E-book
0.75
drukowana A5
7.44
Muśnięta krwistym języczkiem malowidła

Bezpłatny fragment - Muśnięta krwistym języczkiem malowidła


Objętość:
14 str.
ISBN:
978-83-8189-684-9
E-book
za 0.75
drukowana A5
za 7.44

Jego namawianie czasami przypomina to kloaczne bagno kąsające niebywale lodową obojętnością. Ona jest, zawsze była i niemal nigdy tak do końca nie znika. Dlatego błądzimy i uwielbiamy tę gniewną węglistą niejasność, w którą nurkujemy tak jakbyśmy szukali śmierci polukrowanej tym dzikim i nieznośnie lepkim zaćmieniem. Śmierć takowa nie powinna być nagrodą, ale niestety zbyt często nią bywa i oddala bardzo wielu od rzeczywistości liźniętej tym nieziemsko poetyckim jedwabiem. Właśnie jego potrzebuje niemal każdy, ale istnieją też i tacy, którzy potrzebują go tylko na pokaz, a wtedy gdy nikt nie patrzy świadomie taplają się w ciemnościach sztyletowatych.

Do tego bardzo czarnego uwielbienia krwi od piętnastego roku życia zbliżała się też Malwina Krzyk używająca imienia Marta ze względu na to pachnące miodową nutą poetyckie upodobanie. Właśnie dzięki niemu w okolicy siedemnastego roku życia zaczęła intensywnie dbać o własną sylwetkę, czyli zaczęła biegać po parku i po własnym osiedlu i to tylko po to by z miesiąca na miesiąc stawać się bardziej wytrzymałą i by już po roku treningów móc przebiec jednorazowo bliski piętnaście kilometrów lub nieco więcej. To cało trenowanie nie ograniczało się jedynie do biegania, ale też i do podnoszenia ciężarów w takim bardziej kobiecym stylu, bo Malwina nagle zechciała być znacznie atrakcyjniejszą i silniejszą jednocześnie i dlatego czasami trenowała przez ponad trzy godziny i to niemal bez przerwy. Jej dbałość miała też wiele wspólnego z jej wyglądem, a konkretniej z jej własną twarzą, o którą to zaczęła intensywniej dbać, bo nie chciała się już czuć takim brzydkim kaczątkiem. Zaczęła też niezwykle stylowo czesać swoje blond włosy, po to by się wyróżniać z tłumu w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jednak nie zyskała tego wyjątkowo słodkiego dziecięcego spojrzenia, bo spoglądała niezwykle dorosło, tak jakby miała w rzeczywistości te sześć lat więcej. Tę cechę wyglądu uwielbiała w sobie, ale czasami też wyjątkowo nie lubiła tego swojego spojrzenia. Jej smacznym wyróżnikiem był też wzrost, dzięki któremu najczęściej czuła się tak jakby opiekowała się własnymi rówieśnikami. Niewielu zaliczało do jej wad to, że niemal od każdej koleżanki była wyższą o głowę, ale jeśli ktoś się już decydował na zadanie tego kloacznego ciosu, to robił to w bardzo jaskrawy sposób. Te nie częste i zauważalne drwiny dały jej powód do rozwijania się twórczo, czyli do malowania obrazów na płótnie. Malowanie to zaczęło się u niej w okolicy jej dwunastych urodzin, czyli na przełomie maja i czerwca, ale dopiero tuż przed osiemnastką zyskała ten błysk, jeśli chodzi o technikę i wyczucie tematu, bo te trzy dwa i pół miesiąca przed jej własną osiemnastką w jej poukładanym życiu pojawiły się też doznania przypominające kołdrę z pocałunków wanilii szczodrej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 0.75
drukowana A5
za 7.44