E-book
6.83
drukowana A5
28.01
Muza beztroska

Bezpłatny fragment - Muza beztroska

Satyry, humoreski, fraszki i onamudaje


5
Objętość:
146 str.
ISBN:
978-83-8126-660-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.01

Satyry i humoreski

Bieszczadzkie wspomnienie

Upał, trzydzieści stopni w cieniu,

ja skacowany po wczorajszym

ognisku i po zapomnieniu,

że z roku na rok jestem starszym.


W namiocie klimat tropikalny,

ćma zasuszona na konserwie,

dawno mi skończył się Alka-Prim

a czuję, że mi łeb rozerwie.


I wszystko byłoby jak co dzień,

bo są wakacje o tej porze,

lecz w skacowany łeb zachodzę,

co robi ona w mym śpiworze.


Ach ona, ona…? Skąd się wzięła,

co też mnie tknęło, co mnie naszło,

ach jakim cudem się wcisnęła

w ten śpiwór? A…, bo zamek trzasnął.


Mogłem odpuścić te Bieszczady,

z małżonką wybrać się na Korfu,

a ja idiota, cały blady,

patrzę na Wenus z Willendorfu.


Wenus zbudziła się, jęknęła,

też łeb ją bolał i ma mina,

z otwartej w plecy mnie walnęła

i rzekła: — przynieś coś na klina.


A ja jak stałem w dal pobiegłem,

wskoczyłem prędko do busika.

i pojechałem hen przed siebie

nie patrząc w stronę Polańczyka.

Czy to dobrze,
że wakacje są latem?

Mała Zosia o świecie wie wiele,

lecz się zmaga wciąż z tym dylematem,

czy to dobrze, czy też nie najlepiej,

że wakacje co roku są latem.


Gdy o kwestię tę tatę spytała

co zagwozdkę miał z tą nietożsamą,

to on burknął, by spokój mu dała

i by w sprawie tej gadała z mamą.


Mama śledząc operę mydlaną,

w której mnóstwo jest wielkich tragedii

widząc córkę swą skonfundowaną,

rzekła: — nie wiem, sprawdź to w Wikipedii.


W Wikipedii nic o tym nie było,

choć renomę ma wiedzy krynicy,

co Zosieńkę niezwykle smuciło,

a więc przeszła do hasła edycji.


Napisała to dobrze, że latem

są wakacje, bo w innych układach

denerwuje się bardziej, gdy tata,

czy też mama ze mną nie gada.


No a latem świat cały dojrzewa

więc w wakacje się cieszę nadzieją,

że niebawem i moi rodzice

do swych ról może wreszcie dojrzeją.

Działka i dziewczyna

Na punkcie pewnej panny blond

przed laty oszalałem całkiem,

chciałem ją z sobą w góry wziąć,

a ona — nie, wolała działkę.


Były wakacje, dobry czas,

na ściance wspinać się lub skałce,

lecz ona ze mną ani raz

nie wspięła się, była na działce.


Zacząłem czytać książki, by

pojąć dziewczyny tej smykałkę

do tego, by we wszystkie dni

troszczyć się tylko o tę działkę.


I wyczytałem w jednej z nich

wyjaśniające wszystko zdanko:

— o działce co dzień ta ma myśl,

która jest w pełni narkomanką.


Zacząłem śledzić pannę, a

był to lipcowy poniedziałek,

patrzę, a dealer jej raz, dwa…,

sprzedał na tydzień siedem działek.


Szybko wybiłem sobie z łba

tę pannę blond drewnianą pałką,

bo jakąż przyszłość miłość ma,

gdy ona nie chce skończyć z działką?

Golasy

Z niewyjaśnionych dotąd przyczyn,

w wyniku splotu dziwnych zdarzeń,

w pewnej nadmorskiej okolicy

golasy chciały przejąć plażę.


Wtargnęły nagle, już po świcie,

wraz z rodzinami te golasy,

o czym zapewniał mnie niezbicie

ksiądz, co przyjechał tu na wczasy.


Gdy po śniadaniu brać tekstylna

wyległa z dziećmi wprost nad morze,

to już społeczność religijna

pikietowała, krzycząc: — Boże!


— Ukarz dzikusów co po plaży

chodzą bezwstydnie, całkiem nago,

niech im egzema się przydarzy,

lub świądzik, trądzik, czy lumbago.


Gdy w górę słali swoje modły,

pisali hasła na proporce,

to wyszło na jaw, że golasy

to są z uOrkiestry bracia Golce.

Ideał

Pewien poeta kochał ją,

jak wariat, bez opamiętania,

lecz ona na to: — no to co?,

ja od poety wolę drania!


Agronom — delikatny chłop,

wzrokiem przemierzał ją i mierzył,

ona pragnęła zaś, by łotr

do niej szelmowsko zęby szczerzył.


