E-book
29.99 20
drukowana A5
79.99
Mleko brokatowe
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Mleko brokatowe


Objętość:
468 str.
ISBN:
978-83-8467-542-7
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99

Bohaterowie

Ruben — rudowłosy, umięśniony mleczarz, miłośnik różu i męskiej urody, który marzy o życiu ciekawszym niż codzienne rozwożenie nabiału.

Ciotka Pamela (Roman Pamuła) — siedemdziesięciojednoletnia drag queen, lokalna legenda, królowa ciętej riposty i ekstrawagancji, która nie zamierza starzeć się dyskretnie.

Leon — trzydziestosiedmioletni księgowy mleczarni, spokojny, inteligentny i obdarzony suchym poczuciem humoru, stanowiący wyraźny kontrast dla ekscentrycznych mieszkańców Różanego Zdroju.

Fabian — czterdziestosześcioletni właściciel kliniki medycyny estetycznej „Ostatnia Szansa”, który wierzy, że niemal każdy problem można rozwiązać odpowiednio dobranym zabiegiem.

Maurycy — ekscentryczny właściciel luksusowego butiku „La Bella Donna”, wielbiciel europejskiej mody, kosztownych zabiegów i wszystkiego, co pozwala oszukać upływ czasu.

Dorian — właściciel sklepu erotycznego „Grzechotnik”, przedsiębiorca z temperamentem rewolucjonisty, który potrafi zamienić podwyżkę ceny silikonowego penisa w sprawę społeczną.

Kordian — elegancki właściciel zakładu pogrzebowego „Wieczny Blask” i były partner Rubena, traktujący organizowanie pogrzebów z artystycznym rozmachem.

Brajan — influencer fitness, dla którego idealne ciało i internetowa popularność są jednocześnie źródłem utrzymania oraz niekończących się kompleksów.

Wiktor — trzydziestodziewięcioletni kulturysta i poeta, autor haiku o odżywkach białkowych, próbujący pogodzić imponującą muskulaturę z wrażliwą duszą.

Bogdan — ambitny szef mleczarni, dla którego niemal każdy nieoczekiwany zwrot wydarzeń stanowi potencjalną okazję biznesową.

Teresa — odpowiedzialna za jakość i procedury w mleczarni, rzeczowa pracownica, która próbuje zachować zdrowy rozsądek pośród coraz bardziej absurdalnych pomysłów współpracowników.

Kacper — młody, niedoświadczony pracownik mleczarni, którego obecność przypomina, że nawet najzwyklejszy dzień pracy może wymknąć się spod kontroli.

Michał — pracownik magazynu i dostaw, reprezentujący codzienną, znacznie mniej efektowną stronę funkcjonowania mleczarni.

Zenon Czerwiński — burmistrz Różanego Zdroju, niestrudzony miłośnik festiwali, przecinania wstęg i promowania miasta przy każdej możliwej okazji.

Mleczarz

Różany Zdrój budził się codziennie z głębokim przekonaniem, że jest miejscowością uzdrowiskową o znaczeniu europejskim, chociaż Europy nikt dotychczas o tym nie poinformował. Leżał gdzieś pomiędzy lasem, drogą wojewódzką i poczuciem krzywdy mieszkańców sąsiedniej gminy, która kilka lat wcześniej otrzymała dofinansowanie na aquapark. Przy wjeździe do miasta stała monumentalna brama z napisem „RÓŻANY ZDRÓJ — TU ODDYCHA CIAŁO I DUSZA”, przy czym litera „S” w słowie „DUSZA” nie świeciła od 2019 roku, dzięki czemu po zmroku miejscowość reklamowała się jako miejsce, w którym oddychało ciało i duża. Nikt nie wiedział, co właściwie miało być duże. Burmistrz uważał jednak, że niedopowiedzenie sprzyja turystyce, a poza tym naprawa instalacji elektrycznej kosztowałaby jedenaście tysięcy złotych, które można było przeznaczyć na kolejną edycję Festiwalu Różanego Kwiatu. Festiwal odbywał się w październiku, kiedy róże już nie kwitły, ponieważ organizatorzy otrzymywali wówczas korzystniejsze oferty wynajmu sceny i przenośnych toalet.

Miasteczko posiadało wszystko, czego człowiek potrzebował, żeby umrzeć zdrowym. Działały w nim trzy sanatoria, sześć gabinetów rehabilitacji, dziewięć salonów kosmetycznych, pijalnia wód mineralnych, tężnia solankowa przypominająca ogromną szopę na chrust oraz klinika medycyny estetycznej „Ostatnia Szansa”, której nazwa miała być żartem, dopóki nie przestała nim być. Centrum stanowił rynek wyłożony kostką w kolorze łososiowym, ponieważ poprzedni burmistrz zobaczył kiedyś łososia podczas służbowej wizyty w Norwegii i uznał go za symbol dobrobytu. Pośrodku rynku znajdowała się fontanna przedstawiająca nagiego amorka siedzącego na delfinie. Woda tryskała z miejsca, które od dwudziestu dwóch lat budziło kontrowersje, lecz żadna rada miejska nie miała odwagi sprecyzować tego w protokole. Oficjalnie więc tryskała „z dolnej części figury”, choć miejscowe dzieci, wykazujące znacznie większe zainteresowanie anatomią niż ich rodzice, określały ją mianem „sikającego grubasa”. Władze miasta kilkakrotnie próbowały przemianować fontannę na Źródło Miłości, ale mieszkańcy konsekwentnie odmawiali współpracy. Ostatecznie uznano, że każda miejscowość uzdrowiskowa potrzebuje atrakcji, która jednocześnie przyciąga turystów i kompromituje samorząd.

W Różanym Zdroju wszystko było trochę przesadne. Balkony uginały się pod ciężarem pelargonii, emerytki nosiły za dużo biżuterii, mężczyźni po czterdziestce używali zdecydowanie za dużo perfum, a psy posiadały garderoby większe niż przeciętne dziecko. Nawet kościół miał dwie wieże, chociaż architekt zaprojektował tylko jedną. Drugą ufundowała właścicielka hurtowni firan, ponieważ uważała, że pojedyncza wieża wygląda biednie i może odstraszać potencjalnych inwestorów. W miejscowej cukierni sprzedawano pączki z nadzieniem pistacjowym, malinowym, adwokatowym, różanym, dubajskim i „niespodzianką”, której składu personel odmawiał wyjaśnienia. Klub nocny „Lustro” reklamował się jako największy klub gejowski w powiecie, co było prawdą, ponieważ pozostawał jedynym. Otwierał się w czwartek o dwudziestej pierwszej, a zamykał w niedzielę rano albo wcześniej, jeśli właścicielowi spuchły nogi. Jego największą atrakcją była obrotowa kula dyskotekowa sprowadzona z Niemiec, która od kilku lat obracała się wyłącznie w jedną stronę i wydawała dźwięki przypominające agonię przemysłowej suszarki. Właściciel zapewniał, że to efekt zamierzony, symbolizujący jednostronność ludzkich pragnień. W rzeczywistości nie miał pieniędzy na nowy silnik.

I właśnie przez tę różową, napompowaną, pachnącą waniliowym odświeżaczem rzeczywistość przejeżdżał każdego ranka Ruben, człowiek, który nigdy nie zamierzał zostać mleczarzem, a już z pewnością nie planował zostać najbardziej rozpoznawalnym mleczarzem w historii swojego województwa. Jego życie było bowiem rezultatem serii decyzji podejmowanych pod wpływem chwilowego entuzjazmu, niewłaściwie ulokowanej ambicji i wyjątkowo korzystnego postępowania spadkowego. Kiedyś chciał zostać aktorem, później trenerem personalnym, następnie przez trzy miesiące planował otworzyć sklep z męską bielizną szytą wyłącznie z aksamitu, aż wreszcie odziedziczył po wuju połowę udziałów w lokalnej mleczarni i odkrył, że ludzie znacznie chętniej kupują od niego kefir, niż słuchają jego planów życiowych. Miał trzydzieści cztery lata, rude włosy, piegi rozsiane po nosie i ramionach oraz wąsy, których końce zakręcał codziennie rano z taką pieczołowitością, jakby od ich symetrii zależała równowaga geopolityczna świata. Wąsy były jego dumą, przekleństwem i jedyną częścią ciała, której nigdy nie rozważał poprawiać. Reszta stanowiła natomiast problem administracyjny, wymagający odpowiedniego planowania, znacznych nakładów finansowych i regularnych konsultacji z lustrem.

Ruben ćwiczył sześć razy w tygodniu i z biegiem lat osiągnął sylwetkę, która w normalnym mieście wzbudzałaby zainteresowanie, ale w Różanym Zdroju stanowiła rodzaj infrastruktury publicznej. Jego klatka piersiowa była ogromna, ramiona jeszcze większe, a pośladki doprowadziły kiedyś do zerwania szwu w spodniach podczas procesji Bożego Ciała, co do dziś wspominały trzy parafianki, choć każda z zupełnie innego powodu. Jedna uznała wydarzenie za obrazę uczuć religijnych, druga za dowód istnienia Boga, trzecia natomiast przez następne dwa tygodnie chodziła do kościoła wyłącznie na poranne msze, ponieważ Ruben właśnie wtedy pomagał proboszczowi przenosić ławki. Ubierał się konsekwentnie w róż. Nie dlatego, że chciał coś manifestować, protestować przeciwko heteronormatywności albo przypominać społeczeństwu o nieuchronnym końcu patriarchatu. Po prostu pewnego dnia odkrył, że wygląda w różowym zajebiście, i uznał dalsze poszukiwania estetyczne za stratę czasu. Jego szafa przypominała magazyn kostiumów do filmu o homoseksualnej rewolucji przeprowadzonej przez producentów waty cukrowej. Znajdowały się w niej różowe koszule, różowe szorty, różowe marynarki, różowe dresy, różowe kąpielówki i jedna czarna koszulka, którą kupił podczas wyjątkowo ciężkiego epizodu depresyjnego, trwającego mniej więcej czterdzieści minut.

Samochód dostawczy Rubena był starym elektrycznym pojazdem, który poprzedni właściciel pomalował na biało, lecz Ruben już po miesiącu przemalował go na pudrowy róż. Na drzwiach znajdował się napis „MLECZARNIA RÓŻANY ZDRÓJ — NABIAŁ Z CHARAKTEREM”, pod którym ktoś nocą dopisał markerem „I LAKTOZĄ”. Ruben zostawił dopisek, ponieważ uważał go za uczciwy, a ponadto nie zamierzał wydawać kolejnych pieniędzy na lakiernika. Z głośników samochodu płynęły stare dyskotekowe przeboje, na siedzeniu pasażera leżały kosmetyczka, trzy paragony, ręcznik z siłowni i samotny banan, którego Ruben woził od wtorku, nie mając serca ani go zjeść, ani wyrzucić. W schowku przechowywał prezerwatywy, zapasową ładowarkę, dwa batony proteinowe i fotografię z wakacji w Hiszpanii, przedstawiającą go w towarzystwie mężczyzny, którego imienia nie pamiętał, choć przez trzy miesiące uważał go za miłość swojego życia. Fotografia pozostała tam wyłącznie dlatego, że Ruben wyglądał na niej wyjątkowo korzystnie.

O szóstej czterdzieści pięć zatrzymał się przed sanatorium „Jutrzenka”, gdzie czekała na niego grupa kuracjuszek. Oficjalnie czekały na mleko. Ruben od dawna podejrzewał jednak, że mleko było tylko konstruktem społecznym pozwalającym sześciu kobietom po siedemdziesiątce obserwować, jak wysiada z samochodu. Tego ranka miał na sobie różowe ogrodniczki bez koszulki, ponieważ sierpień był upalny, a poza tym koszulki utrudniały mu życie. Kuracjuszki przyjęły jego pojawienie się z dyskretnym ożywieniem, które u jednej z nich spowodowało konieczność poprawienia aparatu słuchowego, choć nie padło jeszcze ani jedno słowo. Pani Halina, była nauczycielka biologii, przyglądała się jego ramionom z zainteresowaniem naukowca, który właśnie odkrył nowy gatunek ssaka, natomiast pani Teresa, wdowa po wojskowym, demonstracyjnie poprawiła dekolt, mimo że Ruben od kilku lat cierpliwie tłumaczył jej, iż interesują go wyłącznie mężczyźni. Teresa uważała to za szczegół techniczny, który można rozwiązać odpowiednio długim pobytem w sanatorium i domowym nalewem z pigwy.

— Panie Rubenie, a pan to się w ogóle nie męczy z tymi mięśniami? — zapytała Halina, obserwując, jak mężczyzna wyciąga z samochodu kolejną skrzynkę. — Bo ja mam zwyrodnienie kręgosłupa i lekarz zabronił mi dźwigać więcej niż pięć kilogramów. Pan wygląda, jakby nosił pan ze sobą ze trzydzieści, nawet kiedy pan niczego nie niesie.

— Pięćdziesiąt sześć, pani Halinko. Samych problemów psychicznych. Mięśnie mam dodatkowo — odpowiedział Ruben, mrugając do niej porozumiewawczo, po czym zarzucił sobie skrzynkę na ramię i ruszył w stronę wejścia. Kobiety odprowadzały go wzrokiem z powagą komisji egzaminacyjnej, która właśnie otrzymała pracę zasługującą na wyróżnienie, ale nie potrafi jeszcze uzasadnić swojej decyzji w sposób zgodny z regulaminem.

Wnosząc skrzynki do kuchni, Ruben zastanawiał się, czy człowiek może przeżyć całe życie, wykonując czynności, których nigdy nie planował wykonywać. Nie był nieszczęśliwy. To byłoby zbyt proste i zdecydowanie zbyt eleganckie rozwiązanie jego problemów. Był raczej permanentnie lekko rozczarowany, jak klient hotelu, któremu obiecano widok na morze, a przydzielono pokój wychodzący na boczną ścianę budynku, zza której przy odpowiednim wychyleniu można dostrzec kawałek wody. Miał mieszkanie, samochód i ciało, na które pracował tak ciężko, że czasami patrzył na nie w lustrze z większą wdzięcznością niż na własną osobowość. Miał kilkanaście tysięcy obserwujących w internecie, ponieważ zdjęcia rudego mleczarza bez koszulki okazały się interesować społeczeństwo znacznie bardziej niż jego opinie na temat kina francuskiego. Miał także matkę, która raz w tygodniu pytała, czy poznał już „jakiegoś normalnego chłopaka”, przy czym jej definicja normalności obejmowała dentystę, księgowego albo kogoś posiadającego własny garaż. Nie miał natomiast nikogo, komu chciałby rano powiedzieć, że źle spał, ani człowieka, którego obecność nie wymagałaby od niego nieustannego demonstrowania dobrego humoru, atrakcyjności fizycznej i wyjątkowo zadbanych wąsów. Myśl tę natychmiast uznał za pretensjonalną, kazał sobie przestać pierdolić i wrócił do samochodu, w którym akurat rozbrzmiewała piosenka o miłości trwającej wiecznie. Wyłączył radio, ponieważ pewne kłamstwa należało dawkować z umiarem.

Po sanatorium „Jutrzenka” przyszła kolej na sklep „U Krysi”, dwa pensjonaty, kawiarnię „Słodki Grzech” oraz klinikę Fabiana, która regularnie zamawiała mleko migdałowe, mimo że mleczarnia nie produkowała mleka migdałowego. Fabian twierdził, że zwykłe mleko źle wpływa na stan skóry jego klientek, ale zamawiał je dla siebie i pił prosto z butelki w pomieszczeniu gospodarczym. Ruben uważał, że człowiek ma prawo do hipokryzji, jeśli płaci faktury w terminie, dlatego nigdy tego nie komentował. Fabian wyszedł tego ranka przed klinikę w wielkich okularach przeciwsłonecznych i jedwabnym szlafroku, mimo że temperatura zbliżała się już do dwudziestu siedmiu stopni. Nie mógł normalnie mówić, ponieważ poprzedniego wieczoru przetestował na sobie nową metodę modelowania ust. Przekazał więc Rubenowi za pomocą gestów, pomruków i agresywnego wskazywania palcem, że chce sześć butelek zamiast czterech. Jego dolna warga wyglądała jak mebel tapicerowany, ale Ruben był człowiekiem tolerancyjnym i ograniczył swoją reakcję do bardzo powolnego mrugnięcia. Fabian również był człowiekiem tolerancyjnym, szczególnie wobec własnych błędów. Od dziesięciu lat poprawiał mieszkańcom Różanego Zdroju twarze, choć sam przestał pamiętać, jak wyglądała jego pierwotna. W poczekalni kliniki wisiało zdjęcie sprzed lat przedstawiające szczupłego bruneta o wąskich ustach i dużym nosie. Nowi klienci sądzili, że to zmarły założyciel placówki. Fabian nie wyprowadzał ich z błędu, ponieważ uważał swoją dawną twarz za etap larwalny, o którym nie powinno się wspominać w towarzystwie.

Tego ranka miał jednak znacznie poważniejszy problem. Telefon po raz trzeci nie rozpoznał jego twarzy, co Fabian przyjął osobiście, jakby urządzenie dopuściło się zdrady na tle seksualnym. Próbował już wszystkiego: podnosił brodę, opuszczał okulary, wciągał policzki i ustawiał twarz pod kątem, pod którym wyglądała najmniej współcześnie. Bez rezultatu. Ruben pozostawił go przed wejściem do kliniki, gdzie właściciel „Ostatniej Szansy” próbował właśnie odblokować telefon, wykonując serię min przypominających agonię egzotycznej ryby. Nie wiedział jeszcze, że za kilka dni Fabian stanie się jedną z twarzy ogólnopolskiego skandalu, choć samo określenie „jedna z twarzy” miało w jego przypadku wymiar problematyczny, ponieważ do końca tygodnia jego lewa brew znajdzie się prawie dwa centymetry wyżej niż prawa, a producenci systemów rozpoznawania twarzy zyskają kolejny argument za wprowadzeniem identyfikacji odciskiem palca.

O dziewiątej Ruben wrócił do mleczarni, mieszczącej się na obrzeżach miasteczka w budynku, który wyglądał tak, jakby ktoś zaprojektował go w latach osiemdziesiątych z myślą o przemysłowej produkcji smutku. Szary, prostokątny, z szeregiem małych okien i kominem, który od dawna niczego nie emitował, ponieważ unijne przepisy zabroniły mu emitować właściwie wszystko. Jedynym elementem wskazującym na współczesność był automat z kawą stojący przy wejściu. Automat pobierał dwa euro i wydawał ciecz o smaku gorącego rozwodu, lecz pracownicy nie mieli większego wyboru, ponieważ najbliższa kawiarnia znajdowała się trzy kilometry dalej, a kierowniczka zmiany uważała opuszczanie zakładu podczas przerwy za pierwszy krok do anarchii. Ruben zaparkował samochód przy rampie rozładunkowej i przez chwilę rozważał wypicie kolejnej kawy, ale dochodzące z hali produkcyjnej głosy sugerowały, że wydarzyło się coś wymagającego natychmiastowej interwencji człowieka posiadającego choćby częściowe udziały w przedsiębiorstwie.

W środku panował chaos. Pracownicy stali przy linii rozlewniczej, kierowniczka zmiany trzymała butelkę pod światło, a technik patrzył na nią, jakby właśnie otrzymał wyniki badań potwierdzające istnienie Boga. Ktoś wyłączył maszynę, na taśmie zatrzymało się kilkaset szklanych butelek świeżego mleka, a praktykant, który pracował w zakładzie dopiero od dwóch tygodni, sprawiał wrażenie człowieka gotowego złożyć wypowiedzenie, wyjechać do Portugalii i rozpocząć nowe życie pod fałszywym nazwiskiem. Ruben podszedł bliżej, wziął jedną z butelek i potrząsnął nią, nie rozumiejąc początkowo, dlaczego wszyscy wpatrują się w produkt, którego wygląd pozostawał niezmienny od kilkudziesięciu lat. Wtedy jednak zobaczył, że mleko błyszczy. Nie trochę, nie delikatnie i nie w sposób, który dałoby się zignorować przy odpowiednio słabym oświetleniu. Wewnątrz butelki wirowały tysiące mikroskopijnych drobinek odbijających światło różem, fioletem, srebrem i czymś, co Ruben określił w myślach jako kolor „jednorożec po rozwodzie”. Całość wyglądała jak napój przeznaczony dla księżniczek, kosmitów albo ludzi, którzy nie powinni podejmować decyzji finansowych po północy.

Nikt nie wiedział, skąd brokat się wziął. Technik podejrzewał zanieczyszczenie instalacji, kierowniczka sabotaż, księgowa praktykanta, ponieważ podejrzewała go o wszystko, od kradzieży spinaczy po kryzys demograficzny. Praktykant przysięgał, że niczego nie wsypał, choć jego wiarygodność osłabiał fakt, że miał brokat na policzku i właśnie usiłował usunąć go rękawem firmowego fartucha. Ruben stał pośrodku zamieszania, trzymając butelkę przed twarzą i obserwując, jak drobinki powoli opadają na dno. Niepokoiło go nie tyle samo zanieczyszczenie, ile fakt, że mleko wyglądało znacznie atrakcyjniej niż wszystkie produkty, które mleczarnia wypuściła na rynek w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Partię należało oczywiście zatrzymać, zbadać i zutylizować, jeśli okaże się niezdatna do spożycia. Trzeba było spisać protokół, zadzwonić do laboratorium i wykonać wszystkie te rozsądne, nudne czynności, dzięki którym cywilizacja różni się od wieczoru kawalerskiego. Ruben doskonale o tym wiedział, ponieważ od odziedziczenia udziałów zdążył już uczestniczyć w kilku kontrolach sanitarnych, dwóch szkoleniach dotyczących bezpieczeństwa żywności i jednej wyjątkowo upokarzającej rozmowie z urzędniczką, która uznała jego różowe ogrodniczki za odzież nieodpowiednią do kontaktu z produktami mleczarskimi.

Zrobił jednak zdjęcie. Ustawił butelkę na swojej klatce piersiowej, ponieważ nie miał pod ręką stołu, a jego klatka piersiowa była wystarczająco duża, żeby chwilowo pełnić funkcję mebla. W tle znalazły się różowe ogrodniczki, fragment rudego wąsa i przemysłowa lampa, której zimne światło nadawało całej kompozycji charakter taniej reklamy suplementów dla kulturystów. Zdjęcie było idiotyczne. Właśnie dlatego było idealne. Ruben wrzucił je do internetu z podpisem: „Mleko brokatowe. Bo zwykłe najwyraźniej było za mało pedalskie”, po czym schował telefon do kieszeni, zupełnie nieświadomy, że właśnie uruchomił proces, którego nie powstrzymają ani inspekcja sanitarna, ani lokalny samorząd, ani nawet jego matka, choć ta ostatnia wielokrotnie udowodniła, że potrafi ingerować w sprawy znajdujące się poza jej kompetencjami.

Po trzydziestu sekundach telefon zawibrował, potem ponownie i jeszcze raz, aż po pięciu minutach wibrował niemal bez przerwy. Po dziesięciu Ruben wyłączył dźwięk, a po dwudziestu fotografia miała kilka tysięcy polubień. Po godzinie udostępnił ją popularny profil modowy, co uruchomiło lawinę komentarzy, zapytań i propozycji współpracy, z których znaczna część nie miała nic wspólnego z przemysłem mleczarskim. Ktoś zapytał, gdzie można kupić mleko, ktoś inny napisał, że potrzebuje sześciu butelek na wesele, a pewien mężczyzna z Berlina chciał wiedzieć, czy mleczarnia realizuje wysyłkę do Niemiec. Influencerka z Warszawy ogłosiła, że produkt jest „estetycznym manifestem płynnej tożsamości”, chociaż Ruben nie miał pojęcia, co to znaczy, a mleko było pełnotłuste. W komentarzach pojawiły się także osoby przekonane, że brokatowe mleko stanowi dowód ostatecznego upadku zachodniej cywilizacji, choć żadna z nich nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego właśnie przemysł mleczarski miałby odpowiadać za jej kondycję moralną.

O jedenastej zadzwonił lokalny portal, kwadrans później radio, a o jedenastej trzydzieści siedem ktoś stworzył koszulkę z jego zdjęciem, nie pytając go o zgodę ani nie proponując udziału w zyskach. O dwunastej przed mleczarnią stały pierwsze dwie osoby pytające o możliwość zakupu brokatowego mleka, a kolejni internauci zaczęli oznaczać zakład na mapach, dodając recenzje produktu, którego nigdy nie próbowali. Ruben patrzył przez okno na kobietę w różowych okularach fotografującą się pod szarym budynkiem przedsiębiorstwa i po raz pierwszy poczuł lekki niepokój. Nie był to jeszcze strach, raczej przeczucie, że właśnie kopnął kamyk ze zbocza i za chwilę dowie się, czy poniżej znajduje się ścieżka, samochód, czy pieprzona wioska. Telefon znów zawibrował, ale tym razem wiadomość przysłał Dorian, właściciel „Grzechotnika”, sklepu erotycznego przy ulicy Zdrojowej. Pisał, że Ruben powinien natychmiast opatentować nazwę, zanim zrobi to jakaś korporacja, a poza tym ma poważniejszy problem, ponieważ właśnie otrzymał nowy cennik od dostawcy i jego najlepiej sprzedający się model silikonowego dildo podrożał z 57,90 do 79,99 euro. Dorian określił sytuację jako skurwysyństwo, zamach na klasę średnią oraz prawdopodobnie początek faszyzmu.

Ruben przeczytał wiadomość dwa razy, spojrzał na brokatowe mleko, a następnie na ludzi zbierających się przed mleczarnią. Nie wiedział jeszcze, że do końca miesiąca Dorian zorganizuje demonstrację, Fabian straci kontrolę nad połową własnej twarzy, burmistrz spróbuje uczynić z brokatowego mleka oficjalny symbol miasta, a on sam stanie się najbardziej rozpoznawalnym mleczarzem w Polsce i jednym z najbardziej samotnych mężczyzn w Różanym Zdroju. Na razie martwiło go jednak coś znacznie bardziej konkretnego. Podczas robienia zdjęcia brokat osiadł mu na sutku i za cholerę nie chciał zejść, choć Ruben próbował już usunąć go wodą, chusteczką nawilżającą i własną śliną. Ostatecznie uznał, że jeśli świat zamierza zrobić z niego ikonę homoseksualnego przemysłu mleczarskiego, będzie musiał zaakceptować również pewne niedogodności estetyczne. W końcu nie każdy człowiek otrzymuje możliwość zmiany swojego życia za pomocą jednej butelki mleka, szczególnie jeśli wcześniej przez dziesięć lat usiłował osiągnąć ten sam rezultat dzięki odpowiednio wyrzeźbionym pośladkom.

Twarz Fabiana

O trzynastej dwadzieścia trzy Fabian zrozumiał, że jego twarz przestała być częścią ciała, a stała się projektem znajdującym się w fazie poważnego opóźnienia, z przekroczonym budżetem i niejasnymi perspektywami zakończenia prac. Stał przed ogromnym lustrem w toalecie kliniki „Ostatnia Szansa” i próbował ustalić, kiedy dokładnie lewa brew rozpoczęła samodzielne życie. Jeszcze rano znajdowała się mniej więcej tam, gdzie przez tysiące lat ewolucji zwykły znajdować się brwi, teraz jednak przesunęła się wyraźnie w stronę skroni i tkwiła tam wysoko, napięta, zdumiona, niemal arystokratyczna. Prawa pozostawała na swoim miejscu, przez co twarz Fabiana wyrażała dwie sprzeczne emocje jednocześnie: jedna połowa była śmiertelnie znudzona, druga właśnie zobaczyła Matkę Boską wychodzącą z paczkomatu. Usta również nie zachowywały się właściwie. Dolna warga spuchła bardziej, niż przewidywał, natomiast prawy kącik ust nie reagował na polecenia, więc gdy Fabian próbował się uśmiechnąć, wyglądał jak człowiek, który dowiedział się o wygranej w loterii dokładnie w chwili, gdy ktoś poinformował go o śmierci matki. Najgorsze było jednak to, że nie mógł mieć pretensji do żadnego lekarza. Zabieg wykonał sobie sam poprzedniego wieczoru po dwóch kieliszkach prosecco, ponieważ uznał, że wieloletnie doświadczenie zawodowe i dobre oświetlenie wystarczająco zastępują trzeźwość. Trzeci kieliszek wypił już po wszystkim, celebrując rezultaty, których nie zdążył jeszcze zobaczyć w świetle dziennym. Wspomnienie tamtej satysfakcji wydawało mu się teraz równie odległe, jak jego własna twarz sprzed pierwszej operacji nosa.

Klinika „Ostatnia Szansa” zajmowała parter dawnego domu pogrzebowego, czego Fabian nigdy nie ukrywał, choć w materiałach reklamowych nazywał budynek „historyczną willą o tradycjach związanych z pielęgnacją ciała”. Uważał zresztą, że poprzednie przeznaczenie nieruchomości doskonale wpisuje się w charakter prowadzonej przez niego działalności. W obu przypadkach chodziło przecież o zapewnienie człowiekowi możliwie reprezentacyjnego wyglądu, z tą różnicą, że jego pacjenci zachowywali prawo do zgłaszania reklamacji. Wnętrze urządził tak, jak wyobrażał sobie pałac Marii Antoniny, gdyby Maria Antonina prowadziła profil na Instagramie, wykonywała wolumetrię i miała dostęp do nieoprocentowanego kredytu konsumenckiego. Ściany pomalowano na pudrowy róż, kanapy obito kremowym welurem, stoliki były złote, lampy kryształowe, a z sufitu w recepcji zwisał żyrandol tak wielki, że wysocy pacjenci instynktownie pochylali głowę. Na jednej ze ścian wisiał neon z napisem „POKOCHAJ SIEBIE”, pod którym Fabian sprzedawał zabiegi mające zmienić niemal każdą część osoby, którą należało pokochać. Nie dostrzegał w tym najmniejszej sprzeczności. Uważał wręcz, że miłość do siebie jest czymś wyjątkowo pięknym, pod warunkiem że człowiek nie popada w przesadę i potrafi uczciwie przyznać, iż jego broda mogłaby być bardziej zdecydowana, policzki nieco wyższe, a okolice oczu mniej komunikatywne w kwestii wieku biologicznego. W jego filozofii akceptacja własnego ciała stanowiła pierwszy etap przemiany, polegający na uświadomieniu sobie, jak wiele należałoby w nim zmienić. Drugi etap wymagał już podpisania zgody na zabieg i wpłacenia zaliczki.

Sam Fabian miał czterdzieści sześć lat, choć od pięciu podawał czterdzieści dwa, ponieważ właśnie w tym wieku czuł, że jego twarz osiągnęła najlepsze proporcje. Nie uważał tego za kłamstwo, tylko za korektę danych biologicznych. Data urodzenia widniejąca w dowodzie osobistym była dla niego opinią urzędnika, nie faktem. Był wysoki, szczupły, zawsze opalony i pachniał tak intensywnie, że jego wejście do pomieszczenia można było wykryć kilka sekund przed pojawieniem się ciała. Dawniej miał duży nos, wąskie usta, ciężkie powieki i twarz, którą matka określała jako „charakterną”. Wszystkich tych cech pozbył się z czasem z taką systematycznością, z jaką inni ludzie pozbywają się starych mebli. Nos zmniejszył, powieki podniósł, usta powiększył, policzki uwydatnił, żuchwę zaznaczył, podbródek wysunął, skronie wypełnił, a zmarszczki usunął z powierzchni twarzy tak skutecznie, że nawet podczas pogrzebu własnej matki wyglądał na umiarkowanie zainteresowanego cateringiem. Matka przed śmiercią zdążyła mu powiedzieć, że przypomina teraz bogatą Ormiankę, co Fabian odebrał jako komplement, choć nie był pewien, dlaczego akurat Ormiankę. Zresztą nigdy nie przywiązywał większej wagi do opinii kobiet, które nie korzystały z jego usług, a jego matka należała do tej szczególnie irytującej kategorii osób, które uważały, że twarz powinna starzeć się razem z właścicielem. Jej własna twarz była najlepszym dowodem na to, do jakich zaniedbań prowadzi podobna filozofia.

