E-book
16.38
drukowana A5
37.54
My love was blind

Bezpłatny fragment - My love was blind


Objętość:
246 str.
ISBN:
978-83-8189-948-2
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.54

Kilka słów ode mnie

Już mówiłam, że ta historia wiele mnie kosztowała. Kurczę, dziwnie pisze się o czymś, co w przeszłości sprawiło ci wiele bólu i cierpienia. Dzisiaj jest już całkiem nieźle, nie musicie się martwić. Miałam wiele pomysłów na to, co chciałam napisać w mowie wstępnej, w końcu to moja pierwsza w życiu i to jeszcze w dodatku do historii, która jest dla mnie mega ważna. Ale oczywiście — przyszło co, do czego i nie wiem co napisać. Musimy wyjaśnić sobie kilka kwestii. Ta historia jest oparta na prawdziwych wątkach. Prawdopodobnie nigdy nie powiem o jakie wątki chodzi, zostawię to do Waszej interpretacji. Cała reszta to fikcja. To wychodzi mi najlepiej — pisanie fikcji. Podobno. Jeśli ktoś poczuje się urażony tą historią — niech wróci do tego momentu, bo nie mam zamiaru przepraszać. Nie mam też zamiaru osiągać popularności tą historią. To dla mnie forma uspokojenia duszy, a to jednak mi się należy po tylu latach cyrków. Więc jeśli czujesz się urażony, bo przeczytałeś coś niedorzecznego w Twoim mniemaniu to pomyśl — czy kiedykolwiek czułeś się źle, wyrządzając mi krzywdę? Potraktuj to jako karę. To jedyne, co mogę zrobić. Tego nie da mi się odebrać. Naprawdę, możecie mi kazać się zamknąć, ale pisać nikt nigdy mi nie zabroni, jakiekolwiek to nie byłoby kontrowersyjne.

Liczę na to, że może jednak ta opowieść sprawi, iż ujrzycie światło. Nie chcę tą historią nikomu narzucać tego, co powinien zrobić ze swoim życiem ani nie chcę narzucać czy potrzebuje pomocy czy też nie, ale jeśli otworzę oczy choć jednej osobie to będę traktowała to jak osobisty sukces.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania w związku z fabułą czy też z wymienionymi tam schorzeniami/chorobami to wiecie gdzie mnie szukać.

Love,

Szkrab Bloomy.

1

Prolog

Czerwiec 2015

Igor:

— Już żałuję, że nie będziesz mógł razem ze mną wyrywać tych dupeczek. — Marcin roześmiał się głośno i poklepał mnie po plecach.

— To impreza u Rasty, jestem pewien, że będą tam same nieszanujące się… — przerwał mi.

— No nie wiem — mruknął. — Wrzucasz wszystkie panny do jednego wora.

Westchnąłem. Ale miałem prawo tak sądzić, Rasta nie miał innych koleżanek, pewnie wszystkie zaliczył.

— Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie znajdziesz żony. — dodał zirytowany.

— Nie potrzebuję niczego więcej niż energetyków — warknąłem. — A ona… Ona musi mieć to coś.

— A Mali tego nie ma? — zapytał.

Westchnąłem ponownie. Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć?

Czy miała to coś? Coś tam na pewno. Ale co? Zacisnąłem szczękę.

— Wiesz co? — spojrzałem na niego. — Powinniśmy tam pójść zanim się rozmyślę. — wstałem od stołu i poszedłem do pokoju.

— Wiedziałem, że cię namówię! — zawołał za mną Marcin.

Uśmiechnąłem się przelotnie. Niech dzisiaj nic nie ma znaczenia — tylko ja i wódka.


Rasta był moim znajomym ze studiów. Nigdy nie ukrywałem, że nie lubię frajera, ale skoro postanowił przezwyciężyć swoją dumę i zaprosić mnie na swoje urodziny — dałem mu plusa za to.

Jak widać nie wszyscy trzymają się własnych zasad.

Nie dla wszystkich duma i honor są ważniejsze.

Nie to co dla mnie. Miałem swoje zasady i jeśli ktoś ktokolwiek chociaż raz spróbował je złamać — nie miał dla mnie znaczenia. Od razu urywałem kontakt. Być może byłem zbyt surowy czy wymagający, ale pieprzyć to. Nikt nie będzie marnował mojego czasu, jeśli nie ma mi nic do zaoferowania.

Rasta się wysilił. Zamienił swoje mieszkanie w klub. W imitację klubu. Po prawo od wejścia do którego prowadził długi korytarz ustawił bar. Z setką drinków i morzem alkoholu. Idealnie wypolerowany parkiet na wprost robił za miejsce do tańczenia. Po lewo dostrzegłem rząd skórzanych kanap i to właśnie tam usadowiłem się z drinkiem i swoimi znajomymi. Z Mali u boku.