I katecheta cichy tak,

jak dzwonki w poście przy ołtarzu,

być z nią niezwykle byłby rad,

lecz ona śni o zadymiarzu.


Kowal, nieśmiały, chłop jak dąb,

w kuźni jej miłość wyznał szczerze,

a ona na to: — ależ skąd,

musiałbyś być facetem — zwierzem.


I lekarz, który dobry był,

jak mało który dziś w szpitalach,

choć o niej marzył, o niej śnił,

niestety, nie miał nic z brutala.


W końcu się znalazł taki, co

spełnił wymogi jej wysokie.

Odkąd ze sobą w związku są,

ogląda świat podbitym okiem.


Morał z historii owej jest

dla mądrych już do przewidzenia —

dziękujmy Bogu za to, że

nie wszystkie spełnia nam marzenia.

Kuracjuszka

Pani Stefania z wioski pod

jakąś podobnie lichą wioską

modli się co dzień, bo gdzie płot

tam i figurka z Matką Boską.


— Ło Matko Bosko dobro spraw,

żebym dostała skierowanie

do sanatorium, bo mój chłop

jest w bardzo opłakanym stanie.


No i dostała — Lądek Zdrój,

więc już nieważny jest obrządek,

choć stary wołał — Babo stój! —

to jej już w głowie tylko Lądek.


Kiedy z przystanku PKS

ruszała Stefka kuracjuszka,

to jej wygrażał mąż — zły bies:

— nie wpuszczę babo Cię do łóżka!.


Lecz jej już w przyszłość gnała myśl,

czy jej z parafii ksiądz odpuści,

jeżeli jakiś z Lądka miś

ochoczo ją do łóżka wpuści?


— Odpuści!, ja go dobrze znam,

w końcu nie skąpię mu ofiary,

a jak już mi odpuści ksiądz,

to i odpuści mi mój stary.


Moralny problem z głowy ma,

lecz niemoralny jej doskwiera:

— czy przed wieczorem radę da

zaliczyć trwałą u fryzjera?.


Ludzie gadają: — chcieć to móc,

więc dała radę, bo tak chciała

i by rozbudzić męska chuć

zmysłowo się podmalowała.


Gdy „pucio-pucio” zespół rżnął

ona już niezłe miała wzięcie,

u Pana Mietka, który rok

trzydziesty piąty był na rencie.


I wpadła w oko temu z Tych,

co tak naprzykrzał się tym w ZUS-ie,

że w tym sezonie trzeci raz

w ośrodku tym był na turnusie.


Wybrała Mietka, bowiem on

wydawał dobry się w te klocki,

mówiły inne o nim, ze

jest niczym TENS, albo bicz szkocki.


Przy nim nabrała nowych sił.

Wracając, myśli w trakcie drogi,

Ach jakaż moc przedziwna tkwi

w tym Lądku i w balneologii.

Na ryby

Żony, jak żony — siedzą w domu,

no a my, jak my, tak, jak gdyby

nic, lecz przed dziećmi po kryjomu

jedziemy paczką swą na ryby.


Nad wodą małą i nieczystą,

(nie o niej Adam strofy klecił),

rozpaliliśmy wpierw ognisko,

bawiąc się przy tym tak, jak dzieci.


Choć Józek spalił sobie włosy,

gdy denaturat lał do ognia,

to czuł się świetnie, padły głosy,

że bez tych włosów wręcz odmłodniał.


Grzegorz i Stefan już karetką

pędzą z powrotem na sygnale,

zbyt ostro pili, nie ma „letko”

a obaj byli po zawale.


Już się grillowa na patykach,

tak, jak należy, z wolna kręci,

a do remizy Piotr pomyka

z nadzieją, że tam coś zanęci.


Miejscowi wnet go obstąpili

i mu sprawili takie lanie,

że po dziś dzień nasz Piotrek kwili

gdy je przez rurkę drugie danie.


Nad ranem kiedy dogasł ogień

i czekał już nas powrót prędki,

to uświadomiliśmy sobie,

że ktoś nam w nocy rąbnął wędki.


Powracaliśmy z wędkowania

bez wędek i rzecznych mecyi,

a że się zbliżał czas śniadania,

czuliśmy klimat wielkiej chryi.


Pragnąc uniknąć żonek krzyku,

chcąc słyszeć głosy ich anielskie,

wzięliśmy wszyscy ze sklepiku

rolmopsy i koreczki helskie.


Żonom daliśmy w progu dary,

a one tak, jak zwykle miłe,

wrzasnęły, że możemy sobie

ten słoik z puszką wsadzić w tyłek.

Nóż i widelec

Nóż z widelcem dziś dogadać się nie może.

O co poszło?

Tego nie wiem,

lecz na noże.


