Początek nowego etapu przygody trzeba zacząć od zakończenia poprzedniego, a dokładniej to od tego co widziała Aurelia, której to myśli zalał nie raz, ten totalnie smolisty gniew. Ona to w ostatnich minutach walk o twierdzę Sebastiana bardzo wyraźnie widziała to jak przy wejściu do tunelu kręciły się nie jedna, ale aż dwie projekcje umysłu Nicka. Mowa tu o tych projekcjach, które są widocznymi dla wszystkich i wyglądają jak sam Nick, choć w rzeczywistości pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Kluczowe znaczenie w ich przypadku ma też i to, że mają grubą skórę, która to nie jest jedynie grubą, ale też i nie możliwą do przebicia. Przynajmniej nie dla typowego śmiertelnika.
Projekcje owe były blisko wejścia do tunelu na tym centralnym dziedzińcu o wymiarach jakieś czterdzieści na czterdzieści metrów lub nieznacznie większym. Wiele znaczyło też i to, że owe projekcje nie stały w miejscu, lecz w istotny sposób przyczyniły się do tego, że sprawy przybrały taki, a nie inny obrót. Niemniej jednak w trakcie trwania tego kilkuminutowego chaosu po śmierci Sebastiana te projekcje znikły i to nie wiadomo dokładnie kiedy.
Pewnym było jedynie to, że gdy już Aurelia powstała to z wściekłości i za pomocą jednego z własnych talentów pochwyciła jednego z tych byłych metalicznym i uderzyła nim o ścianę. W tym uczynku nie tkwiła jedynie taka mętna wściekłość, ale też i chęć sprawdzenia tego, czy nadal ma swoje moce. Bardzo mroczny to patent na przetestowanie własnych mocy, ale w jej przypadku raczej typowy i co równie istotne wściekłość i chęć sprawdzenia własnych talentów dokładnie wtedy nie dzieliły się w jej myślach tak pół na pół. Tak nie mogło być. Stwierdzenie to zabrzmi specyficznie, ale granica pomiędzy tymi jej dominującymi stanami umysłu przypominała granicę pomiędzy barwami Ametrynu i raczej nie wypadała równo pośrodku. Tego typu opis w tamtym momencie pasował najlepiej.
Wyjątkowo wiele znaczyło też i to, że gdy ona dochodziła do siebie gubiąc się w labiryncie z własnych wrażeń i mętnych myśli Artur. Nick, cudowna dziewczynka i chłopiec z talentem do dostrzegania prawdy wychodzili już z tunelu w tej kamienistej dolinie niewielkiej rzeki. Idąc ową doliną Nick dostrzegł na plecach Artura plecak taktyczny, taki czarny i z lekka nadgryziony totalnie wrednym zębem czasu. Wcześniej rzecz jasna jego nie dostrzegł, bo w tunelu jego uwagę pochłaniały inne z detali. Wiele znaczyło też i to, że zwrócenie uwagi na plecak było specyficznym momentem, bo zerkał na niego idąc i to przez niemal sekundę i to doprowadziło do tego, że nieznacznie się poślizgnął na sporym i porośniętym mchem kamieniu. Owo poślizgnięcie się nie było tym niebezpiecznym rzecz jasna, ale zwróciło uwagę wszystkich idących i przed nim i za nim.
Tuż po poślizgnięciu się pomógł Nickowi powstać jeden z utalentowanych, którzy to znajdowali się przy wyjściu z tunelu. Mowa tu konkretnie o jednym z tych dwóch nieco młodszych, bo ten starszy w okolicy pięćdziesiątki jeszcze przez jakiś czas pozostał na tyłach przeszukując wylot tunelu i jego okolice. Ten konkretny bardzo dokładny utalentowany zacierał także ślady i to nie za pomocą gałęzi, tylko za pomocą własnego talentu. Nie chodziło tu o wygodę, ale o to, że takie zacieranie jest opcją zdecydowanie bardziej perfekcyjną. Może to i dziwne, ale to zacieranie śladów pochłonęło go na tyle, że cała reszta wędrujących praktycznie pozostawiła go samego i nikt się tym faktem nie przejął, nawet cudowna dziewczynka.
Jeśli zaś chodzi o dalszą wędrówkę to owa była prostszą, bo chyba po jakimś kilometrze niezbyt szybkiego poruszania się po sporych wilgotnych głazach byli już na ścieżce gruntowej szerokiej na nieomal dwa metry. Właśnie tam Nick zaczął nieść cudowną dziewczynkę, tak jak to wuj zazwyczaj niesie siostrzenicę, czy też bratanicę. Szli tak długo i to pomimo zapadającego mroku, choć wędrówka ta nie była jakąś wybitnie męczącą. Mowa tu dokładnie o tym, że droga była równa, a ziemia ubita w stopniu dostatecznym. Trudno było o lepszą drogę gruntową i dlatego po jakichś trzech godzinach i piętnastu minutach marszu zawędrowali do niewielkiej wsi, która to składała się z jedenastu dość dużych budynków mieszkalnych i z pewnej ilości zabudowań gospodarczych. Budynki mieszkalne w tym przypadku prezentowały się raczej średnio, a dokładniej to nie były nowoczesnymi, lecz tymi które to remontowano chyba blisko dwie dekady temu. Gorzej było z zabudowaniami gospodarczymi, które to nawet w świetle typowych latarek taktycznych prezentowały się nędznie, w trzech z narożników aż nazbyt nędznie.
Światło natomiast nadal się paliło, choć tylko w trzech z domów. W jednym z nich było jasno aż w dwóch pokojach, a w tym drugim jasno było tylko w jednym z pokoi. Jeśli zaś chodzi o trzeci z budynków, to w nim jasno było w aż czterech oknach. Tylko, że Nick z towarzyszami tak nagle weszli do pierwszego z budynków, a dokładniej to weszli tak jak do siebie.
W przedpokoju, a dokładniej to w długim przedpokoju tego konkretnego domu było tylko po części jasno i to tylko dzięki temu, że światło paliło się w kuchni, która nie była wybitną, a dokładniej to prezentowała się tak jak z katalogu sprzed tych czterech lub pięciu lat, jak z takiego typowego katalogu sklepu meblowego. Był tam rzecz jasna stół, cztery krzesła, z których to na jednym siedział facet w spodniach od garnituru, w śnieżno białej koszuli i w kurtce zaliczanej raczej do wybitnie sportowych. Człowiek ten palił także papierosa w sposób zaliczany do dość odpychających i posilał się jednym z kupnych ciastek, które to leżały na tacy na stole. Nie był to jeden rodzaj ciastek, tylko siedem lub osiem rodzajów, z których to chyba żaden nie zawierał nawet najmniejszej ilości czekolady.
Artur jako pierwszy zapytał tego człowieka o to kim faktycznie jest i dlaczego właśnie tu jest. Rzecz jasna pytając nie krzyczał, ale wypowiedział się w sposób aż nadto radykalny, jakby kompletnie nie chciał odpowiedzi mylących lub nie do końca precyzyjnych. Jakby chciał odpowiedzi rzeczowej i brzmiącej tak jak majestatyczna szafirowa prawda.
Śmiało można stwierdzić, że przynajmniej po części dostał to na co liczył. „Kiedyś byłem człowiekiem nieomal takim samym jak i ci, których co dzień mijasz na ulicach miast. Tylko, że kilka lat temu zmieniło się to dosłownie z dnia na dzień. Dlatego też dziś zerkam na was wszystkich i dostatecznie dobrze widzę to, że się różnicie i że ta mała pięciolatka jest cudem lub czymś więcej aniżeli poetycki cud. Mógłbym użyć o wiele większej ilości tych pięknych słówek, ale niestety czas się nam kończy. Przysłano mnie tu po was, a dokładniej to przysłała mnie was tu pewna starsza pani, która to doskonale wiedziała kiedy i gdzie dokładnie się pojawicie. Wiedziała też i o tym, że nie odstraszy was mój nałóg, oraz twarz wyglądająca aż nazbyt typowo i nieomal nie wzbudzająca zaufania. Twarz dodatkowo naznaczona blizną na lewym poliku, blizną dość unikatową.”
Ten nieznajomy przestał na jakiś czas się wysławiać, ale po tych trzech lub pięciu sekundach tak dość swobodnie mówił dalej. „Nie dziwi was to, że przez dłuższy czas szliście z dziećmi nocą, a te nawet nie odczuły zmęczenia, bo ten konkretny przemarsz był specyficzny. Jeśli ktoś może przenosić rzeczy za pomocą myśli to może też unosić dzieci za pomocą myśli, tak jakby myślą wytworzył dla dzieci coś na kształt transparentnego łóżka. Coś w tym stylu już uznajesz za normalne obrońco cudu. Może i ciekawie o tym gadam, ale chyba tylko zdaniem zwyczajnych ludzi. Moje zdolności, a dokładniej to moje talenty polegają na tym, że mogę być niewidocznym dla śmiertelników i na dokładkę dostrzegam utalentowanych, ale nie aż tak bardzo wyraźnie, czyli dla mnie mają oni jedynie taką jakby cząstkę białego jedwabistego połysku, zazwyczaj bardzo niewielką cząstkę.”.
Nie da się też ukryć tego, że ten nieznajomy z talentami zrobił sobie jeszcze ponad sekundę przerwy, po to by zaciągnąć się dymem papierosowym i kontynuował wypowiedź. „Za kolejnym domem czeka na was samochód, a dokładniej to SUV trochę większy od kompaktowego o zaskakująco intensywnym wiśniowym kolorze. Tak rzuca się on w oczy i na dokładkę nie jest wybitnym jeśli chodzi o szybką jazdę po gruntowych drogach, po owych da się nim jechać szybko i to plus, ale jest to mało komfortowe. W tym tkwi jego minus, ale w bagażniku są plecaki z jedzeniem i z przydatnymi przedmiotami na jakieś cztery do pięciu dni drogi. Są w nich także środki finansowe. Niemniej jednak ja i ci dwaj, którzy dołączyli do was tuż za tunelem nie pojedziemy z wami, a wasza trasa jest rzecz jasna zaprogramowaną w urządzeniu z GPSem, które to leży w tym aucie na podszybiu.”
Ostatnia część wypowiedzi tamtego nieznajomego zabrzmiała tak jak ponaglenie i dlatego też Artur szybko pobiegł do samochodu, a dokładniej pobiegł w sposób wyróżniający go tak jak jakąś radykalną maszynę. Nick natomiast zrobił swoje znacznie wolniej, czyli udał się do innego domu, do tego, który prezentował się nawet w nieomal letnich ciemnościach na zdecydowanie najbardziej zaniedbany. Przeszedł przez przedpokój owego niezbyt szybko i co równie ważne zatrzymał się dopiero po wejściu do jednego pokoju, który to w znacznym stopniu przypominał turystyczną noclegownie. Na samym środku tego pokoju stał taki stół prezentujący się jak mebel przemysłowy w kolorze kremowo białym. Gdyby nie ten kolor to chyba nie zauważył by smartfona leżącego na blacie i co równie ważne telefon ten prezentował się na zaskakująco nowoczesny. Natomiast jego stan wizualny tłumaczył jeszcze więcej, bo faktycznie nie miał nawet tej najmniejszej ryski i dodatkowo obrońca cudu dotknął tego urządzenia w taki lekki i bardzo obojętny sposób.
Wtedy też w jego głowie, a dokładniej to w jego myślach przez ułamek sekundy błysnęło ponad dwadzieścia obrazów powiązanych ze zbliżającymi się wydarzeniami. Natychmiastowo nie zaczął ich analizować, bo czuł doskonale to, że nie ma czasu na ową analizę i dlatego też wziął go i w pośpiechu wybiegł z tamtego domu, a następnie wsiadł do ich nowego samochodu, w którym to dzieciaki już były przypięte do fotelików, a sam Artur prezentował się tak, jakby nigdy nie był bardziej gotowym na trudną trasę. Jeśli zaś chodzi o Nicka to w taki gładki sposób wszedł do tamtego samochodu, który przypadł mu do gustu jeśli chodzi o sylwetkę i detale upiększające na karoserii. Nie spodobały się jemu tylko te dziecięce foteliki, w których zasiadała cudowna Małgorzata i siedmiolatek z niespotykanym talentem.
Tamte dziecięce foteliki nie były najnowszymi i co równie ważne miały już te najlepsze lata za sobą i zapewne za trochę ponad rok trafiłyby na śmietnik. Może i dziwnym było to, że obrońca cudu skupił się na nich na dłużej, czyli przez ponad dwie minuty.
W czasie tym Artur przejechał drogę gruntową w średnio gęstym lesie i wjechał na nawierzchnię asfaltową, która to zaczęła się nagle, a dokładniej to gruntowa, nieomal piaszczysta droga przechodziła w asfalt i to gładko. Nick nieomal nie poczuł tej zmiany, choć faktycznie wjechali na ową w dość dynamiczny sposób. Tak jakby silny chudzielec doskonale czuł to, że muszą dalej uciekać, bo najbliższy dom zaliczany do bezpiecznych nie znajduje się najbliżej.
Sprawy nie ułatwiało też i to, że właśnie wtedy wjeżdżali w góry północnego zachodu, w teren trudny pełen dolin rzecznych i zdradliwych zboczy. W terenie owym zaskakująco wiele utrudniali też ludzie, zdecydowanie mniej przyjaźni wobec nieznajomych i nauczeni tego, by w sposób radykalny odbierać to, co uznają za atrakcyjne i niezbędne do przetrwania.
Rzecz jasna po niespełna dwóch godzinach jazdy Artur zaczął już zdecydowanie bardziej odczuwać skutki zmęczenia wydarzeniami i obowiązkami, a Nick zerkał na jego miecz tak jak zwykle leżący na podszybiu i bawił się tym smartfonem, którego to znalazł w jednym z domów. Zabawa owa polegała na obracaniu go w dłoni i była połączoną z próbą zrozumienia pewnego kęsu istotnych faktów, a dokładniej to niepozorny obrońca cudu doskonale wiedział o tym, że wszedł do tamtego niezbyt ciekawie wyglądającego domu i wziął telefon, choć z drugiej strony z jakiejś przyczyny nie mógł pojąć dlaczego dokładnie wziął do ręki ten konkretny elektroniczny gadżet. W chęci tej nie dostrzegał zaciekawienia, raczej nic z tych rzeczy, czuł się raczej tak jakby wtedy działał na takim dziwnym autopilocie. Być może to cudowna dziewczynka nim wtedy sterowała, ale i tego nie był pewien.
Owe przemyślenia przeciągnęły się do jakichś pięciu minut, może do niemal sześciu i w tym konkretnym czasie Artur znalazł przy drodze taką niewielką polanę, która to znajdowała się na zboczu góry, było to chyba te piętnaście na piętnaście metrów łąki i co równie istotne trawa w przypadku tego terenu była poprzerastana roślinami takimi jak zioła i nie była gęstą. Zaskakująco wiele znaczyło też i to, że z poziomu drogi prawie nie było widać tej polany. Dlatego można śmiało uznać, że wyjątkowo silny chudzielec trafił na ten kawałek gościnnej ziemi tak na chybił trafił. W tym właśnie trafie także można było doszukiwać się działania cudownej Małgorzaty, ale i ona i utalentowany siedmiolatek wtedy tak bardzo wyraźnie spali.
Natomiast te trzy sekundy po zatrzymaniu się Nick wyszedł z auta, w bardzo gładki sposób otworzył bagażnik i pod jego dnem znalazł taki dość wiekowy brązowy koc tworzący taki jakby kokon, w którym to znajdował się taki ultranowoczesny wojskowy śpiwór. Te akcesoria do spania rozłożył dla siebie w dziesięć może dwanaście sekund i dla Artura także przyszykował miejsce do spania. Zrobił to tak jak zadziwiająco szybka i dokładna maszyna, a dokładniej to tak, jakby musiał postąpić jak owa. Chciał też właśnie wtedy szybko zasnąć, ale to nie było dla niego proste. Jednym słowem silny i chudy Artur zasnął szybko i co równie istotne za bardzo się nawet nie przejmował tym, że dzieci zasypiają w fotelikach do jazdy. Jedynie otworzył jedne z tylnych bocznych drzwi, po to by co jakiś czas zerkać na te śpiące niezwykłe dzieci i faktycznie zerkał na owe, co jakieś dwanaście do piętnastu minut, czyli mniej więcej w takich odstępach czasu się budził.
Tak właśnie było, bo jakość powietrza była tam specyficzna, czyli uniemożliwiała zapadnięcie w głęboki sen. Nie wiadomo dlaczego tak właśnie było, ale tak było, a sam Nick próbował zasnąć przez niemal całą resztę nocy i to z blisko zerową skutecznością. Udało się to jemu dopiero wtedy gdy zaczynało się robić jasno i rzecz jasna był to zaledwie piętnastominutowy sukces zaliczany do tych galaretowatych i wątłych.
Proroczy sen w tym konkretnym przypadku pojawił się na kilka minut i co najważniejsze nie była to przepowiednia nadzwyczajnej jakości. Zaczęła się od spotkania ducha Lary w takim wyśnionym niezbyt gęstym lesie, który to prezentował się tak jakby rósł na ruinach jakiegoś pałacu. Zarośniętych w taki sposób, że tylko doświadczeni archeolodzy z poziomu gruntów mogli wyczytać, że w miejscu owym zapewne blisko dwieście lat wcześniej stał okazały pałac.
W tym konkretnym miejscu duch zaskakująco ładnej brunetki Lary nie prezentował się aż tak ładnie, czyli pewne detale tak jakby szczypały mówiąc o tym, że faktycznie jest ona zmarłą, ale to były jakieś dwa procent detali wyglądu powiązanych z jej twarzą. Zdecydowanie więcej znaczył taki szaro czarny strój sportowy, czyli jej strój w połączeniu z taką śnieżno białą peleryną z kapturem i kaptur i ta peleryna były obszytymi złotą wstęgą o szerokości jakichś trzech centymetrów. Wstęga ta miała na sobie ciekawe roślinne motywy z liści i kwiatów i co równie istotne przyciągała uwagę także w inny sposób, czyli była zadziwiająco idealną jak na pelerynę, która to często ocierała się o leśną roślinność.
Jeśli zaś chodzi o senne wizje to zaczęły się wtedy gdy Lara położyła dłoń na lewym ramieniu Nicka, który to we własnym śnie był ubrany w taką lekko lśniącą śnieżno białą szatę, a dokładniej to w taką, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie założył. Zaskakująco radykalnie wyglądało też i to położenie dłoni na lewym ramieniu Nicka, a dokładniej to Lara uczyniła to w takim szybkim nieomal demonicznym stylu. Jakby chciała go wepchnąć do świata utkanego ze skrajnie szpilkowatych chłodnych wizji, które w tym przypadku musiały być aż nadto niemiłymi dla oka i dla tych co potrafią miłować w szczególnie intensywny sposób.
Wizja zaczęła się od Aurelii, która to znajdowała się w lesie, w tym pełnym grubych, wiekowych i dziwacznie powykręcanych drzew. Właśnie w tym lesie Aurelia nie stała w miejscu i nie przechadzała się radykalnym krokiem. Tylko tak leniwie kroczyła ubrana w sportowy szaro czarny strój, w którego to przypadku dominowała ta dzika nieomal smolista czerń. Wiele znaczyło też i to, że początkowo ten las był rozświetlonym przez promienie słońca i to raczej tak aż nazbyt poetycko. Jednym słowem przez te pierwsze dwie lub trzy sekundy wizja prezentowała się aż nazbyt bajkowo, póki nie pojawił się ten czarny dym, który w tym przypadku nieomal przybrał formę wstęg unoszących się w powietrzu. Wstęgi te chciały tak jakby wlać się w ciało Aurelii wypełniając jej myśli wręcz nieziemskim, tym bardzo krwisto czarnym gniewem. Tylko, że ona się chroniła przed wsiąkaniem tego gniewu ze smolistego dymu. Można nawet powiedzieć, że to jej bronienie się w pewnych chwilach prezentowało się tak, jakby była takim śnieżno białym, zadziwiająco wspaniałomyślnym człowiekiem. Rzecz jasna mogły to być takie pozory, czyli coś na pokaz, coś wykreowanego dla oczu Nicka.
Wątek wykreowania był istotnym, ale czy aż tak bardzo. Możliwe, że nie aż tak, bo Nick przyglądał się temu co widział uważnie, bardzo uważnie i najbardziej intensywny ból w połączeniu ze szczypiącymi zimnymi dreszczami odczuwał właśnie wtedy gdy ten smolisty dym, czy też pył dosłownie lizał Aurelię. Niepozorny obrońca cudu wyczuł w nim także tę samą siłę, ten sam smród, który to zgładził Sebastiana, czyli poznał pochodzenie owego dymu, ale i to nie napełniło go lękiem, bo dalej się wpatrywał w wydarzenia. Wpatrywał, choć w rzeczywistości jego oczy były zamknięte, ale otworzyły się właśnie wtedy gdy w pewnej chwili zobaczył przy Aurelii siebie, prezentującego się tak jakby był jej w pełni oddany i to było dziwne.
W tym momencie też pojawił się taki specyficzny moment zadumy, te dziwaczne trzy sekundy powiązane z brakiem skupienia na wizjach, czy też nieco więcej niż trzy sekundy. Pewnym było to, że w tym właśnie czasie Nick tak swobodnie w typowym swoim rytmie policzyłby do trzech, a to specyficzne odliczanie tak jakby zakończyła jeden istotny gest, a dokładniej to Nick widział bardzo dobrze to jak całuje Aurelię. Wiele znaczyło też i to, że jego pocałunek nie był taki jednoznaczny, czyli początkowo ucałował ją tak niedbale, tak jakby nigdy miał się nie przykładać do odwzajemniania uczuć. Niemniej jednak jakieś pół sekundy później owy pocałunek prezentował już się tak jakby łączyło tę dwójkę uczucie gorętsze od wnętrza słońca.
Problem w tym, że owa wizja szybko znikła i zastąpił ją obraz Aurelii, która to już o świcie zaczęła rozmawiać z tym smolistym dymem, a w trakcie rozmowy ten dym zmienił się w tego metalicznego. Mowa tu rzecz jasna o królu metalicznych, a dokładniej to o istocie ze złowrogo wyglądającą metaliczną skórą, pod którą to w stalowych żyłach dosłownie świeciła taka jakby turkusowa krew przypominająca turkusowy żar. Pewnym było to, że jest to Dobrzyński. Nie prezentował się jak jakaś mizerna kreatura, ale to zaledwie połowa prawdy, bo było w nim też coś niezbyt smacznego, a dokładniej to jego siła była jakby powiązana z takim opętanym wyglądem. Trudno dokładnie to nazwać, ale nie prezentował się na kogoś w pełni wolnego, lecz na kogoś kim steruje aż nazbyt ognista chęć panowania nad cudowną dziewczynką i ta właśnie chęć go do jakiegoś stopnia zaślepiała, czyniła tym, który niezbyt zwraca uwagę na istotne sprawy poboczne.
Bardzo typowy Nick widział to jak on rozkazuje Aurelii, czyli grzmiącym tonem mówi jasno o tym, by dalej ścigała cudowną Małgorzatę. Ta rozmowa będzie mieć miejsce po wschodzie słońca, jakieś dwie godziny i dwadzieścia minut, po tym jak wizje Nicka przycichną, ale do tego czasu stanie się coś jeszcze. Mowa tu o kolejnej wizji z nieco dalszej przyszłości.
Wizję z nieco dalszej przyszłości można nazwać ciekawym zwrotem, a dokładniej to za niespełna dzień Aurelia ich dogoni, czyli za jakieś dwanaście godzin znajdzie się pod jednym z bezpiecznych domów. Nie będzie to dom z drewnianych bali, lecz taki wykonany z tanich powszechnie dostępnych cegieł. Dom ocieplony styropianem i zaciągnięty klejem z siatką. Z jakiejś przyczyny nie wykończono w sposób bardziej smaczny elewacji owego domu, ale jego drzwi wejściowe są aktualnie czymś bardzo bardzo ciekawym. Detalem wykonanym z drewna i co najważniejsze mają ten wybitnie nowoczesny stylistyczny posmak. Właśnie za tymi konkretnymi drzwiami jest coś na kształt dość długiego korytarza pomalowanego na biało. Korytarz owy jest i nowoczesny i zachęcający swoją czystością białych ścian, a po jego lewej stronie jest nowoczesna minimalistyczna jadalnia zaliczana do dość dużych, którą to na dokładkę upiększają też spore okna od zewnątrz posiadające nieomal pancerne rolety. Kuchnia także posiada tego typu rolety, mniejsze okna i także znajduje się po lewej stronie korytarza, choć w jej przypadku z minimalizmem wygrała sprytna zabudowa, taka bardzo sprytna zabudowa, która też nie prezentuje się aż tak czysto.
Jeśli zaś chodzi o to co jest po prawej stronie korytarza, to w tym przypadku nie ma zbyt wiele cudów, bo jest sypialnia urządzona nowocześnie, ale też i dość oszczędnie względem jadalni. Nie można powiedzieć, że ta dolna sypialnia prezentuje się na bardzo ubogą, ale i łóżko i spora szafa wyglądają na te, które mają te siedem lat nieco trudniejszej eksploatacji za sobą, za to niewielka szafka tuż przy łóżku prezentuje się nieomal jak nowa. Drugim pomieszczeniem z prawej jest dolna łazienka z zadziwiająco dużą kabiną prysznicową. Ta łazienka byłaby nawet nieziemsko ładną, gdyby nie średnio nowoczesna pralka tuż przy kabinie natryskowej. Pralka ta była podłączoną do instalacji wodnej w poprawny sposób, choć estetyka owego podłączenia była ogólnie mówiąc dyskusyjną.
Na górę tamtego domu zaliczanego do bezpiecznych prowadziły drewniane schody i na górze także był niewielki korytarz, choć prezentował się na taki wykończony jakieś dwadzieścia lat temu. Cztery górne pokoje były raczej czymś na kształt budżetowej turystycznej noclegowni i niestety ich niezbyt imponującą kubaturę na dokładkę ograniczały także skosy. Była tam też łazienka z dość dużą wanną, którą to najprawdopodobniej wyremontowano trzy, może cztery lata wcześniej w sposób, który to można nazwać standardowym.
Aurelia weszła do tego domu bez najmniejszego problemu i schowała się w tym górnym korytarzu, w którym to dominowały dyskretne cienie mebli, czyli kilku niezbyt ładnych szaf nabytych okazyjnie. Między owymi miała spędzić blisko godzinę i było to dziwne, bo zdecydowała się na zrobienie owej akcji w samotności. Przynajmniej właśnie tak to wyglądało w wizji Nicka, a wizja ta była niezbyt klarowną, czyli pewne z jej detali prezentowały się zbyt mgliście.
Nie przyczaiła się właśnie tam, po to by zaatakować, ale po to by porozmawiać w zaskakująco agresywnym stylu. W wizji Nick bardzo wyraźnie widział to, że zaczyna w sposób zadziwiająco rzeczowy, a dokładniej to od tego, że jej ludzie, czyli utalentowani mają przynajmniej kilkuset utalentowanych z twierdzy Sebastiana w charakterze jeńców i że jeśli coś jej się stanie, to ucierpi przynajmniej kilku z nich. Ta Aurelia z wizji wspominała też i coś o tym, że uwolnią przynajmniej setkę jeńców, jeśli wydadzą im cudowną dziewczynkę na szkolenie. Warunek brzmiący bardzo bardzo twardo, ale ciekawym było też i to, że w tej sennej wizji Nicka było coś jeszcze, czyli jeśli nie wydadzą cudu, to owa setka utalentowanych zostanie zgładzona w sposób wybitnie plugawy.
Ta konkretna wizja ze snu była rzecz jasna też i tą upiększoną o podarowanie Arturowi smartfona. Był to telefon należący do Aurelii, na którym to znajdował się film ukazujący grupę jeńców. Podarowanie to rzecz jasna miało formę takiego dość zgrabnego rzutu, ale z drugiej strony ta urodziwa blondynka o bardzo wrednym usposobieniu powiedziała też coś jeszcze. W jasny sposób mówiła o tym, że bardzo szybko wysłano ją na te krwisto dzikie negocjacje i w kilku zdaniach powiedziała coś o tym, że jest gotowa zmienić stronę, skoro nieomal wszystkim mrocznym żołnierzom puszczają nerwy w obawie przed siłą talentów cudownej dziewczynki. Tymi słowami zasugerowała to, że mroczna strona ma się raczej niezbyt dobrze i wyszła z pozornie bezpiecznego domu w dość gładki sposób.
Wizja jasno tłumaczyła też i to, że wsiadła ona na sportowy motocykl o intensywnej wiśniowej barwie. Nick zauważył go w jednym z okien górnych pokoi, tuż po zbliżeniu się do owego w zaskakującym pośpiechu, a potem było jeszcze kilka obrazów odjeżdżającego motocykla i sen się skończył w dość mleczny sposób, w te dwie może trzy sekundy.
Sen owy po części zakończył Artur, który w niezbyt cichy sposób robił kanapki na śniadanie, a dokładniej to robił je tak, że Nick nieomal zapomniał o tym, że ostatnia wizja była tą powiązaną ze średnim bólem i z zimnymi dreszczami, które to były może o stopień wyższe od tego średniego poziomu. Jednym słowem była to jasna sugestia, co do tego że wizja ma jakieś pięćdziesiąt procent szans na stanie się prawdą i raczej nie należy się bać jej spełnienia się.
