E-book
10.92
drukowana A5
59.12
drukowana A5
Kolorowa
96.06
Miejskie legendy

Bezpłatny fragment - Miejskie legendy


Objętość:
446 str.
ISBN:
978-83-8189-090-8
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 59.12
drukowana A5
Kolorowa
za 96.06
OKROKĄTNY OKRĘT
ŁOWCA SNÓW
CERKWIA, DWULICOWY & PEJZAŻ Z WIDOKIEM NA SRAJĄCEGO PSA
SKUPISKO SKUPIONYCH
MUTACJA INDYJSKA
PORTAL KLASTERÓW
INTERFERON PUNKTU G
NOC NA DZIKIEJ GÓRZE
GROMADA LOKALNA
BRAK MIEJSC PARKINGOWYCH


Postaciom Zmyślonym

Dedykowane


UTOPIA:

1. Państwo idealne.

2. Bujanie w obłokach, marzenie, mrzonka, rojenie, chimera.

[Słownik Synonimów 2.0]


„Tam szaleją demony i niewidzialne ręce spychają w przepaść.” — Cytat z filmu W. J. Hasa „RĘKOPIS ZNALEZIONY W SARAGOSSIE.”


To rzeczywiste zdarzenia są popieprzone, nie moja głowa” — Jack Starks, bohater filmu „JACKET


Tragiczne piękno kiczu przewyższa arcydzieła, ponieważ ukazuje ludzką klęskę” — Fikcyjny pisarz Tristian Reveur z filmu „STAY”


Rzuciłem pisanie w wieku siedmiu lat. Zbyt Niebezpieczne.” — NAGI LUNCH

Odcinek 1. Ostatnie słowa

Z natury jestem sceptyczny, i nie wierzę w bzdury. Tym bardziej nakłoniło mnie to do odkrycia prawdy, która — mam nadzieję za moją sprawą — rozwieje wszelkie bzdurne teorie idiotów, mających się za poważnych ludzi nauki, wierzących ślepo w coś, czego istnienie próbowano udowodnić od czasów Jezusa Chrystusa, — którego z kolei również faktu, iż żył ktoś podobny, nie ma jasnych i twardych dowodów. Oczywiście liczę się ze swoją arogancją, jakobym znalazł to legendarne miasto. Zakładam, że może się tak zdarzyć. Wynik ostateczny, prawdopodobnie będzie niewymierny do tego, czego oczekują wszyscy, dzięki którym mogę wyruszyć w podróż do Europy środkowej.

Miasto podobno liczy sobie przeszło 600 tysięcy mieszkańców. Utopią, jak je nazwano, jest odizolowane od reszty społeczeństwa, jak i świata, będąc tym samym samodzielną i samowystarczalną fabryką, nieustannie tętniącym życiem. Założyciel, a w zasadzie autor, zbudował coś niemożliwego. — Najbardziej niedostępny punkt na naszej planecie; Nikt nie mógł do niego wejść, a jeśli mu się udało, wyjście z niego miało być po stokroć trudniejsze. I nie przesadzam w ogóle. Wejście do Raju było tylko dla zasłużonych.

Słyszałem osobiście pogłoski i plotki mówiące, że miasto zaczynał budować w wieku 19 lat, w roku 1913, jakiś nieznany architekt, artysta, podobno geniusz, nazwiskiem Adam Kat, urodzony w roku 1894. Tak przynajmniej się go określa, i takie dane przechodzą w formie ustnej. Historia mówi, że Kat odziedziczył przeogromną fortunę, którą przeznaczył na zrealizowanie największego marzenia. — Chciał zbudować miasto oparte na jego wizji świata doskonałego. Całkowicie niezależnego od nikogo i niczego — włącznie z nim samym.

Miasto będące artystycznym dziełem, któremu on sam miał nadać jedynie szczątkowy scenariusz, założenia i plan na samym początku, jakby w pilocie serialu, by kolejno to bohaterowie zaczęli opowiadać swoje własne historie — z pomięciem autora, mającego być widzem obserwującym bohaterów, tworzącą historię z pominięciem jego samego.

Historia mówi, że z początku postawił on kilka budynków, mogące tworzyć wieś. Nie było w nim w ogóle ludzi. Gdy zaczynali napływać różni zainteresowani, Adam Kat nie mógł tego znieść i począł budować swój labirynt, na którego fundamentach konstrukcji, kładł kolejne budynki. Pracował przez kolejne lata nad swoim najdoskonalszym dziełem, aż do roku śmierci latem 1966, dożywając sędziwego wieku, 72 lat.

Mówi się, że jeśli nie jest się mieszkańcem, lub nie zna się planu, możliwe jest całkowicie zagubienie w mieście. Plan podobno był tylko jeden. Ponadto od momentu jego śmierci, aż do dzisiaj przez kolejne lata, miasto stoi wyizolowane. Podobno. Nikt do niego nie wszedł, ani z niego nie wyszedł. Nie wiadomo czy ktoś tam żyje i czy istnieje cokolwiek podobnego do wizji śmierci, będącym realnym powodem, dla którego nie mogą go opuścić.

Za życia Adama Kata, przed skończeniem swojego dzieła, wpuścił na ulicę garstkę ludzi. Niektórym udało się znaleźć wyjście, inni tam pozostali. Po latach, praktycznie, aż do dzisiaj, nie można było znaleźć żadnych pewnych informacji. Tylko plotki. — Mniej więcej od roku 1939 do roku jego śmierci w 1966 do miasta nie zdołał wejść nikt, a wyszły jedynie dwie osoby. Uważa się je za kompletnie przypadkowe.

Po śmierci Kata, wejście i wyjście do dziś, pozostaje nieznane i niemożliwe. Nie wiadomo, w jaki sposób, i na jakich prawach, i czy w ogóle żyją tam jacyś ludzie. Dopiero teraz, po przeszło dwóch latach badań, natrafiłem na ślad, mówiący mi wyraźnie, że miasto przez cały ten czas się rozwijało i rozwija, po dzień dzisiejszy. Skąd o tym wiadomo? Utopia popełniła błąd, albo miałem niezwykłe szczęście, że udało mi się jako jedynemu znaleźć tam lokacje, i samo wejście.

Ostatecznie opieram swoje badania na poszlakach i miejskich legendach zasłyszanych po drodze. Wiem, że dzieją się dwie rzeczy, wyczuwalne na kilometr. Miasto przestało się przebudowywać, z powodu zakończenia całego projektu, który zaplanował Adam Kat. Nie wiadomo, kto i w jaki sposób przebudowywał miasto. Prawdopodobnie miasto zrobiło to samo.

Legenda mówi, że Adama Kata znaleziono martwego na atak serca w jego pustym domu. Leżał na podłodze w swojej sypialni, przed fotelem i wciąż włączonym adapterem, na którym obracała się pierwsza strona, pierwszego albumu Pink Floydów. Mówi się, że Adam Kat został zaklęty w swoim mieście i w momencie, kiedy zostanie ono ukończone, Adam powróci, i sam stanie się miastem myślącym, posiadającym wolną wolę. Miasto stanie się Adamem Katem. — Inni wierzą zaś, że to już się stało, i miasto jest teraz ciałem Adama Kata. Myślącym, świadomym organizmem. — Do tego dochodzą pytania: Gdzie leży ciało Adama? Czy naprawdę żyje? I czy istniał naprawdę? Wiadomo, że dzieło Kata, po 120 latach zostało zakończone. Świadczy o tym fakt, że przez ostatnie dwa lata wypłynęło więcej informacji o nim, niż przez ostatni wiek…

Mgliście pamiętam swoje życie. Niektórych elementów w ogóle, jak na przykład dzieciństwa. Zawsze sobie tłumaczyłem, że powodem tego musiała być nuda. Do momentu aż dowiedziałem się, że mam kłopoty z pamięcią. Czasami to przeszkadza bądź irytuje. Tym bardziej nie potrafię sobie ani przypomnieć, ani skojarzyć, ani w ogóle w jakikolwiek sposób pozyskać informacje, od samego siebie, na pytanie — skąd się o tym dowiedziałem, i dlaczego jest to dla mnie priorytet. Wiem po sobie, że skoro myśl o tym jest silna i trwa we mnie długo. — Praktycznie nigdy o tym nie zapomniałem, musi to być bardzo istotne. I chociaż nie pamiętam pierwotnego wrażenia, celu czy źródła, próbuję usilnie odnaleźć owy Azyl już od ponad dziesięciu lat. Czułem, że gdy odnajdę to miejsce, pamięć powróci.

Było coś jeszcze. Fascynacja. Ciekawość. Wiadomo. Będąc racjonalistą często się biłem w myślach, nie potrafiąc znaleźć wyjścia. To było na zasadzie fascynacją legendami, bajkami, książkami. Mityczne miejsce z mitów, w którym mieści się inny świat. Jak wejście do innego świata. Nie wierzyłem w zasłyszane historie, jednak gdyby faktycznie istniało takie miejsce, (co jest niemożliwe) musiałem je odnaleźć. Nawet, jeśli miało się okazać jedynie kupą kamieni sprzed narodzin Dinozaurów.

Obecnie? Będę miał szczęście, jeśli uda mi się znaleźć cokolwiek. To było na zasadzie zakładu z samym sobą. Nastawiałem się, że przegram. Założyłem się ze sobą jeszcze o to, co zrobię, gdy uda mi się nie tyle odnaleźć to miasto, ile będzie ono wyglądało tak, jak z opowiadań. Przez wiele lat olewałem ten temat zajmując się uczeniem w liceum. Choć temat dobrze zawsze był podświadomie, przeze mnie zauważalny. Nieraz zdarzają się przypadki tak niezwykłe, że pozostają w pamięci i nawiązują ze sobą swoisty, mentalny romans — nie łącząc, ale nawiązując emocje. To właśnie jeden z takich przykładów. — Były tylko dwie rzeczy w życiu, które wiedziałem, że nigdy ich nie dokonam. Znalezienie Azylu i Adama Kata.

Całe ostatnie pół roku namierzałem potencjalne miejsca, gdzie mogłaby znajdować się Azyl. Odwiedziłem dwa miejsca okazujące się jedynie atrakcjami turystycznymi. Faktycznie, zagubionych, mitycznych miast. Jak Atlantyda, Eldorado czy miasteczko Salem. Trzeci raz był najbardziej niepewny, niefortunny i pechowy. Przez długi czas zastanawiałem się, czy niczego tam nie było, czy też nie udało mi się, i nigdy nie uda odnaleźć Edenu. -W najmniej nieoczekiwany momencie mi się udało. Poleciałem na Islandię, gdzie w samym środku kraju miałem przemierzyć niesprecyzowaną powierzchnię wypełnioną śniegiem — jak na biegunie północnym. — Nie muszę chyba wyjaśniać, z jakiego powodu ominąłem miasteczko Salem.

Uzbrojony w lepsze ekwipunki niż nie jeden podróżnik, wkroczyłem na śnieżną pustynię wynajętym pojazdem śnieżnym. Nie było możliwości tam dolecieć. Tak przynajmniej mówili wszyscy, od których chciałem wynająć samolot i pilota. — Jak już znalazłem samolot, to nie znalazłem pilota, a gdy znalazłem pilota, ten nie chciał za nic w świecie lecieć na samobójczą wyprawę, z której nie wraca nikt, z punktu, w którym nie ma — jak poświadczał kilkakrotnie — absolutnie niczego. To było jak Trójkąt Bermudzki. Pilot powiadał wielokrotnie, że nikt tam nie chodzi, bo tam nic nie ma. Widać było, że coś ukrywał, ale szybko zorientowałem się, że jedynie własną niewiedzę. Postanowiłem go przycisnąć. Powiedział, że to jeden z kilku terenów na świecie, który jest niedostępny dla kogokolwiek. Nikt nawet nie wchodził na teren śnieżnej pustyni. Niektórzy uważali, że ta ziemia jest opętana. Że mieszka na niej diabeł. Że gdy się zacznie iść, to będzie się szło po wieki. Dodał nawet, że nie słyszałby przez ostatnią dekadę wkroczył na ten wyizolowany i niedostępny teren jakikolwiek śmiałek, a jeśli był taki, to na pewno nie powrócił.

Zawsze uważałem za niedostępne dżungle, góry, takie miejsca, ale płaską powierzchnię, na której nie ma praktycznie w ogóle ani drzew, ani żadnych krzaczków. Dałem za wygraną, ale po bardzo długim czasie, a i tak byłem zły na siebie. Poczułem się zażenowany. Jakbym był w tanim aktorem w kiepskim filmie. Sceny typu „dotrzeć na niezbadany ląd, na którym żyją demony”, „przeklęte miejsce”, „duchy”, bzdury. Łatwowierność i irracjonalny strach przed nieznanym był mi obcy. Zawsze fascynowało mnie to, co inne, mimo iż wierzę w fizyczne i materialne potwierdzenia. Nie bałem się. Bo co gorszego może człowieka spotkać, niż inny człowiek? Ich należy się bać najbardziej! A raczej ich zaściankowości. Przez zacofanie okolicznych wieśniaków, i trudności w nawiązaniu nie tyle rozmowy, co jakiejkolwiek chęci do wymiany słów z obcym, gościem, potrzebującym, byłem skazany na pojazd naziemny. Przemierzałem po linii prostej w sam ośrodkowy punkt pustyni. Musiałem cały czas trzymać kurs, bo kilka razy w ciągu pierwszego dnia przypadkiem zjechałem z trasy, a po czwartym razie, nie potrafiłem namierzyć drogi.

Pod koniec kolejnego dnia musiałem się zatrzymać, choć chciałem jechać tak długo, aż przejadę całe pustkowie. Uniemożliwiła mi to irytująca śnieżyca, która dosłownie zatrzymała mój pług. Tej, pierwszej nocy zdałem sobie sprawy z tego, co robię. Dopiero to do mnie dotarło. Moje życie jest tak płytkie, że każdy mógłby opowiedzieć tysiące historii o dziesiątkach tysięcy ludzi podobnych do mnie. Podążałem za nierealną ułudą. Mirażem, o którym pisali szaleńcy, kłamcy, narkomani, psychopaci, świry i artyści. Nie można im wierzyć. Nie wierzyłem w ani jedno słowo — a jednak tu przybyłem! I to mnie irytowało najbardziej, bowiem okazałem się najbardziej skretyniały spośród ich wszystkich!

Po kilku godzinach nawałnica minęła. Noc była tak jasna, że od razu chciałem się ruszyć i jechać dalej. Jeśli umrę tutaj, to trudno. Byłem na to gotowy. I tak nikt na mnie nie czekało, ani nikomu nie jestem do niczego potrzebny. Moja nieobecność stworzy problemy innym. Obiecałem sobie, że jeśli tym razem nie znajdę Azylu, przestanę jej szukać. Jeśli ją znajdę, zostanę w niej i napiszę o niej książkę. Chciałem ją znaleźć, bo nie chciałem wracać do świata, w którym tkwiłem zbyt długo, i nie ma ani on, ani życie, ani cokolwiek innego w nim nic do zaoferowania. Byłem w przekonaniu o pewności miejsca, w które się udawałem. Wiedziałem, że coś tam jest, ale nie wiedziałem co.

Nie mogłem uruchomić zamarzniętego silnika. O świcie zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Pejzaże było spokojne, klarowne i niebieskie. Horyzont był tak nieprecyzyjny, że nie sposób było odgadnąć, czy w oddali mieniły się chmury, budowle, czy coś cokolwiek innego. Mój kompas się rozregulował, ale nie w sposób, że wskazówki latały zdezorientowane po tarczy, spanikowane brakiem punktu odniesienia, — lecz wskazywały jeden kierunek. Kompas zatrzymał się, jak czas w zegarku, lub zamierał, jak dźwięki uderzeń gasnącego metronomu. Sprawdziłem inne miejsca w okręgu kilku metrów. Wskazówki w ogóle się nie poruszyły. Postanowiłem ponownie odpalić silnik. Nie zapalił i tym razem. Stałem tak możliwie, że nawet ze dwadzieścia minut, aż zapalił, wystrzelił hukiem i dymem, i rozlał czarną ropę, rozpływającą się nieprzyzwoicie rozgrzana, żłobiąc koleiny w śniegu, jak atrament na papierze. Byłem załatwiony. Mogłem się położyć i zdechnąć. Nie miałem pojazdu, prowiantu, jakiegokolwiek środka komunikacji, — choć byłem przekonany, że i tak bym nie złapał żadnego sygnału. Definitywnie było gorzej niż kiedykolwiek.

Byłem spokojny. Nie mogłem spanikować. Wiedziałem, że miałem do pokonania powierzchnię, na której można by było ulokować małe państewko. Wziąłem wszystko, co mogłem unieść i ruszyłem. Przeszedłem parę metrów, a gdy się obejrzałem, nie dostrzegłem mojego pojazdu. W dodatku opadała mgła rozmywająca linię horyzontu. Brakowało tylko tego, by grawitacja przestała działać, — jeśli w ogóle to możliwe. Podjąłem samobójczą wyprawę, która trwała cały tydzień, a gdy zmierzchało dotarłem pod ową świetlistą budowlę złożoną z wydawać by się mogło, samego szkła i luster. Przynajmniej tak to wyglądało. Jak U.F.O.! Debilizm, tak wiem.

Na horyzoncie nie było niczego. Gdy próbowało się spojrzeć dalej, w środek, raziło stamtąd światło, uniemożliwiające dostrzeżenie czegokolwiek. To nie było normalne widowisko. Słońce miałem za plecami. Nie było tu niczego. I dalej, w stronę tego rozświetlonego punktu, mogącego być fatamorganą. Prę lekko podniecony, że miejsce, do którego dążyłem, mogło skrywać historie, których poszukuję. Chciałem by to był Azyl. Tak, choć bałem się, że ulegam złudzeniom, wydawało mi się, że idąc cały czas przed siebie, już kilkanaście lat? Tak mi się zdawało. Światło na horyzoncie nie jest jaśniejsze, ale, że przestrzeń mnie od niej dzieląca nie zmniejsza się nawet o kilka metrów. Robiłem postój tylko w chwili, gdy wskazówki kompasu poruszały się. Z początku tkwiły sztywno w swoich ustalonych pozycjach, jak ściągnięte magnesem, by rozluźnić się i obracać wokół osi coraz szybciej. Drżał mi on w ręce, a wskazówki obracały się z wibrującym brzęczeniem, jak śmigła kwantowego ptaka.

Kompas się nagrzał, a wskaźniki, dyrektywy, wytyczne i sugestie — zatrzymały wskazując moją lewą stronę, na której się zatrzymały, jak uprzednio. Wychodziłem z założenia, że jeśli wokół nie ma niczego, ani nikogo, w sytuacjach takiej jak ta, to powinno się nie myśleć, ile zdawać na instynkt i wyłapywać wszelkie znaki, wydające się być wskazówkami albo, chociaż jej namiastkami. — Albo znaleźć coś ostrego. — Kiedy kompas zamarł, spojrzałem przed siebie na drogę, którą podążałem. Przede mną powinno rozlegać się blade światło. Nic takiego nie było. Światło znikło z horyzontu. Czułem się, jakbym uległ oszustwu. — Zupełnie, jak w słoneczny dzień, kiedy widzi się odblask światła w szybie naprzeciw własnego okna, odbijającą kolejno światło, by później przestać. Tak to wyglądało. Spojrzałem w lewą, wskazaną przez kompas stronę. I przed siebie. Coś się mieniło, ale nie było to tak pewne, by na ślepo za nim podążać. Odwróciłem się i postanowiłem iść tak długo, aż padnę.

Dotarłem w wąskie przejście, którego końca i długości nie potrafiłem oszacować. Sunąłem półmetrowym przesmykiem, i już po dziesięciu minutach w całkowitych ciemnościach, mając nadzieję, że tam gdzie mnie owa droga zaprowadzi, nie okaże się grotą szaleństwa czy jaskinią śmierci, całkowicie pochłaniającą światło przez ciemność. Ślepą uliczką.

Determinacja skróciła mi drogę. Strach też. Kontrolowałem czas na tyle, na ile pozwalało mi liche światło dobiegające z cienkiego przesmyku światła, pęknięcia w górze. Kiedy zdałem sobie sprawę, że idę już którąś z rzędu dekadę…

Postanowiłem, jak planowałem, przystanąć i podjąć decyzję. Czy iść dalej, do oporu, drogą, mogącą ciągnąć się w ten sposób kilometrami, czy też zawrócić i znaleźć inną drogę? — Postanowiłem iść dalej. A raczej ciągnąć się przez wąski przesmyk. Minęły trzy kolejne godziny, gdy zdałem sobie sprawę, rozmyślając, a miałem na to idealną chwilę i czas, że pierwszy raz w życiu bałem się ciemności. Wąska szczelina nade mną, gdy zniknęła, wprawiła mnie w otępienie. Byłem jak ślepiec, który swą ułomnością musi zdać się na pozostałe zmysły, istotne zazwyczaj w momentach seksualnego aktu i jedzenia, aniżeli praktycznych potrzeb.

Nie potrafiłem sobie wyobrazić takiego życia. Kiedy nachodziły mnie fobie toczące obłęd, próbowałem wytężyć maksymalnie mój umysł, by mieć przed sobą tylko cel. W samotności, sam ze sobą, w ciemnościach, z własnymi demonami, które jeśli je uwolnię, nie pozwolą mi stąd wyjść nigdy. Sprawią, że nawet prosta droga może mnie zwieść, i przez nagły atak paniki i szoku, moja orientacja w kierunkach będzie tak zaburzona, że nawet nie zwrócę uwagi na to, że idę w odwrotnym kierunku. Nawet będąc w takim miejscu całkowicie świadomy, gdy pojawia się myśl — „Hej, czy ja cały czas idę tą samą drogą? Niemożliwe jest bym zawrócił. Nie zawracam, prawda? Postanowiłem iść przed siebie.”

Kiedy pojawia się zwątpienie, chociaż w najmniejszej, nieznaczącej formie, można być pewnym, że prędzej czy później ona się wyrwie i przerodzi w histerię i rozpacz powodującą panikę oraz strach, mogący spowodować, że stracę zmysły i oszaleję, pozostawiając moje zwłoki pewnie do końca świata nie odnalezione. Będę archeologicznym nabytkiem dla przyszłych odkrywców z gwiazd, spoza naszej planety. Jeśli myślałem o tym w ten sposób, sam oszukiwałem siebie, choć myśl była przyjemna i prawdopodobna, wtedy napięcie mijało. Miałem nikłe poczucie tego, że moje życie przysłuży się komuś w wartościowy sposób. Żyć bez jakichkolwiek osiągnięć, które można pozostawić kolejnym pokoleniom, chociażby na znak, że taki ktoś żył.

Niemal w milczeniu medytując, coraz bardziej z każdą godziną wydawałem się zapadać w sobie. W końcu wielu mnichów i ascetów przyjeżdżało do miejsca w górach, w których mogli oddać się medytacją, świadomym snom, filozofią, automatycznym myślą, uwalniając w ten sposób umysł, co za tym idzie, nikłe ilości DMT, chyba najsilniejszego, naturalnego psychoaktywnego narkotyku, uwalnianego w naszym mózgu w momencie narodzin i śmierci. Musiałem tylko sobie uświadomić, że gdybym uległ halucynacjom, muszę zmusić się, do tego, by zrozumieć, czym one są, i że nie są prawdziwe. Są nadrealne. — Choć w tej sytuacji powinienem ich posłuchać. W owej chwili rzeczywistość była dla mnie ekstremalnie nie do zaakceptowania. — Czułem się jakbym się w sobie zapadał, i w siebie odlatywał.

W niektórych momentach miałem wrażenie, że się zatrzymałem, ale kiedy postanowiłem zmusić ciało, by te odezwało się do mnie, zdumiony nie mogłem uwierzyć, że wciąż idę. Poruszam się miarowo, systematycznie, rytmicznie. Jak podczas rytuału. W mantrze idących wielu legionów mnichów pielgrzymujących trzeci wiek pod rząd uniwersytetu, no jakiegoś tam, bo nie wiem, kto co skończył.

W pewnym momencie wyczułem rozwidlenie szczeliny, i mogłem iść już tylko prosto. Moje ciało nie potrafiło się po takim wysiłku przestawić na inny tor. Byłem, jak zgnieciona kartka niemająca zamiaru wrócić do stanu sprzed zgniecenia, i zwija się cały czas w pozycję, decydującą o jej przyszłym wyglądzie i znaczeniu. Ruszyłem w korytarz. Czułem świeże powietrze. Dalej było ciemno, a ja broczyłem po kostki w lodowatej wodzie. Bałem się, że oślepi mnie słońce, jeśli je znajdę. Po godzinie błądzenia otępiały i zdezorientowany, zacząłem widzieć. Światło nikłe, niezauważalne dla kogoś, kto nie przyzwyczaił wzroku do ciemności tak intensywnej, i trwającej tak długo, mnie porażało w niewysłowionych onomatopejach, prymitywnej death metalowej furii.

Szedłem dalej skalnymi uliczkami, widząc coraz intensywniejsze światło, przed którym już musiałem mrużyć oczy i zasłaniać się rękawami. Nigdy nie widziałem tyle światła naraz, jak w całości od miesięcy nie widziałem stu złotych w całości. Maszerowałem dalej niepewny, że idę wciąż zapatrzony w kompas. Zwolniłem krok, kiedy wskazówki zaczęły się przechylać ponownie w lewą stronę. Kląłem, na czym świat stał pode lub nade mną. Przeklinając samego siebie, swój idiotyzm, bez krzty sensu. Stanąłem i obracałem się po własnej osi powoli wraz ze wskazówkami. Kiedy zatoczyłem półkole, zauważając, że ślady na śniegu przypominają księżyc w połowie uśpiony na niebie. Wskazówki się naprężyły, jak erekcja licznika Geigera, i wystrzeliły w przeciwnym kierunku, jak potencjometr wyłapujący nagły atak, zbyt intensywnych dźwięków, czy nieznanych fal sejsmograficznych. Nie próbowałem nawet rozważać, dlaczego kompas zachowuje się w ten sposób. Wskazówki obracały się każda w swoją stronę, i zatrzymały obie w przeciwnych kierunkach. Spojrzałem najpierw w prawo, i ponownie na obydwa wskazane kierunki. Teraz tył za moimi plecami. Miałem dość. Zamachnąłem się i wyrzuciłem cholerstwo w śnieg. Załamałem się i wpadłem w horyzont, nie mogąc dostrzec żadnych kształtów. Przeleciałem wzrokiem panoramę wokół moją desperacją. A kiedy się odwróciłem ponownie w stronę, w którą zmierzałem cały czas, napis „Azyl” wysoki na 500 metrów, biegnący wzdłuż ośnieżonego muru, mówił aż zbyt dosadnie, że byłem na miejscu. U wrót. Napis był tak ogromny i przytłaczający, że nie było sposobu by nie osiadł na psychice oglądającego.

Przemknąłem wzdłuż ściany pnącej się w nieskończoność, prowadzącą w każdą ze stron. Niebo pochłaniało mury fortecy. Nie wiedziałem skąd biło światło elektryczne, ale nie było to już istotne. Prowadziło mnie do celu. Dotknąłem litej, płaskiej ściany — a pod dotykiem taką nie będącą. Ostrożnie dotykałem powierzchni, idąc wzdłuż. Mój zmysł dotyku nie pokrywał się ze zmysłem wzroku. Nie byłem pewny czy to, co widzę istnieje, czy też jest to omam spowodowany sytuacją doprowadzającą mnie do szaleństwa. Rozważałem nawet, że mogłem ostatecznie nie być na pustyni, ani nie być nawet tym kimś, za kogo się do tej pory uważałem. — Że byłem w kaftanie, i krzyczałem do pielęgniarza „gdzie jest mój kompas?!” — Moja ręka chwyciła coś, co postanowiłem pociągnąć. Gdy nie dało rady, popchnąłem i rozległ się ciepły powiew, rozlewający się w oczekiwaną materię. Bramy rozwarły się szeroko. Ciemność wylewała się niemal czarnym światłem na śnieg i przestrzeń wokół mnie. Mimo, iż był sam środek dnia, światło w żaden sposób nie oświetlało niczego. Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Czerń rzucała cień w moim kierunku, tak samo, jak żarówka rzuca światło na określoną przestrzeń, zazwyczaj w okręgach. Spod drzwi zaczęła się ona rozlewać, jak farba, będąca niemal żyjącą substancją, z własną świadomością.

Mogłem przysiąc, że ta czeka na moją reakcję i ostateczną decyzję, przed którą podjęciem ostatecznie, musiał minąć nieokreślony czas. Stałem przed faktem dokonanym. Miałem świadomość, że prawdopodobnie mam niezaprzeczalne potwierdzenie istnienia Azylu. Obecnie jestem wewnątrz. Nie wiem czy uda mi się stąd wyjść, ani czy uda mi się wysłać moją obszerną relację z pobytu tutaj. Ludzie żyjący tu od dekad, mogą nie wiedzieć, że poza tym miastem jest jeszcze coś, a jeśli wiedzą, to traktują to jak wymysł, fikcję.

Znalazłem się przy wielkich skałach, spomiędzy których wyszedłem — mam nadzieję, że niezauważony — na samym środku plaży. Ogromny czarny ocean wydawał się bić światłem w niebo. Po horyzont wszystko było puste. Tylko ocean. Niebo zaś było czerwone. Gdy zwróciłem się ku lądowi, nie mogłem uwierzyć, że widzę coś takiego. Momentalnie przyjąłem, że znalazłem się w jakimś mieście budowanym przez miliardy ludzi, przez pięć milionów lat. Niemożliwością było, by miasto mogące być potężną stolicą, wydaje się rozchodzić i biec w nieskończoność, dla rewersu pejzażu przeciwstawnego po drugiej stronie. Wydawało się, że to oplata ono cały świat, ciągnąc się bez krawędzi w nieskończoność.

Za murami drzwi, przez które ledwie się przecisnąłem do korytarza, jakby klatki schodowej, prowadzącą mnie prosto na zatłoczoną i pełną wszystkiego, jak w największych metropoliach świata, w sam środek miasta. Byłem w zbyt wielkim szoku, by się otrząsnąć. Jak mi się to w końcu udało, odwróciłem się do tyłu, ale korytarza nie było. Lita ściana jednego z bloków. Nie mogłem wytłumaczyć sobie tego fenomenu. Mogłem niemal przysiąc, że się nie ruszyłem nawet na krok. Przeszedłem na parę metrów ścianę w jednym i drugim kierunku. Ale nie było żadnego wejścia, tylko okna zawieszone na dwa metry nad ziemią. Zachciałem wrócić do miejsca, w którym stałem wcześniej. I wyszedłem w specyficzny, pusty plac o zmierzchu, na którym niebie malowały się rozłożyste fabryki nieznanego pochodzenia i nieznanego przeznaczenia swej produkcji. Cały pejzaż był nie do odkrycia. Panował tu chaos ze snów, a ja czułem się, jakbym lawirował ponad tym będąc uporządkowany. Nawet, jeśli okazałoby się inaczej, to jestem już za starym psem, by nauczyć się nowych żartów. Do momentu aż albo ja, albo wszystko wokół nie będzie zwracać na mnie uwagi.

Wyglądało to wszystko tak, jakby ktoś zebrał różne śmieci i wywalał je na podłogę tak długo, aż nie utworzyły one pewnego rodzaju abstrakcyjnej harmonii, tworząc w człowieku uczucie, że traci zmysły. Wypierd w stylu Jacksona Pollocka. Widziałem fragmenty, i większe w oddali miejsca, osiedla, społeczności, mieszkający w przeogromnej kolonii, wydające się niemożliwe. Pewnie największe miasta świata musiałyby, na co najmniej ćwiartkę swojego kraju połączyć w jedną, wielką megastrukturę, samo-istniejącą i mogącą przeżyć, by ogrom tego miejsca, przepych i baśniowość, przeczyła wszelkim prawom logiki. Marzenie megalomana. Przesycone.

