E-book
20.48
drukowana A5
57.11
MARS Czerwony Reset

Bezpłatny fragment - MARS Czerwony Reset


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8467-706-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 57.11

1. Argo-7

Najpierw był dźwięk. Nie światło, nie ból, nawet nie strach. Dźwięk. Cichy, uparty, mechaniczny puls, który wbijał się w świadomość z cierpliwością kroplówki. Pik. Przerwa. Pik. Przerwa. Pik. Jakby ktoś w nieskończoność sprawdzał, czy jeszcze żyje, a potem, lekko rozczarowany, sprawdzał znowu.

John otworzył oczy i od razu pożałował tej decyzji. Powieki miał ciężkie, gardło suche jak popiół, a język smakował metalem i czymś kwaśnym, co kojarzyło mu się z filtrowaną wodą po trzech awariach systemu. Nad nim migotał panel medyczny. Zielone światło walczyło tam z czerwonym, jakby urządzenie samo nie mogło ustalić, czy pacjent wymaga ratunku, czy już raczej minuty ciszy.

Spróbował usiąść. Świat odpowiedział ciosem w skroń. Ból rozlał się po głowie powoli i nieubłaganie. John syknął, opadł z powrotem na pryczę i przez chwilę oddychał płytko, ostrożnie, jak człowiek, który boi się, że zbyt głęboki wdech uruchomi coś jeszcze gorszego.

W powietrzu unosił się zapach spalonej izolacji, plastiku i marsjańskiego pyłu. To był zapach, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Mars pachniał jak obietnica nauki połączona z kosztowną pomyłką. Sucho. Chemicznie. Obco. I jeszcze ten pył. Czerwony, drobny, wszechobecny. Był na panelach, na podłodze, na rękawie jego kombinezonu, a nawet, co wydało mu się szczególnie bezczelne, na jego wargach.

Mrugnął kilka razy i dopiero wtedy zorientował się, że leży nie w swojej koi, lecz w przedziale medycznym statku badawczego. Tyle że przedział medyczny wyglądał tak, jakby miał za sobą bardzo zły dzień, a potem jeszcze komisję śledczą. Szafka z opatrunkami wisiała krzywo. Na podłodze leżały rozbite ampułki. Nad wejściem przerywała iskrami listwa oświetleniowa.

John uniósł rękę do skroni. Natrafił na plaster regeneracyjny. Świeży. Założony niedawno. Ale przez kogo?

— Halo? — wychrypiał.

Głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś starszego, bardziej zmęczonego i zdecydowanie mniej zachwyconego eksploracją kosmosu. Nikt nie odpowiedział.

Odwrócił głowę w stronę iluminatora awaryjnego. Za grubą szybą, matową od pyłu, rozciągał się Mars. Czerwony, spokojny, majestatyczny. Tak spokojny, że człowiek odruchowo chciał go oskarżyć o współudział. Niebo miało kolor przygaszonej rdzy. W oddali piętrzyły się skały, nieruchome jak wspomnienia. W pobliżu widać było fragment poszycia statku, wbity w grunt pod dziwnym kątem.

Wspomnienia.

To słowo otworzyło drzwi, których John wolałby jeszcze nie otwierać. Krzyk. Alarm. Gwałtowne szarpnięcie przy zejściu na orbitę. Głos kapitan Idy Werd, chłodny mimo przeciążenia. Nawigator Malik przeklinający po arabsku, polsku i chyba w jeszcze dwóch językach, których nigdy nie przyznał, że zna. Doktor Chen zapiętą w fotel tak mocno, jakby spodziewała się, że jeśli puści pasy, wypadnie prosto w złą decyzję. Potem błysk. Potem coś uderzyło w kadłub. Potem…

Potem nic.

John poderwał się gwałtowniej, niż pozwalał mu rozsądek. Tym razem udało się usiąść. Świat wirował, ale już bez tamtej brutalnej pewności siebie. Oparł stopy o podłogę i przez chwilę siedział, łapiąc rytm oddechu.

— Dobrze — mruknął do siebie. — Jeśli mój mózg działa, to albo mam szczęście, albo medbay wreszcie zrobił coś pożytecznego.

Pik. Przerwa. Pik.

Na bocznym monitorze migał komunikat diagnostyczny. John zmrużył oczy i przeczytał go dwa razy, bo za pierwszym uznał, że to skutek urazu głowy.

Dziennik pokładowy: Sol 18. Godzina 06:12 czasu bazy. Status: początek cyklu.

Cyklu?

Sięgnął po panel i dotknął ekranu. Komunikat nie zniknął. Przeciwnie, rozwinął się, jakby tylko na to czekał.

Przebudzenie personelu: aktywne.

Ostrzeżenie: integralność sekcji centralnej zagrożona.

Szacowany czas do zdarzenia krytycznego: 09:47:13.

John znieruchomiał.

Dziewięć godzin? Do czego? Do awarii reaktora? Do eksplozji zbiorników? Do rozszczelnienia? Umysł próbował skleić fakty, ale kawałki układanki były wyszczerbione. Co gorsza, pewna część jego świadomości, ta najbardziej nieuprzejma, szeptała, że przecież już to widział. Już ten ekran czytał. Już tę godzinę znał.

— Nie — powiedział głośniej, niż planował.

Bo właśnie wtedy przyszło drugie uderzenie pamięci. Nie obraz. Nie scena. Uczucie. Twarda, lodowata pewność, że ten moment nie jest pierwszy. Że już budził się z bólem głowy i czerwonym pyłem na ustach. Że już patrzył na ten sam komunikat. I że za każdym razem kończyło się to samo.

Katastrofą.

Roześmiał się krótko, sucho, bez cienia radości. To był śmiech człowieka, który chciałby, aby rzeczywistość okazała się jedynie bardzo drogim żartem produkcyjnym.

— Fantastycznie — szepnął. — Jestem na Marsie, statek jest rozwalony, system mówi do mnie zagadkami, a ja mam deja vu wielkości małej kolonii.

Spróbował wstać. Tym razem ostrożnie. Udało się. Kolana drżały, ale utrzymały ciężar. Ruszył do drzwi, chwytając po drodze wiszący na poręczy identyfikator. Spojrzał na własne nazwisko i zdjęcie zrobione jeszcze na Ziemi.

W tamtym ujęciu wyglądał na człowieka, który wierzy, że największym problemem misji będzie brak dobrej kawy. John z fotografii był naiwny. John obecny miał twarz obitą przez rzeczywistość.

Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze raz. Odruchowo spojrzał za siebie, na koję, monitor i migoczący czas.

Dziewięć godzin, czterdzieści siedem minut.

Nie wiedział jeszcze, co wydarzy się na końcu odliczania. Nie wiedział, kto przeżył. Nie wiedział nawet, czy naprawdę traci rozum, czy tylko kontakt z bardziej optymistyczną wersją fizyki. Wiedział jedynie, że musi znaleźć innych. I że Mars, ten piękny cmentarz marzeń, dopiero zaczynał z nim rozmowę.


Drzwi medbayu rozsunęły się z jękiem, jakby statek protestował przeciwko używaniu jakiejkolwiek mechaniki po tym, co przeszedł. Za nimi ciągnął się główny korytarz sekcji mieszkalnej. Oświetlenie awaryjne barwiło wszystko na pomarańczowo i czerwono, co na Marsie wydawało się szczególnie złośliwe. Jakby planeta zainstalowała sobie motyw przewodni i uparła się, że każdy element scenografii ma z nim współgrać.

John ruszył wolno, jedną dłonią prowadząc się po ścianie. Wibracje przechodziły przez metal w nierównych falach. Gdzieś daleko pracował generator podtrzymania. Gdzieś bliżej syczał nieszczelny przewód. Korytarz był zawalony drobiazgami, które jeszcze wczoraj miały nazwy i przeznaczenie, a dziś były po prostu przeszkodami. Kubek przyssany do podłogi zaschniętym napojem proteinowym. Rozpruty pojemnik z zestawem do kalibracji czujników. Tablet z pękniętym ekranem, na którym zamarł uśmiech członka załogi z reklamy procedur bezpieczeństwa. To akurat John uznał za wyjątkowo niestosowne.

— Jeżeli ktokolwiek zginął przez ten filmik szkoleniowy, to składam oficjalną skargę — mruknął.

Jego głos brzmiał dziwnie mało przekonująco w pustce statku. Pustka miała własną akustykę. Połykała pewne dźwięki, a inne zwracała z opóźnieniem. Każdy krok Johna brzmiał trochę jak ślad kogoś, kto idzie tuż za nim. Za trzecim razem obejrzał się przez ramię, wiedząc, że to głupie. Nikogo nie było.

Na ścianie przy włazie do mesy dostrzegł ślady osmalenia. Nie powierzchowne, ale głębokie, czarne, jak po krótkim, gwałtownym pożarze. Dotknął ich opuszkami palców. Sadza starła się łatwo. Ciepła już nie było, ale w pamięci ciała pojawił się impuls. Znów ten sam, niemożliwy błysk wspomnienia. Ktoś krzyczy jego imię. Nie z daleka. Tu. W tym korytarzu. Potem podmuch. Potem ciemność.

John cofnął rękę, jakby ściana mogła go ugryźć.

— Dobra. Albo pamiętam przyszłość, albo przeszłość ma ze mną wyjątkowo toksyczną relację.

Mesa była pusta. Jedno z krzeseł tkwiło wbite w panel żywieniowy. Automat do dań liofilizowanych wyświetlał wciąż pogodny napis: Smak domu, nawet 225 milionów kilometrów od domu. John patrzył na to kilka sekund, po czym parsknął śmiechem.

— Jeśli dom smakuje jak sos pieczarkowy z nutą rozpaczy, to owszem.

Na blacie leżał notatnik kapitan Idy. Prawdziwy, papierowy. W misji, w której każde sto gramów ładunku było dyskutowane przez miesiąc, papierowy notatnik był ekstrawagancją graniczącą z buntem. John znał ten przedmiot. Ida twierdziła, że elektronika jest doskonała do danych, ale fatalna do myślenia. Otworzył zeszyt. Kilka stron było pustych. Na kolejnej widniała lista punktów zapisanych drobnym, zdecydowanym pismem.

Stabilizacja sekcji reaktora

Test zaworu ciśnieniowego B-12

Kontakt z orbiterem opóźniony o 14 min 22 s

Nie ufać odczytom po burzy pyłowej

Porozmawiać z Johnem o anomalii czasowej

John wpatrywał się w ostatni punkt tak długo, aż litery zaczęły się rozmazywać.

Porozmawiać z Johnem o anomalii czasowej.

Nie przypominał sobie takiej rozmowy. A jednak w środku coś ścisnęło się z rozpoznaniem. Nie pełnym. Nie czystym. Raczej jak sen, z którego po przebudzeniu zostaje tylko jedno zdanie i bardzo nieprzyjemna pewność, że było ważne.

Usłyszał trzask z interkomu. Szum. Potem głos, urwany przez zakłócenia.

— …słyszy… ktoś… sekcja… powtarzam…

John dopadł do panelu przy ścianie i uderzył dłonią w przycisk aktywacji.

— Tu Rosky! Kto mówi?

Zakłócenia zawyły przeciągle. Potem odpowiedź przebiła się przez szum.

— ...Malik. Jestem w nawigacyjnej. Jeśli to naprawdę ty, to rusz się. Mamy problem.

— Patrząc wokół, zawęź proszę, który dokładnie.

Przez chwilę panowała cisza. Potem nawet przez trzaski dało się wyczuć irytację.

— Ten, który wybuchnie.

Połączenie urwało się.

John odsunął się od interkomu z miną człowieka, który nie dostał potrzebnych informacji, ale za to otrzymał wystarczająco dużo powodów do pośpiechu. Malik żył. To było coś. Jeśli nawigator był w nawigacyjnej, to trzeba było przedostać się przez sekcję centralną, a to oznaczało minięcie części statku, która zwykle nie lubiła, gdy ludzie wchodzili do niej bez zaproszenia, a po katastrofie zapewne lubiła to jeszcze mniej.

Przy drzwiach do dalszego korytarza leżał hełm EVA. Pęknięty wizjer, ale uszczelki całe. John podniósł go i odruchowo obejrzał. Na bocznej części była naklejka z ręcznie dorysowanymi wąsami na logo misji. Tylko jedna osoba robiła takie rzeczy.

Olga, inżynier systemów zasilania, specjalistka od plazmy i patronka najgłupszych żartów na dwóch planetach. Jeśli hełm należał do niej, a leżał tutaj, to były dwie możliwości. Pierwsza: Olga gdzieś biegała, żywa, w zapasowym sprzęcie. Druga: John nie chciał jeszcze myśleć o drugiej.

Schował hełm pod ramię i ruszył dalej.

Z każdym krokiem statek wydawał się coraz bardziej obcy. Korytarze, które znał od miesięcy, teraz układały się inaczej niż zapamiętał. Przy skrzyżowaniu z laboratorium geologicznym zatrzymał się nagle, bo wiedział. Po prostu wiedział. Za pięć sekund z prawej strony poleci iskra z uszkodzonej szyny zasilania. Trzeba się odsunąć.

Odsunął się. Cztery sekundy. Trzy. Dwie. Iskra trysnęła dokładnie tak, jak przewidział. Gorąca, jasna, sykliwa. Uderzyła w przeciwną ścianę, zostawiając czarny ślad.

John zamarł.

Nie było tu miejsca na zgadywanie. To nie było zwykłe deja vu. To nie był mózg po urazie, który próbuje być kreatywny. To była pamięć czegoś, co się już wydarzyło. Albo miało się wydarzyć. Albo, co najgorsze, wydarzało się wielokrotnie.

Przeszedł dalej szybciej, czując, jak w piersi narasta mu zimny ucisk. Zbliżał się do włazu sekcji centralnej, kiedy znowu dopadło go wspomnienie. Tym razem ostrzejsze. On sam biegnie tym korytarzem. Ktoś za nim. Alarm wrzeszczy. Drzwi nie chcą się zamknąć. Potem fala ognia.

John oparł czoło o chłodny metal przy włazie i zamknął oczy.

— Jeśli to jest pętla — powiedział bardzo cicho — to przysięgam, że ten, kto ją zaprojektował, miał naprawdę paskudne poczucie humoru.

Właz do sekcji centralnej był uchylony. Z wnętrza dochodziło światło awaryjne i niski, przeciągły pomruk uszkodzonych systemów. John odetchnął głęboko, poprawił chwyt na hełmie i wszedł do środka statku, który najwyraźniej pamiętał więcej niż on.


Sekcja centralna wyglądała jak wnętrze urządzenia, które ktoś próbował naprawić młotkiem, a potem uznał, że jednak szybciej będzie się modlić. Panele serwisowe były otwarte, kable wisiały z sufitów jak splątane połączenia nerwowe, a na podłodze błyszczały drobiny szkła i czerwonego pyłu. Grawitacja lokalna działała nierówno. Jeden krok był zwyczajny, drugi lżejszy, trzeci sprawiał wrażenie, jakby Mars na moment się rozmyślił co do przyciągania.

