E-book
14.7
drukowana A5
33.48
Morderca kobiet

Bezpłatny fragment - Morderca kobiet

Tłumaczenie z niemieckiego Tomasz Janke


4.7
Objętość:
108 str.
ISBN:
978-83-8104-978-8
E-book
za 14.7
drukowana A5
za 33.48

Rozdział 1
Müller, Möller, Jensen i Pfeiffer

— Drogi Krause, musi pan wyjaśnić całą tę sprawę! Zbieg okoliczności? Nie, nie wierzę i pan w to także nie wierzy, o ile mogę to wyczytać z pańskiej kamiennej twarzy! W ciągu sześciu tygodni znikają cztery kobiety, pozostawiając cały swój dobytek, wszystkie w wieku od dwudziestu dwóch do dwudziestu sześciu lat, bardzo atrakcyjne i każda z nich znika z podejrzanym narzeczonym. Nie, drogi Krause, to nie jest zwykły przypadek! Tu chodzi o przestępstwo! Musimy szybko odnaleźć tego drania.

Krause zamglonymi, zmęczonymi oczami przyglądał się szefowi policji kryminalnej w Berlinie, doktorowi Clusiusowi. Po chwili, bladymi, drżącymi ustami stwierdził:

— Panie doktorze, proszę się nie denerwować! To nie dobrze, bo kiedy jest pan zdenerwowany, nie uda się panu przedstawić jasno całej sytuacji. Czy mógłbym więc prosić, aby w spokoju opowiedział mi pan, co do tej pory udało się ustalić? Dlaczego nagle pojawia się przerażający zwyrodnialec i porywa młode kobiety?

Okrągła twarz wysokiego urzędnika policji kryminalnej zaczerwieniła się, ponieważ w słowach Krausego wyczuł lekką ironię. Zaczesał energicznie posiwiałe włosy i przekartkował leżące przed nim dokumenty.

— Znowu jest pan nieznośny, Krause! Zresztą, jak pan chce! Proszę więc notować, a ja opowiem panu wszystko dokładnie.

Krause nawet nie drgnął.

— Pan doktor raczył zapomnieć, że nigdy nie robię notatek, ponieważ miałem dosyć czasu, aby doskonalić swoją pamięć.

Doktor Clusius podniósł głos.

— Tak jest, panie von Krause. Pozwoliłem sobie zignorować ten fragment pańskiego życiorysu. A więc dobrze, może pan nie notować, ale proszę już usiąść i nie doprowadzać mnie do rozpaczy. Jak już panu mówiłem, do komendy policji w ostatnich tygodniach wpłynęły cztery zawiadomienia o zaginięciu młodych kobiet.

Chodzi o następujące przypadki: Kobieta, jak wynika z formularza meldunkowego — Trude Müller z Berlina — dwadzieścia trzy lata, wynajęła w dniu pierwszego czerwca pokój u wdowy Wendler, zamieszkałej przy ulicy Waterloo-Ufer pod numerem sześć. Młoda dama wyglądała na miłą osobę, której można zaufać. Oznajmiła, że jest nauczycielką i zamierza wkrótce wyjść za mąż. Trude Müller opłaciła czynsz za pokój za cały miesiąc. Szóstego lipca powiedziała swojej gospodyni, że musi wyjechać w krótką podróż z narzeczonym. Zamierza on nabyć pewną posiadłość nad Hawelą niedaleko miejscowości Ketzin i chciałby ją obejrzeć przed zawarciem umowy kupna. Panna Müller miała przenocować w Ketzinie, u ciotki swojego narzeczonego i jutro, najpóźniej pojutrze, powrócić. Kobieta spakowała szybko podręczną torbę i przedstawiła pani Wendler kandydata na męża, który właśnie przyjechał taksówką. Mężczyzna nazywał się podobno Schollern albo Schullern, nosił binokle i według gospodyni był wysokim szczupłym blondynem w wieku około trzydziestu lat. Panna Müller niestety nie powróciła i szesnastego lipca gospodyni Wendler złożyła zawiadomienie o zaginięciu, na które w tamtejszej komendzie policji nie zwrócono większej uwagi. Pozostawiona przez pannę Müller tekturowa walizka jest do dziś zamknięta i obecnie znajduje się w depozycie komendy policji.

Drugi przypadek: Piątego lipca w pensjonacie pani Zinkenbach, przy ulicy Nürnbergerstrasse, zjawiła się młoda dziewczyna i wynajęła pokój z całodziennym wyżywieniem. Wprowadziła się dziesiątego lipca i wypełniła bardzo pośpiesznie formularz meldunkowy, podając się za Gretę Möller, urodzoną w Hamburgu, lat dwadzieścia pięć. Już dwa dni później, rankiem, poinformowała pokojówkę, że wyjeżdża na dwa dni, aby ze swoim narzeczonym obejrzeć dom na sprzedaż nad Hawelą. Samego narzeczonego, który przybył taksówką, nikt, poza portierem, nie widział, a ten z kolei wspomniał tylko o blondynie z binoklami na nosie. Także panna Möller nie pojawiła się nigdy więcej.

Trzeci przypadek: Piętnastego lipca panna Anna Maria Jensen, również urodzona w Hamburgu, dwadzieścia cztery lata, wynajęła skromny pokój w pensjonacie dla cudzoziemców pani Lestikow przy ulicy Motzstrasse. Opowiedziała jej, że właśnie wróciła z Ameryki i poszukuje w Berlinie pracy jako pomoc domowa. Kilka dni później zwierzyła się pani Lestikow, że poznała pewnego mężczyznę, który sprawiał wrażenie godnego zaufania. Był on młodym, zamożnym, wykształconym przyrodnikiem i planował zakup nieruchomości w okolicach Berlina, aby w spokoju tam osiąść i prowadzić swoje badania. Dwudziestego pierwszego lipca panna Jensen wróciła późno wieczorem do domu i z podnieceniem zwierzyła się pani Lestikow, która akurat jeszcze nie spała, że zaręczyła się z owym przyrodnikiem i następnego dnia zamierza udać się z nim w podróż do miasteczka Ketzin nad Hawelą, aby obejrzeć znajdujący się w tamtej okolicy dom z ogrodem. Mężczyzna, który zabrał pannę Jensen następnego dnia około godziny dziesiątej przed południem, widziany był przez panią Lestikow. Przedstawił się jej jako doktor Schindler. Mówił niewiele i bardzo się spieszył. Był szczupłym blondynem z binoklami na nosie. Panna Jensen, mimo że ona także opłaciła pokój z góry i pozostawiła cały swój bagaż, więcej się nie pojawiła.

