E-book
20.48
drukowana A5
26.04
Myślisz, że tylko ty masz depresję?

Bezpłatny fragment - Myślisz, że tylko ty masz depresję?

i inne opowiadania


Objętość:
101 str.
ISBN:
978-83-8155-209-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 26.04
Piszę, ponieważ jest ono formą wolności ekspresji. 
Jest dla mnie aktem wiary, nadzieją, że odkrywam prawdę 
i ułatwiam jej zrozumienie. 
Trudno streścić co odkryję w wyobraźni, 
co zobaczę, czego się nauczę i jakich emocji doświadczę,  
lub co się dowiem o sobie, o moim wysiłku 
i bólu podczas tworzenia. 
W tym co napisałem spróbuj wyobrazić sobie swój świat, 
a dzięki temu wzbogacimy się o kolejną wersję. 
Każdy z nas jest inny i myśli w inny sposób. 
Ile myśli - tyle zrozumień. 
W tym co ja napisałem 
może być coś wymyślone tylko przez ciebie. 


Marek Tykwa

Odłożył filiżankę, bo była już pusta

Dzień dobry, powiedział ten z dołu do Boga. Dzień dobry, odpowiedział Bóg. Nie poznajesz mnie?, podtrzymuje rozmowę ten z dołu. A powinienem?, podparł się Bóg o rączkę od fotela i przełączył na wiadomości, do którego kościoła chodziłeś, bo nie za bardzo kojarzę? Nigdy w ciebie nie wątpiłem, tłumaczy się ten z dołu, jakby nie wiedział, że w tym miejscu nie ma już tłumaczeń. Każdy tak mówi, zaśmiał się Bóg. Co sobie myślałeś, jak wyszedłeś na pasy na czerwonym świetle?, powiedział Bóg do tego, którego potrącił samochód, że to przeze mnie było? Ależ skąd, tłumaczy się potrącony. To dlaczego wzywałeś mnie na daremnie i bluzgałeś? Nie czepiaj się, byłem w stresie, odpowiada duch leżącego na asfalcie. To mogłeś siebie wyzwać, a nie mnie. W postne piątki jesz mięso i na imprezy chodzisz, kradniesz, oszukujesz i na każdym kroku bluźnisz, że to przeze mnie. Czy ja ci coś zrobiłem, że tak się na mnie uwziąłeś? Udajesz ateistę, mówisz, ja to nie wierzę, a bez przerwy tylko Boże to, Boże tamto i wszystkie twoje nieszczęścia przez Boga, a nawet do mnie nie przyszedłeś zwyczajnie pogadać, że ci źle. Do kościoła nie chodzisz, bo ksiądz jest taki, czy owaki. Dla księdza tam chodzisz, czy dla Boga? Przepraszam, nie wiedziałem, że istniejesz na prawdę. Istnieję, istnieję, a owszem, i mam się dobrze, w przeciwieństwie do ciebie. A to ja nie wyjdę z tego?, pyta się potrącony, nie wrócę już na ziemię? Cienko to widzę, Bóg napił się herbaty i odłożył filiżankę, bo była już pusta. Proszę, naprawię wszystko, skomli ten na którego diagnoza już została postawiona, przecież możesz wszystko, błagam, na dole zostawiłem swoją żonę, ona sobie nie poradzi sama. Poradzi sobie, poradzi, już dwa razy cię zdradziła z kolegą z pracy, a zresztą nie chcę cię okłamywać, choć jest to moją domeną, bo tak naprawdę to nie jestem Bogiem, tylko tym drugim. Bóg powiedział, że mogę sobie ciebie wziąć, bo z tej mąki chleba już nie będzie. Przykro mi, ale trafiłeś pod odpowiednie drzwi. Rozbieraj się i wskakuj do kotła. No prędziutko, bo przeciąg, majtki też, powiedziałem, po co mi twoje zaszczane gacie w kotle?