John przeszedł mostkiem technicznym nad dolnym poziomem reaktora pomocniczego. Nie patrzył w dół dłużej, niż musiał. W szybie serwisowym unosił się dym, a pod nim błyskały lampy diagnostyczne. Wszystko tam pulsowało ostrzegawczo, jak serce po bardzo złej wiadomości.

Do nawigacyjnej wszedł bez pukania, bo po katastrofie etykieta zwykle przegrywa z pilnością. Malik Darzi siedział przy głównym pulpicie, oparty jednym barkiem o fotel, z opaską uciskową na lewym przedramieniu. Wyglądał jak człowiek, którego ktoś wyrwał z normalnego dnia, wrzucił w środek apokalipsy, a następnie jeszcze poprosił o wypełnienie raportu. Czarne włosy miał przyklejone do czoła potem. Na policzku ciągnęło się wąskie rozcięcie. Jego oczy były jednak przytomne. Zbyt przytomne. To zawsze oznaczało kłopoty.

— Żyjesz — powiedział John.

Malik podniósł wzrok znad danych i skrzywił się.

— Astrofizycznie tak. Towarzysko jeszcze nie oceniłem.

John odetchnął krótko. Ten ton, suchy jak pustynia i równie gościnny, był niemal pocieszający.

— Kto jeszcze?

— Ida odpowiadała godzinę temu z modułu dowodzenia. Potem kontakt padł. Chen jest gdzieś przy hydroponice, jeśli nie zmieniła planów ani stanu skupienia. Olga — nic nie wiem. A teraz najlepsza część. — Malik stuknął palcem w ekran. — Nasz reaktor buforowy wchodzi w niestabilność, system główny ma błędy synchronizacji, a automatyka próbuje balansować energię tak, jakby pisał ją poeta po dwóch nieprzespanych dobach.

John podszedł bliżej. Wykresy skakały niespokojnie. Linie obciążenia przecinały się w czerwonych strefach. W prawym dolnym rogu mrugał ten sam czas, który widział w medbayu. Dziewięć godzin i trochę mniej.

— Co jest na końcu odliczania? — zapytał.

Malik spojrzał na niego uważnie.

— Naprawdę nie pamiętasz?

Pytanie zawisło między nimi ciężej niż dym. John poczuł, jak mięśnie na karku sztywnieją.

— Powiedzmy, że pamiętam rzeczy wybiórczo. Bardzo wybiórczo. I wolałbym, żeby ktoś podał mi wersję, w której nie brzmię jak pacjent eksperymentalny.

Malik odwrócił wzrok do konsoli. Przez chwilę milczał, jakby przeliczał nie tylko trajektorie, ale też granice cierpliwości.

— Dobrze. Wersja krótka. Dziś o szesnastej sekcja centralna traci chłodzenie. To uruchamia kaskadę błędów. Pęka magistrala zasilania, reaktor buforowy przegrzewa się, a potem cały środek statku robi wrażenie na geologach, stając się nową formacją skalną. Wersja dłuższa jest bardziej ognista.

John oparł dłonie o pulpit.

— Skąd wiesz, że dziś o szesnastej?

Malik spojrzał na niego ponownie. Tym razem bez irytacji. Z czymś gorszym. Z ostrożnością.

— Bo to już było.

W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko trzaskiem wadliwego głośnika. John usłyszał własny oddech. Wspomnienie, jeszcze niepełne, drgnęło w głowie jak obraz szukający ostrości.

— Ile razy? — zapytał.

— Nie wiem. — Malik wzruszył jednym ramieniem. — Dla mnie? To trzeci. Dla ciebie? Sądząc po tym, jak na mnie patrzysz, pewnie albo pierwszy, albo trzydziesty. Trudno stwierdzić. W tym jest najgorsza część. Pamięć nie przychodzi równo.

John usiadł ciężko na wolnym fotelu. Miał wrażenie, że podłoga odjeżdża mu spod nóg, choć przecież siedział nieruchomo.

— Chcesz mi powiedzieć, że utknęliśmy w pętli czasowej na Marsie?

— Nie. — Malik westchnął. — Chcę ci powiedzieć, że utknęliśmy w źle działającej, nieprzewidywalnej anomalii temporalnej w pobliżu uszkodzonego statku, którego rdzeń energetyczny zachowuje się jak urażony bóg. „Pętla czasowa” to wersja dla mediów.

John parsknął śmiechem, choć nic go nie bawiło.

— Oczywiście. Jak mogłem upraszczać.

Malik przesunął ku niemu niewielki moduł danych.

— To od ciebie. Z poprzedniego… cokolwiek to było. Nagranie. Zaszyfrowane twoim kluczem i oznaczone: „Gdy znowu obudzę się głupszy, puścić natychmiast”. Cytuję dosłownie. Naprawdę powinieneś kiedyś popracować nad elegancją przekazu.

John wziął moduł. Palce zadrżały mu lekko. Wsunął nośnik do portu podręcznego przy pulpicie. Na ekranie pojawił się jego własny obraz. Nagranie było ciemne, niestabilne. Twarz miał bledszą, oczy podkrążone, uśmiech wymuszony do granic obrazy.

Jeśli to oglądasz, John, to znaczy, że znowu się obudziłeś za wcześnie albo za późno, ale na pewno nie tam, gdzie chciałeś. Słuchaj uważnie. Katastrofa nie jest przypadkiem. Burza pyłowa tylko ją uruchamia. Źródło problemu jest w rezonansie pola wokół rdzenia chrono-sondy z ładunkiem reaktora buforowego. Tak, wiem, brzmi to jak zdanie napisane przez człowieka, który od tygodnia nie spał. Bo nim byłem. Nie mamy dużo czasu. Ida próbuje izolacji rdzenia. Malik liczy alternatywne rozkłady mocy. Chen szuka sposobu na zachowanie pamięci między cyklami. A ty… ty masz znaleźć Olgę. Bez niej nie damy rady. I jeszcze jedno. Nie idź do laboratorium geologicznego po dziewiątej trzydzieści dwa. Serio. Nie pytaj. Po prostu nie idź.

Nagranie urwało się nagle, w pół oddechu.

John zamknął oczy. Nie z niedowierzania. Z rozpoznania. Ten człowiek na ekranie mówił prawdę nie dlatego, że miał jego twarz, ale dlatego, że w głosie brzmiała znajoma desperacja kogoś, kto już wielokrotnie próbował uratować sytuację i za każdym razem oglądał, jak wszystko rozpada się od nowa.

— Chyba zaczynam nienawidzić samego siebie — powiedział cicho.

— To zdrowa reakcja — odparł Malik. — Ja ciebie nienawidzę falami. Ale konstruktywnie.

John otworzył oczy.

— Jeśli dla ciebie to trzeci raz, to co robiliśmy wcześniej?

Malik odchylił się minimalnie, jak wykładowca szykujący listę błędów seminarzysty.

— W pierwszym cyklu próbowaliśmy ratować statek zgodnie z procedurą. Zginęliśmy bardzo profesjonalnie. W drugim poszliśmy za twoją teorią o chrono-sondzie. Dotarliśmy dalej, ale sekcja centralna i tak poszła z dymem. W międzyczasie odkryliśmy, że pewne informacje zostają. Nie wszystkim. Nie zawsze. Teraz twoja kolej, żeby przypomnieć sobie coś użytecznego.

John spojrzał na odliczanie. Dziewięć godzin zamieniło się już w mniej niż osiem i pół.

— Dobrze — powiedział. — Szukamy Olgi. Łączymy się z Idą i Chen. Stabilizujemy, co się da. A potem rozmontowujemy anomalię.

Malik uniósł brew.

— Powiedział to człowiek, który pięć minut temu ledwo pamiętał własną katastrofę.

— Tak. Ale mam jedną przewagę.

— Jaką?

John podniósł moduł z nagraniem i spojrzał na swoją zmęczoną twarz zatrzymaną na ekranie.

— Najwyraźniej jestem na tyle uparty, żeby ostrzegać samego siebie. To musi coś znaczyć.

Malik pokręcił głową z cieniem niedowierzania.

— Owszem. To znaczy, że wszechświat nie zdołał cię jeszcze uciszyć.

John wstał. Nogi nadal miał niepewne, ale cel nagle zrobił się wyraźniejszy. Pętla była absurdem. Mars był pułapką. Statek tykał jak bomba z doktoratem z fizyki. A jednak między strachem a adrenaliną pojawiło się coś jeszcze. Kierunek.

— Gdzie ostatnio widziano Olgę?

Malik stuknął w mapę statku.

— Tunel techniczny przy sekcji zasilania zewnętrznego. Jeśli żyje, będzie tam, gdzie rzeczy buczą groźnie i wymagają klucza plazmowego. Czyli w swoim naturalnym środowisku.

John skinął głową.

— To brzmi jak ona.

— John.

Odwrócił się w drzwiach.

— Tak?

Malik zawahał się może na pół sekundy, co w jego przypadku było niemal wyznaniem uczuć.

— Tym razem spróbuj nie umrzeć przed południem. Statystycznie to demoralizuje zespół.

John uśmiechnął się krzywo.

— Postaram się umrzeć dopiero po lunchu.

— Nie mamy lunchu.

— W takim razie żyję na złość.

I wyszedł, zostawiając za sobą nawigatora, odliczanie oraz świadomość, że w tej historii nawet żarty były formą obrony przeciwko końcowi świata.


Po wyjściu z nawigacyjnej John nie skręcił od razu do sekcji zasilania. Najpierw potrzebował kontaktu z resztą załogi. W pętli, jeśli rzeczywiście byli w pętli, najgorszą walutą była samotność. Drugą najgorszą była błędna pewność siebie. John miał talent do obu, więc wolał nie ryzykować.

Przy węźle komunikacyjnym uruchomił awaryjny kanał zespołowy. Panel zamrugał, zawarczał i najwyraźniej uznał, że skoro statek nie eksplodował jeszcze całkowicie, to można spróbować współpracy.

— Tu Rosky do wszystkich aktywnych kanałów. Jeśli mnie słyszycie, odpowiedzcie. I najlepiej zróbcie to słowami, nie jękiem.

Najpierw odpowiedział szum. Potem krótki trzask. A potem głos Idy, kapitan, kobiety, która potrafiła wydać rozkaz tak, że nawet chaos przez chwilę stawał na baczność.

— Słyszę cię, John. Status.

Sam ton jej głosu sprawił, że poczuł się odrobinę mniej rozbity. W jej głosie słychać było zarówno zmęczenie, jak i pewność. Jak zawsze, gdy wszystko szło źle.

— Żyję, chodzę, nie do końca wierzę w czas liniowy, ale poza tym dobrze. Jestem po rozmowie z Malikiem. Potwierdza… anomalię.

Krótka cisza.

— Rozumiem — powiedziała Ida. — Czy pamiętasz poprzednie cykle?

— Fragmentami. Bardziej czuję, niż wiem.

— To i tak postęp. W module dowodzenia mam częściowe logi. Spotkamy się tam za godzinę. Najpierw musisz znaleźć Olgę. Bez niej nie ustabilizujemy rozdziału mocy i nie odetniemy chrono-sondy od układu.

John oparł się lekko o ścianę. To, że wszyscy mówili o tym samym z taką praktyczną trzeźwością, było przerażające. Pętla przestawała być hipotezą. Stawała się procedurą roboczą.

— Chen? — zapytał.

Na chwilę kanał zaszumiał, po czym odezwał się trzeci głos. Cichy, opanowany, z tą charakterystyczną precyzją, która sprawiała, że każde słowo doktor Lin Chen trafiało na miejsce jak narzędzie do idealnie dobranej śruby.

— Jestem przy hydroponice. Zbieram próbki i sprawdzam markery pamięciowe. Mamy pewne ślady biochemiczne w układzie nerwowym. To może tłumaczyć, dlaczego część wspomnień przecieka między cyklami.

— Da się to wzmocnić? — spytał John.

— Być może. Da się też pogorszyć. Na razie staram się osiągnąć to pierwsze.

— Brzmi uspokajająco.

— Nie miało być takie.

To akurat było bardzo w stylu Chen. Sucha, rzeczowa, bez cienia kokieterii. John uśmiechnął się mimowolnie.

Ida wróciła na kanał.

— John, słuchaj uważnie. W logach z poprzednich cykli powtarza się jeden element. O dziewiątej trzydzieści dwa dochodzi do wtórnego przepięcia przy laboratorium geologicznym. Omijaj ten obszar. I nie próbuj bohaterstwa solo.

— O tej części już mnie ostrzegano. Nawet ja potrafię dwa razy przyjąć tę samą radę.

— To byłby historyczny moment — odparła Ida, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał cień humoru. Szybki, krótki, lecz prawdziwy.

Połączenie zakończyło się, bo system uznał zapewne, że dość już wydano mu poleceń na ten kwadrans. John ruszył dalej, ale po kilku krokach zawahał się i skręcił ku hydroponice. To nie było po drodze do sekcji zasilania. Rozsądek mówił, że marnuje czas. Coś głębszego, bardziej intuicyjnego, mówiło mu jednak, że powinien tam zajrzeć. W pętli nawet odruchy mogły być wspomnieniami.

Hydroponika była jednym z niewielu miejsc na statku, które zwykle pachniały życiem. Wilgoć, zioła, świeża zieleń, nieco ziemisty aromat pożywek. Teraz drzwi otworzyły się na półmrok i niepokojącą ciszę. Część lamp wzrostowych nie działała. Woda skapywała z pękniętej rury do zbiornika, wydając jednostajny, hipnotyczny dźwięk. Rzędy roślin kołysały się lekko w niestabilnej grawitacji.

Chen klęczała przy panelu sensorów. Miała podwinięte rękawy, ręce w rękawicach diagnostycznych i minę osoby, która z przekonaniem uważa, że wszechświat da się jeszcze przekonać do logiki, jeśli tylko odpowiednio zbierze się dane.

— Przyszedłeś — powiedziała, nie odwracając się.

— To takie moje hobby. Pojawiam się w miejscach, do których nie powinienem mieć czasu dojść.

Dopiero wtedy spojrzała na niego. Jej oczy, ciemne i skupione, przeskanowały go od głowy do butów.

— Krwiak skroniowy mniejszy niż w poprzednim cyklu. Dobrze. Źrenice równe. Zdolność mowy zachowana, niestety.

— Dziękuję za ciepłe słowa.

Wstała płynnie i podała mu niewielki inhalator.

— Weź. To mieszanina stymulująca z dodatkiem markerów pamięciowych. Nie gwarantuję sukcesu. Gwarantuję natomiast paskudny smak i lekkie drżenie rąk.

— Brzmi jak młodość akademicka.

Przyłożył inhalator do ust i zaciągnął się. Smak był tak zły, że przez chwilę podejrzewał Chen o osobistą zemstę. Gardło zapiekło. W oczach stanęły łzy. A potem świat na moment wyostrzył się boleśnie. Kolory, dźwięki, zapachy. I wspomnienie.

