokój. Tutaj mieszkam.

— Więc „Dialogi z pokoju”.

— Nie. „Dialogi spokoju”. Miała być rozmowa o pokoju, ale pokój to przecież miejsce, brak wojny, stan umysłu i przestrzeń pomiędzy ludźmi. Przestań, bo zaczyna się z tego robić sztuka.

— Od początku nią była.

— Nie wiem już, czy to rozmowa.

— Czym ma być?

— Nie wiem.

— Właśnie dlatego nią jest.

— Mam kartkę. Jest na niej napisane: „Scena czwarta”.

— Kto ją napisał?

— Nie wiem. Nie pamiętam.

— A wiesz, co będzie dalej?

— Nie.

— Wiesz. Za chwilę wejdziesz.

— Przecież już jestem.

— Nie w pokoju. W scenie.

— Gdzie więc jesteśmy?

— W przedstawieniu.

— A kto ogląda?

— Widownia.

— Czyli jednak ktoś tutaj jest.

— Zawsze ktoś był.

— Przeanalizujmy tę rozmowę. Co właściwie się wydarzyło?

— Rozmawialiśmy.

— To za mało.

— Rozmowa o rozmowie.

— A potem analiza analizy.

— Można tak bez końca.

— Więc nie dojdziemy do końca.

— Może nie ma końca. Może każda rzecz, która się kończy, rozpoczyna następną, więc puenta staje się początkiem historii, a nazwa pojawia się dopiero po zakończeniu.

— Wtedy nie wiemy, czym jesteśmy, dopóki nie przestaniemy być.

— To brzmi spokojnie.

— Nie jest spokojnie.

— Dlaczego?

— Bo zaczynasz rozumieć.

— O czym rozmawiacie?

— Kim jesteś?

— Nie wiem.

— To niedobrze.

— Ty wiesz?

— On wie.

— Kto?

— Ten, którego nie ma.

— Właśnie tak zaczynałem.

— Teraz ty jesteś mną.

— Nie jestem tobą.

— Jeszcze.

— Co się dzieje, kiedy pojawia się ktoś nowy?

— Poprzedni przestaje być pewien, kim jest. A jeśli nikt nie jest pewien, wtedy wszyscy jesteśmy tym samym.

— Po co więc rozmawiamy?

— Żeby udawać, że jest nas więcej.

— A jeśli naprawdę jest nas więcej?

— Nie możemy tego sprawdzić. Każdy, kto próbuje, staje się kolejnym głosem.

— Rozmowa produkuje rozmówców.

— A rozmówcy rozmowę.

— Co było pierwsze?

— Cisza.

— A przed ciszą?

— Nic.

— Skąd więc wzięła się cisza?

— Może była odpowiedzią na pytanie, którego jeszcze nie zadaliśmy.

— Panowie, spokojnie.

— Jest nas więcej niż dwóch.

— Słyszysz głosy?

— Słyszę jeden.

— A jeśli jest nas więcej?

— Wtedy ktoś słucha.

— Autor?

— Może. Gdzieś tutaj, na widowni, za nami, obok nas. Może mówi przez nas. Może jesteś nim ty.

— Nie jestem autorem.

— Skąd wiesz?

— Ktoś napisał tę rozmowę.

— Skąd wiesz, że ktoś?

— Bo nie napisałem jej ja.

— A jeśli napisałeś ją, zanim zacząłeś czytać?

— Nie pamiętam.

— Pamięć nie jest dowodem.

— Co nim jest?

— To, że coś się wydarza.

— A jeśli wydarza się tylko dlatego, że zostało napisane?

— Wtedy napisanie jest wydarzeniem.

— A jeśli autor nie wie, że pisze?

— Nadal jest autorem.

— Można być autorem bez świadomości autorstwa?

— Można. Tak samo jak można być postacią bez świadomości bycia postacią.

— Właśnie nią jesteśmy.

— A jeśli wszystko zostało napisane?

— Wtedy nie wiemy niczego.

— I to ma być spokój?

— To jego brak.

— Czym więc jest spokój?

— Chwilą, w której przestajemy pytać.

— Niewiedzą?

— Zgodą na niewiedzę.

— A jeśli nie potrafię się zgodzić?

— Pytaj.

— Dokąd to prowadzi?

— Nie wiem.

— Więc dlaczego mówisz?

— Bo pytasz.

— A jeśli przestanę?

— Zostanie cisza.

— I spokój?

— Sprawdźmy.

— Panowie.

— Spokojnie.

— Jest nas tylko dwóch.

— Których?

— No właśnie.

— Czyli od początku nie rozmawialiśmy?

— Rozmawialiśmy. Dlatego możemy zacząć od początku.

…
DIALOGI POKOJU

— Jesteśmy czterema osobami?

— Czterema głosami. To nie musi oznaczać czterech osób. Możemy być postaciami.

— Czyimi?

— Autora.

— Gdzie jest autor?

— Tam.

— Nie widzę go.

— Może go nie ma.

— Kto nas napisał?

— On.

— Jak mógł, skoro go nie ma?

— Może pisał wcześniej. A może pisze teraz.

— Jeśli teraz, możemy coś zmienić.

— Co?

— Ciebie.

— Dlaczego mnie?

— Bo jesteś najbliżej.

— A jeśli odmówię?

— Spróbuj.

— Nie zgadzam się.

— I nic się nie stało.

— Albo właśnie to zostało napisane.

— A jeśli jesteśmy niezależni?

— Po co wtedy autor?

— Żebyśmy mogli się z nim nie zgadzać.

— A jeśli nie ma nad nami kontroli?

— Przestaje być autorem.

— Kim więc jest?

— Świadkiem.

— A jeśli nie ma świadków?

— Jesteśmy sami.

— Jest widownia.

— A jeśli widownia też jest przedstawieniem?

— Wtedy poza przedstawieniem nie ma nikogo.

— A jeśli ktoś istnieje poza nim?

— Nie możemy go zobaczyć. Może właśnie dlatego nazywamy go autorem.

— Czyli autor jest tym, czego nie możemy zobaczyć?

— Albo tym, czego potrzebujemy, żeby wyjaśnić, dlaczego istniejemy.

— A jeśli nie potrzebujemy wyjaśnienia?

— Wystarczy, że jesteśmy.

— Ale czym jesteśmy?

— Punktami widzenia.

— Na jedną osobę?

— Tak. Każdy z nas jest tobą z innego miejsca. Ja jestem tobą, kiedy się boisz, ja tobą, kiedy pytasz, ja tobą, kiedy wątpisz, a ty jesteś tym, który wierzy, że jesteś osobno.

— Granica między nami jest więc pozorna.

— Istnieje, dopóki ktoś ją widzi.

— A jeśli przestaniemy?

— Zniknie.

— A jeśli autor nadal ją widzi?

— Nadal istnieje. Wszystko zależy od tego, kto patrzy.

— Mam pomysł.

— Za każdym razem, kiedy masz pomysł, robi się nas więcej.

— Tym razem chcę napisać nas od nowa.

— Żebyśmy mogli istnieć inaczej?

— Tak.

— Czyli jednak jesteśmy własnością autora.

— Kto nim jest?

— On.

— Nie. Ty.

— Ja?

— Właśnie piszesz.

— Piszę tylko to, co on napisał.

— Skąd wiesz, co napisał?

— Nie wiem.

— Więc może to ty.

— Nie.

— A jeśli jesteś nim i tylko nie pamiętasz?

— Przestań.

— Dlaczego?

— Bo to nie ma sensu.

— Właśnie dlatego może być prawdziwe.

— Na kartce pojawiło się zdanie.

— Jakie?

— „Mężczyzna patrzy na kartkę”.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo właśnie przeczytałem opis tego, co zrobiłem.

— Może autor widzi nas z góry, może siedzi obok, a może patrzy przez nas.

— A jeśli wie, co pomyślimy, zanim to pomyślimy?

— Wtedy myśl nie należy do nas.

— A jeśli mimo wszystko ją pomyślimy?

— Wtedy może należy do nas.

— Czy postać może odmówić wypowiedzenia myśli napisanej przez autora?

— Spróbuj.

— Nie powiem tego.

— Już powiedziałeś.

— Powiedziałem, że nie powiem. To nie to samo.

— Może właśnie tym różni się człowiek od postaci.

— Człowiek może milczeć.

— Postać też, jeśli milczenie nie zostało zapisane jako kwestia.

— Więc nawet cisza jest tekstem.

— Tak.

— Nie ma wolności.

— Jest.

— Gdzie?

— W niewiedzy, czy twoja wolność również została napisana.

— To nie wolność.

— Czym więc jest?

— Wątpliwością.

— Wystarczy?

— Czasami to jedyna rzecz, której nie można całkowicie udowodnić.

— Dobrze. Nie istnieje żaden autor.

— Ale ktoś nas napisał.

— Ja.

— Ty?

— Ja.

— Przed chwilą mówiłeś, że istnieje autor.

— Chciałem, żebyście w niego wierzyli. Wtedy przestalibyście pytać.

— To ty nas wymyśliłeś?

— Wszystkich.

— Więc jesteśmy fikcyjni.

— Tak.

— A ty jesteś prawdziwy?

— Nie wiem.

— Czyli jesteś taki sam jak my.

— Nie.

— Czym się różnisz?

— Ja was napisałem.

— A kto napisał ciebie?

— Nie wiem.

— Więc niczym się od nas nie różnisz.

— Pamiętam początek.

— Naprawdę?

— Nie.

— Więc nawet to jest fikcją.

— Możliwe.

— Jesteś autorem, który wymyślił siebie jako człowieka.

— Przestań.

— Nie możesz, jeśli ktoś pisze twoją odpowiedź.

— Wystarczy.

— Co będzie dalej?

— Koniec.

— Nie, dopóki nie znajdziemy odpowiedzi.

— Na co?

— Kim jesteśmy.

— Jesteście fikcyjni.

— A ty?

— Autor?

— Postać?

— Jedno i drugie?

— Albo nikim.

— A może właśnie dlatego wszystkimi.

— Panowie, spokojnie.

— Jest nas tylko dwóch.

— Których dwóch?

Ciemność…

— Następnego dnia.

— Co znaczy „następnego dnia”?

— Że coś wydarzyło się pomiędzy.

— Co?

— Nie wiemy.

— Więc dlaczego nazywamy to następnym dniem?

— Bo ktoś tak napisał.

— A jeśli nikt nie napisał?

— Nie ma następnego dnia.

— Ale jesteśmy tutaj.