Śmiech to zdrowie

Przez całe życie słyszałem, że śmiech jest lekarstwem na wszystko, więc też jak inni chciałem wreszcie spróbować, a nie tylko patrzeć z boku. Początki we wszystkim bywają trudne, więc w pierwszej fazie tylko się uśmiechałem, jak to się mówi pod nosem. Niewiele tego było i wychodziło mi to niezdarnie, a jak ludzie się patrzyli to nawet nieśmiało i wstydliwie, jak to ze wszystkim, gdy się zaczyna. Nigdy tego wcześniej nie robiłem, więc nie ma co się dziwić, że nie miałem wprawy. Uśmiechy z perspektywy kilku dni prób i błędów może nie były za super wyjątkowe, ale już wtedy zauważyłem w sobie znaczącą poprawę. Kręgosłup, który mi dokuczał przestał boleć i nabrałem męskiej postawy. Odkąd pamiętam, zawsze byłem zgarbiony z nosem przy ziemi, więc teraz, wyprostowany, widząc więcej nastawiłem się do świata o wiele bardziej pozytywnie niż wcześniej. Zacząłem jeść i pić, bo przez depresję, która nie wiadomo skąd się przyplątała dwa tygodnie nie miałem nic w ustach. Samopoczucie mi się przez to poprawiło i nastrój. Rozjaśnił mi się umysł i pojawiły nowe pomysły na życie. Chciałem się ożenić i zostać sportowcem, oczywiście to tylko na dobry początek, bo pomysłów było o wiele więcej, a że było jeszcze w tym kierunku sporo do zrobienia, więc nabrałem zdecydowanie większej ochoty na uśmiechanie się. Żeby mój uśmiech był odbierany przez innych naturalnie i przyjaźnie musiałem niewątpliwie sporo ćwiczyć. Przemieszczałem się więc wszędzie z mocno szerokim uśmiechem na twarzy. Oczywiście próbowałem najpierw do siebie wyginać usta, później do innych i znów do siebie, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że chyba nie robię nic głupiego. Miałem lusterko przy sobie, więc po każdym uśmiechu sprawdzałem jak mi idzie. Nie powiem, nie było łatwo. Zdarzyło mi się kilka razy zainteresować innych swoją śmieszną miną, to tu to tam udało się też nawet parsknąć śmiechem, radziłem sobie jak tylko mogłem. Normalnie nie wiem jak to się działo, ale samo ze mnie wychodziło i nie chciało przestać. Robiłem to z różnych powodów, byłem szczęśliwy i chciałem nadrobić stracony czas, ale także dla poprawy humoru, ćwiczenia mimiki, lub dla jaj, zależało to od nastroju. Najbardziej jednak podobało mi się uśmiechanie do ludzi, bo jak bym tego nie robił to i tak ich tym zarażałem. Niedługo potem wstałem z wózka inwalidzkiego, zatoki przestały mnie boleć, a wszystkie wyrwane wcześniej zęby odrosły i wreszcie przestałem już być szczerbaty. Byłem normalnie w szoku, jak takie rzeczy są w ogóle możliwe od zwykłego uśmiechania się? W kolejnych dniach uśmiechem pozbyłem się kamieni nerkowych, lęków, nawet załatwiłem sobie wizę i bilet do stanów, bo pani od tego mojego uśmiechu przy swoim stanowisku nagle poczuła się bardziej potrzebna i piękna niż zwykle. Uśmiechem zarażałem dziewczyny, które jako ekspedientki sprzedawały mi perfumy i ciuchy prawie za darmo. Tam, gdzie się pojawiałem, tam pojawiał się uśmiech. W tramwajach się rozweselało, w metrze, na ulicy, nawet przez ekran telewizora ludzkie ponure miny zostawały przeze mnie zarażane uśmiechem. Czułem się z tym dobrze, a jak moje emocje po tym wszystkim i zachwyty opadły i na trzeźwo zdałem sobie naprawdę sprawę z tego, że śmiech to zdrowie to tak się zacząłem śmiać do rozpuku i biegać po parku, że końca nie było widać, bo jak ci odrastają amputowane nogi to tylko można się śmiać i biegać aż do skończenia świata.

