E-book
4.17
drukowana A5
73.63
Marionetka Przepowiedni

Bezpłatny fragment - Marionetka Przepowiedni

W lesie smolistych duchów


Objętość:
465 str.
ISBN:
978-83-8455-366-4
E-book
za 4.17
drukowana A5
za 73.63

Tak, musimy rzecz jasna powrócić do miejsca, w którym to się skończyła poprzednia opowieść, a dokładniej to do podziemnego ośrodka, w którym to przenoszono to, co definiuje utalentowanych na zwyczajnych ludzi. Właśnie tam, a dokładniej to do najniższego poziomu zszedł William Azur i z taką jakby połowiczną starannością zrobił sobie zastrzyk ze specyficzną surowicą. Ta konkretna surowica zawierała rzecz jasna drobiny niebiańskiego turkusowego metalu i w bardzo radykalny sposób niwelowała dostrzegalność tej poczerniałej blizny Williama, choć działanie tego specyfiku miało też związek z bólem, który to trwał jeszcze jakieś piętnaście sekund po wstrzyknięciu i co równie istotne tak jakby przenosił do wspomnień, które to definitywnie ukształtowały charakter mrocznego mistrza słowa. Było to rzecz jasna ciekawe, chyba nawet bardzo ciekawe, ale William tak bardzo dobrze dbał o to, by w momencie wstrzykiwania towarzyszyło jemu maksymalnie trzech jego najbardziej zaufanych popleczników.

W tym konkretnym przypadku był tylko ten jeden jedyny poplecznik, który wszedł właśnie wtedy gdy ból nieomal wygasł. Ból ten nie był wybitnie silnym. Można go było raczej nazwać tym pouczająco chłodnawym i w pewnym sensie aż nadto wyrazistym i co równie ważne wtedy gdy ów ból dosłownie lizał ciało Williama ten nie był w pełni odciętym od rzeczywistości, czyli wtedy gdy Dobrzyński w formie nieomal ludzkiej stał już przed nim to on wyraźnie rozkazał. „Wszystkie te laboratoria w ciągu najbliższego dnia mają zostać ogołocone ze sprzętu, danych i ze wszystkich przedmiotów wzbudzających ciekawość. Mało tego, nawet ściany mają zostać obdarte z tynku, aby całość prezentowała się tak jak pałace splądrowane po wojnie. Tak musi być, by nasz wróg zwątpił w to, że po naszym przejściu znajdzie cokolwiek wartościowego. Jeśli zaś chodzi o naszych jeńców, to obowiązuje reguła wspaniałomyślności, a dokładniej to musimy w sprytny sposób sprawić, by sami wybrali naszą frakcję.”.

Słowa te miały tak jakby charakter tych połowicznie epickich i co równie istotne tak jakby przymuszały Dobrzyńskiego do matematycznego posłuszeństwa. W tym wszystkim wiele znaczyło też i to, że Dobrzyński zerknął w głąb przemyśleń swojego szefa Williama Azura i znalazł tam obawy dotyczące faktycznej trzeciej siły w tym konflikcie. Mowa tu o tym, że zerknął na obrazy powiązane z ludźmi, którzy to już przy początku oblężenia zaczęli nękać tyły ich sił.

Rzecz jasna tamci ludzie nie byli zwyczajni, czyli można ich było nazwać agentami, którzy mieli w sobie coś więcej. To coś nie było w nich na stałe, tylko tymczasowo. Tak tymczasowość talentu to coś dziwnego, być może nawet ekstremalnie dziwnego, ale handlując ze stronnictwem Agaty ludzie zyskali przynajmniej osiem szczepów wirusa do przenoszenia talentów, a z tych wirusów stworzyli bardzo ciekawą broń, a dokładniej to stworzyli tabletki, które to dawały talenty na czas określony. Teoretycznie ów tabletki mogły obdarować każdym z talentów, ale to nie wyglądało aż tak prosto, bo najpierw agent człowiek musiał wziąć coś na wzmocnienie, czyli także tabletkę z wyjątkowo sprytnym preparatem wzmacniającym lub zastrzyk, a dopiero potem tabletkę z talentem, która to także uzależniała i to w znacznym stopniu. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że uzależniała do tego stopnia, że większość śmiałków biorących udział w eksperymentach była gotowa zabić za tabletkę.

Problem dotyczący uzależnienia ludzie eksperymentujący z pierwszą generacją tabletek odkryli już na wstępie. Niemniej jednak nie zaprzestali prób z tego rodzaju specyfikami. Tylko dodali na pierwsze miejsce specyfik wzmacniający, który też początkowo otumaniał, ale to otumanienie lub otępienie mijało dość szybko, czyli w maksymalnie te trzy minuty, a potem nastawał czas korzystania z talentu, czyli początkowo było to te osiem lub dwanaście godzin i co równie istotne ten czas można było wydłużyć biorąc kolejną tabletkę nie dalej niż te dwanaście godzin po pierwszej. Stałe łykanie ów tabletek sprawiało, że śmiałkowie czuli się bardzo radosnymi i silnymi fizycznie. Te efekty towarzyszyły talentowi, choć na dokładkę stawali się też szybcy w myśleniu, bardzo chciwi i na dokładkę niezwykle narcystyczni.

W ten sposób można było opisać tych, którzy pozytywnie reagowali na specyfik, ale byli też i tacy, których to aż nazbyt wyraźnie chwytał obłęd, a dokładniej to większość chwytał obłęd. On był czymś raczej typowym dla siedmiu z dziesięciu śmiałków. Jeden z dziesięciu umierał lub stawał się kaleką, a pozostałych dwóch z dziesięciu reagowało na ogół pozytywnie. Właśnie tak to było z pierwszą generacją specyfiku, ale czwarta generacja tabletki dawała już pozytywny efekt u czterech na dziesięciu śmiałków, a w trakcie szturmu na twierdzę Agaty ludzie, a dokładniej agencje ludzi pracowali już nad siódmą generacją tego niezwykłego specyfiku i co równie istotne te prace były także powiązane ze znaczną ilością wysportowanych śmiałków, których to brali z ulicy oferując darowiznę w formie pieniędzy na start własnego biznesu. Tak, coś w tym stylu zazwyczaj obiecywali biedakom ze wsi, choć niemal wyłącznie tym, którzy nie mieli rodzin lub ludzi, którzy mogliby ich potem szukać. Wymóg ten można nazwać dość obłędnym, ale każdy dostawał pytanie powiązane z tym właśnie wymogiem w ankiecie i jeśli odpowiedzi powiązane z tym wymogiem nie podobały się ankieterom to śmiałków skreślano i to już na wstępie oddając im zaledwie za dojazd do jednego z punktów werbunkowych.

Zdecydowanie prościej to wyglądało w więzieniach, w których to osadzano tych, z którymi prawie nikt się nie kontaktował. Właśnie tam o silnego psychicznie i fizycznie śmiałka było łatwiej i na dokładkę było też i znacznie mniej problemów natury etycznej. Problem tkwił tylko w tym, że ów śmiałkowie musieli przejść etap dodatkowy, a dokładniej to etap powiązany z modyfikacją ich psychiki, a ten był dość skomplikowanym i w przypadku części z nich trwał ponad pół roku. Tak to było zaskakująco skomplikowane dla kogoś niezbyt bystrego, ale dawało też i zaskakująco wiele frajdy prowadzącym te eksperymenty.

Komplikacja ta tkwiła w tym, że śmiałkowie z więzień byli traktowani elektrycznością i to było do jakiegoś stopnia bolesne, ale dawało też i innego typu korzyść, a ta korzyść tkwiła w tym, że potraktowani prądem raczej nie uzależniali się od tabletek dających wręcz nieludzkie talenty.

Ów uzależnienie stanowiło rzecz jasna gigantyczny problem w przypadku pierwszych dwóch generacjach tabletek i co równie istotne było nawet powiązane z trzema sporymi buntami, z których to ten trzeci był najbardziej krwawym w skutkach. Niemniej jednak wszystkie te trzy bunty miały wspólny mianownik, a dokładniej to były one konsekwencją zbyt szybkiego przerabiania więźniów w utalentowanych agentów. Taka zmiana czy też odmiana była i nadal jest dość kontrowersyjną nawet jak na świat odmieńców, ale zmodyfikowano proces, a nie zrezygnowano z owego, bo do pewnego stopnia był bardzo wygodnym.

Mowa tu o tym, że na jednego śmiałka zaliczanego do samotnych i dość wspaniałomyślnych przypadali dwaj lub nawet trzej z większym lub mniejszym problemem natury prawnej, a tych trzeba było tak jakby zaprogramować do moralnego postępowania. Jedną z ciekawszych dróg do bycia bardziej moralnym były te pouczające średnio bolesne elektrowstrząsy powiązane z tym wyświetlaniem obrazów nieciekawie wyglądających ran. Początkowo wyświetlano te dość nieciekawe obrazy tylko na monitorach, ale po jakimś czasie zaczęto to robić bezpośrednio w głowach śmiałków za pomocą tych, którzy już przyjmują tabletki dające talent na czas określony.

Potem zaś biorący tabletki wytwarzające talenty na czas określony zaczęli pilnować metamorfozy wspaniałomyślności śmiałków, czyli stali się takimi jakby naukowcami z ludzkiej agencji. Może to i z lekka komiczna zmiana, ale dała jeden bardzo wiele znaczący efekt, czyli drastyczny spadek skłonności powiązanych z buntem i to był taki bardzo bardzo duży plus w stosunku do początków eksperymentowania, bo początki można uznać za zbyt krwawe i to nawet jeśli chodzi o naukowy personel, który także poniósł istotne straty. Także ze względu na to, że stronnictwo Agaty dokładnie pilnowało wyników własnych badań dzieląc się owymi połowicznie z nieomal siedmioletnim opóźnieniem. Tak to znaczyło bardzo wiele, ale nie w tym tkwiła przyczyna postawienia na tabletki o działaniu krótkotrwałym.

Tabletki, które działały przez te osiem do dwunastu godzin miały zagwarantować posłuszeństwo agentów, a to posłuszeństwo determinował także pewien ciekawy efekt uboczny, czyli dodatkowy detal. Mowa tu raczej nie o tym, że agenci uzależniali się od tabletek tak jak narkoman. Efekt ten także się liczył, ale w tym wszystkim tkwił też i ten straszak dodatkowy, czyli te dwadzieścia cztery do czterdziestu godzin po wygaśnięciu wpływu tabletki zaczynało się coś niemiłego dla uzależnionego. Chodzi tu o blisko tygodniową degradację neuronów, która nie była śmiertelną, ale dawała coś takiego jak dodatkowa zaleta dla agencji ludzi.

Tak kolejny bunt nie mógł stać się faktem bo uzależnieni z degradacją neuronów stawali się na blisko miesiąc zbyt tępi do zorganizowania takiego rozbudowanego i za razem zgrabnego buntu, a to było bardzo istotne nie tylko dla przebiegu eksperymentu z talentami. Chodzi tu nie tylko o aspekt płynności, ale zdecydowanie bardziej o bezproblemowość, gdyż tu problemów nie brakowało. Większość z nich rzecz jasna dotyczyła tego przypływu chciwości i chęci władzy u większości śmiałków. Problem ten trzymano w ryzach w prosty sposób, a dokładniej to tabletki były przekazywane kordonom ochronnym siedem razy, a członkowie tych kordonów nie mogli ze sobą rozmawiać o pochodzeniu sporych przesyłek z tabletkami. Tak to był chyba nadmiar przezorności ze strony organizatorów agencji ludzi, ale po zaledwie trzech minimalnych potknięciach system siedmiokrotnego przekazywania zaczął działać tak bardzo bardzo płynnie, że agencja ludzi zdecydowała się na zaskakująco poważny krok, czyli po niemal szesnastu latach od zaistnienia zdecydowali się na coś takiego jak solidne ataki zaczepne prowadzone na mrocznej stronie i to w szczególnym czasie.

Ten czas szczególny to był szturm na twierdzę Agaty, czyli na tę, w której znaleźli się razem Nick, Artur, Celina, Daniel, Aurelia i cudowna dziewczynka Małgorzata. Niektórzy z biorących tabletki walczyli aż tak dobrze, że dostrzegli Nicka i to dość wyraźnie. Wyraźnie też zaszkodzili armii, którą stworzył sam William Azur, choć on sam raczej nie był aż tak zaskoczonym możliwościami uzależnionych agentów, których nazywał największym dziwadłem jego czasów. Ów dziwadło chyba dokonało jednego, a dokładniej to tamci dziwni raczej chwilowi utalentowani wytworzyli ogień w tej ciekawej owalnej celi z poliwęglanu. Nie był to jakiś nieśmiały pożar. Tylko taki nadzwyczaj chaotyczny, a dokładniej to taki, który nie tylko szybko zyskał na sile, ale też był nie do opanowania przez około minutę.

Długość ta okazała się mieć znaczenie kluczowe, a dokładniej to zniszczyła wszystkie ciekawostki z okolic celi. Fiolkę zawierającą krew utalentowanego osłabiającego talenty i wszystko to o czym zapomnieli uciekinierzy. Pozornie to były tylko jakieś ochłapy, czyli nic istotnego, ale chyba tylko pozornie, bo gdyby tak rzeczywiście było, to utalentowani ze stronnictwa Agaty nie owiali by tego wydarzenia swoistą mgłą niejasności wytwarzaną przez silnych utalentowanych. Tak, właśnie ta akcja maskująca miała miejsce i to z dystansu, ale dystans ten nie był zadziwiająco sporym, bo uczynili to utalentowani, którzy uciekli osobliwym tunelem, a dalej kontynuowali ucieczkę pieszo i to przez wymagający teren uprzednio zlany deszczem.

William Azur dał tym uciekinierom dostatecznie wiele spokoju, ale nie ze względu na to, że chciał w tamtym czasie pozyskać jak najwięcej ciekawych fantów z twierdzy. Tu raczej chodziło niemal wyłącznie o wspaniałomyślność. Wspaniałomyślność zaliczaną do tych pozorowanych wyjątkowo dokładnie. W taki jakby bardzo słodki szafirowy sposób. W tym szczególnym czasie czuł, że musi z gracją zaprzeczyć mrocznej stronie własnego wizerunku i to robił. Tylko, że te jego działania miały raczej ograniczony zasięg czasowy. Miały one w pełni ustać po niespełna czternastu godzinach zaliczanych do jedwabiście wyjątkowych.

Tylko teraz wgryzanie się w naturę ów wspaniałomyślności raczej nie ma sensu, bo nurkujemy w tematach poświęconych ludzkiej agencji i rozwodzimy się nad definicją tego chwilowego odmieńca. Dlatego właśnie trzeba teraz powrócić do epoki pierwszego buntu, a dokładniej to trzeba zerknąć na pewnego więźnia, który to na przestrzeni blisko czterech lat stał się utalentowanym. Jego prawdziwe personalia nie mają znaczenia, bo wybrano go głównie ze względu na to, że szybko biegał i bardzo sprawnie podnosił ciężary, takie jak sztanga. Jednym słowem był to rodzaj człowieka, który to wnikliwie dbał o ciało. Dbanie to objawiało się w tym, że prawie nie pił, nie palił papierosów, w skali dnia sporo biegał, a dokładniej to poświęcał na to dosłownie każdą sekundę poza blokiem więziennym. W podnoszeniu ciężarów także był zaskakująco pilny. Być może nawet nieziemsko pilny.

Niemniej jednak ta konkretna osobistość miała też pewne istotne wady, czyli gdy ktoś nazwał jego dbanie o ciało głupią przesadą lub użył podobnych określeń w stosunku do tej dbałości o sprawność fizyczną, to mógł się spodziewać bardzo ostrej wymiany zdań powiązanej z serią przekleństw. Taka seria przekleństw mogła się nawet zakończyć ciosem w twarz, choć nie zadanym tak, by zabić, lecz tak by uświadomić drwiącemu rozmówcy, by już nigdy nie drwił sobie w ten właśnie sposób. Ów podejście do przemocy fizycznej wyróżniało tego skazańca i można było to podejście zaliczyć nawet do dość smacznych jak na standardy więzienia, w którym to przebywał. Smak jego postępowania psuły dwie sprawy. Jedną z nich był powód dla którego trafił do więzienia. Powód ten był istotnym, bo uderzył nastolatka, który to drwił z jego kilkuletniego syna. Rzecz w tym, że potem, czyli po zadaniu ciosu tamten nastolatek upadł solidnie uderzając własną głową w krawężnik. Uderzenie to było tak silnym, że chyba natychmiastowo lub niemal natychmiastowo umarł.

Tak, po jakimś czasie doszło do skazania, ale na tym nie kończy się specyficzna historia przewinień tego więźnia. Mowa tu dokładnie o tym, że nie dalej niż trzy miesiące po osadzeniu doszło do incydentu z jego udziałem, a dokładniej to inny więzień zadrwił z niego w wybitnie niesmaczny sposób przyrównując go do zabójcy nastolatków. Ta konkretna drwina także skończyła się atakiem, a dokładniej to drwiący otrzymał potężny cios w twarz, po którym to uderzył głową o ścianę i poniósł natychmiastową lub niemal natychmiastową śmierć. Śmiało można to nazwać jednym czynnikiem ze względu na które ten wyjątkowy osadzony bardzo siebie nie lubił. Tylko, że na ten czynnik złożyły się aż dwa totalnie chaotyczne zgony.

Drugi czynnik był tym nieco innym, a dokładniej to ten drugi czynnik był powiązany z tym, że po tych krwistych incydentach wyjątkowy więzień dołączył do gangu nienawidzącego czarnoskórych. Zrobił to rzecz jasna tylko po to by uchronić własną skórę, ale dokładny powód po pewnym czasie nie miał już znaczenia, bo stracił to co najważniejsze, czyli kontakt z żoną i dwójką dzieci. Dlatego znienawidził siebie za tę tchórzliwą decyzję, a dokładniej to za to, że tak bardzo bał się śmierci. Nawet okaleczał się za tę decyzję, te okaleczenia były dość wyraźnymi, ale też i nie takimi, by go znacząco osłabić lub uśmiercić. Okaleczenia te po blisko pół roku zamienił w oddawanie krwi i zaczął nawet dążyć do tego, by choć raz w życiu oddać szpik.

Zmiany te można nazwać czymś na kształt przebudzenia takiej wybitnie brylantowej wspaniałomyślności. Szkoda tylko, że ów wspaniałomyślność w przypadku tego silnego białego więźnia przebudziła się za późno w tej wysoko czystej formie. Tak w tym tkwił spory problem, ale po trochę ponad roku odsiadki pojawiła się nowa ciekawostka, czyli pojawił się taki jakby urzędnik z jakiejś agencji. Był on ubrany w tani, ale też i zaskakująco gustowny garnitur facet i prezentował się tak jak zaskakująco sumienny urzędnik. Mówił sporo o tym, że jest z agencji, ale jej nazwy nie wymienił. Nie wymienił jej w takim serdecznym stylu.

W jego przypadku liczyło się chyba tylko to, że szybko dostrzegł tego białego więźnia, który to pokutował, choć nie w kameralnym stylu. Rzecz jasna werbujący prawie nie zwrócił uwagi na to, że on pokutuje w takim jakby spersonalizowanym stylu, bo to się rzecz jasna prawie nie liczyło. Zdecydowanie bardziej liczyło się dla specjalisty od werbowania to, że ten śmiałek jest wysoki, silny ma nieomal perfekcyjne blond włosy i spojrzenie kogoś, kto w jedwabisty sposób chce odmienić własne życie na lepsze. Być może miał takie spojrzenie głównie ze względu na to, że ponad miesiąc przed spotkaniem z tym werbującym zaczął czytać książki o filozofii. Książki raczej wiekowe, nieco zniszczone i niezbyt aktualne jeśli chodzi o przekład, ale dawały do myślenia i być może to właśnie one odmieniły sposób w jaki to zerkał ten nasz wyjątkowy więzień, ale nie musiało tak być. Właściwie to chyba więcej znaczyło, to że także w sensie wzrokowym zainteresował się tym werbującym, bo ten werbujący także miał na twarzy wyrytą tę nie gasnącą ciekawość świata, tak jakby był naukowcem i chyba dlatego zażyczył sobie tego, by ten niezwykły więzień jako pierwszy wypełnił ankietę. Ankietę, która to sugerowała możliwość skrócenia wyroku i to w stopniu znacznym.

Dostał tę ankietę tak dość nagle i na dokładkę dostał także taki zużyty ołówek i za jego pomocą napisał w tej ankiecie imię „Wespazjan”. Trudno powiedzieć dlaczego wybrał to konkretne imię, ale zapisał je w takim dość nerwowym stylu. W stylu, który to mówił, że od dawna nie miał w dłoniach czegoś do pisania. Nie chodziło tu jedynie o okres spędzony w więzieniu, bo i wcześniej ten niby Wespazjan pisał raczej niewiele, bo i nie musiał się wykazywać ciekawym stylem pisania. Był zawodowym kierowcą zajmującym się transportem odpadów niebezpiecznych, a ta profesja nie była opcją miłą dla niego, bo zaczął pracować w tej branży właśnie ze względu na dwóch nieco starszych kolegów i co najważniejsze początek każdej trasy, czyli każde pierwsze sto kilometrów to był dla niego ten nerwowy etap. Ten nerwowy etap chyba nie miał jakiejś przyczyny, czyli nie chodziło tu o rodzaj niebezpiecznych odpadów, lecz o sam niepokojący początek.

Jego osobista historia do jakiegoś stopnia była ciekawa, ale tu bardziej liczyło się coś, co nie powinno mieć miejsca, a dokładniej to po wypełnieniu ankiety sympatyczny werbujący w tanim, choć ciekawym dla oka garniturze podarował Wespazjanowi malutki woreczek foliowy z kilkoma tabletkami w odcieniu kremowym. Te konkretne tabletki nie były okrągłe, tylko małe i nieco wydłużone. Coś takiego raczej nie powinno zostać przekazane tak bezpośrednio z rąk do rąk, ale z jakiejś przyczyny strażnicy więzienni pozwolili na to. Specyficzne to rozprężenie dyscypliny zaliczane raczej do mało smacznych i co równie istotne w tym konkretnym momencie śmiałek nie wiedział co ma robić. Otrzymał od werbującego ten mały foliowy woreczek i trzymał go w prawej dłoni nie jakoś wybitnie mocno, ale też i nie słabo i co najważniejsze głównie rozglądał się wokół siebie, czyli zwracał uwagę nieomal wyłącznie na szaro-błękitne ściany więzienia z dziwaczną zadumą w spojrzeniu może nawet bardzo dziwaczną.

Jeśli zaś chodzi o innych więźniów, to oni byli tam jedynie zgromadzeni, czyli zajmowali się sobą, a poza Wespazjanem chyba trzynastu dostało ankiety i do wypełnienia owych ołówki, które prezentowały się góra średnio. Problem chyba stanowiło to, że w przypadku pozostałych trzynastu nie było czegoś takiego jak tabletki. Oni tylko oddali swoje ankiety werbującemu poprzez szparę poziomą w kratach, czyli oni musieli się obyć bez tej osobliwej nagrody. Rzecz w tym, że ów nagrodę dostrzegło tylko dwóch innych wypełniających ankiety i oni dopingowali Wespazjana, czyli chcieli, by wziął jedną z tabletek. To ich dopingowanie było nawet bardzo niesmaczne, bo jego słyszalność była mizerna, czyli to było tylko trochę więcej niż szept, ale to zjawisko zaistniało, a obdarowany pigułkami wziął jedną z nich tak jakby niedbale i zarazem dość szybko, a następnie upadł na kolano i podparł się prawą ręką. Nie miało to miejsca zaraz po przełknięciu tabletki, lecz blisko minutę później.

Właśnie po tym przełknięciu tabletki ten konkretny śmiałek zwany Wespazjanem zdołał powstać, a następnie rozejrzał się wokół siebie i upadł raz jeszcze, choć po tym drugim razie już nie powstał, bo nie mógł powstać. Został wyniesiony do tego więziennego punktu medycznego, ale tak za nogi i ręce. Jednym słowem to nie była dobrze wykonana pierwsza pomoc.

Blisko minute później ten werbujący agent sam otworzył sobie kratę oddzielającą go od tej sporej więziennej sali i wszedł po ten woreczek z tabletkami tak jakby dość leniwie. Jednym słowem nie śpieszył się w trakcie zbliżania do ów woreczka z tabletkami i może w tym tkwił jego błąd lub wręcz przeciwnie. Niemniej jednak nie zdołał podnieść tego woreczka, choć chwycił go palcami, a niespełna ułamek sekundy później jeden z więźniów wyglądających tak jak typowy siłacz nadepnął na ten konkretny woreczek. Rzecz w tym, że ten werbujący agent się tym nie przejął. Tylko dotknął tego siłacza w prawe kolano. Dotknął w takim powolnym i połowicznie pewnym siebie stylu, a po kilku sekundach, czyli po prawie czterech ten dodatkowy śmiałek nie zaliczany do adekwatnych leżał już na podłodze. Leżał tak, jakby powaliła go taka wyjątkowo wredna choroba zakaźna, ale czegoś w tym stylu nie było.

Wiele znaczyło też i to, że ten dodatkowy łysy silny śmiałek usłyszał pewną ilość słów jasno stwierdzających, że jego wtrącenie się było błędem. Tak to nazwał ten konkretny werbujący, ale dodał też coś o tym, że liczył na błąd tego rodzaju, bo ma jeszcze kilka tabletek. Temu dodatkowemu wsunął do ust dwie i nakazał je jemu przełknąć. On zaś to uczynił w takim dokładnym maszynowym stylu. Chyba nawet tak, jakby ktoś go zaprogramował do tej czynności.

Trochę ponad minutę później ten dodatkowy śmiałek także został wyniesiony do punktu opatrunkowego, a werbujący agent zebrał ankiety z dość wysłużonej ławki i schował je wszystkie do własnej teczki w takim zorganizowanym lekkim stylu i poszedł do punktu opatrunkowego w więzieniu, ale bez pośpiechu. Wyglądało to tak jakby nie spodziewał się niczego wyjątkowego. Tak w tym konkretnym przypadku chyba nic wyjątkowego nie mogło się wydarzyć, ale agent tam poszedł, bo to była jedna ze składowych procedury powiązanej z przypadkowym zażyciem tabletki.

Problem tkwił w tym, że coś dodał do ów procedury, a dokładniej to gdy był już w punkcie opatrunkowym przy Wespazjanie to wyciągnął z tej swojej typowej czarnej teczki przedmiot zakazany, a dokładniej to przedmioty, czyli dziesięć ostrzy do noża technicznego, tych wymiennych ostrzy w pudełku z nieomal mlecznego plastiku. To konkretne pudełko położył na niewielkim stoliku przy śmiałku i tak jakby dość jedwabiście nakazał mu ich użyć. Nie chciał tego, by ich użył za pomocą ręki, lecz za pomocą siły umysłu i w tym tkwił swoisty haczyk, bo Wespazjan uznał, że spełnienie jego prośby jest niemożliwe i co równie istotne nie chciał też tych ostrzy dotknąć ręką i to nie ze względu na to, że sanitariusze byli blisko. Chodziło tu raczej o to, że w tym konkretnym momencie ręce miał jak z waty, czyli czuł się tak jakby totalnie bezsilny i to go przerażało. Niemniej jednak to kłębowisko myśli w jego głowie się tak jakby ustabilizowało w przeciągu dwunastu sekund od usłyszenia rozkazu tego agenta, który wydawał się być znudzonym przebiegiem sytuacji. On chyba nie spodziewał się tego, że niebawem wydarzy się coś tak jakby z lekka szokującego. Mowa tu o tym, że po tych dwunastu, może czternastu sekundach Wespazjan pochwycił te ostrza za pomocą własnych myśli.

Wyglądało to tak, że opuściły one to podłużne mleczne pudełko z nieomal mlecznego tworzywa i zaczęły wirować nad noszami na których to leżał Wespazjan. W trakcie tego wirowania utworzyły strukturę z lekka przypominającą trąbę powietrzną, a dokładniej to tworzyły ową przez nieomal cztery sekundy, a potem, czyli mniej niż pół sekundy później te konkretne ostrza tak jakby w powietrzu przetopiły się w ostrze przypominające miecz samurajski o jednej trzeciej długości prawdziwego. Ów miecz w takim totalnie wrednym stylu zbliżył się do gardła tego werbującego agenta. On zaś zaczął się wtedy tak jakby z lekka cwaniacko uśmiechać. Właśnie tak jakby otrzymał prezent, o którym to marzył od kilku lat.

Prezent tkwił rzecz jasna w możliwościach tego konkretnego chwilowego odmieńca, który okazał się być skarbem. Mowa tu konkretnie o tym, że każdy przed Wespazjanem pozytywnie zaczynał reagować na terapię tabletkami po około trzech miesiącach lub wcale. Dlatego też ten konkretny osobnik był dla werbującego urzędnika czymś bardzo bardzo ważnym i chodziło tu nie tylko o jego geny, ale też i o motywację. Tak te detale były istotnymi, ale na chwilę obecną panował specyficzny impas, który to zakończył ów specjalista od werbowania i to w dość gładki sposób, czyli dotknął prawej ręki tego wybitnie obiecującego silnego śmiałka i niecałą sekundę później zasnął on tak jak chorujący na nietypową odmianę grypy. Było to specyficzne i chyba dlatego ten konkretny werbujący był tak jakby z lekka zszokowany tą całą sytuacją, ale z drugiej strony to funkcjonował tak jak maszyna ideał z gracją zwinął ten miniaturowy miecz samurajski, który to powstał z tych dziesięciu ostrzy do noża technicznego.

Właśnie po tym uczynku ten werbujący urzędnik wypytał personel więzienny o tego konkretnego więźnia. Chciał mieć dostęp do jego wszystkich badań, do historii leczenia w więzieniu i do wszystkich publikacji, z którymi to miał styczność ów więzień, ale odmówiono jemu dostępu do tych informacji i tak jakby dość grzecznie wyproszono. Rzecz jasna to było tylko połowicznie miłe, bo ten werbujący znalazł się w przeciągu piętnastu minut przed więzieniem i to wtedy gdy deszcz zaczynał padać znacznie solidniej, a niebo stało się nie gościnnie granatowe. W tych okolicznościach wszedł do sporego grafitowego auta klasy SUV i wykonał telefon do swoich szefów jasno mówiąc o tym, że sytuacja póki co nie układa się najlepiej, ale to może ulec zmianie, jeśli otrzyma uprawnienia zaliczane do niezbędnych do przejrzenia ważnych danych.

Problem w tym, że ta konkretna rozmowa telefoniczna nie miała gładkiego przebiegu, chyba ze względu na to, że ten konkretny werbujący zaledwie pięć lat wcześniej pracował dla tej mrocznej strony utalentowanych, czyli był utalentowanym, który to za pomocą dotyku przenosił na ciała utalentowanych i ludzi dolegliwości powiązane z chorobami, czyli także z tymi psychicznymi. Wyróżniało go też i to, że pragnie wirusa przenoszącego talenty dla samego siebie, gdyż już od jakiegoś czasu łaknął dwóch talentów, tego do poruszania przedmiotami za pomocą myśli i innego powiązanego z wytwarzaniem ognia za pomocą myśli. Tych jego marzeń agencja ludzi nie chciała spełnić od nieomal trzech lat, ale czy to aż takie istotne. Liczyło się wtedy jedynie to, że przypadkiem trafił na wybitnie ciekawą osobistość i nie chciał jej utracić. Dlatego osłabił tego zaskakująco wyjątkowego Wespazjana osłabieniem typowym dla grypy i co równie ważne ów osłabienie mógł zdjąć tylko on sam. Detal ten dawał jemu przewagę, ale tylko chwilowo.

Tak się prezentował całokształt spraw, bo ludzie jemu średnio ufali, bo wiedzieli, że jest on w stanie zdradzić, po to by móc zyskać władzę lub środki finansowe. W ten sposób szefowie z agencji odczytywali jego motywację, ale właśnie wtedy tak totalnie go nie zastąpili kimś innym, bo nie mogli tego uczynić. Mogli za to dać temu werbującemu urzędnikowi Kamilowi kogoś do kontrolowania i ktoś taki przybył po mniej więcej trzech godzinach. Tyle to musiało potrwać, gdyż ów wyższy rangą specjalista od werbowania przybył niechętnie i to także był utalentowany. Jeden z ponad trzydziestu naturalnych utalentowanych z talentem do kreowania ognia za pomocą własnych myśli. Ten wyżej stojący urzędnik miał nie tylko ciekawszy talent, był także osobą wyższą, fizycznie silniejszą i co równie ważne miał także to totalnie wredne spojrzenie.

Ten wyżej stojący urzędnik także wcześniej wdrożył pewien interesujący plan, a dokładniej to jego trzej ludzie mieli wnieść do więzień tabletki wybudzające talenty. Kamil był tu jednym z tych trzech i co równie ciekawe wykonywał ów plan od jakichś trzech dni z wręcz niebywałą zaciętością, którą można też po części uznać za głupią. Tylko, że jego najnowsze odkrycie głupim nie było. Było raczej zaskakująco ciekawym, bo czegoś w tym stylu ludzka agencja nie miała od samego początku istnienia. Mimo to ten stojący wyżej urzędnik nie wykazywał pośpiechu, lecz działał z taką jakby matematyczną dość powolną metodyką. Właśnie tak było, bo nie chciał niczego pominąć. Dokładność ta była dla niego wręcz wybitnie ważną, bo ludzka agencja właśnie wtedy brała fundusze z sektora prywatnego i co równie istotne groziło jej sromotne zamknięcie w przeciągu sześciu miesięcy, a to brzmiało tak bardzo bardzo niemile.

Nieciekawy stan rzeczy ów utalentowany szef odmieniał w prosty sposób, a dokładniej to zagłębiając się w akta medyczne tego więźnia śmiałka, który w ankiecie podał imię Wespazjan. W aktach medycznych był on więźniem o numerze 19223946 i jasno wynikało z nich, że te trzy miesiące po osadzeniu ów więzień zaczął się ciąć, a trzy miesiące później zaczął oddawać krew i był także zafiksowany na punkcie oddania szpiku. Tylko, że tego ostatniego nie udało się jemu osiągnąć i to głównie ze względu na to, że był więźniem zaliczanym do niebezpiecznych. Chyba właśnie dlatego krew oddawał dalej tak jakby lekkomyślnie, czyli regulaminowo, a dokładniej to w odstępach blisko sześćdziesięcio dniowych lub nieco dłuższy. Pierwsze oddanie w jego przypadku budziło jakieś pozytywne emocje, ale kolejne były już raczej takimi jakby obranymi z entuzjazmu w psychologicznym znaczeniu tych słów. Ten śmiałek czuł, że robił coś istotnego, ale z drugiej strony wiedział też i doskonale o tym, że jego uczynek raczej nie będzie miał wpływu na jego dalsze życie i dlatego nadal odczuwał coś na kształt lodowego niesmaku.

Akta medyczne jasno też wspominały o tym, że te samookaleczenia Wespazjana prezentowały się tak jak demoniczne symbole. Jednym słowem przez jakiś czas widział w sobie demona nie godnego kontaktu z własnym potomstwem. Tak było wtedy gdy się okaleczał i być może nadal tak jest, ale czy to faktycznie prawda. Właśnie o tym z akt nie można było się jednoznacznie dowiedzieć, choć sugerowały one, że Wespazjan nadal może się utożsamiać z takim jakby pokutującym demonem. Sugestia ta była ciekawą dla werbującego z agencji, ale tylko tak jakby wstępnie, bo gdy zorientował się w tym, że ów teorię stworzył niezbyt bystry psycholog to tak jakby pospiesznie olał ową.

