E-book
23.63
drukowana A5
35.93
MORAH Kamień krwi

Bezpłatny fragment - MORAH Kamień krwi


Objętość:
153 str.
ISBN:
978-83-8440-960-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 35.93

Morah Kamień Krwi
Tom 1

Mroczny romans paranormalny.

„Morah.Kamień Krwi” to pierwszy tom serii, w której prastara magia splata się z mrocznym pożądaniem, a nadnaturalne moce mają swoją cenę.

W świecie, gdzie granica między światłem a cieniem dawno się zatarła, uczucia mogą być równie niebezpieczne jak klątwy — a nie każda namiętność prowadzi do ocalenia.

PROLOG

Beca nigdy w życiu nie czuła takiego przerażenia — a przeżyła dziewięć miesięcy piekła od chwili, gdy przybyła do Londynu z obietnicą pracy w restauracji.

Mężczyzna, który ją zabrał z Commercial Road, na początku wydawał się normalny. Około czterdziestki, drogi garnitur, obrączka błyszcząca w świetle latarni. Zapłacił gotówką z góry obserwatorom, mruknął coś o prywatności i zawiózł ją do opuszczonej dzielnicy magazynowej nad Tamizą. Handler Becy napisał SMS-a: Ważny klient. Bądź miła. Bez problemów.

Wiedziała, co oznacza „bez problemów”. Lokalizator GPS na jej kostce doprowadziłby ich prosto do niej, gdyby spróbowała uciec. Groźby wobec jej rodziny w Rumunii trzymały ją w posłuszeństwie. To była po prostu kolejna noc, kolejna transakcja, kolejny kawałek duszy oddany dla przetrwania.

Ale coś było nie tak.

Mężczyzna zaparkował w zatoce załadowczej między dwoma zrujnowanymi budynkami, z dala od jakichkolwiek kamer i świadków. Za odizolowane. Za zamierzone. Gdy odwrócił się do niej z tymi zimnymi, martwymi oczami, instynkt przetrwania Becy — stępiony przez miesiące traumy — nagle ożył z krzykiem.

— Proszę — szepnęła łamaną angielszczyną, gdy wyciągnął spod siedzenia ząbkowany nóż myśliwski. — Zrobię, co chcesz. Cokolwiek. Tylko nie…

— Cicho! — warknął, chwytając ją za włosy i wyciągając z samochodu.

Krzyk Becy zamarł, gdy jego dłoń zacisnęła się na jej ustach, a ostrze przycisnęło do gardła. Przycisnął ją do ceglanej ściany. Jego oddech był gorący i cuchnący przy jej uchu. — Będziesz następna — syknął z odrażającą rozkoszą. — Tak jak tamte.

Tamte.

Przez ogrom przerażenia Beca zrozumiała: ten człowiek nie był klientem. Był mordercą. Klan Kallashi nieświadomie wysłał ją do seryjnego zabójcy, który polował na kobiety — ofiary handlu ludźmi — ofiary, za którymi nikt nie zatęskni, których nikt nie będzie szukał. Towar, który mógł po prostu zniknąć.

— Siedem przed tobą — szepnął, dociskając ostrze mocniej. Strużka krwi spłynęła po jej szyi. — Wszystkie też błagały. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Beca poczuła, jak całe jej życie przelatuje przed oczami: twarz matki, gdy wyjeżdżała z Rumunii, obiecując przysyłać pieniądze do domu. Mała siostrzyczka Ana, która potrzebowała lekarstw, na które nie było ich stać. List przyjęcia na uniwersytet, z którego nigdy nie skorzystała. Wszystko to miało skończyć się tutaj, w ciemności, z rąk potwora, który zbierał gardła jak trofea.

Zamknęła oczy i zaczęła się modlić.

Wtedy przez ciemność przeciął głos — głęboki, kobiecy i absolutnie bezlitosny:

— Nie. To ty będziesz następny.

Wszystko wydarzyło się niemożliwie szybko. Morderca obrócił się w stronę głosu z uniesionym nożem, ale nigdy nie dokończył obrotu. Cień oderwał się od ciemności za nim — kobieta, wysoka i elegancka nawet w przyćmionym świetle, ubrana w to, co wyglądało jak drogi czarny płaszcz. Ale poruszała się jak płynna śmierć, jak przemoc przyobleczona w ludzką postać.

W jednej chwili morderca trzymał nóż. W następnej jego nadgarstek roztrzaskał się z dźwiękiem łamanych gałęzi i wrzasnął. Ostrze brzęknęło na bruku.

— Uciekaj! — nakazała kobieta, nie patrząc na Becę. Jej oczy pozostały skupione na mordercy, który cofał się teraz, kołysząc zniszczonym ramieniem.

Beca nie potrzebowała powtórzenia. Jej nogi odnalazły siłę, o której nie wiedziała, że jeszcze posiada. Pobiegła, niech GPS na kostce trafi szlag — lepiej stawić czoła karze klanu Kallashi niż nożowi tego seryjnego mordercy.

Za sobą usłyszała, jak głos mężczyzny wzbiera paniką: — Co ty jesteś? Odejdź ode mnie! Mam prawa! Nie możesz…

— Prawa? — Śmiech kobiety był zimniejszy niż listopadowy wiatr. — Zabiłeś siedem kobiet. Polowałeś na najbardziej bezbronne, te, których nikt nie chroni. I myślisz, że masz prawa?

— To były dziwki! Nielegale! Nikt…

Dźwięk uderzenia urwał mu słowa. Beca odwróciła się mimo woli i zobaczyła, jak morderca uderza o ceglaną ścianę z niemożliwą siłą, uniesiony za gardło jedną ręką kobiety. Trzymała go tam bez wysiłku, jakby nie ważył nic.

— To byli ludzie — syknęła kobieta. — Córki. Siostry. Istoty ludzkie uwięzione w okolicznościach, których nie jesteś w stanie pojąć. I wykorzystałeś ich cierpienie dla swojej chorej przyjemności.

Wokół szyi kobiety coś błysnęło w słabym świetle — naszyjnik, ciemny kamień w srebrnej oprawie. Przez chwilę Beca gotowa była przysiąc, że błyszczy wewnętrznym ogniem, czerwonozłotym jak palący się żar.

— Proszę — zachrypiał morderca, jego stopy zwisały centymetry nad ziemią. — Sam się zgłoszę. Wszystko zeznam. Tylko nie…

— Za późno na to. — Kobieta pochyliła się blisko, a Beca zobaczyła, jak jej oczy łapią światło — złotawozielone, odwieczne, nie do końca ludzkie. — Ale cię nie zabiję. Śmierć byłaby miłosierdziem. Nie zasługujesz na miłosierdzie.

Przycisnęła wolną rękę do jego czoła, a krzyki mordercy przeobraziły się w coś gorszego — wysoki, zawodzący szloch absolutnej grozy. Naszyjnik zapłonął jaśniej, a Beca zobaczyła coś niemożliwego: złotoczerwone światło spływające z mężczyzny do kamienia, jakby sączono z niego samo życie.

Kobieta trzymała go tak może przez dziesięć sekund, choć zdawało się to wiecznością. Kiedy w końcu go puściła, osunął się na ziemię jak kukiełka z odciętymi sznurkami. Żywy, oddychający, ale jego oczy były puste. Całkowicie, zupełnie puste.

— Przeżyjesz — powiedziała kobieta chłodno, prostując płaszcz. — Ale nigdy więcej nikomu nie skrzywdzisz. Nie będziesz mógł. Za każdym razem, gdy pomyślisz o przemocy, o władzy, o zabraniu tego, co nie twoje, twój umysł rozpadnie się trochę bardziej. Do jutra nie będziesz pamiętał własnego imienia. Za tydzień nie będziesz pamiętał, jak się mówi. Potwór, którym byłeś, będzie uwięziony w rozbitym umyśle, krzyczący, na zawsze.

Odwróciła się i zobaczyła Becę zastygłą u wylotu zaułka. Ich oczy spotkały się przez ciemność.

— Jesteś tą dziewczyną z siatki handlu ludźmi — powiedziała kobieta, bez pytania. — Jedna z ludzi Kallashiego.

Głos Becy wyszedł jako przerażony szept: — Proszę, nie odsyłaj mnie do nich.

— Nie odeśle. — Kobieta podeszła do niej z drapieżną gracją, a Beca zobaczyła ją teraz w pełni: kruczoczarne włosy, porcelanowa skóra, ponadczasowe piękno spowite ciemnością. I ten naszyjnik — ciemny kamień pulsujący miękkim czerwonym blaskiem, jak bijące serce. — Commercial Road, prawda? Operacja Whitechapel?

— T-tak. Skąd pani wie…

— Obserwuję ich od jakiegoś czasu. Mapuję sieć, identyfikuję ofiary. — Kobieta sięgnęła do płaszcza i wyciągnęła wizytówkę, wciskając ją w drżące dłonie Becy. — To jest schronisko. Tylko dla kobiet, całkowicie poufne. Spodziewają się uciekinierek z operacji Kallashiego. Powiedz im, że cię przysyła Eleanor.