Czwarty i ostatni przypadek: Käthe Pfeiffer, urodzona w Bawarii, miejscowość nieznana, dwadzieścia pięć lat, urzędniczka, wynajęła dwudziestego lipca umeblowany pokój u wdowy Klappholz przy ulicy Krummenstrasse w dzielnicy Charlottenburg. Pani Klappholz bardzo rzadko widywała swoją lokatorkę, która całymi dniami przebywała poza domem. Dwudziestego piątego lipca panna Käthe Pfeiffer opuściła o godzinie szóstej rano swój pokój, pozostawiając następujący list:

Droga Pani Klappholz!


Wyjeżdżam na dwa dni, ponieważ mój narzeczony zamierza kupić willę nad Hawelą, którą chciałby oczywiście obejrzeć przed zakupem. Wrócę najpóźniej pojutrze. Proszę zwrócić uwagę, aby nic nie zginęło z mojego pokoju.


Serdecznie pozdrawiam

Käthe Pfeiffer

Narzeczonego panny Pfeiffer nikt nie widział. Ona zaś nie wróciła i pani Klappholz zgłosiła zaginięcie piątego sierpnia, a więc dokładnie przed tygodniem.

Doktor Clusius westchnął, rozprostował nogi, podsunął Krausemu cygara, zapalił jedno z nich i powiedział:

— Skończyłem i rzeczywiście będę zdziwiony, jeśli zapamiętał pan to wszystko. A teraz, drogi Krause, co pan o tym sądzi?

Krause poruszył się w końcu. Wstał, podszedł do okna, rzucił spojrzenie na Alexanderplatz. Na zewnątrz spostrzegł dwie otyłe kobiety, które zajęte plotkowaniem wymachiwały komicznie koszykami na zakupy. Sytuacja ta wydała mu się wielce zabawna. Odwrócił się od okna, podczas gdy jego wychudzona, wręcz wysuszona twarz, która ostrym haczykowatym nosem przypominała oblicze jakiegoś aktora, dżokeja albo nieco zdegenerowanego arystokraty, pokryła się tysiącem zmarszczek i bruzd. Po chwili monotonnym i beznamiętnym tonem, jakby chodziło o pytanie o pogodę, rzekł:

— Zapamiętałem każdy szczegół i nie było to wcale trudne, ponieważ w otrzymanych z poszczególnych rewirów policyjnych raportach brakuje akurat wielu istotnych elementów. A co ja o tym sądzę? Na pierwszy rzut oka mogłoby tu chodzić właściwie o cztery takie same zbrodnie, popełnione przez jedną i tę samą osobę.

Nadkomisarz berlińskiej policji kryminalnej przyglądał się z zainteresowaniem temu wysokiemu mężczyźnie. Ubrany całkowicie na szaro wyglądał zupełnie przeciętnie.

— Wyraża się pan bardzo ostrożnie, Krause! „Na pierwszy rzut oka… Mogłoby…”. Chce pan więc zająć się tą sprawą?

— Z pewnością. Jest ona na tyle poważna, że wzbudziła moje zainteresowanie.

Doktor Clusius uśmiechnął się i skinął z zadowoleniem głową.

— W porządku, od czego więc zaczniemy?

— To jest całkiem oczywiste, panie doktorze! Jutro przed południem musimy mieć w tym pokoju wszystkie pozostawione rzeczy zaginionych kobiet, ich formularze meldunkowe, a także cztery gospodynie, u których zamieszkiwały zaginione, oraz tego portiera z Nürnbergerstrasse. Już teraz obawiam się paplaniny tych czterech bab! Ale musimy to jakoś przeżyć. Później zabieram się do roboty!

Słowa: „Zabieram się do roboty” spodobały się szefowi policji nadzwyczajnie, aż zatarł ręce z zadowolenia. „Zabieram się do roboty” — oznaczało u Krausego przemianę z apatycznego zrzędy w kierowcę samochodu wyścigowego. I rzeczywiście, ruszył gwałtownie, jak sportowe auto z ogromną liczbą koni mechanicznych pod maską. Nie zawsze zaczynał tak gwałtownie, ale jeśli już podejmował działania, to pracował pełnią swoich zmysłów oraz całym intelektem.

Rozdział 2
Joachim von Dengern, alias Krause

Doktor Wilhelm Clusius nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród innych doświadczonych komisarzy z dużych miast, a swego pełnego sukcesów życiorysu nie zawdzięczał jakimkolwiek wybitnym cechom, lecz raczej wzorowej wierności obowiązkom, nienagannemu trybowi życia i nadzwyczajnemu poczuciu taktu, dowiedzionemu przy okazji licznych, często zagmatwanych afer rozgrywających się w kręgu osób z wyższych sfer. Z kolei Krause w żaden sposób nie przypominał tych policjantów, których nazywa się zwyczajowo detektywami. A jego kariera zawodowa oraz życiorys były już całkiem niespotykane. Nieliczni wtajemniczeni wiedzieli o nim niewiele więcej, niż to, że Krause nie nazywał się w rzeczywistości Krause, lecz było to tylko przybrane nazwisko. Nigdy nie było też mu pisane samodzielnie ścigać przestępców wyłącznie zza biurka. Zawsze używał do tego wszelkich dostępnych sił i środków. W czerwonej kamienicy przy Alexanderplatz więcej niż pozostali wiedział o nim jedynie doktor Clusius. Może dlatego bardzo cenił tego, zachowującego się czasami niezbyt taktownie, detektywa. Okazywał mu przy tym ogromny szacunek i podziw, jak żadnemu innemu człowiekowi z grona swoich zawodowych i osobistych znajomych.

Krause był człowiekiem nieszczęśliwym i miał skazę na życiorysie, od której nie mógł się uwolnić. W rzeczywistości nazywał się Joachim von Dengern i pochodził z dość zamożnej, a przez to równie wytwornej rodziny. W młodości odbył rok służby w regimencie kawalerii armii pruskiej, następnie uzyskał stopień podporucznika rezerwy, zaś po ukończeniu wydziału prawa i zdaniu egzaminu na aplikację, został przyjęty do kancelarii jednego z najbardziej uznanych berlińskich adwokatów — radcy prawnego Rodenbacha. Joachim von Dengern był młodym prawnikiem. Miał na Pomorzu brata, właściciela majątku ziemskiego, który dzięki małżeństwu stał się bardzo bogaty. Joachim żył beztrosko, wydawał na młode, miłe dziewczęta więcej pieniędzy, niż posiadał i dlatego od czasu do czasu był zmuszony pożyczać duże sumy od swojego o dziesięć lat starszego brata. Często pojawiał się w biurze lub sądzie zbyt późno, do tego skacowany — krótko mówiąc, żyło mu się całkiem nieźle, nie gorzej niż wielu innym młodym aplikantom, którzy mieli „von” przed nazwiskiem i starali się w pełni korzystać z życia, zanim trafią pod opiekuńcze skrzydła przyszłej małżonki.