Widziałem Atlantydę, i zaginione miasta Sumerów. Miasta zaginionych miast. Wieża tokijska wyglądała, jak wygięty długopis. Wszystko było nie na miejscu. Miasta z legend, czy faktycznie wymarłych, zagubionych lub zapomnianych, znalazły się w jednym miejscu. Miasto jawiło się jako potężny pomnik, muzeum, w którym wszystko było dziełem sztuki o niekończącej się powierzchni, mierzonych w setkach kilometrów. Gdybym chciał zwiedzić każde z nich, czy poznać każdego napotkanego człowieka, nie starczyłoby mi życia! Wielkie miasta wymuszają na człowieku stałą aktywność, wynikającą z nadmiernej fascynacji wszystkim wokół. Czułem się tak teraz. Jak dziecko, w dodatku turysta, bez mapy, rozumu, i pieniędzy czy czegokolwiek. Jak wieśniak, który zawsze chciał pojechać do Nowego Jorku.

Pamiętam, że jak byłem mały, to widziałem miasto, ale może było to jedynie miasto duchów. Może mi się przyśniło, albo po prostu jako dziecko wywarło na mnie to takie wrażenie, że po latach wspomnienia uległy przekształceniu. Stają się nawet po latach czymś, czego nigdy nie było. Fikcją. Kłamstwem. Ale czy każda fikcja jest kłamstwem, albo kłamstwo fikcją?

Wydawało mi się wówczas, że na niebie są dwa księżyce, ale poświadczyć, ani udowodnić nie mogę. Zaszedłem na środek placu, na którym stały stoły okryte czerwonymi obrusami. Wpatrywałem się w nie próbując pojąć, dlaczego pomimo ogromnego wiatru, nie odlatywały one wraz z nim. Mogły być przymocowane, ale nie potrafiłem wymyślić, w jaki sposób. Pomimo, że nie należałem do stada, zapragnąłem porozumieć się z kimkolwiek, mając nadzieję, że będziemy mogli się porozumieć w tym samym języku…

Obszedłem plac dookoła, a gdy się odwróciłem, stałem naprzeciw nieoznaczonej budki z jedzeniem. Zwyczajni ludzie patrzyli na mnie, jak na odmieńca z innej planety. Widać było po nich, że każdy miał za sobą ciężki dzień. Miesiąc. Rok. Życie. Ja mogłem być kolejnym problemem. Usiadłem i zamówiłem coś do picia, by zaraz ugryźć się w język, bo nie miałem pieniędzy. Kiedy sprzedawca zauważył moje zakłopotanie, przerwał mi w pół wydechu, i powiedział:

— „Nie trzeba. Na koszt firmy.” — I po tych słowach rozmowy wokół zamarły, lecz nie przeze mnie. — Witamy w Psychodelicach.

Kucharz zatrzymał się w połowie drogi z wielką misą wody, którą upuścił parującą na ziemię. Ktoś wyłączył radio, a ktoś inny maszynkę do mięsa. Ciszę rozerwał przerażający krzyk kogoś niedaleko. Z oddali ten ktoś wyglądał, jak obłąkany pijaczyna wypełniony dzikością. Zatrzymał się brudny i zakrwawiony, przed nami wszystkimi, stojącymi w niemym oczekiwaniu. Cisza inspirowała jego skupienie. Powiedział…

— Nie… pijcie… wody! — I momentalnie padł na ziemię nieruchomy.

Jak umówieni, wszyscy wybuchli śmiechem na ten makabryczny, jednocześnie groteskowy zgon. Jeden z pracowników i podszedł do niego z butelką wody i sprawdził mu puls.

— Wykręcony. Zapity na kłódkę. Prawie na pewno. — Odwrócił nogą ciało na plecy.

— O cholera! Patrzcie! To przecież Adam Kat! — Wzdrygnąłem się po tych słowach, i złamana blokada przebrnęła przez tłum, by tylko przyjrzeć się ciału.

Jeśli to naprawdę Adam Kat. Ten, którego szukam. Będzie prawie pewne, że znalazłem ten właśnie Azyl! — Pomijając suchy żart, że tym samym, cel mojej wędrówki został zakończony.

Nie sądziłem jednak, że już na początku zostanę świadkiem sceny śmierci człowieka, kończącej długiej historii czyjegoś żywota. Nie wiedziałem jedynie, czy śmierć najważniejszego bohatera na początku książki będzie zwiastunem jej kontynuacji, czy też mojego końca.

Wiedziałem jednak, że jeśli mam dowiedzieć się — a bardzo tego chciałem, — co doprowadziło tego człowieka do takiego stanu, będę musiał poświęcić trochę czasu i włożyć w to dużo trudu. Jeśli to istotna sprawa, będę musiał dowiedzieć się, od czego to się zaczęło, nawet, jeśli będę musiał zebrać wszystkie historie od każdej osoby z osobna, by ułożyć ją w sensowną całość. Historie same przychodzą. Trzeba umieć je tylko złapać. Tkwiąc w punkcie, gdzie miejskie legendy zdominowały wszystko. Miasto tym samym stało się głównym bohaterem. Miejscem, z którego nie można się wydostać. Legendarne miasto, którego legendy miałem zamiar spisać. Ostatnie miasto na świecie. — Podeszło dwoje młodych ludzi. Jeden z nich spuentował to wszystko zdaniem:

— Jeśli mam kiedyś umrzeć, to wolałbym wypowiedzieć bardziej błyskotliwe ostatnie słowa…

Odcinek 2. Mówiące obrazy

Schizol

Pokój był ciemny i ciasny. Przy kilku świeczkach oświetlających twarz pisarza, słychać było skrobanie ołówkiem po papierze. Mieszkanie nie miało klamki w drzwiach. Wnętrze wydawało się nie mieć żadnego naturalnego światła. Okna były zamurowane. Zamiast szyb, w każdej futrynie rozwieszone plakaty ze zdjęciami miasta i lasu, w dzień i w nocy. Był pokój, ubikacja z prysznicem, mała kuchnia i lodówka, sama się napełniająca, gdy spał. Standardowe wyposażenie kawalerki, w której mieszka Maurice Claude.

Mieszkanie było jedynym światem, z jakim Maurice zetknął się od narodzin. Sądził, że był eksperymentem jego rodziców, rządu, terrorystów, lub kogokolwiek. Wiedział o ich istnieniu, jednak nigdy ich nie spotkał. Podobno byli bogatymi ludźmi, którzy zataili fakt, że mają dziecko, jego. Chociaż, mogłoby się zdawać, że to tylko domysły. To tylko pogłoski, legendy. Nie wiedział jak jest naprawdę. Może to być jedna z prawd. Faktem jest, że nigdy nie widział światła słonecznego na własne oczy. Znał świat doskonale. Lecz nie tylko z radia czy z telewizji. Znał go z muzyki, książek, filmów i komiksów, które miał w swojej potężnej biblioteczce. Nie wiedział również, dlaczego dano mu dostęp do niej. Teraz w kwiecie wieku, napisał najlepsze według siebie samego dzieło, dojrzewające w nim przez całe życie. Maurice piszę to, na co stać do granic możliwości jego umysł. Kończył właśnie ostatni akapit całej, skończonej właśnie książki:

„Mieszkam tu, od kiedy pamiętam. Przelewam na papier najbardziej bliski mi klimat oraz myśli i historię całkowicie zrodzoną z wyobraźni. Od narodzin nie wyszedłem poza mury mojego mieszkania. Od tamtego też czasu, piszę moje najdoskonalsze dzieło. Dzisiaj, w wieku 32 lat, skończyłem ją. Była to jedyna dla mnie możliwa droga, mogąca sprawić, że mógłbym być gdzieś indziej. Świat istnieje w mojej wyobraźni z taką doskonałością, że czasami nie wiem czy tworzę fikcję, czy też możliwy, rzeczywisty świat. Czasem pisząc, czuję się jakby ktoś mi dyktował treść. Od dawna całość była we mnie i teraz wybuchła smugą tęczowych nacięć, nie pohamowanie wylewających się ze mnie. Historia ta, jest we mnie od tak dawna, że nie ma siły by ktoś mi przeszkodził ją skończyć. Czekałem na to 29 lat. Teraz skończyłem i zamierzam ją przeczytać od początku.”

Po ostatnim słowie, nie stawiając nawet kropki, bierze w ręce cały rękopis i kartkuje go przed czytaniem, chwilę rozmyśla. Włącza muzykę, by odegnać wszystkie niepotrzebne myśli, psujące jego koncentracje. W milczeniu obserwował nieruchome kartki, z mówiącymi obrazkami

Potencjalni czytelnicy mogą tej historii nie przeżyć tak, jak bohtaerowie, bo wydawca nie będzie jej chciał wydać, ponieważ autor nie zamierza jej skończyć. Lub przeciwnie kończy opowieść pełną przegapionych wątków, jakich nie da się przebiegu domyśleć. — Jeśli każdy kolejno, trwać cierpliwie będzie, anonimow narrator opowie wyczekiwaną historię, będąc jej jedynym, naocznym świadkiem zdarzenia…

…podczas wizyty w miłej restauracji, i po skończonym posiłku troje młodych artystów należących do kółka jedności, społecznych wartości, wstali zostawiając za sobą rozmowę:

— To ja wam powiem, jeden z najstarszych artystów tego pokolenia tkwiący grubo w starej szkole renesansu i baroku, mówi, że czas na coś innego, radykalnego.

— Oszalałeś, to szaleństwo, świat tego nie wytrzyma — odparł drugi.

— Milordzie już czas — zjawił się mężczyzna przypominający trochę z wyglądu chińczyka, ale nie można było tego do końca powiedzieć, czy nim naprawdę był. Krzywy kapelusz, krzywy uśmiech, nieco kolidowały z tym wszystkim naraz. Wszyscy wyszli.

— Jej już kompletnie odbiło. Straciła rozum, rozumiesz mnie? Wiesz, co ona chce zrobić?

— Nic nie będzie. To już się stało dawno. Trzymaj papierosa. To jeszcze bardziej pogrąży świat. Spójrz tam na przykład — wskazał na trzy monstra stojące w zaułku. Każdy był zdeformowany, niemal kreskówkowy. Wszystkie wyglądały jak uczłowieczone dinozaury, pokazane bardzo karykaturalnie, gdzie nic nie ma swojego miejsca. Jeden z nich miał kij baseballowy, a czwarty klęczał przed nimi.

W hawajskiej knajpie wiele się działo. W hawajskiej knajpie stało wielkie działo. I jakby nie chciało, zawsze panowała tam słoneczna pogoda. I nikt nie pogada, bowiem miejsce stoi to na skraju świata, gdzie zawsze jest ta sama pora.

— Za kij nie wiadomo, o co kolesiowi chodzi. Spadamy stąd, chodźmy coś zjeść.

— Dopiero jedliśmy. — Zauważył drugi.

— A no tak, racja, zapominam nieraz śledzić poczynania czasu. A więc, może idąc przed siebie bez celu, może opowiesz nam trochę o nim. Podobno był wielkim artystą.

— No niby tak. Ale to bez znaczenia, bo ten już nie żyje.

*

Maurice odłożył maszynopis po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Pomyślał, że zawarł w tym opowiadaniu, myśl, domysł, jedną z alternatyw, tego, dlaczego jest tu uwięziony przez te 33 lata. Ale chodzi jedynie o stworzenie tego miejsca i jego. Właściwie nie wie, co jest na zewnątrz. To jakby wspomnienie zza grobu, przed stworzeniem go od niemowlęcych lat, do dziś, staje się jakby jedną z urojonych prawd. Chciałby po prostu wiedzieć, i to bardzo, kto go tutaj przetrzymuje, niemal więzi, tak by nigdy nie wyszedł. Kto mógłby być taki szalony? Czy świat, jaki sobie wyobraża poprzez wszystko, co ma wokół siebie, wygląda zupełnie inaczej? Czy kiedyś ktoś go stąd wypuści?

Wziął maszynopis ponownie w ręce, odpalając przy tym wcześniej przygotowanego skręta, i zaczął czytać rozdział kolejny trójce kluczowych bohaterach kończących swoje życiowe opowieści, bez których nie narodzi się legenda o utopijnym mieście…

Szanse pana Blacka

Buty skazanego ciągnęły się z piskiem po wyglancowanej powierzchni posadzki. Black wiedział, że nie ucieknie, a jeśli nawet, to trafiłby tu z powrotem szybciej niż by pomyślał. Obecnie jest bardziej znany niż najsłynniejszy naukowiec, najsławniejszy piosenkarz, sławniejszy niż sam prezydent. Rzadko komu udawało się wymigiwać tyle, pięćdziesiąt cztery razy. Stawiał opór przy aresztowaniu nie dlatego, że sądził, że uda mu się zwiać, lecz po to by wkurwić gliniarzy, którzy telepią portkami myśląc, że nigdy nie wrócą do swoich domów. Lubił patrzeć na czyjś strach. Zresztą z drugiej strony, jeśli tak jak Black przyjął, że po śmierci nic nie ma, to żadne prawa religijne nie mają znaczenia, a z prawem ogólnym… Cóż, wystarczy być cwanym i szybko biegać. Przynajmniej na początku, bo jego kalkulacje okazały się niewystarczające. Są rzeczy, których nawet matematyka nie wyjaśni. Więzienie. Gnić w nim, czy na zewnątrz, nie miało dla niego żadnego znaczenia.

Strażnicy z oporem zamknęli go w odosobnionej celi, bojąc się, że może zabić współwięźnia. Woleli być ostrożni. Był do tego zdolny, na niczym mu nie zależało. Gdy zgasło światło, krzyki zamilkły, a kraty przestały skrzypieć. Został zamknięty na zawsze. Jedyny hałas rozlegał się w jego głowie. Jednak nawet on został przerwany przez głos:

— Widzę, że jesteś w bardzo chujowej sytuacji.

— Kim jesteś? — Po chwili spytał skonsternowany nie mogąc znikąd wychwycić głosu.

— Niech cię to nie interesuje. Mam interes. Możesz się zgodzić lub nie. Od ciebie to zależy. Jednak wiedz, że jest to sprawa być albo nie być, jeżeli wiesz, o co mi chodzi.

— Czego chcesz?

— Proponuję ci ucieczkę, ale w zamian musisz pracować dla mnie. Wiem, że to niezwykła dla ciebie okazja, ale żeby rozwiać twoje myśli, będziesz należał do mnie całkowicie. Nie tak jak syn służy ojcu, kelner klientowi, czy podwładny swemu panu. Inaczej. Chcę wiedzieć czy się zgadzasz.

Black zastanowił się i przytaknął.

— Nie mam zbyt dużych możliwości wyboru. Ale z drugiej strony, tu nie jest najgorzej.

— Czyżby? A gdybym ci zaproponował bezkarne zabijanie, kogo tylko zechcesz?

— Akurat. Nikt nie daję takich układów.

— Muszę iść, mam jeszcze dużo pracy. Wszystko wyjaśnię ci jutro. Gdy się obudzisz. Teraz śpij smacznie.

Black, gdy się zerwał ze snu, zorientował się, że jest dzień. Usiadł na brzegu łóżka i próbował ogarnąć sen, który przechodził mu przez czaszkę niczym najgorszy lęk, który może otumanić nawet takiego kogoś jak on. Rozprostował się i poczuł uderzenie w ramię. Momentalnie się odwrócił i zobaczył przed oczami stopę. Sunął wyżej wzrokiem po nodze i przerażony zobaczył nad sobą wisielca. Nawet nie zorientowawszy się, kiedy leżał już na podłodze i sunął do tyłu w stronę drzwi. Momentalnie cały zaczął się telepać na widok ciała, które było jego.

Podniósł się i rzucił na drzwi krzycząc w wniebogłosy, niemal falsetem, szarpiąc przy tym klamkę, wzywając pomoc, będąca znikoma. Cały zakład karny wydawał się pusty. Drzwi lekko stuknęły i bezgłośnie sunęły do przodu. Black był wolny/

Wyszedł niepewnie na korytarz rozglądając się w obie strony. Wszystkie cele w korytarzu były pootwierane, a całe więzienie zionęło pustką. Bez wahania ruszył przed siebie, wybiegając z zakładu w ciuchach więźnia i boso. Przemierzył niezauważalnie między blokami, kryjąc się w uliczkach, niezauważalny ludzkim okiem. Był jak cień, na tyle inteligentny, że skrywał się nawet przed słońcem. Choć zdawać by się mogło, że to świat jest cieniem, a on tym go rzucającym. Wokół niego, uliczki, budynki, cokolwiek, było opustoszałe, wypędzone przez nieznaną zarazę.

Drążył uliczkami próbując instynktownie znaleźć miejsce swojego ostatniego pobytu, jak i ostatniej masakry. Na miejscu zamknął za sobą drzwi na klucz, a wraz z trzaskiem zamka, przed oczami stanęła mu halucynacja niemalże namacalna. Pierwszy raz zobaczył spełnienie swoich najbardziej przerażających fantazji, wypełnionych brutalną erotyką. Jednak obraz był tak okropny, że nawet on nie mógł się ruszyć. Cała ostatnia, przez niego, zabita rodzina, mąż, żona i córka; tak jak ich rozczłonkował, stała przed nim w kuchni. Prawie żywa. Dziewczynkę bez głowy, leżącą na talerzu. Patrzyła na siebie odbita w lustrze, i poruszała się spowolnionymi ruchami. Nogi żony zawieszone pod żyrandolem bujały się jakby tańczyły, a jej oddzielony tors wraz z rękami i głową, wbity na krześle tworząc z nim integralną całość, na niego spoglądała leżącymi na podłodze oczami. Mąż leżał zwinięty i połamany na parapecie w nienaturalnej pozie, chcąc się rozprostować, bądź rozwiną, by było mu wygodniej. Zmasakrowani nie mieli prawa żyć. Było inaczej.

— Tutaj jestem — powiedział gość wczorajszego wieczoru. Black wiedział już, że to nie był sen, choć miał nadzieję, że trwa on nadal. Wbiegł do pokoju gdzie siedział przy okrągłym stoliku, przy którym było też miejsce dla niego. Popijając kawę z filiżanki, zaprosił go by dosiadł się i napił wraz z nim. Usiadł mimowolnie, bojąc się pierwszy raz w życiu. Wiedział, że moc tego człowieka, jakakolwiek by nie była, wykracza poza jakiekolwiek pojmowanie tego świata.

— To jest realne?

— Bardziej niż ci się wydaje. To jest rzeczywistość.

— Co tu się dzieje? — Spytał ledwo mówiąc.

— Jesteś moim pracownikiem. Zawarliśmy pakt.

— Co ty chrzanisz?

— We śnie. Pamiętasz swój sen? Śniło ci się, że uciekasz i bezkarnie zabijasz.

Black milcząc masował skronie w nagłym przypływie kłującego bólu.

— Poza tym. Powiesiłeś się. Jesteś trupem. Nie zauważyłeś ciała nad swoją więzienną pryczą? Nie czujesz, że jesteś cały zimny i nie reagujesz na temperaturę?

Black dotknął swojej dłoni. Były chłodne, lecz jego ubiór mógł wiele wyjaśnić.

— To nie przez ubiór. Zaufaj mi. Nie masz wyboru.

— Jak to się powiesiłem?

— Może ktoś ci pomógł. Nie martw się. Sprawię, że będziesz szczęśliwy i robił to, co naprawdę chcesz.

— Skoro jestem wolny to po cholerę mam wchodzić w jakieś interesy z tobą. Mogę cię zabić i odejść. Przecież wiesz, kim jestem.

— O tak, i ugrząźć tu na wieki, w miejscu, gdzie nie ma nawet myszy do zabicia.

— Sugerujesz, że gdzie jesteśmy?

— Pomiędzy śmiercią twojego starego, a narodzeniem nowego życia. Jednym słowem nie masz wyboru. Jeśli się nie zgodzisz, wyślę cię z powrotem tam gdzie byłeś. Do więzienia. Czy wiesz, co się z tobą w nim stało?

— O co właściwie ci chodzi? Co mam zrobić? — Spytał nie podnosząc głowy. Zamyślony czekał na odpowiedź, która nie przyszła. Może przyszła, a on jej nie słyszał. Czuł się odurzony. Nie mógł racjonalnie myśleć. Jego umysł podsuwał mu pierdoły, nie myśli. Obrazy i słowa bez ładu i składu. Zamknął oczy próbując się odizolować od świata rzeczywistego. Próbował skupić się tak, by nie docierało do jego świadomości kompletnie nic. Próbował zignorować otoczenie do takiego stanu, by w ogóle przestał egzystować. Miał nadzieję, że wtedy stanie się coś niezwykłego, na przykład zda sobie sprawę, że to sen. Black miał zwieszoną głowę, przez ponad pięć minut. To wystarczy, by zasnąć. Mężczyzna odłożył filiżankę z westchnieniem. Zdjął kapelusz i płaszcz.

— Oporny koleś. — Zamilkł i poprawił swoje siedzenie, by usiąść bardziej wygodnie. Jakby miał pozostać na tym miejscu, jeszcze przez dłuższy czas. — Najważniejsze, że plan się powiódł, zasnął, myśląc przed snem, że przeniesie się gdzieś indziej. Później, gdy się obudzi, zacznie działać dalej. — Mówił do siebie. — Słodkich snów panie Black. — Powiedział dolewając kawę z dzbanka.

Black płynął po morzu, po bezkresnej pustyni otaczając zmysły jednym potężnym żywiołem. Była trzecia nad ranem. Zapalił lampkę w swojej kajucie próbując rozszyfrować sen, sugestywny i przerażający, jeden z tych mogących wyrwać człowieka z powrotem w rzeczywistość. Black próbował dotrzeć głębiej w genezę snu, ale widział tylko strzępki obrazów, których nie mógł dopasować. Nie teraz — pomyślał — później się zajmę snami.

Żagle falowały na wolnym wietrze, który znosiły statek na ląd. Po przestrzeni w nocnej pustce, gdzie słyszy się jedynie szum bezkresnego morza i tłukący się łomot żagli. Z każdej strony dobiegały pojedyncze dźwięki, zniekształcone przez setki kilometrów. Kształtowały się w jazgot, który doprowadzić mógł człowieka do obłędu.

Black opuścił swoją kajutę i zszedł na pokład, gdzie wszyscy oprócz niego i kapitana, spali. Przez ciszę przedzierające się dźwięki, przypominały jakieś pradawne stworzenie, być może wodne, nie odkryte jeszcze przez naukowców. Zwierzę tak stare, mające ponad trzysta tysięcy lat, i tak sprytne, musiało jakoś świetnie się maskować, może mając jakiś dodatkowy zmysł, albo po tylu latach morskiej wegetacji, nauczyło się i wie więcej od ludzi.

Wrócił do swej kajuty, w ciemność i zaraz usiadł na łóżku skrywając w dłoniach twarz. Piski i jęki były nie do zniesienia, wypełniały umysł, jak gdyby nie było w rzeczywistości nic innego. Spróbował się położyć, lecz i to nie przyniosło mu spokoju i ukojenia. Zaczął się łomot w klatce piersiowej, wyraźnie wyczuwającej wielkie pokłady stresu wyłaniającego się z mózgu.

Usiadł na powrót, otworzył okno i spojrzał w niebo. Było jasne, nastała pełnia i księżyc jawił się w całej swej okazałości, nagi i świetlisty. Black zawiesił na nim wzrok, podziwiając jego piękno, które nim zawładnęło. Nie było nic, tylko on i księżyc. Wyciągnął z szuflady papierosy i odpalił jednego. Zaciągnął się w ciemności i zamknął oczy na moment, przez dym. Wszystko płynęło, lecz dźwięk tego był jak wielkiej machiny, poruszającej się wolno i wydającej niskie, powolne dźwięki, cały czas te same, nieustające, w tym samym powolnym rytmie. Nieprzerwane i monotonne. Poprzednie dźwięki zniknęły. Otworzył oczy i spojrzał na wodę. Zauważył, że dźwięki, współgrają z falującym morzem. Jakby morze było jedną potężną maszyną. Dźwięki otępiały mózg wprawiając go w trans. Spojrzał powtórnie w niebo by się uwolnić od tego wszystkiego, lecz na nim, zamiast zobaczyć upragniony księżyc, zobaczył ogromną płytę winylową, tak dużą, jak cała tarcza księżyca. Black poczuł skurcze w całym ciele, próbował się wyrwać z fatamorgany, ale nie mógł, to, co widział było rzeczywiste. Patrzył jak zahipnotyzowany na wolno poruszającą się płytę, której obroty współgrały z monotonią dźwięków morza wokół. Zapatrywał się w niego, czując się, jakbym od początku wieczności nie robił nic innego.

Gdy spalił, gasząc słyszał potężny syk, niosący ze sobą słowa, mówione przez bardzo chorego człowieka. Mówił on: „Gdy bucha weźmiesz, to mózg ci rzępoli, nie chcesz może jeszcze? I tak ja cię załatwię. Zaleję się falami, muzycznych adnotacji. Gdy się budzisz, człowiek musi opowiedzieć komuś swój sen, inaczej go zapomni. Lecz gdy najdzie cię fala pomysłu, po tym, nie wolno jej wypowiadać, trzeba ją zapisać.”

Gdy pet całkowicie zgasł, mowa ustała, a i same dźwięki były jakby cichsze. Usiadł i zapalił lampkę. Wiedział, że dzisiaj już nie zaśnie. Za dwie godziny wstanie świt. Musiał się czymś zająć. O świcie, statek powinien dobić do brzegu. Black chwycił książkę i zaczął kartkować strony, w poszukiwaniu tej, na której ostatnio skończył. Czytając, niepostrzeżenie zasnął.

Rano statek zawinął do portu. Obudzony wrzawą ludzi stanął w otwartym oknie, jeszcze nie ubrany. Było zimno. Do południa Black wydostał się ze statku spakowany, a tuż przed kolacją udało mu się znaleźć odpowiednie lokum. Starą zapuszczoną kawalerkę, za śmiesznie niską cenę. Pomieszczenie było umeblowanie i pełne pozostałości po poprzednim lokatorze, takimi jak książkami, telewizorem, pościelą, jedzeniem w lodówce i nieodkurzonym dywanem. Black domyślał się, że półki i szafki skrywają o wiele więcej niespodzianek. Wyszedł zobaczyć, czy aby nie pomylił mieszkań, ale nie, wszystko było w porządku. Już wiedział, dlaczego mu tak nisko policzono. I tak nie zamierzał tutaj zostać dłużej niż parę tygodni. Potem znajdzie coś lepszego, albo w ogóle się stąd wyniesie.

Zjadł obiad na szybko, ogarnął mieszkanie słuchając muzyki dronowej. Po trzech godzinach mógł odsapnąć. Spokój ten przerwał mu, po pięciu minutach, telefon. Wyciągnął go z kieszeni spodni i odebrał. Dzwonił ktoś z aukcji w muzeum, ze sprzedaży obrazów. Mężczyzna poinformował go, że aukcja odbędzie się za dwie godziny. Podał adres. Znaczyło to, że zdążył i był w odpowiednim miejscu. Odłożył słuchawkę, wziął gotówkę, ubrał się i wyszedł przezornie teraz, by się przypadkiem nie spóźnić. Musiał mieć ten obraz.

Dotarł do muzeum w półtorej godziny. Zmierzchało. Gdy nadeszła odpowiednia godzina, straż przy zamkniętych drzwiach na salę aukcyjną. Siedział skupiony, czując się nieco klaustrofobicznie, jakby z sytuacji bez wyjścia.

Kobieta, chyba dyrektorka muzeum, nawijała bez przerwy potokiem słów przez dziesięć minut. Gdy skończyła, wszyscy odetchnęli i zaczęli klaskać. Kobieta w tym czasie odsłoniła sześć obrazów przeznaczonych na dzisiejszą aukcję. Wszyscy przyglądali się pobieżnie, ale Black wiedział czego chce. Wypatrzył obraz, który zawładnął nim od momentu, gdy o nim usłyszał. Niesamowite arcydzieło namalowane ręką mistrza w hiperrealistycznym stylu. Obraz przedstawiał nagiego mężczyznę siedzącego w nieokreślonym, przerażającym pomieszczeniu za stołem, na którym talerzu miał własne stopy.

Black czekał na najwłaściwszą okazję. Miał tylko nadzieję, że kwota nie przerośnie jego oczekiwań. Gdy nadszedł, numer pięć, Black niemal trząsł się ze zniecierpliwienia, a kobieta zaczęła mówić:

— Obraz pod tytułem „Ostatni obiad”, namalowany przez nieznanego twórcę, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Obraz nosi miano przeklętego. Wywiera, podobno, bardzo dziwny wpływ na obserwatorów i ich posiadaczy. Podobno po wielogodzinnym patrzeniu się na niego, umysł oplątuje choroba umysłowa, podczas której chory uważa, a przynajmniej było tak w czterech przypadkach na siedmiu posiadających go, że postać wyszła z obrazu. — Na sali było cicho jak makiem zasiał. — Oczywiście to tylko legenda — kontynuowała. — Więc, cena wywoławcza pięć tysięcy euro. Kto da więcej? — Cisza trwała nadal. Rozlegały się pojedyncze szepty. Dyrektorka zniecierpliwiona, spytała o to samo raz jeszcze. Dalej nic. — Zero chętnych?

— Pięć i pół tysiąca — powiedział niepewnie Black. Wiedział, że to żenująco niska kwota za obraz, ale patrząc na niego, wiedział, że musi go mieć. Kobieta spojrzała na niego z politowaniem, tak jakby była mu wdzięczna za to, że go bierze. Nie ważne, za jaką kwotę.

— Ktoś da więcej? — Spytała. Cisza trwała dalej. — Po raz pierwszy, drugi… Sprzedany! — Black zastanawiał się, czy ludzie na sali naprawdę wierzyli w legendę obrazu. Jeśli tak, to co? Zresztą, to tylko farba na płótnie. Obraz namalowany przez zdolnego, nieznanego malarza. Nic więcej. Black był zbyt wielkim racjonalistą by wierzyć w bajki. Wychodząc z sali zaraz przed następnym aukcyjnym obrazem, „Ostatni Obiad” już na niego czekał. Czym prędzej dokonał transakcji, podpisał papiery i wrócił do swojego nowego miejsca zamieszkania?

Przezorny zamknął mieszkanie na cztery spusty, tak by nikt mu nie przeszkadzał. Włączył muzykę. Muzyka musiała być, zawsze. Bez niej czuł się nieswojo, obco. Cisza kojarzyła mu się z samotnością, a ona była gorsza od śmierci. Zresztą, chciał w spokoju napatrzeć się na nowy obraz, wydający się mu, mimo swej tragedii i objawu czarnego humoru, tak realistyczny, i tak piękny w całym dobrodziejstwie, że niemal czuł uczucia, jakiego doświadczał artysta, gdy go malował. Black nie znał innych obrazów malarza, ale sądził, że to jego najznamienitsze dzieło. Black postawił obraz przed łóżkiem i siedząc przy świetle, w absolutnym bezruchu obserwował milimetr po milimetrze każdy skrawek płótna, napawając się każdym minimalnym miejscem, namalowanego z niesamowitą dokładnością i wiarygodnością realizmu.