Mali, a właściwie Malwina nie była złą dziewczyną. Może lekko dziecinną i to najbardziej mnie irytowało.

Było tam bardzo dużo ludzi. Połowy z nich nie byłem w stanie rozpoznać. Wpatrywałem się w dwie dziewczyny przy barze — jedna z nich miała niebieskie włosy, druga była blondynką. Obie wyglądały tak jak się tego spodziewałem. Jak typowe znajome Rasty. Wieczne imprezowiczki z wódką w ręce zakrywające się za osłoną hipstera. Gardziłem takimi.

W pewnym momencie obie uśmiechnęły się szeroko i spojrzały w głąb korytarza. Sam zrobiłem to odruchowo.

I wtedy zobaczyłem ją.

Świat zwolnił, a ja po raz pierwszy poczułem takie bicie serca. Zakręciło mi się w głowie. Głosy do mnie nie docierały. Miała długie, jasne włosy, kolczyka w nosie, oszałamiającą urodę i jeszcze lepszą figurę.

— Wszystko okay? — zapytał Marcin z kpiarskim uśmieszkiem.

Spojrzałem na niego.

— Muszę się napić. — odpowiedziałem i podszedłem do baru.

Ona już przy nim siedziała ze swoimi koleżankami — wspomnianą blondynką i tą z niebieskimi włosami. Wypiły przy mnie trzy kolejki, a potem Rasta do niej podszedł. Ścisnąłem szklankę. Pocałował ją w czoło.

Właśnie o tym mówiłem, gdy stwierdziłem, że ona musi mieć to coś.

Ona zdecydowanie to miała.

„Chora od gadania tych wszystkich ludzi,

Chora od całego tego hałasu

Zmęczona tymi fleszami kamer,

Zmęczona byciem pewną siebie

Teraz moja szyja jest wyciągnięta wysoko w górę,

Błagając o dłoń, która się wokół niej zaciśnie

Udusiłam się już swoją dumą,

Więc nie ma nad czym płakać”

Halsey „Castle”

Czerwiec 2015


Michalina:


Otworzyłam oczy.

— Kurde — burknęłam pod nosem, szukając telefonu pod poduszką. — Kurde.

Zerknęłam na wyświetlacz ze zmrużonymi oczami. Jedenasta czterdzieści. Chyba wczoraj przesadziłam. Zdecydowanie przesadziłam. Kliknęłam w ikonkę Messengera i napisałam do Klary — cóż z tego, że była za ścianą. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam śpiącego obok mnie Rastę. Niech to szlag. Czas się ewakuować.

Obudziłam go szybko. Zjedliśmy śniadanie, podczas którego kupiłam bilety na pociąg. Na samą myśl o tym, że następnego dnia muszę wyglądać jak człowiek zrobiło mi się słabo.

Zawsze było mi słabo.

Zacisnęłam zęby.

Nie mogłam pozwolić sobie na to, by zaatakowało mnie w pociągu. Oczywiście, że wzięło to nade mną górę. Zamknęłam oczy spanikowana. Już po mnie.

Powinnam mieć na imię Depresja, a nie Michalina.


Jak zostałam frajerką?


Październik 2014


Michalina:


— Ale coś tu wali — wypalił Rafał, gdy podeszłam do grupki moich szkolnych znajomych. — Ach, to ty Michasia. Twój fałsz tak wali. — spojrzał mi w oczy.

Skończyłam właśnie angielski i miałam iść na matmę. Popatrzyłam na niego oszołomiona. Popatrzyłam na twarze moich znajomych. Oni patrzyli na mnie, ale zlali temat i po chwili ciszy kontynuowali rozmowę, tak jakby Rafi właśnie mi nie dowalił. Odczekałam, aż się rozejdą i szarpnęłam go za łokieć.

— Dlaczego? — szepnęłam. — Co ty sobie myślisz?

Roześmiał się głośno.

— Zaraz spóźnisz się na matmę. — syknął i też sobie poszedł.

Poczułam jak pieką mnie policzki. Siłą zmusiłam się, by dogonić swoją klasę i jak zawsze usiąść w ostatniej ławce pod oknem. Dupek. Skurwiel. Kiedyś będzie tego żałował. Próbowałam się uspokoić, ale siedziałam z posępną miną, wpatrując się w podłogę.

Zamknęłam oczy, czując, że zaraz się rozpłaczę. Metoda trzech wdechów i czterech wydechów nie skutkowała. Nic nie skutkowało. Chciałam już być w domu, by zatopić się w kołdrze i kocach i wyć. Wyć głośno jak każdego wieczoru. Jak każdej nocy. Wyć tak żałośnie, ale cicho, by nikt nie słyszał.

Skończyłam lekcje i z kopyta ruszyłam na autobus. Nie chciałam, by ktokolwiek mnie zaczepiał. Nie miałam siły walczyć, nie tylko tamtego dnia.

Od czego to się zaczęło?