Aż do czasu, gdy pewnego dnia wydarzyło się coś nieoczekiwanego i przerażającego. Radca prawny Rodenbach przy okazji jednej ze spraw otrzymał na przechowanie kilka milionów marek niemieckich w gotówce. Całą kwotę złożył w stalowej kasie pancernej w obecności swojego młodego aplikanta Joachima von Dengerna. Stwierdził przy tym, że bardzo nieostrożnie jest przechowywać takie sumy w biurze, tym bardziej, że kasa pancerna była już bardzo stara i nie sprawiłaby większego problemu początkującemu włamywaczowi. Z uwagą tą zgodził się z obowiązku Joachim von Dengern, myśląc przy tym, że byłoby wspaniale posiadać część tej kwoty, choćby ze względu na własne, duże potrzeby finansowe… Tego dnia pracownicy kancelarii adwokackiej mieli mnóstwo pracy, która z punktu widzenia referendarzy mogła poczekać do jutra. Natomiast według radcy Rodenbacha należało ją koniecznie wykonać jeszcze dziś. Joachim musiał więc pracować po godzinach. Został sam w biurze, gdyż radca wybrał się do Opery Królewskiej a pozostali, mniej obarczeni obowiązkami współpracownicy, udali się do domów. Joachim pracował jeszcze kilka godzin. Po skończonej pracy dokładnie zamknął drzwi kancelarii a klucze, jak zwykle w takich sytuacjach, zabrał ze sobą. Drugi zestaw kluczy posiadał stary służący August, który codziennie rano sprzątał pomieszczenia biurowe. Radca Rodenbach zawsze nosił przy sobie trzeci komplet.

Następnego dnia, kiedy Joachim von Dengern pojawił się w pracy po nocnej popijawie blady i wyraźnie zmęczony, zastał w biurze ogromny bałagan. Stało się najgorsze! Kasa pancerna została rozpruta przy użyciu prymitywnych narzędzi, a jej cenną zawartość zrabowano.

Doktor Clusius, wtedy jeszcze zwykły komisarz policji kryminalnej, rozpoczął śledztwo i już po niecałej godzinie znał rozwiązanie. Tylko aplikant Joachim von Dengern mógł być sprawcą! Tylko on wiedział o milionach marek w kasie pancernej, tylko on pozostał sam w kancelarii. To on wiedział, że w przedsionku na zakurzonej szafie z aktami spraw znajdowała się skrzynka z narzędziami, przy użyciu których, co zostało bezsprzecznie dowiedzione, został wyłamany zamek w kasie pancernej. Poza tym: Dengern był zadłużony, na kolejny list do swojego brata z prośbą o pożyczkę otrzymał stanowczą odmowę, to on prowadził hulaszczy tryb życia — krótko mówiąc jego aresztowanie było całkowicie uzasadnione. Jak bardzo uzasadnione okazało się, gdy po dokonaniu rewizji osobistej w kieszeni jego futra znaleziono plik banknotów stutysięcznych. Szybko sprawdzono, że numery banknotów zgadzały się z numerami tych, które radca Rodenbach otrzymał poprzedniego dnia w depozyt.

Joachim von Dengern na próżno zaklinał się przed sędzią śledczym, a później także przed ławą przysięgłych, że nie ma pojęcia, skąd wzięły się tysiące marek w kieszeniach jego palta. Na próżno zapewniał, że jest niewinny. Zebrany przez doktora Clusiusa materiał dowodowy był zbyt mocny i Dengern został skazany na cztery lata ciężkiego więzienia. Hardo, ale z godnością, jak na człowieka o silnym charakterze przystało, zachował się w tym czasie starszy brat Joachima. Na rozpaczliwy list młodszego brata, w którym przysięgał swoją niewinność na pamięć zmarłych rodziców i męską godność, odpowiedział stanowczymi słowami: Nie nękaj mnie już więcej swoimi listami, które z odrazą biorę do rąk. Ja już nie mam brata! Mój brat zmarł tego dnia, kiedy hańbą okrył moje nazwisko!

Trzy lata pobytu w ciężkim więzieniu — ze względu na dobre sprawowanie karę zmniejszono o rok — Joachim von Dengern spędził na klejeniu papierowych toreb, oprawianiu książeczek modlitewnych i dziurkowaniu cholewek w butach. I cały czas myślał, zarówno podczas pracy w ciągu dnia, jak i nocami, gdy więzienie wypełniało się strasznymi snami osadzonych mężczyzn. Cały czas myślał o tym samym: w jaki sposób zgromadzę i połączę fakty, przypuszczenia, drobne zdarzenia, aby stały się one dowodami mojej niewinności?

Ponieważ więźniowie nie posiadali dostępu do papieru, w myślach układał treść pisma w sprawie postępowania odwoławczego, które zamierzał wnieść. Pismo to stawało się coraz obszerniejsze i wkrótce liczyło ponad sto stron maszynopisu. Joachim mógł je w każdej chwili zacytować z pamięci.

Po trzech latach pobytu w więzieniu Joachim von Dengern odzyskał wolność. Posiadał jedynie zaoszczędzone dawniej kilkaset marek niemieckich oraz kilka złotych drobiazgów, które natychmiast spieniężył. Następnie podjął się pewnych działań, o których przeczytać można tylko w powieściach kryminalnych. Wniknął całkowicie w prywatne życie swojego byłego szefa — radcy prawnego Rodenbacha. Zagłębił się w jego przeszłość, śledził żonę, dzieci i pomoc domową. W końcu odkrył, komu handlarz starzyzną sprzedał starą kasę pancerną, która po pamiętnej aferze została odkupiona za niewielkie pieniądze od radcy prawnego. Następnie wkradł się we względy innego drobnego handlarza, który nabył tę kasę pancerną i w sobie tylko wiadomy sposób wszedł w posiadanie narzędzia, którym podczas rabunku wyłamano zamek kasy. Później przebierał się za posłańca, odgrywał rolę pośrednika ubezpieczeniowego oferującego polisy na życie i ubezpieczenia od pożaru. Dzięki temu poznał uroczą Lolitę z Teatru Bizancjum, oświadczył się jej i został przyjęty. Do swoich dalszych działań wykorzystał jej naiwność oraz pieniądze pochodzące ze sprzedaży kosztowności nowej narzeczonej. Za resztę swego majątku wynajął pewną starą wróżkę, która przychodziła do Lolity i wróżąc z kart, przepowiadała jej różne historie, wydobywając przy tym określone informacje. A kiedy zostało mu już tylko pięć marek, pojawił się pewnego dnia kredowobiały, z mnóstwem zmarszczek na twarzy, przed powołanym na stanowisko szefa policji kryminalnej doktorem Clusiusem i rzucił mu na biurko plik stu pięćdziesięciu kartek maszynopisu, krzycząc przy tym:

— Proszę natychmiast aresztować tego starego łajdaka Rodenbacha, który wtrącił mnie do więzienia, aby ukryć swoje złodziejstwo!