Telefon po raz szósty odmówił rozpoznania jego twarzy. Fabian trzymał aparat przed sobą, zmieniał kąty, odsuwał go, przybliżał, unosił brodę, opuszczał ją i w końcu zrobił coś, czego zabraniał wszystkim swoim pacjentkom: zaczął dotykać świeżo ostrzykniętej twarzy. Przesunął palcem po policzku, delikatnie nacisnął skroń, potem próbował sprowadzić lewą brew w dół, jakby była roletą. Nic z tego. Telefon pozostawał nieugięty, a Fabian poczuł się zdradzony przez technologię, której ufał bardziej niż większości ludzi. Urządzenie znało jego zdjęcia, kontakty, historię wyszukiwania, lokalizację, preferencje zakupowe i prawdopodobnie częstotliwość masturbacji, a mimo to spojrzało mu prosto w twarz i stwierdziło, że nie zna tego pana. Przez chwilę stał bez ruchu, po czym wpisał kod ręcznie, czując upokorzenie niemal egzystencjalne. Człowiek może zmienić się dla świata, pomyślał, ale nie powinien zmieniać się szybciej niż aktualizacja systemu operacyjnego. Otworzył przednią kamerę i wykonał siedemnaście zdjęć, z których każde wyglądało gorzej od poprzedniego. Na ósmym próbował unieść prawą brew, żeby dopasować ją do lewej, lecz osiągnął jedynie wyraz twarzy człowieka, któremu ktoś właśnie zaproponował udział w piramidzie finansowej. Na czternastym wyglądał już niemal normalnie, pod warunkiem że zasłoniło się mu ręką lewą połowę twarzy. Rozważał przez chwilę noszenie opaski na oko, ale szybko uznał, że nie po to inwestował w obie powieki, żeby teraz jedną ukrywać.

Za drzwiami toalety czekało pięcioro pacjentów, z których każde przyszło naprawić coś, co jeszcze niedawno uważało za zwyczajną część ciała. Pani Halina z sanatorium „Złota Jesień” chciała usunąć pionową zmarszczkę pomiędzy brwiami, którą nazywała rowem po mężu. Jej mąż nie żył od jedenastu lat, ale zmarszczka pozostała, co Halina uważała za ostatni dowód jego skurwysyństwa. Karol, instruktor zumby i właściciel dwóch kompletów legginsów w panterkę, przyszedł poprawić linię żuchwy, ponieważ anonimowa kobieta podczas transmisji internetowej napisała mu, że z profilu wygląda jak ziemniak. Karol nigdy wcześniej nie miał problemu ze swoją żuchwą, lecz od momentu przeczytania komentarza fotografował się wyłącznie en face i przestał siadać bokiem w restauracjach. Pani Genowefa przyszła po krem pod oczy, ale w ciągu dwudziestu minut oczekiwania zdążyła przeczytać trzy ulotki i dojść do wniosku, że potrzebuje również mezoterapii, wypełnienia doliny łez oraz czegoś o nazwie „lifting wampirzy”, choć słowo „wampirzy” przerażało ją na tyle, że jednocześnie chciała zabiegu i księdza. Piątym pacjentem był Maurycy, który nie potrzebował niczego konkretnego. Potrzebował młodości, a ponieważ nie mógł kupić jej legalnie, zamierzał przynajmniej zapłacić komuś, kto obieca mu jej przekonującą imitację.

Maurycy zbliżał się do sześćdziesiątki i od kilku miesięcy uważał tę informację za atak personalny. Nie rozumiał, dlaczego człowiek, który tyle inwestuje w siebie, nadal podlega tym samym prawom biologicznym co ktoś kupujący krem w dyskoncie. Prowadził butik „La Bella Donna”, chociaż większość jego klienteli stanowili mężczyźni, ponieważ sprzedawał tam wszystko, co błyszczało, szeleściło albo nie miało jasno określonego przeznaczenia. Można było kupić sztuczne futro, satynowy szlafrok, pasek z kryształkami, perfumy pachnące wanilią i benzyną, kapelusz z woalką, męskie stringi ze złotym napisem „BOSS” oraz lampę w kształcie flaminga. Maurycy nazywał to modą europejską. Dwa razy był w Mediolanie, raz w Paryżu i siedem razy w Świnoujściu, przy czym właśnie Świnoujście uważał za najbardziej dekadenckie. Miał srebrne włosy zaczesane do tyłu, wielkie okulary, białe mokasyny i tak cienkie kostki, że ludzie mimowolnie martwili się o ich bezpieczeństwo. Od dwudziestu lat stosował dietę śródziemnomorską, która w jego interpretacji polegała na jedzeniu oliwek, piciu białego wina i unikaniu wszelkiej żywności kojarzącej mu się z polską zimą. Uważał się za człowieka światowego, co demonstrował, wtrącając do rozmów włoskie słowa, których znaczenia nie zawsze był pewien, oraz odnosząc się do własnego życia tak, jakby stanowiło ono część europejskiego dziedzictwa kulturowego zagrożonego przez inflację i źle dobrane obuwie.

Kiedy Fabian wreszcie wyszedł z toalety, Maurycy natychmiast zauważył brew. Nie skomentował jej jednak od razu, ponieważ posiadał rzadki rodzaj okrucieństwa wymagający najpierw dokładnej obserwacji. Obejrzał Fabiana z przodu, z boku, ponownie z przodu, po czym zdjął okulary i przyjrzał mu się z takim skupieniem, z jakim rzeczoznawca ogląda zabytkowy mebel po nieudanej renowacji. Fabian zaczął nerwowo poprawiać kołnierzyk jedwabnej koszuli, co było czynnością całkowicie zbędną, ale przynajmniej pozwalało mu zająć ręce.

— Kochanie, czy ty się ostatnio czymś zdenerwowałeś, czy właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowego nurtu w medycynie estetycznej? — zapytał Maurycy, przekrzywiając głowę. — Bo jeśli to drugie, to muszę ci powiedzieć, że asymetria może być przyszłością. Symetryczne twarze zaczynają wyglądać tanio. Każda idiotka może już sobie zrobić dwie identyczne brwi, natomiast jedna znajdująca się wyżej sugeruje indywidualizm, cierpienie i pieniądze. Wyglądasz trochę jak arystokrata, który właśnie dowiedział się, że służba ukradła mu srebra, ale nie zamierza robić z tego afery, ponieważ ma jeszcze złoto.

— To eksperyment — skłamał Fabian, starając się nadać swojej wypowiedzi ton człowieka, który doskonale kontroluje sytuację. — Pracuję nad pewną metodą. Bardzo indywidualną, właściwie autorską. Nie wszystko musi być przecież symetryczne. Natura również nie jest symetryczna, a jednak nikt nie kwestionuje jej osiągnięć.

— Natura produkuje także hemoroidy, ale jakoś nie widziałem jeszcze, żebyś umieścił je w katalogu zabiegów premium. Nie tłumacz mi się, skarbie, bo ja naprawdę widzę w tym potencjał. Gdybym miał taką brew, zrobiłbym z niej znak firmowy. Tylko musiałbyś pamiętać, żeby zawsze fotografować się z odpowiedniej strony. Wiesz, jak z krzywym penisem. Człowiek nie musi go prostować, wystarczy odpowiednio ustawić światło.

Fabian poczuł natychmiastową ulgę. Jeszcze minutę wcześniej uważał swoją twarz za komplikację pozabiegową, teraz zaczynał postrzegać ją jako trend, który przypadkiem wyprzedził. Taki właśnie był mechanizm działania „Ostatniej Szansy”: jeśli coś wyszło dobrze, było sukcesem; jeśli źle, należało nadać temu nazwę, przygotować odpowiednio elegancką broszurę i przekonać klienta, że uczestniczy w narodzinach nowej estetyki. Fabian zastanowił się nawet, czy nie nazwać asymetrycznego uniesienia brwi „efektem arystokratycznym”, ale powstrzymał się przed zapisaniem pomysłu, ponieważ Maurycy nie zakończył jeszcze analizy jego twarzy. Poza tym pod prawym okiem zaczynało pojawiać się lekkie zasinienie, które trudno byłoby wytłumaczyć jakimkolwiek nurtem artystycznym.

Maurycy przyszedł omówić lifting przed swoimi sześćdziesiątymi urodzinami, które miały odbyć się za trzy tygodnie w sali bankietowej „Perła Orientu”. Nie zamierzał obchodzić sześćdziesiątki z twarzą sześćdziesięciolatka, ponieważ uważał to za brak szacunku wobec gości. Chciał wyglądać młodziej, ale absolutnie naturalnie, co w jego rozumieniu oznaczało mniej więcej czterdzieści trzy lata, wysokie kości policzkowe, brak zmarszczek, pełniejsze usta i spojrzenie człowieka, który nigdy nie miał kredytu hipotecznego. Jednocześnie nalegał, żeby nikt nie zorientował się, że cokolwiek zrobił. Ludzie mieli wejść na salę, spojrzeć na niego i dojść do wniosku, że Maurycy w ciągu weekendu odmłodniał o siedemnaście lat dzięki wodzie, spacerom i dobremu nastawieniu. Fabian wysłuchał tych oczekiwań z zawodową powagą, choć wiedział, że ich realizacja wymagałaby raczej nekromancji niż medycyny estetycznej. Zaproponował więc pakiet nazwany „Odrodzenie Premium”, który kosztował tyle, że Maurycy przez chwilę wyglądał naprawdę młodziej, głównie wskutek szoku.

— Dziewięć tysięcy? Fabian, za dziewięć tysięcy to ja mogę polecieć do Turcji, zrobić sobie całą twarz, nowe zęby i jeszcze przywieźć dywan, który będzie wyglądał młodziej ode mnie. Musisz mi wyjaśnić, co dokładnie otrzymuję za tę kwotę, bo jeśli zamierzasz jedynie podciągnąć mi skórę, to równie dobrze mogę kupić dwie rolki taśmy klejącej i zatrudnić zdolną Ukrainkę.

— Otrzymujesz kompleksowy program odmładzający, indywidualnie dopasowany do twoich potrzeb, z uwzględnieniem struktury twarzy, naturalnych proporcji i długofalowej strategii przeciwstarzeniowej. Nie sprzedaję ci przecież zwykłego liftingu, Maurycy. Sprzedaję ci możliwość wejścia w nową dekadę życia z twarzą, która nie będzie ci o tej dekadzie nieustannie przypominać. To inwestycja w komfort psychiczny, wizerunek i pewność siebie, a tych rzeczy nie da się przeliczyć na pieniądze.

— Jak to się nie da? Przed chwilą przeliczyłeś je na dziewięć tysięcy. Poza tym, kochanie, ja już mam pewność siebie. Potrzebuję tylko twarzy, która będzie za nią nadążać. Nie chcę wejść na własne urodziny i wyglądać jak zamożna wdowa po trzech mężach, nawet jeśli pod względem finansowym byłoby to całkiem przyjemne. Chcę wejść jak człowiek, który nadal może poderwać dwudziestopięciolatka bez konieczności przedstawiania wyciągu z konta.

Fabian przysunął do siebie formularz konsultacyjny i zaczął zaznaczać obszary wymagające korekty, chociaż jego własny wygląd wyraźnie utrudniał mu zachowanie zawodowej wiarygodności. Maurycy obserwował jego ruchy z mieszaniną ciekawości i rosnącej podejrzliwości. Ostatecznie zgodził się na konsultację przedzabiegową i kilka mniej inwazyjnych procedur, lecz pełne „Odrodzenie Premium” postanowił odłożyć do czasu, aż Fabian odzyska kontrolę nad własną mimiką. Nie powiedział tego wprost, ponieważ był człowiekiem dobrze wychowanym, o ile dobre wychowanie nie wymagało rezygnacji z wyjątkowo celnego komentarza. Wychodząc z gabinetu, ucałował więc powietrze w pobliżu lewego policzka Fabiana i zapewnił go, że asymetria rzeczywiście może być przyszłością, pod warunkiem że przyszłość nie nadejdzie zbyt gwałtownie. Fabian odprowadził go wzrokiem, poprawił włosy i natychmiast sprawdził swoje odbicie w wygaszonym ekranie komputera. Lewa brew nadal spoglądała na świat z wysokości, która nie znajdowała uzasadnienia ani w anatomii, ani w jego osobistych planach.

W tym samym czasie, trzy ulice dalej, zdjęcie Rubena z butelką brokatowego mleka zaczęło żyć własnym życiem. Przed południem było żartem, po południu stawało się zjawiskiem, a wieczorem miało już własną estetykę, choć nadal nikt nie wiedział, czy zawartość butelki można bezpiecznie wypić. Internet nie potrzebował takich szczegółów. Zdjęcie przerabiano na plakaty, memy, awatary i grafiki, na których Ruben pojawiał się jako święty, marynarz, kowboj, anioł, komunista, kapitalista, znak zodiaku oraz naga alegoria nabiału. Ktoś stworzył hasło „HOMOGENIZOWANE, ALE NIE HETERO”, które w ciągu dwóch godzin znalazło się na koszulkach sprzedawanych przez sklep niemający żadnego związku z mleczarnią. Ktoś inny nazwał Rubena „patronem laktozy i złych decyzji”, a pewna graficzka z Poznania umieściła jego twarz na renesansowym obrazie przedstawiającym świętego Sebastiana, zastępując strzały butelkami kefiru. Największą popularność zdobyło jednak zdjęcie, na którym butelkę umieszczono pomiędzy jego piersiami i dodano napis „Pij odpowiedzialnie albo wcale nie bądź tchórzem”. Ruben patrzył na kolejne przeróbki z mieszaniną zachwytu i przerażenia, ponieważ internet właśnie udowadniał mu, że człowiek nie musi umrzeć, żeby stracić kontrolę nad własnym wizerunkiem. Szczególnie zaniepokoiła go wiadomość od producenta odżywek białkowych, który zaproponował mu współpracę reklamową pod warunkiem, że przez trzy miesiące nie będzie publicznie spożywał produktów konkurencji, w tym zwykłego mleka. Ruben, który zawodowo rozwoził mleko, uznał propozycję za doskonały przykład współczesnego kapitalizmu: systemu, w którym można zarobić znacznie więcej na niepiciu produktu niż na jego produkowaniu.

Tymczasem mleczarnia została oblężona przez ludzi pragnących kupić produkt, którego sprzedaż była zakazana. Kierowniczka produkcji próbowała tłumaczyć, że partia została zabezpieczona do badań, ale słowo „zakazana” tylko zwiększało zainteresowanie. Przed bramą pojawiła się kobieta z dwójką dzieci, dwóch młodych mężczyzn z Berlina, emerytowany nauczyciel chemii oraz dziewczyna prowadząca profil o zdrowym żywieniu, która zapytała, czy brokat jest organiczny. Ruben próbował wyjaśnić jej, że nie wie nawet, skąd się tam wziął, lecz dziewczyna uznała jego niewiedzę za element kampanii marketingowej. Po chwili nagrała film, w którym opowiadała obserwatorom, że tajemniczy producent z małego uzdrowiska „odmawia ujawnienia receptury”. Ruben stał kilka metrów dalej i palił papierosa, choć nie palił od czterech lat. Papierosa dał mu technik, który również nie palił, ale w sytuacjach kryzysowych nosił paczkę w kieszeni, ponieważ jego ojciec twierdził, że każdy porządny zakład przemysłowy powinien być przygotowany zarówno na pożar, jak i na papierosa po pożarze. W pewnym momencie do Rubena podeszła kobieta ubrana w lniany kombinezon, z włosami związanymi jedwabną apaszką i miną sugerującą, że od wielu lat nie jadła niczego, co mogłoby dostarczyć jej przyjemności. Zapytała, czy brokatowe mleko będzie dostępne również w wersji bezglutenowej. Ruben spojrzał na nią z niedowierzaniem, wyjaśnił cierpliwie, że zwykłe mleko nie zawiera glutenu, a następnie poprosił technika o kolejnego papierosa, choć dopiero co zgasił poprzedniego.

O szesnastej przyjechała lokalna telewizja, której reporterka była wyraźnie rozczarowana tym, że brokatowe mleko nie świeci w ciemności. Ruben musiał kilka razy tłumaczyć, że nie jest to nowy produkt, kampania społeczna ani manifest seksualny, tylko partia mleka, do której z niewiadomych powodów dostał się brokat. Reporterka konsekwentnie próbowała jednak nadać sprawie większy sens, ponieważ przypadkowe zanieczyszczenie instalacji nie brzmiało wystarczająco dobrze w wieczornych wiadomościach. Pytała o różnorodność, widzialność, tolerancję i znaczenie koloru różowego, aż Ruben zaczął podejrzewać, że gdyby powiedział, iż krowa nazywała się Judy Garland, kobieta dostałaby orgazmu zawodowego. W pewnym momencie poprosiła go, żeby jeszcze raz podniósł butelkę, spojrzał bezpośrednio w kamerę i powiedział, co jako homoseksualny przedsiębiorca chciałby przekazać mieszkańcom Polski. Ruben wyjaśnił, że przede wszystkim chciałby przekazać im informację o tymczasowym wstrzymaniu sprzedaży produktu, ponieważ nieznana substancja w artykułach spożywczych może stanowić zagrożenie dla zdrowia. Reporterka poprosiła jednak o coś bardziej osobistego, najlepiej wzruszającego, z odniesieniem do dzieciństwa i akceptacji własnej tożsamości. Ruben przez chwilę rozważał opowiedzenie jej o tym, jak w wieku jedenastu lat po raz pierwszy zobaczył nagiego mężczyznę w szatni basenowej, ale ostatecznie uznał, że nie chce dokładać kolejnego wspomnienia do narodowej debaty o nabiale.

— Czy uważa pan, że brokatowe mleko może stać się symbolem nowej, bardziej tolerancyjnej Polski? — zapytała reporterka z miną osoby, która właśnie sformułowała pytanie zasługujące na ogólnopolską nagrodę dziennikarską.

— Uważam, że mleko jest mlekiem, brokat brokatem, a ja chciałbym wrócić do pracy, zanim ktoś mnie pozwie za zatrucie pokarmowe. Jeżeli pani naprawdę potrzebuje jakiegoś symbolu, to proponuję zacząć od tego, że ludzie powinni kupować produkty spożywcze dopiero wtedy, kiedy wiadomo, co się w nich znajduje. To byłaby, kurwa, całkiem przyzwoita rewolucja.

Reporterka uśmiechnęła się profesjonalnie, chociaż wyraźnie nie była usatysfakcjonowana odpowiedzią. Materiał pokazano wieczorem pod tytułem „Tęczowa rewolucja w Różanym Zdroju”, choć w całej sprawie nie było ani tęczy, ani rewolucji. Telewizja zaprezentowała różowy samochód Rubena, jego umięśnione ramiona, butelkę mieniącego się mleka oraz trzy osoby zapytane na rynku o opinię. Emerytowany kolejarz uznał, że każdy może pić, co chce, byle nie za jego pieniądze. Kobieta z pudlem powiedziała, że chętnie spróbuje, jeśli produkt będzie bez laktozy. Trzecia rozmówczyni nie zrozumiała pytania i przez prawie minutę opowiadała o źle położonej kostce brukowej przy aptece. Jej wypowiedź skrócono do słów „to jest skandal”, dzięki czemu materiał zyskał potrzebny konflikt społeczny. W ciągu pół godziny pod filmem pojawiły się setki komentarzy ludzi, którzy zdążyli podzielić się na zwolenników i przeciwników mleka, którego żaden z nich nigdy nie pił. Ruben obejrzał reportaż dwa razy, przy czym za drugim razem wyłączył dźwięk, żeby sprawdzić, czy przynajmniej dobrze wygląda w telewizji. Doszedł do wniosku, że kamera dodaje mu około czterech kilogramów mięśni, co nieco poprawiło mu humor.

Burmistrz Zenon Czerwiński oglądał wiadomości podczas kolacji i natychmiast zrozumiał, że wydarzyło się coś, co można sfotografować. Był politykiem lokalnym starej szkoły, co w jego przypadku oznaczało przede wszystkim zamiłowanie do przecinania wstęg, okolicznościowych przemówień i przedsięwzięć, których sukces dało się przedstawić na kolorowej ulotce. Od sześciu lat próbował uczynić Różany Zdrój rozpoznawalnym poza granicami powiatu. Festiwal Róży zakończył się zatruciem pokarmowym po konkursie nalewek. Festiwal Zdrowia stracił głównego sponsora, kiedy właściciela firmy suplementacyjnej zatrzymano za dodawanie do preparatów substancji, które rzeczywiście powodowały utratę wagi, ale również zębów i kontaktu z rzeczywistością. Próba pobicia rekordu Polski w jednoczesnym piciu wody zdrojowej nie została uznana, ponieważ połowa uczestników dolała do kubków wódki, a jeden z radnych stracił przytomność jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem wydarzenia. Teraz jednak Zenon patrzył na ekran, na którym muskularny rudy mleczarz trzymał błyszczącą butelkę, i dostrzegł możliwość zorganizowania kolejnej imprezy promocyjnej. W przeciwieństwie do poprzednich przedsięwzięć tym razem nie trzeba było nawet wymyślać atrakcji. Atrakcja wymyśliła się sama, a mieszkańcy i internauci rozpoczęli już jej bezpłatną promocję.

Burmistrz wziął kartkę leżącą obok talerza i zapisał na niej kilka pomysłów. „Festiwal Mleka” wydał mu się zbyt zwyczajny, „Brokatowe Dni Różanego Zdroju” brzmiały lepiej, natomiast „Europejska Stolica Mleka” miała w sobie odpowiedni rozmach, choć żona zwróciła mu uwagę, że coś takiego prawdopodobnie nie istnieje. Zenon odpowiedział, że wszystko kiedyś nie istniało, zanim ktoś tego nie wymyślił, po czym zaczął zastanawiać się nad pomnikiem krowy. Wyobraził sobie różową krowę na rynku, może ze złotymi rogami, może podświetlaną nocą, która mogłaby stać się nowym symbolem miasta, przyciągać turystów i poprawiać statystyki odwiedzin. Żona zapytała, gdzie chciałby ją postawić, skoro na środku znajdował się już sikający amorek. Zenon uznał, że amorek jest starym symbolem i można go przesunąć. W swoich projektach promocyjnych nie przywiązywał się szczególnie do wcześniejszych decyzji samorządu, zwłaszcza gdy pojawiała się możliwość zdobycia nowych turystów. Przez chwilę rozważał również ustawienie przy fontannie ogromnej butelki brokatowego mleka, ale zrezygnował z pomysłu, ponieważ mogłoby to wyglądać zbyt prowokacyjnie w połączeniu z miejscem, z którego tryskała woda.

— Zenon, czy ty naprawdę zamierzasz wydać kolejne pieniądze na jakąś idiotyczną instalację, kiedy od trzech miesięcy nie działa oświetlenie przy cmentarzu, a ludzie wieczorami potykają się o własnych zmarłych? — zapytała żona, nakładając sobie drugą porcję ziemniaków. — Przecież nawet nie wiadomo, czy to mleko nadaje się do picia. Może ktoś tam wsypał truciznę, może to jakiś przemysłowy odpad, a ty już chcesz stawiać krowę ze złotymi rogami. Zadzwoń przynajmniej do tego mleczarza, zanim zaczniesz organizować kolejny festiwal. I nie rób z siebie idioty przed telewizją, bo po tej aferze z nalewkami do dziś nie mogę spokojnie wejść do fryzjera.

Zenon wysłuchał żony z cierpliwością człowieka przyzwyczajonego do tego, że największa opozycja polityczna zasiada przy jego własnym stole. Nie zamierzał jednak rezygnować z pomysłu. Wyobrażał już sobie konferencję prasową, wspólne zdjęcie z Rubenem i elegancko zaprojektowany folder promocyjny, w którym Różany Zdrój przedstawiono by jako miasto otwarte na nowoczesność, innowacje i wszelkie inicjatywy mogące przyciągnąć turystów. Postanowił następnego ranka zwołać nadzwyczajne spotkanie wydziału promocji. Zanim wrócił do kolacji, wysłał jeszcze wiadomość do swojej zastępczyni, prosząc o sprawdzenie, czy istnieją europejskie fundusze wspierające rozwój przemysłu mleczarskiego w kontekście różnorodności społecznej. Zastępczyni odpisała po kilku minutach, że prawdopodobnie nie, na co burmistrz polecił jej poszukać dokładniej.

Dorian natomiast nie oglądał wiadomości, ponieważ od dwóch godzin przeżywał własny kryzys gospodarczy. Siedział za ladą „Grzechotnika”, sklepu erotycznego położonego pomiędzy apteką a zakładem pogrzebowym, i analizował nowy cennik hurtowni. Lokalizacja sklepu zawsze wydawała mu się filozoficznie doskonała: najpierw człowiek próbował sobie pomóc, potem kupował leki, a na końcu i tak trafiał drzwi obok. Dorian był właścicielem „Grzechotnika” od jedenastu lat i traktował tę działalność z powagą bankiera centralnego. Wiedział, które produkty sprzedają się przed świętami, które po rozwodach, które podczas upałów, a które gwałtownie zyskują popularność po premierach określonych seriali. Prowadził arkusze kalkulacyjne, obserwował trendy i potrafił na podstawie sprzedaży lubrykantu ocenić, czy w mieście rozpoczął się sezon sanatoryjny. Nie uważał się za sprzedawcę gadżetów erotycznych. Uważał się za przedsiębiorcę działającego w sektorze przyjemności osobistej, choć kiedy był wkurwiony, mówił po prostu, że handluje kutasami. Jego sklep miał eleganckie, ciemnoczerwone ściany, półki z podświetlanym szkłem i niewielką strefę konsultacyjną, w której można było porozmawiać o produktach bez konieczności przekrzykiwania innych klientów. Na drzwiach wisiała tabliczka „U NAS PRZYJEMNOŚĆ NIE JEST LUKSUSEM”, co Dorian uważał za swoje największe osiągnięcie marketingowe, choć właśnie zaczynał podejrzewać, że wkrótce będzie zmuszony ją zdjąć.

Powodem jego wściekłości był model „Imperator Soft Touch”, od lat najlepiej sprzedający się produkt w sklepie. Nie był największy, najładniejszy ani najbardziej zaawansowany technologicznie, ale posiadał coś, co Dorian określał jako demokratyczne proporcje. Kupowali go studenci, małżeństwa, rozwodnicy, wdowy, mężczyźni, kobiety i jeden ksiądz, który za każdym razem twierdził, że bierze go na prezent. Dotąd „Imperator” kosztował 57,90 euro. Według nowego cennika cena detaliczna musiałaby wzrosnąć do 79,99. Dorian przeliczał marżę kilka razy, ponieważ za każdym razem miał nadzieję, że matematyka okaże się mniej bezwzględna, jeśli podejdzie do niej z innej strony. Nie okazała się. Siedemdziesiąt dziewięć euro i dziewięćdziesiąt dziewięć centów patrzyło na niego z kalkulatora jak wyrok, którego nie można zaskarżyć. Dorian postawił więc „Imperatora” na środku lady, przyjrzał mu się uważnie i przez dłuższą chwilę zastanawiał się, w którym dokładnie momencie europejski przemysł erotyczny postanowił zdradzić własnych konsumentów. Nie znajdował racjonalnego uzasadnienia dla tak drastycznej podwyżki. Produkt nie stał się przecież większy, inteligentniejszy ani bardziej zaangażowany emocjonalnie. Nie potrafił robić zakupów, nie płacił rachunków, nie rozumiał ludzkich problemów i z całą pewnością nie wymagał aktualizacji oprogramowania. Pozostawał dokładnie tym samym kawałkiem silikonu, który jeszcze kilka dni wcześniej kosztował znacznie mniej, co Dorian uznał za szczególnie obraźliwy przejaw gospodarczej bezczelności.

Nie był skąpy. Był ideowy, co jest znacznie bardziej niebezpieczne. Uważał, że istnieją towary, których ceny mogą rosnąć, oraz takie, które powinny pozostawać dostępne dla społeczeństwa bez względu na inflację, kursy walut i pazerność producentów. Do tej drugiej grupy zaliczał chleb, leki przeciwbólowe, kawę, prezerwatywy i podstawowe dildo dobrej jakości. Podwyżkę „Imperatora” potraktował więc nie jak zwykłą decyzję handlową, lecz jak zamach na pewien model cywilizacji. Zaczął wyobrażać sobie klientów stojących przed półką i rezygnujących z zakupu z powodów ekonomicznych. W jego głowie pojawił się obraz samotnego człowieka odkładającego produkt na miejsce, ponieważ musi zapłacić rachunek za prąd. Dorianowi zrobiło się autentycznie smutno, a ponieważ nie lubił smutku, natychmiast zamienił go we wkurwienie. Otworzył komputer, przygotował tabelę przedstawiającą historyczne ceny „Imperatora” i stworzył wykres, który zamierzał opublikować w internecie jako dowód postępującej degradacji standardów życia. Wykres wyglądał wyjątkowo dramatycznie, zwłaszcza że Dorian celowo zawęził skalę osi pionowej, aby podwyżka przypominała gospodarczy upadek całego kontynentu. Uważał, że liczby powinny nie tylko informować, lecz także budzić emocje, a jeśli nie potrafią tego zrobić samodzielnie, człowiek ma prawo im trochę pomóc.

Wtedy zobaczył w telefonie zdjęcie Rubena. Brokatowe mleko miało już dziesiątki tysięcy polubień, a ludzie pytali, gdzie można je kupić, mimo że nikt nie znał ceny, smaku ani składu. Dorian przez chwilę przyglądał się butelce, potem „Imperatorowi Soft Touch” stojącemu na półce w eleganckim czarnym pudełku, a następnie ponownie telefonowi. W jego głowie zaczęło łączyć się coś, co w rozsądnym człowieku nigdy nie powinno się połączyć: mleko, brokat, ekonomia i silikonowy penis. Pomyślał, że skoro społeczeństwo jest gotowe oszaleć z powodu błyszczącego nabiału, być może można je również zainteresować bardziej fundamentalnym problemem. Otworzył profil sklepu, opublikował wykres cenowy i napisał długi komentarz dotyczący prawa człowieka do przyjemności, skutków inflacji i społecznej odpowiedzialności producentów. Początkowo tekst miał charakter rzeczowy, ale już w trzecim akapicie Dorian porównał politykę cenową hurtowni do historycznych praktyk monopolistycznych, a w piątym zażądał systemowych gwarancji dostępności podstawowych artykułów erotycznych. Pod koniec wpisu był tak wzburzony, że zapowiedział możliwość zorganizowania demonstracji pod ratuszem, chociaż nie potrafił wyjaśnić, dlaczego samorząd miałby odpowiadać za cenę produktu sprowadzanego z zagranicy. Nie wiedział jeszcze, że za kilka dni rzeczywiście stanie przed urzędem z megafonem, za nim zgromadzi się kilkaset osób, a hasło dotyczące ceny dildo zostanie błędnie zinterpretowane przez część lokalnych działaczy jako protest przeciwko kapitalizmowi. Na razie patrzył z satysfakcją, jak pierwsze polubienia pojawiają się pod jego wpisem, i zastanawiał się, czy ruch społeczny, który właśnie próbował powołać do życia, powinien posiadać własne logo.