Na granicy jawy i snu zaobserwował, że postać na obrazie nieznacznie się zmieniła. Mogła to być fantasmagoria albo jakieś przeoczenie spowodowane zmęczeniem, ale jednak. Rozbudził się od razu, i zbliżył do obrazu. Znał go, jednak coś było nie tak. Blackowi wydawało się, że siedząca postać była jakby bardziej nachylona nad talerzem, a sztućce niemal już wbijały się w mięso. Podszedł do obrazu tak blisko, że tylko milimetry dzieliły go od płótna. Dotknął je lekko opuszkami palców i poczuł nieznaczny ruch pod nim. Blacka odrzuciło momentalnie do tyłu. Rzucił się na łóżko i zapalił światło. Postać na obrazie poruszała się wolno, niemal niezauważalnie. Powoli wstawała od stołu. Mężczyzna z obrazu, runął na podłogę i zaczął czołgać się na kolanach coraz bliżej. Teraz Black mógł się przyjrzeć jego twarzy i oderwanym stopom. Black nie przyjmował do świadomości, że postać zaraz wyjdzie z obrazu. Jednak hiperrealizm obrazu, niemal zdjęcie na płótnie, przedstawiające coś nierealnego. Nie pozwalało być tego do końca pewnym i niezauważalną chwilą było, gdy wychodząca w stronę Black’a dłoń pokonała barierę płótna przechodząc swobodnie z jego płaszczyzny do pokoju. Black’a zmroził strach. Nie powinien zamykać drzwi. Postać była już prawie przy jego łóżku. Szła wolno, nie dlatego, że była trędowata, lecz, że się nigdzie nie spieszyła. Czasoprzestrzeń została nagięta. Rzeczywistość naderwana. O ile jeszcze w niej był. I w nią wierzył.

Mężczyzna szedł na czworakach, ponieważ stopy miał odcięte, jego mina natomiast, nie zdradzała żadnych objawów bólu. Black próbował nie wierzyć w to, co się dzieje. Próbował opróżnić mózg. Zapomnieć o wszystkim wokół, o miejscu, obrazie, nawet o sobie samym. Zdołał tylko wydusić z siebie pytanie wymówione chrapliwym półgłosem strachu:

— Kim jesteś?

— Jestem… Autorem obrazu. A to mój autoportret. — Jego przerażenie było tak wielkie, że niemal prosił kosmiczne moce o zabranie go stąd.

Black zbudził się. O mało nie stracił równowagi na krześle, na którym wciąż siedział. Mężczyzna w kapeluszu stał nad nim, opierając swoje ręce o jego ramiona, by nie upadł. Black nie myślał. Black nie wiedział nic. Black od teraz nie istniał.

— Teraz, gdy jesteś tylko skorupą, wypraną ze wszystkiego, gdzie zostaje tylko tabula rasa, pusta świadomość, doprowadzona niemal do instynktów, mogę zabrać się do tworzenia nowego bohatera, zupełnie nowej przygody.

Mężczyzna podnosi Blacka chwytając go za ręce. Black wygląda jakby się bał. Jego twarz wyrażała niemal zwierzęce przerażenie. Jest w stanie, w którym psychika, ulega totalnemu zanikowi. Black zaczął się momentalnie kurczyć. Zatracać w odwrotnym procesie do starzenia się. Młodniał, malał, stawał się chłopcem, dzieckiem, niemowlęciem, embrionem. Leżał pośród stert swoich więziennych ciuchów, a mężczyzna zabrał go na ręce. Dziecko spało i kurczyło się nadal, aż w rękach mężczyzny skurczyło się do sześciomiesięcznego płodu. Trwało to zaledwie parę chwil.

Po nadejściu odpowiedniej chwili, wyszedł z salonu w stronę plastikowych drzwi. Gdy je otworzył, przez moment oślepiło go bardzo jasne światło. Po minucie przyzwyczaił się i wszedł do środka, gdzie mieściło się laboratorium medyczne.

Mężczyzna położył dziecko na stole operacyjnym, gdzie wokół niego stało jeszcze dwóch mężczyzn i kobieta. Wszystkim mieli jeden cel. Byli władcami świata. Ne królami, nie prezydentami, ale władcami, architektami, artystami władającymi całą strefą rzeczywistości. Wszystko, na co pozwala im wyobraźnia w kreowaniu świata wedle swojej woli, stawało się rzeczywistością. Złamali świat i rzeczywistość i kontrolowali go według własnej woli. Nie było żadnych nakazów i zakazów. Byli bogami, artystami, którzy nie ograniczali się tylko do wyrażania się za pomocą jakichś dziedzin sztuki, lecz stwarzali w rzeczywistym świecie to, co wymyślili. Dzięki wyobraźni byli w stanie zrobić to, co Franz, mężczyzna w kapeluszu o fałszywym nazwisku, zrobił z Blackiem. Black zakończył swoją historię. — Teraz utworzyli bohatera, nowej opowieści.

Zawodowy zabójca zwierząt

Przed tym wszystkim, zanim Joe Billy Joe B. Joe, znalazł swoje powołanie, mieszkał w odosobnieniu wraz z cudowną żoną, która kochała go na zabój. Zanim urodziła pierwsze dziecko, Joe już wtedy, by przeżyć, zabijał zwierzęta. Kto by tego nie robił? Człowiek jest mięsożernym zwierzęciem. Musiał to robić. Jednak Joe nie tylko traktował to jak pracę, ale też jako hobby i rozrywkę. Dużo się uczył przy zabijaniu i ćwiartowaniu, i obrabianiu skór.

Pewnego dnia wyjechał, mówiąc, ze wróci zanim ona urodzi. Chciał się nauczyć wszystkiego, co odnośnie zabijania zwierząt było ważne. Szukał podobnych jemu, myśliwych i rolników, kłusowników i im podobnych. Pytał, ćwiczył, trenował, popełniał błędy, uczył się. Umiał już wiele, ale Joe chciał być mistrzem. Zawodowcem. Najlepszym zabójcą zwierząt w kraju. Chciał, by zabijanie zwierząt było niemal sztuką. Czymś wytwornym. Nie wiele osób mogło przez słabe nerwy, podjąć się takich zadań. On mógł, i robił to, wkładając w swoją pracę jak najwięcej uczucia. Wiedział, że może się temu poświęcić. Swoją pracę nazwał rzeźnią, a siebie, rzeźnikiem.

Tymczasem jego żona urodziła córkę i czekała na niego całymi dniami, stojąc na kładce nad rzeką, którą odpłynął Joe. Codziennie przez niezliczoną ilość dni, czekała na niego. Dziecko rosło, a ona czekała, nie mogąc się z nim rozstać, będąc z nim połączona pępowiną, bo ją, może odciąć tylko mąż.

Joe tymczasem był tak pochłonięty pracą, że zapomniał już o czymś tak prymitywnym jak seks. Zapomniał o tym, że najważniejsza na świecie jest miłość. Zapomniał o tym, że kochał. Zapomniał, że ma żonę, i dziecko. Stało się to dla niego nieistotne. Stawał się zimny jak mięso, które kroił. Joe zarabiał pieniądze, werbował pomocników i uczniów, aż zbudował pierwszą rzeźnię i szkołę rzeźniczą w kraju. A lata mijały. Aż do pewnego momentu.

Siedzący w kącie Joe Billy Joe B. Joe, uśmiechał się pazernie sam do siebie. Wciągnął zbyt dużo i to go rozweseliło. Nierealnością po stopie się mierzył. A gdyby nie mój dom, to by szedł na złom — powiadał. Oto on, Zawodowy Zabójca Zwierząt, tak zwany. Wędliniarny Stwór, jak go wtedy nazywano. ZZZ czekał na wyrok. Rysopis mordercy niezbadany. ZZZ kochał mięso, kochał zabijać, jeść i cieszyć się tym, ze nie jest wegetarianinem. Ludzie muszą jeść mięso. Chciał by jedli najlepsze. Ale czy można nazwać mordercą zabójcę, który dziś byłby najzwyklejszym rzeźnikiem? Problem polega na tym, że był pierwszym, który osiągnął najwyższy kunszt w zabijaniu i patroszeniu zwierząt, tworząc z tego samoistną rzemieślniczą sztukę. To on był pierwszym rzeźnikiem, najwykwintniejszym kucharzem zwierzęcego mięsa i to on zapoczątkował artystyczną obróbkę futra.

Wtedy to ZZZ, naczelny tych wędliniarnych stworów powiedział.

— Nie można określić ofiary. Zwierzęta są po to, by służyły ludziom — powiadał. To w zasadzie jedyny psychopatyczny morderca, mający legalnych następców i naśladowców. Sam on był tępiony. Do czasu. Rzeźnik stał się zawodem, którego trzeba się uczyć, a nie była to łatwa nauka. ZZZ zostawiła swą żonę nieodwołalnie, nic jej nie mówiąc, by zając się swoją jedyną, prawdziwą miłością do mięsa. Nigdy jej już nie zobaczył.

ZZZ stał się naukowcem. Jego praca wyglądała tak:

Odziany w żołnierskim mundurze w masce gazowej z przypiętą do niej rurą prowadzoną do brzucha olbrzymiego nieokreślonego zwierzęcia, które prawdopodobnie wyginęło. Czerpał z niego wiedzę, wchłaniając ją bezpośrednio do mózgu niczym narkotyk. Obserwowali postępy eksperymentalnej jego pracy jego pomocnicy. ZZZ musiał wiedzieć wszystko o swoich ofiarach, zwierzętach. Badał je wraz z dwoma pomocnikami nadzorującymi i spisującymi jego pracę. Byli oni jego pierwszymi i ostatnimi uczniami. Chłopak o długich włosach i dziewczyna łysa z wielobarwną zaćmą na oczach. Właściwie to dzięki nim wiemy to wszystko. Przypatrzcie się jego pracy i skupicie się w milczeniu zanim cokolwiek powiecie — wykrzykiwali. — Jednocześnie tak wyglądała pierwsza rzeźnia. ZZZ musiał wiedzieć wszystko o swych ofiarach — zwierzętach. Badał je wraz z dwoma pomocnikami nadzorującymi i spisującymi jego pracę. Byli oni jego pierwszymi i ostatnimi uczniami. To dzięki nim wiemy to wszystko. Przypatrzcie się jego pracy i skupcie się w milczeniu, zanim cokolwiek powiecie.

Pracownia ZZZ była jedyna w swoim rodzaju. Wyglądała jak pracownia badacza, szaleńca, gdzie położona na pustkowiu jego forteca, wyprzedzała o pół wieku przyszłość. W hali wyłożonej białymi płytkami, z systemem kanalizacji i zraszaczami przy suficie, nie widziało tego miejsca oko ludzkie, dla którego w tamtych czasach był to szok. Odrąbane świńskie łby. Resztki zwierząt powieszonych na łańcuchach. Nad basenami spuszczano krew. Z nożem, siekierą i tasakiem, ZZZ bawił się wyszywając głowy zwierząt, łącząc poszczególne elementy, z których tworzył jedną formę. Czuł się jak w niebie. Był w niebie.

Polował, strzelał, bawił się. Przez niego kilkanaście zagrożonych gatunków wyginęło, bo podaż na mięso tych zwierząt, przerastał popyt, a sam ZZZ mógł brać kwoty za swoją pracę, które były już nie na miejscu. Ale to nie przysporzyło mu kłopotów. Zawsze jego zamrażarki i garnki stały puste. O wielu gatunkach nie ma nawet wzmianki, bowiem ZZZ sam niektóre zwierzęta odkrył i przyrządził. Dla rozluźnienia stawał i strzelał z dubeltówki, z głową wspartą na szczudłach, a jego uczniowie zachęcali go:

— No dalej! Zastrzel go! — I tak było przez wiele lat.

ZZZ został pochwycony nie dlatego, że robił to, co robił ze zwierzętami, ale dlatego, że czerpał przyjemność z zabijania. Niezdrową przyjemność, z którą się obnosił. Miał się czym chwalić, był mistrzem i bogaczem. Jednak ZZZ został zastrzelony i powieszony przez katolików, którzy uważali to, co robił za najgorszy grzech. Kiedy go zabijali, on jedynie się uśmiechał pazernie sam do siebie.

— Wszyscy jesteście mięsem. Tylko mięsem. — To były jego ostatnie słowa. Prawdopodobnie tylko na to czekał. Na to aż ktoś jego zabije. -Tymczasem jego żona i córka zmarły z tęsknoty i oczekiwania na męża.

Z niecierpliwością, jak w ostatnich chwilach spełnienia marzenia największego…

Żyletkarz

Przymierzam się do spotkania bliższego niż dotyk. Skupienia większego niż kontakt wzrokowy. Do stosunku dojrzalszego i bliższego niż kontakt cielesny. Nie śpię od tygodnia. Zaczyna mi się to udzielać. Tracę kontrolę. Robię to już od miesiąca. Coś, co było hobby, stało się celem. Nie mogę przestać tego robić.

Przed lustrem w łazience, zamknięty stałem ja, Żyletkarz. Jestem blondynem, wyglądającym jak biznesmen. Wyjmowałem z pudełeczka żyletkę, którą kładłem na język. I obserwowałem jak części mojej twarzy, oczy, nos i usta, spływały mi z mojego oblicza. Najpierw wyciągam żyletkę. Mój organizm reaguje, krwotokiem z nosa.

Myślicie, że chcę podciąć sobie żyły? Błąd. Nie jestem głupi. Nie będę się roztkliwiał nad samym sobą. Są inne drogi. Wiem co robię. Robiłem to wielokrotnie. Połykałem żyletki, zanim… zawsze jest ryzyko. Zatapiam pod język dawkę oczywistych pobudek. W tym stanie mogę przeżywać co dzień odmienne rozkosze znane nielicznym. Żyletki zatopione w kwasie.

— Kochanie nic ci nie jest? — Głos dobiegł zza drzwi łazienki.

— Że co? — Odsłoniłem własną twarz schowaną za dłońmi. Ogarnąłem się. — Zaraz wychodzę skarbie, tylko spuszczę wodę. — Podszedłem do lustra i przyjrzałem się samemu sobie, szepcząc do swojego oblicza. — Ta. Świat materialny jest zbyt przewidywalny. — Kwas zaczynał działać. Teraz mogłem do niej iść.

Poczułem jak zaczyna mi się rozsupływać jaźń.

— Jesteś w końcu — powiedziała kobieta, wyglądająca jak prostytutka, nie znałem jej. — Chyba nie zabawiałeś się tam sam ze sobą, tylko zbierałeś siły. Chodź. Usiądź obok mnie.

Spotkałem ją godzinę temu. Od razu mi się spodobała. Spytałem ile, a ona mi podała swoją cenę. Tanio. Zbyt tanio. Nie wahałem się zapłacić z góry. Podłe, ale co dzisiaj nie jest podłe. Zdawała się być znajoma. Sprawiała wrażenie i zachowywała się jakby mnie znała. Od zawsze. Jaźń mi się załamała. Potwora, którego widziałem nie dało się opisać słowami. Rozpływał się i był potężny. Jego głowa miała pozlepiane kilkanaście twarzy i zakończona była żądłem. Szczątkowe elementy kobiece i macki i odnóża jak u robaka.

Jak już wspomniałem. Przymierzam się do spotkania bliższego z ulicznicą wraz z kwasem. Zacząłem uciekać w mięsisty tunel, po którym spływały robaki. Wszystko wyglądało jak mięsnie mózgu. Kiedy po nim chodziłem, komórki krwawiły. Doszedłem, do okna, które było wbite w mięśnie, z widokiem na zewnątrz.

W sumie miejsce, w którym ją spotkałem powinno mi dać do myślenia. Pamiętam to miejsce. Po kwasie wszystko jest wyrazistsze. Stąpałem po wszach rozleniwionych przejedzeniem mózgu. Po bezkresnym polu komórek mózgowych i płatów myślącego mięsa. Aż gdzieś pośród plątaniny uliczek, spotkałem ją godzinę temu… Ale teraz…

Próbowałem, by nie oszaleć, się skoncentrować, kolejno na telewizorze, żyrandolu, radiu, adapterze, własnych palcach, stole, na statkach na ścianie. Aż ponownie skupiłem myśli i mogłem zacząć od początku. Przymierzam się do stosunku z ulicznicą będąc pod wpływem kwasu. To jest właściwie prawdą. Wszystko, co się dzieje po kwasie nią jest, bo mózg w nią wierzy. Wstałem i poszedłem. Stałem w kuchni wraz ze swym cieniem.

Poszedłem do kuchni by z nią pogadać wynurzając się stopniowo z ciemności pokoju. Lecz w środku nikogo nie było. Tego mogłem być pewien. Choć sama kuchnia z niewiadomych mi powodów wydawała mi się dziwnie obca. Próbowałem dojść do porozumienia z własnym mózgiem.

— Kochanie, co tam robisz po ciemku? — Usłyszałem za sobą.

— Myślałem, że poszłaś do kuchni. Byłaś tu?

— O czym ty mówisz? Cały czas siedzę w pokoju i czekam na ciebie.

— Kim ty do kurwy nędzy jesteś?!

— Odwróć się i spójrz jeszcze raz.

— Co? — Odwróciłem się. Jej obraz znów się rozciągał mięsiście i stapiał ze ścianami przeplatając się wijącymi mięsnymi wijami.

Nie poznawałem kobiety w moim pokoju, wydająca mi się dziwnie znajoma. Chociaż sam już nie wiem, kogo znam a czego nie.

— Boże spraw by halucynacje mnie opuściły.

Na jedną krótką chwilę odzyskuję zmysły. Zbyt krótką. Siedzę w pokoju, w ciemności. Do niego wchodzi ta kobieta.

— Kochanie, co się stało? Czemu tu siedzisz po ciemku? Zasnąłeś na siedząco? Już idę do ciebie.

I zaczęła sunąć do mnie rozciągając się i ciągnąć jak bezkręgowiec po ścianie, niczym demon, będący jak żywe mięso. — Wiesz — zaczęła mówić. — Ostatnio znalazłam jakiś zielony tytoń w twojej szufladzie. Spróbowałam go. To było niesamowite. Zupełnie jakby jakaś część mojego mózgu otworzyła mi się szeroko. To najlepszy tytoń, jaki w życiu paliłam.

— To nie był tytoń, tylko marihuana.

Wizja jej rozpływającej się i stapiającej się z otoczeniem zerwała się. Ale ona była przy mnie.

— Co? Jaki tytoń? Przecież ja nie palę. O czym ty mówisz? Na pewno dobrze się czujesz? Chce ci się palić w takim momencie? Wtedy, gdy zmierzam zrobić… to.

— To? Co masz na myśli?

Zacząłem opadać, czując na sobie ciepłe kobiece ciało. Było znajome.

— Przestań żartować i połóż się lepiej. Zaraz się wszystkiego dowiesz. — Kobieta była naga. Odprężyłem się i w spokoju odczuwałem rozkosz, która dawała mi kobieta, której zapłaciłem. Odlatywałem. Mój mózg przepełniony był endorfiną, aż nagle poczułem… otworzyłem oczy.

— O matko! — Naga starucha mnie ujeżdżała. Widok ten był tak straszny, jakby ktoś wsadził mi żyletki w oczy. Odpływałem unosząc się na wyniosłych falach wstrętu i obrzydzenia.

Wszędzie widziałem żyletki. Orały mi twarz w ciemnościach. Nadciągały zewsząd. Dojrzałem ciemność i rozdzierający nie moje ciało, lecz psychikę, ból. Gdy setki milionów niewidzialnych brzytw i żyletek, znikąd rozdzierało skórę twarzy. Aż cała zalała się krwią.

Obudziłem się z koszmarnego snu, w swoim własnym łóżku. A obok mnie leżała kobieta, którą dobrze znam.

— Skarbie, obudź się. Wszystko w porządku? — Moja żona.

— Tak skarbie, miałem po prostu zły… — wymacałem w dłoni żyletkę -…sen… — Moja?

Gdy jesteśmy tutaj, w tym onirycznym miejscu, pełnego żywych snów i realnych majaczeń. Gdy kładziemy się spać, nic nam się nie śni. Nie mamy łączności z tym drugim, nierealnym światem, bo widzimy go na jawie. W snach widzimy pustkę. Pustka oznacza śmierć, a dragi łączą nas ze wszystkimi światami, jakie mamy do wyboru. Teraz mam kłopot. Żyje tu, bo prawo mi pozwala.

Jedynie, czego w tej chwili pragnąłem to uciec jak najdalej. A najlepiej frontowymi drzwiami. Lecz gdy je otworzyłem, nie korytarz zobaczyłem coś, co ścięło mi białko. Zobaczyłem piekło w całej okazałości, choć nie wiem czy była to jawa czy wizja, byłem przerażony. Moja żona leżała martwa obok.

Przede mną stały bramy piekieł. To było jak przepowiednia. Wizja mojej śmierci. Tak intensywna, że myślałem, że już nie żyję od dawna. Jednak czułem swe ciało, co oznaczało, że żyję, a obraz przede mną był halucynacją. Chciałem uciec, na ulicę, choćby do piwnicy by ochłonąć. Chciałem się spytać kogoś o drogę, lecz stanął przede mną demon Picassa i pokazał mi coś z goła innego. — Głowa Picassa. Na niej poustawiane chaotycznie było kilkanaście oczu, ust, uszu i nosów, w chaotycznym nieładzie. Demon Picasso przemówił:

— …Jestem wolno myślicielem, co nie znaczy, że wolno myślę. Lecz, że myśleć mi wolno… A tu jest tylko czerwień i czerń. Praktycznie minus zero czystego relaksu. Zero czystej formy…

Widząc obraz piekła przed sobą, mogłem uwierzyć, że bóg już taki stary, zaprzedał swoją duszę diabłu. Miałem tylko nadzieję, że to nie mnie będą prowadzić na krzyż. Zauważyłem z tym miejscem pewne powiązania ze mną. Głównie ze świata snu, ale dzięki kwasom, zdaje mi się, że cały czas tkwię we śnie. A teraz to, co widzę, czym jest? Snem we śnie, czy rzeczywistością. We śnie, a może na odwrót? Teraz miałem deja vu mojego snu sprzed kilku miesięcy. Śniła mi się pustka, w której tkwili wszyscy moi bliscy, rodzina, żona i przyjaciele. Byle daleko ode mnie i zbliżali się do mnie. Zdawało się, że się mnie boją. Podchodzili do osoby, której nie znałem, a ta zabijała ich wszystkich. A ja biegłem do nich i nie mogłem dobiec. A gdy dobiegłem w końcu, stanąłem przed nią. A gdy się odwróciła, dostrzegłem, że to byłem ja sam. To nie był sen, i to teraz widziałem. Nie wiedziałem, co te dwie rzeczy mają ze sobą wspólnego. I nie chciałem wiedzieć. Zamknąłem oczy. Nie chciałem wtedy niczego widzieć. Zamknąłem oczy jak najmocniej potrafiłem.

Wtedy w ciemności usłyszałem dźwięk elektronicznego budzika. Przez chwilę miałem nadzieję, że śnię w swoim łóżku. Ale gdy zobaczyłem moją piwnicę, wiedziałem, że usłyszenie go było niemożliwe. Jednak wiem, na pewno, że go słyszałem… Chociaż… Sam nie wiem…

Widok przede mną był nienaturalny a i sam nie wiem jak się tu znalazłem. Czyżbym świrował? Przez co? Przez szok po zabójstwie? Może przez próbę kwasu? Próbowałem się skupić próbując zaczepić się w nieokreślonej przestrzeni, jaką ogarnął mój nikły mózg. Zacząłem biec w swym umyśle, do góry. Nie pamiętam przeciwnego znaczenia tego słowa, być może nie pamiętam jeszcze znaczenia wszystkich wyrazów. Zupełnie jakbym gadał we własnym języku, którego z czasem zapomniałem i na nowo uczę się tego prawdziwego. Mój organizm wyczuwa coś w rodzaju stresu. Czuję się jak paranoik, jak obserwowany. Zastanawiałem się czy jestem naprawdę czy jedynie mam urojenia. Miałem dziwny smak w ustach, jakby starej fajki na tytoń.

Będąc w piwnicy, z oddali podziemnego tunelu, z ciemności zaczął wychodzić olbrzymi owad. Miał kilkanaście odnóży i pancerz. Sięgał w moją stronę łapą, a ja mogłem tylko uciekać. Zastanawiałem się czy jestem palący, a na sprawdzenie tego był jeden sposób. Uciekłem i rzuciłem się w przestrzeń.

Kupiłem fajki. Odpaliłem jedną i pociągnąłem głęboko. Nawet nie wiem, kiedy to minęło, ale spaliłem ją bardzo szybko. To mogło oznaczać tylko jedno. Czuły punkt. Choć nie miałem pojęcia, dlaczego. Moją jaźń rozsupływała się. Zatracałem swoje ja i traciłem kontrolę zupełnie. Skoczyłem i utkwiłem w nieważkości, a kępy włosów zaczęły mknąć w moim kierunku i wiązywać mnie. Z oddali dobiegał nieokreślony głos mówiący by wszyscy zamilkli. I tylko głusi usłyszą i zrozumieją moje słowa. Wypełniony chaosem nie mogłem się ruszyć. Płakałem w duchu, a gdy skończyłem, nie wiedziałem dlaczego. Nawiedzały mnie na jawie sny, których znaczenie pozostawało nie odgadnione. Śniło mi się to samo, co przed dziesięciu laty. Możliwe, że to mój mózg po przebudzeniu wywołał ten sen. Był on na tyle silny, że zapadł mi głęboko w pamięć. Teraz te uderzenie szoku, jakiego poznaję wywołał na nowo owy sen. A wyglądał on tak:

Byłem na pustym polu świecącą szarością wokół. W jednym rzędzie, postawieni równo w jedności, stała armia strachów na wróble. Wróble, tyle tylko, że mieliśmy świadomość cząstkową, że tam byliśmy. Być może nie tylko ja tam byłem. Być może nie był to sen. Ciekawi mnie kto jeszcze tego doświadczył. Kto jeszcze śnił o armii strachów na wróble? Nasz organizm był kupą gliny i smoły. Jedynie mieliśmy ukradkową świadomość, którą zapamiętaliśmy pod postacią snu. Nie mam pojęcia, co to znaczy i co chce mi sen pokazać. Muszę się dowiedzieć, bo to może być jakiś ślad wspomnień na tyle silnych, że skoro mi się przypomniały właśnie teraz, znaczy, że musi to być coś ważnego.

Nie pamiętam swej ostatniej myśli, choć chciałbym. Leśny krajobraz przytłaczał mnie swoim nieprzyzwoitym pięknem dążąc na skraj mojego mózgu rozbudzając pierwotne instynkty zakonserwowane w mojej historii. Wokół mnie tylko pierwotna dzicz. Nie byłem skrępowany żadną czynnością. Wszystko jest tu dozwolone. Jestem przecież tylko kolejnym zwierzęciem na wymarciu, świadomie eksterminującym swoją własną psychikę i człowieczeństwo.

Czułem dziwne uczucia. Jednocześnie bolała mnie głowa i chciało mi się siku. Potem mój umysł zaczął mnie zasypywać setką obrazów. Poczułem się jakbym podciął sobie skórę grubym szkłem zatopionym w alkoholu. Efektem tego widoku krwi i szkła zacząłem słabnąć, a mój mózg zasypywał moje oczy setką obrazów, których nie potrafiłem objąć żadnym ze zmysłów. Nic nie brałem wtedy, a sprawiałem wrażenie ostatniego ćpuna albo przesadnie napitego, niekontrolującego swego postępowania. Zacząłem oddalać myśli przez cewkę moczową wyrastającą wprost z mojego mózgu. Sikałem mętnymi, nieprzejednanymi myślami tak skondensowanymi, że oddalały się ode mnie pod postacią płynu biegnącego z prędkością wydalanego moczu. Natężenie myśli było tak wielkie, że i tak niemal bezgraniczne, że przestrzeń przede mną nie wytrzymywała ich natężenia. Krajobraz przede mną rozpuszczał się jak obraz zalany rozpuszczalnikiem, stając się czystą próżnią. Tabula rasa.

Wszystko okryło się bielą, a ja poczułem się jak malarz mający przed sobą płótno. Poczułem coś w głowie i między nogami. Wzwód. Artystyczne podniecenie. Miałem ochotę opróżnić całe swoje ciało. Pragnąłem oddać się masturbacji, a jednocześnie czemuś więcej. Malowaniu. Nie wiedziałem jednak, że z połączenia tych dwóch rzeczy, stworzę rzeczywistość na pustym niebie przede mną z mojej spermy wykształciły się chmury.

Zbierało mi się na płacz. Uroniłem łzy. Czarne i gęste niczym smoła. Moje serce biło coraz wolniej. Z minuty na minutę ustawało. Łez było więcej. Serce stawało, czerniało zalewane smołą. Żal i smutek były gęste jak smoła. Zalewały serce. Oczerniały je. Tworzyły otoczkę ze smoły, która po uschnięciu stwarzała skorupę. Czułem jak usycha i zamienia się w głaz. Wtedy wszystko zniknęło. Wszystko o sobie wiedziałem. Wiedziałem, że faza mi schodziła.

Wróciłem do domu. Wszystko zniknęło. Wiedziałem, co zrobiłem i kim jestem. Poza tym, gdzie jest moja żona? Wiedziałem, co mam zrobić. Chciałem się wykąpać. Wziąć ostatnią kąpiel. W dalszym ciągu przebywałem w ubikacji. Potrzebowałem dwóch rzeczy — wódki i żyletki.

Kolejny raz przymierzam się do spotkania bliższego niż dotyk.

— Gorąca kąpiel. Krew mnie zalewa. — To nie była smoła. Otworzyły się drzwi i przez nie weszła kobieta. Żona. — Trudno wyobrazić sobie szok, jakiego doznała na widok męża leżącego z podciętymi żyłami w wannie.

— Skarbie?

Odcinek 3. Government blend

„Junkhead”

Wysoki, czarnowłosy koleś, z bródką i czerwonymi okularami. Obok niego stoi Elroi, koleś z dredami. Obaj stali skupieni w pełnej gotowości. Czekają otoczeni armią ludzi, z których nie zareaguje ktokolwiek, gdyby stało się cokolwiek. Na końcu uliczki błyskał neon „Junkhead” rozpościerający się nad wejściem w podziemie, u wrót strzeżonych przez dwie, metalowe, dymiące światłem wszy.

„Poczuj się, jakbyś był w teatrze, albo czytał scenariusz serialu lub komiksu.”

— Kto to, kurwa, napisał? Złamas jakiś. — Pyta Joel

Z drugiej strony widać było logo „Drugstore”. Ściany wszystkich budynków, wyglądały jak tłuste, spocone larwy, pokryte przebijającymi się warstwami graffiti. W rynsztoku leżeli alkoholicy i brudne stare pijaki, punki dając próbujące się wbić w rytm muzyki Mozarta.

Z trzeciej strony stał wrak samochodu. Kwadrans temu dymił stojąc w żywym ogniu. Wszędzie kręciły się prostytutki. Nikt ich nie chciał z tego względu, że mężczyźni, jeśli potrzebują kobiety, źle reagują na niemiłe niespodzianki. Na rogu ulicy, od ponad trzech dekad, zawsze w tym samym miejscu, siedział staruch na kulach z oderwaną nogą. Wszystko to działało będąc połączone kablami telekomunikacyjnymi i sznurami, na których rozwieszone było pranie.

Rozpoczęła się niewątpliwie noc. Joel przedarł ją hasłem wychodzącym mu z gardła.

— Nie mam cierpliwości. Dosłownie, nienawidzę czekać na Mustafę. To jest najgorsze stary. Masz czas. Masz pieniądze. Szit jest mieście, a nie możesz go ogarnąć, bo jebany Mustafa Josh wychodzi z parteru swojego bloku już drugą godzinę.