Następnie upadł i stracił przytomność.

Radca prawny Rodenbach zastrzelił się, zanim założono mu na ręce kajdanki, a kilka tygodni później na sali sądowej w dzielnicy Moabit odczytano pismo odwoławcze Joachima von Dengern. Setka świadków potwierdziła prawdziwość przedstawionych tam dowodów. Sąd wydał nowy, uniewinniający wyrok. Joachim Dengern, obecnie ponownie Joachim von Dengern, został okrzyknięty przez obserwujących rozprawę wielkim bohaterem. Jego postawę szeroko opisywała i wychwalała miejscowa prasa. Najbardziej podziwiał go jednak doktor Clusius. Od władz państwowych Joachim otrzymał pokaźną rekompensatę, która miała wynagrodzić mu wyrządzoną krzywdę odpowiednią sumą pieniędzy z pozostałego po radcy prawnym spadku. Było to odszkodowanie za niewinne skazanie i odbycie kary ciężkiego więzienia. Jego brat przesłał mu depeszę z serdecznymi gratulacjami, które niedawny więzień zachował wyłącznie dla siebie.

Od tej pory Joachim von Dengern stał się innym człowiekiem. Wyprowadził się na przedmieścia, stronił od ludzi, unikał wszelkich spotkań z dawnymi przyjaciółmi. Pił dużo i często. Powoli kończyły mu się pieniądze. Pewnego dnia zupełnie przypadkowo spotkał w jednej z winiarni doktora Clusiusa. Mocno zmieszany, z powodu swojej poprzedniej fatalnej pomyłki, komisarz poprosił Joachima, aby dotrzymał mu towarzystwa przy stoliku. Clusius natychmiast rozpoznał pełen niepokoju nastrój wtedy już trzydziestosześcioletniego mężczyzny i nagle coś go tknęło. Była to chęć niesienia pomocy, jaka czasami nachodzi człowieka, ot tak, sama z siebie. Rzekł:

— Wstąp do nas! Podejmij pracę w imię prawdy i sprawiedliwości! Udowodniłeś przecież, że tkwi w tobie geniusz detektywa, jakiego nie ma nigdzie na świecie, wliczając w to także tego mądralę Sherlocka Holmesa!

I wtedy, po raz pierwszy od wielu lat, po zmęczonej twarzy Joachima przemknął skromny uśmiech. Po chwili zastanowienia mocno uścisnął dłoń komisarza.

Od tamtej pory Joachim von Dengern pracował w policji berlińskiej jako detektyw pod przybranym nazwiskiem Krause. Osiągał ogromne i liczne sukcesy, które przeszły najśmielsze oczekiwania zarówno doktora Clusiusa, jak i samego naczelnika komendy głównej policji. Od pięciu lat powierzano mu najtrudniejsze, najbardziej skomplikowane przypadki i o ile nie zostały przekroczone granice ludzkich możliwości, zawsze osiągał sukces. Sensacyjna zbrodnia na księżnej H. dokonana przez jej własną córkę, międzynarodowe fałszerstwo pieniędzy, gdzie w grę wchodziły miliardowe kwoty, wykrycie bandy „Zielonych Braci” — pod taką nazwą szajka włamywaczy przez wiele lat nieprzerwanie uprawiała swoje „rzemiosło” — te i setki innych przestępstw, o których wtajemniczeni szeptali, kiedy Krause po cichu kroczył korytarzami komendy głównej policji, zostało przez niego wykrytych.

I ten oto Krause zabierał się właśnie do pracy, aby wyjaśnić mroczne, wielokrotne morderstwo. Morderstwo, które wkrótce miało stać się sensacją w całych Niemczech.

Rozdział 3
Cztery kobiety bez żadnej rodziny

Podczas gdy doktor Clusius z groźną miną przesłuchiwał równocześnie cztery kobiety, Krause grzebał w walizkach, torbach i koszykach zaginionych dziewcząt. To, co opowiadały cztery poruszone, stojące przed poplamionym atramentem biurkiem kobiety, zdawało się nie interesować go w ogóle. Nerwowe spojrzenia, jakie rzucał mu szef, obchodziły go równie mało. Podobnie jak głośne pochrząkiwania Clusiusa.

— Cztery toboły i cztery historie — pomyślał Krause.

— Nędzna czarna walizka, zniszczona torba z płótna żaglowego, słomiany pognieciony kosz, torba ze sztucznej skóry z niewiele wartą zawartością w postaci taniej bielizny, przepoconych bluzek i zużytych butów są historiami ich życia. Ziemskie pozostałości biednych, głupiutkich dziewcząt, które w obłędnym strachu przed staropanieństwem i niezaspokojonym dążeniem do miłości, życia we dwoje oraz macierzyństwa, dają się uwieść pierwszemu lepszemu łajdakowi. Następnie zostają przez niego zamordowane gdzieś w głębi lasu albo na odludnym brzegu rzeki, czując aż do ostatnich swych chwil pełną słodyczy tęsknotę za lepszym życiem.

Gdy Clusius zakończył przesłuchiwanie ostatniej z kobiet — wdowy Klappholz z dzielnicy Charlottenburg — Krause odwrócił się i wtrącił:

— Moje miłe panie, zrekapituluję teraz krótko to wszystko, co nam panie przekazały.

— Podsumuję — przerwał mu szef z wysoko podniesionymi brwiami, który nie znosił obco brzmiących słów.

— A więc nie zrekapituluję, a podsumuję — uśmiechnął się złośliwie Krause.

— Na początek panna Trude Müller, która u pani, pani Wendler, zamieszkiwała. Średniego wzrostu, szczupła, mówiąca językiem literackim z berlińskim akcentem, szatynka a la Cléo de Mérode, piękne zęby, duże oczy o kolorze, który trudno było pani określić. Sympatyczna dziewczyna o uderzającej urodzie, z pozoru bliskiej ideałowi. Ona najwięcej opowiedziała pani o swoim narzeczonym. Widziała go pani tylko jeden raz, także on wywarł na pani doskonałe wrażenie. Był przystojnym, gładko ogolonym mężczyzną o jasnych włosach, noszącym binokle.