Zasraniec

Psie gówno zostało wysrane przez psią dupę i to jest zrozumiałe, ale niestety nie zostało sprzątnięte przez pana w czerwonej kurtce od zary. Imię rocky dla małego skrzeczącego jorka jest o tyle nie właściwe, co w ogóle nie na miejscu. Mówię mu, żeby sprzątnął. On się najpierw waha przez chwilę jakby przegryzał myśl, aż w końcu oznajmia, że nie. Ostrzegam go, że kiepsko skończy jak będzie się tak stawiał. On się nie boi, tak powiedział. I tak od słowa do słowa w ten piękny słoneczny poranek, że w końcu przez rękawiczkę łapię ową kupę i rzucam w niego całą zawartością. Rozbryznęło się to na nim prze okrutnie. Modna i na czasie, czerwona kurtka od zary stała się w jednej chwili nie modna, a nawet ośmieliłbym się powiedzieć gówniana. Facet cały w szoku rzuca się na mnie. Jest nie większy od tego jorka. Najzabawniejsze w kurduplach jest to jak szybko przebierają nogami gdy się śpieszą. Wyglądają jak pajacyki na sznurkach. Więc łapię jeden ze sznurków i zaczynam nim kręcić sobie wokół głowy tak aby rozpędzić pajacyka do prędkości lecącego ptaka i wypuszczam z dłoni. Pajacyk poszybował dobre 50 metrów za nim nie dorwał go swoimi szponami nadlatujący gawron i zwiał. Patrzę na jorka, gapi się na mnie i skomli. — Co? Nie ma pana? Poleciał? Trzeba było nie robić na trawnik. Do budy zasrańcu!