Następnie zaczął wykonywać rozmowy telefoniczne i to w wiadomym celu, a dokładniej to ten wyżej postawiony werbujący chciał przenieść go do budynku agencji i w tym celu uruchamiał własne kontakty. Początkowo robił to w nieporadny sposób, a dokładniej to dzwonił do urzędników, którzy mogli jemu w tym pomóc, ale niespecjalnie chcieli. Tak właśnie było, bo urzędnicy nie chcieli uczynić czegoś takiego jak przysługa za przysługę. Zdecydowanie bardziej interesowały ich pieniądze lub coś więcej, a tym czymś więcej chyba były skarby agencji pod postacią wyników badań i szczepy wirusów używane do produkcji tabletek.

Rzecz jasna tym co najcenniejsze szef Kamila nie chciał się dzielić tak szybko i bezmyślnie, czyli najpierw musiał dostać coś istotnego. Problem z tym czymś istotnym tkwił w tym, że urzędnicy już wcześniej dawali temu szefowi coś ciekawego na początek, a potem przez te trzy lub cztery razy nic nie dostali lub prawie nic nie dostali. Dlatego w tym konkretnym przypadku wspomniał coś o tym, że jego podwładny ma przy sobie ciekawostkę zaliczaną chyba do dość wyjątkowych, czyli coś, co im się spodoba. Jasno też przyznał, że ta ciekawostka, to tabletki w niewielkim foliowym woreczku. W tym konkretnym woreczku pozostało jeszcze siedem lub osiem tabletek i co równie istotne Kamil miał się z nimi rozstać tak nieomal automatycznie.

Tylko, że on w tym samym czasie przyglądał się temu co czytał Wespazjan. Wstępnie nie uznał tego za starożytne dyrdymały, ale za filozofię powiązaną z perfekcyjną zemstą. Filozofia owa nakazywała zdobywanie wiedzy i to zwłaszcza tej dotyczącej relacji międzyludzkich. Te konkretne relacje to był rzecz jasna skarb nad skarbami, ale liczyło się też i to by wnioskować i to w taki sposób, by z kolejne gry słownej dotyczącej zamiarów wyciągnąć więcej dla siebie. Wstępnie to wydawało się być trudne, być może i bardzo trudne. Tak ta filozofia była powiązaną z psychologią i co równie istotne nie wiadomym było to, kto faktycznie był jej autorem. Tu bardziej liczyło się to, że w sensie logicznym była ona niezwykle zgrabną i co równie istotne bardzo spodobała się Kamilowi, który także poczuł to, że w oparciu o nią musi zmienić swoje postępowania. Musi znacznie więcej czasu poświęcić na odczytywanie intencji ludzi i mnie na działania zaliczane raczej do tych dość chaotycznych. Chyba właśnie za takowe uznawał własne działania, choćby te powiązane z tabletkami, których to dalszego losu się rzecz jasna nie domyślił.

Nie domyślił się głównie ze względu na to, że chwilowo ogarniał własnym umysłem tę wiekową filozofię, a ona była wymagającą. Zgodnie z nią Wespazjan był w tym momencie i obiektem eksperymentu, ale też i tym, który się przygląda całokształtowi wydarzeń, po to by właściwie zareagować. Właściwa reakcja polegała na tym by jak najwięcej zyskać. Tego śmiałka chyba najbardziej interesował kontakt z rodziną, ale zainteresował by się także środkami finansowymi lub cennymi informacjami. Tak właśnie rozumował, choć nie był przytomnym, a szef Kamila i tak w tym konkretnym momencie chciał go zabrać do ich ośrodka i to minimalnym kosztem.

Ten minimalny koszt objaśnił dokument, który to przyniósł Kamilowi jeden z pracowników więzienia. Jeden z tych zajmujących się istotnymi dokumentami. On jasno wspomniał werbującemu o tym, że najpierw musi oddać tabletki, a dopiero potem dostanie dokument o mocy prawnej podpisany już przez jego szefa. Wymiana ta była ciekawą, taką bardzo bardzo ciekawą i co najważniejsze Kamil zaryzykował wykonując szybki ruch, a dokładniej to nieomal rzucił w pracownika więzienia woreczkiem foliowym z tabletkami i nieomal jednocześnie wyciągnął od niego świstek papieru. Można tę wymianę śmiało przyrównać do złodziejskiego gestu, bo potem Kamil oddalił się między regały z książkami, a dokładniej to tam gdzie położył swoją teczkę zaliczaną do czarnych i bardzo wygodnych. Poza ankietami miał tam zaliczany do urodziwych notatnik. W którym to zapisał coś związanego z dokumentem, a konkretniej to napisał w notatniku wprost o tym, że kilka tabletek wymienionych na unikatowego śmiałka. Coś w tym stylu i dodał też pytanie „Czy to dostatecznie dobra wymiana?”. Nie dopisał czegoś w stylu „Być może tak”, lecz powrócił do tego pracownika administracyjnego więzienia i jasno stwierdził, że jeszcze powróci do ich biblioteki, którą przyrównał do nieoczekiwanego skarbu.

Dosłownie minutę później lub minutę i piętnaście sekund później szef Kamila już nieomal wyciągnął Wespazjana z więzienia. Rzecz jasna ów wyciąganiem z więzienia nie zajmował się wtedy sam. Pomagało jemu czterech silnych i szybkich ludzi, czyli byłych wojskowych raczej zaliczanych do dość bystrych. Tylko, że oni raczej prezentowali się na kogoś, kto nie zajmuje się tymi najwyżej płatnymi zleceniami dla byłych wojskowych. Jednym słowem byli profesjonalistami, ale nie asami jeśli chodzi o strzelanie lub walkę wręcz. Tego typu informacje dało się wyczytać z ich twarzy, ale sposób chodzenia tych czterech byłych wojskowych sugerował też i to, że są oni osobami zaskakująco pewnymi siebie, a dokładniej to praca powiązana z zaprowadzeniem więźnia do nudno wyglądającej szarej furgonetki to dla nich było coś na kształt ciosu wymierzonego w twarz. Najprawdopodobniej tak to odbierali, ale i takimi zleceniami nie gardzili, choć były one powiązanymi z małymi zyskami, ale też i z małą liczbą komplikacji.

Natomiast szefowi Kamila bardzo nie spodobało się to, że rozstał się z kilkoma tabletkami. Chyba lepiej by było jemu zapłacić za przysługę powiązaną z przeniesieniem więźnia, ale w tym konkretnym przypadku chyba nie miał innej opcji, a dokładniej to musiał się pogodzić ze stratą narkotyku wybudzającego talenty, który równie dobrze może dać obłęd lub śmierć. Tej ewentualności nie naświetlił słownie przed wymianą licząc raczej na to, że koledzy, którymi byli wysoko postawieni urzędnicy miejscy raczej zmarnują jego wyjątkowy podarunek.

Może to i z lekka dziwne, ale ta wymiana więźnia na wyjątkowe tabletki miała miejsce kilka dni po tym jak mroczna strona pobrała krew od odmieńca Daniela. W świecie przepowiedni i dość niezwykłych utalentowanych nie można uznać tego za przypadek, ale agencja ludzi i jej stronnicy mieli raczej niewielką wiedzę dotyczącą przepowiedni przynajmniej w tamtym okresie. Wtedy znacznie więcej wiedzieli utalentowani ze stronnictwa Agaty, ale oni dzielili się wiedzą niemal wyłącznie wtedy gdy musieli, a nie po to by zapewnić szybszy rozwój agencji ludzi.

Ta oto agencja przez niemal cztery pierwsze lata istnienia musiała zajmować wiekowy budynek szkoły z internatem, czyli budynek, który nie był eksploatowany przez nieomal dekadę i w sensie wizualnym to prezentował się tak jak połowicznie majestatyczny zamek. Była to specyficzna nieruchomość, w której to przypadku część wiekowych cegieł odpadała od fasady, ale ten proces niszczenia nie był aż tak bardzo dostrzegalnym, bo większość ścian tak jakby w dość niekontrolowany sposób porastała winorośl, a dwa budynki tego kompleksu odnowiono, choć w tani sposób. Jednym słowem od strony zewnętrznej prezentowały się tak jak wyremontowane za pomocą dość tanich patentów. Być może i to podejście do remontu ścian zewnętrznych smacznym nie było, bo nieomal głównie skupiono się na tym, by ściany się dalej nie rozpadały, ale za to wnętrze kluczowych budynków kompleksu dosłownie uwodziło. Nie brakowało w nim nowoczesnych mebli i sprzętów, choć jeśli chodzi o ściany i podłogi to prezentowały się one tak jak typowa i dość tania sceneria biurowca. Tylko w niektórych miejscach było ciekawiej.

Jednym z tych ciekawszych miejsc była sala treningowa zaliczana do tych ze zredukowaną widownią. Tak to chyba osobliwa redukcja, ale czy to aż takie istotne, bo więcej znaczyło to, że ta widownia składająca się z nieomal czterdziestu tanich krzeseł z tworzywa była oddzieloną od reszty sali za pomocą ściany wykonanej z profili stalowych i poliwęglanu. Tak to była lub nadal jest bardzo mocna ściana przytwierdzona do ścian, sufitu i podłogi za pomocą specjalnych stalowych kołków, które to imponowały solidnym wyglądem. Te konkretne kołki miały wręcz odstraszać tym nadzwyczaj solidnym wyglądem, bo tę zaporę stworzono tylko w jednym celu, a dokładniej to, po to by treningom zażywających tabletki wybudzające talent ktoś mógł się przyglądać. Zazwyczaj byli to wysoko postawieni członkowie tej ludzkiej agencji, ale czasami zasiadali tam także zagraniczni goście, a dokładniej to ludzie ze znacznymi zasobami finansowymi, którzy mogli coś kupić od ludzkiej agencji. Tacy potencjalni kupcy mieli za tą konkretną ścianą coś takiego jak własna o wiele ciekawsza loża, w której to przypadku mogli liczyć na nieomal pewną anonimowość. Widzieli oni wszystkie detale treningów i sami nie byli widziani prawie nigdy.

Jeśli zaś chodzi o Wespazjana, to już trzeciego dnia treningu powiązanego z podnoszeniem różnych przedmiotów za pomocą myśli osiągnął ciekawe rezultaty, choć wziął dopiero swoją dziewiątą tabletkę w tym konkretnym kompleksie. Tyle wystarczyło by zadziwiająco sprawnie za pomocą myśli wyciągnął trzy stalowe kołki z nieomal czterdziestu kotwiczących ścianę ze stali i poliwęglanu. Te trzy kołki wyciągnął myślą i to było niezwykłe, bo wcześniej dopiero zaczął się bawić w to poruszanie za pomocą myśli, a dokładniej to zaledwie przesuwał stalowe belki po podłodze. Tamte belki miały masę tych siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu kilogramów, a w dniu, w którym to wyrwał te spore stalowe kołki uczynił też jeszcze jedną rzecz, czyli tylko za pomocą myśli odmienił jedną z tamtych belek w taki ostry taran i szykował się nawet do ciśnięcia ową belką taranem w tę ścianę oddzielającą wyjątkowych gości od trenujących.

Wtedy został powstrzymany, a dokładniej to skierowano w jego stronę taki unikatowy dźwięk z dość specyficznego głośnika. Tak ten głośnik emitował taki specjalny dźwięk o unikatowej częstotliwości. Była to idealna broń przeciw tymczasowym odmieńcom, a dokładniej to zażywanie tabletek czyniło ich podatnymi na działanie dźwięku o pewnej dość nietypowej częstotliwości. On wywoływał nie tylko zwiotczenie mięśni, ale też i gigantyczne problemy z koncentracją, a dokładniej to wywoływał problemy, które to nie pojawiały się u naturalnych utalentowanych i u ludzi. Ten konkretny środek zaradczy był rzecz jasna powiązany z tabletką, która to nie tylko rozbudzała talent na te osiem do dwunastu godzin, ale też czyniła człowieka podatnym na ten dźwięk i to na te trzy do czterech dni, czyli na dość długi czas. Niemniej jednak ta dodatkowa chemia była powiązana z pewnego typu utrudnieniem, czyli łykający te tabletki nie radzili sobie z metabolizowaniem tłuszczu zwierzęcego i co najciekawsze ten problem był szczególnie dostrzegalnym w przypadku Wespazjana, który to w skali dnia zjadał zaledwie trzy do czterech plastrów wędliny cienkich niczym kartka papieru i to z minimalną ilością tłuszczu. Gdy zaś pozwalał sobie na jeden lub dwa plastry więcej od ów normy, to niestrawność zaczynała się pojawiać, zazwyczaj nie w łagodny sposób.

Problem ten nieomal nie występował u innego śmiałka, a dokładniej to u tego, który nadepnął na niewielki woreczek z tabletkami, wtedy gdy Kamil sięgał po ów woreczek. Tak to miało miejsce w więzieniu i ten konkretny więzień otrzymał wtedy dwie tabletki. Nieco zgniecione po nadepnięciu woreczka. Tego konkretnego śmiałka szef Kamila także zabrał do ich ośrodka i co równie istotne spodziewał się raczej tego, że ten dodatkowy śmiałek poniesie zgon w przeciągu kilku godzin do dnia od zażycia tabletek. Opcja ta wydawała się być prawie pewnikiem, ale on przetrwał pierwszy dzień i drugi i trzeci. W dniach tych miał zaskakująco silną gorączkę, majaczył, a nawet odczuwał takie wybitnie silne bóle serca, które to zmuszały tego łysego mięśniaka do krzyczenia z bólu raz na jakiś czas. Było to niepokojące, ale w tym czasie otrzymywał także kroplówkę wzmacniającą i co równie istotne rankiem dnia czwartego zaczęło się jemu poprawiać. Natomiast wieczorem piątego dnia posilał się już normalnie, choć nadal nie mógł stanąć na własne nogi. Ten początek samodzielnego posilania się był też w jego przypadku powiązany z pewnym życzeniem, a dokładniej to zapragnął tego by prowadzący eksperymenty mówili mu Aaron. Rzecz jasna do tej prośby nie musieli się stosować, gdyż przez większość czasu przebywał on w pomieszczeniu przypominającym wiekową celę, tak samo jak i Wespazjan. Dlatego zajmujący się detalami eksperymentu mogli ich tak jakby olewać, ale tak się nie stało. Zaczęli i Wespazjana i Aarona nazywać po imieniu w sposób taki jakby częściowo wytworny.

Rzecz jasna ów posmak wytworności był zazwyczaj minimalnym i to chyba dzięki temu, że Wespazjan siłą umysłu wyciągnął te metalowe kołki, a dokładniej to trzy z nich. Każdy miał średnicę nieco ponad dwóch centymetrów i długość blisko trzydziestu centymetrów. Wiele znaczyło też i to, że nie można ich było nabyć w takiej typowej hurtowni budowlanej i zaskakująco mocno trzymały się ścian, podłogi i sufitu, gdyż kotwiczyły one ścianę dodatkową wykonaną z mocarnych profili stalowych i z płyt poliwęglanu, z których to chyba każda miała minimum osiem centymetrów grubości. Tak ta dodatkowa ściana to było coś i tylko Wespazjan zdecydował się na próbę zniszczenia owej. Reszta z obiektów badań jedynie zerkała na tę ścianę tak jak na coś co jest niezniszczalne, ale wyjątkowy śmiałek jakiś tydzień po próbie jej zniszczenia zaczął pokazywać własny talent od nieco innej strony.

Ten wyjątkowy Wespazjan zaczął się bawić kawałkiem stalowej belki o masie jakichś siedemdziesięciu kilogramów, czyli skupił na owym wzrok jakieś piętnaście minut po przełknięciu kolejnej z tabletek, a dokładniej to od pierwszego razu do tamtej pory przełknął jakieś czterdzieści tabletek i to bardzo pozytywnie wpłynęło na jego wewnętrzny spokój, na pewność siebie, a nawet rozbudowało jego zdolności przywódcze. Wiele znaczyło też i to, że poza nim wtedy w sali było czternastu śmiałków, z których to każdy miał jakiś numer poprzedzony literą „N”. Można to tak sobie tłumaczyć, że numer N7 był pod wrażeniem tego co robił Wespazjan, a numer N18 chciał pojąć dlaczego robi to co właśnie robi, ale nie otrzymał na swoje pytanie odpowiedzi, tylko coś w stylu lekkiego i smacznego uśmiechu kogoś, kto chce zadrwić z własnego losu. Tak to właśnie można słownie naszkicować i co równie istotne popisywanie się wyjątkowego śmiałka polegało na zmianie kawałka stalowej belki w setki niewielkich żyletek.

Żyletki owe zaczęły latać w powietrzu tworząc coś takiego jak niewielkie tornado, które to nie zadało nawet najmniejszej rany innym śmiałkom i nie zaczęło szlifować tej niezwykle odpornej ściany ze stali i poliwęglany. Niemniej jednak zanim ów tornado się pojawiło to ten kawałek belki stalowej najpierw się rozgrzał i to tak, że najpierw emitował takie różane, a potem białe światło i może trochę ponad sekundę później rozsypał się na metaliczny pył, który to w jakieś kilkanaście sekund zmienił się w setki niewielkich żyletek, a te po kolejnych osiemnastu lub dwudziestu sekundach zaczęły wirować tworząc niezwykle zgrabne tornado o wysokości nieomal trzech metrów i szerokości jakichś sześćdziesięciu centymetrów. Jego widok był i tym pięknym i tak jakby wciskającym w ciernisty lęk. Był także pewnego rodzaju obietnicą, że układ sił niebawem się zmieni i to gwałtownie.

Nie należy jednak zapominać o tym, że to działo się na kilkanaście lat przed przebudzeniem cudu, czyli blisko szesnaście lat przed przebudzeniem. Nick właśnie wtedy miał sześć prawie siedem lat i był zaledwie dzieckiem, a Artur dopiero poznawał świat utalentowanych od pierwszych raczej dość niezgrabnych kroków. Tak to były specyficzne czasy, ale i Wespazjan był wtedy jak dziecko nieśmiałe drepczące poprzez mgłę, choć we własnych marzeniach zaczynał znaczyć zaskakująco wiele, ale jeszcze nie dla mrocznej strony Williama Azura, czy też dla frakcji Agaty. Te stronnictwa były pewne jego istnienia i rosnących możliwości, ale doskonale też wiedzieli o tym, że jeszcze długo będzie się stawał wyjątkowym wedle ich definicji tego słowa.

W tych czasach Wespazjan był raczej chyba tylko obiecującym tymczasowym odmieńcem, choć nieźle rokował, ale to jeszcze nie wszystko. Tak, bo po blisko miesiącu po jego osadzeniu w budynku agencji ludzi pojawiła się pewna informacja. Coś na kształt niespodzianki od losu zaliczanej do smacznych, do bardzo smacznych. Chodziło tu o to, że po około miesiącu od przeniesienia Wespazjana dwóch z naukowców zajmujących się Wespazjanem i kilkoma innymi ciekawymi przypadkami zaczęło dość nie ostrożną rozmowę. Ta rozmowa dotyczyła podejścia ludzkiej agencji do wyjątkowych przypadków.

Kierownictwo agencji już wcześniej uznało, że infekowanie wirusem do przenoszenia talentów to bardzo ryzykowny krok, bo zainfekowany, który to przetrwa zainfekowanie zyskuje przynajmniej jeden talent, do tego staje się bardziej inteligentny, szybszy, silniejszy i zaczyna znacznie lepiej myśleć strategicznie. W tym właśnie kierownictwo agencji widziało takie jakby widmo buntu. Rozmawiający o tym naukowcy rozmawiali rzecz jasna jakieś dwanaście metrów od celi Wespazjana i Aarona i co równie istotne mówili o tych sprawach po cichu. Chyba w nowszym budynku mogłoby to nie stanowić problemu, bo w takowym dźwięki się słabiej rozchodzą, ale tam gdzie przebywali nowoczesności niestety zbrakło i co równie istotne głosy niosące dość ciekawe informacje dochodziły dość daleko, a dokładniej to do uszu samego Wespazjana.

Problem stanowiło to, że przynajmniej wtedy niewiele miał z tych istotnych informacji. Wiedział rzecz jasna to, że wirus mógłby ukorzenić w jego ciele talent na stałe, bo to wynikało z cichej rozmowy naukowców przeprowadzonej wbrew regulaminowi i blisko jego celi. Wespazjan wiedział także, że jednym z naukowców prowadzących rozmowę była kobieta najprawdopodobniej bystra i dość atrakcyjna. Tylko, że to były raczej dodatkowe ciekawostki, które to można nazwać takimi jakby połowicznie smacznymi. Najbardziej chyba liczyło się to, że póki co Wespazjan nie miał dostępu do wirusa, ani do publikacji powiązanych z wirusami, czyli do wiedzy precyzyjnej. Były to bardzo wiele znaczące utrudnienia. Plus za to stanowiło to, że pani naukowiec jest atrakcyjna, szuka kogoś na stałe, ma problemy w nawiązywaniu relacji intymnych i co najważniejsze jest silnie zafiksowana jeśli chodzi o osiągnięcie czegoś w znacznego w życiu zawodowym. Coś znacznego w jej przypadku oznaczało przeniesienie talentu za pomocą wirusa i to takie gładkie bez sromotnego chorowania. W tym aspekcie dostrzegł swoją szansę niezwykły, silny i rosnący w spryt śmiałek.

Trudno powiedzieć tylko, czy faktycznie szykował się ten ciekawy dar od losu, czy też sprawa miała drugie dno. Mowa tu dokładnie o tym, że Wespazjan miał swoje plany, ale inni także je mieli. Tak tu rzecz jasna chodzi o Kamila, który to w przeciągu miesiąca odwiedził więzienną bibliotekę chyba te dwanaście razy i co równie istotne dokonał tam pewnego ciekawego odkrycia, czyli znalazł zaklejony w okładce filozoficznej książki wiersz, a konkretniej to taki niewielki wiersz, który to bardzo wiele mówił.

Drogę widzę brylantem z uczuć miodowych,

Prawdę szkicuję słowem jedwabistym,

Pomagam jako rzeka ze wspaniałomyślności szafirowych błysków,

Burząc ostry dziki mrok.”

Właśnie ten wiersz znalazł Kamil i zaskakująco szybko skojarzył go z jasną frakcją naturalnych utalentowanych Sebastiana. Głównie jego utalentowani się nim legitymowali, choć i ludzie Agaty ów cytowali, ale raczej okazjonalnie i co równie istotne te ich okazje były raczej powiązane z czymś takim jak jakiś zysk natury taktycznej. W innych przypadkach raczej nie recytowali tej poezji w sposób wyniosły, bo w innych przypadkach używanie owej publicznie raczej niemal zawsze mijało się z celem.

Tylko, że tu trzeba powrócić do książki, a dokładniej do tej filozoficznej księgi, która to rzecz jasna była przekładem filozofii jakiegoś starożytnego mistrza, ale po jakimś czasie Kamil doszedł do wniosku, że nie chodziło tu o jednego mistrza filozofii, ale minimum o trzech. Gdyż owa książka była wydrukowaną indywidualnie i co równie istotne jakiś fachowiec w drukarni zadbał o to, by ów wiersz został zaklejony w przedniej części okładki. Można to wstępnie nazwać dziwnym zabiegiem i co najważniejsze to było celowe. Twórcy tej księgi mogli nawet przewidzieć to, że Kamil znajdzie w jej okładce ten wyjątkowy wiersz i co równie istotne, po znalezieniu tej książki nie zniszczy tego przedruku poetyckiego błysku.

Na tym nie zniszczeniu się rzecz jasna nie skończyło, bo zapytał władze więzienia o pochodzenie tej książki i dość szybko się dowiedział, że była to darowizna z czyichś prywatnych zbiorów. Problem w tym, że ów darowizna miała miejsce nieomal dwie dekady wcześnie i co najistotniejsze pracownicy więzienia nie znaleźli wzmianki o tym, kim faktycznie był darczyńca. Było jedynie pewnym, że nie znalazł się w rejestrze, a poza tym rejestrem nie istniały dodatkowe dokumenty odnośnie tej książki. Kluczowe znaczenie miało też i to, że po tę książkę wyjątkowo często sięgał Wespazjan. Zaskakującym było też i to, że była to filozofia dotycząca satysfakcjonującej zemsty i zalecała dogłębną analizę tego co się stało. Dogłębność polegała na zgłębieniu każdego z aspektów czyjejś zbrodni.

Ta filozoficzna książka doskonale też tłumaczyła to, że zbrodnią nie musi być jedynie zabójstwo lub kradzież. Zbrodnią może być też odebranie kontaktu z ukochaną osobą lub nawet taka błahostka jak pozbawienie spokoju. Tak to błahostka, ale pozbawienie spokoju prowadzi do nerwowości, a ta do popełniania istotnych błędów, których to później odkręcić się nie da.

Dość to rozległe i jednocześnie zagmatwane i chyba dlatego ta filozoficzna księga zaleca na sam początek uspokojenie się, a potem dokładne przeanalizowanie każdego z aspektów. Gdyż każdy z owych aspektów mówi bardzo wiele o ludzkiej motywacji, a jej zrozumienie stanowi klucz do perfekcyjnej zemsty. Czasami ta perfekcyjna zemsta to zaledwie pogodzenie się z faktami poprzedzone nieomal zadaniem ciosu temu, który zrobił coś okropnego. Tak to ciekawa opcja, ale poza nią istniało też i coś spektakularnie gładkiego, a dokładniej to jeśli chętny a zemstę najpierw był ofiarą intrygi, to recepta na coś takiego była prosta. Trzeba było obrócić intrygę przeciwko jej twórcy. Nazwanie tego może i było proste, ale niektórzy twórcy intryg manipulują dziesiątkami ludzi, po to by intryga się dopełniła. Dlatego też zgłębienie pewnej części intryg zajmuje miesiące, a nawet lata. W tym tkwi problem, bo miesiące lub lata potrwa zgłębienie owej i niekiedy tyle samo czasu zajmuje obrócenie intrygi przeciwko jej twórcy.

Właśnie w tym miejscu pojawiło się sporo objaśnień dodatkowych, a dokładniej to nie tylko zachęty do psychoanalizy, które to wyglądały zadziwiająco współcześnie, bo coś takiego jak psychoanaliza nie istniało w przeszłości lub istniało choć inaczej definiowano w tamtych czasach właśnie ten aspekt. Może i ów zawiłe definiowanie miało sens, bo prowadziło do mądrości. Mądrość natomiast polegała na tym, że każda z intryg ma swoje kluczowe tryby. Czasami jest to tylko jeden tryb, a innym razem jest ich kilka lub kilkanaście. Każda z opcji ma i zalety i wady, ale wiele osób preferuje ten jeden tryb kluczowy w intrydze, bo gdy coś się nie układa, to wtedy można łatwo zwinąć całą intrygę, po to by nie została wykryta i by tak właśnie nie obróciła się przeciwko jej twórcy. Objaśnienie to miało sens, ale było też i upiększonym o pewien detal.

Chodziło o odręczne pismo Wespazjana zaliczane do imitacji druku, a dokładniej o pytanie „Czy to intryga mojej żony wpędziła mnie za kraty?”. Kamil dostrzegł to konkretne pytanie i wiedział, że jego śmiałek, albo widział to pytanie, albo był jego autorem. Rzecz jasna mógł uznać, że nie napisał go Wespazjan, ale tak wstępnie uznał wręcz przeciwnie i nie dalej niż pięć minut po takim właśnie ułożeniu sobie w głowie spraw dotyczących jego śmiałka kupił tę konkretną książką od więzienia proponując równowartość butów sportowych klasy średniej. Propozycja ta była zaskakująca dla pracowników więzienia, którzy tak wstępnie byli skołowani, ale gdy Kamil zapytał, czy to zbyt mało, to się zgodzili, bo widzieli, że tak drepcze w miejscu przestawiając ciężar ciała z nogi na nogę. Odebrali to jako chęć do krótkiego negocjowania. Dlatego się zgodzili, bo gdyby tego nie uczynili to chyba odszedłby bez książki, a oni pozostali by bez pieniędzy.

Być może była to taka jakby taktyczna zagrywka ze strony Kamila, a może tak zwyczajnie prozaicznie się śpieszył. Trudno powiedzieć co dokładnie było prawdą, ale szybko otrzymał książkę, a dokładniej to dokonał wpłaty, złożył chyba trzy podpisy i wyszedł z najbardziej intrygującą z pozycji po zaledwie kilku minutach. Tak termin intrygująca pozycja w tym przypadku dotyczy książki i co równie istotne już po jakichś czterech dniach werbujący zrobił z niej użytek.

Mowa tu dokładnie o tym, że do rozmowy łamiącej regulaminy doszło te dwanaście metrów od celi Wespazjana nie przez przypadek. Można to nawet nazwać czymś na kształt przypadku zaprojektowanego, a dokładniej to pani naukowiec o imieniu Milena miała otrzymać od Kamila specjalną przepustkę do ośrodka, w którym to trzymane są wirusa, a dokładniej to do ośrodka znajdującego się nieomal pięć tysięcy kilometrów dalej. Najciekawszym było rzecz jasna to, że ów przepustka uprawniała ją do wzięcia trzech fiolek z wirusami przenoszącymi talenty.

Kamil nie tylko pokazał jej ten kawałek plastiku, ale też dał jej owy potrzymać w dłoniach. Rzecz jasna tylko przez jakieś trzy może cztery sekundy, a potem wyrwał go jej z dłoni i dokładnie opisał słownie rodzaj przysługi, który to ma właśnie dla niego wykonać. Ten opis słowny bardzo się jej nie spodobał, bo zaledwie dwanaście do piętnastu metrów od celi, czyli tuż za rogiem korytarza ma z kolegą z pracy zacząć rozmawiać o polityce firmy, a dokładniej to ma nieco pofantazjować o infekowaniu wirusami najciekawszych przypadków i dodatkowo zanegować bezpieczną taktykę powiązaną z tabletkami, które to wybudzały talent na około dwanaście godzin. Ten czas miała określić jako coś na kształt kpiny.

Problem stanowiło to, że za narożnikiem tego wiekowego korytarza, którego to ściany były pomalowanymi farbą olejną w kolorze kości słoniowej znajdowała się jeszcze jedna kamera. Taka która wyglądała na ponad pięcioletnią i co najważniejsze nie obejmowała ona całego tego miejsca tuż za narożnikiem. Dodatkowo zapewniała obraz o dość nędznej jakości, ale to nie było aż tak ważne. Zdecydowanie bardziej liczyło się to, że Kamil zobowiązał się do tymczasowego wyłączenia ów kamery w środę w okolicy godziny dwudziestej piętnaście. Właśnie wtedy miał dać Milenie lukę czasową, która to nie potrwa dłużej niż te cztery do pięciu minut. Wtedy i tylko wtedy miała się odbyć ta konkretna rozmowa.

Czasu na tę rozmowę nie było zbyt wiele i co równie istotne to była raczej opcja dla szaleńców, ale kolega Mileny z pracy pewien Radek także nie był zdyscyplinowanym naukowcem, bo w sobotnie wieczory sporo pił i palił i wtedy także mówił zbyt wiele o specyficznych firmowych ograniczeniach. Jak na ironię pewna taka sobota powiązana z trzema takimi wpadarzeniami miała miejsce dokładnie przez ów środą. Tak to był taki bardzo bardzo specyficzny błąd i Milena uznała, że tę niepokojącą rozmowę ze środy zacznie od sobotniej wpadki tamtego Radka, który to jak na naukowca zajmującego się genami i chemią był dość kiepsko ogarnięty, jeśli chodzi o taktowność i strategiczne myślenie. Wystarczyło raz wspomnieć o tym, że regulamin firmy jest zbyt sztywny, a polityka dotycząca wykorzystania wirusa aż nazbyt zachowawcza i otwierały się jemu usta na dłuższą chwilę, czyli nawet na te piętnaście minut, a potem być może zaczynał myśleć o błędzie, który to rzekomo popełnił. Tak raczej działo się w jednym przypadku na dziesięć lub w jednym przypadku na osiem.

Ciekawym było też i to, że Radek był bardzo, ale to bardzo dziwnym człowiekiem, a dokładniej to miał on włosy koloru blond, a na nich taki jakby nafarbowany irokez w kolorze fioletowym i do tego miał chyba siedem dość unikatowych kolczyków w lewym uchu. Można to śmiało nazwać dziwactwami, choć liczyło się też i to, że okazyjnie podnosił ciężary, czyli bawił się sztangą we własnym mieszkaniu i nieco biegał, choć w skali dnia zazwyczaj do pięciu kilometrów biegania jemu wystarczało. Rzecz jasna raz lub dwa razy w miesiącu przebiegał nieco więcej, ale miało to miejsce niemal wyłącznie w niedziele, po dość ciekawym w sensie smakowym obiedzie.

Milena także biegała w takie niedziele, choć ona to czyniła po niedzielnym zdecydowanie bardziej wegetariańskim obiadku i co najważniejsze niedawno zaczęła takie zdecydowanie bardziej aktywne niedziele. Dlatego póki co nie przebiegła jeszcze więcej niż te trzy do czterech kilometrów. Trudno powiedzieć czy to takie istotne, ale w trakcie tego biegania chyba ze trzy razy spotkała tego Radka i trzykrotnie tak radośnie mrugnęła jemu tak lekko radośnie oczami. Traktowała to jako takie pozdrowienie, czyli zamiennik słów „Miłego dnia!”. On najwyraźniej chyba też tak odbierał to szybkie mrugnięcie oczami. Tak najprawdopodobniej było, ale zdecydowanie bardziej liczyło się to, że Milena była atrakcyjną, czyli już wcześniej imponowała tym zaskakująco słodkim spojrzeniem, a jej sylwetka także prezentowała się dość ciekawie i to jeszcze przed rozpoczęciem tych właśnie biegów. Detale te były niesamowicie istotnymi, ale dla tamtego Radka chyba bardziej liczyło się to, że jest ona naukowcem pasjonującym się genetyką i że jest ona zdecydowanie bardziej taktowną od niego samego. Liczyło się dla niego też i to, że Milena nie słynie z tego, że manipuluje facetami i w tym widział jedną z jej kluczowych zalet. Ów zaleta była nawet znacznie istotniejszą od jej fizycznej urody. Problem tkwił tylko w tym, że ona już od ponad roku tak jakby odrzucała jego zaloty zaliczane do nieomal niezauważalnych, choć momentami były aż nadto zauważalnymi.

Ta charakterystyka ich relacji uległa zmianie w środę wieczorem w okolicy godziny dwudziestej piętnaście w starannie wybranym miejscu. W tym oto miejscu zaczęła rozmowę od stwierdzeń dotyczących ludzkiej agencji, a dokładniej to jasno stwierdziła, że tabletki to nie patent na uniknięcie buntu tymczasowych utalentowanych. Tylko trik dzięki któremu są posłuszni wobec agencji niczym pieski. Rzecz jasna stwierdziła to szeptem, choć w takim dostatecznie słyszalnym stylu. Natomiast Radek odparł, że to więźniowie na których to raczej nikt nie czeka i wiejskie półgłówki zaliczane do porywczych i nie gospodarnych. Zabrzmiało to tak jakby już dawno temu uznał, że oni zasłużyli na swój los, choć pewnym był swego na osiemdziesiąt lub na te dziewięćdziesiąt procent. Jednym słowem to wypowiedział te słowa tak jakby po cichu liczył na to, że Milena drastycznie odmieni jego postrzeganie sytuacji w kilku zdaniach. Tak to dokładnie zabrzmiało, a po usłyszeniu tych słów w trakcie trwania rozmowy twarzą w twarz jej wyraz twarzy się zmienił. Zmiana ta nie była wyraźnie dostrzegalną, ale miała miejsce i jej smak sugerował to, że niebawem padną dość wiele znaczące prorocze słowa.