Rzecz jasna przed przełknięciem pierwszego kęsa kanapki z sałatą, serem, pomidorem i atrakcyjną wizualnie szynką Nick nieomal zapomniał o detalach tej konkretnej wizji i to chyba było po części dziwne, bo miał do niej powrócić w sposób klarowny wtedy gdy będą od jakiejś godziny w trasie, ale zanim na dobre wyruszyli to jeszcze raz spotkali tamtego dość słabego utalentowanego w spodniach od garnituru, w białej wyjątkowo urodziwej koszuli i w wybitnie sportowej lekkiej kurtce. Ten człowiek zajechał im drogę, po to by powiedzieć coś istotnego.
Nie zaczął swej wypowiedzi tak natychmiastowo, bo najpierw musiał wyhamować motocyklem, którym to się poruszał. Był to taki średnio szybki motocykl zaliczany do komfortowych i co równie istotne miał jakieś piętnaście lat. Natomiast po zatrzymaniu się jednym ruchem odrzucił kask na bok w zaskakująco gładkim stylu, po to by powiedzieć swoje. „Dałem wam nieco więcej czasu przebywając nieco w tamtej wiosce. Wystarczyło to, że jakiś czas tam przebywałem i pojadłem ciastka, po to by mój zapach się rozprzestrzenił, a wraz z nim taka specyficzna mgła niejasności. Tak dziwny to talent, ale dość wyraźnie przeszkadza tym, którzy węszą umysłem i nie są w tym dostatecznie dobrzy. Jeśli macie ochotę to możecie mnie zwać nieznajomym lub bezimiennym, dla mnie to bez różnicy, bo wydaje mi się, że nie jestem najważniejszy w tej bajce.”.
Wypowiedział te słowa i szybko zwinął swój kask z trawiastej drogi, a następnie w zaskakująco dynamiczny i po części w lekkomyślny sposób odjechał w swoją stronę. Wyglądało to tak, jakby miał jeszcze sporo do zrobienia, może nawet zaskakująco sporo.
Nick rzecz jasna trochę o tym człowieku ze słabymi talentami rozmyślał i to właśnie wtedy gdy Artur jechał już górską drogą zaliczaną do krętych niezbyt szerokich i naprawianych w sposób niezbyt staranny. Raczej nie dało się tam rozwijać znacznych prędkości, ale nie w tym rzecz, bo silny chudzielec jechał dynamicznie i dało się to odczuć głównie w zakrętach, ale też i nie przyspieszał tak jak na bardziej prostych drogach ze zdecydowanie większym poboczem, jakby stale pozostawiał sobie margines błędu i jakby stale myślał o jakichś zaskakująco istotnych sprawach.
Jego styl jazdy niepozorny obrońca cudownej dziewczynki postanowił nieco upiększyć, a dokładniej to po blisko dziesięciu minutach jazdy włączył radio i ustawił na stacji, która to jego zdaniem grała muzykę zdecydowanie najbardziej atrakcyjną dla ucha. Muzyka owa umilała im czas przez blisko czterdzieści pięć minut, a potem Nick sam wyłączył radio, bo sobie przypomniał o tej rozmowie z Aurelią z własnej wizji, a gdy sobie przypomniał o tym konkretnym detalu, czy też o detalach, to rzecz jasna zamknął oczy na około trzy sekundy lub na nieco mniej.
W tym konkretnym czasie pod powiekami mrugnęło jemu kilka istotnych obrazów powiązanych z jego wizją i co najważniejsze te obrazy nie mówiły o tym, że Aurelia przybyła do bezpiecznego domu motocyklem o tej intensywnej wiśniowej barwie. Taki motocykl najprawdopodobniej posiadała, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejszym było to, że te szybkie wizje dzienne powiązane z zaskakująco zimnymi szybkimi dreszczami i z bólem nawet bardzo intensywnym mówiły o tym, że Aurelia pojawi się tam, ale nie ciałem. Będzie raczej czymś na kształt hologramu, a pojawienie się jej właśnie tam umożliwi inny utalentowany, w którego to przypadku twarz będzie nie czytelną. Może ze względu na to, że pozostanie mało istotnym lub ze względu na to, że ktoś zadba o to by tak się właśnie stało.
Kluczowe znaczenie będzie miało też i to, że te krótkie wizje dzienne ukażą to co w rzeczywistości zobaczy Aurelia, a dokładniej to z jej punktu widzenia detale domu będą zamazane, czyli nawet uchwyty mebli nie będą dla niej mieć tych czytelnych krawędzi. Wybitnie wiele będzie znaczyć też i to, że ten efekt braku wyrazistości będzie powiązany z jej życzeniem. Specyficzne to życzenie, ale można zrozumieć owo, bo ci którzy wiedzą zbyt wiele dla mrocznej strony nie są już aż tacy istotni. Dziwna to prawda, ale silniejsi z mrocznej strony przejmują wiedzę słabszych i to tak jakby osoby ze znaczną wiedzą były czymś na kształt dysku przenośnego typu SSD. Liczy się wyłącznie pozyskanie informacji, a metoda jej pozyskania nie ma znaczenia, jeśli nikt i nigdy metody tej nie prześwietli w sposób drobiazgowy.
Aurelia w trakcie trwania tej rozmowy na odległość chciała Nickowi przedstawić propozycję mrocznej strony dotyczącą wydania cudownej dziewczynki. Na dokładkę chciała też zasugerować, że jest skłonną do zmiany strony, czyli w jakimś stopniu chce do nich przystać.
Problem w tym, że Nick doskonale wiedział do czego jest zdolna i dlatego tak w jakichś dziewięćdziesięciu procentach spodziewał się podstępu. Takiego bardzo bardzo krzaczastego podstępu skąpanego w smolistym smrodzie. Specyficzne to określenie, ale też i prawdziwe, bo miał on stale w głowie wyczyny tej chaotycznie postępującej gniewnej blondynki. Jednym słowem w głowie miał też i te obrazy ukazujące sposób mordowania Aurelii, a owy sposób był i dziki i sprytny i ze wszech miar nasączony bardzo poetyckim błyskiem krwi, który mówił, że nie należy jej ufać. Ona także w głowie miała owy szczypiący oczy błysk i tak jakby po części zaczynała czuć, że wtedy właśnie tak nieziemsko przesadziła z zabijaniem.
Postępowała tak jakby jakiś demon nasączył jej myśli, wszystkie myśli. Kłamliwym byłoby stwierdzać, że totalnie nie pragnęła owego nasączenia, ale też i w jakimś stopniu chciała uniknąć niewiarygodnie krwistego scenariusza, tylko że nie wiedziała jak ma tego uniknąć. Raczej nie było to spowodowane brakiem sprytu, lecz jej przywiązaniem do rozwiązywania problemów w sposób radykalny. Chyba to przywiązanie było najistotniejszym z jej problemów i co równie istotne widziała w tym problem i tak jakby po części chciała ten problem rozwiązać. Chciała, ale też i na tej właśnie chęci kończyło się, czyli zamiast zdecydowanych działań było tylko trochę gadania, a potem nic, tak jakby nieznana siła ją hamowała.
Te jej problemy można śmiało nazwać istotnymi z punktu widzenia Nicka, ale w najbliższej rozmowie z Arturem skupił się na nieco innej kwestii. „Może i w niezbyt smaczny sposób zaczynam, ale w wizjach, czyli w tych powiązanych ze snami jasno widziałem Aurelię pertraktującą ze mną o cudownej dziewczynce, a dokładniej to o jej wyszkoleniu przez mroczną stronę. Wiem bardzo dobrze, że szkolenie fundowane przez mroczną stronę, to będzie niemal wyłącznie indoktrynacja i chyba każdy z jasnej strony jest tego pewien. Niemniej jednak ona też jasno wspomniała o tym, że zgładzi stu naszych, jeśli nie wydamy cudu. Można to nazwać takim swoistym zagraniem na naszej wspaniałomyślności i dlatego lepiej nie wydać jej małej, nawet gdyby miała jutro wybić wszystkich jeńców z twierdzy Sebastiana. Wybitnie radykalne to słowa, ale mała Małgorzata jest zbyt istotną. Zaciekawiło mnie też i to, że to cholernie gniewne babsko wspomniało także o tym, że jest gotowa na zmianę strony, ale i tego typu wzmianki to dla mnie jedynie teoretyczne galaretowate paplanie dla zabicia czasu.”.
Skończył to wypowiadać w taki gładki sposób i swoje wtrącił Artur i to tak bardzo szybko. „Skoro jesteś pewien, co do tego jak i dlaczego musisz postąpić, to dlaczego o tym wspominasz? Czy to jedynie memłanie jęzorem dla zabicia czasu?”.
Właśnie to konkretne pytanie nie spodobało się Nickowi, ale też po części zrozumiał Artura i zaczął dalej mówić swoje. „Tak to przynajmniej pozornie takie bardzo bezkształtne memłanie jęzorem, ale senna wizja grzmiała czymś jeszcze, a dokładniej to detalami powiązanymi z nieco dalszą przyszłością. Przyszłością w której to i ja i Aurelia aż nadto zbliżymy się do siebie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, jak to mogłoby się stać, ale sugestia z wizji jest rzecz jasna czytelną, może aż nazbyt czytelną i co równie istotne te obrazy były połączone z takim bardzo wyraźnym gromem bólu i z wyrazistymi zimnymi dreszczami. Dlatego wiem, że tej wersji przyszłości muszę uniknąć i to za wszelką cenę. Tak właśnie bym myślał jakieś dwa dni temu, ale Sebastian powiedział mi bardzo istotne słowa, czyli mam zaufać uczuciom wtedy gdy wizje ze snu i te dzienne nie lśnią zaskakująco szafirową mądrością.”.
Może to i dziwne, ale Artur nie odezwał się natychmiastowo po wyczerpującej wypowiedzi Nicka. Nie odezwał się bo zauważył mijające ich auto, a dokładniej było to takie sportowe auto kompaktowe z silnikiem, który wydawał wybitnie atrakcyjne dla ucha dźwięki. Samochodem tym kierował facet, a dokładniej to ktoś prezentujący się na wybitnie silnego, czyli brunet w takich zaskakująco drogich okularach przeciwsłonecznych, atrakcyjnych chyba dla każdego. Okulary owe chyba aż nazbyt przyciągały spojrzenia, ale liczyło się też i auto ciemno niebieskie z wieloma intrygującymi detalami upiększającymi na karoserii. Pozornie te detale liczyły się najbardziej, ale chyba tylko dla zwyczajnego śmiertelnika, bo owy facet jechał tamtym samochodem wraz z blondynką z włosami spiętymi w kok.
Atrakcyjna to ona była i co równie istotne prezentowała się także perfekcyjnie, czyli skóra jej twarzy była poetycko jedwabistą i dla pewnej części zwyczajnych ludzi aż nazbyt dziwną, bo tego typu perfekcja wydawała się być nie osiągalną, choć nie tylko to było w niej wyjątkowe.
Wyróżniał ją też i taki lekki jedwabisto miodowy połysk, który był czytelnym i dla Nicka i dla Artura, czyli był to jasny przekaz objaśniający im to, że jest czymś więcej niż zwyczajnym człowiekiem.
Ona zaś także się im przyglądała z takim lekkim zaciekawieniem, które maskowały jej okulary przeciwsłoneczne zaliczane raczej do tych niezbyt drogich, sporych i z lekka dziwnych. Były to okulary, które to typowi faceci lubią raczej średnio, bo zasłaniają one znaczną część twarzy. Okulary te tak jakby nieco wyraźniej zaciekawiły Artura, który to w trakcie mijania tej dwójki wyraźnie zwolnił, choć może to spowolnienie jazdy było też i powiązane ze średnim samochodem dostawczym, który to jechał za tą dwójką, czyli o te dwadzieścia metrów za nimi.
Tamto auto dostawcze było raczej typowym samochodem kuriera zaliczanym do tych większych. Miało ono sporą pakę, a za nią windę, dzięki której rozładowywanie towarów na paletach było czynnością zaskakująco sprawną. Niemniej jednak tamten konkretny samochód w sensie wizualnym nie prezentował się najciekawiej, tak jakby zaliczył ostatnio kilka kolizji i to nie tych powiązanych z manewrowaniem na parkingu. Może i to ważny dodatek w formie słów, ale to auto dostawcze, zaliczane do pojazdów kurierskich wyglądało raczej tak jakby jechało właśnie do mechanika na kilka drogich i jednocześnie pilnych napraw.
Kierowca tego konkretnego pojazdu dostawczego nagle wykonał dość ostry zwrot w lewo, czyli w swoje lewo i zajechał Arturowi drogę w nieomal perfekcyjny i za razem okrutny sposób. Tylko, że sprytny chudzielec i tym razem się wyratował, a dokładniej to odbił tak bardzo na prawo i totalnie niszcząc trzy krzewy jakoś przejechał między dwoma wiekowymi drzewami na poboczu, tylko po to by po jakichś ośmiu sekundach powrócić na asfalt. Manewr ten nie był najprostszym, bo gleba na poboczu była zaskakująco miękką, ale się udało, bo dostrzegający utalentowanych chudzielec był gotowy do tego nagłego przyspieszenia i zmiany toru jazdy. Natomiast tuż po powrocie na asfalt jechał zaskakująco szybko przez kolejne dwie minuty. Szybkość owa była znaczną, ale też i miał pełną kontrolę w zakrętach, bo był gotowy na coś w tym stylu i to już od samego rana.
Nie spodziewał się jedynie tego, że tym autem dostawczym będą jechać trzej motocykliści, czyli osoby perfekcyjnie zamaskowane w sportowych strojach i na szybkich motocyklach terenowych. Oni wyjątkowo szybko wydostali się z tamtej średniej ciężarówki za pomocą bocznych drzwi wykonanych z blachy i profili stalowych. Jednym słowem ruszyli w pościg tak, jakby szykowali się na owy od minimum kilkunastu minut i w tym rzecz jasna tkwił taki nieomal totalny chaos, bo chyba w ciągu kolejnych trzech minut zbliżyli się do Artura, Nicka i do dwójki ich małych pasażerów.
Może i byłoby ciekawiej gdyby ci trzej mieli broń automatyczną, ale posiadali pistolety, czyli broń powtarzalną krótką i do tego długie miecze typu katana wykonane metodami przemysłowym. Właśnie tych mieczy dobyli zbliżając się do czerwonego SUVa Artura, ale nie zbliżyli się do tego samochodu na odległość umożliwiającą zbicie szyby za pomocą miecza, bo stało się coś dziwnego, czyli z prawej i z lewej strony pojazdu wydobyły się dwie kule takiej nieomal ciekłej błękitnej plazmy, a potem, czyli mniej niż dwie sekundy później drogą poruszały się już trzy takie same samochody. Rzecz jasna trudno powiedzieć, czy faktycznie to rozmnożenie się wizualne auta wyglądało aż tak gładko i szybko jednocześnie, bo ta perspektywa czasu mogła zostać nieco zmienioną dla ścigających.
Jeśli zaś chodzi o kolejne chwile pościgu, to było ich dość wiele, czyli jakieś czterdzieści sekund, a w tym czasie te trzy samochody wykonywały dość trudne manewry na krętej drodze. Bardzo trudne manewry, w przypadku których nawet mistrzowie kierownicy mieliby problemy, bo były one i tymi ryzykownymi i wykonywanymi bardzo punktualnie. Jeden ze ścigających doliczył się chyba dwudziestu tych manewrów, bo liczył je i to tak dość głośno, choć i tak nikt tego nie usłyszał, bo wszelkie głosy tłumiły odgłosy pochodzące z silników.
Nie wiadomo, czy owe manewry zaliczane do trudnych były tylko na pokaz, czy też miały jakieś głębsze znaczenie taktyczne. Pewnym było natomiast to, że po tej blisko czterdziesto-sekundowej serii manewrów nad drogą i bezpośrednio za autami pojawiło się coś na kształt takich kłębów nieziemsko smolistej mgły. Mgła ta chyba formowała się w nieco ponad dwie sekundy, a może i nieznacznie szybciej, ale czy to ma znaczenie, bo perspektywa czasu w przypadku pojawienia się owej mgły nie była najistotniejszą.
Zdecydowanie bardziej liczył się skutek, a dokładniej to wydarzenia dotyczące dwóch z trzech motocyklistów, oni w owej mgle zjechali z drogi i podjechali pod błotniste zbocze znajdujące się o te kilka metrów od pobocza i rzecz jasna wyskoczyli z drugiej strony. Z tej drugiej strony było bardzo stromo, czyli po tej drugiej stronie spadek terenu wynosił ponad piętnaście metrów i do tego na dole było wiele sporych, porośniętych mchem kamieni na które to upadli tamci dwaj.
Ich spadanie na kamienie widział Nick i to tak jakby w zwolnionym tempie. Widział doskonale jak ich motocykle prawie rozbijają się o kamienie, choć właściwie to się rozbiły o te porośnięte mchem kamienie, bo nawet jeśli pozostały w jednym kawałku, to i tak nie były zdolnymi do dalszej jazdy. Podobnie było z motocyklistami bandziorami, którzy po upadku prezentowali się tak jak szmaciane lalki.
Obrońca cudu widział to wydarzenie dość dobrze, bo tak jakby po części objeżdżali miejsce ich upadku, choć w takim szybkim i częściowo agresywnym stylu. Gdyby dla Nicka czas właśnie wtedy nie zwolnił, to spoglądałby na owo wydarzenie przez mniej niż sekundę i nic by z tego nie spamiętał.
Zaskakiwało też i to, że Nick w niewielkim stopniu widział tę kraksę ścigających tak jakby z czyjejś perspektywy. Rzecz jasna był to zaledwie dodatek do tamtych jego wrażeń, ale można powiedzieć, że znaczył wiele. Może nawet zaskakująco wiele.
Niemniej jednak nadal problem stanowiło to, że dodatkowy ścigający pozostał, a dokładnie to ten trzeci, on początkowo jechał tak jakby z lekka wycofany za tymi dwoma, którzy ulegli niespodziewanemu wypadkowi. Naturalnym było też i to, że po ich wypadku zaczął zbliżać się do samochodu Artura, może aż nazbyt agresywnie, bo ten konkretny agresor za pomocą swojego miecza samurajskiego wybił tylne lewe lampy w tym ich czerwonym atrakcyjnym SUVie. Uczynił to tak z lekka niedbale i ze znaczną złością, a potem zaczął zbliżać się do kierowcy, choć w sposób nasączony znaczną dawką pewności siebie.
Nie da się ukryć tego, że owa pewność siebie właśnie wtedy znaczyła sporo, ale dalej tak jakby nie rozbrzmiała. Może to i dziwne, ale tak właśnie się stało. Nie wiadomo dokładnie jak to się wydarzyło, ale ta konkretna dwójka ze sportowego auta kompaktowego o ciemno niebieskim kolorze dogoniła pościg i co równie istotne ta atrakcyjna kobieta uchyliła szybę w drzwiach pasażera po prawej stronie w takim chłodnym, być może aż nazbyt mechanicznym stylu, a potem się nieco wychyliła poza obrys auta i oddała aż trzy perfekcyjne strzały w stronę trzeciego ostatniego napastnika na sportowym motocyklu i to właśnie wtedy gdy owy atakujący był już bliskim rozbicia szyby od strony kierowcy, czy też nawet zranienia Artura.
Może jakieś trzy sekundy później sportowy kompakt prześcignął i Artura i Nicka, a tamta atrakcyjna blondynka w trakcie wyprzedzania wykonała taki typowy marynarski salut dłonią w ich stronę. W geście owym była i ta gorliwość, ale też i coś na kształt nieomal mechanicznego wyćwiczenia, czyli ten ruch dłonią sugerował, że kobieta ta była w wojsku, choć z drugiej strony jej styl ubierania się sugerował też i to, że wojskowa dyscyplina pasowała jej jedynie po części.
Inaczej było z facetem, który to kierował tym sportowym autem kompaktowym. On wykonał swoje manewry na drodze wzorowo i co równie istotne chyba cały czas był tak bardzo skupiony na prowadzeniu, że ani razu nie zerknął w prawy lub w lewy bok, bo doskonale wiedział, że musi wykonać swoje doskonale.
Zaskakująco wiele znaczyło też i to, że Nick może trochę ponad sekundę po tym, jak wyprzedziło ich to ciemno niebieskie sportowe auto usłyszał w myślach głos bardzo jasno mówiący o tym, że zaledwie piętnaście kilometrów dalej znajduje się taki niewielki parking pokryty granitowym tłuczniem. Parking zaliczany do przydrożnych o wymiarach jakieś dziesięć na piętnaście metrów. Głos w taki bardzo klarowny i jednocześnie uprzejmy sposób wspominał, że mają się tam zatrzymać na około dziesięć minut. Może i tej konkretnej porady niepozorny obrońca cudu by nie usłuchał, gdyby właśnie w tamtej chwili głos nie wspomniał o byłej żonie Sebastiana Agacie i co równie istotne dokładnie te same wskazówki usłyszał Artur, choć w jego przypadku ten głos był nieco bardziej nakazującym, był choć nie musiał być.
Może jakieś dwie sekundy po usłyszeniu owej instrukcji Nick ponownie włączył radio, a włączając je jasno stwierdził. Że muszą się zatrzymać na tym konkretnym parkingu, a jeśli tamta dwójka zacznie coś kombinować to używając siły własnych myśli rozgniecie ich tym sportowym niewielkim pojazdem. W jego przypadku, a dokładniej to chyba tylko wtedy wspomnienie o użyciu sportowego auta w charakterze młota zabrzmiało tak jak bardzo bardzo dziki żart, bo chyba miało tak zabrzmieć i faktycznie się zatrzymali po odsłuchaniu dwóch piosenek i bloku reklamowego, który to w kilku reklamach opisywał specyfiki na bezsenność.
Jeśli zaś chodzi o początek wydarzeń na parkingu, to zaczęło się od tego, że wjechali na owy i zauważyli tamtą parkę opierającą się o ich sportowe ciemno niebieskie auto kompaktowe. Ona bez otwierania ust jasno potwierdziła to, że ma talent do odzywania się w czyichś myślach, a dokładniej to w jej przypadku dystans nie ma znaczenia i maksymalnie w myślach może przemawiać do maksymalnie setki osób. Wspomniała też i o tym, że jej talent jest góra tym średnim. Wypowiadając się wyłącznie w myślach opisał także jej drugi dar, czyli ona posiadała możliwość wyczuwania kiedy ktoś używa talentu i jakiego typu jest to talent. Niemniej jednak w jej przypadku ten dar działał tylko wtedy gdy utalentowany korzystał z mocy w zasięgu jej wzroku. Dodatkowo potrafiła też myślą wytwarzać taką smolistą kłębiącą się mgłę, ale tylko na jakiś czas i dość blisko samej siebie.
Natomiast jeśli chodzi o jej towarzysza, to lista jego talentów długą nie była i także opisała ją swoim głosem w myślach, a dokładniej to ten wysportowany i dość wysoki brunet potrafił dostrzegać ludzi w promieniu trzydziestu kilometrów od siebie. Dostrzegał ich tak jak dane z urządzenia GPS, choć we własnej głowie. Niemniej jednak wystarczała taka dość cienka blacha stalowa by przestał dostrzegać ludzi, a dokładniej to skrzynia z owej blachy. Specyficznie to brzmi, ale taka skrzynia nie chroniła w pełni przed jego talentem, bo w jej miejscu najczęściej dostrzegał pustkę i to bywało dla niego aż nadto zastanawiające. Interesującym było też i to, że ten utalentowany wtedy gdy się zafiksował na punkcie jednego człowieka, to tracił kontakt z poczynaniami innych w jego zasięgu, ale było to tylko chwilowe.
Ta przemawiająca w myślach kompletnie zapomniała wspomnieć o jego i o własnym imieniu i to nawet wtedy gdy Nick i Artur wysiadali już z auta dopiero co zaparkowanego. Dosłownie ułamek sekundy po nich z czerwonego zaskakująco atrakcyjnego SUVa wysiadła mała cudowna Małgorzata i w sposób zaskakująco mechaniczny powiedziała, że tamta dwójka była jeszcze trzy lata temu zwyczajnymi ludźmi, ale odmieniły ich eksperymenty Agaty, byłej żony Sebastiana. Opowiedziała o tym tak jakby miała jakieś dwanaście lat, a nie pięć, czyli jej głos brzmiał aż nazbyt pewnie i na dokładkę był precyzyjny jak jakaś kosmiczna żyleta. Wtedy było to wybitnie nietypowe i w niewielkim stopniu niepokojące dla Nicka.
Sam opiekun cudu także wyczuł ich ludzkie pochodzenie. Wrażenie było to dziwne, jakby ktoś dotykał jego skórę takim wiekowym i z lekka zniszczonym jedwabiem. Niemniej jednak właśnie wtedy typowy młodzieniec zachował zimną krew i w myślach w taki stalowy sposób zapytał tę konkretną dwójkę jak dokładnie zyskali talenty.
W tamtej chwili niespodzianie do akcji wkroczył siedmiolatek z bujną czarną czupryną i z tym lekko cwanym uśmiechem. Rzecz jasna on nie wysiadł z samochodu, bo nie musiał tego robić, po to by ukazać pełnię prawdy. Zobaczył ową własnym umysłem, a potem czyli zaledwie w ułamek sekundy przekazał ją do umysłu Nicka.
Prawda owa miała postać obrazów połączonych z obszernymi głosowymi komentarzami. Zaczęło się od ukazania tego, że ten facet i ta wręcz nieziemsko atrakcyjna blondynka zaczęli od treningu fizycznego. Trening ten był bardzo bardzo trudnym także dla kogoś z wyszkoleniem wojskowym, bo polegał nie tylko na częstym bieganiu, czyli ta dwójka biegała nawet trzy do pięciu razy dziennie co dzień. Każdy z owych biegów to było minimum dziesięć kilometrów, a niekiedy nawet ponad dwadzieścia. Podnoszenie ciężarów także było opcją niezbędną, a ćwiczyli do chwili, w której to ledwie stali na nogach. Tak właśnie kończył się prawie każdy dzień z blisko dwóch lat treningów, których to raczej ktoś zwyczajny by nie przeszedł.
Ważnym dodatkiem do owych treningów były tortury, a każdy z etapów tortur sięgał dalej. Zazwyczaj było to wystawianie na zimno pochodzące od lodowatej wody. Takie długotrwałe wystawianie na działanie owej. Zaczęło się od około pięciu minut i do połowy zanurzonych nóg w wodzie z kostkami lodu, a potem zanurzano tę dwójkę i głębiej i na dłużej. Z dnia na dzień musieli wytrzymywać więcej, choć ta dzienna różnica wynosiła od dziesięciu do maksymalnie trzydziestu sekund. Można to nazwać niesmaczną zabawą, bardzo niesmaczną, ale też i konieczną, bo po około dwóch latach każde z tej dwójki wytrzymywało w zimnej wodzie nieomal dwie godziny i to nawet wtedy gdy zanurzano ich po szyję. Nawet nie klęli siedząc lub stojąc w tak zimnej wodzie, tylko spokojnie czekali na koniec tego doświadczenia, bo bardzo chcieli być gotowymi na przeniesienie talentu, na przeniesienie zaliczane do ryzykownych i to nawet bardzo ryzykownych.
Ten ostatni etap był osiągalnym dzięki temu, że ludzie Agaty wynaleźli nietypowego wirusa, chyba nawet bardzo nietypowego. Na samym początku infekowano owym jednego z utalentowanych, po to by wirus ten skopiował mutację na samego siebie. Drugi z etapów polegał na pobraniu tego wirusa z krwi utalentowanego, który to wcześniej został nim specjalnie zainfekowany. Problem tkwił też i w tym, że przed rozpoczęciem tej procedury utalentowany musiał przejść intensywny trening trwający nieomal dwa lata. Taki sam jak ludzki śmiałek, po to by zwiększyć prawdopodobieństwo przetrwania i utalentowanego i człowieka.
Jeśli zaś chodzi o trzeci etap to był on stosunkowo prosty i polegał na wyciągnięciu, czyli na wyekstrahowaniu wirusa z krwi utalentowanego.
Zdecydowanie groźniej zaczynało się robić wtedy gdy ludzki śmiałek dostawał wirusa z mutacją. Chyba przez pierwsze sześć godzin nic się z odważnym człowiekiem nie działo, ale po tym czasie zaczynała się wysoka gorączka, ogólne osłabienie i zaskakująco potworne omamy wzrokowe. Etap owy śmiałek musiał przetrwać na silnych lekach zbijających gorączkę, bo nie było innej opcji. Musiał przyjmować te leki regularnie przez czterdzieści osiem godzin od momentu celowego zainfekowania, po tym czasie sprawdzano stan jego skóry właściwej poprzez pobieranie niewielkiego wycinka co około sześć godzin i jeśli do siedemdziesiątej drugiej godziny w skórze właściwej pojawiły się te niewielkie purpurowe plamki to podawano odważnemu człowiekowi antywirusa, a jeśli nic się nie pojawiło, to i tak podawano ten antywirus, by ten odważny lub odważna nadal żył.
Następnie naukowcy Agaty czekali kolejne czterdzieści osiem godzin by niepokojące objawy ustąpiły, a potem królikowi doświadczalnemu wykonywali dalsze testy, po to by się przekonać czy i w jakim stopniu talent się przeniósł. Specyficzne to podejście, ale tu dokładność miała kluczowe znaczenie, bo jakieś trzy dziesiąte procenta odważnych niestety ginęło, a blisko piętnaście procent traciło wzrok, smak lub doznawało innego istotnego kalectwa powiązanego z utratą jednego z ważnych ludzkich zmysłów.
Trafiali się także śmiałkowie, którzy to zaczynali być nieprzewidywalni w sensie psychicznym, a dokładniej to oni należeli od grupy wynoszącej od pięciu do ośmiu procent całokształtu. Owa psychiczna zmiana polegała na dość intensywnej chęci zarobienia na talencie, ale trafiały się też i inne problemy psychiczne powiązane z nagłym zyskaniem talentu zaliczanego do grupy atrakcyjnych. Tego typu zaburzenia po przemianie rzecz jasna były częstymi, może aż nazbyt częstymi, ale trafiały się też gorsze z przypadków.