Hydroponika. Ten sam półmrok. Chen stojąca dokładnie tu, ale z krwią na kołnierzu. Mówi do niego szybko: Jeśli pamiętasz tylko jedno, nie włączaj pełnej synchronizacji rdzenia. To ona zamyka pętlę.

John zachwiał się. Chen chwyciła go za łokieć.

— Co widzisz?

— Ciebie. Tutaj. Mówiłaś… żeby nie włączać pełnej synchronizacji rdzenia. Że to zamyka pętlę.

Po raz pierwszy jej twarz drgnęła wyraźnie.

— Dobrze. To znaczy, że ślad działa. Słabo, ale działa.

— „Dobrze” to zaskakująco odważne słowo jak na sytuację, w której pamiętam własne przyszłe porażki.

— Wolę to niż całkowitą amnezję. W poprzednim cyklu spędziłeś dwadzieścia minut, próbując przekonać Malika, że musicie najpierw napić się kawy.

John zamrugał.

— Co?

— Twierdziłeś, że jeśli to naprawdę pętla, to zasługujesz na przynajmniej jedną stałą przyjemność.

— Nadal uważam, że to mocny argument.

W rogu hydroponiki coś zaszeleściło. John i Chen odwrócili się jednocześnie. Między rzędami pojemników z pomidorami przesunął się cień.

John odruchowo sięgnął po klucz serwisowy przy pasie, chociaż był to gest bardziej symboliczny niż groźny.

— Kto tam?

Przez chwilę nic. Potem zza kolumny zbiorników wyłoniła się postać w pogniecionym kombinezonie roboczym. Rozczochrane jasne włosy, smuga smaru na policzku, spojrzenie zbyt żywe jak na kogoś, kto powinien odpoczywać albo uciekać. Olga uniosła obie dłonie w geście poddania.

— Spokojnie. To tylko ja. Nie strzelajcie kluczem. To obraźliwe i mało skuteczne.

John wypuścił powietrze z płuc tak gwałtownie, jakby trzymał je od pięciu minut.

— Olga.

— Wiem, też się cieszę, że żyję. Chociaż zastrzegam, że dzień jest młody.

Podbiegł do niej, zatrzymał się o krok za blisko, jak ktoś niepewny, czy przytulenie po końcu świata jest jeszcze zgodne z protokołem, po czym po prostu chwycił ją za ramiona.

— Gdzie byłaś?

— W tunelach zasilania, potem tutaj. Uciekałam przed iskrami, płomieniami i bardzo agresywną skrzynką narzędziową. Długa historia. Krótka wersja: wiem, co jest nie tak z rozdziałem mocy.

Chen spojrzała na nią ostro.

— Mów.

Olga westchnęła, po czym wskazała sufit, jakby odpowiedź siedziała tam z założonymi nogami.

— Chrono-sonda nie tylko zakłóca system. Ona zasysa nadmiar energii z reaktora i oddaje go impulsami zwrotnymi. Każda próba pełnej synchronizacji kończy się tym samym. Zamykamy obwód. Statek wybucha. Czas się cofa. My budzimy się od nowa. Gratulacje, zbudowaliśmy najdroższy budzik w historii ludzkości.

John spojrzał na Chen. Chen na Johna. Słowa z jego wspomnienia i słowa Olgi złożyły się w ten sam wzór.

— Czyli nie możemy ustabilizować układu normalnie — powiedział.

— Nie — odparła Olga. — Musimy odłączyć chrono-sondę, zanim reaktor wejdzie w krytyczny rezonans.

— A gdzie jest sonda? — spytał John, choć przeczucie już podnosiło mu włosy na karku.

Olga uśmiechnęła się krzywo. Ten uśmiech zawsze oznaczał złe wiadomości podane z talentem estradowym.

— W najgorszym możliwym miejscu. Bezpośrednio pod sekcją centralną. Za zalanym tunelem serwisowym. Obok niestabilnego rdzenia pomocniczego. Innymi słowy, ktoś projektował ten statek z myślą: „A jeśli pewnego dnia bohaterowie będą potrzebowali bardzo złej drogi do bardzo ważnego celu?”

John prawie się roześmiał. Prawie. Zamiast tego poczuł, jak adrenalina miesza się z czymś cięższym. Z losem.

To właśnie dlatego miał znaleźć Olgę. Nie chodziło tylko o kompetencje. Chodziło o drogę. O plan. O jedyną szansę, która może nie kończyła się kolejnym przebudzeniem w medbayu.

Hydroponika zaszeleściła znów, tym razem od podmuchu awaryjnej wentylacji. Zielone liście drżały w sztucznym świetle jak mały las, który nie wiedział jeszcze, że rośnie na statku skazanym na zagładę.

John spojrzał po twarzach Chen i Olgi.

— Dobrze — powiedział. — W takim razie przestańmy być pasażerami tego koszmaru.


Spotkali się w module dowodzenia trzydzieści siedem minut później. Malik przyniósł mapy energetyczne i zły humor. Chen przyniosła wyniki pomiarów neurochemicznych i brak złudzeń. Olga przyniosła narzędzia, dwa zapasowe bezpieczniki, nadpalony tablet i pewność kogoś, kto od dzieciństwa rozkręcał zbyt skomplikowane urządzenia tylko po to, żeby potem z satysfakcją złożyć je w coś trochę innego. Ida czekała przy głównym stole projekcyjnym z papierowym notatnikiem i twarzą kapitana, która musiała ogarnąć jednocześnie statek, załogę, czas i absurd.

Moduł dowodzenia był najmniej uszkodzonym miejscem na Argo-7, ale i tu katastrofa odcisnęła swoje piętno. Jeden z ekranów wisiał martwy. Na suficie ciągnęło się pęknięcie po uderzeniu. Powietrze miało smak ozonu. Mimo to pomieszczenie wciąż zachowywało namiastkę centrum decyzyjnego. A może to Ida nadawała mu tę cechę samą obecnością.

— Dobrze — zaczęła, gdy tylko drzwi się zamknęły. — Zakładamy, że mamy mniej niż osiem godzin do zdarzenia krytycznego. Nie będziemy już dyskutować, czy pętla istnieje. Będziemy dyskutować, jak ją przerwać.

John stanął po drugiej stronie stołu i przez moment poczuł coś dziwnie normalnego. Odprawa. Zespół. Problem do rozwiązania. Tyle że problem był niemal kosmicznej skali i miał zwyczaj resetować dzień.

Olga aktywowała projekcję techniczną. Hologram statku rozbłysnął nad stołem bladoniebieskim światłem. Sekcja centralna pulsowała czerwienią. Pod nią, w ciasnej komorze serwisowej, migał znacznik chrono-sondy.

— Tu siedzi nasz mały demon — powiedziała. — Sonda była eksperymentalnym modułem do pomiaru fluktuacji relatywistycznych przy lądowaniu. Miała tylko obserwować. Ktoś jednak uznał, że świetnym pomysłem będzie podpiąć ją do buforu energetycznego. Ten ktoś nie żyje?

Malik wzruszył ramionami.

— Nie wiem, ale jeśli tak, to i tak zasługuje jeszcze raz.

Ida uniosła dłoń.

— Skupienie.

Chen wskazała drugi wykres.

— Burza pyłowa zewnętrznie uszkodziła osłony pola. Potem przeciążenie reaktora wywołało sprzężenie z sondą. Od tego momentu układ nie pozwala zdarzeniu zakończyć się naturalnie. W chwili katastrofy następuje gwałtowne cofnięcie stanu makroskopowego do punktu zapisu. Niepełne, niestabilne, ale wystarczające.

— Mów po ludzku — poprosił John.

Chen spojrzała na niego bez cienia złośliwości.

— Statek zapętla się w chwili śmierci, bo maszyna boi się końca bardziej niż my.

— To… zaskakująco poetyckie.

— Niech cię to nie rozprasza.

Ida pochyliła się nad mapą.

— Opcje?

Malik odchrząknął.

— Opcja pierwsza: stabilizujemy chłodzenie, rozkładamy obciążenie i próbujemy przetrwać do kontaktu z orbiterem. Problem: to już nie zadziałało. Opcja druga: pełna synchronizacja i kontrolowane wygaszenie. Problem: według Chen i Olgi właśnie to zamyka pętlę. Opcja trzecia: odciąć sondę fizycznie przed wejściem rdzenia w rezonans krytyczny.

— Problem? — spytała Ida.

Olga uniosła trzy palce.

— Trzy problemy. Po pierwsze, tunel jest częściowo zalany chłodziwem i pod napięciem. Po drugie, automatyczne grodzie włączą się, jeśli sekcja poczuje spadek ciśnienia. Po trzecie, ktoś musi wejść ręcznie do komory i przeciąć mostek zasilania. To nie jest operacja zdalna.

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była krótka, ale gęsta. John wiedział, zanim ktokolwiek to powiedział. Wiedział może dlatego, że już tam był. W innym cyklu. W urywku wspomnienia. W bólu, którego jeszcze nie pamiętał do końca.

— Ja pójdę — powiedział.

— Oczywiście — burknął Malik. — Bohaterstwo solo. Ida dosłownie prosiła, żebyś tego nie robił.

— Nie solo. Z Olgą. Jeśli jest ktoś, kto potrafi odróżnić właściwy przewód od przewodu, który udaje właściwy przewód, to ona.

Olga skrzywiła się teatralnie.

— Cudownie. Zawsze marzyłam o romantycznym spacerze zalanym tunelem serwisowym.

Ida nie uśmiechnęła się, ale w jej oczach mignęło coś cieplejszego.

— Jeszcze nie zdecydowałam.

John spojrzał na nią wprost.

— Wiem. Ale jeśli moje wspomnienia wracają, to nie bez powodu. Coś tam już robiłem. Może źle. Może nie do końca. Ale byłem najbliżej.

Chen skinęła wolno głową.

— To ma sens. Ślady pamięci często wiążą się z miejscem i działaniem. Im bliżej będzie poprzedniego przebiegu, tym większa szansa, że sobie przypomni kluczowy element.

— Albo kluczowy sposób umierania — dodał Malik.

— Także to — przyznała Chen z rozbrajającą szczerością.

Ida wyprostowała się.

— Dobrze. Decyzja. John i Olga schodzą do tunelu serwisowego. Malik zostaje w nawigacyjnej i prowadzi obejście mocy. Chen przygotowuje kolejne dawki markerów pamięciowych i monitoruje funkcje neurologiczne. Ja koordynuję z modułu dowodzenia i spróbuję utrzymać grodzie otwarte tak długo, jak się da.

Plan zabrzmiał tak konkretnie, że przez chwilę wszystko stało się prostsze. Nie bezpieczne. Nie rozsądne. Ale proste. Każdy miał zadanie. Każde zadanie miało sens. W obliczu kosmicznego absurdu to bywa więcej niż nadzieja.

Ida otworzyła notatnik i zapisała kilka punktów. Potem spojrzała na Johna.

— Jeszcze jedno. Jeśli coś pójdzie nie tak i pętla się powtórzy, musimy zostawić więcej śladów. Jasnych. Nie dających się przeoczyć.

Olga prychnęła.

— Mogę sprayem napisać na ścianie: „Nie dotykaj świecącej rzeczy, geniuszu”.

— To w zaskakujący sposób może być skuteczne — przyznał John.

Malik oparł łokcie o stół.

— Potrzebujemy listy priorytetów. Krótkiej. Takiej, którą obudzony idiota z urazem głowy zrozumie w pięć sekund.

John wskazał na siebie.

— Doceniam poziom personalizacji tej obrazy.

Chen przesunęła mu cienki pasek medyczny.

— To biomonitor z pamięcią lokalną. Jeśli przeżyjesz do punktu krytycznego, urządzenie może zapisać silniejszy ślad przy kolejnym cyklu. Jeśli nie przeżyjesz, trudno, i tak niewiele ważyło.

— Wasze wsparcie emocjonalne naprawdę leczy.

Ida zamknęła notatnik z cichym trzaskiem.

— Posłuchajcie mnie wszyscy. Możliwe, że już to mówiłam. Możliwe, że jeszcze będę. Ale teraz też to powiem. Nie wydostaniemy się stąd siłą pojedynczej decyzji. Tylko zaufaniem. Jeśli któreś z was zauważy coś, czego nie rozumie, mówi od razu. Jeśli wspomnienie wróci, mówi od razu. Jeśli się boi, też mówi. Strach ukrywany zabija szybciej niż próżnia.

Nikt nie odpowiedział od razu. Nie było potrzeby. Wszyscy wiedzieli, że to prawda.

John poczuł nagle, jak coś osiada mu głęboko pod mostkiem. Nie ulga. Raczej ciężar, który stał się możliwy do niesienia, bo nie był już jego samego. Pętla ich rozdzielała pamięcią, ale łączyła losem. A los, choć bywa podły, czasem daje człowiekowi przynajmniej drużynę.

Olga szturchnęła go lekko łokciem.

— Hej, podróżniku w czasie.

— Tak?

— Jak tam twoje wielkie przeczucie? Uratowaliśmy już Marsa, czy jeszcze chwila?

John spojrzał na hologram statku, pulsującą czerwień sekcji centralnej i malejące odliczanie. Potem na swoich ludzi. Kapitan z notesem. Nawigatora, który nienawidził cudów, ale i tak dalej liczył szanse. Lekarkę, która badała pamięć jak ostatnią linię obrony. Inżynierkę z twarzą umorusaną sadzą i humorem odpornym na apokalipsę.

Uśmiechnął się blado.

— Jeszcze chwila. Na razie próbujemy tylko przeżyć poranek.

Ida skinęła głową.

— W takim razie do pracy.

Alarm w oddali odezwał się pojedynczym, przeciągłym tonem. Nie panika. Nie jeszcze. Raczej przypomnienie, że czas płynie nawet wtedy, gdy ma brzydki zwyczaj zawracać. John przypiął biomonitor do nadgarstka, sprawdził narzędzia i ruszył z Olgą ku wyjściu. Za progiem czekały tunele, chłodziwo, iskry, grodzie i prawdopodobnie kilka nowych sposobów na utratę złudzeń.

A jednak kiedy drzwi modułu dowodzenia zamknęły się za nimi, John nie czuł już tylko strachu. W jego głowie, pod warstwą bólu i chaosu, tliło się coś twardszego. Jak iskra pod popiołem.

Być może budził się tego dnia nie pierwszy raz. Być może ginął już wielokrotnie. Być może Mars nauczył go, że czas nie jest prostą linią, lecz pułapką zbudowaną z błędów, energii i uporu.

Ale jeśli pętla dawała choć jeden prezent, był nim właśnie ten moment. Chwila, w której człowiek przestaje pytać, czy da radę, i zaczyna robić to, co konieczne.

Na czerwonej planecie, pod pękniętym kadłubem statku badawczego, w dniu, który już kiedyś się skończył, John Rosky szedł po raz kolejny ku katastrofie. Tyle że tym razem nie szedł do niej ślepo.