Pokłócili się.


Być może sprawcą burzy,

był fakt, że w widelca kąsku

nóż zanurzył swoje ostrze,

a być może tym widelec

się oburzył,

że nóż wzìął go na widelec.


Patrzę na to i tak myślę sobie:

— A nuż,

nóż się uspokoi, kiedy chwycę za nóż,

albo też zakończę tę okropną chryję,

gdy nóż wbiję w to,

co potem wnet nabiję

na widelec,

bo tak dłużej być nie może,

by widelec ciągle wojnę toczył z nożem.


Łyżka milczy,

bo znużyło ją to wszystko,

a więc chyba…

obiad zjem dziś tylko łyżką.

Oscypek

Żył na Podhalu pewien gazda,

co owce miał i dom z ogródkiem,

w domku kwaterki dla tych z miasta,

no a w ogródku zrobił budkę.


W budce dla ceprów miał ciupagi,

swetry i kierpce, rzeźby z lipki,

no a poza tym różnej wagi

własnej roboty miał oscypki.


— Co to oscypek? — gdy górala

zapyta ktoś, ten mu odpowie:

— to taki serek co ma tłuszczu

i soli równo, po połowie.


Biznes się kręcił dosyć kiepsko,

rzadko wpadały jakieś dutki,

bo gazda większy niż do handlu

miał do gaździny ciąg i wódki.


Poza tym biedny miał chałupę

przy mało uczęszczanym szlaku,

więc często w troki brał swą dupę

i się opalał na leżaku.


No a oscypki dojrzewały

w tej budce, leżąc przez miesiące,

i aromatu nabierały,

moczył je deszcz i grzało słońce.


Po deszczach kiedyś tak namokły,

że gazda zaczął pytać żonę,

czy by oscypków tych nie mogli

nazwać — „góralskie mascarpone”.


Gdy wyschły na pieprz od promieni

słońca, to gazda nie dowierzał,

jak się oscypek szybko zmienił

w twardy i kruchy ser — parmezan.


— Cicho bądź, konkurencja nie śpi,

lepiej byś głośno się tak nie darł,

jeszcze są całe i bez pleśni,

ale już jadą, niczym cheddar.


Po pewnym czasie te oscypki

zaczęły barwę mieć roquefort’a,

a gdyby dodać je do pizzy

to daję słowo: — gorgonzola.


Aż raz oscypki wszystkie zjadła

zła niedźwiedzica i boleści,

dostała takich, że przepadła

i brak jest o niej dotąd wieści.


O tej nieszczęsnej niedźwiedzicy,

różne pogłoski są puszczane,

lecz zgoda jest w tej okolicy,

że niedźwiedzica ma przesrane.


A ty turysto aby nie mieć,

nie kupuj w budce pośród lipek

oscypków, które cudzoziemiec

tylko wziąć może za oscypek.

Paradoks sukcesu

Zmysł do biznesu zawsze miał,

wiedział za jakie ciągnąć sznurki,

od życia co chciał mieć to brał

i robił tak, by było z górki.


Z prądem wciąż płynął. Tam gdzie wiatr

zawiewał, tam go wywiewało,

u stóp miał prawie cały świat,

a jednak wciąż mu było mało.


Kiedy już wspiął się na sam szczyt,

wciąż mając z górki, pięknie, ładnie,

wszystkim za niego było wstyd,

bo jego szczyt był całkiem na dnie.

Siedem stóp z marysią

czyli cykl utworów o pozytywnym wpływie tejże na umiejętność tworzenia zrytmizowanych utworów literackich*

* Domniemanie powyższe jest prowokacją artystyczną i nie jest poparte jakimkolwiek doświadczeniem.

Amfibrachy z marysią

Paliła siostrzyczka z braciszkiem marysię,

minęło pięć minut i opalili się.

I wtedy rzecz dziwna się stała, bo z brachem

zaczęła rozmawiać, ale amfibrachem.


Wezwali lekarza, przyjechał niezwłocznie,

od progu mówili oboje: — pan spocznie,

więc usiadł ten lekarz i słuchał zdziwiony,

jak dźwięczał amfibrach ten przez nich klecony.


I dziwił się, oczy przecierał co chwilę,

bo zwykle pacjenci mu mówią daktylem,

trochejem, czy jambem, nawet anapestem,

lecz nie amfibrachem, a toż to rytm jest ten.


Przepisał im lekarz recepty na leki,

które są w księgarni tuż obok apteki.

Dwie książki kupili, a w obu poeci

natchnęli ich metrum nowym — peon trzeci.

Peony trzecie z marysią

Marysieńka popalana była nadal,

bo rodzeństwo miało na nią ciągle chętkę,

Ich słowotok w peon trzeci się układał

i wybrzmiewał, jak amfibrach, z wielkim wdziękiem.