— Relaks. Powiedział, że będzie za godzinę.

— Dla Josha godzina ma 180 minut. Ten facet w ogóle jest jeszcze człowiekiem? Wie, w jakiej żyje galaktyce? — Elroi wyciągnął dzwoniący telefon. Słuchał przez chwilę nic nie mówiąc i rozłączył się. — Idzie. — Powiedział

Patrzą przed siebie w między tłum wyrzutków, wykolejeńców i dziwolągów. Poza nimi stoją tylko oszołomione budynki. W zaułek wjechała czarna limuzyna z pięcioma oknami. Gdy się zatrzymała, nikt z niej nie wysiadł. Nie zrobił nic.

— Ef bi jaj? — Spytał Joel.

— Tylko nie mów mi, że to agenci. Ale bym teraz zdygał się gdyby to byli oni.

— Może to jakiś bananowiec. Kto to by nie był nic nam nie zrobią, bo by musieli zaraz zamknąć całe miasto. — Z oddali nadchodził długowłosy koleś, z torbą na ramieniu, palący szluga.

— Sie ma Joshu, jest szit? Bo ja mus ta fa.

— Ta, mam zajebisty materiał, wejdźmy do środka nim nas przyuważy limuzyna.

Cała trójka zeszła w dół zanurzając się w klubie. Na zewnątrz, z limuzyny wyszedł jeden z agentów w garniturze i ciemnych okularach. Wyciągnął walkie — talkie, czy jak na to mówią strażacy, i próbuję złapać jakąś częstotliwość. Knajpa w środku była cała zadymiona, wszystkie stoły oblężone, podobnie bar, bilard i gry video. Po knajpie przechodziły kelnerki w czerwonych, skórzanych strojach, z odkrytymi piersiami i tyłkiem. Na scenie do ścian na łańcuchach byli przywiązani mężczyźni w czarnych skórzanych strojach. Zakryte mieli jedynie twarze maskami z metalowymi kolcami. Nad sceną wisiały dwie klatki dla zwierząt. Wszystkich oczywiście ciągnęło na środek sceny, gdzie miała się zacząć licytacja głównej atrakcji tego wieczoru.

Josh, Joel & Elroi przeciskają się przez tłum. Wchodzą w drzwi WC pod sceną. Obskurny, brudny i zasrany kibel, o którym pewnie ktoś zapomniał; Znajdujący się po drugiej stronie lokalu, był najbezpieczniejszym miejscem w całej tej świątyni. Cała trójka czekała na przygłupa próbującego odlać się do jednego z pisuarów, z głową skierowaną w stronę mrugającej jarzeniówki. Wyglądało to tak, jakby próbował nawiązać z nią kontakt. Ci wyszli, oni weszli.

— Kurwa, co za syf.

— Co się przejmujesz, nie będziesz tu ani srał ani jadł.

— Dobra, dobra, wyciągaj lepiej forsę, a ty shita. Załatwmy to szybko.

Elroi patrzy jak Josh wyciąga z torby mały woreczek z zielem w środku, a Joel kasę z tylniej kieszeni. Dokonują wymiany. — Tak, to właśnie marihuanę bóg wymyślił siódmego dnia… — Wychodzą z kibla. — …A wszyscy mówią, że odpoczywał. Akurat.

— Pewnie wstał wcześnie, stworzył je, a potem cały dzień jarał. — Idą w stronę wyjścia, a tam stoi już dwóch agentów w garniturach tarasujących wejście. Zrzucając marynarki. Luzują krawat. Rozpinają koszule garnituru ukazując pstrokatą, psychodeliczną koszulkę z napisem „blend”.

— Co do kurwy…

Joel zagląda przez ramię do tyłu, i ten łysy, co szczał, zachodzi ich od tyłu z wycelowanym pistoletem zrobionym z surowego, krwistego mięsa. (Dokładniej z palców ludzkich). — Josh pochyla do dołu głowę i uśmiecha się lekko.

— Najgorzej! Mieszanka Rządowska!

— Kurwa, wiedziałem, że to agenci!

Joel kopie jednego z nich w jaja, ciągnie za włosy i rozbija głowę o jeden z pisuarów. Pisuar się roztrzaskuje, głowa agenta też. Tymczasem Elroi w tyle zostaje pochwycony przez jednego z agentów. Zakłada mu kajdanki. Joshu chwyta łysola z tyłu i wykręca mu rękę. Ten strzela. Mięsny uchwyt pistoletu zwalnia spust i pocisk trafia w sufit.

— Masz niezłe mięśnie bracie.

Próbuje mu wyrwać pistolet, ale zauważa, że jest przyrośnięty do jego ręki. Łysol wali go w brzuch, ten zgina się w pół, i wtedy dostaje z góry w łeb. Pada na syfiastą posadzkę. Łysol strzela w ramię Elroia,

— Stój tam gdzie stoisz ćpunie, i nigdzie stamtąd się nie ruszaj. Kapewu?

Elroi trzymając się za rozharatane ramię przytakuje. Łysol zakłada kajdanki Joshowi wbijając mu kolano w plecy. Celuje w Joela.

— Dobra, tylko mnie nie gwałćcie! Przyznaje się, to ja dokonałem zamachu na papieża!

— Stul ryja gówniarzu. Zaprawdę, kto to płodzi takie coś jak ty.

— Właśnie takie coś jak ty.

Łysol podnosi go za kołnierz i popycha do przodu. Drugi agent to samo robi ze swoim, popychając przy okazji Joela, który kolejno posłusznie wychodzi. Jednak zanim, mówi do leżącego pośród porcelanowego pisuaru.

— Pozbieraj się, nie mam ochoty jeszcze ciebie dzisiaj podnosić. — Wychodzi. Rozorana twarz podnosi się spomiędzy stłuczonej porcelany. Łysy otwiera drzwi i pomaga wejść Elroiowi.

— Au! Nie dotykaj moich dredów pieprzony hitlerowcu!

— Wsiadaj do środka jebany czarnuchu. — Kopie go w brzuch.

— Kutas! — Wyciął mu głową w splot słoneczny.

— Bambus! — Agenci wpychają bardzo niedelikatnie do limuzyny Josha i Elroi. W środku, wszyscy trzej siedzą obok siebie. Samochód rusza.

— I co teraz cholerni geniusze? — Pyta Elroi — Mamy przejebane.

— Elroi, w lewej kieszeni mam kluczyk od kajdanek wyciągnij go.

Elroi patrzy na Josha i nic nie pytając o nic wyciąga. Od razu ściągając mu kajdanki i następnie Jolowi.

— Na początek fakty. Zamknęli nas za ziele. Mnie za handel, wy za kupno. Wszyscy trzej za posiadanie. Mamy mało czasu.

— Zabrali nam towar?

— Nie. Pewnie zrobią to na miejscu by mieć nas jak na tacy. Wtedy wjebią nam ostateczny wyrok, który obowiązywał w Las Vegas w latach 70tych: Marihuana — posiadanie 25 lat, handlowanie — dożywocie.

— Czyli mamy przejebane, do tego chcesz dojść?

— Nie. Jeśli będziemy mieli tego mało, to może nie dostaniemy dożywocia.

— Zajebiście pocieszające. Zaraz! Ile ty tam tego tam masz?

— Dużo. O wiele za dużo. Pięć kilo. Żartowałem. Trzydzieści gramów.

— O ja cię pierdolę. Joshu, nie mamy innego wyjścia. Skręcaj trzy blanty. Trzy czyściochy, i to się sprężaj. Syte z 10 gramów jeden.

— Chyba zwariowałeś, wiesz ile to jest pieniędzy? Kto za to potem zapłaci?

— Sam powiedziałeś, że im mniej masz przy sobie, tym mniejszy wyrok. Masz wyjścia: 1. Wyjebać przez okno. 2. Oddać Mieszance Rządowskiej i iść do pierdla do końca życia. 3. Spalić materiał dowodowy.

— A nie przyszło ci do głowy, że jak nas wypuszczą kiedykolwiek to i tak będziemy musieli za to zapłacić?

— A przyszło ci do głowy, że nie ma różnicy czy wyjebiesz przez okno, czy spalisz? Przecież do kurwy nędzy, w obu przypadkach będziesz musiał za to zapłacić. Spalmy część teraz, a resztę wyrzućmy. Nie damy rady skitrać wszystkiego, może część, ale najmniejsza część może nas zgubić.

— Cholerne gnojki.

— Zamknij dupę i nie mlaskaj, bo powiemy, że to wszystko to twój towar, a ten, co mamy u siebie, dostaliśmy od ciebie za free. Więc bądź grzeczny i rozbijemy wyrok na trzy, będzie krócej.

— Ja pierdolę, pierwszy raz mam nadzieję, że to słaby towar, naprawdę. Inaczej tym się tak zajebiemy, że się nie ogarniemy do końca życia.

— Niestety — odpowiada Josh — to holender.

Joshu kładzie torbę na kolanach, wyciąga bakłażana i bibułki i zaczyna skręcać. Odpalają i palą mega tłuste jointy, zadymiając całe wnętrze wozu. Joshu w pewnym momencie ściska się za brzuch i zgina w pół.

— Co jest Joshu? Żołądek ci zanika?

— Gorzej. Coś w nim rośnie.

Samochód podskakuje.

— Co do przenajświętszej?!

Elroi ogląda się za siebie. Za oknem niczego nie było widać, wszystko wydawało się nienaturalnie czarne. Otaczało ich tylko światło samochodu. Nawet jezdnia wyglądała jak czarny odbyt szatana. Cała trójka ogląda się do tyłu próbując coś wyłapać z mroku. Nagle z lewej strony widać kontury zbliżającej się do tylniej szyby, coraz wyraźniejszej ogromnej, niemowlęcej dłoni, wyglądającej jakby próbowała pochwycić samochód.

Cała trójka spadła z siedzenia na podłogę. Dalej obserwują obraz przed nimi. Ręka zniknęła. Jak na razie. Z nerwów wszyscy przeciągają jointy. Próbują w człapać się na siedzenie. Za oknem z góry do dołu sunie w ich kierunku jakby metalowy dźwig z metalowym hakiem na końcu. Zapada się w ciemność i oddala. Joshu znowu przytrzymuje brzuch ręką. Patrzą przez chwilę. Siadają na siedzeniach, zerkając tylko na tylnie okno. Spoglądają przed siebie. Samochód podskakuje. Znowu spadają z siedzeń. Patrzą na tylnie okno. Do szyby przykleiło się coś, co wygląda jak macka oślizgłej ośmiornicy i nie chcę puścić. Samochód znowu podskakuje. Macka odrywa się i ginie w ciemności. Samochód wpada w poślizg i się zatrzymuję. Stanęli pośrodku szosy, a wokół nich były pola. W oddali widać ciemne miasto i lasy. Agenci wysiadają?

— Co się dzieje G.B. 23?

— Nie jestem pewny G.B. 39, ale to chyba nic takiego. Wpadliśmy tylko w niewielki poślizg.

— To mógł być nasz ostatni poślizg w życiu. Wyciągnij broń i sprawdź, co u młodzieży.

Agent wyciąga broń i otwiera drzwi limuzyny, z której bucha gęsty dym. Agent wchodzi do środka i macha ręką. Wychodzi. Pada na jezdnię.

— O ja! — Mówi i uśmiecha się patrząc w niebo. — Jakie to jest piękne.

— Halo, chyba mamy poważny problem panowie. — Limuzyna stała pusta. Dymu było tak wiele, że nikt nawet nie zauważył, kiedy niesamowita trójka spektakularnie spieprzyła. Elroi, Joel i Josh łażą między dziwacznym labiryntem kamieniczek zaostrzonych okrągłymi kopułami ze szpicem, niby baśniowy Bagdad. Jest noc. Josh idzie pochylony do przodu ściskając brzuch. Między alejkami rozlega się płacz dziecka. Rozglądają się wokół, skąd to dobiega.

— To była najlepsza hasz komora, w której byłem.

— Też to słyszysz? Płacz dziecka? — Pyta Joel, obydwóch. Idą dalej i wychodzą na zatłoczoną ulicę ze skrzyżowaniem, światłami, pełnymi ludźmi i dużymi oświetlonymi brudnymi neonami — centrami handlowymi.

— Ej Joshu, mam nadzieję, że się nie przejarałeś?

— Nie, spoko, po prostu boli mnie brzuch, to mi się czasami zdarza. Taka przypadłość.

— Kurwa, stańmy gdzieś zapalić szlugasa, bo chuj jasny mnie zaraz strzeli.

Stają przed starym sklepem z naprawami RTV. Elroi wyciąga papierosy i częstuje. Joshu nie bierze, wsparty o ścianę, i w dalszym ciągu zgięty w pół.

— I co teraz robimy? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że bezpiecznie wrócimy do naszych łóżek. — Josh zaczyna rzygać na chodnik.

— Coś wymyślimy, najpierw musimy rozwiązać kwestię shitu. — Josh puszcza takiego bełta, który mógłby uchodzić za solówkę wokalną awangardowego wokalisty.

— Jak myśmy w ogóle stamtąd uciekli.

Josh przeciera sobie usta rękawem. Ogarnia się.

— Przejarałem się. Faktycznie tego nie da się tego przedawkować.

— Siła wyższa, bóg jest z nami, jaraczami. Zapłacimy za to, co spaliliśmy. Ale nie od razu.

— Ty, co z Joshem? Co robimy?

— Moglibyśmy go jebać, ale Joshu to nasz kumpel, i teraz nawet sam nie byłby w stanie znaleźć swojej dupy, gdyby miał do dyspozycji cztery ręce, latarkę, mapę i kompas.

Rzucają pety i idą wzdłuż ulicy. Joel i Elroi wchodzą do koncertowej sali. Siadają.

— Joel, w jakie gówno znów trafiłem?

— Nie gadaj. Na mieście mówili, że to dobra kapela.

— Żadna kapela nie jest dobra, kiedy występuję w sali koncertowej, gdzie nie można się ruszyć ani pierdnąć głośniej, bo zaraz będzie cię uciszał jakiś zafajdany, dosłownie stary konioklep.

— Dobra, cicho, chyba się zaczyna. Jeśli się nam nie spodoba po prostu wyjdziemy.

Przed fortepian wchodzi koleś w garniturze.

— Proszę państwa. Koncert? Tak! Ale najpierw powinniśmy rozpocząć dyskusję, która jest jakby to powiedzieć rzeczą, dla której został zorganizowany ten koncert. Koncert poświęcony wychowaniu naszych… — W tym momencie Elroi wstaje i wychodzi, Joel idzie za nim, popychają niechcący jakiegoś dziadka, który dławi się własną protezą.

— Ej młody uważaj.

— Chcesz mieć usta na policzku.

Osoba na scenie dalej coś gada „… Bowiem problem wychowania staje się o tyle trudniejszy o ile cała nasza społeczność dorosłych również staje się niewolnikami nowoczesności…” Joel i Elroi wychodzą a w tyle na siedzeniu, widać jak staruch upada a proteza wychodzi mu szyją.

Joel i Elroi wychodzą na ulicę. Obok nich jakiś stary lump obsikuje ścianę miejskiej filharmonii.

— Właśnie naszczaj na to, oto właściwe myślenie.

— Co teraz myślimy?

— Myślimy. Tylko myślimy.

A idąc przechodzą koło strzelającą wodą hydrantu a trochę dalej stoi odziany w płaszcz z biblią w dłoni, wyglądający dosłownie jak Jezus, koleś… Podchodzi do nich jedna z dziwek, stara, z żylastą szyją.

— Ej panowie, chcecie się któryś ze mną zabawić? Nie jestem droga.

— Nie młoda, idź handlować dupą gdzie indziej.

— Nie bądźcie tacy skostniali, chodźcie to was rozgrzeję, każdego po kolei.

— Powiedziałem, że nie mamy ani forsy, ani ochoty.

Dziwka idzie tyłem do przodu, idąc przed nimi.

— Ale ja naprawdę jestem dobra w tym, co robię.

— Nie wątpię, ale…

— Daj, spokój Elroi, — podchodzi do dziwki i wali ją po mordzie — nie bądź upierdliwa, ty stara suko, do cholery, czego ci jebani alfonsi nie pilnują swoich kurew. — Podnosi ją z ziemi i niechcący odrywa jej bluzkę, ukazując prawą pierś obwisłą, a drugiej wcale niema. Pozostała tylko ohydna szrama zaszyta grubymi nićmi.

Puszcza jej rękę z obrzydzeniem. Podchodzi pod mur i rzyga.

— Heh, ciebie też Joel brzusio rozbolał? — Elroi do dziwki — Lepiej stąd spieprzaj nim dojdzie do siebie, jest nieco naćpany i… sama rozumiesz.

Dziwka kiwa głową i przebiega na drugą stronę ulicy. Joel prostuje wyraźnie podminowany.

— Idziemy. Chodźmy do baru. Muszę się napić. Czegoś.

Wchodzą do baru przy końcu budynku. Spokojna knajpka, pełna emerytów i rencistów. Siadają przy barze. Wokół nich na ścianach, w ramkach są porozwieszane zdjęcia niemowląt. Podchodzi barman. — Co podać?

— Wódkę z colą.

— To samo.

— A dla pana?

— Mleko szefie, dużą szklankę zimnego i tłustego mleka. Jak Alex z Mechanicznej Pomarańczy.

— Sie robi. — Barman odchodzi.

Joel łapie Josha za kark i mówi mu:

— Nie świruj Joshu, bo przez ciebie możemy wpaść w tarapaty.

Naprzeciwko baru, grubsza starsza kobieta stoi przed kuchenką gazową, na której leżą trzy patelnie, na których smażą się jajka na dwa sposoby (jajecznica, sadzone) a na trzeciej bekon.

Podchodzi barman i stawia trunki na blacie baru.

— Co on? Pijany czy naćpany?

— Naćpany. Niestety.

— A macie może coś na odsprzedaż?

— To zależy ile potrzebujesz.

— Tak za pięć dych.

— Okej, szykuj kwit, a ja przyszykuje Staffa. — Elroi popija trochę. Głowa Josha spoczęła na blacie. Elroi otwiera jego torbę i szuka dużego woreczka z zielem. Szuka średniego i przesypuje mu na oko pewną zawartość. Barman wraca.

— Trunki macie na mój koszt. Po znajomości. — Podaje rękę Joel, któremu wkłada banknot, a potem podaje rękę Elroiowi, który odbiera od niego worek z zielem. Odchodzi. Obydwoje patrzą po sobie i siadają. Piją. Elroi częstuje papierosem. Palą. Josh prostuje się i zaczyna pić. Uśmiecha się.

— Zawsze chciałem wyłupić komuś oko.

— Widzę, że już ci lepiej.

Josh niepostrzeżenie łapie za łyżeczkę i atakuje Elroia, ten próbuje go złapać, ale Josh wali go w brzuch i Elroi łapie się za niego. Josh wsadza mu łyżeczkę z chlupotem do oczodołu i oko wystrzeliwuje. Przelatuje nad barem i ląduje na jednej z patelni pośród jajek sadzonych.

— Teraz wyglądasz zupełnie jak pirat. He he…

Elroi spogląda na niego obydwoma oczyma.

— Co mówisz Joshu?

Joshu zatyka rękami uszy i zaczyna mówić, zbyt głośno.

— Do cholery, czemu tu stało się tak głośno nagle.

— Do licha, zabierajmy się stąd, zaczyna świrować, a ja nie mam zamiaru czekać, aż któryś z tych zmotoryzowanych inwalidów zadzwoni po policję.

— Cicho słyszysz? Płacz dziecka? Znowu!

Barman spogląda na nich pytająco, też go słysząc.

Rozglądają się po knajpie. Dzieci ze zdjęć zaczęły się poruszać, fragmenty ciał wychodzą ze zdjęć, wyglądając jak ruchome płaskorzeźby. Josh krzyczy.

— Kurwa Josh, lepiej powiedz nam, co się dzieję! Uspokój się, nóż kurwa!

— Ten shit, co dałeś przed chwilą barmanowi. Czuje się jakbym stracił jakąś ważną część mojego ciała. — Zgina się jeszcze bardziej i jęczy — Ten przeklęty ból nie wytrzymam. To chce się przedostać na zewnątrz. — Dzieci ze zdjęć wypadają na podłogę, pępowina ciągnie się i znika w obramowaniu zdjęcia. Dzieci zaczynają się czołgać po ziemi chcąc się oddalić, niektóre wspinają się po ścianach.

— Niedobrze z nim, co robimy?

— Na zewnątrz z nim! — Czego Josh! Kto się chce przedostać?! Odpowiadaj!

— Elroi, zabierajmy się stąd, czym prędzej. Ostrzegam cię.

— Weź mi pomóż go podnieść.

Joel przechodzi z drugiej strony i łapie go za nogi. Zaczynają powoli wychodzić z baru.

— Josh, ty cholerna mała pijawko, zapłacisz mi za to z nawiązką. — Mówi półgłosem Joel

Wychodząc nie widzą, że za nimi na krawężniku po drugiej stronie ulicy zaparkowała ta sama czarna limuzyna. Wychodzą z nich agenci.

— Goverment blend, za nami.

— Zawsze w najmniej odpowiednim momencie.

Zachodzą ich z kilku stron wcelowując pistoletami, wyglądającymi jak zlepki ludzkich palców. Josh wstaje i chwieje się, rzyga jednemu z nich na buty. Buty stapiają się aż do kości niczym od kwasu. Agent krzyczy. Wszyscy się rozkojarzyli. Joel chwyta jednego za rękę i wyrywa broń jednocześnie uderzając go po mordzie, a Elroi próbuje tego samego. Trzej agenci rzucając się na niego. Joel stoi i próbuje strzelić. Nie wie, co zrobić by pistolet wypalił. Stuka nim o swój nadgarstek, kilka palców się osuwa i z koniuszków wytryskuje śluz prosto w jednego z agentów. Agent pada martwy okrytą cieczą, która stopiła mu ciało.

— Joel, no to przez ciebie mamy podwójnie przejebane.

Elroi wyrywa się od mieszanki rządowskiej i podbiega.

— Szybko bierzmy Josha i wskakujmy do limuzyny.

Joel chowa pistolet do kieszeni, Elroi podbiega i razem z Joel znów podnoszą Josha i wsadzają go na kopach do samochodu. Wsiadają na przód. Joel siada za kierownicą. Szuka kluczyków. Są. Przekręca je i wciska gaz do dechy. Zaczynają jechać błyskawicznie przed siebie. Skręca i patrzy na Josha, który wyraźnie krwawi z okolic brzucha.

— Co z nim? Dostał?

— Nie wiem, zauważyłbym gdyby go postrzelili.

— Przeżyje?! No mów do cholery!

— Nie wrzeszcz na mnie, zaraz sprawdzę, zajmij się prowadzeniem.

Joel skręca w kolejną alejkę. Patrzy w lusterko, w którym odbija się nazbyt długie wnętrze limuzyny. Odwraca się pośpiesznie do tyłu.

— Co to jest do cholery?

Elroi też się odwraca i obaj widzą okropnie długi tunel siedzeń w limuzynie. Tymczasem na drugim końcu limuzyny, agenci otwierają tylnie drzwi i wsiadają do środka. Limuzyna ciągnie się między budynkami jak guma. W oddali widać zbliżających się agentów, przechodzących przez siedzenia.

— Coś czarno widzę tą sytuację.

— Stul pysk i jedź, jak nas złapią to dostaniemy dożywocie przez twe morderstwo.

— To był wypadek w samoobronie. Nerwy mi puściły.

— Im też zaraz nerwy puszczą. Są coraz bliżej.

Joel hamuje na skrzyżowaniu przed światłami.

— Co ty wyprawiasz!

— Wysiadaj, ale już, i zabierz Josha, właźcie do tej taksówki. — Wskazuje na żółtą taksówkę obok, w której stary brodacz kierowca patrzy się w ich stronę. Joel zabiera kluczyki i wysiada. Przechodzi na drugą stronę, chwyta Josha i otwiera drzwi taksówki, wsuwają go. Elroi włazi z nim, a Joel przebiega i siada obok kierowcy.

— Jedź stary, migiem. Ruszaj!

— Spokojnie młody, po co te nerwy, powoli, wszystko z umiarem. — Mówi kierowca.

— Odpalaj wóz ty stary głupcze, bo cię wyrzucę i sam to zrobię.

Kierowca odpala samochód i jedzie przed siebie. Mieszanka rządowska wysiada i staje przed maską limuzyny patrząc jak taksówka odjeżdża.

— Wy młodzi, tu jest wasz cholerny problem, zero szacunku dla starszych, poza tym wszystko szybko, byle jak. Wszystko, co robicie, co wymaga mozolnej pracy i skupienia, wy chcecie zrobić to wszystko w pięć sekund. Pewnie nawet sex u was jest szybki i byle jaki.

— Chryste zamknij się wreszcie i jedź.

Josh z tyłu zaczyna krzyczeć. Joel odwraca się. Koszulka Josha jest cała we krwi.

— Na litość boską, on się zaraz wykrwawi na śmierć. Co robimy?

— Musimy jechać do szpitala. Nie mamy innego wyjścia. Inaczej umrze.

— Dalej, zwolnij i jedź w stronę szpitala.

— Jak jaśnie pan sobie zażyczy.

— Nie dowcipkuj, bo zaraz będziesz wyglądał jak on. On też dostał za opowiadanie chujowych dowcipów.

— Dalej zapal światło, zobaczymy, co mu jest.

Joel zapala nad nimi światło. Jego brzuch wygląda jak zapadnięty.

— Odsłoń mu koszulę.

Przestraszeni opadają do tyłu, i nachylają się. Z jego brzucha wyrasta coś jak larwa, dolna część ciała połączonego z jego ciałem, pół mały embrion niemowlaka ludzkiego.

— Na litość boską. To dlatego go brzuch bolał. I dlatego słyszeliśmy głosy niemowlaka. To dlatego Josh mówił, gdy sprzedawaliśmy jego zioło, że czuje się jakby sprzedawał część siebie. Ono pewnie żywi się tylko Maryśką.

— Zamknij się i myśl, co możemy teraz z tym zrobić.

— To coś żyje? Sprawdź.

— Jak mam niby to zrobić.

— Nie wiem, dotknij, sprawdź puls i czy czuć oddech.

— Skoro taki mądry jesteś, to sam sprawdź.

Joel wyciąga rękę i dotyka główki dziecka. Łapie je za małą rączkę.

— Zimna. Elroi czy to znaczy, że nasz kumpel…

— Właśnie poronił pierwsze i ostatnie dziecko.

— Skoro to konopne dziecko, to możemy je spalić i zjeść! Przecież i tak nie żyje.

— Zaraz będziesz leżał tu równie martwy jak i ono. Zabierzemy go do szpitala. Niech uratują to, co zostało z naszego kumpla.

Podjeżdżają pod szklane drzwi pogotowia ratunkowego zaraz przy szpitalu. Z samochodu wychodzi Joel, który dzwoni do drzwi. Z korytarza wybiega pielęgniarka.

— Przyślijcie doktora, i nosze. Mamy umierającego… Szybciej.

Pielęgniarka wraca, w jej stronę biegnie druga pielęgniarka i stary, wysoki siwy lekarz w grubych okularach. Za nimi nadbiegają sanitariusz z łóżkiem na kółkach i doczepioną kroplówką. Wyjeżdżają przed drzwi. Układają rannego. Podłączają go do maszynerii i wjeżdżają z powrotem. Wszyscy patrzą po sobie, wyczuwając najgorsze. Joel i Elroi płacą taksiarzowi za kurs. Wchodzą do środka i siadają zasapani na ławkę. Podchodzi do nich pielęgniarka.

— Poczekajcie tutaj chwilę, zaraz ktoś do was przyjdzie i wam wszystko powie.

Pielęgniarka odchodzi i skręca za ścianę. Bierze słuchawkę telefonu i dzwoni.

— Halo? Policja? Tu szpital miejski imienia świętego Judasza, mamy tutaj trzech naćpanych młodocianych, jeden z nich jest postrzelony w brzuch, czy zechcecie kogoś tutaj przysłać. I to jak najszybciej? To chyba narkomani.

— Tak. Chyba będziemy mieli kogoś odpowiedniego do tej sprawy. Proszę cierpliwie czekać. Narkomani są źli. A my ścigamy złych narkomanów. Czyli wychodzi na to, że to my jesteśmy tymi dobrymi. Mimo, że najprawdopodobniej to im kibicowaliście. Jednoznacznie, tak, można uznać to za Happy End. — Pielęgniarka odkłada słuchawkę. Idzie korytarzem w stronę schodów przeciwpożarowych. Elroia i Joela już nie było.

— Co robimy? Wracamy do domu?

— Nie, musimy znaleźć Ulicę Kwasu, a nie będzie to łatwe, bo ci, co wiedzą gdzie jest, nie wychodzą na miasto dalej niż poza swoją dzielnicę.

— I co chcesz tam robić?

— Znaleźć Świętego Dilera.

— Co takiego? Kogo? Co chcesz zrobić?

— Zobaczysz…

— Powiedz teraz, inaczej nigdzie nie idę. Chcę się wydostać z tego przeklętego miasta.

— A Josh?

— Nie martw się o niego, pewnie będzie tam przed nami…

„Drugstore”

Przez tunel podziemnymi schodami schodzili wpierw w dół, opuszczając miejsce ostatniej niefortunnej akcji, a gdy poziom unormował się na tyle by komfortowo sunąć w jednym tylko kierunku, w odpowiednim momencie droga zmieniła się metaforycznie ukazując schody w górę.

— Patrz pod nogi.

— Patrzę.

— Wcale nie patrzysz. Masz rozwiązane sznurowadło, Elroi.

— Co? — Schyla się i wiąże.

— Przy okazji moje też możesz zawiązać.

Przez wylot przechodziło słoneczne światło letniego poranka rozkwitającego w pustym parku miejskim, będącym ostatnim pomnikiem uwieczniającym tego rodzaju miejsce, których przed dekadami było podobne w każdym niemal mieście. Usiedli na ławce zmieniający ich punkt widzenia, jak i osoby…

Na ławce w parku siedzimy obok siebie. Patrzę na Joela a następnie na Elroia, z dziwną miną a oni uśmiechają się głupio.

— Co robisz? — Pyta Joel Elroia. Ten zasysa się obficie, po czym odpowiada.

— Ślinię się.

Drugi z braku jakichkolwiek ciekawszych perspektyw, przechylił głowę na bok i rzekł.

— A więc, ja też się poślinię.

I obaj się ślinili…

— I jak? — Pytam się

— Wymyśliłeś całą ta historie przed chwilą, jak przez pięć minut w ciszy paliliśmy papierosy?

— No tak, trochę się powykonywałem teraz…

— Ja pierdolę, jak to możliwe, żeś ją wymyślił w pięć minut, jak opowiadałeś ją ze 3h?

— Myślisz, że nadaje się to na film?

— Kurwa, nie wiem. Chyba tak.

Zaczyna się śmiać mrużąc oczy i trzymając zaciśnięte usta.

— Masz papierosa? — Spytałem.