Tamtego dnia miałam jakieś trzynaście lat. Byłam w pierwszej gimnazjum. Właśnie przyszłam na lekcję wf-u. Nie lubiłam wf-u. Nigdy. Byłam wysoką osobą, miałam potężne uda, wielki tyłek i małe cycki. Okay, miałam trzynaście lat i mogłam liczyć na to, że mój los się nade mną zlituje i to się zmieni, ale przecież to były jakieś głupie życzenia, które nigdy się nie spełniły. Zawsze coś było ze mną nie tak. Byłam za wolna, za wolno się ruszałam, miałam beznadziejne poczucie humoru, ubierałam się w za luźne dżinsy, nie malowałam się, miałam za dobre serce.

I tłuste włosy. Nie zrozumcie mnie źle — nie miałam problemów z higieną. Ale nie widziałam problemu w tym, by nie myć włosów dwa razy dziennie. Myłam je trochę rzadziej. Zawsze były długie i gęste, blond grzywa przysłaniała mi oczy.

Nauczycielka podzieliła nas na dwie grupy. Jak zawsze trafiłam do tej gorszej. Tam gdzie nie było ciebie, Adrianno.

— Umyłabyś w końcu te kudły — burknęłaś w moją stronę — Nie wstyd ci, że tak łazisz?

Zatkało mnie. Zawsze myślałam, że jestem osobą, która jest dla każdego miła (ok, poza żenującym wybrykiem z czwartej klasy, kiedy to podrzuciłam jednej z moich znajomych liścik z wyzwiskami) i nie sądziłam, że w tamtym momencie mój świat runie. To mnie kurewsko zabolało. Tak bardzo, że pamiętam o tym do dzisiaj. Popatrzyłam na ciebie, Adrianno, czując łzy w oczach. Nie rozumiałam tego. Zrobiłam coś nie tak? Dlaczego musiałam tego słuchać? Usiadłam pod drabinkami, roniąc łzy tak wielkie jak grochy, próbując ukryć to przed resztą uczniów z sali gimnastycznej. To właśnie wtedy coś po raz pierwszy we mnie pękło.

Aczkolwiek, być może pierwszy raz był wtedy, gdy mama kupiła mi pod szkołą watę cukrową. Miałam mieć jeszcze jedną lekcję, a pan rozstawiał swoje stoisko i robił watę dla uczniów za drobne pieniądze. Prawdopodobnie to była jesień, miałam może z osiem lat. Mama kupiła mi tę watę. Dzwonek zadzwonił i tłum uczniów ruszył w stronę wejścia do budynku. Tak się cieszyłam z tej waty. Moja mama cieszyła się moim szczęściem. To nie potrwało długo. Wchodząc do szkoły straciłam tę watę. Nic wielkiego, powiecie. Zabrał mi ją brat mojego rówieśnika, młody, szkolny chuligan. Przestałam się uśmiechać, wpadłam w taką histerię, że nauczycielka długo uspakajała mnie na lekcji.

Nie wiem dlaczego, ale poczułam się tak, jakbym zawiodła moją mamę. Widziałam jej uśmiech, gdy stałyśmy w kolejce. Do dzisiaj go widzę. Nigdy jej o tym nie powiedziałam, ale ta myśl wraca do mnie co jakiś czas i burzy mój spokój. Byłam słabsza.

Wiele razy. Wtedy, gdy mama szykowała mi owoce do szkoły — śliwki, jabłka, mandarynki, a potem ten sam szkolny chuligan mi je wyrywał z opakowania na drugie śniadanie i z nimi uciekał. Pamiętam te przeklęte śliwki węgierki zbierane przez mamę wieczorami spod drzewa. Zawsze myślała, że je zjadłam, a tymczasem ten śmieć mi je zabierał. Wiecie ile razy w pierwszej gimnazjum się ze mnie śmiali? Trzy tysiące. Codziennie, kilka razy dziennie. Nie wiem z jakiego powodu. Być może dlatego, że miałam dobre oceny. Być może dlatego, że byłam raczej cichą osobą. Nie wiem. Wtedy naprawdę myślałam, że jestem frajerką, która zwyczajnie sobie na to zasłużyła. Codziennie musiałam patrzeć na ligę najlepszych, która bezlitośnie wyrzucała na mnie kubeł śmieci. Nie dosłownie, w przenośni. Zawsze było coś nie tak.

Właśnie przez to moja osobowość i wiara w siebie upadła. Starałam się to ignorować, ale oni nie ignorowali. Śmiali się ze mnie. Czułam się samotna. Nie miałam bliskich przyjaciół, poza moją kuzynką Julką. Ale nie mówiłam jej o tym. Po co? Nikomu nie mówiłam. Już wtedy uśmiechałam się na pytania o szkole i udawałam, że jest w porządku, chociaż w środku ściskało mnie z rozpaczy. Swoje smutki topiłam w książkach wypożyczanych z biblioteki.