Szczęście

Tamtego razu, gdy szczęście zapukało rano do moich drzwi byłem owinięty tylko ręcznikiem. Akurat brałem prysznic i miałem zaraz wychodzić. Człowiek nigdy nie wie kiedy nadejdzie, więc nie jest w pełni na nie przygotowany. Przecież nie będę cały czas siedział w domu mając nadzieję, że to właśnie akurat dzisiaj pod moim adresem będą je rozdawać. Można tak nie raz siedzieć i czekać całe życie, a ono może nawet w ogóle nie pomyśli, żeby do ciebie na chwilę wpaść. Poza tym takie szczęście w szarej codzienności to raczej rzecz nienamacalna, więc tym bardziej powinniście zrozumieć moje zdziwienie, że to właśnie dzisiaj nadszedł ten wreszcie upragniony i długo wyczekiwany dzień. Nawet nie zapytało czy nie przeszkadza tylko od razu weszło buciorami przez próg i rozglądając się po całym mieszkaniu zapytało czy aby na pewno trafiło pod dobry adres. Bezczelne szczęście. Jakbym na nic innego w życiu nie czekał tylko na nie. Odpowiedziałem, że lepiej trafić nie mogło. Szczęście, jak na swoją rolę do odegrania było trochę za kapryśne, za opryskliwe, nie w humorze i obolałe, jak jakieś raczej nieszczęście, a nie szczęście, więc szybko zrobiłem kawy z mlekiem i poczęstowałem jedną tabletką paracetamolu, żeby postawić je na nogi. Tak wiele tego szczęścia wszędzie do rozdania na całym świecie, że ciągle jest to szczęście zabiegane. Powiedziałem dla pocieszenia, że chyba jest coś z ciśnieniem, bo też jestem jakiś dzisiaj od rana oklapły i dla potwierdzenia tego co mówię upiłem dwa łyki. Szczęście połknęło tabletkę i odprężyło się na kanapie w celu przeczekania bólu. Ja w tym czasie wysuszyłem włosy i się ubrałem. Kiedy po pół godzinie się lepiej poczuło zapytałem z jakim szczęściem do mnie przychodzi. Odparło, że ze szczęściem nieodgadnionym, takim dopiero w zarodku, które muszę pielęgnować, dokarmiać i wystawiać na słońce aby urosło. Muszę także zabierać je wszędzie ze sobą, aby zobaczyło gdzie pracuję, z kim się zadaję, jakie mam nawyki i przyzwyczajenia, żeby wiedziało jak się we mnie zagnieździć, odpowiednio rozwinąć i ukierunkować. A jak z biegiem dni, miesięcy i lat, które upłyną na obserwacji i ocenie rzeczywiście zasłużę to dostanę je w pełni. Oczywiście jak bardzo ma zamiar urosnąć we mnie to szczęście będzie zależało tylko ode mnie, i od mojej gościnności dla szczęścia, które musi się po ludzku we mnie dobrze czuć aby zostać na dłużej. Także wszystko jest w moich rękach. Cwane to szczęście, pomyślałem, że nie jest od tak sobie podarowane, żeby się nim zwyczajnie bez chodzenia do pracy cieszyć i już, tylko trzeba je wszędzie taszczyć i zestarzeć jak z tasiemcem, aby się łaskawie wreszcie rozpromieniło na emeryturze lub rencie, gdzie już nie ma siły i chęci, a sika się z bólem po omacku w nocy na framugę. Wyprosiłem je natychmiast za drzwi, znacie mnie, oczywiście mówię do tych, którzy mnie znają, nie lubię jak ktoś mi wciska taki syf i powiedziałem żeby więcej nie wracało. Jestem zbyt chciwy czasu, żeby obcym ludziom opowiadać ile upłynęło od tamtej nieoczekiwanej wizyty ale jedno jest pewne, że szczęście w pełni porównać można do nieszczęścia, tylko trzeba zdecydowanie zniszczyć wyraz nie, który chamsko się do niego ortograficznie przykleił.