Po psychiatrę zadzwonili i tym razem,

błyskawicznie do nich ruszył w białym kitlu,

peon trzeci słysząc od drzwi, rzekł: — nie włażę,

bo jak dotąd nie leczyłem tego rytmu.


Od drzwi uciekł, a rodzeństwo, jak najęte,

kładło akcent na sylabę zawsze czwartą.

Choć w języku naszym jest to niepojęte,

oni jednak uważali, że tak warto.


Po tygodniu się znudzili owym rytmem,.

więc marysię zapalili znowu na test.

Po dwóch machach, to doprawdy jest niezwykłe,

peon trzeci przeszedł płynnie im w anapest.

Anapesty z marysią

Anapestem brat mówi do siostry

i jednako ta siostra do brata,

bo anapest naprawdę jest prosty,

to rodzeństwo nim świetnie wymiata.


To uboczny był skutek palenia,

tak marysia na dwójkę tę działa,

że w tym rytmie, ot tak, od niechcenia

konwersacja przebiega ich cała.


Po lekarza tym razem nie dzwonią,

bo nie wierzą, że mógłby im pomóc,

dom marysi wypełnia się wonią,

więc strach wpuścić obcego do domu.


Po sprawdzoną metodę sięgnęli,

zadziałała, po głębszym sztachnięciu

no i jambem rozmawiać zaczęli,

a jam słuchał ich w wielkim przejęciu.

Jamby z marysią

Marysię paląc: siostra, brat,

jambicznym rytmem plotą

głupoty takie, jakich świat

nie słyszał nigdy dotąd.


Lekarza wołać chyba czas,

w szpitalu ich umieścić,

bo przyznać musi każdy z Was,

że głupich dość ma treści.


A zwłaszcza takich, którym jamb

nadaje dźwięczną formą.

Zbyt wiele głupot już tych znam,

lecz ile, to nie pomnę.


Że cud stanie się jakiś tu

żywię ciągle nadzieję

i jamb jak twór ze złego snu

ustąpi przed trochejem.

Trocheje z marysią

Siostra z baratem palą skręta

pod choinką, bo są święta.


Palą dużo, a nie trochę,

mówiąc ciągle w rytmie — trochej.


Kiedy skończą, to po chwili

zaczną mówić w rytm daktyli.

Daktyle z marysią

Paląc siostrzyczka skręta, co chwilę

wprawnie układa wiersze daktylem.

Sztacha braciszek się, jak i ona,

daktyl rozbrzmiewa, trawa skończona.

Spondeje z marysią

Ta marysia to była o’key,

taka mocna, rzec można: — że hej!,

lecz palenie — twój wróg,

każdy rzucić by mógł,

tylko czy by tu gdzieś był spondej?

Wariacje na temat rozmowy dziada i obrazu

Dziad

Kiedy gada dziad z obrazem,

dzielnicowy wkracza z gazem,

a z kaftanem pogotowie,

więc mu obraz nie odpowie.

Obraz

Kiedy gada obraz z dziadem,

dziad ma usta sino-blade.

Obraz wisiał czasu kawał.

Jak przemówił — dziad padł — zawał.

Puenta dla dziada i obrazu

Niech dziadowi obraz wisi,

jest obrazem, nie osobą.

Chcą pomówić? Niech, jak mnisi,

mówią, każdy sam ze sobą.

Poeta jednego wiersza

Pewien poeta znany jest

z tego, że tworzy bardzo mało.

W sumie napisał jeden wiersz,

jednak to wszystkim wystarczało.


Ale do czasu, bo gdy miał

wieczorek w małym mieście — Brzeszcze,

ktoś na widowni bardzo chciał,

żeby przeczytał mu coś jeszcze.


A on prócz tego wiersza nic

nie stworzył, co w nim bardzo cenię,

więc za Szekspirem odparł w mig,

że cała reszta jest milczeniem.

Wakacje nad Bałtykiem

Nad Bałtykiem wakacje są cudne!

W ryb smażalni o nazwie „Delfinek”

nie ma dorszy, śledzików, czy fląder,

za to łosoś jest, pstrąg i rekinek.


Woda w morzu jest ciepła, jak zwykle,

stopni chyba ma aż ze trzynaście

ale za to jest czysta, nie kwitnie,

więc zębami szczękajcie i właźcie.


Zachód słońca przepiękny był dzisiaj,

choć niestety zakryły go chmury

nastrój siada i wszystko opada,

chiński lampion mknie tylko do góry.


Nagle opadł, dach szkoły się ogniem

szybko zajął i spłonął. Nie szkodzi,

bo na szczęście jest lipiec i w ogóle

nikt do szkoły w wakacje nie chodzi.


Nad Bałtykiem wakacje są cudne,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.01