Otworzyłam oczy. Skoro streściłam wam połowę mojego żałosnego wchodzenia w bycie nastolatką, mogę pójść o krok dalej. Otwarłam łzy. Była w mojej klasie jedna osoba, którą lubiłam. Nazywała się Marcelina. Była dobrą uczennicą i mądrą dziewczyną. Wiedziałam w głębi ducha, że chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak ona, ale nigdy jej tego nie powiedziałam. Czasami tego żałuję, być może moje życie wyglądałoby teraz inaczej.

Będąc w drugiej klasie gimnazjum miałam tak serdecznie dosyć, że postanowiłam się poddać. Wiecie co zrobiłam? Zamiast urządzić raban stulecia z powodu tego wyżywania się na mnie, zaprzyjaźniłam się z Adrianną. To oczywiście dosyć wyolbrzymione stwierdzenie. Myślałam, że w ten sposób polepszę swoje frajerskie życie. Nie myliłam się. Adrianna przestała mi ubliżać, a nawet broniła mnie kiedy było trzeba. Ale ja nigdy jej nie lubiłam, bo ciągle pamiętałam o jej raniących słowach. Spędzałam z nią czas, ale każdą pieprzoną chwilę udawałam. Udawałam, że interesuje mnie co mówi, jak się śmieje i była pomiędzy nami ściana. To właśnie przez nią nauczyłam się udawać i dzisiaj mogę udać każdego, kogo sobie wymarzę. Mogę być zimna i kochana i sukowata i wspaniała. Zależy od tego jaka chcesz bym była.

Nasze drogi rozeszły się po gimnazjum. Poszłam do liceum, ona do technikum. W dwóch różnych miejscowościach. Byłam wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie. Uwolniłam się od niej.

Nie na długo.

Ale zawsze.


Obudziłam się, bo usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Tata stał w drzwiach.

— Wstawaj — powiedział. — Już piąta czterdzieści.

Co? Dałabym słowo, że dopiero się położyłam. Westchnęłam i wyszłam z łóżka. Musiałam szybko zasnąć, wykończona płakaniem. Jak to możliwe, że ci ludzie nic nie słyszeli od dwóch lat? Tak właśnie wyglądała większość moich dni. Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i mogłam ruszyć do szkoły. Padał deszcz, była połowa października.

— Jak się trzymasz? — zapytała Klara, gdy zmieniałam buty.

— Okay. — mruknęłam.

Popatrzyła na mnie.

— Ale ci dowalił wczoraj, padalec jebany. — warknęła zdenerwowana.

Machnęłam ręką. Nie umiałam się bronić. Nienawidziłam swojej wrażliwości. Byłam tak styrana, że mogli mi nawrzucać najgorszych obelg, a ja nie walczyłam. Nigdy nie walczyłam. Byłam słaba. Bez końca zastanawiałam się, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie, ale nie umiałam tego pojąć.

Poszłyśmy na lekcje. Nie byłam zbyt lubianą osobą w klasie. Nie wiem czemu. Być może byłam lekko dziwna, a może po prostu nadal byłam frajerką. Któż to wie?

Zauważyłam u siebie dziwną przypadłość. Nigdy nie było przy mnie zbyt wielu ludzi. Nie takich za którymi mogłabym bez wahania wskoczyć do ogniska. Dlatego, gdy coś mi nie wychodziło w głowie wymyślałam sobie przyjaciół — nie robiłam tego celowo, ale mimowolnie. Przecież nikt nie mógł mi tego odebrać. Mogłam być kim chcę i robić co chcę. Milion razy wyobrażałam sobie jak wyrzucam Adriannie to, co o niej myślę. Chociaż w życiu nigdy bym jej tego nie powiedziała, bo to oznaczałoby wojnę i mnóstwo raniących słów.

A kto sam z siebie skazuje się na poligon?


— Nie czaję tego, stara — burknęła Klara. — Czy ty w ogóle zaglądasz na swoje konto na insta?

Popatrzyłam na nią.

Kolejna rzecz, która mnie definiowała — lubiłam robić szum wokół siebie w sieci. Nieważne gdzie, ważne, że się udawało. Po jakimś czasie wymknęło mi się to spod kontroli. Dzisiaj tego żałuję. Ktoś z boku mógłby nazwać mnie atencyjną suką, ale prawda jest taka, że ja po prostu potrzebowałam ludzi. Chociaż ich nienawidzę. To pojebane, wiem. Ale jestem pełna takich sprzeczności.

— Jakie to ma znaczenie? — zapytałam cicho, zerkając na nią znad zeszytu.

Próbowałam udawać, ze się uczę, ale marnie mi szło.

— No nie wiem — wzruszyła ramionami. — Jakaś świnia wrzuciła twoje zdjęcie jak całujesz się z Rastą. — pokazała mi telefon.

— Kurwa. — szepnęłam cicho, chowając twarz w dłoniach.