Wieczorem Fabian został sam w klinice. Pacjenci wyszli, recepcjonistka zgasiła światła, a automat do kawy przestał buczeć. W ciszy gabinetu jego twarz wydawała się jeszcze bardziej obca. Lewa brew nadal znajdowała się wyżej, usta wciąż nie chciały współpracować, a pod jednym okiem pojawiło się zasinienie, którego wcześniej nie zauważył. Fabian usiadł przed lustrem i przez dłuższą chwilę patrzył na siebie bez zawodowego filtra, bez analizowania proporcji, punktów wkłucia i możliwości korekty. Przez kilka sekund zobaczył człowieka w średnim wieku, który panicznie nie chciał zostać człowiekiem starszym, choć nigdy nie przyznałby tego głośno. Pomyślał, że może powinien już niczego nie poprawiać, pozwolić skórze opaść tam, gdzie chce, zmarszczkom pojawić się tam, gdzie mają ochotę, a własnej twarzy wrócić do roli twarzy zamiast niekończącego się remontu. Wspomniał matkę, która przez całe życie używała zwykłego kremu z drogerii i nigdy nie przejmowała się swoimi zmarszczkami, przynajmniej nie w takim stopniu, żeby płacić komuś za ich usunięcie. Przypomniał sobie również własne zdjęcia sprzed dwudziestu lat, które jeszcze niedawno wydawały mu się kompromitujące, a teraz zaczynały wyglądać jak fotografie zupełnie innego człowieka. Myśl, że mógłby zakończyć tę nieustanną przebudowę i pogodzić się z upływem czasu, była zaskakująco spokojna, niemal wyzwalająca. Fabian wytrzymał z nią prawie pół minuty.

Potem zrobił zdjęcie lewej brwi, powiększył je na ekranie i zaczął planować korektę na następny poranek. Niepokojące objawy przypomniały mu jednak, że tym razem powinien skonsultować się z innym specjalistą, zamiast przeprowadzać na sobie kolejny eksperyment, zwłaszcza że jego mimika wciąż nie wróciła do normy. Zapisał więc numer znajomego lekarza i postanowił zadzwonić do niego jeszcze tego wieczoru, choć świadomość, że będzie musiał przyznać się do nieudanego zabiegu, wywoływała u niego niemal fizyczny dyskomfort. Po drodze sprawdził wiadomości i zobaczył Rubena z brokatową butelką na klatce piersiowej. Uśmiechnął się odruchowo, a przynajmniej próbował, ponieważ tylko jedna strona ust wykonała polecenie. Nie wiedział jeszcze, że w ciągu kilku dni jego własna twarz również stanie się sławna, choć z powodów znacznie mniej przyjemnych niż umięśniona klatka mleczarza. Różany Zdrój miał bowiem tę szczególną właściwość, że nawet prywatne katastrofy prędzej czy później trafiały na rynek, najlepiej pomiędzy fontannę z sikającym amorkiem a stoisko z goframi. Kiedy już tam trafiały, mieszkańcy robili z nimi to, co potrafili najlepiej: najpierw się gapili, potem plotkowali, a na końcu próbowali na nich zarobić. Fabian przez dłuższą chwilę przyglądał się więc swojemu odbiciu, a następnie wyłączył światło i opuścił gabinet, zostawiając za sobą neon „POKOCHAJ SIEBIE”, który mimo zamknięcia kliniki nadal świecił nad recepcją. Był jedynym elementem tego budynku, który nigdy nie potrzebował korekty, a przynajmniej tak uważał Fabian, dopóki następnego ranka nie okaże się, że w napisie przepaliła się litera „S”, zmieniając jego wieloletnie przesłanie w coś znacznie mniej terapeutycznego.

Mleko

Następnego ranka Różany Zdrój obudził się homoseksualny, choć jeszcze poprzedniego wieczoru niczego podobnego nie planował. Stało się to bez uchwały rady miejskiej, konsultacji społecznych i zgody proboszcza, który dowiedział się o sprawie dopiero przy śniadaniu, kiedy gospodyni pokazała mu w telefonie zdjęcie Rubena trzymającego brokatową butelkę na wysokości piersi. Internet przez noc wykonał pracę, na którą miejscowym urzędnikom potrzeba byłoby trzech komisji, dwóch ekspertyz, przetargu i przynajmniej jednego zwolnienia lekarskiego: połączył mleko, róż, brokat, muskularnego rudego mężczyznę oraz słowo „homogenizowane” w jeden fenomen i ogłosił, że Różany Zdrój stał się miejscem narodzin pierwszego queerowego nabiału w Europie Środkowej. Nikt nie potrafił powiedzieć, kto pierwszy użył tego określenia, lecz o siódmej rano powtarzały je już portale, których redaktorzy jeszcze dzień wcześniej nie wiedzieli o istnieniu miasteczka. Ruben dowiedział się o własnym znaczeniu kulturowym, stojąc w kuchni w samych majtkach i mieszając kawę łyżeczką, którą chwilę wcześniej oblizał. Artykuł zatytułowany „Mleczarz, który rozbił heteronormę” informował, że jego spontaniczna akcja stanowi „przewrotną dekonstrukcję konserwatywnego imaginarium polskiej prowincji”. Ruben przeczytał to zdanie trzy razy, po czym sprawdził w internecie znaczenie słowa „imaginarium”, ponieważ początkowo podejrzewał, że chodzi o akwarium. Inny portal przedstawiał go jako przedsiębiorcę, który odważył się przełamać tabu związane z męskością i branżą spożywczą. Jeszcze inny sugerował, że za całym przedsięwzięciem stoi międzynarodowa organizacja promująca różnorodność, choć jedyną organizacją, z którą Ruben utrzymywał regularny kontakt, była miejscowa siłownia, gdzie od trzech miesięcy zalegał z opłatą za dodatkową szafkę.

Jego mieszkanie znajdowało się nad sklepem zoologicznym „Puszek” i wyglądało jak wnętrze urządzone przez człowieka, który bardzo chciał być minimalistą, ale nie umiał wyrzucać rzeczy. Ruben posiadał biały stół, białą kanapę i białe szafki, a następnie przez sześć lat wypełnił tę biel różowymi poduszkami, świecami, kubkami, plakatami, figurkami, ciężarkami, książkami, butami i przedmiotami kupowanymi pod wpływem chwilowego zachwytu, którego nie potrafił później odtworzyć. Na parapecie stała ceramiczna pantera w kolorze fuksji, której nie lubił, lecz kosztowała sto czterdzieści euro, więc nie pozwalał sobie jej nie lubić. Nad łóżkiem wisiał obraz przedstawiający półnagiego świętego Sebastiana, kupiony kiedyś na pchlim targu od kobiety przekonanej, że przedstawia młodego Jezusa. W łazience znajdowało się więcej kosmetyków niż ręczników, choć Ruben utrzymywał, że wszystkie są potrzebne, ponieważ rudy człowiek ma specyficzną skórę. Jego kolekcja perfum obejmowała zapachy o nazwach sugerujących rozwiązłość, wolność, luksus i włoską architekturę, a najdroższy flakon przechowywał w oryginalnym opakowaniu, ponieważ uważał, że butelka za dwieście euro powinna przynajmniej mieszkać we własnym domu. Jedynym naprawdę pustym miejscem była druga połowa łóżka. Tę przestrzeń urządzał od lat z niezwykłą konsekwencją, zostawiając na niej drugą poduszkę, której nigdy nie używał, i od czasu do czasu wyobrażając sobie, że pewnego ranka obudzi się obok człowieka, którego nie będzie musiał pytać, jak ma na imię.

Telefon leżał na stole i co kilka sekund pojawiało się na nim nowe powiadomienie. W ciągu nocy Ruben zyskał prawie sto tysięcy obserwujących, cztery propozycje współpracy reklamowej, trzy propozycje małżeństwa, kilkanaście propozycji seksualnych o różnym stopniu wykonalności oraz wiadomość od mężczyzny z Toronto, który chciał kupić jego używane skarpetki. Najbardziej zdumiewało Rubena, że człowiek ten od razu podał cenę, jakby uczestniczył w normalnej transakcji handlowej. Była to kwota wystarczająco wysoka, by przez moment spojrzał na swoje stopy i zaczął rozważać granice godności. Zastanawiał się nawet, czy skarpetki powinny być uprane, ale szybko odrzucił to pytanie, ponieważ obawiał się odpowiedzi. Kolejna wiadomość pochodziła od producenta bielizny, który proponował mu kampanię reklamową pod hasłem „Prawdziwy mężczyzna nie boi się różu”, pod warunkiem że Ruben zgodzi się wystąpić w samych slipach, a jego honorarium zostanie częściowo rozliczone w produktach. Jeszcze inna firma chciała wykorzystać jego wizerunek do promocji ekologicznych butelek wielokrotnego użytku, przekonując, że brokatowe mleko jest symbolem zrównoważonego rozwoju. Ruben nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób przypadkowe zanieczyszczenie przemysłowej instalacji miałoby uratować planetę, ale zaczynał dostrzegać, że współczesny marketing nie wymaga logicznych związków pomiędzy problemem a rozwiązaniem.

Odłożył telefon, ponieważ zaczynał odczuwać coś pomiędzy ekscytacją a nudnościami. Jeszcze dwa dni wcześniej był atrakcyjnym mleczarzem znanym głównie kuracjuszkom, bywalcom „Lustra” i ludziom obserwującym jego zdjęcia z siłowni, teraz natomiast obcy ludzie przypisywali mu poglądy, intencje i misję. Jedni dziękowali mu za odwagę, inni kazali spierdalać, jeszcze inni pytali, kiedy brokatowe mleko pojawi się w sprzedaży. Ruben miał ochotę odpowiedzieć wszystkim, że nie wykazał się żadną szczególną odwagą, tylko zrobił zdjęcie wadliwej partii nabiału, ale zaczynał rozumieć, że prawda jest najmniej atrakcyjną wersją wydarzeń. Najbardziej irytowały go wiadomości od ludzi, którzy zapewniali, że śledzą jego działalność od lat, choć jeszcze poprzedniego dnia nie wiedzieli, że istnieje. Jeden z nich napisał nawet, że zawsze podziwiał jego konsekwentną walkę o prawa mniejszości, co Ruben uznał za przesadę, ponieważ jego dotychczasowa działalność społeczna ograniczała się do uczestnictwa w dwóch paradach równości, z których jedną opuścił przed zakończeniem z powodu wyjątkowo atrakcyjnego barmana. Z drugiej strony nie miał szczególnej ochoty wyprowadzać kogokolwiek z błędu. Bycie symbolem okazywało się znacznie bardziej opłacalne niż bycie człowiekiem, a on nie zamierzał udawać, że pieniądze nie mają dla niego znaczenia.

Kiedy wyszedł z domu, przed budynkiem czekały dwie dziewczyny, które poprosiły o wspólne zdjęcie. Ruben zgodził się odruchowo i natychmiast tego pożałował, ponieważ jedna z nich wyjęła z torby własną butelkę mleka, do której wsypała różowy brokat kosmetyczny. Poinformowała go z dumą, że zrobiła sobie „domową wersję”, a następnie zapytała, czy może wypić ją przed kamerą. Ruben, który poprzedniego dnia słyszał od technika długą przemowę o tym, dlaczego nie każdy brokat powinien znajdować się w przewodzie pokarmowym, zabrał jej butelkę i wylał zawartość do rynsztoka. Dziewczyna była oburzona, lecz po chwili uznała sytuację za jeszcze lepszą, ponieważ mogła nagrać film zatytułowany „RUBEN ZABRAŁ MI MLEKO!!!”. Zanim dotarł do samochodu, nagranie miało kilkaset wyświetleń, a autorka opatrzyła je dramatycznym komentarzem dotyczącym przemocy symbolicznej, toksycznej męskości i własnego rozczarowania człowiekiem, którego jeszcze pół godziny wcześniej uważała za ikonę. Ruben poczuł pierwszy przebłysk zrozumienia, że sława nie polega na tym, iż ludzie wiedzą, kim jesteś, tylko na tym, że coraz więcej ludzi jest przekonanych, iż wiedzą, mimo że nie mają o tobie zielonego pojęcia. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i przez kilka minut siedział bez ruchu, obserwując, jak dziewczyny fotografują pustą butelkę na chodniku. Zastanawiał się, czy gdyby zamiast brokatu wsypały do mleka trutkę na szczury, również uznałyby jego interwencję za naruszenie wolności osobistej.

Przed mleczarnią sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Na parkingu stało kilkanaście samochodów, pod bramą czekała grupa ludzi, a ktoś rozwiesił na ogrodzeniu różową flagę z ręcznie namalowaną butelką. Kierowniczka produkcji, pani Teresa, stała przy wejściu z papierosem w jednej ręce i telefonem w drugiej, choć nie paliła od dwunastu lat. Ruben uznał, że ostatnie czterdzieści osiem godzin musiało mieć wyjątkowo dobry wpływ na lokalny przemysł tytoniowy. Teresa miała pięćdziesiąt dziewięć lat, krótkie siwe włosy i sposób patrzenia, który powodował, że nawet maszyny wydawały się pracować szybciej. W mleczarni przeżyła trzy zmiany właścicieli, dwie kontrole skarbowe, pożar magazynu, epidemię salmonelli w konkurencyjnym zakładzie oraz romans prezesa z księgową, który przez pół roku dezorganizował grafik urlopowy. Nigdy jednak nie musiała tłumaczyć dziennikarzowi z Warszawy, czy krowy mogą być queer, a właśnie takie pytanie usłyszała tego ranka od młodego reportera, który przedstawił się jako niezależny twórca internetowy zajmujący się problematyką społeczną. Teresa odpowiedziała mu, że krowy mogą być przede wszystkim głodne, chore albo źle wydojone, natomiast wszystkie pozostałe kwestie powinien omówić z weterynarzem. Reporter zapisał tę wypowiedź w notatniku i zapytał, czy może wykorzystać ją w materiale dotyczącym uprzedzeń na polskiej prowincji. Teresa poleciła mu wypierdalać z terenu zakładu, co uznał za potwierdzenie swojej tezy.

Laboratorium przesłało wstępne wyniki badań. Brokat okazał się jadalny, nietoksyczny i przeznaczony do dekoracji żywności, co rozwiązywało jeden problem i tworzyło pięć następnych. Nadal nie było wiadomo, jak dostał się do instalacji, dlaczego w magazynie znaleziono trzy puste opakowania ani dlaczego praktykant Kacper, pytany o tę kwestię, robił się czerwony jak burak i nagle przypominał sobie o pilnych obowiązkach w przeciwległej części budynku. Teresa chciała zutylizować całą partię, dokładnie wyczyścić linię produkcyjną i zapomnieć o sprawie, zanim do mleczarni przyjedzie kolejna kontrola. Wyniki dotyczące samego brokatu nie oznaczały przecież, że nieznane zanieczyszczenie można zignorować, a tym bardziej że ktokolwiek powinien sprzedawać mleko, które przeszło przez instalację o niewyjaśnionym stanie sanitarnym. Właściciel mleczarni, pan Bogdan, który przez dwadzieścia lat interesował się wyłącznie marżą, terminami dostaw i ceną paliwa, po raz pierwszy w życiu zaczął jednak używać słowa „branding”. Od rana chodził po biurze z wydrukami artykułów i powtarzał, że trzeba wykorzystać moment. Jeszcze poprzedniego dnia uważał brokat za idiotyzm. Tego ranka, po zobaczeniu liczby wyświetleń, uznał go za innowację, która może całkowicie odmienić przyszłość regionalnego przemysłu mleczarskiego.

Bogdan miał sześćdziesiąt trzy lata, brzuch przedsiębiorcy pamiętającego lata dziewięćdziesiąte i niewzruszone przekonanie, że każdą sytuację da się rozwiązać albo fakturą, albo telefonem do człowieka z urzędu. Homoseksualność Rubena nigdy go specjalnie nie interesowała. Wiedział o niej mniej więcej tyle, ile o składzie lakieru na samochodzie dostawczym: była faktem, który nie przeszkadzał w działalności firmy. Teraz jednak odkrył, że orientacja seksualna wspólnika może posiadać wartość marketingową, i ta myśl wyraźnie go ożywiła. Zaproponował serię limitowaną, różowe kapsle, specjalne etykiety i zdjęcie Rubena na butelce. Ruben zapytał, dlaczego jego twarz miałaby znaleźć się na mleku, na co Bogdan odpowiedział, że twarz niekoniecznie, bo klatka piersiowa sprzedaje się lepiej. Wtedy po raz pierwszy w historii ich znajomości Ruben poczuł, że powinien był zapisać się do związku zawodowego, chociaż jako współwłaściciel przedsiębiorstwa nie bardzo wiedział, przeciwko komu miałby protestować. Bogdan nie dostrzegał jednak jego zakłopotania. Zbyt pochłaniała go wizja produktu, który mógłby sprzedawać się drożej od zwykłego mleka wyłącznie dlatego, że zawierałby niewielką ilość jadalnego brokatu i przedstawiał półnagiego mężczyznę. Przez chwilę rozważał nawet wprowadzenie wersji proteinowej, ale Teresa poinformowała go, że mleczarnia nie dysponuje odpowiednią technologią, a ponadto nie zamierza uczestniczyć w produkcji czegoś, co mogłoby wyglądać jak odżywka dla homoseksualnych kulturystów. Bogdan odpowiedział, że właśnie dlatego potrzebują działu marketingu, ponieważ ludzie odpowiedzialni za produkcję nie potrafią dostrzegać szans biznesowych.

Do południa w biurze pojawił się burmistrz Zenon Czerwiński, ubrany w granatowy garnitur, różowy krawat i minę człowieka, który od zawsze wspierał brokat, choć dowiedział się o jego istnieniu wczoraj. Towarzyszyła mu młoda pracownica wydziału promocji, niosąca teczkę, tablet oraz desperację charakterystyczną dla ludzi zatrudnionych przy samorządowych mediach społecznościowych. Zenon przedstawił swoją wizję Różanego Zdroju jako miasta otwartego, nowoczesnego i odważnego, przy czym każde z tych słów wymawiał trochę ostrożnie, jakby nie był pewien, czy nie wiąże się z dodatkowymi kosztami. W jego głowie mleko przestało być mlekiem. Było szansą na stworzenie nowej marki turystycznej, przyciągnięcie inwestorów i zorganizowanie wydarzenia, którego uczestnicy nie potrzebowaliby skierowania od lekarza ani zaświadczenia o niepełnosprawności. Proponował weekend tematyczny, koncert na rynku, konkurs na najlepszy brokatowy wypiek, różowe iluminacje tężni, a nawet przemalowanie fontanny, choć w tej kwestii pracownica promocji natychmiast przypomniała mu, że konserwator zabytków już raz groził postępowaniem po tym, jak burmistrz kazał założyć amorkowi czapkę Mikołaja. Zenon nie zniechęcił się. Człowiek, który raz zobaczył w wyobraźni tłum turystów wydających pieniądze, nie rezygnował z niego z powodu konserwatora, szczególnie jeśli konserwator mieszkał w innym powiecie.

— Panowie, musimy myśleć perspektywicznie. Mamy przed sobą ogromną szansę na stworzenie produktu regionalnego, który może stać się rozpoznawalny nie tylko w kraju, ale również za granicą. Różany Zdrój od lat poszukuje swojej tożsamości turystycznej, a teraz ta tożsamość dosłownie spadła nam z nieba. Oczywiście nie chodzi mi o to, żebyśmy ograniczali się wyłącznie do mleka. Chodzi o cały potencjał związany z kolorem różowym, nowoczesnością, tolerancją i szeroko rozumianą otwartością. Moglibyśmy stworzyć wydarzenie, które będzie łączyło tradycję uzdrowiskową z nowoczesnymi trendami społecznymi, a przy okazji znacząco zwiększy obłożenie miejscowych pensjonatów. Myślałem nawet o haśle „Różany Zdrój — miasto, w którym każdy znajdzie swoje mleko”, chociaż oczywiście pozostaję otwarty na inne propozycje.

Ruben słuchał tej przemowy z rosnącym niedowierzaniem. Jeszcze czterdzieści osiem godzin wcześniej jego największym zawodowym problemem była pęknięta skrzynka na jogurty, a teraz trzech dorosłych ludzi zastanawiało się, czy jego sutki mogą znaleźć się na oficjalnym plakacie promującym miasto. Pracownica urzędu była przeciwna pokazywaniu odsłoniętych sutków, ponieważ Facebook mógł ograniczyć zasięgi, Bogdan proponował więc ogrodniczki opuszczone tylko do bezpiecznej wysokości, natomiast burmistrz sugerował, że można zasłonić najbardziej problematyczne miejsca butelkami. Ruben początkowo próbował protestować, lecz po kilku minutach zorientował się, że jego ciało jest omawiane tak, jak omawia się rozmieszczenie stoisk na jarmarku. Zapytał w końcu, czy ktoś zamierza zapytać go o zgodę. W pomieszczeniu zapadła krótka cisza, po której wszyscy zapewnili, że oczywiście, właśnie to robią. Ruben miał wrażenie, że dowiedział się o tym jako ostatni. Pracownica promocji wyświetliła na tablecie wstępny projekt plakatu, na którym jego głowę umieszczono na ciele mężczyzny znacznie mniej umięśnionego, ponieważ grafik korzystał ze zdjęcia znalezionego w internetowej bazie fotografii reklamowych. Ruben przyjrzał się projektowi, po czym stanowczo zażądał jego usunięcia. Był gotów zaakceptować wykorzystanie własnego wizerunku do promocji mleka, miasta, a nawet lokalnej turystyki erotycznej, ale nie zamierzał pozwolić, żeby ktokolwiek pomniejszał jego bicepsy.

Tymczasem miasteczko samo zaczęło dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Cukiernia „Słodki Grzech” wprowadziła ptysia z różowym kremem i srebrnym pyłem, nazywając go „Brokatową Pokusą Rubena”, choć właścicielka nigdy z Rubenem nie rozmawiała. Kawiarnia przy rynku zaczęła podawać cappuccino z jadalnym brokatem, a sklep z pamiątkami wystawił w witrynie magnesy przedstawiające krowę w różowych okularach. Najszybszy okazał się jednak Maurycy, który przed południem ubrał manekina w srebrne szorty, różowe futro i czapkę mleczarską znalezioną w magazynie po jakiejś dawnej sesji zdjęciowej. Na szyi manekina zawiesił kartkę „MILK ME, BABY”, a kiedy jedna z klientek zapytała, co to znaczy, odpowiedział, że jest to bardzo modne w Londynie. Nie był w Londynie od 2004 roku, ale zakładał, że miasto przez ten czas nie straciło zainteresowania mlekiem. W ciągu kilku godzin sprzedał trzy pary srebrnych szortów, dwa różowe szlafroki i komplet męskich stringów, które dotychczas zalegały w magazynie, ponieważ ich krój wymagał od właściciela odwagi graniczącej z lekkomyślnością. Maurycy był zachwycony. Po raz pierwszy od miesięcy klienci nie pytali go o rabaty, lecz o to, czy posiada jeszcze bardziej ekstrawaganckie produkty. Zaczął więc planować własną kolekcję inspirowaną aferą mleczarską, a nawet rozważał zorganizowanie pokazu mody na rynku, w którym modele występowaliby w różowej bieliźnie, trzymając butelki mleka niczym ekskluzywne akcesoria. Problem polegał jedynie na tym, że nie miał modeli, odpowiednich butelek ani zgody Rubena na wykorzystanie jego nazwiska, ale żaden z tych szczegółów nie wydawał mu się wystarczająco istotny, żeby rezygnować z przedsięwzięcia.

Największy problem miał proboszcz, ksiądz Antoni, ponieważ trzy parafianki zadzwoniły do niego przed dziewiątą rano, domagając się stanowiska Kościoła wobec brokatowego mleka. Ksiądz Antoni nie znał stanowiska Kościoła wobec brokatowego mleka i szczerze wątpił, by Watykan zdążył je wypracować. Był człowiekiem praktycznym, pięćdziesięcioletnim, z lekką nadwagą i głębokim przekonaniem, że większość problemów moralnych znika, jeśli ludzie zajmą się własnym życiem. Ruben nie przeszkadzał mu bardziej niż właściciel sklepu monopolowego, cudzołożący organista czy małżeństwa, które pojawiały się w kościele tylko po to, żeby zrobić ładne zdjęcia z chrztu. Mleko uważał za produkt spożywczy, a brokat za coś, co przyklejało się do sutanny i nigdy nie schodziło. Kiedy więc lokalny portal zadzwonił z pytaniem, czy „Kościół potępia queerowy nabiał”, Antoni odpowiedział, że Kościół ma obecnie ważniejsze problemy niż zawartość butelki z mlekiem. Portal opublikował tekst pod tytułem „PROBOSZCZ NIE POTĘPIA MLEKA”, po czym ktoś napisał, że parafia oficjalnie wspiera akcję. Jeszcze przed południem ksiądz Antoni otrzymał wiadomość od znajomego duchownego z sąsiedniej diecezji, który chciał wiedzieć, czy rzeczywiście zamierza poświęcić pierwszą partię brokatowego mleka. Antoni odpowiedział mu, że zamierza poświęcić przede wszystkim swój wolny czas na odpoczynek, ponieważ od rana odbiera telefony od ludzi, którzy najwyraźniej zapomnieli, że istnieją również inne problemy niż kolor produktów mleczarskich.

Po południu do Różanego Zdroju zaczęli przyjeżdżać pierwsi ludzie wyłącznie po to, żeby zrobić sobie zdjęcie przed mleczarnią. Nie było czego zwiedzać, ponieważ zakład stanowił szary budynek, parking i kontener na odpady, lecz turystyka internetowa nie wymagała piękna, tylko lokalizacji. Ludzie ustawiali się przed bramą, robili zdjęcia z kartonami zwykłego mleka kupionego w supermarkecie i oznaczali je hasztagiem #MlekoBrokatowe. Jeden z mężczyzn przyszedł przebrany za krowę, drugi za wróżkę, a grupa studentów przywiozła transparent „LAKTOZA TAK, NIETOLERANCJA NIE”, który spodobał się nawet Teresie, choć nie chciała tego okazywać. Pod koniec dnia na parkingu pojawił się food truck sprzedający różowe naleśniki. Nikt nie wiedział, kto wydał mu pozwolenie. Burmistrz podejrzewał urząd, urząd burmistrza, a właściciel food trucka twierdził, że stoi na drodze prywatnej. Różany Zdrój po raz pierwszy od lat wyglądał jak miejscowość, do której ktoś chciał przyjechać bez skierowania od lekarza. Miejscowi przedsiębiorcy natychmiast dostrzegli w tym szansę. Właściciel pensjonatu „Pod Różą” podniósł ceny noclegów o trzydzieści procent, tłumacząc, że oferuje pobyt w centrum wydarzeń o międzynarodowym znaczeniu, choć jego pensjonat znajdował się ponad kilometr od mleczarni, a jedynym wydarzeniem, jakie regularnie miało tam miejsce, było zapychanie się kanalizacji. Właścicielka kwiaciarni zaczęła natomiast sprzedawać bukiety różowych róż jako „kompozycje solidarnościowe”, mimo że nie potrafiła wyjaśnić, z kim właściwie należało się solidaryzować.

Ruben wykorzystał zamieszanie i pojechał do „Grzechotnika”, ponieważ Dorian od rana wysyłał mu wiadomości, z których każda była bardziej dramatyczna od poprzedniej. Sklep wyglądał jak zawsze: złoty wąż na szybie, przygaszone światło i wystawa, na której produkty ustawiono z powagą godną muzeum sztuki współczesnej. Dorian nie pozwalał klientom śmiać się z asortymentu, ponieważ uważał, że człowiek, który wstydzi się własnej przyjemności, powinien najpierw kupić terapię, a dopiero później wibrator. Tego dnia nie miał jednak nastroju do filozofii. Na ladzie leżał wydruk nowego cennika, obok kalkulator, kawa i „Imperator Soft Touch” wyjęty z pudełka niczym dowód rzeczowy w procesie przeciwko gospodarce rynkowej. Dorian przedstawił Rubenowi sytuację z taką powagą, jakby informował go o zamknięciu granic. Cena wzrosła o trzydzieści osiem procent, hurtownia zasłaniała się kosztami produkcji, transportem i nowymi normami, a producent miał czelność nazwać zmianę „korektą cenową”. Dorian uważał, że korektę można zrobić o dwa euro, natomiast dwadzieścia dwa euro to już ekonomiczne skurwysyństwo. Na potwierdzenie swoich słów pokazał Rubenowi tabelę porównawczą, z której wynikało, że w ciągu ostatnich pięciu lat cena „Imperatora” rosła szybciej niż przeciętne wynagrodzenie jego klientów, choć dane dotyczące wynagrodzeń pochodziły z internetu, a klientów Dorian oceniał głównie na podstawie ich zdolności do płacenia gotówką.

— Zobacz, do czego doprowadzili. Siedemdziesiąt dziewięć euro i dziewięćdziesiąt dziewięć centów za produkt, który jeszcze w zeszłym tygodniu kosztował pięćdziesiąt siedem dziewięćdziesiąt. Przecież to jest jawny zamach na godność zwykłego człowieka. Jak student ma sobie pozwolić na coś takiego? Jak samotna matka? Jak emeryt, który przez całe życie ciężko pracował, płacił podatki, wychowywał dzieci, a teraz chciałby sobie jeszcze od czasu do czasu zrobić dobrze bez konieczności brania pożyczki? Nikt o tym nie myśli, Ruben. Nikt nie myśli o tych ludziach, bo wszyscy zajmują się cenami mieszkań, paliwa i pieprzonego masła. A ja ci mówię, że przyjemność też jest potrzebą społeczną, i to znacznie bardziej podstawową, niż niektórym się wydaje.

Ruben próbował mu wytłumaczyć, że ludzie prawdopodobnie przeżyją bez konkretnego modelu dildo, lecz Dorian uznał tę uwagę za przejaw klasowej niewrażliwości człowieka, który nagle stał się celebrytą. Wyjaśnił mu długo, choć niemal bez przerwy, że problem nie dotyczy jednego kawałka silikonu, tylko prawa zwykłego człowieka do odrobiny radości bez konieczności rozkładania jej na raty. Ruben nie potrafił odmówić tej argumentacji pewnej poetyckiej siły. Jeszcze bardziej zaskoczył go fakt, że Dorian przygotował już wstępny projekt petycji do producenta oraz hasło protestu: „GODNOŚĆ NIE MOŻE KOSZTOWAĆ 79,99”. Ruben zapytał, czy godność rzeczywiście musi mieć dokładnie taki kształt, na co Dorian odpowiedział, że dla każdego ma inny, i właśnie na tym polega demokracja. Następnie zaprezentował mu drugi projekt, w którym na czarnym tle umieścił sylwetkę „Imperatora” otoczoną złotym wieńcem laurowym, a pod spodem napis „NIE ODDAMY NASZEJ PRZYJEMNOŚCI”. Ruben przyjrzał się grafice i zauważył, że wygląda jak plakat wyborczy człowieka ubiegającego się o stanowisko burmistrza w wyjątkowo liberalnej gminie. Dorian uznał tę uwagę za komplement.

— Ty się śmiejesz, bo masz teraz sto tysięcy obserwujących i ludzie chcą kupować twoje skarpetki, ale ja naprawdę zamierzam coś z tym zrobić. Nie pozwolę, żeby producent traktował moich klientów jak bandę idiotów, którym można podnieść cenę o trzydzieści osiem procent tylko dlatego, że wstydzą się publicznie zaprotestować. Zobaczysz, jeszcze będziemy mieli z tego sprawę ogólnopolską. Może nawet europejską, bo przecież w Niemczech też muszą mieć podobne problemy. Nie wierzę, żeby tamtejsi konsumenci spokojnie zaakceptowali taką podwyżkę. Oni mają znacznie bardziej rozwiniętą kulturę protestu, a poza tym potrafią organizować demonstracje z taką precyzją, że nawet policja wie, o której godzinie będzie mogła wrócić do domu.