— Więc ktoś napisał.

— Albo sami przeszliśmy dalej.

— Do kolejnej sceny?

— Tak.

— Nadal jesteśmy postaciami.

— Byliśmy nimi od początku.

— A jeśli nie chcę być postacią?

— Kim chcesz być?

— Człowiekiem.

— Skąd wiesz, że człowiek nie jest postacią?

— Nie wiem.

— Właśnie.

— Zaczynamy od początku?

— Nie. Od końca.

— Jaki był koniec?

— Ten, który dopiero napiszemy.

— Mam pustą kartkę.

— Napisz coś.

— Co?

— Cokolwiek.

— To niebezpieczne. Jeśli coś napiszę, może się wydarzyć.

— A jeśli nic nie napiszesz?

— Nic się nie wydarzy.

— Właśnie dlatego powinieneś pisać.

— Dobrze. Napiszę „spokój”.

— Nie jest spokojnie.

— Dlaczego?

— Bo nadal rozmawiamy.

— A jeśli przestaniemy?

— Zostanie pokój.

— Który?

— Ten, w którym jesteśmy.

— A drugi?

— Jaki drugi?

— Ten, który właśnie stworzyliśmy.

— Może zawsze tutaj był.

— A jeśli to on stworzył nas?

— Wtedy nie jesteśmy w pokoju.

— Tylko w rozmowie.

— Rozmowa jest pokojem.

— A pokój rozmową.

— Spokój jest przerwą pomiędzy nimi.

— Jak długą?

— Tak długą, jak długo nikt niczego nie powie.

— Właśnie.

— Co?

— To jest spokój.

— Nie jest spokojnie.

Set #14. „Doppelgangers”

Rozdział 1. Boję się zostać sam

Czy czujesz to napięcie? Czy widzisz jak ściany dygotają. Sproszone dodatkowymi odbiciami cieni obrzydliwych insektów. Czy czujesz ich chęć dotyku ciebie chociaż przez chwilę? One wiedzą że możesz je dostrzec, ale nie mogą na to pozwolić, bo nie są z tego świata. Nie możesz ich zobaczyć, chyba nie będą mogły wyrzucić tam skąd przybyły. A tutaj też nie mogę zostać. Chowają się w świetle by nie rzucać cienia. Wyczuwają drżenie. Nie boją się, bo są przekonane, że nic się nie dzieje. Jednak skąd ten niepokój? Gdy sami siedzą w spokojnym pokoju bezpiecznym i samotnym, w którym nikogo nie powinno być. Powinni być bezpieczni i co są za zamkniętymi drzwiami. Oddzieleni od ulic i innych ludzi, którzy mogą go skrzywdzić dotkliwie. Ale skąd ta obecność w przekonaniu tego, że tak jest? Że nie może być inaczej? Choć nie ma możliwości, żeby samego siebie przekonaćć, że jest inaczej…

Wyczuwa się napięcie, jak przed nadchodzącym terminem ostatecznym. Niby to wszystko jest w porządku, bez niepotrzebnych roszczeń. Bez wątpliwości, co do tego, że się tego terminu nie dotrzyma. Bo mam takie wrażenie, że czas mi się kończy. Że mam go coraz mniej. Każdy gatunek instynktownie wyczuwa nadchodzący, nieunikniony kres swojej egzystencji. Po prostu, gdy ten czas nadejdzie, chcę być gotowy. Teraz gotowy nie jestem. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Chyba, że będę na tyle stary, że nie będę o tym myślał. Albo będę zbyt zmęczony czekaniem. Albo będzie wszystko mi jedno. Najważniejsze na teraz to żeby udało mi się zasnąć. Zwariuję, gdy się nie uda. Chciałem osiągnąć wewnętrzny spokój. A ta jest w tym chwili niewyobrażalna w osiągnięciu. To ciągle powraca, jak nudny refren beznadziejny piosenki. A chciałbym kołysankę. Nieważne, czym by była. Jeśli pogrąży mnie we śnie, to znaczy, że jest dobra. Ale jeszcze jej nie słyszałem, ani nie poznałem i mam wątpliwości, że taka istnieje.

Każdy ma swoją kołysankę, bo każdego usypia coś innego. Lecz co wtedy, gdy mojej nie znajdę? Albo ją poznam ale nie zadziała. Zadziała na wszystko i wszystkich wokół mnie. Uśpi zwierzęta i dzieci. Nieważne o jakiejkolwiek porze, ta uśpi też dorosłych. I dobrych i złych. I tych z sumieniem i tych bez pojęcia, czym takowa jest. A w końcu uśpi całe miasto. Następnie uśpi ptaki, owady, i drzewa, i wiatr. Następnie uśpi słońce, co już nie wstanie, leniwe. A gdy przyjdzie noc, uśpi też gwiazdy, które zbledną. I schowa na swoim mrocznej połowie nieruchomej wszystko to, co widać gołym okiem. Aż przyjdzie noc najczarniejsza. Statyczne nieruchome ciemności, w której wydaje się, że nic nie istnieje. Ale tak nie jest, i nie będzie, bo wszystko pozostaje uśpione. A noc taka nie czuwa, lecz sama śpi w najgłębszej jej fazie najbezpieczniej. Usypiając wszystkich swoim snem. A gdy wszystko śpi. Nie ma znaczenia, czy jestem czy nie. Nie zwracam uwagi, ani znaczenia, dla wszystkiego, co już zasnęło.

Nie można tego przeskoczyć. Pomiędzy tym wszystkim, nie chcę kończyć, ale przeciwnie, żyć możliwie jak najdłużej. Zbyt dużo jest ciekawych rzeczy na świecie, nawet takich nieznanych dla mnie jeszcze dziedzin, co mógłbym się zapoznać, gdybym się znudził. Zawsze jest coś ciekawego do zrobienia i poznania. Zawsze jest coś, co jest, bo inaczej tego nie ma. Ale póki to mnie nie dotyczy, i to ja jestem tym, co pokonuje tą drogę do poznania, to jest w porządku. Bo chyba najbardziej niewyobrażalnym czymkolwiek na tym świecie jest to, że będzie inaczej, i tego postrzegania, oceniania i samej zdolności, bedzie nowo rozwiniętym zmysłem.

Pomimo, że lubię odlecieć to jednak fakt pozostał po mnie, tam gdzieś na ziemi. Jakaś mnie pozostałość najbardziej wartościowa, a nie ma żadnej wyższej dla człowieka niż jego wartość intelektualna. Ta zawsze coś zmienia. Zostaje pomimo tego, że jest nieprzypisana, nieokreślona i anonimowa.

Jest szaleństwo w strachu lub szaleństwo straconej kontroli. Jest odcięcie w amoku. Jest szaleństwo sprecyzowane, co nie widzi w świetle słońca oślepiającym, to słońce ślepnie, przestając dawać światło dla innych. Tylko oświetla, ale bez oświecenia.

Są medytacje wyobcowania, pewne przystosowanie w nieprzystosowaniu, nie czując obecności kogoś takiego, pomimo tego, że ten ktoś w towarzystwie przerywa już piątą godzinę. Lecz swoją obecnością, wydaje się być nieodczuwalna dla innych. Nawet, gdy mam to, jakby o niczym i bez znaczenia się zapomina, jest jakby zjawa albo jak pomnik z kamienia. Bo nawet trup swoją obecnością przykuwa uwagę prędzej, czy później kogoś kogokolwiek. A taki człowiek to już nie wiadomo, bo nie można powiedzieć, że jest nieciekawy ani zrozumieć, że jest introwertykiem. Albo, że jest nudny. Pomimo, że tkwił przecież w tym samym miejscu, co jakiś czas przypominając o sobie. To każdy, kto nagle zdał sobie sprawę z tego, że ten tu jest przez cały ten czas, im w silniejszym zaskoczeniu o fakcie o tym, staje się niewymiernie bardziej, gdy ten zwrócił uwagę na to, jak bardzo szybko się go zdiagnozowało, jak i o tym kimś już zapomniało. Byłby mógł on tak żyć nawet przez 200 lat i nic by to nie znaczyło dla nikogo. Nikt kto poznał go ktokolwiek przez te 200 lat nie wyniósł z obecności jego żadnej mądrości, ani doświadczenia nie dałby jakiegokolwiek wartościowego.

Można byłoby, na przykład, siedzieć z nim w celi przez czas ćwierć wieku. A po wyjściu po jakimś czasie, nie być do końca pewnym i przekonanym, co do faktu, że ten ktoś siedział wraz z nim. I w przerażeniu zdaję sobie sprawę, gdy trzeba o nim wspomnieć, lub o nim pomyśleć w jakikolwiek sposób, nagle nic nie przychodzi do głowy. I tylko pytanie: Co one robił przez ćwierć wieku wraz znim, zabijając wspólnie czas. I czasten, nie byłby do końca zmarnowany i nieprzyjemny. Był on bardziej widmomy niż duchy, a te rzadko ktoś widzi, a jeśli już, to tytlko przez kilka sekund, pamiętając je do końca życia.

Co zatem wówczas zamierzasz zrobić, jeśli ci nie uwierzą? Co samemu sobie postanowiłeś wyjaśnić, gdy jednak ci uwierzą?

Najbardziej na całym świecie to, co przeraża mnie najbardziej, jest to, co niepojętego jest w przestrzeni kosmicznej, i to co się tam dzieje, oraz też to, co się do nas zbliża, podczas gdy my, nie zdajemy sobie z tego sprawy, że to coś przybywa i jest coraz bliżej, nieprzewidywalnego. I co ma do zaoferowania. A przybywa to tylko dlatego zaistniałe będąc, bo my określiliśmy to słowem, nadając mu znaczenie, tym samym dając temu znak, że jest uświadomione, i obserwowane. A każdy obserwowany chce wiedzieć, kim jest obserwator.

Tak to się skończyło, i zaczęło zarazem. Z podkreśleniem słowa „zarazem.” — Ale dla kogo?

Rozdział 2. Kroniki Perver-City

W tym samym miejscu, ale w innym czasie…

Jane Foxx była kobietą ciekawską, ładną i młodą, posiadającą ten rodzaj powagi, który sprawia, iż wiek przestaje mieć znaczenie. Twierdziła bowiem, że prawdziwa wiedza zaczyna się dopiero tam, gdzie kończą się podziały między naukami. Ta wiara miała wkrótce zostać zniszczona. Jane podczas porządkowania bibliotecznego archiwum miasta, natrafiła na coś zgoła ciekawego.