Dla świętego spokoju

Przez ostatnich kilka dni dręczyło mnie sumienie, że nikomu nie pomagam. Nigdy wcześniej nie uciskał mnie taki dyskomfort, bo nie przychodziło mi to nawet do głowy. Po prostu zwyczajnie nie pomagałem i był spokój. Nie wiem skąd mi się to teraz tak nagle wzięło i dlaczego akurat na mnie wskoczyło to nieporozumienie skoro mogło wskoczyć na kogoś potencjalnie innego i jego dręczyć. Kiepsko się z tym czułem, bo drażnił mnie ten dziwnie pojawiający się ciężar odpowiedzialności za innych, dreszcz z poczuciem winy i parcie współczucia. Powiem szczerze, że jest to bardzo dziwne doświadczenie, trochę podobne do roztrzęsienia od niedoboru magnezu i próbowałem różnych rzeczy żeby to z siebie wypędzić, bo nawet tych których wcześniej nienawidziłem teraz obdarzałem zrozumieniem i radością. Ja, alergiczny na jakiekolwiek społeczne lub indywidualne poświęcenie byłem lekko oszołomiony, więc moje pierwsze wrażenie tego ataku na mój egoizm było jak wszelakie zresztą inne ataki na mnie, które kiedyś miały miejsce i ograniczały moją wolność, czyli negatywne i buńczuczne. Zawsze winiłem najpierw innych lub tylko innych i uważałem, żeby raczej natychmiast biczować tych, którzy od swojej napastliwości względem mnie zawinili niż ich przytulać, wybaczać i doszukiwać się winy w trudnym dzieciństwie. Ich dzieciństwo po prostu mało mnie obchodziło a co dopiero dorosłość. Nie pojmowałem tego w sobie niepokoju, bo rozszalało się ono na dobre i przestałem być sobą. Z czasem jednak moje duchowe lenistwo do którego przywykłem i nie zamierzałem się z tej wygodnej kanapy samowystarczalności ruszać, zaczęło się zmieniać i rozluźniać. Moja dusza odrzuciła bunt i wypełniła się spokojem. Zacząłem być zadowolony i radosny z działania nadprzyrodzonej siły, która w ogóle zechciała sprawić, że zaangażowałem się w przemianę i rozpocząłem wewnętrzną walkę z dawnym ja. Znajomi próbowali pomóc, bo pomyśleli, że dzieje się ze mną coś niepokojącego, a ja zwyczajnie chciałem się w tym odnaleźć i przez chwilę można powiedzieć byłem trochę nieobecny. Ktoś poczęstował mnie papierosem na wybudzenie z letargu, ktoś inny zaproponował poradnik jak radzić sobie z jakimikolwiek wyrzutami, za ich namową próbowałem też basenu i siłowni ale nic nie pomagało, więc tak dla świętego spokoju, ostatniej deski ratunku i lekkiej desperacji chociaż przez tydzień na próbę postanowiłem być dobry dla wszystkich, żeby zaspokoić sumienie. Nie żebym był znowu do tej pory jakiś samolubny, wredny, zły lub nie pomocny, chociaż ktoś z kręgu tych którym nie dawałem drugiej szansy mógł to widzieć inaczej, ale to ich spojrzenie akurat najmniej było mi do czegokolwiek potrzebne i nie będę się tutaj teraz biczował, bo inni pewnie zrobili by to za mnie o wiele chętniej i zdecydowanie lepiej. Mniejsza z tym, skoro sumienie nalega to widocznie było mi to potrzebne. Wrzasnęło wewnętrznie, że stać mnie na coś więcej, a nie tylko niekończące się osądzanie i psioczenie na innych. Przyda mi się porządna praca nad sobą i przemiana, tym bardziej teraz kiedy zaczął się post. I pomimo tego, że chodzę na odnowę w duchu świętym i staram się wymóc na sobie bycie lepszym to kompletnie nie wiedziałem jak się do tego zabrać, no bo co, po prostu wyjdę i będę dobry? Brzmi to trochę absurdalnie, jak przeprowadzanie staruszków przez jezdnię w nie dozwolonym miejscu i strasznie zalatuje nielegalną łatwizną, oczywiście gdy nic nie nadjeżdża. Potrzebowałem dobrego planu, który jak na razie się nie pojawiał. Wyrzuty też nie potrafiły wymyślić niczego konstruktywnego. Dawanie forsy na odczepne jest za łatwe i za banalne, żeby inni to docenili, a co dopiero sumienie dało się nabrać. Zegar tykał, czas leciał, a ja nawet jedną nogą nie ruszyłem z miejsca, a jakby jeszcze tego było mało to obejrzeliśmy wczoraj z żoną Pasję Mela Gibsona po której jeszcze bardziej poczułem się podle. Całą noc nie spałem, żeby obudzić w sobie plan rozdawania dobra. Człowiek się naogląda o tych super bohaterach w telewizji, a później patrzy na siebie jak na ścierwo, które nie może być supermanem. Od razu z rana jak tylko wstałem na czczo pojechałem do szpitala oddać krew. Jakoś chciałem zacząć i poczuć się chociaż przez chwilę jak ktoś kto nie jest tylko ładnie zalatującą francuskimi perfumami obojętnością, łażącą po świecie w schludnie ubranym egoizmie, widzącym własną dupę i tylko siebie wśród innych gwiazd na chodniku we Władysławowie, a i dziesięć czekolad też piechotą nie chodzi. Usiadłem więc na fotel i krew zaczęła lecieć. Po standardowych 450 ml czułem