2. Sky-Key-3

Obudził się od dźwięku, którego szczerze nienawidził już bardziej niż alarmów, wybuchów i filozoficznych monologów doktora Hena na temat wyższości starej mechaniki nad nową. To był miękki, uprzejmy sygnał systemu pokładowego, ten sam, który każdego ranka informował załogę, że ciśnienie jest stabilne, tlen w normie, a Mars wciąż pozostaje nieprzyjaznym kamieniem oblepionym pyłem i pychą ludzkich ambicji.

Jonah Vale otworzył oczy i przez dłuższą chwilę nie poruszył się ani o centymetr. Leżał nieruchomo, wsłuchany w szum recyrkulatorów i stłumione drżenie kadłuba stacji badawczej SKY-KEY-3. Przez ostatnie dni, o ile w ogóle można było jeszcze mówić o dniach, wyrobił w sobie odruch zwierzęcia osaczonego. Najpierw słuchał. Potem oddychał. Dopiero na końcu ufał zmysłom.

Na ścianie kabiny, cienkiej jak obietnica polityka z orbity, wyświetlał się czas lokalny. 06:12. Sol 41 misji naziemnej.

To było niemożliwe.

Usiadł tak gwałtownie, że uderzył głową o składany schowek nad koi. Zaklął cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z bólu. Sol 41. Znowu. Nie Sol 42, nie 43. Nie dzień po eksplozji. Nie dzień po nieudanej próbie ostrzeżenia wszystkich. Nie dzień po tym, jak niemal udusił się w tunelu serwisowym, próbując odciąć zasilanie modułu geologicznego. Sol 41. Dokładnie ten sam poranek. Ta sama godzina. Ta sama rysa na ekranie. Ta sama plama po kawie na rękawie kombinezonu, której przecież nie miał prawa mieć, bo pamiętał, że poprzedniego „ranka” jeszcze jej tam nie było.

Albo może była. W pętli pamięć przestawała być archiwum. Stawała się polem minowym.

Wstał i podszedł do małego lusterka osadzonego przy szafce medycznej. Twarz miał szarą od niewyspania, choć spał. Albo raczej był resetowany, jak maszyna odcięta od zasilania i uruchamiana od nowa. W oczach tkwiła znajoma, niebezpieczna czujność. Taka, która zbyt długo patrzy w ciemność i zaczyna się zastanawiać, czy ciemność nie patrzy z powrotem.

Z korytarza dobiegły kroki i głos Mai Serrat, pilotki, która potrafiła lądować w burzy pyłowej z miną, jakby parkowała przy supermarkecie.

— Jeśli ktoś zajął prysznic na dłużej niż trzy minuty, przysięgam, wyrzucę go na zewnątrz i nazwę to eksperymentem społecznym!

Jonah zamknął oczy. Dokładnie to samo zdanie. Ten sam ton. Ta sama pauza po „przysięgam”, jakby rozważała, czy morderstwo da się usprawiedliwić naukowo.

Świat się nie cofnął. Świat się zapętlił.

W pierwszej pętli myślał, że to wstrząs po katastrofie. W drugiej uznał, że ktoś eksperymentuje na jego układzie nerwowym. W trzeciej próbował zachowywać się normalnie, co okazało się strategią równie sensowną, jak gaszenie pożaru instrukcją obsługi. W czwartej krzyczał. W piątej milczał. Teraz, przy kolejnej, wiedział już tylko jedno: coś znikało. Nie tylko czas. Nie tylko przyczynowość. Znikał cały dzień, którego nikt poza nim nie pamiętał.

A przecież były ślady.

Wsunął dłoń pod materac i wyjął cienki pasek polimeru, na którym rył notatki ostrzem od zestawu technicznego. Nie ufał plikom. Pliki można było zresetować. Można je było nadpisać, uszkodzić, „przywrócić do stanu bazowego”, jak mawiał pokładowy system z tą irytującą elegancją urzędnika pogrzebowego. Ale polimer był fizyczny. Głupi. Uparty. Uczciwy.

Na pasku widniały krótkie zdania, gęste, niemal desperackie.

Nie idź od razu do Hena.

Wybuch o 19:26, ale przyczyna wcześniej.

Leena coś ukrywa.

Nie ufaj zapisom z Sol 40.

Zaginął cały dzień.

To ostatnie wrył najmocniej. Litery były głębsze, poszarpane. Jakby chciał wyryć je nie w materiale, ale we własnej czaszce.

Bo to właśnie było najgorsze. Nie fakt, że dzień się powtarzał. Nie nawet katastrofa, która kończyła się zawsze hukiem, płomieniem i metalem rwanym jak papier. Najgorsza była luka. Dane misji wskazywały, że załoga przeszła z Sol 39 do Sol 41 z idealną ciągłością systemową. Bez alarmów. Bez utraty synchronizacji. Bez awarii zegarów atomowych. A jednak czegoś brakowało. Sol 40 istniał w raportach jak cień pod cieniem. Wspomniany, oznaczony, policzony, ale pusty w środku.

Jonah poczuł, jak skóra na karku cierpnie.

Włożył kombinezon roboczy i wyszedł na korytarz. Powitał go zapach metalu, ozonu i czegoś, co kuchnia pokładowa upierała się nazywać pieczywem. Lampy sufitowe rozlewały chłodne światło, podkreślając zmęczenie na twarzach ludzi, którzy jeszcze nie wiedzieli, że tego dnia zginą. Znowu.

Maja stała przy dystrybutorze wody i patrzyła na niego z kubkiem w dłoni.

— Wyglądasz, jakbyś spał w reaktorze.

Jonah parsknął krótkim, suchym śmiechem.

— To dobrze. Chciałem dziś wyglądać na wypoczętego.

Maja uniosła brew. Ten żart też już kiedyś padł. Ale poprzednio śmiała się dłużej. Dziś tylko pokręciła głową.

To był szczegół. Niewielki. Prawie nic. A jednak właśnie z takich odchyleń budował teraz cały swój świat. Nie mógł udowodnić pętli, lecz mógł polować na rysy. Na drobne różnice. Na objawy tego, że czas nie tyle się powtarza, ile męczy własnym ciężarem.

W mesie zebrała się już część załogi. Doktor Hen kłócił się z botem laboratoryjnym o kalibrację analizatora. Leena Orlov, główna geolożka, przeglądała dane przy śniadaniu, jak zwykle jedząc za szybko i z miną człowieka, który traktuje jedzenie jak przeszkodę między sobą a wielką tajemnicą wszechświata. Amir, inżynier systemowy, siedział z rozkręconym terminalem, mrucząc do siebie po arabsku coś, co brzmiało jak modlitwa albo groźba.

Wszyscy byli na swoich miejscach. Wszyscy idealnie zwyczajni. To zawsze wydawało się najbardziej obraźliwe. Koniec świata przychodził tu w kostiumie rutyny.

Jonah nalał sobie kawy. Smakowała jak gorąca uraza. Usiadł i przez moment do nikogo nie odzywał się ani słowem. Musiał zdecydować, jak rozegra ten poranek. Każda wcześniejsza próba ratunku kończyła się albo śmiercią, albo resetem. Czasem oboma naraz, co było doświadczeniem edukacyjnym, ale trudno polecić je znajomym.

Wiedział już, że jeśli zbyt wcześnie oskarży Leenę, ta się zamknie. Jeśli zaalarmuje dowództwo, doktor Hen uzna go za ofiarę przeciążenia poznawczego. Jeśli spróbuje sam dobrać się do modułu zasilania, zabraknie mu czasu. Musiał znaleźć coś nowego. Coś ukrytego głębiej niż katastrofa. Bo katastrofa była tylko finałem. Prawdziwa tajemnica zaczynała się wcześniej. W zaginionym dniu, którego nikt nie pamiętał.

I wtedy przypomniał sobie jeden szczegół, niemal śmiesznie mały. W poprzedniej pętli, gdy biegł przez archiwum techniczne, mignął mu zapis z kamer serwisowych. Klip był oznaczony datą Sol 40, ale długość nagrania wynosiła dokładnie zero sekund. Jakby ktoś zarejestrował samą ramkę czasu, pusty haczyk zawieszony na osi zdarzeń.

To nie była awaria. To była wiadomość. Jonah odstawił kubek i wstał.

— Dokąd idziesz? — zapytała Maja.

— Po odpowiedź — odparł. — Albo po coś, co bardzo dobrze udaje odpowiedź.

Ruszył korytarzem w stronę archiwum danych. Czuł, że dziś nie powinien próbować zatrzymać końca od razu. Najpierw musiał odnaleźć to, co zostało wymazane. Dzień bez wspomnień. Dobę wyrwaną z życia załogi jak strona z dziennika. Jeśli zrozumie, co wydarzyło się wtedy, być może po raz pierwszy nie będzie biegł przed wybuchem na oślep.

A jeśli nie? Cóż. Mars był pełen kraterów po cudzych błędach. Jeden więcej nie zrobi różnicy.

Archiwum danych mieściło się w najcichszej części stacji, co było osiągnięciem niemal artystycznym, biorąc pod uwagę, że cała baza oddychała nieustannym pomrukiem pomp, filtrów i układów podtrzymania życia. Tutaj jednak dźwięki wydawały się stłumione, jakby ściany były grubsze, a sam czas zwalniał z szacunku dla serwerów. Jonah zawsze uważał to miejsce za sanktuarium dla ludzi, którzy bardziej ufają liczbom niż sobie nawzajem. Dziś archiwum przypominało mu raczej kryptę.

Panel wejściowy zamrugał zielono. Dostęp przyznany. Oczywiście. We wszystkich poprzednich pętlach miał ten sam poziom uprawnień. Pętla była okrutna, ale konsekwentna administracyjnie.

Wszedł do środka i drzwi zamknęły się za nim z miękkim sykiem. Rzędy modułów pamięci lśniły chłodnym światłem wskaźników. Na centralnym terminalu pulsowało logo misji: czerwony okrąg planety przecięty srebrną orbitą. Pod spodem przewijały się standardowe komunikaty o integralności danych. Wszystko w normie. Wszystko poprawne. Wszystko idealnie fałszywe.

Jonah usiadł przy konsoli i przywołał dzienniki z trzech ostatnich soli misji. Sol 39, Sol 40, Sol 41. Dane pojawiły się szybko. Za szybko. Jakby system tylko czekał, aż ktoś zada to pytanie.

Sol 39 był pełny. Raporty biologiczne, telemetria z łazika, rozmowy wewnętrzne, logi energetyczne, próbki z odwiertów, nawet notatka Mai o tym, że ktoś znowu zostawił klucz dynamometryczny w śluzie. Styl tej notatki jasno sugerował, że jeśli sprawca się nie przyzna, zostanie odnaleziony dzięki metodzie mniej naukowej, a bardziej osobistej.

Sol 41 również wyglądał zwyczajnie. Za zwyczajnie. Powitalny rozruch systemów, harmonogram dnia, plan badań, korekty temperatury w szklarni, wszystko schludne i logiczne. Tylko Sol 40…

Na ekranie widniały znaczniki czasu. Istniały. Były wpisane prawidłowo. Kolejne godziny, kolejne segmenty zmiany, potwierdzenia automatyczne. Ale treści brakowało. Większość plików miała rozmiar zerowy. Pozostałe zawierały jedynie uszkodzone nagłówki albo strzępy metadanych. Nie było żadnych nagrań audio. Żadnego wideo. Żadnych pełnych raportów osobistych. Nawet system medyczny, który rejestrował wszystko z uporem nadgorliwego kronikarza, posiadał jedynie pustą ramę dobową z adnotacją: „ciągłość biologiczna potwierdzona”.

Ciągłość biologiczna. Jonah skrzywił się. To określenie brzmiało mniej więcej tak ciepło, jak „ciało nie wykazuje większych uszkodzeń”.

Uruchomił porównanie sum kontrolnych. Potem analizę fragmentacji. Potem surowy podgląd sektorów pamięci. Wszystko wskazywało na to samo: dane nie zostały przypadkowo utracone. Zostały usunięte albo nigdy nie zapisane, przy jednoczesnym zachowaniu struktury dnia. Jakby ktoś wyjął zawartość książki, ale zostawił numery stron.

Na karku znów poczuł zimno. Wcisnął kanał wewnętrzny i szepnął:

— Amir, jesteś przy swoim stanowisku?

Po chwili odpowiedział zaspany głos inżyniera.

— Niestety tak. Jeśli to dotyczy kawy, to nie mam. Jeśli awarii, to pewnie mam. Co wybrałeś?

Jonah niemal się uśmiechnął. Amir miał dar narzekania w sposób, który działał kojąco.

— Potrzebuję cię w archiwum. I nie, to nie jest żart, choć bardzo bym chciał.

Amir pojawił się po kilku minutach, niosąc ze sobą zapach smaru, elektroniki i człowieka, który od dawna nie wierzy w łagodne poranki. Był niski, szczupły, stale zgarbiony nad urządzeniami, jakby świat dało się naprawić tylko wtedy, gdy podejdzie się do niego naprawdę blisko.

Spojrzał na ekran, potem na Jonaha.

— To ma mnie przestraszyć czy obrazić?

— Jedno i drugie — odparł Jonah. — Powiedz mi, czy da się przypadkiem zrobić coś takiego.

Amir przysunął sobie stołek i zaczął przewijać logi z precyzją chirurga. Milczał długo. Za długo. Kiedy wreszcie cmoknął z dezaprobatą, Jonah wiedział już, że odpowiedź nie będzie dobra.

— Nie. To nie jest zwykłe uszkodzenie. Patrz tutaj.

Wskazał serię znaczników technicznych zapisanych w tabeli systemowej.

PARAMETR SOL 39 SOL 40 SOL 41

Integralność pakietów 99.998% 99.997% 99.998% Zawartość użytkowa pełna brak pełna

Znaczniki czasu spójne spójne spójne

Autoryzacje dostępu normalne utajnione normalne

— Widzisz? — powiedział Amir. — Dane są logicznie obecne, ale semantycznie puste. Ktoś musiał użyć warstwy zastrzeżonej albo narzędzia systemowego klasy dowódczej.

Jonah zamarł.

— Dowódczej?

Amir wzruszył ramionami.

— Albo badawczej specjalnej. Są pewne protokoły, których nie ruszamy na co dzień. Czarna skrzynka biomisyjna, eksperymenty z opóźnionym odczytem, izolacja zdarzeń. W teorii wyłącznie awaryjnie. W praktyce…

— W praktyce ludzie wymyślają szuflady po to, żeby coś przed kimś schować.

Amir spojrzał na niego uważnie.

— Co ty tak naprawdę znalazłeś?

Jonah zawahał się. Mówić o pętli? O eksplozji, którą tylko on pamięta? O własnej śmierci powtarzanej tyle razy, że zaczynała mieć administracyjny charakter? Nie. Jeszcze nie. Potrzebował sojusznika, ale nie takiego, który od razu zadzwoni po lekarza pokładowego.

— Znalazłem dzień, którego nie ma — odpowiedział. — I bardzo podejrzewam, że ten dzień nas zabije.