Na te słowa wszystkie cztery kobiety skinęły głowami i dało się słyszeć „tak, tak” w różnych tonacjach głosów.

— O bliskich osobach z Berlina albo innych miast, o przyjaciółkach i znajomych Trude Müller nic panie nie wiedzą?

— Nie — odpowiedziała pani Wendler.

— Ta biedna panienka, nic nie mówiła o sobie, stale tylko o swoim narzeczonym, tym draniu, i teraz jej zwłoki pływają gdzieś w wodzie, a ten łotr zabawia się z inną dziewczyną, którą później… oooch… oooch… zamorduje!

Pani Wendler szlochała, pozostałe trzy kobiety rozpłakały się, a ronda ich kapeluszy zafalowały jak na wietrze.

— U pani, pani Zinkenbach, zaginiona Grete Möller z Hamburga mieszkała tylko trzy dni. Dziewczęce warkocze w kolorze jasnego brązu, zjawiskowa uroda, wyraźny hamburski akcent. Także ona opowiadała o narzeczonym, z którym miała wybrać się na wycieczkę nad Hawelę. Ona również została zabrana przez narzeczonego, ale widział go tylko portier. Zaprośmy więc tego mężczyznę.

Portier Zimmermann z ulicy Nürnbergerstrasse, wszedł do gabinetu. Krause skinął ręką i zanim jego szef przejął przesłuchanie, zapytał:

— Ten mężczyzna, z którym piątego lipca panienka, mieszkająca u pani Zinkenbach, odjechała, był blondynem i nosił krótką bródkę, nieprawdaż?

Zimmermann zaprzeczył gwałtownie.

— Nie, o ile dobrze pamiętam, jego twarz była gładko ogolona, tak jak u tych głupich Anglików.

Krause przytaknął z uśmiechem.

— Nosił okulary albo binokle?

— Binokle, o ile się nie mylę.

— Czy mógłby pan dodać coś jeszcze?

— Nic, co miałoby znaczenie. Wyglądał na sympatycznego faceta i dał mi pięć marek, abym tej panience, która zaginęła, potrzymał torebkę, gdy wsiadała do taksówki.

— W porządku, może pan odejść.

— U pani, pani Leistikow, mieszkała panna Annemarie Jensen, także z Hamburga. Rudawe włosy, gładko uczesana, szczupła, binokle, bezbłędna niemczyzna. Była rozmowna, bardzo dużo opowiadała o swoim adoratorze, który był przyrodnikiem, a wieczorem przed odjazdem oznajmiła, że zaręczyła się i chciała jechać wraz z narzeczonym do Ketzina, aby obejrzeć tam dom. Opisała swojego narzeczonego tak samo, jak inne kobiety. Tak, więc mamy tu bez żadnych wątpliwości do czynienia z tym samym osobnikiem. Natomiast u pani, pani Klappholz, mieszkała panna Käthe Pfeiffer pochodząca z Bawarii. Widziała ją pani może dwa czy trzy razy i do tego w kapeluszu, tak więc nie wie nawet, czy była blondynką, czy brunetką. Mówiła południowoniemieckim dialektem, a o swoim wyjeździe poinformowała panią w pozostawionym liście. A teraz, moje panie, proszę, abyście zastanowiły się intensywnie, pardon, głęboko, czy nie zauważyły u tych w tak intrygujący, to znaczy tajemniczy sposób zaginionych lokatorek, czegoś szczególnego? Może jakieś znamię, określony gest, nietypowe słowo albo też jakiś szczegół w ubiorze?

Kobiety milczały, starały się widocznie coś sobie przypomnieć, aż w końcu głos zabrała pani Lestikow:

— Tak jest, panie inspektorze, coś mi wpadło w oko, a raczej mojej Minni, która jest służącą. Panna Jensen miała takie śliczne małe stopy, które zazwyczaj są ogromną rzadkością u kobiet pochodzących z Hamburga. Pewnego razu Minni przyniosła mi buty panny Jensen, które ta wieczorem pozostawiła przed drzwiami, i powiedziała:

— Madame, proszę spojrzeć na te buciki! Jak dla dziecka!

— Panna Müller, o ile dobrze pamiętam, także miała dziecięce stopy — dodała nieco obruszona pani Wendler.

W tym czasie Krause wygrzebywał różne przedmioty z torby, którą pozostawiono w mieszkaniu pani Lestikow i w końcu, jakby przez przypadek, wyciągnął mało elegancką czarną podkolanówkę a potem zaczął przyglądać się kobiecym pantofelkom.

— I jeszcze coś, moje panie. Czy któraś z pań zapytała albo dowiedziała się, w jaki sposób wasza lokatorka poznała tego narzeczonego?

Znowu zgłosiła się pani Lestikow, która miała przygotowaną odpowiedź.

— Tak, tego wieczora, kiedy opowiedziała mi o swoich zaręczynach, zapytałam ją, w jaki sposób poznała właściwie tego narzeczonego. Tak, przypominam sobie teraz, że panna Jensen wtedy właśnie zmieszała się nieco… Powiedziała mi, że był to całkiem śmieszny przypadek i po chwili mówiła już o czymś innym.

Cztery kobiety, wzburzone i czerwone na twarzy, z godnością opuściły gabinet, a doktor Clusius ponownie pozostał sam na sam z inspektorem Krause.

— I co teraz? — zapytał w napięciu.

Krause rzucił okiem raz jeszcze na cztery, leżące przed nim formularze meldunkowe oraz na list panny Pfeiffer. Koślawe, proste i naiwne, gotyckie albo łacińskie, nabazgrane, niewyraźne litery tańczyły mu przed oczami. Zmarszczki na twarzy jeszcze się pogłębiły, po czym rozprostowały i pogłębiły ponownie. Ruszył żwawym krokiem, co chwila wkładając lub wyciągając ręce z kieszeni, i rozpoczął swoją przemowę.

— To jest naprawdę najtrudniejszy przypadek, jaki dotychczas mi pan powierzył, panie doktorze. Znikają cztery kobiety, każda z nich posiada najpospolitsze, najczęściej spotykane nazwisko, takie, że nie można wymyślić już nic bardziej banalnego. Müller, Möller, Jensen, Pfeiffer! Takich nazwisk można spotkać dziesiątki tysięcy w całych Niemczech. Żadna z nich nie podała wcześniejszego adresu, żadna nie opowiadała nic o przyjaciółkach czy też najbliższych. Dalej, wszystkie zdawały się być dosyć dobrze lub bardzo dobrze wykształconymi osobami, ale żadna z nich nie posiadała kosztownych przedmiotów. Zresztą na biedne też nie wyglądały, mimo niewielkiej wartości pozostawionych rzeczy. O tym, że nie były wcale tak ubogie, świadczy fakt, iż, jak opowiadała każda z gospodyń, posiadały one albo kolczyki albo piękne pierścionki, a jedna z nich nawet złoty zegarek z bransoletą, inna zaś broszkę z brylantem.