niedosyt, bo chciałem od razu osiągnąć wyższy poziom, więc powiedziałem, żeby wzięli więcej, czułem się dobrze, więc czemu nie. Chwilę później przywieźli kogoś z wypadku, i od razu zabrali moją krew do rannego. Powiedzieli, że taka świeża jest najlepsza. Po 900 ml zjadłem dwie czekolady z orzechami i siedziałem dalej, a co, jak pomagać to na maxa. Koło mnie dwie pielęgniarki sobie plotkowały o pracy na oddziale i wyszło na jaw, że jakiś chłopczyk potrzebuje nerki, więc od razu bez wahania zgodziłem się mu oddać, a co tam, z jedną też dam radę. Z żoną często rozmawiamy, że trzeba pomagać innym aby trafić do nieba. Jak tylko w moich żyłach zabrakło już krwi dla potrzebujących, a mnie już zaczął brzuch boleć od dziewięciu czekolad, bo jedną do kawy dałem pielęgniarkom pojechałem na pierwsze piętro oddać nerkę. Powiedziałem lekarzowi, że nie mam już krwi, więc gdyby chciał wiedzieć jaki jest mój stan zdrowia przed operacją to niech sobie zejdzie na dół do laboratorium gdzie oddałem całą krew i tam sobie sprawdzi. Powiedział, że nie trzeba. Uśpili mnie i zabrali na blok, a po dwóch godzinach było po wszystkim. Gdy się ocknąłem miałem uśmiech na twarzy i czułem przypływ pozytywnej energii, byłem bardzo szczęśliwy, że temu chłopczykowi pomoże moja nerka. Akurat będziemy mieli po jednej i lux. Trochę bolał mnie szew i niezbyt kontaktowałem, bo głowa skołowana od uśpienia, ale co tam, byłem już gotowy i zdeterminowany dalej pomagać. Gdy tak leżałem na pooperacyjnej zapomniałem całkiem, że nie napisałem do mojej żoneczki żadnego jeszcze dzisiaj smska, rano o 6ej jak wyszła do pracy to nie miałem z nią kontaktu, a już było po 11stej. Wziąłem więc telefon i wysłałem wiadomość, że pomagam ludziom w szpitalu i że będzie ze mnie dumna. Ucieszyła się bardzo i od razu chciała wiedzieć szczegóły, jak to moja żona, ale podroczyłem się z nią trochę i oczywiście wyślizgnąłem się wymijająco, jak to ja, bo na tę chwilę bardzo potrzebowałem być tajemniczy. Ma wpaść po pracy, więc później jej opowiem. Zaczepiłem lekarza i zapytałem jak mogę jeszcze pomóc. Powiedział, że przede wszystkim brakuje organów, bo sporo ludzi czeka na przeszczep. Na pewno w pierwszej kolejności wątroba, płuca i trzustka. Żeby nie wyjść w jego smutnych oczach na egoistę, bo chyba bardzo był tą swoją bezradnością przejęty zaoferowałem swoje. Pomyślałem sobie, że mogę być pierwszy, który za życia odda organy i to będzie coś wielkiego, a nie pośmiertnie i już nieświadomie. Powiedziałem, że skoro są ludzie w potrzebie jestem w stanie sam bez nich żyć, bo trzeba się dzielić nie tym co nam zbywa ale tym co sami chcemy dla siebie zachować. Poprosiłem w skupieniu Ducha Świętego o pomoc i żeby nie tracić czasu, bo moja żona kończy o 15ej i mieliśmy iść na rowery poszedłem z lekarzem na salę operacyjną. Wycięli mi wszystko co uzgodniliśmy wcześniej bez narkozy, bo już brałem wcześniej przy nerce i nie chciałem zbytnio obciążać organizmu, nawet nie bolało, żywczykowa oponka zniknęła, a ja przez to poczułem się rześko, swobodnie i lekko. Myślę, że teraz moje sumienie będzie w pełni usatysfakcjonowane, a ja dzięki temu mam nadzieję ominę wszelkie przeszkody w drodze do nieba. Jak żona mnie odwiedziła w szpitalu i dowiedziała się o wszystkim co zrobiłem to zemdlała z wrażenia. Mieliśmy właśnie wychodzić, a tu taki klops. Lekarze zaczęli ją cucić ale się nie udało, wzięli ją więc na oddział i przebadali dokładnie, okazało się, że ma jakieś szmery na sercu i najlepiej byłoby się tego problemu od razu pozbyć, a że wyskrobać się ich nie da, jakby to sobie uczyniła nie jedna z czarnego marszu, to trzeba je od ręki wymienić. Jak to jest, że nawet jak się nie chce chodzić do lekarza, a moja żona w tym względzie należy do przodujących to człowieka modlącego Bóg tak poprowadzi, bo przecież chodzi o jego dobro, że i tak dowie się o swoim zdrowiu. Kazałem przeszczepić moje, przecież żona jest najważniejsza dla mnie na tej ziemi. Jak się obudziła po operacji i uśmiechnęła do mnie to była dla mnie najlepsza nagroda pod słońcem. Wróciliśmy do domu szczęśliwi, bo wszystko ułożyło się dobrze, obejrzeliśmy m jak miłość, bo na rowery było już za późno i poszliśmy spać. Lekarzom kazałem nie mówić żonie co się stało i że mamy teraz jedno wspólne serce, jak to zresztą w dobrym i przykładnym małżeństwie bywa. Jedyny mankament tego eksperymentu jest taki, że nie możemy zbyt daleko od siebie przebywać, bo możemy stracić zasięg. To jest moja tajemnica jak na razie, może kiedyś powiem o tym mojej żonie na emeryturze, jak dożyjemy.