Teraz na pewno loża szyderców nie pozostawi na mnie suchej nitki, a Rafi będzie mi to wypominał do końca mojego pobytu w tej szkole.

— Co to za konto? — zapytałam słabo.

— No cóż — westchnęła, bawiąc się kosmykiem włosów. — Specjalnie założone po to, by upamiętnić tę noc.

Pokiwałam z niedowierzaniem głową. Skoro chcą mnie skazać to może sama się skażę?

— Trudno — powiedziałam pewnie. — Mam jedno życie. Niech mi zazdroszczą.

Klara popatrzyła na mnie marszcząc czoło.

— Co się stało? — zapytała szeptem.

— Mam głęboko w dupie to, co sobie myślą — powiedziałam z lekkim wahaniem. — Jestem gwiazdą, mogą mi naskoczyć.

— Wow. — wykrztusiła.

Właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam się tak, jakby moja dusza wyszła poza ciało, tak jakbym przez kilka minut była kimś zupełnie innym. Silnym, znanym, najlepszym. Poczułam, że mogę wszystko. Naprawdę wszystko. Poczułam, że w końcu po tylu latach mam na to wszystko wyjebane i nic się nie liczy.

Co z tego, że po kilku dniach zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię.


Zalogowałam się na jednym ze swoich ulubionych portali w tamtym czasie — ask.fm. Myślę, że każdy z was kojarzy co to za strona, ale gdybyście jednak nie wiedzieli — można tam odpowiadać na pytania i zadawać je różnym ludziom.

Byłam tam niekwestionowaną królową za czasów liceum. Mogłam wypowiadać się na różne tematy, nie tylko te błahe. Ludzie interesowali się moją opinią, co bardzo łechtało moje ego. W końcu gdzieś się liczyłam.

Niestety oprócz fajnych pytań dostawałam masę anonimowego hejtu, co doprowadzało do niekończących się gównoburz i wodospadu obelg pod moim adresem. Kiedyś próbowałam przeanalizować powody przez które ktoś nazywał mnie dziwką albo świruską. Wiem, że wiele tych słów pochodziło od moich realnych znajomych, bo niemożliwe wydawało mi się, by ktoś kto mnie nie zna bawiłby się w takie rzeczy.

Tamtego dnia przejrzałam swoją skrzynkę i dostrzegłam w niej śmiałą propozycję.


PatrykCobain: Ten kok w moich rękach długo by nie przetrwał.


— Że co? — pisnęłam pod nosem.

Rozejrzałam się nerwowo po swoim pokoju, mając wrażenie, że ktoś mnie usłyszy, ale tak się nie stało.

Okay, normalnie kazałabym mu wypierdalać. Nigdy nie pozwalałam sobie na to, by jacyś zboczeńcy albo co gorsza fetyszyści do mnie pisali, ale wtedy… Przejrzałam jego profil od A do Z, zastanawiając się czy moje zdjęcie profilowe nie jest zbyt wulgarne. Ale nie było. Ja we flanelowej koszuli mojego taty z kokiem, tak samo podkrążonymi oczami jak każdego dnia i moim kolczykiem w nosie.

Nie mniej jednak poczułam znaczące ciepło w serduszku i od razu moja zimna natura kazała mi się ewakuować.

Ale nie zrobiłam tego. Jestem pełna sprzeczności i gdy moje serce mówi „Tak, ruchaj go.”, a rozum podpowiada „Uciekaj gdzie pieprz rośnie — ten facet to kłopoty”, wybieram opcję numer jeden.

Dlatego po niecałej godzinie wesoło rozmawiałam z nim na Facebooku. Pochodził z mojego miasta(!!!), ale tymczasowo był na stypendium w Warszawie. Shit, to miasto również sprowadzało na mnie diabelskie tarapaty. Po dwóch godzinach wiedziałam o nim prawie wszystko. Obserwował mnie od jakiegoś czasu i był aż za bardzo pewny siebie, bo sądził, że zostanę jego dziewczyną.

Szkoda, że dupek miał rację i już dwa dni później zmieniłam status z wolnej na w związku.

Cobain i kłopoty

„Ponieważ wyobrażam sobie ciężkość Twoich żeber

kiedy leżałeś pomiędzy moimi biodrami na tylnym siedzeniu

Wyobrażam sobie łzy w Twoich oczach.”

Halsey „Roman Holiday”


Listopad 2014


Michalina:

— Ja tam nie wierzę w żaden twój związek — burknął Rafi. — Koleś ma Kurta Cobaina na profilowym.

Popatrzyłam na niego spod byka. No dalej, dawaj Miśka.

— Nikt nie prosił cię o zdanie. — odpyskowałam.

Rafi wybałuszył oczy i przez chwilę zastanawiał się nad moją reakcją.

— Wyszczekana się zrobiłaś. — prychnął.