Ruben wysłuchał tej przemowy, opierając się o ladę i obserwując „Imperatora”, który spoczywał pomiędzy nimi niczym przedmiot kultu religijnego. Zastanawiał się, czy Dorian rzeczywiście wierzy w społeczną misję swojego sklepu, czy po prostu znalazł sposób na przekształcenie problemu handlowego w osobistą krucjatę. Doszedł do wniosku, że obie możliwości nie muszą się wykluczać, a ponieważ sam właśnie stał się symbolem czegoś, czego nigdy nie planował symbolizować, nie miał szczególnego prawa do wyśmiewania cudzych ambicji. Zaproponował Dorianowi, żeby przed publikacją petycji sprawdził dokładnie kalkulację podwyżki i upewnił się, że nie pomylił ceny hurtowej z detaliczną. Dorian spojrzał na niego z urazą właściwą człowiekowi, któremu właśnie zakwestionowano fundamenty światopoglądu, po czym oświadczył, że sprawdzał wszystko siedem razy i nie zamierza pozwolić, żeby jego przyjaciel podważał wiarygodność ruchu społecznego, zanim ten zdążył oficjalnie powstać.

Wieczorem Ruben wrócił do domu wykończony. Zdjął różowe ogrodniczki, rzucił je na krzesło i przez dłuższą chwilę stał pod prysznicem, próbując zmyć z ramion brokat, który znajdował na sobie od dwóch dni w miejscach, do których nie pamiętał, żeby go kiedykolwiek nakładał. Drobinki osiadały na dnie brodzika, przyklejały się do palców i wędrowały po skórze z uporem drobnych pasożytów, które znalazły sobie idealnego żywiciela. Ruben użył mydła, żelu pod prysznic, peelingu i specjalnej gąbki, którą kupił kiedyś w drogerii pod wpływem reklamy obiecującej natychmiastowe odmłodzenie skóry. Nic nie pomagało. Brokat nadal znajdował się na jego piersi, a jeden szczególnie irytujący fragment tkwił w zagłębieniu pępka, skąd nie chciał się wydostać nawet pod silnym strumieniem wody. Ruben zaczął podejrzewać, że substancja posiada właściwości nadprzyrodzone i że za kilka tygodni lekarze będą mogli na podstawie połysku jego skóry ustalić, jak długo pracował w mleczarni. Kiedy w końcu wyszedł z łazienki, telefon pokazywał ponad dwieście tysięcy obserwujących. Jego zdjęcie znalazło się na zagranicznym profilu poświęconym kulturze queerowej, a ktoś z dużej agencji reklamowej pytał o możliwość rozmowy. Ruben powinien czuć triumf, zwłaszcza że jeszcze niedawno marzył o zawodzie, który pozwoliłby mu zarabiać na własnej atrakcyjności. Zamiast tego usiadł na łóżku i przez kilka minut przeglądał wiadomości, których było tak wiele, że przestały należeć do konkretnych ludzi. Tworzyły niekończący się strumień zachwytów, obelg, propozycji, serduszek, penisów wysyłanych bez zaproszenia, gratulacji i deklaracji miłości od osób, które znały go od wczoraj.

Wśród setek wiadomości znalazł jedną od matki. Nie pytała o internet, sławę ani mleko. Chciała tylko wiedzieć, czy przyjedzie w niedzielę na obiad, ponieważ zrobi rosół, a jeśli przyjedzie późno, makaron zrobi się „jak gówno”. Ruben uśmiechnął się do telefonu z ulgą większą, niż chciałby przyznać. Odpisał, że będzie, po czym odłożył aparat ekranem do dołu. Przez chwilę siedział w ciszy, w mieszkaniu nad sklepem zoologicznym, otoczony różowymi przedmiotami, których kiedyś zapragnął, i po raz pierwszy od początku całego zamieszania zatęsknił za dniem, w którym najważniejszą rzeczą było dostarczenie mleka przed ósmą. Przypomniał sobie własne dzieciństwo, niedzielne obiady, rozmowy prowadzone przy kuchennym stole i matkę, która potrafiła skomentować każdy aspekt jego życia, od wyboru partnera po sposób przechowywania ziemniaków. Nie zawsze miał ochotę jej słuchać, ale przynajmniej wiedział, że nie interesuje jej liczba obserwujących ani potencjał reklamowy jego klatki piersiowej. Interesowało ją głównie to, czy odpowiednio się odżywia, czy nie przepłaca za mieszkanie i czy w końcu znajdzie sobie człowieka, który będzie go kochał nawet wtedy, gdy przestanie wyglądać jak okładka magazynu dla homoseksualnych kulturystów. Ruben nie miał pewności, czy taki człowiek w ogóle istnieje, ale po raz pierwszy od dawna pomyślał, że może warto byłoby go poszukać poza internetem.

Nazajutrz miał jednak przekonać się, że powrotu do zwyczajności nie będzie. Dorian opublikował petycję dotyczącą ceny „Imperatora”, dołączając zdjęcie produktu na różowym tle i niefortunne hasło o godności. Ktoś udostępnił ją obok informacji o brokatowym mleku, ktoś inny połączył obie sprawy, a jeszcze ktoś stworzył wydarzenie na sobotę przed ratuszem. W ciągu jednej nocy protest przeciw podwyżce ceny dildo zaczął zbierać uczestników, którzy nie mieli pojęcia, czego dotyczy, lecz podobała im się grafika. Część internautów była przekonana, że demonstracja ma stanowić wyraz solidarności z Rubenem, inni uznali ją za protest przeciwko wzrostowi cen podstawowych artykułów spożywczych, natomiast pewien lokalny działacz społeczny opublikował manifest dotyczący konieczności ograniczenia wpływu wielkich korporacji na życie mieszkańców małych miejscowości. Dorian, który początkowo zamierzał jedynie wynegocjować korzystniejszą cenę zakupu „Imperatora”, z przerażeniem i rosnącą satysfakcją obserwował, jak jego prywatna wojna handlowa przekształca się w wydarzenie o coraz mniej sprecyzowanym charakterze. Jeszcze przed śniadaniem zadzwonił do Rubena, informując go, że sprawy zaszły za daleko, żeby można było się teraz wycofać, i że potrzebuje jego pomocy przy organizacji demonstracji. Ruben spojrzał na telefon, potem na własne odbicie w lustrze, gdzie na jego lewym sutku nadal połyskiwała mikroskopijna drobinka brokatu, i poczuł, że wszechświat właśnie zaczyna urządzać sobie z niego wyjątkowo kosztowne przedstawienie. Różany Zdrój, który przez dziesięciolecia walczył o rozpoznawalność dzięki wodom leczniczym, sanatoriom i zabytkowej tężni, potrzebował zaledwie trzech dni, żeby zasłynąć z brokatowego mleka i zbyt drogiego kutasa.

Marsz Godności

W sobotę rano Różany Zdrój wyglądał tak, jakby ktoś urządził w nim paradę równości, targi erotyczne, odpust parafialny i protest konsumencki jednocześnie, a następnie zapomniał ustalić, która z tych imprez jest właściwa i kto odpowiada za sprzątanie. Na rynku od siódmej ustawiano metalowe barierki, choć nikt nie wiedział, czy mają chronić demonstrantów przed przeciwnikami, przeciwników przed demonstrantami, czy fontannę z amorkiem przed wszystkimi. Dwóch pracowników miejskich rozciągało taśmę zabezpieczającą wokół pomnika, podczas gdy trzeci usiłował zrozumieć instrukcję montażu przenośnej toalety, którą dostarczono bez drzwi. Właściciel pobliskiej cukierni wystawił przed lokal stoliki, licząc na zwiększony ruch, a pewna przedsiębiorcza emerytka zajęła strategiczne miejsce pod ratuszem, gdzie zamierzała sprzedawać domowe pierogi, wodę mineralną i różańce. Burmistrz Zenon Czerwiński obserwował przygotowania z okna gabinetu i coraz bardziej żałował, że jego nazwisko pojawiło się na plakacie jako „patron honorowy dialogu społecznego”. Kiedy poprzedniego dnia zgodził się na to sformułowanie, był przekonany, że chodzi o konsultacje w sprawie cen żywności. Dopiero wieczorem dowiedział się, że demonstracja dotyczy dildo, a konkretnie podwyżki ceny modelu „Imperator Soft Touch”, którego nazwa wydała mu się podejrzanie znajoma, choć nie potrafił przypomnieć sobie skąd. Przez moment rozważał wycofanie patronatu, ale jego doradczyni do spraw promocji przypomniała mu, że internet już zrobił z jego zdjęcia mem, na którym trzyma różowy mikrofon w kształcie penisa, więc z wizerunkowego punktu widzenia było stanowczo za późno na ratowanie godności. Zenon uznał wobec tego, że skoro nie może uniknąć skandalu, powinien przynajmniej spróbować nim zarządzać. Zamówił dodatkową kawę, poprawił krawat i polecił sekretarce przygotować krótkie przemówienie dotyczące społecznej odpowiedzialności przedsiębiorców, w którym pod żadnym pozorem nie miało pojawić się słowo „kutas”.

Dorian przybył na rynek o ósmej w cekinowej marynarce, która w świetle poranka wyglądała jak zbroja uszyta dla konferansjera w piekle. Miał pod pachą tubę z plakatami, w ręku megafon i minę człowieka, który przez noc przestał być sprzedawcą, a zaczął uważać się za działacza społecznego. Przygotował wszystko z rozmachem właściwym ludziom, którzy nie muszą jeszcze odpowiadać za skutki własnych pomysłów. Na głównym transparencie widniało hasło „GODNOŚĆ NIE MOŻE KOSZTOWAĆ 79,99”, pod nim „NIE DAMY SIĘ WYDYMAĆ”, a na mniejszych kartonach znalazły się slogany „SILIKON DLA LUDZI”, „PRZYJEMNOŚĆ TO NIE LUKSUS” i „NIE MA WOLNOŚCI BEZ DOSTĘPNEGO RUCHU”. Niektóre hasła wymyślił sam, inne podsunęli mu internauci, a jedno przesłała kobieta z Krakowa, która podpisała się jako „matka dwóch córek i podatniczka”. Dorian był wzruszony ponad wszelką miarę, ponieważ po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że jego działalność handlowa wpływa na historię. Przez jedenaście lat sprzedawał ludziom przedmioty, których istnienia większość z nich wolała nie omawiać podczas rodzinnych obiadów, teraz natomiast przygotowywał publiczną manifestację w obronie ich dostępności. W jego wyobraźni sobotni protest urastał już do rangi wydarzenia, o którym przyszłe pokolenia będą czytać w podręcznikach ekonomii, być może w rozdziale poświęconym konsumpcji, inflacji i wyzwoleniu seksualnemu. Nie przeszkadzało mu, że wszystko zaczęło się od dwudziestu dwóch euro. Większość wielkich przemian społecznych miała przecież swoje drobne, często upokarzające początki, choć Dorian nie potrafił przywołać konkretnego przykładu rewolucji zapoczątkowanej przez podwyżkę ceny silikonowego penisa.

Przygotowania nadzorował z gorliwością człowieka, który zawsze podejrzewał, że ma talent organizacyjny, ale dotychczas nie otrzymał możliwości jego zaprezentowania. Rozdzielał zadania, przesuwał transparenty, poprawiał ustawienie głośników i pouczał wolontariuszy, że demonstracja musi być jednocześnie spontaniczna i profesjonalna, ponieważ tylko takie wydarzenia mają szansę zainteresować ogólnopolskie media. Dwóm studentom polecił trzymać największy transparent, jednemu z klientów powierzył megafon rezerwowy, a starszej kobiecie, która przyszła zapytać o promocję na lubrykant, wręczył srebrną wstążkę i mianował ją koordynatorką do spraw kontaktów z seniorami. Kobieta nie protestowała, ponieważ uznała, że skoro już wyszła z domu, może równie dobrze wziąć udział w czymś historycznym. Najwięcej problemów sprawiał ogromny dmuchany penis, który Dorian zamówił poprzedniego wieczoru jako element scenografii. Przedmiot miał prawie dwa metry wysokości, intensywnie różowy kolor i podstawę, której konstrukcja uniemożliwiała stabilne ustawienie go na nierównym bruku. Kiedy pierwszy podmuch wiatru przewrócił go w stronę ratusza, Dorian uznał to za metaforę oporu wobec władzy, ale po drugim upadku polecił przywiązać go do barierki.

Pierwsi uczestnicy pojawili się jeszcze przed dziewiątą i już wtedy stało się jasne, że większość z nich nie rozumie, po co przyszła. Jedni byli przekonani, że protest dotyczy drożyzny w ogóle, inni, że chodzi o prawa osób LGBT, jeszcze inni przyszli, ponieważ przeczytali w internecie, że będzie rozdawane brokatowe mleko. Pojawiły się dwie emerytki z transparentem „STOP DROŻYŹNIE”, grupa młodych ludzi z tęczowymi flagami, para małżeńska z wózkiem dziecięcym i tabliczką „TEŻ NAS NIE STAĆ”, kilku działaczy z wydrukowanymi zestawieniami dotyczącymi inflacji oraz jeden starszy pan, który niósł karton z napisem „MASŁO 3,49 TO ZŁODZIEJSTWO” i absolutnie odmawiał zmiany tematu. Dorian próbował przez chwilę uporządkować przekaz, tłumacząc zgromadzonym, że demonstracja dotyczy przede wszystkim dostępu do przyjemności, ale szybko odkrył, że każdy uczestnik posiada własną definicję przyjemności i nie wszyscy chcą o niej rozmawiać publicznie. Pewna kobieta oznajmiła, że dla niej największą przyjemnością byłoby obniżenie rachunków za ogrzewanie, natomiast emerytowany nauczyciel geografii domagał się przywrócenia bezpośredniego połączenia autobusowego z sąsiednim powiatem. Starszy pan od masła niezmiennie utrzymywał, że prawdziwe problemy zaczynają się w chłodniach supermarketów, gdzie od lat dochodzi do bezkarnego okradania obywateli. Dorian usiłował wyjaśnić mu różnicę pomiędzy artykułami spożywczymi a produktami erotycznymi, lecz ostatecznie uznał, że ruch społeczny działa najlepiej, kiedy przestaje należeć do człowieka, który go rozpoczął. Ponadto każdy dodatkowy uczestnik poprawiał frekwencję, a statystyka pozostawała dziedziną obojętną na motywacje.

Ruben pojawił się dopiero około dziesiątej, ubrany w różowe spodnie, biały T-shirt i okulary przeciwsłoneczne, choć niebo było zachmurzone. Od rana dostawał wiadomości od Doriana, który prosił go o „symboliczne wsparcie”, co Ruben początkowo rozumiał jako obecność przez piętnaście minut, zrobienie kilku zdjęć i ewentualne wypowiedzenie jednego zdania o prawach konsumenta. Kiedy jednak wysiadł z samochodu i zobaczył tłum ludzi skandujących coś o godności, zorientował się, że symboliczne wsparcie może zająć resztę dnia, a niewykluczone, że także znaczną część jego przyszłości zawodowej. Natychmiast został rozpoznany. Kilka osób zaczęło robić zdjęcia, ktoś krzyknął „Mleczarz!”, a grupa nastolatków ruszyła w jego stronę z butelkami mleka oklejonymi brokatem. Ruben poczuł znajomą mieszaninę przyjemności i paniki. Nadal podobało mu się, że ludzie patrzą, zwłaszcza kiedy wcześniej poświęcił czterdzieści minut na odpowiednie ułożenie włosów i dobranie spodni, które nie tylko podkreślały pośladki, ale również pozwalały mu normalnie oddychać. Problem polegał na tym, że przestali patrzeć na niego jak na człowieka, a zaczęli traktować jak znak towarowy, który można fotografować, dotykać i wykorzystywać do promowania dowolnego światopoglądu. W ciągu kilku minut pozował już z emerytką trzymającą transparent o maśle, dwiema studentkami pedagogiki i mężczyzną przebranym za krowę, który poprosił go o wspólne zdjęcie w pozie sugerującej, że Ruben właśnie zamierza go wydoić.

Dorian przywitał przyjaciela z teatralnym wzruszeniem, objął go tak gwałtownie, że niemal strącił mu okulary, i natychmiast wciągnął na prowizoryczną scenę ustawioną przed ratuszem. Ruben nie miał najmniejszego zamiaru przemawiać, lecz megafon znalazł się w jego dłoni, zanim zdążył zaprotestować. Tłum ucichł na tyle, by można było usłyszeć fontannę, trzepot kilku flag i starszą kobietę wyjaśniającą mężowi, że wielki różowy przedmiot przywiązany do barierki nie jest żadnym nowoczesnym sprzętem rehabilitacyjnym. Ruben spojrzał na ludzi, na transparenty, na gumowego kutasa przymocowanego do drzewca niczym sztandar średniowiecznego oddziału najemników i przez kilka sekund próbował wymyślić zdanie, które nie stanie się memem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że każde wypowiedziane przez niego słowo może zostać wyrwane z kontekstu, opatrzone muzyką i wykorzystane przez kogoś, kto nigdy nie postawił stopy w Różanym Zdroju. Ostatecznie powiedział, że ceny rzeczywiście rosną, każdy ma prawo do przyjemności, a on sam nie zna się na polityce cenowej dildo, ponieważ zawodowo zajmuje się mlekiem, a prywatnie nie prowadzi szczegółowej ewidencji produktów silikonowych. Wypowiedź była rozsądna, pozbawiona szczególnego ładunku ideologicznego i na tyle konkretna, że internet natychmiast ją zignorował. Znacznie większą popularność zdobyło zdjęcie zrobione sekundę później, kiedy wiatr uniósł transparent za jego plecami i ułożył napis „NIE DAMY SIĘ WYDYMAĆ” dokładnie nad jego głową. Dorian uznał to za znak opatrzności, choć Ruben podejrzewał, że opatrzność ma obecnie znacznie poważniejsze problemy niż organizowanie demonstracji przed prowincjonalnym ratuszem.

— Kochani, dzisiaj spotykamy się tutaj nie tylko po to, żeby zaprotestować przeciwko skandalicznej podwyżce cen, ale przede wszystkim po to, żeby pokazać, że zwykły człowiek nie musi milczeć, kiedy wielkie korporacje próbują pozbawić go podstawowych przyjemności! — oznajmił Dorian, odbierając Rubenowi megafon z szybkością człowieka, który dostrzegł zagrożenie dla własnego przywództwa. — Przez lata wmawiano nam, że są rzeczy, o których nie wypada rozmawiać publicznie. Że pewne potrzeby należy ukrywać, że niektóre zakupy powinno się robić po ciemku, najlepiej z torbą na głowie i poczuciem winy. A ja wam mówię, że koniec z tym! Nie będziemy się wstydzić własnych ciał, nie będziemy przepraszać za własne pragnienia i nie będziemy płacić osiemdziesięciu euro za coś, co jeszcze tydzień temu kosztowało niecałe sześćdziesiąt! Jeżeli dzisiaj pozwolimy na taką podwyżkę, jutro podrożeją wibratory, pojutrze lubrykanty, a za miesiąc okaże się, że przeciętny obywatel musi wziąć kredyt konsumencki, żeby przeżyć przyzwoity weekend!

Tłum odpowiedział oklaskami, choć część zgromadzonych nadal była przekonana, że przemówienie dotyczy ogólnego wzrostu kosztów życia. Starszy pan od masła uniósł transparent i zaczął skandować własne hasło, które natychmiast podchwyciło kilka osób stojących obok niego. Dorian przez chwilę próbował przekrzyczeć demonstrantów, ale ostatecznie postanowił potraktować sytuację jako przejaw społecznego zaangażowania. Ruben stał za nim, obserwując coraz bardziej egzotyczne połączenie haseł i symboli. Jeszcze niedawno uważał, że jego internetowa popularność osiągnęła granice absurdu, teraz jednak patrzył na mężczyznę w cekinowej marynarce przemawiającego w obronie silikonowych penisów do grupy emerytów domagających się tańszego masła i zaczynał podejrzewać, że ludzka cywilizacja nie posiada żadnych granic, których nie można byłoby przekroczyć przy odpowiednio skutecznej promocji wydarzenia na Facebooku.

W południe protest osiągnął rozmiary, których Dorian nie przewidział nawet w najbardziej optymistycznych kalkulacjach. Na rynku było już kilkaset osób, lokalne media nadawały transmisję na żywo, a reporterzy z większych stacji zaczęli dzwonić do urzędu z pytaniem, czy miasto popiera „seksualną demokrację konsumencką”. Burmistrz Zenon próbował znaleźć sformułowanie, które pozwoli mu brzmieć nowocześnie bez konieczności wypowiedzenia słowa „dildo” przed kamerą. Mówił więc o prawach konsumenta, wolności wyboru i rosnących kosztach życia, starając się zachować wyraz twarzy człowieka, który od początku doskonale rozumiał charakter zgromadzenia. Dziennikarz zapytał go w końcu wprost, czy jego zdaniem siedemdziesiąt dziewięć euro i dziewięćdziesiąt dziewięć centów to za dużo za produkt erotyczny. Zenon odpowiedział, że nie zna specyfikacji technicznej, co było prawdą i jednocześnie zabrzmiało tak, jakby rozważał zakup. Kiedy reporter poprosił go o rozwinięcie tej myśli, burmistrz wyjaśnił, że samorząd powinien wspierać lokalną przedsiębiorczość niezależnie od branży, w której działa, pod warunkiem przestrzegania obowiązujących przepisów i dobrych obyczajów. Nie potrafił jednak sprecyzować, czy dobre obyczaje obejmują również wystawienie dwumetrowego gumowego penisa przed urzędem miasta, dlatego szybko skierował rozmowę na temat planowanego remontu tężni.

Największe zamieszanie zaczęło się, kiedy pod ratusz podjechał samochód hurtowni „LoveTech”, tej samej, która podniosła cenę „Imperatora Soft Touch”. Kierowca nie przywiózł negocjatora ani przedstawiciela firmy, tylko zwykłą dostawę do „Grzechotnika”, lecz tłum uznał pojawienie się pojazdu za prowokację o niemal militarnym charakterze. Ktoś zaczął gwizdać, ktoś inny krzyczeć o spekulacji, a jedna z emerytek uderzyła dłonią w maskę i zażądała natychmiastowej obniżki cen masła. Kierowca wysiadł z samochodu, spojrzał na zgromadzonych i przez dłuższą chwilę próbował ustalić, czy pomylił adres, miejscowość, czy może kraj. Miał czterdzieści kilka lat, dwa kredyty, trójkę dzieci i głębokie przekonanie, że jego wynagrodzenie nie obejmuje uczestnictwa w wydarzeniach o charakterze rewolucyjnym. Wyjaśnił spokojnie, że przywiózł kartony, które ma obowiązek dostarczyć do sklepu, i że jeśli demonstranci pozwolą mu przejechać, wszyscy będą mogli wrócić do swoich zajęć. Odpowiedzią był gwizd, kilka okrzyków i transparent przedstawiający „Imperatora” przebitego symbolicznie czerwonym znakiem procentu. Dorian zorientował się, że sytuacja wymyka się spod kontroli, i próbował uspokoić ludzi przez megafon, ale bateria zaczęła się rozładowywać, przez co jego głos brzmiał jak demon zamknięty w odkurzaczu. Kierowca zapytał ponownie, czy może po prostu dostarczyć paczki, lecz nikt nie potrafił mu odpowiedzieć, ponieważ wszyscy byli zbyt zajęci byciem częścią historii.

— Proszę państwa, to jest zwykła dostawa! Ten człowiek nie odpowiada za politykę cenową producenta, nie ustala marż i prawdopodobnie ma dzisiaj jeszcze kilkanaście innych sklepów do objechania! — krzyczał Dorian, który po raz pierwszy od rozpoczęcia demonstracji poczuł, że społeczny gniew może być niebezpieczny również dla ludzi niemających z nim nic wspólnego. — Nie jesteśmy tutaj po to, żeby terroryzować kierowców ani atakować samochody! Naszym przeciwnikiem jest nieuczciwa polityka cenowa, a nie człowiek, który przywozi towar! Czy moglibyście, do ciężkiej kurwy nędzy, przestać walić w tę maskę? Jeżeli ją uszkodzicie, nie będziemy mieli żadnego argumentu w negocjacjach poza tym, że jesteśmy bandą pojebów!

Przemówienie odniosło częściowy skutek. Kilka osób odsunęło się od samochodu, emerytka przestała uderzać w maskę, choć nadal domagała się wyjaśnień dotyczących masła, a kierowca otrzymał wreszcie możliwość przejazdu. Dorian odprowadził go do „Grzechotnika”, obiecując, że pomoże przy rozładunku, po czym wrócił na rynek z wyrazem twarzy człowieka, który zaczyna rozumieć, że kierowanie ruchem społecznym wymaga znacznie więcej cierpliwości niż zarządzanie sklepem erotycznym. W sklepie klient może najwyżej zażądać zwrotu pieniędzy albo złożyć reklamację. Na demonstracji potrafi natomiast w ciągu pięciu minut zmienić temat protestu, zniszczyć samochód i zażądać interwencji ministra rolnictwa, nie mając pojęcia, od czego właściwie rozpoczęła się cała awantura.

Ruben obserwował ten chaos z boku i coraz silniej odczuwał, że całe miasteczko zamienia się w dekorację do własnego dowcipu. Obok niego stała pani Teresa z mleczarni, która przyszła „na pięć minut”, ale została, ponieważ chciała zobaczyć, czy naprawdę ktoś przyniesie ten wielki gumowy przedmiot, o którym czytała rano. W końcu przyznała, że protest jest idiotyczny, lecz dodała, że przynajmniej ludzie wyszli z domów. Ruben spojrzał na rynek pełen różu, flag, transparentów, dzieci jedzących watę cukrową i dorosłych dyskutujących o silikonie z powagą ekonomistów. Pomyślał, że Teresa ma rację. Różany Zdrój przez lata wyglądał jak miejsce, do którego ludzie przyjeżdżają po cichu umrzeć zdrowiej. Teraz po raz pierwszy wyglądał jak miejscowość, która nie wie, co ze sobą zrobić, ale przynajmniej próbuje. Nie oznaczało to oczywiście, że próby te należało traktować szczególnie poważnie. Ruben nadal nie rozumiał, dlaczego jego zdjęcie z butelką brokatowego mleka miało doprowadzić do zgromadzenia kilkuset osób przed ratuszem, ale z każdą kolejną godziną coraz mniej interesowało go znalezienie racjonalnego wyjaśnienia. Być może współczesny świat rzeczywiście funkcjonował w taki sposób, że przypadkowe wydarzenia stawały się symbolami, symbole przeradzały się w manifesty, a manifesty ostatecznie kończyły się sprzedażą koszulek i sporami o miejsce na parkingu.

Po drugiej stronie rynku Fabian przechadzał się w ogromnych okularach przeciwsłonecznych, choć jego obecność miała zupełnie inny cel. Nie interesowała go cena „Imperatora”, ponieważ od dawna uważał, że człowiek dysponujący odpowiednio wysokimi dochodami nie powinien tracić czasu na analizowanie kosztów własnej przyjemności. Przyszedł zobaczyć ludzi, a dokładniej ich twarze. Duży tłum oznaczał potencjalnych pacjentów, a Fabian posiadał instynkt drapieżnika działającego w branży usług estetycznych. Rozdawał wizytówki kobietom, które marszczyły czoło podczas skandowania, komentował linię żuchwy mężczyzn stojących przy scenie i w pewnym momencie zaczął analizować twarz reportera telewizyjnego, który miał według niego idealny nos, ale katastrofalne dolne powieki. Jego własna brew znajdowała się już prawie na normalnym poziomie, co Fabian uznał za sukces organizmu, choć prawy kącik ust nadal pozostawał mniej aktywny. Po konsultacji lekarskiej zalecono mu obserwację i rezygnację z kolejnych samodzielnych zabiegów, co przyjął z zawodowym rozczarowaniem, ale tym razem postanowił zastosować się do zaleceń. Starał się nie uśmiechać, dzięki czemu wyglądał poważniej i kilka osób uznało go za jednego z organizatorów demonstracji. Fabian nie wyprowadzał ich z błędu, ponieważ rola człowieka publicznego mogła okazać się korzystna dla wizerunku kliniki, zwłaszcza że ostatnie wydarzenia nieco nadwyrężyły jego reputację wśród pacjentek szczególnie zainteresowanych symetrią twarzy.

Maurycy przybył w różowym garniturze i białym kapeluszu, niosąc torbę z własnego butiku. W środku miał pięćdziesiąt srebrnych wstążek, które zaczął rozdawać jako „symbol solidarności”, choć dopiero w drodze na rynek wymyślił ich znaczenie. W ciągu godziny wstążki pojawiły się na kurtkach, torbach, smyczach psów i jednym wózku dziecięcym, a lokalny portal napisał, że srebrny kolor stał się oficjalnym symbolem protestu. Maurycy był zachwycony. Po raz pierwszy od lat stworzył trend, który nie ograniczał się do witryny „La Bella Donna”. Kiedy ktoś zapytał go, co symbolizuje srebro, odpowiedział, że wolność, cielesność i płynność ekonomiczną. Sam nie wiedział, co oznacza ostatnie określenie, ale brzmiało doskonale, szczególnie w połączeniu z francuskim akcentem, którego używał wyłącznie wtedy, gdy chciał zrobić wrażenie na ludziach nieznających francuskiego. W pewnym momencie natknął się na Fabiana, którego asymetryczna brew natychmiast przyciągnęła jego uwagę. Przyjrzał mu się dyskretnie, po czym oznajmił, że wygląda znacznie lepiej niż podczas ostatniej wizyty w klinice, choć nadal przypomina trochę bogatego wdowca, który właśnie dowiedział się, że kochanek przepisał mieszkanie własnej siostrze. Fabian odpowiedział, że nie każdy człowiek musi wyglądać jak emerytowany konferansjer niemieckiej telewizji regionalnej, na co Maurycy roześmiał się tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy. Obaj uznali tę wymianę uprzejmości za dowód wieloletniej przyjaźni.

Prawdziwy dramat rozpoczął się dopiero po trzynastej, kiedy Dorian dostał wiadomość od przedstawiciela hurtowni. Firma była gotowa rozmawiać o cenie, ale wyłącznie pod warunkiem zakończenia „publicznego ośmieszania produktu”. Dorian przeczytał wiadomość kilkakrotnie, po czym poczuł przypływ wściekłości tak intensywny, że musiał usiąść na plastikowym krześle pożyczonym od właściciela pobliskiego baru. Nie uważał, że ośmiesza produkt. Przeciwnie, walczył o jego godność, a jeśli przy okazji kilka tysięcy ludzi zobaczyło zdjęcie „Imperatora Soft Touch” z podpisem dotyczącym klasowego wykluczenia, należało traktować to jako bezpłatną reklamę, za którą producent powinien mu jeszcze podziękować. „Imperator” przez lata finansował mu czynsz, urlopy i jeden bardzo zły związek. Traktował go niemal jak pracownika, z tą różnicą, że produkt nigdy nie spóźniał się do pracy, nie prosił o podwyżkę i nie opowiadał mu o swoich problemach emocjonalnych. Perspektywa, że producent zarzuca mu brak szacunku, była więc dla Doriana osobistą zniewagą. Odpisał, że produkt nie jest ośmieszany, tylko broniony przed klasowym wykluczeniem. Po minucie przyszła odpowiedź z pytaniem, co dokładnie ma na myśli. Dorian przez następne dwadzieścia minut próbował to sformułować i sam zaczął tracić pewność, czy jego argumentacja rzeczywiście posiada tak mocne podstawy teoretyczne, jak wydawało mu się jeszcze poprzedniego wieczoru.

Ostatecznie przygotował długą wiadomość, w której wyjaśnił, że dostępność produktów erotycznych stanowi istotny element dobrostanu człowieka, a gwałtowne podwyżki cen mogą prowadzić do wykluczenia ekonomicznego osób o niższych dochodach. Następnie przypomniał hurtowni, że przez jedenaście lat współpracy regularnie składał zamówienia, terminowo opłacał faktury i nigdy nie zgłaszał reklamacji dotyczących kolorystyki opakowań, choć miał ku temu liczne powody. W zakończeniu zażądał spotkania z przedstawicielem producenta oraz przedstawienia szczegółowego uzasadnienia podwyżki, zaznaczając, że demonstracja zakończy się zgodnie z planem, ale organizatorzy zastrzegają sobie prawo do dalszych działań konsumenckich. Kiedy nacisnął przycisk wysyłania, poczuł ogromną ulgę, która trwała dokładnie siedem sekund, ponieważ właśnie wtedy zadzwonił do niego dziennikarz programu śniadaniowego z propozycją wystąpienia w poniedziałkowym wydaniu. Dorian natychmiast wyprostował plecy, poprawił cekinową marynarkę i przyjął zaproszenie, chociaż nie wiedział jeszcze, czy wystąpi jako przedsiębiorca, działacz społeczny, ekspert od rynku erotycznego, czy człowiek, który przez przypadek zorganizował największą demonstrację w historii Różanego Zdroju.