Ten niewielki element niepewności Radka Milena wykorzystała, choć w dość toporny sposób. Zaczęła mówić o tym, że ich więźniowie także są ludźmi i należy się im ludzkie traktowanie. Dodała też, że to brak ów równego wspaniałomyślnego traktowania zazwyczaj jest przyczyną sromotnych akcji wywrotowych. Tego typu słów jej towarzysz się rzecz jasna spodziewał, choć nie tego w jaki sposób i z jakim wyrazem twarzy wypowie te konkretne słowa. Wiele znaczyło też i to, że wspomniała na dokładkę o dość krwistych faktach, a dokładniej to o tym, że w przeciągu minionego tygodnia mieli aż trzy trupy, a przynajmniej tylu widziała na swoich zmianach. Chyba w tym konkretnym miejscu Radek powinien coś powiedzieć o wysokiej cenie postępu, ale nie zdecydował się na taki cytat o urodzie młota, bo czuł, że w tym konkretnym przypadku jest to raczej ta totalnie zbędna opcja. W tej całej komunikacji wiele znaczyło też i to, że Milena zerknęła po wypowiedzeniu swoich słów nieco w bok i do góry, a dokładniej to na niewielką czerwoną lampkę, która to ukazywała to, czy kamera monitoringu działa, czy też nie. Ów zerknięcie było tu tym strasznie rozwleczonym w czasie, czyli nie trwało jednej sekundy ale ponad cztery. Jednym słowem było to tak jakby do połowy zmrożone. Chyba właśnie dlatego Radek odszyfrował znaczenie tej jej gry słów, a następnie powiedział coś o tym, że gra w dość niebezpieczną grę i że taki cudak jak on boi się konsekwencji, choć ta jego bojaźliwość była już nieco spóźnioną. Najwięcej w tym czasie znaczyło to, że Wespazjan zbliżył się do drzwi celi, usłyszał kilka cennych wzmianek o wirusach przenoszących talenty i zaczął o tym myśleć.

Z tego całego zajścia Radek wyniósł jedną myśl, myśl o której to się nie wysłowił, ale zaczął myśleć o tym, że to właśnie Kamil był architektem tej wymiany zdań. Mowa tu dokładnie o tym, że Milena w jego mniemaniu marzyła o tym by dokonać czegoś bardzo wiele znaczącego, ale z drugiej strony nie była też dość odważną, by łamać zasady bez sojusznika, który to byłby kimś znaczącym więcej w tej całej maszynerii eksperymentu. Tak Radek pomyślał wprost o tym, że to może być Kamil lub ktoś, kto ma jeszcze więcej władzy, ale zachował swoje myśli jedynie dla samego siebie, bo póki co nie chciał stracić dobrze płatnego stanowiska.

Jeśli zaś chodzi o Kamila to on jeszcze przed tą rozmową wykonał kilka kroków na przód, a dokładniej to wykonał kilka kroków na przód i wynajął prywatnego detektywa, czyli kogoś dość wysportowanego i przy okazji pilnego w zdobywaniu informacji. Osoba ta słynęła z tego, że szybko zdobywa informacje. Chyba, że ów informacje są ukrywane przez ludzi majętnych lub wysoko postawionych w strukturach państwa. Jednym słowem ten specjalista działał i szybko i sprawnie i co równie istotne starał się nie mieszać w sprawy bardzo nie czyste, ale i tak się mieszał do takowych. Te detale może i coś znaczą, ale miał się on zająć pewną kobietą, atrakcyjną kobietą, która na dokładkę miała wiele wad. Mowa tu rzecz jasna o byłej żonie Wespazjana, czy też o nadal aktualnej żonie, która to bardzo szybko przestała się z nim widywał, a dokładniej to ostatni raz go zobaczyła jakieś trzy tygodnie po osadzeniu. Były to zapewne jakieś trzy tygodnie i dwa dni. W przeciągu tego czasu miała ona te trzy rzeczywiste kontakty ze swoim mężem, a potem znikła tak jakby faktycznie tego pragnęła i to już od lat.

W tym jej zniknięciu tkwiła pewnego rodzaju zagadka i to właśnie ów zagadkę w kilka dni rozwikłał prywatny detektyw wynajęty przez Kamila. On wyjątkowo szybko zaczął węszyć wokół powodu dla którego to Wespazjan trafił za kratki. Mowa tu dokładnie o tym nastolatku, który to nachodził syna więźnia i w pewnym momencie doszło do tego bardzo chaotycznego wydarzenia. Przyszły więzień i przyszły śmiałek uderzył tego nastolatka w twarz i co najważniejsze ten cios nie był aż taki mocny, ale i tak to była reakcja zbędna. Zbędność jej tkwiła w tym, że zaistniała, ale to że tamten nastolatek utracił równowagę i upadł uderzając głową w topornie prezentujący się betonowy krawężnik tracąc życie zakrawało raczej na specyficzne zrządzenie losu. Mówiąc wprost była to raczej taka sytuacja bardzo wyjątkowa, czyli jedna na milion. Nie musiało do niej dojść, ale doszło. Detektyw natomiast zaczął w tym wszystkim kopać i szybko odkrył, że tamten nękający nastolatek zaledwie trzykrotnie drwił z syna Wespazjana. Rzecz jasna doszło też i do tego, że dwa razy pchnął to dziecko, a w tej szczególnej chwili poniosło ów nastolatka i co równie istotne szykował się do uderzenia w twarz tego dziecka.

Trzy przypadki drwienia wprost i do tego jedna nieomal napaść. Detektyw szybko uznał, że zazwyczaj to trwa znacznie dłużej. Jednym słowem eskalację i to tak szybką najczęściej napędza coś dodatkowego. Zwłaszcza, że to potrwało w sumie to trochę ponad dwa tygodnie, czyli szybko się zaczęło i szybko się skończyło.

Przyczynę tej szybkości detektyw znalazł w elektronice użytkowej, a dokładniej to w wymianie informacji pomiędzy nastolatkiem, który poniósł chaotyczną śmierć, a żoną Wespazjana, czyli żoną tego niezwykłego śmiałka. Może i coś w tym stylu nie powinno mieć miejsca, ale miało i co równie istotne to było coś na kształt budzącego się romansu. Ta dwójka miała dla siebie czas wtedy gdy syn niezwykłego śmiałka trafiał do przedszkola, a nieomal czternastoletnia córka do szkoły. Dokładnie wtedy, czyli te góra dwa razy w tygodniu mieli czas dla siebie, a dokładniej to czas na wspólne igraszki. Zabawa ta spodobała się i jej i jemu, ale to rzecz jasna nie mogło trwać zbyt długo, bo kończyła się wiosna, a wraz z nią okazje do spotykania się i to tak bardzo bardzo szybko.

Właśnie to kończenie się sprawiło, że ona zaczęła kombinować w dość dziki sposób. Te dzikie kombinacje tylko w minimalnym stopniu odbiły się na ich elektronicznej wymianie zdań, a dokładniej to ta żona zaliczana do łaknących barwnych wrażeń zaczęła więcej rozmawiać bezpośrednio z ów nastolatkiem, po to by nie zostawiać zbyt wiele elektronicznych śladów, a konsekwencją ich rozmów stała się eskalacja agresji, która to w przypadku pierwszych dwóch incydentów w znacznym stopniu prezentowała się na sztucznie napędzaną, czyli było w niej trochę tej osobliwej niepewności. Taka niepewność zazwyczaj towarzyszy komuś, kto nie wie co powinien uczynić lub nabiera pewności siebie przed bardziej radykalną akcją. Tak to odczytał detektyw wynajęty przez Kamila i co najważniejsze to jego zbieranie informacji było takie bardzo bardzo dyskretne, choć też i nie do końca etyczne.

Tylko, że braki natury etycznej w pozyskiwaniu informacji nie są problemem, jeśli ów pozyskiwania praktycznie się nie dostrzega, a ludzkie dążenie do erotycznych wrażeń bywa dziwne, mało rozsądne i czasami nawet pojawia się w tym taka gigantyczna chęć zaimponowania. Chęć ta tkwiła w eskalowaniu przez tamtego nastolatka. Było to głupie, bo trzy akty agresji w szesnaście dni, z czego ten ostatni skończył się bardzo bardzo nieciekawym zdarzeniem. Osoba bardziej doświadczona z pewnością wszystko by bardziej rozciągnęła w czasie, ale nie nastoletni kochanek żony Wespazjana. On chciał jak najszybciej zaimponować tej, która to dawała jemu całą masę tych pozytywnych wrażeń. Tylko, że zbrakło jemu cierpliwości, bo gdyby z trzech nastoletnich aktów agresji uczynił trzydzieści rozwleczonych na jakieś pięć miesięcy, to wzbudzało by to znacznie mniej zainteresowania. Tak w tym tkwi minus tych, którzy to myślą tak jak nastolatkowie. Nastolatkowie są zbyt narwani i na dokładkę nie gotowi na znacznie dłuższą rozgrywkę, która to nie daje owoców tak szybko, ale też i jest o wiele bardziej zgrabną.

Problem w tym, że to dywagacje po fakcie, raczej zaliczane do tych mało sensownych, bo żona Wespazjana została bez męża i bez kochanka. W tym tkwił pewnego rodzaju minus, ale jak się okazało później to dla kochanka miała zastępstwo. Właśnie w jej przypadku o to zastępstwo nie było trudno, bo imponowała wyglądem, choć bardziej liczyło się to, że wtedy gdy jej mąż pracował ona rosła w spryt, oraz w głód powiązany z erotycznymi wrażeniami. Może i tak być nie powinno, ale miała nieomal czternastoletnią córkę, która to świetnie się uczyła, była raczej średnio urodziwą i co równie istotne poza uczeniem się lwią część czasu poświęcała na dbanie o dom. Dziwne to podejście w przypadku nastolatki, która to na dokładkę nie analizowała uczynków matki, a synek w wieku trochę ponad sześciu lat był potulny i nawet nie myślał o tym, by sprawiać problemy wychowawcze. Specyficzna to sytuacja domowa, ale tak się trafia w jednym przypadku na kilkaset i co równie istotne dorośli na tym zazwyczaj korzystają. Korzystają raczej w sposób, który wyznacza pragmatyczne podejście, ale tak rzecz jasna być nie musi.

Może i ów opisanie charakterystyki relacji w tej rodzinie ma sens, a może to tylko dodatkowa ciekawostka. Fakt natomiast tkwi w tym, że detektyw wynajęty przez Kamila połapał się w całokształcie spraw w te cztery do pięciu dni dodatkowo rozwiązując sprawę znacznie bardziej skomplikowaną, którą to zachował w tajemnicy ze względu na tajemnicę zawodową. Jeśli zaś chodzi o trop elektroniczny to trafił na ten dlatego, że był drobiazgowy i dość szybki. Tak szybko dowiedział się o tym, że nastoletni kochanek był jedynakiem o mało atrakcyjnym imieniu, ale w jego przypadku wiele znaczyła bujna czarna czupryna, dość słodkie spojrzenie. Wzrost raczej imponujący i do tego głos nawet bardzo męski. Szkoda tylko, że ten chłopak nie był dostatecznie bystry, czyli jak na swój wiek był on góra przeciętniakiem jeśli chodzi o naukę.

Jego brak ogłady w realizowaniu intrygi żony Wespazjana, czyli zbyt szybka eskalacja skończyła się nie tylko przedwczesną śmiercią jego samego, ale też i jego matki, która to nie poradziła sobie emocjonalnie z tym ciosem i zaledwie nieco ponad miesiąc później odebrała sobie życie. Ojciec jego przetrwał te dwa silne ciosy, ale sprzedał ich dom. Następnie wyprowadził się ponad czterdzieści kilometrów dalej i zmienił pracę na coś powiązanego ze znacznie mniejszą odpowiedzialnością. Stał się także tym cichym alkoholikiem i to nie był koniec, bo osiągnął chyba ten najgłębszy dołek na trzy miesiące przed śledztwem detektywa wynajętego przez Kamila. Tak ten detektyw do niego dotarł i co najciekawsze zdołał odkupić od niego wiele istotnych informacji dotyczących syna. W tym jego używany laptop i telefon z ciekawostkami natury tekstowej i wizualnej. Ciekawostki te to rzecz jasna wiele miesięcy wymiany zdań, choć trafiły się też i zdjęcia i filmy z udziałem żony Wespazjana. Między owymi chyba dwadzieścia zdjęć i do tego jakieś trzy filmy, które to miały silnie wpłynąć na nastoletniego kochanka, a silnie wpłynąć mogły na niego tylko materiały erotyczne zbliżone do sieciowego porno.

Detektyw wszystko to zebrał do kupy, a dokładniej to zgrał tę historię wymiany informacji, zdjęcia i filmy na jeden nośnik danych i do tego. Wszystko to tak jakby dodatkowo oprawił we własny słowny komentarz zarejestrowany dyktafonem i ów całość podarował swojemu klientowi Kamilowi, który zapragnął też i tego, by on wykasował wszelkie dane o sprawie z własnych kartotek. Ten detektyw dostosował się do jego prośby i to tak bardzo bardzo gładko, bo liczył na kolejne zlecenia, choć dostał także bonus za wykasowanie danych, a dokładniej to równowartość połowy miesięcznej pensji typowego robotnika i dlatego dostosował się do prośby Kamila lub tylko wyglądało na to, że się do niej dostosował.

Sam Kamil chwilowo był zadowolonym z tego, że pozyskał nowe istotne informacje dotyczące wyjątkowego śmiałka Wespazjana, czyli tego, który to wyjątkowo dobrze reagował na tabletki wybudzające talenty. Rzecz jasna w tamtym czasie Wespazjan brał jedynie tabletki, które to sprawiały, że miał talent do poruszanie różnymi przedmiotami za pomocą myśli. Niemniej jednak szef Kamila liczył na coś więcej, a dokładniej to chciał jemu też zacząć podawać tabletki zaliczane do tych lekko żółtych i także podłużnych. Tabletki owe także były dość niewielkie i co najciekawsze dzięki owym wybudzał się talent do maskowania obiektów nie ożywionych.

Pierwszą z ów tabletek Wespazjan otrzymał dokładnie cztery dni po tym gdy praca detektywa się skończyła i to spowodowało, że przez ponad jeden dzień był taki jakby połowicznie senny, a dokładniej to sennym był przez jeden dzień, a potem przez około cztery godziny kolejnego dnia. Mógł też do jakiegoś stopnia to symulować, ale czy to aż takie istotne. Chyba raczej nie, bo pod koniec tego drugiego dnia już imponował kolejnym talentem i co najważniejsze jego intelekt tak jakby wskoczył na jeszcze wyższy poziom.

Wieczór tego drugiego dnia po otrzymaniu kolejnej z tabletek także był dość niezwykłym, a dokładniej, to ów wieczór był tym powiązanym z rozmową Mileny z Kamilem, która to także miała miejsce dokładnie tam, gdzie Radek rozmawiał z Mileną i co równie istotne to właśnie tam Kamil jasno stwierdził, że Wespazjan jest czymś na kształt ich przepustki do wielkości, ale w drodze do wielkości muszą być niesamowicie ostrożni. Na dokładkę sypnął też w stronę Mileny kilkoma komplementami, w których to wyróżnił jej słodkie spojrzenie, lśniące czarne włosy, oraz to że jest niesamowicie bystra. Być może i te komplementy odebrała by lepiej, ale wypowiadał je ta jakby dość automatycznie, czyli tak jakby miał jeszcze dodać pewnego typu „Ale”, ale nie dodał niczego, prócz wsunięcia do jej fartucha uprzednio obiecanego cennego i sfałszowanego identyfikatora, a następnie tylko sobie poszedł dość dobrze wiedząc o tym, że ich unikatowy śmiałek marzy raczej o jednym, czyli o tym, by mieć kontakt z własnymi dziećmi lub by znacząco się zbliżyć do chwili, w której to znów skontaktuje się z nimi.

Niestety on nie miał dostać czegoś na kształt okazji lub zbliżenia się ów okazji, bo dokładnie dzień wcześniej Kamil odwiedził jego żonę, która to już miała kolejnego kochanka i co równie istotne nawet nie bała się z nim pokazywać publicznie. Rzecz jasna był to facet dojrzały, który to wyżej od wrażeń erotycznych wycenia dbanie o nową partnerkę i o jej rodzinę. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że była to słabsza, ale też i bardziej troskliwa wersja Wespazjana. Wersja imponująca wiedzą ogólną i taktownością. Wersja potrafiąca zarabiać w bardziej gładki sposób od niesamowitego śmiałka.

Tylko, czy tego typu detale miały znaczenie. Chyba raczej nie dla Kamila, który to odwiedził ją ze swoją propozycją. Mowa tu dokładnie o tym, że zaczął ją straszyć tym, że wyda jej intrygę nie tylko organom ścigania, ale też i członkom jej rodziny. Tak to zagrywka bardzo nielegalna i co równie istotne taka totalnie niesmaczna, ale tu chodziło o jedno. Sprytny Kamil miał odstąpić od działań pod jednym jedynym warunkiem, a dokładniej to była żona Wespazjana miała postarać się o widzenie i co równie istotne w trakcie ów widzenia miała też się przed nim pochwalić swoją intrygą. Intrygą dość niesmaczną i co równie istotne pełną tego dość krwistego chaosu. Taka intryga nie powinna mieć miejsca, ale miała i co równie istotne to przez ową niezwykły śmiałek najpierw stał się więźniem, a potem obiektem eksperymentów.

W tym konkretnym przypadku była żona Wespazjana nic nie ryzykowała lub ryzykowała bardzo niewiele, bo kto by zaufał słowom więźnia i to zwłaszcza po tym wszystkim, co faktycznie uczynił. Specyficzne to podsumowanie, a dokładniej, to po poznaniu ów detali niezwykły śmiałek miał dwie opcje. Pierwszą z nich było pogrążenie się w przemyśleniach o tym co było i najprawdopodobniej pogrąży się w takowych, ale tylko na jakiś czas i najprawdopodobniej nie będzie to zbyt długi czas. Dlatego pierwsza z opcji stanie się faktem na może trzy lub cztery dni. Te dni poświęci na przeanalizowanie tego co właśnie się stało, a stało się coś co jego zdaniem nie powinno mieć miejsca. Pierwsza z jego możliwości to też i czas na przemyślenie kolejnego ruchu, a ruch na szachownicy wydarzeń to przejście do opcji numer dwa, co w praktyce oznacza i trenowanie i czekanie na zainfekowanie wirusem. Tylko, czy to zainfekowanie stanie się faktem?

Szczęście Wespazjana tkwiło w tym, że Kamil chciał jemu wstrzyknąć ten konkretny wirus, a wspomniał o tej konkretnej możliwości jakieś trzy dni po wizycie jego żony, którą to nazwał byłą żoną. Rzecz jasna wtedy, czyli po jej wizycie nie wspomniał o tym, że kolejny partner, czy też kochanek jego żony jest lepszą wersją jego samego, bo tego typu informacje miały nie dotrzeć zbyt daleko. Ograniczenie zasięgu owych newsów miało solidną przyczynę, ale nie była ona w pełni elegancką. Jednym słowem Wespazjan miał mieć w głowie obraz żony, który nie był tym nawet umiarkowanie ładnym. Tak musiało być, bo Milena właśnie wtedy była w drodze po wirusa w strzykawce, a dokładniej to po tego wirusa przenoszącego talent do przenoszenia przedmiotów za pomocą myśli. Wirus tego rodzaju najpierw musi być wprowadzony do ciała utalentowanego z talentem do poruszania przedmiotami za pomocą myśli. Potem zaś musi zostać od ów utalentowanego pobrany i wtedy staje się opcją ciekawą, bo staje się tym, który rzeczywiście przenosi talent, a nie pobiera takowy.

Problem w tym, że ten konkretny szczep mógł przenieść talent do trzech dni od pobrania od naturalnego utalentowanego. Potem zaś szanse na przeniesienie talentu gwałtownie malały. Stanowiło to rzecz jasna problem, który to można było rozwiązać w prosty sposób, a dokładniej to wirus musiał zostać schłodzony, ale nie zamrożony i dzięki temu nadawał się do wstrzyknięcia w przedziale od pięciu do siedmiu dni.

Milena z transportem ów wirusa wyrobiła się w mniej niż pięć dni i co równie istotne wstrzyknęła ten wirus Wespazjanowi po upływie sześciu dni i czterech godzin od pobrania lub w tym oto czasie miała się wyrobić. Kombinacje powiązane z tą misją nie były dla niej najprostszymi, a dokładniej to musiała polecieć samolotem, choć to było raczej mało skomplikowane, bo latała już wcześniej i to nie raz. Tylko, że w tym konkretnym przypadku musiała polecieć używając sfałszowanych dokumentów, po to by ludzie z firmy nie zrozumieli zbyt szybko, co konkretnie uczyniła.

Jeśli zaś chodzi o samą kradzież wirusa, to ułatwił jej to identyfikator od samego Kamila, który także chciał osiągnąć zaskakująco wiele, a dokładniej to chciał przynajmniej awansować w jej mniemaniu. Niemniej jednak myśli o Kamilu nie pomogły zbytnio Milenie, która to musiała ukrywać przed kamerami monitoringu to co robi i dlatego też wykonywała swoje w tym rozwiązanym fartuchu ochronnym licząc na to, że on zamaskuje kradzież jednej z fiolek lub strzykawek z wirusem na dość długi czas i faktycznie zamaskował. Tylko że do efektu finalnego musiała się jeszcze trochę dłużej postarać, czyli wzorowo wykonać wiele etapów tego kontrowersyjnego uczynku.

Nie da się ukryć tego, że pierwszy etap tego planu to była podróż lotnicza z użyciem sfałszowanych dokumentów i w jej trakcie raczej średnio myślała o tym, by unikać spoglądania w kamery monitoringu. Tak Milena to traktowała jako takie częściowe odwzorowywanie scenariusza filmu szpiegowskiego, ale już w samym budynku, w którym to hodowano wirusy do przenoszenia talentów, oraz produkowano tabletki wybudzające talenty była bardziej pilna i co najważniejsze miała ze sobą coś w stylu tajnej broni, a dokładniej to dość wysoki kubek termiczny, który to miał pomiędzy wkładem wewnętrznym, a właściwą grafitową obudową ciekawostkę pod postacią takiej metalowej tuby na fiolkę. Tę konkretną tubę otaczał specjalny schłodzony żel, ale na dokładkę był też wypełniony chłodnym i dość popularnym napojem o unikatowej barwie. Właśnie ten konkretny kubek Milena zabrała nawet ze sobą dokładnie tam gdzie są przechowywane wirusy w fiolkach i co najistotniejsze tak zgrabnie wzięła fiolkę z płynem o kolorze kremowym, czyli wirusa z talentem do przenoszenia przedmiotów za pomocą myśli. Schowanie ów wirusa do specjalnej tuby w kubku termicznym zajęło jej może te cztery lub pięć sekund, czyli wszystko robiła dość szybko, ale też i gładko, czyli tak bez popełnienia choćby minimalnego błędu.

Jeśli zaś chodzi o samo wyjście z pomieszczenia, w którym to przechowywane były wirusy, to wyszła ona tak zaskakująco zgrabnie pochylając się, po to by zaczerpnął łyk z kubka termicznego. Ów pochylenie się miało kluczowe znaczenie, bo to właśnie dzięki niemu nie zerknęła w jedną z kamer monitoringu tuż przy nowoczesnych automatycznych drzwiach.

Dodatkowo uczyniła coś dość istotnego, a dokładniej to skontrolowała stan trzech utalentowanych zainfekowanych wirusem. Mowa tu konkretnie o tym, że pobrała od nich krew i wykonała też inne pomiary, takie jak sprawdzenie ciśnienia, oraz temperatury. Wszystko to zrobiła zgodnie z zasadami panującymi w tym olśniewająco nowoczesnym obiekcie, bo ponad rok wcześniej dość dobrze poznała zasady jego funkcjonowania, ubiegając się o możliwość pracy właśnie tam. Tylko przyjęto ją do pracy w wiekowym kompleksie, gdyż składała papiery i do nowoczesnego i do wiekowego laboratorium, a kierownictwo uznało, że lepiej nadaje się do pracy z tymczasowymi odmieńcami. Tylko, że całokształt ich uzasadnień był tym nie do końca dostrzegalnym, czyli dodatkowo uznano, że nie tylko ona, ale też i nikt inny nie może pracować w tych dwóch miejscach jednocześnie. Tę oto zasadę łamali jedynie naturalni utalentowani z wyższego kierownictwa, ale i oni robili to w sposób dość pokrętny, choć mogli to robić i ordynarnie i jawnie jednocześnie.

Tamte aspekty może są i ciekawymi, a może i nie, ale tu trzeba powrócić do uczynku Mileny, a dokładniej to wykonała kilka rutynowych badań i dzięki temu, że gładko znała procedury tego konkretnego laboratorium to jedwabiście wyszła z owego ze swoim zaskakująco ciekawie wyglądającym kubkiem termicznym. Jeśli zaś chodzi o kontrolę to mogła śmiało pokazać ten kubek termiczny ochronie, a dokładniej nie tylko pokazać to, że jest on pełen schłodzonego napoju izotonicznego, ale też i wysunąć ten wewnętrzny wkład wykonany ze stali nierdzewnej. Mogła to zrobić i to tak bardzo bardzo gładko, bo doskonale zamaskowany cylinder na fiolkę z wirusem był jedynie dostępnym od spodu, a spodni dekielek choć nakręcany, to i tak nie posiadał jakichś symboli sugerujących możliwość odkręcenia, a to bardzo wiele znaczyło, bo wizualnie ta nakrętka z tworzywa prezentowała się tak jak zgrzana z resztą plastikowej obudowy i w tym tkwiła wielka zaleta tego przedmiotu. Zaskakująco wiele znaczyło też i to, że ten konkretny kubek termiczny posiadał coś na kształt smyczy i właśnie dzięki temu detalowi można go było nosić na szyi. Takie noszenie nie zawsze było najlepszym pomysłem, ale, dzięki temu miało się wolne ręce.

Problem stanowiło to, że ten konkretny gadżet Milena musiała trzykrotnie pokazać pracownikom ochrony tego zadziwiająco nowoczesnego kompleksu i przynajmniej jeden pamiętał ją, czyli zapamiętał jej twarz z tego co się działo ponad rok temu. Mowa tu o czasach gdy pragnęła pracować właśnie tam i nieco poznała funkcjonowanie tej konkretnej placówki. Natomiast ten konkretny ochroniarz na dokładkę zwrócił uwagę na identyfikator Mileny i wspomniał coś o tym, że spodziewał się po niej innego imienia. Ona zaś odparła, że takie faktycznie ma i że wiele osób wstępnie przypisuje jej inne imię, że robią to tak jakby automatycznie. Wspominała też coś o tym, że jako dziecko ją to irytowało, a obecnie wyłącznie bawi. Tym jej wzmiankom rzecz jasna towarzyszył taki jakby lekki i gładki pośpiech, który wytłumaczyła tak jakby z lekka twardo, czyli obowiązkami powiązanymi z dłuższą drogą, którą musi pokonać za pomocą auta.

Ochroniarz nie wnikał już w szczegóły dotyczące tych obowiązków, ale zauważył jedno, a dokładniej to Milena odchodząc od jego stanowiska w recepcji nieomal pozostawiła klucze od auta na blacie. Tylko, że to było takie prawie zostawienie. Położyła je na blacie tłumacząc kilka spraw, a po ich wytłumaczeniu odeszła na jakieś pół kroku, obróciła się w miejscu i wyciągnęła dłoń zabierając klucze. Na dokładkę odwzajemniła uśmiech lekko otyłego ochroniarza. Z tym, że to drugie odwzajemnienie było tym zdecydowanie najbardziej szczerym w jej wykonaniu.

Natomiast później z takim lekkim, nieomal aksamitnym pośpiechem poszła w stronę sporych drzwi automatycznych. Minęła owe z gracją, a później to z tym zdecydowanie bardziej automatycznym pośpiechem zbliżyła się do samochodu, którym to przyjechała, do granatowego totalnie nudnego pojazdy klasy sedan, w którym to miała tę zgrabną, nowoczesną grafitową turystyczną lodówkę zaliczaną do niewielkich. Ciekawym było też i to, że ów lodówka zasilaną była z gniazda zapalniczki pojazdu, ale sprytna Milena tak jakby na dokładkę do połowy wypełniła ją kostkami lodu i właśnie do niej szybko wsunęła swój kubek termiczny, a dopiero potem się zapięła i odpaliła silnik auta, po to by w zorganizowany sposób powrócić do kontynuowania dość niezwykłego eksperymentu powiązanego z łamaniem regulaminów.

Rzecz jasna ten kluczowy etap łamania regulaminów w wykonaniu Mileny przebiegł tak jakby aż nazbyt gładko, a przyczyna tego tkwiła w ochroniarzu z recepcji. W facecie, który zapewne nadal uwielbiał gry komputerowe, był dość nieśmiały, lekko puszysty i miał wyraz twarzy typowy dla kogoś kto w pełni nie wyrósł z bycia nastolatkiem. Ten konkretny człowiek zapamiętał Milenę sprzed ponad roku, czyli z czasów, w których to zdecydowanie bardziej interesowała się pracą przy wirusach przenoszących talenty, ale nie dostała tej posady, gdyż najprawdopodobniej zależało jej na niej zbyt wyraźnie. Jeśli zaś chodzi o tego konkretnego ochroniarza, to on wyraźnie się do niej ślinił, a ona to wykorzystała w sposób dość jedwabisty, choć to nie było w pełni eleganckie. Natomiast gdy już była w aucie, to dalej wykonywała swoje w takim maszynowym, biurowym stylu. Ów styl była dla niej normą także wtedy gdy już wyjeżdżała z parkingu okazując identyfikator jeszcze jednemu pracownikowi ochrony.

Jeśli zaś chodzi o ten czas powiązany a eksplozją gestów radości, to nastał owy po przejechaniu kolejnych trzech, może czterech kilometrów za rogatkami tego gigantycznego laboratorium, które to z zewnątrz prezentowało się raczej tak jak jakaś fabryka. Wszystko to wyglądało tak, jakby produkowano tam meble, a w rzeczywistości eksperymentowano tam z wirusami zaliczanymi do nieziemsko wyjątkowych. Tę konkretną prawdę lub jakąś część owej znało chyba jakieś trzy, może cztery tysiące osób, z czego jakieś trzysta potrafiło w myślach poskładać układankę do kupy.

Jedną z tych osób był Kamil, który także miał dość niezwykły talent, czyli poprzez dotyk mógł przenieść na człowieka lub utalentowanego osłabienie powiązane z dowolną chorobą wirusową lub bakteryjną. Wiele znaczyło też i to, że był to jego naturalny talent, o którym to Milena totalnie nic nie wiedziała, bo nigdy nie było jej przy Kamilu właśnie wtedy gdy korzystał z własnego talentu i to dawało jemu element zaskoczenia. Element, który to chciał wykorzystać w chwili najbardziej odpowiedniej.

Chwila ta miała dopiero nadejść, ale teraz właśnie Milena była jakieś cztery kilometry za sporym laboratorium i nieco się cieszyła z tego powodu. Tak podgłośniła radio na jednej z ciekawszych piosenek sezonu i tak jakby nieśmiało sobie śpiewała. Tylko, że ów radość nie wymknęła się spod kontroli, a dokładniej to dalej była skoncentrowana na drodze, bo jeszcze musiała oddać auto do wypożyczalni i dolecieć samolotem do domu, a to było prostsze od kombinacji, które to poczyniła w laboratorium. Znacznie prostsze. Niemniej jednak gdy już była w swoim domu to najpierw uczyniła jedno, a dokładniej to schowała wirusa wraz z kubkiem termicznym do własnej lodówki. Następnie tak gładko spaliła sfałszowany identyfikator i inne sfałszowane dokumenty we własnej dużej blaszanej popielniczce. Ten etap nie był prostym, gdyż najpierw musiała zgnieść chyba kilkanaście stron z wiekowej książki telefonicznej i podpalić. Do tego konkretnego ognia wsadziła plastikowe dokumenty, a po nich wrzuciła jeszcze kolejnych osiem lub dziesięć stron z książki telefonicznej. Trochę narobiła przy tym smrodu, ale czy to aż takie istotne. Tu raczej kluczowe znaczenie miało to, że zatarła ślady po swoim niezbyt eleganckim w sensie regulaminowym wyskoku.

Wiele znaczyło też i to, że skorzystała z tego, że w popielniczce nadal palił się ten papier i sięgnęła po prawdziwe cygaro. Tak po takie prawdziwe markowe cygaro, które to dostała od jednej z koleżanek blisko dwa lata temu jako taki dziwaczny prezent. Odpaliła owe od papieru z książek telefonicznych, który jeszcze się palił. Następnie paliła, paliła i paliła. Czynność ta była dla niej totalnie dziką, choć z drugiej strony było też i w tym coś specyficznie pociągającego. Ten pociągający element tkwił w tym, że uczyniła już ważny krok ku czemuś wielkiemu i chciała to uczcić. Ucztowanie było to co najmniej osobliwe, bo paliła przez nieco ponad godzinę, a potem musiała solidnie przewietrzyć swój unikatowy parterowy domek. Na dokładkę go także wyperfumowała jakimś tanim odświeżaczem, który to w połączeniu z jej markowymi perfumami zadziałał dość skutecznie, odmieniając zapach w całym domku.

Na tych oto specyficznych występkach świętowanie się nie skończyło, bo Milena poszła jeszcze po czteropak popularnego medialnie piwa smakowego i wypiła to wszystko oglądając jakiś film z romansem w tle, który to popularnym był chyba jakieś piętnaście, czy też siedemnaście lat temu, ale dla niej jego fabuła była stale niezwykle atrakcyjną. Była lepszą od najdroższej czekolady, choć skupiała się na owej tak jakby połowicznie. Chyba tak właśnie być musiało, bo wszystkie dotychczasowe starania raczej utraciłyby smak, gdyby nie udało się jej zrobić ostatniego.

Ostatni etap polegał na zainfekowaniu Wespazjana wirusem do przenoszenia talentów, który da jemu możliwość poruszania przedmiotami za pomocą myśli. Zyskał by ów zdolność na stałe i dlatego stałby się unikatem w wiekowym kompleksie. Tak o tym myślała Milena w trakcie oglądania romansidła, które to dla niej nie traciło smaku i co równie istotne w głowie jej pojawiła się też jeszcze jedna myśl, a dokładniej to, co by było, gdyby podzieliła ów wirus na dwie porcje. Jedną z nich wstrzyknęłaby Wespazjanowi, a tę drugą jego koledze o imieniu Aaron. Ta myśl wydawała się być do jakiegoś stopnia szaloną, ale też i nie taką w pełni głupią, bo z jednego eksperymentu zrobiłaby dwa, czyli szanse na przeniesienie talentu stałyby się tymi nawet dwustu procentowymi. W tym aspekcie tkwił by ten jej element zaskoczenia, który na dokładkę zachowałaby w tajemnicy, ale i tak musiała poczekać z realizacją na Kamila, który to miał powrócić z delegacji za trochę ponad dwa dni i zadbać o to, by elektronika rejestrująca jej wierność procedurom miała krótką awarię, tę bardzo potrzebną awarię.