— Spróbuj jeszcze raz się do mnie doczepić jak ostatni cham i prostak to będziesz tego długo i okropnie długo żałował. — dodałam.

— Nie masz żadnego dowodu na to, by mi zaszkodzić, moja droga. — prychnął znów.

— Jasne — uśmiechnęłam się. — Zwłaszcza, że dwa dni temu jak ostatni pajac prowadziłeś konferencję po pseudoefedrynie. Stosowne badania i możesz pożegnać się z Uniwersytetem Jagiellońskim.

— Suka — wymamrotał. — Suka. — dodał i odszedł.

— Wow — Klara poklepała mnie po ramieniu. — Nie poznaję cię.

Wzruszyłam ramionami.

— Mam nadzieję, że nie będziesz żałowała tej cudownej przemiany — dodała szybko. — Chodź do Maka, ciepłe fryty nas wzywają.

Był piątek, więc mogłam pójść z moją przyjaciółką coś zjeść.

— Jadę dzisiaj do Wawy. — przyznałam cicho.

Klara spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.

— Do tego fagasa? — zapytała ostrożnie.

Pokiwałam głową.

— Wiesz — zaczęła. — Mam kilku znajomych w Kanzas tak jak ty. Popytałam tego i tamtego o niego. Koleś podobno ma zryty garnek do granic możliwości.

Wywróciłam oczami.

— Nic mi nie będzie, uwierz — mruknęłam. — Nie z takiego szajsu potrafiłam się wygrzebać.

— Dobrze wiesz, że nie chodzi o to, by wygrzebywać się z jakiegoś szajsu — prychnęła. — Chodzi o to, by się nie ładować w kłopoty. Jesteśmy w klasie maturalnej.

— I mówi to laska, która ciąga mnie po melanżach u Rasty? — odcięłam się.

Uniosła dłonie w geście poddania.

Szkoda, że jej wtedy nie posłuchałam.


Z bijącym sercem wysiadłam dworcu zachodnim. Dochodziła dwudziesta trzecia. Spacerowałam przez kilka minut po peronie, ściskając telefon w dłoni. A potem go zobaczyłam i moje serce prawie stanęło.

Wyglądał jak mój ideał. Był wysoki, był brunetem i w jego oczach dostrzegłam… Nie wiem co to było, ale przepadłam.

— Kwiaty dla mojej Courtney. — wręczył mi bukiet moich ulubionych herbacianych róż.

— Wybacz, nie mam dla ciebie Fendera. — uśmiechnęłam się.

— Wystarczysz mi w zupełności. — powiedział, obejmując mnie z całych sił.

Co mogło być w nim złego?

Podczas trwania stypendium mieszkał w jakiejś rodziny. Dzielił dom z jakąś dziewczyną, miała na imię Zuzia i była młodsza od nas o trzy lata. Wyglądała mi na typową kujonkę i byłam pewna, że się w nim podkochuje, co na samym początku wywołało we mnie zazdrość.

Ale nie taką jak myślicie. To uczucie było tak silne i niszczące, zakręciło mi się w głowie, gdy tylko zobaczyłam jak ona na niego patrzy. Byłam pewna, że słyszę jej płacz w poduszkę w nocy z soboty na niedzielę, kiedy to zmęczona po długim kochaniu się próbowałam zasnąć.

W niedzielę wróciłam do domu i przysięgam, że to był ostatni szczęśliwy dzień w tym związku. Potem było już dużo gorzej.

Zaczęło się niewinnie. Pisałam mu, że idę z Klarą na piwo/zjeść coś/zrobić cokolwiek, a on dostał białej gorączki. Pisał, że okay, ale potem wyżywał się na mnie, cisnąc mnie w dużo gorszy sposób niż Rafi. Powodowało to u mnie mocny dysonans. Przecież mnie kochał. Dlaczego pisał takie rzeczy?

Nie lubił Klary. Nie lubił każdego, kto spędzał ze mną czas, a jeśli słyszał o jakimkolwiek facecie, który chociażby na mnie spojrzał, dostawał takiego szału, że na pewno by mnie rozszarpał, gdybym była obok. Przestałam mu mówić. O kolegach, potem o Klarze.

Kochałam go. Serio, kochałam go bardzo mocno. W mojej głowie utworzył się sprzeczny obraz. On, kochający mnie, spędzający ze mną czas kontra ten, który ze mnie szydził i mnie obrażał. To jasne, że kurczowo trzymałam się tego dobrego jego, z poczuciem humoru i nienagannymi manierami. Problem był tylko taki, że był dla mnie dobry raz w miesiącu, a przez resztę czasu robił ze mnie szmatę.

Straciłam przez to wszystkie nerwy, znajomych (nawet tych złych) i jakieś osiemnaście kilogramów, tak, że każdy łach na mnie wisiał jak worek na kiju. Nie spałam, nie uczyłam się, próbowałam poświęcać mu każdą minutę, chociaż był dla mnie totalnym bucem.