Amir popatrzył na niego przez chwilę, jakby oceniał, czy to zdanie jest metaforą, paranoją, czy niestety faktem. Na stacji badawczej granice między tymi trzema stanami bywały cienkie.

— Dobrze — mruknął w końcu. — Załóżmy, że ci wierzę na tyle, by się nie śmiać. Jest jeszcze jedna rzecz.

Przełączył widok na ukryte wpisy serwisowe. Pojawił się pojedynczy identyfikator procesu uruchomionego w Sol 40. Bez nazwy. Bez opisu. Bez sygnatury użytkownika. Tylko numer i oznaczenie klasy: Chrono Buffer / Restricted.

Jonah poczuł, że serce na moment zatrzymało mu się jak uszkodzony przekaźnik.

— Chrono?

Amir prychnął.

— Nie ekscytuj się nazwą. Inżynierowie kochają dramatyczne nazewnictwo. Mamy też zawór ‘Cerber’ i filtr ‘Lazarus’, a żaden nie szczeka ani nie zmartwychwstaje. Ale tak czy inaczej, tego procesu tu nie powinno być.

— Co robi?

— Nie wiem. Dokumentacja jest zamknięta. Nawet dla mnie.

To akurat było nowe. W poprzednich pętlach Jonah skupiał się na zasilaniu, na laboratorium geologicznym, na podejrzanych ruchach Leeny. Nigdy nie szedł tak głęboko w same fundamenty systemu. A może właśnie o to chodziło. Katastrofa nie była awarią urządzeń. Była konsekwencją czegoś, co zrobiono z czasem, pamięcią albo jednym i drugim.

Na ekranie mignęło kolejne okno. Automatyczny komunikat. Próba dostępu do zasobów ograniczonych została zarejestrowana.

Obaj spojrzeli na siebie jednocześnie.

— Czyli ktoś dostanie powiadomienie? — zapytał Jonah.

— Jeśli system działa tak, jak powinien, to tak.

— A jeśli działa tak, jak ostatnio?

Amir westchnął.

— To dostanie je ktoś, kogo bardzo bym wolał nie spotkać przed lunchem.

Z korytarza dobiegły kroki. Ciężkie, szybkie, zdecydowane. Nie Maja. Nie Leena. Doktor Hen. Amir przeklął pod nosem.

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł główny naukowiec misji, człowiek o twarzy wiecznie niezadowolonego sędziego i oczach, które zdawały się ważyć każde słowo, zanim dopuściły je do świata.

— Panowie — powiedział chłodno. — Czy zechcecie mi wyjaśnić, dlaczego próbujecie otworzyć warstwę buforów eksperymentalnych bez autoryzacji?

Jonah wstał powoli. W uszach dudniła mu krew. Wiedział, że to może być ten moment, w którym wszystko się złamie. Albo ten, w którym po raz pierwszy coś się odsłoni.

— Bo zaginął nam cały dzień — powiedział. — I mam wrażenie, doktorze, że doskonale wiesz, gdzie go szukać.

Przez kilka sekund w archiwum panowała cisza tak pełna napięcia, że można by ją kroić skalpelem i pakować do pojemników laboratoryjnych jako substancję wysoce reaktywną. Doktor Hen nie odpowiedział od razu. Po prostu patrzył. A miał ten rodzaj spojrzenia, który potrafi sprawić, że człowiek zaczyna rozważać, czy oddycha legalnie.

Jonah znał go wystarczająco długo, by rozumieć ten bezruch. Hen nigdy nie marnował reakcji. Nawet gniew dozował z precyzją farmaceuty. Jeśli milczał, to dlatego, że układał sobie świat w głowie. Szukał wersji wydarzeń, która pozwoli mu zachować kontrolę.

— Amir — odezwał się w końcu miękko doktor. — Wyjdź.

Inżynier drgnął. Spojrzał na Jonaha, potem znów na Hena.

— Z całym szacunkiem, doktorze, ale skoro już i tak jestem współwinny…

— Wyjdź.

Tym razem nie było w tym miękkości. Był rozkaz. Czysty, ciężki i zimny. Amir skrzywił się tak, jakby połknął śrubkę, ale ruszył do drzwi. Mijając Jonaha, szepnął niemal bezgłośnie:

— Jeśli za pięć minut nie wyjdziesz, sprowadzę Maję. Ona negocjuje lepiej, kiedy jest zła.

Drzwi zamknęły się za nim. Zostali sami. Hen podszedł do konsoli i jednym gestem wygasił większość ekranów. W pomieszczeniu zrobiło się ciemniej. Tylko wskaźniki serwerów mrugały jak odległe sygnały z gwiazd, które wiedzą więcej, niż chcą powiedzieć.

— Skąd ten pomysł? — zapytał.

Jonah zaśmiał się krótko, bez wesołości.

— Pomysł? Wolałbym mieć pomysł. Mam za to pustkę w logach, ukryty proces o nazwie Chrono Buffer i bardzo złe przeczucie, że wszyscy zachowują się tak, jakby nic się nie stało. A coś się stało.

Hen skrzyżował ręce za plecami.

— Na każdej misji zdarzają się luki danych.

— Nie takie.

— To nie ty decydujesz.

— Nie, ale to ja pamiętam.

Słowa wyrwały się z niego szybciej, niż planował. Gdy już padły, nie dało się ich cofnąć. Hen uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy coś drgnęło. To nie był strach. Nie jeszcze. To było rozpoznanie.

— Co dokładnie pamiętasz, Jonah?

To pytanie zabrzmiało inaczej niż wcześniejsze. Uważniej. Prawie ostrożnie. Jonah poczuł, że stoi na granicy. Jeśli teraz skłamie, straci szansę. Jeśli powie prawdę, może zostać zamknięty w izolatce z diagnozą ostrego rozpadu poznawczego i tabletką uspokajającą wielkości sumienia korporacji wydobywczej.

Wybrał prawdę. A przynajmniej jej najdziwniejszą część.

— Pamiętam eksplozję o 19:26 — powiedział. — Pamiętam ogień w tunelu zachodnim. Pamiętam, że Maja próbowała zamknąć grodzie. Pamiętam Leenę krzyczącą, żeby nie odcinać laboratorium. Pamiętam, jak zgasło zasilanie awaryjne. Pamiętam, że umarłem. A potem obudziłem się znowu dziś rano. I nie pierwszy raz.

Hen nie mrugnął.

— Ile razy?

Jonah wziął oddech.

— Nie wiem. Dość, żeby znienawidzić smak tej kawy w mesie i przestać wierzyć w spontaniczność ludzkich rozmów.

Po raz pierwszy doktor Hen naprawdę zmienił wyraz twarzy. Nieznacznie, ale wyraźnie. Nie wyglądał już jak człowiek oburzony naruszeniem procedur. Wyglądał jak ktoś, kto usłyszał hałas z pokoju, który miał pozostać zamknięty.

— To niemożliwe — powiedział, lecz bardziej do siebie niż do Jonaha.

— Tak — odparł Jonah. — Mam podobne odczucia.

Hen odsunął stołek i usiadł, nagle starszy, cięższy, mniej pewny własnego kręgosłupa. Przetarł dłonią czoło.

— Powinienem zgłosić cię do oceny medycznej.

— A zgłosisz?

Długa pauza.

— Nie wiem.

To była najuczciwsza rzecz, jaką Jonah kiedykolwiek od niego usłyszał.

— Chrono Buffer — podjął Hen po chwili. — To nie jest urządzenie do podróży w czasie, jeśli właśnie to przyszło ci do głowy. Nazwa jest skrótem roboczym. Chodzi o buforowanie sekwencji poznawczych przy ekspozycji na anomalie magnetyczne i relatywistyczne przesunięcia sygnału.

Jonah zamrugał.

— To brzmi jak bardzo elegancki sposób, by powiedzieć ‘robiliśmy coś ryzykownego i nazwaliśmy to nauką’

Hen niemal prychnął.

— Witaj w historii ludzkości.

Wstał, podszedł do bocznego panelu i otworzył zaszyfrowany katalog. Na ekranie pojawiły się dokumenty z nagłówkiem Projekt Ereb. Jonah nie znał tej nazwy. W poprzednich pętlach nigdy jej nie widział.

— Nasza oficjalna misja — mówił Hen — dotyczy badań geologicznych, biologii ekstremalnej i przygotowania gruntu pod stałą obecność ludzi. Ale obok tego prowadziliśmy drugi program. Tajny nawet dla większości załogi. Odkryliśmy pod powierzchnią, w rejonie odwiertu czwartego, strukturę mineralną o właściwościach, których nie potrafiliśmy wyjaśnić.

Na monitorze wyświetlił obraz próbki. Czarna, szklista bryła poprzecinana czerwonymi żyłkami, które zdawały się żarzyć własnym światłem.

— Leena nazwała to ‘sercem burzy’ — mruknął Hen. — Bardzo poetyczne, bardzo niepomocne.

— Co to robi?

— Wpływa na zapis informacji. Nie tylko elektronicznej. Także biologicznej. Pamięć, orientacja czasowa, percepcja następstwa. Przy krótkiej ekspozycji pojawiają się deja vu, luki, przesunięcia uwagi. Przy długiej…

— Przy długiej dzień wypada z kalendarza?

Hen spojrzał na niego ostro.

— Przy długiej nie wiemy. Bo nigdy nie testowaliśmy tego na pełnym zespole.

— Nigdy świadomie?

Tym razem doktor nie odpowiedział od razu. I ta cisza była odpowiedzią wystarczająco głośną. Jonah poczuł gniew, ciężki i gorący.

— Co wydarzyło się w Sol 40?

Hen wbił wzrok w ekran.

— Przeprowadziliśmy aktywną stymulację próbki. Chcieliśmy sprawdzić, czy jej pole da się zmapować. Leena naciskała. Ja autoryzowałem. W trakcie testu wystąpiło coś, czego nie przewidzieliśmy. Nie awaria mechaniczna. Raczej… zakłócenie sekwencyjne. Systemy zaczęły rejestrować zdarzenia nie po kolei. Ludzie zgłaszali powtórzenia rozmów, brakujące minuty, wspomnienia czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło.

Jonah poczuł, że ręce same zaciskają mu się w pięści.

— I wymazaliście dzień.

— Zabezpieczyliśmy dane.

— To bardzo urzędnicze słowo jak na zbiorową amputację pamięci.

Hen odwrócił się gwałtownie.

— Nie zrobiłem tego dla wygody! Załoga zaczynała się rozpadać. Amir twierdził, że rozmawiał ze swoją matką, która nie żyje od dziewięciu lat. Maja widziała siebie w śluzie zewnętrznej, kiedy była w kokpicie. Leena nalegała, że próbka ‘uczy się’ naszych wzorców czasowych, cokolwiek to miało znaczyć. A ty… Urwał.

— Ja co?

Hen patrzył na niego długo, z wyraźnym wahaniem.

— Ty powiedziałeś mi, że jeśli nie przerwiemy eksperymentu, wszyscy zginiemy o 19:26 następnego dnia.

Jonah znieruchomiał.

— Powiedziałem?

— Tak. W Sol 40. Brzmiałeś dokładnie tak, jak teraz.

Przez ciało Jonaha przebiegł dreszcz tak silny, że aż zabolały go zęby. Oparł się dłonią o konsolę. A więc już tam był. Już ostrzegał. Już próbował. Sol 40 nie był po prostu utraconym dniem. Był być może pierwszym dniem pętli. Dniem, w którym zrozumiał za dużo, a potem został wymazany razem z resztą.

— Dlaczego nic nie zrobiłeś?

Głos Hena zmatowiał.

— Bo uznałem, że jesteś pod wpływem anomalii. Bo bałem się paniki. Bo byłem głupcem. Wybierz wersję, która najbardziej cię satysfakcjonuje.

Jonah spojrzał na próbkę na ekranie. Czarne szkło, czerwone żyłki. Serce burzy. Świetnie. Oczywiście, że tajemnica Marsa nie mogła być po prostu kamieniem. Musiała być kosmiczną obelgą wobec zdrowego rozsądku.

— Czy próbka jest teraz aktywna?

— Nie w pełni. Ale pole utrzymuje się szczątkowo.

— I może wywoływać pętlę?

— Nie użyłbym tego słowa.

— A ja owszem. Czy może?

Hen zamknął oczy.

— Jeśli twoja pamięć rzeczywiście przekracza reset sekwencyjny, to znaczy, że coś w tobie nie zostało nadpisane. Albo bufor się uszkodził. Albo…

— Albo?

— Albo próbka wybrała nośnik.

Zapadła cisza.

— Przepraszam, co?

— To hipoteza Leeny — powiedział szybko Hen. — Ja uważam ją za niebezpiecznie mistyczną. Ale twierdziła, że ta struktura nie przechowuje energii jak minerał. Tylko wzorce. Sekwencje. Być może czasowe. Jeśli tak, mogła ‘przykleić się’ do jednego z umysłów, który miał odpowiednią podatność.

Jonah roześmiał się krótko, pusto.

— Czyli mam w głowie marsjański schowek na poniedziałek.

Hen spojrzał na niego z mieszaniną zmęczenia i czegoś, co bardzo przypominało winę.

— Jonah. Jeśli mówisz prawdę, mamy mniej czasu, niż myślałem.

— Wreszcie się zgadzamy.

— Katastrofa nie zaczyna się o 19:26 — powiedział Hen. — Wtedy tylko wszystko się kończy. Prawdziwy punkt krytyczny następuje wcześniej, kiedy Leena wraca do laboratorium podpowierzchniowego i ponownie uruchamia symulację próbki.

Jonah zamarł.

— Po co miałaby to robić?

— Bo wierzy, że to odkrycie zmieni historię ludzkości. A ludzie, którzy wierzą, że zmieniają historię, stają się bardzo odporni na cudze argumenty.

Jonah skinął powoli głową. Wszystkie drobne elementy zaczynały się łączyć. Leena. Ukryty projekt. Zaginiony dzień. I ostrzeżenie, które już raz wypowiedział. Być może więcej niż raz.

— Muszę z nią porozmawiać.

Hen podniósł wzrok.

— Nie sam.

— Jeśli wejdziemy tam z oddziałem i kajdankami, zamknie się albo zrobi coś desperackiego.

— A jeśli pójdziesz sam, możesz nie wrócić.

Jonah uśmiechnął się blado.

— Doktorze, przy moim aktualnym tygodniu to naprawdę przestało być argumentem odstraszającym.

Hen nie odwzajemnił uśmiechu.

— Weź Maję. I posłuchaj mnie uważnie. Jeśli Leena mówi o sygnale z wnętrza próbki, nie odpowiadaj na pytania, które brzmią, jakby znały cię zbyt dobrze.

Jonah zmrużył oczy.

— To najgorsza rada, jaką słyszałem od miesięcy. A mieszkam na Marsie.

Hen odwrócił ekran, kasując widok projektu Ereb.

— Tym bardziej radzę ci jej posłuchać.