Trudno tylko powiedzieć, czy ów awaria faktycznie była aż tak bardzo potrzebną. Mowa tu dokładnie o tym, że Milenę po powrocie do domu tak jakby dość wyraźnie pochłonęło świętowanie pod postacią kilku popularnych medialnie smakowych piw, ale to rzecz jasna nie wszystko, gdyż samo picie było opcją nie wystarczającą, a dokładniej to zafundowała sobie pewną ilość słonych i słodkich przekąsek, z których to część także wylądowała w lodówce i gdy po raz kolejny zbliżyła się do lodówki po coś do zjedzenia, to z głową pełną krzaczastych przemyśleń zerknęła na ten niezwykły grafitowy kubek termiczny, w którym to znajdował się cylinder z fiolką z wirusem. Właśnie na tę konkretną swoją zdobycz popatrzyła przez nieco dłuższą chwilę, aż lodówka zaczęła brzęczeć sugerując zamknięcie.

Zamknięcie drzwi lodówki było tu tym wydarzeniem zaliczanym przynajmniej do dość unikatowych, bo po zamknięciu tej lodówki zaliczanej do wybitnie nowoczesnych odezwał się taki jakby z lekka komediowy męski głos, który to jasno nazwał zainfekowanie obydwóch bardzo, ale to bardzo ciekawą opcję. Milena szybko się zorientowała, że po zamknięciu lodówki ów głos dochodzi do niej od strony lewej i dlatego też usiłowała jego źródło uderzyć swym lewym łokciem. Problem w tym, że ów źródło nie dało się uderzyć, czyli w trakcie próby uderzenia lewym łokciem ten napastnik założył jej dźwignię na lewą rękę i to tak bardzo bardzo gładko. Jednocześnie mówiąc coś o tym, że to „Zaskakująco nieprzemyślane posunięcie.”. Tak te słowa wypowiedział tak jak jakaś postać wprost ze specyficznej komedii kryminalnej.

Ułamek sekundy później zdjął tę dźwignię okazując wspaniałomyślność i to taką niezbyt przemyślaną, a Milena właśnie wtedy zerknęła na jego twarz, czy też na to coś co ją zakrywało. Trudno jej było stwierdzić, co to dokładnie jest, ale jedno było pewne, w tym dość słabym oświetleniu w jej kuchni, wywnioskowała iż twarz napastnika była zamaskowana i co równie istotne na oczach miał stylowe maskownice, takie bardzo stylowe i co równie istotne dość pociągające wizualnie.

Ona rzecz jasna udawała kogoś, kogo niezmiernie szokuje tego typu widok, ale to było tylko tak na chwilę, bo po tej konkretnej chwili szybko sięgnęła po gaz pieprzowy, który to stał na jej nowoczesnej lodówce i był gotowym do użycia. Tylko, że nie zdążyła użyć tego gadżetu, bo napastnik raz jeszcze założył jej dźwignię, choć tym razem na rękę prawą i co równie istotne zrobił to używając mniejszej siły niż poprzednio. „Nie czaisz szalona brunetko, ja nie jestem tu po to by cię okraść, ale po to by wpłynąć na to jak dokładnie użyjesz zawartości tego stylowego grafitowego kubka termicznego. Tak zależy mi na tym byś zainfekowała i Wespazjana i Aarona, choć być może powinienem powiedzieć, że nie tylko mi właśnie na tym zależy. Jeśli zaś chodzi o twojego kumpla z pracy Kamila, to zabawił się tobą. Jemu nie zależy na postępie nauki, lecz na budowaniu własnego imperium. Dlatego już zrobił coś dość niedobrego, a dokładniej to zajął się byłą, czy też nie byłą rodziną twojego unikatowego odmieńca.”.

Tak dokładnie tyle powiedział Daniel, choć na tym się nie skończyło, a dokładniej to jednym zgrabnym ruchem prawej nogi wysunął jedno z krzeseł spod jej kuchennego stołu. Następnie usadził ją na ów krześle tak dość dynamicznie, ale też i tak jakby po części komediowo. Może po trochę ponad sekundzie włączył światło w kuchni i zrobił to co miał uczynić, czyli zbliżył się do Mileny, a ona z taką jakby dziwaczną ciekawością zerkała na tę jego maskę ze stylowymi maskownicami oczu. Na maskę, która to była w większości tekstylną i ta jej barwna struktura, prezentowała się tak jak śmietanka wymieszana z czymś, co przypomina taki mus jagodowy. Ona dość dobrze widziała, że ów nadruk na masce imituje Czaroit idealny lub bliski ideałowi. Niemniej jednak nie spodziewała się tego, że Daniel zdejmie ów maskę tak dość zgrabnie i się jej przedstawi.

Przedstawi odsłaniając twarz i głowę pokrytą tymi sinymi gepardzimi cętkami. Tak to konkretne odsłonięcie było paskudnym etapem i dlatego też Milena zażartowała wspominając coś o tym, czy przypadkiem nie smażył frytek po pijaku, a on zaczął mówić swoje. „Tak tak, a ten olej do smażenia masz w swoim grafitowym kubku termicznym. Doskonale wiem czym on jest, czyli tym gadżetem do przemycania drobiazgów, bo już mam trzy takowe, w tym jeden w pełni czarny. Tylko, że dość o tych gadżetach. One są ciekawe, ale chyba bardziej zaciekawi cię to, że swoich śmiałków najprawdopodobniej zmienisz w takie same ślicznoty jak ja lub zabijesz. Drugą z ewentualności uznałbym za dość prawdopodobną, ale mój mistrz przysłał mnie właśnie do twojego domu, a to oznacza jedno, czyli ten talent zakorzeni się w twoich najlepszych śmiałkach.”.

Ona tych słów słuchała z taką nie przygasającą ciekawością i co równie istotne nie chciała się przeciwstawić Danielowi, tylko wstępnie przystała na jego propozycję i tak na dokładkę zapytała o rodzinę swojego unikatowego odmieńca, a Daniel odpowiedział zaskakująco gładko. „Ocalę jego bliskich i to bardzo bardzo gładko, ale pod jednym warunkiem. Mowa tu o tym, że ty musisz już jutro udać się do tego wiekowego kompleksu i zainfekować ich dwóch. Masz to zrobić nie pytając o szczegóły, z których to jeden ci wyjawię, ale tak bardzo bardzo ogólnikowo. Niestety na lepsze tłumaczenia w tym czasie nie zasługujesz, choć w trakcie tego infekowania za pomocą strzykawki kilku utalentowanych z mojej frakcji zapewni ci dyskretne wejście i wyjście. Będzie to kilku utalentowanych lub tylko jeden, a ty nie dowiesz się nigdy gdzie będzie lub będą, bo twoje myśli o nim lub o nich mogłyby nam przeszkodzić. Czy to jasne?”.

Milena na ów pytanie odpowiedziała w iście wojskowym stylu i dlatego też Daniel jeszcze dwa razy powtórzył to pytanie i jeszcze dwukrotnie usłyszał tę kobiecą soczystą i niezwykle entuzjastyczną odpowiedź, która to miała w sobie zaskakująco wiele iskrzących nut chaosu. Następnie Daniel założył swoją niesamowicie unikatową maskę i gładko wyszedł z domu Mileny. Ona zaś dostrzegła jedno, a dokładniej to, że poza maską miał na sobie strój motocyklisty zaliczany do dość stylowych i czarno szarych, z pewną ilością ochraniaczy pasujących raczej do kogoś, kto sporo ryzykuje na terenowym motocyklu. Tyle wywnioskowała, zanim szpetny odmieniec w pośpiechu wyszedł i zamknął drzwi jej domu.

Ona zaś ruszyła za nim tak jakby połowicznie niezdarnie i aż nazbyt gwałtownie otworzyła drzwi wejściowe, ale po ich otworzeniu totalnie niczego nie zauważyła. Jednym słowem to wyglądało tak, jakby w nieco ponad dwie sekundy rozpłynął się w powietrzu, choć tego typu odmieńcy się nie rozpływają. Wniosek tu pojawił się prosty, choć też i dość przełomowy, temu konkretnemu odmieńcowi sprzyjają inni odmieńcy i utalentowani i zapewne będą dalej sprzyjać. Właśnie o tym pomyślała sobie Milena, choć na tym się nie skończyły jej dość przełomowe wieczorne przemyślenia. Mowa tu dokładnie o tym, że w jej głowie pojawiły się też i inne myśli związane z tym konkretnym odmieńcem. On właśnie mógł mieć wgląd w jej życie za pośrednictwem innych utalentowanych i to się jej do jakiegoś stopnia nie podobało. Tak to było dość niepokojące, ale i tak dalej pragnęła zrealizować ten swój dość dziki pomysł, bo właśnie poczuła, że ma dość nieoczekiwane wsparcie, chyba aż nazbyt wspaniałomyślne wsparcie, dzięki któremu osiągnie swój cel, przetrwa i co najważniejsze czeka ją ciekawa przyszłość. W ten sposób zaczęła to widzieć i z tymi myślami w głowie powróciła do swojego ulubionego filmu, który to obejrzała tak jak nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej ów film nie przeleciał jej przed oczami tak bardzo bardzo jedwabiście i bez emocjonalnego iskrzenia, a gdy już się skończył to tak dość automatycznie poszła się myć i spać ze sporym ładunkiem przemyśleń dotyczącym tego, co uczyni jutro pomiędzy godziną dziesiątą, a dwunastą.

Noc poprzedzająca te jej nieziemsko smaczne poczynania była wręcz nasączoną ciekawymi obrazami przyszłości. Obrazami, które to ktoś jej przekazał, ktoś o niezwykłym talencie, którego to jeszcze nie miała okazji skatalogować i dokładnie opisać. Niemniej jednak chęć dotyczącą opisywania, czy też rejestrowania musiała póki co tak jakby odstawić na bok i to ze względu na to, że zaczynał się sen lub już się zaczął i to nie wiadomo kiedy.

W tym konkretnym śnie szła z takim kuferkiem z białego lśniącego tworzywa, a w nim znajdowały się sprzęty niezbędne do jej typowych poczynań, a dokładniej to pewnej liczbie śmiałków biorących stale tabletki miała pobrać krew do fiolek, zaś innym miała jedynie nakłuć palec, po to by dokonać tych zdecydowanie mniej wnikliwych analiz. Specyficzny był to sen, bo aż zbyt doskonale odzwierciedlał rzeczywistość, a dokładniej to ściany korytarzy były tymi pomalowanymi farbą olejną o barwie kości słoniowej i lśniły naturalnym słonecznym oświetleniem. Jednym słowem to było takie bardzo bardzo normalne. Tak normalne jakby to nie był sen, ale to był sen, bo odbijane przez ściany promieniowanie słońca były nieco rozmyte i co równie istotne na dokładkę pojawiał się także głos informujący Milenę o tym, że ów rozmycie świadczy o tym, że to nadal sen. Głos ten był taki metalicznie twardy, chyba nawet dziwacznie twardy i co równie istotne trudno było stwierdzić, czy powtarza to mężczyzna, czy też kobieta. Właśnie tak dziwnym był to detal i co równie istotne ten szczegół tak jakby nieco spowalniał czas.

Specyficzna to była iluzja i nasiliła się ona przy celi Wespazjana. Przy tej konkretnej celi czas zwolnił chyba najbardziej i co równie istotne właśnie tam Milena zauważyła, że ma w ręce swój wybitnie ciekawy kubek termiczny, z którego bardzo szybko wyjęła fiolkę z wirusem. Tu wiele znaczyło też i to, że miała też wiele strzykawek i jedną z tych jednorazowych strzykawek bardzo szybko napełniła tym roztworem z wirusem, który to miał taki lśniący częściowo kremowy i częściowo przeźroczysty kolor. Tak to właśnie należało opisać, jeśli chodzi o detale barwności. Wiele znaczyło też i to, że strzykawkę napełniała dość płynnie, choć w pewnym momencie zaczęła aż nazbyt wyraźnie zerkać w stronę kamer monitoringu. W stronę tych najbardziej nowoczesnych i jednocześnie najbardziej niezawodnych kamer stale wycelowanych w solidne drzwi do dwóch cel. Jedną z owych zajmował Wespazjan, a drugą Aaron.

Doczekali się właśnie tak wnikliwego monitorowania stanu nie bez przyczyny, czyli byli eksperymentami zaliczanymi do tych najbardziej obiecujących, bo w ich przypadku talent do poruszania przedmiotami za pomocą myśli rozwijał się i wyjątkowo szybko i wyjątkowo gładko. Informacje te są ciekawymi, ale tu trzeba powrócić do snu Mileny, w którym to obraz kamer się zamazał. Tak ów kamery rozpłynęły się tak jakby ktoś ulepił owe z mgły, a następnie potraktował jakimś dziwnym rozpuszczalnikiem. Opis tego typu chyba najbardziej tu pasował, choć i to rozpływanie się w powietrzu było powiązane z czymś na kształt uspokajającego głosu. Tylko, że był to ten sam głos, co poprzednio i nakazywał Milenie nie przejmowanie się kamerami i się nimi nie przejmowała wtedy gdy zaczęła robić zastrzyk niezwykłemu śmiałkowi.

Nawet we śnie poprosiła go o to, by wysunął rękę przez poziomą szczelinę w wiekowych drzwiach, która to miała głównie jedną funkcję, czyli była połączona z czymś na kształt skromnego blatu, a na ów blacie podawano posiłki, czyli zazwyczaj były to śniadania, obiady i kolacje. Nie było to jedzenie tak nędzne, jak w więzieniu, ale też i do standardu znanego z taniej restauracji wiele jemu brakowało. Jednym słowem jeśli chodzi o jakość to było gdzieś w połowie drogi między tymi poziomami. Tylko dygresja ta to tylko dodatek, bo skromny blat teoretycznie miał ułatwić Milenie pobranie krwi i to wprost z żyły. Pobrania tego nie było, gdyż zamiast niego Wespazjan doczekał się zainfekowania i to dość szorstkiego w formie. Szorstkość owego polegała na tym, że gdy bystra laborantka wstrzykiwała już wirusa, to włączył się alarm. Alarm dosłownie piłujący jedwab zmysłów i ten właśnie dźwięk tak jakby zmusił ją do szybkiego wyciągnięcia strzykawki, matematycznego podania wacika i przejścia do celi Aarona w celu powtórzenia tej dość oziębłej procedury. Powtórzenie ów procedury było także końcem snu, czyli Milena raz jeszcze wstrzyknęła wirusa i się obudziła, a dokładniej to obudził ją jej wiekowy i zarazem stylowy budzik, którego to znalazła chyba jakieś trzy lata temu na wyprzedaży garażowej, na którą to trafiła dość niespodzianie i po części też i z taką jakby udawaną niechęcią.

Ten osobliwy budzik Mileny zaliczany też i do urodziwych unikatów tak jakby obudził w jej głowie coś na kształt serii wątpliwości, a dokładniej to pomyślała sobie jeszcze raz o tym co miało miejsce w recepcji tamtego laboratorium, czyli o pozostawieniu na ułamek sekundy kluczy do auta na blacie i to przed oczami ochroniarza, który poznał jej twarz. Pozornie to było takie jakby z lekka problematyczne, ale po jakimś czasie nasza pani naukowiec pomyślała sobie o tym, że do czegoś w tym stylu zapewne dochodzi tam kilka razy dziennie codziennie, a ów facet o sposobie myślenia nastolatka najprawdopodobniej dość barwną gadką zaczepia chyba każdą urodziwą kobietę. Dlatego tę falę wątpliwości zaraz po przebudzeniu można było nazwać tylko dość glutowatą falą wątpliwości, niczym więcej.

Jakieś piętnaście minut później Milena posilała się już śniadaniem, na które to składały się w większości warzywa. Tak to były zaskakująco atrakcyjne wizualnie warzywa, choć nie zbrakło też i mięsa pod postacią kilku plastrów dość drogiej szynki. Na tę konkretną szynkę Milena decydowała się może dwa razy w tygodniu, jeśli chodzi o śniadania, a dokładniej to jadła ową niemal wyłącznie wtedy gdy w sensie psychicznym czuła się doskonale i nie częściej niż te sześć razy w skali miesiąca. Wraz z tym posiłkiem wypiła trochę soku jabłkowego, czyli był to ten świeżo wyciśnięty sok i także był czymś, co uznawała i za zdrowe i niezwykle atrakcyjne.

Chyba te pięć minut po zjedzeniu rozpoczęła swój bieg i co najważniejsze tym razem przebiegła nieomal cztery i pół kilometra, powróciła do domu. Zjadła jeszcze jedną kanapkę, choć tym razem nie była ona aż tak ładną, gdyż zrobiła sobie ową w takim jakby lekkim pośpiechu. Być może wiele znaczyło też i to, że jadła ową przez około trzy minuty, a następnie w dość zorganizowany, matematyczny sposób pojechała do pracy, do której to musiała jechać przez blisko godzinę i w tym oto czasie trochę sobie pomyślała.

Myślała o tym, że z tym wirusem to miała dość osobliwą przeprawę, a dokładniej to z powrotu z tym wirusem zrobiła sobie coś na kształt mini wakacji. Opcja ta była mało odpowiedzialną, ale razem z nim i to na fałszywych dokumentach poleciała sobie samolotem na jeden dzień do trudno dostępnego raju wyspiarskiego. W tym oto raju lądowały tylko małe samoloty o napędzie turbośmigłowym i obsługa owych totalnie nie zwróciła uwagi na jej niewielką turystyczną grafitową lodówkę, podobnie jak i na znajdujący się w owej kubek termiczny, w którym to miała swój skarb.

Tę swoją malutką lodówkę szybko zaniosła do pokoju hotelowego, podłączyła poprzez zasilacz do gniazdka i co równie istotne przykryła ten sprzęt elektroniczny kilkoma poduszkami. Było już grubo po osiemnastej gdy już to uczyniła i co równie ważne wtedy zjadła coś na szybko na dole w hotelu. Coś co w jej mniemaniu było szybką i tanią kolacją, a po ów kolacji wypiła sobie to swoje ulubione piwo smakowe zaliczane do medialnie popularnych, a na dokładkę oglądała telewizje jeszcze przez około trzy godziny. Wtedy nie obejrzała filmu, czy też kilku odcinków jakiegoś serialu, bo aktualnie nie to ja pociągało. Zdecydowanie chciała tylko zabić czas i ze względu na to zaledwie skakała po kanałach szukając jakiegoś fragmentu fabuły, dzięki któremu zajmie na jakiś czas głowę i udało się to jej wtedy chyba te pięć razy, a po razach owych tak jakby ekspresowo się umyła i poszła spać.

Następny dzień nie był dla niej wyzwaniem, a dokładniej to wybrała się na pieszą wycieczkę po wyspie i na tej oto wyspie wykonała setki zdjęć swoim smartfonem. Akcja to rzecz jasna mało oryginalna, ale przed wyjściem zadbała o jedno, a dokładniej to schowała kubek termiczny z wirusem tak, że nikt go nie znalazł. Za idealne miejsce do ukrycia uznała jedną lokalizację, czyli tę przerwę pod dnem szafy w pokoju hotelowym. Przerwa owa to coś na kształt takiej dylatacji pomiędzy dnem szafy a podłogą. W jej pokoju to było chyba ponad piętnaście centymetrów wysokości, blisko półtora metra szerokości i ponad pół metra głębokości. Przestrzeń owa była pustą, ale też i zabudowaną. Jednym słowem musiała odsunąć szafę, po to by schować swój grafitowy kubek termiczny z zamaskowanym cylindrycznym schowkiem.

Odsunięcie szafy powinno stanowić dla niej wyzwanie, ale poszło gładko, choć zanim umieściła właśnie tam kubek termiczny, to uprzednio wypełniła owy kostkami lodu z własnej niewielkiej lodówki. Wiele znaczyło też i to, że po schowaniu kubka szybko zorientowała się, że procedura odsuwania szafy pozostawiła na podłodze nieco tych tekstylnych farfocli. Szybko zebrała owe rękoma i wyrzuciła poprzez okno w swoim pokoju hotelowym, a potem poszła zwiedzać i robić zdjęcia telefonem w takim jakby dość sztywniackim stylu, gdyż stale monitorowała upływ czasu, po to by wiedzieć, kiedy dokładnie ma powrócić do hotelu.

Powróciła do niego po takim dość egzotycznym i sytym obiedzie, który to nie był opcją najmilszą dla jej jelit, ale czy to aż takie istotne. Liczyło się tylko to, że w porę zadbała o to, by wirus, którego ponad dzień wcześniej skradła miał tę wzorową niską temperaturę.

Dbałość ta nakazywała także, by już do końca dnia pozostała w pokoju oglądając telewizję i popijając sok. Było to niezwykle rozsądne, choć sam taki wyskok na atrakcyjną wizualnie wyspę i to w takim czasie nie był kombinacją zaliczaną do mądrych. Najważniejsze było to, że kolejnego dnia tuż po godzinie dziesiątej wyleciała, a w okolicy godziny osiemnastej była już po przesiadce do większego samolotu i cieszyła się z tego, że poszło tak gładko.

Właśnie o tym wypadzie rozmyślała w drodze do pracy doskonale wiedząc o tym, że nie był aż tak atrakcyjnym, gdyż zamiast romansu pomiędzy atrakcyjnymi wizualnie krajobrazami miała kupę myśli dotyczących wirusa, który wpłynie na jej przyszłość. Tak to bardzo mało romantycznego polotu, ale z drugiej strony doskonale wiedziała też i o tym, że nie można mieć wszystkiego, a dokładniej to jeszcze powróci do tej malowniczej wyspy upiększonej niesamowitymi skałami po tym jak osiągnie przełom zawodowy. Specyficzne to myśli jak na dojazd do miejsca pracy, ale lepsze to od wyblakłej pustki.

Wszystkie te przemyślenia Mileny złożyły się na to, że identyfikator przy szlabanie pokazała raczej w sposób mało zorganizowany, a dokładniej to uczyniła to tak, jakby rano nie szykowała się dość matematycznie, ale tak się szykowała. Ochroniarz przy szlabanie rzecz jasna zwrócił uwagę na to, że w aucie ma taki jakby zaprojektowany bałagan, ale zbytnio się owym nie przejął i dał jej wjechać tak jak zwykle do wiekowego kompleksu, który to właśnie w tym dniu był modernizowany, a dokładniej to zaczęto prace na tyłach głównego budynku. Tylko, że tym razem te prace były chyba powiązane ze smacznym unowocześnieniem ścian zewnętrznych lub tak to właśnie wyglądało. Milena zaś prawie się tym nie zainteresowała, bo wiedziała, że po wejście do ów budynku w przeciągu jakichś piętnastu minut zainfekuje Wespazjana wirusem i to w takim gładkim, zgrabnym stylu.

Tylko, że najpierw zaczepiła swojego kolegę z pracy Radka, po to by pokazać jemu zdjęcia ze zwiedzania tej unikatowej wyspy z bardzo ciekawym górskim krajobrazem. Radek rzecz jasna wiedział o tej wyspie już od miesięcy, a dokładniej to Milena wspominała o niej przynajmniej raz na dwa tygodnie określając tę konkretną wyspę jako wspaniałą lokalizację powiązaną z romantyczną przygodą. Właśnie tak to określała, ale ten konkretny kolega z pracy zadrwił z jej matematycznego robienia zdjęć na tej właśnie wyspie. Wspominając dość dosadnie o tym, że Milena jedynie zrobiła zdjęcia blisko dwudziestu skałom i klifom, które prezentują się aż nazbyt uwodzicielsko, ale też i była tam sama, a nie z jakimś ciekawym facetem, jeśli chodzi o aparycję i magię osobowości. Tak Radek drwił z tego, że zrealizowała ona romantyczny plan bez kluczowego elementu dopełniającego romantyzm, czyli bez faceta, który by ją szanował i czynił chwile niesamowicie barwnymi.

Ona rzecz jasna nie przejęła się zbytnio dość wredną dygresją kolegi i wzięła sprzęty, po to by zrobić swoje. Wzięła je jasno wspominając o tym, że po drodze odwiedzi przynajmniej jednego ciekawego faceta, choć nie aż tak ciekawego. Radek zaś jasno wspomniał o tym, że ma już dość magii tych facetów. W jego przypadku te stwierdzenia zabrzmiały tak, jakby chciał zmienić pracę na coś o wiele ciekawszego, choć z drugiej strony coś go także trzymało przy tych badaniach, ale Milena nie chciała zgłębić przyczyn jego rozdarcia, gdyż w prawym ręku trzymała lśniący kremowy kuferek ze sprzętami do pobierania krwi, a w lewym swój unikatowy grafitowy kubek termiczny, w którym to kryła bardzo wiele znaczącą niespodziankę.

Użycie tej konkretnej niespodzianki nieco odwlekła w czasie, a dokładniej to wstępnie poszła do tych mniej obiecujących przypadków i co równie istotne najpierw odwiedziła tego o numerze katalogowym 1113292 i odkryła, że po trzeciej tabletce przenoszącej talent aż nazbyt wyraźnie się rozchorował. Coś w tym stylu nowością nie było i dlatego poprzez wewnętrzny system komunikacyjny wezwała Radka wraz z grupą techników, po to by się nim zajęli, czyli po to, by sprawdzili, czy faktycznie nie złapał jakiejś dodatkowej choroby zakaźnej i podali niezbędne leki. Tego typu zaalarmowanie było opcją rutynową i co najważniejsze dawało jej nieco czasu do zainfekowania Wespazjana, a dokładniej to miała dzięki tej dodatkowej pilnej sprawie jakieś dwie lub trzy minuty powiązane z mniej wnikliwym kontrolowaniem jej oczynań.

Ten bonus czasowy wykorzystała do szybkiego przejścia do celi Wespazjana i tak dość ozięble poprosiła go o wysunięcie ręki, po to by mogła pobrać od niego krew, ale on stwierdził, że wczoraj pobierano od niego krew do badań i przez kolejne trzy dni nie powinni tego robić, a dokładniej to powiedział, że przez te trzy do pięciu dni powinno wystarczyć jedynie nakłuwania palca. Te oto jego stwierdzenia były szorstkimi i takimi bardzo bardzo matematycznymi, ale Milena się owymi totalnie nie przejęła i jeszcze raz powiedziała swoje dodając coś o tym, że to ona ma w tego typu kwestiach to kluczowe zdanie.

Jednym słowem skończyło się na tym, że Wespazjan podwinął rękaw swojej totalnie nudnej szaro niebieskiej bluzy i wysunął rękę w taki sposób, że Milena mogła bez większego problemu założyć niezbyt mocną opaskę uciskową nad łokciem, co rzecz jasna uczyniła i to tak bardzo bardzo pewnie, a następnie wykonała czynności, których to ten unikatowy śmiałek się nie spodziewał. Sęk w tym, że nie widział owych, tylko coś tam słyszał. Doskonale też wiedział, że trwa to zbyt długo i co równie istotne najprawdopodobniej pani laborant szykuje coś dodatkowego.

Ta konkretna pani, czyli Milena szykowała się do wstrzyknięcia Wirusa, a gdy się do tego szykowała, to tak jakby niespodzianie zerknęła w stronę jednej z bardziej nowoczesnych kamer monitorujących i zobaczyła jak owa tak jakby nurkuje w tej tkaninie rzeczywistości, która to raczej przypominała przeźroczysty żel przełykający wszystko. W tej oto chwili miała powiedzieć jakieś kontrowersyjne słowa, ale zamiast owych jedynie nieznacznie otworzyła usta i coś sobie pomyślała, czyli stwierdzenie typu „Bez jaj.” najprawdopodobniej wypowiedziała tylko we własnych myślach, a potem wstrzyknęła wirusa przenoszącego talent Wespazjanowi i tak jak zwykle podała jemu wacik, po to by przez te kilka minut powstrzymywał krwawienie i w dość trybikowatym stylu dodała, że wie co ma z nim uczynić.

Właśnie po tej serii uczynków przeszła do celi Aarona pokonując pieszo mniej niż pięć metrów i powtarzając procedurą tak jak maszyneria działająca perfekcyjnie. Dziwne to nie było, choć gdy była już przy celi Aarona to ten bardziej niezwykły śmiałek zaczął wyraźnie mówić o tym, że inni technicy i laboranci wspominali coś o tym, że szczepienia mamy mieć za miesiąc. Dodatkowo zapytał wprost „Czyżby tylko dla nas to przyśpieszyli?”. Tak to pytanie było trafne i wypowiedziane dość głośno, ale Milena tak jakby przycięła jego ciekawość wspominając wprost o tym, że stosuje się do wytycznych z góry i dodała, że tego typu wytłumaczenie musi jemu wystarczyć. Przy okazji dokończyła to infekowanie wirusem Aarona i odeszła sobie w takim dość swobodnym stylu zerkając na miejsce, w którym to uprzednio była kamera monitoringu, a kamera ta się rzecz jasna pojawiła na nowo wynurzając się z tkaniny rzeczywistości przypominającej przeźroczysty żel idealny. Ten dodatkowy epizod wizualny dodał Milenie pewności siebie, choć gdy minęła już narożnik korytarza ze swoim kuferkiem i kubkiem termicznym to alarm się odezwał i zaczął tak jakby piłować jej zmysły. Ona zaś przez trochę ponad sekundę zerknęła za siebie i to tak jakby aksamitnie, a potem poszła dalej robić swoje, bo miała jeszcze ponad trzydziestu śmiałków do skontrolowania.

W trakcie tego jej kontrolowania pozostałych przypadków technicy sprawdzali systemy bezpieczeństwa, a dokładniej to musieli sprawdzić czujniki i najlepsze z kamer, które to automatycznie pewne odruchy kwalifikowały jako podejrzane i uruchamiały alarm. Była to rzecz jasna nowość. Nowość przez duże N i nie w każdej sekundzie funkcjonująca tak jak powinna, czyli w wielu procentach przypadków ów sprzęt brał czynności laborantów za coś niepokojącego, choć oni jedynie pobierali krew od obiektów i do tej czynności zostali dodatkowo przeszkoleni. Oni byli chyba najważniejsi w tym wszystkim, ale jeśli chodzi o system alarmowy to zazwyczaj nie funkcjonował on dostatecznie dobrze. Jednym słowem to był on aż nazbyt czuły i dlatego nieomal bez przyczyny włączał się te dwa lub trzy razy na tydzień i kończyło się to nerwową kalibracją przez kilku techników.

Właśnie na to dość dziwne działanie często narzekali i laboranci i technicy, ale kierownictwo nie chciało wymienić alarmu i powiązanego z nim systemu. Twierdząc, że jest on nie tylko niezwykle zaawansowanym, ale też i wykryje większość przypadków naruszenia regulaminu. Tylko, że ów system był jedynie irytującym gadżetem. Tak go określali nieomal wszyscy, w tym Milena i Radek, ale kierownictwo wiedziało swoje i tak jakby po chamsku pozostawało przy eksperymentalnym systemie. Bardzo ciekawym jak na tamte czasy, ale też i dość dziwnym lub nawet bardzo dziwnym, jak na wiekowy budynek z sypiącą się instalacją wodną.

Instalację tę wymieniano etapami, czyli zdecydowanie najwięcej zrobiono tam, gdzie pracowali laboranci, ale poza ich stanowiskami pracy modernizacja instalacji wodnej postępowała i powoli i dość okazjonalnie. Powodem tego nie był brak funduszy, bo one były, ale tego typu modernizowanie na wielką skalę utrudniłyby prężne działanie placówki i właśnie dlatego to szło wolno, czasami nawet zbyt wolno.

Niemniej jednak w pamiętnym dniu Milena tym się nieomal nie przejmowała, bo tak jak zwykle skończyła pracę w okolicy godziny siedemnastej, a nawet te kilkanaście minut wcześniej. Zostawiła sobie chyba trzy lub cztery wstępne analizy wyników na kolejny dzień, ale to w jej przypadku często było normą, choćby ze względu na to, że jeszcze wieczorem chciała sobie pobiegać po parku, który to znajdował się blisko kilometr od jej domu.

Taki dzień w jej przypadku był tym z grubsza normą, ale nie wiedziała o jednym detalu, a dokładniej to o tym, że jej wstrzyknięcie wirusa było czynnością monitorowaną przez wielu utalentowanych. Jeden z nich należał do niewielkiej frakcji mistrza rzeźby z jasnej strony, a dokładniej to był wyjątkowy utalentowany, który to maskował jej działanie z dystansu ponad trzech tysięcy kilometrów. Zamaskował rzecz jasna znaczenie jej działań, a dokładniej to wszyscy blisko niej byli nieomal pewni tego, że w tym niby normalnym dniu pracy tylko pobierała krew i wstępnie badała ową. Na to wyglądało, choć niezwykły utalentowany zapewniający jej maskowanie przestał jej dostatecznie sumiennie sprzyjać w nocy po przełomowym dniu.

Nie da się ukryć, że ta noc po wyjątkowym dniu Mileny była szczególną dla jednego z utalentowanych z agencji ludzi. Był to jedyny utalentowany w tej agencji zdolny do wyczuwania talentów innych i to nawet na znaczną odległość. Wyróżniał go taki prymitywny wyraz twarzy, siła, trafne dygresje i do tego jeszcze wyjątkowo ładne ubieranie się w uniform ochroniarza. Pracował on stale w tym wiekowym kompleksie i najczęściej patrolował główny budynek, w którym to śmiałkowie przebywali w celach.

Dla Mileny ów utalentowany był siwiejącym nieomal pięćdziesięciolatkiem i co równie istotne nie wiedziała, że jakieś pięć i pół roku wcześniej był on związany z mroczną stroną i to ściśle. Frakcja mistrza rzeźby Aureliusza rzecz jasna wiedziała o nim praktycznie wszystko. Wiedziała nawet to, że tamten utalentowany mieszkał w wiekowym kompleksie, czyli na poddaszu głównego budynku zaliczanym do niezwykle wiekowych miał własny apartament z wieloma ciekawymi udogodnieniami zaliczanymi raczej do tych luksusowych.

Zaskakująco wiele znaczyło też i to, że ten utalentowany był na dokładkę silnie uzależnionym od wrażeń natury erotycznej, czyli sprowadzał do swojego apartamentu kobiety, które to robiły wszystko dla kasy. Nieomal głównie były to te zdesperowane kobiety, które to go zaspokajały za możliwość przetrwania kolejnego dnia lub kilku dni. W nocy po szczególnym dniu trafiły się temu utalentowanemu dwie takie kobiety i dlatego zmiany wykrył grubo po godzinie pierwszej w nocy, bo dopiero w tym czasie skupił się dostatecznie na Wespazjanie i na Aaronie.

Skupienie się w przypadku tego ochroniarza oznaczało takie jakby dotknięcie myśli tych dwóch śmiałków, a oni rzecz jasna poczuli ów dotknięcie. Raczej nie jakoś wybitnie wyraźnie, ale dostatecznie wyraźnie by zacząć działać. Działać w sposób i dziki i szybki. Dzikość ta objawiła się w dość szalonym początku, czyli i Wespazjan i Aaron za pomocą talentów wyrwali masywne i wiekowe drzwi do własnych cel, tak jakby były zaledwie skromnymi zabaweczkami z taniego plastiku. Tak ów drzwi wyleciały w okolicy godziny pierwszej pięćdziesiąt, ale zanim to się stało, to unicestwiony musiał zostać pewien dość unikatowy przedmiot.