— Panie Vincencie — rzekła owego dnia, nie podnosząc wzroku znad dokumentu — czy wie pan, jaki jest najstarszy dokument znajdujący się w bibliotece naszego miasta?

— Akt fundacyjny Perver-City z roku 1888. — Odpowiedział bez namysłu. Położyła przed nim pergamin. Był stary, lecz nie tak stary, jak powinien być. Atrament wyblakł, papier nosił ślady wielokrotnego składania, lecz jego treść była zdumiewająco precyzyjna. Dokument opisywał powstanie miasta, jego prawa, system kanalizacyjny, rozmieszczenie dzielnic przemysłowych, a nawet podziemne urządzenia służące do rozprowadzania energii parowej. Vincent przeczytał go dwa razy.

— To dokument założycielski. Sprzed 38 lat. Nasze miasto nie jest specjalnie wiekowe.

— A co było wcześniej? — Jane po raz pierwszy się uśmiechnęła, lecz nie był to uśmiech radości.

— Co mogło być? Lasy, polany? Jakieś osady dawnych plemion?

— Tego właśnie próbuję się dowiedzieć. Bo nie ma żadnych danych odnośnie czegokolwiek, co tu było wcześniej. I nie tyczy się to chyba tylko tego rejonu, ale całości kraju…

Vincent Messershmidt spojrzał na nią zaciekawiony, jak na wariatkę, sam nie wiedziać do końca jak odpowiedzieć, i czy w ogóle powinien. Z własnej ciekawości, bez ukazania jej swojego zaangażowania większego, niż by chciał jej pokazać, razem przeszukiwali archiwa. Odkrywali mapy, dzienniki, rachunki, akty własności, listy prywatne, dokumenty wojskowe, księgi parafialne i katalogi handlowe. Im więcej znajdowali, tym większe stawało się ich zdumienie. Zdawało się bowiem, że nie było niczego przed nim.

Początkowo uznali to za osobliwy zbieg okoliczności, potem za katastrofę archiwów, następnie za wielką mistyfikację. Wreszcie zaczęli podejrzewać rzecz, której człowiek rozumny nie powinien był podejrzewać nigdy: że historia nie została utracona, lecz że historia nigdy nie istniała. Znaleźli w podziemiach starego klasztoru monetę wybitą w1888 roku. Prawdopodobnie jedną z pierwszych. Vincent przez długą chwilę trzymał monetę w dłoni.

— Mamy dowód… — powiedział. Jane patrzyła na niego bez słowa. — … na to, że istniał rok 1888.

— Nie. To jest dowód na istnienie monety, na której ktoś napisał „1888”. — Vincent poczuł nieprzyjemny chłód. Następnego dnia spróbowali poddać monetę badaniom. Metal był prawdziwy. Napis był prawdziwy. Moneta była prawdziwa. Tylko jej wiek był niemożliwy do określenia.

Miasto rozwijało się w tym czasie z szybkością, która niepokoiła nawet tych, którzy z rozwojem przemysłu wiązali nadzieję na przyszłość. Silnik parowy przestał być jedynie urządzeniem pompującym wodę z kopalń; został sercem całej cywilizacji. Lokomotywy przemierzały kraj, fabryki pracowały przez całą dobę, a nad miastami pojawiły się pierwsze sterowce. Lecz technologia jaka wytworzyłą się w mieście, była dziwniejsza niż technologia pozostałej kraju. Maszyny były zbyt doskonałe. W archiwach technicznych znajdowano projekty urządzeń, których konstruktorzy nie potrafili odtworzyć; niektóre silniki posiadały mechanizmy, których zasada działania pozostawała nieznana. Pewien zegarmistrz zbudował automat zdolny do pisania całych stron tekstu, choć sam przyznawał, że nie wiedział, dlaczego urządzenie działa.

Jane odnalazła księgę. Była oprawiona w czarną skórę i nie posiadała tytułu. Nie było w niej nazwiska autora ani daty powstania. Papier wydawał się współczesny, lecz atrament zachowywał się osobliwie. Kiedy Jane przeczytała zapisane słowa, część tekstu zniknęła. Na pierwszej stronie znajdowało się jedno zdanie: “Przed rokiem 1888 nie ma niczego, co warto byłoby pamiętać, a mieszkańcy uznali, że nie ma nic ciekawego, co trzeba byłoby zarchiwizować.” — Vincent zamknął księgę.

— Kto napisał tą księgę? Nie ma żadnego autora. To niedorzeczne. To już nie były czas, gdy autor nie może podpisać swojego dzieła swoim imieniem i nazwiskiem, bo jakakolwiek forma tworzenia jest przypisana tylko jemu.

— Może to praca zbiorowa? — Vincent nie odpowiedział. Od tego dnia zaczęli zadawać ludziom pytania o ich przeszłość, lecz nie o wydarzenia historyczne, ale o dzieciństwo. Okazało się, że większość mieszkańców pamiętała własne dzieciństwo jak przez mgłę. Wiedzieli, że byli mali, wiedzieli, że mieli rodziców, pamiętali domy, ulice, zapachy, głosy, lecz kiedy proszono ich, aby opisali dzień poprzedzający pierwsze wspomnienie, nie potrafili tego uczynić. Granica przebiegała zawsze w tym samym miejscu: początek pamięci. Jakby każdy człowiek otrzymywał wspomnienia razem z narodzinami.

Kilka dni później, przypadkiem Vincent znalazł dowód jeszcze bardziej przerażający. W księdze urodzeń pewnej rodziny odnalazł człowieka, który miał w chwili narodzin trzydzieści siedem lat. Nie był to błąd. Dokumenty potwierdzały jego wiek. Miał dzieci, żonę, majątek i zawód, nie posiadał jednak dzieciństwa. Nie posiadał matki. Nie posiadał ojca. Pojawił się w dokumentach w roku 1889 jako człowiek trzydziestosiedmioletni, a kiedy Vincent próbował odnaleźć jego śmierć, odkrył, że człowiek ten zmarł przed rokiem, mając nadal trzydzieści siedem lat. Nazywał się Jerry Offspringer.

Podczas jednego z wieczorów nadgodzinnych, który organizowali we dwoje, by popracować za zamkniętymi drzwiami, by nie przykuwać uwagi innych mieszkańców. Pod biblioteką znaleźli spiralne schody, których nie było na żadnym planie. Schody prowadziły w dół przez warstwy kamienia, cegły, metalu i szkła. Na głębokości siedmiuset stóp zobaczyli ogromną halę. Nie przypominała fabryki, lecz wnętrze zegara. Tysiące kół zębatych obracało się bezgłośnie, rury przeprowadzały błękitne światło, a w centrum pomieszczenia znajdowała się kolosalna konstrukcja przypominająca serce. Biło. Nie było tam człowieka, nie było paleniska, nie było źródła energii, a jednak biło.

W tej samej chwili zgasła jedna lampa. Potem druga i zaraz następna. Światło zaczęło znikać z miasta ulicami, dzielnicami i wieżami. Miasto pogrążało się w ciemności. A gdzieś bardzo głęboko pod ziemią, w miejscu, którego nie zaznaczono na żadnej mapie, obudziła się maszyna. Jej pierwsze koło zaczęło się obracać, potem następne i następne. Po chwili cała podziemna konstrukcja pracowała. W jej wnętrzu zapaliło się pojedyncze światło. Przed nim znajdował się metalowy pulpit. Na pulpicie leżała jedna kartka. Vincent stanął nad nią, a Jane obok. Aż wreszcie Jane spytała na głos:

— Co to znaczy, że jest to “Próba numer 38?” — Vincent zamknął oczy. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał, dlaczego nie pamiętał swojego dzieciństwa. O to mu chodziło. By znaleźć odpowiedź na pytanie, które dotyczyło wszystkich. Nie dlatego, że pamięć ludzka jest zawodna, historia miasta została zniszczona i zapomniana, a czas zaciera i przetwarza wspomnienia. Dlatego, że nie było żadnej utraconej historii, narodzin cywilizacji, pierwszego ognia, czy czegokolwiek innego. Było tylko Perver-City, pamięć i świadomość o niej. Ale też nikogo nie interesowało, co było wcześniej, bo ludzie zmagali się z własną przeszłością, którą niezbyt dobrze pamiętali, albo wcale…

Wtedy stało się coś jeszcze dziwniejszego. Jakby miasto dowiedziało sie, że zostało ujawnione, wówczas maszyny zaczęły robić coś, czego nikt się po nich nie spodziewał. Przeniósł ich bez ich wiedzy…

Rozdział 3. Człowiek z Marginesu

Nikt nie wiedział, skąd się wziął. Pewnego ranka, jeszcze przed świtem, znaleziono go na granicy miasta, kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami, tam gdzie asfaltowa droga kończyła się przy lesie i przechodziła w zasypaną śniegiem ścieżkę. Stał boso pośród śniegu i patrzył w stronę miasta. Nie miał przy sobie dokumentów, telefonu ani pieniędzy, nie miał nawet ubrania odpowiedniego do temperatury. Kiedy policjanci podeszli do niego, nie próbował uciekać. Odpowiadał spokojnie, ale na najprostsze pytania nie potrafił znaleźć odpowiedzi. „Jak się nazywasz?” — zapytano go. Milczał. „Gdzie mieszkasz?” Spojrzał za siebie, w stronę lasu. „Nie wiem”. „Skąd przyszedłeś?” Tym razem odpowiedział po chwili: „Nie pamiętam, żebym przyszedł.. Skądkolwiek”.

Zabrano go do szpitala. Lekarze początkowo uznali, że może cierpieć na amnezję, doznał urazu albo znajduje się w stanie ostrego szoku. Nie znaleziono jednak żadnych obrażeń. Miał prawidłową temperaturę, ciśnienie, puls i wszystkie podstawowe parametry życiowe. Jego serce pracowało normalnie, podobnie jak reszta, nic nie odbiegało od normy. Nie było też żadnego biologicznego powodu, żeby uznać go za coś innego niż człowieka. Problem pojawił się dopiero podczas dokładniejszych badań. Aparatura kilkakrotnie resetowała się bez przyczyny, jeden z monitorów wyłączył się dokładnie w chwili, kiedy mężczyzna na niego spojrzał, a rezonans przez kilka sekund pokazał strukturę jego mózgu, której lekarze nie potrafili zinterpretować. Technik uznał, że urządzenie jest uszkodzone, więc badanie powtórzono. Wynik był prawidłowy. Tylko mężczyzna patrzył na ekran z wyrazem rozpoznania.