Wiele prawd dotyczących mankamentów przemiany w utalentowanego wychwycił owy siedmiolatek z talentem do dostrzegania prawdy i to zaledwie w kilkanaście sekund od przybycia na ten niewielki parking z tłucznia granitowego. Jednym słowem to ta dwójka odmieńców kompletnie niczego przed nim nie ukryła. W myślach ten siedmiolatek przekazał nawet bardzo niesmaczną prawdę dotyczącą początków z tym wirusem, a dokładniej to w pierwszych trzech latach wirus do przenoszenia talentów zabił siedemdziesięciu sześciu ludzkich śmiałków i siedemnastu utalentowanych. Taka była cena przemiany prawie czternastu tysięcy ludzi w utalentowanych. Najgorszym było to, że i Agata i jej ludzie o wiele dokładniej ukrywali pozostałe dane dotyczące zgonów i pozostałe przypadki zaliczane do szalenie kontrowersyjnych.
Nawet tamci dwaj odmienieni zaliczani do udanych eksperymentów, czyli ten silny brunet i ta zaskakująco atrakcyjna blondynka nie byli ideałami, a dokładniej to na pewnym etapie zajął się nimi utalentowany zdolny do czyszczenia pamięci, choć nie był to ktoś wyjątkowy i w tym także tkwił problem, czyli pozostawił wiele niedoróbek w ich podświadomości, a te bardzo wzorowo wychwycił siedmiolatek z bujną czupryną i z lekko cwanym uśmiechem. Zajęło to jemu jakieś trzy do czterech sekund i szybko podzielił się rewelacjami z Arturem i Nickiem.
Rewelacje te dotyczyły pewnego podwójnego zgonu, który ta para dobrze widziała. Oni właśnie wtedy leżeli w takich szpitalnych łóżkach ociekających nieomal bezlitosnym chromem. Wokół siebie widzieli też takie niewielkie kwadratowe, zielonkawe płytki na ścianach. Obrazy te były po części zamazane, bo nasz utalentowany chłopak wyciągał je z podświadomości i dlatego właśnie ich jakość nie była najciekawszą, jeśli chodzi o detale zaliczane do tych pobocznych. Niemniej jednak najbardziej liczyła się kluczowa informacja dotycząca jeszcze dwóch przypadków z tej samej sali. Była to pewna atrakcyjna szczupła brunetka, która to sprawiała wrażenie także i dość silnej. Twarz jej do pewnego stopnia nawet lśniła taką gładką bezwzględnością i był tam też mężczyzna prezentujący się raczej na typowego jasnego bruneta, który to chyba nie imponował siłą. Dwójka ta na pewnym etapie dostała dziwnych drgawek i zmarła chyba w jakieś dwie minuty lub w nieco dłuższym czasie.
Właśnie po tym wydarzeniu przeniesiono tę dwójkę do innej sali. Mowa tu o tej dwójce poruszającej się potem ciemno niebieskim sportowym autem kompaktowym. Właśnie oni po tym konkretnym incydencie znaleźli się w białej sali bez płytek na ścianach i dochodzili do siebie przez kolejne trzy dni, czy też nieznacznie krócej. W miejscu owym zajął się nimi utalentowany od oczyszczania pamięci, czyli taki niepozorny człowiek w okularach i miłym uśmiechem, którego to zwali masażystą. On starannie masował skronie wypoczywających nowych utalentowanych i tak usuwał wspomnienia dotyczące zgonów, tych nadmiernych i niesmacznych. Takich jak zgony tej dodatkowej dwójki, czyli konających na sali, której to ściany do połowy wysokości były wykładanymi jasno zielonymi małymi, kwadratowymi płytkami. Osoby te śmiało można było nazwać ofiarami nieciekawych eksperymentów Agaty. Ona od dekad pragnęła połączyć w dobrej sprawie i ludzi i utalentowanych. Problem tkwił w tym, że z biegiem lat szczegóły jej planu zmieniły się, po części nawet zbyt drastycznie i to najprawdopodobniej miało przyczynę zaliczaną do solidnych i aż nazbyt krwistych.
Utalentowany siedmiolatek, czyli jej wnuk z talentem do dostrzegania prawdy ujawnił pewne detale jej postępowania aż nazbyt pilnie i to w trakcie tych piętnastu sekund postoju na niewielkim parkingu. Wystarczyło mu jedynie to, że widział tę dwójkę odmienionych i spoglądał na ich twarze. Tak jakby w niewielkim stopniu zadowolone z tego, że poprawili całokształt spraw. Kończąc pościg za cudowną Małgorzatą i za jej obrońcą, który właśnie teraz milczał i miał milczeć jeszcze przez kolejnych trzydzieści sekund.
Może to i dziwne, ale w tym właśnie czasie cudowna dziewczynka, czyli ta nieziemsko bystra pięciolatka zaczęła w lekko drwiącym tonie mówić o chłopcu z tylnej kanapy czerwonego, czy też wiśniowego SUVa. Wspomniała tej dwójce odmienionych o tym, że to właśnie on prześwietlił ich pamięć, a nawet podświadomość w poszukiwaniu prawd istotnych lub aż nazbyt kontrowersyjnych. Tylko, że z niewiadomych przyczyn nie wspomniała o tym, że może także prześwietlać ich podświadomość, choć w tamtej chwili było już po fakcie lub nieomal po fakcie.
Natomiast cudowna dziewczynka mówiąc swoje chodziła po tym parkingu pomiędzy swoimi, a dwójką odmienionych. Chodziła tak od lewej do prawej na dystansie około trzech metrów. Wysławiając się głosem, który pasował raczej do dwunastolatki. Zapewne i z lekka dziwnym było to, że zadrwiła z siedmiolatka dostrzegającego prawdę, który to zbyt wiele prawd ukazał i Nickowi i Arturowi. Rzecz jasna drwiąc z niego drwiła też i z siebie, bo mogła powstrzymać go przed takim właśnie wykorzystaniem własnego talentu, ale tego nie zrobiła. Może i chciała wprowadzić zamęt wstępnie udowadniając jedynie to, że może zbyt mało, ale w tym konkretnym momencie pewnym było to, że mają jeszcze dziewięć minut na owocne rozmowy, a to sporo czasu jak na tego typu utalentowanych.
Dziewięć minut to chyba aż nazbyt wiele na przekazanie istotnych informacji, ale cudowna dziewczynka znała odpowiedź na jedno z najistotniejszych pytań, czyli dlaczego Agata zdecydowała się na eksperymenty z niebezpiecznym wirusem na ludziach i utalentowanych. Odpowiedź na to pytanie doskonale znali także Artur i Nick i co równie istotne aby odgadnąć ową nie trzeba było operować jakimś z wybitnych talentów. W tym przypadku wystarczającą była typowa analiza psychologiczna. Mowa tu dokładnie o tym, że w poszukiwaniu metody na przekazywanie talentów ona przekroczyła i moralne i etyczne granice, ale pewnym było też i to, że mroczna strona dla zwiększenia potencjału zazwyczaj posuwa się znacznie dalej i dlatego też wirus ten można śmiało uznać za niezbyt radykalną opcję.
Właśnie do niezbyt radykalnej opcji przyrównała go cudowna Małgorzata przechadzając się po parkingu z tłucznia granitowego pomiędzy swoimi. Dodatkowo jasno też stwierdziła, że może odebrać wirusowi jego moc lub zadziałać w przeciwną stronę i zwiększyć jego dzikie moce. Jak na pięciolatkę stwierdzenia te były aż nazbyt dorosłymi i co równie istotne chyba lepiej byłoby gdyby się nie pojawiły, bo nawet ta dwójka wysłanników Agaty była zszokowana sugestiami cudownej dziewczynki. Ta dwójka wyraźnie okazywała własny szok i nie było w tym nic dziwnego, bo wtedy też zadziało się coś, co raczej nie powinno mieć miejsca.
Ta konkretna dwójka odmienionych odzyskała wspomnienia z czasu, w którym to byli zainfekowani wirusem przenoszącym talenty. Tego raczej się nie spodziewali i być może też nie chcieli tego, ale cud ich o to nie pytał i postąpił tak jak chciał. Może chodziło tu wyłącznie o możliwość lub o wybudzenie emocji tej dwójki, emocji które to zostały stłumione w konkretnym celu. Cel owy był istotnym i to nawet bardzo, ale więcej znaczyły ukryte fakty, których to pełne zrozumienie daje więcej od braku cennego i rozbudowanego komentarza powiązanego z wirusem.
Cudowna pięciolatka sama też doszła do tego co ma się wydarzyć, a dokładniej to tamta urodziwa i bystra blondynka miała im wspomnieć o tym, że czekają na samochód klasy van, a dokładniej to na jego pasażera, którym to jest utalentowany odgrywający ważną rolę w wydarzeniach. On jeszcze w tamtej chwili poruszał się takim czarnym matowym vanem w roli pasażera i był tak bardzo bardzo ważny, bo to dzięki niemu Agata mogła przekazywać obrazy z własnych wizji bezpośrednio do myśli Sebastiana. Jednym słowem ten utalentowany przekazywał myślami i słowa i obrazy i to na znaczne odległości. Potrafił także idealnie maskować własną twarz i to przed każdym utalentowanym. Może i było to zaskakujące, ale jego maskującą siłę mógł przebić cud i jego obrońca. Tylko oni i tylko wtedy gdy się skupiali na przebiciu jego maskowania w sposób intensywny.
Ten przekazujący własne myśli utalentowany po pięćdziesiątce był już lekko siwy, czyli zdaniem wielu prezentował się jak ktoś młodszy o jakieś kilka lat. Jeśli zaś chodzi o jego twarz, to pasowała raczej do kogoś takiego jak zegarmistrz naprawiający najdroższe z zegarków. Zerkało się na niego i dosłownie lśnił takim nieziemskim profesjonalizmem, ale tylko wtedy gdy okazywał ten lekki może i dość typowy entuzjazm.
Inaczej było wtedy gdy wpadał w lekki gniew lub w taki stan zakłopotania. Właśnie wtedy jego twarz zaczynała tak jakby przypominać takie cwaniackie oblicze zła, może aż nazbyt cwaniackie, choć złym to on raczej się nie stawał. Jedynie stale eksperymentował, a eksperymenty jego dotyczyły wykonywania zadań z tym szafirowym połyskiem sprytu w oczach.
Dlatego można go było nazwać perfekcjonistą, który to raczej nie działa impulsywnie, choć jeśli już trafi na metodę sprytnego wykonania rozkazu, to trzymał się owej tak jak jakaś zaskakująco matematycznie działająca maszyna.
Dziwaczny to opis utalentowanego rzecz jasna, może i zbyt dziwaczny, ale i nie odbiegający od prawdy, a ten opis jego dokładnie poznawali i Nick i cudowna dziewczynka czekając na tym parkingu. Opis owy po części zdradzali odmieńcy, czyli zmienieni w utalentowanych, ale większość z istotnych informacji Nick i cudowna Małgorzata poznali tak sami z siebie, a dokładniej to węszyli umysłami, po to by poznać sprawdzone informacje w sposób bardziej pełny.
Dokładnie w tym samym czasie ten utalentowany jechał autem typu van. Rzecz jasna nie on zajmował się prowadzeniem, bo tym zajmował się ktoś inny, ktoś zdecydowanie bardziej zwyczajny. Natomiast niesamowicie skupiony utalentowany miał rozłożony laptop i w nim szukał przydatnych informacji. W tym laptopie już wcześniej przeglądał dane dotyczące bezpośrednio twierdzy Sebastiana, ale to nie te informacje były właśnie wtedy najistotniejszymi. Przeglądał owe w znacznym stopniu dlatego, że podziwiał projekt i rzeczywiście pragnął poznawać jego detale. Ta część zgłębiania wiedzy była dla niego istotna i to nawet bardzo, ale na godzinę przed rozmową z Nickiem zerkał nieomal głównie na wiekowe zapiski dotyczące obrońcy cudu i jego faktycznych możliwości. Zapiski te wykonano blisko sto pokoleń wcześniej, czyli były one nie kompletne i spisane w taki sposób, że wielu istotnych zagadnień trzeba było się domyślać. Tak było, bo sposób myślenia ludzi znacząco się zmienił od momentu, w którym to je spisano. Niemniej jednak te dane pod postacią plików graficznych dawały tak bardzo bardzo wiele utalentowanemu zbliżającemu się do rozmowy o znaczeniu kluczowym.
Ta niezwykle istotna rozmowa faktycznie miała miejsce jakieś dziesięć minut po zaparkowaniu na niewielkim parkingu przydrożnym, a bynajmniej to zaczęła się te dziewięć minut i trzydzieści siedem sekund po zaparkowaniu. Właśnie tyle czekali na utalentowanego o znaczeniu kluczowym, który to zażyczył sobie obecności Nicka i chłopca dostrzegającego prawdę w swoim czarnym matowym vanie o dziewięciu miejscach siedzących.
Zaskakującym nie było też i to, że ten utalentowany w nieomal profesorskich okularach zażyczył też i sobie by ten siedmiolatek o bujnej czarnej czuprynie usiadł tuż obok niego, czyli by usiadł między nim, a Nickiem. Miał też precyzyjne życzenia związane z Arturem i cudowną dziewczynką, a dokładniej to oni musieli jechać w tym czerwonym lub wiśniowym SUVie tuż za nimi, a tę konkretną kolumnę aut zamykali dwaj utalentowani w ciemno niebieskim aucie sportowym, czyli ci dwaj, którzy to jeszcze trzy lata temu byli zwyczajnymi, choć też i wysportowanymi ludźmi. Może i wiele znaczyło też i to, że uformowanie owej kolumny od wydania polecenia zajęło trochę ponad czterdzieści sekund. Szybkość to nie imponująca, ale z drugiej strony takie uwijanie się można było zaakceptować.
Jedynie Artur zmuszony do jechania za Nickiem i poplecznikiem Agaty miał mieszane uczucia i dlatego realizował polecenia tego jej pomagiera w sposób po części ospały. Natomiast ten pomagier lub poplecznik wtedy gdy już jechali zdjął te swoje nieomal profesorskie okulary korekcyjne i zaczął swobodnie się wypowiadać. „Ten mały nazywa się Aureliusz i nie ma kompletnie niczego zaskakującego w jego imieniu, a dokładniej to dla własnej matki miał się stać tylko czymś na kształt tego podręcznego wykrywacza zawiłych kłamstw. Nie wiem czy tak na sto procent miało być, ale mam pewność, co do tego, że on miał się stać jednym z ważniejszych narzędzi w rękach własnej mamuśki o niepohamowanych ambicjach. Być może ona nadal pragnie stworzyć tę nową lepszą mroczną stronę podlegającą wyłącznie jej woli. Zapewne w moich ustach brzmi to wyłącznie jak takie galaretowate gdybanie, ale chyba nie ma w tym nic z gdybania.”.
Ostatnie kilkanaście słów tej wypowiedzi skierował do Nicka zerkając na jego twarz i to tak bezpośrednio, a jego spojrzenie było wtedy bardzo bardzo specyficznym. Tak jakby w znacznym stopniu chciał się myślą przewiercić przez jego uczucia i pragnienia. Właśnie na to świdrowanie wzrokiem zrobił sobie nieomal dwie i pół sekundy przerwy w swobodnym wypowiadaniu się, a potem gadał dalej i to w takim połowicznie precyzyjnym stylu. „Liczę na to, że ona spróbuje go przejąć niebawem, czyli góra za te trzy dni. Być może już zauważyłeś jej kombinacje powiązane z tym dzikim przejęciem lub zobaczysz owe w najbliższą noc. Możesz je także zobaczyć jeszcze w trakcie dnia w formie tych szybko przeskakujących obrazów. Te obrazy może pojawiają się właśnie teraz lub dopiero pojawią się za te trzy do czterech minut. Wiem o tym dostatecznie wiele, bo muszę mieć wystarczającą wiedzę na ten temat, by z tej naszej rozmowy coś wyszło.”.
Dosłownie ułamek sekundy po słowie „Wyszło” Nick zaczął gadać w sposób stanowczy o tym co było. „Wiem doskonale o tym, że to ty pomagałeś Agacie wtedy gdy ona chciała nękać Sebastiana wybitnie niesmacznymi słowami i obrazami przyszłości, które to wybitnie napawały lękiem. Poznałem też przyczynę takiego jej postępowania, a dokładniej to chciała ocalić jego dla siebie, chciała by był mniej oddany swojemu ludowi, ale to się nie mogło udać. Jednym słowem to nękanie było tak jakby daremne.”.
Ostatnie zdanie swojej wypowiedzi Nick skwitował w istotny sposób, a dokładniej to w trakcie jego wypowiadania spojrzał na swojego rozmówcę w takim chłodnym stylu kogoś, kto może znieść wszystko, byle by wypełniło się przeznaczenie cudownej dziewczynki. Można nawet powiedzieć, że to jego spojrzenie było radykalnym, tak jak jeszcze nigdy wcześniej.
Jeśli zaś chodzi o poplecznika Agaty, to spojrzenie owe tak jakby wbiło się między jego myśli i dlatego też zaprzestał rozmowy chyba na trochę ponad trzy sekundy, a następnie zaczął w taki luźny sposób mówić na temat. „Nie da się ukryć tego, że elegancko to my nie postępowaliśmy z tym nękaniem, ale mroczna strona kombinuje zazwyczaj w o wiele bardziej błotnisty sposób i co równie istotne to sprawdzaliśmy wtedy Sebastiana. Sprawdzaliśmy to czy ugnie się i wybierze to, co łatwe i po części przyjemne, czy też postawi na dobro własnego ludu. Bardzo zbrakło tego szafirowego smaku w naszej strategii, ale nie my jedyni zabawiliśmy się w ukrywanie prawdy.”.
W tym konkretnym momencie przestał mówić na jakieś dwie sekundy lub na nieco dłużej, bo tyle potrwało głębsze zaczerpnięcie powietrza, a potem dalej wypowiadał się w sposób gładki i dostatecznie precyzyjny. „Sebastian także nie był orłem, czy też sokołem szczerości w stosunku do was, a dokładniej to mógł powiedzieć o wirusie naszego autorstwa całkiem sporo, bo to on i jego wątła ciekawość na początku pozwoliły nam na pracę nad nim. Rzecz jasna na samym początku to nie miał być radykalny wirus, ale po około trzech latach kombinacji okazało się, że tylko wirusy mają potencjał jeśli chodzi o przenoszenie mutacji budzących talenty. Wiekowy władca mógł wam przekazać tę prawdę i szybko i gładko, ale zdecydował się na ukrycie owej, czyli zmusił też małego Aureliusza do milczenia na ten temat i to już wtedy gdy byliście w jego twierdzy. Ja natomiast wiem sporo o tym, co faktycznie go zmusiło lub zainspirowało do przemilczenia sprawy.”.
Wypowiedź ta się skończyła i potem przyszedł czas na dwa dość głębokie wdechy i wydechy trwające chyba trochę ponad cztery sekundy, może trochę ponad pięć. Potem zaś rozmówca Nicka kontynuował własną wypowiedź w częściowo gładkim stylu. „Sebastian potrzebował około trzech lat, by pojąć, że nasz wirus nie jest opcją w pełni elegancką, ale jego fanatyczne oddanie pewnym dogmatom także było głupstwem i to nawet bardzo kosztownym. Jednym słowem zbyt wiele stracił przez własne sporo znaczące pomyłki życiowe, a na sam koniec i siebie i nas uznawał za nie godnych do pouczania cudownej dziewczynki, czyli przyjął was do swojej twierdzy po to by ją nakierować i chronić możliwie jak najdłużej i od momentu, w którym to wjechaliście do jego twierdzy wiedział, że może tylko grać na czas. Tak, wiele myśli nawiedzało jego głowę odbierając możliwość nurkowania w jedwabisty sen, a wirus którego to stworzyliśmy był dla niego czymś niemal równie nieczystym jak mroczna strona, choć dzięki temu wirusowi zrozumieliśmy, że utalentowanych jest więcej i że mają też inną metodę do dostrzegania przyszłości.”.
Właśnie w tym momencie Nick, w grzmiący sposób zapytał „Jaką?”, choć w tym jego pytaniu ten metaliczny grom wydawał się być przynajmniej po części tym zainscenizowanym, tym niezbyt wysmarowanym jaskrawym uczuciem, ale jego rozmówca tego nie wyczuł i nadal rozmawiał, czyli mówił swoje z taką zaprogramowaną pasją. „Teraz pozwolę sobie nieco powiedzieć o moim kierowcy, który wygląda tak jak dość silny i jednocześnie pilny profesjonalista ubrany w stylu swobodnym. Prezentuje się z grubsza tak jak typowy człowiek i prawie jest takowym, bo nie ma talentu do maskowania auta, czy też do wyczuwania innych utalentowanych, ale tak naprawdę jest tym odmienionym. Zdolnym do psychoanalizy dziesięciu tysięcy ludzi znajdujących się chyba do jakichś stu kilometrów od niego. Gdy się nawet bardziej skupi to robi też psychoanalizę zdalnie także utalentowanym i właśnie dlatego poznaje ich intencje, zanim oni znajdą się w jego polu widzenia. Dlatego może uniknąć tych o niepokojąco złych zamiarach. Ten konkretny talent występuje także naturalnie i przeniesienie jego do ciała człowieka jest i najprostsze i najmniej ryzykowne, ale i tu pojawia się problem. Specyficznie to zabrzmi. Niemniej jednak talenty od dawcy do biorcy można przenieść jednorazowo. Nie można infekować podwójnie ani jednego, ani drugiego, bo to może wywołać poważne powikłania, a nawet śmierć.”.
Dziwne, ale tym razem ten utalentowany zrobił sobie przerwę na trzy głębokie wdechy i wydechy i tym razem jego zdenerwowanie stało się jeszcze bardziej wyczuwalnym. „Wirus rzecz jasna może przenieść talent od jednego dawcy do ponad stu biorców i opcja ta jest osiągalną, ale z drugiej strony jest w tym także coś dość dzikiego. Jednym słowem jeśli talent jest raczej niezbyt intensywnym to ryzyko maleje. Tylko, że jeśli dawca ma wyjątkowo silny dar to ryzyko wzrasta i to nawet geometrycznie i tu właśnie cud byłby dla nas pomocą i to idealną. Problem stanowi to, że nie możemy jej przejąć siłowo, opcja ta niestety odpada.”.
Teraz natomiast nastał specyficzny czas, a dokładniej to utalentowany prowadzący czarnego matowego vana zaczął palcami wystukiwać złowrogi rytm o koło kierownicy. Chwila ta była w rzeczywistości tą bardzo bardzo dziwną, bo i Nick w tych krótkich przebłyskach dostrzegł trzy samochody terenowe o rurowych otwartych kabinach. Dostrzegł je w tych krótkich przebłyskach dających nawet do kilkunastu szybkich obrazów na sekundę. Chyba natychmiastowo zrozumiał to, że te auta terenowe były jaskrawo pomarańczowe i aż nadto odpychające niesmacznym wyglądem. Na drodze miały się one pojawić za jakieś pięć do ośmiu minut i chyba właśnie dlatego ten profesjonalnie się prezentujący utalentowany za kierownicą vana skręcił w nieciekawie wyglądającą drogę asfaltową po prawej i zaraz po tym zjechaniu w bok dało się odczuć to, że owa droga jest nędzną, czyli odezwało się zawieszenie pojazdu taką serią metaliczno gumowych pisków, których to nie lubią pasażerowie. Niemniej jednak bardziej nie lubią owych kierowcy, którzy zaskakująco często własnoręcznie naprawiają samochody.
Właśnie dlatego kierowca utalentowanego przemawiającego w myślach zaczął jechać wolniej, ale to pomogło tylko na blisko trzy minuty i pięćdziesiąt sekund, a po tym czasie stało się coś bardzo niemiłego, a dokładniej to rozpadła się zwrotnica w przednim prawym kole tego czarnego, matowego vana. Może i nie w sposób wybitnie sromotny, ale i tak wszyscy jadący aż nazbyt dokładnie odczuli konsekwencje pojawienia się owej usterki.
Wybitnie ceniony poplecznik Agaty zdolny do bardzo istotnego przemawiania w myślach ludzi i utalentowanych nawet uderzył twarzą zagłówek jednego z przednich foteli. Następnie zdjął z twarzy swoje nieomal profesorskie okulary, które właśnie wtedy uszkodziły się tak bardzo, że nie nadawały się do dalszego użytkowania i zadał istotne podwójne pytanie. „Chcesz z nimi walczyć? A może się skryjemy? Wybieraj szybko, bo mamy mniej niż minutę.”.
Obrońca cudu na to pytanie nie odpowiedział natychmiastowo, czyli ogarnęła go zaduma na jakieś dwie i pół sekundy lub na nieco dłużej. W tym konkretnym czasie w głowie ukazywały się jemu obrazy bezpośrednio powiązane z najbliższą przyszłością, obrazy dosłownie krzyczące jaskrawą czerwienią krwi oświetlanej przez należycie poetyckie słońce.
Właśnie w trakcie ukazywania się owych obrazów rozmówca Nicka bardzo jasno się o nich wypowiadał. Precyzyjnie niczym jakaś kosmiczna żyleta. „Ścigający nas to rzecz jasna nie metaliczni, to i dobrze i źle za razem. Rzecz jasna jest między nimi ktoś, kto wyczuwa bliskość utalentowanych i utalentowani innego rodzaju. Mowa tu o minimum trzech utalentowanych zdolnych do nieziemsko krwistego bicia się aż do kompletnej utraty sił. Tych utalentowanych wyróżnia precyzja ciosu, którą to śmiało można nazwać nieziemską, bardzo nieziemską. Możliwe, że jest ich tam nawet pięciu, ale dodatkowo jest tam też minimum trzech utalentowanych od broni, którzy to stale strzelają celnie i to bez najmniejszego zająknięcia się. Czy mam jeszcze mówić dalej? Pozostało nam jeszcze jakieś dwadzieścia osiem sekund, potem nie będzie odwrotu.”.
W tej części rozmowy tak samo jak i w pozostałych ten utalentowany z talentem do przemawiania w myślach nie użył swojego talentu, a w trakcie wypowiadania ostatniego zdania sięgnął po pistolet zaliczany do typowych policyjnych broni. Otworzył te przesuwne drzwi po swojej stronie i wyszedł z siedmioletnim Aureliuszem kierując się w stronę gęstych zarośli na poboczu.
Dokładnie w tym samym czasie za ich pojazdami zaczęła pojawiać się ta kłębiąca się dzika smolista mgła, a Nick bardzo szybko wyszedł z vana i mijając Artura z cudowną Małgorzatą wyciągnął w ich stronę dłoń. Ułamek sekundy po jej wyciągnięciu niebieski miecz samurajski Artura wleciał do ręki niepozornego obrońcy cudu tak jak kawałek stali przyciągnięty przez nieziemsko silny magnes.
Następnie Nick wykonał kolejne trzy kroki w stronę tyłu auta Artura i gdy już trzeci raz postawił stopę, to dało się usłyszeć to hamowanie samochodu. Może i nie wybitnie agresywne, ale zaliczane raczej do dość dzikich.
Może jakieś dwie sekundy później ze smolistej mgły wybiegły dwie postacie, z którymi to obrońca cudu chciał zawalczyć i to nawet bardzo, ale ubiegła go ta nieziemsko ładna blondynka ze zdolnością do przemawiania w myślach i z talentem do kreowania smolistej mgły z niczego. Ona tak bardzo bardzo szybko dobyła nóż zaliczany raczej do dłuższych i zaczęła dźgać jednego z tych dwóch, którzy to właśnie wybiegli z czarnej mgły. Bardzo szybko dźgała go we wrażliwe miejsca i to tak dosłownie bez opamiętania. Krzycząc przy tym nieomal tak, jakby ktoś próbował żywcem obrać ją ze skóry.
Ten wybitnie dziki festiwal dźgania nie był długim, ale dla Nicka wydawał się być dość powolnym i co równie istotne szybko odkrył to, że ona dźga i umiejętnie i szybko i tak jakby z fantazją doświadczonego nożownika. Natomiast jej przeciwnikowi wyraźnie zbrakło tego sprytu szafirowego agresora. Dziwne to było, ale wykonywał swoje ruchy tak jak jakaś maszyna, która kilka lat wcześniej opuściła fabrykę i od tamtej pory nie była serwisowaną należycie dokładnie. Tak jakby owej maszynie ktoś poświęcał zaledwie połowę regulaminowego czasu serwisowania. Dlatego też po jakichś czterech lub pięciu sekundach jasnym stało się to, że pierwszy z totalnie agresywnych utalentowanych z nią nie wygra.
Problem polegał na tym, że początkowo był też i ten drugi agresywny typ, który także próbował zaszkodzić jej, ale ta kobieta miała swojego towarzysza, czyli swobodnie ubranego bruneta, który to nie był wybitnie wysokim i wybitnie silnym, choć w jednej z ważniejszych chwil kopnął tego drugiego z pierwszych atakujących w żebra, a dokładniej to nieomal pod lewą ręką i to tak z boku. Kopnięcie owe było tym bardzo bardzo pełnym wręcz nieziemskiego szału i właśnie dlatego ten drugi z pierwszych atakujących poleciał w krzewy rosnące na poboczu i wydawało się, że już nie wstanie, a jeśli wstanie to dopiero po blisko minucie lub po ponad minucie.