Potem okazało się, że jego wiecznie obniżony nastrój ma swój powód. Miał depresję, chociaż traktował to jak żart. To nie był żart. Mimo, że rozumieliśmy się doskonale to mi zaczęło się udzielać. W grudniu jedyne o czym myślałam to to, że umrę. Umrę w zapomnieniu. Nic nie było takie jak chciałam. Moja wychowawczyni straszyła mnie kuratorem, moi rodzice byli na mnie wściekli i po jakimś czasie sami odpuścili walkę o mnie. Zostałam sama z facetem, który terroryzował mnie psychicznie.

Mogłaś odejść.

Zabawne. Ktoś kto przez całe swoje życie nie był kochany i każdy z niego szydził i w końcu poczuł się kochany przez drugą osobę, tak łatwo jej nie zostawi. Bałam się, że jak się rozstaniemy to już nigdy więcej nikt nie będzie mnie chciał.

Sam ze mną zerwał przed sylwestrem, powodując u mnie stan agonii. Wyłam, dosłownie wyłam z rozpaczy. Nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Bez końca katowałam się piosenkami Comy i Bring Me The Horizon, czytając nasze rozmowy. Na ulubionych żartach o śwince zamiast się uśmiechać, zanosiłam się kolejną falą płaczu.

Przeprosił mnie. Ale co z tego, skoro już nie byliśmy razem. Zakolegowałam się z Zuzią. Prawda o niej zwaliła mnie z nóg.


Zuzia: Nie będę mówiła, że jesteś głupia, bo zachowuję się dokładnie tak samo. Na początku było fajnie, co nie? Gadał ze mną o wszystkim, rozbudził moje zaufanie, a potem zaczął ze mną flirtować. Do diaska, mam 15 lat. Jak mogę myśleć o czymkolwiek poza egzaminami gimnazjalnymi? Potem dostałam chłód. Zimno, lód. Im lepsza dla niego byłam, tym bardziej on był oschły. To jedyny sposób, by go powstrzymać — musisz pokazać mu, że go nienawidzisz i nie potrzebujesz. Wtedy go zaboli. On myśli, że może mieć nas obie, a ostatecznie nie zasługuje ani na mnie ani na Ciebie. Wiem, że jesteś na mnie wściekła, bo kręciłam się obok Twojego chłopaka, a nie powinnam. Ale żałuję. On jest urodzonym diabłem.


Rozwścieczyła mnie do granic możliwości tą wiadomością.


Zuzia: A o resztę się nie martw, postaram się, żeby nie przedłużyli mu tego stypendium tak, żeby zniknął z mojego życia raz na zawsze.


Wtedy uznałam, że jest wariatką. Zmieszałam ją z błotem i kazałam jej wypierdalać, dosłownie. Była dla mnie przeszkodą i gdy tylko o nie pomyślałam, gotowało się we mnie niesamowicie. Szkoda tylko, że nawet ona była rozsądniejsza niż ja.


Styczeń 2015


Igor:


Nie to, żebym jej nie szukał. Szukałem. Długo i bez rezultatów. Miała prywatne konto na instagramie i nie zaakceptowała ode mnie prośby. Nie dziwiłem się, sam miałem takie konto. Była tak blisko, ale jednocześnie tak daleko i wyprowadzało mnie to z równowagi.

Zaczęła się sesja, więc z zapasem energetyków odsunąłem ją w przepaść myśli, by skupić się na nauce.

— Może pogadaj z Rastą? — zapytał Marcin, patrząc na mnie z litością.

Spojrzałem na niego oburzony. Jak mógł sugerować mi takie rzeczy?

— Po moim trupie. — burknąłem.

— Chociaż raz mógłbyś schować swoją dumę do kieszeni. — drążył.

Nigdy w życiu. Znajdę ją sam, bez pomocy tego zapchlonego fiuta.

Nawet jeśli miałoby to trwać wieczność.

Chciałem wejść do jej świata, chociaż to nie był mój świat. U mnie wszystko było zawsze poukładane. Szkoła, potem studia na dobrej uczelni. Fizyka i astronomia, inżynierka, dziki pęd z materiałem, by zdobyć wszystkie możliwe stypendia. Moi rodzice należeli do majętnych ludzi, dlatego gdy wprowadziłem się do Warszawy, miałem od razu swoje własne mieszkanie. Ja miałem po prostu dobrze się uczyć. I tak było. Czułem się czasami przeciążony, ale przecież nie mogłem tego pokazać. Musiałem mieć nienaganne maniery i imprezy u Rasty z koksem w tle nie wchodziły w grę.

Może dlatego tak ciągnęło mnie do tego, co zakazane.

— Ej a może napisz do jej przyjaciółki. — podsunął Marcin.

— I sądzisz, że powie mi cokolwiek? — zadrwiłem. — Na pewno.