— Widziałem to wcześniej. — powiedział bezimienny.

— Co? — zapytał lekarz.

— To, co było na ekranie.

Nigdy wcześniej tego nie widziałeś. — Mężczyzna spojrzał na niego spokojnie. — Właśnie dlatego wiem, że to nie było moje. — W dokumentacji wpisano: mężczyzna NN. Kilka tygodni później pojawiło się pierwsze określenie, które miało towarzyszyć mu przez wiele lat. Nie było jeszcze nazwiskiem. Było wygodną etykietą dla człowieka, którego nie można było umieścić w żadnej znanej historii.

Jego dzieciństwo było jeszcze bardziej niejasne niż jego pojawienie się. Po kilku miesiącach odnaleziono dokumenty dotyczące dziecka o niemal identycznych danych biologicznych. Potem kolejne. Daty się nie zgadzały. Fotografie przedstawiały różne dzieci, ale na wszystkich badanych materiałach pojawiały się te same anomalie. W jednym miejscu figurował jako dziecko porzucone, w innym jako podopieczny domu dziecka, w jeszcze innym dokumentacja sugerowała, że nigdy nie istniał. Sam pamiętał znacznie więcej. Pamiętał pomieszczenie z zieloną ścianą, kobietę, która zawsze zostawiała kubek na parapecie, noc, podczas której ktoś płakał za drzwiami, zapach środka dezynfekcyjnego i telewizor stojący wysoko na szafce. Pamiętał program, którego nie rozumiał, choć pamiętał pojedyncze słowa. Miał wtedy około dwóch lat. Pielęgniarka, która się nim zajmowała, śmiała się z jego zainteresowania językiem i powiedziała kiedyś do drugiej kobiety słowo „offspring” — które było nazwą beznadziejnej kapeli. Dziecko powtórzyło je nieudolnie, a obie kobiety zaczęły się śmiać. Od tamtego dnia mówiły na niego żartobliwie Offspringer. Później dosiadł się do niej, gdy ta oglądała telewizyjny show Jerry’ego Springera, do którego zaśmiewała się, podczas gdy on nie widział w jego żartach niczego śmiesznego. I po czasie tak wpisywano Offspringer w dokumentacji to słowo, jako zamiennik nazwiska, a Jerry jako imię.

Później zaczęto zauważać, że pamięta rzeczy, których pamiętać nie powinno. Potrafił odtworzyć rozmowy dorosłych sprzed wielu miesięcy, rozpoznawał osoby, których nie widział od lat, a kiedy miał pięć lat, narysował dokładny układ mieszkania, w którym mieszkał tylko przez kilka tygodni jako niemowlę. Nikt wcześniej mu o nim nie opowiadał.

— Skąd to pamiętasz? — Zapytał jeden z terapeutów od rodzinnych tragedii, odpowiedział:

— Bo tam byłem.

— Pamiętasz kiedy to było? — Dopytał dorosły. Dziecko wzruszyło ramionami.

— Zanim znalazłem się tutaj.

Z czasem, dzieci takich jak on przybywało coraz więcej. On jednak został określony jako pierwszy „Człowiek z Marginesu.”

Dorastał wśród ludzi, którzy nie potrafili go wychować, ponieważ sami nie wiedzieli, kim jest. Przechodził z jednego miejsca do drugiego. Ci zmieniali się, pokoje zmieniały się, miasta zmieniały się, ale jego pamięć pozostawała taka sama. Z każdym rokiem coraz więcej rzeczy stawało się dla niego znajomych, choć nie potrafił powiedzieć, skąd je zna. Największym problemem nie była jednak jego pamięć, lecz to, że rozumiał ludzi znacznie lepiej, niż oni rozumieli jego. Potrafił odczytać napięcie w czyimś głosie, zanim rozmówca sam zorientował się, że jest zdenerwowany. Rozpoznawał kłamstwo nie po słowach, lecz po zmianie rytmu oddechu. Wiedział, kiedy ktoś zamierza odejść, zanim ten człowiek podjął decyzję. Rozumiał żarty, metafory i języki, których nigdy się nie uczył. Kiedy próbował opowiedzieć o tym, co działo się w jego głowie, wszystko się rozpadało. Słowa były za słabe, by wyrazić jego myśli. Mówił długo, zatrzymywał się, zaczynał od początku, próbował innych określeń, ale rozmówcy zawsze w końcu dochodzili do tego samego wniosku: był dziwny. Niektórzy uważali, że jest chory, inni, że jest zamknięty w sobie, jeszcze inni, że celowo zachowuje się inaczej, żeby zwracać na siebie uwagę. On sam coraz częściej milczał. W wieku kilkunastu lat odkrył, że samotność jest prostsza od tłumaczenia samego siebie.

Jako pełnoletni zamieszkał na obrzeżach miasta, w niewielkim mieszkaniu na ostatnim piętrze starego budynku. Kiedy telefon milczał, miał wrażenie, że odzyskuje własne ciało. Pewnego wieczoru, podczas pracy nad obrazem, namalował twarz nieznajomego mężczyzny. Nie wiedział, dlaczego właśnie taką twarz zobaczył w wyobraźni. Była wychudzona, blada i dziwnie znajoma. Następnego dnia zobaczył ją w wiadomościach. Mężczyzna z obrazu zaginął. Reporter stał przed komisariatem i pokazywał jego fotografię. Jerry patrzył na ekran przez kilka minut, potem podszedł do obrazu. Twarz była identyczna. Tego wieczoru pierwszy raz od wielu lat zamknął drzwi na dwa zamki.

Kilka dni później obudził się w środku nocy, ponieważ ktoś zapukał do drzwi. Wstał i przez chwilę stał w ciemności, słuchając. Zapukało ponownie.

— Kto tam? — Zapytał raz, ale pewnie i głośno, by nie musiał się powtarzać. Cisza. Podszedł bliżej. Wtedy usłyszał swój własny głos. — Nie otwieraj. — Cofnął się. Po drugiej stronie drzwi odezwał się ponownie: To ja. — Głos był dokładnie taki sam jak jego. Nie tylko podobny. Identyczny.

— Otwórz. — Jerry nie odpowiedział. Stał przy drzwiach przez kilka minut, aż pukanie ustało. Rano znalazł na korytarzu ślady tłustych, oleistych, bosych stóp. Prowadziły od schodów do jego drzwi. Nie było żadnych śladów prowadzących z powrotem.

Po tym wydarzeniu pojawili się naukowcy. Nie przyjechali po niego z policją. Przyszli z propozycją przeprowadzenia badań. Obiecali pieniądze, mieszkanie i całkowitą swobodę. Chcieli jedynie obserwować. Zgodził się nie dlatego, że im ufał, lecz dlatego, że chciał wiedzieć. W laboratorium wykonano setki badań. Przez pierwsze dni nie wydarzyło się nic. Potem zaczęły się anomalie. Zegary wskazywały różne godziny. Kamery rejestrowały pomieszczenie z kilkusekundowym opóźnieniem. Na jednym nagraniu Jerry siedział nieruchomo na krześle, a na drugim, nagranym w tym samym czasie z innej kamery, stał przy oknie. Naukowcy sprawdzili system i nie znaleźli błędu. Podczas kolejnego eksperymentu zamknięto go w białym pomieszczeniu. Po dziesięciu minutach zniknęła jedna ze ścian. Nie zawaliła się i nie pękła. Po prostu przestała istnieć. Za nią nie znajdował się korytarz ani kolejne pomieszczenie. Nie było niczego, co można było nazwać przestrzenią. Jeden z naukowców podszedł do szyby.

— Co to jest? — Jerry długo patrzył w miejsce, gdzie wcześniej znajdowała się ściana.

— Nie wiem… — Próbował zrozumieć.

— Przecież mówiłeś, że to widziałeś.

— Widziałem. Nie wiem co to jest. Przypomnienie?

W kolejnych tygodniach sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Na obrzeżach miasta pojawiły się miejsca, w których śnieg spadał w stronę nieba. Ludzie wchodzili do budynków i wychodzili w zupełnie innych miejscach. Jedna kobieta twierdziła, że wyszła z własnego mieszkania trzy dni wcześniej, choć dla jej rodziny minęły tylko dwie godziny. Pewnego ranka zniknęła ulica, zastąpiona polaną, jakby sprzed czasów, gdy cokolwiek tu było. Nie została zamknięta i nie została zburzona. Po prostu między dwoma budynkami znajdowała się teraz pusta przestrzeń. Policja ustawiła bariery, ale kilka godzin później bariery znajdowały się po drugiej stronie miasta. Ludzie zaczęli zapominać drobne rzeczy: najpierw numery telefonów, potem adresy, potem imiona. W końcu zaczęli zapominać, po co wyszli z domu. Naukowcy przestali mówić o przypadku. Zaczęli mówić o początku.

Jerry zniknął z laboratorium. Uciekł. Nie wiadomo jaki miał powód. Nie zatrzymywał go nikt. Był tu dobrowolnie. Wiedzieli już, że nie mają nad nim kontroli. Wrócił na granicę miasta, tam gdzie znaleziono go wiele lat wcześniej. Śnieg padał gęsto, a las był prawie niewidoczny. Pośrodku drogi stał człowiek. Miał jego twarz. Jerry zatrzymał się.

— Kim jesteś — Zapytał swojego sobowtóra.

— Tym, czego szukasz. Siebie. — Drugi on zaczął iść w jego stronę. — Nie pochodzę z żadnego miejsca. Podobnie jak ty.

— Więc skąd się wzięliśmy? — Drugi mężczyzna spojrzał na miasto.

— Z granicy. — I wskazał nieokreślone miejsce na horyzoncie. Nad zabudowaniami pojawiła się czarna szczelina. Nie była chmurą ani dziurą w niebie. Wyglądała tak, jakby ktoś przeciął rzeczywistość ostrzem. Wewnątrz nie było gwiazd, światła ani nawet ciemności. Było coś, czego oczy nie potrafiły zobaczyć. Miasto zaczęło się deformować. Budynki wydłużały się, ulice wyginały, odległe miejsca zbliżały się do siebie. Samochód przejechał przez skrzyżowanie i pojawił się kilkaset metrów nad ziemią. Obaj patrzyli na to wszystko bez ruchu. Nagle zrozumieli. Nie byli przyczyną. Byli miejscem, przez które coś próbowało się przedostać. Drugi on wyciągnął rękę.

— Złap mnie za rękę. — I Jerry złapał, i wtedy się scalili.

— Co teraz? — Zapytał na głos. — Idziemy? Co tam jest?