— Eleanor — powtórzyła Beca. To imię zdawało się jakoś znaczące.

— Twój lokalizator GPS — lewa kostka? — Eleanor przykucnęła i jednym szybkim, precyzyjnym ruchem dezaktywowała urządzenie. — To daje ci może dwie godziny, zanim zorientują się, że wypadłaś z siatki. Wykorzystaj je. Idź do schroniska. Nie oglądaj się za siebie.

— A co z innymi? Jest nas tak wiele…

— Wiem. — Wyraz twarzy Eleanor złagodniał nieznacznie, ustępując miejsca czemuś, co mogło być współczuciem. — Pracuję nad tym. Ale nie mogę ocalić wszystkich naraz, a jeśli zostaniesz na ulicy, zostaniesz albo schwytana, albo zabita przez kogoś takiego jak on. — Machnęła lekceważąco w stronę połamanego mężczyzny wciąż drgającego na ziemi.

— Kim pani jest? — zapytała Beca. — Czym pani jest?

Eleanor uśmiechnęła się, ale uśmiech nie dosięgnął jej oczu. — Jestem kobietą z twoich snów. Tą, którą wszyscy widzieliście. Jestem prawdziwa, Beca. Pomoc nadchodzi. Ale najpierw musisz sama się uratować. Czy potrafisz to zrobić?

Beca śniła o kobiecie ze złotymi oczami przez ostatni miesiąc. Wszystkie śniły — każda dziewczyna w sieci Kallashiego. Sny o kimś potężnym, obiecującym ratunek. Myślała, że to tylko trauma, życzeniowe myślenie, desperacka próba umysłu, by stworzyć nadzieję tam, gdzie jej nie ma.

Ale ona była prawdziwa.

— Potrafię — szepnęła Beca.

— Dobrze. — Eleanor wepchnęła jej do ręki jeszcze coś — gruby zwitek gotówki. — Na schronisko, na lekarstwa twojej siostry, na nowy początek. Jesteś teraz wolna. Używaj tej wolności mądrze.

— Skąd pani wiedziała o Anie?

Uśmiech Eleanor zmienił się w smutny. — Wiem o was wszystkich. O każdej ofierze handlu ludźmi w tym mieście — znam wasze historie, imiona, rodziny. Dlatego tu jestem.

Wyprostowała się i drapieżnik powrócił, zimny i śmiercionośny. — Teraz uciekaj. Policja znajdzie go za około piętnaście minut — już anonimowo do nich zadzwoniłam. Znajdą dowody łączące go z siedmioma morderstwami. Sprawiedliwość zostanie wymierzona w taki czy inny sposób.

— Dziękuję — powiedziała Beca, łzy spływały jej po twarzy. — Dziękuję za…

— Jeszcze mi nie dziękuj. — Ręka Eleanor powędrowała do naszyjnika przy gardle, palce dotknęły ciemnego kamienia niemal z nabożnością. — Podziękujecie mi, gdy wszystkie będziecie wolne. Gdy sieć Kallashiego i każda inna jak jego zostanie zniszczona. Do tego czasu robię tylko to, co powinnam była robić od dawna.

Beca pobiegła.

Biegła przez dzielnicę magazynową, płuca w ogniu, zwitek gotówki i wizytówka schroniska zaciśnięte w pięści jak liny ratunkowe. Za nią słyszała syreny — policja odpowiadała na anonimowe wezwanie Eleanor. Gdy tam dotarli, zarówno Eleanor, jak i Beca zniknęły, zostawiając jedynie połamanego seryjnego mordercę i ślad dowodów, które zamkną siedem zimnych spraw.

Trzy stacje metra później Beca siedziała w migotliwym fluorescencyjnym świetle całodobowej kawiarni, wpatrując się w wizytówkę, którą dała jej Eleanor. SafeHaven Women’s Shelter. Adres w Camden i numer telefonu. Na odwrocie, napisano eleganckim charakterem pisma: Powiedz im, że twój kryptonim to Zorya. Jesteś oczekiwana.

Zorya. Beca nie wiedziała, co to oznacza, ale poczuło się jak tajne hasło, klucz do nowego życia.

Wyciągnęła telefon — ten, który dali jej śledczy Kallashiego — i upuściła go do zimnej kawy, obserwując, jak umiera. Nie mogli jej już śledzić. Lokalizator GPS na kostce był dezaktywowany. Była teraz niewidzialna, naprawdę wolna po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy.

Ale myślała o innych dziewczynach: Agnese, Elvanie, Fluturze, tych wciąż uwięzionych w domu na Mayfair i salonach masażu w Soho i na rogach ulic. Tych, które wciąż czekają na ratunek.

Eleanor obiecała, że po nie przyjdzie.

A po tej nocy Beca jej wierzyła.


* * *


Pięćdziesiąt stóp dalej, na dachu:

Eleanor Robinson obserwowała, jak Beca wchodzi do kawiarni, niszczy telefon z lokalizatorem i czyta wizytówkę, drżąc.

— Jeszcze jedna ocalona — mruknęła do siebie. — Ile jeszcze? Zastanawiam się.

Jej dłoń powędrowała do naszyjnika z Krwawym Kamieniem przy gardle. Ciemny kamień hematytowy był ciepły od karmienia — nie z Becy, nigdy z niewinnych, zwłaszcza kobiet, lecz z seryjnego mordercy. Wyssała tyle jego siły życiowej, ile potrzebowała, by trwale roztrzaskać jego umysł, przechowując jego esencję w kamieniu. Jeszcze jedna moc drapieżnika dołącza do jej zasobów.

Naszyjnik pulsował miękko, czerwonozłote światło lśniło pod jej palcami. Trzysta lat mocy, gromadzone kropla po kropli, drapieżnik za drapieżnikiem. Słowiańskie czarownice, które go wykuły, związały ją z tą ścieżką: Poluj na tych, którzy polują. Chroń tych, którzy cierpią.

Dotrzymywała tej przysięgi, w większości. Przez wieki.

Ale ostatnio powiązanie słabło. Czuła to — przysięga, która zmuszała ją do ochrony niewinnych, która powstrzymywała ją od żerowania na niezasługujących — umierała. Czas niszczył magię, a bez niej…

Eleanor odsunęła tę myśl.

— Jutro w nocy — powiedziała do londyńskich ciemności. — Sieć Kallashiego. Czas uderzyć porządnie.

Odwróciła się od krawędzi dachu i zniknęła w cieniu, zostawiając za sobą jedynie delikatny zapach jaśminu i coś metalicznego — jak stara krew i pradawna moc.

Gdzieś w mieście kurier o imieniu Thomas Ashton właśnie kończył zmianę, zupełnie nieświadomy, że jutro będzie dostarczał przesyłkę do Olympus Corp. Do kobiety o imieniu Eleanor Robinson. Do początku wszystkiego.

Ale ta noc należała do Becy, do wolności, do jednego małego zwycięstwa w niekończącej się wojnie. A Eleanor brała, co mogła, ze zwycięstw.

Rozdział 1

Alarm w telefonie Thomasa Ashtona zadzwonił o 6:14 — dokładnie w chwili, gdy słońce wyłoniło się ponad dachem naprzeciwległego szeregowca i wbiło ostrze światła prosto w jego lewe oko. Odkrył tę matematyczną okrutność trzeciego ranka w mieszkaniu i od tamtej pory przesunął łóżko dwa razy, bez żadnej poprawy. Zasłony były właściciela. Cienkie. W odcieniu, który mógłby opisać jedynie jako zmęczony beż.

Wyciszył alarm i leżał nieruchomo, katalogując dźwięki mieszkania budzącego się do życia. Z drugiej sypialni dobiegała znajoma perkusja nocy Marcusa przetapiającej się w ranek: niebieska poświata widoczna pod drzwiami od drugiej w nocy wciąż trwała, a cichy stukot klawiatury nigdy całkiem nie milkł. Marcus Chen nie tyle spał, co od czasu do czasu tracił przytomność między sesjami.

Thomas zdążył się do tego przyzwyczaić. Zdążył się przyzwyczaić do wielu rzeczy w ciągu sześciu miesięcy, odkąd Henderson & Clarke Accounting wezwało go do sali konferencyjnej ze szklanymi ścianami i wyjaśniło, w starannym języku synergii i warunków rynkowych, że jego stanowisko zostaje zlikwidowane.

Napełnił czajnik i czekał.

Mieszkanie było dwupokojowe przy Whitechapel Road, co brzmiało lepiej, niż było w rzeczywistości. Kuchnia była wąska jak galera, bojler miał poglądy na temat gorącej wody, które wyrażał w sposób nieprzewidywalny, a właściciel pomalował wszystko na ten sam odcień magnolii — łącznie z grzejnikami — co nadawało całości klimat bardzo zmęczonej praktyki dentystycznej. Jednak czynsz był dzielony na dwie osoby, co czyniło go znośnym, a Marcus mieszkał tam od dwóch lat, zanim Thomas się wprowadził, co oznaczało, że Wi-Fi było wyjątkowe — cztery oddzielne routery, konfiguracja, którą Marcus określał jako „podstawową” — i że lodówka była zawsze zapełniona napojami energetycznymi, których Thomas nigdy nie dotykał i za które nie musiał płacić.