— Jakie wnioski wyciąga pan z tych faktów?

— Ogólnie rzecz biorąc, mimo dużego podobieństwa tych relacji można dojść do wniosku, że jest to całkowity przypadek. W rzeczywistości jednak te typowe, banalne nazwiska, brak najbliższych krewnych w Berlinie, skromne środki do życia i dobre maniery, mogłyby być sprzyjającymi okolicznościami, które uczyniły je ofiarami jakiegoś szaleńca.

— Nie bardzo rozumiem!

— Ależ to proste, panie doktorze! Idealny narzeczony zaręczał się tylko z kobietami, które nie miały bliższej rodziny, nosiły zwyczajne nazwiska i posiadały trochę oszczędności oraz biżuterii. Z jednej strony mógł liczyć na łatwy łup, z drugiej zaś czuł się dużo pewniej, że nie zostanie odkryty wiążąc się z nimi, niż gdyby uczynił to z mieszkankami Berlina.

— I co teraz, panie Krause?

— Następne kroki, panie komisarzu, należą do pańskich urzędników. Ogłoszenia o poszukiwanych osobach w prasie berlińskiej, hamburskiej i bawarskiej, które mogą przynieść jakieś informacje o zaginionych, informacje o wysokich nagrodach, poszukiwania w Ketzinie i okolicy oraz sprawdzenie list pasażerów na statkach transatlantyckich w celu odnalezienia panny Jensen, która jakoby miała wrócić wiosną z Nowego Jorku. W tym czasie ja będę miał coś innego do załatwienia. W każdym razie proszę wezwać do siebie jeszcze dziś reporterów ze wszystkich gazet, aby za ich pośrednictwem poinformować opinię publiczną. Kto wie, być może pojawią się następne zgłoszenia o zaginięciach albo natrafimy na nowe, ważne ślady. Oczywiście należy też wystawić list gończy za tym jasnowłosym Schullerem, Schullernem czy Schindlerem w binoklach.

Doktor Clusius podskoczył nerwowo.

— Krause, ta historia wywoła ogromną burzę, która nas porwie i zmiecie z powierzchni ziemi, jeśli niczego się nie dowiemy. Znowu zmuszony jestem całkowicie polegać na panu.

Rozdział 4
Selma Cohen — piąta zaginiona

Szef policji kryminalnej miał całkowitą rację w swoich przypuszczeniach. Sensacja, jaka wybuchła po ujawnieniu informacji o zaginięciu bez śladu czterech młodych kobiet, była ogromna. Fakt, że o samych dziewczętach niewiele było wiadomo oraz tajemnica, jaką okrywał się tajemniczy blondyn w binoklach, a także możliwość, że wśród jego ofiar mogły być jeszcze inne kobiety — wszystko to wywoływało emocje, rozpalało wyobraźnię, stało się codzienną lekturą całkowicie pochłaniającą mieszkańców Berlina.

Gazety nadały śledztwu wielkiego rozgłosu. Aby wyolbrzymić jeszcze bardziej informację o sensacyjnych wydarzeniach, prześcigały się krzykliwymi tytułami, okrzyknęły blondyna „Sinobrodym”, nazwały go wampirem, maniakiem seksualnym. Równocześnie jednak wszelkimi siłami starały się wspomagać policję. Ich korespondenci w Hamburgu i Monachium reagowali na każdą otrzymaną informację. Wszystkie redakcje wysłały reporterów do Ketzina, aby prowadzić na miejscu własne śledztwo. W ciągu jednej nocy Ketzin ze spokojnego, nieco zapomnianego miasteczka, stał się wielką atrakcją turystyczną. Korespondenci z najdrobniejszymi szczegółami opisywali miejscowy ratusz, plac targowy, kościoły i gospody, jedynie o tajemniczym blondynie i jego narzeczonych nie znaleziono żadnych informacji. Wprawdzie w ciągu ostatnich kilku tygodni, czy to w zajeździe Pod Lwem, czy też w hotelu Bismarck gościło kilka zakochanych par, które zwróciły uwagę uważnych mieszkańców miasteczka, a miejscowe plotkarki widziały jakąś obcą kobietę z mężczyzną o jasnych włosach, jednak przy bliższym dochodzeniu wszystko to okazywało się albo fantazją, albo bezmyślnością świadków.

Także policja nie była bezczynna. Prowadziła śledztwo w Hamburgu i we wszystkich bawarskich miasteczkach. Dokładnie sprawdzała listy pasażerów okrętowych z ostatniego roku, wyznaczała wysokie nagrody za wszelkie informacje. Najlepsi detektywi, z pomocą doskonale wytresowanych policyjnych psów, przeszukiwali cały obszar wokół Ketzina, brzegi i nurt Haweli oraz okoliczne lasy. Wszystko na próżno! Nie zgłosił się nikt, kto znał którąś z dziewcząt, nigdzie nie natrafiono na najdrobniejszy choćby ślad, wszyscy błądzili jak we mgle.

Tyle tylko, że do czterech poprzednich przypadków zaginięcia bardzo szybko dołączył piąty. Kilka dni po pierwszych doniesieniach prasowych do doktora Clusiusa zgłosiła się pani Rosenbaum, która mieszkała niedaleko Nollensdorfplatz i wynajmowała pokoje. Poinformowała, że ósmego lipca wynajęła u niej pokój młoda dama, Selma Cohen, która według formularza meldunkowego miała dwadzieścia cztery lata i urodziła się w Berlinie. Panna Cohen opowiedziała, że kilka lat podróżowała z pewną schorowaną kobietą, a teraz zamierza pozostać w Berlinie aż do dnia swojego ślubu. Właśnie zaręczyła się z mężczyzną, który planował zakup niewielkiej posiadłości nad Hawelą w okolicach Berlina. Pani Rosenbaum tylko raz widziała swoją lokatorkę i opisała ją jako osobę o dość obfitych kształtach i najprawdopodobniej ciemnych włosach. Niczego więcej nie zauważyła, gdyż panna Cohen nosiła ciemną woalkę. Lokatorka, która mówiła niewątpliwie żydowskim żargonem, opłaciła czynsz za cały miesiąc i otrzymała klucz do swojego pokoju. Następnego dnia z samego rana, z małą podręczną torbą wprowadziła się i poinformowała panią Rosenbaum przez drzwi łazienki, w której ta akurat brała kąpiel, że wyjeżdża ze swoim narzeczonym, lecz na pewno wróci następnego dnia. Nie pojawiła się więcej, ale ponieważ zabrała ze sobą torbę, pani Rosenbaum nie miała powodu do obaw i pomyślała, że panna Cohen rozmyśliła się i rezygnując ze zwrotu czynszu, zamieszkała gdzie indziej. Dopiero alarmujące artykuły w prasie skłoniły ją do zgłoszenia zaginięcia. Teraz nie było już żadnych wątpliwości, że także panna Selma Cohen została porwana przez tego samego potwora o jasnych włosach.