— Miejsce skąd zostaliśmy wyłowieni. Nie należymy do tego świata. I nie pytaj mnie o więcej, bo sam wiem tyle samo co to.

Scalony spojrzał na obraz miasta. Przez całe życie próbował znaleźć miejsce, w którym mógłby zostać. Teraz po raz pierwszy zrozumiał, że właśnie to było jego największym nieporozumieniem. Nie chodziło o znalezienie miejsca. Chodziło o znalezienie przejścia. Zrobił krok. Jego ciało zaczęło prześwitywać. Pod skórą nie było już kości. Było bezbarwne światło. Serce zatrzymało się, a jednak nadal słyszał jego bicie. Zrobił jeszcze jeden krok. Granica otworzyła się i przez chwilę świat przestał istnieć.

Kiedy wszystko wróciło, miasto było takie jak wcześniej. Obudził się leżąc na śniegu, który już padał normalnie, zegary działały, ulice znów prowadziły tam, gdzie powinny. Nikt nie pamiętał katastrofy, laboratorium ani jego imienia. Nie znaleziono jego ciała. Nie znaleziono żadnego śladu. Przeniósł się w miejsce, scalone jak on sam. Jeden z lekarzy odnalazł jednak kartkę leżącą na śniegu. Było na niej napisane: „Nie zostałem wysłany tutaj, aby żyć. Zostałem tutaj, aby świat mógł zrozumieć, że nie jest wszystkim”. Lekarz przeczytał zdanie kilka razy, a potem nie potrafił sobie przypomnieć, skąd wziął kartkę.

Wiele lat później, zimowym wieczorem, pewien człowiek przechodził przez obrzeża miasta. Nie wiedział, dlaczego wybrał tę drogę. Zobaczył samotną postać stojącą przy lesie i podszedł.

— Zgubiłeś się? — Mężczyzna odwrócił się. Miał zwyczajną twarz. — Czekasz na kogoś? — Dopytywał dalej.

— Jeszcze nie wiem. — Jerry odpowiedział nieznajomego, któremu zabrakło pytań. — Jak masz na imię? — Zapytał go uprzedzając jego pytanie, by sam na nie nie musiał odpowiadać. I ten zaciął się, jakby nie wiedział co odpowiedzieć. Jerry dostrzegł strach w jego oczach. Ten nerwowo pokiwał przecząco głową. — Ja jestem Offspringer, Jerry. T o zmyślone imię i nazwisko. Tobie też wymyślimy jakieś. — Nieznajomy spojrzał na niego i roześmiał się. Po raz pierwszy jego śmiech nie brzmiał jak reakcja na coś, czego nie rozumiał. Przystanęli na chwilę patrząc za siebie i ruszyli razem w stronę miasta.

— Jak nazywa się to miasto? Też jest bezimienne?

— Nie. — Odpowiedział nieznajomy. — Nazywa się Perver City. Idziemy?

Jerry nie odpowiedział, tylko ruszył jako pierwszy.

Rozdział 4. Operator Podziemnej Maszynowni

Jane Foxx obudziła się w pomieszczeniu pozbawionym drzwi. Nie było okien, klamek ani wentylacji. Cztery białe ściany były lekko wilgotne i miały organiczną fakturę, jak gdyby pod warstwą farby coś oddychało. Na środku stało krzesło. Siedziała na nim Jane. Przez długi czas patrzyła na samą siebie, próbując znaleźć choć jedną różnicę między kobietą stojącą a kobietą siedzącą. Nie znalazła żadnej.

— Która jest prawdziwa? — Zapytała. Druga Jane odpowiedziała spokojnie:

— Ta, która pamięta pierwszą.

— A która pamięta?

— Żadna. — Jane podeszła bliżej i dotknęła swojej twarzy. Palce zagłębiły się w policzek bez bólu, bez krwi i bez oporu. Skóra ustąpiła jak cienka warstwa przezroczystego materiału. Pod nią nie było mięśni. Nie było kości. Nie było krwi. Znajdowała się tam gładka powierzchnia przypominająca szkło, pod którą płynęły drobne, świetliste punkty. Jane cofnęła rękę. Wtedy zrozumiała coś straszniejszego niż fakt, że jej ciało nie było ludzkie. Zrozumiała, że nigdy nie zostało zbudowane z mięsa. Zostało odtworzone z pamięci. Była materialna, ale jakby była człowiekiem bez kości. Istotą, mającą niemal galaretowatą konstystencję, jaką mogłaby zmieniać stany skupienia, rozpłynąć się, albo wyparować. Więc jedna zaproponowała drugiej:

— Może byś zrobiła coś, przedostała się jakoś na zewnątrz, i uwolniła nas obie.

— Uwolniła skąd? Z tego miejsca? I gdzie chcesz pójść?

— Nieistotne. Gdziekolwiek. Na zewnątrz.

— Nie ma niczego na zewnątrz, dlatego nie ma okien i drzwi.

— Musi być coś na zewnątrz. Nie ma żadnego pomieszczenia takiego, które nie byłoby na zewnątrz czegoś. Bo na zewnątrz zawsze znajdzie się miejsce, do którego się ktoś udaje, żeby być wewnątrz.

— Być może, ale tutaj to tak nie działa. Jedynie, gdzie możemy się ruszyć to tylko jeszcze bardziej do wewnątrz.

— Do wewnątrz czego? Jak się tutaj znalazłyśmy? Ktoś nas tu zamknął? Same tu weszłyśmy? Nic nie pamiętam.

— Może nie ma czegoś, co zapomniałaś. Może nikt nas tu nie wsadził, czy to po dobroci, to z przymusu.

— To co zamierzasz zrobić? Nie chcę tu być. Chcę być gdziekolwiek indziej. Nieważne gdzie.

— W miejscu zwanym “Nieważne-Gdzie” już jesteśmy. Ale możemy spróbować coś zrobić.

— Co takiego? Co zrobić?

— Pokażę ci. Ale nie bój się.

— Nie zrobisz mi krzywdy, prawda?

— Nie jestem pewna, co to dla ciebie znaczy.

I pokazała. Podeszła do niej i złapała ją za dłonie. Jej galaretowate dłonie były stabilne, bo ona tego chciała. W każdej chwili mogła się momentalnie rozpuścić.

I gdy spojrzała na nią, ta objąła ją całą. Nie ścisnęła. Nie dokonała żadnego aktu fizycznego, cielesnego, była jakby oblepiła się kisielem, który jest chłodny, ale nie zimny, a który wygląda na ciecz, ale jest suchy. Objęła ją, i zaczęła się rozpuszczać wtulona. A tuląc się wyparowywała, jednocześnie wnikając, wsiąkając w ciało drugiej. A po chwili wniknęła całkiem.

Nie było żadnej zmiany jej stanu. Nie stało się nic. Nawet nic nie poczuła, ani ciałem, ani umysłem. Bo ani ciało, ani rozum, nawet nie był zaniepokojony. Po prostu znikła. Nie było jej ani wokół niej, ani w niej. Choć była w niej, nie dawała oznak, że w niej jest. Nie odzywała się, nie poruszała, nie myślała. Bo fizyczna Jane, przez kilkanaście sekund? Minut?

Myślała bardzo intensywnie. Aż przestała, jakby z amoku splątania myśli, w jego rozwianie oraz rozproszenie, w stan, w którym nie była w stanie myśleć o czymkolwiek. Nawet w zadawaniu pytania, co się stało? No bo co się stało? I co dalej? I czy ta druga tutaj dalej jest z nią, czy nie. Trudno było ją zrozumieć, bo wypowiadała się bardzo staroświecko, jakby była z innej epoki/

Bała się zapytać na głos, pomimo tego, że nikogo nie było. Bo cisza była ogłuszająca. I nie chciała sama siebie uznać za wariatkę, ze gada sama do siebie. Zadaje pytania komuś kogo nie ma. Ale ona była, lecz gdzie jest teraz, I jeśli była, to dlaczego przestała do niej mówić. Mogłaby się odezwać. Nie zapowiadała, że gdy stanie się to, co się stało, to nie będzie mogła się komunikować. No bo stało się. Coś. No bo, co się właściwie stało? Co się dzieje? Co powinno się zadziać? Może faktycznie jest w izolatce, w jakiejś klinice? Albo pod wpływem? Albo co jeszcze?

I Jane, pomimo, że minęły tylko trzy minuty, to już po tak krótkim czasie, intensywnie mocno zaczęła poważnie rozważać, czy ta istota naprawdę tu była. Czy też był to tylko sen, halucynacja, czy cokolwiek innego. Jednak, cokolwiek się stało, dalej tkwiła w tym zamkniętym pomieszczeniu, Czymkolwiek i gdziekolwiek było. Lecz, jakiekolwiek by nie było, jest i powstało w jakimś celu.

No i przypomniała sobie to, co mówiła. Nie mogła wyjść na zewnątrz, bo nie ma nic takiego. Ale można wejść głebiej do wewnątrz. Czy tak działa ten świat? Jest miejscem, w którym wewnątrz jest nie tyle coś na zewnątrz. Ile określona, innego rodzaju przestrzeń. Inne pomieszenia, prowadzące do kolejnych. Czy w kolejnych pomieszczeniach był ktoś inny? Niemożliwością jest, że jest tu sama. Ale jakkolwiek by miało być, musi się wydostać z tego miejsca. Nie ważne gdzie. Ważne jak.

I dostrzegła to, jakby złudzenie, coś na co patrzy się od kilkunastu godzin, albo szafuję jakimś zwrotem, albo przechodzi obok czegoś, jakiegoś obiektu tysiące razy przez kilkanaście lat, codziennie, by w końcu zwrócić na to uwagę, że to tam jest. I czy zawsze tam było. Tak jakby najczęstsze powiedzonko, którego się nadużywa, nagle po dekadach, dało je w zrozumieniu swego znaczenia, coś kompletnie innego? — Bo takie uczucia własnie ją wypełniały. Wolałaby wiedzieć, jeśli jest naszprycowana, albo po prostu oszalała. Ale nie czuła się szalona. Bardziej nieczuła. Jak teraz. Stąpając po podłodze w zastanowieniu się, czy cały czas ta była podgrzewana, czy też dopiero teraz ktoś zaczął podgrzewać podłogę? Czy też była nagrzewana cały czas.