W międzyczasie na rynku pojawiła się niewielka grupa przeciwników protestu. Było ich kilkunastu, ale przynieśli ogromny baner z napisem „RÓŻANY ZDRÓJ TO UZDROWISKO, NIE BURDEL”, co natychmiast przyciągnęło uwagę mediów, uczestników demonstracji i pracowników urzędu odpowiedzialnych za promocję miasta. Napis szybko stał się większym problemem dla samorządu niż sam protest, ponieważ jedna z lokalnych radnych prowadziła pensjonat o nazwie „Róża”, a inna uznała słowo „burdel” za naruszenie wizerunku uzdrowiska. Doszło do kłótni o granice wolności słowa, w którą włączyli się emerytowany nauczyciel historii, pani Halina z sanatorium oraz dwóch niemieckich turystów, którzy nie rozumieli polskiego, ale chętnie robili zdjęcia. Jeden z przeciwników demonstracji zaczął wygłaszać przemówienie dotyczące upadku obyczajów, wskazując palcem na dmuchanego penisa przywiązanego do barierki. Zgromadzeni odpowiedzieli śmiechem, a pewna młoda kobieta zapytała go, dlaczego tak bardzo interesuje go przedmiot, którego rzekomo nie chce oglądać. Mężczyzna uznał pytanie za prowokację i zażądał interwencji policji, choć funkcjonariusze stojący przy fontannie mieli znacznie poważniejszy problem, ponieważ ktoś próbował właśnie posadzić wielkiego gumowego kutasa na grzbiecie amorka.

Ruben patrzył, jak grupa ludzi dyskutuje pod transparentem z kutasem obok drugiego transparentu z burdelem, i pomyślał, że jeśli ktoś teraz zapyta go, czym właściwie jest Różany Zdrój, nie będzie już umiał odpowiedzieć. Jeszcze kilka dni wcześniej opisałby miasteczko jako niewielkie uzdrowisko pełne emerytów, salonów kosmetycznych i ludzi, którzy zbyt poważnie traktują własne problemy zdrowotne. Teraz natomiast obserwował publiczną debatę dotyczącą prawa do przyjemności, komercjalizacji seksualności i granic miejskiej promocji, prowadzoną pod fontanną z sikającym amorkiem przez osoby, które jeszcze poprzedniego tygodnia nie potrafiły dojść do porozumienia w sprawie ustawienia nowych ławek. W pewnym momencie podszedł do niego starszy mężczyzna z transparentem dotyczącym masła i zapytał, czy to prawda, że Ruben zamierza kandydować na burmistrza. Ruben zaprzeczył z taką stanowczością, jakby właśnie zaproponowano mu usunięcie wąsów. Mężczyzna odszedł rozczarowany, ponieważ uważał, że człowiek zdolny zgromadzić tyle osób na rynku powinien przynajmniej spróbować rozwiązać problem komunikacji autobusowej.

Pod koniec dnia tłum zaczął się rozchodzić, lecz wydarzenie nie przestało żyć w internecie. Nagrania miały setki tysięcy wyświetleń, Dorian został zaproszony do programu śniadaniowego, burmistrz otrzymał prośbę o komentarz od ogólnopolskiej gazety, a zdjęcie Rubena z megafonem pojawiło się na zagranicznym profilu z podpisem „Polish milkman fights for affordable pleasure”. Ruben przeczytał to wieczorem i po raz pierwszy od kilku dni roześmiał się naprawdę. Nie dlatego, że samo zdanie było szczególnie zabawne, choć niewątpliwie posiadało pewien potencjał komediowy. Śmieszyło go przede wszystkim to, że wszystko stało się tak wielkie, tak szybko i z tak absurdalnie małego powodu, że nie było już sensu próbować tego kontrolować. Jeszcze niedawno zastanawiał się, czy jego życie nie jest zbyt przewidywalne, czy nie zmarnował młodości na rozwożenie produktów mleczarskich i czy nie powinien spróbować czegoś zupełnie nowego. Teraz miał ochotę wrócić do czasów, kiedy największym skandalem w Różanym Zdroju była zdrada organisty z właścicielką zakładu fryzjerskiego, a jego własne problemy ograniczały się do znalezienia odpowiednio ciasnych spodni i człowieka, który zechciałby je z niego zdjąć bez konieczności wcześniejszego ustalania warunków współpracy reklamowej.

Kiedy wracał do domu, minął „Grzechotnika” i zobaczył przez witrynę Doriana siedzącego samotnie za ladą. Przyjaciel miał rozpiętą cekinową marynarkę, rozmazany makijaż i kubek zimnej kawy w ręku. Na półce za nim stał „Imperator Soft Touch”, nadal wyceniony po staremu, jakby przez cały dzień nic szczególnego się nie wydarzyło. Ruben wszedł tylko na chwilę, ale natychmiast zauważył, że Dorian nie mówi już o rewolucji. Wyglądał jak człowiek, który nagle zrozumiał, że bunt społeczny jest znacznie bardziej wyczerpujący niż sprzedaż detaliczna, a tłum domagający się sprawiedliwości nie zawsze pamięta, czego właściwie domagał się na początku. Przyznał, że hurtownia zaproponowała mu spotkanie, choć nie podała jeszcze konkretnego terminu ani zakresu możliwych ustępstw. Nie wiedział, czy wygrał, ale miał absolutną pewność, że jeśli cena spadnie choćby o pięć euro, wydrukuje informację o tym na koszulkach, a jedną z nich podaruje burmistrzowi, najlepiej podczas oficjalnej uroczystości w ratuszu.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej pojebane? — zapytał Dorian, zdejmując marynarkę i przewieszając ją przez oparcie krzesła. — Że ja naprawdę chciałem tylko wynegocjować lepszą cenę. Nie zamierzałem zakładać ruchu społecznego, udzielać wywiadów ani tłumaczyć ogólnopolskiej telewizji, dlaczego silikonowy penis może być przedmiotem debaty ekonomicznej. A teraz dzwonią do mnie dziennikarze, jacyś ludzie chcą organizować podobne protesty w innych miastach, a przedstawiciel hurtowni oskarża mnie o publiczne ośmieszanie produktu, który od jedenastu lat sprzedaję z większym szacunkiem niż większość ludzi okazuje własnym małżonkom. Jeżeli tak wygląda walka o sprawiedliwość, to ja się zaczynam zastanawiać, czy nie powinienem po prostu otworzyć kwiaciarni.

Ruben roześmiał się, usiadł naprzeciwko niego i przez chwilę obserwował sklep, który jeszcze niedawno stanowił dla Doriana całe życie, a teraz zaczynał przypominać sztab wyborczy człowieka ubiegającego się o stanowisko przewodniczącego międzynarodowej federacji przyjemności. Na ladzie leżały plakaty, listy podpisów, paragony, niedokończona petycja i kartka z numerem telefonu do producenta koszulek. Obok znajdował się samotny „Imperator”, którego obecność nadawała całej scenie charakter wyjątkowo nieudanego przedstawienia teatralnego.

— Nie otwieraj kwiaciarni, bo po tygodniu zorganizujesz demonstrację przeciwko cenom tulipanów, a po miesiącu będziemy wszyscy maszerować przez rynek z hasłem „Róża nie jest luksusem”. Po prostu spotkaj się z tą hurtownią, spróbuj wynegocjować rozsądną cenę i wróć do sprzedawania kutasów. Przynajmniej wiesz, jak to robić, a jeśli kiedyś naprawdę zechcesz zostać działaczem społecznym, to może zacznij od czegoś, co nie wymaga tłumaczenia ludziom przez trzy godziny, czym właściwie jest „Imperator Soft Touch”.

Dorian spojrzał na niego z mieszaniną wdzięczności i urazy, po czym oznajmił, że Ruben jest człowiekiem pozbawionym politycznej wyobraźni, choć niewątpliwie posiada inne zalety, które pozwalają mu osiągać sukcesy w mediach społecznościowych. Obaj roześmiali się, a przez chwilę ich rozmowa przypominała dawne wieczory, kiedy spotykali się w „Grzechotniku” po zamknięciu sklepu, pili wino z plastikowych kubków i omawiali nieudane randki, lokalne plotki oraz problemy finansowe, które wówczas wydawały im się znacznie poważniejsze niż dzisiaj. Ruben poczuł, że właśnie za taką zwyczajnością tęsknił przez ostatnie dni. Nie potrzebował kolejnych obserwujących, propozycji reklamowych ani ludzi zapewniających go, że zmienia historię. Potrzebował kogoś, przy kim może być zwykłym człowiekiem, nawet jeśli ten człowiek ma dwa metry wzrostu, ogromne ramiona, rude wąsy i przyjaciela, który próbuje doprowadzić do międzynarodowego porozumienia w sprawie cen silikonowych penisów.

Do mieszkania wrócił późno. Na podłodze leżała torba z ubraniami, telefon miał trzy procent baterii, a w lodówce nie było prawie nic poza masłem, musztardą i zwykłym mlekiem. Ruben otworzył butelkę, nalał sobie szklankę i przez chwilę patrzył na białą powierzchnię, pozbawioną brokatu, symboliki i jakichkolwiek aspiracji ideologicznych. Nie było w niej niczego, co mogłoby zainteresować dziennikarzy, zainspirować grafików albo skłonić burmistrza do zorganizowania kolejnej konferencji prasowej. Było po prostu mleko, które ktoś wyprodukował, rozlał do butelki i dostarczył do sklepu, nie zastanawiając się nad jego kulturowym znaczeniem. Ruben wypił je powoli, opierając się o kuchenny blat, i pomyślał, że być może właśnie tego zazdrości przedmiotom. One nie muszą wiedzieć, kim są, nie potrzebują aprobaty obcych ludzi ani potwierdzenia własnej wartości w liczbie polubień. Wystarczy, że stoją na półce, dopóki ktoś ich nie kupi, a potem spełniają swoją funkcję, niezależnie od tego, czy świat uzna je za symbole społecznej przemiany, czy zwykłe produkty spożywcze. Ruben odstawił pustą szklankę do zlewu, wyłączył telefon i poszedł do sypialni, gdzie czekało na niego ogromne łóżko, druga poduszka i święty Sebastian wiszący nad zagłówkiem z wyrazem twarzy człowieka, który również nie najlepiej znosił nadmierne zainteresowanie własnym ciałem. Położył się, zgasił lampkę i przez kilka minut próbował zasnąć, ale za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział Doriana stojącego przed ratuszem z megafonem, tłum ludzi skandujących o godności i wielkiego gumowego kutasa przewracającego się w stronę fontanny. Ostatecznie zaczął się śmiać, najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż musiał zakryć twarz poduszką, ponieważ sąsiadka z dołu miała zwyczaj wzywać administrację, ilekroć podejrzewała, że ktoś nad nią przeżywa zbyt wiele przyjemności. Była to pierwsza od dawna noc, podczas której Ruben zasypiał samotnie, ale przynajmniej nie czuł się zobowiązany do udawania, że wszystko jest wspaniale.

Maurycy odzyskuje młodość

Maurycy przyszedł do kliniki trzy dni później z twarzą człowieka, który nie ufa ani naturze, ani lekarzom, ani własnemu odbiciu, ale zamierza podporządkować sobie wszystkie trzy rzeczy metodami administracyjnymi. Od rana był na czczo, co natychmiast uczyniło go nieznośnym, ponieważ Maurycy bez śniadania stawał się kimś w rodzaju arystokratycznego szakala, zdolnego do wyrządzenia poważnej krzywdy emocjonalnej każdemu, kto znalazłby się w promieniu pięciu metrów. W recepcji „Ostatniej Szansy” odmówił kawy bez mleka, wodę uznał za zbyt ciepłą, a kremowy fotel za „optycznie pogrubiający”. Przyniósł ze sobą zdjęcie sprzed dwudziestu lat, na którym stał oparty o kabriolet w Saint-Tropez, choć później wyszło na jaw, że fotografię wykonano pod Opolem, a samochód należał do kuzyna, który zajmował się sprowadzaniem używanych mercedesów z Niemiec. Nie miało to znaczenia. Dla Maurycego fotografia była dowodem, a wspomnienia stanowiły dziedzinę sztuki, w której szczegóły geograficzne i własność pojazdów nie powinny ograniczać wyobraźni. Chciał wyglądać dokładnie tak jak na zdjęciu, tylko trochę lepiej, ponieważ uważał, że nawet własna młodość wymaga retuszu. Pokazał Fabianowi fotografię, zaznaczył palcem linię szczęki, wysokość policzków i kąciki oczu, po czym jeszcze raz przypomniał, że efekt ma być subtelny. Subtelny oznaczał w jego języku tyle, że nikt nie powinien wiedzieć, jak to zrobiono, ale każdy powinien być zmuszony zapytać. Maurycy nie zamierzał bowiem wydawać pieniędzy na przemianę, której społeczeństwo nie zauważy. Uważał anonimowość za najgorszy możliwy rezultat medycyny estetycznej, zaraz po martwicy i konieczności noszenia golfa przez całe lato.

Fabian przygotował dla niego plan zabiegowy tak rozbudowany, że przypominał harmonogram modernizacji infrastruktury miejskiej, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do większości inwestycji samorządowych miał zostać ukończony przed wyznaczonym terminem. Obejmował korektę powiek, napięcie dolnej części twarzy, wypełnienie skroni, subtelne podniesienie brwi, poprawę linii żuchwy, delikatną korektę ust i coś, co Fabian określał jako „przywrócenie światła w środkowej części twarzy”, choć Maurycy podejrzewał, że światło trzeba będzie opłacić osobno. Poszczególne procedury rozpisano na etapy, z uwzględnieniem konsultacji, zabiegu chirurgicznego, późniejszego gojenia i ewentualnych drobnych korekt. Fabian podkreślał, że nie wszystko można wykonać jednocześnie, ale Maurycy uważał takie zastrzeżenia za zwykły brak ambicji. Największym problemem było jednak to, że sam Fabian wciąż nie odzyskał pełnej kontroli nad prawym kącikiem ust. Nosił maseczkę chirurgiczną nawet wtedy, kiedy nie musiał, tłumacząc ją sterylnością i profesjonalizmem, choć recepcjonistka wiedziała, że chodzi przede wszystkim o to, żeby pacjenci nie widzieli, jak lekarzowi uśmiecha się tylko połowa twarzy. Po własnej nieudanej próbie samodzielnej korekty konsultował się już z innym specjalistą i chwilowo powstrzymał się od dalszych eksperymentów na sobie. Nie zamierzał jednak rezygnować z prowadzenia kliniki. Przeciwnie, traktował swoje niedawne doświadczenia jako materiał do przyszłych wykładów, ponieważ człowiek najlepiej poznaje granice sztuki, kiedy na własnym czole ma ich rezultat. Planowane dla Maurycego procedury chirurgiczne miał przeprowadzić współpracujący z placówką chirurg, co Maurycy zaakceptował dopiero po obejrzeniu jego fotografii, dyplomów i profilu internetowego. Szczególnie zainteresowała go liczba obserwujących, ponieważ uważał, że lekarz operujący twarze powinien przynajmniej wiedzieć, jak dobrze zaprezentować własną.

— Fabian, musimy sobie jedną rzecz wyjaśnić, zanim pozwolę wam zrobić ze mnie eksponat medycyny współczesnej. Ja nie chcę wyglądać jak ktoś, kto desperacko walczy z czasem. Nie po to przez sześćdziesiąt lat budowałem swój wizerunek, żeby teraz przypominać emerytowaną stewardesę, która po rozwodzie wydała cały majątek na lifting i młodego instruktora pilatesu. Chcę wyglądać świeżo, luksusowo, europejsko, ale jednocześnie naturalnie. Najlepiej tak, jakbym właśnie wrócił z długiego urlopu w jakimś miejscu, którego nazwy nikt w Różanym Zdroju nie potrafi wymówić. I absolutnie nie chcę mieć tych potwornych ust, które wyglądają, jakby człowiek przez trzy dni całował rozgrzany kaloryfer. Nie obraź się, skarbie, ale widziałem ostatnio kilka twoich pacjentek i zaczynam podejrzewać, że prowadzisz jakiś tajny program hodowli karpi ozdobnych.

Fabian wysłuchał tej deklaracji z zawodową cierpliwością, poprawił maseczkę i przez chwilę przyglądał się fotografii z Opola, której Maurycy nadal konsekwentnie przypisywał francuskie pochodzenie. Wiedział, że jego pacjent posiada wyobrażenie własnej twarzy niemające wiele wspólnego z anatomią, biologią ani możliwościami współczesnej medycyny, ale doskonale rozumiał również, że każda próba wyjaśnienia tych ograniczeń może zostać odebrana jako brak profesjonalizmu. Maurycy przed zabiegiem sporządził zresztą szczegółową listę rzeczy, których sobie nie życzył. Nie chciał wyglądać kobieco, zbyt męsko, agresywnie, łagodnie, bogato w sposób wschodni, biednie w sposób zachodni, zbyt młodo, zbyt staro ani „jak ktoś, kto desperacko walczy z czasem”. Nie chciał też, żeby twarz była napięta, choć właśnie po to przyszedł. Fabian przeczytał wszystkie punkty, zadał kilka dodatkowych pytań i zapewnił go, że rozumie oczekiwania, choć w rzeczywistości nie potrafił wyobrazić sobie rezultatu spełniającego jednocześnie tak wiele sprzecznych warunków. Medycyna estetyczna w Różanym Zdroju opierała się jednak w znacznym stopniu na umiejętności sprawiania wrażenia, że ludzkie sprzeczności można rozwiązać strzykawką, skalpelem i odpowiednio wysokim limitem na karcie kredytowej.

— Maurycy, musisz zrozumieć, że nie będziemy kopiowali twojej twarzy sprzed dwudziestu lat. To zresztą nie miałoby większego sensu, ponieważ zmieniła się struktura tkanek, jakość skóry i proporcje poszczególnych obszarów. Naszym celem jest odświeżenie twojego wyglądu, a nie cofnięcie czasu. Nie mogę ci obiecać, że będziesz wyglądał na czterdzieści trzy lata, ponieważ medycyna nie działa w ten sposób. Mogę natomiast zapewnić, że odpowiednio dobrane procedury pozwalają uzyskać naturalniejszy, bardziej wypoczęty wygląd, bez konieczności całkowitej zmiany rysów twarzy. I chciałbym, żebyś naprawdę przeczytał dokumentację, zanim cokolwiek podpiszesz. Obrzęki, zasinienia, asymetria i długotrwałe gojenie nie są wymysłami prawników, tylko rzeczywistymi następstwami, z którymi możesz mieć do czynienia.

— Kochanie, ja nie oczekuję cofnięcia czasu. Chcę tylko, żeby czas przestał mnie publicznie kompromitować. Jeżeli mogę wyglądać na czterdzieści trzy lata, nie widzę powodu, dla którego miałbym wyglądać na sześćdziesiąt. I nie opowiadaj mi o naturalności, bo gdyby natura miała dobre intencje, nie wymyśliłaby zwiotczałej szyi, łysienia i ludzi, którzy po pięćdziesiątce zaczynają nosić beżowe kamizelki. Zresztą spójrz na mnie. Czy ja wyglądam jak człowiek, który zamierza godnie się starzeć? Nie. Ja zamierzam umrzeć tak piękny, żeby pracownicy zakładu pogrzebowego kłócili się o to, który z nich będzie mógł mnie przygotować do wystawienia.

Maurycy podpisał formularze, w których znajdowały się słowa „obrzęk”, „asymetria”, „zasinienie”, „czasowa utrata czucia” i „rzadkie powikłania”, a następnie zapytał tylko, czy po wszystkim będzie mógł założyć białą koszulę z wysokim kołnierzem. Fabian odpowiedział, że zależy to od przebiegu gojenia, lecz prawdopodobnie przed urodzinami nie powinno być z tym problemu. Ta informacja uspokoiła Maurycego bardziej niż cała dokumentacja medyczna. Przed wejściem na blok zabiegowy wręczył recepcjonistce telefon, portfel i mały flakon perfum, zastrzegając, że w razie nagłego wypadku należy najpierw zadzwonić do jego siostry, potem do księgowej, a dopiero na końcu do byłego partnera, ponieważ ten ostatni mógłby wykorzystać każdą komplikację zdrowotną jako dowód, że rozstanie było słuszną decyzją. Zapytał również, czy klinika dysponuje odpowiednio eleganckim pokojem pooperacyjnym i czy personel rozumie, że jego skóra wymaga szczególnej pielęgnacji. Pielęgniarka zapewniła go, że wszyscy pacjenci traktowani są jednakowo, co Maurycy odebrał jako pierwszy poważny sygnał ostrzegawczy.

Zabieg trwał kilka godzin. W tym czasie Różany Zdrój zdążył wyprodukować kolejne trzy skandale, z których żaden nie miał wystarczającej siły, żeby przebić mleko. Dorian wystąpił w telewizji śniadaniowej, gdzie prowadząca przez pięć minut nie mogła wymówić nazwy „Imperator Soft Touch” bez śmiechu, a następnie próbowała zadać mu pytanie o inflację, patrząc wyłącznie na ekran przedstawiający produkt. Dorian zachował powagę godną rzecznika banku centralnego. Ubrany w granatowy garnitur, fuksjową koszulę i poszetkę ozdobioną drobnymi kryształkami, przypominał człowieka, który przyjechał ogłosić narodowy program gospodarczy, choć jego wypowiedzi dotyczyły przede wszystkim prawa konsumentów do zakupu artykułów erotycznych w rozsądnej cenie. Wyjaśniał, że rynek przyjemności osobistej podlega tym samym mechanizmom ekonomicznym co rynek spożywczy, tylko ludzie są bardziej pruderyjni, kiedy trzeba o tym rozmawiać. Wspomniał o kosztach transportu, marżach hurtowych, inflacji i rosnących cenach surowców, po czym przeszedł do społecznych konsekwencji drożejących produktów, które, jego zdaniem, należało traktować z taką samą powagą jak inne towary poprawiające jakość życia. Prowadząca usiłowała utrzymać profesjonalny wyraz twarzy, lecz kiedy Dorian wyjął z torby zapakowanego „Imperatora” i postawił go na stoliku pomiędzy filiżankami kawy, musiała poprosić o krótką przerwę reklamową. Po powrocie do studia Dorian użył sformułowania „seksualna siła nabywcza obywateli”, które natychmiast zostało wycięte z programu i zaczęło krążyć w internecie jako cytat dnia.

Dorian był zachwycony. Przez całe popołudnie odbierał telefony od ludzi, którzy chcieli zaprosić go do podcastów, debat i jednego programu ekonomicznego, którego producent najwyraźniej jeszcze nie wiedział, czym naprawdę zajmuje się jego przyszły gość. Kiedy zadzwoniła do niego dziennikarka z pytaniem, czy uważa się za lidera nowego ruchu społecznego, odpowiedział, że nigdy nie dążył do przywództwa, ponieważ jego działalność zawsze wynikała z autentycznej troski o konsumentów. Nie wspomniał, że poprzedniego wieczoru przez dwie godziny projektował własne logo z napisem „DORIAN — GŁOS PRZYJEMNOŚCI”, które zamierzał umieścić na kubkach, torbach bawełnianych i ewentualnie prezerwatywach. W „Grzechotniku” rozdzwoniły się telefony, a sprzedaż internetowa wzrosła na tyle, że Dorian zaczął podejrzewać, iż podwyżka „Imperatora” może ostatecznie okazać się najbardziej dochodowym wydarzeniem w historii jego przedsiębiorstwa. Nie zamierzał jednak dzielić się tą refleksją z opinią publiczną. Człowiek prowadzący walkę o godność konsumentów nie powinien zbyt ostentacyjnie cieszyć się ze wzrostu obrotów.

Ruben tymczasem miał własny problem. Mleczarnia, zachęcona wynikami badań i ogromnym zainteresowaniem mediów, postanowiła oficjalnie wypuścić limitowaną serię brokatowego mleka. Po dokładnym ustaleniu źródła wcześniejszego zanieczyszczenia, oczyszczeniu instalacji i przygotowaniu nowej receptury zakład rozpoczął starania o dopuszczenie produktu do sprzedaży. Bogdan zamówił dziesięć tysięcy różowych kapsli, dwa tysiące etykiet i fotografa, który miał zrobić Rubenowi „zdjęcia produktowe”. Ruben początkowo sądził, że chodzi o fotografie butelki, dopóki nie zobaczył moodboardu przygotowanego przez agencję reklamową. Znajdowały się na nim umięśnione męskie torsy, ciężarówki w stylu retro, pastelowe chmury, chrom, cekiny, mleko rozlewające się po skórze i coś, co przypominało kalendarz strażaków przygotowany przez drag queen po trzech drinkach. Agencja chciała, żeby Ruben stanął półnagi obok różowego samochodu, trzymając skrzynkę butelek na wysokości bioder, a następnie zapozował z pojedynczą butelką na tle ogromnego, dmuchanego księżyca. Bogdan uważał, że to „świeże, odważne i trochę amerykańskie”. Ruben uważał, że wygląda jak reklama porno dla ludzi z nietolerancją laktozy, ale po obejrzeniu proponowanego honorarium doszedł do wniosku, że artyści od stuleci poświęcają się dla sztuki, a on nie powinien być wyjątkiem.

Najbardziej irytowało go jednak to, że wszyscy zaczęli mówić o nim tak, jakby nie był obecny. Fotograf rozmawiał z grafikiem o tym, czy piegi należy wzmacniać w postprodukcji. Stylistka zastanawiała się, czy rudy kolor włosów jest „wystarczająco markowy”. Ktoś zapytał, czy wąsy są prawdziwe, a ktoś inny chciał wiedzieć, czy można zakręcić je bardziej, żeby wyglądały na „bardziej świadome swojej seksualności”. Ruben siedział przed lustrem w garderobie i miał wrażenie, że jest manekinem wyposażonym przypadkiem w układ nerwowy. Na stoliku leżały puder brązujący, olejek do ciała i małe pudełko z jadalnym brokatem, którym stylistka zamierzała oprószyć mu obojczyki. Ruben zapytał, czy to konieczne, na co usłyszał, że brokat musi „zagrać na skórze”, ponieważ w przeciwnym razie nie zostanie zachowana spójność wizualna kampanii. Nie wiedział, co to znaczy, ale zaczynał tęsknić za czasami, kiedy jedyne, co grało mu na skórze, to pot po siłowni. Jego poczucie autonomii osłabło jeszcze bardziej, kiedy fotograf poprosił go o zdjęcie koszulki, stylistka o opuszczenie ramiączek ogrodniczek, a przedstawicielka agencji zaczęła rozważać, czy nie należałoby delikatnie zwiększyć objętości jego klatki piersiowej za pomocą cyfrowego retuszu.

— Przepraszam bardzo, czy ja mogę wreszcie dowiedzieć się, co dokładnie zamierzacie zrobić z moim ciałem? Bo odnoszę wrażenie, że przyszedłem tutaj reklamować mleko, a zaraz się okaże, że moja klatka piersiowa wymaga dodatkowych konsultacji artystycznych. Mam wystarczająco duże cycki, naprawdę. Pracowałem na nie przez piętnaście lat, zjadłem tyle pieprzonego twarogu, że powinienem dostać od producentów rentę honorową, i nie zamierzam teraz słuchać, że ktoś musi mi je jeszcze powiększyć w komputerze. Jeżeli chcecie poprawiać jakąś część mojego ciała, to może zacznijcie od mózgu, bo najwyraźniej tylko on nie był wystarczająco rozwinięty, żeby odmówić udziału w tej sesji.

Fotograf zapewnił go, że nikt nie kwestionuje jego wyglądu, a wszystkie uwagi mają wyłącznie charakter techniczny. Stylistka dodała, że Ruben posiada doskonały potencjał wizualny, ale musi zrozumieć, iż kampania wymaga pewnej stylizacji, nawet jeśli z punktu widzenia modela niektóre decyzje wydają się niezrozumiałe. Ruben odpowiedział, że rozumie stylizację, ponieważ przez całe dorosłe życie wyglądał jak człowiek, który przypadkiem zamieszkał wewnątrz katalogu różowej bielizny. Nie rozumiał natomiast, dlaczego jego naturalne rude włosy trzeba określać jako „zasób marketingowy”, wąsy jako „element rozpoznawalności marki”, a klatkę piersiową jako „przestrzeń komunikacji wizualnej”. Kiedy przedstawicielka agencji zaproponowała, żeby na jednym ze zdjęć rozlał sobie mleko na brzuch, Ruben zażądał przynajmniej wyjaśnienia, czy produkt przeznaczony jest do picia, czy do wykorzystania podczas wyjątkowo nieudanej gry wstępnej.

Sesja trwała trzy godziny i była jednocześnie żenująca oraz dziwnie przyjemna. Ruben nie potrafił udawać, że nie cieszy go światło, uwaga ludzi i fakt, że fotograf co chwilę mówi, iż wygląda świetnie. Lubił własne ciało, lubił pokazywać je innym i nie widział szczególnego powodu, żeby przepraszać za próżność, która wymagała od niego znacznie więcej wysiłku niż większość cech charakteru uznawanych powszechnie za wartościowe. Problem polegał na tym, że każde komplementujące zdanie odnosiło się do konkretnej części jego anatomii. Świetne ramiona, świetna klatka, świetny profil, świetne wąsy, doskonała linia bioder. Nikt nie powiedział: świetny człowiek. Ruben wiedział, że byłoby to absurdalne podczas sesji reklamowej, ale właśnie dlatego myśl przyczepiła się do niego i nie chciała odejść. Po kilku godzinach stał przed samochodem, pokryty olejkiem i drobnym brokatem, z butelką mleka przy piersi, i nagle pomyślał, że jego życie zaczyna wyglądać jak reklama produktu, którego jeszcze nie sprzedano. Obraz był doskonały. W środku czuł się za to coraz mniej fotogenicznie. Kiedy fotograf poprosił go o ostatnią serię ujęć, Ruben uśmiechnął się szeroko, wyprężył klatkę piersiową i wykonał wszystkie polecenia z profesjonalizmem, którego nie spodziewał się po sobie jeszcze kilka dni wcześniej. Dopiero podczas pakowania sprzętu zorientował się, że przez całe popołudnie nikt nie zapytał go, czy jest zmęczony, głodny albo czy ma ochotę wrócić do domu. Wszyscy doskonale wiedzieli, jak powinien wyglądać. Nikt nie zastanawiał się nad tym, jak się czuje.

Maurycy obudził się po zabiegu w prywatnym pokoju kliniki, owinięty bandażami tak, że wyglądał jak luksusowa mumia sprowadzona na zamówienie z Egiptu przez człowieka posiadającego wyjątkowo ekstrawagancki gust. Pierwszą rzeczą, o którą zapytał, było lustro. Pielęgniarka odmówiła, co uznał za potwierdzenie katastrofy, ponieważ w jego doświadczeniu ludzie nie ukrywali rzeczy pięknych, chyba że były szczególnie drogie albo pochodziły z nielegalnego importu. Przez kolejną godzinę leżał nieruchomo i wyobrażał sobie najgorsze możliwe scenariusze. W jednym miał twarz przeciągniętą aż do uszu, w drugim całkowicie stracił mimikę, w trzecim wyglądał jak kobieta z reklamy taniej kliniki w Turcji, która zdecydowała się na pakiet promocyjny obejmujący wszystkie dostępne zabiegi. Kiedy Fabian w końcu wszedł do pokoju, Maurycy natychmiast zaczął obserwować jego reakcję. Fabian był spokojny, co samo w sobie budziło podejrzenia, ponieważ lekarze uspokajająco mówią najczęściej wtedy, gdy coś wygląda jak pożar magazynu. Wyjaśnił, że obrzęk jest normalnym następstwem przeprowadzonych procedur, efekt końcowy pojawi się dopiero po odpowiednim czasie, a na razie najważniejsze są odpoczynek i przestrzeganie zaleceń. Maurycy przyjął informacje, ale nie przyjął ich emocjonalnie. Odpoczynek nie znajdował się w jego naturze. Jego natura wymagała natychmiastowego rezultatu, możliwości publicznego zaprezentowania sukcesu i prawa do reklamacji, najlepiej bez konieczności wypełniania formularzy.