Ona, czyli ta zadziwiająco szybka i urodziwa blondynka powinna chyba zakończyć szlachtowanie nożem na tym, który z nią walczył, ale gdy już skończyła ze swoim przeciwnikiem, to dodatkowo wzięła się za tego kopniętego i to tak nagle z pełnią szału do niego doskoczyła i dobijała go w sposób piekielnie dziki przez jakieś trzy do czterech sekund.
Owo dobijanie za pomocą noża dla Nicka trwało i trwało, choć w rzeczywistości były to zaledwie te trzy sekundy z niewielkim haczykiem i w tym właśnie czasie inna postać zaczęła się wyłaniać z tej wybitnie smolistej mgły. Postać mężczyzny dość młodego wysportowanego i zaliczanego do dość wysokich. Prezentował się on także na kogoś bardzo bystrego i bił brawo w sposób żartobliwie szczery. Może i wyglądał na kogoś, kto ma plan, taki nieziemsko szafirowy plan i zaczął coś tam mówić. Wypowiedział zapewne jakieś trzy może cztery słowa, zanim coś istotnego jemu przerwało, coś czego brzmienie z lekka przypominało dziki grom.
Rzecz jasna były to strzały oddane w jego kierunku, a strzelał utalentowany, a dokładniej to kierowca z czarnego matowego vana. Oddał dokładnie trzy strzały z broni i to takie bardzo pewne. Każdy z nich sięgnął klatki piersiowej i co równie istotne ten mężczyzna następnie upadł.
Gwałtowność tych konkretnych wydarzeń sprawiła, że Nick nie zapamiętał słów, które to owy facet wypowiedział, choć mówił tak po części precyzyjnie, a po części dość szybko i z lekka niedbale. Może i w jakimś stopniu chciał on przejąć kontrolę nad tym łańcuszkiem najbliższych wydarzeń, ale nie udało się to jemu.
Nie dalej niż dwie sekundy później zbliżył się do niego poplecznik Agaty z którym to rozmawiał Nick i dobił tego kogoś kilkoma strzałami oddanymi z taką dość mechaniczną wściekłością. Wyglądało to tak, jakby chciał w sposób perfekcyjny odstraszyć resztę napastników i potem przez nieomal trzy sekundy wydawało się, że jego zagrywka zadziałała, tak bardzo bardzo wyraźnie zadziałała.
Problem w tym, że ten mechaniczny akt agresji był raczej czymś, co odstraszyło tylko na chwilę, bo następnie z owej mgły wybiegł pewien silny i wyglądający na dość zaniedbanego facet. Raczej nie był on najwyższym i miał taką brudną twarz kogoś, kto przynajmniej od kilku dni nocuje w lesie. Może i faktycznie był kimś zmęczonym nieco życiem w górskich lasach, które to są dość wymagającym środowiskiem, ale i tak swoje ostrze zbliżył do gardła tego istotnego poplecznika Agaty bardzo szybko. Potem zaś przez trochę ponad sekundę napastnik owy śmiał się takim uśmiechem typowym dla zaniedbanego wandala i najwyraźniej nie było to zbyt mądre, ale tak to już bywa z chaotycznymi aktami agresji. Mowa tu konkretnie o tym, że rozmówca Nicka dość szybko go powalił, a następnie zaczął dźgać nożem, który to bardzo szybko wyciągnął z własnej kabury zamocowanej na przedramieniu.
Ten konkretny nóż wyciągnięty przez niego był rzecz jasna opcją dość wąską, czyli w rękawie nie można go było dostrzec, ale z drugiej strony sprawdzał się też bardzo dobrze, jeśli chodzi o to skrajnie chaotyczne dźganie kogoś agresywnego. Było to dźganie połączone z bardzo szalonym wyrazem twarzy i z tym tryskaniem krwi, które to poniekąd była wymowna. Nie była to raczej poetycko czysta krew kogoś sporo znaczącego, lecz taka brudna krew osobistości skrajnie mrocznej, skupionej raczej na sianiu wybitnie mętnych kłamstw.
Szkoda tylko, że ten konkretny istotny sojusznik Agaty w tym krwistym zabijaniu zapomniał się na ponad pięć sekund, a sekundy owe były wiele mówiącymi, bo w trakcie ich trwania krew tak zaskakująco wyraźnie ubrudziła jego twarz. Ubrudzenie to nie było raczej aż tak bardzo głębokim, ale to właśnie w nim ujawniło się coś na kształt tego drygu dzikusa do zabijania, który to zaczął zanikać dość wyraziście.
Wyrazistość ta polegała na początku na tym, że dotknął dwoma palcami własnej twarzy, a następnie w takim niepokojącym stylu zerknął na opuszki własnych palców. Gdy zauważył na nich tę zaskakująco wymowną krew to zaczął się wycierać, a dokładniej to sięgnął do kieszeni własnej marynarki po paczkę jednorazowych chusteczek i wstępnie zużył trzy sztuki, ale to i tak jemu kompletnie nic nie dało, bo jedynie rozmazał krew po twarzy i to wzbudziło w nim taki wyćwiczony, po części metaliczny niesmak.
Zaradziła temu ta perfekcyjna blondynka, a dokładniej to podała jemu wodę w tej blisko litrowej butelce, a ułamek sekundy później podała jemu taki niewielki szary ręcznik wyglądający raczej na tani. On natomiast polał owy ręcznik pewną ilością wody i zaczął się starannie wycierać, jeśli chodzi o samą twarz. Staranność jego była tak jakby wypracowaną przez lata, bo skupił się też na tym wzorowym czyszczeniu kącików nosa. Może i ten etap czyszczenia był aż nazbyt powolnym, ale Nick dodatkowo zwrócił uwagę na coś jeszcze, czyli w aucie miał on te okulary do czytania, raczej zaliczane do niezbyt silnych, ale gdy zaczął już uczestniczyć w akcji, to jego okulary znikły i to nie wiadomo dokładnie gdzie. Nick rzecz jasna trochę rozmyślał o tych jego okularach tak jakby lekko, ale skupił też swój wzrok na niej, a dokładniej to na tej perfekcyjnej blondynce, której to rola tak jakby pomniejszyła się do podającej wodę i ręcznik szefowi. Ona właśnie wtedy prezentowała się tak, jakby nie była zadowoloną z tego, że właśnie wtedy nie może doprowadzić się do ładu, bo także była wymazana krwią. Przez jakieś pół sekundy prezentowała się tak jakby totalnie wadziło jej to wymazanie nieomal czarną krwią i najprawdopodobniej tak naprawdę było. Tylko, że ten gniew dość szybko znikł z jej twarzy, bo dostrzegła to, że Nick się na nią dość wnikliwie patrzy i dlatego zaczęła się nagle uśmiechać, tak dość lekko. Uśmiech jej chyba po części był tym dziwnym, ale też jasno mówił coś o tym, że jest dobrze. Był w znacznym stopniu takim potwierdzeniem tego, że sprawy się ułożą i to na dobre, a obrońca cudu właśnie wtedy nie myślał o tym, czy jest to zaprogramowane, czy też ona w szczery sposób upewnia go, co do tego że całokształt spraw potoczy się w tym dobrym kierunku.
Zaniknięcie tej osobliwej smolistej mgły także było wydarzeniem o pozytywnym posmaku i miało miejsce dokładnie wtedy gdy ta perfekcyjna blondynka jeszcze umazana w krwi uśmiechała się z tym lekko słodkim posmakiem w stronę Nicka. Problem w tym, że takie pozytywne przebłyski wydarzeń nie mogą trwać zbyt długo. Nie dlatego, że ktoś chce, by te pozytywne miodowe iskry wydarzeń szybko znikały. Tylko dlatego, że tak jest lub dlatego że chce tego wszechświat. Słowa te można nazwać takim swoistym gdakaniem o pozytywach, a gdakanie owo czasami niestety jedynie poprzedza skrajnie negatywne wydarzenie.
W tym konkretnym przypadku negatywne wydarzenie było połączone z pojawieniem się takiego szalonego wiatru między koronami drzew, a gdy owy się pojawił to niebo nieco bardziej poszarzało. Na dokładkę pojawił się też taki wyróżniający się szelest powiązany z liśćmi krzewów. Szelest bardzo różniący się od tego, który nieco wcześniej wywołał wiatr. Właśnie przed tymi chwilami Nick powinien wyczuć coś dziwnego, coś tak jakby z lekka obcego, ale obrazy zaliczane do proroczych nie mrugnęły przed jego oczami i najprawdopodobniej miało to jakiś dość niesmaczny powód, ale czy to istotne.
Kluczowe znaczenie miało to że ten nietypowy szelest zwiastował nadlatywanie czegoś co można nazwać całą chmurą takich drewnianych zaostrzonych drągów. Każdy z nich miał średnicę jakichś dziesięciu centymetrów i każdy był solidnie naostrzony. Równie wiele znaczyło też i to, że każdy wykonano ze świeżego drewna. Niestety jeden z owych drągów przeszył towarzysza perfekcyjnej blondynki na wylot. Chaotyczne to wydarzenie, takie bardzo bardzo chaotyczne, choć samego ugodzonego zaskoczyło to jedynie w minimalnym stopniu, jakby już dawno temu oswoił się ze smakiem tych chwil. Może i faktycznie tak było, albo taki smak miała ta konkretna śmierć przez przypadek. Chyba bardziej liczyło się to, że Artur i Nick po podniesieniu się zerkali głównie na niego z tym iskrzącym zakłopotaniem w oczach.
Tak oni powstali, a skoro powstali to najpierw musieli paść na glebę lub na ten solidnie wymęczony przez czas asfalt. Nakaz do padnięcia w takim radykalnym stylu wypowiedział Artur lub kierowca tego cennego poplecznika Agaty. Mniejsza o to, który z nich to dokładnie uczynił ważne, że był to jeden z nich. Jeśli zaś chodzi o większość drągów, to one dobiły tego czarnego matowego vana i chyba tylko trzy poleciały w stronę tej perfekcyjnej blondynki i jej towarzysza. Zapewne i to powinno być zastanawiające, cholernie zastanawiające i to nawet dla kogoś zwyczajnego, ale i Artur i Nick i cudowna Małgorzata zaczęli przyglądać się tej śmierci ze względu na to, że ugodzony akceptował własny koniec w taki dziwacznie mechaniczny sposób. Tak jakby został do tego zaprogramowany i w ten sposób skupiał na sobie uwagę, być może nawet nadmiar uwagi tych, którzy to powinni monitorować całokształt sytuacji.
Nagle stało się coś kompletnie nieoczekiwanego, a dokładniej to ten kierowca tego dopiero co zniszczonego czarnego matowego vana spróbował wbić w Nicka strzykawkę z jakąś dziwną błękitnawą substancją, ale próba ta się nie powiodła, bo obrońca cudu w zaledwie ułamek sekundy uczynił trzy rzeczy, a dokładniej to obronił się przed wbiciem strzykawki ręką, uciął rękę ze strzykawką za pomocą miecza samurajskiego, którego wcześniej wziął od Artura, a potem nieco zmienił swoją pozycję ucinając temu kierowcy głowę. Najzabawniejszym w tym wszystkim było to, że ową sekwencję ruchów wykonał tak jakby trenował ten schemat nie miliony, a miliardy razy. Tak jakby uczył swoje mięśnie tego schematu dosłownie przez całe życie. Tak właśnie to wyglądało, ale prawda prezentowała się inaczej, czyli ten konkretny niepozorny brunet ostatnio po wielokroć nazwany obrońcą cudu nie przećwiczył tej sekwencji ani razu. Niemniej jednak nie zaczął myśleć o tym co właśnie uczynił, bo właśnie wtedy działo się zbyt wiele.
Działo się właśnie za sprawą tego zaskakująco cennego poplecznika Agaty, który to wbił strzykawkę w cudowną dziewczynkę i wstrzyknął blisko połowę jej zawartości nieomal natychmiastowo. Mowa tu o tej specyficznej niebieskawej cieczy, która to tak lekko jedwabiście lśniła. Połysk ten tak jakby automatycznie udowadniał Nickowi czym jest ta substancja, czyli był to roztwór zawierający wirusa przenoszącego talenty. Nagła i chaotyczna zmiana powiązana z kilkoma bardziej dzikimi chwilami. Potem zaś nastał czas powiązany z obszernymi tłumaczeniami.
Tłumaczenia te zapoczątkował ten najbardziej oddany sługa Agaty. Zaczął sporo gadać o tym, że planowali to już od przynajmniej kilku lat i że wszystko mają przećwiczone łącznie z tą awarią czarnego matowego vana. Wspomniał coś o tym, że awarię ową wywołał niewielki ładunek wybuchowy, oraz pocięta przednia prawa zwrotnica auta. Normalnie taka symulowana awaria szybko zostałaby wykrytą przez kogoś, kto choć nieznacznie zna się na autach, ale tu dodano jeszcze aspekt bezpośrednio powiązany z agresywnymi poszukiwaniami. Pozostał jeszcze ten aspekt nie czytelności przeznaczenia, czyli coś co w danej chwili znaczyło wiele, tak bardzo wiele. Także to ten istotny utalentowany potrafił wytłumaczyć, a uczynił to za pomocą przemowy. Takiej i proroczej i cholernie dzikiej za razem. Przemowę tę rozpoczął po złapaniu trzech głębszych oddechów, którym to poświęcił nieco ponad pięć sekund i w tym właśnie czasie poczuł się tak bardzo bardzo źle. Rzecz jasna nie na tyle by wymiotować, ale wyraźnie poczuł to, że przekroczył granicę, której to przekraczać nie powinien.
Niemniej jednak te głębsze oddechy tak jakby jemu pomogły. „Tak zainfekowanie cudu naszym wybitnie groźnym wirusem jest bardzo chaotycznym występkiem, czymś co nie powinno mieć miejsca, ale się wydarzyło rzecz jasna. Pewnie myślisz nad tym, jak to się właściwie stało obrońco, a ja powiem, że to nie było proste, ale zaskakująco wiele ułatwił nam pewien utalentowany mieszkaniec wsi. Właściwie to wiedzieliśmy, że jest on utalentowanym już wtedy gdy jako dziecko przybył do nas po tragedii rodzinnej. Najprawdopodobniej chodziło o pożar domku na wsi, w którym to zginęli jego rodzice i rodzeństwo. On się uchował jedynie dlatego, że najpóźniej zaczął wracać z wieczornej zabawy na świeżym powietrzu. Może i jego historia jest ciekawą, a może i nie, ale czy to istotne. Może też i kluczowe znaczenie miało to, że przez blisko dwie dekady nie mogliśmy ustalić co faktycznie jego wyróżnia, aż do chwili, w której to przypadkiem mały Aureliusz nie znalazł się o te dziesięć może dwanaście metrów od niego. W tym specyficznym momencie jego niezwykły talent do dostrzegania prawdy stał się takim jakby kalekim. Tak dziwaczne to określenie, ale przy nim wyraźnie nie mógł się skupić na wykrywaniu prawd w cudzych umysłach i przekazywania ich. Wyglądało to tak jakby był bardzo senny lub pod wpływem jakichś leków, które to otumaniają.”.
Ten istotny poplecznik Agaty gadał tak bardzo bardzo z sensem, ale i tak zrobił sobie przerwę na dwa głębsze oddechy i w trakcie tego oddychania zerknął na swoje buty z taką dziwaczną, po części mechaniczną zadumą i następnie dalej nawijał. „Ten osobliwy stan otumanienia trwał w jego przypadku od pięciu do siedmiu minut i co równie istotne ten talent nie działał na innych. Nie działał na łamaczy psychiki i to nawet na tych słabych. Nie działał też na tych, którzy to wyczuwają innych utalentowanych i to niezależnie od tego jak wykształciła się ich moc. Utalentowany z wioski, który to przetrwał pożar, a przetrwał dlatego, że nie było w domu. Otumaniał jedynie tych utalentowanych zaliczanych do nietypowych, czyli na tych widzących prawdę w obcych umysłach i na tych co dostrzegają zamiary powiązane z nagłym mordowaniem. Istotna to wskazówka, może nawet aż nazbyt istotna, ale gdy podstawiliśmy jemu pod nogi słabego utalentowanego zdolnego do wykrywania prawdy, to nie hamował jego zdolności. Było to dziwne, ale najdziwniejszy wniosek miał dopiero się pojawić, a dotyczył on mnie, Agaty i tego bardzo nietypowego utalentowanego.”.
Kolejne dwa głębsze oddechy i kolejne wiele mówiące prawdy w wykonaniu poplecznika Agaty tym razem także nadeszły i to tak jakby nazbyt automatycznie. „Niespodzianie w mojej głowie zrodziła się chęć do użycia tego nietypowego utalentowanego przeciwko tobie, Arturowi i cudownej Małgorzacie. Początkowo mój pomysł nie miał jakiegoś wybitnie smacznego kształtu, czy też smaku czystej brylantowej poezji, ale najważniejszym było to, że gdy rozważałem umieszczenie tego dziwnego utalentowanego dość blisko was, to nieco bardziej radykalne z naszych planów były bliższymi spełnienia lub się spełniały. Tak to we własnych wizjach nocnych dostrzegała Agata, moja szefowa. Ta siwiejąca blondynka o spojrzeniu wręcz kosmicznie mądrym wyraźnie dostrzegła to, że zainfekujemy naszym wirusem ciebie lub małą. Warunek powodzenia był prosty, a dokładniej to warunki. Musieliśmy stworzyć dwie dywersje. Jedną z nich po to, by dodać wiarygodności naszym odmieńcom, a druga musiała bardziej namieszać. Jeśli zaś chodzi o naszego nietypowego utalentowanego bez najbliższej rodziny, to nadal jest on w bagażniku tego ciemno niebieskiego auta kompaktowego.”.
Dokładnie wtedy gdy wspomniał o bagażniku owego samochodu stało się jedno lub dwa, a dokładniej to ta perfekcyjnie wyglądające blondynka wyciągnęła z bagażnika tego nietypowego faceta, który to przynajmniej po części prezentował się tak jak nieco bardziej wynędzniała wersja Nicka. Różnica tkwiła tylko w dwóch najistotniejszych sprawach. Mowa tu o tym, że ten utalentowany wywlekany przez ową blondynkę wyglądał i na słabszego i na mniej masywnego niż Nick. Kolor oczu też mówił tu wiele, a dokładniej to obrońca cudu miał brązowe oczy nieomal przechodzące w taką miodową barwę, a ten drugi miał nieomal w pełni zielone oczy, ale zdecydowanie więcej mówiło to, że był tak jakby odurzonym. Nie wiadomo, czy to odurzenie pochodziło od jakiegoś leku, czy też był to jeden z narkotyków serwowanych ćpunom, ale jego twarz była taka jakby zbyt różowa.
W pewnym momencie, czyli w trakcie wyciągania ten słaby utalentowany zaczął się bardziej wyrywać tej blondynce, ale to trwało może ponad sekundę, lecz nie dwie. Skończyło się na tym, że ona sięgnęła do własnej kieszeni i szybko wyciągnęła z niej niewielki scyzoryk, do którego rozłożenia wystarczył zaledwie zgrabny ruch wykonany palcami. Tym konkretnym narzędziem przeznaczonym do przetrwania w dziczy i kilkoma bardzo agresywnymi słówkami wymusiła posłuszeństwo na tym częściowo otumanionym chudym facecie. Owe wymuszenie było i takie jakby metaliczne i wysmarowane kobiecą wściekłością. Tak raczej pół na pół. Nie pasowało też Nickowi do tej perfekcyjnie wyglądającej blondynki, tak samo jak nieczystości nie pasują do wiekowego zestawu srebrnych sztućców z wyszukanymi zdobieniami. Metafora to uszyta na miarę przyjęcia, ale w tym konkretnym przypadku pasowała aż nadto.
Wywlekanie tego wynędzniałego utalentowanego skończyło się jednym uczynkiem, a dokładniej to ta perfekcyjnie prezentująca się blondynka podcięła jemu gardło, a uczyniła to w sposób totalnie chaotyczny i niespodziewany jednocześnie. Nikt się tego wtedy nie spodziewał, nawet ten najcenniejszy poplecznik Agaty, choć wyraźnie nie był on wtedy zawiedziony, tak jakby od dłuższego czasu liczył właśnie na to, że ona zrobi coś takiego i nagle i zaskakująco szybko.
Problem tkwił jedynie w tym, że Nick po tej zagrywce tak szybko zbliżył się do niej i przyłożył ostrze miecza samurajskiego do jej szyi. Uczynił to w taki nieomal jedwabisty sposób, czyli tak jakby była to improwizacja zaliczana do bardzo zgrabnej i miał właśnie wtedy coś istotnego wypowiedzieć, ale ubiegł jego ten najwięcej znaczący człowiek Agaty. „Tak wolno ci ją zabić i to w sposób krwiście radykalny, bo spełniła swoje zadania, tak samo jak i jej towarzysz. Powiem nawet więcej, czyli od teraz możesz zrobić z nią co zechcesz. Możesz nawet nakłonić ją do zabicia mnie, bo w ostateczności liczy się jedynie to, że cudowna dziewczynka jest zainfekowana, a antywirus znajduje się w trzech naszych doskonale strzeżonych placówkach. Mógłbym ci nawet wydać ich lokalizacje, ale teraz to faktycznie nie ma już znaczenia, bo do najbliższej dobrze ufortyfikowanej placówki dojazd zajmie tobie prawie sześć dni.”.
Zapewne ten ciąg wydarzeń nie prezentował się najlepiej, ale właśnie wtedy gdy przestał się wysławiać cudowna Małgorzata upadła na glebę, a w te trzy do czterech sekund po tym wydarzeniu Artur wniósł ją do czerwonego SUVa. Tak jakby był zgrabną maszyną zaprogramowaną do tego zadania.
Może jakieś pół sekundy później upadła ta perfekcyjna blondynka, ale nie od miecza. Stało się tak, bo ktoś ją trafił za pomocą paralizatora, a dokładniej to za pomocą tego o zasięgu jakichś kilkunastu metrów z wystrzeliwanymi lotkami, które to rażą ładunkami elektrycznymi w bardzo skuteczny sposób.
Tej konkretnej obezwładniającej broni użył tajemniczy nieznajomy, a dokładniej to ten, którego to spotkali już wcześniej. Osobliwy palacz z zamiłowaniem do przełykania wyszukanych ciastek najprawdopodobniej pokrzyżował plany Agaty, choć gdyby owe krzyżował w sposób należycie radykalny, to zapewne ta blondynka byłaby już martwą.
Tylko, że w tamtej konkretnej chwili nie przejmowali się detalami, a Nick za pomocą siły własnych myśli odepchnął swojego rozmówcę, a dokładniej to tego, z którym to rozmawiał w czarnym matowym vanie. Poleciał w głębokie zarośla tak bardzo szybko i zagadkowo, a Artur w tym czasie poprawił fotelik i sposób przypięcia Aureliusza, zajęło jemu to blisko sekundę. Zerknął też i na to, czy poprawnie przypiął cudowną dziewczynkę, a następnie obydwaj z Nickiem jednocześnie wsiedli do czerwonego atrakcyjnego SUVa i zaczęli dynamicznie jechać na wstecznym w gładki sposób omijając to sportowe ciemno niebieskie auto kompaktowe. Auto owe ominęli szybko od lewej, a potem w sposób dość agresywny zawrócili.
Manewr ten Artur wykonał pewnie, choć najprawdopodobniej już lepiej wykonywał tego typu akrobacje na drodze. Niemniej jednak wtedy perfekcja przez niego nie przemawiała, tylko chęć do wyrwania ich z tych sporych problemów, a były one nie tylko sporymi, ale nawet gigantycznymi, bo cudowna dziewczynka w trakcie wykonywania agresywnych skrętów była nieomal jak szmaciana lalka, czyli miotało ją i na lewo i na prawo. Tylko jej powieki prezentowały się tak, jakby spała, jakby jej myśli zalał sen, z którego to nie sposób się wyrwać.
Nick w myślach próbował rzecz jasna do niej dotrzeć, czyli przemówić w jej myślach, ale to było utrudnione, bo przez jej myśli skakały obrazy, takie bardzo dzikie obrazy ukazujące wszech miar triumfu mrocznej strony. Były one wręcz wybitnie nieprzyjemnymi, czyli po ujrzeniu owych prawie każdy by wymiotował, ale obrońca cudu jakimś cudem nie wymiotował i wyglądało na to, że po tych trzech minutach przebijania się przez te bardzo cuchnące skrajnie dzikie obrazy dotarł do osobowości małej. Dotarł do niej, po to by się przekonać, że w głębi siebie ona jest aż nadto zagubioną, po tym konkretnym zastrzyku.
Ona nawet w tamtej chwili nie wiedziała, czy moment wstrzyknięcia roztworu z wirusem był elementem rzeczywistości, czy też częścią jej najnowszego snu. Jednym słowem nastała taka totalna dzicz w jej myślach i Nick nawet skupiając się w sposób zaskakująco stalowy nie mógł jej świadomości wyrwać z tego osobliwego snu pełnego mrocznych błotnistych wizji.
Wizje te wydawały się wsysać także i jego i to w sposób niepohamowany, w sposób niespodzianie intensywny. Niemniej jednak udało się jemu wyrwać i gdy już na powrót był w pełni sobą to dostrzegł, że jadą już w tym agresywnym stylu od jakichś dwudziestu minut. Dostrzegł to, że Artur jedzie agresywnie tak, jakby ktoś go zaczarował lub zaprogramował do tej właśnie szalonej jazdy. Stan ten wydał się Nickowi tym bardzo bardzo niepokojącym i dlatego też poświęcił następne dwadzieścia, może dwadzieścia pięć sekund do wyrwania go z tego stanu, po to by ich ucieczka ponownie zaczęła przypominać swobodną weekendową wycieczkę.
Owe wyrwanie też było trudne, bo musiał użyć całej serii zaskakująco szafirowych argumentów po to by jego towarzysz zwolnił i by dalej jechał tak, jakby nic dziwnego się nie wydarzyło. Było to do jakiegoś stopnia trudne, bo musiał podnieść głos i wypowiedzieć swoje aż nazbyt radykalnie, ale to przyniosło skutek, czyli styl jazdy przypominający perfekcyjny aksamit.
Jazda owa potrwała kolejnych dziesięć do dwunastu minut lub nieco dłużej. Trudno powiedzieć ile dokładnie, bo nikt tego nie liczył, nikt nie naliczał w tym przypadku sekund i to w sposób stalowo mechaniczny. Pewnym było jedynie to, że po jakichś dziesięciu lub dwunastu minutach spokojnej matematycznej jazdy wypełnionej odgłosami jakiejś niezbyt znanej rozgłośni radiowej pojawił się nieznajomy, którego to nasza czwórka poznała zaraz po ucieczce z twierdzy, był to ten palący papierosy nieznajomy w spodniach od garnituru i w zaskakująco sportowej kurtce. Wyraźnie próbował zatrzymać Artura, ale ten stale go jakoś omijał i dlatego po jakichś kilkunastu sekundach zabawy na drodze zdecydował się na krok bardziej radykalny, a dokładniej to rzucił na przednią szybę coś takiego jak balon z taką dziwaczną farbą o zielonym neonowym kolorze. Metoda to dziwa, ale nie dalej niż trzy sekundy później Artur zjechał na pobocze i wtedy rzecz jasna się zaczęło.
Nieznajomy zatrzymał się może jakieś piętnaście metrów dalej i szybko zbliżył do Artura, który to wysiadał z samochodu z zamiarem szybkiego oczyszczenia szyby. Problem tkwił jedynie w tym, że w dłoni miał już swój miecz, a dokładniej to w lewej dłoni. W prawej miał jakąś dość zużytą szarą szmatkę, którą to już zaczął wycierać przednią szybę od swojej strony.
Wycieranie w jego wykonaniu było niedbałe, może nawet i bardzo niedbałe i pośpieszne zarazem. Istotnym było też i to, że zdołał trzykrotnie przetrzeć szybę, zanim rzucił ową szmatę nieznajomemu w twarz. Dokładnie ułamek sekundy później owy nieznajomy miał już miecz na gardle, a w głowie jego grzmiało pytanie dotyczące powodu w myśl którego Artur miałby ocalić jemu życie. Przez blisko kolejną sekundę nieznajomy nie potrafił wycisnąć z siebie choćby jednego słowa, ale drżał jak zniewieściały chłopaczek, który to pierwszy raz widzi w życiu broń tego rodzaju, drżał tak jakby powoli godził się z zaskakująco bliskim końcem własnych losów.
Niemniej jednak zapytał o małą, a dokładniej to zadał takie totalnie niezgrabne pytanie dotyczące jej stanu. Właśnie po zadaniu owego pytania Artur schował swój miecz i zapytał o to, czy nieznajomy potrafi jej pomóc.
On natomiast zaczerpnął taki bardziej głęboki oddech i zaczął gadać o sprawie w sposób połowicznie precyzyjny. „Znam lokalizacje przynajmniej dwóch miejsc z antywirusem, ale do jednego z tych miejsc trzeba jechać jakieś pięć dni i to dość szybko, a do drugiego prawie siedem. Problem tkwi też i w tym, że ostatni raz widziałem te placówki prawie dwa lata temu i nie wiem, czy nadal trwa w nich produkcja, czy też znacząco owe zmodyfikowano. Mogli też przenieść się z produkcją i nie zdziwię się jeśli faktycznie tak się stało. Jednym słowem moje wskazówki dotyczące tych lokalizacji mogą się okazać wybitnie pomocnymi lub nie. Tylko, że na waszym miejscu bardziej myślałbym o tym, czy ona sama bez pomocy antywirusa w roztworze może się wyleczyć. Ta mała jest cudem i dlatego też jej możliwości są nieskończone.”.