Ten konkretny przedmiot znajdował się w pewnej skrzynce, a dokładniej to w skrzynce z tworzywa przytwierdzonej do ściany tuż przy kamerach monitorujących cele Wespazjana i Aarona. W tej oto skrzynce kryła się taka jakby niezbyt duża chłodziarka i co równie istotne we wnętrzu owej znajdowała się fiolka z krwią utalentowanego, który miał za zadanie jedno, a dokładniej to całkowicie wyhamowywać talenty słabych utalentowanych i nieco przygaszał tych mocniejszych utalentowanych. Właśnie ta konkretna fiolka zadziałała na Wespazjana, ale tylko na niecałe trzy minuty, bo po tym czasie w jakiś sposób ją wykrył i za pomocą własnego talentu przeniósł do toalety, by spłynęła wraz z nieczystościami. Niemniej jednak trudno powiedzieć, czy wykrył ów fiolkę samodzielnie, czy też z pomocą jakiegoś znacznie silniejszego utalentowanego wpływającego na wydarzenia ze znacznego dystansu. Tego nie sposób było sprawdzić.

Tylko czy detale tego rodzaju są aż tak istotnymi. Takowych można jedynie domniemywać, a poparcie ich zaistnienia dowodami to już odrębna kwestia. Najważniejsze jest natomiast to powrócenie do ciągu wydarzeń, czyli po pozbyciu się tamtej konkretnej fiolki niezwykły śmiałek wyrwał wiekowe drzwi własnej celi wykonane z narzędziowej stali i zaliczane raczej do masywnych tak jakby nieomal nie istniały. Następnie myślą oderwał drzwi celi Aarona lub nieco pomógł jemu w wyrwaniu i dokładnie w ten sam sposób postąpił z innymi celami idąc korytarzem w prawo w taki niezrównanie gładki sposób. W sposób raczej pasujący do kogoś, kto lekko przejmie władzę.

Niemniej jednak to przejęcie władzy było raczej dalekim od gładkiego, a dokładniej to szybko do Wespazjana zbliżyli się pracownicy ochrony z bronią na strzałki usypiające. Tak to była taka jakby naturalna strategia obronna, a niezwykły śmiałek pierwszych trzech z nich obezwładnił za pomocą talentu. Tak wyrwał z ich rąk te pistolety na lotki, a następnie cisnął nimi o ścianę, choć jednego z nich najpierw nieco poddusił pokazując jemu własne spojrzenie takie bardzo pełne chęci dominowania. Potrwało to chyba trochę ponad sekundę, a potem cisnął tym konkretnym pracownikiem ochrony tak jak pozostałymi dwoma o prawą ścianę korytarza. Wydarzenie to nie wyglądało chaotycznie, lecz monumentalnie. Potem zaś pojawili się inni pracownicy ochrony w liczbie nieomal dwudziestu i co najważniejsze oni utworzyli te dwie linie strzelców w ułamku sekundy. Niższa linia strzelców klęczała, a wyższa stała i co najważniejsze każdy ze strzelców z tej formacji strzelał zgrabnie w matematycznym znaczeniu tych konkretnych słów. Mimo to Wespazjan wyhamował w locie każdą ze strzałek usypiających.

Bardzo lekko mu to wychodziło, a następnie idący za nim zaczęli miotać strzelcami w pokazie takiej jakby chaotycznej wściekłości. W tym właśnie pokazie zaliczanym do bardzo chaotycznych chyba wszyscy się zatracili na nieco ponad minutę i dlatego też kompletnie nikt się nie przejął tym, że alarm wyje, gdyż ów alarm tak jakby nadgryzający jedwabiste zmysły teraz już niczego nie nadgryzał. Rozbrzmiewał tak jakby nie rozbrzmiewał.

W tym całym chaosie pojawił się ktoś jeszcze, a dokładniej to znalazło się tam chyba dwóch utalentowanych ze stronnictwa Agaty. Najprawdopodobniej jeden z nich był odmieńcem, który wykazywał się rozbudowanym talentem do poruszania przedmiotami, a drugi w wybitny sposób maskował jego i własną obecność, czyli dla wszystkich byli oni jak powietrze za nieco uchylonym oknem w korytarzu. Właśnie przez ów okno zaliczane do tych uchylonych od góry wleciało chyba ponad dwadzieścia lotek z pewną wyjątkową substancją. Nie była to substancja usypiająca, lecz wirus przenoszący talent do poruszania przedmiotami. Jednym słowem był to dość dziki dodatek do buntu, chyba bardzo dziki, ale to dzięki temu bunt miał się stać tym bardziej krwistym.

Tak wirus z lotek był też i tym zdecydowanie bardziej dopracowanym, a dokładniej to ten roztwór, w którym się znajdował był także połączonym z feromonami wspaniałomyślności, oraz z tymi, które to powstają właśnie wtedy gdy człowiek ma zaskakująco silną i jednocześnie wspaniałomyślną motywację. Wtedy wiele znaczyło też i to, że Wespazjan wyczuł tamtych dwóch i to tak jakby od początku mieli oni być elementem scenariusza wydarzeń, ale nawet nie zerknął na nich kątem oka.

Specyficznym było wtedy jego podejście do tamtych nie zauważalnych dwóch gości, ale dla Wespazjana liczyło się głównie dotarcie do tego składu z tabletkami zawierającymi talenty, a w składzie w wiekowym obiekcie aktualnie było ponad siedemset tabletek, z czego blisko pięćset wybudzało talent do poruszania przedmiotami. Można to śmiało uznać za setki cennych skarbów, dzięki którym nowi tymczasowi odmieńcy mogli działać przez jakieś kilka tygodni, a to stanowiło problem, bo agencja ludzi nie była gotowa na coś w tym stylu. Raczej nie w tamtych czasach i dlatego jej zarząd miał tylko jeden plan na tego typu wydarzenie. Planem tym było granie na czas. Takie raczej dość niezgrabne granie na czas i to samo w sobie nie było najlepsze. Niemniej jednak to były inne czasy dla agencji ludzi, a dokładniej to wtedy nawet to lekkie wybudzenie jednego lub dwóch talentów było czymś. W tamtych czasach większość śmiałków biorących tabletki poruszało przedmiotami o masie odpowiadającej typowej butelce wody mineralnej. Przedmioty tego rodzaju tylko tak nieśmiało podnosili. Zaś talent do kreowania ognia inicjowany za pomocą tabletek objawiał się czymś na kształt takiego bardzo bardzo niemrawego iskrzenia.

Z tej przyczyny środki zaradcze były raczej dość skromnymi, bo zarząd nie bał się raczej zagrożenia ze strony tymczasowych utalentowanych. Oni wyraźniej obawiali się tego, że nadgorliwy ochroniarz z bronią palną omyłkowo uśmierci bardzo dobrze rokującego śmiałka i wydarzenie tego typu opóźni program o rok lub nieomal dwa lata.

Troska ta była wręcz dziwaczną i dopiero wtedy gdy pojawił się Wespazjan zarząd agencji ludzi zaczął rozważać inną organizację wiekowego kompleksu jeśli chodzi o ochronę wewnętrzną, ale to było coś dość powolnego. Jakąś część pomysłów odrzucono już na wstępie, a inne zamierzano wprowadzić dopiero za nieomal dwa miesiące, gdyż nikt z zarządu nie odczuwał w tamtych czasach presji ku wprowadzeniu kilku dość radykalnych programów powiązanych z ochroną wewnętrzną.

Tak te patenty to istotna sprawa, którą to pominięto z dość wielu przyczyn, z których to niektóre prawie nie miały znaczenia, ale w trakcie pierwszego buntu powiązanego z agencją ludzi Wespazjan zwrócił uwagę na zagadkową ciekawostkę, czyli na lotki, które to dość nagle zainfekowały jego ludzi wirusem do przenoszenia talentów, który to przenosił talent do poruszania przedmiotami za pomocą myśli. Wyjątkowy odmieniec nie był głupcem i szybko skojarzył pewne z detali spraw, a dokładniej to zorientował się, że ktoś z zewnątrz zaingerował w jego bunt, a to rzecz jasna było i niepokojące, ale też dawało zaskakująco wiele cennych możliwości zaliczanych do dodatkowych. Mowa tu konkretnie o dwudziestu dwóch lotkach rozbudzających talenty na stałe. Nazwać to można okazją o wręcz niespotykanych rozmiarach, ale też i problemem, bo zainfekowani mogli zginąć lub przynajmniej przez jakiś czas poważnie chorować.

Chorowanie to miało się zacząć za kolejnych cztery do sześciu godzin. Stanowiło to pewnego typu problem, bo byli to śmiałkowie dość dobrze znoszący działanie tabletek, a dokładniej to dwudziestu dwóch śmiałków, poza nimi byli jeszcze tacy raczej góra średni przyjmujący po jednej tabletce na dobę, a dokładniej to było ich czterdziestu ośmiu.

Może to i dziwne, ale Wespazjan wybrał pięciu silniejszych z tych czterdziestu ośmiu, a dokładniej to tych wyglądających na silnych mieli dla wybitnego śmiałka jeszcze inną zaletę, a dokładniej to każdy z owych miał ten serdeczny wyraz twarzy. Z tymi konkretnymi ludźmi i z Aaronem Wespazjan szybko dotarł do składu tabletek, choć musiał pokonać dwa poziomy budynku i zmierzyć się na dokładkę z pancernymi szafami, które to wyglądały na urodziwe, jeśli chodzi o ten połysk nierdzewnej stali i formę prostej geometrycznej figury. Rzecz jasna tych kilka szaf z pigułkami nie miało opcji takiej jak dodatkowy zamek elektroniczny z ryglem. Zamiast tego były zaledwie zamki składające się z elementów ze stali narzędziowej otwierane ręcznie. Nie były one opcją skomplikowaną i co równie istotne imponowały raczej płynnością działania.

Wespazjan otworzył jednego z owych umysłem tak bardzo bardzo gładko, choć najpierw rozprawił się z pracownikami ochrony, którzy to strzegli tej najistotniejszej szafy metalowej i trzech mniej istotnych. Ochroniarzy owych docisnął do podłogi pomieszczenia wyłożonej jakąś zaskakująco tanią wykładziną biurową. Docisnął ich w taki sposób, że wyraźnie to poczuli, ale z drugiej strony ów dociśnięcie do podłogi nie było też i tym zaskakująco silnym. W tych wydarzeniach chaotycznym okazał się być tylko jeden element, a dokładniej to jeden z pięciu wybranych przez Wespazjana śmiałków do otrzymywania dwóch tabletek zaczął kopać jednego z ochroniarzy, ale nie bez przyczyny. Właśnie w tym konkretnym czasie raczej nic nie działo się bez przyczyny, a to była jedna i dość istotna, czyli ten konkretny ochroniarz trzy dni wcześniej potraktował tego jednego z bardziej wyjątkowych śmiałków pałką. Obił jego dłonie, za to że ten nie chciał poruszyć pewnym dość masywnym przedmiotem na sali treningowej. Osobiście Wespazjan nie widział tego, ale dostrzegł bardzo nieciekawy wygląd prawej dłoni ów śmiałka jakieś dwa dni wcześniej wyglądając przez niewielkie okienko drzwi swojej celi. Widok ten nie był wybitnie tragicznym, ale zadziałał na niego, a dokładniej to na jego wyobraźnię. Dlatego jego wściekłość zaczął powstrzymywać dopiero po piątym kopnięciu.

Powstrzymywanie to miało miejsce po tym jak otworzył główną szafę stalową w gładkim stylu, czyli za pomocą myśli. Następnie tak bardzo precyzyjnie, czyli dłońmi wyciągnął jedno z pudełek zawierających tabletki wybudzające talent do poruszania przedmiotami i podał jemu aż dwie z takowych. Wściekły śmiałek natomiast zaprzestał kopać, choć bardzo chciał kopnąć ochroniarza w bok raz jeszcze. Chciał i to się liczyło, niemniej jednak perspektywa przełknięcia dwóch tabletek jednocześnie była ciekawszą. Przełknął je tak jakby totalnie bez namysłu, a potem w takim stylu wyróżniającym wybitnego wojownika obrócił głową na szyi. Dodatkowo rozejrzał się po pomieszczeniu i myślą pochwycił ochroniarza, którego tak bardzo bardzo nie lubił.

Pochwycenie to było interesującym, bo uniósł go na tyle, że dość sromotnie uderzył o sufit, a potem o podłogę. Tak to było bolesne i to nawet bardzo, ale niestety nie śmiercionośne i co równie istotne ten bolesny cykl powtórzył jeszcze dwukrotnie. Tylko tyle razy się to jemu udało, bo po tych konkretnych razach Wespazjan się w szale przeciwstawił tym kombinacjom, w szale aż nadto krwistym, ale i potrzebnym. Ten konkretny szał nie potrwał zbyt długo i szybko zakończył go telefon stacjonarny, czyli jego aż nazbyt typowy dla biura sygnał, który to był dla wyjątkowego śmiałka bardzo wyraźnym bodźcem do odebrania, takiego bardzo matematycznego odebrania w celu odbycia pierwszej rozmowy, która to miała coś dać. Miała być jasnym komunikatem dotyczącym buntu, buntu tak jakby otulonego błyskami krwistych nut.

Rzecz jasna autorem ów połączenia, czyli tym który inicjował połączenie był szaf Kamila, a dokładniej to ten bystry siłacz ze zdolnością do kreowania ognia z niczego. On miał pewne ograniczenie, a dokładniej to wykreowany ogień mógł skierować tylko przeciwko tym, których dostrzegał własnymi oczyma, a Wespazjana właśnie wtedy nie dostrzegał, ale otrzymał od niego instrukcje zaliczane do wybitnie żyletkowatych. W przeciągu kolejnych dwóch dni miał jemu podarować jeszcze pięćset tabletek do wybudzania talentu do poruszania przedmiotami, uznać w nim nowego szefa obiektu i na dokładkę przysłać przynajmniej trzech zagranicznych gości na pokaz umiejętności. Na dokładkę szef Kamila miał też nie kombinować z próbami odbicia placówki, bo spotka się z brutalnym oporem.

Można to uznać za specyficzne, ale Wespazjan szybko wyraził swoje myśli, a dokładniej to swoje instrukcje wypowiedział ciągiem słów i zajęło to chyba trochę ponad piętnaście sekund, a następnie się rozłączył i to tak dość radykalnie. W tej rozmowie telefonicznej zbrakło nut serdeczności i co równie istotne nie czuł, że popełnił błąd, bo nie popełnił takowego i szybko zajął się bardziej istotnym zadaniem, a dokładniej to zaczął przeliczać tabletki.

Doliczył się dość szybko ponad czterystu tabletek do wybudzania talentu do poruszania przedmiotami. Natomiast w kolejnej z szaf znalazł następne sto dwadzieścia tych samych tabletek. W trzeciej szafie znalazł jeszcze takie małe podłużne fioletowe tabletki wybudzające talent do kreowania ognia, było ich blisko sto i nieomal sto pięćdziesiąt tabletek zaliczanych do małych podłużnych i żółtawych. Te ostatnie wybudzały talent, dzięki któremu można było maskować przedmioty przed utalentowanymi i zwyczajnymi ludźmi. Ostatnia, czyli ta czwarta szafa zaliczana do stalowych i niezwykle trwałych skrywała jedynie dokumentację, której to Wespazjan także zaczął się przyglądać i to niezwykle uważnie, po to by zrozumieć w jakiej sytuacji aktualnie się znajduje, ów przeglądanie danych właśnie wtedy aż nadto go wciągnęło.

Nie dziwnym było to, że ów dane wciągnęły go i to tak bardzo bardzo wyraźnie, ale on nie był jedyną z istotnych postaci powiązanych z ów buntem. Liczyła się także Milena, którą to w okolicy godziny czwartej nad ranem obudził dzwonek drzwi jej domu. Nie był to taki szybki dzwonek, czy też trzy szybkie dzwonki, ale dzwonienie zaliczane do takiego bardzo bardzo natarczywego, które to trwało nieomal pięć minut. Jego autorami byli trzej agenci z tej ludzkiej agencji, ale w pełni ludzcy to oni rzecz jasna nie byli. Mowa tu konkretnie o tym, że tamci trzej od początku byli naturalnymi utalentowanymi z talentem do łamania psychiki ludzkiej i psychiki utalentowanych. Tylko, że ich naturalna zdolność została sztucznie rozbudowana za pomocą wirusa jakieś osiemnaście miesięcy wcześniej. Jednym słowem tamci trzej należeli do pierwszej dwunastki ze swojego typu, a ów dwunastka to co najwyżej resztka ze stu trzech śmiałków biorących udział w eksperymencie. Eksperyment ten był uzasadnionym przynajmniej zdaniem zarządu agencji ludzi, która to chciała by utalentowani z talentem do łamania psychiki mogli robić swoje na odległość, a nie tylko łamać psychikę tym, którzy to znaleźli się w zasięgu wzroku. Tamci trzej mogli łamać psychikę nawet osobom znajdującym się do stu kilometrów od nich samych. Choć najpierw musieli być pewnymi tego, że ich cel znajduje się dostatecznie blisko i co równie istotne skupić się na nim.

W tym konkretnym przypadku, czyli pod domem Mileny i pewni tego, że bunt trwa już od dwóch godzin sprawili, że ich cel tak jakby bezwiednie otworzył drzwi własnego domu, choć najpierw ta bystra laborantka założyła szlafrok i podeszła do drzwi tak jakby nie wiedziała, czy to nadal sen, czy też ów sen się już skończył. Tak to był bardzo dziwny stan, a dowodem na to był wygląd Mileny, która to nadal wyglądała tak, jakby dopiero co uniosła głowę ponad poduszkę. W tym oto stanie zaprowadziła tamtych trzech do własnej częściowo otwartej kuchni i nawet zapytała o to, czy chcą kawy, czy też herbaty. Właśnie wtedy tego typu pytania powiązane z propozycjami wydały się jej typowymi, bo aż nadto dokładnie wpatrywała się w twarze tych mężczyzn, a był to jeden blondyn i dwaj bruneci. Każdy z nich wyglądał z grubsza tak jak profesjonalny dyplomata trenujący na siłowni dwa lub trzy razy w tygodniu. Oni nie byli jacyś przesadnie muskularni, ale tu liczyło się głównie to, że wyglądali na zadbanych, nawet bardzo zadbanych. Na dokładkę każdy miał perfekcyjną fryzurę, każdy mówił płynnie używając fachowej terminologii i każdy miał wyjątkowo ładną skórę twarzy. Wszystko to miało znaczenie choć raczej nie było wybitnie ciekawe, choć jedna informacja się wyróżniała, a dokładniej to jeden z tamtych trzech wspomniał o koledze Mileny z pracy Radku, a dokładniej to powiedział, że Radek blisko siedem godzin wcześniej się zabił we własnym domu używając wyjątkowo zgrabnie działającej trucizny.

Tak ta informacja została przekazana przez tego, który to wydawał się być najsilniejszym z tamtych oto mężczyzn. Milena słuchając tej wypowiedzi upuściła puszkę z kawą, którą to ponownie pochwyciła i to zanim ta dotknęła kuchennego blatu. Był to taki jakby połowicznie smaczny pokaz jej refleksu, ale czy to aż takie istotne. Upuściła kawę i ponownie ją złapała i to tak, że tylko jakieś pięćdziesiąt gram się wysypało. Trudno powiedzieć, czy to zademonstrowanie refleksu było konieczne, ale to się stało.

Dalej zaś ten blondyn zaczął gadać, a dokładniej to trzeci licząc od prawej zaczął nawijać. Wspominając coś o tym, że najwyraźniej ktoś odrzucił zaloty Radka w iście sromotny sposób. Tak dokładnie tych słów użył ten niezbyt miły gość w domu Mileny i dodał iż wie o tym dość dobrze, bo Radek pisał o tym z jakąś przyjaciółką z wirtuala, a dokładniej to zwierzał się komuś. Wspominając o tym, że wybranka jego serca z nim pracuje. Niemniej jednak ów blondyn w swoich teoretycznych dywagacjach nie śmiał zasugerować konkretnej osoby, ale czy to aż takie istotne.

Milena stała wtedy do nich tyłem i co równie istotne przestała wtedy robić kawę, czyli przesypała zaskakująco aromatyczną kawę z kubków do puszki. Kubki schowała do szafki i szmatką starła rozsypaną kawę. „Tak doskonale rozumiem tego typu wypowiedzi i co równie istotne twierdzicie, że to ja odrzuciłam jego zaloty, bo gdyby tak nie było, to nadal bym spała i nie usłyszałabym irytującego dzwonka do drzwi..”.

Chyba w tym oto momencie Milena raczej powinna przegonić tych trzech z własnego domu z jasną deklaracją popołudniowego złożenia adekwatnych wyjaśnień przy obecności prawnika, ale tego nie uczyniła, bo w tym czasie była aż nazbyt ciekawą wielu detali tej specyficznej sprawy, a blondyn z boku dalej mówił. „Istotne, gdyby nie chodziło tu o panią, to byśmy nie postąpili w tak radykalny sposób, ale doskonale wiemy przy kim pani pracowała i dlaczego i dlatego musimy sprawę sprawdzić dyskretnie, elegancko i co równie istotne dostatecznie szybko. Właśnie ten konkretny cel nam przyświeca i dlatego też przyszliśmy do pani nie uzbrojeni, bo nie potrzeba broni do swobodnych rozmów o kimś, kto od dłuższego czasu pracował w nieomal tych samych godzinach, co pani.”.

Ta konkretna wypowiedź była wypełnioną tym jedwabistym spokojem, czyli zabrzmiała tak jakby mówił to ktoś wręcz nieziemsko życzliwy i chyba dlatego Milena wyciągnęła z innej swojej szafki trzy ciekawe w sensie wizualnym szklanki, czyli takie zaskakująco kwadratowe i jednocześnie nieziemsko zgrabne. Te oto szklanki postawiła na kuchennym stole w takim połowicznie radykalnym stylu, a obok owych postawiła ponad litrowy karton soku jabłkowego i dodała, że ma większą ochotę na szczerość właśnie wtedy gdy razem z rozmówcami pije coś słodkiego i ciekawego dla oka.

Na dokładkę wspomniała też coś temu blondaskowi, a dokładniej to oznajmiła jemu wprost, że nie wypije ani kropli, bo nie spodobał się jej sposób w jaki obraca argumentami. Tak ta jej dygresja była tak bardzo, ale to bardzo pozbawioną smaku w tamtych chwilach i to właśnie po tej dygresji Mileny coś się zmieniło. Trudno to nazwać czymś na kształt szczegółu, choć to był szczegół i to wiele znaczący. Mowa tu konkretnie o tym, że jakiś głos odezwał się w jej myślach i ów głos wyraźnie objaśnił jej to, że tamci trzej do jakiegoś stopnia osłabiają jej wolną wolę. Dlatego otworzyła im drzwi tak jakby niemrawo, bez nawet tej drobnej nutki protestu. Było to dziwne, ale i jej otwartość w rozmowie także. Głos, który obnażył Milenie te konkretne detale sprawy był tym lodowato stalowym i co równie istotne nie brzmiał on ani męsko ani kobieco i co najważniejsze rozbrzmiewał tylko w jej głowie tak jakby czas nie istniał. Chyba w ułamku sekundy objaśnił jej prawdę, a dokładniej to jej specyficzni goście byli wzmocnionymi utalentowanymi z talentami do łamania psychiki ludzkiej, oraz psychiki utalentowanych.

Wiele w tym wszystkim znaczyło też źródło tego głosu, który rozbrzmiewał jedynie w jej myślach. Ono najprawdopodobniej było odległe, ale wpływało także i na tamtych konkretnych utalentowanych, a dokładniej to po postawieniu szklanek na stole tamci trzej stali się tak jakby bardzo bardzo rozkojarzeni. Właśnie tak być nie powinno, ale tak faktycznie było i co równie istotne ta ich niemrawość potrwała chyba trochę ponad cztery sekundy. Może nieomal pięć i w tym konkretnym czasie pozornie nic się nie stało, ale gdy ów czas minął, to Milena ujrzała w swoim domu gościa, tego zamaskowanego gościa, który to trochę ponad dzień wcześniej nakazał jej przyspieszenie eksperymentu. Rzecz jasna ten zamaskowany gość nie tylko się pojawił tak nagle, czyli tak jakby zdjął jakąś magiczną czapkę niewidkę. Wiele znaczyło tu też i to, że w ręce trzymał miecz samurajski, taki zaskakująco urodziwy, a ów miecz stał się widzialny dopiero po przeszyciu szyi tego blondasa.

Niespodziewany gość mógłby szybko wyciągnąć ów miecz z jego rany, ale on go tak trzymał przez dłuższą chwilę, a dokładniej to do ułamka sekundy, w którym to pozostali dwaj zrozumieją co się wydarzyło. Pojęli to rzecz jasna dość szybko, a dokładniej to po nieco mniej niż dwóch sekundach. Dla jednych to szybko, ale dla doświadczonych w walce wręcz niezwykle wolno i co równie istotne w tym wszystkim tak jakby zbrakło gracji i to aż za bardzo, bo najsilniejszy z utalentowanych w garniturach zaczął walkę z zamaskowanym Danielem i to w taki narowisty sposób. Tylko że nasz zamaskowany odmieniec spodziewał się tego typu ataku i właśnie dlatego bez większego trudu uniknął trzech ciosów cofając się o ponad jeden krok. Było to i może z lekka bojaźliwe, ale też i potrzebne.

Jeśli zaś chodzi o Milenę, to ona przed rozpoczęciem ów walki zdążyła już napełnić dwie z trzech kwadratowych szklanek sokiem i z jednej z owych wylała ten sok i to wprost w oczy tego trzeciego utalentowanego w garniturze. Dodatkowo rzuciła jemu jedną z tych niezwykle urodziwych szklanek w twarz, ale na tym nie zaprzestała, bo na stole stały także pieprzniczka i solniczka. Obydwie kwadratowe i wykonane z bardzo uwodzicielskiej, nierdzewnej stali. Właściwie to były one tymi niesamowitymi ozdobami dodającymi urody tej konkretnej kuchni, która to tylko w centralnej części była wybitnie nowoczesną. Niemniej jednak właśnie teraz uroda centrum tej połowicznie otwartej kuchni była bez znaczenia, bo Milena zaskakująco szybko otworzyła pieprzniczkę, a jej zawartość odruchowo i aż nazbyt chaotycznie wysypała na czerep tego, którego wcześniej oblała sokiem i to było jeśli chodzi o nią aż nazbyt genialne.

W tym samym czasie zamaskowany Daniel prawie zakończył swoją walkę, bo już powalił tego najsilniejszego niespodziewanego gościa w garniturze i to rzecz jasna nie wystarczyło, bo chwycił go za głowę, a niespełna sekundę później wykręcił ów głowę tak jakby niszczył lalkę idealną. Z wręcz chorą zaciętością, na którą to bystra laborantka praktycznie nie zerknęła, gdyż sięgała po krzesło, po to by uderzyć tego, którego już polała sokiem i obsypała pieprzem. Ten doprawiony zapewne oberwał by jeszcze krzesłem, ale tak się nie stało, bo Daniel był szybszy, a dokładniej to wyciągnął ten swój imponujący miecz z szyi blondasa i chyba trochę ponad sekundę później ściął głowę temu doprawionemu pieprzem. Uczynił to tak bardzo bardzo precyzyjnie i to bez tej grzmiącej wściekłości. Uczynek ten, choć bardzo krwisty nie był oplutym sromotnym gniewem, bo i nie mógł być takowym. Atak owy powiązany ze ścięciem był chyba tylko zaskakująco szafirowym, przynajmniej z perspektywy Daniela.

Problem w tym, że jego perfekcja raczej nie spodobała się Milenie, gdyż wprost na jej twarz spadło siedem lub osiem sporych kropli krwi i to właśnie tak jakby psuło obraz perfekcji, bo spora kropla krwi wpadająca do oka to nic miłego, to raczej coś nieziemsko irytującego, bo na dokładkę to w tym momencie uświadomiła sobie jedno. Właśnie do czegoś w tym stylu musiało doprowadzić to jej dążenie do postępu, czyli ta pierwsza dość niewinna rozmowa z Kamilem. Gdyby do niej nie doszło, to i tamci trzej nie pojawili by się w jej domu i to o czwartej nad ranem, czyli wtedy gdy dopiero zaczynało robić się widno. Na dokładkę Milena zrozumiała przynajmniej jedną ze spraw dodatkowych. Tamci trzej najprawdopodobniej zabili Radka i to w taki dość niesmaczny sposób. Mowa tu o upozorowaniu jego samobójstwa, a przyczyną takowego była ona, czyli jej rzekome odtrącenie Radka. Było to dość smutne i zarazem szybkie przemyślenie sobie tych aż nazbyt krwistych spraw, a dalej chyba musiało stać się jedno, a dokładniej to musiała uciec z nowym kolegą w dziwnej masce, bo jedynie on wydawał się być dostatecznie brylantowym ratunkiem przed tym trybikowatym gniewem członków agencji ludzi.

W tym wszystkim wiele znaczyło też i to, że Daniel nie miał zamiaru czekać, a dokładniej to szybko powiedział Milenie o tym, że po tych trzech przyjdą kolejni, a on nie chce czekać na kolejnych siepaczy. Tak to rzecz jasna ujął i co równie istotnie nie przymusił jej do wyjścia z domu i do skierowania się do jego auta. Czegoś takiego nie powiedział, ale wspomniał o tym, że dość blisko może być druga ekipa, czyli wsparcie tych konkretnych trzech. Trudno dokładnie powiedzieć, czy tak faktycznie było, ale po usłyszeniu ów wzmianki Milena bardzo szybko się ubrała i wrzuciła do dość dużej tekstylnej torby rzeczy, które to mogą się jej przydać poza domem, a Daniel w tym czasie za pomocą ręczników papierowych wytarł swój miecz z tej nieomal piejącej krwi, czyli ten miecz, który to prezentował się nieomal tak jak dzieło sztuki i poczekał na nią przez te trzy może cztery minuty.

W tym czasie nie pozostał tak jakby kompletnie bezczynnym, a dokładniej to uważnie przyjrzał się blatom kuchennym w tej częściowo otwartej kuchni i co równie istotne bardzo szybko dostrzegł płytę gazową i taki niezbyt nowy toster w obudowie z białego pożółkłego plastiku. Te konkretne detale szybko podsunęły jemu ciekawy pomysł, a dokładniej to pomysł z notatnika agresywnie działającego dywersanta. Realizacja ów pomysłu polegała na odsunięciu blatu kuchennego i trzech niezbyt masywnych szafek, po to by dotrzeć do tego wężyka, który to doprowadzał gaz do płyty gazowej. Nie chciał ów wężyka odkręcić już na samym początku, bo najpierw musiał zrobić coś dość istotnego, a dokładniej to chyba jakieś dwadzieścia odcinków papierowego ręcznika zwinął w rurkę, czy też w tubę. Wszystkie te tubki powtykał do tostera, a na owe położył notatnik kuchenny Mileny.

Bardzo ciekawy to patent, choć Daniel uczynił także jedno, a dokładniej to tak jakby na dokładkę zakręcił gaz w odcinku powyżej elastycznej rurki gazowej, bo był tam zawór w bardzo dobrym stanie technicznym. Dalej odkręcił wężyk od płyty gazowej i gdy to robił to Milena już wchodziła do swojej częściowo otwartej kuchni gotowa na wyjazd i zapytała „A co to ma znaczyć?”.

Jej pytanie w tej konkretnej chwili było zrozumiałe, a dokładniej to nie wiedziała, co dalej ma się wydarzyć. Natomiast zamaskowany Daniel dostarczył jej dostatecznie wiele cennych wyjaśnień, o których to zaczął nawijać nieomal tak jak maszyna. „W pewnym sensie nie dziwi mnie to, dlaczego mnie pytasz w taki właśnie sposób, bo niebawem spalę twój dom. Tak to bardzo bardzo wredny uczynek, ale gdybym tego nie uczynił, to agencja ludzi za szybko by zrozumiała jedno, a dokładniej to zrozumieli by to, że twoje ciało nie jest jednym z tych trzech. Lepiej będzie dla ciebie, jeśli połapanie się w detalach sytuacji zajmie im dzień lub kilka, bo tyle potrwa podróż do miejsca zaliczanego do bezpiecznych. Może i z lekka specyficzne to podejście, ale tak robią dywersanci i szpiedzy na całym świecie, a ty już sporo wiesz o utalentowanych i o wirusach do przenoszenia talentów. W związku z tym martwią mnie dwie sprawy, takie dość istotne. Ewentualny pościg agencji ludzi jest jedną z nich, ale jest też i druga, czyli ta mroczna frakcja utalentowanych. Właśnie ci trzej martwi przynajmniej wiedzieli o istnieniu owej lub chcieli ją prześcignąć i dlatego też trzeba uciekać i to nie tylko po to byś przetrwała. W trakcie ucieczki dam ci też nagrodę pod postacią informacji i tylko wtedy. Wybieraj!”.

W tej wypowiedzi wiele znaczyło też i to, że ostatnie ze słów Daniel wypowiedział takim jakby połowicznie żyletkowatym tonem i uprzednio zdjął swoją maskę odsłaniając twarz, która to była tak bardzo bardzo odpychającą w sensie wizualnym, ale tu czynnikiem przyciągającym były informacje i to te lśniące czymś na kształt magii szafirowego dżemu. Chyba to właśnie dzięki tym informacjom Milena wypowiedziała takie aż nazbyt jedwabiste tak i dodatkowo nakazała Danielowi odkręcenie gazu, a w trakcie odkręcania on tak dość niedbale wyjawił jej własne imię. Ona zaś w trakcie jego wyjawiania ustawiła toster, a dokładniej to nastawiła w owym timer, a następnie obydwoje nieomal pobiegli w stronę drzwi wejściowych, wyszli i co równie istotne ona przynajmniej przez prawie dwie sekundy udawała, że zamyka drzwi od domu lub faktycznie je zamknęła. Wtedy gdy to robiła to torba stała pod drzwiami przez nieomal dwie sekundy. Właśnie po tym czasie podniosła torbę i obydwoje poszli w stronę samochodu, czyli w stronę kanciastego auta typu coupe o kolorze szaro niebieskim, takim jakby z lekka matowym. Było to wiekowe, ale też i zaskakująco zwinne auto, które nie pociągało, jeśli chodzi o wygląd, ale to chyba dobrze.

Milena tak bardzo szybko, ale też i dokładnie włożyła swoją pośpiesznie spakowaną torbę do bagażnika i co równie istotne nie trzasnęła klapą owego, tylko zamknęła go tak, jakby stosowała się do jakiejś bardzo wiele mówiącej instrukcji, a następnie tak bardzo bardzo swobodnie wsiadła na miejsce przedniego pasażera i dostrzegła to, że Daniel odłożył swój miecz wraz z innymi sprzętami niezbędnymi do walki na tylną skromnych rozmiarów kanapę. Najprawdopodobniej zrobił to i szybko i dość niedbale, ale czy to aż takie istotne. Chyba bardziej liczyło wtedy się to, że ruszył tak jakby połowicznie agresywnie, po tym jak Milena zapięła pas bezpieczeństwa i zaczął się szykować do dość długiej gadki.

Zaczął od tego, że do wybuchu raczej nie dojdzie, choć w takim bardzo swoim stylu. „Twój dom jedynie się zacznie fajczyć, choć dzięki pomocy tostera i odkręconej rury z gazem będzie to dość widowiskowe i być może pojawią się tu takie malutkie wybuchy, takie jakby pierdnięcia, które rzecz jasna obudzą sąsiadów, ale nie spowodują dodatkowych szkód i to właśnie ze względu na to, że dom najbliższych sąsiadów jest oddalonym o nieomal trzydzieści metrów.”.