— Fabian, ja rozumiem, że medycyna potrzebuje czasu, ale chciałbym wiedzieć, czy wyglądam przynajmniej jak człowiek. Pielęgniarka nie chce mi dać lustra, ty przychodzisz z miną człowieka, który właśnie podpisał poufne porozumienie z prokuraturą, a ja mam leżeć i czekać, aż moja twarz postanowi wrócić do cywilizacji. Powiedz mi przynajmniej, czy mam normalne oczy. Czuję się tak, jakby ktoś przyszył mi do głowy dwie niedojrzałe brzoskwinie, a potem owinął wszystko bandażem. I czy mogę dostać wreszcie coś do picia, co nie smakuje jak woda po płukaniu protezy?

Fabian zapewnił go, że zabieg przebiegł zgodnie z planem, a wygląd bezpośrednio po operacji nie pozwala ocenić ostatecznego rezultatu. Maurycy przez chwilę słuchał go w milczeniu, po czym poprosił o telefon, żeby sprawdzić, czy ktoś nie opublikował w internecie informacji o jego pobycie w klinice. Nie zamierzał bowiem dopuścić do sytuacji, w której mieszkańcy Różanego Zdroju dowiedzieliby się, że jego przyszły młodzieńczy wygląd jest rezultatem interwencji medycznej, a nie dobrych genów, regularnych spacerów i właściwego nawodnienia organizmu. W końcu zgodził się odpocząć, ale zażądał, żeby pielęgniarka zamknęła zasłony, ponieważ światło dzienne wydawało mu się nieprzyzwoicie bezpośrednie. Następnie zasnął z telefonem w dłoni, przeglądając stare fotografie, na których wyglądał młodo w sposób zupełnie niewymuszony, co teraz wydawało mu się największym osiągnięciem własnej biologii.

Pierwsze spojrzenie w lustro nastąpiło dopiero następnego dnia rano. Maurycy przez kilka sekund nie rozumiał, na co patrzy. Twarz była opuchnięta, oczy wąskie, skóra napięta, a policzki wyższe, niż pamiętał. W pierwszym odruchu chciał krzyczeć, w drugim zauważył, że linia żuchwy rzeczywiście wygląda lepiej, natomiast w trzecim doszedł do wniosku, że być może wszystko będzie dobrze, o ile światło zawsze będzie padać z lewej strony. Fabian zapewniał, że potrzeba czasu, lecz Maurycy traktował tę informację z podejrzliwością właściwą człowiekowi, który zapłacił za luksusową usługę i otrzymał produkt wymagający samodzielnego montażu. Wpatrywał się w lustro, próbując odgadnąć, które fragmenty twarzy pozostaną na swoich nowych miejscach, a które po ustąpieniu obrzęku postanowią wrócić do poprzedniego położenia. Najbardziej niepokoiło go to, że nie mógł rozpoznać własnego uśmiechu. Nie był pewien, czy wynika to z pooperacyjnego obrzęku, czy też z faktu, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat jego twarz zdążyła wypracować indywidualne przyzwyczajenia, których nie uwzględniono w dokumentacji. Mentalnie zaczął już przygotowywać recenzję internetową na wypadek, gdyby natura nie współpracowała wystarczająco szybko, ale postanowił wstrzymać się z publikacją, ponieważ nie chciał, żeby przyszli klienci „Ostatniej Szansy” wiedzieli, iż jego własny sukces wymagał przejściowego wyglądu przypominającego pobicie przez grupę szczególnie zazdrosnych kosmetologów.

Przez następne dni obrzęk stopniowo schodził, siniaki bledły, a twarz Maurycego zaczynała odsłaniać pierwsze rezultaty przeprowadzonych zabiegów. W dalszym ciągu wymagał kontroli i przestrzegania zaleceń, ale każdy kolejny poranek przynosił mu nowe powody do zadowolenia. Początkowo zmiany były na tyle subtelne, że dostrzegał je wyłącznie on sam i Fabian, który podczas wizyt kontrolnych dokumentował proces gojenia z dokładnością konserwatora zabytków odpowiedzialnego za odnowienie renesansowego ołtarza. Maurycy zaczął robić sobie zdjęcia codziennie o tej samej porze, zawsze w tym samym świetle, z tego samego profilu i z identycznym wyrazem twarzy. Po tygodniu posiadał już obszerny materiał fotograficzny, który pozwalał mu analizować własne oblicze niemal naukowo, choć wnioski formułował przede wszystkim na podstawie tego, czy wyglądał korzystniej niż poprzedniego dnia. Po kolejnych kontrolach i stopniowym powrocie do zwykłych zajęć mógł wreszcie pojawić się w swoim butiku, co potraktował jak uroczystą premierę nowej kolekcji. Założył biały garnitur, srebrne mokasyny i okulary przeciwsłoneczne, które zdjął dopiero po przekroczeniu progu „La Bella Donna”, żeby pracownica mogła zobaczyć rezultat w pełnej okazałości.

I właśnie wtedy pojawił się prawdziwy problem. Efekt był dobry. Zbyt dobry. Maurycy rzeczywiście wyglądał młodziej, przynajmniej w świetle własnego sklepu, które od lat ustawiał tak, żeby klientki mogły kupować ubrania bez konieczności konfrontowania się z rzeczywistością. Przez pierwsze dwa dni był zachwycony. Klienci pytali, czy schudł, czy był na wakacjach, czy zmienił fryzurę. Jedna kobieta powiedziała, że wygląda jak własny młodszy brat, druga zapytała, czy ma nowego partnera, ponieważ „miłość odmładza”, a trzecia przez kilka minut próbowała ustalić, jakiego kremu używa, nie przyjmując do wiadomości, że efekt może wynikać z czegoś droższego niż kosmetyk dostępny w drogerii. Maurycy promieniał. Chodził po sklepie w białym garniturze i obserwował swoje odbicie w każdej powierzchni, łącznie z metalowym stojakiem na paski i szklaną gablotą, w której przechowywał najdroższe okulary przeciwsłoneczne. Wieczorem zrobił sobie osiemdziesiąt trzy zdjęcia, z których opublikował jedno, a następnie przez pół nocy czytał komentarze. Największą satysfakcję sprawiła mu wiadomość od byłego partnera, który zapytał, czy fotografia została wykonana wiele lat temu. Maurycy odpisał, że tego samego dnia, po czym odłożył telefon z uczuciem triumfu tak intensywnym, że przez chwilę rozważał ponowne rozpoczęcie związku wyłącznie po to, żeby jeszcze raz go zakończyć.

Kryzys zaczął się trzeciego dnia. Najpierw nie rozpoznała go sąsiadka, która przez piętnaście lat regularnie pożyczała od niego cukier i uważała się za osobę posiadającą szczegółową wiedzę na temat jego życia osobistego. Kiedy spotkali się na klatce schodowej, uprzejmie ustąpiła mu miejsca i zapytała, czy jest nowym lokatorem. Maurycy początkowo uznał to za dowód wyjątkowego sukcesu chirurgicznego, lecz po kilku minutach poczuł dziwny niepokój. Następnie kasjerka w sklepie z alkoholami poprosiła go o dokument przy zakupie drogiego koniaku na prezent, choć była to najprawdopodobniej złośliwość albo kiepski wzrok. Maurycy zademonstrował jej dowód osobisty z satysfakcją człowieka, który właśnie udowodnił, że czas jest wyłącznie umowną kategorią społeczną, a potem spędził pół godziny przed lustrem w samochodzie, zastanawiając się, czy rzeczywiście wygląda aż tak młodo. Ostateczny cios przyszedł jednak następnego ranka, kiedy na ulicy zaczepił go młody mężczyzna i zapytał, czy „ta starsza pani z butiku” jest jego matką. Maurycy przez chwilę nie rozumiał, o kim mowa. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że człowiek pomylił go z pracownikiem własnego sklepu, którego właścicielką w oczach nieznajomego była najwyraźniej jakaś starsza kobieta.

To był moment, kiedy euforia zaczęła przechodzić w coś znacznie bardziej niepokojącego. Maurycy chciał wyglądać młodziej, ale nie chciał zostać wyjęty z własnej historii. Całe życie pracował na to, żeby być rozpoznawalnym Maurycym, człowiekiem posiadającym określony styl, reputację, garderobę i znajomości, które pielęgnował z większą starannością niż większość ludzi własne związki. Jeśli twarz przestawała pasować do nazwiska, ubrań, reputacji i wspomnień innych, młodość nagle zaczynała przypominać kradzież tożsamości. Zastanawiał się, ile lat trzeba przeżyć, żeby zdobyć odpowiednią pozycję towarzyską, a potem ile pieniędzy wystarczy wydać, żeby przypadkiem ją utracić. Przez całe dziesięciolecia jego wygląd stanowił wizytówkę „La Bella Donna”, lecz teraz nowi klienci traktowali go jak zatrudnionego niedawno sprzedawcę, któremu należało wyjaśnić historię sklepu, zasady obsługi i lokalne upodobania. Najbardziej irytujące było to, że nie mógł się na nich obrażać, ponieważ przecież dokładnie tego oczekiwał od zabiegu. Chciał wzbudzać zdumienie, ale nie przewidział, że zdumienie ludzi, którzy go nie rozpoznają, może być znacznie mniej satysfakcjonujące niż zazdrość tych, którzy pamiętają go sprzed operacji.

Przyszedł do kliniki bez zapowiedzi, ubrany w czarny płaszcz, ogromne okulary i kapelusz, jakby ukrywał się przed paparazzi, których w Różanym Zdroju nie było, a gdyby nawet się pojawili, prawdopodobnie fotografowaliby Rubena albo burmistrza przy fontannie. W recepcji zażądał rozmowy z Fabianem i odmówił siedzenia, ponieważ uważał, że w pozycji siedzącej „wszystko opada”. Recepcjonistka zaproponowała mu wodę, kawę i najbliższy wolny termin konsultacji, lecz Maurycy oświadczył, że nie przyszedł na zwykłą wizytę, tylko w sprawie reklamacji rezultatu usługi medycznej, którego konsekwencje zaczęły wykraczać poza obszar jego życia prywatnego. Kiedy wszedł do gabinetu, Fabian przez moment rzeczywiście go nie rozpoznał. Trwało to może sekundę, ale Maurycy zauważył. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy triumfem a przerażeniem. Skoro nawet lekarz nie poznaje pacjenta, efekt musiał być spektakularny. Jednocześnie właśnie tego zaczął nienawidzić. Zdjął okulary, odłożył kapelusz na stolik i usiadł naprzeciwko Fabiana z miną człowieka, który właśnie zamierza wyjaśnić sprzedawcy luksusowego samochodu, dlaczego pojazd rozwijający zbyt dużą prędkość stanowi poważną wadę fabryczną.

— Fabian, mamy problem. I zanim zaczniesz opowiadać mi o doskonałych proporcjach, naturalnym efekcie i spektakularnym odmłodzeniu, chciałbym cię poinformować, że doskonale wiem, jak wyglądam. Wyglądam fantastycznie. Wyglądam tak dobrze, że zaczynam mieć ochotę na ludzi, na których dotychczas nie zwróciłbym uwagi, ponieważ uważałem ich za zbyt młodych, niedojrzałych i pozbawionych odpowiedniego wykształcenia. Ale właśnie w tym tkwi problem. Ja nie zamawiałem nowego życia. Zamawiałem nową twarz. Nie chciałem, żeby sąsiadka pytała mnie, czy jestem nowym lokatorem, a przypadkowi mężczyźni traktowali jak pracownika mojego własnego butiku. Wydałem ogromne pieniądze po to, żeby ludzie podziwiali mojego Maurycego, a nie zastanawiali się, kim jest ten elegancki młodzieniec, który najwyraźniej przejął jego mieszkanie, garderobę i rachunek bankowy.

Fabian wysłuchał go w milczeniu, początkowo przekonany, że pacjent przesadza, jak miał to w zwyczaju od pierwszej wizyty. Dopiero kiedy Maurycy przedstawił szczegółową relację ze spotkania z sąsiadką, wizyty w sklepie z alkoholami i rozmowy z nieznajomym mężczyzną, zorientował się, że rzeczywiście nie chodzi o zwykłe niezadowolenie z wyglądu. Pacjent przyszedł złożyć reklamację, ponieważ zabieg, na który wyraził zgodę i którego rezultatu wcześniej się domagał, spełnił jego oczekiwania w stopniu przekraczającym zdolność psychiczną do zaakceptowania zmian. Fabian przez chwilę zastanawiał się, czy istnieje odpowiednia rubryka w dokumentacji medycznej na przypadek człowieka, który uważa, że wygląda zbyt dobrze, ale nie znalazł w pamięci niczego, co odpowiadałoby tak specyficznej sytuacji.

— Maurycy, musisz zrozumieć, że nie mogę odpowiadać za reakcje wszystkich mieszkańców Różanego Zdroju. Ustaliliśmy zakres procedur, omówiliśmy możliwe rezultaty, a ty wielokrotnie podkreślałeś, że chcesz wyglądać znacznie młodziej. Efekt jest zgodny z naszymi założeniami, gojenie przebiega prawidłowo, a proporcje twarzy pozostają naturalne. Nie mogę nagle uznać udanego zabiegu za błąd tylko dlatego, że twoja sąsiadka cię nie rozpoznała. Może po prostu ma kiepski wzrok. Zresztą nie wiem, dlaczego tak bardzo przejmujesz się opinią kobiety, którą jeszcze niedawno nazywałeś prowincjonalną kretynką niepotrafiącą odróżnić jedwabiu od poliestru.

— Ponieważ prowincjonalna kretynka przez piętnaście lat wiedziała, kim jestem, a teraz traktuje mnie jak jakiegoś anonimowego lokatora! Nie rozumiesz, że ja straciłem ciągłość własnej biografii? Chciałem odmłodzenia, a nie zmartwychwstania pod nowym nazwiskiem. I domagam się częściowego zwrotu pieniędzy, ponieważ w umowie nie było mowy o stworzeniu innego człowieka. Jeżeli kupuję garnitur szyty na miarę, to oczekuję, że będzie idealnie leżał na moim ciele, a nie że krawiec wyprodukuje mi nowe ciało, do którego będę musiał dopasować całą resztę garderoby. Zrozum wreszcie, że ja chcę wyglądać młodo, ale nadal chcę być sobą. Nie po to przez sześćdziesiąt lat budowałem reputację eleganckiego, nieco ekscentrycznego człowieka sukcesu, żeby teraz jakaś idiotka pytała mnie, czy jestem nowym sprzedawcą we własnym sklepie.

Spór trwał niemal godzinę i miał absurdalnie poważny charakter. Maurycy przedstawił argumenty, Fabian dokumentację fotograficzną, a recepcjonistka została wezwana jako świadek, choć nie wiedziała czego. Na biurku pojawiły się wydruki zdjęć sprzed zabiegu, fotografie wykonane podczas kolejnych kontroli oraz aktualne ujęcia, na których Maurycy rzeczywiście wyglądał inaczej, ale nadal zachowywał charakterystyczne rysy twarzy. Fabian próbował tłumaczyć, że ostateczny rezultat będzie można ocenić dopiero po zakończeniu gojenia, a dokonywanie pochopnych korekt na tym etapie byłoby nieodpowiedzialne. Maurycy przyjął tę argumentację z irytacją człowieka, któremu właśnie przypomniano, że medycyna nie jest salonem krawieckim, gdzie można zwrócić produkt po pierwszym przymierzeniu. W końcu Fabian wspomniał o możliwości późniejszej, niewielkiej korekty, która mogłaby przywrócić twarzy nieco dojrzalszy charakter, lecz natychmiast zastrzegł, że na razie nie należy podejmować żadnych decyzji. Sam pomysł zabrzmiał tak niedorzecznie, że nawet on przez chwilę zastanawiał się, w którym momencie jego zawodowa działalność przekształciła się w usługę polegającą na indywidualnym zarządzaniu wiekiem społecznym klientów.

Maurycy uznał propozycję za interesującą. Chciał wyglądać młodo, ale z klasą, czyli młodo z odrobiną starego siebie. Najlepiej, gdyby ludzie natychmiast rozpoznawali go na ulicy, po czym przez kolejne piętnaście minut zastanawiali się, jakim cudem tak bardzo odmłodniał. Nie chciał być nierozpoznawalny, chciał być przedmiotem zazdrości, a to wymagało zachowania przynajmniej części dawnej tożsamości. Ustalili więc, że nie będą niczego zmieniać przez następne tygodnie i dopiero po kolejnej kontroli ponownie ocenią sytuację. Maurycy wyszedł niezadowolony, ale spokojniejszy, ponieważ sama możliwość złożenia reklamacji przywróciła mu poczucie kontroli nad rzeczywistością. W głębi duszy wiedział zresztą, że i tak nie oddałby nowej twarzy. Chciał tylko mieć prawo narzekać na nią jak na źle dopasowany garnitur, którego cenę podkreśla się w każdej rozmowie, a mimo to nosi przy każdej możliwej okazji.

Tego samego wieczoru poszedł do „Lustra”. Nie planował imprezy, zamierzał tylko wypić drinka i sprawdzić, jak twarz zachowuje się w ruchu oraz niekorzystnym świetle klubowym. Była to dla niego forma kontroli jakości, której nie mógł przeprowadzić w gabinecie medycznym, ponieważ Fabian posiadał oświetlenie zaprojektowane specjalnie po to, żeby ludzie wyglądali w nim jak własne, nieco droższe wersje. W „Lustrze” panowały natomiast warunki znacznie bardziej wymagające. Różowe i fioletowe neony, migające reflektory, kula dyskotekowa oraz intensywny zapach perfum wymieszanych z potem tworzyły środowisko, w którym nawet ludzie posiadający naturalnie piękne twarze zaczynali po kilku godzinach wyglądać jak bohaterowie taniego filmu science fiction. Maurycy uznał więc, że jeśli jego nowa twarz przetrwa taki eksperyment, będzie mógł bez obaw zaprezentować ją podczas zbliżających się urodzin. Założył srebrną koszulę, czarne spodnie i buty na niewielkim obcasie, które od lat przechowywał w szafie na specjalne okazje, a następnie pojawił się w klubie z miną człowieka, który nie zamierza nikogo podrywać, ponieważ sam stanowi wystarczającą atrakcję wieczoru.

W klubie prawie nikt go nie rozpoznał. Dwóch młodych chłopaków zaprosiło go do stolika, ktoś poprosił o Instagram, a barman zapytał, czy jest pierwszy raz w Różanym Zdroju. Maurycy początkowo poczuł irytację, ponieważ przez kilkanaście lat regularnie odwiedzał „Lustro”, znał właściciela, połowę personelu i przynajmniej jedną trzecią mężczyzn, którzy kiedykolwiek tańczyli na tamtejszym parkiecie. Potem jednak zauważył, że zainteresowanie młodych ludzi posiada pewne zalety, których nie uwzględnił podczas rozmowy z Fabianem. Jeden z chłopaków, wysoki brunet o szerokich ramionach i uśmiechu sugerującym wyjątkowo ograniczone doświadczenie życiowe, zapytał go, czy jest z Berlina. Maurycy odpowiedział, że właściwie można tak powiedzieć, ponieważ od lat regularnie podróżuje po Europie, po czym zamówił kolejnego drinka i pozwolił, żeby rozmowa potoczyła się w kierunku, który jeszcze poprzedniego tygodnia uznałby za niestosowny z powodów czysto metrykalnych. W ciągu godziny przestał przejmować się tym, że nikt go nie poznaje, ponieważ zaczynał odkrywać przyjemność płynącą z możliwości przedstawienia samego siebie od początku, bez konieczności wyjaśniania dawnych związków, nieudanych inwestycji i skandalu związanego z kolekcją sztucznych futer sprowadzonych kilka lat wcześniej z Chin.

Około drugiej nad ranem Maurycy tańczył już na podwyższeniu z mężczyzną młodszym od niego o trzydzieści lat, który był przekonany, że jego nowy znajomy ma czterdzieści jeden. Maurycy nie sprostował, ponieważ nie był aż takim zwolennikiem prawdy. W końcu przez całe życie uważał, że człowiek powinien starannie dobierać informacje przekazywane innym, szczególnie jeśli dotyczą one wieku, dochodów i liczby dotychczasowych partnerów seksualnych. Tańczył z przesadną elegancją, unosząc ręce w charakterystyczny sposób, jakby prowadził niewidzialną orkiestrę, i co kilka minut poprawiał włosy, które nie wymagały poprawiania. Nowa twarz sprawiała mu coraz większą przyjemność. W świetle neonów wyglądał świeżo, efektownie i na tyle młodo, że przynajmniej przez kilka godzin mógł udawać, iż ostatnie dwadzieścia lat było jedynie wyjątkowo długim, źle zaplanowanym urlopem. Problem własnej tożsamości, który jeszcze po południu wydawał mu się tak poważny, zaczął tracić znaczenie w miarę opróżniania kolejnych kieliszków. Maurycy doszedł do wniosku, że człowiek nie powinien przywiązywać się przesadnie do własnej historii, zwłaszcza jeśli współczesna medycyna oferuje możliwość jej atrakcyjnego wizualnie przeredagowania.

Ruben pojawił się w klubie później, w towarzystwie Doriana, który świętował pierwszą odpowiedź hurtowni sugerującą możliwość obniżki ceny „Imperatora”. W środku było tłoczno, duszno i różowo od neonów. Na ścianach wisiały plakaty Mleka Brokatowego, choć Ruben nie wiedział, skąd właściciel je wziął. Przy barze sprzedawano drink o nazwie „Rudy Mleczarz”, którego skład obejmował mleko kokosowe, wódkę, grenadynę i jadalny brokat. Ruben spróbował i stwierdził, że smakuje jak płyn do kąpieli zmieszany z rozczarowaniem. Ludzie jednak kupowali go masowo, ponieważ dobrze wyglądał na zdjęciach, a ponadto właściciel baru obiecał, że część dochodu ze sprzedaży przeznaczy na promocję lokalnej przedsiębiorczości, co w praktyce oznaczało zakup nowej kostkarki do lodu. Ruben zaczynał podejrzewać, że estetyka jest najsilniejszym narkotykiem współczesnego świata. Ludzie gotowi byli kupować wszystko, pod warunkiem że miało odpowiedni kolor, właściwą nazwę i nadawało się do sfotografowania. Zwykłe mleko nikogo nie interesowało, brokatowe stało się fenomenem kulturowym, a teraz alkoholowy napój przypominający płyn do płukania ust sprzedawał się lepiej niż wszystkie pozostałe drinki, ponieważ nosił jego przydomek. Ruben zastanawiał się, czy powinien zażądać udziału w zyskach, ale Dorian przekonał go, że najpierw powinien sprawdzić, czy nazwa została zastrzeżona, ponieważ inaczej skończy jak człowiek, który wymyślił popularne powiedzenie, a następnie musi płacić za koszulkę z własnym cytatem.

Właśnie wtedy Ruben zobaczył Maurycego. Przez kilka sekund naprawdę nie wiedział, kto tańczy na podwyższeniu, otoczony grupą młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej uznali go za jednego z najbardziej interesujących gości wieczoru. Nowa twarz była gładka, napięta, niemal chłopięca, choć wciąż miała w sobie coś znajomego, czego Ruben początkowo nie potrafił nazwać. Dopiero charakterystyczny gest ręką, którym Maurycy od lat poprawiał włosy, zdradził jego tożsamość. Ruben patrzył na niego z niedowierzaniem. Ruchy pozostawały przecież te same: teatralne, przesadne, trochę zbyt dokładne, z charakterystycznym uniesieniem nadgarstka, które Maurycy stosował zarówno podczas tańca, jak i przy podpisywaniu faktur w swoim butiku. To było dziwne i trochę wzruszające. Człowiek mógł zmienić skórę, policzki, oczy i linię żuchwy, ale gesty pamiętały. Ruben pomyślał, że być może właśnie po gestach powinno się rozpoznawać ludzi, ponieważ twarz okazała się zaskakująco nietrwałym dokumentem. Przez chwilę obserwował Maurycego, który wyglądał na autentycznie szczęśliwego, a następnie szturchnął Doriana łokciem i wskazał mu podwyższenie.

— Zobacz, kto tam tańczy. Nie, nie ten brunet, tylko ten w srebrnej koszuli. Przyjrzyj mu się uważnie, bo zaraz dostaniesz pierdolca. To jest Maurycy. Ten sam Maurycy, który jeszcze miesiąc temu opowiadał nam, że współczesna młodzież nie posiada żadnej klasy, a mężczyźni poniżej trzydziestki nie potrafią nawet dobrać odpowiednich butów do garnituru. Teraz wygląda, jakby właśnie zamierzał adoptować połowę parkietu, najlepiej bez konieczności podpisywania jakichkolwiek dokumentów.

Dorian przyjrzał się wskazanemu mężczyźnie, zdjął okulary, ponownie je założył i przez kilka sekund milczał, co w jego przypadku stanowiło wydarzenie niemal nadprzyrodzone. Następnie oznajmił, że Fabian powinien natychmiast opatentować własną metodę, ponieważ jeśli naprawdę potrafi uzyskać takie rezultaty, „Ostatnia Szansa” wkrótce będzie mogła otworzyć filie we wszystkich europejskich stolicach. Ruben przypomniał mu, że jeszcze niedawno Fabian nie potrafił odblokować telefonu własną twarzą, ale Dorian uznał ten argument za nieistotny. Medycyna, podobnie jak przemysł erotyczny, rozwijała się przecież dzięki eksperymentom, z których część musiała zakończyć się spektakularną katastrofą, zanim pojawiły się rezultaty warte publicznego zaprezentowania. Obaj obserwowali Maurycego przez kilka minut, po czym wrócili do baru, gdzie Dorian zamówił kolejną kolejkę „Rudych Mleczarzy”, tłumacząc, że skoro napój jest tak obrzydliwy, wypada przynajmniej sprawdzić, czy po trzecim kieliszku zaczyna smakować lepiej.

Kilka minut później ktoś zrobił Maurycemu zdjęcie. Następnego ranka fotografia pojawiła się na lokalnym profilu z podpisem „TAJEMNICZY MŁODY MĘŻCZYZNA PODBIŁ LUSTRO”. Komentarze zaczęły spekulować, kim jest. Jedni twierdzili, że to nowy chłopak Rubena, inni, że model z Berlina, jeszcze inni, że influencer zaproszony przez mleczarnię do promocji nowej kampanii. Pewna kobieta zasugerowała nawet, że mężczyzna może być zagranicznym aktorem, który przyjechał do Różanego Zdroju w poszukiwaniu prywatności, choć trudno było sobie wyobrazić mniej odpowiednie miejsce do ukrywania się przed opinią publiczną. Nikt nie rozpoznał Maurycego, a przynajmniej nikt nie odważył się napisać tego w komentarzach. On sam zobaczył fotografię podczas śniadania i przez chwilę siedział nieruchomo, trzymając filiżankę kawy w dłoni. Przeczytał wszystkie komentarze, powiększył zdjęcie, przyjrzał się własnej twarzy i po raz pierwszy od zabiegu poczuł coś, czego nie potrafił wyjaśnić ani medycyną estetyczną, ani odpowiednio wysokim rachunkiem. Ludzie nie tylko uznali go za młodszego, ale również za interesującego, atrakcyjnego i wartego uwagi człowieka, którego pochodzenie stanowiło zagadkę. Jeszcze poprzedniego dnia uważał własną nierozpoznawalność za katastrofę wizerunkową, teraz natomiast zaczynał dostrzegać w niej potencjał, jakiego nie posiadała żadna wcześniejsza kampania reklamowa „La Bella Donna”.

Zadzwonił do Fabiana, który odebrał po trzecim sygnale, spodziewając się kolejnej awantury dotyczącej utraty tożsamości, niedotrzymania warunków umowy albo konieczności przywrócenia pacjentowi przynajmniej części dawnej twarzy. Maurycy oznajmił jednak, że po dokładnym przemyśleniu sprawy postanowił wycofać reklamację, ponieważ uznał, iż jego wcześniejsze zastrzeżenia wynikały z niedostatecznego zrozumienia społecznego potencjału przeprowadzonej transformacji. Nie chciał już zwrotu pieniędzy, dodatkowej korekty ani przywracania dojrzałości. Chciał natomiast rozpocząć współpracę reklamową z kliniką, najlepiej na zasadzie wyłączności, pod warunkiem że Fabian zagwarantuje mu odpowiednią kontrolę nad wykorzystywanymi fotografiami i zapewni profesjonalną obsługę medialną. Zaproponował również przygotowanie eleganckich materiałów promocyjnych, w których jego przemiana zostałaby przedstawiona jako przykład nowoczesnego podejścia do starzenia, świadomego zarządzania wizerunkiem i możliwości odzyskania pewności siebie dzięki odpowiednio dobranym procedurom medycznym. Fabian wysłuchał go w milczeniu, zerkając odruchowo w niewielkie lusterko stojące na biurku, i przez moment zastanawiał się, czy jego pacjent rzeczywiście odzyskał młodość, czy może po prostu odkrył kolejną możliwość zarobienia pieniędzy na własnej próżności.

Maurycy nie zamierzał jednak kończyć rozmowy na ogólnych deklaracjach. Zażądał przygotowania specjalnej wizytówki, którą mógłby rozdawać wszystkim zainteresowanym jego przemianą, ponieważ dotychczasowe materiały reklamowe kliniki uważał za stanowczo zbyt skromne. Chciał grubszy papier, złocone litery, wypukłe logo i fotografię, na której jego nowa twarz zostanie pokazana w odpowiednio korzystnym świetle. Zaproponował nawet, żeby na odwrocie umieścić krótkie hasło dotyczące piękna, wolności i odwagi, ale Fabian szybko odradził mu zbyt skomplikowane rozwiązania, przypominając, że wizytówka powinna przede wszystkim zawierać dane kontaktowe. Maurycy uznał tę uwagę za przejaw ograniczonej wyobraźni marketingowej, lecz ostatecznie zgodził się pozostawić projekt grafikowi, pod warunkiem że osobiście zatwierdzi każdy szczegół.

Nie chciał już zwrotu pieniędzy. Chciał wizytówkę w większym formacie, najlepiej tak dużym, żeby nikt nie mógł jej schować do portfela bez konieczności wcześniejszego przyjrzenia się jego twarzy. Był przecież człowiekiem, który przez sześćdziesiąt lat pracował na własną rozpoznawalność, a następnie wydał dziewięć tysięcy euro, żeby odkryć, że największą przyjemnością może być sytuacja, w której nikt nie ma pojęcia, kim właściwie jest.