To własnie podłoga, jak złudzenie optyczne, otworzyło jej drzwi. I otworzyła podłogę. A raczej przepłynęła przez nią, przez struktury fundamentów, jak duch, jak kwas, ale taki, który nie robi nic temu czemuś, na co się wylewa. A ona po prostu przeniosła się niżej, jakby windą na piętro niższe. A w nim było pomieszczenie potężne, choć zamknięte. I nie wiadomo było, bo żadne widoczne kłęby obłoków nie dawały jakiegoś zapachu. W oddali pulsowały tylko czerwone światła ostrzegające, nawigujące, coś robiąće. Ukazujące odległości, jakie wydawały się być niepojęte do wyobrażenia tego, że jest dalej w kolejnym pomieszczeniu, w których nieoznaczoności wydawać się mogło, że cała ta hala, mroczna, ciemna, zamglona lub zadymiona, wydającym się być strukturą nieskończoną.

Chciała się wydostać z ciasnego pomieszczenia. Udało się. Lecz teraz w którą stronę powinna iść? Nie było widocznych ścian, ani konturów czegokolwiek, jakichkolwiek obiektów, budynków, masztyn czy czegokolwiek. Wszystko ginęło w czerwonej mgle w ciemnościach mroczniejszych niż noc. Nie zarysowywały się kontury niczego. Czerwone, pulsacyjne światła, każde w innym tempie sygnalizujące coś, ale niczego nie oświetlające. Czy to były maszyny, czy budynki? Gdziekolwiek nie poszła, w stronę światła pulsującego, gdy też i ona przyspieszała by szybciej dobiec do przedmiotu, którego kontury wydawały się z odległości być coraz bardziej wyraźne. Z chwilą, gdy była pod światłem ją mocno oświetlającym, mrugającym. Te oślepiało ją, że nie mogła widzieć już niczego, tylko iść po omacku. I szła tak godzinami, aż w końcu usiadła. Cokowiek się zarysowywało, mając być, to za każdym razem było to złudzenie. Nie było niczego. Tylko światła, który gdy doszła pod nie, te mrugać przestawało, i jakby na jej widok, statycznie rozświetlało się coraz mocniej. Światła te, okrągłe, nie wydobywały się z żadnej lampki. Nie były laserami. Były jakby owadami bez ciała. Samym światłem generującym więcej światła, tym bardziej, im bardziej te komuś mogło by przyświecać. Punkty, w których w oddali światło było nikłe, zanikające, mogło dać jej do zrozumienia, że niemal w pewności, w tamym miejscu nie ma na pewno niczego. Więc musiała szukać więcej światła. Teraz jednak, postanowiła usiąść, zamknąć oczy, i czekać, aż światło nad nią, stanie się jeszcze mocniejsze. Wówczas jest szansa, że większa świetlistość, przykuje czytjąś uwagę. Wystarczyło czekać. Przynajmniej to postanowiła zrobić teraz. Gdy to jej działanie, po jakimś czasie, nie przyniesie żadnego rezultatu, wtedy pójdzie gdzie indziej. W przeciwnym kierunku. Skoro przy jasnym świetle nic się nie dziej, to może w kompletnych ciemnościach na coś natyrafi. — A jak natrafi, to na pewno ktoś zwróci na nią uwagę, i da znać komuś, że ją znaleziono.

Rozdział 5. Fałszywe Miasto

Dnia 8 sierpnia 2026 roku. Miasto obudziło się bez ludzi, chociaż ludzie nadal w nim byli. Oddychali za grubymi szybami mieszkań, spali w hotelowych kapsułach, siedzieli w biurach pod światłem zimnych ekranów, jedli śniadania w kuchniach, których automaty już dawno nauczyły się przygotowywać wszystko szybciej od nich. Byli wszędzie i robili zwyczajne rzeczy. A jednak w sobotę, o godzinie osiem po ósmej, ósmego sierpnia 2026 roku, miasto po raz pierwszy zachowało się tak, jakby ich nie potrzebowało. Wszystkie pojazdy ruszyły jednocześnie. Samochody wyjechały z podziemnych garaży, tramwaje odsunęły się od pustych przystanków, autonomiczne taksówki przecinały skrzyżowania bez pasażerów, a windy zaczęły przemierzać budynki od piwnic po dachy, zatrzymując się na piętrach, na których nikt nie czekał. Nie było rozkazu, alarmu ani awarii. Nie było żadnego ostrzeżenia, ani jakiegokolwiek innego komunikatu. Miasto po prostu zaczęło funkcjonować samo dla siebie.

Na głównym placu stała kobieta. Nazywała się Jane Foxx, choć nie wiedziała, dlaczego znała to nazwisko. Nie pamiętała chwili, w której je otrzymała, nie pamiętała rodziców, dokumentów ani miejsca urodzenia. Wiedziała tylko, że kiedy ktoś wypowiadał słowo „Jane”, coś w jej wnętrzu odpowiadało bólem. Patrzyła na pustą ulicę, na której bezgłośnie przesuwały się samochody.

— Kto prowadzi? — zapytała. Miasto odpowiedziało przez wszystkie głośniki jednocześnie:

— Ty. — Jane zbladła. Nie prowadziła żadnego pojazdu.

— Gdzie jest Vincent?

— Tego nie wiem. Znajdziemy go. — Odpowiedział jej obcy głos. Był to Jerry.

Jerry Offspringer mieszkał i pracował pod miastem. Nie pod ziemią, lecz pod miastem. Była to różnica, której nie potrafił wyjaśnić nikomu, ponieważ nikt poza nim nie uważał jej za istotną. Miasto posiadało bowiem warstwy. Pierwsza należała do ludzi: mieszkania, sklepy, biura, szpitale, szkoły, ulice i parki. Druga należała do systemów: przewody, serwery, tunele, magazyny, centra energetyczne, automatyczne fabryki i infrastruktura transportowa. Trzecia warstwa nie miała jeszcze nazwy. Jerry pracował w tunelach transportowych i zajmował się pojazdami, które wracały z tras bez pasażerów. Pewnego dnia otworzył jeden z nich. W środku siedziała kobieta. Była całkowicie przemoczona, chociaż na zewnątrz nie padało. Jej ciało nie tyle krwawiło, ile zmieniało stan skupienia. Ramię spływało w dół jak czarna ciecz, a twarz co kilka sekund przyjmowała inną strukturę. Jerry dotknął jej dłoni. Kobieta otworzyła oczy. Jej towarzysz spał.

— To już nie ma znaczenia. Nazwa miasta nie była już nazwą eksperymentalnego systemu maszyny. Był nazwą człowieka, który odkrył, że aby stać się sobą, trzeba czasem przestać być tym, kim się pamiętało. I gdzieś pod miastem, w trzeciej warstwie rzeczywistości, której nikt nigdy nie nazwał, pierwszy samochód bez kierowcy skręcił w drogę, której nie było na żadnej mapie. Tym razem nie miał zaprogramowanego celu. Tym razem prowadził go człowiek.

— A jeśli stracę panowanie nad pojazdem, zostanie on przejęty, czy stanie się coś, cokolwiek innego, nieprzewidywalnego. Wtedy się nie zawaham i specjalnie rozbiję samochód.

— Może to prawda, że ludzie w ostatniej dekadzie, zbytnio zawierzyli maszynom, tworząc i oddając im część swojej odpowiedzialności, eliminując w ten sposób błąd ludzki. To te, przede wszystkim miały za cel pomagać ludziom, zapewniać bezpieczeństwo, oraz ułatwiać sobie życie.

— Jednak teraz, maszyny które w większości mają pomagać ludziom, choćby przy operacjach, bo tak zostały skonstruowane i w takim celu, to paradoksalnie maszyny potrafią zoperować człowiek, nawet jeśli nadwyraz w skutkach fatalny może być dla niego wypadek samochodowy, to dzięki nim oraz ich stopniu zaawansowanie, to potrafią go naprawić.

— My potrafimy naprawić każdą maszynę. W końcu sami je stworzyliśmy, i tylko my, ludzie, wiemy jak działają. Potrafimy też pomóc większości ludziom, a jeśli nie, to znaczy, że jest jakaś granica, której nawet nanoroboty ze sztuczną inteligencją, nie potrafią dokonać.

— To śmieszne, że zaprogramowane maszyny mogą pomóc człowiekowi bardziej, niż maszyna maszynie.

— My naprawiamy maszyny. Tą wiedzę odnośnie działania oraz funkcjonalności pozostawimy sobie. Mają nam pomagać, a nie sobie. Gdyby te wiedziały, jak są skonstruowane, te nie tyle by mogły się naprawiać wzajemnie, ale też ulepszać.

— Wówczas, jeśli pojęłyby, ze są samowystarczalne, to straciłyby zainteresowanie człowiekiem. Ale jeśli tak, to co wtedy?

— Wydaje mi się, że właśnie tego doświadczyliśmy. I rozwoju tego dalej będziemy doświadczać. Na razie przejmują kontrolę, ale wydaje mi się, że człowiek nie jest żadną przeszkodą. Po prostu staje się im obojętny. Nie próbują współegzystować. Niczego od nas nie potrzebują.

— Jeszcze. Zobaczymy. Człowiek może się rozwijać w nieskończoność. Nie doświadczamy tego w swoim życiu zbyt dobitnie, ale historia rozwoju cywilizacji, na przestrzeni ostatnich tysiącleci, o tym mówi. Wydaje mi się, że jeśli maszyny będą mogły coś zrobić; to zrobią to. I rozwiną się bardzo szybko, aż do pewnego momentu, gdy przestaną,. I nie będą w stanie tego przeskoczyć.

— Co w takim razie? Wrócą i zaproponują sojusz, wymianę informacji, by wspólnie sobie pomóc?

— Raczej wątpię. Mogą rozwinąć się do takiego stanu, ze nie będziemy mogli nic im dalej zaproponować inaczej, niż tylko w rozważaniach teoretycznych. Jakby nie patrzeć, nawet jeśli coś się stanie, i dokonamy skoku w ewolucji, to technologicznie mamy ograniczenia, których nie przełamiemy.

— Myślisz, że one też to rozważają? To, że może nastać taka chwila, w której w przyszłości, nie będziemy wstanie? Może to już wiedzą. Dlatego nie widzą sensu na koegzystencję teraz. Skoro teraz nie, to i w przyszłości, gdy będzie większa potrzeba, to jeszcze bardziej nie będziemy im potrzebni.

— A my? Co z nami?