Właśnie wtedy gdy Daniel skończył mówić tę konkretną kwestię rozpoczął się ten zaskakująco agresywny pożar, a dokładniej to Milena dostrzegła, że płomienie wystrzeliły przez jej kuchenne okno. Dostrzegła to w lusterku wstecznym tego nudnego coupe i co równie istotne ten początek bardziej agresywnego pożaru objawił się w aż trzech takich wysunięciach ognistego jęzora, które to dostrzegła bystra laborantka. Każde z owych wysunięć ognistego jęzora przez okno kuchenne było powiązane z zakręceniem się płomienia ku górze, a zakręceniu temu niewiele zabrakło do spirali. W lusterku wstecznym rzecz jasna dostrzegła to od prawej, choć to ostatnie trzecie liźnięcie płomienia było dla Mileny już bardzo słabo dostrzegalnym i to ze względu na to, że auto szpetnego odmieńca już się znacząco oddaliło.

Być może i w normalnych okolicznościach te strzelające jęzory ognia byłyby dla Mileny o wiele bardziej złowrogimi, ale w mniej niż minutę samochód Daniela znacząco się oddalił od rozpoczynającego się pożaru i co równie istotne on oddalał się zgodnie z przepisami i na dokładkę dość swobodnie. Tak to było bardzo bardzo istotne, bo gdyby odjeżdżali z piskiem opon, to najprawdopodobniej zwrócili by na siebie czyjąś uwagę.

W tym wszystkim chyba najbardziej liczyło się to, że Daniel zaczął tak swobodnie wypowiadać się i to zaraz po założeniu takich sporych okularów, które to wyglądały na korekcyjne. „Twój śmiałek jest jedną z ciekawszych osobistości w tych czasach, a dokładniej to już dwa talenty wybudziły się w jego ciele tak zaskakująco gładko. Niektórzy nawet twierdzą, że z łatwością rozwinie we własnym ciele kolejnych osiem. Tak to niebywałe i dlatego agencja ludzi chce nad nim w pełni zapanować, ale nie tylko oni. Jeszcze przynajmniej dwie frakcje chcą przejąć kontrolę nad jego poczynaniami i właśnie dlatego nie udało mi się uchronić jego rodziny. Ktoś była zaledwie nieco szybszy, a dokładniej to był jeden z naturalnych utalentowanych z mrocznej strony. Sługus mrocznych mistrzów. On wyprzedził mnie być może o te trzy minuty, ale tyle wystarczyło, bym nie mógł ich uchronić i dlatego też zająłem się wyłącznie ratowaniem ciebie.”.

W tym konkretnym czasie opowieść Daniela nie była dostatecznie smaczną dla Mileny, ale jemu nie przerywała i co równie istotne tak jakby jedwabiście go ponagliła mrugając obydwoma oczami tak dość epicko, a on po mniej więcej trzech sekundach dalej gadał. „Ja mam zdolność do wykrywania chęci popełnienia krwistej zbrodni, ale ta zdolność w moim przypadku nie funkcjonuje dostatecznie dobrze, a dokładniej to mam ową od niezbyt długiego czasu i co równie istotne opanowałem ją w stopniu minimalnym. Pozwolę sobie nie wspominać o tym, jak dokładnie otrzymałem ów dar, bo ta opowieść jest jak stary biblijny testament i by ją pojąć trzeba dostatecznie wyraźnie nasiąknąć realiami typowymi dla odmieńców i utalentowanych. Brzmi to specyficznie nie wątpię, ale gdybym bardziej wyraźnie opanował ten talent do dostrzegania krwistych uczynków, to jego bliscy by przetrwali. Nie wiem, czy tak gadając wzbogacam twoją wiedzę w dostatecznie smaczny sposób, ale teraz tak jakby kicham na smak, bo liczy się to, by informacja trafiła, tam gdzie powinna.”.

Tak, tu także nastała ta dość osobliwa przerwa i co równie istotne nie potrwała dostatecznie długo. „Wchodząc do domu jego rodziny szybko pojąłem to, że jest tam bardzo bardzo cicho, a wszedłem tam nie dalej niż trzy godziny temu. Wspominając w tym momencie o ciszy mam na myśli taką emocjonalną pustkę, emocjonalną czarną dziurę, która to jest dziwadłem, bo zazwyczaj w okolicy domów zwyczajnych ludzi odczuwa się swoiste ciepło zrozumienia, a tu czegoś w tym stylu niestety zbrakło. Wystarczyło, bym włączył światło w trzech pomieszczeniach na górnej kondygnacji, po to by odkryć przyczynę. Być może po odkryciu ów przyczyny na dokładkę powinienem się zająć czymś takim, jak próba reanimacji, ale to byłaby raczej tylko strata czasu, gdyż wiedziałem, że nie mogę uczynić nic istotnego, czyli gdybym zrobił coś zaskakująco pięknego, to ty byś nie przetrwała. Bardzo słabe to wytłumaczenie własnych poczynań, ale jestem odmieńcem z pewną liczbą talentów i muszę się skupić na tym, co ma znaczenie kluczowe w świecie utalentowanych.”.

Rzecz jasna to nie dziwne, ale w tym oto momencie dodała coś od siebie Milena. „Nie wiem czy powinnam ci tak żarliwie dziękować, czy też wręcz przeciwnie, bo chyba uczyniłeś wyłącznie to co konieczne, choć z drugiej strony wykazałeś się ludzką wspaniałomyślnością ratując mnie. Być może za jakiś czas nagrodzę to, ale jeszcze nie wiem jak to zrobić i kiedy dokładnie. Jeśli zaś chodzi o jeden z twych talentów to domyślam się, że dostrzegasz krwiste żądze, ale to nie wszystko, czyli ów talent pozwala też ci dostrzegać zdrowe relacje ludzkie jako coś na kształt jedwabistego tła, a krajobraz po zbrodni jawi ci się chyba czymś na kształt aż nazbyt czarnego aksamitu. Muszę przyznać, że jest to osobliwe, choć tu nie chodzi zapewne o dostrzeganie oczyma, lecz o to dostrzeganie sferą emocjonalną. Uznaję to za ciekawy dar, o którym to nie słyszałam chyba nigdy. Na dokładkę pozwolę sobie do powrócenia do tego co kluczowe, a dokładniej to ratujesz mnie i to dla mnie jest ciekawe, nawet bardzo ciekawe. Być może to i drobiazg, ale jeśli ja wymagam ratowania, to Wespazjan i jego bunt raczej nie lub jego bunt tak jakby stabilizują inni twoi przyjaciele. Robią to tak jakby po części, czy też tymczasowo, albo wybitnie dokładnie.”.

Właśnie ten moment rozmowy można uznać za ciekawy i to bardzo. „W pewnym sensie masz rację, jeśli chodzi o jeden z moich talentów, ale nie nadgryzę tego tematu bardziej wnikliwie. Jednym słowem o szczegółach funkcjonowania tego talentu dowiesz się więcej za jakiś czas, ale jeszcze nie w tej chwili, bo nie chcę teraz zbytnio ryzykować. Jeśli zaś chodzi o bunt twojego unikatowego śmiałka to tu także muszę milczeć, bo w świecie utalentowanych niestety trzeba wiedzieć dostatecznie wiele, ale nie zbyt wiele, a Ty w umyśle możesz poskładać zbyt wiele elementów układanki do kupy i to mi się do jakiegoś stopnia nie podoba. Nie podoba mi się to właśnie ze względu na to, że gdyby twoja wiedza trafiła do wrogiej mi frakcji, to byś zaszkodziła i mi i moim ludziom dość szybko.”.

Ta konkretna wypowiedź nie była kontynuowaną i to ze względu na to, że Milena dodała kilka zdań od siebie. „Nadal nie jestem przekonaną co do tego, czy powinnam ci podziękować za ratunek w jakimś imponującym geście, bo z tego co mówisz jasno wynika, że ratowanie mnie jest elementem rozgrywki. Dlatego też precyzyjnie jedziesz do jakiegoś celu nie wyróżniając się na drodze. Faktycznie jest to zastanawiające, ale zastanawiającym była też i ta moja kilkudniowa nieobecność w pracy przed buntem i wiele z detali owej. Jednym słowem trochę się niestety narobiło i co równie istotne mój powrót do życia minionego jest raczej opcją nierealną. To tak wiele problemów i detali, że dosłownie głowa pęka.”.

Daniel odpowiedział jej w taki dość specyficzny sposób. „Mieszanie się do spraw utalentowanych i odmieńców może przynieść te bardzo bardzo nieoczekiwane skutki, wiele z nich jest skrajnie negatywnymi, ale są też i te nadzwyczaj pozytywne. Ja jeszcze kilka lat temu byłem głupcem o przeciętnej urodzie, który to chciał zostać oficerem w armii. Trudno powiedzieć, czy marzenia te są typowymi, czy też dziwnymi, ale takie właśnie miałem, a dziś mam kilka talentów i do tego realizuję dość niebezpieczne misje. Jednym słowem moje marzenia się spełniły do jakiegoś stopnia, choć ów ziszczenie nie ma smaku, który sobie wymarzyłem kilka lat temu. Być może to jest do jakiegoś stopnia problemem, ale raczej średnio się tym przejmuję, bo wiem jedno, a dokładniej to już od jakiegoś czasu dysponują talentami, które to po ustabilizowaniu się sytuacji pozwolą mi spełniać marzenia. Niemniej jednak i moje marzenia stale się tak jakby nieco zmieniają i po pewnym czasie ich wygląd jest już raczej różnym od pierwotnego, ale raczej nie sądzę, że to źle, bo inaczej widzę świat od zakończenia pierwszej modyfikacji i wygląda też na to, że będę miał jeszcze kilka modyfikacji. Nie wykluczam też i tego, że ty zyskasz jeden, czy też dwa talenty, bo według mnie już teraz masz w sobie to coś.”.

Problem w tym, że Daniel używając słów „To coś” nie był precyzyjny, a dokładniej to zakończył wypowiedź w miejscu, w którym to powinien rozwiać pewną ilość wątpliwości i dlatego też Milena wtrąciła swoje. „Na chwilę obecną straciłam dom, który to odziedziczyłam, masę rzeczy osobistych, reputację, znajomych i możliwość dalszego rozwoju w zawodzie. Dla mnie to bardzo bardzo wiele znaczące minusy i chyba dlatego powinnam zapragnąć trzech talentów. Tak to specyficzne podejście do tego typu kwestii, ale zysk powinien dla mnie równoważyć stratę, a nawet przewyższać ową. Tak to rzecz jasna postrzegam, choć moje podejście do zysku może ulec zmianie, a dokładniej to zyskać muszę możliwości, a nie środki finansowe i co najistotniejsze muszą to być ciekawe możliwości. Widzę je rzecz jasna w talentach, ale by zyskać choć jeden z nich, to muszę najpierw dać się zainfekować tym wirusem przenoszącym talenty. Jednym słowem jeśli ów możliwość istnieje i to właśnie dla mnie, to raczej wieziesz mnie do miejsca, w którym eksperymentują z tego typu wirusami. W miejscu owym moja wiedza i doświadczenie nie tylko się przydadzą. W tym właśnie miejscu najprawdopodobniej zyskam i talenty i więcej znaczącą wiedzę.”.

Tu odpowiedź Daniela była raczej dość gładką. „Dobrze, że widzisz w tym wszystkim pozytywy, a dokładniej to dostrzegasz atrakcyjne możliwości i tylko wątły cień straty. Właśnie na tym polega to pozytywne myślenie, ale samo pozytywne myślenie nie każdemu wystarcza, bo będziemy jechać do tego lepszego miejsca jakieś cztery do pięciu dni, a to stanowi pewnego rodzaju problem, bo po drodze możemy spotkać kogoś z mrocznej frakcji. Tamci z mrocznej frakcji panoszą się po świecie tak jak hieny po cmentarzu, stale gotowi na bardzo chaotyczne wyrywanie ciekawych kąsków. W ten chaotyczny i zarazem bardzo krwisty sposób nieomal mnie zniszczyli, a dokładniej to prawie zmienili mnie w warzywo, w taki jakby worek ciekawych próbek. Brzmi to nawet bardzo nieciekawie, ale jakoś udało mi się uniknąć dość nieciekawego losu. Uniknąłem takowego właśnie dzięki działaniom mojej obecnej frakcji, z którą to teraz współpracuje. Ta frakcja jest rzecz jasna niewielka, choć z drugiej strony wielkość nie zawsze daje dostatecznie wiele. Chyba ważniejszym elementem jest unikatowość. Mówię tu dokładnie o tym, że talenty są nie tylko różnymi jeśli chodzi o ich rodzaj. Zróżnicowanie tkwi też i w tym jak się rozwijają, a to ich rozwijanie się zależy od siły psychicznej, fizycznej i od wspaniałomyślnego źródła motywacji.”.

Właśnie w tym momencie Daniel zaczerpnął nieco powietrza i to zajęło jemu jakieś trzy sekundy lub tylko trochę dłużej. „Tak wspaniałomyślna natura motywacji to chyba ten najważniejszy z elementów i co równie istotne rola tego typu motywacji jest wyjątkowo istotną, bo dzięki niej śmiałkowie stający się odmieńcami stają się owymi w sposób przewidywalny, a dokładniej to nie odmieniają ich prymitywne instynkty, takie jak chorobliwa żądza władzy. Tego typu żądza to rzecz jasna bardzo duży problem, bo nie od dziś pewnym jest to, że pieniądze i powiązana z nimi władza kuszą. Motywowani w nie czysty sposób ulegają takim właśnie niesmacznym instynktom i to w zaskakująco sromotny sposób. Poznałem już wiele tego typu przypadków i co najważniejsze, chyba ani jeden z nich nie był powiązany z otrzymaniem drugiego talentu. Drugi w ich przypadku, czyli w przypadku tych niesmacznie odmienionych uczyniłby ich jedynie gorszymi.”.

Tutaj właśnie pojawił się pewnego rodzaju zwrot w rozmowie, a dokładniej to ten zwrot zapoczątkowała Milena w specyficznym dla siebie stylu. „Jeszcze wczoraj kierowała mną pewna istotna chęć, a dokładniej to chciałam dokonać tego naukowego przełomu. Nagięłam nawet firmowe zasady, po to by osiągnąć coś, co wydało się mi bardzo bardzo niezwykłe. Dlatego też myślę, że muszę odmienić naturę własnej motywacji, co może się okazać trudne lub nawet zaskakująco trudne. Mowa tu konkretnie o tym, że muszę odmienić swoją motywację dla frakcji, której to jeszcze nie poznałam i to w kierunku wspaniałomyślności. W tym aspekcie tkwi dla mnie spore wyzwanie, bo tu nie chodzi tylko o zmianę sposobu myślenia. Dodatkowo muszę poznać tę frakcję, czyli wielu utalentowanych i odmieńców, po to by zrozumieć, co nimi kieruje. Może to potrwać nie miesiące, ale lata i dopiero po tym czasie będę gotową na pierwszy z talentów. Powinieneś w tym momencie powiedzieć coś o tym, bym tych wszystkich utalentowanych zaczęła poznawać, po to by stać się jedną z nich, ale jedynie słuchasz tej dość chaotycznej wypowiedzi. Być może jest to miłe i potrzebne, albo powinieneś mnie twardo nakierować i chyba to właśnie to byłoby o wiele lepsze od samego słuchania.”.

Nie da się ukryć też i tego, że w tym konkretnym momencie coś istotnego od siebie dodał Daniel, a dokładniej to dłużej wypowiedział się o pewnych sprawach. „Moim zdaniem to jesteś dostatecznie unikatowa, na przyjęcie wirusa, który to da ci talent. Jeśli zaś chodzi o wspaniałomyślną motywację, to wspomnę ci jasno o tym, że przestawienie się na takową w pełni musi być w znacznym stopniu naturalne. Kluczowe znaczenie ma też i to, że trzeba także najpierw w pełni pojąć naturę własnej motywacji i oszacować, czy jest jedwabiście wspaniałomyślną, czy też nie. Wiem, że brzmi to osobliwie, ale w tego typu przypadkach z prostszą naturą motywacji jest tak jakby prościej. Jednym słowem im mniej trzeba ustalić tym lepiej. Zawiłość bywa tu rzecz jasna wrogiem, ale czy to aż tak ważne. Liczy się głównie to przeanalizowanie własnej postawy i wyciągnięcie trafnych wniosków, bo natura motywacji ma kluczowe znaczenie. Z tym, że po zainfekowaniu i tak będziesz chorować i to chyba przez minimum jakieś cztery lub pięć dni. Nawet w przypadku talentu do uzdrawiania, który to przyjmuje się dość dobrze na tle innych.”.

Tak po tej konkretnej wypowiedzi Daniel zerknął w bok, raczej na nieco mniej niż sekundę i rzecz jasna dostrzegł rodzinę w takim jakby grubaśnym aucie rodzinnym, czyli taką szczęśliwą rodzinę, która to jechała lub wracała z wycieczki. Widok ten był dla niego czymś na kształt tabletki uspokajającej i co równie ważne w trakcie zerkania na tamtą rodzinę nieco skręcił w bok, a dokładniej to nieco wtargnął na inny pas ruchu. Milena zareagowała na ten błąd szpetnego odmieńca i skontrowała jego bezwiedny manewr tak jak należy. Na dokładkę wspomniała o tym, że jedzie za nimi jakiś jasno szary, taki z lekka mleczny sedan zaliczany do kompaktowych.

Daniel skoncentrował wzrok na owym i wspomniał coś o tym, że zjedzie w bok, po to by się przekonać, czy pojadą za nimi. Wspominając o zjeździe w bok miał raczej na myśli drogę dwupasmową zaliczaną do lokalnych. Ta droga była bardziej krętą, prowadziła także przez pewną ilość wsi i co równie istotne w jej przypadku śledzenie było bardzo utrudnioną sprawą. Mowa tu o tym, że niekiedy ta droga ostro zakręcała za pojedynczymi wiekowymi budynkami. Tak to raczej dość dziwny wyróżnik drogi lokalnej, ale nie było to takie totalnie dziwne, bo to był odcinek północny, który to odchodził w bok na jakieś czterdzieści kilometrów i na dokładkę drogę tę poprowadzono przez o wiele trudniejszy teren. Właśnie tam słabiej doświadczeni kierowcy piłowali hamulce z dość chorobliwą zaciętością i co równie istotne na pewnych odcinkach tej drogi można było zrobić zasadzkę zaliczaną do zaskakująco gładkich. Zasadzkę, której to chyba nikt by nie dostrzegł ze względu na tajemniczo wyglądające zalesienie w wielu miejscach.

Zalesienie w jednym z miejsc stało się dla Daniela aż nazbyt inspirującym do zatrzymania się z boku, czyli właśnie tam gdzie pobocze na odcinku chyba jakichś dwunastu metrów miało szerokość typowego miejsca parkingowego. Tę konkretną szerokość miało rzecz jasna za jednym wiekowym i szerokim drzewem i za taką jakby serią trzech krzewów, o które to łatwo można było się otrzeć bokiem auta i to zwłaszcza wtedy gdy mijało się tam z innym samochodem.

Za ów roślinnością Daniel się zatrzymał i to w takim totalnie dynamicznym stylu, choć najpierw sprawdził jedno, czyli tę jedną sprawę sprawdzał kilkukrotnie. Mowa tu dokładnie o tym, czy ten taki szaro mleczny kompaktowy sedan nie jest zbyt blisko. Sprawdzanie to miało chyba te cztery lub pięć bardzo szybkich etapów i co równie istotne po tych etapach bardzo gwałtownie zaparkował na poboczu, czym zaskoczył Milenę połowicznie szykującą się na dość dynamiczną akcję, a po ów zaskoczeniu stał już ze swoim mieczem na jednym z pasów ruchu.

Wyjście z samochodu z tą bronią i zajęcie tej pozycji zajęło jemu chyba trochę ponad sekundę. Tak dokładnie tyle totrwało, a następnie na asfalcie czekał na tamten kompaktowy sedan. Czekał tak jakby był jakimś niebywale sprytnym wojownikiem, choć trudno jasno stwierdzić, czy faktycznie był takowym, bo tu pewnym było tylko to, że liczy na swoisty efekt wow. Ten konkretny efekt miał Danielowi zapewnić kolega z frakcji, czyli naturalny utalentowany, który to potrafił sporo. Jednym z jego talentów była zdolność do ukrywania i ludzi i przedmiotów, a druga ze zdolności była powiązana z czytaniem myśli osób, których sferę emocjonalną poznał dobrze lub przynajmniej akuratnie. Ten konkretny utalentowany przyjaciel z dystansu lepiej zamaskował Daniela, ale tylko na te blisko trzy sekundy, czyli akurat na tyle, by nagle pojawił się te kilkanaście metrów przed maską niepozornego sedana.

Niespodzianka ta była wysoce ryzykowną, mało smaczną i totalnie chaotyczną, ale zadziałała i to tak jak powinna, a dokładniej to kierowca ów pojazdu nagle i bardzo agresywnie skręcił w lewo w stronę tego dość błotnistego, miękkiego pobocza, za którym to znajdowała się taka dość łagodna skarpa usiana drobnymi drzewkami, trawą i młodymi krzewami, które to tworzyły pas roślinności o szerokości jakichś ośmiu może dziesięciu metrów. Dalej rzecz jasna rosły o wiele bardziej okazałe drzewa, w które to nie uderzył ten konkretny sedan. On zatrzymał się jakieś dwa, może trzy metry przed nimi i przedni pasażer wysiadł zaraz po zatrzymaniu. Na jego twarzy malował się taki jakby piekielnie smolisty gniew, którego to naturę można by było zgłębiać przez kilka godzin i to ze stale otwartymi oczyma.

Tylko, że Daniel nie chciał zgłębiać stanu umysłu tego kogoś, bo bardzo szybko pojął, że jest to utalentowany. Zorientowanie się w tej oto prawdzie nie było czymś zaskakująco trudnym, bo tuż po wyjściu tak jakby otworzył własne dłonie, choć nie uniósł owych tylko tak jakby trzymał nieomal na wysokości pasa, a gdy już zaczął się tak niezbyt pośpiesznie zbliżać do Daniela, to przed ów dłońmi zaczęły formować się takie dość krwiste ogniste kule, ale szpetny odmieniec nie pozwolił by stały się one większymi od piłek tenisowych, a dokładniej to rzucił w tego wściekłego utalentowanego swoim uwodzicielskim mieczem nagle, pewnie i z taką bardzo brylantową perfekcją i co równie istotne przebił jego serce chyba tak jak maszyna zaskakująco brylantowa. Działająca gładko, adekwatnie i szybko, działająca po to by w sposób aksamitny chronić.

Pełna charakterystyka ochrony w wykonaniu Daniela polegała też i na tym, że potem szybko zbliżył się do tamtego wrogiego utalentowanego, wyciągnął z jego ciała własny miecz i na dokładkę ściął mu głowę. Wydarzenie to było tak bardzo bardzo chaotyczne i do jakiegoś stopnia nawet wybitnie krwiste, czyli chyba w trochę ponad dwie sekundy ów wrogi utalentowany zdolny do wytwarzania ognia z niczego stracił życie, ale nie był on tu jedyną wrogą postacią, a dokładniej to pozostał jeszcze kierowca, który to wyszedł z tego kompaktowego sedana zaliczanego do mleczno szarych w sposób o wiele bardziej dyskretny, a dokładniej to wyszedł poprzez drzwi kierowcy i wtedy gdy Daniel walczył z jego pasażerem ten w sposób zgrabny skrył się za tylną lewą ćwiartką pojazdu szykując się do zaskakującego ataku.

Problem tkwił jedynie w tym, że kierowca miał inny talent, a dokładniej to mógł on jedynie wytwarzać iluzje w umysłach. Bardzo bardzo ciekawa to zdolność i co równie istotne byłaby raczej niezwykle pomocną, gdyby jego partner zdolny do wytwarzania ognia za pomocą myśli nadal żył, ale w tej konkretnej sytuacji było już po nim i tego nie dało się już odkręcić. Właśnie dlatego twórca iluzji stworzył mgłę, która to była widoczną tylko dla Daniela. Ta konkretna mgła była gęsta, pojawił się nagle i to w taki bardzo nie naturalny sposób i co równie istotne ów mgła tak jakby podstępnie gryzła zmysły sprawiając, że Daniel zamykał oczy w dość nieprzewidywalny sposób, bo czuł się wówczas dość specyficznie, tak jakby jakaś substancja chemiczny szczypała go w oczy i dodatkowo wywoływała podrażnienia nosa, ale czegoś takiego wtedy nie było. Dokładnie wtedy Daniel wbił swój urodziwy miecz w błotnisty grunt pobocza i co równie istotne tak bardzo bardzo delikatnie pocierał własny nos i oczy. To konkretne pocieranie tak jakby coś dawało, bo na jakiś czas pozbywał się z twarzy tego specyficznego, tak jakby iskrzącego swędzenia, które było dziwnym, nawet bardzo dziwnym, bo nie tylko nie pasowało do realiów pogodowych. Nie pasowało także do tej konkretnej okolicy, bo tam właśnie nie było zakładów wykorzystujących szczypiącą chemię.

Tak to znaczyło wiele, bo poukładanie sobie wiele znaczących detali w głowie to rzecz jasna klucz do zrozumienia osobliwych realiów tamtych chwil. Jednym słowem szpetny odmieniec szybko pojął, że jest pod wpływem iluzji, której to przynajmniej tymczasowo nie może przebić zmysłem wzroku, ale nie wszystko w tym czasie się nie udawało, a dokładniej to Milena także uczestniczyła w tych specyficznych wydarzeniach, czyli zdążyła wyjść z samochodu i to jeszcze zanim Daniel załatwił pierwszego z tych wrogich utalentowanych, a wychodząc wzięła chyba dwa noże wprost ze schowka i to w takim aż nadto jedwabistym stylu jak na nią. Następnie przyglądała się wydarzeniom z pewnego dystansu, a dokładniej to tak jakby klęknęła za bagażnikiem coupe Daniela i tak bardzo bardzo dyskretnie zerkała na drugiego z napastników, który zbliżał się do szpetnego odmieńca Daniela tak jakby ze znaczną dawką niepewności.

Jakieś trzy, może cztery metry od niego drugi z agresorów wyciągnął nóż, taki spory, taktyczny i zaskakująco zgrabny czarny nóż, a dokładniej to taki, o którym to najprawdopodobniej marzy każdy nastolatek na świecie. Z tym oto nożem szykował się do zadania ciosu. Skradając się tak jak aksamitny cień we mgle z tysięcy smolistych przeinaczeń. Można nawet uznać, że to skradanie się było dla Mileny czymś, czego chciałaby uniknąć, ale ona właśnie wtedy bała się krzyknąć, czy też dać swojemu towarzyszowi jakiś inny dość intrygujący znak. Tak czegoś aż nazbyt chaotycznego uczynić nie chciała, ale zdecydowała się na krok innego typu, czyli na dość specyficzne uderzenie we wroga.

Ona właśnie wtedy zapragnęła rzucić w tego wrogiego utalentowanego nożem i miała aż dwa dość dobre, jeśli chodzi o rzut do celu. Ciekawym w przypadku Mileny było też i to, że jakieś trzy lub cztery miesiące temu oglądała w sieci filmy instruktażowe powiązane z rzucaniem nożem do celu. Na pierwszy z owych raczej trafiła przypadkiem i spodobał się on jej tylko ze względu na wizualną odsłonę aspektu, a dokładniej to taki instruktor amator nie był raczej kimś, kto rzucał w sposób wybitnie celny, choć z drugiej strony doskonale objaśniał te detale powiązane z rzutem. Miał też zaskakująco urodziwe noże do rzucania i co najważniejsze film swój złożył z kilku filmów na laptopie do edycji materiału graficznego i to w taki sposób, że jego oglądanie dało jej bardzo wiele frajdy. Tak wiele, że w kolejnych tygodniach obejrzała chyba kilka godzin tego typu materiałów i nawet kupiła sobie jakiś tani zestaw noży do rzucania. Posunięcie to było iście dziwne jak na bystrą laborantkę, ale czegoś w tym stylu prawo raczej nie zabraniało. Dlatego nieco załapała jeśli chodzi o rzuty nożami i co równie istotne nawet rzucała owymi przez te siedem lub osiem godzin, a treningu zaprzestała chyba jakiś tydzień przed kontrowersyjną rozmową z Kamilem. Uczyniła tak głównie ze względu na to, że jej sąsiadom nie spodobały się te chaotyczne i po części dość groźne treningi, które to raczej powinny mieć miejsce tam, gdzie jest mniej nieletnich.

Można to nazwać takim dość osobliwym epizodem z życia Mileny i co równie istotne ten epizod nie był totalnie głupim, bo właśnie w tym decydującym momencie powiązanym z otumanieniem Daniela za pomocą iluzji ona postąpiła wzorowo, jeśli chodzi wierność zasadom rzucania nożami, a dokładniej to tak dość pewnie trafiła drugiego z agresorów w prawe ramię. Temu rzutowi wiele zbrakło względem rzutów doświadczonych nożowników, ale to i tak wystarczyło, by naprostować sytuację, a dokładniej to na trochę ponad sekundę iluzja zanikła i to tak gwałtownie, czyli tak jakby ktoś wyłączył światło. W czasie, w którym to zanikła szpetny odmieniec chwycił za swój miecz i ponownie rzucił nim, choć tym razem trafił w szyję tego drugiego z wrogich utalentowanych, przebijając ów szyję na wylot tak jak przebija się tekturową tubę raczej nie zaliczaną do najwytrzymalszych.

Pozornie to rzucenie mieczem samurajskim w szyję wrogiego utalentowanego było czymś na kształt udanego posunięcia lub bardzo udanego posunięcia. Niemniej jednak tamten złol powrócił do kreowania złowrogich iluzji za pomocą własnego talentu, choć to jego ponowne kreowanie było dość pokracznym w stylu i nie potrwało dłużej niż te dwie sekundy, gdyż Daniel zbliżył się do niego. Zaskakująco szybko wyciągnął miecz z jego szyi i obciął jemu głowę z taką jakby sromotną pełnią wściekłości w spojrzeniu. Może i ów obcięcie łba byłoby szafirowo majestatyczne, gdyby nie ta jego wściekłość w oczach. Wściekłość zaliczana do tej skrajnie nie czystej i okazywana chyba tylko wyłącznie temu utalentowanemu reprezentującemu mroczną stronę. Być może i ten dodatek w formie okazywanej wściekłości był wtedy zbędnym, bardzo zbędnym, ale szpetny odmieniec nie chciał z tego dodatku zrezygnować, choć wielu by to nazwało straconymi sekundami, niczym więcej.

Milena zaś tego dodatku zaliczanego chyba do erupcji wściekłości nie skomentowała, tylko tak bardzo matematycznie razem z Danielem wsiedli do tego kanciastego, szaro niebieskiego coupe zaliczanego też do bardzo zwinnych i pojechali dalej. Ten start w dalszą trasę był do pewnego stopnia nasączony gorącą chęcią oddalenia się, ale ów chęć tak jakby całkowicie wygasła po tych nieomal czterech sekundach dalszej jazdy, bo po tym czasie szpetny wojownik ponownie zrozumiał jedno, czyli musi jechać w sposób normalny, cywilizowany, po to by nie zwracać na siebie uwagi. Jednym słowem normalne przepisowe przemieszczanie się to bardzo dobry patent na dojechanie do celu bez przygód dodatkowych zaliczanych do dość nieprzyjemnych.

Jakieś piętnaście minut przed powrotem na drogę o bardziej imponującej przepustowości Daniel poprosił Milenę o to, by zrobiła coś istotnego, a dokładniej to poprosił ją o to by tak dość dyskretnie wyczyściła jego miecz samurajski za pomocą ręczników papierowych, które to po wyczyszczeniu miała tak jakby nigdy nic wyrzucić za okno w jednym osobliwym pakunku. Poza tym szpetny odmieniec zażyczył sobie też i tego by tę broń na tylnej kanapie przykryła brązowym kocem, który to leżał złożony na podłodze za jej fotelem. Rzecz jasna poprosił ją o te konkretne uczynki tak bardzo bardzo jedwabiście, czyli tak jakby chciał by to zrobiła w nieomal radosny sposób. Ona zaś dostosowała się do jego prośby, choć wykonała to konkretne zadanie w takim jakby dość chaotycznym pośpiechu, ale też i dość dokładnie, a jakieś pięć minut po tym jak wykonała tę pracę powrócili na drogę o bardziej imponujących parametrach i tam przyspieszyli w sposób iście poetycki i majestatyczny zarazem.

Daniel zaś ponownie zaczął swoją gadkę i co najważniejsze gadał tak jak wcześniej. „Być może trafią się nam kolejni tego typu łowcy nagród z mrocznej strony i co równie istotne kolejni mogą być o wiele lepszymi, jeśli chodzi o śledzenie i walkę. Jednym słowem dalej ryzykujemy i co najistotniejsze ów ryzyka nie da się wyłączyć za pomocą jakiegoś magicznego przycisku, to rzecz jasna nierealne, ale mam kolegę, który to ma talent do maskowania przedmiotów i ludzi, bardzo silny talent tego rodzaju, choć on ma też i inne zadania, czyli stale nie może nas maskować tak jakbym tego chciał i dlatego też musimy się wykazywać rozwagą. Nie wykazałem się nią w walce z tymi dwoma i mogłem po nas nieco sprzątnąć, ale ten etap uznałem za zbyteczny, gdyż mój utalentowany kolega przez jakiś czas ukryje tamto miejsce zbrodni. Być może przez jakieś pięć lub sześć godzin, a potem zaczną to badać ludzie. Mam nadzieję, że nie aż tak dokładnie.”.

Chyba w tym konkretnym momencie Milena powinna coś wtrącić od siebie, ale nie zdecydowała się na dodanie kilku szczypiących dygresji i dlatego też Daniel po nieomal pięciu sekundach dalej nawijał. „Być może tamtym dwóm ktoś pomagał, czyli ktoś, kto ze znacznego dystansu wyczuł naszą obecność, ale i tego typu utalentowani nie działają rewelacyjnie, a dokładniej to im większy dystans, tym większej siły psychicznej im potrzeba. Dlatego rzecz jasna jedziemy i to przed siebie, ale przepisowo. Tak musi być. Niemniej jednak pozwolę sobie tak jakby na dokładkę powrócić do tematu powiązanego z wirusami przenoszącymi talenty, a dokładniej to aby taki wirus wszczepił w nas talent i to gładko trzeba mieć też i taką pozytywną motywację. Jeśli chodzi o talent do leczenia lub do ukojenia psychiki to wygląda to następująco. Chętny lub chętna na talent tego rodzaju musi być szczerze zafascynowana uzdrawianiem ciała, czy też psychiki. Taka motywacja da bardzo wiele, ale jeśli ktoś pragnie takiego oto talentu, po to by zarobić na takowym lub po to by za pomocą wirusów wytworzyć silniejsze wersje ów talentów w celach zarobkowych, to niemal na sto procent poniesie porażkę i popadnie w jakąś formę obłędu po zainfekowaniu. Wiem dość specyficznie to się prezentuje, ale tu chyba tylko psychopaci mają się czego obawiać.”.

Ta konkretna wypowiedź Daniela dawała do myślenia i co najważniejsze w tym momencie Milena już musiała się wypowiedzieć, bo czuła, że musi. „Jeśli dobrze rozumiem, to twoim zdaniem osobniki zdolne do naturalnej ludzkiej wspaniałomyślności mają chyba największe szanse, jeśli chodzi o zyskanie talentu, choć najpierw muszą w sobie poczuć tę czystą niczym kryształ perfekcyjny motywację. Taka bardzo miodową motywację bez tego najdrobniejszego posmaku zanieczyszczenia żądzą władzy. W przypadku naukowca istnieją właśnie tu problemy, bo naukowiec daje coś światu nie patrząc na to kto i jak wyraźnie zyska na jego pracy intelektualnej. Tak tu pojawia się ten dodatkowy szum powiązany z odkryciami i dalszych zyskach na ów odkryciach. Mowa tu o sferze komercyjnej odkryć, która to często staje naprzeciw jedwabistej wspaniałomyślności. Póki co dostrzegam w tym spory problem, ale z drugiej strony, to i tak nie da się wszystkiego przewidzieć i dlatego lepiej się skupić na tym, co tu i teraz, a reszta to raczej taka czysta ruletka powiązana z postępowaniem innych w przyszłości.”.