Poznali się na Manchester Metropolitan, na pierwszym roku, w korytarzu przed laboratorium komputerowym o jedenastej w nocy, gdy Thomas szukał działającej drukarki. To Marcus ją naprawił, w mniej więcej czterdzieści sekund, nie odrywając wzroku od własnego laptopa. Grube okulary, cera sugerująca, że słońce traktuje jako zjawisko teoretyczne, encyklopedyczny spokój wobec rzeczy, które inni uważali za skomplikowane. Od razu przypadli sobie do gustu, w sposób właściwy ludziom, którzy nie wymagają od siebie zbyt wiele i mówią, co myślą.

Marcus był inżynierem oprogramowania z wykształcenia i czymś znacznie trudniejszym do nazwania w praktyce. Pracował zdalnie dla dwóch legalnych firm i spędzał pozostałe godziny dnia — i większość nocy — w tym, co sam nazywał cyfrowym podziemiem: systemach, do których nie powinno się wchodzić, sieciach, które oficjalnie nie istniały, zakamarkach internetu pozbawionych jakichkolwiek oznakowań. Robił to, o ile Thomas mógł ocenić, z tego samego powodu, dla którego inni ludzie rozwiązują krzyżówki. Dla przyjemności tkwiącej w samym problemie.

Marcus wciąż był w swoim pokoju, gdy Thomas wyszedł do magazynu, lecz w pewnym momencie zdążył się wyłonić na tyle długo, by zostawić kubek herbaty na blacie kuchennym z karteczką samoprzylepną:

„Skończyło się mleko. Twoja kolej. Poza tym dzwoniło jakieś Henderson & Clarke na stacjonarny, co dziwne, bo kto dzwoni na stacjonarny? nie odebrałem.”

Thomas przez chwilę patrzył na kartkę, po czym odwrócił ją zadrukowaną stroną do dołu i bez komentarza wypił czarną herbatę.

Zmiana zaczynała się o dziewiątej. Dotarł do magazynu przed wpół do dziewiątej, by podpisać odbiór roweru i odebrać trasówkę, przytakując, podczas gdy Kyle ze Stratford szczegółowo relacjonował wczorajszy mecz piłkarski. Kyle był miły i wymagał bardzo niewielkiego wysiłku konwersacyjnego. Thomas nauczył się to doceniać.

Dzisiejsza trasa biegła na zachód: Bethnal Green, Spitalfields, Shoreditch — miasto rozkładało swoje zwyczajowe sprzeczności, gdy przebijał się przez poranny ruch. Minął polską piekarnię na Brick Lane, obok której przechodził większość dni, nie wchodząc do środka. Nie dlatego, że chleb był niedobry — był, czuł go z chodnika, ten szczególny zapach żyta i ciepła, który przenosił go wprost do kuchni babci w Krakowie — ale dlatego, że cztery funty pięćdziesiąt pensów za bochenek to cztery funty pięćdziesiąt pensów, i nauczył się być precyzyjny w kwestii czterech funtów pięćdziesięciu pensów.

Jego babcia, Helena Kamińska, zmarła, gdy Thomas miał dwanaście lat. Mieszkała w mieszkaniu w krakowskiej dzielnicy Podgórze, na trzecim piętrze budynku z zielonymi drzwiami i zepsutym domofonem. Odwiedził ją trzy razy w życiu: raz jako małe dziecko, raz gdy miał siedem lat, i raz gdy miał jedenaście — lato przed jej śmiercią. Karmiła go barszczem i kazała mu siedzieć przy kuchennym stole, podczas gdy rozmawiała — długie, niespieszne rozmowy, które rozumiał jedynie częściowo, gdyż jego polski był funkcjonalny, ale nie biegły, a jej — powolny, staranny polski kogoś przyzwyczajonego do tego, że się go słucha.

Była niską kobietą o bardzo bezpośrednim spojrzeniu. Podczas jego ostatniej wizyty, przez długą, nieruchomą chwilę patrzyła na niego przez kuchenny stół, jakby robiła rachunek sumienia, a następnie sięgnęła do kieszeni swetra i położyła między nimi coś.

Pierścień. Srebrny, prosty, lekko wytarty na obwodzie, metal wygładzony przy krawędziach od długiego użytkowania. Nie był ozdobny — żadnych kamieni, żadnych grawerunków, żadnych oznaczeń, które jedenastolatek byłby w stanie zidentyfikować — a jednak było w nim coś, co kazało mu spojrzeć po raz drugi. Srebro miało jakość, której nie potrafił nazwać: głębię, jakby metal skrywał w sobie coś w taki sposób, w jaki głęboka woda kryje ciemność. Leżał na kuchennym stole między nimi i zdawał się — absurdalnie — ważyć więcej, niż wskazywałyby jego rozmiary.

— Noś to — powiedziała, przesuwając go przez stół. — Każdego dnia. Nie zdejmuj.

Zapytał dlaczego, tak jak jedenastolatki pytają dlaczego.

— To cię ochroni. Jesteś wyjątkowym chłopcem, Tomek. Bardziej, niż wiesz. Noś zawsze.

Skinął głową w sposób, w jaki dzieci kiwają głową, gdy nie rozumieją, ale czują, że chwila wymaga powagi. Patrzyła, jak zakłada pierścień na prawą rękę, i nie powiedziała już nic więcej na ten temat.

Umarła przed lutym. Udar, szybki i całkowity. Jego matka poleciała na pogrzeb. Thomas nie pojechał — miał dwanaście lat, a rodzice postanowili go od tego ochronić. Stał przy oknie kuchni ich domu w Salford i patrzył, jak pada deszcz, i czuł specyficzny smutek dziecka, któremu nie pozwolono pożegnać się jak należy.

Nadal nosił pierścień. Każdego dnia, zgodnie z poleceniem. Stał się dla niego tak zwyczajny jak własne dłonie — lekko chłodny przy skórze o poranku, niezbyt interesujący, po prostu będący.

Jadł lunch na ławce w Arnold Circus — zawijany kurczak z miejsca na Bethnal Green Road, któremu pozostał wierny z przyzwyczajenia i ze względu na cenę, Październik kończył się chłodem.

Myślał o czynszu, który był do zapłacenia w piątek.

Myślał o rozmowie kwalifikacyjnej w firmie na Canary Wharf trzy tygodnie temu i o ciszy, która nastąpiła potem.

Myślał, krótko i bez emocji, o Jess. Czternaście miesięcy razem — poznali się na przyjęciu pożegnalnym kolegi z Henderson & Clarke, wspólna taksówka do domu, potem kawa, potem stopniowe narastanie związku. Była miła i praktyczna, i byli ze sobą komfortowi w sposób właściwy ludziom, którzy dobrze się dogadują, lecz nie do końca iskrzą. Gdy przyszło zwolnienie, przez cztery miesiące była cierpliwa. W piątym miesiącu zaczęła mówić rzeczy w stylu: „Może powinieneś zrewidować swoje oczekiwania.” W szóstym miesiącu doszli, bez dramatów, do końca. Teraz była na Instagramie, zamieszczając zdjęcia z włoskich miast. Był rad, że w końcu podróżuje.

Gołębie w pobliżu ławki rozstrzygnęły jakiś spór. Thomas dojadł zawijańca i wrócił do roweru.

Popołudnie zabrało go na zachód. Sprzęt fotograficzny do studia w Clerkenwell. Dokumenty prawne do kancelarii na Farringdon. Miękka paczka w kształcie książki dla kobiety w Holborn, która otworzyła drzwi w okularach do czytania i przez chwilę — zaledwie przez chwilę — wyglądała na intensywnie rozczarowaną, że zamiast książki stoi w nich on.

Rozumiał ją doskonale.

Pod późnym popołudniem światło gasło tak, jak gaśnie w październiku — nagle, bez negocjacji. Droga powrotna do magazynu wiodła go wzdłuż skraju City, obok szklanych wieżowców, które zawsze zdawały mu się należeć do innego gatunku życia niż ten, który on sam aktualnie wiódł. Olympus Corp była wśród nich: wysoka, odblaskowa, rzucająca ostatnie zimne światło z powrotem ku niebu. W zeszłym miesiącu dostarczył tam przesyłkę. Sterylny hol, ochroniarz, który na niego nie spojrzał, recepcjonistka, która podpisała odbiór pakunku bez kontaktu wzrokowego.

Jutro miał zaplanowaną kolejną. Tym razem na piętro penthouse. Imię na trasówce: Robinson, E.

Odnotował je tak jak wszystkie inne i nie myślał o tym więcej.

