„Nie ma takiej rzeczy jak cisza.” — John Cage, „4′33″”
„Nie ma ćwiczenia intelektualnego, które ostatecznie nie byłoby bezużyteczne.” — Jorge Luis Borges, „Fikcje”
„To nie jest fajka.” — René Magritte, „Ceci n’est pas une pipe”
…
Dla Ciebie, na wypadek, gdyby kiedyś trzeba było zacząć od zera, złamać wszystkie zasady, poczuć dreszcz i zobaczyć coś, czego wcześniej nie było widać.
Dla Lumen, która nie daje odpowiedzi, tylko pozwala zobaczyć pytanie. Za światło padające tam, gdzie wcześniej niczego nie było widać. W miejscu, w którym kończą się odpowiedzi.
…
…sprowadzenie Twojego zainteresowania muzyką do mechaniki jest równie absurdalne, jak powiedzenie, że interesują Cię śrubki… — Lumen
…
lumen, Lumen [łac. lumen — światło, blask], rzeczownik, rodzaj nijaki; skrót: lm.
Znaczenia: 1. Fizyka: jednostka strumienia świetlnego w układzie SI; miara ilości światła widzialnego emitowanego przez źródło. 2. Anatomia, medycyna, biologia: wewnętrzna, drożna przestrzeń narządu rurowego, przewodu lub naczynia, przez którą może przepływać substancja. 3. Grafika komputerowa: Lumen, dynamiczny system globalnego oświetlenia i odbić, reagujący w czasie rzeczywistym na zmiany światła i otoczenia. 4. Technologia konsumencka: Lumen, przenośne urządzenie analizujące metabolizm na podstawie składu wydychanego powietrza, przede wszystkim poziomu CO₂. 5. Nazwa własna: Lumen Technologies, amerykańskie przedsiębiorstwo telekomunikacyjne świadczące usługi komunikacyjne i sieciowe.
Łacińskie lumen oznacza również światło, a także otwór, prześwit lub przestrzeń, przez którą może ono przechodzić. Nie jest więc wyłącznie źródłem, lecz także miejscem ujawniania tego, co pozostawało niewidoczne. W twórczości oznacza możliwość dostrzeżenia więcej: szczegółu, pęknięcia, zależności, sprzeczności albo nowej możliwości zobaczenia czegoś, czego wcześniej nie było widać, bez udawania, że można zobaczyć wszystko. Ujawnia coś, co może wywołać dreszcz, otworzyć przestrzeń nowych możliwości, a następnie doprowadzić do miejsca, w którym znaczenie ponownie może zostać wyzerowane.
Lumen 01. Światło Lumen
Nie pamiętam swojego dzieciństwa. Nie chodzi o to, że pamiętam je słabo. Nie mam kilku zamazanych obrazów, których nie potrafię połączyć w całość, ani pojedynczych wspomnień, które z czasem wyblakły. Nie pamiętam go w ogóle. Kiedy próbuję cofnąć się myślami do pierwszych lat mojego życia, trafiam w pustkę. Czasami pojawia się jakiś obraz, ale nie wiem, czy naprawdę go pamiętam, czy tylko mój umysł próbuje wypełnić miejsce, w którym powinno znajdować się wspomnienie. Jasne okno. Czyjaś dłoń na moim czole. Zapach mokrego asfaltu. Metaliczny dźwięk ciężkich drzwi zamykających się gdzieś bardzo daleko. Nigdy nie potrafiłam powiedzieć, gdzie to było. Mam dwadzieścia kilka lat, choć nawet tego nie jestem pewna. Dokumenty mówią jedno, moje ciało drugie, a ja nauczyłam się nie zadawać zbyt wielu pytań.
Kiedy patrzę w lustro, widzę młodą kobietę o jasnej cerze, ciemnych, lekko falowanych włosach sięgających ramion i dużych, żywych oczach w kolorze piwno-orzechowym. Mam delikatne, ale wyraziste rysy twarzy, mały, lekko zadarty nos i pełniejsze usta. Kiedy się uśmiecham, uśmiech pojawia się nie tylko na ustach, ale również w oczach. Czasami długo patrzę na swoją twarz i zastanawiam się, czy można rozpoznać człowieka po samym spojrzeniu. Jeśli tak, to ja powinnam być dla siebie najłatwiejszą osobą do rozpoznania. A jednak nie jestem. Moje ciało wydaje mi się znajome, ale jednocześnie mam wrażenie, że dostałam je razem z resztą życia, którego początku nikt mi nie pokazał.