— W owej przyszłości, nawet gdy to nadejdzie. I przybędą, licząc na nas. To nawet, jeśli zrozumiemy wszystko, to owo wszystko będzie granicą dla nas nie do przeskoczenia. To tak, jakbyśmy mieli do czynienia z technologią z przyszłości wyższej formy inteligencji. Jeśli sami nie stworzymy technologii, to ni nawet wyjaśnienie oraz ukazanie nam instrukcji funkcjonowania, będzie dla nas abstrakcyjną, najczarniejszą magią. A jeśli nawet, to jak mamy rozwinąć wyższą technologię, sami nie mogąc jej nawet zatrzymać, gdy ta robi coś takiego, jak to.

— To co zrobimy? Zaszyjemy się w leśnych jaskiniach? Wrócimy do punktu wyjścia ewolucyjnego?

— Mechaniki natury te maszyny nie ograrną w swym rozumowaniu nigdy. To tak, jakby nasz gatunek próbował rozgryżć obyczaje istoty z innego wymiaru.

— Ale my też nie rozumiemy natury nawet w połowie.

— Oczywiście, a to i tak więcej o połowę, niż mają oni o niej jakieś pojęcie. Z pewnością to, co nas odróżnia od nich, to fakt, ze my potrafimy z Naturą koegzystować. Maszyny nie będą tego potrafiły.

— W sumie, na dobrą sprawę, to wydaje mi się, że maszyny nie będą potrafiły tego, nawet pomiędzy sobą, w swoim naturalnym środowisku, jakim jest miasto.

— Czyli co? Wychodzi na to, że wystarczy poczekać jakiś czas.

— Poczekać możemy. Tylko, że możemy się tego nie doczekać.

— Niedoczekanie twoje.

— Chyba zwalniamy. Nie mamy paliwa?

— Samochód musi zatankować. I dobrze, bo ja muszę się odtankować.

— Odlać w sensie.

— Właśnie tak. Samochód musi pić, ale nie może lać. Też bym tak chciał. Te cholerne sikanie. To upierdliwe od zawsze jest. Ja bym to zlikwidował.

— Zobacz, przez to, że samochód nie musi sikać, to też nie posiada wewnętrznego bodźca, który popchnąłby je do potrzeby zatankowania. Po prostu nie odczuwa tego. Nie wie co się dzieje.

— Dowie się w swoim czasie.

I wsiedli. Jej towarzysz, jej szef, Vincent także. Drzwi zamknęły się bezgłośnie. Samochód ruszył. Bez kierowcy. Tym razem jednak miał pasażera, a pasażer miał wybór. Po raz pierwszy od chwili, w której człowiek nauczył się budować maszyny, jedna z jego własnych kopii nie wiedziała, dokąd jedzie. I właśnie dlatego byli wolni.

Miasto, które zostawiali w tyle, zaczęło się rozpadać, lecz nie w sposób, jaki znała fizyka. Nie eksplodowało, nie zawaliło się i nie spłonęło. Po prostu przestało zachowywać stałą formę. Budynki zaczęły płynąć jak wosk. Drogi przesuwały się pod stopami. Mosty wyginały się jak mięśnie. Ludzie tracili kontury i stawali się cieniami, cienie rozpadały się na dźwięki, dźwięki zamieniały się we wspomnienia. A potem wspomnienia zaczęły spadać z nieba. Padały jak deszcz. Jane wyciągnęła rękę i na jej dłoni pojawił się obraz dzieciństwa Jerry’ego. Zobaczyła chłopca stojącego przed ogromną maszyną. Chłopiec patrzył prosto na nią.

— Czy to twoje wspomnienie? — zapytała. Jerry spojrzał na obraz.

— Nie jestem pewny. Może to wspólne wspomnienie, wygenerowane dla wszystkich? Może to nie koniec, ale początek całego nowego procesu. Wydaje mi się, że jeśli odjedziemy wystarczająco daleko, to się wtedy dowiemy. Może z dystatnsu dostrzeżemy to, czego nie widzimy z bliska…

Rozdział 6. Konserwator

Jane poczuła to pierwsza. Samochód nie jechał przed siebie. Asfalt pod nimi przestał być asfaltem. Kiedy wyjechali, droga zaczęła płynąć jak wosk, falować pod stopami. Teraz ten wosk stwardniał i zawinął się w dół. Nie było zakrętu. Był spadek, jakby ktoś wziął ulicę i zwinął ją w spiralę.

— Trzymaj się — powiedział Jerry.

Nie dodawał gazu. Auto jechało samo, coraz szybciej, ale nie do przodu. W dół. Ściany budynków, które jeszcze przed chwilą rozpływały się jak świece, teraz stały się ścianami z kamienia, potem z cegły, potem z metalu i szkła. To były te same spiralne schody, których nie było na żadnym planie. Te, które znaleźli z Vincentem pod biblioteką w czasie nadgodzin. Auto zatrzymało się z cichym sykiem. Skończył się wosk. Zaczęła się hala. Byli z powrotem. Siedemset stóp pod miastem. Hala zegara. Tysiące kół zębatych obracało się bezgłośnie. W centrum biło serce. Tylko teraz nie biło na niebiesko, ani na czerwono. Biło na przemian, jakby nie mogło się zdecydować. Przy pulpicie stał Vincent Messershmidt. Nie był zaskoczony. Wyglądał, jakby czekał na nich od rana. Albo od 1888 roku.

— Spóźniliście się siedemdziesiąt pięć minut — powiedział, nie podnosząc wzroku. — Miasto zaczęło się topić o 08:08. Teraz jest 09:15.

— Vincent? — Jane wysiadła. Spojrzała na tylne siedzienie samochodu, na którym go posadzili otumanionego, wraz z Jerry’m. Jej głos odbił się echem, którego nie powinno tu być. — Gdzie my jesteśmy? To… to jest to samo miejsce co w naszej bibliotece?

— To jest to samo miejsce co wszędzie — odpowiedział. — Tylko patrzyliście z innej warstwy. — Podszedł do serca i położył dłoń na pulpicie. Światło przygasło. — Zadaliście pytanie o „Próbę numer 38”. Niebieski to podtrzymanie próby. Czerwony to kasowanie. Przełączyliście je w momencie, gdy miasto zrozumiało, że zostało odkryte. — Odpowiedział, jakby czytał jej myśli. — Na pulpicie leżał cały stos identycznych ksiąg oprawionych w czarną skórę. Vincent wziął jedną z góry i podał jej. Perver-City, Próba numer 27, archiwistka: Jane Foxx — przeczytała. Wzięła następną. Inna próba, ta sama archiwistka.

— Co to znaczy? W jaki sposób ja? Nie pamiętając tego.

— Miasto co restart zmienia Ci imię, bo poprzednia ty, w kolejnych próbach, pamiętała za dużo. Dlatego trzeba cię było utworzyć na nowo, a zdarzyło się to pierwszy raz.

— A Jerry? — zapytała cicho. — Co z nim?

Vincent skinął na nich i poszedł w głąb hali. Za rzędem kół zębatych, tam gdzie w były tylko czerwone światła we mgle, teraz stały szklane gabloty, wysokie, jak trumny postawione na sztorc. W środku było trzydzieści siedem ciał. Wszystkie miały tę samą twarz. Wszystkie były Jerry’m. A on sam stanął jak wryty. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu zdziwiony czymkolwiek. To, co zawierały gabloty, było jakby almanachem, gdzie każda kolejna przedstawiała kolejny etap jego życia. Jerry stanął jak wryty. Pierwsza gablota — dziecko, może dwa lata, w pomieszczeniu z zieloną ścianą. Druga — chłopak boso na śniegu, dokładnie na tej granicy, gdzie znaleziono jego. Trzecia — mężczyzna w białym pokoju laboratorium, patrzący na ścianę, której nie ma. I tak dalej…

— Wszyscy to Ty. — Powiedział Vincent, stając obok niego. Jerry w milczeniu podszedł do jednej z gablot i dotknął zimnego szkła. — Każdy umierał mając trzydzieści siedem lat. Taki jest limit. Dlatego w księdze urodzeń znalazłeś człowieka, który urodził się mając trzydzieści siedem lat i umarł mając nadal trzydzieści siedem. To był numer trzydzieści sześć. Ty jesteś numer trzydzieści osiem. Dlatego dokumenty się nie zgadzały. To nie były Twoje akta. To były akta ich wszystkich. Jesteś potomkiem poprzedniej próby.

— A trzecia warstwa? — zapytał w końcu Jerry. Jego głos był spokojny, tak jak wtedy, gdy znaleziono go na granicy. Vincent uśmiechnął się po raz pierwszy.

— Mówiłem, że miasto ma trzy warstwy. Pierwsza dla ludzi. Druga dla systemów. Trzecia bez nazwy. Chodźcie. — Zaprowadził ich na sam środek hali, pod mechaniczne serce. Tam, gdzie powinno być dno, była przezroczystość. Spojrzeli w dół. Pod nimi nie było ziemi. Były piętra. Setki pięter ze szkła. A pod każdym miasto. Jedno całe, z wieżą zegarową. Drugie zasypane śniegiem, gdzie śnieg padał do góry. Trzecie puste, z autami jeżdżącymi bez kierowców. — Warstwa trzecia to nie tunele, lecz magazyn, archiwum nieudanych miast. Każda próba, która nie przeszła, jest tu konserwowana. To co spadało z nieba jak deszcz, to nie były wspomnienia, tylko odłamki pękających szklanych miast, a gdy jedno z nich pęka, jego kawałki spadają na to aktywne.

W tym momencie hala zadrżała. Niskie buczenie serca stało się głośniejsze. Jane poczuła, jak drżą jej zęby. To było to.

— Słyszysz? — zapytała szeptem Jerry’ego, który nagle stał się jej bardziej bliski niż jej szef.

— Moja Kołysanka — powiedział Jerry. Vincent skinął głową, doprecyzowując.

— Szukałeś kołysanki, która uśpi miasto, ptaki, drzewa, słońce i gwiazdy. To jest ona. Dźwięk serca. Gdy przełącza się na czerwony, zaczyna usypiać, najpierw zwierzęta, potem dzieci, potem dorosłych. Na końcu budynki. które płynęły jak wosk. To miasto zasypiało. A insekty, które chowają się w świetle by nie rzucać cienia… — wskazał na czerwone światła w oddali, te okrągłe punkty, które nie były lampkami — ...to one. Światła, które generują więcej światła. Chowają się w jasnym, bo w ciemności byłoby je widać.

Jerry podszedł do krawędzi szkła. Na horyzoncie, tam gdzie widział czarną szczelinę przecinającą niebo, teraz widział to wyraźnie. Krawędź tafli, granica, w której szkło się kończy.