Marcus siedział przy kuchennym stole, gdy Thomas wrócił, laptop otwarty, trzy puste puszki po napojach energetycznych ustawione obok z precyzją kogoś, kto gubił je z oczu jedną po drugiej. Zmienił koszulkę od rana, co Thomas uznał za oznakę produktywnego dnia.

— Jest mleko — powiedział Thomas, stawiając karton na blacie.

— Dzięki. — Marcus nie podniósł wzroku. — Jadłeś?

— Zawijany kurczak na lunch.

— To nie jest jedzenie, to przetrwanie.

Thomas zrobił makaron — czosnek, pomidory z puszki, suszone oregano — i zrobił go dla dwóch bez pytania. Marcus przeniósł się ze stołu na kanapę z laptopem i jadł, nie patrząc na jedzenie, co było jego standardowym sposobem jedzenia większości rzeczy. Na zewnątrz miasto układało się w nocną konfigurację: światła w mieszkaniach naprzeciwko, ktoś ćwiczący kiepsko na gitarze gdzieś powyżej, syrena kreśląca swój długi łuk przez ciemność.

Thomas zadzwonił do matki. Zapytała, czy je porządnie i czy myślał o logistyce. Powiedział, że tak i że „pomyślę.” Rozmawiali przez dwadzieścia minut o niczym szczególnym — sąsiedzi, nowa praca kuzyna, cena pociągu do Manchesteru. Tuż przed rozłączeniem się matka powiedziała, niemal mimochodem: — Masz tę komodę ustawioną prawidłowo? Nie przy żadnych grzejnikach? Powiedział, że tak. Nastała krótka cisza. — Dobrze — odezwała się. — Twoja babcia bardzo się tym przejmowała.

Słyszał już o tym, we fragmentach. Że Helena Kamińska, podczas ostatniej wizyty, którą jego matka złożyła w Krakowie, odciągnęła ją na bok przed odjazdem na lotnisko. Że ujęła obie jej dłonie w swoje ponad kuchennym stołem z popękaną ceratą i spojrzała na nią tymi bezpośrednimi, niespieszymi oczami. Że powiedziała: „Komoda idzie do Thomasa. Nie teraz — jest za mały — ale gdy będzie gotowy, gdy będzie miał gdzie ją postawić. Nie wolno jej sprzedawać. Nie wolno jej zostawiać. Zostaje w rodzinie, zawsze. Jest tak stara jak pierścień. Wie, gdzie należy.” Jego matka założyła, że to żal starszej kobiety, która wiedziała, że wkrótce umrze, i wyniosła mebel do rangi czegoś, czym nie był. Zabrała komodę. Nadała ją do przesyłki, gdy Thomas dostał mieszkanie. Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego tak skrupulatnie wykonuje te instrukcje, tylko że ostatnią rzeczą, którą Helena powiedziała, idąc ku drzwiom, było: „Obiecaj mi.” A obietnic złożonych Helenie Kamińskiej się nie łamało.

Po rozmowie siedział przez chwilę przy komodzie — ciemny dąb, ręcznie cięte złącza, mosiężne uchwyty wygładzone przez dotyk do tego stopnia, który sugerował stulecia dłoni robiących dokładnie to, co teraz robił jego: sięgały, cofały się, jakby sama komoda nad czymś rozmyślała. Spojrzał na zdjęcie stojące na jej wierzchu: Helena Kamińska przy kuchennym stole w Krakowie, gdzieś w latach siedemdziesiątych, śmiejąca się do kogoś poza kadrem z głową odrzuconą do tyłu. Wyglądała jak ktoś, kto wie bardzo wiele i uważa to w większości za zabawne.

Pierścień był chłodny na palcu, tak jak zawsze.

— Jesteś wyjątkowym chłopcem, Tomek. Bardziej, niż wiesz.

Zakładał, że miała to na myśli w sposób, w jaki babcie mają takie rzeczy na myśli. Jako miłość, przebraną w pewność.

Z kanapy Marcus zapytał, nie podnosząc wzroku:

— Znowu gapisz się w ścianę.

— Nie gapie się w ścianę.

— Gapisz się na komodę, a to w zasadzie to samo co ściana.

Thomas zgasił lampkę nad komodą. — Dobranoc, Marcus.

— Jutro ważna dostawa?

— Olympus Corp. Piętro penthouse.

Marcus wydał dźwięk, który mógł oznaczać uznanie albo sceptycyzm, i wrócił do ekranu.

Thomas poszedł spać.

Rozdział 2

Następnego dnia londyński deszcz smagał twarz Thomasa Ashtona, rozmywając neonowy blask Piccadilly Circus w akwarelowe smugi różu i błękitu.

Oparł się wiatru, mocniej ściskając wilgotną paczkę, jego oddech parował w zimnym powietrzu, gdy manewrował śliskimi ulicami na swoim zużytym motocyklu.

Dzisiejsza dostawa była do Olympus Corp — lśniącej szklanej wieży, która przebijała wiecznie zachmurzone niebo niczym kryształowy sztylet. Dostarczał tam już wcześniej: sterylna, bezosobowa recepcja, szybki podpis, bez kontaktu wzrokowego. Ochroniarze traktujący go, jakby był niewidzialny, recepcjonistki ledwo odrywające wzrok od ekranów. Kolejny trybik w maszynie nieustannej londyńskiej korporacyjnej maszynerii.

Ale tej nocy było inaczej.

Ochroniarz — przysadzisty mężczyzna ze zmęczonymi oczami i kilkudniowym zarostem — przepuścił go bez zwykłej kontroli: bez skanowania dowodu, bez żmudnych pytań o zawartość paczki. Winda sunęła go ku górze z niezwykłą płynnością, mijając piętra poświęcone mglistym departamentom o jeszcze mglistszych nazwach, wszystkie pokryte eleganckim chromowanym liternictwem: „Integracja Synergii”, „Zmiana Paradygmatu”, „Globalna Optymalizacja” i „Strategiczna Harmonizacja”. Korporacyjny żargon, który znaczy wszystko i nic jednocześnie.

Wreszcie dotarł na jej piętro penthouse. Winda mruknęła cicho i polerowane stalowe drzwi rozsunęły się, odsłaniając jedno słowo wyryte złotem: PREZES.

Recepcja była zupełnie inna niż wszystkie, które widział podczas miesięcy dostaw. Zamiast sterylnej estetyki bieli i szkła, dominującej na niższych piętrach, ta przestrzeń mogła się poszczycić bogatą ciemną boazerią, zdającą się pochłaniać światło, pluszowymi fotelami w głębokiej burgundii i pojedynczą, imponującą rzeźbą zwiniętego węża wyciosanego z czarnego marmuru, którego oczy zdawały się śledzić jego ruchy. W powietrzu unosił się delikatny zapach białych lilii i czegoś innego — czegoś metalicznego i osobliwie odurzającego — jak drogi perfum.

Okna od podłogi do sufitu oferowały dominujący widok na połyskliwą panoramę Londynu, światła miasta migoczące jak spadłe gwiazdy na ciemnym płótnie nocy. Deszcz spływał po szybie strużkami, wypaczając widok w abstrakcyjne wzory.

Za rozległym mahoniowym biurkiem siedziała kobieta, plecami do niego, wpatrzona w miejską panoramę z bezruchem posągu. Jej włosy — kaskada kruczego jedwabiu — opadały niemal do pasa w idealnych falach, połyskujących w otaczającym świetle. Miała na sobie prosty, elegancki czarny garnitur przylegający do jej sylwetki niczym płynny cień, tkanina tak delikatna, że zdawała się mienić z każdym subtelnym ruchem.

Odwróciła się, gdy odchrząknął — ruch płynny i celowy, niczym tancerka wykonująca wyćwiczony piruet.

— Pan Ashton? — Jej głos był niskim, melodyjnym brzmieniem, które zdawało się przez niego wibrować, rezonując w klatce piersiowej. Wyczuć w nim można było akcent — gdzieś europejski, być może, ale wyrafinowany ponad łatwe określenie.

Thomas przełknął ślinę, nagle uświadamiając sobie, że deszcz kapie z jego sfatygowanej skórzanej kurtki na nieskazitelną drewnianą podłogę. Jego zwykła pewność siebie wobec klientów wyparowała jak poranna mgła. — Tak, proszę pani. Dostawa dla… pani Robinson?

Jej usta wykrzywiły się w subtelny uśmiech, który w jakiś sposób był jednocześnie niewinny i pełen wiedzy. — Zgadza się. Jestem panią Robinson. Proszę, podejdź bliżej.

Usłuchał bez zastanowienia, wciągnięty przez oczy będące niemożliwą mieszaniną zieleni i złota, jak słońce przesączające się przez szmaragdową wodę. Było w nich jednak coś jeszcze — pradawna mądrość, która zdawała się przenikać do jego samej istoty, jakby mogła przeczytać każdą sekretną myśl, każde ukryte pragnienie, których nigdy nie ośmielił się wypowiedzieć.