Narzeczona nie może zasnąć

Nieraz od patrzenia na ludzi rzygać mi się chce. Oczywiście tylko się tak mówi, bo przecież nie będę sobie specjalnie wkładał palców, żeby to udowodnić. Na przykład spójrzmy na te pety pijące co wieczór u mnie pod blokiem piwo lub inne nie stworzone dla nich trunki, tylko dla mądrych ludzi raczej. I będą później drzeć te mordy, bo przecież zawsze tak jest, i znowu się powtarzam, że te trunki nie są stworzone dla nich. Narzeczona narzeka, że nie może zasnąć. A ja znowu dzwonię po straż miejską, a ona jak zwykle nie przyjeżdża, więc biorę kija i najpierw napierdalam tych co są najmniej pijani, żeby nie uciekli, a później dobijam te najbardziej uścierwione patogeny i wracam do siebie. Nie mam daleko, na pierwsze piętro, opieram kij o ścianę i pytam narzeczoną czy teraz już zaśnie, ale ona już śpi uspokojona, więc też zasypiam.

Myślisz, że tylko ty masz depresję?

Uśpię cię, zobaczysz. Za wieloletnie nieposłuszeństwo, zjadanie co popadnie z trawników i rzyganie w domu. Czy ja cię głodzę żebyś to robił? Ile kosztuje uśpienie? — pytam weterynarza, który wyciska Fredowi z tyłka gruczoły. Trzysta, mówi. Trzysta, słyszysz? To niedużo, zaoszczędzę, jak się nie uspokoisz to daję słowo, że zaoszczędzę. Płacę dychę i wychodzimy. Albo nie, oddam cię do schroniska, tam przez kraty niczego nie dosięgniesz, żeby bez pozwolenia zeżreć. Mam dosyć twoich himerów i dąsów. Myślisz, że tylko ty masz depresję? Każdy ma. Słyszysz co pan do ciebie mówi? Słyszę, słyszę, co mam nie słyszeć, jestem psem, ale przecież to nie oznacza, że jestem głuchy, i następnym razem powiedz temu weterynarzowi, żeby mi tak głęboko tych palców w tyłek nie wsadzał, co on myśli, że to nie boli?

Anioł

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 26.04