— Okay, poddaję się — burknął. — Człowiek stara się pomóc i dostaje po dupie. Laska nazywa się Klara Lipińska, gdybyś zmienił zdanie to wiesz co robić. — dodał i wyszedł z kuchni.

Znalazłem ją na Facebooku w trzy minuty. Patrzyłem na okienko czatu przez dłuższą chwilę. Wyjdę na idiotę. Ktoś taki jak ja nie może wyjść na idiotę.


Do Klara: Cześć. Widziałem Cię u Rasty z jakąś dziewczyną. Kto to był?

Od Klara: Kiedy?

Do Klara: Jesienią.

Od Klara: (westchnięcie) Michalina ma faceta. Miłego.


Zacisnąłem szczęki. No tak, ma faceta. Jak dziewczyna jej pokroju mogłaby go nie mieć?

Zacisnąłem dłonie w pięści. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu coś poczułem. Zakręciło mi się w głowie.

Uczucia nigdy nie powinny być najważniejsze.

„Myślę, że w moim kodzie jest błąd

Te głosy nie zostawią mnie w spokoju

Dobrze, moje serce jest złote, ale moje ręce są zimne.”

Halsey „Gasoline”

Marzec 2015


Michalina:

Niewiele pamiętam z wczesnej wiosny. Gdy człowiek siedzi w gównie po uszy po jakimś czasie się do niego przyzwyczaja. Tak było ze mną. Zrobiłam się totalnie obojętna na to, co się ze mną i wokół mnie dzieje. Z czasem nawet dramy z Cobainem przestały robić na mnie wrażenie. Nawet to jak leżeliśmy w ferie zimowe pod kocem oglądając American Horror Story spłynęło po mnie jak woda po ścianie. Tak, miałam uczyć się do matury, ale jeden tydzień spędziłam u Julki, a drugi u niego. Może dlatego zamiast ogarnąć matmę, żeby ją przyzwoicie zdać, spałam całymi popołudniami i nadal kłóciłam się z Patrykiem. Klara przestała reagować, bo przecież i tak nic nie zrobiłabym sobie z jej słów i ostrzeżeń. Nie było dla mnie ratunku. Byłam pochłonięta przez dół o głębokości siedemnastu metrów i siedziałam w nim z moim facetem i Zuzią.

Przynajmniej było nam w miarę ciepło.

— Kiedy poznam twojego fagasa? — wyszłam ze szkoły i prawie odleciałam na widok Adrianny.

Nie kontaktowałyśmy się ze sobą prawie rok.

— Cześć? — mruknęłam.

— Słyszałam od chłopaków z kwadratu, że to niezły świr. — patrzyła na mnie zimno.

— Nie twój interes. — wyszeptałam w jej stronę i odeszłam.

Dlaczego wciąż go usprawiedliwiałam przed wszystkimi, chociaż wiedziałam, że jest zły? Naprawdę to było warte tego, że mnie nie odtrąci, chociaż cały czas to robił? Przecież nie byliśmy razem, chociaż wmawiał mi, że nie może beze mnie żyć. Zachowywaliśmy się jak para. Ale to był toksyczny związek.

Potem nadszedł kwiecień. Przełomowy miesiąc. Może dlatego, że Cobain przekroczył granicę. Dotarły do niego zdjęcia z mojej studniówki. Chciałam z nim na nią pójść, ale przecież wielki pan introwertyk się nie zgodził. Wkurzona ja zagrała mu na nosie. Na nerwach. Poszłam z moim kolegą, który od zawsze mi się podobał. Bawiłam się świetnie, ale nie pomyślałam o tym jakie będą tego konsekwencje.

Wkurzył się. Byłam u niego w Wawie, ostatni raz jak się okazało. Zwyzywał mnie od puszczalskich, chociaż nie zrobiłam nic złego. Stałam zszokowana w jego pokoju, podczas gdy on wpadł w szał, zrzucając rzeczy z szafek i demolując wszystko wokół.

Stałam jak sparaliżowana, gdy podszedł do mnie i rzucił mnie na łóżko. Chodzenie do szkoły wojskowej i moja chuda sylwetka nie mogły przynieść w połączeniu nic dobrego. Nigdy nie był tak brutalny jak wtedy.

— Kocham cię, ale przynosisz mi zbyt wiele rozczarowania. — powiedział po wszystkim, patrząc w moje oczy.

Nie odpowiedziałam.

Następnego ranka świtem wyruszyłam na pociąg. Coś we mnie pękło. Napisałam sms’a do mojego znajomego, by napił się ze mną wieczorem. Wszystko zaplanowałam szybko. Skoro odebrano mi godność, nie było sensu, bym dalej chodziła po tym świecie.

Piliśmy wino, dużo wina, słuchając Paramore i paląc papierosy. Gdy byłam już wystarczająco pijana, poszłam na górę do łazienki. Wyjęłam z torebki słoiczek z tabletkami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.54