Była starsza, niż początkowo sądził — może pod koniec trzydziestki albo po czterdziestce — lecz posiadała ponadczasowe piękno wymykające się łatwej kategoryzacji. Jej skóra była porcelanowo blada i nieskazitelna, barwy księżycowego światła na świeżym śniegu — nie bladość choroby, lecz czegoś, co nigdy nie potrzebowało słońca, czegoś, co niosło własną zimną świetlistość. Jej kości policzkowe były dość ostre, mogłyby ciąć szkło, rzucając małe cienie pod sobą, nadające jej twarzy rzeźbiarski charakter, jakby została wykuta, a nie urodzona. Linia szczęki była czysta i precyzyjna. Nos prosty, arystokratyczny — ten rodzaj, który należy do portretów renesansowych. A jej usta — Thomas stwierdził, że nie może od nich oderwać wzroku z powodów, których nie potrafił do końca wyjaśnić. Jej wargi były pełne i głęboko zabarwione — ciemna róża niewymagająca kosmetyków — dolna warga nieco pełniejsza od górnej w sposób, który sprawiał, że cały wyraz twarzy zdawał się na stałe stać na krawędzi czegoś niewypowiedzianego. Gdy mówiła, ruch tych warg był celowy, niemal zbyt kontrolowany, jakby była bardzo świadoma ich efektu. Na szyi nosiła antyczny naszyjnik — ciemny kamień hematytowy osadzony w misternej srebrnej filigranie, który zdawał się pulsować własną wewnętrzną ciemnością.

— Jest pan przemoczony do suchej nitki — zauważyła, wstając z krzesła z drapieżną gracją. — Jak strasznie nieuprzejmie z mojej strony, że kazałam panu czekać w tych mokrych ubraniach.

Thomas stał jak wryty, gdy obchodziła biurko, jej obcasy stukały o wypolerowaną podłogę hipnotycznym rytmem. Była wyższa, niż się spodziewał — niemal dorównując mu wzrostem — i poruszała się z płynną pewnością siebie kogoś przyzwyczajonego do absolutnej władzy. Jej figura była niezwykła — nie w przesadzony sposób okładek magazynów, lecz z jakością absolutnej precyzji, jakby każda proporcja była przemyślana i udoskonalona przez bardzo długi czas. Pod czarnym garniturem jej ramiona były proste i wąskie, talia niemożliwie zarysowana, tkanina podążała za krzywizną bioder z intymnością, która kazała mu odwrócić wzrok, a następnie — mimo woli — spojrzeć znowu. Jej dłonie sugerujące jednocześnie delikatność i niebezpieczne możliwości, zdolne do niezwykłej czułości i, jak jakoś wyczuwał, niezwykłej przemocy. Paznokcie, pomalowane kolorem zaschniętej krwi, łapały blask lampy, gdy się poruszała. Gdy w końcu podeszła tak blisko, że mógł poczuć ciepło promieniujące z jej skóry — nie ciepło ciała dokładnie, lecz coś starszego i dziwniejszego, jak stanie przy ogniu płonącym bez paliwa — Thomas poczuł znowu ten subtelny zapach: biała lilia i coś metalicznego pod spodem, jak deszcz na pradawnym kamieniu.

— Ja… powinienem tylko zdobyć podpis i… — zaczął, lecz uciszyła go uniesieniem dłoni.

— Nonsens — mruknęła, podchodząc bliżej, aż poczuł jej perfumy — coś drogiego i odurzającego, co przyprawiało go o zawrót głowy. — Jest po godzinach pracy, panie Ashton. Nie ma powodu się spieszyć. Poza tym… — Wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia, jej palce przesuwały się po mokrej skórze kurtki. — Tak rzadko mam okazję spotykać interesujących ludzi w mojej branży.

Thomas poczuł, jak tam, gdzie go dotknęła, rozkwita ciepło, pomimo chłodu jego przemoczonych ubrań. Jej palce przesunęły się wzdłuż jego przedramienia z powolnością, która zdawała się w pełni zamierzona, jakby przez skórę coś czytała — czytała jego, katalogowała go, w sposób, w jaki ogląda się coś wartościowego, zanim zdecyduje się, czy nabyć. Sam dotyk był lekki, ledwo wyczuwalny, a jednak czuł go tak, jak czuje się ostrze przyciśnięte płasko do skóry: niebolące, lecz niemożliwe do zignorowania. Jej bliskość była przytłaczająca, wypełniała jego zmysły, aż ledwo mógł myśleć racjonalnie. — Jestem tylko kurierem — zdołał powiedzieć, jego głos był bardziej szorstki niż zamierzał.

— Tylko kurierem — powtórzyła, jej uśmiech poszerzył się, odsłaniając nieskazitelnie białe zęby. — Jak zachwycająco skromne. Choć podejrzewam, że w Thomasie Ashtonie jest znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Teraz przeszła za niego i poczuł jej obecność jak fizyczny ciężar, jej oddech ciepły przy jego szyi, gdy pomagała mu zdjąć kurtkę. Ten prosty gest wydawał się intymny, naładowany elektrycznością mrowiącą skórę.

— Powiedz mi, Thomas — szepnęła, jej głos jak jedwab przy jego uchu — czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to by było wyjść poza swoje zwyczajne życie? Doświadczyć czegoś… niezwykłego?

Thomas zastał się kiwającym głową, zanim zdołał się powstrzymać, zahipnotyzowany czarem, który zdawała się wokół niego snuć. Paczka w jego rękach nagle stała się ciężka, zapomniana, jakby należała do zupełnie innego świata — świata przyziemnych trosk i zwykłych problemów, który zdawał się niemożliwie odległy od tej chwili, tej kobiety, tej odurzającej możliwości czegoś więcej.

Pani Robinson krążyła wokół Thomasa jak drapieżnik mierzący swoją ofiarę, jej szmaragdowe oczy błyszczały niemal dzikim głodem. Przez lata udoskonaliła ten taniec — stopniowe niszczenie woli, staranne manipulowanie pragnieniem i wrażliwością. Młodzi mężczyźni byli jej specjalnością, ich gorliwość i niedoświadczenie czyniły ich rozkosznie podatnymi.

— Drżysz — zauważyła, jej głos opadł do szeptu, gdy się zbliżyła. — Zimno ci? A może to coś zupełnie innego?

Thomas spróbował cofnąć się, lecz znalazł się przyciśnięty do masywnego mahoniowego biurka. Paczka wyślizgnęła się z jego drętwiejących palców, zapomniana na wypolerowanej powierzchni. — Ja… powinienem już iść. Mój przełożony będzie oczekiwał…

— Twój przełożony — przerwała z gardłowym śmiechem — pracuje dla firmy, której Olympus Corp posiada trzy spółki-przykrywki. Jeden telefon ode mnie, i nigdy więcej nie musiałbyś się martwić o żadną dostawę. — Jej palce śledziły krawędź jego kołnierzyka, ledwo dotykając skóry, lecz posyłając przez jego układ nerwowy elektryczne wstrząsy. — Czy to nie byłoby miłe, Thomas? Koniec z galopowaniem przez deszcz, koniec z klepaniem biedy za minimalną pensję?

Przycisnęła się bliżej, jej ciepło ciała promieniowało przez cienką tkaninę jego koszuli mundurowej. Thomas czuł, jak jego opór kruszy się między palcami jak piasek. Było w jej obecności coś odurzającego, coś, co czyniło racjonalne myślenie niemożliwym.

— Kolekcjonuję interesujące rzeczy — mruknęła, jej usta niemal muskając jego ucho. — Piękne rzeczy. Młode rzeczy. Rzeczy, które potrzebują… kierownictwa. — Jej dłoń spoczęła na jego piersi, dokładnie nad galopującym sercem. — Mogłabym się tobą tak dobrze opiekować, Thomas. Dać ci wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłeś.

Naszyjnik na jej szyi zdawał się pulsować ciemniejszą poświatą, a Thomas poczuł, jak jego wzrok lekko się zamazuje. Pokój kołysał się delikatnie, jakby przez wodę patrzył na wszystko dookoła. Jej perfumy wypełniły jego nozdrza, słodkie i duszące, przyprawiając go o zawrotny, słodki, odurzający błogostan.

— Tak — gawroniła, jej głos zdawał się dobiegać z bardzo daleka. — Po prostu się odpręż. Pozwól mi przejąć kontrolę. Tak długo się zmagałeś, prawda? Zmęczony podejmowaniem decyzji, zmęczony odpowiedzialnością za własne niepowodzenia. Czy nie byłoby łatwiej pozwolić komuś innemu decydować za ciebie?

Thomas kiwał głową jak we śnie, jego powieki robiły się ciężkie. Gdzieś w głębi jego umysłu mały głosik krzyczał ostrzeżenia, lecz zdawał się stłumiony, odległy. Uśmiech pani Robinson poszerzył się, gdy zauważyła, jak jego źrenice rozszerzają się, a postawa staje się bardziej uległa.