Laboratorium podpowierzchniowe znajdowało się pod głównym modułem geologicznym, w sektorze wykutym częściowo przez roboty, a częściowo przez ludzką upartość. Żeby tam dotrzeć, trzeba było zjechać dwiema wąskimi windami serwisowymi i przejść tunelem, którego ściany z surowej skały marsjańskiej wciąż przypominały, że baza jest tylko delikatnym nawiasem wstawionym w obcy świat. Temperatura spadała z każdym metrem. Powietrze pachniało kurzem, chłodziwem i mineralnym chłodem, który nie miał odpowiednika na Ziemi.

Maja szła obok Jonaha szybkim krokiem, w jednej dłoni trzymając latarkę, w drugiej tablet diagnostyczny, jakby sama obecność narzędzia technicznego mogła legalizować udział w ewidentnie nielegalnej eskapadzie.

— Dobrze — powiedziała bez wstępów. — Hen przysłał mi tylko krótką wiadomość: ‘Idź z Jonah’em. Jeśli zacznie mówić rzeczy absurdalne, nie zakładaj od razu, że to on zwariował’. Chcesz mi może wyjaśnić, co dokładnie mam z tym zrobić?

Jonah odchrząknął.

— W skrócie? Mamy tajny eksperyment, zaginiony dzień, geolożkę, która może próbować drugi raz uruchomić coś, co miesza ludziom w pamięci i czasie, oraz spore szanse na eksplozję wieczorem.

Maja zwolniła na sekundę. Tylko na sekundę.

— Dobrze. Dziękuję. To było tak potwornie złe, że mój mózg odmówił paniki z szacunku dla stylu.

— Przyjmuję to jako wsparcie.

— Nie przesadzaj.

Mimo sytuacji Jonah poczuł ukłucie wdzięczności. Maja miała zdolność przyjmowania rzeczy niemożliwych z miną człowieka, który owszem, widzi absurd, ale najpierw trzeba go jakoś przewieźć przez śluzę i dopiero potem skomentować. Dzięki temu nie tracił równowagi.

Dotarli do dolnej śluzy tunelowej. Drzwi do laboratorium były uchylone. To samo w sobie stanowiło zły znak. Leena była fanatyczką procedur. Uważała, że otwarte drzwi to zaproszenie dla entropii, a entropia, jej zdaniem, i tak miała zbyt wysokie ego.

Weszli do środka.

Pomieszczenie było większe, niż sugerowały plany. Część sprzętu usunięto pod ściany, tworząc centralną przestrzeń roboczą. W samym środku, w cylindrycznej komorze pola ochronnego, spoczywała próbka. Czarna bryła o nieregularnej powierzchni, z czerwonymi żyłkami pulsującymi bardzo delikatnie, ale bez wątpienia rytmicznie. Nie jak urządzenie. Jak coś, co oddycha.

Leena Orlov stała przy panelu sterującym, odwrócona do nich plecami. Miała na sobie kombinezon laboratoryjny, włosy spięte niedbale, jak zwykle, kiedy była całkowicie pochłonięta pracą. Nie odwróciła się od razu.

— Spóźniliście się — powiedziała spokojnie. — Zaczynałam myśleć, że znowu będę musiała wszystko tłumaczyć sama sobie.

Jonah wymienił z Mają szybkie spojrzenie. Znowu. To słowo zabrzmiało ciężej, niż powinno.

— Leena — odezwał się ostrożnie. — Odłącz układ.

Odwróciła się wreszcie. Jej twarz była blada, ale oczy błyszczały gorączkowo. Nie szaleństwem. Czymś gorszym. Pewnością.

— Nie rozumiesz, prawda? — zapytała łagodnie. — Nikt z was nie rozumie. To nie jest źródło awarii. To zapis. To archiwum większe niż wszystkie nasze serwery. To coś zapamiętuje czas nieliniowo.

Maja skrzywiła się.

— Świetnie. Bo moje ulubione rzeczy to obce kamienie z zaburzeniami narracji.

Leena niemal się uśmiechnęła, ale jej uwaga wróciła do Jonaha.

— Ty pamiętasz więcej, prawda?

To pytanie nie było strzałem w ciemno. To była diagnoza.

— Skąd wiesz?

— Bo za każdym razem przychodzisz tu trochę szybciej.

Powietrze jakby zgęstniało. Maja odwróciła głowę do Jonaha tak wolno, że w tym geście było więcej grozy niż w krzyku.

— Za każdym razem?

Jonah przełknął ślinę.

— Tak. Mniej więcej to próbowałem ci powiedzieć.

— Mogłeś zacząć od tej części.

Leena oparła dłoń o konsolę. Wyglądała na zmęczoną do granic, ale jednocześnie nienaturalnie przytomną, jak ktoś śpiący od tygodni po piętnaście minut i nadrabiający wszystko fanatyzmem.

— Sol 40 nie zaginął — powiedziała. Został skompresowany.

Maja uniosła obie ręce.

— Absolutnie nienawidzę tego zdania.

Jonah podszedł krok bliżej.

— Wyjaśnij.

Leena wskazała próbkę.

— To nie przechowuje zdarzeń tak, jak my. Nie punkt po punkcie. Raczej jako wzorce możliwości, które mogą się nakładać. Kiedy uruchomiliśmy pole testowe, weszliśmy w rezonans z czymś, co zachowuje sekwencje przyczynowe jak materiał podatny na zagięcia. Sol 40 rozlał się po strukturze systemu. Część ludzi straciła go całkowicie. Część zachowała fragmenty. Ty…

Urwała i przyjrzała mu się z fascynacją niemal nieprzyzwoitą.

— Ty zostałeś zakotwiczony.

— Brzmi boleśnie.

— Pewnie jest.

Ta szczerość była prawie obraźliwa.

— Leena, jeśli wiesz, co się dzieje, to dlaczego chcesz znowu uruchomić symulację?

Na jej twarzy pojawił się wyraz, który Jonah kojarzył z ludźmi patrzącymi na odległe gwiazdy albo płonące miasta. Zachwyt z domieszką utraty proporcji.

— Bo to jedyna szansa, by zobaczyć pełny wzór. Rozumiesz? Nie pętlę. Nie katastrofę. Całość. To pokazuje alternatywy. Rozgałęzienia. To może być pierwsza prawdziwa technologia predykcji temporalnej, nie oparta na modelach, lecz na samym materiale rzeczywistości.

Maja kaszlnęła sucho.

— Wspaniale. Czyli zamiast normalnej awarii mamy teraz filozoficzną.

Leena nawet na nią nie spojrzała.

— Jonah, ty już to widziałeś. Nie tylko śmierć. Wiesz, że są inne przebiegi. Inne wersje.

I wtedy coś w głowie Jonaha drgnęło. Jak błysk między skałami. Nie wspomnienie całe, lecz odprysk. Korytarz zalany czerwonym światłem. Własny głos mówiący do Leeny: „To nie pokazuje możliwości. To je wymusza.”

Zachwiał się lekko. Maja od razu złapała go za ramię.

— Jonah?

— W porządku.

Nie był w porządku.

— Leena, posłuchaj mnie. To coś nie przewiduje przyszłości. Ono ją mieli. Miesza. Przerabia nas na dane.

— To język strachu.

— To język człowieka, który ginął już od skutków twojej ciekawości.

Po raz pierwszy trafił. Leena mrugnęła, wyraźnie wytrącona.

— Ginąłeś?

— Wiele razy, o ile dobrze liczę. Chociaż po trzeciej śmierci człowiek przestaje prowadzić księgowość.

Maja rzuciła mu spojrzenie, które mówiło bardzo wyraźnie: naprawdę? Jonah uznał, że na późniejszą rozmowę terapeutyczną nie ma już przestrzeni kalendarzowej. Leena odwróciła się ku próbce. Czerwone żyłki pulsowały szybciej.

— Ona reaguje na ciebie — szepnęła.

— Nie mów o tym ‘ona’.

— Dlaczego? Bo boisz się, że odpowie?

Hen ostrzegał. Jeśli mówi o sygnale z wnętrza próbki, nie odpowiadaj na pytania, które brzmią, jakby znały cię zbyt dobrze.

Jonah poczuł, że coś dzieje się z akustyką pomieszczenia. Jakby każdy dźwięk miał delikatny pogłos, choć ściany były matowe i niskie. Usłyszał własny oddech, ale odrobinę za wcześnie. Jak echo nadchodzące przed głosem.

Leena położyła dłoń na osłonie komory.

— Powiedziała mi, że zgubiłeś dzień — wyszeptała.

Maja cofnęła się pół kroku.

— Dobrze. Oficjalnie weszliśmy na teren, gdzie kończą się granty naukowe, a zaczynają bardzo złe decyzje.

Jonah zmusił się, by mówić spokojnie.

— Leena. Odsuń się od panelu.

— Nie.

— Jeśli to uruchomisz, statek zginie.

— Statek już zginął. W wielu przebiegach. W innych nie. Ty o tym wiesz.

Znów ten błysk. Inna wersja tego pomieszczenia. Leena płacząca. On sam przyciskający awaryjne odcięcie. Ktoś trzeci leżący na podłodze. Nie potrafił zobaczyć twarzy.

— Słuchaj mnie — powiedział, mocniej. — Pętla nie jest szansą. Jest objawem. To coś pożera ciągłość. Jeśli będziesz naciskać dalej, nie tylko stracimy bazę. Stracimy to, co czyni z nas ludzi pamiętających własne życie.

Leena odwróciła głowę bardzo powoli. W jej oczach błysnęły łzy. To zaskoczyło go bardziej niż wszystko inne.

— A jeśli już straciliśmy?

To zdanie zatrzymało go lepiej niż krzyk.

— Co?

— Nie pamiętasz, bo ci to zabrano. Hen wymazał Sol 40 z systemów, ale nie mógł wymazać skutków. Widzieliśmy rzeczy. Nie tylko anomalie. Wzory. Możliwe zakończenia. I jedno z nich… Urwała. Spojrzała na próbkę. — Jedno z nich pokazywało, że katastrofa wydarzyła się już wcześniej. Jeszcze przed twoim pierwszym wspomnianym resetem. Ta baza może być odtwarzaną wersją po uszkodzeniu. Kopią procesu.

Maja pokręciła głową.

— Nie. Nie. Tego nie robi się ludziom przed południem.

Jonah czuł, jak grunt usuwa mu się spod myśli. Kopia procesu. Odtwarzana wersja. Czy oni żyli? Oczywiście. Oddychali, bali się, żartowali. Ale jeśli rzeczywistość wokół nich była już wtórnym przebiegiem, to ile z niej należało do nich, a ile do obcego mechanizmu pamięci planety?

— Leena… Wyciągnął do niej rękę. — Jeśli jest choć cień prawdy w tym, co mówisz, tym bardziej musimy to zatrzymać. Nie pogłębiać.

Przez ułamek sekundy wydawało się, że ustąpi. Jej palce drgnęły nad panelem. Potem próbka rozbłysła mocniej. Czerwone żyłki zapulsowały jak układ krwionośny pod skórą.

Leena zamarła.

— Słyszycie to? — szepnęła.

Jonah nie chciał odpowiadać. Ale słyszał. Delikatny dźwięk, ledwie ponad granicą szumu. Nie głos. Nie słowa. Raczej rytm przypominający serię bardzo odległych uderzeń. Jakby ktoś przewracał strony w książce wielkości planety.

Maja ścisnęła tablet tak mocno, że aż zatrzasnęła obudowę.

— Powiedzcie mi natychmiast, że to jest awaria wentylacji.

Nikt jej nie odpowiedział. Zaginiony dzień wraca w odłamkach

Dźwięk narastał, choć wciąż był cichy. To właśnie czyniło go tak nieznośnym. Gdyby był głośny, można by zareagować jak na alarm. A tak wślizgiwał się do głowy subtelnie, jak wspomnienie, które nigdy do człowieka nie należało. Jonah poczuł ucisk za oczami. Światło laboratorium lekko zafalowało. Maja zaklęła pod nosem. Leena stała jak zahipnotyzowana, z dłonią zawieszoną kilka centymetrów nad panelem sterującym.

I wtedy wspomnienia wróciły. Nie linearnie. Nie jak film. Raczej jak odłamki szkła wpadające do głowy przez rozbite okno.

Sol 40. Poranek. Maja śmieje się z tego samego żartu o prysznicu. Amir mówi, że zegary na dolnym poziomie rozjechały się o siedem sekund i że to niemożliwe. Leena biegnie do laboratorium z oczami rozświetlonymi gorzej niż teraz. Hen zamyka się w archiwum. Jonah znajduje pusty klip kamer i pierwszy raz czuje, że dzień ma dziury.

Potem inny fragment. On sam siedzi naprzeciw Hena w medycznym module obserwacyjnym. Mówi szybko, chaotycznie, z tą desperacją człowieka, który właśnie zobaczył, jak stół pod rzeczywistością ma źle przykręcone nogi.

— Wieczorem wszystko się rozerwie. Nie pytaj skąd wiem. Po prostu odetnij laboratorium.

Hen milczy. Dokładnie tak jak dziś.

Kolejny odłamek. Korytarz. Leena krzyczy na niego, że to nie jest broń ani błąd, tylko „matryca odpowiedzi”. On odpowiada, że matryce odpowiedzi nie powinny szeptać imion ludziom, którzy ich nie wypowiedzieli. Maja stoi między nimi i mówi coś bardzo prostego, bardzo ludzkiego:

— Czy ktoś z was zauważył, że kiedy oboje tracicie cierpliwość, ja automatycznie zostaję dorosłą osobą w pokoju?

Mimo bólu Jonah niemal się uśmiechnął. Oczywiście, że powiedziała właśnie to.

Następny obraz uderzył mocniej. Późne popołudnie Sol 40. Leena pokazuje mu serię wykresów. Linie nie biegną po osiach czasu w zwykły sposób. Zawijają się, nakładają, a jedna z nich kończy się nagle w punkcie oznaczonym: 19:26 / Sol 41. Jonah czuje, że żołądek obraca mu się lodem.

— To nie prognoza — mówi wtedy Leena. — To punkt przyciągania. Jakby cała sekwencja chciała się tam zebrać.

— Czyli katastrofa.

— Albo wyjście.

— Dla kogo?

Na to pytanie w tamtym wspomnieniu nie odpowiedziała. Jonah zatoczył się i oparł o stół laboratoryjny. Maja natychmiast znalazła się przy nim.

— Powiedz coś przytomnego.

— Mam wspomnienia — wycedził.

— To nie było przytomne, ale jest wystarczająco użyteczne. Jakie?

Oddychał ciężko, szukając porządku w chaosie.

— Sol 40. Nie cały. Fragmenty. Już to przechodziliśmy. Już próbowałem ostrzec Hena. Już kłóciłem się z Leeną. I…

Urwał, bo pojawił się najgorszy z odłamków.