— Stary nie pal więcej, bo znowu coś wymyślisz. Chodź, idziemy…

— Dawaj stary, zjebałeś teraz. Na pewno jest jakiś dalszy ciąg…

— To jedynie urywki niesamowitych legend miejskich ukrytych i zaadaptowanych fragmentarycznie w nieskończoności…

— Pewnie jeszcze sam nie wiesz, jak to się skończy, bo albo nie wymyśliłeś, jeśli w ogóle to twoja historia, albo zapomniałeś, bo się zajebałeś, jak zwykle. Ale nic, ja to przeżyję tyle, że ciekawi mnie skąd weźmiesz potencjalnie nowe inspiracje. I faktycznie, właśnie mi się przypomniało, że wiem gdzie mogę dostać Czarne Mleko. Możemy po nie iść, akurat mając po drodze, ale prawdopodobnie dotrzemy tam w chwili, kiedy ktoś, kto opowiada naszą historię, pewnie ją skończy przed czasem, albo nie będzie mu się chciało jej opisywać, jak i naszych przygód, bo ma wyjebane, bo to też idiota i ćpun, a jak już napisze coś to i tak spierdoli, a jeśli zdarzy się cud, to i tak pewnie ostatecznie nikt go nie zrozumie.

— Zamknij się, w końcu. W drodze opowiem ci coś innego. Jak mnie nie wnerwisz.

— Przed nami daleka droga, a w dodatku nie wiemy nawet, czego szukamy, więc chodźmy wpierw dowiedzieć się, co to jest, a potem się zobaczy, albo i nie…

— Przy okazji, to wiesz, że ta radykalna decyzja, nawet jak dla nas, jaką podjęliśmy prawie wspólnie, a nie wiem czy specjalnie, czy nie jesteś w ogóle tego świadomy, że dzisiejszego dnia jest święto niezwykłe?

— Jakie?

— Coroczne Święto Końca Świata. — Bohaterowie odchodzą pozostawieni nawet przez biernych obserwatorów, jakich nie byli nawet świadomi ich obecności. I nikną na horyzoncie zdarzeń.

I nastała swoista apokalipsa ludzkości. Grubi ludzie stoją cały dzień lub tydzień w widocznym miejscu na ulicy. Gdy podchodzą, wyciągają dłoń i wyciągają z ciała hamburgery. Gdy wezmą wszystkie, stają się chudzi i wtedy odchodzą.

Teksty opowiadane w drugiej osobie, w trybie rozkazującym dają do myślenia wszystkim tym, co nie potrafią pokierować własnym życiem. Rzeczywistość zaczęła się rozsupływać, ale ludzie nie wiadomo dlaczego, nie szukali przyczyny. Nie wiedzą, kto i dlaczego, a po jakimś czasie, ich myśli są tak rozchwiane, że nie wiedzą, od czego zacząć. Nie wiedzą, kogo pytać, są zagubieni, nie wiedzą coraz bardziej czegokolwiek. Nie wiedzą, co znaczy słowo „pytanie”, nie wiedzą, co znaczy „wyraz” i jakie ma „znaczenie”, oraz czy „sens” i „rzeczywistość” nie jest czasowo zgubnym wpływem materii otaczającej ich życia.

Potem trafiłem do Zakładu Psychokinetycznego. Tam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, lekarz psychiatra, potrząsał mną i mówił do mnie non stop, nie przerywając żadnej czynności — „bądź normalny, no bądź wreszcie normalny”. Kuracja kończy się, gdy pacjent nie wytrzymuje i mówi — „jestem normalny”. Potem nastaje sześciogodzinna obserwacja, której pacjent nie jest świadomy, a która ma udowodnić, że jest tak, jak powiedział. Gdy przechodzi poprawnie ową obserwację, zostaje wypuszczony na wolność. Jednak czasami, niektórzy stają się na powrót nienormalni i wracają tam ponownie. Niektórzy potrafią okiełznać ten system, mówiąc to, co potrzeba i pomyślnie przechodząc, dwa razy dłuższą obserwację. U niektórych kuracja „bądź normalny” trwa czasami tydzień czasu non stop, a gdy pacjent mdleje, dają mu się przespać, a gdy się budzi, zaczynają wszystko od nowa. Ci, którzy wracają tam wielokrotnie, zostają zamykani w zakładzie psychiatrycznym, bowiem szaleńcy zawsze odpowiadają, że są normalni. Na nich ta kuracja w ogóle nie działa.

Siedząc wyobraziłem sobie scenę. Siedziałem, a wokół nie było nic oprócz przejeżdżających z daleka automatów, rozrywającą ciszę na strzępy. Mimo kilometra odległości od najbliższej drogi, było je wyraźnie słychać. Wtedy zamyślony, wyobraziłem sobie, że podchodzi dwóch kolesi około dwudziestki. Jeden stoi z tyłu a drugi podchodzi i pyta się

— Ej sorry, macie może fajkę?

Drugi w tym czasie wyciągnął pistolet i czapkę, którą nałożył na głowę. Celuje i mówi:

— Stać ćpuny!

I wizja się rozsypała. Opowiedziałem jej o niej, a ona.

— Gdzie to tak było? To się zdarzyło?

— Tak. W mojej głowie. Czy to prawda czy wizja?

— Nie wiem. Nie mam pojęcia.

I zamilkliśmy oboje. Mój umysł płodził kolejne fatamorgany wracając do abstrakcyjnych eksperymentów, które chciałem kiedyś wykonać w lesie, w lecie, po różnych naturalnych specyfikach. Chciałem postawić łóżko w lesie, by piętnowało moją fazę. Zwyczajne łóżko, jakie każdy ma w domu. Stało by pośród drzew a ja mógłbym się w każdej chwili nim pożywić uciekając w kolejny nierealistyczny bohomaz apoplektycznych myśli rządzonych chaosem w dolinach totalnego bezsensu. Ten nierealny świat, jest tak niezwykły i zaskakujący, że chciałoby się w nim zostać na bardzo długi czas. Wstawałbym co dzień, i eksperymentował z moją psychiką. Pierwszego dnia bym odpoczywał, spożywając tylko specyfiki do ostateczności, aż mój organizm będzie miał dość i gdy nadejdzie boska Gastrofaza i upragniony pan Sandman, który przyniesie mi sen, zasnę najedzony, czekając aż się obudzę wtedy, kiedy będzie to najbardziej konieczne. Bez zbędnego wylegiwania się. Po śmierci nastanie czas na wieczny odpoczynek, teraz należy korzystać z tego, że się żyje.

Drugiego dnia, zamknąłbym się w podziemnym bunkrze, gdzie odizolowany od świata przez równe dwadzieścia cztery godziny, będę siedział w pustce i w totalnych ciemnościach, próbując odtworzyć lęk pierwotny za pomocą własnych nieartykułowanych myśli, czynności i dźwięków, które zatraciły już muzyczny sens, pozostając tylko plątaniną dźwięków. Potem bym wyszedł i nie zasnął. Kazałbym się ułożyć w szklanej kapsule w wielkim stawie, gdzie rury doprowadzałyby powietrze. Przez 12 godzin widziałbym wszystko skrzywione przez wodne zwierciadło w dzień. Także mając przy sobie tylko dyktafon, na którym samymi słowami mógłbym przelewać moje bezsensowne spostrzeżenia, naginając psychikę do granic wytrzymałości, katując się odpowiednią muzyką. Gdy już bym wyszedł, nastałaby noc, której bym nie przegapił i siedząc aż do świtu, przy ognisku, rozmyślałbym, słuchał muzyki i czytał wywierające na podświadomość słowa wielkich pisarzy, mogący zmienić moje pojmowanie rzeczy.

O świcie, gdy tylko szarówka zaczęłaby się zbierać. Rozebrałbym się do naga i przywiązał do wielkiego, sześciometrowego dębu, linami, które w żaden sposób nie kaleczyłby mojego śmiertelnego ciała. Wisiałbym tak do południa, przez około sześć godzin, ale tym razem bez ani jednego dźwięku, oprócz tego, który jest zupełnie naturalny i należy do lasu i zwierząt. Nagi próbowałbym się połączyć z naturą, nie dotykając ziemi stopami, będąc przylgnięty plecami do kory, z którą bym się utożsamiał i na powrót przywykał do natury.

Po tych wszystkich męczarniach, zlazłbym, poświęcił godzinę lub dwie na rozsypywanie około trzydziestu znaków na kartce, stukając na maszynie. A gdy wszelki myśli by uleciały, skończyłbym pisać. Usiadłbym i patrząc w jeden punkt, próbowałbym uspokoić swe rozdygotane myśli, okiełznując je na upragniony sen. Skupiając swoje myśli tylko i wyłącznie na śnie. By jak najwięcej z niego zapamiętać. Potem bym położył się na łóżku wraz z moją kobietą, jedyną prawdziwą miłością, dając dziwaczny obraz, nierealnego łóżka w środku lasu, na którym kochalibyśmy się zatracając się w swoim prymitywizmie. Wyobrażając sobie, że jesteśmy tylko my. Jest ciepło, nie ma komarów, nikogo nie ma, a gdy kończymy, ciepły letni deszcz, obmywa nasze ciała.

Potem nastałby sen, w którym nie pojmowałbym, lecz pamiętał. Obudziłbym się w nocy i czekał na nadejście świtu, by wrócić z powrotem do cywilizacji…

Gdy tylko wyszliśmy ze swojej kryjówki, doszło do nas, że gobliny jednak są złe i robią wszystko, by tylko człowiek popadł w problemy. Przed nami stał wóz policyjny, z którego wychodzili dwaj policjanci idący w stronę stawu, gdzie młodzi ludzie bawili się na swój własny alternatywny sposób.

— Gobliny zostawiły na nas pułapkę.

— To one są złe?

— Nie widzisz, w co nas wpakowały? Prosto w ręce glin, specjalnie zostawiły tam bilet. Nagięły rzeczywistość wedle własnej woli. Musimy iść inną drogą, nie ważne jaką, może być okrężna. Nie możemy się im pokazać, bo nie wyglądamy na trzeźwych. Mogą mieć podejrzenie, te suki mają prawo to zrobić. Musimy zwiewać. Chodźmy, nie patrzmy na nich. Skryjmy się w lesie. Chodźmy tam gdzie nie ma żadnych dróg. Las nas ochroni.

Obydwoje przedarliśmy się przez jezdnie i weszli w dzicz. Idąc jak najdalej od stawu i jakichkolwiek innych formacji cielesnej inteligencji. Halucynacje, strach i szaleństwo. Paranoja, zaczęły okrywać nasze mózgi jak szarańcza rozbudzona z tysiącletniego snu. Przeszliśmy i już myśleliśmy, że jesteśmy bezpieczni, gdy usłyszeliśmy wycie syreny samochodowej, bezsprzecznie należącej do nich. Wyszliśmy i zaczęliśmy dreptać, idąc wzdłuż drzew, mając nadzieję, że nas nie zaczepią i nie zajadą w najmniej odpowiedniej chwili. Nikogo nie było. Odetchnęliśmy i spokojnie rozmawialiśmy o agentach, którzy na jawie mi się wyśnili. To była wizja, która miała zachować w naszych umysłach czujność. Wyszliśmy, mijając las, gdy ich zobaczyliśmy. Samochód, czerwono czarny, identyczny jak policyjny, tylko w zmienionej kolorystyce. Na boku, na drzwiach, jednak nie mieli napisu Policjanci, lecz Psychopaci. Siedzieli w samochodzie, oni, dwie ohydne męskie kreatury, prażące swoje zmarszczki na słońcu, obserwowali jak się zachowujemy. Jeden kiwnął na drugiego i coś powiedział. Pełnym głosem, jednak przestrzeń dzieląca ich nie pozwalała na rozróżnianie poszczególnych sylab. Ponownie weszliśmy w las.

— Na pewno będą nas teraz okrążać. Cały las, aż się nie natkną na nas. Wtedy sprawdzą nasze reakcje, nasze dokumenty i co chowamy w gaciach. Znajdą to i nas przyskrzynią.

— Nie panikuj, nic się nie stanie.

— To te cholerne gobliny, i ta wizja w lesie. To coś musi znaczyć. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Szliśmy dalej oglądając się, co chwila za siebie. Dalej tam czekali, mieli wyłączony silnik, aż stracili ich z oczu zbyt zagłębiając się w las.

— Chcą nas sprawdzić. Widziałaś napis? Psychopaci. Nie wiadomo, czego oni chcą. Mogą to być gliniarze na usługach rządu. Mają tylko jeden cel. Znaleźć ćpunów. A gdy nas znajdą, nie wiadomo, co zrobią, bo to psychopaci. Ponad prawem. Mogą wszystko. — Szliśmy dalej w milczeniu przedzierając się przez gałęzie najbardziej dzikich miejsc w lesie, nieuczęszczanych przez nikogo. — Wiesz, uwielbiam horrory, jestem już tak obyty w tym temacie, że naprawdę trzeba czegoś nierealnego, surrealistycznego i nowatorskiego, by mnie naprawdę przerazić. Ale jak sobie pomyślę o śmiesznych horrorach, takich, które nie straszą, albo straszyły w wieku pięciu lat, myślę sobie, kurwa, nie chcę tego doświadczyć w życiu.

Przeszliśmy jeszcze kawałek i wyszliśmy z lasu. Rozejrzeliśmy się wokół. Wygraliśmy. Nikogo nie było. Wyszliśmy na ścieżkę między polami. Wtedy nadjechali drogą z prawej strony. W ostatniej chwili, rzuciliśmy się w las i pobiegliśmy w jego głąb. Przecięliśmy go w poprzek, do miejsca gdzie byli Psychopaci, myśląc, że tam ich nie ma.

To było zupełnie jak film. Byliśmy przy samej jego końcówce, zaważającej nad tym, czy powstanie druga część, czy też nie. Jeśli miałoby się to skończyć na jednej części, teraz, w tym momencie, bezpiecznie powinniśmy się udać do domu. Jeśli miałaby nastać kontynuacja, wtedy ostatni raz w tej części podjechałby samochód, i oni nie mieli by już drogi ucieczki, bo byli na otwartym terenie. Wtedy by przegrali, przymknęli oczy i czekali, a w dole ekranu wyświetliłby się napis „ciąg dalszy nastąpi…”

Wyszli. Nie gliniarze, oni, agenci. Rozdygotani ze strachu, czekaliśmy na pierwsze pytania i zdanie w typie „zapraszamy do samochodu, chcielibyśmy porozmawiać.” A tymczasem pasażer, okazał się nie tyle mężczyzną, ile kobietą, która roześmiana krzyknęła do nich w szczytowej fazie wesołości.

— A! Moje kochane dzieci! — Krzyknęła, a Elroi odpowiedział na to:

— Ciocia? — I uścisnęły się. Wtedy z drugiej strony dobiegły dwa głosy, z których jeden wyraźnie wypowiadał słowo: Babcia! — I nadeszli Oni. Nierozerwalni przyjaciele. Niemal, jakby byli oni swoimi wzajemnymi Alter Ego. Nie kto inny, jak Joel i Elroi, który dopiero, gdy dostrzegł charakterystyczny, pewnie jedyny, ostatni model czarnej walizki, jaką Babcia nosiła ze sobą od zawsze i wszędzie.

Bądź, co bądź, weszli do samochodu i odjechali. Przyznali się, że palili a ona, że w porządku. Że jest główną szefową wydziału do spraw narkotyków, wykorzystująca fazy narkotyczne do walki z ćpunami. Niestety rząd nie zezwala na konopie, ale ona, żeby palić legalnie w tym kraju, wstąpiła do tego międzynarodowego stowarzyszenia, którego bazą jest Choroba. Tak się bowiem nazywała dzielnica, na której mieszkała. Agentka z gliniarzem. — Gdzie obecnie mogli czuć się bardziej bezpiecznie? — Nieźle. Myśleli w zadowoleniu, będąc szczęśliwi do końca życia. Chwilowo. Rozprawiali o dragach. Babcia hodowała mnóstwo zieleni. Zabrała ich na Osiedle Choroby, na które wstęp mają tylko uprzywilejowani. Tam właśnie ukryta gdzieś było przejście prowadzące na Ulicę Kwasu. Tłumaczyła się, że w takiej sytuacji, jak może odmówić czegoś swoim najukochańszym, bo pewnie jedynym, członkom rodziny. Zanim dojechali, już załatwiane były papiery i praca w Cofce Shopie, a zekwaterowanie ich u Babci w jej domu, zbyt wielkiego dla niej samej. Wjeżdżali przez pięciometrowe bramy odgradzające osiedle, pełne ochroniarzy, a nie policji. Byli szczęśliwi do końca życia. Chwilowo.

Odcinek 4. Ulica kwasu

Nierzeczywiste

Czasami śni mi się okropne miejsce, które wiem, że szczątkowo jest jakoś ze mną związane. Sen jakby pokazywał mi fragmenty budujące jeden wielki obraz. Wyśniony właściwie w tym samym miejscu. Jednak miejsce to jest tak zróżnicowane, że za każdym razem, gdy śnię, wydaje mi się zupełnie różne od poprzedniego. Jest to jednak cały czas to samo wielkie gruzowisko. Chodzę po różnych, opuszczonych miejscach, a czasami zupełnie obcych, w eksploracji. Jest to jeden wielki świat, w którym jestem tylko ja.

Jednak jest pewien sen, wielce różniący się od innych, też cykliczny, i mimo, że przeraża mnie do kości, czuję w nim fascynację wynikłą z mojego własnego strachu. Jest to miejsce oddzielone zupełnie od reszty świata. Przeważnie zaczyna się od jakiegoś dużego zniszczonego budynku, do którego oprócz kilku osób, nikt nie wchodzi. W tym budynku są piwnice, plątaniny podziemnych korytarzy, czasami jakieś odizolowane miejsce, na przykład kuchnia i dziwaczni, irracjonalni ludzie poukrywani w cieniu. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że po tak długiej przerwie, gdy nie miałem, albo nie pamiętałem żadnych ze swoich snów, a ostatnie naprawdę wyraziste, pamiętam dopiero z dzieciństwa. Te piwnice tworzą mój strach. A ten strach też jest wywołany miejscem, w którym dzieją się prawie wszystkie moje sny. To miejsce miałem właśnie przed sobą.

Nie wiem do końca czy to był dobry pomysł, ale liczyłem na tyle, że moi nad wyraz dorośli, przyszywani rodzice wiedzą, co robić. Właśnie wyprowadziliśmy się z tętniącej metropolii, przeludnionej, samoistnie się odżywiającej i odradzającej, jak zbyt stary Feniks, którego odradzającego się od pokoleń, coraz łatwiej go zabić, a i jego życie jest krótsze.

Zamieszkaliśmy na peryferyjnym miasteczku, gdzie do najbliższej wsi jest trzydzieści kilometrów a do miasta siedemdziesiąt. To i tak dwa razy dalej niż do mojego starego domu. Nie wiem czemu, ale ze wszystkich miejsc na świecie, wybrali właśnie to. Jedyne miejsce na świecie, mające zalegalizowane narkotyki. Miasteczko Psychodelice.

Z racji tego, że byłem niepełnoletni, dostałem srogie pouczenie ojca, wydające mi się niezbyt przekonywujące, oraz bardziej przekonywujące matki, jak i sądu, do którego mój ojciec ubiegał się o mieszkanie tutaj, w ramach całkowitego zakazu mojego palenia czegokolwiek. Cóż mogłem zrobić, przyrzekłem. Gdybym tego nie zrobił, marzenia moich rodziców nie spełniłyby się. Liczyli na mnie.

Ulica była pusta i niepokojąca w swej niewymownej strukturze zakonserwowanego, pozornego piękna, wylewającego się z otoczenia wokół mnie. Po brudnych tunelach, widać było cienie, rozciągnięte w maniakalnej interpretacji. Gdzieś tliło się światło, okrywając błyskiem czasami ścianę, bądź sufit, ukazując spocone od wysiłku mury, twardo stojące i utrzymujące całą ciężką konstrukcję.

Tunel wydawał się być nieskończony, a z oddali wydobywał się melodyjny, skrzeczący, elektryczny dźwięk, zwielokrotniony przez echo i tym samym odbity od ścian. Dolatywał z daleka, uderzając swoją negatywną mocą prosto w czaszkę. Takie było to mniej więcej miasteczko. Było z pozoru nudne, mizerne i przeciętne. Niezapadające w pamięć, jednak skrywało niesamowite miejsca i niesamowitych ludzi. To dzięki nim, świat wokół, stawał się tak oniryczny i dziwny.

Na następny dzień poszedłem do szkoły. Nie różniła się niczym od innych. Pierwszy dzień. Była to typowa szkoła, którą się tolerowało i szanowało, tylko dlatego, że była jedyną w okolicy. No i było to jedno z miejsc, na które właściwie nie zwraca się uwagi. Ludzie chodzący do niej, wyglądali zwyczajnie. Aż trudno mu było pojąć, że w mieście, w którym jest legalizacja narkotyków, może wyglądać tak zwyczajnie. Nie wiedziałem, dlaczego ludzie zakładają od razu najczarniejszy scenariusz i myślą, że wszędzie będzie pełno ćpunów z wbitymi igłami w żyle. A jak widać, nie musiało to być prawdą. Być może był specjalny zarząd w szkole, o którym nikt nie wiedział, odnoszący się do narkotyków w szkole. Przede wszystkim, żelazne prawo tego miasta, nie sprzedawać żadnych używek osobom poniżej osiemnastu lat. To było nieodwołalne jak sam dekalog. No, ale wiadomo, w liceum było dużo osób pełnoletnich.

Zdarzają się też outsiderzy, którzy pomimo zakazu, dostają to, co chcą i biorą w tajemnicy, poznając już wcześnie te wspaniałe, magiczne używki. Ja byłem na granicy. Niebawem miało to nadejść. To było w każdej młodzieży, zawsze byli ci, co palili papierosy i pili piwo w tajemnicy. Tutaj było to samo. Jednak jedna z tych grup od razu mnie sobie przyswoiła już w pierwszy dzień. Byli to dziwni ludzie, wyraźnie odmienni w tym świecie. Nie wiem, czy tylko ja to widziałem, i czy inni domyślali się, że ćpają. Bo przecież było po nich to widać, jak po nikim innym. Jednak to wydawało się normalne.

Lekcja była typowo organizacyjna i dłużyła się w nieskończoność. Na przerwie jeden z chłopaków czekał na mnie na dole, skinął na mnie. Podszedłem, nie sądziłem, że mam się czegoś obawiać. Byli tam wszyscy, ale jeden gadał, ten w skórze.

— Ty jesteś nowy, prawda?

— Tak, jestem Lazarus Mervill.

— A ja Ozyrys. Twoi starzy się przeprowadzili tutaj z powodu celu tego miasta, nie? Ty nie z tych. No tak, pewnie masz zasady.

— Zasady są po to by je łamać — powiedziałem.

— Słusznie, a zatem co? Chciałbyś trochę je nagiąć? I spróbować?

— Ale, o co ci dokładnie chodzi?

— Zobaczysz po lekcjach.

Nie odpowiedziałem, ale uśmiechnąłem się lekko i spojrzałem w stronę schodów, gdzie stała pozostała czwórka. Ozyrys uśmiechał się do nich, a ja zrobiłem to samo.

Był tam koleś w bluzie z kapturem, pod którą miał twarz wyglądającą jak trupia czaszka, Mały Czacha. Jeden hipis z psychodeliczną koszulką i długimi włosami, 22 lata, to on ich wszystkich inicjował — Ozyrys — Koleś w dredach z napisem na bluzie „głosuję na LSD”, Azyl, i jeden z nich, w skórze, młody beatnik. Uśmiechnął się do mnie i schylił lekko głowę. Przeszedłem obok nich i od razu podszedłem pod swoją klasę.

— No to co? — Mówiąc podał mi dłoń na pożegnanie — dziś, po lekcjach? — Przytaknąłem — Stój przed szkołą, usiądź sobie na ławce, jest piękna jesień. Jeszcze ciepła. Odpocznij, zrelaksuj się, wkroczymy bowiem na Ulicę Kwasu. — Wyszeptał mi w ostatnich słowach, by nie zwrócić niczyjej uwagi. Wtedy rozległ się dzwonek, który totalnie wyrwał mnie z oszołomienia.

Po szóstej, ostatniej lekcji, gdy tylko wyszedłem ze szkoły, zadzwoniłem do rodziców z komórki, uprzedzając, że przyjdę później. Rodzice nie zdawali się być źli z tego powodu. Co mnie zaskoczyło, powiedzieli, żebym się nie śpieszył i pobył trochę na świeżym powietrzu i, że to jedne z ostatnich, wolnych dni w tym roku. Gdy się rozłączyłem, wiedziałem o co chodzi. Pewnie razem będą siedzieć i rozmawiać i razem słuchać płyt winylowych. Tak czasami robią, wtedy mieszkanie dziwnie pachnie, ale zrozumiałem. że to ma związek. Niewątpliwie. Wszystko się łączy. No i teraz wydają się być tacy, na co dzień. Zatem wiedziałem, że będą palić, i zjarani nie zobaczą tego, ze ja jestem zjarany. Czyli plan jako taki był. — Usiadłem na ławce i czekałem. Byłem ubrany jak zwykle, czarne dżinsy, czerwona koszulka z czarnymi napisami, i czarna zapinana bluza z czerwonymi napisami. Kurtka, czarna torba i czerwono czarna czapka. Długie włosy, okulary. Słuchawki na uszach, faja w ustach.

Jako pierwszy zjawił się Mały Czacha.

— No więc, żeby nie było, i było jednocześnie wszystko jasne, masz z tego, co wiem Lazar, szesnaście lat, prawda?

— Osiemnaście, za pięć miesięcy.

— No i to najlepszy wiek na twoją inicjację, która jest czymś wielkim dla nas i dla wszystkich w mieście, ale prawdziwą dostajesz w wieku osiemnastu lat, ale tutaj będzie taka inna, przymiarka do tego, co będzie w dorosłości. Więc jeśli tak, to inicjacja. To jest to.

— W sensie będę pierwszy raz palić, tak?

No tak, i nie bądź taki źle nastawiony, wszystko będzie w porządku. Nie damy ci czegoś, jakiegoś specyfiku, od którego mógłbyś umrzeć. Przynajmniej nie od razu. Poczęstujemy cię tylko paroma mieszaninami ziół. No chyba, że uznajesz teraz, że nie jesteś gotów. Pytam teraz oficjalnie. Jeśli odmówisz nic się nie stanie. To jak? — Zamyśliłem się, ale jednak ta ciekawość i zakosztowanie zakazanego owocu, tak bardzo zmagała we mnie tą myśl.

— Słuchaj Lazarus, co sądzisz o zielu?

— Nie wiem, nigdy nie próbowałem. Tylko dużo o niej czytałem. Kiedyś mnie to interesowało. — Jakbyś miał okazję spróbować, spróbowałbyś by zobaczyć, co jest po tym i jak się czujesz, i w ogóle, czy ci się to podoba? — Nie wiem, chyba tak. Podoba mi się to, co ludzie piszą i rysują pod jej wpływem. — Jakbyś miał okazję ją spalić teraz, spróbowałbyś? Spojrzałem na Mervilla ze zdziwieniem łapiąc, o co mu chodzi. Pewnie miał coś przy sobie.

— Czemu nie. Od tego się nie umiera, co nie? Ani nie uzależnia?

— Co ty, nie możliwe by od tego umrzeć.

— To uzależnia?

— Palę dwa lata, z przerwami po parę miesięcy i nie odczuwam żadnego głodu, to jest bardziej jak taka chęć zapalenia. Zresztą, nie musisz być alkoholikiem by napić się czasami piwa.

— Nigdy mi nie mówiłeś, że palisz trawę.

— Myślałem, że jesteś przeciwnie nastawiony do tego. W sumie bez obrazy. Na takiego wyglądasz. Potraktuj to jednak jako komplement.

— W sumie, nie wiem, nie znam tego. Wiem, które narkotyki uzależniają i wiem, których nie wezmę, ale zioło, chyba spróbuje. — Jestem gotów

— Świetnie. — Uśmiechnął się do mnie. — A zatem, masz zamknięte drzwi?

Drzwi? — Spytałem i przytaknąłem.

— No więc okej, wyjaśnię ci resztę. Oprócz naszej czwórki znamy jeszcze paru jaraczy w tym mieście, ale oni są trochę z innych bajek. Będziemy ich odwiedzać, bo są zajebiście poryci. Zresztą, tu wszyscy palą.

— Świetnie, fajnie będzie kogoś poznać.

— Tylko wiesz, Lazarus to sami jaracze. Nie dogadasz się z nimi za chuja, jeśli nie będziesz bakał. Wiesz, to poszerza horyzonty, znaczenia, obrazy i symbole, a przede wszystkim dźwięki. Zresztą sam wykminisz, o co w tym chodzi. Jednak główna struktura to nasza grupka, zważywszy, że tworzymy jedną klasę z jednej szkoły. Mimo wszystko trzeba używać slangu jak się chce rozmawiać otwarcie o tym, ale żeby nikt się nie skapował, o co w tym chodzi. Więc na zioło, w ogóle na towar, będziemy mówić „książki”. Na palaczy mówimy „istoty”, a na stan halucynacji „stany dziwności” lub „defragmentacja myśli”. — Po chwili przerwy, dodał jeszcze — poznamy cię z najstarszym mieszkańcem Ulicy Kwasu, był tam jako pierwszy z nas w tym mieście. Był jednym z pierwszych tu wprowadzonych. Nazywa się Franz.

— Czyli ulica powstała wtedy — wtrącił Mały Czacha, — gdy Apteka Ćpuna nagrała swoją pierwszą płytę?

— Tak.

— Ile ten koleś ma lat?

Chyba dwadzieścia dziewięć, ale nie jestem pewny. Wiadome jest, że praktycznie cały czas jest na piździe.

— Czy nie powinniśmy się czegoś obawiać? — Spytałem.

— Nie, czego? — Spytał ktoś. Nie wyłapałem. Przykucnąłem. Ziemia była sucha i ciepła, więc usiadłem. Nie mogłem więcej stać. To było zbyt skomplikowane.

Mały Czacha siedział ze mną już godzinę. Rozmawialiśmy. Opowiadałem o byłym świecie, dziewczynie, o sobie teraz, a on słuchał. Był pierwszą osobą, która mnie słuchała. Przyjaciel, z którym dzieliłem się swoimi problemami. Pocieszał mnie, że nie powinienem się tym tak przejmować, że jestem zbyt wrażliwy, i że bezgranicznie nie powinienem ufać ludziom. Nie wiem. Była we mnie jakaś złość, której chciałem dać upust. To trwało już za długo. Ponad dwa miesiące, a ja dalej nie mogłem się z tego otrząsnąć. Mervill powiedział, że fakt, że to trwa długo, ale trzeba się podnieść i walczyć dalej. Powiedział, że nie można się dołować taką rzeczą, oczywiście ważną, lecz powinienem wynosić z tego jakąś naukę i być bardziej uważny, co do ludzi. — Banały.

Powiedział, że przypominam cyklopa. Że widzę bardzo wiele, ale tylko jednym okiem. Widzę, tylko wszystko z jednej strony, a nie patrzę na to z dwóch. Czacha cały czas mówił o różnych rzeczach i wymuszał na mnie bym skupiał się na tym, co mówi, ale było mi trudno. W pewnym momencie widząc, że za dużo myślę, zaproponował, byśmy się przeszli. Więc wyszliśmy. Nawet nie wiedziałem, że jeszcze jest dzień. Traciłem zupełnie rachubę czasu. Cały czas miałem w głowie, niepoukładane myśli. Tylko nastawiałem, jeszcze w szkole budzik, bym nie zaspał do szkoły, i przez cały dzień w ogóle nie patrzyłem na zegarek. Próbowałem się zrelaksować. Czacha cały czas mówił o różnych rzeczach i wymuszał na mnie bym skupiał się na tym, co mówi, ale było mi trudno. Cały czas miałem w głowie, niepoukładane myśli.