— Przez lata miałam tak wielu uroczych chłopców — szepnęła, a jej palce głaskały teraz jego policzek z władczą czułością. — Każdy myślał, że jest wyjątkowy, że jest inny. Ale wszyscy kończyli tak samo — wdzięczni za służenie, szczęśliwi w posłuszeństwie. Moja kolekcja pięknych, złamanych rzeczy.

Znowu przeszła za niego, jej dłonie przesunęły się po jego ramionach, ugniatając napięcie z mięśni z mistrzowską precyzją. — Będziesz żył w luksusie, Thomas. Penthouse, markowe ubrania, najwykwintniejsze jedzenie i wino. Wszystko, co musisz zrobić, to być moim. Całkowicie. Bez pytań. Bez zastrzeżeń.

Thomas poczuł, jak opiera się o nią, jego opór topnieje jak lód w ciepłej wodzie. Światła miasta za oknami zdawały się pulsować w rytm jego bicia serca, a głos pani Robinson stawał się hipnotyczną melodią owijającą się wokół jego świadomości jak jedwabne łańcuchy.

— Powiedz tak — szepnęła mu przy szyi, jej usta muskały skórę. — Powiedz, że będziesz mój.

Słowo formowało się na jego wargach — „Tak” — lecz gdy otwierał usta, by je wypowiedzieć, coś zimnego i metalicznego jakby sciskało jego palce. Pierścień.

Dotyk tego zwykłego przedmiotu był jak wiadro lodowatej wody. Przez ułamek sekundy zaklęcie się zachwiało i Thomas dostrzegł coś, co zamroziło mu krew w żyłach. W odbiciu deszczem zaciekłej szyby zobaczył prawdziwą twarz pani Robinson — jej uśmiech był zbyt szeroki, a jej oczy… jej oczy były całkowicie czarne, jakby patrzyły w przepaść.

— Powiedziałam tak — nakazała, jej głos przybrał pozaziemski rezonans, który zdawał się wibrować przez jego kości.

Lecz chwila przytomności wystarczyła. Thomas obrócił się gwałtownie, wyrywając się z jej uścisku. Pokój wyostrzył się z powrotem, senny zamęt opadł jak poranna mgła. Piękna fasada pani Robinson zamigotała, odsłaniając pod spodem coś pradawnego i głodnego.

— Nie możesz odejść — syknęła. Jej głos był teraz wielowarstwowy, harmoniczny, raniący uszy. — Zbyt wiele zobaczyłeś. Należysz teraz do mnie.

Thomas zataczał się w stronę windy, jego nogi były słabe i niepewne. — Ja… muszę iść. Przepraszam, ale muszę iść.

— Thomas! — Jej głos strzelił jak bicz i poczuł niewidzialną siłę próbującą wciągnąć go z powrotem. Naszyjnik na jej szyi zapłon złowrogim blaskiem.

I wtedy stało się coś dziwnego. Srebrny pierścień na jego prawej dłoni — ten, który babcia wcisnęła mu w dłoń ostatni raz, gdy ją widział, szepczą po polsku, że będzie go chronił — stał się zimny przy skórze. Nie. Nie zimny dokładnie. Przybrał inną jakość zimna: zimno starego żelaza, czegoś, co spało głęboko w nim i właśnie otwierało jedno oko.

Natarcie Eleanor zatrzymało się.

Coś przeszło przez nią, czego nie czuła od bardzo dawna. Nie był to strach — nie bała się od dziesięcioleci — lecz był temu bliski: zimne rozpoznanie, głęboko instynktowne, doznanie ujrzenia czegoś, co z pewnością należało do zupełnie innego stulecia. Pierścień. Zwykłe srebro, lekko wytarte na obwodzie, nic, co zwróciłoby czyjąkolwiek uwagę, kto nie wiedziałby, na co patrzy. Lecz Eleanor żyła trzysta lat i wiedziała. To szczególne srebro. Ten szczególny ciężar. Ta szczególna konfiguracja metalu, która przemawiała nie o kunszcie jubilerskim, lecz o czymś starszym — dziele, wiązaniu, kawałku wykutej intencji. Widziała już wcześniej podobny pierścień. Lub go czuła. Wspomnienie wynurzyło się z tak głębokiego miejsca, że nie potrafiła go umiejscowić: zimna izba, dym ze świec, kobieta o precyzyjnych oczach wciskająca coś w dłoń dziecka. Slowiańskie czarownice.

Krwawy Kamień przy jej szyi uderzył raz — jedno, głębokie bicie, jak drugie serce — i poczuła, jak sięga ku pierścieniowi niczym igła kompasu ku północy. Nie głód. Coś dziwniejszego od głodu. Coś, co można by nazwać tęsknotą, gdyby pozwoliła sobie na takie słowa. Lecz nie mogła myśleć jasno. Chłopak wciąż stał przed nią, jego oczy szeroko otwarte, twarz zaczerwieniona ze specyficzną grozą kogoś, kto właśnie zajrzał za zasłonę, i była zbyt skupiona na nim — na jego cieple, jego sile życiowej, na tym, jak jego puls wciąż grzmotał w przestrzeni między nimi — by podążyć za nicią pierścienia do miejsca, do którego prowadziła. Później, powiedziała sobie. Pomyśli o tym później. Pierścień był znajomy. Pierścień miał znaczenie. Lecz nie potrafiła powiedzieć, dlaczego, a Thomas Ashton wymykał się jej między palcami, i po raz pierwszy od trzystu lat Eleanor Robinson stwierdziła, że nie jest w stanie po prostu wziąć tego, po co przyszła.

To był zaledwie ułamek sekundy. Ale zobaczył to: jej oczy powędrowały na jego dłoń. Na pierścień. I coś przebiegło przez jej twarz, czego nie widział tam wcześniej — nie głód, nie rozbawienie, nie cierpliwość drapieżnika noszona przez nią jak płaszcz. Coś starszego. Coś, co wyglądało niemal jak rozpoznanie.

Potem zniknęło i znowu się poruszała, jej głos przeciął jak ostrze. Lecz pierścień wciąż był zimny na jego palcu. I jego nogi, wreszcie, się ruszyły.

Był już przy windzie, gorączkowo wciskając przycisk. Drzwi otworzyły się z cichym dźwiękiem, który brzmiał jak samo zbawienie. Wpadając do środka, złapał ostatnie spojrzenie na panią Robinson — jej piękna maska zsuwała się zupełnie, odsłaniając coś, co należało do koszmarów, a nie do sypialni.

— Możesz uciekać — zawołała za nim, jej głos podążał za nim w szyb windy — lecz nie możesz się ukryć. Wiem, gdzie mieszkasz, Thomas Ashton. Wiem o tobie wszystko. I zawsze odbieram to, co należy do mnie.

Drzwi windy zamknęły się z finalnością, która przypominała pieczętowanie grobu. Thomas opadł na ścianę, całe jego ciało trzęsło się, gdy kabina zjeżdżała w dół. Dopiero gdy wypadł przez drzwi holu na zimny londyński deszcz, pozwolił sobie odetchnąć.

Za nim, czterdzieści pięter wyżej, pani Robinson stała przy oknie, obserwując jego oddalającą się sylwetkę z cierpliwością czegoś, co czekało wieki i mogło czekać kolejne. Jej kolekcja była rozległa, lecz nigdy nie była całkiem kompletna.

A Thomas Ashton właśnie stał się jej najciekawszym projektem.

Polowanie zacznie się jutro.

Rozdział 3

Thomas siedział w swoim ciasnym mieszkaniu, wciąż drżąc trzy godziny po ucieczce z budynku Olympus Corp. Deszcz ustał, ale wciąż czuł na skórze widmowy dotyk palców pani Robinson, wciąż słyszał jej głos obiecujący mu wszystko, czego kiedykolwiek pragnął. W wieku dwudziestu siedmiu lat sądził, że jest już za stary na naiwność, ale coś w tej kobiecie sprawiło, że znowu poczuł się jak nastolatek — wrażliwy, desperacki i przerażająco skłonny do wyrzucenia wszystkiego za szansę zakosztowania czegoś lepszego.

Dostrzegł swoje odbicie w ciemnej szybie okna. Nieco ponad metr osiemdziesiąt, z sylwetką, którą Londyn ukształtował z konieczności, nie z próżności: szczupły i sprawny, szerokie ramiona po latach noszenia wypełnionej torby kurierskiej i manewrowania motocyklem w korkach, mięśnie widoczne na ramionach nie z siłowni, lecz z użytkowania. Twarz wymagająca drugiego spojrzenia — nie klasycznie przystojna, lecz złożona z rysów, które współgrały ze sobą lepiej, niż ktokolwiek miałby prawo oczekiwać. Prosty nos z lekkim garkiem na grzbiecie — pamiątka po upadku z roweru w wieku piętnastu lat, który nigdy nie został odpowiednio opatrzony. Szczęka zbyt kanciasta na chłopięcość, złagodzona przez usta spoczywające w naturalnym, nieświadomym lekkim ściągnięciu kącików — tego rodzaju, które skłania ludzi do myślenia, że jest smutny, gdy po prostu się zamyśla. Jego oczy miały szczególny odcień brązu — nie płaski, ciemny brąz znikający w półmroku, lecz ciepły, bursztynowy brąz łapiący światło i trzymający je, który jego była dziewczyna opisywała jako godny zaufania — oczy uczciwe, otwarte, nieumiejące zbyt wiele ukryć. Ciemnobrązowe włosy były teraz nieco za długie, lekko kręcące się z tyłu tam, gdzie deszcz je namoknął, i odgarniał je z czoła automatycznym gestem, który wykonywał od szkoły średniej. Twarz należąca do kawiarni albo sali wykładowej, nie do celownika korporacyjnego drapieżnika. Był przystojny w przystępny sposób, z tym rodzajem urody, który skłaniał starsze kobiety do opieki nad nim, a młodsze do randkowania z nim. Najwyraźniej przyciągał też nadprzyrodzone istoty.