W tym konkretnym momencie Nick wtrącił coś od siebie, a dokładniej to w gniewny sposób wypowiedział kilka zdań. „Nie dalej niż piętnaście minut temu próbowałem nawiązać z nią kontakt za pomocą umysłu i nic mi się nie udało. Powiem więcej, czyli sam ledwie wyszedłem z jej umysłu wypełnionego nieczystościami totalnie mrocznych przepowiedni. Kolejna próba może być nawet czymś na kształt skazania na śmierć. Może spróbujesz za mnie?”.
Nieznajomy rzecz jasna szybko nie odpowiedział, czyli dwukrotnie głęboko zaczerpnął powietrza, a potem odezwał się. „Jestem pewien co do tego, że przepadnę milion razy szybciej od ciebie w jej niezwykle wrogim, chaotycznym umyśle. Chyba już wolę ścięcie głowy od tego wybitnie mechanicznego zesłania do krwiście czarnego szlamu jej obaw. Owego umysłowego zesłania do tej głębi z jej obaw boi się raczej każdy utalentowany. Nawet ktoś tak silny jak Aurelia. Dlatego też zesłanie mojego umysłu, czy też mojej jaźni w gęstwinę z jej czarnych żyletkowatych obaw to i moje samobójstwo i strata czasu.”.
Tu właśnie wtrącił się Artur z jedną jedyną i bardzo ważną kwestią. „Więc szybko zabłyśnij wybitnie mądrym stwierdzeniem, albo powrócę do użycia miecza.”.
Nieznajomy odpowiedział im w prosty sposób. „Jeśli nikt nie zanurkuje własną jaźnią w jej umysł to pozostaje jedno rozwiązanie, czyli zdanie się na plan ludzi Agaty, bo plan owy udoskonalali od lat, jeśli nie od dekad i zapewne przewidzieli nawet to, że jej posłaniec Bernard, czyli ten przemawiający w myślach odleci w te krzaczory. Ten jego odlot podobał mi się chyba najbardziej w tym wszystkim, bo jeszcze nikt tak wyraźnie jemu nie zaszkodził, a to się jemu należało, bo moim zdaniem to taki trybikowaty egoista stale działający na zlecenie swojej pani. Najprawdopodobniej obrałby mnie nawet ze skóry, byle by frakcja jego cesarzowej wygrała tę dziwną błotnistą wojnę. Tak bardzo jego nie lubię i dlatego z tak wielkim niezadowoleniem w głosie nakłaniam was do powrotu. Niemniej jednak nie mogę was przymusić i dlatego mówię to co mniej więcej powinienem i czekam na wasz ruch, bo tak to właśnie działa.”.
Właśnie w tym momencie Nick odezwał się w dość chaotyczny sposób. „Teraz brakuje mi jedynie tego sługusa Agaty wyskakującego zza gęstej roślinności ze strzykawką w dłoni. Byłoby dziko i to nawet bardzo, ale z drugiej strony mniej niż pół godziny temu osiągnął jedno z dwojga, czyli nie musi dalej grać ostro, wystarczy że do niego wrócimy. Może i w tej sytuacji jakaś nietypowa reakcja kolejnej z sił byłaby nam na rękę.”.
Nick wypowiedział te słowa po cichu licząc na jakąś reakcję mrocznej strony, ale w tym konkretnym przypadku nie mógł się doczekać owej, bo wydarzenia tak jakby zmętniały. Pewnego typu jasności dodało im pytanie nieznajomego, a dokładniej to sugestia dotycząca istotnego poplecznika Agaty Bernarda. On przeglądał plany twierdzy Sebastiana i to tak bardzo bardzo dokładnie, a nieznajomy aż palił się do tego, by im właśnie teraz wyjawić powód tego dzikiego zainteresowania. W pewnej chwili zaczął go wyjawiać tak jakby samoczynnie, choć do jakiegoś stopnia to wyjawianie przypominało wyciskanie z niego prawd w jakiś niepojęty nadprzyrodzony sposób. Sposób ten nie miał nazwy i do jakiegoś poziomu był dziwny.
Niemniej jednak dodatkowy problem tkwił w tym, że jego wyznania były tak niezbyt poskładane. „Dla nich twierdza Sebastiana to nie tylko ciekawostka, nie tylko coś urodziwego, to także pewnego typu patent na obronę. Problem w tym, że do obrony takiej twierdzy potrzeba tysięcy utalentowanych miotających za pomocą myśli. Właśnie dlatego ich badania dotyczące przenoszenia tego talentu przyspieszyły blisko dwie dekady temu lub o te kilka lat wcześniej. Trudno dokładnie powiedzieć gdzie są z tymi badaniami i końcowymi etapami budowy twierdzy, czy też fortyfikacji inspirowanych twierdzą Sebastiana, ale nieoficjalnie słyszałem o tym, że mogą już być ukończone przynajmniej trzy wersje owej twierdzy. Rzecz jasna udoskonalone, a skoro są nowe i lepsze twierdze, to szykuje się o wiele bardziej zacięta walka o owe. Niestety moja wiedza na ten temat jest ograniczona, bo nie jestem ich zatwardziałym sojusznikiem i nie chcę być. Jeszcze kilka dni temu bliżej mi było do strony Sebastiana, ale on mną gardził, bo moje talenty jego zdaniem miały zbyt sztuczne pochodzenie i dlatego też zarabiałem na wykonywaniu pojedynczych zleceń dla Agaty i to czasami mi się bardzo nie podobało.”.
W chwili tej Nick powiedział swoje. „Czy wiesz, że właśnie teraz gorąco pragnę tego byś wyznawał nam prawdę, całą prawdę?”.
Nieznajomy i w tym momencie odparł w dostatecznie precyzyjny sposób. „Wiem, ale też i nie potrafię się opierać komuś z twoją mocą. Jednym słowem z takich jak ja wydobędziesz tyle, ile chcesz, a nawet więcej. Słyszałem też i o tym, że możesz mnie zaprogramować do wykonania dowolnego rozkazu, ale nie wiem, czy to prawda. Wiem natomiast to, że jakieś kilka miesięcy temu Agata odniosła sukces, a dokładniej to udało się jej przenieść wyjątkowo silny talent do miotania głazami za pomocą myśli. Nie chodzi tu tylko o głazy, ale i o kłody, beton, stal i wodę. Ten do którego ciała przeniosła owe talenty jedynie minimalnie chorował po zainfekowaniu nietypowym wirusem. Dla mnie jest to dziwne i to nawet bardzo, ale ja nie widziałem tego śmiałka. Słyszałem tylko opowieści o nim, czyli gadki dotyczące jego wzrostu i masy mięśniowej. Podobno jest on gigantem, ale to może być kłamstwo.”.
Następnie nieznajomy wykonał dwa nieco głębsze wdechy i wydechy, takie aż nazbyt długie. „Nie sądziłem, że tak ciekawie to działa, ten twój talent zmuszający do wyznań daje mi sporo, czyli każde zdradzenie jakiegoś elementu prawdy daje mi w ustach smak wyjątkowo dobrego wina. Być może najlepszego jakie w życiu piłem i teraz stale czuję się lekko wstawiony, choć nie pijany. Normalnie odlot. Chyba będę musiał poznać więcej prawd, by znowu móc tobie je wyjawiać właśnie w taki sposób, bo to jest genialne, totalnie genialne. Martwi mnie jedynie to, że ta rewelacyjna blondyna może zrobić ze mnie filet za wyznania o twierdzach. Tak twierdze to ciekawostka jakich niewiele, bo wiem, że już istnieją minimum trzy i każda jest większą od tej wykonanej przez Sebastiana. Tylko, że te zbudowane przez ludzi Agaty są nie tylko większymi, ale też i tymi zawierającymi sporo doskonałej stali. Także beton użyty do budowy ma rewelacyjny skład i nie chodzi tu tylko o to, że jest on nadzwyczaj wytrzymałym. Fakt to też ma znaczenia, ale liczy się coś jeszcze.”.
W tym momencie nieznajomy także przystopował, by wykonać dwa powolne i głębokie oddechy, a potem nadal gadał w taki gęsty sposób. „Tajemnica trzech twierdz Agaty tkwi w tym, że jakieś kilka lat przed rozpoczęciem budowy trafili na dziwnego utalentowanego. Może i nawet da się go zaliczyć do bardzo dziwnych. Utalentowany ten roznosił własny zapach wokół siebie. Tak roznosił ten swój zapach lub feromon sikając i dotykając różnych rzeczy. Brzmi to dziwnie i do jakiegoś stopnia niesmacznie, ale to nie istotne, bo jeśli ten utalentowany choćby lekko siknął na jakiś głaz, to potem ktoś z talentem do miotania myślą nie mógł danym głazem go uderzyć. Nie mógł nawet dostrzec owego głazu lub kłody. Dziwny ten talent do maskowania i rozbrajania i co równie istotne do jakiegoś stopnia działa także na węszących umysłem. Nieoficjalnie słyszałem też i o tym, że oddziałuje też na tych co opisują przepowiednie i zapewne tkwi w tym jakaś część prawdy. Niemniej jednak najbardziej szokuje to, że Agata przeniosła ten talent na ludzi tysiące razy, jeśli nie dziesiątki tysięcy. Próbowała też łączyć ten dar z bardziej ofensywnymi zdolnościami, ale nie wiem jaki to dało skutek. Pewny jestem jedynie tego, że jej twierdze mają wręcz nieziemskie maskowanie i że na chwilę obecną raczej nie mogą ich niszczyć miotający za pomocą myśli.”.
Właśnie w tym momencie Nick przerwał nowemu koledze i to tym aromatycznym półszeptem. Wyczuł bliskość jakiegoś rodzaju niebezpieczeństwa i właśnie dlatego szybko wsiedli do auta i odjechali, a nieznajomy wraz z nimi na własnym turystycznym motocyklu. Zaczął za nimi jechać tak, jakby ich eskortował w sposób zaskakująco pilny. Eskortowanie to w jego przypadku zaczęło się nieomal natychmiastowo i wyglądało bardzo matematycznie.
Minęło jakieś dwadzieścia pięć, może dwadzieścia osiem sekund tej matematycznej, ale też i dość dynamicznej jazdy by Nick zaczął mówić swoje. „Ten nasz nieznajomy sporo powiedział nam o twierdzach i o jakichś nowych typach utalentowanych, które to zapewne nie są nowymi. Wspominał też o przynajmniej trzech nowych twierdzach, z których to każda jest większą od tej Sebastiana. Budowa fortyfikacji to jasne potwierdzenie tego, że ludzie Agaty nie obawiają się kombinacji szpiegowskich lub bardziej boją się walki na otwartym terenie z mroczną stroną. Najważniejszym jest jednak to, że w twierdzach zapewne skrywają coś zaskakująco ważnego lub sprawiają tego typu pozory, po to by mroczna strona wykrwawiła się obficie w trakcie szturmu walcząc o nic. Jednym słowem to istne Himalaje domysłów i chyba mógłbym dostatecznie daleko sięgnąć wzrokiem lub talentem, po to by poznać fakty i zamiary. Tak mógłbym, ale póki co to się nieco od nich oddalmy, po to by sami nam udowodnili o co grają i w jaki sposób.”.
Właśnie po tych słowach nastała cisza trwająca blisko trzy sekundy, cisza, którą to skrobał jedynie stonowany warkot silnika, a następnie odezwał się Artur. „Czuję wyraźnie to, że tamto wiekowe babsko stoi za tymi bardzo chaotycznymi wydarzeniami, za zainfekowaniem cudu. Teraz to stało się dla mnie takie bardzo bardzo jasne. Niemniej jednak jej zamiary wcześniej były dla mnie tymi aż nazbyt mętnymi. Specyficzne to stwierdzenia, ale takimi są dotychczasowe fakty. Rozumiem nawet dlaczego zabili tego nietypowego utalentowanego, tego z talentem do chwilowego wygaszania nietypowych zdolności. Obawiali się tego, że wykorzystamy go przeciwko nim lub co gorsza przejmie go mroczna strona i dlatego musiał ponieść najwyższą ofiarę w chwili objawienia lub nieco później. Bardzo radykalny to patent na przetrwanie, ale raczej nie mieli innej opcji w tamtej chwili. Wyczuwam także przynajmniej jeszcze jedną osobę z takim talentem i nie jesteś to tylko ty obrońco cudu.”.
Końcowe stwierdzenie Artura było dzikim i to chyba aż nadto, ale Nick się nie przejął wydźwiękiem tych słów i zaczął mówić swoje. „Tak, doskonale wiem, że tym talentem dysponuje chłopiec w wieku chyba siedmiu lub ośmiu lat, jest on obecnie w wiosce przy najbliższej twierdzy, a dokładniej to mieszka chyba jakieś piętnaście kilometrów od fortyfikacji, które to właśnie są kończone. Wydaje się jemu, że jest kolejnym zwyczajnym chłopcem, że nie odegra w tym wszystkim istotnej roli, ale wygląda na to, że się myli i to tak bardzo bardzo wyraźnie. W wizji dostrzegłem go, a dokładniej to wtedy gdy tak po części precyzyjnie mówiłeś swoje Arturze. Powinienem przerwać tobie i coś o nim powiedzieć nieco wcześniej, ale te kilkanaście obrazów, które to ukazały mi się w jakieś trzy sekundy nie ukazały twarzy tego chłopca. Do tej pory ujrzałem tylko to, że ma on takie bujne, a nawet dzikie brązowe włosy, które to nie wyróżniają go aż tak bardzo. Ludzie Agaty najprawdopodobniej w ciągu tygodnia go odnajdą, ale też i wykorzystają w sposób odmienny, czyli będą próbować przenieść jego talent i na zwyczajnych ludzi i na tych, którzy to od początku są utalentowanymi. Tak to specyficzne przebłyski wizji, ale coś bardziej precyzyjnego trafi do mojego umysłu w nocy. Szykuję się już na to, że będzie tak bardzo bardzo dziko, choć z drugiej strony pragnę też owej dziczy.”.
Ułamek sekundy po zakończeniu wypowiedzi Nick ustawił radio, po to by wysłuchać dwóch piosenek o jedwabistej rytmice i w trakcie słuchania owych nieomal zasnął lub tylko wyglądał na takiego co nieomal zasnął. Niespecjalnie w ten sposób odpoczął, a potem i tak wyłączył radio i kontynuował gadanie. „Skoro talent tego chłopca będą próbować przenieść i na zwyczajnych ludzi i na utalentowanych, to mają już znacznie nowszy rodzaj wirusa, a dokładniej to coś, co mogą ukrywać w głębi jednej twierdzy. Czuję, że jest to ta twierdza najbliższa naszej pozycji, choć i tak nadal dość odległa. W jej centrum znajduje się coś na kształt osiedla także otoczonego przez park. Niemniej jednak w tym konkretnym przypadku park nie jest takim chaosem jak w przypadku Sebastiana. Zamiast tego typu chaosu jest ład, który tworzą i drzewa i krzewy posadzone w nieomal dziwacznych kwadratowych formacjach. Te formacje wyróżniają się nawet z poziomu gruntu, a zabudowania osiedla to coś na kształt szeregowców. Takich dość prostych wykonanych z betonu, stali i szkła. Konstrukcje te nie są nadzwyczaj tanimi, ale szybko się stawia owe i w tym tkwi ich gigantyczna zaleta.”.
W tym momencie nastąpiła przerwa i Nick tak dwa razy zaczerpnął powietrza, tak jakby dwa razy przełknął nektar o bardzo poetyckim smaku i kontynuował wysławianie się. „Poznałem te detale w szybkich wizjach, które mnie nawiedziły dokładnie wtedy gdy słuchałem muzyki. Jednym słowem było to tylko tych dwadzieścia lub dwadzieścia trzy szybkie obrazy, które to zapadły mi w pamięć. One jasno opowiedziały o tym, że prace nad wirusami mają miejsce dokładnie pod osiedlem, czyli jakieś dwadzieścia metrów pod nim. Właśnie tam stworzono laboratorium, które to prezentuje się tak bardzo bardzo specyficznie, a dokładniej to jego pomieszczenia wyglądają nieomal tak samo, jak część wystroju typowego biurowca i pełno jest tam ekranów typu LED, które to wyświetlają urokliwe krajobrazy. Krajobrazy poruszające się tak, jakby widziano owe przez okna pociągu. Właśnie w tych miejscach ludzcy naukowcy pracują nad wirusami w sposób poniekąd zaskakujący, a dokładniej to tworzą dziesiątki, jeśli nie setki komputerowych symulacji. Tylko po to by się przekonać, czy dana modyfikacja jest satysfakcjonującą. Tam właśnie opracowali odmianę wirusa, która dostała cudowna Małgorzata, czyli coś czego wcześniej nie udało im się stworzyć. Problem w tym, że ta konkretna wersja wirusa była testowaną jedynie komputerowo i w tym tkwił i tkwi bardzo spory błąd. Rzecz jasna i w tym przypadku mają antywirusa, ale tylko w trzech fiolkach. Szkoda, że póki co nie mogę dostrzec gdzie dokładnie one są.”.
Tę poniekąd ciekawą rozmowę trzeba właśnie teraz przerwać i przenieść akcję do nieco innego miejsca. Do miejsca, które to właśnie teraz nawiedza deszcz raczej taki średnio intensywny, choć z drugiej strony także i obrany z jedwabistych barwnych odczuć. Dokładnie tam zaczął mrugać układ krwionośny, taki ludzki układ krwionośny, choć grzmiący światłem przypominającym skrajnie wredną wulkaniczną lawę.
Pierwsza seria owych mrugnięć to było jakieś dwadzieścia razów na przestrzeni jakichś dwunastu, może piętnastu sekund, a po kolejnej minucie miała miejsce kolejna seria błyśnięć. Tak jakby ktoś bawił się takim zaskakująco poetyckim wiśniowym światłem. W tych konkretnych błyskach o wyglądzie ludzkiego układu krwionośnego Nick dostrzegł kobiecą sylwetkę, taką nieomal perfekcyjną kobiecą sylwetkę. Problem w tym, że błyskała ona w tym co zostało z twierdzy Sebastiana i po dziesięciu niemal identycznych seriach błysków przestała, czyli znikła w nicości.
Było to rzecz jasna osobliwe, nawet bardzo osobliwe, bo Nick dostrzegł to niespodzianie i z jego perspektywy były to wiśniowe błyski lub błyski, które przypominały czerwony roztopiony metal lub coś jeszcze wredniejszego. Rzecz jasna nie wspomniał o owych Arturowi, bo pokazały się jemu nagle i co równie istotne prezentowały się tak, jakby stał te kilkanaście metrów dalej, tuż przy wejściu do pamiętnego tunelu i przyglądał się im z nieomal nieziemską koncentracją, choć to i tak nie wystarczało, by pojąć głębię ich natury.
Zaskoczony tymi dość dziwnymi obrazami włączył radio i akurat wtedy usłyszał taką zaskakująco miłą kobiecą piosenkę, która brzmiała tak, jakby ktoś rozsmarowywał dżem z czarnej porzeczki po prawie idealnej kromce białego pieczywa. Ta piosenka dała Nickowi ten bardzo bardzo miły czas i co równie istotne nawet nie zauważył tego jak owy czas upłynął, bo było jemu dobrze, ale też i po zakończeniu piosenki takim jakby szablastym ruchem wyłączył radio, a potem czyli ułamek sekundy później zaczęła się kolejna wizja i tym razem nie błyskał już kobiecy układ krwionośny przypominający perfekcyjny wiśniowy żar. Tym razem, czyli po około pięciu minutach był to już układ krwionośny, szkielet i mięśnie. Także tak jakby otulone bardziej przyjaznym wiśniowym połyskiem. Nie był to miły widok, zasadniczo to był on taki wybitnie nie miły dla oka i co równie ważne błyski tej nie dokończonej postaci były już nieco bardziej chaotycznymi i chyba aż nadto przesiąkniętymi tym wyraźnym kobiecym bólem, bo rzecz jasna była to postać kobieca, której to w tamtej chwili jeszcze nie można było nazwać w ten jednoznaczny sposób. Nadal brakowało tu twarzy, ale po następnych dwóch minutach nie obecności tej postaci, które to Nickowi minęły niczym dwie sekundy zobaczył już twarz Lary, czyli twarz pociągającej brunetki, która to nie istniała przez jakiś czas, a dokładniej to była ona martwą. Tylko, że tym razem po takich trzech mrugnięciach sylwetki, po mrugnięciach połączonych z odgłosem przypominającym pracę młota udarowego powróciła już na dobre i co równie istotne powrót ten był powiązany z reakcją jakiegoś utalentowanego z mrocznej strony i dobrze, że nie był to jeden z metalicznych, tylko ktoś zwyczajny o mniej imponującej sile fizycznej.
Lara rzecz jasna zaatakowała tego utalentowanego, który to był dość wysportowany, ale też i niezbyt wysoki. W jakieś dziesięć może dwanaście sekund go obezwładniła i chyba udusiła. Chyba, bo stracił on przytomność w tym czasie, ale nie dusiła go dalej, bo to raczej nie miało sensu i co równie istotne po zakończeniu duszenia dostrzegła to, że nie ma na sobie ubrania, choć to jej chyba najmniej przeszkadzało w tamtym czasie, bo tak bardzo bardzo szybko zrozumiała gdzie jest.
Wtedy była, czyli dokładnie ułamek sekundy temu w centrum przejętej twierdzy Sebastiana, czyli w miejscu, w którym to nie brakowało wrogów i dlatego właśnie swoją nagością przejmowała się w stopniu minimalnym lub nie się przejmowała i na dokładkę szybko uciekła z centralnego dziedzińca wykorzystując cienie rzucane przez budynki szeregowe. Dzięki owym cieniom trafiła do lasu okalającego osiedle, w którym to uciekanie stało się już znacznie prostszą sprawą.
Trudniejszym etapem dla Lary było przejście przez wyrwę w murze okalającym, którą to stworzyła Aurelia, ale i z tym sobie poradziła, bo dysponowała talentem, który to aktywuje i steruje pracą elektroniki użytkowej w okolicy, czyli sterowała także impulsami elektrycznymi w ludzkich umysłach wywołując ból lub dziwny stan rozkojarzenia. Dzięki tej zdolności sprawnie przeszła przez wyrwę w murze obronnym, a potem jeszcze lawirowała między głazami przypominającymi spore szare kły. Chyba zajęło jej to jakieś trzydzieści sekund i po tym czasie była już w tym sporym lesie zewnętrznym i na tym się skończyły te pierwsze wizje Nicka dotyczące powrotu Lary do świata żywych. Nie były to te zaskakująco precyzyjne wizje, ale mówiły dostatecznie wiele. Niemniej jednak i tak ten powrót do świata żywych się jemu nie spodobał, bo był opcją aż nazbyt bolesną w sensie wizualnym. Ledwie co mógł na to patrzeć.
Chyba najbardziej niemiłym dla oka wydał się jemu ten końcowy etap powrotu, czyli pojawienie się skóry wraz z całą resztą na kościach i mięśniach. Pozornie było to zaledwie kilka błysków zaliczanych do wiśniowych i aż nazbyt poetyckich, ale to było także połączone z dość silnym bólem i ułamek sekundy potem Lara musiała nago obezwładnić utalentowanego z mrocznej strony, a to było połączone z przeskokiem od bólu do przemyślanego strategicznego myślenia, czyli było to niemiłe, taki piekielny powrót do drugiego życia, które faktycznie było kontynuacją pierwszego, raczej aż nazbyt potrzebną kontynuacją.
Nie dziwiło też i to, że Nick po ujrzeniu tego wszystkiego ponownie włączył radio i to na jednej z dzikszych piosenek. Chyba na ponad minutę wsłuchał się w tę piosenkę, a potem zaczął rozmyślać o sile sprawczej, która to przywróciła Larę do życia i zerknął na ułamek sekundy za siebie na cudowną dziewczynkę, która to rzucała się tak jak we śnie walcząc z infekcją wirusową pochodzącą od niezwykłego wirusa. Wydawało się to dość dziwne, ale obrońca cudu nie wykluczał niczego, czyli to co ujrzał w wizjach mogło być ściśle powiązane z działaniem umysłu małej, umysłu, w którego dzicz tak bardzo bał się zagłębić.
Myśli związane z tym konkretnym umysłem przynajmniej na jakiś czas odrzucił nieco na bok i skupił się na wizjach, a dokładniej to zaczął wyczekiwać kolejnych, nawet tych nazbyt szalonych. Tylko, że Arturowi nie spodobało się to, że się nie odzywa i zapytał „Kolejne wizje?”, a Nick nie odpowiedział szybko i dostatecznie precyzyjnie. „Tak, choć to nic wybitnie ciekawego, czyli coś, co nawet nie szczypie tym lekkim dość przyjaznym chłodem. Powiem nawet, że nie wiem, po co coś w tym stylu otrzymuję, ale z jakiejś przyczyny otrzymuję i nie jest to najmilsze.”.
Właśnie w tym momencie Artur odpowiedział z tym grzmiącym sensem. „Wpatruj się w wizje, ale nie umysłem lecz sercem. Tak wiem, że to aż nazbyt mizerna wskazówka, ale tu nie liczy się to nadmiernie dokładne analizowanie, czyli liczy się. Tylko, że trzeba analizować sercem. Sercem które jest jak burza z różanych uczuć. Serce takowe dostrzega po stokroć więcej od umysłu nurkującego w tym bagienku z cholernie mętnych i szorstkich metafor. Może i głupio o tym wspominam, ale liczy się to byś interpretował sercem, które to odczuwa dostatecznie intensywnie.”
Artur mówił swoje do pewnego stopnia przekrzykując się z piosenkami w radiu, ale i tak brzmiał aż nazbyt precyzyjnie, czyli właśnie teraz był tym stalowo pouczającym człowiekiem, a nie kimś kto w galaretowaty sposób błądzi myślą. Problem tkwił jedynie w tym, że Nick już to wiedział i średnio wsłuchiwał się w jego słowa, bo nie były to dla niego wybitnie szafirowe nowości.
Jedyna ciekawostka tkwiła w tym, co tak na szybko dodał na koniec, po jakichś trzech sekundach przerwy. „Być może niebawem powróci do nas ktoś, kto doda jasności tym krwistym wydarzeniom, ktoś kogo moje serce jedwabiście ceni.”.
Nick rzecz jasna nie odpowiedział na te słowa. Nie odpowiedział, bo w tym konkretnym czasie w dość dziki sposób wyłączył radio i zaczął mieć te żyletkowato wyraziste wizje. Mowa tu konkretnie o tym, że pojawiły się obrazy, które to umysł Lary otrzymał wtedy gdy nie było jej w świecie żywych. Wtedy gdy jej jaźń błądziła po totalnie lodowatej pustce otrzymując wizje poniekąd cenniejsze od oceanu z perfekcyjnych złotych kwiatów. Każda z owych wizji wstępnie wydawała się dla niej cenniejszą od takiego złotego oceanu.
Istotniejsza z nich dotyczyła młodego Aureliusza, który to w trakcie jazdy autem chyba najbardziej bał się spotkania ze swoją babcią Agatą. Rzecz jasna nie dlatego, że ona chciała przenieść jego talent za pomocą wstrzykiwanego wirusa, bo nie chciała tego uczynić. Dlatego też choroba, którą to wstrzyknięto cudownej Małgorzacie miała jedno zadanie, czyli wyszukać geny powiązane z jej talentami i częściowo wchłonąć owe. W trakcie infekowania kolejnych komórek jej ciała wirus miał nie pozostawać groźnym dla otoczenia. Teoretycznie tak właśnie miało być, ale posunięcie popleczników Agaty było tak bardzo bardzo dzikie i chyba w tym tkwił kluczowy problem. Nie można było przetestować tej konkretnej mutacji wirusa w sposób choćby częściowo wiarygodny, bo ani jeden z pozostałych utalentowanych nie jest aż tak silnym jak cudowna dziewczynka.
Myśli lary zawierały pewnego typu przestrogę, myśli w które to zdalnie wnikał Nick i zauważył to co bardzo istotne, a dokładniej to za około godzinę cudowna dziewczynka zdalnie obdaruje Aureliusza talentem do kreowania ognia z niczego, a ten zaskoczony zacznie palić drzewostan na lewym i prawym poboczu. Obrazy powiązane ze spalaniem pobocza były czymś innym niż szybkie wizje przeskakujące przed oczami. Były nieomal czymś na kształt powoli przewijanego snu z milionami nadzwyczaj wyrazistych detali. Być może właśnie dlatego, że to było połączenie umysłów i przeglądanie nie swoich wizji dotyczących zaskakująco dzikiej wersji przyszłości. Wersji wydającej się pozornie tą nie realną, ale już coś po części potwierdził tak jakby realność obcej dzikiej wizji pochodzącej bezpośrednio od Lary.
Realność ową tak jakby po części potwierdził sam Nick, który celowo zaczął się bawić prawym bocznym lusterkiem ustawianym elektrycznie. Popędzany iskrzącą ciekawością ustawił je na lekko cwanym spojrzeniu małego Aureliusza i w jego oczach zauważył to przebudzanie się ognistego talentu, czyli coś bardzo nie oczekiwanego. Coś co nie powinno zaistnieć, ale działo się. Na dokładkę obrońca cudu słyszał też w myślach słowa Lary jasno uznające celowe zainfekowanie cudu za największą z pomyłek starcia dobra ze złem. Pomyłkę, której to nie da się opisać jednym grzmiącym słowem, bo jej wydźwięk jest tym zbyt pełnym znaczenia.
Problem tkwił w tym, że Nick nie w pełni ufał w przepowiednie i wrażenia wyniesione przez jeden umysł z lodowatej próżni. Rzecz jasna precyzja owych była wręcz nieziemską, ale też i czegoś im brakowało, trudno powiedzieć czego dokładnie, ale niepozorny obrońca cudu jeszcze wstrzymał się z reakcją na wyrazistość obrazów z wizji wierząc w to, że ma sporo czasu.