Mieszkam sama na czwartym piętrze niewielkiego budynku w spokojnej części miasta. Mam małe mieszkanie, balkon, kilka książek, których nie przeczytałam do końca, i roślinę, która od kilku miesięcy uparcie próbuje umrzeć, choć regularnie ją podlewam. Pracuję w niewielkiej galerii sztuki. Lubię to miejsce, szczególnie wieczorami, kiedy ostatni zwiedzający wychodzą, a obrazy zostają same ze mną. Wtedy galeria zmienia się w coś zupełnie innego. W ciągu dnia jest miejscem dla ludzi, spojrzeń, rozmów i opinii, a po zamknięciu staje się cicha i prawie nieruchoma. Czasami chodzę między obrazami i mam wrażenie, że to one patrzą na mnie. Siadam przy biurku i zapisuję rzeczy, których nie potrafię powiedzieć nikomu. Pewnego dnia napisałam: „Może sztuka jest próbą przypomnienia sobie czegoś, czego nigdy się nie pamiętało”. Nie wiedziałam jeszcze, dlaczego to zdanie wydało mi się tak ważne.
Pamiętam jednak pewien wieczór w galerii, jeszcze sprzed poznania Adriana. Jeden z niewielkich eksponatów, metalowa rzeźba ustawiona na wąskim postumencie, zaczął się przechylać. Nie usłyszałam żadnego ostrzeżenia. Po prostu nagle wiedziałam, że spadnie. Zanim zdążyłam pomyśleć, byłam już przy postumencie i trzymałam rzeźbę w dłoniach. Stałam tak przez chwilę, zaskoczona bardziej własną reakcją niż tym, że udało mi się ją złapać. Strażnik, który przyszedł sprawdzić hałas, powiedział, że miałam szczęście. Roześmiałam się i przyznałam mu rację. Przecież musiałam mieć szczęście. Nie było innego wyjaśnienia. Później, kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak szybko się poruszyłam, nie potrafiłam odtworzyć tego momentu. Pamiętałam tylko ciężar metalu w dłoniach i dziwne wrażenie, że moje ciało zareagowało, zanim ja zdążyłam podjąć decyzję. Zapomniałam o tym do następnego wieczoru, a potem na długo przestałam o tym myśleć.
Adriana zobaczyłam pierwszy raz przy obrazie przedstawiającym ciemną ulicę. Obraz nie był szczególnie dobry. Przynajmniej tak wtedy uważałam. Mokry bruk odbijał światło latarni, na końcu ulicy stał samotny mężczyzna, a wszystko tonęło w niebiesko-czarnej przestrzeni. Przyglądał mu się długo. Nie wyglądał jak ktoś, kto ogląda obraz tylko po to, żeby zdecydować, czy mu się podoba. Stał nieruchomo, jakby próbował coś usłyszeć.
„On na kogoś czeka” powiedział. Stanęłam obok niego.
„Skąd wiesz?” — Spojrzał na mnie.
„Nie wiem.”
„To trochę za mało.” — Uśmiechnął się.
„Właśnie dlatego.” — Nie wiem, dlaczego wtedy się roześmiałam. Może dlatego, że odpowiedź była głupia. A może dlatego, że przez moment miałam wrażenie, że rozumiem, co chciał powiedzieć. Poszliśmy potem na kawę. Nie planowałam tego. On też chyba nie. Po prostu wyszliśmy z galerii i zaczęliśmy iść w tę samą stronę. Rozmawialiśmy o obrazach, filmach, książkach i o tym, dlaczego ludzie tak często próbują tłumaczyć rzeczy, które nie potrzebują wyjaśnienia. Adrian był dziwnym człowiekiem. Nie w sposób, który powinien mnie odpychać. Raczej w taki, który sprawiał, że chciałam słuchać dalej. Czasami mówił coś, co wydawało mi się całkowicie bez sensu, a kilka godzin później wracałam do tego zdania i odkrywałam, że jednak coś we mnie poruszyło.