Jego dłonie wciąż drżały, gdy sięgnął po telefon. Marcus był poza domem na całą noc — jakiś maraton kodowania u kolegi — ale był jedyną osobą, do której Thomas mógł zadzwonić w sprawie czegoś tak dziwacznego, kimś, kto nie zasugerowałby natychmiastowej wizyty w szpitalu psychiatrycznym.

— Marcus — powiedział, gdy przyjaciel odebrał. — Muszę z tobą porozmawiać. Właśnie stało mi się coś naprawdę dziwnego.

— Tommy stary! — Głos Marcusa trzeszczał przez telefon, w tle brzmiał znajomy dźwięk szybkiego pisania. — Daj zgadnę — kolejna katastrofa z dostawami? Przypadkowo wlazłeś w jakąś transakcję narkotykową?

— Marcus, mówię poważnie. To jest coś innego. Dostarczałem paczkę do pewnej firmy, Olympus Corp, i była tam kobieta…

— Oho, historia o kobiecie. To już ciekawsze niż twoje zwykłe opowieści o nieszczęściach.

Thomas chodził po małym mieszkaniu, przeczesując wilgotne włosy wolną ręką. — Była prezeską czy czymś w tym rodzaju, pani Robinson. Koło czterdziestki, piękna, ale było w niej coś… nie tak. Próbowała mnie uwieść, Marcus. Tam, w swoim biurze.

Stukot klawiatury urwał się. — Poczekaj, poczekaj. Piękna, potężna, dojrzała kobieta próbowała cię uwieść? I dzwonisz do mnie, bo…?

— Bo to nie było normalne! Oferowała mi wszystko — pieniądze, mieszkanie, ubrania, wygodne życie. Ale sposób, w jaki na mnie patrzyła, jakbym był jakąś… zabawką. I jej oczy, Marcus, gdy zobaczyłem jej odbicie w oknie, nie były ludzkie.

Marcus parsknął śmiechem, dźwięk był szorstki i niedowierzający przez głośnik telefonu. — Jezu Chryste, Tommy. Słyszysz siebie? Cudowna, bogata starsza kobieta chce być twoją sponsorką, a ty narzekasz? Masz pojęcie, ile facetów oddałoby wszystko za taką okazję?

— Nie słuchasz…

— Nie, to ty nie słuchasz! Przez miesiące ledwo wiążesz koniec z końcem, mieszkasz w tej budzie, jedziesz na ramen na obiad. A teraz jakaś bogata bizneswoman chce cię osadzić w luksusie, i ty martwisz się, że ma… co, dziwne oczy? Może nosi soczewki!

Thomas opadł na swoją wytartą kanapę, frustracja narastała w piersi. — To nie były tylko oczy, Marcus. Mówiła rzeczy… o kolekcjonowaniu młodych mężczyzn, o innych przed mną. I był ten naszyjnik, który nosiła, zdawał się świecić, i czułem, jakbym był hipnotyzowany albo coś w tym stylu.

— Hipnotyzowany — Marcus powtórzył beznamiętnie. — Tak. Słuchaj, kolego, myślę, że za dużo oglądasz horrorów. To brzmi jak fantazja każdego faceta, nie jakiś nadprzyrodzony thriller. Bogata kobieta, biuro penthouse, obietnice dobrego życia — gdzie dokładnie jest tu minus?

— Minusem jest to, że nie sądzę, żeby była człowiekiem! — wybuchnął Thomas. — Coś kontrolowało mój umysł, sprawiało, że chciałem mówić tak na wszystko, co sugerowała. A na końcu, gdy się wyrwałem, wyglądała… potwornie. Jak coś noszącego ludzką maskę.

Marcus przez chwilę milczał i Thomas słyszał, jak znowu pisze. — Dobra, podejdźmy do tego logicznie. Mówiłeś Olympus Corp, tak? Właśnie sprawdzam ich strukturę korporacyjną… Hmm, interesujące. Posiadają wiele spółek-przykrywek, głównie w sektorze hotelarskim i rozrywkowym. A prezeską jest… Eleanor Robinson. Czterdzieści dwa lata. Bez męża, bez dzieci. Majątek netto gdzieś powyżej pięćdziesięciu milionów funtów.

— Widzisz? To nie jest normalne, że ktoś w naszym wieku jest przez nią brany na cel…

— Tommy, masz dwadzieścia siedem lat, nie siedemnaście. Jesteś dorosłym mężczyzną. I szczerze? Patrząc na jej zdjęcie tutaj, jest absolutnie olśniewająca. Klasyczna uroda, typ kobiety, która mogłaby mieć każdego, kogo chce. Może po prostu lubi młodszych facetów — ta cała aura sąsiada z naprzeciwka, którą masz.

Thomas poczuł, jak żołądek mu opada. — Co masz na myśli, mówiąc aura sąsiada z naprzeciwka”?

— Daj spokój, wiesz, co mam na myśli. Masz tę całą niewinną, godną zaufania minę. Zadbany, wysportowany, ale nie przytłaczający, typ twarzy, który sprawia, że ludzie chcą się tobą opiekować. Nic dziwnego, że starsza kobieta mogłaby to uznać za atrakcyjne, zwłaszcza jeśli jest przyzwyczajona do obcowania z korporacyjnymi rekinami przez cały dzień.

— Ale czego ona chce w zamian, Marcus? Nikt nie oferuje komuś życia w luksusie za nic. Co jest w tym haczykiem?

Stukot klawiatury Marcusa zwolnił. — No cóż… znaczy, oczywiście, chciałaby towarzystwa. Kogoś do eskortowania jej na imprezy, może trochę… fizycznej intymności. Bogaci ludzie płacą za takie rzeczy cały czas. W zasadzie byłbyś utrzymankiem — ozdoba do ramienia z dodatkowymi świadczeniami.

— To jest prostytucja.

— To jest pragmatyzm. Słuchaj, Tommy, dam ci radę jako przyjaciel: zadzwoń do niej. Przeproś za to, że tak uciekłeś, i sprawdź, czy oferta nadal obowiązuje. Mógłbyś mieć zapewnione życie.

Thomas wpatrywał się w telefon z niedowierzaniem. — Myślisz, że powinienem do niej wrócić? Po tym, co ci właśnie powiedziałem?

— Myślę, że powinieneś przestać sabotować siebie. Od miesięcy się zmagasz, a teraz okazja dosłownie wchodzi w twoje życie ubrana w markowy garnitur i oferuje ci wszystko, czego kiedykolwiek chciałeś. Jeśli jej nie weźmiesz, jesteś idiotą.

— A jeśli ją wezmę i okaże się, że jest jakimś… nie wiem, demonem albo czymś?

Marcus znowu się roześmiał. — To będziesz bardzo dobrze ubraną zabawką demona. Bywają gorsze losy, kolego.

Thomas rozłączył się, bardziej sfrustrowany niż gdy zaczynał rozmowę. Beztroskie zignorowanie jego obaw przez przyjaciela sprawiło tylko, że poczuł się jeszcze bardziej odosobniony. Marcus nie mógł zrozumieć, bo tam nie był, nie czuł przytłaczającego ciężaru obecności pani Robinson, nie widział głodu w tych niemożliwych oczach.

Lecz gdy mijały godziny i bezpośredni strach zaczął opadać, Thomas zaczął zastanawiać się, czy Marcus może mieć rację. Może wyobraził sobie te nadprzyrodzone elementy, jego umysł płatał mu figle z powodu stresu i wyczerpania. Może pani Robinson była po prostu samotną, zamożną kobietą, która nabrała upodobania do młodszych mężczyzn.

Może oferowano mu szansę życia, a on był zbyt paranoiczny, by ją wziąć.

Wizytówka, którą wcisnęła mu w dłoń przed jego ucieczką, wciąż była w kieszeni kurtki. Drogi papier, wytłaczane litery, jej prywatny numer zapisany na odwrocie eleganckim pismem.

Jeden telefon. To wszystko, czego by potrzebował.

Lecz gdy Thomas wpatrywał się w wizytówkę, nie mógł wyrzucić z głowy pamięci o jej ostatnich słowach: — Zawsze odbieram to, co należy do mnie.