Pogrzeb w kolorze fuksji

Kordian uważał śmierć za wydarzenie przede wszystkim źle oprawione wizualnie. Nie twierdził, że jej nie szanuje. Przeciwnie, szanował ją może nawet bardziej niż większość ludzi, ale od lat nie mógł znieść faktu, że tak ważny moment ludzkiego istnienia kończy się zazwyczaj w otoczeniu sztucznych chryzantem, zbyt sztywnych garniturów i wieńców wyglądających jak dekoracje z poczekalni weterynaryjnej. Nie rozumiał również, dlaczego społeczeństwo, które potrafiło wydać kilkadziesiąt tysięcy euro na wesele, samochód albo powiększenie piersi, w obliczu śmierci nagle odkrywało zalety oszczędności, umiaru i estetycznej powściągliwości. Prowadził więc zakład pogrzebowy „Wieczny Blask”, który w Różanym Zdroju wzbudzał tyle samo podziwu co podejrzeń. Witryna była czarna, lecz litery miały kolor różowego złota, a w środku zamiast ponurego katalogu trumien stał stół z próbkami aksamitów, atlasów, koronek i wykończeń lakierniczych. W gabinecie konsultacyjnym znajdowały się dwa kryształowe żyrandole, ogromne lustro w pozłacanej ramie oraz marmurowy stolik, na którym rodziny zmarłych mogły przeglądać katalogi przy filiżance espresso. Kordian potrafił godzinami tłumaczyć klientom, że bordo „zamyka twarz”, granat postarza, a biały połysk jest ryzykowny, jeśli zmarły miał cerę oliwkową. Nigdy nie używał określenia „tania trumna”, ponieważ uważał je za wulgarne i społecznie krzywdzące. Mówił raczej o rozwiązaniach ekonomicznych, których największą zaletą pozostaje możliwość późniejszego zakupu czegoś bardziej reprezentacyjnego dla pozostałych członków rodziny. W jego języku pogrzeb nie był ceremonią, tylko ostatnią stylizacją, a żałobnicy, choć często jeszcze tego nie wiedzieli, byli klientami premium. Kordian nie zamierzał przepraszać za fakt, że nawet śmierć posiada określone wymagania estetyczne, szczególnie jeśli człowiek spędził całe życie na zdobywaniu pieniędzy, których po śmierci nie będzie już w stanie samodzielnie wydać.

Sam Kordian miał trzydzieści dziewięć lat, czarne włosy zaczesane do tyłu, starannie przystrzyżoną brodę i urodę człowieka, któremu z powodzeniem można byłoby powierzyć zarówno organizację luksusowego wesela, jak i przeprowadzenie państwowego zamachu stanu. Ubierał się wyłącznie w garnitury szyte na miarę, posiadał kolekcję jedwabnych apaszek oraz słabość do biżuterii, której koszt trudno byłoby uzasadnić w rocznym zeznaniu podatkowym. Jego matka przez wiele lat prowadziła kwiaciarnię, ojciec był kamieniarzem, a dziadek wykonywał nagrobki. Kordian uważał więc, że branża pogrzebowa stanowi naturalne zwieńczenie rodzinnych tradycji, choć krewni nie podzielali jego entuzjazmu dla lakierowanych trumien i złotych aniołów sprowadzanych z Włoch. W dzieciństwie uwielbiał uczestniczyć w rodzinnych uroczystościach, ale najbardziej interesowały go te, podczas których wszyscy płakali, ponieważ właśnie wtedy mógł obserwować, jak ludzie zmieniają ubrania, głosy i zachowanie, żeby zaprezentować społeczeństwu odpowiednio reprezentacyjny rodzaj cierpienia. Z biegiem lat doszedł do wniosku, że pogrzeby stanowią ostatnie wielkie przedstawienie, w którym główny bohater nie ma już możliwości zakwestionowania decyzji reżysera. Zamierzał więc wykonywać tę funkcję z należytą starannością, wyczuciem i poczuciem odpowiedzialności artystycznej, które nie zawsze znajdowało zrozumienie u klientów przychodzących po prostu zamówić trumnę.

Tego dnia do zakładu weszła rodzina pana Edwarda Brysia, emerytowanego właściciela sklepu z firanami, który umarł nagle przy kasie w piekarni, trzymając w ręku drożdżówkę z serem. Okoliczności śmierci stały się przedmiotem licznych komentarzy, ponieważ Edward przez całe życie uważał słodycze za największego wroga ludzkiego zdrowia, a drożdżówkę kupił podobno wyłącznie dlatego, że sprzedawczyni pomyliła zamówienia. Rodzina była konserwatywna, zmęczona i przekonana, że chce pogrzebu zwykłego, normalnego, bez wygłupów. W skład delegacji wchodzili córka zmarłego, jego syn, dziewiętnastoletnia wnuczka oraz szwagierka, która już przy wejściu oznajmiła, że osobiście nie ufa zakładom pogrzebowym posiadającym złote klamki. Kordian przyjął to określenie z miną człowieka, któremu ktoś właśnie zaproponował plastikowy obrus na weselu. Zaprosił wszystkich do gabinetu, zaproponował wodę mineralną, kawę i herbatę, po czym bardzo spokojnie zapytał, co dokładnie rozumieją przez normalny pogrzeb. Kiedy córka zmarłego odpowiedziała, że czarną trumnę, białe lilie i muzykę organową, spojrzał na nią z autentycznym współczuciem. Jego zdaniem Edward Bryś przez czterdzieści lat sprzedawał ludziom firany w kolorze morelowym, łososiowym, pistacjowym i wrzosowym, więc pochowanie go w czerni byłoby zwyczajnie fałszywe. Rodzina nie od razu zrozumiała, że Kordian nie prowadzi konsultacji, tylko kampanię perswazyjną, której ostatecznym celem było przekonanie ich, że zmarły przez całe życie nieświadomie przygotowywał się do najbardziej kolorowego pogrzebu w historii Różanego Zdroju.

— Proszę państwa, oczywiście możemy zamówić czarną trumnę, białe lilie i muzykę organową, ale chciałbym, żebyśmy przynajmniej przez chwilę zastanowili się nad tym, kim naprawdę był pan Edward. Nie pytam o jego numer PESEL, grupę krwi ani okoliczności śmierci, ponieważ te informacje mamy już w dokumentacji. Interesuje mnie człowiek. Jego charakter, upodobania, estetyka. Przecież nie chcą państwo, żeby ostatnie pożegnanie ukochanego ojca wyglądało dokładnie tak samo jak pogrzeb sąsiada, którego jedyną pasją było oglądanie telewizji i narzekanie na pogodę. Państwa ojciec prowadził sklep z firanami, obracał się wśród kolorów, faktur, tkanin i dekoracji. Był człowiekiem, który zawodowo zajmował się upiększaniem ludzkich domów. Dlaczego więc mielibyśmy żegnać go w otoczeniu czerni, skoro całe życie próbował przekonywać innych, żeby nie bali się morelowych zasłon?

Córka Edwarda, kobieta w średnim wieku o zmęczonej twarzy i włosach związanych tak mocno, jakby fryzura miała zapobiec rozpadowi całej rodziny, początkowo nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jej brat patrzył na katalog z podejrzliwością, jaką zazwyczaj okazuje się sprzedawcom używanych samochodów i przedstawicielom firm oferujących fotowoltaikę. Wnuczka natomiast zaczęła przeglądać próbki tkanin z zainteresowaniem, którego nie wykazała wcześniej podczas omawiania żadnego aspektu ceremonii. Kordian natychmiast dostrzegł sojuszniczkę. Zapytał ją, jakie kolory dziadek lubił najbardziej, czy miał ulubione kwiaty i czy w domu zachowały się jakieś fotografie, na których wyglądał szczególnie szczęśliwie. Dziewczyna przypomniała sobie wakacje nad Adriatykiem, starego fiata i włoskie przeboje, których Edward słuchał w niedzielne poranki tak głośno, że sąsiedzi kilkakrotnie prosili go o ściszenie muzyki. Kordian słuchał tej opowieści z rosnącym zachwytem. W jego głowie zaczynał już powstawać projekt ceremonii, którego rozmach wykraczał daleko poza pierwotne oczekiwania rodziny, choć nadal pozostawał w granicach tego, co można było przedstawić jako indywidualne pożegnanie.

Po godzinie zwykły pogrzeb miał już wstępny projekt w kolorach fuksji, starego złota i pudrowego różu. Kordian wydobył z córki informację, że Edward uwielbiał goździki, słuchał włoskich przebojów i przez trzydzieści lat jeździł jasnobeżowym fiatem, którego sprzedaż kilka lat wcześniej przeżył niemal tak boleśnie jak śmierć ukochanego psa. Wystarczyło. W jego wyobraźni zmarły natychmiast awansował na postać niemal operową, człowieka o wyjątkowej wrażliwości estetycznej, ukrytej dotychczas pod powierzchnią mieszczańskiej codzienności. Zaproponował trumnę w głębokiej fuksji z matowym wykończeniem, złote uchwyty, poduszkę z kremowej satyny oraz bukiety goździków ułożone tak, żeby przypominały zachód słońca nad Adriatykiem. Na stoliku w kaplicy miała stanąć oprawiona fotografia Edwarda z ostatnich wakacji, obok niej niewielki bukiet kwiatów i elegancka księga kondolencyjna. Kordian rozważał również wykorzystanie jasnobeżowego fiata jako elementu symbolicznego, ale okazało się, że samochód został zezłomowany po awarii układu hamulcowego, co uznał za stratę o charakterze niemal historycznym.

— Czy pan nie uważa, że to jednak trochę przesada? — zapytał syn Edwarda, przyglądając się próbce fuksjowego lakieru z wyrazem twarzy człowieka, któremu ktoś właśnie zaproponował pochowanie ojca w opakowaniu po luksusowych perfumach. — Ojciec był zwyczajnym człowiekiem. Prowadził sklep, jeździł na działkę, oglądał wiadomości, czasami wypił kieliszek nalewki. Nie był przecież żadnym artystą ani gwiazdą estrady. Naprawdę nie wiem, czy życzyłby sobie takiej trumny. Może zamiast kombinować, powinniśmy po prostu urządzić mu spokojny, tradycyjny pogrzeb, na którym ludzie będą mogli się pomodlić, a nie zastanawiać, czy dobrze widzą kolory.

— Proszę pana, przesadą jest umrzeć i pozwolić, żeby ludzie zapamiętali głównie kiepską tapicerkę w kaplicy. Nie proponuję państwu przecież występu baletu, pokazu sztucznych ogni ani wynajęcia włoskiego tenora, chociaż przy odpowiednim budżecie wszystkie te rozwiązania pozostają technicznie możliwe. Proponuję pożegnanie człowieka, który miał własny gust, poczucie humoru i upodobania. Czy naprawdę uważa pan, że zmarły zasługuje na mniej indywidualne potraktowanie tylko dlatego, że prowadził sklep z firanami, a nie występował w telewizji? Zresztą proszę spojrzeć na tę fuksję. To nie jest kolor wulgarny. To kolor zdecydowany, elegancki i pełen życia, a przecież właśnie życie pańskiego ojca chcemy podczas tej ceremonii wspominać.

To zdanie zadziałało. Rodzina spojrzała po sobie i po kilku minutach zaczęła dyskutować już nie o tym, czy fuksja jest odpowiednia, tylko czy lepiej zestawić ją ze złotem, czy z miedzią. Kordian obserwował tę przemianę z satysfakcją właściwą człowiekowi, który właśnie przekonał komisję konserwatorską do pomalowania zabytkowego pałacu na różowo. Córka Edwarda poprosiła jedynie, żeby całość nie przypominała dekoracji weselnej, natomiast szwagierka oznajmiła, że nie zamierza uczestniczyć w pogrzebie wyglądającym jak pokaz mody. Kordian zapewnił ją, że nikt nie będzie wymagał od niej zmiany garderoby, choć dyskretnie zasugerował, iż ciemny granat mógłby wyglądać znacznie korzystniej niż tradycyjna czerń. Wnuczka zrobiła kilka zdjęć próbek i wysłała je przyjaciółce, która natychmiast odpisała, że dziadek będzie wyglądał jak absolutna ikona. Kordian nie znał znaczenia wszystkich określeń używanych przez młodzież, ale intuicyjnie wyczuwał, że właśnie otrzymał najważniejszą rekomendację artystyczną tego dnia.

Najbardziej niebezpieczne było jednak to, że Kordian właśnie odkrył Mleko Brokatowe. Nie interesowało go jako napój, ponieważ nie ufał mleku w żadnej postaci poza cappuccino, a spożywanie zwykłego kefiru uważał za zajęcie wymagające szczególnej odwagi i wyjątkowo stabilnego układu pokarmowego. Zainteresował go natomiast sam brokat. Widział zdjęcia Rubena, reklamowe grafiki, tłumy na rynku i natychmiast poczuł, że w Różanym Zdroju dzieje się coś stylistycznie ważnego. Nie zamierzał pozostawać na uboczu wydarzeń, zwłaszcza że od kilku lat próbował przekonać mieszkańców, iż śmierć również może uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta. W jego pracowni pojawiły się próbki jadalnego brokatu, lakier brokatowy do drewna, pył perłowy i katalog tkanin ze srebrną nicią. Początkowo eksperymentował na małym drewnianym sercu przeznaczonym do urny, później na świecznikach, a następnie na pokrywie jednej z trumien pokazowych. Efekt był tak zachwycający, że przez kilka minut chodził wokół niej w milczeniu, zmieniając kąt padania światła i fotografując powierzchnię telefonem. W świetle lamp mieniła się różem, fioletem i srebrem, przez co trumna wyglądała jednocześnie święcie, tanio, drogo i kompletnie niestosownie. Kordian uznał to za ideał. Wyobraził sobie całą kolekcję pogrzebową inspirowaną aktualnymi wydarzeniami, obejmującą urny w kolorze holograficznym, perłowe wieńce, satynowe poduszki i lakierowane trumny, które w zależności od oświetlenia wyglądałyby jak luksusowe meble albo rekwizyty z wyjątkowo drogiego teledysku.

Gdy następnego ranka rodzina Edwarda przyszła zatwierdzić dekorację, fuksjowa trumna już błyszczała. Kordian ustawił ją na specjalnym podwyższeniu w sali ekspozycyjnej, otoczył kremowymi goździkami i zadbał o takie oświetlenie, żeby brokat pozostawał niewidoczny z daleka, lecz zaczynał połyskiwać przy każdym ruchu obserwatora. Córka zmarłego najpierw zbladła, potem się zaczerwieniła, a na końcu podeszła bliżej i przeciągnęła palcami po powierzchni. Syn uznał, że ojciec by ich za to zabił, na co Kordian spokojnie przypomniał, że właśnie dlatego ryzyko jest obecnie ograniczone. Wnuczka Edwarda, dziewiętnastoletnia studentka kosmetologii, była zachwycona i natychmiast zrobiła zdjęcie, które opublikowała w mediach społecznościowych z podpisem sugerującym, że jej dziadek zamierza opuścić świat w sposób absolutnie legendarny. Po godzinie fotografia krążyła po lokalnych grupach z komentarzem „Pogrzeb Barbie?”, a po dwóch ktoś udostępnił ją obok zdjęcia Rubena trzymającego brokatowe mleko. Internet stwierdził, że Różany Zdrój „przeszedł w tryb pełnego kampu”, choć większość mieszkańców nie wiedziała, co to oznacza. Wiedzieli natomiast, że pogrzeb Edwarda zaczyna budzić zainteresowanie osób, które nigdy go nie znały, nie odwiedzały jego sklepu i prawdopodobnie nie potrafiłyby odróżnić żakardu od zwykłego poliestru.

— Kordian, ja naprawdę nie wiem, czy możemy tak pochować ojca. Przecież ludzie będą o tym mówić przez następne dwadzieścia lat. Moja matka dostanie zawału, jak zobaczy tę trumnę, a ciotka Zofia już wczoraj dzwoniła, że ktoś jej przesłał zdjęcie i pytał, czy organizujemy pokaz mody na cmentarzu. Ja wiem, że to wszystko miało być wyjątkowe, ale może jednak powinniśmy odrobinę ograniczyć ten brokat? Nie chciałabym, żeby ludzie zapamiętali pogrzeb ojca wyłącznie dlatego, że trumna wyglądała jak dekoracja klubu nocnego.

Kordian wysłuchał córki Edwarda z powagą, której nauczył się przez lata prowadzenia rozmów z rodzinami znajdującymi się w stanie silnego napięcia emocjonalnego. Tym razem jednak nawet on rozumiał, że przekroczył granicę pomiędzy indywidualną stylizacją a własnymi ambicjami artystycznymi. Zaproponował więc ograniczenie połysku i zastąpienie części dekoracji bardziej stonowanymi elementami. Nie zamierzał całkowicie rezygnować z brokatu, ale zgodził się potraktować go jako delikatny detal, a nie główny temat ceremonii. Rodzina zaakceptowała kompromis, choć wnuczka była wyraźnie rozczarowana, ponieważ jej zdaniem dziadek powinien zostać pochowany dokładnie tak, jak wyglądał projekt przedstawiony na pierwszych zdjęciach. Kordian zapewnił ją, że nawet w nieco skromniejszej wersji trumna pozostanie jednym z najbardziej oryginalnych projektów, jakie kiedykolwiek opuściły „Wieczny Blask”. Nie dodał, że w głębi duszy już planował wykorzystać bardziej ekstrawagancką koncepcję przy pierwszej nadarzającej się okazji, najlepiej podczas pogrzebu człowieka, który za życia wykazywał wyjątkową niechęć do estetycznego umiaru.

W dniu ceremonii pod kaplicą zebrał się tłum większy niż na niejednym miejskim wydarzeniu. Część ludzi przyszła z szacunku dla Edwarda, część z ciekawości, a część wyłącznie dlatego, że usłyszała o fuksjowej trumnie i postanowiła zobaczyć ją na własne oczy. Pojawili się dawni klienci sklepu z firanami, znajomi zmarłego, sąsiedzi, kilku przedstawicieli lokalnej przedsiębiorczości oraz trzy kobiety, których nikt z rodziny nie rozpoznawał, choć wszystkie zapewniały, że Edward był dla nich niezwykle ważnym człowiekiem. Kordian miał na sobie czarny garnitur z różową kamelią w butonierce i wyglądał jak konferansjer własnej wersji Sądu Ostatecznego. Nad wszystkim unosił się zapach lilii, perfum i świeżo polakierowanego drewna, a pracownicy zakładu poruszali się z taką precyzją, jakby uczestniczyli w próbie generalnej przedstawienia, którego premiera miała odbyć się na oczach całego miasta. Trumna rzeczywiście robiła wrażenie: głęboka fuksja, złote uchwyty, satynowe wnętrze i delikatny brokat, który miał być ledwo widoczny, lecz w słońcu zachowywał się jak dyskoteka dla umarłych. Kiedy wynoszono ją z kaplicy, promień światła padł dokładnie na wieko i przez kilka sekund całość rozbłysła tak mocno, że jedna z ciotek zrobiła znak krzyża, przekonana, iż dzieje się coś nadprzyrodzonego. Starszy mężczyzna stojący obok niej wyszeptał, że za jego czasów ludzi chowano normalnie, ale wnuczka Edwarda odpowiedziała mu, że za jego czasów nie było również internetu, co najwyraźniej zamknęło dyskusję.

Największy problem pojawił się jednak na cmentarzu. Kordian zaplanował, że podczas opuszczania trumny z głośników zabrzmi instrumentalna wersja starej włoskiej piosenki, którą Edward podobno uwielbiał. Technik odpowiedzialny za oprawę muzyczną miał jednak za sobą wyjątkowo ciężką noc, podczas której obsługiwał wesele w sąsiednim powiecie, a następnie przez dwie godziny pomagał szwagrowi naprawiać samochód. Pomylił więc pliki i zamiast melancholijnej wersji instrumentalnej puścił pełną, taneczną aranżację z syntezatorami i partią saksofonu. Przez pierwsze sekundy nikt nie reagował, ponieważ żałobnicy usiłowali ustalić, czy radosna melodia stanowi świadomą decyzję artystyczną, czy może właśnie rozpoczęło się inne wydarzenie odbywające się w pobliżu cmentarza. Potem wnuczka zaczęła się śmiać, próbując ukryć twarz w dłoniach, córka zmarłego płakała i jednocześnie miała usta wykrzywione w coś, co przypominało uśmiech, a dwóch grabarzy opuszczało fuksjową trumnę w rytm melodii przywodzącej na myśl finał festiwalu w San Remo. Kordian przez moment chciał przerwać muzykę, ale szybko uznał, że byłoby to tchórzostwo estetyczne. Stał więc z kamienną twarzą, podczas gdy Edward Bryś znikał w ziemi przy dźwiękach saksofonu i w świetle odbijającym się od brokatu, a jedna z żałobnic usiłowała powstrzymać własną nogę przed mimowolnym wystukiwaniem rytmu.

Sytuacja osiągnęła apogeum, kiedy wiatr porwał kilka płatków fuksjowych goździków i rozrzucił je pomiędzy żałobnikami, dokładnie w chwili, gdy muzyka przeszła do najbardziej triumfalnego fragmentu. Wnuczka Edwarda nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem, który natychmiast przeszedł w płacz, ponieważ przypomniała sobie, jak dziadek tańczył kiedyś do tej samej piosenki podczas rodzinnego wesela, usiłując przekonać wszystkich, że włoska muzyka posiada znacznie więcej elegancji niż współczesne polskie przeboje. Jej matka objęła ją ramieniem i przez chwilę obie śmiały się i płakały jednocześnie, co wywołało u pozostałych żałobników mieszaninę zakłopotania, wzruszenia i poczucia, że uczestniczą w ceremonii, której nie da się porównać z żadnym wcześniejszym pogrzebem. Kordian dostrzegł tę reakcję i poczuł satysfakcję głębszą niż podczas zatwierdzania najbardziej kosztownych dekoracji. Przez kilka sekund miał wrażenie, że mimo wszystkich swoich przesadnych pomysłów zdołał stworzyć coś rzeczywiście osobistego, coś, co pozwalało rodzinie wspominać Edwarda nie tylko jako człowieka, który umarł, lecz także jako tego, który przez całe życie uwielbiał włoskie przeboje, morelowe firany i zbyt głośne rodzinne uroczystości. Nie zamierzał jednak dzielić się tą refleksją z nikim, ponieważ obawiał się, że wypowiedziana na głos zabrzmi pretensjonalnie i zepsuje mu reputację człowieka zajmującego się przede wszystkim estetyką.

Ruben dowiedział się o pogrzebie już wcześniej, ale pojawił się dopiero pod koniec ceremonii. Znał Kordiana zbyt dobrze, żeby wierzyć, że jeśli przyjdzie wcześniej, nie zostanie wciągnięty w jakiś element widowiska. Kordian był jego byłym chłopakiem, a ich związek zakończył się trzy lata wcześniej nie przez zdradę, brak uczuć ani różnice w temperamencie seksualnym, lecz dlatego, że Kordian chciał urządzić Rubenowi urodziny w kaplicy przedpogrzebowej „dla kontrastu”. Ruben odmówił, Kordian uznał to za brak wyobraźni, a potem kłócili się przez dwa tygodnie o definicję romantyzmu, granice dobrego smaku i to, czy człowiek powinien świętować własne narodziny w miejscu przeznaczonym do organizowania ostatnich pożegnań. Kordian twierdził, że byłaby to piękna metafora cyklu życia, Ruben natomiast uważał, że przyjęcie urodzinowe w kaplicy stanowi pomysł godny człowieka, który przez zbyt wiele lat wdychał opary formaliny. Ostatecznie rozstali się po kolejnej awanturze, podczas której Kordian oznajmił, że Ruben nie posiada wystarczającej wrażliwości artystycznej, a Ruben odpowiedział, że jego były partner prawdopodobnie urządziłby nawet sekcję zwłok w stylu art déco, gdyby tylko pozwolono mu dobrać odpowiednie obrusy. Mimo rozstania nadal się lubili, choć każde spotkanie kończyło się zwykle drobną wojną estetyczną, która dla osób postronnych przypominała wyjątkowo złośliwy flirt.

Po pogrzebie spotkali się przed bramą cmentarza, gdzie Kordian natychmiast ocenił ubranie Rubena i uznał, że biała koszula jest zdecydowanie zbyt czysta jak na człowieka o takiej reputacji. Ruben odpowiedział, że przynajmniej nie obsypuje zmarłych brokatem, na co Kordian zareagował oburzeniem właściwym artyście, którego ktoś właśnie oskarżył o fałszowanie renesansowych fresków. Wyjaśnił, że brokat znajdował się wyłącznie na trumnie, co jego zdaniem stanowiło zasadniczą różnicę etyczną, estetyczną i technologiczną. Ruben przyjrzał mu się przez chwilę, a następnie wybuchnął śmiechem, przypominając sobie wszystkie wcześniejsze sytuacje, w których Kordian potrafił bronić najbardziej niedorzecznych pomysłów z powagą profesora historii sztuki.

— Kordian, ty jesteś jedynym człowiekiem, którego znam, który potrafi zorganizować pogrzeb tak, żeby zmarły wyglądał na najmniej zainteresowanego uczestnika własnej ceremonii. Naprawdę musiałeś wybrać fuksję? Przecież Edward przez całe życie sprzedawał firany, a nie prowadził burdelu dla emerytowanych gwiazd włoskiego kina. I ten brokat! Ja od tygodnia próbuję zmyć go z własnych sutków, a ty najwyraźniej postanowiłeś, że nawet po śmierci nikt nie powinien być od niego wolny. Powiedz mi przynajmniej, czy rodzina rzeczywiście chciała takiej trumny, czy po prostu przez trzy godziny tłumaczyłeś im, że czerń jest społecznie szkodliwa, aż w końcu zgodzili się na wszystko, żebyś zamknął mordę?

— Po pierwsze, kochanie, fuksja nie jest kolorem burdelu, tylko kolorem odwagi. Po drugie, brokat znajdował się na powierzchni trumny, a nie na zmarłym, co powinieneś docenić, biorąc pod uwagę twoje ostatnie doświadczenia zawodowe. Po trzecie, rodzina była zachwycona, a przynajmniej zachwycona w takim stopniu, w jakim rodzina może być zachwycona podczas pogrzebu własnego ojca. I bardzo cię proszę, żebyś nie wypowiadał się o mojej działalności artystycznej, skoro sam zdecydowałeś się reklamować mleko za pomocą klatki piersiowej. Widziałem twoje ostatnie zdjęcia. Wyglądasz jak erotyczna reklama jogurtu przeznaczona dla ludzi, którzy nie potrafią zdecydować, czy chcą zjeść śniadanie, czy uprawiać seks.

Ruben roześmiał się jeszcze głośniej, ponieważ Kordian należał do niewielkiej grupy ludzi, którzy potrafili obrazić go w sposób sprawiający mu autentyczną przyjemność. Rozmowa szybko zeszła na Mleko Brokatowe, które w ciągu ostatnich dni stało się jednym z najważniejszych tematów w Różanym Zdroju. Kordian chciał wiedzieć, czy Ruben byłby skłonny wypożyczyć mu kilka butelek do sesji zdjęciowej nowej kolekcji urn, ponieważ miał wizję zatytułowaną „Życie, śmierć, nabiał, przemiana”. Zamierzał ustawić butelki pomiędzy urnami, wykorzystać odpowiednie światło i stworzyć kompozycję pokazującą symboliczny związek pomiędzy odżywianiem ciała a jego ostatecznym rozpadem. Ruben przyjrzał mu się długo, próbując ustalić, czy były partner rzeczywiście mówi poważnie, po czym doszedł do wniosku, że nie chce nawet pytać. Wiedział, że każda próba podjęcia racjonalnej dyskusji z Kordianem prędzej czy później kończy się koniecznością wysłuchania wykładu dotyczącego historii sztuki, symboliki kolorów i społecznego znaczenia przedmiotów, które większość ludzi traktuje po prostu jako elementy wyposażenia.

— Nie dam ci żadnych butelek, dopóki nie obiecasz, że nie zamierzasz wykorzystywać mojego zdjęcia w reklamie trumien. Już teraz ludzie przysyłają mi propozycje współpracy, które zaczynają wykraczać poza wszelkie znane mi granice absurdu, ale nie zamierzam zostać twarzą, a tym bardziej klatką piersiową przemysłu pogrzebowego. Poza tym nie rozumiem, co mleko ma wspólnego ze śmiercią. Chyba że planujesz przekonać ludzi, że człowiek może zostać pochowany w butelce, jeśli odpowiednio długo będzie się odżywiał produktami mleczarskimi.

— Kochanie, ty naprawdę jesteś ograniczony przez swoją dosłowność. Mleko symbolizuje życie, narodziny, macierzyństwo, odżywianie i cielesność. Urna symbolizuje śmierć, przemianę, pamięć i ostateczne pożegnanie. Brokat stanowi element łączący oba porządki, ponieważ jest jednocześnie nietrwały w swoim znaczeniu estetycznym i wyjątkowo trwały w sensie materialnym. Przecież sam od tygodnia nie możesz go zmyć z sutków. Wyobraź sobie zatem kampanię, która pokazuje, że wszystko przemija, ale piękno pozostaje, choćby w postaci mikroskopijnych drobinek przyklejonych do czyjegoś ciała.

Ruben spojrzał na niego z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania. Nie potrafił zrozumieć, jak człowiek posiadający tak rozwiniętą wyobraźnię estetyczną mógł jednocześnie wykazywać tak ograniczone zainteresowanie zwykłą ludzką codziennością. Przypomniał sobie ich dawny związek, podczas którego Kordian potrafił przez trzy godziny wybierać odpowiedni kolor serwetek na romantyczną kolację, a następnie zapominał zapytać, czy Ruben w ogóle ma ochotę na jedzenie. Mimo wszystko darzył go autentyczną sympatią. Kordian był nieznośny, próżny, przesadny i niemal patologicznie przekonany o własnym guście, ale posiadał również zdolność dostrzegania w świecie rzeczy, które dla innych pozostawały niewidoczne. Potrafił rozmawiać z rodzinami pogrążonymi w żałobie, wyciągać z ich wspomnień szczegóły i nadawać im znaczenie, którego wcześniej nie dostrzegali. Być może właśnie dlatego jego zakład odnosił sukces. Ludzie przychodzili do niego zamówić trumnę, a wychodzili z przekonaniem, że życie ich zmarłego bliskiego zasługiwało na coś więcej niż standardowy pakiet pogrzebowy z katalogu.

Tego samego popołudnia zdjęcia z pogrzebu obiegły internet. Najpopularniejsza fotografia przedstawiała trumnę opuszczaną do grobu, za nią rodzinę Edwarda, a w tle Kordiana z kamienną twarzą i starszą panią, która akurat poprawiała kapelusz. Podpis „RÓŻANY ZDRÓJ NIE UMIERA, ON SIĘ BŁYSZCZY” w ciągu kilku godzin zebrał dziesiątki tysięcy polubień, a zdjęcie zaczęło krążyć po profilach poświęconych modzie, kulturze queerowej, nietypowym ceremoniom pogrzebowym i wszystkim innym zjawiskom, które internauci uznawali za wystarczająco dziwne, żeby poświęcić im przynajmniej kilka sekund uwagi. Kordian początkowo był oburzony, ponieważ nikt nie oznaczył jego zakładu, a autor najpopularniejszego posta opisał trumnę jako „dzieło nieznanego polskiego artysty”. Po interwencji nazwa „Wieczny Blask” pojawiła się w opisie, a telefon w zakładzie zaczął dzwonić bez przerwy. Jedni ludzie byli zachwyceni, inni wściekli, a jedna kobieta z Hamburga zapytała, czy Kordian organizuje „pogrzeby queer premium” również za granicą. Odpowiedział, że organizuje wszystko, jeśli budżet nie obraża zmarłego, po czym natychmiast poprosił recepcjonistkę o sprawdzenie kosztów międzynarodowego transportu trumien i obowiązujących przepisów dotyczących organizowania ceremonii w Niemczech.

Rozgłos szybko przekroczył granice Różanego Zdroju. Pewna dziennikarka przygotowała artykuł o nowych trendach w branży pogrzebowej, przedstawiając Kordiana jako pioniera estetycznej rewolucji, choć on sam uważał, że rewolucja rozpoczęła się znacznie wcześniej, kiedy po raz pierwszy zaproponował klientce trumnę w kolorze szampańskim. Kilka profili internetowych zaczęło publikować zestawienia najbardziej nietypowych ceremonii pogrzebowych świata, umieszczając fuksjową trumnę Edwarda pomiędzy fotografiami pogrzebów organizowanych w Ghanie a reportażem o amerykańskim przedsiębiorcy, który kazał pochować się we własnym samochodzie. Kordian uznał takie sąsiedztwo za dowód międzynarodowego uznania, choć jego recepcjonistka zwróciła uwagę, że nie każdy rodzaj internetowej popularności musi przekładać się na wzrost liczby klientów. Kordian odpowiedział, że ludzie umierają niezależnie od trendów, a jego zadaniem jest jedynie przekonać ich rodziny, że ostatnie pożegnanie nie musi wyglądać jak zebranie wspólnoty mieszkaniowej z wyjątkowo kiepskim cateringiem.