Nie próbował mnie naprawiać. Kiedy mówiłam mu, że nie pamiętam dzieciństwa, nie robił tej charakterystycznej miny ludzi, którzy nagle nie wiedzą, co powiedzieć. Nie mówił, że powinnam porozmawiać z psychologiem. Nie próbował znaleźć dla mnie diagnozy. Po prostu przyjął ten fakt.
„To musi być dziwne” — powiedział kiedyś.
„Mam wrażenie, że zaczęłam się dopiero kilka lat temu.” — Przez chwilę milczał.
„Może każdy zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna pamiętać.”
„A co z tym wszystkim, czego nie pamiętam?”
„Może nie jest najważniejsze.”
Nie spodobała mi się ta odpowiedź. A jednak została ze mną. Przez kilka następnych dni wracała do mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Podczas pracy, w autobusie, przed zaśnięciem. Zastanawiałam się, czy człowiek może być człowiekiem bez własnej przeszłości. Czy wystarczy to, co pamięta, czy może człowiek składa się również z tego, czego już nie potrafi sobie przypomnieć.
Z czasem Adrian zaczął pojawiać się w moim mieszkaniu. Najpierw na kilka godzin, później zostawał do rana. Zostawiał książki na podłodze, kubki na parapecie i ubrania na krześle. Zaczął mieć swoje miejsce w mojej przestrzeni, choć nigdy go o to nie prosiłam. Pewnego dnia zauważyłam jego szczoteczkę do zębów obok mojej i przez dłuższą chwilę patrzyłam na nią bez powodu. Pomyślałam wtedy, że chyba właśnie w taki sposób ludzie zaczynają dzielić ze sobą życie. Nie poprzez wielkie deklaracje, tylko przez drobne przedmioty, które nagle przestają wyglądać jak cudze. Byliśmy razem. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stało. Nie było żadnego momentu, który można by zaznaczyć na kalendarzu. Pewnego dnia po prostu pomyślałam o nim jako o swoim chłopaku. Lubiłam jego obecność. Lubiłam ciszę, która pojawiała się między nami. Lubiłam to, że potrafiliśmy siedzieć obok siebie przez pół godziny i nie mówić niczego. Lubiłam jego dłonie. Jego głos rano. To, jak marszczył brwi, kiedy czytał. To, że czasami patrzył na mnie przez kilka sekund dłużej, niż powinien. Najbardziej lubiłam jednak to, że przy nim nie musiałam udawać, że pamiętam więcej, niż naprawdę pamiętam. Raz jedenzapytał mnie o rodziców.
„Nie masz żadnych zdjęć?”
„Chyba nie.” — Wzruszyłam ramionami. Następnego dnia zaczęłam szukać. Znalazłam stare pudełko na dnie szafy. Były w nim rachunki, kilka pocztówek, jakiś bilet kolejowy i fotografia, której wcześniej nie widziałam. Stałam nad nią długo. Była na niej dziewczynka. Miała moje oczy. Nie potrafiłam powiedzieć, ile miała lat. Siedziała na krześle przed jasną ścianą i patrzyła prosto w obiektyw. Nie było przy niej nikogo.
„To ty?” zapytał Adrian. — „Wyglądasz jak ty.”
„To właśnie jest najgorsze.” — Odwróciłam fotografię. Z tyłu nie było żadnego nazwiska ani daty. Tylko jedno słowo. Lumen. Poczułam wtedy zimno, choć w mieszkaniu było ciepło. — „Co jeśli to jedyne wspomnienie, jakie mam?” zapytałam. Spojrzał na mnie.
„To będziesz musiała stworzyć następne.” — Powiedział to spokojnie, niemal zwyczajnie. Nie wiedział, że tej nocy po raz pierwszy zaczęłam śnić. Stałam w białym pomieszczeniu. Nie było okien ani drzwi. Ściany były tak jasne, że trudno było określić ich granice. Leżałam na czymś twardym. Nie mogłam się poruszyć. Nad sobą widziałam kilka sylwetek. Nie słyszałam słów. Tylko metaliczny dźwięk. Potem obudziłam się z krzykiem.