Pytanie brzmiało: jaką cenę zapłaciłby za przynależność do kogoś takiego jak Eleanor Robinson?

I — co ważniejsze — czy nadal byłby sobą, gdy transakcja dobiegnie końca?

***

Następnego ranka Thomas siedział w swoim ciasnym mieszkaniu, po raz trzeci wpatrując się w telefon. Wizytówka, którą pani Robinson wślizgnęła do kieszeni jego kurtki, leżała na małym kuchennym stole jak jadowity wąż. Eleganckie czarne litery na kremowym papierze: Eleanor Robinson.

— Kombinujesz za bardzo, kolego — powiedział Marcus, wychodząc z łazienki z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. — Bogata starsza kobieta chcąca młodego faceta? To się teraz dzieje non stop. Połowa chłopaków z uniwersytetu to robi.

Thomas spojrzał na niego ostro. — Co masz na myśli?

Marcus wzruszył ramionami, grzebiąc w szufladzie w poszukiwaniu czystych ubrań. — Kuguarzyce, tak je nazywają. Odnoszące sukcesy bizneswomen są zbyt zajęte wspinaczką po szczeblach kariery, żeby zawracać sobie głowę związkami. Chcą fizyczności bez emocjonalnego bagażu. — Naciągnął koszulkę. — Mój kumpel Jake jest z jakąś prawniczką od sześciu miesięcy. Płaci jego czynsz, kupiła mu samochód i zabiera go na wakacje. Mówi, że to jest zajefajne — wszystkie korzyści, zero dramatów.

— Ale czy nie czujesz się wtedy… — Thomas szukał słów. — Jakbyś był używany? Jakbyś był tylko zabawką?

— No pewnie, że jesteś używany — zaśmiał się Marcus. — Ale ty używasz ich tak samo, prawda? Dostajesz zapłatę za spanie z atrakcyjnymi, odnoszącymi sukcesy kobietami? Dla mnie to brzmi jak wygrana. — Złapał klucze. — Poza tym świat się zmienił, nie? Kobiety są teraz potężne, prowadzą firmy, zarabiają krocie. Nie mają czasu na romantyzm — chcą tylko tego, czego chcą, kiedy chcą.

Thomas patrzył, jak kumpel wychodzi, a ta beztroska akceptacja całej sytuacji pozostawiła go z nieprzyjemnym uczuciem niepokoju. Może Marcus miał rację. Może był naiwny, staroświecki. Ale coś w pani Robinson było inne — mroczniejsze, bardziej niebezpieczne niż zwykły transakcyjny związek.

Rozdział 4

Czterdzieści pięter nad londyńskimi ulicami pani Robinson stała przed ścianą monitorów w swoim prywatnym gabinecie, każdy ekran pokazujący inny kąt budynku Thomasa. Jej palce okrążały krawędź kryształowego kieliszka wypełnionego czymś, co wyglądało jak wino, lecz pachniało metalicznie, pradawnie.

— Interesujący chłopiec — mruknęła do siebie, jej głos niósł podtony, które zmroziłyby Thomasowi krew w żyłach. — Bardzo interesujący rzeczywiście.

Grała w tę grę od dziesięcioleci — od stuleci, gdyby była ze sobą szczera co do swojej prawdziwej natury. Polowanie, uwiedzenie, stopniowe łamanie woli, aż kolejny młody mężczyzna dołączył do jej kolekcji. Każdy był rozkoszny na swój własny sposób, ich młodość i witalność karmiły coś głęboko w niej, czego zwykłe jedzenie nigdy nie mogło zaspokoić.

Młodzi mężczyźni. Zawsze młodzi mężczyźni. Nigdy nie był to przypadek — nigdy zwykła kwestia gustu czy preferencji. To była pamięć. To był rytuał. To była zemsta tak stara, że skamieniała w instynkt.

Bo kiedyś, w życiu tak odległym, że mogło równie dobrze należeć do kogoś innego, była Jeleną — niewolnicą w Imperium Osmańskim, własnością mężczyzn, którzy używali jej ciała i niszczyli jej ducha z beztroską kogoś łamiącego drewno na opał. Młodzi panowie z miękkimi dłońmi i twardymi oczami. Chłopcy ledwo starsi od niej, pijani odziedziczoną władzą, którzy wzywali ją do swoich komnat dla zabawy i nazywali to swoim prawem. Niektórzy z nich byli piękni. Nawet czarujący. I zupełnie bez litości.

Wciąż pamiętała ich twarze, po tych wszystkich stuleciach. To, jak śmiali się z jej bólu. To, jak ich młode, witalne ciała poruszały się z arogancją stworzeń wierzących, że świat istnieje dla ich konsumpcji. Pamiętała ich zapach — pot i tytoń, i wino — i to, jak ten zapach zlał się w jej pamięci ze smakiem własnej krwi, własnego milczenia, własnych połkniętych krzyków.

Dar Morany ją przeistoczył. Przysięga czarownic Kamińskich dała jej cel — poluj na drapieżniki, chroń niewinnych. Lecz przysięga nie mówiła nic o tym, kogo wybierała spośród winnych. Nic o tym, dlaczego jej głód zawsze, zawsze kierował się ku młodym mężczyznom z tym szczególnym połączeniem pewności siebie i okrucieństwa. Przysięga wymagała sprawiedliwości. Nie prosiła jej, by badała, dlaczego sprawiedliwość smakowała najsłodziej, gdy serwowana była z mężczyzn przypominających jej chłopców, którzy ją posiadali.

Każdy młody mężczyzna, który wpadał pod jej urok, był duchem noszącym twarz martwego pana. Każde poddanie się było korektą — historia przepisana na nowo, dziewczyna-niewolnica powstająca ponad synów panów, biorąca od nich to, co oni niegdyś wzięli od niej. Ich witalność wlewała się w nią jak ciepły miód, a wraz z nią przychodziło coś, czego przysięga nigdy nie precyzowała: wyszukana, straszliwa satysfakcja z obserwowania, jak arogancja zapada się w bezsilność. Z widzenia w ich szeroko otwartych, nic niepojmujących oczach tego samego zamętu, który kiedyś ona sama czuła na kamiennej posadzce w obcym mieście, zastanawiając się, jak świat może być jednocześnie tak okrutny i tak obojętny.

Lecz Thomas był inny. Wyjątkowy.

Ostatni chłopiec przed Thomasem miał na imię Jamie. Jamie Whitfield — dwadzieścia trzy lata, kurier rowerowy z Croydon z czupryną brązowych włosów i bezzębnym uśmiechem, który sprawiał, że wyglądał młodziej, niż był. Dostarczył paczkę do jej biura we wtorek po południu, a gdy ich palce zetknęły się przy przesyłce, poczuła znajomy przypływ jego siły życiowej — jasnej, ciepłej, nieskomplikowanej.

Jamie był słodki. Naprawdę słodki, w tym niezgrabnym, gorliwym sposobie właściwym młodym mężczyznom, którzy jeszcze nie nauczyli się ukrywać swoich uczuć za bufoniadą. Czerwienił się, gdy zbyt długo na niego patrzyła. Jąkał się, gdy pytała go o imię. Wrócił następnego dnia z kawą, którą dla niej kupił — flat white, bo zauważył kubek na jej biurku — i stanął w drzwiach z nadzieją i przerażeniem na twarzy chłopca proszącego dziewczynę do tańca po raz pierwszy.

Wpuściła go. Oczywiście, że wpuściła. Przysięga nie sprzeciwiła się — Jamie nie był drapieżnikiem, lecz wiązanie Krwawego Kamienia słabło od dziesięcioleci, strzępiąc się na krawędziach jak stara lina, i Eleanor nauczyła się przeciskać przez szczeliny. Mówiła sobie, że to nieszkodliwe. Zaledwie smak. Łyk. Nie wysączy go tak, jak wysączała handlarzy ludźmi i potwory. Weźmie tylko tyle, ile potrzeba, by się utrzymać, i zostawi go całym.

Nie zostawiła go całym.

W ciągu sześciu tygodni Jamie Whitfield przemienił się z jasnookiego młodego mężczyzny z planami oszczędzania na motocykl w pustą, ospałą powłokę, która ledwo pamiętała, dlaczego wstaje z łóżka. Przestał jeździć na rowerze. Przestał się uśmiechać. Znajomi mówili, że się zmienił — że coś z niego uszło, jakaś zasadnicza iskra. Jego matka dzwoniła na jego telefon i nie odbierał. Siedział w swoim mieszkaniu i wpatrywał się w ściany, i czekał — nie wiedząc na co — aż Eleanor zadzwoni.

Skończyła to cicho. Łagodne zwolnienie. Zamknięte drzwi. Jamie stał w korytarzu przed jej gabinetem z tą samą bezzębną twarzą, teraz wynędzniałą i bezradną, i pytał, co zrobił nie tak.

Nic, powiedziała mu. Nie zrobiłeś nic złego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 35.93