Właśnie w tym momencie Daniel musiał dodać kilka słów od siebie, tak jakby w odpowiedzi na zbyt rozbudowaną wypowiedź Mileny. „Tak wybieganie myślą w przyszłość ma znaczenie, jeśli chodzi o tę ludzką wspaniałomyślną motywację, ale z drugiej strony nadmiar przemyśleń nie może tak jakby paraliżować twych wspaniałomyślnych działań. Jednym słowem w wielu przypadkach musisz szybko ustalić jaki rodzaj działań będzie tym wspaniałomyślnym i postąpić wspaniałomyślnie bez ociągania się. Może i nie brzmi to aż tak bardzo dobrze, ale tu nie chodzi o to by stracić trzy lub pięć dni na przemyślenia, lecz o to by reagować szybko i sprawnie w sytuacjach ewidentnych. Właśnie ze względu na ten konkretny detal twoja gotowość na przyjęcie talentu może być bliżej niż ci się wydaje lub aż nazbyt daleko. Poczujesz to tak jakby sama po sobie i to jeszcze zanim trafisz do miejsca, w którym to twoja wiedza okaże się pomocną.”.

Te konkretne słowa Daniela były chyba dostatecznie pomocnymi, a dokładniej to może nie wybitnie pomocnymi, ale w jakimś stopniu pomogły Milenie w ocenie natury własnej motywacji. Ocena ta ma kluczowe znaczenie, choć tu liczyło się też i to co szpetny odmieniec mówił o pewnym talencie, a dokładniej to o talencie do uzdrawiania. „Chyba wspominałem już o tym, że za pomocą wirusa najlepiej się obecnie przekazuje talent do uzdrawiania. Tak to bardzo ciekawy dar, który to ostatnio jest opcją ciekawą, jeśli chodzi o to nie wywoływanie obłędu, a dokładniej to słyszałem o tym, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie wywołuje obłędu, a to samo w sobie brzmi bardzo bardzo ciekawie. Liczy się też i to, że choruje się po zainfekowaniu wirusem przenoszącym ów talent, ale przez te cztery do pięciu dni i co równie istotne wspaniałomyślni chorują raczej słabiej, a dokładniej to słyszałem o tym, że oni czują się słabiej, ale też i stale kontaktują i wiedzą dokładnie, co się wokół nich dzieje. Rzecz jasna ja tylko o tym słyszałem, czyli nie widziałem tego na własne oczy, bo w tych ośrodkach eksperymentalnych bywam zaledwie okazyjnie i to głównie ze względu na to, że bardzo nie lubię tych miejsc.”.

Ta konkretna wypowiedź Daniela była tak jakby lekko rozwleczoną w czasie i co równie istotne skończyła się ona nagle, przynajmniej jak na jego styl w tamtym konkretnym czasie, a skończyła się ze względu na dość prostą przyczyną, a konkretniej to on raz jeszcze zerknął wtedy w bok na samochód rodzinny klasy van, w którym to na tylnej kanapie siedziały dzieci, a dokładniej to te wyglądające na te osiem do dziesięciu lat. Trudno dokładnie powiedzieć co one na tej tylnej kanapie robiły, bo Daniel zerkał na te dzieci przez mniej niż sekundę i co równie istotne nawet nie zapamiętał koloru ich auta. Tamto jego zerknięcie w bok nie było pierwszym i co równie istotne ostatnim także nie było, a Milena bardzo szybko zrozumiała dlaczego on w taki osobliwy sposób zerka na tego typu widoki, ale tego z taką jakby jedwabistą taktownością nie skomentowała, nawet dziwacznie odwracała wzrok na drogę przed nimi i to tylko po to by szpetny odmieniec nie zapytał ją o powód jej zainteresowania jego reakcjami.

Dziwne udawanie Mileny, a dokładniej to nie komentowanie zerkania w bok Daniela nie było w rzeczywistości aż tak dziwnym. Mowa tu o tym, że ona wiedziała, że ten konkretny szpetny odmieniec za czymś tęskni i bardzo dobrze umiała to nazwać, ale z pewnych dość oczywistych przyczyn nie chciała zapoczątkować rozmowy o tym. Dlatego też jedyne o co poprosiła, to o ponowne zjechanie na zdecydowanie bardziej dziką północną drogę. Ta konkretna droga w jej mniemaniu była znacznie bardziej atrakcyjną od tej, w której to przypadku jedzie się zbyt szybko, a widoki są aż nadto płaskimi.

Początkowo szpetny Daniel był tak jakby aż nazbyt głuchym na jej sugestie, ale w ciągu kolejnych dwunastu minut poprosiła o zmianę trasy chyba jakieś osiemnaście razy i nie każdy z ów razów był tym należycie smacznym, czyli wiele spośród owych można było nazwać tymi aż nazbyt ostrymi, ale ten ostatni był już takim jakby czekoladowo aksamitnym, czyli w wykonaniu tej zgrabnej brunetki brzmiał tak bardzo bardzo smacznie. Chyba właśnie tak jak nigdy wcześniej. Właśnie tak można było nazwać ten ostatni raz.

Chyba jakieś trzy, może cztery sekundy później Daniel spełnił jej prośbę i to chyba tylko ze względu na tę jej dość unikatową ostatnią prośbę, choć to spełnianie prośby było w jego wykonaniu bardzo dynamiczne. Raczej nie wybitnie szokujące, ale jeśli chodzi o zagadkowość to szybsze niż by się można było spodziewać.

Jakąś minutę później Milena już niemal wyłącznie rozkoszowała się jazdą, a dokładniej to spoglądała na ten wiekowy drzewostan na poboczu, tak jak na detale krajobrazu działające tak jak idealny patent na uspokojenie. W tamtym czasie na coś lepszego nie mogła liczyć i co równie istotne chyba przeszkadzało jej to, że dostaje dość niewiele, ale nic już nie mówiła, tylko we wzrokowym znaczeniu tych słów delektowała się tak jakby przez dłuższy czas miała nie dostać bardziej kojących zmysły obrazów.

Inaczej było wtedy z Danielem, który to zerkał przed siebie tak jakby bardzo bardzo nerwowo, tak jakby chciał dostrzec coś niepokojącego na asfalcie, ale nic w tym stylu nie dostrzegał przez kolejne pięć i przez kolejne dwanaście minut. Tylko, że w trzynastej minucie już coś dostrzegł, a dokładniej to ruch jakieś dwieście metrów przed maską i to chyba ułamek po wyjechaniu na nieco dłuższą prostą na tej specyficznej drodze. Ten konkretny ruch pasował raczej do bestii tak jakby wykonanej ze szkła. Z wielu zróżnicowanych kształtnie i zaskakująco perfekcyjnych ostrych detali, które prezentowały się tak jak szkło lub tak jak przeźroczysty metal idealny. Wszystkie te ostre kawałki tworzyły bestię, której to dość długi i zakrzywiony ku dołowi czerep miał te cztery szablaste kły cholernie wyrastające poza obrys osobliwej czaszki. Czaszka ta zaś sprawiała wrażenie pokrytej cieniutką skórą, taką dziwną skórą nie do podrobienia, czyli podobną do rozsmarowanego przeźroczystego żelu.

Właśnie po zobaczeniu ów detali Daniel widział więcej i więcej i co równie istotne zwolnił diametralnie, tak że niemal się zatrzymał, a po kolejnych blisko dwóch sekundach faktycznie stał już na drodze i widział więcej jeśli chodzi o tę nieomal przeźroczystą bestię i chyba widział ją wyłącznie ze względu na to, że chciała być dostrzeganą. Chciała dać szpetnemu odmieńcowi setki powodów do zwątpienia we własne siły i talenty, ale jedno w tym wszystkim było tak jakby pewnym. Bestia ta raczej była dziełem mistrzów z tej mrocznej strony.

Daniel zaś wyczuł w ów bestii pokłosie swojej niedawnej obecności w jednym z osiedli mrocznej strony. Mowa tu o pozyskaniu dość unikatowego talentu, który to śmiało można uznać za coś, co wpłynie na dalszy wygląd rozgrywki między jasną, a ciemną stroną. Talent ów polegał na tym, że można było samą myślą budować niepokoje pomiędzy dowolnymi mistrzami, a demon który to stanął na drodze szpetnego odmieńca najprawdopodobniej był dziełem mrocznego mistrza obrazu Dobrzyńskiego. Właśnie o tym mistrzu Daniel coś usłyszał, a dokładniej to poznał pewną ilość opowieści z nim powiązanych od członków własnego stronnictwa i dlatego też dość dokładnie rozpoznał jego dzieło szybko się zatrzymując. Raczej wrażenia na nim nie zrobiły kły i zakrzywiony pysk. Cielska o rozmiarach niewielkiego samochodu użytkowego także się spodziewał i to takiego pokrytego nachylonymi ku tyłowi osobliwymi lśniącymi, kanciastymi kolcami. Te kolce prezentowały się tak jak wykonane z metalu perfekcyjnego. Dodatkowo były także łapy także wykreowane z ów metalu i także aż nazbyt kanciaste. Takie jakby stworzone do wyszarpywania kawałów cielska i to ze znaczną prędkością. Ta konkretna demoniczna bestia miała także ogon długi na ponad dwa metry i zakończony taką skromną metalową kulą najeżoną kolcami, choć w jej przypadku te kolce były nawet dziwacznie krótkie, a dokładniej to ich aparycja wskazywała na to, że zadają raczej liczne niewielkie rany. Nieco inaczej było z kolcami na reszcie ogona, a dokładniej to te kolce były skierowanymi do tyłu i były też zaskakująco ostre, oraz częściowo poczerniałe.

Wiele znaczyło też i to, że ów bestię zaczęła także dostrzegać Milena i to w momencie, w którym to Daniel zatrzymał samochód. W tym konkretnym momencie szpetny odmieniec poświęcił chyba blisko sekundę na analizę, a potem szybko wyszedł z samochodu sięgając przy okazji po swój miecz zaliczany do zaskakująco urodziwych. Z tym mieczem tak jakby bezmyślnie pobiegł w stronę tej konkretnej bestii i co równie istotne szczęki owej zatrzymał za pomocą swojego miecza. Wyglądało to tak, że jedną ręką trzymał za rękojeść, a drugą blisko końca ostrza. Zaczęło się takie jakby zwarcie, które to nie potrwało zbyt długo, czyli chyba mniej niż sekundę, a skończyło się na tym, że swym mieczem w dość zgrabnym stylu nieco powiększył tej sporej bestii uśmiech i ułamek sekundy później wbił własny miecz w jej przednią prawą łapę. Solidnie przybijając tę kreaturę do asfaltu przed samochodem, czyli jakieś piętnaście metrów przed samochodem.

Milena widziała te zmagania i nie wierzyła w to, że Daniel radzi sobie z aż tak masywną kreaturą, ale radził sobie z tym czymś i to tak jakby miał wręcz nieziemską siłę, a jego niespotykana siła była faktem. Obdarował go ów siłą wirus do przenoszenia talentów. Wirus przenoszący ten wybitny taktyczny zmysł, który to dał mu na dokładkę i siłę i szybkość. Właśnie dlatego na przybiciu tego dziwacznego łapska się nie skończyło, choć po przybiciu owego szpetny Daniel patrzył na to jak tamta bestia dość niezgrabnie próbuje oswobodzić własną łapę. Ten konkretny spektakl został upiększony krwią tego potwora, która to przypominała taki jakby różany roztopiony metal. Krew ta w sposób totalnie chaotyczny wypływała z jego pyska, ale też i z przedniej prawej łapy. Ten widok można śmiało nazwać zaskakująco upiornym i jednocześnie dość niemiłym dla oczu, ale to było miłe dla oczu naszego siłacza, choć gdy bestia nieco wysunęła miecz za pomocą swojego dość nieporadnego pyska, to Daniel ponownie do niej podbiegł, kopnął w tę totalnie złowrogą paszczę. Wyciągnął własny miecz i w zaskakująco efektowny sposób przeskoczył nad tułowiem potwora. Zrobił to tak jak nieziemsko zgrabny akrobata, a skok ten zakończył obcięciem ogona ów bestii i to akurat w doskonałym momencie, bo gdyby tego nie uczynił, to najprawdopodobniej ten konkretny ogon zadał by jemu bardzo bardzo wredny cios.

Tak się nie stało, choć po ucięciu ogona ta konkretna bestia uczyniła coś jeszcze, a dokładniej to usiłowała uderzyć Daniela swą zranioną przednią prawą łapą, ale on ponownie przybił tę łapę do asfaltu i to w równie wredny sposób, co poprzednio, choć pod nieco innym kątem. Następnie z własnego rękawa wyciągnął taki ładny, lśniący nóż, który to wyglądał na dość wiekowy. Dalej uczynił coś niespodziewanego, a dokładniej to chwycił pysk tej bestii od góry swoją lewą rękę, a prawą wbił ten nóż od spodu w żuchwę przebijając ten fragment cielska tak, że po wszystkim czubek tego wiekowego wypolerowanego noża wystawał przez jedno z nozdrzy tego zaskakująco unikatowego potwora.

Z perspektywy Mileny ten cios nożem zadał tak bardzo bardzo szybko, czyli w sposób totalnie nieludzki. Fakt to słownictwo właśnie w tym miejscu wydaje się być tym bardzo przerośniętym, ale tak się potoczyły wypadki i co równie istotne ten potwór jakoś miotając pyskiem pozbył się zaskakująco ładnego noża, a Daniel się temu tak jakby luzacko przyglądał. Następnie ta zaskakująco dziwna kreatura wyciągnęła miecz z łapy, choć wyrzuciła go tak, że Daniel bez trudu go pochwycił prawą ręką, a w trakcie tego chaotycznego i nieporadnego wyrywania miecza z łapy kilka kropel tej metalicznej różanej krwi spadło na przednią szybę ich samochodu. To konkretne spadnięcie tych kropel krwi tak jakby zbiegło się w czasie z początkiem deszczu, deszczu bardzo szybko przybierającego na intensywności.

Ta zmiana pogody była na tyle gwałtowną, że metaliczna różana krew, którą to Milena widziała na szybie zaczęła tak jakby nieco skwierczeć od deszczu i w tym momencie sprytna laborantka poczuła się tak bardzo bardzo dziwnie. Na tyle dziwnie, że nie dostrzegła jednego, a dokładniej to tego, że potwór uciekł z drogi gdzieś na lewe pobocze i bardzo szybko znikł w osobliwej gęstwinie. Jeśli zaś chodzi o jego ogon i totalnie dziwaczną krew, to te detale zaczęły się zmieniać w taki biały i zaskakująco piękny jedwabisty pył, a ten w ciągu następnych dziesięciu może dwunastu sekund rozpłynął się w powietrzu, tak jak cukier rozpływa się w wodzie. Daniel zaś wszedł do samochodu tak jakby nigdy nic, odłożył miecz na tylną płytką kanapę, niedbale przykrył go brązowym wiekowym kocem. Potem zaś zapiął pasy bezpieczeństwa i kontynuował jazdę w takim należycie czystym aksamitnym stylu.

Tak to była osobliwa potyczka z bestią z obrazu Dobrzyńskiego i co równie istotne twórca ów bestii nieomal był pewien, że ten zaskakująco wrednie wyglądający metalowy zwierz poniesie porażkę. Może i nie sromotną porażkę ale zawsze porażkę. Wiele znaczyło też i to, że tę konkretną porażkę dostrzegł ktoś z darem do dostrzegania przepowiedni. Raczej nie dalej niż te dwanaście godzin przed ów wydarzeniem. Ten utalentowany należał do mrocznej strony i nie wyróżniał się wyglądem, czyli w mieście raczej bez większego trudu wtopił by się w tłum. Za istotne można było uznać też i to, że moc jego talentu była raczej średnią, czasami chyba nieco więcej niż średnią. Tak to było istotne, ale wizja powiązana z pojedynkiem z bestią była ciekawą także ze względu na pewnego rodzaju detal. Detal, który to był w znacznym stopniu rozmytym. Ten drobiazg nie wpłynął na przebieg pojedynku z nieomal metalową bestią, bo to była postać ludzka, najprawdopodobniej męska postać wpatrująca się w charakterystykę wydarzeń, ale to wpatrywanie się było zaskakująco dyskretnym. Dyskrecja ta tkwiła w tym, że dla dostrzegającego przepowiednie męska postać była tak jakby niezdarnie ulepioną ze smolistej mgły. Dlatego utalentowany widzący przepowiednie doskonale widział Daniela, bestię. W nieco dalszej perspektywie także Milenę za szybą auta, które to było co najwyżej średnio rozpoznawalnym. Aspekt ten można było uznać za problem, ale ta postać ze smolistej mgły była chyba większym problemem, bo ten widzący przepowiednie z mrocznej strony widział postać ze smolistej mgły po raz pierwszy.

Osobliwa była to wizja i w ciągu godziny od ujrzenia owej zdał raport samemu Dobrzyńskiemu, a to było akurat zrozumiałe, bo ten konkretny mroczny mistrz obrazu liczył na szybkie relacje, ale i tak postawił bestię na drodze Daniela, gdyż zagrywka połączona z ów bestią może dać cenny czas, być może nawet bardzo cenny czas. Jeśli zaś chodzi o postać ze smolistej mgły, z takiej niezdarnie uformowanej i nie klarownej, to był to rzecz jasna Wespazjan, który wdarł się w czyjeś spoglądanie w przyszłość chyba na jakieś pół godziny przed początkiem buntu. Coś takiego nie powinno mieć miejsca, bo to był talent, który to tak jakby pojawił się znikąd. Bardzo bardzo to dziwne, ale to właśnie się stało, czyli niezwykły śmiałek stał się posiadaczem talentu, o którego to naturze wiedział doskonale jedynie on sam. Tak było przynajmniej na tym pierwszym etapie buntu i co równie ważne Wespazjan bardzo dobrze widział twarz utalentowanego, który miał wizję. On w tej wizji był postacią ze smolistej, dziwnej mgły. Widział wręcz rewelacyjnie pojedynek Daniela z osobliwą bestią i widział także Milenę w samochodzie, którego to nie mógł zidentyfikować, ale za to rozpoznał przynajmniej jakieś piętnaście procent drzewostanu na poboczu. Miało to jakieś znaczenie, ale przerwał oglądanie ów wizji właśnie wtedy gdy się przekonał, że specyficznie wyglądająca bestia przegrała.

Zaskakująco wiele w tym wszystkim znaczyło też i to, że koniec przeglądania cudzej wizji był dla niezwykłego Wespazjana także początkiem jego buntu. Buntu, którego to pierwsze minuty poszły tak bardzo bardzo gładko. Początek ten w dalszej perspektywie to było prawie sześć godzin bez tych dwunastu, czy też piętnastu minut. Czas ten w większości dowódca buntu tak jakby w większości poświęcił na analizowanie dokumentacji, a ta konkretna dokumentacja jasno wytłumaczyła Wespazjanowi to co przeczuwał, czyli on, Aaron i tych dwudziestu dwóch zainfekowanych specjalnymi lotkami byli najlepiej rokującymi przypadkami. Każdy z tych przypadków tak jakby wpisywał się w pewnego rodzaju model, czyli każdy ze śmiałków doświadczył jakiegoś życiowego dramatu, a ów dramat wywracał całe życie do góry nogami. Wywracał i to dosłownie, a na dokładkę działo się coś jeszcze, a dokładniej to skutki ów dramatu potem pogłębiały te nieciekawe sytuacje życiowe. Dla dwudziestu czterech przypadków to było przynajmniej początkowo takie jakby bardzo bardzo dołujące. Tylko, że po blisko sześciu miesiącach tego zdołowania nieciekawą sytuację zaczęli zmieniać w coś pozytywnego. W coś bardziej pozytywnego dla innych, aniżeli dla samych siebie.

Problem w tym, że Wespazjan tych przypadków nie analizował aż tak bardzo bardzo drobiazgowo. Szczegółowe opisy interesowały go tak jakby góra połowicznie, czyli w początkowych godzinach swojego buntu najbardziej interesowały go wnioski badaczy i co najistotniejsze to właśnie wnioski dziwacznego Radka były tu tymi najbardziej celnymi, bo ten konkretny badacz ripostował w bardzo wredny sposób i to się w nim spodobało Wespazjanowi. Problem tkwił tylko w tym, że nie wiedział wtedy o jednym, a dokładniej to o tym, że ten konkretny naukowiec został zlikwidowany i to tak bardzo gładko. Chyba na godzinę przed chwilą, w której to niezwykły Wespazjan zaczął czytać jego wnioski. Dziwny to zbieg okoliczności, ale tak właśnie bywa wtedy gdy sprawy zaczynają się komplikować.

Liczyło się też i to, że Wespazjan nie doczytał jego wniosków do końca, gdyż jego bunt tak jakby zaczął być zalewany tymi iskrzącymi krwistymi nutami. Zalewanie to zaczęło się od tego, że trzy osobliwe samochody dostawcze zbliżyły się do wiekowego kompleksu. Były to samochody brązowe zaliczane do typowych blaszaków, a dokładniej to miały kabiny z przodu, taką z dwoma lub trzema miejscami siedzącymi, a przed kabinami był silniki zamontowane poprzecznie. Tak prezentował się każdy z tych pojazdów i każdy z nich był takim jakby nudnie brązowym. Wiele znaczyło też i to, że przestrzeń ładunkowa była niedostępną dla spojrzeń ciekawskich i to aż do chwili, w której to każdy z samochodów zbliżył się do drzwi wejściowych tyłem. Zbliżenie się tyłem tych aut nie było wybitnie szybkim procesem, było to zgrabne, jeśli chodzi o synchronizację manewrów kierowców i gdy już wszyscy trzej zaparkowali tyłem do wejścia nieomal równolegle, to nagle tylne drzwi tych dostawczaków się otworzyły, a przez owe wybiegli ludzie zamaskowani, po części opancerzeni i co najważniejsze wzorowo uzbrojeni. W ich przypadku chyba najważniejszym było to, że wybiegali po cichu i to perfekcyjnie. Tak jakby ćwiczyli tego typu scenariusze i ze sto milionów razy.

Akcja tego rodzaju to rzecz jasna szok w dość krwistej postaci, ale nie dla Wespazjana, który to przewidział, że wydarzy się coś w tym stylu, choć trudno powiedzieć, czy przewidział, czy też skojarzył to z dziwnym fragmentem snu, a ów sen miał kilka godzin wcześniej. Widział w nim samego siebie i to tak jakby z bocznej perspektywy i to było dziwne, ale z przebiegu tamtego konkretnego snu zapamiętał tak bardzo bardzo niewiele. Głównie ze względu na to, że potem zajęty był przeglądaniem dokumentacji papierowej, a ta niestety liczyła sobie setki stron, które trzeba było zgłębić tak dostatecznie dobrze.

Właśnie dlatego niezwykły śmiałek tak jakby z boku we śnie dostrzegł tę szturmującą jednostkę wojskową. Dwudziestu siedmiu ludzi wychodzących z trzech brązowych blaszaków, a konkretniej to z trzech aut dostawczych zaliczanych do typowych. Tak to był fragment czyjejś przepowiedni i Wespazjan raczej słabo analizował te obrazy lub prawie ich nie analizował, ale pewna ilość detali, tych późniejszych rzeczywistych detali wybudziła jego ciekawość. Mowa tu o tym, że te trzy dostawczaki były brązowe i zaparkowały nieomal równolegle przed wejściem. Sęk w tym, że zanim owe dostrzegł to usłyszał pracę ich silników, a dopiero potem pojął, że jego sen był czymś na kształt fragmentu przepowiedni.

Przepowiednia ta jasno mówiła o trzech dostawczakach, dwudziestu siedmiu najemnikach z bronią maszynową, oraz o tym, że ma stawić im czoło. Problem tkwił tylko w tym, że te obrazy były w jakichś trzydziestu procentach mętnymi, a dokładniej to mówiły o tym, że stawi on czoła najemnikom i jednocześnie nie objaśniały wyglądu końca łańcucha wydarzeń. Tak to było nawet bardzo bardzo nieciekawe, ale wyjątkowy śmiałek w sensie myślowym tylko przez trochę ponad sekundę wgryzał się w te obrazy, a potem zaczął działać tak jak nieskończenie szalony młot, a dokładniej to szybko zszedł o nieomal dwie kondygnacje w dół i zauważył jak jeden z jego ludzi przeciwstawia się najemnikom zamaskowanym i opancerzonym tak jak do trudnego boju.

Przeciwstawiał się im jeden z tych pięciu, którzy dostali po dwie tabletki i co równie istotne to przeciwstawianie w jego wykonaniu polegało na tym, że za pomocą umysłu poruszał w powietrzu dwoma kawałkami stalowych belek, z których to każda była długa na blisko metr i co równie istotne każda miała także masę typowego dorosłego faceta lub tylko nieco niższą i każda pochodziła z sali treningowej. Właśnie za ich pomocą ten tymczasowy utalentowany solidnie uderzył czterech najemników, a dokładniej to zaatakował tą stalą tak, że tamci czterej stracili przytomność i na dokładkę zmiażdżył dłoń piątemu. Zrobił to w mniej niż sekundę, ale na tym się właśnie skończył ten element zaskoczenia w jego wykonaniu, czyli potem zaczął się dość szalony ostrzał, a wybrany do obrony tymczasowy utalentowany skrył się w jednej z wnęk drzwiowych i taki jakby totalnie sparaliżowany strachem nie pomyślał nawet o tym, że przynajmniej chwilowo warunki oświetleniowe, a dokładniej to te naturalne warunki oświetleniowe sprzyjają mu w sposób częściowo smaczny.

Tylko, że ten detal przestał odgrywać istotną rolę, bo nagle te dwie metrowe dość masywne belki stalowe spadły na podłogę dekoncentrując jakichś pięciu najemników, którzy to chcieli zabić dzielnego podwładnego Wespazjana. Chcieli i to tak dość gorliwie, ale sam Wespazjan im w tym przeszkodził, czyli krzyknął to swoje „Bu!”. Nie jakoś szczególnie głośnie i nie w jakimś bardzo krwistym stylu, ale po tym krzyknięciu nie było już odwrotu, bo chyba dwunastu najemników wzięło go na cel, a on zrobił tylko jedno, czyli uniósł i prawą i lewą dłoń w takim jakby obojętnym geście oznaczającym brak wrogich zamiarów. Gest ten chyba i działał przez trochę ponad pół sekundy, a potem jeden z najemników po prawej otworzył ogień w dość zagadkowym stylu.

Reszta zaś poszła w jego ślady i bezmyślnie strzelali przez około dwie sekundy, czyli aż do chwili, w której to się połapali w sytuacji, a dokładniej to w tym, że kule z broni maszynowej zatrzymują się w powietrzu tak jak w jakimś osobliwym totalnie magicznym żelu, ale żadnego żelu tam nie było, a niezwykły śmiałek zaskakująco wymownie pokiwał im palcem i na dokładkę zerknął na nich z tym dziwnym, wręcz nieziemskim metalicznym spokojem.

Nie dalej niż pół sekundy później pociski, które to nadal wisiały w powietrzu zaczęły zmieniać się w ciekły metal i to zaskoczyło najemników, bo one najpierw się tak jakby nieziemsko rozgrzały, a potem przeistoczyły w druty, które zaczęły latać i przebijać szyje wszystkich najemników niczym masło. Rzecz jasna to przebijanie szyj nie było czystym, czyli był to taki bardzo bardzo krwisty spektakl, który pokrył poręcze, stopnie, podłogi i ściany piejącą krwią. Spektakl ów potrwał chyba ponad dziesięć sekund i w trakcie tych sekund pełen gniewu Wespazjan zaczął tak dość swobodnie mówić o tym, co się działo miesiącami. Przemowa ta była tak jakby zapluta takimi lodowymi ostrzami pogardy, bo wspominał w bardzo klarowny sposób o tym, że tabletki do wybudzania talentów na jego oczach wielu śmiałkom dały śmierć z przedawkowania, oraz obłęd z którego to nikt nigdy ich nie wybudził. Właśnie tak to można streścić, z tym że głos Wespazjana był wtedy tym sromotnie metalicznym. Dosłownie piłował zmysły tych, którzy go słuchali i w tym tkwiła moc jego przemowy. Moc ta była totalnie nie pozytywną dla szturmujących najemników, którzy mieli siłą przejąć centralny budynek, ale spotkał ich krwisty pogrom mniej niż dwadzieścia metrów za drzwiami wejściowymi i dodatkowo ta tyrada, której to do końca życia nie zapomni tylko jeden z nich, a dokładniej to ten, który upadł na podłogę i przykrył głowę dłońmi.

On jako jedyny został oszczędzony przez niezwykłego śmiałka Wespazjana i co równie istotne w tym akcie oszczędzenia zbrakło wspaniałomyślności, a jeśli już w nim była, to było jej tak bardzo bardzo niewiele. Były to dosłownie skrawki wspaniałomyślności powiązane z tym, że ta tak jakby skryta przy podłodze męska beksa, a dokładniej to najmniej agresywny z najemników został także tak jakby najbardziej ubrudzony strzępkami własnych kolegów. Tak chyba musiało się stać, a gdy już się uspokoiło, to przestał zasłaniać własną głowę dłońmi i powstał w tym lekko komediowym płaczu właśnie po to, by zerknąć wprost w oczy Wespazjana. W oczy jasno wspominające o tym, że ten wybitny śmiałek nie ustąpi i zmiażdży dosłownie każdego najemnika z kolejnych, którzy to bez wątpienia nadejdą. Właśnie tyle tłumaczyło jego niesamowite spojrzenie, ale do ów spojrzenia trzeba jeszcze było dodać zaskakująco żyletkowaty przekaz słowny.

Ten przekaz słowny rzecz jasna przekazał sam Wespazjan i było to skrajnie niemiłe dla ucha, a dokładniej to dla uszu, bo te słowa dotarły do uszu tego totalnie wysmarowanego krwią najemnika, do tymczasowego odmieńca, który to właśnie zaczął zerkać na scenę przekazania lodowato krwistej informacji, oraz do uszu samego niezwykłego Wespazjana.

Skończyło się rzecz jasna na tym, że ostatni z najemników wybiegł z budynku i co równie istotne w trakcie tego dość galaretowatego wybiegania zapomniał o swoim karabinku maszynowym, a nawet o hełmie. Tak właśnie było, bo w głowie nadal miał to co się wydarzyło, a dokładniej to początek tej osobliwej jatki. Pociski zmieniające się w coś na kształt nieco grubszych szpil i do tego krążenie tych specyficznych szpil w miejscu, w którym to korytarz spotyka się z klatką schodową. W tym konkretnym miejscu patyna lat minionych tak jakby spotykała się z krwistym obliczem chaosu przyszłości, a tworzyły ową te szpile, które to latały przebijając głównie szyje najemników. Przebijały je tak jak jakieś maślane rzeźby, a ten spektakl dodatkowo był tak jakby otulony mgłą z piejącej krwi. Potworne to określenia i co równie istotne ocalały najemnik po niespełna trzech sekundach stania w tym chaosie tak instynktownie położył się na podłodze i zakrył głowę dłońmi. Można śmiało stwierdzić, że właśnie ze względu na ów położenie się przetrwał, ale tu chodziło nie tylko o ten aspekt.

Wespazjan raczej chciał tego, by ktoś przetrwał i dlatego ten konkretny chaos był zagęszczonym na wysokości nieomal metra i osiemdziesięciu centymetrów. Tak to miało dla niego chyba kluczowe znaczenie, choć liczyło się też i to, by dosłownie wszędzie znalazła się ta niezwykle wymowna, jaskrawa krew. Ona pojawiła się zwłaszcza na fragmentach ścian oświetlonych przez bystre poranne słońce, po to by jeszcze bardziej być widoczną dla jedynego ocalałego. Właśnie ten jedyny po otrzymaniu lodowato krwistej instrukcji od Wespazjana mówiącej jasno o tym, że to on ma kontrolę i że mają jemu dostarczyć tabletki, oraz zaniechać prób powiązanych z dalszymi atakami wybiegł w stronę jednego z brązowych dostawczaków, a po tym jak wsiadł wszystkie te auta odjechały szybko. Może i nie jakoś wybitnie szybko, ale dostatecznie szybko z punktu widzenia buntowników zerkających przez okna.

Wydarzenie to było tryumfem niezwykłego Wespazjana, ale nawet on wtedy czuł jedno, a dokładniej to po tej konkretnej próbie ludzka agencja zadziała w sposób odmienny. Mowa tu o tym, że wtedy gdy szturm zawiedzie, to postawią na opcję zwaną „Grą na zwłokę”. Tak to racjonalne posunięcie i dlatego powrócił do miejsca, w którym to przeglądał dokumentację i jeszcze raz zagroził zniszczeniem całej dokumentacji. Było to szalone, a nawet bardzo szalone i co równie istotne faktycznie zaczął palić dokumentację, ale tylko tę część, którą to już zgłębił i to po zrobieniu pewnej ilości własnych notatek. Pomysł ten generalnie nie był zły, bo zabrał jednemu z ochroniarzy telefon i nawet zaczął kręcić filmy powiązane z paleniem dokumentacji, które to pokrętną metodą wysłał do kierownictwa agencji. W realizacji wyglądało to nawet tak bardzo bardzo chaotycznie, ale tu raczej bardziej liczyło się to, że tworzy coś na kształt podpisu psychologicznego, a dokładniej to udowadnia kierownictwu to, że jeśli nie otrzyma to, czego faktycznie pragnie, to zniszczy program lub cofnie go do samych początków. Ta forma jego podpisu psychologicznego zabrzmiała dość dosadnie, bo pierwsze palenie akt objęło blisko dziesięć procent dokumentacji, ale to był zaledwie początek, bo Wespazjan jasno zakomunikował, że za kilka godzin spali drugie tyle, a ów proces powtórzy po kilku godzinach i to do skutku lub do chwili aż nic nie zostanie.

W tym wszystkim wiele znaczyło to, że akta palił tak bardzo bardzo sprawnie na korytarzu wiekowego budynku, czyli na korytarzu obok pomieszczenia z tymi szafami ze stali nierdzewnej. Ten konkretny korytarz nadawał się do takiego demonstracyjnego palenia i to nawet bardzo. Tak właśnie było, bo naturalne oświetlenie w tej konkretnej lokalizacji ułatwiało filmowanie i to nawet czegoś co się intensywnie pali. Wiele znaczyło też i to, że tam ten dość nieciekawy smród spalenizny szybko się rozpraszał. Choć to była raczej zaleta zaliczana do pobocznych. Niemniej jednak chyba największa zaleta tamtej właśnie lokalizacji tkwiła w tym, że telefon ochroniarza właśnie tam rejestrował głosy w sposób wzorowy. Plus tkwił też i w tym, że podłoga korytarzu była pokryta wiekowymi płytkami, dzięki którym skromne ogniska raczej nie były problematycznymi.