Ci wytoczyli zza szkoły idąc chwiejnym rozbawionym krokiem. Jeśli ktoś chciał zobaczyć szczyt alternatywy, to oni ją doskonale przedstawiali. Zahaczyli o nas i wszystko miało się zacząć kręcić za jakieś parę minut, gdy mieliśmy dotrzeć do „bezpiecznej miejscówy”.

Idąc rozmawiali rozmemłanym głosem coś między sobą, śmiejąc się i rechocząc. Nie mogłem zrozumieć tego, co właściwie robią. Nie mogłem pojąć. Byli jakby psychiczni i śmieszni i gadatliwi. Nie wiedziałem, co tu w ogóle robię. Uganiam się z nimi, ale czyżby to ze mną było coś nie tak? Przecież wszyscy wokół ćpają, a ja nie, więc dlaczego nie miałbym poszerzyć swoich horyzontów. Ich zachowanie trochę mnie przerażało. Napawało nieznanym lękiem przed nieznanym.

Rozmyślałem nad następstwami wszystkiego, co się ma zaraz wydarzyć. Pomyślałem o rodzicach. Oni przecież też to palili. Strasznie żałuję, że nie mogę o tym z nimi teraz porozmawiać. Gorzej, gdyby oni nie palili, a ja bym w ogóle się od nich odizolował. Wszystko tu było takie przerastające. Smutny jesienny dzień. Trochę beztroskiego ciepła, ze starych dni, i jednocześnie nowego otoczenia.

Obserwowałem grupkę młodych ludzi stojących przede mną. Wyraźnie mieli dość tych zabaw słownych i paramilitarnej grabieży ich osobowości. To dobrze. Nie musiałem odpowiadać na żadne pytania, a mogłem jednocześnie cieszyć się, z zamętu, który jako los wprowadza bezpośrednio, stojąc przed chłopakami i opowiadając im bajkę, której zakończenie nie jest wiadome, bo ma dopiero nastać. Ale nie wiadomo, kiedy ono nastanie.

— A teraz, proszę państwa przed nami Ulica Kwasu. Od teraz jesteś jej członkiem.

Stałem i patrzyłem. Wszystko stało nieruchome. Zupełnie jakby jakieś szaleństwo miało się zaraz ujawnić znikąd. Ruszyliśmy obok huśtawek i piaskownicy do ślepych zaułków. Niedaleko był zniszczony napis uliczny, oznakowujący ulicę. Napis ulica Kmiotka, była przekreślona i napisana sprejem, ulica kwasu. Wszyscy zauważyli to, że mimowolnie się uśmiechnąłem na ten widok. Ruszyliśmy między budynki, gdzie nikt nas nie widział.

Czacha sięgnął do plecaka i wyjął metalowy piórnik oblepiony dziwacznymi, kolorowymi naklejkami. W środku były zwyczajne przybory szkolne, ale piórnik miał podwójne dno, a pod nim miał dwie szklane lufki, igłę do szycia, wacik, papierosa, bibułki i woreczek z zieloną miazgą. Leciała muzyka. Głośno, ale nie na tyle, by ktoś miał mieć pretensje. Wyciągnął woreczek z marihuaną. Obserwowałem jak nabija. I wtedy pomyślałem „kurwa, co ja robię, przecież to są, kurwa, narkotyki”. Ktoś wyciągnął lufkę, ktoś nabił, ktoś wyciągnął sprzęt, empetrójkę. Ktoś mi lufkę podał. Wziąłem ją do ust, a ktoś inny ją przypalił. Inny poinstruował:

— Zaciągnij się bardzo głęboko i jak najdłużej trzymaj dym w płucach.

Zaczęło skwierczeć, a ja wdychałem opary, zaciągając się. Zrobiłem tak, jak w instrukcji, ale dym mnie gryzł i zakaszlałem. Drapało mnie w gardle.

— No Czacha, twój kolejny inicjowany. — Odezwał się Ozyrys, cały czas jedynie przyglądający się zaistniałem sytuacji.

— A no. — Czacha wziął ode mnie lufkę i sam zaczął ciągnąć, a potem dał ją Ozyrysowi. I tak lufka krążyła, aż jej zawartość doszczętnie się ulotniła.

Zadzwonił telefon do Małego Czachy. Odebrał a ja zaczynałem dziwnie się czuć.

— Cześć Szymon, to ja, mam dla ciebie straszną wiadomość. Ale usiądź. Felix dostał zawału. To nie wszystko, potrzebuję kogoś takiego jak on by pojechać po gołębie do Niemiec. Tak całą hodowlę, jest ich pięćset czy osiemset. Załatw kogoś. Oddzwonię później.

Wszyscy zaczęli patrzeć na niego z szokiem i zastanowieniem się, co się dzieje. Mervill spojrzał na wszystkich, jak gdyby nigdy nic i wyciągnął papierosa. Jego mina i zachowanie kompletnie przeczyła temu, co wszyscy podejrzewali.

— Z kim rozmawiałeś? — Spytała Persefona. I dobrze. Ja się bałem spytać.

— A z takim jednym kolesiem. Nie ważne. — Powiedział i znowu zaczął mu dzwonić telefon.

— Szymon? To ja. Mam dla ciebie tragiczną wiadomość. Ale usiądź. Felix nie żyje. Dalej nie mam nikogo, kto by odebrał gołębie z Niemiec. Wymyśl coś. No dobra do zobaczenia.

Rozłączył się.

— O czym ty do cholery gadasz, Merv? — Spytałem stanowczo.

— Lizardus! Czy mi się zdaję, czy to był pierwszy w twoim życiu przejaw pewności siebie?

— Raczej ciekawość mnie zżera.

— O niczym, nieważne. — Powiedział i uśmiechnął się szeroko.

I znowu zaczął dzwonić telefon. Mervill odebrał go i z poważną miną i głosem mówił.

— No cześć Szymon, mam gołębie. Nie, same przyleciały. O nic się nie martw. Znalazłem kogoś. Wygląda jak Felix, ale nim nie jest. Coś jak sobowtór, rozumiesz, klon. Przyjadę jeszcze dziś to pogadamy. Ta linia może być na podsłuchu.

Odłożył komórkę i spojrzał na wszystkich. Wtedy zaczęła grać muzyka.

— Wkręcałem kolesia. — Roześmiał się pełnym głosem, jakby to była najśmieszniejsza rzecz na świecie.

— Jak to? — Spytała dziewczyna.

— No on dzwonił i zanim jeszcze powiedział pierwsze słowo, przerywałem mu i mówiłem to, co mówiłem.

— Rany, a wiesz przynajmniej, z kim gadałeś?

— No tak. Jasne, człowieku.

Wszyscy zaśmialiśmy się i po chwili zamilkliśmy w oczekiwaniu na imię.

— No. Do Szymona, nie?

— Dzwoniła Persefona — Powiedział Mervill, rozdzierając na strzępy moją wizję.

— Persefona? — Spytałem.

— Tak, spotkałeś ją wtedy co… Rany człowieku, tragicznie wyglądasz. Widać, że się przyjęło. — Helmut w odpowiedzi posłał szeroki, szczery uśmiech zadowolenia.

— Co, a tak? Pewnie tak. Czego chciała?

— Pytała się czy może wpaść tutaj, pewnie też chce zapalić…

— I co? Przyjdzie?

— No, to zależy czy chcesz, powiedziałem jej, że się spytam ciebie i potem napiszę.

— Dobra, niech przychodzi…

Czacha nachylił się nade mną.

— I co? Jest relaks?

Nie wiedząc, o co chodzi przytaknąłem. Wszystko wokół mnie zdawało być się inne. To nie ja odlatywałem, ale wszystko wokół mnie. Długo dochodziłem do siebie. Ktoś dał mi papierosa, trochę się uspokoiłem. Napiłem się, bo mi wysuszyło usta. I pociągnąłem znowu bez wahania. Wszystko stało się jasne. Stan ten zupełnie nie przypominał trzeźwości.

— Może podejdź sobie do okna. — Próbowałem wstać. Wstałem. Podszedłem do okna, tak jak mi zaproponował i obserwowałem widok przed sobą. Drzewa. Jak w po klatkowym filmie. Ktoś założył mi słuchawki. Wtedy się zaczęło.

Świat liściowy

Pamiętam doskonale moją inicjację odbywającą się poza terenem miasta, w którym żyłem. Wokół były tylko puste przestrzenie, samo pole, a za nami kilkanaście budynków, z których biła pustka. Znaleźliśmy się na skarpie porośniętą drzewami. Był piach, wał, stara wersalka i nasza nieśmiertelna trójka. Nie wiedziałem wówczas, czego się spodziewać, jednak wiedziałem, że będzie to inne niż cokolwiek wcześniej brałem. Naturalne, rzadkie i drogie.

Liście zmieniły się w ptaki, te leżące na ziemi, a potem zamieniły się w liście i pospadały z drzew. Liście wzniosły się do góry i zakorzeniły na drzewach, rosnąć w pączki. Potem gałęzie się schowały, kora drzewa odpadła. Wszystkie drogi skurczyły się w podziemie, a cały pień się ustabilizował. Wszystkie wklęsłości się uformowały. Korzenie się wydłużyły i zaostrzyły na końcu. A już po chwili drzewo wyglądało jak kolumna. Później to samo zrobiło się z innymi drzewami. A potem zajęło to cały las.

To świat jest liściowy. — Te całe liście to świat, który powstał przed stworzeniem człowieka. Tak wyglądał świat. Był naturalny i beztroski. Nieskomplikowany i inny. Ten świat jest właśnie zamknięty w liściach szałwii, zakonserwowany w tej krainie magii. Istoty, które zamieszkiwały tą krainę, nie musiały palić szałwii, bo wszystko wyglądało tak, jak widzimy to, gdy wypalimy owe liście. Te istoty były właściwie stworzone z niej. Wydaje ci się, że jesteś książką, lub jakbyś się kręcił w krople farby zrobionej z tramwaju. Teraz nabijam tą niesamowitą rośliną i zaczynam.

Zakrztusiłem się i skuliłem w sobie, czując jak nadchodzi coś, co totalnie rozszczepiło obrazy przede mną, zwielokrotniając je i nakładając dziesiątki razy. Wszystko było fraktalne i wirowało wokół. Twarze były fragmentarycznie zdeformowane. Nie mogłem utrzymać równowagi. Wszystkie obrazki z mnóstwem koloru, napędzały zdarzenia, wyrzucając i teleportując mnie na kilka sekund mnie, właśnie w ten świat. Wyłaź z tramwaju! Ktoś krzyknął, ale ja leżałem na ziemi. Moje nowe pojęcie grawitacji zdradzało mnie, że jednak jestem w tramwaju i siedzę. Nie mogłem się podnieść, ale wiedziałem, że ten głos nie mówi tego na żarty i może stać się coś strasznego, więc zacząłem wszelkimi środkami wychodzić z wyimaginowanego środka transportu. Patrzyłem na ziemię i widziałem ułożone ze śmieci, liści, patyków, bok tramwaju. Spojrzałem w drzewa i widziałem poruszające się twarze, przeskakujące z drzewa na drzewo. Upadłem i utkwiłem wzrok na kępie trawy i kilku krzakach, które tworzyły tunele. Miałem przeczucie, iż zaraz miał nadjechać kolejny tramwaj. Wtedy zacząłem wracać…

Majaczenia ustały. Wizje i halucynacje, otępiałe pomysły niemal stały się rzeczywistością, wszystko odpłynęło. Szliśmy przed siebie. Idąc przez las, niebo zniknęło pozostawiając po sobie tylko skupisko czerni rozpościerającej się nad naszymi głowami. Nie widzieliśmy nic, a mój słaby wzrok mi w tym nie pomagał. Droga była prosta, niezbyt skomplikowana, ale jednak, nie potrafiliśmy znaleźć właściwej ścieżki. Persefona wskazała kierunek i podążyliśmy przez dziki, pierwotny las, którego ciemność i niewyrazistość jak i nierozpoznawalność kształtów otępiała nasze zmysły tworząc przed oczami fantasmagorie, które napędzały dziwne, wyobcowane dźwięki nocy i muzyka lecąca gdzieś potajemnie z małego przenośnego odtwarzacza. Znaleźliśmy ścieżkę, a na horyzoncie widać było światło.

Szliśmy polną drogą, wokół nas były ogromne polne przestrzenie i prażące słońce. Idąc wyobrażałem sobie, że jestem starym mnichem, kulejącym, wspierającym się rytmicznie o lasce, podążającym przez pustynię, której bezwład, chaos, martwota i pustka mnie przytłacza. Wyrwałem się z wizji i rozejrzałem wokół. To nie może być wieczność, pomyślałem i patrząc w przestrzeń na wschodzie, gdzie na horyzoncie, oświetlony zanikającym w powolnym ruchu słońce, oświetlało czarne budynki. Naraz zapanował nade mną przeraźliwy lęk przestrzeni, skutkującym zlaniem mnie zimnym potem i następstw w postaci dreszczy. Zaproponowałem byśmy przyśpieszyli.

Idąc zapachy i dźwięki drażniły się z nami. Idąc, wymienialiśmy poglądy na temat rozlegający się wszędzie zapachu, który z początku pachniał jak pizza. Z kroku na krok, przeradzał się w pyszne ciasto, by zaraz zamienić się w niemal namacalny zapach świeżego pieczywa. A gdy doszliśmy między budynki, zaatakowała nas myśl, najbardziej radykalna i prawdziwa, że to tylko zapach spalin. Potem idąc między budynki, dźwięki, najcichsze szmery, narastały w mózgu, jak dziwaczne kowadła uderzające, lecz niewydobywające dźwięki rozlegające się bezpośrednio w mózgu. Słyszeliśmy kłótnie, głośną i przejrzystą awanturę rodzinną i zamarliśmy w przerażeniu jakoby, że ten głos jest najbardziej realny i przytłaczający, jak tylko można było określić prostymi znaczeniami. Idąc coraz bliżej, doznaliśmy kolejnego omamienia przez nieznane naturalne specyfiki. Słyszeliśmy głośno bawiące się gdzieś w domu dzieci. A gdy nadeszło miejsce dzielące nas o kilka kroków, kolejna przerażająca wizja uleciała, ukazując rzeczywistość, którą był głośno grający telewizor, nadający jakąś zatwardziałą telenowelę.

Nadeszły mnie rozmyślenia na widok dziewczyny przypominającej Scarlett Johanson. Była identycznie umalowana, oczy i usta, tak samo zafarbowane włosy, tak samo spięty. Żadnej kreatywności, tylko tępa faza, by wyglądać tak, jak jedna z wielu, jak jedna ze sławniejszych, bo może to nada im na wartości. Bo może zostaną zauważone, jako oryginalne, ale prawdą jest, że one, te dziewczyny wzorujące się na swoje ulubione aktorki, piosenkarki czy cokolwiek innego, nie wierzą w siebie. Przynajmniej do takiego doszliśmy porozumienia.

Gdy nastały kolejne dźwięki muzyczne, wyobraziłem sobie, jak do otępiałej, wolnej, flegmatycznej melodii, której znaczeniem były słowa — słone czasy, nikt mnie nie kocha, tak jak ty, czy jakoś tak — wyobraziłem sobie heroinowego ćpuna idącego przez pole, mającego dość fatalnego zjazdu po tym niewątpliwie ohydnym narkotyku. Idąc wolno, postać ta jęczała i skomlała, mówiąc na przemian słowa piosenki, kierując je do boga słońca.

Muzyka kierowała moją fazą. Rozmyślałem o automatach. O potężnym zindustrializowanym świecie, gdzie maszyny stały się zbędne niemal całkowicie. O ile zautomatyzowanie ludzi przyniosło korzystny efekt. Ludzie stali się organicznymi mechanizmami. Przestały im rosnąć włosy na jakimkolwiek skrawku ciała, ukazując białą, gładką skórę. Odpadły im paznokcie, przestając być już zbędne. Zęby mądrości nie wyrastały wcale. Dzięki czemu inicjacja pełnoletniości nie mogła być przeprowadzona. Zanikły jego granice. Rodziły się świadome, z zębami i wrodzoną nauką mowy i pisma. Dziecko takie rodziło się w pełni świadomości swej umysłowości. Całkowicie rozwinięte umysłowo. Ludzie zrzucili odzież i chodzili nago. Zwierzyna padła, zostawiając tylko jeden gatunek. Zresztą nie były im już one potrzebne, bo ludzie przestali jeść, pić i kopulować, ograniczali się oni, bowiem tylko do pierwotnego instynktu, podtrzymywania gatunku. Wyliczali każdy dzień, znajdując odpowiednią chwilę, w której kobieta na pewno zajdzie w ciążę. Wszyscy ludzie używali stu procentów swojego mózgu. Przestali pracować. Zarzucili sztukę i politykę. Znikały kraje i narody, nie było wojen, żadnych dyscyplin i żadnej konkurencji. Wszyscy uzyskali pamięć zbiorową, identycznych do siebie jednostek. Ludzie z biegiem lat stali się tym, czym mieli. Ludźmi. Inteligentnymi kreaturami pozbawionymi zwierzęcości w swojej krwi. Oto ostatni etap ewolucji człowieka.

Byłem w jego samym środku oka, a to wyglądało niesamowicie dziwnie. Zbyt bardzo surrealistycznie nie będzie, kiedy pomyśleć na poważnie o jakimś defekcie własnego mózgu, gdy znak horyzontu do mycia, dała falami mi ciemność rozpływająca się salami nadciągając. Klękam i mieczem rysuje koła w wodzie, do której ktoś wrzucił kamień. Mój budynek a w szczególności wyższe piętna były idealnym obserwatorium całego zdarzenia. W ciemność nadciągała i otaczała wszystko a ja tylko mogłem to obserwować i czekać, co się dalej stanie. Myślałem, że zjawisko będzie krótko trwało, zanim się zorientowałem było w południe, a cała przestrzeń całe niebo ma darmowy dowóz do szpitala w ciemnościach. Nie było czarne i nie świeciła, żelazna gwiazda ani nic innego. Bo co podać ponad moją głową, gdy ciemność zalała wszystko wokół, a ja mogłem być sokiem z twojego okna, chcącym obserwować cudze i coraz bardziej nietypowe zachowania ludzi.

— Ej, Lazarus. Co ci jest?

— Nie, nic, nic, tylko się zamyśliłem.

— Opowiem wam o coś. To niemal historia miłosna. Słuchajcie: Jeden koleś chodził z dupą. Był z nią i no właśnie. Nie wiadomo. Mniejsza. Otóż w rozmowie powiedział, co się w niej nie podoba i to, co się w niej nie podoba. Dziewczyna była naprawdę miła i mało w niej było złych rzeczy, a jak były to takie, które można wybaczyć, i nie można było się na nią wkurwiać więcej niż raz na kilka dni. On ją zostawił, a ona opłakiwała go przez pół roku, wpadła w depresję, przedawkowała psychotropy i zmarła. Koleś po zerwaniu, znalazł sobie idealną (głupią, tępą, infantylną, z mnóstwem wad, będąca niemal wcieleniem zła) dziewczynę. Zaczął z nią chodzić. Przy nim była fałszywa i nic mu nie mówiła. Ukrywała wszystko przed nim. Najbardziej oczywiste myśli. Kłóciła się z nim często i robiła nieprawdopodobnie złe i niewybaczalne rzeczy. Po dwóch miesiącach zerwała z nim. Chłopak się załamał. Opłakiwał ją przez rok i przez kolejne pól brał psychotropy, przedawkował i zmarł. Dziś obok leży jego stara dziewczyna i on. Znów razem. Śmierć ich nie rozdzieliła. Wszyscy myśleliśmy w milczeniu.

To było smutne. — Powiedziałem. Mervill uśmiechnął się i zaczął śmiać.

Psychodelice

Niemal z oddali, a będący bliżej niż się myślało, grał na żywo zespół z plejbeku…

Psychodelice nowy głos PSH. My tu jesteśmy, ha ha ha! W Psychodelicach jest zajebiście — wszyscy się cieszą i palą liście. — Psychodelice, Gdzie my jesteśmy, bu ha ha mam! — Psychodeliczne wizje tu żyją, realne one są, tak jak i my. Psychodelicji osiedla dzieci ulicy kwasu. Uliczne dzieci kwasu osiedla, nierealnością tu jesteście wy. — Dziewczyna z liściem na twarzy. Oj ta m oj tam. Pucipuci mniam mniam. Omniomniom. Jestem Ćpunem! Głosuję na LSD!

— Co to było? — Spytałem.

— Apteka Ćpuna. Kawałki nagrane ku czci tego miasta.

Mam małe deja vu zaczerpnięte ze snu. Po raz pierwszy przypomniały mi się moje sny z dzieciństwa, gdy miałem około sześciu lat. Śniła mi się wieś zbliżona swym wytwornym odzieniem do malunków Dudy Gracza. Do mego domu dobijają się wieśniacy i porywają mnie z łóżka. Chwytają i krępują i niosą na wysoką górę na której stoi odwrócony krzyż. Wyglądało to dokładnie tak, jak krzyżowa droga lub kto woli — skrzyżowanie. Szliśmy wolni i zbliżaliśmy się. Nikt nic nie mówił. Radość miała wybuchnąć w momencie mojego ukrzyżowania. Ale jak na razie panowała niemal cisza. To jest kwintesencja owej rzeczywistości.

— Co się zmieniło?

— Jakie było pytanie?

— Kurwa. Wszyscy mają mózgi spierdolone. — Powiedział ktoś.

Weszliśmy na wał. Przeszliśmy kawałek w ciszę robotników i płynącej rzeki. Dalej pod most, mijając ohydnych typów, którzy patrzyli się na nas jak na gówno, nie kryjąc się z tym specjalnie. Lalusiowaty padalec, gapiący się na swoje piwo niczym na zdjęcie zmarłej matki, miał w sobie tyle osobowości, co placek ziemniaczany. Odpowiedziałem na jego westchnienie „Jezus-Maria”, że to nie oni, tylko ja. I tutaj podałem swoje imię dodając, że moja matka nie ma ryja. Oburzyło go to. Spytał czy coś mi nie pasuję. Zmieniając pokrętnie temat, powiedziałem tylko, że świat byłby lepszy gdyby psy nie srały na trawniki. Podszedł do mnie z pędu i stanął bardzo blisko mnie. Spytałem, czy chce mnie pocałować, skoro stoi tak blisko. Powiedziałem mu, że ma ładne oczy i ładne zęby i sierść. Wiedział, że drwię z niego. Nazwał mnie zlepkiem jakichś pijackich słów. Spytałem czy mógłbym powtórzyć, bo nic nie zrozumiałem z jego szczebiotliwej mowy i łapałem tylko kluczowe słowa jak najbardziej przypominające cokolwiek sensownego. Kumulowałem złość do ostateczności.

Nachylił się nade mną i chwiał na boki. Typ przede mną, szykował się by mnie popchnąć albo uderzyć. By zachować zimną krew pomogła mi w tym moja wierna towarzyszka. Adrenalina. Wyrżnąłem go w brzuch z pięści z całej siły. Nie mogłem sobie pozwolić na ból, który szykował się by mi zadać. Nie cierpiałem bólu fizycznego. Bardzo źle go znosiłem. Gdy się nachylił wyrżnąłem go butelką z piwem w łeb. Jego głowa odbiła się od kamienia i gleba zalała się krwią. Wszyscy wokół się rozproszyli. Poczułem się bezkarnie. Nikt na mnie nie doniesie, bo wiedzą, że jestem nieobliczalny, a i im to by zaszkodziło, bo w ten czas uciekli.

Rozdarłem mu twarz odłamkiem szkła. Po kolei rozrywałem kolejne płaty, oblizując palce, zlizując z nich gorycz. Bo krew jest gorzka. Nie słona.

Usłyszałem swoje imię. Ocknąłem się. Spojrzałem na Mervill, patrzącego na mnie pytająco. Odwróciłem się i spojrzałem na grupkę ludzi kilka metrów przede mną. W ogóle na mnie nie reagowali.

Wszystko zaczynało być mieszane. Widok na ulicy, przypominał stary film, który jakoś próbował sens swego nieistnienia.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? — I nie czekając na moją próbę, odpowiedział za mnie. — Że jesteśmy tylko namiastką większej historii, czymś nieznaczącym.

— Co masz na myśli?

— Tak, jesteśmy tymi, którzy przekazują historię dalej. Naszą historię ktoś opowie, prawdopodobnie opowiadając o nas.

— Ciekawe kto to będzie.

— Pewnie jakiś cieć albo inny frajer.

— Pewnie tak…

Ohydny smak mięty wypełnia moje drogi pokarmowe porażającą gorzkością. Wstając byłem na polanie mięty. Czułem się suchy i odświeżony. Oddychało mi się z niewiarygodną gładkością i prostotą. Wstając i rozglądając się, widziałem tylko parę domków wsi na których chaotycznie rozstawionych podziwiałem pejzaż lasu w tle. — Moje dłonie. Gdy spojrzałem na nie, rozpostarte miały na sobie czarne plamy niewiadomego pochodzenia. Na twarzy zaczęły pojawiać się znaki. Część tego jest skonsolidowane z rzeczywistością, cześć nie. — Czułem się zagrożony. W mechanizmie geometrycznym gdzie wiele jeszcze dobroci zostało, spożytkowałem resztki anty-fizyczności. Zatrzymałem się w przekonaniu, że jest wokół napięcie. Czułem się obserwowany. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że niepokój jest spowodowany odbiornikiem telewizyjnym. Wyszedłem, byłem tam i wróciłem. Siedząc i patrząc na pokój, dotarło do moich oczu, że na samym jego środku, podłoga rozstąpiła się rozerwana. Biła od niej nieskazitelna czerń i cisza, jakby wyrwa sama w sobie nią była. Gdy się odwróciło wzrok, można było tak pomyśleć. Jednak odczuwałem głębokie przyciąganie w jej stronę…

— To nie są wizje stary — powiedział Ozyrys a- tutaj to wszystko dzieje się naprawdę. — Zdjąłem na chwilę słuchawki i spytałem. — Tutaj nie ma faz. Tu jest rzeczywistość tak nagięta w tym miejscu. To Ulica Kwasu. Tym Psychodelice różnią się od innych miejsc na świecie.

— Jak to nie wizje, jak to naprawdę? Nie rozumiem. Przecież to wszystko halucynacje, nie?

— Niby tak, ale to miejsce, ulica kwasu znaczy się, sprawia, że to wszystko staje się realne. Taka totalna przestrzeń, totalnie irracjonalna, w którym wszystko się może przydarzyć.

Nie rozumiałem co do mnie mówił. Jego obraz mi umykał. Stawał się poklatkowy. Ulica wydawała się bardziej opustoszała niż zwykle. Nie był tu żadnego człowieka, psa, samochodu, także budynki były jakby zgaszone. Zdawało się, że nikt tu nie mieszkał.

— Pesymiści nazywają to piekłem. — Zauważył ktoś, ale zupełnie niezwiązane to było, z tym co myślałem.

— A optymiści?

— Herezjami.

Patrzyłem w uliczkę. Zdawało mi się, że dalej jest jeszcze jakieś przejście. Że to wszystko nie mogło być ślepym zaułkiem.

— Jutro, jak będzie wszystko okej… — Mój słuch wyłapał kolejne zdanie. Zacząłem iść w stronę zaułka. Sunąłem, nie szedłem. Ziemia była nadzwyczaj płaska. Słyszałem jakiś powolny dźwięk, który naprzykrzał mi się na uszach. Stanąłem i zajrzałem na podwórko. Nic tam nie było na pierwszy rzut oka. Lecz w cieniu, zobaczyłem jak z jednego kanału w ziemi, wychodzi monstrualnie, chyba dziesięciometrowy ślimak. Cały brązowy i połyskujący, wolno sunął po ziemi. Wydawać by się mogło nawet, że to dżdżownica ludzkich rozmiarów. Była ogromna. Miała twarz starego mężczyzny. Ślimak sunął powoli by wejść w kratkę ściekową, schodzącą do podziemi innego rodzaju. Zacząłem odsuwać się do tyłu, ponieważ przerwał i schylił głowę. Nie chciałem by mnie zobaczył. Wróciłem do towarzystwa. Nie wiedziałem, czy powinienem powiedzieć, co widziałem. Możliwe, że miałem zwidy.

W tym miejscu drążyło jakieś totalnie negatywnie poryte wnętrze. Wszystko było tu niemal odpychające. Ale intrygowało. Było tu pełno starych domów, budynków. Wszystko było przedziwne. Moi nowi znajomi. Wyglądali jak totalni psychopaci. Dziwne zachowanie. Jakby to wszystko sprawiało im frajdę. Muzyka była uosobieniem klimatu tego miejsca. Miejsce totalnie złej jazdy. Niemal lęków widzianych naprawdę. Ciekaw byłem, co jeszcze skrywa to miejsce. Miałem nadzieję, ze istoty te nie zrobią mi krzywdy.

Patrzyłem na pustą niebieską ulicę. Szedł bezpański pies, zawirował jak pod wpływem wibracji fal telewizyjnych i zniknął. Totalne porażenie widzianej formy. Pociągnąłem trzeci raz, najdoskonalszy i najdłuższy, muzyka otępiała wszystkie zmysły. Wszystko mnie przytłaczało. Wszystko wokół się zmieniało. Ktoś za mną śpiewał.

— W starej skrzynce, stare gacie, kto wypierze, powie tacie, że pod domem, w starej skrzynce, stare gacie… Odwróciłem się, widziałem przechodząca między nami starą babę, pchającą niemowlęcy wózek wypełniony szczurami i śmieciami. Szła wolno. Nikt na nią nie zważał. Ściemniało się. Stawało się bardziej obłąkańczo. Uliczka się ściemniała. Drogowskazując drogę do Psychodelic…

To ulica takich jak ja. Przedstawiam wam ją. Ulicę kwasu. Oto ona. Stoi przed wami otworem zawsze, gdy zarzucicie kwas, zjecie grzyby, spalicie szałwię. Tu mieszkają sami tacy, co wciąż uciekają. Znajdują drogi prowadzące do ukojenia. Możliwe, że świat, to osiedle, ta ulica, nie wygląda tak, jak ją przedstawiam. Ale to nic. Jest to moja osobista wizja, którą się dziele, z kim tylko mogę. Ulica jest pełna osób brodzących w onirycznym szaleństwie.

Stworzyliśmy ją na podobieństwo siebie. Tu zabrnęliśmy w ten nasz świat tak daleko, ze zmieniliśmy wizje pojmowania samych siebie. Ale są też oni, ludzie, agenci, którym się to nie podoba. Chcą zapanować nad nami i nad naszym domem. Mimo, iż mamy prawo ćpać, oni nie chcą byśmy to robili. Są jak wielkie mocarstwo chcące podbić wieś. Jednak my jesteśmy tu nietykalni. Tu jest nasz azyl. By przetrwać, musimy być w grupach. Gdy jesteśmy, oni się nas boją. Są jak zastrachani faszyści. Gdy jesteśmy w pojedynkę, jesteśmy wystawieni na cel. Oni mają swoje sposoby. Swoje triki i pułapki. Mogą tylko krążyć i obserwować. I czaić się, aż któryś z nas będzie sam. Pozostaje tylko udawać, że jesteśmy silniejsi i że się ich nie boimy.

Psychodelice były niezależne. Wolne. Bez prawa, policji i religii. Azyl odcięty od świata. Kompleks ten liczył mniej niż stu mieszkańców.

— Podobno nie można się ani wydostać, ani odnaleźć naszej Utopii.

— Widać coś się zmieniło.