Wspomnienie wieczoru. Alarm. Tunel zachodni. Jonah biegnie z odcięciem awaryjnym. Maja z drugiej strony krzyczy, że pole próbki rośnie szybciej niż modele. Hen chce ewakuować zespół. Leena nie chce zostawić komory. A potem próbka rozświetla się tak mocno, że wszystko tonie w czerwieni, i ktoś mówi — nie głosem, ale pewnością narzuconą wprost do umysłu: Jedna sekwencja została utracona. Przywróć ciągłość.

Jonah szarpnął się, jakby wyrwano go z wody.

— To nie jest pętla naturalna — powiedział. — To coś próbuje odzyskać brakującą sekwencję. Zaginiony dzień to nie skutek uboczny. To rana.

Leena powoli odwróciła głowę. W jej oczach nie było już triumfu. Był strach. Wreszcie czysty strach.

— Tak — wyszeptała. — Właśnie to widziałam.

— I dlatego chcesz włączyć symulację? — Maja prawie się zakrztusiła oburzeniem. — W imię czego? Archeologii samobójczej?

— Bo jeśli brakująca sekwencja nie zostanie domknięta — odpowiedziała Leena, patrząc tylko na próbkę — system będzie próbował ją odtwarzać bez końca. A każdy reset coraz bardziej niszczy spójność naszej pamięci.

Jonah poczuł zimny ciężar tych słów. To tłumaczyło drobne różnice. Nieidealne powtórzenia. Pęknięcia w zachowaniach. Czas nie był taśmą odtwarzaną od nowa. Był raną gojącą się krzywo.

— Czyli chcesz dokończyć Sol 40 — powiedział cicho.

— Tak.

— Jak?

Leena wskazała panel. „Potrzebujemy pełnego sprzężenia z zakotwiczonym nośnikiem. Z tobą.

Maja odsunęła Jonaha za siebie tak odruchowo, jakby mógł zostać potrącony przez rozpędzony pojazd.

— Nie ma mowy.

Leena spojrzała na nią z rozpaczą wymieszaną ze zniecierpliwieniem.

— Jeśli tego nie zrobimy, wszyscy będziemy wracać do tego poranka, aż zostaną z nas tylko odruchy! Nie rozumiesz? Już teraz pamięć jest poszarpana. Amir traci wątki rozmów. Hen nie pamięta własnych decyzji. Ty…

Zawahała się.

— Ty w części przebiegów pamiętasz śmierć swojej siostry tak, jakby wydarzyła się tutaj, na Marsie.

Maja zesztywniała. To było trafienie poniżej wszelkich osłon. Przez twarz pilotki przemknęło coś nagiego, ciemnego. Potem zamknęła to w sobie z brutalną szybkością.

— Jeszcze jedno takie zdanie, a pokażę ci bardzo lokalną anomalię grawitacyjną przy tej ścianie.

Leena cofnęła się o krok. — Przepraszam. Nie chciałam…

— Wiem. To jest w tym wszystkim najgorsze.

Jonah uniósł dłoń. Musieli wrócić do sedna.

— Co dokładnie trzeba zrobić?

Leena wzięła kilka szybkich oddechów, jakby znów próbowała odzyskać naukowy ton.

— Musimy odtworzyć warunki z końca Sol 40, ale zatrzymać proces przed skokiem energetycznym. Ty podłączysz się do bufora jako główny punkt pamięciowy. Jeśli próbka odzyska brakującą sekwencję, powinna rozluźnić pętlę.

— A jeśli nie?

Leena nie odpowiedziała. Maja prychnęła.

— Uwielbiam, kiedy plan ma część ‘a jeśli nie’, ale tylko w formie natchnionego milczenia.

Jonah zamknął oczy na moment. W głowie dudniły mu odłamki Sol 40. Słowa Hena. Obcy rytm próbki. Perspektywa kolejnych powrotów do tego samego poranka była gorsza niż ryzyko. Bo nawet jeśli przeżyje następną pętlę, ile z niego zostanie? Ile razy można budzić się do tej samej kawy i jeszcze wierzyć, że jest się sobą? Otworzył oczy.

— Zrobimy to. Ale na moich warunkach.

Maja odwróciła się do niego gwałtownie.

— Jonah, nie.

— Maja, jeśli ma rację, biegamy w kółko po cudzym błędzie i własnym strachu. Jeśli się nie spróbujemy przebić, nic się nie zmieni.

— A jeśli to cię zabije?

Uśmiechnął się blado.

— W mojej obecnej sytuacji to prawie kwestia stylu.

Nie roześmiała się. Tylko patrzyła na niego długo, jakby chciała zapamiętać jego twarz na wypadek, gdyby za chwilę czas znów zaczął zachowywać się jak uszkodzony idiota.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Jakie warunki?

Jonah spojrzał na Leenę.

— Po pierwsze: pełna kontrola odcięcia po stronie Mai. Jeśli cokolwiek zacznie iść źle, wyłącza wszystko bez pytania. Po drugie: Hen musi wiedzieć, co robimy. Po trzecie: jeśli usłyszę w głowie cokolwiek, co nie brzmi jak ja, nikt mi nie każe odpowiadać.

Leena skinęła szybko głową.

— Zgoda.

— Po czwarte — dodał. — Jeśli przeżyjemy, oddajesz wszystkie dane o projekcie Ereb całej załodze. Koniec tajemnic.

Przez chwilę wyglądała, jakby chciała się spierać. Potem opadły jej ramiona.

— Tak.

Maja westchnęła, ciężko i teatralnie.

— Wspaniale. A ja dziś naprawdę liczyłam na zwykłą kłótnię o harmonogram pojazdów terenowych.

3. Asterion

Obudził się od dźwięku alarmu, którego szczerze nienawidził już bardziej niż pyłu marsjańskiego, bardziej niż liofilizowanej jajecznicy, a nawet bardziej niż doktora Sato, kiedy ten mówił spokojnym tonem: „Nie panikujmy”, dokładnie trzy sekundy przed każdą katastrofą.

Alarm zapiszczał raz, drugi, trzeci, z irytującą punktualnością kogoś, kto nigdy nie umarł w eksplozji laboratorium i nie musiał budzić się potem z tą samą minutą na zegarze. Leon poderwał się na koi, gwałtownie, jakby jego ciało miało już dosyć nauki, że niczego nie da się tu zrobić powoli. Nad głową świecił panel z numerem sekcji mieszkalnej. Na ścianie migotała ta sama kreska pęknięcia w powłoce farby. Po lewej skarpetka. Nie jego. Nigdy nie ustalił czyja. Po prawej kubek po zimnej kawie, którą wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu i czterdzieści dwa razy wcześniej obiecał sobie wyrzucić.

Tego dnia, a może znowu tego samego dnia, zanim jeszcze usiadł prosto, wypowiedział szeptem słowa, które stały się jego prywatnym, mało godnym, ale skutecznym rytuałem.

„Dzień dobry, Marsie. Spróbuj mnie dziś nie zabić. Chociaż raz.”

Mars, jak zwykle, nie odpowiedział. Miał tę nieznośną cechę wielkich, martwych planet, że nie wdawał się w rozmowy, a jednak zawsze stawiał na swoim.

Leon przetarł twarz dłonią. W gardle czuł suchość, w skroniach pulsowanie. Pamięć wracała natychmiast, cała, ostra, nieproszona. Płomień. Zgrzyt metalu. Czerwony alarm. Bieg przez korytarz. Spojrzenie Nadii, krótkie, gniewne, przestraszone. Potem oślepiający błysk i cisza, która nie była ciszą, tylko końcem.

A potem znów to samo łóżko.

Z początku myślał, że to szaleństwo. Później był pewien, że to uraz neurologiczny. Jeszcze później zaczął podejrzewać eksperyment kwantowy z modułu badawczego, bo w tej załodze, jeśli coś mogło popsuć czasoprzestrzeń, to prawie na pewno stał przy tym doktor Sato i mówił: „Teoretycznie wszystko jest pod kontrolą”.

Ale teraz wiedział już coś innego. To nie była halucynacja. Nie był też snem we śnie, ani wyjątkiem statystycznym. Utknął. Dzień zapętlił się jak uszkodzona taśma. Każdy poranek prowadził do tego samego wieczoru. Każdy wieczór kończył się katastrofą, która rozrywała statek badawczy Asterion, stojący na obrzeżu kanionu Eos Chasma, jakby był zrobiony z folii i pychy.

Wstał i stanął boso na zimnej podłodze. Czuł każdy detal. To także się zmieniło. Na początku pętli wszystko wydawało się nierealne. Teraz przeciwnie. Każdy powrót wyostrzał świat. Smak wody. Zapach filtrów powietrza. Tępy szum reaktorów. Cichy trzask starych zawiasów. Jakby czas, zmuszony do powtarzania tego samego dnia, zaczął go cyzelować, docinać, wbijać mu rzeczywistość pod skórę.

Podszedł do małego lustra nad umywalką. Zobaczył twarz, która nie zdążyła się postarzeć tak, jak powinna po tylu śmierciach. To było w tym chyba najbardziej obraźliwe. Psychika waliła się jak kopuła pod ciśnieniem, ale ciało z uporem wracało do wersji porannej. Niewyspanej. Jeszcze całej. Jeszcze z nadzieją na darmowe śniadanie.

— Dobrze — powiedział do swojego odbicia. — Dzisiaj albo ich uratuję, albo nauczę się gotować tę ich owsiankę tak, żeby sama wybuchła pierwsza.

Na korytarzu wszystko działo się jak zawsze. Technik Rao niósł skrzynkę z narzędziami i klął pod nosem na czujniki ciśnienia. Pielęgniarka Inez śmiała się z czegoś, czego Leon nie usłyszał, ale znał moment śmiechu co do sekundy. Nadia mijała go z tabletem pod pachą, szybkim krokiem, włosy miała związane byle jak, a minę tak skupioną, jakby cała baza była zadaniem do rozwiązania i tylko ona zauważyła, że ktoś zgubił połowę wzoru.

Zatrzymał ją delikatnym ruchem.

— Nadia.

Spojrzała na niego. W jej oczach nie było pamięci poprzednich pętli. Tylko zwykły poranek. Zwykły Leon. Zwykły problem do odsunięcia na później.

— Jeśli chcesz mi powiedzieć, że znowu śnił ci się pożar, to przypominam, że śpisz po cztery godziny i pijesz tyle kofeiny, że twój układ krążenia próbuje wypowiedzieć umowę.

— Nie pożar — odpowiedział cicho. — Eksplozja. O dziewiętnastej czterdzieści osiem. W module badawczym. Potem rozszczelnienie głównego tunelu. Cztery minuty później tracimy statek.

Zmarszczyła brwi. Nie z lęku. Z irytacji.

— Leon, jest szósta dwanaście rano.

— Wiem.

— I już zaczynasz?

— Tak.

Westchnęła. Ten westchnieniowy repertuar też znał na pamięć. To było to westchnienie numer trzy. Martwię się, ale nie dam ci satysfakcji, że masz rację.

— Porozmawiamy po odprawie — powiedziała. — Jeśli nadal będziesz uważał, że koniec świata ma harmonogram.

Odeszła. Leon patrzył za nią chwilę za długo. Bo nie chodziło tylko o katastrofę. Gdyby chodziło wyłącznie o statek, może już dawno by się poddał. Chodziło o ludzi. O ich śmiechy, nawyki, drobne złośliwości. O to, że w poprzednich pętlach widział każdego z nich martwego w jakiejś wersji tego samego końca. Czasem szybko. Czasem okrutnie długo. I za każdym razem musiał budzić się z wiedzą, której nikt poza nim nie niósł.

Dzisiaj jednak coś było inne. Nie umiał jeszcze powiedzieć co. Może tylko to, że zmęczenie doszło do ściany i przestało boleć. A może to, że pierwszy raz od wielu powrotów nie czuł desperacji, tylko chłodny, niemal chirurgiczny spokój.

Wiedział już, które rozmowy są stratą czasu. Wiedział, które korytarze zostaną zablokowane. Wiedział, który zawór zacznie się zacinać o szesnastej zero siedem. Wiedział, że doktor Sato będzie kłamał nie ze złej woli, lecz z pychy. Wiedział też, że jeśli ma istnieć punkt zwrotny, to nie zdarzy się sam. Trzeba go będzie wyrwać temu dniu siłą.

I po raz pierwszy przyszło mu do głowy coś jeszcze. Dotąd próbował uratować wszystkich, zmieniając zdarzenia. A może problem nie tkwił w samych zdarzeniach. Może pętla trzymała go nie dlatego, że nie zapobiegł eksplozji, ale dlatego, że nie zrozumiał, dlaczego do niej dochodzi. Nie technicznie. Głębiej.

Na końcu korytarza zapaliła się zielona lampka stołówki. Zapach kawy ruszył mu naprzeciw jak stary wróg z dobrymi intencjami.

Leon ruszył przed siebie i pomyślał, że jeśli wszechświat daje człowiekowi ten sam dzień pięćdziesiąt razy, to albo jest to kara, albo bardzo kosztowna forma korepetycji.

Dzisiaj miał zamiar wreszcie odrobić lekcję.

Stołówka o tej porze była najbliższą rzeczą, jaką baza miała do teatru. Każdy znał swoje wejście, swój kubek, swoje zdanie otwierające. Inez zawsze siadała blisko dystrybutora wody. Rao wybierał miejsce przy ścianie, skąd widział drzwi i monitor systemowy. Nadia jadła szybko, jakby posiłek był błędem logistycznym. Doktor Sato pojawiał się chwilę spóźniony, z miną człowieka, który nie przeprasza, bo uważa czas za teorię roboczą.

Leon wszedł do środka z tą szczególną mieszaniną czułości i frustracji, którą można poczuć tylko wobec ludzi, których zna się o wiele lepiej, niż oni wiedzą. Przewidywał ich żarty zanim padły. Słyszał odpowiedzi, zanim otworzyli usta. To było jak życie w przedstawieniu, gdzie tylko on przeczytał wszystkie wersje scenariusza, łącznie z notatkami reżyserskimi i listą usterek technicznych.

— Wyglądasz fatalnie — rzuciła Inez bez podnoszenia głowy znad kubka.

— Dziękuję, trzymam formę — odpowiedział Leon.

Rao prychnął śmiechem. Dobrze. Ten śmiech był ważny. W jednej z wcześniejszych pętli Rao nie zaśmiał się rano. Okazało się potem, że od świtu bolała go głowa od niewykrytego mikroprzecieku w sekcji technicznej. Przez ból przeoczył błąd kalibracji. Błąd uruchomił ciąg zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy znacznie szybciej niż zwykle. Leon nauczył się przez to, że nawet czyjś śmiech może być parametrem bezpieczeństwa.

Usiadł i od razu przeszedł do rzeczy. Nie miał już cierpliwości do eleganckich wstępów.

— O dziewiętnastej czterdzieści osiem dojdzie do eksplozji w module badawczym. Zacznie się od przeciążenia w rdzeniu eksperymentu chronometrycznego, ale prawdziwy problem wyjdzie z układu chłodzenia. Ktoś zignorował niestabilność pomiarów z wczoraj.