Po tym, jak doktor Clusius odczytał na głos powyższe zeznania, Krause zagwizdał i cienką żylastą dłonią zaczesał siwiejące włosy.

— Teraz cała ta historia staje się już nieco groteskowa! Piąta panna i do tego nazywa się Cohen! Równie dobrze mogłaby w ogóle nie posiadać nazwiska! Z drugiej strony, w całych Niemczech na pewno nie ma dziewczyny żydowskiego pochodzenia bez żadnych krewnych i musiałby diabeł mieszać w tej grze swoim ogonem, aby po opisaniu tego zdarzenia przez prasę nie zgłosił się żaden ojciec, wujek czy też inny szwagier!

A jednak diabeł mieszał w tej grze swoim ogonem, bowiem pomimo tego, że przypadek Selmy Cohen ponownie wywołał ogromne poruszenie, nie zgłosił się nikt z najbliższego grona kobiety.

Tymczasem Krause, mimo że gazety stopniowo stawały się coraz bardziej niecierpliwe i rozpoczęły nagonkę na działania policji, wcale nie siedział z założonymi rękami. Po tym, jak wszelkie próby odnalezienia krewnych lub znajomych pięciu zaginionych dziewcząt okazały się bezskuteczne, zrozumiał, że prowadząc śledztwo w tym kierunku nic nie osiągnie. I dlatego podczas długiego porannego spaceru w ogrodzie zoologicznym rozważał w myślach:

— To oczywiste, że ten jasnowłosy drań w sposób całkowicie genialny wyszukiwał na swoje ofiary takie dziewczęta, które nie posiadały rodziny, stałego miejsca zamieszkania, lecz podobnie jak ptaki na wietrze — znalazły się tu albo z konieczności, albo zupełnie przypadkowo. Powinienem więc raczej szukać nie dziewcząt, a tego mężczyzny! Tylko w ten sposób dowiem się, w jaki sposób wynajdywał on swoje narzeczone. Możliwości miał mnóstwo. Mógł je poznawać w cukierniach, kawiarniach, nocnych lokalach, na dancingach. Mało prawdopodobne! Po pierwsze dlatego, że według relacji gospodyń wszystkie dziewczęta sprawiały porządne wrażenie, a po drugie — ten drań musiałby nawiązać kontakty z tysiącami dziewcząt, wyszukując te, które miały choć trochę pieniędzy i spełniały pozostałe wymogi, aby wpaść w zastawione przez niego sidła. Nie, on musiał mieć możliwość nieskrępowanego i szerokiego wyboru spośród tych dziewcząt, które mu odpowiadały. A więc dalsze możliwości ograniczają się do dwóch: po pierwsze do zawodowego pośrednika matrymonialnego, po drugie do ogłoszeń w gazetach. Ponieważ nie jestem osobą, która, jak zwykło się mawiać, chwyta dwie sroki za ogon, sprawdzę więc na początek pierwszą możliwość.

Następne dni upłynęły Krausemu na wizytach u pośredników matrymonialnych. Jako kandydat na męża odwiedził więc panie Buchholz i Schulz, pana Dattelbauma oraz panią Pfefferminz, panią Grün i panią Blau, a także wiele innych, jakby się one tam jeszcze nie nazywały. Zawsze przedstawiał się jako inżynier i stale opowiadał tę samą historię. Podczas podróży koleją spotkał pewnego mężczyznę, którego nazwiska niestety nie pamięta. Mężczyzna ten zaręczył się za pośrednictwem szanownej pani, szanownego pana z cudownym dziewczęciem, które wprawdzie nie posiadało majątku, ale miało tę szczególną zaletę, że było samotne i nie miało żadnej najbliższej rodziny. On również chciałby w taki sam sposób uczynić siebie szczęśliwym i dlatego zgłasza się osobiście.

W ten sposób, w czasie długich rozmów prawie zawsze poznawał nazwiska szczęśliwców, którzy dzięki pośrednictwu agencji matrymonialnej zostali w ostatnim czasie połączeni. Uzyskał opisy kandydatów na męża oraz poszukujących panien, jednak zawsze wracał rozczarowany. Wśród dziewcząt nie było żadnej, której opis odpowiadałby tym zaginionym. Wśród mężczyzn z kolei nie znalazł ani jednego, którego można by uznać za mordercę.

Po ośmiu dniach poszukiwań Krause był przekonany, iż w ten sposób nie osiągnie żadnego rezultatu i wkrótce uznał za mało prawdopodobne, że ten „Sinobrody” mógłby być tak nieostrożny, aby dać się łatwo rozpoznać gadatliwej pośredniczce matrymonialnej. Postanowił więc zbadać drugą i ostatnią możliwość. Liczył, że już pierwsze kroki powinny przynieść mu decydujący sukces.

Rozdział 5
„Idylla nad Hawelą”

„Berliner Genaralanzeiger” to gazeta pełna ogłoszeń matrymonialnych. Młodzieniec, który poszukiwał bratniej duszy, dojrzały mężczyzna szukający posagu, samotna panna, wdowa, ojciec, który tylko w ten sposób mógłby wydać za mąż swoje córki, wszyscy oni powierzali swój ból, swoje tęsknoty i nadzieje „Berliner Generalanzeiger”. Zapewne tysiące małżeństw zostało zawartych z bożym błogosławieństwem dzięki pośrednictwu właśnie tej gazety.

Wczesnym rankiem, kiedy jeszcze niewiele osób oblegało okienka, w których przyjmowano ogłoszenia, do redakcji udał się Krause. Miał ułatwione zadanie, gdyż każde z okienek obsługiwało określony rodzaj anonsów. W jednym można było poszukiwać pomocy domowej, w innym sprzedać używane przedmioty, zaś okienko numer pięć było przeznaczone wyłącznie do zlecania ogłoszeń matrymonialnych. Krause okazał uzbrojonej w okulary w rogowych oprawkach starszej pani, odgrywającej tu rolę kapłanki miłości, swoją odznakę policyjną i poprosił o krótką rozmowę. W kilku słowach wyjaśnił, o co mu chodzi, a następnie zadał precyzyjne pytanie:

— Mężczyzna, którego szukam, zlecił w czerwcu, a może trochę wcześniej, nadanie ogłoszenia. To ogłoszenie brzmiało najprawdopodobniej bardzo zachęcająco, ponieważ liczył na możliwie duży odzew. Z pewnością otrzymał mnóstwo listów. Poza tym był blondynem, nosił binokle i sprawiał sympatyczne wrażenie. Więcej niestety nie wiem i cała reszta zależy jedynie od dobrej pamięci szanownej pani.