Tak samo jak i poprzednio jeszcze raz włączył radio i wysłuchał piosenki, która to nie była dziką, ale miała w sobie to bardzo wyraziste coś i zanim ta piosenka dobiegła końca postanowił ponownie zanurkować w umysł cudu. W umysł aż nazbyt dziki i odbierający pewność siebie nieomal każdemu. Niemniej jednak owo zanurkowanie było też opcją tak jakby obowiązkową, bo we własnych wizjach zauważył powrót do świata żywych. Powrót zaliczany do chaotycznych i wybitnie krwistych. Cudowna Małgorzata mogła znać autora owego powrotu lub być tym autorem. Problem w tym, że chorowała i nie była przytomną, czyli trzeba było nurkować w jej umyśle, po to by poznawać prawdy zaskakująco istotne, a to nurkowanie i dla Nicka było czymś bardzo nieprzyjemnym, bo to jak nurkowanie w labiryncie ze ścianami pokrytymi grubą warstwą lepkiej smolistej substancji. Wystarczy nieznacznie dotknąć owej by mieć spore problemy z oderwaniem się. Problemy, które to nie sposób opisać.
Tym razem było jednak trochę inaczej, czyli było to bagno między wrzosowiskami, znaczna ilość mgły, która to wydawała się być przesiąkniętą szpilkowatą klątwą i tylko nieco jasności, a w tej jasności Nick stojący naprzeciwko cudownej dziewczynki. Właśnie tam zapytał ją wprost tym grzmiącym głosem o sens przywrócenia Lary do świata żywych. Zapytał w taki szybki i totalnie żyletkowaty sposób. Jako odpowiedź dostał stwierdzenie tego, że ona nadal bardzo bardzo wiele znaczy dla Artura. Odpowiedź owa tak jakby nakładała się na inne słowa mówiące o tym, że to przeznaczenie pragnęło jej powrotu do żywych. Skrajnie dziwacznymi były te odpowiedzi, ale nie przygłuszały siebie wzajemnie, a precyzyjność ich brzmienia było jak kosztowanie wybornego likieru nadzwyczaj szafirowego intelektu.
W tym wszystkim zabrzmiała też i trzecia odpowiedź bardzo jasno wspominająca o tym, że jej pojawienie się szkodzi mrocznej stronie i to nie tylko tej, którą to zaczynają tworzyć metaliczni. Jej ponowne pojawienie tak jakby szkodziło też i tym, których kuszą mroczne zagrywki, bo po powrocie Lara dostała nową zdolność, a dokładniej to gdy w myślach się na kimś skoncentrowała i jeśli ta osoba miała mroczne ciągotki, to odczuwała coś na kształt paraliżującego bólu. Ten ból nie był niczym drobnym, bo był dla owej kuszonej osoby nieomal jak setka paralizatorów używanych jednocześnie powalał i jednocześnie nie pozwalał na to, by porażona osoba powstała.
Chyba nikt inny nie otrzymał po powrocie tego talentu i zasadniczo to chyba było niewielu powracających, bo powracali na zasadzie paktu, czyli na czas określony i co równie istotne często nie powracali z talentami, tylko ze zdolnością, która się objawi w momencie kluczowym, tylko w nim.
Inaczej było z Larą, bo ona miała pozostać żywą do momentu, w którym to całokształt spraw się naprostuje, ale jej powrót sprawiał też dodatkowe problemy, chyba nawet spore problemy. Mowa tu konkretnie o tym, że obowiązuje stale zasada tego chińskiego okrągłego biało czarnego znaczka jasno mówiącego o tym, że równowaga stale panuje, czyli pojawienie się tej urodziwej brunetki musi mieć też jakiś mroczny przeciwstawnik i póki co pewnym było że to zaprzeczenie ma męską sylwetkę, ale też skrywa ją dziwny cień tak bardzo bardzo dokładnie przypominający smolistą mgłę.
Pewnym było jedynie to, że był to ktoś, kto powrócił z tej nieziemsko lodowej próżni i dosłownie grzmi gniewem, ale na chwilę obecną cudowna dziewczynka nie chce tego, by Nick dostrzegł twarz tego faceta. Blokowanie owo najprawdopodobniej ma solidny powód, zapewne aż nazbyt solidny, ale obrońcy cudu nie podobało się w tym momencie to, że nie wiedział jak długo znajduje się w umyśle cudownej dziewczynki. Rzecz jasna jakaś jego część chciała się wydostać z tego umysłu, choć z drugiej strony nie otrzymał także odpowiedzi na najistotniejsze z pytań, a dokładniej to poznał powody przywrócenia Lary do życia. Poznał owych dziesiątki i w jego mniemaniu każdy był tak bardzo szafirowo logicznym.
Niemniej jednak te powody nie nasyciły w pełni jego ciekawości, bo najważniejsze cudowna dziewczynka podarowała jemu na sam koniec, czyli objaśniła jemu to, że to właśnie on sam wskrzesił Larę. Prawda to dziwna, może i nawet niezbyt smaczna, ale z drugiej strony widział bardzo dobrze jak ta uwodzicielska brunetka się odradza. Widział to rzecz jasna ponownie nurkując w umyśle cudownej dziewczynki i w odpowiedzi dostając słowa o przepowiedni, która to automatycznie i natychmiastowo się wypełnia i to właśnie dzięki podświadomości Nicka. Objaśnienie to było zawiłe, czyli to jego emocjonalna podświadoma sfera decydowała o tym, że Lara się odrodziła, a on właśnie teraz umysłowo na poziomie logicznym zgłębiał tego przyczynę. Zgłębiał tak długo aż pojął czym jest jej nowy talent. Właśnie o tym talencie skrycie pomyślał chyba jakieś kilka razy. Pierwszy raz miał miejsce jeszcze wtedy gdy był w twierdzy Sebastiana. Wtedy gdy uczynił pewien gest wobec nastoletniego utalentowanego o gniewnym spojrzeniu. Ta konkretna chwila w umyśle cudownej dziewczynki okazała się niezwykle cenną, bo szybko skojarzył jedno, a dokładniej to tego utalentowanego widział po raz ostatni na murze obronnym twierdzy Sebastiana w intensywnym i skrajnie nieprzyjaznym deszczu. Potem już nie zobaczył tego utalentowanego, którego to naprostował jednym dość radykalnym gestem i nawet nie przejął się tym, że ani razu o nim później nie pomyślał, bo działo się aż nazbyt wiele.
W tych sekundach, a dokładniej to w tym czasie to przebywanie w umyśle cudownej dziewczynki się nie skończyło, bo ona sugerowała Nickowi jedno, czyli ten gniewny utalentowany może być męską postacią ze smolistych cieni. Problem w tym, że było to coś więcej od propozycji, ale też i coś mniej od szablastego potwierdzenia prawdy. Dodatkowo nie wyglądało to smacznie, bo obrońca cudu nawet wtedy czuł to, że w twierdzy coś bardzo ważnego udowodnił temu nastolatkowi i że jego uczynek odmienił jego życie w znacznym stopniu. Niemniej jednak odczucia to odczucia, czyli brak im lśnienia faktów i stalowych pazurów motywacji nie tonącej w mroku z gęstniejących wybitnie krzaczastych obaw.
Jeśli zaś chodzi o to co miało miejsce dalej, to ludzie Agaty pokazali, że w pełni panują nad sytuacją, a dokładniej to na drodze tuż przed samochodem Artura nieomal wylądował helikopter. Natomiast silny chudzielec zatrzymał się bardzo gwałtownie, czyli do tego zetknięcia się przedniej szyby i jednego z kół podwozia helikoptera zbrakło jakichś dwunastu może piętnastu centymetrów.
Jeśli zaś chodzi o Nicka to w trakcie tego nagłego hamowania zachował się tak jak szmaciana lalka, czyli leciał do przodu, a jego podążanie w stronę deski rozdzielczej wyhamował pas bezpieczeństwa. Następnie Artur klepnął go w pierś i to z taką dość jaskrawą dzikością, choć też i z niezbyt imponującą siłą. Dla Nicka owo klepnięcie było tak jakby rozciągniętym w czasie i to chyba aż nadto. Jednym słowem to wybudzanie ze wspólnego snu z cudem było i powolne i skrajnie wymęczające. Tak jakby bardzo mozolnie wypełzał z dość głębokiej kałuży wypełnionej paliwem i jakąś smolistą substancją. Miłe to nie było, a gdy się już tak totalnie wybudził, to czuł się tak jak robotnik budowlany po nieomal całym dniu noszenia cegieł, czyli było tak bardzo bardzo niemiło, a na dokładkę za oknami samochodu zauważył aż trzech ludzi z bronią automatyczną, którzy to celowali właśnie w niego.
Artur w tym konkretnym przypadku nie starał się dobywać miecza, tylko trzymał dłonie na widoku i wyraźnie zerkał na tych trzech z bronią stojących po prawej. W tym konkretnym momencie w okolicy kabiny było faktycznie aż siedmiu strzelców, ale tylko ci trzej z prawej byli tymi bardziej nerwowymi, a ten z brzegu z prawej był chyba najbardziej niespokojnym, czyli po jego broni było widać to, że dygotał będąc w szoku.
Dygotanie było jednym z elementów wyróżniających owego strzelca, który prezentował się tak jak komandos, wiedzący bardzo dobrze w co lub w kogo aktualnie celuje.
Artur pierwszy właśnie na nim skupił swój wzrok, a dokładnie jakąś jedną trzecią sekundy później i Nick koncentrował na nim swoje spojrzenie i była to dla tego celującego bardzo dziwna chwila, bo jego broń zaczęła się topić, a dokładniej to początkowo zaledwie się nieco odkształciła, a jej lufa zaczęła zwisać w dół, tak jakby nagle została zmieniona w gumową. Ułamek sekundy później stała się bardziej płynną i zaczęła spływać na asfaltową drogę, a po trochę ponad sekundzie spłynęła na ową tak jak jakiś czarny barwnik perfekcyjnie wymieszany z wodą.
Potem zaś ten bardzo bardzo nerwowy strzelec zaczął się cofać do tyłu. Najpierw na dwóch nogach, a potem się potknął, bo nieomal stale swój wzrok koncentrował na Nicku, choć i tak po potknięciu kontynuował to oddalanie się, a cała reszta strzelców zerkała właśnie na niego tak, jak zerka się na bezwartościowego tchórzliwego śmiecia.
W pewnym momencie owy tchórzliwy śmieć przestał się oddalać, a dokładniej to wtedy gdy z helikoptera w bardzo zgrabny sposób wyszedł przemawiający w myślach poplecznik Agaty, dokładnie ten, z którym to Nick mógł sobie porozmawiać nieco dłużej. Rzecz jasna ten pięćdziesięciolatek właśnie wtedy nie prezentował się najlepiej, czyli wyglądał na zaskakująco zmęczonego i dodatkowo na jego twarzy znajdowały się otarcia, a konkretniej to dwa wyraźne ślady na nosie i kilka dodatkowych na jego polikach. Z grubsza to prezentowały się prawie tak, jakby jakiś dziki kot go podrapał, ale pojawiły się na jego twarzy, po tym jak Nick odepchnął go siłą myśli w zarośla, a miało to miejsce chyba blisko godzinę temu lub trochę ponad godzinę temu. Kompletnie nie zaskakiwało też i to, że był zły na Nicka za to, co się wydarzyło, ale powstrzymał się przed okazaniem gniewu, tylko poszedł w stronę nieznajomego na motocyklu i w dość agresywny sposób odczepił jedną z technologicznych zaślepek wykonanych z taniego tworzywa. Zaślepka owa znajdowała się chyba w widelcu motocykla i to właśnie z niej wyciągnął niewielkie urządzenie lokalizujące.
Obrońca cudu nie dostrzegł skąd dokładnie wyciągnął on owe urządzenie, bo był skupiony na takim klarownym wychodzeniu z samochodu, czyli na takim powolnym, które na dokładkę do jakiegoś stopnia uspokoi strzelców, a gdy już stał równo i skupiał swój wzrok nieomal wyłącznie na popleczniku Agaty, to ten zaczął swobodnie się wysławiać, była to taka swoboda i pewność siebie chyba w proporcjach pół na pół. „Nie mogliśmy pozwolić wam na taką bardzo dziką ucieczkę, a może i mogliśmy, choć z drugiej strony i na to byliśmy gotowi. Na kolejne z waszych ucieczek także jesteśmy. Problem tu stanowi mała, a dokładniej to krążący w jej krwi wirus. Trudno powiedzieć jak dokładnie sobie z nim radzi, ale pewnym jest to, że nie wstrzykniemy jej antywirusa jeszcze przez jakieś siedemdziesiąt godzin, bo tak nakazuje nam regulamin powiązany z procesem przekazywania talentu. Dziwne, bo postępuję według owego, choć nie wiem czy w tym konkretnym przypadku procedura zadziała tak jak powinna, ale wygląda na to, że póki co cud żyje, choć jest też wyłączona z naszej rozgrywki. Najprawdopodobniej wirus ją przerasta lub doskonale udaje to, że ją przerasta. Tak specyficzne to stwierdzenia, ale lepiej by była pod naszą opieką, bo tylko my mamy niezbędne doświadczenie, jeśli chodzi o przenoszenie talentów za pomocą wirusa. Procedury w sumie doskonaliliśmy ponad trzydzieści lat i dlatego też wiemy jak zwiększyć szanse na przekazanie talentów i co uczynić by nie zabiły jej fizjologiczne reakcje powiązane z obecnością wirusa w jej ciele. Mamy od tego specjalne leki, które trzeba jej podać w ciągu sześciu godzin od momentu zainfekowania, jeśli tego nie uczynimy, to będzie jedynie gorzej.”.
Nick rzecz jasna w tej przemowie dostrzegł kilka nutek komizmu, bo doskonale widział w pamięci to, jak ten pięćdziesięciolatek leci w gęste krzaki. Niemniej jednak to był tylko taki przebłysk z jego pamięci, bo z drugiej strony widział też i to, że ich eskorta, a dokładniej to ten nieznajomy zerka na asfalt, tak jakby nadmiernie bał się spojrzenia tego bardzo cennego poplecznika Agaty.
Dodatkowo jeden ze strzelców przyniósł taki skromny laptop, czyli prezentował się on na skromny i niewielki model, choć w rzeczywistości mógł być jednym z nieco droższych. Nick szybko rozpoznał w nim urządzenie dwa w jednym, czyli ten tablet z dołączaną klawiaturą i można powiedzieć, że była to faktycznie pewnego rodzaju ciekawostka, choć bardziej się liczyło to, że ten strzelec położył laptop na masce wiśniowego SUVa, a następnie coś na tym laptopie włączył i odwrócił w stronę Nicka, a ten zauważył twarz wiekowej kobiety, twarz chyba aż nazbyt ciekawą i tak jakby grzmiącą wielką mądrością. Może i ten opis jest z lekka przesadzonym, ale faktycznie sprawiała wrażenie kogoś, kto cierpliwie wypowiadanymi argumentami może przekonać każdego, prawie każdego.
Chyba właśnie dlatego Nick wsłuchał się w jej argumenty nieomal tak jak student filozofii z minimalnym doświadczeniem. „Szczerze żałuję tego, że nastał ten chaos powiązany z zainfekowaniem cudownej dziewczynki naszym wirusem, ale tylko tak mogliśmy to rozegrać. Specyficzne to wytłumaczenie i to nawet bardzo, ale w świecie, który to pozostawiliście za plecami przybywa metalicznych i to w tempie geometrycznym. Najczęściej stają się nimi zwyczajni ludzie, ale i utalentowani przyjmują ten wybitnie wredny dar. Tak jest, bo jeśli owego nie przyjmą to z marszu uznawani są za wrogów i często zabijani. Właśnie tak mroczni mistrzowie i ich sprawa rosną w siłę i niedługo chyba nikt nie będzie w stanie się im przeciwstawić. Trudno dokładnie powiedzieć kiedy to się stanie, ale w arsenale cudu nasi szpiedzy dostrzegli jeden zaskakująco cenny dar. Mowa tu o tym jak mała przemieniła glebę i wszystko to co się z nią łączy w ten zaskakująco przyjacielski miodowy blask. On na nowo zmieniał metalicznych w zwyczajnych ludzi. Dar to specyficzny, bo ani jeden z pozostałych żyjących utalentowanych nie dysponuje tym bardzo bardzo atrakcyjnym talentem. Dlatego po przeanalizowaniu informacji od naszych szpiegów szybko doszliśmy do wniosku, że ten konkretny talent mają jedynie dwie osoby. Jedną z nich jest obrońca cudu, a drugą sama cudowna Małgorzata. Nie wiemy dlaczego, ale tak właśnie jest i co równie istotne w przeciągu najbliższych trzech dni przeniesiemy owy dar na grupę stu chętnych, z których to czterdzieści siedem osób to utalentowani z darem do wyczuwania wrogich utalentowanych. Każdy z tych śmiałków jest po dwóch latach treningów, do których to dodaliśmy trudną wspinaczkę skałkową, którą to przejdą raczej tylko najbardziej odpowiedni dla nas kandydaci i kandydatki.”.
Ta wypowiedź, którą to Nick dostrzegł na ekranie laptopa po części go uspokoiła, bo prezentowała ją doświadczona twórczyni przepowiedni, która też mogła kłamać lub nie mówić całej prawdy. Było to istotne, ale postać widoczna na laptopie na niespełna trzy sekundy wstrzymała się od mówienia, a potem dalej mówiła. „Wiem doskonale o tym, że przynajmniej w dziesięciu z owych śmiałków talent ten się zagnieździ i co równie istotne wśród tych dziesięciu będzie też i trzech, którzy już mają talent. Brzmi to mało imponująco, bo z resztą będzie różnie, czyli jakaś część z nich umrze, a inni staną się świrami. Niemniej jednak jeśli nie podejmiemy ryzyka, to nasza sprawa na sto procent upadnie, bo tylko z takimi utalentowanymi twierdza coś znaczy. Bez nich upadnie w kilka godzin lub po trochę ponad dniu. Podobny los spotka dwie pozostałe twierdze, a ich upadek będzie niestety powiązany z upadkiem nas wszystkich. Dlatego też w ciągu najbliższych trzech do pięciu minut Nick i cudowna dziewczynka muszą wejść do tego czarnego wojskowego helikoptera i wraz ze strzelcami udać się do twierdzy, do tej w której to czeka antywirus w trzech strzykawkach. Sęk w tym, że po drodze będzie niezbyt długi pobyt w pewnym bezpiecznym domu, który to prezentuje się raczej średnio atrakcyjnie. Nie chodzi tu rzecz jasna o zatankowanie helikoptera, choć i ta czynność jest na liście obowiązkowych. Zdecydowanie wyżej na liście obowiązków jest odbycie rozmowy z tym specyficznym naturalnym hologramem Aurelii, który to znajdzie się tam za mniej niż pięć godzin. Ten specyficzny hologram da nam coś, a dokładniej to coś zaskakująco cennego, co na pierwszy rzut oka wydaje się być mało istotnym.”.
Wypowiedź ta była pełną tych bardzo istotnych wskazówek, chyba nawet zbyt pełną, ale też pomijała pewne z bardzo ważnych spraw. Mowa tu konkretnie o tym, że Artur miał gdzieś pojechać sam lub z kimś innym niż Nick. Trudno dokładnie powiedzieć gdzie, ale nagle pojawiła się za nimi ta perfekcyjnie wyglądająca blondynka, ta która to zapewne miała za sobą karierę wojskową. Zaparkowała swoje sportowe, bardzo atrakcyjne auto kompaktowe o ciemno niebieskim kolorze tuż za bezimiennym, a dokładniej to za jego motocyklem i z gracją zbliżyła się do Nicka. Tak jakby trenowała ten sceniczny gest zbliżania się chyba z milion razy, a następnie zamknęła ten laptop na masce auta klasy SUV szykując się do wypowiedzenia pewnej ilości istotnych słów. Słów istotnych, ale też i wypowiedzianych z pewną dawką szarej haczykowatej dzikości.
Owa szara haczykowata dzikość wypowiedzi w jej przypadku zaczęła się tak bardzo bardzo szybko. „Mały Aureliusz także leci z wami, choć on wysiada w innym miejscu, a dokładniej to trochę dalej. Zgodnie z zasadą „Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka.”, czy jakoś tak. Jednym słowem wszyscy nie traficie w jedno miejsce, bo jeśli w owym miejscu zrobi się aż nazbyt gorąco to wszyscy przegramy, a jak na razie to aż nazbyt przegrywamy z metaliczną zarazą autorstwa Williama Azura, tak jakbyśmy byli jedynie upadającymi kostkami domina. Dlatego pakuj się do helikoptera ostry cwaniaku, a ja z twoim patykowatym perkusistą znajdę tamtą lalkę.”.
Właśnie tuż po usłyszeniu tych konkretnych słów Nick udał się do wojskowego helikoptera, do tego w pełni czarnego i matowego. Szedł aż nazbyt zamyślony i dlatego też jeden ze strzelców musiał zabrać cudowną dziewczynkę, a drugi poprowadzić małego Aureliusza. Ciekawym było też i to, że gdy już wyprowadzili tamtą dwójkę maluchów, to ta perfekcyjnie prezentująca się blondynka wyrzuciła foteliki dla dzieci z auta. Uczyniła to tak jakby w totalnie chaotyczny sposób wyrzucała śmieci z samochodu nie licząc się z tym, że owe śmieci trafiają na pobocze porośnięte dość nieciekawie wyglądającymi chwastami.
Dokładnie te kilka sekund później zasiadła w samochodzie tuż obok Artura, czyli dokładnie na miejscu Nicka i powiedziała coś bardzo istotnego w dość żyletkowaty sposób i to właśnie wtedy gdy Nick z dzieciakami odlatywał. „Mogłabym powiedzieć, że zawracamy, po to by odbić twoją lalę, bo rzecz jasna swoich nie porzucamy, ale to byłyby jedynie sypanie aż nazbyt ładnymi kłamstwami. Mówiąc o twojej lali mam na myśli tę jedną konkretną, a dokładniej to tę z którą to dorastaliście w rodzinach zastępczych i to nie przypadkowo dość blisko siebie. Nie chcę o tym gadać zbyt wiele, a dokładniej to przywróciła ją do życia jedna z tych wspaniałych istot, z którymi jechałeś. Tylko, że twoja lalka po powrocie ma dodatkowy talent, bardzo specyficzny talent. Przyda się nam wszystkim i to bardziej niż ci się wydaje. Dlatego właśnie teraz masz agresywnie zawrócić i wracać w okolicę twierdzy Sebastiana i przy okazji zamaskuj nas tak bardzo bardzo perfekcyjnie.”.
Artur zaczął robić swoje i to właśnie wtedy gdy ta blondynka jeszcze wypowiadała te trzy ostatnie słowa, a dokładniej to odpalił silnik tego wiśniowego, czy też czerwonego SUVa. Zgrabnie ominął motocykl i sportowe auto kompaktowe za nim, a potem zawrócił niczym najdoskonalszy rajdowiec i w agresywny sposób pokonał kolejne trzy kilometry i jakieś dwa zakręty, a potem się rzecz jasna odezwał. „Właśnie tak miałem ruszyć? Może tak, może nie. Trudno mi w tak dzikich chwilach jechać spokojnie i swobodnie, ale musisz wiedzieć jedno, a dokładniej to nie wolno ci mnie więcej okłamać w jakiejś istotnej sprawie, bo mam miecz samurajski i przerobie ciebie owym na pasztet za kolejne dość istotne kłamstwo. Już to rzecz jasna robiłem z takimi jak ty i zrobię ponownie. Nawet się nie spocę wykonując to zadanie, a ją i tak odnajdę, a potem odbiję naszych cudownych ludzi tak jak stworzona do tego celu maszyna.”.
Nie dało się ukryć tego, że Artur wypowiedział te słowa tak, jakby faktycznie chciał postąpić w tak wybitnie dziki sposób i nawet tamta blondynka początkowo przyjęła jego słowa tak jakby za ułamek sekundy ktoś chciał ją zamordować, tak jakby nie była pewną tego, czy za minutę nie będzie już konać. Tak właśnie mogło być już za minutę, bo Artur wyglądał na skoncentrowanego, na nieziemsko skoncentrowanego i ta skoncentrowana twarz tak jakby zmieniła się po trzech kolejnych sekundach w specyficzny uczynek, a dokładniej to tak bardzo dynamicznie zahamował. Ona zaś prawie uderzyła twarzą w deskę rozdzielczą, a dosłownie mniej niż pół sekundy później miała już miecz Artura na gardle i to dosłownie. „Wiem o tobie tak bardzo bardzo niewiele i dlatego właśnie śmierć zadam ci szybko, o ile nie odpowiesz na moje istotne dwa pytania. Jakim nowym talentem dysponuje Lara? Co chcecie z nim zrobić?”.
W tym momencie poczuła, że to nie są żarty i tak słabiutko subtelnie się uśmiechnęła, a potem zaczęła mówić. „Twój kolega, a dokładniej to ten twój basista powinien ci powiedzieć, że jej nowy talent to sprawa zawiła, a dokładniej to zyskała ona talent do paraliżowania tych, którzy chcą przejść na mroczną stronę i tych, którzy już są po owej stronie. Wystarczy, że się skupi na takich osobach, a one upadają jak rażeni paralizatorem i dzięki temu nasi mają jakiś czas na zabicie tych utalentowanych lub ludzi. Dlatego musi ona trafić do jednego z naszych zamków, ale nie przechwycę jej bez tego auta i bez twojej pomocy, bo jedynie ty jesteś tak jakby stworzony do tego zadania. Jesteś, bo wiem o tym jak zyskałeś nowe talenty. Wiem o tamtym sztylecie z niebiańskiego turkusowego metalu i o tym, co się z nim stało. Wiem i o tym, że raczej nie przeniesiemy jej talentu na innych, bo nie prowadziliśmy badań w tym zakresie.”.
Właśnie po tej rzeczowej i niezbyt gładkiej wypowiedzi Artur schował miecz i trochę ponad sekundę później jechał dalej i to dość dynamicznie, choć nie w stylu agresywnego rajdowca. Szykował się też, by coś jej powiedzieć, ale najpierw musiał stracić jakieś piętnaście do dwudziestu sekund, po to by w sposób dostatecznie smaczny dobrać słowa. Słowa raczej nie sztyletowate, tylko te lśniące taką zaskakująco szafirową mądrością.
Rzecz jasna jego słów nie było zbyt wiele. „Pojedziemy w okolicę twierdzy, wysiądę z auta, powiem ci gdzie jest i co dalej?”. Wypowiedział te słowa licząc na odpowiedzi precyzyjne niczym gigantyczna radykalna żyleta.
Ona natomiast w bardzo niemiły sposób odpowiedziała. „Dalej ją uratujemy zabierając w bezpieczne miejsce. Chyba tego typu słów oczekiwałeś, ale to drwina, bo nie wiadomo czy nadal jeszcze są jakieś bezpieczne miejsca. Jednym słowem teraz raczej bardziej liczyłeś na objaśnienia dotyczące jej talentu i spodziewałeś się tego, że wykorzystamy jej nowy talent w obronie nowego lub nowych zamków, bo to rzecz jasna aż nazbyt logiczne. Tak więc odpowiem, że do tego celu ona została wskrzeszona, ale nie straci życia w obronie twierdzy, bo to byłoby zbyt głupie, czyli gdy sprawy się o wiele bardziej skomplikują to trafi do kolejnego z zamków. Tak moim zdaniem być powinno, ale nie znam wszystkich planów szefowej, nie jeśli chodzi o szczegóły.”.
W tym momencie Artur powiedział swoje i to w sposób taki bardzo bardzo trafny. „Powinnaś raczej wiedzieć swoje, nie mniej nie więcej, bo jeśli przechwycą ciebie, to mogłabyś zbyt wiele powiedzieć na torturach, a tego nie chce nikt z jasnej strony. Rzecz jasna jeden z twoich talentów może i ułatwi ci ucieczkę, ale po schwytaniu twoja zdolność do ucieczki może być zbyt mała i to mnie martwi.”.
Teraz zaś jej odpowiedź była taką z lekka żartobliwą. „Spokojnie Romeo, martw się raczej o siebie i o to jak wirus zadziała na cudowną dziewczynkę, choć to drugie to raczej zmartwienie Nicka. On, mała i Aureliusz niebawem trafią do bezpiecznego domu, a dokładniej to do tego, który jest po drodze do zamku. Wiem, że nie przez przypadek trafią właśnie tam i to nie dlatego, że mamy tuż obok tego konkretnego domu zbiornik z paliwem do helikoptera. Zbiornik nie widoczny, czyli znajdujący się pod czymś w rodzaju takiej ziemnej piramidy z płaskim czubkiem. Można to nazwać zaledwie detalem, bo coś bardzo ważnego ma się wydarzyć we wnętrzu domu, czyli w korytarzu na piętrze. Mowa tu konkretnie o tym, że Nick ma sobie porozmawiać z hologramem Aurelii, z takim dość naturalnym, czyli wytworzonym przez utalentowanego, którego twarzy nigdy nie widziałam. Wiem, że to wredne babsko ma spróbować paktowania z Nickiem, ale on rzecz jasna się nie ugnie i nie pozwoli jej na przejęcie inicjatywy w kwestii losu małej. Właśnie ze względu na to, że w głowie będzie stale miał jej niesmaczny szał powiązany z zabijaniem w twierdzy Sebastiana. Początkowo to jemu wystarczy, by tak twardo jej nie ufać, ale gdy zacznie mówić o zmianie strony ze łzami w oczach to już będzie inna sprawa. Podobno takie podejście ma go zaskoczyć, ale jedynie początkowo, tak na trochę ponad sekundę.”.