Zapadła cisza. Krótka, gęsta, ciężka. Taka, która zwykle poprzedzała albo śmiech, albo interwencję medyczną. Sato odłożył tacę z ostrożnością naukowca rozbrajającego własne ego.

— Leonie — powiedział miękko. — Eksperyment chronometryczny nie będzie dziś aktywowany przed osiemnastą. Nie ma fizycznej możliwości, żebyś znał wynik awarii z taką dokładnością.

— A jednak znam.

— Na podstawie czego?

Leon spojrzał mu w oczy.

— Na podstawie tego, że już tu byłem.

Niektórzy ludzie reagują na takie zdanie pytaniem. Inni śmiechem. Załoga Asteriona reprezentowała piękny, ludzki kompromis między sceptycyzmem a zmęczeniem porankiem.

— Jeśli to jest żart — powiedziała Nadia — to jest za wcześnie.

— To nie żart.

— Czy ty sugerujesz pętlę czasową? — spytała Inez.

— Tak.

— Dobrze — odparła po chwili. — Wolałam, kiedy ludzie po prostu mieli gorączkę.

Leon pochylił się nad stołem.

— Rao, za siedem minut upuścisz łyżkę, bo dostaniesz wiadomość o błędzie w sekcji trzeciej. To fałszywy odczyt. Nie idź tam od razu, bo stracisz czas. Inez, za chwilę powiesz, że jeśli to pętla, to chcesz kupon lojalnościowy od wszechświata. Nadia sprawdzi tablet i odkryje, że nocne logi temperatury z modułu B-9 mają dwie anomalie, których nie powinno tam być. A ty, doktorze, za trzydzieści sekund odpowiesz, że anomalie nie muszą nic znaczyć, bo sensory po burzy pyłowej nadal się rozjeżdżają.

Nikt się nie odezwał. Przez moment słychać było tylko szum wentylacji i ciche buczenie ogrzewacza żywności, które, jak Leon odkrył w czterdziestej pętli, potrafi doprowadzić człowieka do filozoficznego kryzysu, jeśli słucha go dość długo.

Rao spojrzał na swój komunikator. Piknięcie. Odruchowo drgnęła mu ręka. Łyżka spadła na podłogę z metalicznym stukiem, który zabrzmiał zaskakująco głośno.

Inez powoli uniosła brwi.

— Jeśli to pętla — powiedziała — to chcę kupon lojalnościowy od wszechświata.

Nadia już przesuwała palcem po ekranie tabletu. Jej twarz zmieniła się ledwie odrobinę, ale Leon zauważył to od razu. To była mikroskopijna szczelina w murze jej pewności.

— Dwie anomalie temperatury — mruknęła. — B-9. O drugiej trzynaście i o drugiej siedemnaście.

Sato wyprostował się.

— Anomalie nie muszą nic znaczyć. Po burzy pyłowej sensory nadal…

Urwał, bo wszyscy patrzyli już na niego inaczej. Leon nie odczuł triumfu. Tylko smutek. Bo nawet kiedy wreszcie zaczynali mu wierzyć, droga przed nimi wcale nie robiła się prostsza. Wręcz przeciwnie. Prawda nie była kluczem, który otwierał drzwi. Była raczej wiadomością, że za drzwiami czeka pożar.

— Musimy zamknąć eksperyment — powiedział. — Natychmiast.

Sato zacisnął szczękę.

— To niemożliwe.

— Oczywiście, że możliwe.

— Nie rozumiesz stanu projektu.

Leon zaśmiał się krótko, bez wesołości.

— Rozumiem go lepiej, niż myślisz. W wersji numer siedem pozwoliłem ci kontynuować, bo chciałem zobaczyć, czy ewakuacja awaryjna da się przeprowadzić przed rozszczelnieniem. Nie da się. W wersji piętnaście przeciąłem zasilanie zbyt wcześnie i doprowadziłem do niestabilności ręcznie. W wersji dwadzieścia osiem kazałem Rao wymienić zawór chłodzenia, ale nie zauważyliśmy wtórnego skoku ciśnienia z kolektora. W wersji trzydzieści trzy… — urwał i przełknął ślinę. — W wersji trzydzieści trzy Nadia zginęła mi na rękach, bo wróciła po dane.

Cisza po tych słowach miała inny ciężar. Już nie niedowierzania. Strachu. Nadia odłożyła tablet. Po raz pierwszy od rana jej głos zmiękł.

— Ile razy to przeżyłeś?

— Nie wiem dokładnie. Przestałem liczyć po czterdziestu.

Inez przeklęła cicho. Rao opadł na oparcie krzesła, jakby nagle odjęto mu grawitację z kości. Sato jednak nadal się bronił. Leon znał ten mechanizm. Dla naukowca nie było nic gorszego niż myśl, że jego dzieło nie tylko zawiodło, ale mogło uwięzić człowieka między przyczyną a skutkiem.

— Gdyby pętla była prawdziwa — powiedział Sato — oznaczałoby to, że eksperyment nie tylko zaburzył lokalne pole czasowe, ale sprzęgł świadomość z punktem resetu. To skrajnie nieprawdopodobne.

— A eksplozja statku na Marsie jest codzienna? — warknęła Nadia.

To był moment, w którym Leon zobaczył coś nowego. Nie zgodę. Nie plan. Coś mniejszego, ale cenniejszego. Pęknięcie w oporze grupy. Dotąd był sam przeciwko dniu. Teraz dzień miał świadków.

— Dobrze — powiedziała Nadia. — Zakładamy, że mówisz prawdę. Co jest punktem zapalnym?

— Nie wiem jeszcze. Myślałem, że sam reaktor eksperymentu. Potem, że układ chłodzenia. Potem, że błąd w harmonogramie zasilania. Ale za każdym razem, nawet gdy zatrzymywaliśmy jeden element, katastrofa wracała inną drogą. Jakby system chciał dojść do tego samego końca.

— To nie system chce — mruknął Rao. — To znaczy, że mamy sprzężenie w całej bazie. Jedna usterka przepycha obciążenie w inne miejsce.

Leon pokiwał głową.

— Tak. Ale jest coś jeszcze. Zawsze, bez wyjątku, wszystko zaczyna się po jednym zdarzeniu. O siedemnastej dwanaście. Kiedy z głębokiego skanu geologicznego wraca pakiet danych z kanionu.

Nadia spojrzała na niego ostro.

— Pakiet z sondy podpowierzchniowej?

— Tak.

— Ten, który ma wykryć źródło anomalii magnetycznej pod złożem?

— Ten sam.

Sato zbladł wyraźnie.

— To niemożliwe — szepnął.

Leon od razu uchwycił ton. To nie było zwykłe naukowe „niemożliwe”. To było „niemożliwe”, które oznacza: właśnie zrozumiałem coś, czego nie chciałem zrozumieć.

— Co? — spytała Nadia.

Sato milczał przez sekundę za długo.

— Doktorze — powiedział Leon zimno. — Co ukrywasz?

Stary naukowiec spojrzał na nich wszystkich, jakby po raz pierwszy zauważył, że nie siedzi w laboratorium, tylko pośród ludzi, którzy mogą umrzeć przez jego decyzje.

— W anomalii pod kanionem — odezwał się w końcu — znaleźliśmy nie tylko złoże. To… struktura. Sygnał sugeruje regularność. Geometryczną. Możliwe, że sztuczną.

Inez wypuściła powietrze powoli.

— Oczywiście — powiedziała. — Czemu nie. Pętla czasu, eksplozja i tajemnicza obca rzecz pod ziemią. Brakuje nam już tylko kosmicznego kota, który wszystko obserwuje z pogardą.

— Nie powiedziałem o tym wcześniej — ciągnął Sato — bo dane były niepełne. A gdyby baza dowiedziała się za wcześnie, ryzyko chaotycznych decyzji byłoby zbyt duże.

— Świetnie — odparła Nadia. — Więc wybrałeś zamiast tego chaotyczną śmierć.

Leon poczuł, jak wszystkie wcześniejsze próby układają się nagle w nowy wzór. Eksperyment. Dane z kanionu. Przeciążenia. Reset. Katastrofa, która wracała jak odpowiedź na źle zadane pytanie.

Tutaj był punkt zwrotny. Nie w pożarze. Nie w zaworach. Nie w błędach ludzi. Tylko głębiej. Na granicy między odkryciem a pychą.

— Zbieramy cały zespół — powiedział. — I schodzimy do źródła. Dzisiaj nie będziemy już tylko gasić skutków. Dzisiaj znajdziemy przyczynę.


Wyjście poza główną kopułę zawsze miało w sobie coś ceremonialnego. Nawet po miesiącach na Marsie ten rytuał nie tracił ciężaru. Kombinezon. Sprawdzenie uszczelnień. Test łączności. Potwierdzenie tlenu. Świadomość, że po drugiej stronie śluzy nie czeka świat, tylko warunki, które z dużą kulturą i zupełnie bez emocji zabiją człowieka w kilka minut.

Leon znał ten rytuał tak dobrze, że mógłby go odprawić przez sen, co, biorąc pod uwagę jego sytuację, nie było metaforą aż tak przesadzoną.

Kiedy śluza zasyczała i zewnętrzne wrota rozsunęły się szeroko, uderzył ich marsjański pejzaż. Czerwień, rdza, kurz i światło tak ostre, że wszystko wydawało się odlane z metalu. Kanion rozciągał się przed nimi jak rana na powierzchni planety. Piękna i obojętna.

Wyruszyli we czwórkę. Leon, Nadia, Rao i Sato. Inez została w bazie jako wsparcie medyczne i operacyjne, choć protestowała, że jeśli naprawdę schodzą badać potencjalnie obcy artefakt, to przynajmniej należy jej się pierwszeństwo z racji zdrowego rozsądku. Odpowiedział jej Rao, że właśnie dlatego zostaje, bo ktoś rozsądny musi nadzorować szaleńców na odległość.

— Łączność czysta — odezwał się głos Inez w hełmach. — Parametry stabilne. I tylko przypomnę, że jeśli spotkacie starożytną inteligencję, to nie podpisujcie niczego bez konsultacji medycznej.

— Zanotowane — odparł Leon.

Schodzili po łagodnym zboczu ku strefie, gdzie wcześniej pracowała sonda podpowierzchniowa. W innych pętlach Leon bywał tu już kilka razy, ale nigdy z pełną wiedzą, że to miejsce może być nie tylko punktem badań geologicznych, lecz osią całego koszmaru. Dziś kamienie wyglądały inaczej. Jak znaki. Jak rozsypany alfabet czegoś znacznie starszego od człowieka.

— Jeśli to naprawdę sztuczna struktura — odezwała się Nadia — dlaczego nie zgłosiłeś tego centrali?

Sato odpowiedział dopiero po chwili.

— Bo zanim przyszłaby odpowiedź, ktoś tutaj już podjąłby decyzję. A jeśli to coś reaguje na pole generowane przez eksperyment, wystarczyłby jeden źle postawiony krok.

— Czyli postawiłeś wszystkie złe kroki sam — rzucił Rao.

Sato nie odpowiedział.

Leon słuchał ich pół uchem. W głowie składał mapę. Każda wcześniejsza próba dawała mu kawałek układanki. Miejsce, gdzie grunt osuwał się pod stopami. Półka skalna, która wyglądała stabilnie, a pękała przy większym obciążeniu. Mikrospadek sygnału przy wejściu do szczeliny. Drobiazgi. Wszystko to, co normalnie ginie w tle, a w pętli staje się wiedzą cenniejszą niż odwaga.

Dotarli do otworu pozostawionego przez sondę. Był wąski, ale dalej rozszerzał się w naturalną szczelinę prowadzącą pod skarpę. Skanery na przedramieniu Nadii zapiszczały.

— Pole magnetyczne rośnie — powiedziała. — I coś zakłóca zegary wewnętrzne. Minimalnie, ale jednak.

Leon poczuł ukłucie zimna mimo ogrzewania kombinezonu.

— To tutaj — szepnął.

Weszli głębiej. Skała zmieniła kolor z rdzawej czerwieni na ciemniejszy, niemal brunatny, przechodzący miejscami w połyskliwą czerń. Światła hełmów omiatały ściany i wydobywały z nich regularne linie. Nie były naturalne. Nie po takim układzie. Nie po takiej powtarzalności.

— O rany — powiedział Rao. — Ja wiem, że na Marsie wszystko wygląda jak dekoracja do końca świata, ale to naprawdę wygląda jak ściana.

To była ściana. Częściowo przykryta osadem, częściowo zespolona ze skałą. Nie tyle zbudowana w kamieniu, ile przez kamień wchłonięta. Jej powierzchnię przecinały rowki, kręgi i segmenty przypominające obwody, choć zbyt płynne, zbyt organiczne, by uznać je za prostą technologię w ludzkim sensie.

Sato zbliżył dłoń w rękawicy do powierzchni, nie dotykając jej.

— To niemożliwe — powtórzył, ale tym razem w jego głosie było dziecięce zdumienie, a nie obrona.

Leon zrobił krok naprzód i wtedy usłyszał dźwięk. Nie w słuchawkach. Nie przez skałę. Gdzieś za oczami. Niski puls, jakby świat przypomniał sobie własny rytm. Zatrzymał się natychmiast.

— Nie ruszajcie się.

— Co jest? — spytała Nadia.

— Słyszę… coś.

— W eterze cisza — odezwała się Inez z bazy.

— To nie radio.

Ściana przed nimi zadrżała ledwie zauważalnie. Nie, nie ściana. Powietrze. Czas? Leon nie umiał tego nazwać. Linie na powierzchni rozbłysły bladym światłem, delikatnym, ale wyraźnym. Kolejne kręgi zapalały się od środka ku zewnętrznym krawędziom, jak fale na wodzie, której tu przecież nie było.

Nadia wstrzymała oddech.

— Czy to reaguje na nas?

— Albo na niego — powiedział cicho Sato i spojrzał na Leona.

Leon poczuł nagłą wściekłość.

— Na mnie?

— Jeśli twoja świadomość naprawdę przechodzi przez reset, mogłeś stać się nośnikiem sprzężenia. Interfejsem. To urządzenie, cokolwiek robi, może cię „widzieć”.

— Fantastycznie — mruknął Rao. — Czyli nie dość, że mamy pętlę czasową, to jeszcze Leon jest pilotem do starożytnej maszyny.

— Nie pilotem — odparła Nadia. — Bardziej… przyciskiem, którego nikt nie powinien wciskać.

Mimo napięcia Leon parsknął śmiechem. Krótkim. Prawie wdzięcznym. Humor na krawędzi katastrofy miał w sobie coś heroicznego. Jakby ludzki mózg, zbyt mały wobec kosmosu, ratował godność żartem.

Podszedł bliżej. Każdy instynkt kazał mu się cofnąć. Każde doświadczenie z pętli mówiło, że za ciekawość płaci się tutaj wysoką cenę. A jednak teraz wiedział, że właśnie to jest droga. Nie kolejna próba przeczekania dnia. Nie kolejna naprawa zaworu. Trzeba było stanąć przed źródłem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 57.11