Miasto miało pełną legalizację. Pewnie dlatego przybyli Oni. Agenci Government Blend Agenci chcą zniszczyć nasz świat, który jest dla nas bardziej realny, niż ich racjonalny. Chcą go zniszczyć, bo go nie rozumieją. Ludzie zazwyczaj boją się nieznanego. I chcą to zniszczyć. Póki co, dajemy im radę. Jesteśmy dziećmi ulicy. Ulicy kwasu.

— Hej Mały Czacha, to przejdzie do historii jako kolejna legenda.

Mały Czacha zaczął opowiadać: Świat jest prosty jak zastrzyk z morfiny. Ale ulotny jak surowy eter. Wszystko się dzieje na raz, co dostrzegł James Joyce. Od świata można uciec, ale trzeba albo odwagi albo motywu, który pchnie do tego. Tu mieszkają sami tacy, co wciąż uciekają. Znajdują drogi prowadzące. Do miasteczka Psychodelice. Możliwe, że świat. To osiedle, ta ulica, nie wyglądają tak, jak je przedstawiam, ale to nic. Jest to moja osobista wizja, która się dzielę, z kim tylko mogę. Z kartką papieru, długopisem, bądź z każdym…

…Uciekając uleciałem po raz wtóry do dnia…

Kiedy mrok we znaki się dał, zabłysły światła w przejściu. A za nimi był śmieci szał. A to, co widziałem, to opisałem…

Poszedłem z humorem w to przejście, lecz ja na długo zapamiętam to bolesne, przykre miejsce. Tę chwilę. A za nim czegoś będę się bał i już niczego nie będę chciał, gdy pomyślę o śmieciach ciał. Wszystko to, co opisałem, to ja widziałem, słyszałem. Kiedy mrok we znaki się dał, dając mi znak znaczący. — Zacząłem przez brata. Dawniej mieszkałem tak jak wszyscy tutaj, za miastem. Brat ćpał i nie ukrywał się z tym. Aż w końcu przybyli oni, agenci Government Blend INC. To był pierwszy raz. Łatwo było im go znaleźć, bo mój brat kupował ich papierosy. Government Blend Light, na które mówiliśmy „Smaczne Lajty”. Byłem załamany, bo kochałem swego brata. Próbowałem go odnaleźć, ale na próżno. Załamany pewien raz wypiłem napar z grzybków. I go zobaczyłem. W swej wizji. Mówił do mnie, co robić i gdzie jest, i poszedłem w to miejsce go stamtąd zabrać. Aż trafiłem tu. Do Psychodelic. Dragi mnie zmieniły. Kwas objawił mi nowe imię i zmienił w jego znaczenie. Teraz znowu tu jestem. W tych samych uliczkach. W tym samym miejscu go znalazłem. Czuję w sobie melancholię a i retrospekcje koją oczy. Przez przypadek tu jesteśmy, bo oni nic nie wiedzą. Ale pamięć trwać, trwa w mym samym i pokazuje to, co przeminęło przypominając mi żar i nienawiść, jaką darzę tajniaków. Pamiętam to wszystko jakby było wczoraj, kiedy byłem tutaj po raz pierwszy.

— Mój bracie … — powiedział rozczłonkowane ciało w strugach gęstej krwi brata Małego Czachy, nie wiadomo jak, pocięty i zgniły wciąż żył.

Siedzieliśmy na samym środku osiedla, w centrum, w samej piaskownicy i ogarnialiśmy fazę, którą zbijało się równie opornie. Nasze twarze zdawały się być niewyraźne. Zniekształcały się. W dodatku byliśmy lekko zestresowani. Obserwowali nas agenci. Lecz nas było pięciu.

— Te zasrańce nas obczajają. Pewnie szukają Syzyfa, albo tego nowego, Josha. Albo czekają na zlot. Kij wie.

— Mały Czacha! Zapodaj do nich!

— Ej Wy! Co jest z wami? Spierdalać z ulicy!

Dwóch agentów zaczęło rozmawiać między sobą. Byli niemal identyczni.

— Dawno tych fiutów u nas nie było. Na pewno są tu z nielichego powodu. Dowiemy się. To oni są intruzami. Jesteśmy nietykalni. Można było się domyślić.

— Myślicie, że są tu przez to, że ulica nas zmieniła, i że zmieniliśmy ją? Że ulica żyje i myśli?

Tak w ogóle to gdzie jest Syzyf?

— Siedzi sam w domu. Odkąd agenci zabrali jego siostrę, w ogóle stamtąd nie wychodzi.

— Już ponad tydzień minął. Trzeba zaraz iść pod jego blok i go pilnować, bo te gnoje go wezmą na detoks.

To nieistotne, ale tak było nas więcej. I co z tego? Tak jest się samemu. W pustym nieistniejącym, coraz bardziej, mieście pochłaniającym mieszkańców. Celem ich agencji musi być obrona i bezpieczeństwo równowagi świata. Ulica posiadła wolną wolę. Trudno to przeoczyć. Mogą tylko krążyć i obserwować. Oraz czaić się, aż któryś z nas będzie sam… Pozostaje tylko być i udawać, że jesteśmy silniejsi i że się ich nie boimy. Była ich trójka. Nic więcej nie wiadomo. Ludzie zazwyczaj boją się nieznanego. I chcą to zniszczyć, kiedy go nie mogą zrozumieć…

— Dobra, przegońmy tych skurwieli i chodźmy po Syzyfa.

— Ej! Wypierdalajcie stąd jebane kable!

Nie wiem czy to przez Małego Czachę, czy sami z siebie, ale agenci wsiedli do wozu i ruszyli uliczką. Mały wystawił im pożegnalnego faka na koniec.

— Te skurwysyny jeszcze mają czelność obnosić się z rejestracją naszego miasta.

— Faktem jest, że w Psychodelicach jest coraz gorzej. Chyba, że są tu z jakiegoś powodu.

— Musimy chronić naszą kochaną ulicę kwasu, bo inaczej nam ją odbiorą.

— Chodźmy zobaczyć, co u Josha, i chodźmy po Syzyfa. Możliwe, że te dupki już tam dojechały.

Zaczęliśmy iść uliczką. Obserwowałem Czachę i zastanawiałem się, co się roiło w jego głowie. Szliśmy wolno. Nie śpieszyło nam się. Mieliśmy czas.

— Czekamy. To jest chore. Sam tego nie łapię.

— Dobra, ale na co? Co oni chcą?!

— Jeśli to, o czym mówią jest prawdą, pewne jest, że ktoś pozostanie, jako ostatni, by opowiedzieć historię do końca zamiast autora, by potem udało się uciec. Muszę zmienić tożsamość i w nią uwierzyć. Moja historia trwać może wyzwolona, pozbawiona autorskiej narracji, o wolnej woli, jedynie wtedy, gdy nikt nigdy więcej nie napisze o mnie żadnej opowieści. Ostatnią zaś napiszę sam…

Wtedy Ozyrys przerwał krzykiem

— Hej chłopaki! Chodźcie zobaczyć! Znalazłem radio! Zobaczę co jest nagrane na kasetę. — Z głośników zamiast wydobyć się muzyka, wyszły dwie powykręcane ręce chwytające Ozyrysa z całą siłą.- Kurwa! Ale faza! — Powiedział tylko naćpany Ozyrys i ręce zaczęły wpychać głowę chłopaka w sam środek radia, w miejsce gdzie wkładało się kasetę magnetofonową.

— Kurwa to pułapka agentów! — Kiedy to zobaczyliśmy, dotarło do nas, co umieją agenci, i co chcą od nas. Teraz chcieli odwrócić naszą uwagę.

— Chyba ich widzę!

— W nogi! — Wszyscy wybiegliśmy z zaułka, tymczasem radio przestało przeżuwać naszego kumpla. Radio zjadło naszego kumpla! Jak to w ogóle brzmi! Nie mogłem w to uwierzyć, byłem w szoku. Kwadrans później byliśmy już bezpieczni.

— Cześć chłopaki. Co tam?

— Gównianie. — Zaczął Mały Czacha — Właśnie straciliśmy Ozyrysa. Tajniacy zastawili pułapkę. Widzę, że ktoś oprócz nas pilnuje. — Wtedy obok nich przejechała limuzyna agentów.

— Kurwa, agenci już tu są. Stańmy tak, by nas widzieli. Skurwysyny kręcą się tu od jakiejś godziny. Gdy tylko dostrzegłem ich z okna, domyśliłem się, że polują na Syzyfa. Dlatego tu jestem.

— Odjchali.

— Syzyf coś ostatnio strasznie zmula. Cały czas doszukuje się spisku, że rzeczywistość tkwi w innej rzeczywistości. Cały czas gada o tym, że gdy przyjedzie cyrk to wiele się zmieni. Nie wiem o co mu chodzi. Josh mówi różne rzeczy. Na przykład o tym, że chciałby być nowym młodym bogiem mieszkającym na pustyni gdzie oddycha się kwasem. Czasami mam wrażenie, że się zapada w ten przećpany świat.

— Kurwa! Co to było?!

— Te dranie są chyba po drugiej stronie budynku.

— No to kurwa ciśniemy! — Biegliśmy i nasz nowy ziomek powiedział.

— Chyba ich widzę! — Przed nami stała kilkunastodrzwiowa limuzyna. Nie mogliśmy nic zrobić. Trójka tajniaków prowadziła wysokiego kolesia w dredach i z anielskimi skrzydłami prosto do limuzyny. Miał związane ręce. Na imię miał Josh, ale to nie o niego im chodziło. Josh był nowy.

— Oto kolejny z nas zabrany przez nich. Nie wiemy jednak kto może być następny. Nie wiemy, dokąd ich zabierają. Lecz tam gdzie idą, możemy być pewni, nie ma odwrotu. Kolejny z nas idący na detoks.

Życie jak lunapark

— Życie jesjsz? — Powiedział siedzący na schodkach mężczyzna do otwierającego zębami piwo łachmyty. — Albo ZOO…

— Co masz na myśli? — Spytał zaraz po tym jak butelka wydała z siebie dudniące uderzenie, a dłonie skryte w rękawiczkach zalały się pianą.

— Przecież widzisz, co nie? — Mówi wypuszczając papierosowy dym, pokazując widok, jak gdyby miał się pojawić zaraz za jego machnięciem ręki. Menel patrząc się na świecący plac w nocy, na cały ogrom mechanicznych zabawek cudownego wesołego miasteczka.

— Tak — powiedział uśmiechając się, wziął łyka i patrzył się na świecące adrenalinatory ludzkich uczuć — tutaj, czy za dnia czy w nocy jest tak samo. — Lump spuścił wzrok i po chwili spojrzał na żółtą postać, z białym makijażem, czerwonym afro, charakterystycznym nosem i żółtymi zębami. — Chcesz się napić? — Spytał podsuwając mu pod nos wilgotną butelkę.

— Czemu nie… — Uśmiechnął się, podniósł, wyrzucił peta i pociągnął srogi łyk.

Klaun miał na imię Adam, miał 36 lat, choć wyglądał starzej, i był anglikiem ze starego rodu, jak to zwykł mawiać w rozmowie z ludźmi. Jednak tutaj, wolał się nie przyznawać, że jest anglikiem, a jego imię go w pewnym sensie chroniło, bo było popularne w wielu krajach. Lecz ta ochrona nikła, gdy powiedziało się cholernie angielsko brzmiące nazwisko Smith. Dla anglików nazwisko Smith było jak u nas Kowalski.

— Chłopie, dlaczego ubierasz się w te stroje i pracujesz w takim miejscu? Nie jest to dla ciebie ośmieszające lub żałosne? Być klaunem?

Klaun zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, ale jego mina i spojrzenie nie były jednoznaczne. Z jednej strony wyrażały obojętność i ignorancje, z drugiej zdegustowanie, a z trzeciej złość. Przerwał ciszę spluwając i przecierając usta rękawem zasiadł.

— Na dzisiaj koniec. — Powiedział klaun.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Jutro, gdy się wyśpimy i wstaniemy około południa, wtedy zjemy i wyruszymy dalej. Siedzieliśmy tu tydzień, musimy znaleźć inne miejsce jak najszybciej. Za dwa tygodnie Halloween. — Zamilkł na chwilę, ale gdy się odezwał, czuć było życiową porażkę. Ogromny smutek, hamowany przed obcym człowiekiem. Paradoksalnie, klaun jest smutny. Ale nie dlatego, że jest klaunem. — Jakbym ci postawił parę butelek i fajki, pogadałbyś ze mną trochę?

— Czemu nie, mam czas, jestem wolnym strzelcem.

Klaun pokiwał głową z ledwością się uśmiechając.

— Chyba nie zamierzasz w tym stroju iść do monopolowego?

— Idziemy do mojej przyczepy. Tam mam parę butelek i coś mocniejszego.

Menel i klaun podążyli do jednej z podłużnych przyczep cyrku, który współpracował z lunaparkiem. Weszli. Światło paliło się cały czas. Klaun zamknął drzwi na klucz. Przyczepa była umeblowana tak, że wyglądała na bardzo ciasną kawalerkę. Meble były przymocowane do ścian.

— Ha! — Krzyknął klaun opadając na fotel — usiądź sobie, weź sobie pyfko z lodówki — rozprostował się i powiedział z rozbawieniem — ja klaun, ty menel, mamy ze sobą wiele wspólnego.

— Ja nie ubieram się w takie stroje.

— Ale nie ubierasz też się w żadne stroje, bo masz tylko ten jeden. Nie myjesz się i śmierdzisz, tak samo twoje ciuchy. Mój strój klauna przynajmniej jest cały czas świeży, a jak go nie mam, noszę świeże ciuchy.

— Nie sądzę czy bym chciał coś takiego nosić. Nawet za taką cenę.

— A więc dalej sądzisz, że mam gorzej od ciebie, prawda? Jest remis. Dobra. W takim razie dobra, jest ponowny remis, bo ani ty ani ja nie mamy rodziny, to fakt. — Menel pokiwał głową tylko potwierdzająco — Nie mamy też stałego miejsca zamieszkania. Domu. Jesteśmy w ruchu i w różnych miejscach. To tez jest takie samo.

— Nie do końca — przerwał bezdomny — ja mogę zostać w danym miejscu ile chcę, ty musisz cały czas jeździć.

— To akurat nie jest do końca prawda, ale dobra, załóżmy, że tak jest, mimo wszystko nie uważam tego, że jestem w ciągłym ruchu za coś szczególnie nieprzyjemnego i uciążliwego.

— Naprawdę? — Spytał otwierając nowe chłodne piwo.

— Mówię całkiem szczerze. Zawsze uwielbiałem podróżować.

Klaun pochylił się do przodu, gdzie przed fotelem stała lodówka. Otworzył ją i także sobie wyjął piwo, odkręcając kapsel, otworzył i przechylił od razu połowę.

— Mam dach nad głową i ciepło. Mam też pracę i pieniądze.

Menel zamilkł, schylił głowę i wymruczał.

— Nie musisz być taki okrutny. Wiem, że masz lepiej ode mnie, ale dlaczego nie pozwalasz mi sądzić, mnie, bezdomnemu, że mam lepiej niż inni. Czy nie to właśnie trzyma takich jak ja przy życiu?

Klaun drżał z nerwów, jakie w nim rosły, ale nie do niego, lecz do siebie samego. Nie potrafił sobie wyjaśnić, czemu swoje nerwy, spowodowane są tylko własną głupotą, wyładowuje na innym człowieku.

— Jednak… — Powiedział pół szeptem klaun, zwracając tym uwagę swojego gościa. — Ty masz lepiej ode mnie. Masz coś, czego ja nie mam. Nadzieję i chęć do życia. Może dopiero, gdy wyląduję tam gdzie ty, będę zupełnie szczęśliwy i wolny.

Klaun wstał i powiedział, niby to bez związku.

— Wszystko opiera się na opowieściach opartych o życiu. Pora wkroczyć do akcji. Pora zająć się tym, w czym klauni są najlepsi. W robienie z wszystkiego cyrku. Wszystko dąży do spełnienia tego wielkiego planu, w który tak wchodzą wszystkie te elementy. Jednak nie wiem, co się zdarzy później.

— Było jeszcze kilka innych frajd. Jakiś czas temu przyjechał do nas cyrk. Jakieś trzy lata temu. Nie robił pokazów ani nic z tych rzeczy, po prostu był. Jedną akcję, jaką mieli to, gdy wyciągali ze szpitala psychiatrycznego wilka, który zamieniał ludzi w świnie i je zjadał.

Odcinek 5. Circus maximus

Zły wilk i świnki

Zacznijmy więc od czegoś prostego i nieskomplikowanego. Co z tego wyniknie to nie wiem, ale bądź, co bądź, historia tu się zaczyna. Klaun Adam Smith w swoim roboczym stroju, w towarzystwie ochroniarza, prowadzili człowieka wilka, w skórze, ku wolności.

— Więc zabieram cię stąd i wracamy z powrotem do cyrku, kapewu?

— Czy musisz o tym gadać przy tym sztywniaku? — Wskazał na ochroniarza wyglądającego przez okulary, jak ten robot z przyszłości, mający zabić Sarę Connor.

— Spokojnie! On nie habla po naszemu. Na zewnątrz czai się paru durni, a moim zadaniem jest bezpieczne odprowadzenie cię do domu. Poza tym nie grymaś, bo sam sobie winien jesteś, że się tu znalazłeś. Cud, że cię stąd wypuszczają. Jakby to było zależne ode mnie, nie wypuszczałbym cię stąd nawet na podwórko. Poza tym, czy naprawdę było konieczne zmienianie matki Starości w świnię i jej zjedzenie?

— Drań zabił moją babcię, należało mu się!

A tak to było:

Starość, łysy koleś z ogromnymi ustami i przekrzywionym oku. Z namalowaną na lewej skroni gwiazdką, w białej bluzie z literą „A” trzymał pistolet, na którym był napis „Narkoza”.

— Tworząca się para z ust mi umyka, a oddech ten wciągnij i zatrzymaj go w płucach, mając świadomość końca życia, i przywitania się ze mną i z Narkozą!

Babka Wilka była już tak stara, że aż nieprawdopodobne to było. Jednak Starości nikt nie ucieknie. Ona dopadnie absolutnie każdego. Lecz przyjacielem starości jest Narkoza, który pomaga Starości w odsyłaniu starych, niechcących umrzeć, na tamten świat. Starość jest materialna jak wszystko inne. Starość jest nieśmiertelna. — Starość to facet ze spluwą. Każdy to wiedział. Lecz nie każdy kojarzył starą babę z walizką, a już na pewno nikt nie wpadł na to, że to mogłaby być ona. Nikt nie pomyślał, bo kobieta nie miała przy sobie żadnej walizki. Ale ktoś wie… Musi wiedzieć…

W jednej z uliczek zaczaił się biały murzyn z ogromnymi ustami, cygarem pomiędzy nich i fryzurą Elvisa. Za nim stał kaczor w trójkątnych okularach wyglądający tak, jakby poraził go słup wysokiego napięcia. A w tle czekał nie kto inny jak sama Starość. Jeden krzyczał przez drugiego.

— Ta! Starość rządzi tym miastem.

— Jasne, że rządzi! Jełopie!

— Pewnie, że rządzę! Uwaga! Nadchodzą!

Klaun powiedział do Wilka, wychodząc bezpośrednio ze szpitala psychiatrycznego dla obłąkanych mutantów.

— Chyba mamy towarzystwo. — I do reszty. — Czemu zawdzięczamy tą wątpliwą przyjemność?

— Czekamy tu od tygodnia na tego oto jegomościa. — Powiedział Starość. Wilk się wtrącił.

— Owy jegomość nie chce mieć z bakteriami niczego wspólnego. Chce jedynie zemsty. Ha!

— Nie masz za co się mścić, ty ośle. Za to ja mam wystarczający powód, no nie?! — Krzyczał już Starość. Wilk chwycił Elvisa za włosy i rzucił w stronę Starości:

— Zatem patrz, do czego twa plenerska krucjata doprowadza! Za moją babkę. Ten pojeb, jego ziom a potem ty!!! Zemsta!

— Kwa! — Zgadnijcie, kto to powiedział.

— Spokojnie. To dalej nasz stary kumpel Arnold. Prawda Arnoldzie? — Przed nimi stała ogromna świnia, wielka na sześć pięter. — Arnold chyba zaniemówił.

— Jaka duża świnia.

— Zamknij się idioto. — Ponaglił kaczkę Starość.

— O tak! Jestem świnią.

— Jednak ona gada!

— I to wielką świnią!

— Ja nie chcę zostać świnią! — Krzyknęła kaczka. Wilk w tym momencie pożerał już głowę świni. Klaun oszołomiony krzyknął:

— Nie do wiary! Znów to zrobił!!!

Wilk oblizał się jedynie i powiedział do wszystkich:

— Wielki zły wilk pożarł pierwszą z trzech świń. Teraz czas na drugą.

— Zupełnie jak moją mamusię… — wyszeptał Starość. Wilk tymczasem przemienił kaczkę nie w świnię, ile w jakiegoś zwierzęcego mutanta z nieokreśloną głową wyrastającą na miejscu ogona i na odwrót. A mutant dalej mówił:

— Ty fajansiarzu, jak mogłeś mi to zrobić? Żeby mnie? Kaczkę? Zamienić w mutanta z dupą po obu stronach?

— Mówiłeś, że nie chcesz zostać świnią. — Rzekł Wilk — Poza tym tylko ludzi zamieniam w świnie ze zmutowanych zwierząt robię coś bardziej abstrakcyjnego.

— Teraz to już zupełnie przegiąłeś pałę, koleś. Nawet nie masz pojęcia ile teraz złości kłębi się we mnie. — Krzyczał Starość. Wilk jednak nie przejmował się jego pierdoleniem i w ogóle go ignorował, skupiając się na pożeraniu jego drugiego kumpla. Starość zezłoszczony bardziej ignorancją wrzeszczał jeszcze głośniej:

— Ty mała wredna zawszona kanalio. Słyszysz, co do ciebie mówię?!

— Zamknij ryj świnio! Nie widzisz, że jem?

— Ty psie! Srogo mi zapłacisz za tą zniewagę!

— Wilku! Natychmiast idziemy do cyrku! — Powiedział klaun.

— Pozostałeś tylko ty jeden, jak mówiłem. — Mówił dalej Wilk do Starości.

— Czy ktoś mnie tu kurde słucha? Chyba w końcu powinienem się wtrącić.

— Bracie? — Szepnął Wilk.

— Dosyć tych pierdół! Ty Wilku zemściłeś się już kilka razy. A ty o Starości, mój bracie, powinieneś to sobie wziąć do serca!

— Ej to autentycznie niesprawiedliwe! — Powiedział Wilk.

— Zamknij się! Jesteś pod moją opieką! Masz się mnie słuchać albo wrócisz do wariatkowa.

— Starość była, jest i będzie! Dosięgnie każdego! I nikt się przed nią nie ukryje. Nikt! Nawet babka złego wilka. Nawet sam Wilk. Wilku, kiedyś i tak przyjdę po ciebie. — Powiedział w mowie ostatecznej pan Starość.

— Karl, pozwól na słówko — Zagadał Klaun. I gdy Starość podeszła, on zaczął mu szeptać wprost do ucha, by nikt nie słyszał. — A teraz słucha, co zamierzam zrobić… — Starość słuchał i myślał tylko — „Mój brat wie, co robi…”

I co dalej?

— Mimo wszystko, kilka tygodni później usłyszeliśmy, że ktoś stworzył komiks o wszystkich tych historiach, jednak nigdy nie zostało opublikowane to dzieło. No, ale to już przeszłość, dosyć daleka. Mimo tego było jeszcze sporo tych historii. No, ale tym nie musisz sobie zawracać głowy. Wszystko, co złe, przeszło.

— A co z cyrkiem?

— Cyrk był elitą, wędrowali, nie dawali przedstawień. Chodziły pogłoski, że to najstarszy cyrk na świecie, który komunikuje się między dwoma światami. Nie mieliśmy, jak powiedziałem, nic z nimi wspólnego. Zrobili, co chcieli, złapali Wilka i Kuglarza i odjechali. Więcej nie powinno nas interesować.

— Niezupełnie — rozległ się głos i w uliczkę wszedł mężczyzna w kapeluszu. Wszyscy zastygli. Wiedząc, że już po nich. — Spokojnie — powiedział mężczyzna. — Nie jestem agentem, nie przyszedłem was łapać, tylko opowiedzieć historię.

— Pan też baka? — Spytałem niechcący.

— Jestem Franz. Mówcie mi Franz. Co do tego, to jasne. Dlatego przyszedłem do was, podzielić się moimi myślami, które jednakowo was też obowiązują. Dotyczą one cyrku. — Właśnie, to jest Franz. — Powiedział Ozyrys. — Najstarszy bakacz w tym mieście, który rozsiadł się. Zaciągnął się z bonga osiem razy pod rząd i zaczął opowiadać, zaczynając od słów. — Historia ta miała miejsce parę lat temu, gdy pojawił się u nas cyrk. Słyszeliście pewnie o tym. To było tu, w Psychodelicach. Śledziłem tą historię do pewnego momentu, a potem nie wiem, urwanie. Nie mogłem znaleźć żadnych tropów. Trzeba sobie na początku uświadomić, że cyrk ma wprowadzać Schizo, by uświadomić człowiekowi jedną prostą rzecz. Rasa ludzka jest żartem, a my wszyscy jesteśmy kuglarzami.

Mężczyzna przetarł oczy. Spojrzał na malunek, który zrobił specjalnie na okładkę tej książki i zastanawiał się czy okładka, będzie całkowicie do niej adekwatna. Marice włączył ekspres do kawy i czekał w ciszy, aż ta się zaparzy. Włączył muzykę. Patrzył na swój obraz i myślał o tym, że powinien być ruchomy. Jak film. Nalał sobie kawy i czekał aż się wystudzi, odpływając w toń tego wszystkiego. Na chwilę się relaksując. Przekartkował cały maszynopis, czuł się pusty. Wszystko przelał na kartki. Szczytową formę pracy jego mózgu. Powoli czuł, że się wypala od środka. Chwycił maszynopis i zaczął czytać czwarty rozdział.

Wszyscy jesteśmy kuglarzami

— Nie jestem klaunem! — Krzyczał w swym umyśle klaun, uciekinier z cyrku, nazywany przez nich kuglarzem. Kuglarz ten, był tak alternatywny dla swojego cyrkowego składu, że był niemal najnormalniejszy i rzeczywisty spośród ich wszystkich. Gdy uciekł z cyrku, przed około trzema latami, jego wygląd przypominał wygląd ćpuna umalowanego jak postać cyrkowego klauna. Jednak jego umysł był tak paranoiczny, że zmusił cyrk do wszczęcia postępowania pościgowego za nim, tym samym narażając istoty anty-rzeczywistości, ukrywające się w cyrku, na naruszenie bariery anty-rzeczywistości. Ich sama obecność narusza nienaruszalne kontinuum obu światów. Rzeczywistość tylko odwiedza anty-rzeczywistość, tym samym nie może być na odwrót, bo wtedy pojawia się anty forma. Teraz byli w trakcie pościgu. Kuglarz jeszcze nie widział, jakie istoty za nim podążały. Tkwił pod miastem, pod kopułą, biegnąc przez korytarze na powierzchnie. Istoty były wysokie, podobne, i miały w sobie coś, co przyprawiało od razu oglądającego je o paraliż umysłu. Kuglarz był nastawiony na to, ale dla niego powrót do cyrku był o wiele gorszy. Obiecał sobie, że zrobi wszystko by tylko tam nie powrócić. Nawet za cenę własnego życia.

— Mam talent, to prawda — kontynuował rozmyślając, schroniony wokół palisad w półmroku. Podążając do wyjścia w. — Ale buty są za ciasne. Ja. Zmęczony, nie pasuję tu. Nie chcę pasować. Za mną są cyrkowcy. Ale przede wszystkim… — Będąc już na uliczce, widząc, że może zapanować nad sytuacją, uśmiecha się i mówi:

— Czas na Show! — I wybiega zza zaułka zaglądając w uliczkę, którą podążają trzy nienaturalne postacie w skórzanych strojach połyskujących kolejno na czerwono, niebiesko i zielono. Widać tylko wijące się nieokreślone, połamane ręce i głowę z nieludzką trąbą, przez którą wsysają mózgi. Kuglarz wyskoczył zza muru i krzyknął:

— Hej! Dupki, tu jestem! Walcie się! — Krzyczał odskakując do tyłu wystawiając im środkowe palce. Trzy istoty w maskach gazowych na twarzach, spojrzało po sobie, nie wiedząc, co mają zrobić. Jednocześnie wyciągnęli pistolety i zaczęli strzelać.

Tymczasem Kuglarz przypominał sobie list, który niedawno wysłał do mamy:

„Droga mamo, piszę do ciebie ten list, bo chcę byś wiedziała, że u mnie wszystko w porządku. Pracuje w cyrku jako kuglarz i bardzo mi się to podoba, bo miło jest rozśmieszać ludzi. Panuje tu miła atmosfera, a wszyscy są mili i przyjaźni. Nawet mój psychoterapeuta nie daje mi żadnych leków widząc tą nagłą poprawę. Ogólnie jest super, jeździmy po kraju i występujemy. Chodzę do kościoła i się wyspowiadam, tak jak mnie prosiłaś. Teraz na widok broni brzydzę się jej, a gdy pomyślę o czymś brzydkim, napadają mnie mdłości. Jestem teraz innym człowiekiem. Miłym i sympatycznym. Cieszę się z tego. A teraz kończę. Za tydzień napiszę znowu tak jak obiecałem. Całuski. Kocham Cię, pa. — Twój Kuglarz”.

Jednocześnie strzelając. Strzał za strzałem, niemal na oślep, z nienawiścią wypisaną na twarzy, aż trafił jednego z nich w niebieskim połysku. Wybuchła mu głowa. Dwaj pozostali byli przerażeni. Tymczasem Kuglarz ciągnął dalej swoją gadkę nie zważając na nich, bo chciał tylko to powiedzieć na głos. I tak zamierzał żeby pozostała dwójka dołączyła do swojego kumpla.

— Wy cholerne zdeformowane, zafafluflone chujki, nie weźmiecie mnie tam! Za chuja nie wrócę do tego popierdolonego cyrku, nie jestem jakimś cholernym dziwolągiem! Już nie! A wy i ta stara zdzira możecie się pierdolić na ryj! — I w tym momencie Kuglarz miał zadać ostatnie strzały, kiedy w obydwóch pistoletach zabrakło naboi — O kur… — powiedział, ale nie skończył i w paraliżu mózgu odwrócił się na pięcie i zaczął biec przed siebie pogrążając umysł w kolejnej nieistotnej zadumie, której była ostatnia wizyta u psychiatry.

— A więc jak się dzisiaj czujesz drogi Igorze? — Spytał doktor.

— Świetnie doktorze. Dzisiaj rano załatwiłem trzech złych kolesi

— Co?! — Spytał przestraszony doktor

— To taki niewinny żarcik doktorku, wiesz czarny humor i w ogóle.

— Racja. Kuglarz.

— A znasz ten dowcip, doktorku? Hitler wychodzi z pociągu a sierżant mówi — chce pan zobaczyć obóz fuhrer H? A on na to: Nie dziękuję, jestem wegetarianinem.

Strzał rozległ się w ciszy i postać w zielonym połysku padła do tyłu powalona pociskiem prosto w czoło. Kuglarz odwrócił się i zobaczył ostatniego, jak podnosi oderwaną głową macką, na lirycznym tle niekończącej się uliczki pomiędzy budynkami.