Właśnie tymi słowami Artur się tak bardzo bardzo wyraźnie zaciekawił, tzn raczej tak w głębi siebie, bo jego twarz raczej nie dawała czytelnych oznak jeśli chodzi o tę sprawę. „Ona go tak łatwo nie przekona, czyli tego typu sztuczka niestety będzie znaczyć zbyt mało, choć na jakiś czas skłoni go do przemyślenia jej postawy. Tego typu przemyślenia zapewne potrwają jakieś pięć lub osiem minut, nie dłużej. Tak to zabawne, ale po tym szale w osiedlu znajdującym się w głębi twierdzy musiałaby o wiele bardziej zaryzykować dla nas, czyli oddzielić się od mrocznej strony, byśmy zaczęli rozważać zaufanie jej. Może i ma powód do tego oddzielenia się od mrocznej strony, czyli mroczni mistrzowie wydadzą na nią wyrok gdy przestanie być użyteczną, a zacznie im wadzić. Tego typu zmiana jej układu z mroczną stroną na sto procent nastanie. Problem tylko tkwi w tym, że mało mnie to interesuje, bo Aurelia sama zanurkowała w ten sromotny chaos, a ja nie chcę jej ratować, bo to i strata czasu i umoczenie własnego sumienia w kloacznym bagnie mroku.”.
Ostatnie z tych słów Artur wypowiedział i wolniej i nieco ciszej od pozostałych, a następnie zrobił sobie przerwę na głębszy oddech i w tym właśnie momencie ta perfekcyjna blondynka zaczęła dalej gadać. „Nie wiem czy uznasz to za istotne, ale jestem od Aurelii o ponad sześć lat młodsza, o blisko sześć i pół roku. Może i to ciekawe, a może i nie, ale jej matka Agata przygarnęła mnie wtedy gdy byłam siedmioletnim dzieckiem sprawiającym masę problemów. Rzecz jasna nie przygarnęła mnie tak z dnia na dzień, bo najpierw starała się o mnie przez ponad rok, ale coś we mnie zauważyła zanim mnie przygarnęła. Jasno wspominała i to nie raz o tym, że wybrała mnie ze względu na dość słodki uśmiech i taki pogodny wyraz twarzy. Na wyraz twarzy bez najmniejszej nuty cwaniactwa. Tak to określała i to dość często, możliwe że aż nazbyt często. Problem tkwił jedynie w tym, że miała specyficzne prawdziwe intencje wobec mnie, które to początkowo mi się nie spodobały. Szybko też znalazła mi nauczyciela, który uczył mnie walki nożem typu karambit, a dokładniej to tym w kształcie pazura. Nauka owa to nie były jakieś treningi typu godzina tygodniowo lub dwie godziny. Ja ćwiczyłam i często i długo, czyli aż do chwili gdy padałam ze zmęczenia. Jednocześnie uczyłam się tak normalnie w szkole i gdy moje wyniki nie były zadowalającymi, to i dłużej i intensywniej ćwiczyłam sztuki walki. Tak bardzo niesmacznie to brzmi, ale w wieku trzynastu lat już byłam pewną co do tego, że zostanę zainfekowana wirusem, który to da mi bardzo ciekawe zdolności i ta pewność lub wiedza nie spodobały mi się, czyli buntowałam się. Przez jakiś czas chyba aż nazbyt intensywnie, ale to się skończyło w okolicy moich czternastych urodzin, bo wtedy dowiedziałam się o istnieniu Aurelii, w taki jakby zainscenizowanym wydarzeniu, które to miało wyglądać na przypadek i w ciągu kolejnych trzech tygodni zapragnęłam stać się doskonalszą wersją jej samej. Właściwie to nadal tak bardzo bardzo gorąco pragnę stać się doskonalszą wersją jej samej, choć i tak nie otrzymam talentów, które to ona wyssała z mlekiem matki.”.
W tym konkretnym momencie nastał taki momenty, w którym to zaczerpnęła dwa oddechy. Rzecz jasna były one głębokimi, ale oddychała powoli i bardzo jedwabiście, tak jakby w jednej chwili pomyślała jednocześnie o milionach spraw i kontynuowała wypowiedź. „Doskonale wiem, że Aurelia jest obecnie lepszą ode mnie i że prawie się nie poznałyśmy, ale czy to istotne. Wiem też, że dzięki własnym talentom ona mogła uczynić przyszłość jasnej strony nieomal miodową, ale skusił ją mrok. Otarła się o niego i wymazała w nim, a teraz cuchnie ponad wszelką miarę. Jednym słowem krótkowzroczne i nędzne to babsko, bo gdybym ja mogła ujrzeć to, co ona widziała nie raz to znacznie lepiej bym postąpiła, a nie tak jak skrajnie kloaczna wiedźma.”.
Tymi konkretnymi słowami raczej nie próbowała przekonać Artura do siebie, tylko głośno myślała w kategoriach dobra i zła. Nawet nie myśląc o tym, że w kąciku ust ma jeszcze trochę krwi, tę bardzo niewiele mówiącą pamiątkę po momencie, w którym to po raz ostatni użyła zaskakująco zgrabnego noża.
Wiele znaczyło też i to, że po tym swoim monologu, który nie był wybitnie wyrazistą obelgą dostrzegła na poboczu przy niewielkiej wsi metalicznych. Raczej prezentowali się oni typowo i chyba czuli, że opanowali w pełni okolicę, bo ujawniali między sobą to kim faktycznie są. Jeden przejechał paznokciem po przedramieniu, po to by odsłonić tę niesamowicie metaliczną skórę właściwą. Skóra owa lśniła i lśnieniem udowadniała to, że mroczna epoka jest tak bardzo blisko. Niemniej jednak naskórek, czyli ta specyficzna szata z patyny, która to dla niezbyt wielu była warstewką do przebicia wzrokiem maskowała zaskakująco wiele. Artur rzecz jasna zerknął na tych na poboczu, czyli na tych metalicznych. Było ich chyba trzech lub czterech. Dokładna liczba była raczej nie istotną, bo prezentowali się tak jak dość typowe oblicza tak jakby wytartego zła. Zwracali na siebie uwagę, choć z drugie strony nie mieli w sobie tego czegoś, co ich wyróżnia.
Może i wyróżniało ich to, że szli poboczem aż nazbyt swobodnie, tak jakby za kilka dni świat miał stać się ich placem zabaw i ta swoboda w połączeniu z lekkością dała blondynce powód do dalszego gadania. „Wyglądają tak jakby bardzo bardzo lekko mieli podbić świat w ciągu zaledwie paru dni i to jest w nich zaskakująco niesmaczne. Jednym słowem nie trawię ich, bo byłam pod zamczyskiem Sebastiana, a nawet zabijałam tam używając sporego snajperskiego karabinu. Powiem nawet, że sprawiło mi to frajdę, bo faktycznie sprawiło, choć w pewnym momencie musiałam się wycofać, by nie zostać schwytaną. Niemniej jednak najpierw dostrzegłam to jak Aurelia robi wyłom i wiele innych totalnie krwistych scen. Tak wiem, że mówię o tym w sposób, który to raczej nie pasuje do obecnych realiów, bo sposób mojego wypowiadania się cuchnie dziczą, ale tamci metaliczni, wyglądali raczej tak jakby gładko sobie szli na kolejne niezwykle wyborne triumfalne piwko. Szczerze to nie spodziewałam się tego, po tym ich wybitnie krwistym zwycięstwie w twierdzy Sebastiana. Powinni właśnie teraz lizać rany i to aż do chwili, w której jęzory odpadną im z bólu, a wygląda na to, że bardzo krwiste zwycięstwo po około dwóch dniach jest zaledwie tym mglistym wspomnieniem. Jest tak jakby nie było tego zaplutego piejącą krwią czasu. Może i czegoś w tym stylu się spodziewałam. Może i nie powinno to na mnie oddziaływać, ale oddziałuje i to mi się nie podoba na tyle, że o tym nawijam.”.
Dziwne to było gadania z jej strony, bo kończyła ową wypowiedź gdy owych luzackich metalicznych mieli chyba ponad pięć kilometrów za plecami i zapewne nie spamiętała nawet kolorów ich ubrań, tylko ten totalnie luźny styl poruszania się, któremu to aż nazbyt zbrakło smaku krwistych, nieomal gorejących emocji. „Wiem, że ta moja gadka o tym ich luzackim stylu zaliczanym do tych nie na miejscu, jest niezbyt ciekawą i chyba bardzo bardzo dziką, ale z drugiej strony jesteśmy i my i ten nasz wirus przenoszący talenty, a dokładniej to już chyba czterdziesta bardzo usprawniona jego mutacja. Są też i te nasze wątpliwe moralnie sukcesy. Tak nie ukrywam tego, że chyba zjebaliśmy z tym rozwijaniem wirusa, ale to sypanie się spraw zaczęło się jeszcze przed chwilą mojego poczęcia i dlatego też nie czuję się w stu procentach winną, bo tak jakby wbito mnie i moją mentalność w te pokręcone realia i staram się w nich być lepszą niż jestem lub lepszą niż byłam do tej pory. Te moja słowa śmiało można nazwać pieprzeniem, ale moim zdaniem dobrze ma ktoś nieziemsko bystry lub ktoś z bardzo mocnym talentem, bo tacy znajdą sposób by nie dokonywać tych po części mrocznych wyborów, ale ja się do tego typu ludzi lub utalentowanych nie zaliczam i to nie dlatego, że myślę jak typowy podoficer. Ja jedynie pod wieloma względami jestem typowa i totalnie się tego nie brzydzę i staram się też w pracy nie ubrudzić krwią bardziej niż to konieczne. Więcej luksusu jeśli chodzi o kwestie tego rodzaju mają chyba tylko ludzie żyjący w bardziej przyjaznych czasach.”.
Z lekka dziwnym było też i to, że Artur słuchał jej słów, po części denerwował się tym, co zapewne za jakiś czas nastąpi, ale też i tym, że wjeżdżają na tereny intensywnie patrolowane przez metalicznych. Inaczej było z tą perfekcyjnie wyglądającą blondynką, ona ani razu nie włączyła radia i niemal stale gadała. Tak jak silny chudzielec miał zazwyczaj w zwyczaju i momentami to go bardzo irytowało, choć wtedy gdy irytacja stawała się nieomal jaskrawą zerkał już tylko na drogę przed nim i zaczynał jechać bardziej dynamicznie i jedwabiście jednocześnie. Starając się nie myśleć o tym, że trafił na większego gadułę od siebie samego, na gadułę nie denerwującą się, tylko nawijającą tak by totalnie nikt nie miał wątpliwości co do kształtu jej motywacji. Można to nazwać takim wybitnie gęstym uświadamianiem, które to było do jakiegoś stopnia irytujące, choć stopień owy pojawiał się raz, drugi raz i trzeci raz, a potem jeszcze przez ponad sto razów. Te razy miały miejsce prawie raz za razem i to było dla Artura niemiłe, ale po jakimś czasie nauczył się z nią jechać, czyli prowadził, co jakiś czas zerkał na metalicznych we wsiach i prowadził dalej, a zwracał uwagę tylko wtedy gdy ona mówiła coś bardziej wartościowego w sensie intelektualnym.
Coś bardziej wartościowego powiedziała już po ponad godzinie jazdy, a dokładniej to wypowiedziała się na temat Lary tak jakby z lekka niedbale. „Przypadkiem usłyszałam coś o tym, że jej pierwotny talent, czyli talent tej twojej Lary powróci w formie takiej bardziej rozbudowanej. Mowa tu konkretnie o tym, że pierwotnie mogła nieznacznie wpływać na pracę elektroniki użytkowej i wywoływać u ludzi i utalentowanych coś takiego jak dość lekki niepokój. Teraz po powrocie może wywoływać owy u dziesiątek tysięcy istot, a nawet sięgać dalej, czyli impulsami elektrycznymi w mózgach programować dziesiątki tysięcy dzikich zwierząt do atakowania metalicznych. Brzmi to nawet bardzo dziwnie, ale jej powrót to bardzo owocne wydarzenie, a ja nawet nie wiem czy powinnam, czy też nie powinnam z tobą o tym mówić, bo póki co to mam mętlik w głowie.”.
Artur właśnie w tym momencie niespodziewanie się wtrącił. „Mówisz dokładnie to o czym teraz powinnaś mówić i powiem nawet więcej, bo gdybyś nie powinna o tym mówić to ktoś z bardziej imponującymi talentami powstrzymałby ciebie, a tak poza tym to za jakieś trzy godziny powinniśmy zaliczyć postój. Dobry to pomysł, bo dziś już zbyt długo kręcę kółkiem w aucie i dlatego też dosłownie muszę tak bardzo bardzo jedwabiście wypocząć. Niemniej jednak nie chcę wypoczywać zbyt długo i wystartować tuż przed świtem.”.
Także i w tym momencie pasażerka zaczęła nieco wyraźniej gadać i o wszystkim i o niczym. „Dziwne, ale powiem ci jeszcze o tym, że oni coś mówili o tym, że jej talent do manipulacji polem elektrycznym będą chcieli przenosić za pomocą wirusa, bo po jej powrocie ten konkretny talent stał się bardziej atrakcyjnym. Tylko nie wiem, czy to im się uda, bo jeszcze nie próbowali czegoś w tym stylu, a z tego co wiem to każdy typ talentu jest połączony z nieco innymi, zazwyczaj dość trudnymi przygotowaniami, a one trwają niekiedy nawet ponad trzy lata.”.
W tym momencie skończyła wypowiedź, zaczerpnęła powietrza w taki powolny sposób i zerknęła na pobocze w stronę dwóch metalicznych. Tamci metaliczni prezentowali się na dość silnych i co równie ważne odwzajemnili jej spojrzenie, tylko, że zerkali w sposób dość specyficzny, a dokładniej to patrzyli w jej oczy w taki zły i jednocześnie nie opisany sposób. Zło w ich spojrzeniu nie było tym bezkształtnym, tylko miało tak bardzo bardzo wiele znaczeń. Owe zło skłoniło także Artura do wolniejszej jazdy drogą, czyli przez trochę ponad sekundę ledwie co jechał do przodu i to było mało smaczne, tak samo jak i jej słowa wypowiedziane z niewielką dawką pewności siebie. „Wydaje mi się, czy oni w jakimś stopniu nas dostrzegają?”
Jeszcze w trakcie wypowiadania tego pytania wyglądający na silniejszego z tych dwóch metalicznych stale miał na oku auto Artura, a na dłoniach tego metalicznego zaczął pojawiać się żar z lekka przypominający metaliczną surówkę z pieca odlewniczego. Artur doskonale dostrzegał owo zjawisko przez boczne lusterko i dlatego jego talent do maskowania nagle zadziałał z siłą chyba milion razy wyraźniejszą niż normalnie. Może trochę ponad sekundę później zatrzymał auto tak, że tamta blondynka była odwróconą bokiem do tamtych dwóch metalicznych, z których to jeden kipiał niewypowiedzianą złością. Najprawdopodobniej szykował się do ataku. Problem w tym, że jego zmysły tak jakby nagle się wyłączyły i to tak totalnie bez ostrzeżenia. Raz widział taki jakby szklany zarys sylwetki samochodu, a potem już nie i w tym tkwił pewnego rodzaju problem.
Złość na twarzy tego metalicznego ustąpiła miejsca nieomal że krzyczącej niepewności, takiej jakby dziwnej niepewności. Artur rzecz jasna wykorzystał ową niepewność tak bardzo bardzo perfekcyjnie. Mowa tu dokładnie o tym, że nagle w stronę tego metalicznego poleciał jego miecz samurajski. Pasażerka Artura, a dokładniej to ta perfekcyjna blondynka widziała lot tego konkretnego miecza tak jakby w zwolnionym tempie. Dziwne było to doznanie wzrokowe, bo z jej punktu widzenia ten rzucony miecz leciał i leciał. Wiele znaczyło też i to, że jedynie raz obrócił się w powietrzu, a kontynuacja lotu w stronę tamtego metalicznego była aż nazbyt perfekcyjną, czyli nieomal od samego początku pewnym było to, że sięgnie celu z zabójczą precyzją. Tylko, że jej ta precyzja nie uspokajała i co równie istotne gdy już była na sto procent pewną, że ten rzucony miecz dosięgnie celu, to jej wyraz twarzy zmienił się i to dość gwałtownie, bo doskonale wiedziała o tym, że pozostanie jeszcze drugi metaliczny i to chyba posiadający takie same zdolności. Mowa tu o kreowaniu ognia z niczego. W przypadku metalicznych zdolność owa była połączoną z pojawianiem się żaru z topniejącej stali na dłoniach. Specyficznym to było i to dla każdego, kto mógł to dostrzec, ale ludzie tego żaru raczej nie dostrzegali. Oni widzieli dopiero wykreowane płomienie, a tych wykreowanych w tym przypadku na początku zbrakło, bo zanim ten bystrzejszy metaliczny strzelił ogniem z dłoni tak jak z miotaczy ognia, to miecz samurajski przebił jego tors, choć to przebicie cichym nie było.
Temu przebicie towarzyszył dźwięk zaliczany do specyficznych. Mowa tu konkretnie o dźwięku, który wydaje blacha stalowa o grubości jakichś trzech milimetrów przebijana przez szybko działającą prasę hydrauliczną. Ten konkretny dźwięk bardzo nie spodobał się drugiemu z tych metalicznych, bo ten drugi też tak jakby zaczął się rozglądać może jakąś sekundę lub dwie wcześniej, choć nie szykował uderzenia płomieniami. Nie szykował tej opcji aż do chwili, w której to jego towarzysz upadł na asfalt, a jego upadek miał specyficzny smak, czyli był to upadek po zadaniu śmiertelnej rany, ale narzędzie, które to zadało ową ranę nie było dostrzegalnym. Najprawdopodobniej to miało jakąś przyczynę, taką bardzo szafirową przyczynę, ale drugi z metalicznych właśnie wtedy tak jakby nie myślał, tylko zaczął tryskać płomieniami na lewo i prawo. Tryskał nimi na odległość od pięciu do ośmiu metrów i nie było w tym przemyślanego wybitnie matematycznego planu. Tak jakby bał się o własne życie zbyt intensywnie, jakby nie wiedział co dokładnie ma uczynić, po to by uchronić samego siebie przed nieciekawym końcem.
Niewiedzę ową zagęściła ta kłębiąca się zaskakująco dzika smolista mgła, która to pojawiła się nagle, czyli tak jakby eksplodowała przy tamtym metalicznym utalentowanym i jego towarzyszu, którego to może te trzy sekundy wcześniej przebił rzucony miecz. Ta specyficzna mgła nagle się rozrosła i tak jakby znikąd. Zaskakująco wiele znaczyło też i to, że nie pozwalała złowrogiemu metalicznemu na zaczerpnięcie oddechu, czyli otulała go aż nadto perfekcyjnie i co równie istotne długo nie musiała go męczyć tym wybitnie dzikim tuleniem, bo Artur podbiegł do niego tracąc niewielki ułamek sekundy na wyciągnięcie miecza z jego towarzysza, a potem go zaatakował i to tak jak na mistrza przystało.
Nieziemsko szybko zadał te siedem cięć mieczem, z których to cztery były aż nadto głębokimi by zabić typowego śmiertelnika. Może i problem stanowiło to, że po wykonaniu tych bardzo szalonych, choć perfekcyjnych cięć tamten metaliczny jeszcze stał i chyba dlatego otrzymał on to dodatkowe pchnięcie mieczem, takie pełne błotnistego i nie przygasającego szału, a potem ten konkretny drugi metaliczny upadł na asfalt.
W tej akcji był i szał i znaczna dawka perfekcji, ale po niej nastąpiła ta szybka, choć zorganizowana ucieczka, a dokładniej to nie minęło pięć sekund i Artur kontynuował jazdę do miejsca, w którym to spodziewał się odnaleźć Larę. Owa kontynuacja jazdy nie była aż taką wybitnie maszynową, czyli w lusterku zobaczył to jak tamci pokonani metaliczni zmieniają się w biały, jedwabisty pył. Widok owy dostarczył jemu nieco przemyśleń, ale też i nie był wybitnie dokładnym. Mowa tu konkretnie o tym, że z dystansu tych siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu metrów nie łatwo było rozpoznać autora tej konkretnej sztuczki. Pewnym było jedynie to, że pozostawanie właśnie tam było mało rozsądne, a silny chudzielec podkreślił to słowami. „Musimy się oddalić, bo za jakiś czas ktoś zauważy nieobecność tamtych dwóch dziko prezentujących się metalicznych. Może i w tym momencie powinienem ci podziękować za tę mgłę, ale tego nie zrobię, bo to raczej niewiele ci da. Może i zadasz mi pytanie dotyczące sprzyjania nam, czyli zapytasz, czy cudowna Małgorzata sprawiła, że tamci metaliczni średni siłacze po uśmierceniu zaczęli się rozpływać w powietrzu. Pytanie może i istotne, ale ja nie dbam o precyzję odpowiedzi, bo wolę być znacznie dalej, wtedy gdy ktoś zacznie wypytywać o przyczynę ich zniknięcia. Pytania tego rodzaju mogą się zacząć niebawem lub dopiero za kilka godzin. Tak nie brzmi to ani dobrze, ani wybitnie źle, choć i tak bardziej liczy się teraz mój cel.”.
Chyba po zakończeniu tej wypowiedzi perfekcyjna blondynka mogła wtrącić swoje w sposób dość przezorny, czyli napotkanie tych dwóch powinno być konkretną przesłanką do odwrotu, ale z drugiej strony odwrót w tej sytuacji byłby aż nazbyt książkowy i właśnie na tym się skupiła. „Niektórzy wojskowi w tego typu sytuacjach sugerują odwrót, bo tamci dwaj dość silni, choć wyglądający na niezbyt bystrych metaliczni dostrzegli nas ze względu na to, że nie byłeś dostatecznie skupiony na maskowaniu, czyli nie imponowałeś siłą psychiczną. Nie zdziwię się także, jeśli powiesz mi, że coś podobnego się nie wydarzy. Planujący misje, po wpadkach tego rodzaju wykonują zazwyczaj odwrót, bo to rozsądne posunięcie. Niemniej jednak właśnie tego spodziewają się metaliczni zaliczani do węszących umysłem. Oni najpierw analizują, a dopiero potem używają talentu do śledzenia. Nie chce się im sprawdzać wszystkiego talentem, bo to musi potrwać, czyli preferują odpowiedzi jasno powiązane z taktyką odwrotu lub kontynuowania misji, bo użycie talentu wycieńcza i czasami daje jeszcze więcej pytań niż powinno.”.
Artur zaczął się zastanawiać nad tym, czy ma odebrać jej wypowiedź jako komplement, czy też potraktować te słowa chłodno, aż nazbyt chłodno. W trakcie tego dość luźnego myślenia odezwała się jeszcze raz. „Rzecz jasna może się nam też trafić metaliczny z bardziej wybitnym talentem do węszenia umysłem, ale czy tego typu osobistość coś może, czy komuś takiemu da coś zbliżenie się do miejsca, w którym to zginęli tamci metaliczni? Gdyby oni tam pozostali, to zapewne bałabym się, ale także widziałam to jak zmieniają się w jedwabisty pył. Nawet zerknęłam za siebie z tym wręcz nieziemskim skupieniem, a dokładniej to skupiałam wzrok na tym co się działo za nami. Było to optymistyczne, choć z drugiej strony wzrokiem nie przebijam tego typu widoków i nie wiem co się kryje za nimi i dlatego po części wolałabym powrót. Tak to byłoby rozsądne, bo ktoś mógł dać naszym zmysłom sztuczne powody do spokoju. Tak właśnie też to można odczytać, ale z drugiej strony i ty i ja doskonale wiedzieliśmy, że wypad po nią to olbrzymie ryzyko, które to może się totalnie nie opłacić. Podjęliśmy owe tylko z minimalną nadzieją na sukces, ale to nie powód do ucieczki, bo tu każdy kolejny krok to ryzyko. Trzeba starać się je zmniejszyć, a najlepszym zmniejszaniem ryzyka jest pozyskiwanie talentów, dzięki którym metaliczna zaraza najprawdopodobniej stanie się przeszłością.”.
Tak, to właśnie był wykład autorstwa tej perfekcyjnej blondynki, a Artur słuchał go tak bardzo bardzo intensywnie, ale z drugiej strony to jechał także autem i to aż nazbyt dynamicznie, czyli skupiał się na tym, by szybko przejechać przez kolejnych kilka wiosek i znaleźć się w lesie, w którym to będzie mniej nerwowo. W lesie dość gęstym do takiego lekkomyślnego ukrywania się. Problem w tym, że i tam mogło być to zło pod postacią metalicznej dzikiej zarazy.
Jeśli zaś chodzi o Artura to po starciu z tymi dwoma metalicznymi niemal stale w milczeniu myślał o tym, co mógłby uczynić lepiej, czy też o tym, czego nie uczynił. Myślał nawet o tym, że chyba stale powinien być wyraźniej skoncentrowanym na maskowaniu ich obecności na terenach metalicznych. Jednym słowem te jego myśli były dziwne i było ich tak bardzo bardzo wiele. Pojawiły się nawet też i te dotyczące pomocy Nickowi, ale było ich tylko trzy lub cztery. Zaistniały w jego umyśle chyba na jakieś dwanaście sekund i jasno wspomniały o tym, że o wiele ciekawiej byłoby gdyby Nick dostał przynajmniej kilka wskazówek od Artura i to właśnie wtedy gdy znaleźli się w tym pozornie bezpiecznym domu. Wskazówki silnego chudzielca miały zabrzmieć tak bardzo bardzo prosto, a dokładniej to miało być takie sztyletowate utwierdzanie we wrogości wobec Aurelii, która to ma te bardzo bardzo żyletkowate pragnienia i dlatego właśnie nie można jej ufać.
Rzecz jasna w przypadku spotkania w bezpiecznym domu brak zaufania Nicka wynikał z czego innego, czyli ta podstępna blondynka nie pojawiła się tam jako ona sama, tylko jako taki fantom. Była rzecz jasna dostrzegalną i to aż nazbyt dobrze, ale wystarczyło machnąć ręką, po to by poczuć jawną i dziwną mglistość jej postaci.
Tę konkretną mglistość Nick odkrył właśnie wtedy gdy Artur rozmyślał o swoim pojedynku z dwoma metalicznymi, a dokładniej to o starciu, które to szybko i brutalnie wygrał, choć pragnął owo wygrać o wiele bardziej czytelnie, a dokładniej to ten chudzielec mógł właśnie wtedy tak bardzo bardzo perfekcyjnie zamaskować wiśniowego SUVa i to by wystarczyło, bo gdyby był bardziej skupionym na zadaniu, to nie musiałby w dziki sposób dobyć miecza i skomplikować sytuację, która to i tak była dość mętną.
Nick tej mętności nie dostrzegł odzywając się do Aurelii, która właśnie wtedy objawiła się jemu w bezpiecznym domu, jako taki mglisty, wyrazisty fantom. Zaczął do niej mówić tak bardzo bardzo zgrabnie. „Wiem doskonale o tym, że powiesz coś o tym, że jeśli wydamy ci cudowną dziewczynkę na szkolenie, to oszczędzisz stu naszych utalentowanych lub nawet wszystkich od wybitnie niemiłego losu. Problem w tym, że ci nie ufam i to nie tylko dlatego, że jesteś zdolną do wybitnie chaotycznego mordu. Ten detal ma znaczenie, ale wiele znaczy też i to, że nie przewodzisz mrocznej stronie i twoja rola nie jest już aż tak pewną. Wydaje mi się, że za jakiś czas stracisz poparcie mrocznych mistrzów, bo nadal nie jesteś metaliczną i bardzo nie chcesz się nią stać. Obawiasz się zostania marionetką jakiegoś układu i dlatego też tracisz na znaczeniu.”.
Dosłownie ułamek sekundy Aurelia wtrąciła swoje i to we wredny sposób. „Stanę się bardzo ważnym graczem, jeśli pozyskam małą w ciągu najbliższych dwóch dni i jeśli odzyskam mojego syna dla naszej sprawy. Właśnie dla tych profitów jestem w stanie zaryzykować wszystko, łącznie z życiem wszystkich utalentowanych z tego waszego pokracznego zamku.”
Odpowiedź ta nie spodobała się Nickowi i dlatego też tak bardzo bardzo jasno jej odpowiedział. „Coś mi się wydaje, że właśnie teraz jesteś jedynie maszynką do składania ofert, która to na dokładkę tak bardzo bardzo bała się tu pojawić osobiście. Jednym słowem dla mnie jest to śmieszne, bo gdybyś była pewna siebie, to tak samo jak i w przypadku szturmu na twierdzę przybyłabyś tu osobiście. Niemniej jednak nie przybyłaś, jest tu zaledwie twoja mglista podobizna rzucająca pustymi słówkami. Pomógł ci ową stworzyć jakiś utalentowany o mizernej twarzy, który to także nie stał się metalicznym. Nędznie to wygląda, bo bez dziesiątek tysięcy metalicznych za plecami boisz zjawić się osobiście. Jakie to odważne.”.
Ta konkretna pogarda obecna w słowach Nicka bardzo mocno uderzyła w Aurelię, która to znajdowała się jakieś siedemset kilometrów dalej i co równie istotne na twarzy rysowała się jej wtedy złość, ta ostra złość o milionie znaczeń. Najprawdopodobniej owa złość eksplodowała i to nieziemsko, ale fantom niczego nie pokazał. Tylko trwał tak jak prześcieradło zawieszone na sznurku do wyschnięcia, w tej obojętności zaliczanej do swobodnych i zimnych jednocześnie.