Pierwsze palenie dokumentacji wywołało w zarządzie agencji ludzi chaos. Chyba taki dość krzaczasty chaos, ale potrwał on chyba jakieś trzydzieści minut, a potem się uspokoili i nadal prezentowali to dość nieugięte stanowisko. Tego Wespazjan się rzecz jasna spodziewał i dlatego i on i kilku dodatkowych śmiałków przeglądało dalszą dokumentację, po to by na jej podstawie tworzyć własne notatki. Działanie to było skrojonym na miarę, a dokładniej to czytali te akta i sprawnie robili z nich notatki, po to by dysponować tajnymi danymi. Problem w tym, że te notatki robili głównie odręcznie i to stanowiło problem, bo to musiała być wersja o wiele bardziej uboga, jeśli chodzi o celne uwagi. Tak w tym tkwił defekt buntu i co najważniejsze w ludzkiej agencji także zastanawiali się nad znaczeniem zwłoki czasowej.

Blisko dziesięć procent akt co kilka godzin, a pomiędzy raczej nie mogło być jedynie czekanie, a akta poza tabletkami były tam akurat najcenniejszą zdobyczą. Rzecz jasna pewna część ich kopii była poza wiekowym kompleksem, ale zaskakująco niewiele, bo stworzenie większej liczby użytecznych kopii kierownictwo uznało za zbyteczny trud, ale tak było nieomal na rok przed pojawieniem się Wespazjana. Wtedy było tam tak bardzo bardzo spokojnie, ale od chwili w której to pojawił się niezwykły Wespazjan zaczęły się też pojawiać takie jakby uwagi powiązane z bezpieczeństwem dokumentacji testów na śmiałkach. Niemniej jednak uwagi te pojawiały się sporadycznie z częstotliwością chyba jakichś kilku na miesiąc i co równie istotne członkowie kierownictwa w sensie proceduralnym nie wgryźli się w te tematy, bo samo wybudzanie talentów było znacznie ważniejsze, a ono nie wychodziło tak jak powinno. Działo się coś obiecującego, ale jeszcze nie groźnego i to zadecydowało o modelu działania kierownictwa.

Jednym słowem działania kierownictwa dotyczące tworzenia kopii dokumentacji były raczej tymi znikomymi, a dokładniej to skopiowano może te piętnaście procent raportów i te kopie umieszczono w kilku skrytkach bankowych. Cała reszta dokumentacji była w największym budynku wiekowego kompleksu i dlatego też Wespazjan miał bardzo, ale to bardzo istotny punkt zaczepienia, którego to nie miał nikt inny w tamtej chwili. Niemniej jednak to jego pierwsze palenie dokumentów wywołało jedynie chwilowe zamieszanie i dlatego też zrobił to jeszcze raz, po trochę ponad pięciu godzinach, czyli po tym czasie spalił chyba kolejne dziesięć lub dwanaście procent dokumentacji na korytarzu i to w jeszcze wredniejszym stylu. Ów styl był na tyle wrednym, że trzeba było otworzyć okna w budynku, po to by dym znikł ze środka i co równie istotne to pogrywanie z kierownictwem dało jeszcze więcej chaosu. Chaos ten zaś wzmacniał pozycję niezwykłego Wespazjana, który na dokładkę zmienił zdanie i zapragnął tysiąca pięciuset tabletek, z których to siedemset miało wybudzać talent do poruszania przedmiotami. Tylko problem tkwił w tym, że niestety nie otrzymał on ani jednej przez kolejne cztery godzin i dlatego zorganizował kolejne palenie dokumentacji, a dokładniej to takie palenie na pokaz o dość dzikim przebiegu, po to by jeszcze bardziej docisnąć tę psychologiczną śrubę.

Dociskanie to dało efekt, którego to zapragnął, a dokładniej to kierownictwo się ugięło i zapewniło go, co do tego, że tabletki otrzyma w przeciągu ośmiu do dziesięciu godzin. Tak to do jakiegoś stopnia mile zabrzmiało, ale Wespazjan i tak jasno powiedział, że dalej będzie palić cenne dokumenty w formie kary za nie dostosowanie się do jego wymogów. Natomiast najistotniejszym z tych wymogów w jego przypadku było uczynienie go szefem i to nie tylko placówki, w której to się znajdował. Tak ten konkretny niezwykły odmieniec chciał stanąć na czele agencji ludzi i to było dla niego bardzo, ale to bardzo ważne i właśnie dlatego był taki twardy.

Wzmianki o jego zaskakująco twardej postawie dotarły nawet do Kamila i do jego szefa, ale Kamil to przewidział, a dokładniej to spodziewał się tego, że dokumentacja może stać się tą wyjątkowo ważną kartą przetargową i dlatego jego podróż służbowa była bliską banku, w którym to znajdowały się skrytki zawierające kopie dokumentacji części eksperymentów.

Zasadniczo to nie powinien on mieć tu ułatwień, a dokładniej to zajrzenie do skrytki powinno być powiązane z większą ilością procedur i utrudnień, ale tak nie było, bo to były papiery i dyski zewnętrzne, którymi niewielu by się raczej zainteresowało. Dlatego też Kamil mógł wejść do banku, okazać dokument tożsamości, oraz legitymację firmową, a potem miał już swobodny dostęp do skrytek z kopiami istotnych dokumentacji eksperymentów. Mógł część z owych od tak sobie zabrać, czy też nawet zniszczyć na miejscu i to właśnie zrobił. Jednym słowem to co najważniejsze spakował do sporej tekstylnej torby na zakupy, a resztę wrzucił do zwyczajnego dość dużego wora na śmieci z zamiarem spalenia. Tak postąpił i to jakieś trzy godziny przed tym drugim płomiennym aktem Wespazjana i to tylko ze względu na to, że ekspresowo dowiedział się o tym, co faktycznie uczynił niezwykły śmiałek. Ta konkretna zagrywka z jego strony była wredną względem agencji ludzi, ale miał ją w planach przynajmniej od kilku miesięcy, jeśli nie od roku.

Problem tkwił tylko w tym, że jego auto służbowe stale przekazywało firmie informacje dotyczące położenia, czyli jego szefowie wiedzieli kiedy i gdzie jedzie i gdzie robi sobie postoje. Tak właśnie było, bo Kamil był utalentowanym z niezbyt silnym talentem, ale miał talent i właśnie dlatego uznano, że może realizować własne dość mroczne plany, których realizowanie mogłoby powiększyć jego wpływy. Tylko, że te plany realizował w dobrym czasie, czyli wtedy gdy prawie nikt nie chciał go śledzić w o wiele bardziej wnikliwy sposób. Jednym słowem Kamil był kontrolowany tylko wtedy gdy miał sporo próśb do kierownictwa, ale nie stale, bo tego typu kontrole były do buntu Wespazjana bardziej akuratnymi w sensie cenowym.

Tylko, że bunt tego niezwykłego śmiałka zmienił wszystko, a dokładniej to w przeciągu czterech godzin od trzeciego palenia dokumentacji wyjątkowy Wespazjan otrzymał pierwszy spory karton z tabletkami, a dokładniej to te tabletki były zapakowanymi w karton i to taki typowy brązowy. W nim zaś było takie styropianowe pudełko, a w nim wiele mniejszych pudełek z tworzywa, których to ścianki zawierały częściowo schłodzony żel. Zaś we wnętrzu tych pudełek znajdowały się zafoliowane tabletki. Miało ich tam być nieco ponad czterysta i co równie istotne miały być podarowane w geście dobrej woli.

Wespazjan rzecz jasna przyjął owe, a dokładniej to do przechwycenia owych użył jednego ze swoich tymczasowych odmieńców, czyli tego samego, który brał udział w potyczce z najemnikami. On nieco przed godziną dwudziestą pierwszą odebrał paczkę, ale nie za pomocą rąk, bo buntownicy nie chcieli ryzykować i dlatego krzyknął do kuriera jasno jemu nakazując pozostawienie paczki jakieś trzydzieści metrów przed głównym wejściem, czyli przed drzwiami szklanymi i mlecznymi od dołu, które to bardzo pasowały do nowoczesnego biurowca, a nie do wiekowego budynku. Detal ten może i miał jakieś znaczenie stylistyczne, ale bardziej liczyło coś innego, coś co pozornie nie powinno mieć znaczenia.

Zasadniczo to detal był najpierw jeden, a dokładniej to kurier nie usłyszał instrukcji lub rutyna jego działań doprowadziła do tego, że nie zwracał uwagi na owe. Dlatego człowiek Wespazjana zadziałał zgodnie z wymogami które to otrzymał od szefa. Za pomocą myśli przytrzymał buty kuriera na asfalcie i to w dość radykalny sposób, a dokładniej to tak, że on nie mógł wykonać kroku do przodu. Nie mógł też się cofnąć i właśnie dlatego położył pudło przed sobą i tak jakby zbyt na lewo odsłaniając swoją kaburę z pistoletem, czyli przedmiot, który wyraźnie się nie spodobał poplecznikowi niezwykłego Wespazjana, ale raczej nie aż tak by zadziałać nadzwyczaj radykalnie.

Być może i w tym konkretnym momencie powinno zadziać się coś skrajnie dzikiego. Chyba na coś w tym stylu liczyło kierownictwo agencji ludzi. Dlatego ten kurier zaliczany raczej do średnio muskularnych brunetów w trakcie położenia kartonu z tabletkami na asfalcie, który to najlepsze lata miał za sobą tak jakby zaczął eksponować kaburę z bronią palną. Niemniej jednak z dystansu blisko trzydziestu metrów widać było tylko to, że ma kaburę i coś na kształt pistoletu. Mogła to być broń z ostrą amunicją, pistolet na gaz, ale równie dobrze mogła to być zaledwie wiatrówka lub coś takiego jak dziecięca zabawka z tworzywa. Te możliwości budziły wiele wątpliwości, ale tu właśnie liczyło się to dostatecznie czyste postępowanie.

Mowa tu dokładnie o tym, że kurier dokonał prowokacji pokazując kaburę z czymś co wyglądało na broń i dlatego też człowiek Wespazjana, który to jakieś piętnaście minut wcześniej wziął kolejne dwie tabletki nie ryzykował i stało się coś chyba najbardziej odpowiedniego, czyli tuż po położeniu kartonu z tabletkami poplecznik niezwykłego Wespazjana odepchnął kuriera za pomocą myśli i to tak jakby doskonale wiedział o tym, że faktycznie ktoś go filmuje. Było to do jakiegoś stopnia agresywne, ale kurier zaliczany do dość śmiałych jedynie został tak przesunięty po asfalcie w stronę ozdobnych krzewów, a dokładniej to wyglądało tak, jakby ktoś faktycznie go przeciągnął po asfalcie te piętnaście lub osiemnaście metrów w tył. W skutkach to przeciągnięcie za pomocą myśli tragicznym nie było, bo skończyło się zaledwie na kilku zadrapaniach, a jeśli chodzi o dość duży karton z tabletkami, to ten przeleciał w powietrzu nieomal trzydzieści metrów i trafił do głównego budynku wiekowego kompleksu, choć nie z zadziwiającą prędkością.

Chyba trochę ponad dwadzieścia minut później Wespazjan zorganizował to czwarte połowicznie dzikie palenie dokumentacji na korytarzu i tym razem było ono powiązane z kręceniem filmu za pomocą telefonu. Etap ten rzecz jasna był tym niezbędnym, bo dostał o ponad tysiąc tabletek mniej niż powinien i to powinno się jemu nawet bardzo nie spodobać. Tak faktycznie powinno być i chyba do jakiegoś stopnia udawał ów iskrzące niezadowolenie. Miało to wtedy jakieś znaczenie, choć tu raczej liczyła się ta czysta matematyczna wierność własnym zapowiedziom, a dokładniej to nie dostał tego na co tak bardzo bardzo liczył i dlatego zarząd agencji ludzi w tym konkretnym momencie musiał zostać ukarany i to z należytą dokładnością i dlatego spalił te dziesięć lub dwanaście procent dokumentacji w takim totalnie chaotycznym stylu na korytarzu tuż obok pomieszczenia z tymi stalowymi szafami. Tak to było i zapowiedziane i wredne, ale dla niezwykłego Wespazjana było to zaledwie palenie papierów i to bardzo sprytne, bo wykorzystał sprzęt biurowy, a dokładniej to drukarki i skanery i skopiował tę część dokumentacji, którą spalił. Tak to była akcja szyta na miarę. Niemniej jednak mógł to wszystko zrobić lepiej, a dokładniej to mógł dokładnie to samo zrobić z dokumentacją, którą to spalił uprzednio. Tylko, że wcześniej postawił na opcję o wiele bardziej mozolną, a dokładniej to na czytanie stosów papierów i na robienie odręcznych notatek. Właśnie na tym stracił sporo cennego czasu, ale z drugiej strony mógł na dokładkę przeanalizować we własnej głowie przypadki wszystkich swoich ludzi, a dokładniej to poznać każdego z nich tak bardzo bardzo dokładnie. Poznawanie to znaczyło raczej więcej od czwartego nieco przyspieszonego palenia papierów.

Jako jednego z pięciu pierwszych poznał tego, który jako pierwszy zaczął odpierać szturm najemników. Rzecz jasna nie poznał jego imienia, ale numer, czyli określano go przypadkiem nr 1134444. Tak to był dokładnie ten numer i zgodnie z aktami ten konkretny człowiek nigdy nie był w więzieniu, choć to nie jakiś pozytywny detal, a dokładniej to ponad dwa lata wcześniej ten śmiałek miał żonę i nieomal pięcioletnią córeczkę. Mieszkał w górskiej okolicy i pracował w warsztacie samochodowym zatrudniającym trzy osoby. Właśnie tam naprawiał auta okolicznych mieszkańców sumiennie i co równie istotne terminowo.

Tę konkretną sielankę zakończył pewnego dnia jakiś lekko pijany kierowca, czyli taki dziewiętnastolatek, który wręcz uwielbiał agresywną jazdę, a w weekendy lubił sobie popić. Jednym słowem to był dziewiętnastolatek nie różniący się na tle reszty. Tak właśnie było do momentu, w którym to popełnił o ten jeden niewielki błąd za dużo. Mowa tu konkretnie o tym, że najpierw z kimś wypił kilka piw, a potem się rzecz jasna założył o to, że pokona kilka zakrętów pewnej górskiej trasy w wyjątkowo agresywnym stylu.

Trasa ta była zaliczaną raczej do wiejskich i co równie istotne była w pewnych miejscach dość zniszczoną i wąską. Nadawała się ona tylko do spokojnej i powolnej jazdy, gdyż tam właśnie często widywało się pieszych i to na poboczu o szerokości trochę ponad metra, za którym to zaczynała się skarpa taka kamienno ziemna. Raczej dość nieciekawie wyglądająca dla kogoś, kto zazwyczaj jeździł tam szybko, czyli nieco szybciej od reszty miejscowych. Pewien odcinek ów drogi był tym zdecydowanie bardziej złowrogim, a dokładniej to zaczynało się od specyficznie ostrego zakrętu w prawo, a potem było chyba jakieś dwieście dwadzieścia metrów lekko zakrzywionej prostej i zakręt w lewo i to taki przed którym to trzeba było gwałtownie zwolnić, raczej tak aż nazbyt gwałtownie, po to by specyficzny zakręt w lewo pokonać bezpiecznie.

Wiele znaczyło też i to, że ten konkretny fragment w ciągu minionej dekady okazał się śmiertelnym dla dwóch młodych mężczyzn, czyli już wcześniej ponieśli tam śmierć młodzi mężczyźni w wieku siedemnastu i dziewiętnastu lat, a jeśli chodzi o pieszych to mieli w przypadku tego odcinka kilka opcji. Mogli szybko przejść go pieszo i tak właśnie robiła większość. Chyba jeden na dziesięciu biegł, po to by nie spotkać jakiegoś głupiego kierowcy. Niektórzy decydowali się na bieganie właśnie tam nawet zimą, po to by jak najszybciej pokonać ów fragment. Tak właśnie bywało w przypadku tego odcinka, bo tam przejść można było tylko od strony zewnętrznej, czyli z jednej strony stale się miało bardzo stromą skarpę ze skał i ziemi, która to nawet po krótkim deszczu była piekielnie śliską, a nawet czasami zabójczą. Na dokładkę na środku tego odcinka była nieomal trzydziestometrowa luka w barierce, luka która odnawiała się cyklicznie, co dwa lub trzy lata. Przyczyną tego odnawiania się było wymywanie, wymywanie chyba nigdy nie będące pod kontrolą.

W tym konkretnym miejscu ponieśli śmierć bliscy śmiałka o numerze 1134444. Jesienią po dość długotrwałej ulewie, czyli wtedy gdy było skandalicznie wilgotno, ale też i świeciło słońce. Takie bardzo poetyckie słońce, które to oślepiło tymczasowo lekko pijanego dziewiętnastolatka w sportowym aucie zaliczanym do dość zmęczonych. Tak ta oto kombinacja dość nieciekawych czynników przesądziła o śmierci trzech osób. Ta konkretna śmierć rzecz jasna nie była dostatecznie gwałtowną, ale miała miejsce w dość dziwnej lokalizacji, a dokładniej to tam, gdzie piesi raczej nie przechadzali się wieczorami, chyba że tego typu przechadzka była koniecznością. Niemniej jednak właśnie wtedy nikt nie musiał iść do centrum po zakupy lub w innej sprawie, a słońce się chowało za horyzontem i na dokładkę zapadały te skrajnie wredne smoliste ciemności odbierając cennemu śmiałkowi to co niezwykle cenne.

On w trakcie tego wypadku nadal jeszcze pracował i co najistotniejsze do własnego domu jechał mijając ów odcinek chyba te trzy godziny później z taką jakby bardzo matematyczną ostrożnością, która to w tym konkretnym czasie była dla niego normą. Mijając ten odcinek zauważył pewne ślady nieciekawego wydarzenia, a dokładniej to dostrzegł detal taki jak kawałki klosza kierunkowskazu z tworzywa, ale nie zaczął myśleć zbyt intensywnie o tym, co faktycznie dostrzegł. Uznał to wstępnie za oznakę czyjegoś braku ostrożności na poziomie akuratnym i w sposób dostatecznie pilny pojechał dalej. Pojechał powoli i co równie istotne miał w głowie przekonanie co do tego, że to zaledwie kolejny typowy koniec listopadowego dnia posmarowany nieomal milczącymi ciemnościami.

Wiele znaczyło też i to, że gdy już dojechał do domu, to zauważył na lodówce odręczną notatkę swojej żony dotyczącą tego, że wyszła i że postara się wrócić z małą do godziny dwudziestej. Notatki tego rodzaju widywał już nie raz na lodówce, zawsze doczepione do owej za pomocą magnesu, czyli to nie był jakiś zaskakująco dziwny detal i co równie istotne niekiedy nawet jego żona nocowała z córeczką u przyjaciółek. Tak bywało wtedy gdy pogoda wieczorami była dość nieprzewidywalną. Wtedy jego rodzina albo pozostawała w domu, albo nie decydowała się na powrót powiązany z dość niemiłą wędrówką, czy też z ryzykowną jazdą autem.

Dlatego śmiałek 1134444 dowiedział się o tym bardzo koszmarnym zdarzeniu dopiero wtedy gdy był już kolejnego dnia w pracy i co równie istotne ten dzień po zaskakująco istotnej końcówce dnia był piątkiem, czyli początkiem weekendu i dlatego też wieczorem tak bardzo, ale to bardzo solidnie się upił we własnym domu i to było jak na niego dość niezwykłe i doszedł do siebie w pełni dopiero w niedzielę. W tę konkretną niedzielę zaczął także czytać w sieci jakieś poradniki dotyczące życia po tych bardzo bardzo niesmacznych wydarzeniach życiowych. Śmierć najbliższych także była jednym z wydarzeń tego rodzaju i co najistotniejsze te poradniki jasno mówiły o tym, że trzeba żyć dalej i nie pogłębiać nieciekawego stanu. Wspominały też i o tym, że na świecie jest wiele osób z podobnymi dramatami i co najistotniejsze uleganie negatywom, które niosą życiowe dramaty to cecha ludzi słabych i zaliczanych do niezbyt bystrych.

Osoby mądre w tego typu przypadkach odcinają się od tego co negatywne, odcinają właśnie ze względu na to, że tony wypitego alkoholu i do tego godziny rozmyślania o tym co było niczego nie odkręcą. Trzeba zaakceptować to, czego już i tak nie da się zmienić i żyć dalej. W pewnym sensie to rada zaliczana do typowych, ale też i miała tę rozbudowaną część, a dokładniej to dawała też i coś na kształt jakby dodatkowego wyzwolenia od dramatu. Jasno wspominała o tym, że są inni z innego typu dramatami i by zapomnieć o własnym należy pomóc komuś innemu wyjść z j\takowego dramatu, komuś komu to brakuje siły psychicznej i sprytu. W tym wszystkim wiele znaczyła też i dodatkowa składowa tej rady, a dokładniej to trzeba było nauczyć się czerpać radość właśnie z tego, że pomogło się komuś w wybitnie szafirowy sposób. Aspekt ten się spodobał temu, który to stanie się śmiałkiem 1134444 i co najważniejsze już w najbliższy wtorek uczynił coś, co można było nazwać tym bardzo pozytywnym uczynkiem, a dokładniej to oddał krew i zaczął szukać metody na zostanie dawcą szpiku. Te kroki do przodu może i były na początek dość drobnymi, ale dały temu człowiekowi coś na kształt spełnienia.

Spełnienie to na początku było chyba tym zaskakująco sporym, ale chyba po jakichś trzech miesiącach przestało jemu wystarczać, a dokładniej to oddawał regularnie krew i był też kimś kto robił więcej od typowego członka grupy wsparcia i co równie istotne nie bał się mówić o tym, co go spotkało. Nie bał się mówić o tym, że potwornie nie chciał oglądać swoich bliskich w nieciekawym stanie wizualnym. Tylko, że sama odwaga do wspominania o tym to nie było wszystko, a dokładniej to na dokładkę też uświadamiał wielu, co do tego, że dramatu nie da się odkręcić i trzeba takowy zmienić w coś pozytywnego, w coś bardzo pozytywnego. Wzmianek tego rodzaju chyba nikt z grup wsparcia nie traktował jako dziwnych, bo w jego ustach były zaskakująco brylantowymi, a dokładniej to mówił o tym, że dawanie nura w depresję totalnie nie pomaga, bo to może jedynie szkodzić. Zdecydowanie lepiej jest odciąć się od ów nurkowania, znaleźć inną osobę w nieciekawym stanie i pomóc jej w odbiciu się od dna tylko dla satysfakcji płynącej z pomocy. Pozornie te jego wypowiedzi dla wielu osób z problemami brzmiały jak bzdety, ale z czasem zaczął swoim pojmowaniem tego typu spraw tak jakby uwodzić innych.

Jednym słowem szybko zaczynał się stawać lokalną gwiazdą, jeśli chodzi o okazywanie wspaniałomyślności i czerpał z ów okazywania ogromną radość, choć z drugiej strony po jakimś czasie zrodziła się w jego głowie pewna myśl, a dokładniej to zapragnął on czegoś na kształt transformacji społecznej, jeśli chodzi o te zrywy wspaniałomyślności. Transformacja ta była sprawą złożoną i mogłaby potrwać lata, ale i tak postanowił to zapoczątkować, bo doskonale widział moc tej lodowej obojętności, widział to że jest ona wszędzie i że nie przygasa.

Ironia chyba tkwiła w tym, że traktował obojętność jako wroga, choć w specyficzny sposób. Mowa tu dokładnie o tym, że walczył z obojętnością za pomocą serdeczności. Tak to dość dziwny patent na walkę z ludzką obojętnością, ale skuteczny. Skuteczność przyszłemu śmiałkowi 1134444 dotyczącą serdeczności dowodziły te filozoficzne artykuły, które to czytał, a czytał owe nieomal w każdy wieczór, czyli po upływie jakichś sześciu miesięcy od utraty bliskich czytanie tego typu filozoficznych tekstów stało się obsesją tego człowieka i co równie istotne z tej obsesji nie rezygnował, bo z każdym dniem czuł coraz bardziej to jak zło i obojętność boi się tej prawdziwej serdeczności. Problem w tym, że jeśli zło boi się tej nadzwyczaj jedwabistej serdeczności, to może z nią także walczyć za pomocą metod skrajnie nie eleganckich. Za pomocą metod, które to dosłownie skrywa taki dziki, bardzo smolisty cień, a ów cień przynajmniej pozornie nie boi się nikogo i niczego. Niemniej jednak atakuje tam gdzie zbrakło jasności, a to zawsze coś znaczy i zawsze budzi i niepokój i wątpliwości.

Nie inaczej było z tym naszym dość wyjątkowym człowiekiem, który stał się dostrzegalnym i dla świata biznesu i dla świata lokalnej polityki. Jego dostrzegalność tkwiła w tym, że przeciwstawiał się politycznie zatruwaniu środowiska, bo to zatruwanie i było i nadal jest czymś, czego nie można przykrywać smolistymi Himalajami niepamięci. Niemniej jednak to pozostawiając na boku poetyckie upiększenia można jasno powiedzieć, że nasz ciekawy człowiek wdał się w konflikt z jednym sporym biznesem zatruwającym środowisko, a za to najpierw niszczono jego reputację i poczytalność psychiczną. Sugerując, że oszalał po utracie bliskich.

Tak to była bardzo wredna strategia walki z nim, ale nie można tego nazwać jedynie strategią, bo gdy ten rodzaj gierek zawiódł, to zatruwający środowisko biznesmeni najzwyczajniej w świecie najęli typów spod ciemnej gwiazdy, którzy dotkliwie pobili przyszłego uczestnika eksperymentów. Pobicie to było szkodliwym i to nawet bardzo szkodliwym, ale tamte szajbuski zbyt mocno się wtedy nie rozkręciły i na dokładkę nakazali jemu odpuszczenie tematu, w sposób godzien kogoś, kto w każdej chwili mógłby dopełnić sromotnego dzieła.

Wiele znaczyło też i to, że pierwsze jego pobicie było powiązane z lokalizacją dość mroczną, czyli to był taki trawnik za typowym magazynem. Ten magazyn nie był ani małym, ani dużym, a na trawnik za nim zaliczany do średnio zadbanych mógł wejść dosłownie każdy. Przyszły uczestnik kontrowersyjnych eksperymentów znalazł się na nim tak raczej nie do końca przypadkowo, a dokładniej to już chyba trzeci raz przechodził przez owy, choć ten trzeci raz był także wyjątkowym, a dokładniej to miało miejsce jakieś dwie godziny po zachodzie słońca. Dlatego też było ciemno, a w okolicy nie było nawet jednej kamery monitorującej. Właśnie dlatego można uznać, że przyszły śmiałek 1134444 postąpił głupio i dał się pobić, bo gdyby nie wybrał takiego skrótu nocą, to nie doszłoby do tak sromotnych wydarzeń z jego udziałem.

Najważniejsze zaś tkwiło w tym, że i po tym ważnym wydarzeniu powiązanym z agresją nie schował się ze swoimi argumentami i ideologią. Był to błąd, bo powinien przeanalizować to, co właśnie robił i zmienić sposób dążenia do celu, ale tego nie uczynił dalej brnąć w strategię publicznego nacisku, który był skutecznym, ale miał też i swoją cenę. Trudno powiedzieć, czy cenę tę był gotów zapłacić, ale zapłacił przynajmniej jej część w trakcie kolejnego pobicia, które musiało już być opcją bardziej dotkliwą, a dokładniej to siedmiu ludzi go wtedy pobiło, a jeden z nich miał ze sobą taki wiekowy dość brudny młotek za pomocą którego rozbił wiele kości jego prawej dłoni.

Wespazjan przeczytał jego dzieje z takim aż nazbyt wyraźnym zaciekawieniem, ale ta jego historia przedstawiona przez akta była aż nazbyt nie kompletną, a dokładniej to zbrakło w tym wszystkim jego imienia, ale też i imion jego żony i córki, choć mogły one się w tych tekstach znajdować. Niemniej jednak ktoś zamazał najistotniejsze z informacji za pomocą grubego czarnego flamastra. Wymazywanie tego rodzaju nie było praktyką zaskakującą, ale typową i co równie istotne tak zamazano także dane przemysłowca, z którym to walczył ten nieco bardziej wyróżniający się śmiałek. Postąpiono właśnie tak, by laboranci nie otrzymali zbyt wielu informacji i by nie węszyli w sprawach poszczególnych śmiałków na własną rękę. Tak właśnie argumentowano staromodne zamazywanie, które to rzecz jasna miało sens. Miało zaskakująco wiele sensu, bo eksperymenty miały przebiegać gładko.

Natomiast samo dołączenie do eksperymentu śmiałka o numerze 1134444 było sprawą prostą, a przynajmniej to sama historia po zniszczeniu prawej dłoni za pomocą młotka rysowała się dość prosto. Mowa tu dokładnie o tym, że po tym wydarzeniu trafił on do szpitala z dłonią rozbitą za pomocą młotka, a dokładniej to sam o własnych siłach przyszedł do szpitala. Może i to brzmi tak jakby do jakiegoś stopnia niezwykle, ale już nie jeden o własnych siłach przyszedł z tego typu obrażeniami do szpitala.

Leczenie tego urazu jakiś czas potrwało i w znacznym stopniu było rutynowe, choć było w tym coś nietypowego, a dokładniej to tego konkretnego śmiałka dzień lub dwa przed wypisaniem odwiedził Kamil i zaczął go bajerować, czyli zaczął mówić o tabletkach, które to budzą w ludziach wręcz niespotykane zdolności. Rzecz jasna jego wypowiedzi były też i tymi nieziemsko wysmarowanymi superlatywami i powiązanymi z jedwabistym stylem wysławiania się, choć i te opowieści i sposób ich prezencji nie były tu decydującymi, tylko to, że w pewnej chwili Kamil dotknął ręki przyszłego śmiałka 1134444 udowadniając to, że on ma już niezwykły dar, a dokładniej to ten przyszły śmiałek przez te trzy lub cztery sekundy poczuł się tak jak chory na wyjątkowo dotkliwą chorobę zakaźną, choć w rzeczywistości nie zachorował na takową.

Ciekawa to sprawa, a dokładniej to niezwykły talent, który to dają tabletki, zapewne tak pomyślał przyszły śmiałek o numerze 1134444, choć z drugiej strony to nie uległ własnemu wrażeniu nazbyt prędko, bo uleganie wrażeniom to rzecz jasna spory błąd. Tylko, że po tym spotkaniu trwającym nieomal piętnaście minut i po niezbyt długim pokazie możliwości miał wizytówkę, głowę pełną myśli powiązanych z niezwykłymi talentami i na dokładkę te swoje wcześniejsze sprawy powiązane z naprawianiem świata. Rzecz jasna ze swoimi wcześniejszymi sprawami i problemami mógł się rozprawić jedynie za pomocą tego zwyczajnego ludzkiego sprytu, ale potem zapewne pojawiły by się inne nieprzyjemne sprawy i do tego najprawdopodobniej jakieś inne mroczne zagrywki powiązane z pobiciem. Dobrze by było czemuś takiemu się przeciwstawić za pomocą niezwykłego talentu, za pomocą talentu z którego to korzysta się tylko w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych i dlatego każde użycie takowego pozostało by jedynie czymś powiązanym ze sferą mitów. Ze sferą, która to w realnym świecie nie istnieje.

Przyszły śmiałek rozmyślał tak o niezwykłym talencie lub o talentach przez nieomal dwa miesiące, a potem tak jakby dość gładko dołączył do eksperymentu. Tego właśnie Wespazjan dowiedział się z akt, ale po tym czwartym paleniu dokumentacji, które to było dość szalone, choć był to także rutynowy szał. Postanowił się też po tym wszystkim nieco przespać, bo wtedy był już dość zmęczony i dlatego poszedł się tak dość rutynowo umyć pod prysznic, a potem położył się na tej bardzo tanio wyglądającej pryczy tak jak zazwyczaj i co równie istotne tak sobie dalej leżał rozmyślając o wszystkim i o niczym, aż do chwili gdy usnął, do chwili, która to przyszła nie wiadomo kiedy.

Początku własnego snu rzecz jasna nie dostrzegł, bo dość szybko znalazł się w jakiejś kluczowej scenie i to najwyraźniej nie był przypadek, a dokładniej to znalazł się we własnym śnie przed głównym budynkiem wiekowego kompleksu, czyli widział samego siebie przed wejściem do ów budynku i na dokładkę szefa Kamila, a konkretniej to tego utalentowanego zaliczanego do niezwykle silnych i zarazem eleganckich łysych facetów. Tylko, że Wespazjan nie wiedział tego, że ten konkretny człowiek jest utalentowanym. Nie wiedział, bo wcześniej ani razu nie widział tego jak kreuje płomienie za pomocą umysły, a nawet nie słyszał plotek o tym jego darze. Ta jego niewiedza była istotną lub nie, ale teraz chyba bardziej liczyło się to, że ten wyglądający na silnego łysy i elegancki facet zaczyna z niego drwić mówiąc wprost o tym, że istnieje wielu naturalnych utalentowanych podzielonych na jasną i na ciemną frakcję. Wprost wspominał o tym, że niektórzy z nich mają po kilka talentów i zgnietli by jego bez kiwnięcia najmniejszym z palców. Te oto słowa zabrzmiały niczym iskrząca drwina. Wypowiedziana tak jakby zaskakująco lekko, ale też i dosadnie.

Natomiast po ów drwinie już niewiele powiedział, a dokładniej to wspomniał o tym, że mógłby z Wespazjana szydzić godzinami, ale na tym nie zyska. Dlatego po tym dość lodowym podsumowaniu nadszedł czas na jedno, a dokładniej to ten z szefów tak jakby skoncentrował wzrok na niezwykłym śmiałku i chyba pół sekundy później spod jego stóp, czyli z asfaltu przed jego stopami wystrzeliły płomienie, które to w ekspresowym tempie dosięgły, czy też nieomal dosięgły Wespazjana. Tylko, że to była wizja ze snu, a takowe nie zawsze ukazują, to co powinno się wydarzyć, ale zazwyczaj to co może się wydarzyć, choć i możliwość była ciekawą i to przynajmniej z perspektywy niezwykłego śmiałka, który to przewodził temu buntowi.

On we śnie patrzył na to jak sam odchyla wredne płomienie tego szefa, a dokładniej to płomienie, które były nieomal krwisto czerwonymi. Odchylał je do tyłu chyba za pomocą wiatru i to było dziwne, bo Wespazjan widział to co dokładnie robi i to stojąc z boku, jakieś piętnaście, czy też dwanaście metrów na prawo od centrum wydarzeń. Z tej pozycji widział doskonale to jak poruszył za pomocą myśli powietrzem, po to by odchylić skrajnie nienawistny płomień do tyłu. Tak właśnie rozprawił się z szefem Kamila pozostając w bezruchu, a dokładniej to nie kiwnął nawet palcem i oglądając tę scenę z boku był wręcz zaskoczony tym, że za pomocą talentu do poruszania przedmiotami może wymuszać ruch powietrza. Wymuszanie to właśnie wtedy przyszło jemu tak bardzo bardzo łatwo. Właśnie tak jakby tylko sobie o tym pomyślał, a ułamek sekundy się stało. Stało się tak, że ten wrogi utalentowany najpierw został nieco nadpalony, a potem to wirujące powietrze, które to chyba wykreował niezwykły śmiałek rozerwało go tak jak w mikserze i to było niezwykłe, choć we śnie ten fragment obrazu powiązany z rozrywanym utalentowanym, był tak jakby nie klarowny. Widziało się to tak jak przez zaparowaną szybę, czyli Wespazjan widział i siebie i rozrywanego z boku, ale tylko siebie widział w sposób zadziwiająco wyrazisty.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.17
drukowana A5
za 73.63