— Na litość boską — powiedział Kuglarz — nie patrz na mnie, tym razem to nie byłem ja! — Lecz sprawa, kto zastrzelił drugiego wysysacza mózgu pozostaje niewyjaśniona. Tymczasem Kuglarz, próbując się wymknąć i zaczyna mówić:

— Poważnie chore osobniki przestrzegają kilku pewnych tylko im norm. Bowiem cele takich ludzkich form są wiecznymi, trawionymi marzeniami ich psychiki, wszakże odmiennymi. I choć wydać się to może, dziwne, straszne, niemożliwe. Dla tych o prostych i przyziemnych myślach, ja zapewniam, że są one przemyślane i prawdziwe. A pełznięcie do ich celu, jest spełnieniem mego życia. Nawet, kiedy drugi świat odpycha bardziej niż psychiatryk, wolę zostać tu w ulicy. Może uda mi się od złych ludzi i tych stworzeń kiedyś uciec, cofam kroki by zniknąć wszystkim z oczu.

Szumy wyrwały ją ze snu, mknąc po ciepłej pościeli aż do przebudzenia, myśląc, że to tylko jakaś zwykła rzecz, która nawet nie jest straszna albo, że to cząstka snu. Wstała w środku nocy i słyszała trzepotanie skrzydeł ćmy. Podeszła do drzwi, krok za krokiem, czując coraz większy strach. Ktoś ją wołał. Ktoś coś mówił. Za drzwiami rysowała się nienaturalna postać. Za oknem widać było tylko dym. Lecz nie było żadnych słów. Tylko jęki oraz fascynacja. Drzwi zostały otworzone przez wsysacza mózgu ze skórzanym, pofałdowanym ogonem zamiast nosa i ust. Oczy miał za okularami, a na sobie skórzany płaszcz połyskujący purpurowo. Byli nie w korytarzu, lecz w pomieszczeniu gdzie na zielonych, mieniących się w ciemnym i jaśniejszym odcieniu zieleni, na środku fioletowo-czarnej podłogi kłębił się dym, z którego wyłaniały się nieokreślone struktury.

— Jeśli zastanawiasz się… — powiedział wsysacz mózgu — …czy to sen, to przestań i nie pytaj się, kim jestem, bowiem odpowiedź cię nie usatysfakcjonuje, a zarazem jeszcze bardziej to pokomplikuje. Odpowiedzi przyjdą same wraz ze zrozumieniem. Jestem tu, bo wiem, że jesteś inna, wyjątkowa i chcę ci pokazać świat zupełnie inny od tego, w którym zżyjesz, ale tylko ty zdecydujesz czy będzie on prawdziwy. Możesz się cofnąć, wrócić do łóżka i zapomnieć albo przekroczyć próg i zobaczyć, co oferuje drugi świat.

Dziewczyna patrzyła na wnętrze korytarza. Dym zniknął, odsłaniając żółtą ścianę pokrytą bąblami nieznanego pochodzenia. Na lewo były drzwi, których futryna była szczęką. Naprzeciwko zielona ściana się zwężała i tworzyła coś na kształt oka. W jej źrenicy pokazywało się niebo bez chmur, z latającymi ptakami w oddali. Bez słów, dziewczyna przekroczyła próg. Ku jej oczekiwaniu podążali w zębate drzwi, przechodząc przez żółto-fioletowy korytarz z czarnymi wzorami. Doszli do okrągłej. Na ścianach były tańczące kropelki niebieskie i czarne, a podłoga w kształcie asymetrycznego koła w barwach czerwieni i czerni, wypełniającego cały pokój. Z jednych, jedynych drzwi w pomieszczeniu, z ciemności wychodził blady, czerwony, ogromny i długi język, leżący martwy i nieruchomo, przypominający nieco robaka.

— Oglądałam w dzieciństwie film, którego tytułu nie pamiętam, ale po nim prawie aż do teraz mam koszmary. To miejsce jest do niego bardzo podobne.

— Być może już wtedy o nas śniłaś. To miejsce to pewnego rodzaju brama.

— W moich snach oprócz tego miejsca było coś jeszcze. Zawsze w nich czegoś szukałam. Czegoś więcej.

— Twoje poszukiwania były chęcią poznania i przejścia do drugiego świata. Jesteśmy na miejscu. W swoich snach szukałaś właśnie tego. Ten język jest naznaczeniem twego przyjścia. W tym momencie przechodzisz inicjację. Jeśli język cię pochwyci, będzie to znaczyć, że jesteś gotowa. Idź do niego.

Niepewnie, dziewczyna zaczęła podchodzić, a z mięsa, które zaczęło barwić się na pomarańczowo, i wić się, wyrastały małe pnącza, kwiaty mięsa, z maleńkimi ząbkami jak kolce wokół mięsnych pnączy. Delikatnie zagłębiła w nim palce a one ją przyjęły. Po chwili jej ręce tkwiły po łokcie w mięsie, a wokół niej zaczęła pojawiać się coraz większa ilość pnączy. Rosły i oplątywały ją, w ogóle nie kłując. Z sekundy na sekundę sytuacja była coraz bardziej tragiczna. Pnącza unieruchomiły jej wszystkie części ciała i wessały ją już w niby olbrzymie usta zakończone zębami. Postać języka totalnie się zniekształciła. Pożerało ją, ale bezboleśnie.

— Czy to właśnie o tym mówiłeś? On mnie przyjmuje… Ale nie powiedziałeś mi, co będzie potem! Co mam zrobić? Hej! Gdzie jesteś?! — Na jednym z fałdów mięsa kreowała się twarz z czarnymi ustami i żółtymi zębami, w nienaturalnie wielkim grymasie zadowolenia, ludzki niemal nos i para równych oczu, gdzie jego lewe było normalne, fioletowe, a drugie zielone, i z nienaturalnie wielką źrenicą, w zezie spoglądającym w sufit.

Młody mężczyzna zerwał się w środku nocy wyrwany z koszmaru. Był cały spocony, a obok leżała jego dziewczyna, o której śnił, i która właśnie została obudzona jego krzykiem.

— Hej kochanie. Wszystko w porządku?

— Ta… Miałem okropny koszmar.

Dziewczyna leżąca obok, Alvina obudziła się w tym samym czasie, co jej chłopak. Dziewczyna już z góry wiedziała, o czym śnił, ale musiała mieć pewność. Poza tym sama nie wiedziała jak ma traktować ten sen. Język wchłonął ją w całości, ale co będzie później w następnych snach?

— Śniło mi się, że jestem w jakichś salach z zębami na ścianach i dziwnymi malowidłami. Prowadził mnie wysoki facet z trąbą.

— Powiem tak. Wydaje mi się, że to za duża dawka pracy…

— To tylko sen. Jednak było w nim coś dziwnie znajomego. — Przez umysł chłopaka przemknęły nierówne zęby bestii skrywających w sobie ciemność. — Zupełnie jakbym znał to miejsce, kiedyś tam był i to nie jeden raz…

— Może potraktuj to jak przepowiednie. Jesteś architektem. Przelej swoje wizje na papier.

— To zbyt nierealne bym mógł coś z tym zrobić. — Przed oczami znowu zobaczył okropne niesymetryczne zęby, symetrycznie się zamykające, idealnie dopasowane.

— Zrób jak uważasz, ale posłuchaj rady swojej dziewczyny i psychologa. Jeśli sen ten będzie się powtarzał albo przypominał ci się w ciągu dnia, to obrysuj go. Zobaczysz, na pewno pomoże.

A gdzieś indziej, w tym samym czasie:

— Problem polega na tym, że jesteś fiutem, dlatego przydzielili cię do mnie.

— Niezupełnie się z panem zgadzam panie Charles.

— Mów mi Chuckie, jak tej pojebanej laleczce. Posłuchaj, na wsi wiesz, co te buraki robią? Powiem ci. Obierają jabłka, jakby ich skórka była skażona! Właśnie, dlatego kocham to miasto.

Detektyw Charles i Frankie, wychodząc z policyjnego auta podążali uliczkami znaleźć ekipę policyjną, która znalazła w zaułkach klauna w purpurowo czarnym swetrze i zielonych spodniach. Na twarzy miał charakterystyczny nos klauna. Jego mózg był rozbryźniętą papką na chodniku. Cała jego postać była nienaturalnie pogięta. Charles jednak kontynuował swój wywód, nie zważając, że mają pod nogami trupa.

— Ludzie, którzy w nim mieszkają nie są dobrze poukładani. Nie starcza im praca, dzieciary, normalne pieprzenie żon, czy skok w bok, w „Faith Clubie”. Chcą wrażeń, czegoś o czym chcą czytać w gazetach i mówić kumplom „Wiecie? Tak naprawdę ja to zrobiłem”. — Chuckie nachylił się z petem w ustach bardzo blisko twarzy trupa klauna z wywróconymi oczami — Zobacz, jaki ma kwaśny wyraz twarzy. Nie sądzisz? — Po chwili, gdy wstał… — Frankie, wiesz że to mi coś przypomina? Chyba mam pewien specyficzny trop.

Limuzyna stała przed Faith Clubem. Miejsca z napisami na czarnych szybach XXX oraz ADULT. Nad wejściem wisiał neonowy czarny krzyż, a wejścia pilnował strażnik. W limuzynie gruby, łysy gangster siedział na tylnym siedzeniu i popijał piwko z butelki. Na twarzy miał długie, prostokątne, czarne okulary połyskujące na niebiesko. Obserwował, kto wychodzi z klubu. Czekał. Był cierpliwy. Rozmawiał ze swoim przyjacielem.

— Słuchaj misiek. Gdy ci dwoje zaczną iść w tą stronę to powolutku dotrzymuj im korku. Ta pierdolona melina stanie w płomieniach, jeśli nie dostanę tego, co chcę. — Akurat wychodził koleś w okrągłych, czerwonych okularach, lekkim zarostem i gównianym garniturze. Szedł z jakąś cizią, blondynką. Doskonale ich słyszał.

— Na co masz ochotę, mała?

— Chciałabym coś zjeść. Sama nie wiem. Coś dużego i twardego. Tak. Tego właśnie chcę.

Mafiozo uśmiechał się. Miał bardzo duże usta, a głowę niemal okrągłą. Gangsta Mafiozo otworzył okno i zaczął machać ręką wskazując na chłopaka. Dziewczyna zauważyła to.

— Tamten gość w wozie pokazuje żebyś podszedł. Znasz go?

— Podejdę, ale nie ruszaj się stąd. Jeśli coś się stanie to wiej ile masz sił. — Zawrócił się i zaczął podchodzić do wozu.

— Witam pana, panie Chung. Tak właśnie przypadkiem przejeżdżałem i zobaczyłem pana, więc zapytam się go o pewien interes.

— Nie jesteśmy jeszcze gotowi do wymiany. Proszę poczekać jeszcze kilka dni. To nie nasza wina. Hej! Zaraz, co pan?! — Mówił mając przy nosie lufę pistoletu. — Nie ważysz się strzelić! — Ale gangsta był twardy i strzelił. Z głowy Chunga z tyłu i ust wystrzeliwała farba. Chung padał momentalnie, odsłaniając pochlapaną krwią blondynkę, nie będącą już przerażoną, ale w głębokim szoku. Jej źrenicy zmniejszyły się do rozmiaru główki od szpilki.

— Słuchaj mnie uważnie ty zasrana dziwko. Przekaż ten list kumplom twego martwego kochasia. — Wypuścił butelkę po piwie ze zrulowanym listem i wysłał jej obleśny pocałunek. Samochód odjechał pozostawiając ją z trupem. Wyciągnęła list z butelki po piwie i przeczytała wiadomość: „Jutro o12:00 przed Faith Clubem. Przynieście walizkę inaczej skończę z wami. Podpisano: C”. — W co ja się wpakowałam.

Gangsta siedział zadowolony w wozie, a obok niego siedział mały pluszowy miś, do którego cały czas mówił. Przyjaciel.

— Wiesz misiek, dosłownie wspaniale napędziłem jej stracha. Mogę się założyć, że jej osobowość zmieni się nie do poznania. Najpierw nie będzie mogła spać. Potem zmieni pracę i wyjedzie, bo będzie się bała, że wrócę. Stanie się ostrożna aż zanadto. Cudo. Wiesz misiu, to jest właśnie manewr taktyczny, dzięki któremu twoi przeciwnicy zaczynają wątpić i się ciebie bać. Teraz należy czekać. Hej. Dlaczego stanęliśmy? — Spytał kierowcę.

— Światła, proszę pana.

— Jeśli chcesz być kimś… — mówił dalej trzymając misia, nie zauważył, że w jego kierunku zbliża się postać z purpurowej bluzie z fioletowymi okręgami. — To żelazną zasadą jest dbanie o interesy i pokazanie, że to ty jesteś szefem. — Na kolanach mafioza ktoś wrzucił kasetę wideo.

— A to, co to kurwa ma być? — Spytał patrząc na nią i spojrzał w okno, przez które przechylał się klaun, z wielkimi szalonymi oczami, dużym, czerwonym nosem i wielkimi zębami:

— To dla ciebie tłuściochu! — Krzyknął klaun i uciekł, a samochód ruszył.

Klinika śmierci

— Dlaczego wy cholerni gliniarze przechodzicie akurat do mnie? Zakłócacie mój spokój. W szpitalu jest jeszcze siedemdziesiąt sześć innych świrów. — Powiedział przesłuchiwany przez Charlesa i Frankiego chory psychicznie, zamknięty w pokoju bez klamek, związanego w kaftan bezpieczeństwa. Głowę miał łysą, a wokół niej miał pozszywaną bliznę.

— Przychodzimy do ciebie jełopie, bo ktoś znowu zaczął odcinać górne płaty mózgu. — Zaczął coraz bardziej się denerwując. Frankie widząc to wtrącił się i zaczął kontynuować za niego.

— Więc jeśli to nie byłeś ty, teraz ani wtedy, to zdołamy cię stąd wyciągnąć. Musimy być tylko pewni czy to ta sama osoba, czy ktoś, jeśli to robiłeś, naśladuje ciebie.

— Dobra, pomogę wam.

I świr zaczął opowiadać:

— Czego mnie zamknęli? To przez fryzjera! Byłem jego ostatnią ofiarą! Przez niego zostałem skazańcem. Było to tak. Przyszedłem się ostrzyc. Usiadłem na fotelu. — Proszę przechylić głowę do tyłu. Tak. Bardzo dobrze. Niech się pan nie niepokoi. Mam wieloletni staż, wrodzony talent i lata praktyki… — Ten świr zaczął odcinać mi głowę. Dźgał jak w mięso. Leżałem z bólem. Odciął mi cały górny płat głowy z włosami. Skalp położył na stole. Obciął całą skórę z włosami z tego płatu. Miał do tego wprawę. Robił to jedną ręką. Mistrz. Otworzył kredens. W nim stały na stojakach, górne płaty głów. Łyse, w bujnych fryzurach. Wybór był spory. Wziął jedną z tych łysych. — Ta będzie pasować. O.K. Pasuje. Tamten płat zostawię na przechowanie aż skóra odrośnie. I jak? Żadnej różnicy. Majstersztyk. — Zaszywał mi ją. Strach sparaliżował wszystkie moje kończyny. Poczułem ulgę. Serię dziwnych uczuć. I cały strach odpłynął. Strach pomyśleć, kogo była ta głowa. Wstałem z fotela I zrobiłem coś nieoczekiwanego. Poprosiłem o papierosa. Pierwszy papieros. To było półtorej roku temu. Od tamtego czasu zmieniłem się. Odcinałem głowy i zanosiłem jemu. I tak przez 8 miesięcy. 232 dni. 82 ofiary. W końcu moja dolna część wzięła górę nad górną. Nie zabiłem. Poszedłem do niego. Związałem go. Kazałem się zoperować. Oddał mi moją głowę. Podczas operacji uśpił mnie I zadzwonił na policję, że znalazł mordercę. Policja przyjechała natychmiast. To jednak wystarczyło by mógł zatrzeć wszystkie ślady i zrzucić winę na mnie. Wszystko im wytłumaczył. Nawet nabrudził w prawach własności salonu fryzjerskiego. Odebrał mi zmysł mowy. Wszystko na moje konto. Uznano mnie za niepoczytalnego. Wsadzili do zakładu psychiatrycznego. I tak minęło kolejne 8 miesięcy. Podczas odwiedzin tego szajbusa dowiedziałem się czyją głowę miałem. Przez cały tydzień próbował mi o tym powiedzieć. To był jego mózg. On nosił mój. Gdy to zrozumiałem, przestał przychodzić. Na ostatnie spotkanie dał mi nóż. W końcu zdechł bolesną śmiercią na raka mózgu. — To było rok temu. Kumpel z biura polecił mi dobrego fryzjera jako, że chciałem się efektownie ostrzyc, więc poszedłem i czekałem wieczność zanim podszedł do mnie on. Ślepy balwierz. Na oczach miał opaskę. Zanim cokolwiek zrobiłem, wstrzyknął mi środek paraliżujący. A potem wyciągnął nóż w kształcie księżyca. Nie mogłem się ruszyć, boże miej mnie w opiece.

Balwierz zabrał się do pracy. Wziął zamach i zatopił mi ostrze tuż nad brwiami tnąc równo i precyzyjnie, jak ktoś, kto robi to latami. Zastanawiałem się czy jest naprawdę ślepy. Nie czułem bólu tylko ruch rozdzierania i łamania. Widziałem krew i siebie w lustrach. Zacząłem tracić przytomność. Wyłączałem się. Wszystko wyglądało jak zza mgły.

Balwierz, odkroił mi niezwykle precyzyjnie i równo górny płat głowy, mówiąc:

— To będzie piękny okaz. Masz naprawdę piękne włosy, szkoda je marnować, ale włosy są jak kwiaty, potrzebują gruntu. Pokaże ci inne cudowne okazy z mej kolekcji. Zaraz wybierzemy coś dla ciebie. — W jednej ze swoich szaf miał ponad dwadzieścia podobnych, odciętych płatów.

— Mam pełno spodów na wymianę. Musimy tylko wybrać rozmiar. — Wybrał i zaszył mnie.

Gliniarze stali jak wryci i nie wiedzieli, co powiedzieć.

— Gdy po zabiegu straciłem przytomność, ten sukinsyn zadzwonił na policję, mówiąc, że znalazł psychopatę, który odcina ludziom górne płaty głowy. Wrobił mnie mówiąc niestworzone rzeczy. Ale to nie koniec. Obudziłem się w klinice psychiatrycznej…

Po wysłuchanej opowieści ostatniej ofiary Balwierza, przerwanymi odwiedzinami pielęgniarki z zasłoniętą twarzą, której za nic w świecie nie chciała odsłonić. Jeden z pacjentów, ten Popękany, dostał zastrzyk na uspokajający sen, w którym poczuł Rękę Boga zabierającą go w wygodniejsze I bezpieczniejsze miejsce… Florn Vega — Nie czuję pulsu. Oddechu też nie ma. Co jest? Czyżby to ta pielęgniarka? Nie wiem jak wy, ale moim zdaniem poleciał na spotkanie z Wszechmogącym. Nie szukajmy podejrzanych teraz. Chodźmy po kogoś. Jeśli ktoś go otruł, to o tym wie, i chce jak najszybciej wiedzieć więcej. Zachowujmy się normalnie. Zobaczymy, co zrobią, gdy przyjdą. Idź po niego Wieśniaku. Idź już!

Ale doktor wraz z pielęgniarką wpadli do sali. Albo wiedzieli, albo słyszeli w odbitych nocnymi korytarzami, że śmierć przybyła do miasta.

— Gdzie jest pacjent?! Faktycznie nie żyje. Dobra, bierzemy go. Do kostnicy kobieto!

— Yes, Sir.

Detektyw mamrotał pod nosem myśli… — Pójdę za nim. Coś mi tu nie gra. A wy pomóżcie się I bądźcie czujni. Dlaczego ja? Podobno sprawami paranormalnymi zajmuje się ten burak Florn Vega. Buck ostro:

— A ty gdzie idziesz?

— Muszę zapalić.

— Banda deblili.

— Idę z tobą.

W karetce na sygnale jechali razem pielęgniarka z doktorem za kierownicą, trupem pod prześcieradłem i ukrytym z tyłu detektywem. Próbował usłyszeć słowa i zrozumieć sens ich rozmowy. Światła reklam za oknem pobudzały jego zmysły, wytężając je po granice. “Zostań Cybem”, “Skup Androidów”, “Wymiana Części”, “Nowi Mieszkańcy Naszej Planety…”

— A jak coś pójdzie nie po myśli?

— To nie jest moja pierwsza “trupia” transakcja z zakładem pogrzebowym. Jesteśmy.

Dom Pogrzebowy “Radość.” Karetka zaparkowała przed bramą cmentarną, na której leżeli między innymi Ozzy, Michael Douglas, Charles Bukowski, Jim Morrison i Nieznany Żołnierz, oraz Alice Cooper z dziećmi. Dr Incognito i Beatrix udali się do drzwi głównych, zostawiając Chucka Stitcha w zamkniętym ambulansie.

— Jezu. W co ja się znowu wpakowałem. Coraz mniej zaczyna mi się to podobać.

Zaczął bić potężny dzwon ku czci Zarannej Gwiazdy w mętny, bladotrupi świt. W szpitalu tymczasem… Pozostawione w sali walkie-talkie nierozgarniętego doktora i niedorozwiniętej pielęgniarki, które za wczasu zdołał wykraść niepostrzeżenie jeden z detektywów — nie wiadomo, który do dziś ostatecznie, bo obaj nie dają za wygraną, awanturując się o honor elementu kluczowego, jak w przypadkach wszystkich kryminałów od zawsze, prowadzącym do salonowej sceny, mającej wywołać reakcję powodującą akcję reakcji do kulminacji i zakończenia. — Halo szpitalni palacze. Zgłoście się. Rozwiązałem sprawę.

To chyba detektyw.

Zadzwońcie na policję i podajcie informację, że Larry Switch jest przy transakcji sprzedaży trupów w domu pogrzebowym, i żeby jak najszybciej przyjechali. Wszystko jasne?

Yyy… Jasne. Ej, jaki był numer na policję? Cholera, ja tam pamiętam policja, straż czy pogotowie. Numery są podobne…

Detektyw Stitch wyszedł z karetki, czołgając się niemal do drzwi tak, jak to robił Rambo przy Pierwszej Krwi. Boczne drzwi do pracowni kamieniarza były uchylone. Chłód napiął nerwy Stitcha jeszcze bardziej. Próbował znaleźć obejście. Przeszedł pod ołtarzem w stronę jedynych drzwi. Na klęczkach. Pomiędzy krzyżami i nagrobnymi płytami. — Muszę dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi. Być cicho. Podsłuchać. I uciec. — Adrenalina przyćmiła odległe, świątynne głosy gregoriańskich chórów, zbyt ciche jeszcze dla jego wrzeszczących, nieskupionych myśli…

— Dobra robota doktorku, aż dwa trupy. Tu jest twoje honorarium. Spotkamy się za dwa tygodnie. — I pamiętaj o tej pierdolonej walizce! Przy okazji, czy ten tutaj to ten słynny, jak mu tam, golibroda, fryzjer…

— Balwierz? Nie, to jego ostatnia ofiara. Prawdziwy żyje. Jest moim pacjentem…

W szpitalnej sali pacjenci wsłuchani w trzaski oraz strzępy mowy, jak ulubionej audycji teatru radiowego słuchowiska, nadawanej na pirackich falach. Ostatnie zdania były kluczowe. Może nie dla rozwiązania problematyki głównej akcji, lecz z pewnością u jednego z pacjentów wywołał on nieoczekiwaną reakcję. Ofiara Balwierza nieznaną mocą rozerwała półksiężycowym nożem, sierpem, więzi skórzanego bezpieczeństwa. Reakcji wyrwanej z podświadomości opętanej furii, nie spodziewał się nikt. Przynajmniej nie w tak diametralnie odmienny sposób. Wszyscy na własne oczy, zapatrzone w zaskakującą akcję, momentalnej dehumanizacji świra. Za pstryknięciem palca, w szokującym załamaniu zatracającej granicy humanizmu, wyrwał się na wszystkich w samobójczym ataku szału mordu.. Włosy, niebędące nimi, zsunęły się na podłogę ukazując łysą głowę pokrytą bliznami po ściągniętym skalpie, kilku operacjach mniejszych różnych części mózgu, nie zagojonych poparzeniach elektrycznych po eletrkowstrąsach, aż po Trzy zbielone wgłębienia po lobotomii. Usłyszał prawdę. To on był Balwierzem!

— Wy sukinsyny! Pozabijam was!

— Zaraz wszystko wyjaśnimy. Uspokój się.

Najbliżej stojący detektyw Larry ścięty został precyzyjnym cięciem.

— Tego się nie da wyjaśnić.

Świr stał w ciszy nad ciałami wszystkich, pozostałych z nim pacjentów. Pourywane członki i litry krwi zalały całą salę. Z oddali coraz głośniejsze syreny, zmieniające tonacje, pobudziły go. — Cholera, znów to zrobiłem…

Detektyw Larry „Chuckie” Stitch wycofywał się w martwej głuchocie zamkniętej rozmowy.

— Chyba skończyli. Trzeba wiać. Gliny zaraz będą. Ai! Cholerna trumna! Cholerny krzyż!

I jak nietrudno się domyśleć, potknięty o krzyż detektyw, by złapać równowagę chwycił płótno spod trumny gotowej do użytkowania. Ta wraz ze stołem zwaliła się na niego przygniatając go niechybnie. Chrystus, którego wołał w myślach, zamiast mu dać łaskę, leżał pod nim, rękami trzymając kurczowo jego paska od spodni. Zanim cokolwiek zrobił, drzwi służące mu chwilę temu za źródło potężnej wiedzy, rozchyliły się szerzej niż miał ochotę je ujrzeć. Gorsze ponad to były gumowe kozaki i wyrastające potężne, owłosione nogi zatapiające się w klasztorne ciemności ku sklepieniu i wieży, jak i niedostrzegalnej twarzy grabarza. Połysk złotego zęba przy rozżarzonej końcówce skręcanego papierosa zalśniła we mgle, dając upust suchemu głosowi Starej Baby. Złapała go obiema dłońmi za szyję.

— O popatrz. Mamy gościa.

— Nie macie szans gliny już tu są.

— Zabiję! — Do drzwi zakładu rozległo się natarczywe pukanie przekrzykujących się prawdopodobnie policyjnych syren. Weszli siłą. Było ich dwoje. — Otwierać! — Przybyli chronić, służyć i pomagać, ale nie byli z policji. Jeden z pielęgniarzy uśmiechnął się, jakby zamiast ratować życie wpadł na imprezę. Drugi wychodząc przed pierwszego, zapytał głośno — Gdzie ten umierający?

Cukierek czy psikus?!

Co człowiek psu pokaże, a co pies ten powie. Ryba łypnie na psa i pies zjada wnet człowieka i podaje trochę rybie. Ten, kto wilka w mroku chwyta, sprawi sucze trędowatego syna. Kto uchyli czoło skrycie, jej potrawą, jej wyznaniom. Cóż to znaczy, że gdy głodny, moje wnętrze ust tak drży. Kiedy słyszę nazwy potraw zaraz myślę jak smakują. Cóż to sprawia, że ta strawa, rozprowadza po mych ustach, gdy nakłada talerz zupy lub ziemniaczki z sosem. Cóż za zapach me istnienie, ach, ta woń wypełnia wnętrze, drażni cały powonienia zmysł i łaskocze kubki smakowe. Gdybym mógł się wkraść do tej kuchni wprost z ulicy brudu. Oddam duszę za ćwierć kęsa. Oddam nogi za dwa rogi, wypcham nimi usta aż mi pęknie podniebienie oraz powygina uzębienie. a/a/

Mord i śpiewamkjący klauni podążali uliczką. Klauni w rządku, jak dzieci w przedszkolu podążali gęsiego za Mordem. Szukali Kuglarza. Mord jak zwykle był niezadowolony. Ale on będzie grymasił do końca życia. Klauni za nim zaczęły się wygłupiać. Coraz bardziej się rozbestwiały, gdy ich pan ich nie widział. Mord wiedział, czuł, że Kuglarz jest niedaleko. Wszyscy razem tym razem go pochwycą. Dał słowo Mistrzyni Cyrku, a to już nie przelewki.

Gdy się odwrócił, momentalnie wszyscy stanęli grzecznie w rządku.

— Dlaczego wy zawsze zachowujecie się jak idioci?! Powiem wam coś. Kiedyś przeklinałem bardzo często i nie mogłem się tego oduczyć, dlatego stara wiedźma zapieczętowała moje ulubione przekleństwo na tej koszulce, którą muszę nosić jak nieuleczalny trąd. Jeśli przeklnę, pieczęć zostanie przerwana i zdarzyć się mogą okropne rzeczy. Więc uważajcie.

Wczesny ranek. Następnego dnia. Młode, wysokie, niemal modelki, dziewczyny z ciężarówki beach twins polowały na bizona. A przynajmniej jedna z nich. Wyglądało to tak, że stały na jakimś zadupiu niedaleko farmy. Dziewczyna przystawiała dubeltówkę wspartą o płot i celowała w łeb najbliżej stojącego bizona.

Dziewczyny były skąpo ubrane. Jedna miała zielonego irokeza na głowie, a ta druga, siedząca w ciężarówce, miała jedną połowę wygoloną, a drugą przystrzyżoną, i zafarbowaną na niebiesko. Strzeliła i trafiła. Zawsze trafiała. Bo kto by nie trafił z odległości jednego metra.

Dziewczyna wzięła bizona i zaczęła go ciągnąć za łapę w stronę ciężarówki.

— Teraz, gdy mamy mięsko, możemy jechać dalej.

— Na tych ziemiach za coś takiego można zginąć. — Jej koleżanka, z duetu „Bitach Twins”, jak o sobie mówiły, już na nią czekała.

— Właściciela albo nie ma albo śpi. Ma dużo bizonów i nawet się nie zorientuje, gdy braknie jednego. Zresztą zabiłam by mieć, co jeść, a nie się relaksować. — Mówiąc to uśmiechnęła się słodko. Z dziewczynami było coś nie tak. Ich twarze jak i całe postacie, wydawały się niesymetryczne. Jakby były źle skonstruowane. Ale to nie przeszkadzało im by chodzić w pół negliżu. Cycki miały w porządku.

— Wy cholerne zdziry! — Rozległ się wściekły głos właściciela farmy. Grubas już przełaził przez krzywy, drewniany płot drąc się w niebogłosy.

— Wy pieprzone małe, złodziejskie, pieprzone zdziry! — Zaczął strzelać i nie były to strzały ostrzegawcze.

— Cholerne wsioki!

— Jak ten burak cię nie ukatrupi to ja to zrobię w wozie!

Gdy już znalazły się w ciężarówce, dalej się kłóciły:

— Do diabła przestań się na mnie wydzierać, tylko gaz do dechy!

— Przestań mnie pouczać i ponaglać. Gdyby nie to twoje feministyczne „wypadnijmy razem za miasto na piwo jak kumple”, to byśmy nie musiały się stresować!

— Właśnie, dlatego wybrałam to zadupie za miastem. By w razie wpadki takiej jak ta, błyskawicznie dać dyla!

— Ale to urocze stworzonko, jakim jesteś nie pomyślało, że te buraki mogą być uzbrojeni jak Rambo.

— Zamknij mordę zafajdana egoistko. Ty możesz sobie kupić żarcie, bo kradniesz forsę, a ja skracam tą drogę.

— W twoim przypadku tekst pod tytułem „najpiękniejsza jesteś, kiedy się złościsz” w zupełności traci na znaczeniu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 59.12
drukowana A5
Kolorowa
za 96.06