Najdziwniejszy telefon przyszedł jednak od burmistrza. Zenon Czerwiński uznał, że skoro miasto i tak jest już kojarzone z brokatowym mlekiem, protestem dotyczącym cen dildo i fuksjową trumną, należy „spiąć komunikację w jedną narrację”. Kordian natychmiast zainteresował się pomysłem, ponieważ uwielbiał narracje, zwłaszcza jeśli można było je oświetlić reflektorami, ozdobić kwiatami i przedstawić na eleganckich materiałach promocyjnych. Zenon zaproponował stworzenie miejskiej kampanii pod hasłem „Różany Zdrój — żyj po swojemu”, która miała podkreślać otwartość miasteczka, jego niepowtarzalny charakter i zdolność przyciągania ludzi poszukujących alternatywnych form wypoczynku. Kordian uznał hasło za mdłe, pozbawione charakteru i odpowiednie najwyżej dla producenta materaców ortopedycznych. Zasugerował więc „Różany Zdrój — nawet umrzesz tu pięknie”, czym wywołał po drugiej stronie słuchawki ciszę trwającą wystarczająco długo, żeby uznać ją za moment prawdziwego politycznego namysłu. Burmistrz przeraził się na kilka sekund, po czym zapisał pomysł w notesie, ponieważ zaczynał rozumieć, że od pewnego czasu najbardziej absurdalne propozycje przynoszą miastu największe zainteresowanie mediów.

— Panie Kordianie, ja rozumiem, że pańska branża posiada własną specyfikę, ale musimy pamiętać, że Różany Zdrój jest przede wszystkim uzdrowiskiem. Ludzie przyjeżdżają tutaj po zdrowie, odpoczynek, rehabilitację i poprawę samopoczucia. Nie możemy nagle zacząć reklamować miasta hasłem sugerującym, że największą atrakcją jest możliwość eleganckiego pochówku. Już teraz dostaję pisma od mieszkańców, którzy uważają, że cała ta historia z mlekiem i demonstracją przed ratuszem narusza powagę miejscowości. Gdybym teraz jeszcze ogłosił kampanię promującą śmierć w kolorze fuksji, opozycja miałaby materiał na następne trzy kampanie wyborcze.

— Panie burmistrzu, z całym szacunkiem, ale pańskie miasto przez ostatnie dwadzieścia lat reklamowało się przede wszystkim za pomocą gorącej wody, inhalacji i zabiegów na zwyrodniałe stawy. Nie twierdzę, że są to rzeczy nieważne, ale trudno oczekiwać, żeby trzydziestoletni człowiek przyjechał tutaj na romantyczny weekend tylko dlatego, że może zażyć kąpieli solankowej w towarzystwie siedemdziesięciu emerytów. Tymczasem w ciągu ostatnich dni pańska miejscowość zyskała międzynarodową rozpoznawalność dzięki mleczarzowi, sprzedawcy dildo i przedsiębiorcy pogrzebowemu. Proszę mi pokazać drugie takie uzdrowisko w Europie. Nie znajdzie pan, ponieważ większość samorządów nadal uważa, że promocja polega na fotografowaniu fontanny podczas zachodu słońca. Pan ma możliwość stworzenia czegoś absolutnie wyjątkowego, a zastanawia się pan, czy słowo „umrzesz” nie będzie źle wyglądać na plakacie.

Zenon wysłuchał tej przemowy z rosnącym zainteresowaniem, choć nadal miał poważne wątpliwości dotyczące wykorzystania śmierci jako głównego motywu kampanii turystycznej. Ostatecznie zaproponował zorganizowanie spotkania z przedstawicielami lokalnych przedsiębiorców, podczas którego można byłoby omówić wspólną strategię promocyjną. Kordian zgodził się natychmiast, ale zażądał, żeby spotkanie odbyło się w eleganckim miejscu i nie przypominało kolejnej konferencji dotyczącej remontu kanalizacji. Burmistrz zapewnił go, że urząd dysponuje odpowiednią salą konferencyjną, na co Kordian odpowiedział, że widział tę salę i wolałby umrzeć, niż organizować w niej jakiekolwiek wydarzenie wymagające choćby minimalnego poczucia estetyki. Rozmowa zakończyła się więc ustaleniem, że poszukają bardziej reprezentacyjnego miejsca, najlepiej takiego, które pomieści zarówno przedstawicieli branży uzdrowiskowej, jak i ludzi zajmujących się mlekiem, erotyką i śmiercią. Kordian uznał, że już sam skład przyszłego spotkania zapowiada wydarzenie, którego nie powstydziłby się żaden porządny kabaret.

Wieczorem zamknął zakład i został sam w sali ekspozycyjnej. W półmroku stały cztery trumny, dwie urny i wielki bukiet sztucznych peonii, które wyglądały zaskakująco żywo. Na stole leżały katalogi, próbki tkanin i wydrukowane zdjęcie fuksjowej trumny Edwarda. Kordian patrzył na nie z satysfakcją, ale pod nią czaiło się coś mniej efektownego, czego od dawna nie potrafił nazwać. Wiedział, że potrafi zrobić ze śmierci widowisko, piękną powierzchnię, kolor, błysk i ostatnią dekorację. Potrafił przekonać rodzinę do trumny, której nigdy wcześniej nie rozważała, dobrać kwiaty do koloru oczu zmarłego i stworzyć ceremonię zapamiętywaną przez uczestników przez wiele lat. Nie wiedział natomiast, czy potrafi być przy człowieku wtedy, kiedy nie da się już niczego poprawić. Przez kilkanaście lat pracy nauczył się rozpoznawać rodzaje żałoby, przewidywać reakcje rodzin i odróżniać autentyczny smutek od poczucia winy, które pojawiało się czasami dopiero wtedy, gdy człowiek stawał przed koniecznością opłacenia pogrzebu. Wiedział również, że żadna dekoracja nie jest w stanie przywrócić zmarłego do życia, a nawet najbardziej wyszukana ceremonia pozostaje jedynie próbą nadania formy czemuś, co z natury nie posiada żadnego sensownego wyjaśnienia. Ta myśl pojawiała się rzadko i Kordian zwykle ją odpędzał, ponieważ była nieestetyczna, nie dawała się oprawić w złotą ramę i nie można było umieścić jej w katalogu usług premium.

Przypomniał sobie własnego ojca, który umarł kilka lat wcześniej po długiej chorobie, pozostawiając po sobie warsztat kamieniarski, kolekcję starych narzędzi i dziwną niechęć do wszystkiego, co posiadało więcej niż dwa kolory. Podczas organizowania jego pogrzebu Kordian po raz pierwszy w życiu nie potrafił zdecydować, jak powinna wyglądać trumna. Przez kilka dni przeglądał katalogi, porównywał próbki drewna i zastanawiał się nad odpowiednią oprawą muzyczną, aż w końcu matka powiedziała mu, że ojciec chciałby po prostu zostać pochowany bez żadnych wygłupów. Kordian początkowo poczuł się dotknięty, ponieważ odebrał tę uwagę jako zakwestionowanie własnych kompetencji zawodowych, ale ostatecznie zamówił zwykłą, ciemną trumnę i skromną wiązankę kwiatów. Pogrzeb był prosty, spokojny i pozbawiony jakichkolwiek elementów, które można byłoby później wykorzystać w materiałach reklamowych. Do dziś jednak pamiętał go znacznie dokładniej niż wszystkie ekstrawaganckie ceremonie, które zorganizował od tamtej pory. Nie dlatego, że dekoracja była szczególnie piękna, lecz dlatego, że po raz pierwszy musiał stanąć przed trumną jako syn, a nie przedsiębiorca. Nie było nikogo, komu mógłby sprzedać lepszą wersję rzeczywistości, żadnej tkaniny zdolnej przykryć stratę i żadnego odpowiednio dobranego światła, które sprawiłoby, że śmierć ojca przestanie wyglądać tak potwornie zwyczajnie.

Kordian odsunął od siebie wspomnienia i zaczął porządkować katalogi, ponieważ nie lubił pozostawać zbyt długo w towarzystwie własnych emocji. Otworzył komputer, sprawdził statystyki firmowego profilu i zauważył, że liczba obserwujących wzrosła o kilka tysięcy, a zdjęcie fuksjowej trumny nadal zdobywa nowe polubienia. Natychmiast poprawiło mu to humor. Rozważał nawet stworzenie osobnej kolekcji inspirowanej aktualnymi wydarzeniami, ale po chwili uznał, że powinien najpierw porozmawiać z Rubenem, ponieważ wykorzystanie estetyki brokatowego mleka bez jego udziału mogłoby doprowadzić do kolejnej awantury, a ich poprzednia kłótnia dotycząca praw autorskich do różowego koloru trwała prawie trzy miesiące. Nie zdążył jednak sięgnąć po telefon, ponieważ aparat zaczął dzwonić sam, a na ekranie pojawiło się imię, które natychmiast wywołało u niego mieszaninę radości, niepokoju i instynktownej potrzeby sprawdzenia, czy wszystkie łatwopalne materiały znajdują się w odpowiednio zabezpieczonym miejscu.

Dzwoniła Ciotka Pamela, kobieta, której wiek stanowił jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Różanego Zdroju, a styl życia dowodził, że człowiek może przeżyć kilkadziesiąt lat bez najmniejszej potrzeby dostosowania się do oczekiwań społeczeństwa. Pamela dowiedziała się o pogrzebie Edwarda i była wściekła, że nikt jej nie zaprosił, chociaż nie znała zmarłego, nie posiadała żadnych związków z jego rodziną i przez ostatnie dwadzieścia lat twierdziła, że pogrzeby są najbardziej przygnębiającym wynalazkiem heteroseksualnej cywilizacji. Uważała jednak, że fuksja bez jej udziału stanowi zawłaszczenie kulturowe, a fakt, iż Kordian zorganizował tak spektakularną ceremonię, nie proponując jej choćby symbolicznej roli, odebrała jako zdradę o charakterze niemal rodzinnym. Rozmowę rozpoczęła od piętnastominutowej tyrady dotyczącej niewdzięczności młodego pokolenia, upadku dobrych obyczajów i własnych zasług dla rozwoju lokalnej kultury, po czym zażądała szczegółowego sprawozdania z przebiegu ceremonii, ze szczególnym uwzględnieniem muzyki, kwiatów i ewentualnych elementów pirotechnicznych.

— Kordian, ty niewdzięczny skurwysynu, jak mogłeś urządzić pogrzeb w kolorze fuksji i nawet do mnie nie zadzwonić? Przecież to ja przez trzydzieści lat tłumaczyłam ludziom w tym zapyziałym uzdrowisku, że róż nie jest kolorem dla małych dziewczynek, tylko dla ludzi posiadających jaja, pieniądze i odrobinę wyobraźni. A ty teraz organizujesz największe wydarzenie estetyczne w historii lokalnej branży pogrzebowej i dowiaduję się o nim z internetu, pomiędzy reklamą kremu na żylaki a filmem przedstawiającym jakiegoś półnagiego mleczarza. Jeżeli jeszcze raz zrobisz coś podobnego bez mojego udziału, przysięgam, że wykupię u konkurencji najbardziej obrzydliwą trumnę, jaką znajdę, i postawię ci ją przed zakładem jako pomnik twojej niewdzięczności.

Kordian wysłuchał jej do końca, ponieważ wiedział, że przerywanie Pameli stanowi zajęcie równie bezcelowe jak próba zatrzymania lawiny za pomocą eleganckiej jedwabnej apaszki. Kiedy wreszcie pozwoliła mu dojść do głosu, wyjaśnił, że pogrzeb był uroczystością rodzinną, a nie wydarzeniem kulturalnym z otwartą listą gości. Pamela odrzuciła tę argumentację jako przejaw mieszczańskiego ograniczenia, po czym oznajmiła, że jeśli Kordian kiedykolwiek urządzi jej pogrzeb bez piór, sześciu półnagich mężczyzn i czegoś płonącego, wróci z zaświatów i go spoliczkuje. Dodała również, że nie życzy sobie czarnej trumny, ponieważ czerń źle wpływa na jej cerę, a wszelkie próby przedstawienia jej po śmierci jako skromnej i pobożnej kobiety potraktuje jako osobistą zniewagę. Kordian zapewnił ją, że jej ceremonia będzie tak spektakularna, iż lokalny proboszcz poprosi o przeniesienie do innej parafii, po czym zaproponował wstępne omówienie szczegółów podczas najbliższego spotkania. Pamela natychmiast zainteresowała się pomysłem, ponieważ od wielu lat uważała, że człowiek powinien samodzielnie zaprojektować własny pogrzeb, najlepiej jeszcze przed momentem, w którym stan zdrowia zacznie ograniczać jego zdolność do podejmowania odpowiedzialnych decyzji estetycznych.

Przez następne pół godziny omawiali więc kwestie, które większość ludzi uznałaby za niestosowne podczas rozmowy z żyjącą krewną. Pamela chciała ogromnej trumny w kolorze intensywnej fuksji, ozdobionej kryształkami, najlepiej tak ciężkiej, żeby sześciu półnagich mężczyzn rzeczywiście miało powód do zaprezentowania odpowiednio rozwiniętych mięśni. Domagała się również muzyki, która nie będzie przypominała tradycyjnych pieśni pogrzebowych, ponieważ uważała, że człowiek umierający po tylu latach ciężkiej pracy zasługuje przynajmniej na kilka porządnych przebojów dyskotekowych. Zamiast wieńców życzyła sobie kompozycji z egzotycznych kwiatów, a zamiast zwykłej księgi kondolencyjnej eleganckiego albumu, w którym żałobnicy będą mogli zostawiać krótkie wspomnienia, najlepiej zawierające informacje o tym, kiedy i w jakich okolicznościach po raz pierwszy się z nią upili. Kordian zapisywał wszystkie pomysły z rosnącym zachwytem, choć kilkakrotnie musiał przypominać Pameli, że obowiązujące przepisy nie pozwalają na organizowanie pokazów pirotechnicznych bezpośrednio nad otwartym grobem. Pamela uznała tę informację za kolejny dowód postępującego upadku europejskiej kultury, lecz ostatecznie zgodziła się rozważyć bardziej dyskretne rozwiązania, pod warunkiem że przynajmniej jedna część ceremonii będzie się rzeczywiście palić.

Kiedy rozmowa dobiegła końca, Kordian przez chwilę siedział nieruchomo, przyglądając się notatkom, które sporządził podczas kolejnej rodzinnej awantury o charakterze estetycznym. Pamela była nieznośna, bezczelna, próżna i niezdolna do wypowiedzenia trzech kolejnych zdań bez obrażenia przynajmniej jednej osoby, ale Kordian darzył ją autentyczną miłością, ponieważ jako jedyna w rodzinie od początku rozumiała, że jego zainteresowanie śmiercią nie wynika z chorobliwej fascynacji, lecz z potrzeby nadawania ludzkim doświadczeniom odpowiednio spektakularnej formy. Wiedział również, że organizacja jej pogrzebu, jeśli kiedykolwiek rzeczywiście do niej dojdzie, może okazać się największym przedsięwzięciem artystycznym w historii „Wiecznego Blasku”. Nie przypuszczał jednak, że przygotowania rozpoczną się znacznie wcześniej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać, ani że Pamela potraktuje własną śmierć nie jako nieuchronny koniec życia, lecz jako ostatnią okazję do zorganizowania wydarzenia, które zdoła przyćmić brokatowe mleko, demonstrację Doriana i wszystkie dotychczasowe skandale Różanego Zdroju. Na razie zamknął notes, zgasił światło w sali ekspozycyjnej i wyszedł na ulicę, gdzie wieczorne powietrze pachniało kwiatami, wilgotnym brukiem i słodkimi perfumami kobiet wracających z sanatoryjnych dancingów. Nie wiedział jeszcze, jak niebezpiecznie prorocza okaże się rozmowa z Pamelą ani że jej wyobrażenie idealnego pogrzebu wkrótce zmusi całe miasteczko do ponownego przemyślenia granic dobrego smaku, przyzwoitości i bezpieczeństwa przeciwpożarowego.

Ciotka Pamela

Ciotka Pamela nie była niczyją ciotką, miała siedemdziesiąt jeden lat i uważała oba te fakty za mało istotne. Naprawdę nazywała się Roman Pamuła, lecz imię to porzuciła w 1987 roku po występie w sali dancingowej hotelu „Bałtyk”, kiedy ubrana w pożyczoną suknię z cekinami zaśpiewała z playbacku trzy piosenki, zgubiła perukę podczas obrotu i została wyrzucona przez kierownika za „demoralizowanie gości z NRD”. Jeden z tych gości, Helmut z Rostocku, powiedział jej później przy wódce, że wygląda jak Pamela, nie sprecyzował jednak która, a Roman uznał, że nie potrzebuje szczegółów. Od następnego dnia była Pamelą, początkowo tylko podczas występów, później również w życiu prywatnym, aż wreszcie poprzednie imię zaczęło funkcjonować wyłącznie w dokumentach urzędowych, których Pamela nie zamierzała pokazywać nikomu bez nakazu sądowego. Słowo „Ciotka” pojawiło się znacznie później, kiedy zaczęli przychodzić do niej młodzi geje z Różanego Zdroju, początkowo po ubrania, potem po rady, a na końcu głównie po to, żeby usłyszeć, że są idiotami. Pamela miała bowiem niezwykły dar diagnozowania katastrof uczuciowych jednym spojrzeniem i nie wierzyła w delikatność. Uważała, że człowiek wystarczająco cierpi przez miłość, żeby dodatkowo owijać prawdę w bawełnę, a jeśli ktoś po raz trzeci wraca do mężczyzny, który zdradza go z instruktorem pływania, powinien przynajmniej mieć przyzwoitość nie opowiadać o tym podczas kolacji. Jej salon przez lata pełnił funkcję nieformalnej poradni psychologicznej, miejsca spotkań, garderoby teatralnej i ostatniej instancji odwoławczej dla wszystkich, którzy nie potrafili zdecydować, czy właśnie przeżywają wielką miłość, czy zwyczajnie potrzebują psychiatry.

Mieszkała w różowym domu przy ulicy Jaśminowej, choć róż nie był zamierzony. Przed dwudziestu laty kupiła farbę oznaczoną w katalogu jako „dojrzała brzoskwinia”, ale po wyschnięciu elewacja przybrała kolor gumy balonowej. Pamela uznała reklamację za tchórzostwo i pomalowała na ten sam kolor również garaż, płot oraz budę psa, którego nie posiadała. W ogrodzie nie rosły kwiaty, ponieważ nie cierpiała ogrodnictwa; stały za to trzy plastikowe flamingi, kamienna Wenus bez głowy, metalowy paw i wanna na lwich nogach, w której latem trzymała kostki lodu oraz butelki prosecco. Sąsiedzi kilkakrotnie zgłaszali do urzędu, że jej posesja narusza estetykę ulicy, na co Pamela odpowiedziała oficjalnym pismem, że ulica nie posiada estetyki, którą można byłoby naruszyć, ponieważ większość mieszkańców najwyraźniej uważa brązową kostkę brukową i tuje za szczyt cywilizacyjnych osiągnięć. Wnętrze domu było jeszcze bardziej konsekwentne w swojej niekonsekwencji. Lampy z lat siedemdziesiątych wisiały nad meblami art déco, złote ramy otaczały reprodukcje świętych, a nad telewizorem znajdował się obraz przedstawiający Pamelę jako Marię Antoninę z papierosem. W łazience stała porcelanowa figurka papieża obok flakonu perfum w kształcie męskiego torsu, natomiast w sypialni wisiał ogromny portret Madonny, który Pamela traktowała z większą nabożnością niż wszystkie pozostałe wizerunki religijne razem wzięte. Nie widziała w tym żadnego konfliktu. Twierdziła, że dobry gust polega na tym, żeby mieć odwagę posiadać zły gust świadomie, a ludzie, którzy przez całe życie próbują urządzać mieszkania zgodnie z katalogami, kończą zazwyczaj w domach przypominających poczekalnie prywatnych gabinetów stomatologicznych.

Jej garderoba zajmowała dwa pokoje, choć Pamela konsekwentnie nazywała ją skromną kolekcją rzeczy niezbędnych do codziennego funkcjonowania. Znajdowały się tam suknie z cekinami, futra sztuczne i prawdziwe, kapelusze o rozmiarach uniemożliwiających korzystanie z komunikacji publicznej, peruki we wszystkich kolorach dopuszczonych przez naturę i kilku przez nią stanowczo odrzuconych oraz kilkadziesiąt par butów, których wysokość świadczyła o całkowitym braku szacunku wobec ludzkiego kręgosłupa. Pamela przechowywała również kostiumy ze swoich dawnych występów, w tym legendarną czerwoną suknię, w której podczas sylwestra 1994 roku spadła ze sceny prosto na kolana ówczesnego zastępcy burmistrza. Mężczyzna doznał zwichnięcia barku, ona straciła dwa sztuczne paznokcie, a miejscowa gazeta opisała wydarzenie jako incydent związany z nieprawidłowym zabezpieczeniem estrady. Pamela przez następne trzydzieści lat utrzymywała, że był to jeden z najbardziej erotycznych momentów w historii lokalnego samorządu, choć zastępca burmistrza podobno nie podzielał tej opinii i do końca życia unikał wszelkich wydarzeń, podczas których występowały osoby w czerwonych sukniach.

Tego ranka obudziła się wściekła, ponieważ prawa pierś znajdowała się wyżej niż lewa. Nie byłoby w tym nic szczególnie dramatycznego u siedemdziesięciojednoletniej osoby, gdyby obie piersi nie zostały wykonane dwadzieścia osiem lat wcześniej przez chirurga w Pradze, którego Pamela pamiętała głównie z niezwykle owłosionych przedramion. Implanty były jej dumą i archeologicznym zabytkiem medycyny estetycznej. Wielu lekarzy sugerowało ich wymianę oraz wykonanie odpowiednich badań kontrolnych, lecz Pamela przez lata odkładała kolejne konsultacje, argumentując, że skoro jej piersi przeżyły trzy związki, pięć przeprowadzek, upadek Madonny ze schodów podczas Brit Awards i dziewięciu premierów, mają pełne prawo pozostać tam, gdzie są. Teraz jednak stała przed lustrem w satynowym szlafroku w panterkę, podnosiła jedną pierś dłonią i próbowała ustalić, czy implant się przesunął, czy grawitacja po prostu wybrała stronę. Obracała się przed lustrem, unosiła ramiona, prostowała plecy i usiłowała znaleźć taką pozycję, w której obie piersi znajdowałyby się na jednakowej wysokości. Po piętnastu minutach doszła do wniosku, że symetrię można jeszcze osiągnąć, ale wymagałoby to poruszania się do końca życia z lewym ramieniem uniesionym o kilka centymetrów. Uznała takie rozwiązanie za niegodne kobiety, która przez kilkadziesiąt lat budowała reputację osoby posiadającej kontrolę nad własnym wyglądem, nawet jeśli kontrola ta bywała niekiedy czysto teoretyczna.

W pierwszej kolejności zadzwoniła do Fabiana, ponieważ uważała go za lekarza wyłącznie w sytuacjach, kiedy sama potrzebowała lekarza. W pozostałych nazywała go tapicerem twarzy, człowiekiem, który znalazł sposób na przekonanie bogatych kobiet, że ich zmarszczki stanowią wadę produkcyjną wymagającą natychmiastowej interwencji. Fabian próbował wyjaśnić przez telefon, że implantami piersi się nie zajmuje, ale Pamela uznała specjalizacje za wymysł ludzi pozbawionych wyobraźni i zażądała konsultacji. Poinformowała go, że jedna cycka zaczęła podróżować i jeśli dotrze do obojczyka, pozwie wszystkich, łącznie z Czechami. Fabian próbował ustalić, czy odczuwa ból, czy pojawił się obrzęk i od jak dawna zauważa asymetrię, ale Pamela przerwała mu po drugim pytaniu, ponieważ nie miała zamiaru przeprowadzać przez telefon szczegółowego wywiadu dotyczącego biografii własnego biustu. Ostatecznie zgodził się ją przyjąć, przede wszystkim dlatego, że wiedział, iż odmowa oznaczałaby przyjazd Pameli bez zaproszenia. To zaś mogło skończyć się znacznie gorzej, ponieważ ostatnim razem, gdy weszła do „Ostatniej Szansy” niezapowiedziana, przez pół godziny tłumaczyła pacjentkom w poczekalni, że zmarszczki są za darmo, a Fabian pobiera pieniądze za ich brak. Dwie kobiety odwołały wówczas wizyty, jedna zażądała rabatu, natomiast starszy mężczyzna przyszedł następnego dnia zapytać, czy istnieje możliwość wykupienia abonamentu na naturalne starzenie się.

Pamela pojawiła się w klinice przed południem w turbanie z lamparciego materiału, ogromnych okularach przeciwsłonecznych i długim fioletowym płaszczu obszytym sztucznym futrem, mimo że temperatura przekraczała dwadzieścia osiem stopni. Pod płaszczem miała jedynie czarną halkę, ponieważ uznała, że rozbieranie się u lekarza jest stratą czasu, zwłaszcza jeśli człowiek i tak zamierza po kilku minutach pokazać mu niemal wszystkie istotne części własnej anatomii. Recepcjonistka zobaczyła ją w drzwiach i natychmiast schowała własną kanapkę, pamiętając, że Pamela ostatnim razem skomentowała pieczywo jako „bułkę dla ludzi, którzy już zrezygnowali z życia”. W poczekalni siedziały trzy kobiety i młody mężczyzna czekający na konsultację dotyczącą korekty nosa. Pamela obejrzała wszystkich z zainteresowaniem, usiadła i przez pierwsze pięć minut zachowywała się wzorowo. Potem zapytała młodego mężczyznę, dlaczego chce zmieniać nos. Kiedy odpowiedział, że jest za duży, Pamela obejrzała go z profilu i stwierdziła, że nos jest dobry, tylko fryzura robi mu krzywdę. Zaproponowała mu zmianę przedziałka, krótsze boki i rezygnację z żelu, którego najwyraźniej używał w ilościach przewidzianych dla przemysłu budowlanego. Mężczyzna początkowo był oburzony, ale po kilku minutach zaczął zadawać pytania, a kiedy Pamela wyjęła telefon i pokazała mu zdjęcie pewnego włoskiego aktora o podobnym profilu, uznał, że być może powinien najpierw pójść do fryzjera. Po kolejnych dziesięciu minutach dwie kobiety odwołały zaplanowane wypełnianie ust, a trzecia zdecydowała się na większe, ponieważ Pamela oświadczyła, że przy jej charakterze dyskretna ingerencja nie ma najmniejszego sensu. Fabian kazał więc natychmiast wprowadzić Pamelę do gabinetu, zanim zniszczy mu cały dzień finansowo.

— Fabian, błagam cię, nie patrz na mnie jak na kolejną klientkę, która przyszła zapytać, czy może sobie powiększyć usta, żeby mąż przestał oglądać pornografię. Mam poważny problem konstrukcyjny. Jedna pierś najwyraźniej uznała, że dotychczasowa lokalizacja nie odpowiada jej ambicjom i rozpoczęła samodzielną podróż w kierunku szyi. Druga pozostaje na swoim miejscu, co oczywiście bardzo w niej cenię, ale zaczynam wyglądać jak kobieta, której chirurg operował tylko połowę ciała, a następnie wyszedł na lunch. Chcę wiedzieć, czy można to naprawić, ile będzie kosztować i czy istnieje ryzyko, że obudzę się któregoś ranka z cyckiem pod brodą, ponieważ wtedy będę musiała całkowicie zmienić garderobę, a nie mam już siły na kolejną rewolucję tekstylną.

Fabian wysłuchał jej z zawodową powagą, choć z trudem powstrzymywał się od komentowania teatralnego sposobu, w jaki Pamela opisywała własną anatomię. Po zebraniu wywiadu i przeprowadzeniu podstawowego badania stwierdził, że rzeczywiście widoczna jest pewna asymetria, ale sama obserwacja nie pozwala ustalić jej przyczyny. Ze względu na wiek implantów zalecił konsultację u chirurga plastycznego oraz odpowiednie badania obrazowe, które pozwolą ocenić ich stan i wykluczyć ewentualne powikłania. Pamela przyjęła tę informację z wyraźną irytacją, ponieważ oczekiwała natychmiastowej diagnozy, najlepiej połączonej z możliwością dokonania korekty jeszcze przed obiadem. Kiedy Fabian wyjaśnił, że nie zajmuje się chirurgią piersi i nie zamierza podejmować decyzji bez odpowiedniej diagnostyki, oświadczyła, że właśnie konsultuje się z medycyną estetyczną, tylko medycyna najwyraźniej nie dorosła do sytuacji. Następnie poprawiła halkę, usiadła na krześle i zaczęła przyglądać się jego twarzy z zainteresowaniem, które Fabian natychmiast uznał za zapowiedź kolejnego problemu.

Pamela zauważyła bowiem jego lekko nieruchomy kącik ust i natychmiast przestała interesować się własnymi piersiami. Obejrzała jego twarz z lewej strony, z prawej, a następnie ponownie z lewej, po czym zdjęła okulary i pochyliła się nad biurkiem, żeby upewnić się, że nie uległa złudzeniu optycznemu. Fabian próbował odwrócić jej uwagę, wracając do kwestii diagnostyki implantów, ale Pamela nie zamierzała pozwolić, żeby ominęło ją tak interesujące wydarzenie z zakresu medycyny estetycznej. W końcu zapytała, czy miał udar, czy promocję. Fabian obraził się natychmiast, a ponieważ usiłował zacisnąć usta w geście dezaprobaty, jego twarz przybrała jeszcze bardziej osobliwy wyraz. Pamela była zachwycona. Uznała, że wygląda teraz jak dwie sąsiadki, które nie rozmawiają ze sobą od 1998 roku, a każda z nich uważa, że ma rację. Przez kilka minut analizowała jego mimikę z taką powagą, jakby uczestniczyła w komisji oceniającej współczesną rzeźbę abstrakcyjną, po czym stwierdziła, że jeśli kiedykolwiek zdecyduje się poprawić tę asymetrię, straci cały charakter. Fabian, który od kilku dni rozpaczliwie próbował odzyskać poprzedni wygląd, po raz pierwszy zaczął podejrzewać, że jego komplikacja rzeczywiście może mieć pewną wartość artystyczną, choć nie zamierzał rezygnować z dalszej diagnostyki wyłącznie dlatego, że Pamela odkryła w jego twarzy metaforę konfliktu sąsiedzkiego.

— Kochanie, ja cię znam od lat i nigdy nie wyglądałeś tak interesująco. Wcześniej miałeś twarz człowieka, który zarabia na życie przekonywaniem innych, że powinni wyglądać dokładnie tak samo jak on. Teraz wreszcie masz coś własnego. Jedna połowa twojej twarzy jest elegancka, doświadczona i profesjonalna, a druga wygląda, jakby właśnie dowiedziała się, że jej mąż sypia z organistą. To jest charakter! To jest historia! To jest coś, czego nie kupisz za dziewięć tysięcy euro, chociaż znając ciebie, pewnie i tak spróbowałbyś wystawić na to fakturę. Oczywiście sprawdź sobie, co tam zepsułeś, bo nie zamierzam odwiedzać cię na neurologii, ale na twoim miejscu zastanowiłabym się, czy naprawdę chcesz wrócić do wyglądu plastikowego księcia z reklamy kredytów konsumenckich.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99