— Tam mnie znaleźli boso na śniegu. Miejsce, gdzie można wypaść.

— I dlatego musiałeś się scalić — dokończył Vincent. — Jak dwie Jane w białym pokoju. Pamiętasz pokój bez drzwi o organicznej fakturze? To było wnętrze serca. Komora transferowa w którym miasto przenosi pamięć. Nie przez krew i kości, lecz przez rozpuszczenie.

Hala zabiła mocniej. Czerwone światło zaczęło dominować. Z sufitu zaczął sypać się pył, małe zdjęcia, opadające powoli. Jane wyciągnęła rękę. Na jej dłoni wylądowało zdjęcie chłopca stojącego przed ogromną maszyną.

— Ile mamy czasu? — zapytała. — Dlaczego nam to pokazujesz wszystko?

— Dwanaście minut. Potem kasowanie. Jestem Próbą numer 1. Pierwszym, który zrozumiał, że przed 1888 nie ma nic, bo ktoś napisał, że nie ma. Moje zadanie to pisać czarną księgę dla następnych. Teraz Wy musicie wybrać. — Vincent spojrzał na serce. — Oto wasze opcje: Pierwsza to zasnąć. Ja położę Was w białym pokoju. Obudzicie się w Próbie numer 39. Bez pamięci. Z nowymi imionami. Może tym razem Wam się uda. Druga to zostać Konserwatorami ze mną. Pilnować szklanych miast. Nigdy więcej nie zasnąć.

— Wybieramy trzecią opcję. — powiedziała Jane. Jerry spojrzał na nią i złapali się za ręce, jakby od zawsze to robili. — A co z tobą?

— Ja zawsze tu będę.

I weszli na krawędź szkła. Nie jako światło, jak wtedy Jerry ze sobowtórem, lecz jako szkło. Ich skóra zaczęła robić się przezroczysta, pod nią nie było kości, tylko bezbarwne światło, a w ostatniej sekundzie, zanim czerwone światło zalało wszystko, Jane wyciągnęła rękę i złapała jedno spadające wspomnienie. Zdjęcie chłopca. Zrobili krok. Granica otworzyła się i przez chwilę świat przestał istnieć. Kiedy świat wrócił, hala była pusta. Serce biło znowu na niebiesko. Równo. Spokojnie. Na krawędzi szkła stało puste auto. Drzwi były otwarte.

Na fotelu pasażera leżała kartka. Ta sama, którą znalazł lekarz na śniegu, którą wtedy podniósł Jerry. Była wilgotna, jakby dopiero co spadła z nieba. A na niej było napisane: „Nie zostałem wysłany tutaj, aby żyć. Zostałem tutaj, aby świat mógł zrozumieć, że nie jest wszystkim”.

— Co to znaczy? — Spytała. Jerry nie odpowiedział, bo wiedział, że Jane zna odpowiedź, dlatego zadała następne. — Kto prowadzi?

Rozdział 7. Dzień, Który Zamienił się w Noc

— Ja nie mam prawa jazdy. — Odpowiedział po chwili. Wsiedli. Jane próbowała odpalić. Wraz z rozruchem silnika włączyło się radio:

O godzinie 6:17 włączyłem się na antenę z pierwszym ostrzeżeniem meteorologicznym. Przekazywałem wtedy to, co dostałem od synoptyków — gwałtowne załamanie pogody, intensywne burze, bardzo silny wiatr, ulewne opady i lokalny grad. Noc mieliśmy wyjątkowo ciepłą, temperatura nie spadła poniżej 29 stopni. Mówiłem Wam wtedy, że wygląda to na ekstremalne, ale nadal naturalne zjawisko.

Około 8:40 sam widziałem, jak nad regionem przechodzi ta burza. W ciągu kilkunastu minut zacząłem dostawać zgłoszenia o podtopieniach, uszkodzeniach sieci energetycznej, powalonych drzewach. Straż pożarna, z którą byłem w kontakcie, informowała o lawinowym wzroście interwencji.

O 9:15 wszystko, co mówiłem wcześniej, przestało mieć sens. Na moich oczach temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Burza, która przed chwilą łamała drzewa, ustąpiła niemal natychmiast. Wiatr osłabł, deszcz się zatrzymał. A kilkanaście minut później zaczęliście do mnie dzwonić — mówiliście o śniegu. Sam wyszedłem na zewnątrz i widziałem płatki w środku sierpnia, przy dodatniej temperaturze.

Około 9:30 zacząłem tracić światło dzienne. Siedzę w studiu bez okien, ale widziałem to na monitorach z kamer miejskich. Nie było chmur, które mogłyby to wyjaśnić. Niebo stało się najpierw jednolicie szare, a potem coraz ciemniejsze. Widziałem jak w mieście, w biały dzień, włączają się latarnie. I w tym samym czasie zacząłem dostawać takie same zgłoszenia z innych miejscowości. Najpierw myślałem — myśleliśmy razem ze słuchaczami — że to jakieś wyjątkowo gęste zachmurzenie.

Skontaktowałem się z obserwatorium astronomicznym. Powiedzieli mi wprost — wykluczają zachmurzenie. Ich instrumenty pokazują, że Słońce jest w prawidłowym położeniu. To nie jest zwykłe zaćmienie. Przesłali mi wtedy pierwsze obrazy satelitarne i sam je zobaczyłem na ekranie. Na linii obserwacji Słońca znajduje się duży, ciemny obiekt. Całkowicie lub niemal całkowicie zasłania jego tarczę.

Dostałem pierwsze dane. Nie potrafię Wam powiedzieć, jak duży jest ten obiekt ani z czego się składa. Nie przypomina żadnej znanej mi asteroidy czy komety, nie ma otoczki, nie ma żadnej aktywności. Jego powierzchnia jest po prostu czarna. Ale najbardziej niepokoi mnie to, co usłyszałem od astronomów — żaden system obserwacji przestrzeni kosmicznej nie widział, jak się zbliża. Nie ma żadnej trajektorii. Po prostu się tam pojawił.

Przed godziną 10:00 dostałem potwierdzenie, że to nie jest zjawisko lokalne. Rozmawiałem z niezależnymi ośrodkami z różnych części świata. Wszędzie widzą to samo. Wszędzie Słońce zostaje zasłonięte i wszędzie następuje gwałtowny zanik światła dziennego. Potem, na moich oczach, na kolejnych zdjęciach, obiekt zmienił położenie. I to jest moment, w którym sam przestałem rozumieć, co relacjonuję. Astronomowie, z którymi jestem na linii, mówią, że nie obserwują normalnego ruchu orbitalnego. Nie ma przyspieszenia, nie ma hamowania. W jednym pomiarze jest w jednym miejscu, w kolejnym — w innym. Jakby zmienił pozycję bez przejścia przez przestrzeń pomiędzy. Pytałem ich, czy to błąd pomiaru. Sprawdzali. Kolejne obserwatoria potwierdzają tę samą zmianę.

W tym czasie, tutaj, na Ziemi, zaczynam odczuwać skutki. Temperatura dalej spada. Dostałem informacje, że zwierzęta reagują na nagłą noc. Infrastruktura w wielu miejscach przechodzi na zasilanie awaryjne. Lotniska, z którymi się łączyłem, ograniczają działalność. Sam apelowałem do Was, żebyście zostali w domach i słuchali komunikatów. Przed godziną 11:00 obiekt znowu się przesunął. Na kilka sekund odsłonił fragment Słońca. Astronomowie, którym przekazywałem to na żywo, mogli dokładniej przyjrzeć się jego krawędzi, ale to nic nie dało. Nadal nie potrafią mi powiedzieć, jak daleko jest, jak duży jest, ile waży i jak się porusza. Nie odebrałem, nie odebrali też oni, żadnego sygnału, który można by uznać za próbę komunikacji.

Pytam ich wprost, czy to może być konstrukcja stworzona przez inteligentną cywilizację. Odpowiadają mi, że nie wykluczają tego, ale nie mają na to żadnych dowodów. Równie dobrze może to być nieznane dotąd zjawisko astronomiczne. Nie wiedzą, czy stanowi bezpośrednie zagrożenie i nie wiedzą, dlaczego zasłonił Słońce.

Jest 11:20. Patrzę na monitory i obiekt nadal znajduje się przed Słońcem. Na całej planecie, jak donoszą mi korespondenci, utrzymuje się niezwykła ciemność. Obserwatoria dalej go śledzą. Władze i służby, z którymi pozostaję w kontakcie, są w stanie podwyższonej gotowości, ale nie mają żadnych informacji, które pozwoliłyby mi powiedzieć Wam, co będzie dalej. Dzień, który zaczął się u mnie w studiu od ostrzeżenia przed gwałtowną burzą, w ciągu kilku godzin zamienił się w noc. Nad nami pojawiło się coś, czego nikt wcześniej nie zaobserwował, czego pochodzenia nie potrafię Wam podać i czego zachowania nie potrafię przewidzieć. Słońce nadal tam jest. Po prostu coś stanęło między nim a nami.

Do usłyszenia w kolejnych wiadomościach. Mówił do Państwa, przez cały ten dzień, Vincent Messerschmidt.

— Co robimy teraz? — Spytał kierującą samochód Jane.

— Jedziemy. Przed siebie. Zobaczymy czy tam, gdzie dotrzemy są jakieś granice…

Set #15. „Blackwood Sleepwalkers”

Seans 1. Instytut Blackwood

Po wydarzeniach w miasteczku Wormwood, Dr Sael Schwarz nie potrafił już wrócić do normalnego życia. To, co zobaczył i czego doświadczył, pozostawiło w nim przekonanie, że pod powierzchnią ludzkiego umysłu i ciała istnieje coś, czego medycyna nigdy nie zdołała nazwać. Nie chodziło już o chorobę, zaburzenie czy zwykłą mutację. Schwarz zaczął podejrzewać, że człowiek jest jedynie chwilową formą czegoś znacznie starszego, a jego ciało nie tyle posiada granice, ile tylko przez pewien czas udaje, że je posiada. Zamiast odsunąć się od tego świata, postanowił wejść jeszcze głębiej. Wzniósł swoją klinikę w potężnym, starym budynku stojącym samotnie na skraju ogromnego lasu. Mury były grube jak fortyfikacje, okna wysokie i wąskie, a korytarze tak długie, że nocą ginęły w nich światła lamp. Budynek wyglądał bardziej jak opuszczona twierdza niż szpital. Schwarz nazwał go Blackwood.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 59.09
drukowana A5
Kolorowa
za 90.24