Ten konkretny stan zawieszenia przerwała nagle taką metaliczną szablastą propozycją. „Zapewne poczułbyś się bardziej męsko, gdybym powiedziała ci coś o tym, że pragnę przejść na dobrą stronę, bo między swoimi nie jestem już aż tak szanowana, poza kilkoma wyjątkami, a wyjątki owe zapewne podążą za mną. Tak te słowa brzmią dziwacznie i są powiązane z ofertą, a wynika ona z tego, że wtedy w twierdzy ocalałem, ale nie to było dziwne. Chyba najdziwniejszym było to, że zachowałam swoje zdolności, a nawet stały się one bardziej wyrazistymi. Dziwnie to zabrzmi, ale cudowna Małgorzata mogła mnie pozbawić mocy i to bez kiwnięcia palcem, ale to właśnie dzięki niej mam moce. Najprawdopodobniej to gest zaliczany do przyjaznych, coś w stylu zmotywowania mnie do przejścia na dobrą stronę. Właśnie ten gest sprawił, że mroczni przestali mi ufać, bo cudowna dziewczynka wyświadczyła mi przysługę, a skoro to uczyniła to rzecz jasna wyczuła to, że nie jestem zbyt pewną siebie. Ten brak pewności udowadniam nawet teraz za pomocą mglistego fantoma stworzonego przez innego utalentowanego. Tak boję się tego, że pstryknięciem palców zamienisz mnie w błotnistą przeszłość.”.
Sporo wyznań i sporo prawd, a przepowiednie dotyczące owych Nick ujrzał w helikopterze w trakcie tego przymykania oczu, tego dość sennego przymykania oczu. Wtedy przysypiał tylko na te ułamki sekund i docierały do niego te przebłyski przyszłości, a w nich wiele ze słów, które się w stu procentach potwierdziły, a dotyczyły one i uczynków i myśli, które to chce przekazać Aurelia. Niemniej jednak coś jeszcze miało się wydarzyć, a dokładniej to obrońca cudu miał się skupić, po to by coś wykonać za pomocą talentu. Mowa tu dokładnie o tym, że w krótkich przebłyskach przyszłości powiązanych ze szczypiącymi zimnymi dreszczami, które to dosłownie go bombardowały dostrzegł pewnego rodzaju ciekawostkę. Dotyczyła ona ułamku sekundy, w którym to nieznacznie i bardzo wymownie zmrużył oczy i wtedy stało się coś niezwykłego, a dokładniej to Aurelia i trzech jej kompanów przeniosło się na spory trawnik pod bezpiecznym domem. Przenieśli się tak nieziemsko szybko, czyli pojawił się ten jedwabisty, zaskakująco radykalny błysk może na jedną piątą sekundy i było po wszystkim. Podstępna blondynka i jej trzech popleczników leżało na trawniku, na takim zaniedbanym trawniku, a Nick do nich schodził. Schodził najpierw po klatce schodowej w tym konkretnym domu, a potem po trzech stopniach przed drzwiami wejściowymi. Nie było to schodzenie wolne i szybkim także nie było, choć z drugiej strony to tak jakby lśniło wręcz gigantyczną pewnością siebie.
Może to i dziwne, ale to schodzenie pełne tej jedwabistej pewności siebie dostrzegł nawet Artur w formie takich krótkich przebłysków wtedy gdy jechał autem przez dość gęsty las, ale i tak więcej znaczyło to, że Nick zbliżał się do Aurelii i jej trzech popleczników bez tych drobin strachu w spojrzeniu. To zbliżanie się było tak swobodne, bo i ona i ci trzej, którzy to jej sprzyjali leżeli na tym dość zaniedbanym trawniku w czarno szarych strojach sportowych. Ich stroje rzecz jasna prezentowały się na dość drogie, czyli tak jakby zostały zakupione w prestiżowym sklepie sportowym, ale nie wiadomo czy tak było naprawdę. Pewnym natomiast było to, że mieli przy sobie długie noże, a dokładniej to broń białą, którą to ktoś zręczny morduje dość szybko, o ile został lub została odpowiednio przeszkolona.
Broń ta tej konkretnej czwórce utalentowanych w tamtej specyficznej chwili pomóc nie mogła, bo nie mogli się ruszyć bardziej aniżeli niezgrabne robaki. Jakaś nieznana siła ich tak jakby blokowała, ale nie można jej było przyrównać do tego przebudzenia dość wrednego charakteru. Nic z tych rzeczy. Nick chciał jedynie paktować z Aurelią twarzą w twarz i bez zbędnego ryzyka.
Zaczął od dość nietypowych słów. „Ciekawe co sobie pomyślą mistrzowie z tej mrocznej strony, jeśli odeślę ciebie i ich pod ich nosy. Rzecz jasna samo odesłanie nie będzie tu najistotniejsze, bo jeszcze dodam do tego wszystkiego dość ostry komentarz. Słowa raczej nie miłe i grzmiące w myślach. Zapewne to wydarzenie przewidziałaś, czyli przewidziałaś też i to, że twoje ryzyko w tych chwilach rośnie i to gwałtownie, a może to zaledwie pozory. W związku z tym zapytam cię wprost. Czy gdybym teraz dał ci Aureliusza, to co bym konkretnie otrzymał w zamian?”.
Nie odpowiedziała w tej konkretnej chwili, czy też chwilach szybko, ale oddychała tak jakby chciała w te konkretne chwile wlać aż nazbyt wiele chaosu, bo widziała ludzi własnej matki, czyli tych szturmowców Agaty, którzy to szykowali helikopter na kolejny lot i dlatego powiedziała, to co powiedziała. „Pytasz we własnym imieniu, czy stałeś się już jej lokajem?”.
Może i to pytanie było dziwnym lub trafionym w sposób aż nadto precyzyjny. „Ciekawe pytania zadajesz, bardzo ciekawe, ale to nie takie proste. Jednym słowem to, że do pewnego stopnia jestem pomocny jej sprawie nie oznacza tego, że już zawsze będą jej usługiwał. Zapewne lepiej by ci to wytłumaczył ten wyżej postawiony człowiek Agaty, a dokładniej tamten przemawiający w myślach, ale on wybrał się na przejażdżkę unikatowym sportowym autem. Nie wiem gdzie dokładnie teraz jest, albo wiem i nie chcę zdradzić lub nie chcę zdradzać istotnych informacji za darmo. Zwłaszcza komuś tak pogubionemu jak ty.”.
W tej konkretnej chwili ona zaczerpnęła dwa oddechy, czy też tylko dwa. Zaliczane do tych nie wolnych i nie szybkich, choć z drugiej strony były może aż nadto głębokimi i przy okazji dostatecznie wymownymi. „Teraz dziwnie zabrzmiałeś, bo już sporo wiesz o wirusie i o jego mrocznym oddziaływaniu na ludzi, a dokładniej to o tym, że czterdzieści odmian wirusa przenoszącego talenty to nie aspiryna i co równie istotne pewne szczepy owego wirusa zabijają lepiej niż mroczna strona. Tak specyficznie to brzmi, ale moja matka w poszukiwaniu leku na mroczną zarazę zapędziła się aż nazbyt daleko. Być może to moje mordowanie w twierdzy ojca w porównaniu z jej majstrowaniem przy wirusach jest zaledwie dziecięcą zabawą. Głupio to nazwałam „dziecięcą zabawą”, ale te wszystkie mutacje wirusa to nie patent na zrównoważenie naszych mrocznych zapędów, ale ta bardzo istotna chęć zdominowania świata ludzi i utalentowanych, chęć stale widoczna w jej staraniach.”.
Tymi słowami do jakiegoś stopnia zaciekawiła Nicka, ale prawda, którą to jemu dawała za darmo mogła nie być przejawem wspaniałomyślności, tylko próbą namieszania jemu w głowie. Niemniej jednak pozostawała jedna bardzo bardzo ważna kwestia, czyli cudowna dziewczynka zwana Małgorzatą nie pozbawiła jej mocy w trakcie trwania szturmu na twierdzę, a obrońca owej dziewczynki chciał wiedzieć dlaczego tak się stało, a odpowiedzi miała jemu udzielić sama Aurelia, choć najpierw zapytał ją o odpowiedź i to w sposób wręcz nieziemsko szablasty. Ten sposób jasna potwierdzał to, że nie czeka na kolejne zagadki i dziwaczne wywody. Oczekuje precyzji i to tej niebiańsko szafirowej. Wartej po stokroć więcej od góry z perfekcyjnego złota.
Ona rzecz jasna zaczęła jemu takowej udzielać, ale w taki dość galaretowaty sposób. „Sama nie znam dokładnej przyczyny, ale znam pewne odpowiedzi powiązane z przebłyskami z przyszłości. Razem z tymi trzema mam utworzyć kompletnie nowe stronnictwo. Stronnictwo nie aż tak brudne jak mroczna strona i nie aż tak szalone jak ludzie Agaty pokładający wszystkie nadzieje w dość dzikich szczepach wirusa przenoszącego talenty. Ich nadzieje są aż nazbyt chorymi, bo już zainfekowali cudowną dziewczynkę i chyba dzięki temu wyłączyli ją z rozgrywki. Tak tę oto prawdę poznałam w śnie i w przebłyskach wizji, które to pojawiły się między myślami wtedy gdy mój ojciec stał nade mną. Miało to miejsce w twierdzy, w jego twierdzy, ale prawda dotycząca zainfekowania była dla mnie wtedy jedynie przebłyskiem. Zdecydowanie więcej znaczyło dla mnie wtedy jego spojrzenie, bo on zerkał na mnie tak jakby niczego nie dostrzegał. Jakby widział jedynie galaretowatą moralną pustkę. Uderzyło mnie to bardziej boleśnie od perfekcyjnego miecza i chyba wtedy poczułam, że muszę stworzyć kolejne stronnictwo. Coś nie mrocznego, nie powiązanego z wirusami i nie zgubionego w sztywnej chęci izolowania utalentowanych w miejscach poniekąd lepszych. Możesz się nawet w ordynarny sposób śmiać z mojej odpowiedzi, ale mój syn Aureliusz jest mi potrzebny, po to by stworzyć lepszy świat dla nas wszystkich, a nie tylko dla garstki wybranych, których sposób myślenia pasuje do wizji Agaty.”.
Może to i dziwne, ale Nick zbytnio nie czekał w tym momencie z zaskakująco żyletkowatą odpowiedzią. „Stworzenie własnej frakcji bez solidnego sojuszu to chyba dla ciebie coś na kształt samobójstwa i co równie istotne wybijasz się z mrocznej strony, która widziała w tobie posła. Dziwne, ale składowe nie wyglądają tu najciekawiej i to mnie martwi wręcz niezmiernie.”.
Minęło może kolejne pół sekundy lub nieco więcej, a Aurelia znowu gadała. „Mniej niż dwie godziny temu ten najistotniejszy poplecznik mojej matki wyruszył po drugi fragment meteorytu z niebiańskiego turkusowego metalu. Może i to stwierdzenie prezentuje się teraz w taki dość jaskrawy sposób, a może i nie. Spodziewasz się raczej tego, że ten kawałek mniej więcej o rozmiarach piłki przetopią na kilka sztyletów do przekazywania talentów, ale to może nie być w stu procentach prawdą, bo chcą dojść głębiej, czyli zrozumieć jak ten sztylet, a dokładniej jak ten metal może przenosić talenty, co sprawia, że może owe przenosić i to bez efektów ubocznych. Może prawie bez efektów ubocznych, ale czy całokształt jest aż tak istotny, chyba i tak. Niemniej jednak to gęganie jest chyba po części tym bez celu, bo ten kawałek meteorytu jest daleko i po jego odnalezieniu nie można od tak sobie odłupać lub odciąć jego fragment i wrzucić do kwasu, bo nie wiem czy to coś da. Wiem, że za pomocą tego składnika chcą jakoś udoskonalić wirus, ale nie wiem, czy to się uda.”.
Mniej niż pół sekundy później, czyli mniej niż pół sekundy po zakończeniu owej wypowiedzi jeden ze strzelców eskortujących Nicka strzelił w głowę jednego z ludzi Aurelii. Nie wiadomo dlaczego dokładnie to uczynił, ale to zrobił, choć ten jej poplecznik zaledwie podrygiwał tak jak totalnie niezgrabny robal. Jego podrygiwanie było zasadniczo bez smaku, ale to raczej się prawie nie liczyło, bo na jego twarzy rysowała się taka myśl prawie grzmiąca tym nie wypowiedzianym szaleństwem. Chyba dlatego dostał w głowę, choć nie musiał.
Nick zaś potem zerknął na tego konkretnego strzelca i zaczął właśnie na nim koncentrować własny wzrok. Tak zerkał w głębię jego emocji i zerkał i zerkał. Robił to w sposób metaliczny i jednocześnie matematyczny, aż w końcu owy strzelec implodował zmieniając się w krwawą plamę na po części zaniedbanym trawniku. Uczynił tak bo zauważył w owym strzelcu ten przebłysk wrogości lub ze względu na to, że akurat tamten miał bardziej brudne ubranie i powiązane z tym chęci do brudzenia się byle by osiągnąć jak najwięcej.
Liczyło się też i to, że Aurelię owo wydarzenie i zaniepokoiło i rozzłościło. „Widzę, że totalnie nie panujesz nad swoimi ludźmi, choć faktycznie to ludzie Agaty, czyli wykonywali jej rozkazy, a ty obrońco cudu pozwoliłeś im na to by coś dość mrocznego uczynili, choć mogłeś temu zapobiec i to bardzo gładko. Dlatego też myślę, że bardziej interesuje ciebie teraz wyciąganie ze mnie informacji aniżeli to co może się ze mną stać. Nie podoba mi się to, ale zaryzykowałam. Problem natomiast tkwi w tych, którzy tak jakby programują wydarzenia zza kulis. Mówię tu o mojej matce Agacie. Może i dziwne to wtrącenie, ale ona wysłała swojego poplecznika, a dokładniej to tego najcenniejszego po spory kawałek meteorytu, ale nie w pojedynkę, bo to zbyt ryzykowne.”.
Tak to właśnie była ta porcja mieszania w głowie, a Nick zareagował na tę zagrywkę tak jak powinien. „Sporo gadasz, ale to nie jest wspaniałomyślne podawanie konkretów, tylko próba mieszania w głowie. Bardzo dziwna to strategia, ale chyba nie głupia. Niemniej jednak chcę otrzymać solidną dawkę konkretów. Wspomniałaś już coś o tym, że użyją niebiańskiego metalu i wirusa własnego autorstwa, czyli połączą obydwa. Dziwnie to brzmi, ale meteoryt to metal, a wirus to substancje organiczne. Jednym słowem są to dwa światy, które to tak bardzo bardzo do siebie nie pasują. Pytanie jak to połączyć?”.
Właśnie tu zaczęło się robić ciekawiej, a dokładniej to gniewna blondynka zaczęła mówić coś z sensem. „Chyba nie uważałeś na lekcjach biologii, o ile w ogóle zaliczyłeś choć jedną z owych. Nie wiesz czym jest hemoglobina? Głupio pytam, skoro tak specyficznie gadasz, to raczej nie wiesz. Mogłabym gadać godzinami, ale najważniejszym jest chyba to, że jakiś czas temu naświetliłeś pewne prawdy związane właśnie z nią. Mowa tu konkretnie o barwie krwi, o tym że jest ona czerwoną właśnie dzięki żelazu, czyli dzięki pierwiastkowi, który to jest metalem. Tak to już wiele mówiący detal, ale nie tylko ten się liczy, bo przeskok od krwi do wirusa to już coś znacznego. Tak gadam sporo i tak jakby błądzę słowem, ale jeśli słowo wirus zamienię na antywirus to wyjdzie tu bardzo bardzo ciekawa sprawa. Znacząca zmiana jeśli chodzi o przekazanie talentu, bo jeśli antywirus będzie oparty po części na niebiańskim turkusowym metalu, to przekazanie talentu będzie i sprawą pewniejszą i prawie pozbawioną ryzyka. Tyle wynika z moich wizji i zapewne z wizji mojej matki także. Tylko, że są tu także problemy, czyli mroczna strona ma po swojej stronie silnych utalentowanych, którzy to czynią wizje przyszłości o wiele bardziej mętnymi. Tamci utalentowani mają i zdolność widzenia przepowiedni i czynienia owych nieziemsko mętnymi, czy też mlecznymi. Właśnie dlatego tylko jedno z was otrzymało wirusa, jeśli ty uniknąłeś iniekcji, to strzykawka musiała zostać wbitą w cudowną Małgorzatę, by jedno z was przekazało jakiś wybitny talent dalej, a drugie dostrzegało jasno detale przyszłości. To właśnie te główne zarysy strategii mojej matki, ale chyba więcej znaczą tu te najdrobniejsze ze szczegółów.”.
Zaciekawiony Nick zapytał o drobne detale planu Agaty w sposób godzien szalonego młota i raczej długo nie musiał czekać na odpowiedź, choć i w tym konkretnym przypadku nieco zbrakło tej brylantowej precyzji. „Konkrety w przypadku detali łączę z czymś sporym, a dokładniej to z tymi olbrzymimi twierdzami. Gdyby metaliczna zaraza mogła swobodnie wędrować, to olbrzymie zamczyska nie byłyby dostatecznie skutecznymi, a nawet zbędnymi. Dlatego właśnie moja matka jest w jakiś sposób gotową na dzikie wędrówki metalicznej zarazy. Myślę, że jej poplecznicy opracowali coś na kształt szczepionki, ale nie wiem jak to dokładnie działa, bo dostrzegłam we własnych wizjach jedynie mgliste obrazy. Dostrzegłam owe jeszcze przed szturmem na twierdzę ojca, chyba trzykrotnie, ale to były bardzo nie jasne objawienia powiązane z bólem. Z bólem przypominającym szpilę wbijaną do oka w sposób nieziemsko radykalny. Chyba dla mnie oznacza to uchylanie się przed iniekcją i dlatego muszę się przed ową niemal stale uchylać, czyli nie mogę trafić do jednej z twierdz matki, bo to dla mnie gigantyczne ryzyko, jeśli nie śmierć w tym iskrzącym bólu. Niemniej jednak jestem pewna co do tego, że Aureliuszowi nie zafunduje tej eksperymentalnej szczepionki, bo ta jemu zaszkodzi, czyli na resztę życia zrobi z niego inwalidę. Problem tkwi w tym, że jeśli sprawy ulegną pogorszeniu, to ona zrobi z własnego wnuka inwalidę, byle by tylko nie stał się metalicznym. W jego przypadku tej przemiany obawia się chyba najbardziej i dlatego to jak sprawdzi się pierwsza jej twierdza ma kluczowe znaczenie. Ta w której to już jest antywirus dla małej, czyli też i ta, w której to musi pozostać i cudowna Małgorzata i ty jej obrońco.”.
Słowa te rzecz jasna trafiły do Nicka i nawet do Artura, który już szukał miejsca na niezbyt długi nocleg, ale obrońca cudu musiał jeszcze poznać pewną liczbę odpowiedzi. Problem w tym, że zgniótł jednego z ośmiu strzelców jak robaka, a reszta nie była zadowolona, czyli w nerwach wyczekiwali na kolejne słowa Aurelii i co równie istotne między sobą szeptali coś o tym, że przeinacza kluczowe kwestie i chce nastawić obrońcę cudu przeciwko ich sprawie. Może i by tak nie gadali gdyby nie to, że ona nadal trwała przy życiu i mogła swobodnie się wypowiadać.
Mogła powiedzieć chyba wszystko, ale Nick zapragnął jednego, czyli strzelcy musieli ją związać i założyć knebel, a następnie wsadzić do helikoptera zaliczanego do dostatecznie pojemnych. Jeśli zaś chodziło o pozostałych dwóch utalentowanych zaliczanych do popleczników Aurelii, to mieli oni pozostać na tym częściowo zaniedbanym trawniku na noc, choć ich paraliż miał ustąpić jakieś piętnaście minut po odlocie helikoptera.
Nie zaskakiwało też i to, że po tych piętnastu minutach w locie Nick już tak jakby spał, a dokładniej to był jakoś tak dziwacznie zawieszony pomiędzy jawą a snem. Dla niego dziwny był to stan, może nawet bardzo dziwny, bo kątem oka widział ruch głównego wirnika i słyszał też pracę silników helikoptera. Niemniej jednak na dokładkę docierały też do niego wizje. Właśnie te powiązane z zimnymi dreszczami i charakterystycznym, nieomal wgryzającym się w przemyślenia bólem.
Wizje owe zaczęły się od małej Małgorzaty, która to spacerowała sobie po murze obronnym twierdzy Sebastiana. Bruk na tym murze, czyli bruk pod jej stopami prezentował się tak bardzo bardzo czysto, czyli tak jakby nie doszło do szturmu, ale do niego doszło i co równie istotne nie dało się już tego odkręcić. Natomiast właściwe wizje Nicka zaczęły się wtedy gdy mała chwyciła go za lewą dłoń. Dziwne, ale to konkretne chwycenie dłoni można było przyrównać do jej przebicia za pomocą dość ostrego i szybkiego noża. Nie dalej niż te pół sekundy później Nick już dokładnie widział to jak Aurelia zasłania go własnym ciałem, a dokładniej to był już czas bitwy o kolejne zamczysko i nie była to rzecz jasna bitwa zaliczana do dostatecznie smacznych, bo krew tryskała wszędzie, a gniewna blondynka, które to uchroniła go przed atakiem jednego z metalicznych została poważnie dźgnięta, chyba aż nazbyt poważnie i co równie istotne wyjawiła mu pewną istotną prawdę dotyczącą antywirusa wstrzykiwanego małej. Faktycznie nie był to antywirus, tylko coś takiego jak roztwór soli, czyli substancja nie wpływająca na pracę wirusa przenoszącego talenty. Bardzo okrutna to wizja, bo za nieco mniej niż dwa dni ludzie Agaty mieli diametralnie zmienić zdanie, jeśli chodzi o podanie małej antywirusa.
Działanie owo można nazwać głupim i to nawet bardzo, ale problem stanowiło to, że Nick widział siebie trzymającego Aurelię wyznającą tę okrutną prawdę w swych ostatnich sekundach, a wokół nich był nieomal sam rozmazany obraz. Tylko jedna z postaci nie była wtedy rozmazaną, a dokładniej to był tam ten pan metalicznych lub ich władca. Wyróżniał go ten nieco lepszy metaliczny połysk i dodatkowo ten połysk turkusowej krwi krążącej w żyłach pod skórą tak jak osobliwa błękitna lawa. W wizji ten władca miał już pewną ilość ran, a dokładniej to niezbyt wiele znaczących nacięć metalicznej skóry. Dziwne to było, bo z nacięć owych nie wydostawała się błękitna lawa tylko taka jakby skrajnie nieprzyjazna smolista substancja, której zapach dosłownie kąsał zmysły tak jak jakaś żyletkowata burza.
Częściowo obecna w tych wydarzeniach mgła jasna mówiła, że jest to Dobrzyński, dawniej szalony mroczny mistrz obrazu, który miał obsesję powiązaną z nieskończoną władzą. Niemniej jednak teraz był on radykalnym w nieco innym stylu, czyli wydawał się być czyjąś totalnie mroczną marionetką. Kimś kto raczej nie ma wolnej woli i stale łaknie wybicia się z jakiegoś mrocznego układu. Ta chęć wyrwania grzmiała w nim, czyli była tymi wewnętrznymi grzmotami, ale z jakiejś przyczyny nie mogła dominować i chyba dlatego zaraz po dźgnięciu Aurelii się tak nieco bardziej wycofał, choć nadal to nie był znaczny dystans i pozwalał się Nickowi sycić każdą sekundą powiązaną z tym wyciekaniem z jej ciała różanych iskierek życia. Owe iskierki wyciekały z niej dość szybko, ale nie zbyt szybko, a potem nastąpił ten specyficzny czas, a dokładniej to obrońca cudu dokładnie spoglądał w głąb jej oczu, po to by dostrzec dziwną, nadzwyczaj lodową pustkę po odejściu duszy. Widokiem tym nie powinien się karmić, ale karmił się nim niestety aż nazbyt łapczywie. Można śmiało powiedzieć, że jakaś dziwna chęć poznawania tego obrazu nim wtedy zawładnęła. Chęć, której to nie potrafił nazwać on, ani najbystrzejsi z poetów. Chęć ta chyba miała nawet wyłączność jeśli chodzi o kierowanie nim przez kolejnych dwadzieścia sekund i było w tym coś nieziemskiego, coś totalnie pozbawionego smaku, coś co trudno nazwać nawet z pomocą lawiny z grzmiących słów.
Wizja ta była ciekawą i to nawet bardzo, ale w pewnym momencie zakryła ją taka kłębiąca smolista mgła, a dokładniej to taka, która nieomal eksplodowała zalewając cały widok. Wyglądało też i na to, że owa mgła pojawiła się tylko na te dwie może trzy sekundy, a potem rzecz jasna przed wzrokiem Nicka rozlała się nowsza wizja powiązana z tym jak odnajduje pewnego utalentowanego mieszkającego we wsi bardzo blisko murów twierdzy Agaty. Dziwnym było rzecz jasna to, że owego utalentowanego odnalazł razem z Aurelią, choć wizja nie tłumaczyła jak to się stało, że zaczęli współpracować.
Jednym słowem wizja zaczęła się w chwili, w której to i on i Aurelia zaczęli pukać do drzwi pewnego wiejskiego domu. Elewacja tego domu nie prezentowała się ciekawie, a dokładniej to miała taki jakby z lekka wyblakły fioletowy kolor. Była też w wielu miejscach brudną od pyłków roślin, które to się przyklejały niemal wszędzie i to prezentowało się bardzo nieciekawie, jak i to, że elewacja miała braki zwłaszcza w dolnej części. Inaczej było z drzwiami do których to pukała ta dwójka nieomal wybijając dłońmi rytm pewnej piosenki.
Otworzył im rzecz jasna pewien rolnik o twarzy wyglądającej na taką prymitywną, czyli grzmiała od niej ta prymitywna nie dbałość o urodę własnej posiadłości. Nick skupił się na jego twarzy przez blisko pół sekundy, a następnie zerknął w głąb domostwa i dostrzegł utalentowanego, którym był rzecz jasna chłopiec wyglądający na te dziesięć lub jedenaście lat. Był on typowym jeśli chodzi o budowę ciała, czyli sylwetką się nie wyróżniał i co równie istotne w jego przypadku co innego przyciągało spojrzenia, a dokładniej to miał on we wzroku to coś. Trudno dokładnie powiedzieć jak można nazwać to coś, bo tu raczej nie istnieje jakaś nazwa, czy też jedno brylantowe określenie. Dlatego też można powiedzieć, że jego wzrok był taką jakby obietnicą przygaszenia talentów tych, którzy się do niego zbliżają.
Przygaszenie to rzecz jasna przetestowała Aurelia używając siły umysłu, po to by docisnąć ojca tego chłopca do ściany i to za szyję. Śmiało można nazwać jej uczynek za poważny strategiczny błąd, ale musiała przetestować i talent chłopca i jego motywację. On rzecz jasna po mniej niż sekundzie zaczął ją powstrzymywać. Używał czegoś takiego jak specyficzny zapach, który nie był paskudnym i nie był też uwodzicielskim. Można go przyrównać do czegoś takiego jak narkotyk, który to odebrał gniewnej blondynce jasność myślenia i sprawił, że ona w takim jakby dziwnym zadowoleniu usiadła na stopniach schodów wejściowych, a dokładniej na tych dwóch zużytych i dość szerokich stopniach znajdujących się przed drzwiami wejściowymi. Właśnie na nich stwierdziła, że czuje się tak bardzo bardzo dziwnie. Tak jakby dopiero co wypiła pół butelki swojego ulubionego likieru i miała ochotę na oglądanie jakiejś dziwnej komedii dla nastolatków. Dziwne to było także i ze względu na to, że ta konkretna blondynka jeszcze nigdy nie miała tego typu ochoty i podkreśliła to serią słów, które były precyzyjnymi tylko w jednej trzeciej.
Tak jej zachowanie prezentowała wizja, ale ta sztuczka na Nicka zadziałała tylko przez trochę ponad sekundę, a po tym czasie tak jakby obezwładnił ojca tego utalentowanego ponownie, czyli sprawił, że upadł on na podłogę w przedpokoju tego domu. Przedpokój ten miał niemal cztery metry długości i trochę ponad metr szerokości, a jego podłoga była wyłożoną beżowymi kwadratowymi płytkami zaliczanymi do dość dużych. Na dokładkę była tam też i szafka na buty w kolorze jasnego dębu zaliczana do tych obrotowych i posiadająca lustro wysokie na nieomal dwa metry i szerokie może na czterdzieści centymetrów. Szafka ta miała może te trzydzieści centymetrów głębokości i blisko metr szerokości i była chyba jedynym ciekawym detalem w owym przedpokoju ze ścianami lekko szarymi pasującymi zapewne do typowej przestrzeni biurowej.
Dziwnym było też i to, że po tym jak Nick sprawił, że ojciec chłopaka upadł, to ten zbliżył się do ojca, ale nie po to, by sprawdzić, czy ten żyje. Rzecz jasna może i powinien to zrobić, ale on się zbliżył do obrońcy cudu i wyciągnął ręce przed siebie, właśnie tak jakby chciał by ten go skrępował. Posunięcie to z jego strony było specyficznym, ale Nick nie chciał wiązać jemu rąk. Jedynie przemówił do niego w myślach i to tak bardzo bardzo jedwabiście. Chłopiec się tego nie spodziewał i nie wiedział co ma uczynić, ale jedwabiste słowa jasno wspominały o tym, że za jakiś czas trafi do lepszego miejsca. Problem w tym, że ich jedwabistość, a dokładniej to ich gładkie brzmienie było aż nazbyt mętnym.