Panna Lieblein aż się zagotowała, zacisnęła pięści i swoimi krótkowzrocznymi oczyma rzuciła spojrzenie pełne złości.

— A to drań, co za bestia! Och, jeśli tylko mogłabym przyczynić się, aby trafił na szafot, byłabym przeszczęśliwa!

Oparła końcówkę ołówka o szpiczasty podbródek i głęboko zamyśliła się.

— Akurat czerwiec był miesiącem bogatym w oferty, ponieważ wiosna przyszła tak późno. Ludzie stają się wtedy lepsi i za wszelką cenę dążą do zawarcia małżeństwa!

Krause uśmiechnął się w głębi duszy na słowa starszej pani, która ukazała związek pomiędzy porami roku i panującą pogodą a ludzkimi potrzebami znacznie głębiej i dokładniej, niż wielu uczonych psychologów i fizjologów.

— Na Boga! Teraz przypominam sobie pewnego blondyna z binoklami na nosie, to ten — no nie — to nie może być on! Wyglądał przecież tak uroczo i szykownie, a do tego otrzymał jeszcze całą masę listów! Pamiętam dokładnie, z jakim uśmiechem wrzucił je do swojej teczki i zapytał:

— Czy uwierzy pani, że teraz będę mógł wybierać spośród tuzina narzeczonych?

Krause z ogromnym zainteresowaniem wsłuchiwał się w słowa starszej pani.

— Dobrze, a może pamięta pani, jak brzmiała treść tego ogłoszenia?

Panna Lieblein pokręciła przecząco głową.

— Nie, tego nie pamiętam, ale hasło, pod którym zamierzał odebrać te listy powinnam sobie przypomnieć. Gdybym miała je tylko przed sobą, z pewnością rozpoznałabym je spośród setek innych.

Niecierpliwi petenci zaczęli pukać w okienko. Panna Lieblein poprosiła jedną z koleżanek, aby ją zastąpiła. Następnie zaprowadziła Krausego do działu administracyjnego. Tam rozpoczęła przeszukiwanie egzemplarzy gazety, poczynając od wydań z końca maja. Po dobrej godzinie, gdy dotarła do wydania niedzielnego z drugiego czerwca, wskazała palcem Krausemu, który zza jej ramienia również przeszukiwał wzrokiem gazetę, jedno ogłoszenie. Powiedziała przy tym sucho i pewnie:

— To musi być to!

Ogłoszenie miało następującą treść:

Wykształcony mężczyzna, 32 lata, o sympatycznym wyglądzie, dobrze sytuowany, który zamierza osiąść w okolicach Berlina, szuka zmęczonej samotnością towarzyszki życia. Kandydatka powinna być dobrze wychowaną panną, która pragnie zostać wierną i prawą małżonką czułego mężczyzny o silnym charakterze. Mile widziany niewielki majątek. Oferty proszę składać pod hasłem „Idylla nad Hawelą” w redakcji „Generalanzeiger”.

— Tak jest! — krzyknęła poruszona panna Lieblein.

— To jest to ogłoszenie! „Idylla nad Hawelą” — tak brzmiało to hasło. A wie pan, że ta „Idylla na Hawelą” tak mnie osobliwie poruszyła i pomyślałam sobie, że w osobie tego miłego mężczyzny o blond włosach jakieś dziewczę znajdzie prawdziwe szczęście. I wtedy zrobiło mi się trochę smutno…

Panna Lieblein zamilkła nagle zawstydzona, a Krause swoimi szarymi, chłodnymi oczyma rzucił tej niezgrabnej i nieciekawej kobiecie spojrzenie pełne współczucia.

Wkrótce dzięki pomocy kierownika drukarni dostarczono oryginał ogłoszenia. Rozczarowany Krause trzymał w ręku pobrudzoną, zmiętą kartkę papieru zapisaną pismem maszynowym.

— Właściwie nie dowiedziałem się zbyt dużo, ale przynajmniej mam nić, która nie prowadzi na manowce. I chciałbym jeszcze czegoś spróbować. Panno Lieblein, przygotuję teraz tekst ogłoszenia, które powinno ukazać się w jutrzejszej gazecie. Nic więcej nie mogę uczynić, a to, co zrobię, wydaje się dość prymitywne, ale nigdy nie można wszystkiego przewidzieć. Czasami nawet najdoskonalsi przestępcy popełniają jakieś głupstwa.

Panna Lieblein przyrzekła dochować najgłębszej tajemnicy, a w najbliższym porannym wydaniu „Generalanzeiger” ukazało się sporządzone przez Krausego ogłoszenie opatrzone nagłówkiem „Idylla nad Hawelą” o następującej treści:

Odpowiedziałam na ogłoszenie z powyższym hasłem, które ukazało się drugiego czerwca. Mój list nie został odebrany. Ponieważ uważam się za odpowiednią osobę, proszę o odbiór mojego listu z hasłem „Skromna blondynka” w urzędzie pocztowym przy ulicy Dorotheerstrasse.

Rozdział 6
Tajemniczy blondyn w binoklach

Następnego dnia od ósmej rano aż do późnych godzin popołudniowych Krause, w czapce listonosza na głowie, wyczekiwał przed okienkiem podawczym na poczcie przy ulicy Dorotheerstrassse. Nie było to wcale takie łatwe tkwić bezczynnie przez siedem, osiem godzin w ciasnym, zatęchłym pomieszczeniu i czekać na coś, co być może, a nawet z dużym prawdopodobieństwem, nie wydarzy się. Nadzieja znikała z kolejną mijającą minutą i każdy doświadczony śledczy wiedział, że tego rodzaju zadania mogą być powierzone tylko najbardziej sumiennym, wytrwałym i zdyscyplinowanym policjantom. Joachim von Dengern nie był z natury ani szczególnie wytrwały, ani zbyt obowiązkowy. Jednak trzy okropne lata spędzone w ciężkim więzieniu wykształciły w nim odpowiedni poziom samokontroli i cierpliwości. Dla osoby, która nie jest całkowicie zdemoralizowana i oczekuje jeszcze czegoś od życia, więzienie nie oznacza niczego innego, jak męczące oczekiwanie, liczenie minut, godzin, dni i ponowne czekanie, czekanie, nic innego tylko czekanie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.7
drukowana A5
za 33.48