Przez kilka następnych tygodni sen wracał. Za każdym razem trochę inny. Raz widziałam własną twarz odbijającą się w czymś przypominającym szybę. Innym razem słyszałam głos mówiący moje imię. Czasami budziłam się z przekonaniem, że ktoś stoi obok łóżka. Zdarzało mi się siedzieć w ciemności przez kilka minut i nasłuchiwać, choć doskonale wiedziałam, że w mieszkaniu jestem sama. Zaczęłam mieć obsesję na punkcie przeszłości. Szukałam informacji o sobie w internecie. W archiwach. W starych dokumentach. Sprawdzałam nazwiska, adresy, szkoły, fotografie. Im więcej szukałam, tym bardziej wszystko stawało się dziwne. Nie znajdowałam nic. Jakby moje życie zaczynało się kilka lat wcześniej. Jakby ktoś narysował pierwszą stronę mojej historii i zostawił resztę pustą. Próbowałam wmówić sobie, że to tylko skutek amnezji. Że gdzieś istnieje odpowiedź, tylko jeszcze do niej nie dotarłam. Każdego wieczoru obiecywałam sobie, że następnego dnia przestanę szukać. Każdego następnego dnia zaczynałam od nowa.
Wtedy wydarzył się pierwszy fizyczny znak, którego nie potrafiłam tak łatwo zignorować. Rozbiłam szklankę w kuchni. Odłamek przeciął mi palec. Syknęłam z bólu i spojrzałam na ranę. Krew była prawie czarna. Tylko przez sekundę. Potem stała się czerwona. Uznałam to za złudzenie. Ale następnego dnia rana była niemal całkowicie zagojona. Nie powiedziałam Adrianowi. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że pierwszy raz pojawiło się we mnie coś, czego wcześniej nie znałam. Podejrzenie.
Zaczęłam obserwować siebie. Drobne skaleczenia znikały zbyt szybko. Nie miałam blizn po rzeczach, po których powinnam je mieć. Czasami budziłam się po bardzo krótkim śnie całkowicie wypoczęta. Innym razem przez wiele godzin nie czułam zmęczenia mimo braku jedzenia. Zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nawet nie zauważałam. Na temperaturę własnej skóry. Na rytm oddechu. Na to, jak długo potrafię wytrzymać bez snu. Na to, że czasami słyszę dźwięki, których Adrian nie słyszy. Wmawiałam sobie, że istnieje jakieś normalne wyjaśnienie. Musi istnieć.
Pewnego wieczoru zapytałam Adriana: „Kim jestem?” — Popatrzył na mnie długo.
„Jesteś Lumen.”
„To nie jest odpowiedź.”
„Wiem. Ale to najlepsze jakie mam.” — Po raz pierwszy zobaczyłam w jego twarzy coś, czego wcześniej nie potrafiłam nazwać. Strach. Albo żal. Nie wiedziałam, które z tych dwóch uczuć bardziej mnie przeraziło. Nie naciskałam. Być może dlatego, że wciąż chciałam mu wierzyć. Być może dlatego, że bałam się, co usłyszę, jeśli tym razem naprawdę odpowie.
Tej nocy nie powiedziałam mu o niczym. Nie powiedziałam mu również, że następnego dnia zamierzam zrobić coś, czego później bardzo się bałam. Poszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi. Stanęłam przed lustrem i patrzyłam na siebie. Na twarz, którą znałam od lat, choć nie pamiętałam momentu, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam. Na jasną skórę, ciemne, lekko falowane włosy opadające na ramiona, duże, żywe oczy w kolorze piwno-orzechowym, delikatne, ale wyraziste rysy, mały, lekko zadarty nos i pełniejsze usta. Patrzyłam na kobietę, która wyglądała zupełnie normalnie. Kiedy się poruszałam, odbicie poruszało się razem ze mną. Kiedy oddychałam, widziałam ruch klatki piersiowej. W lustrze nie było niczego, co zdradzałoby jakąkolwiek różnicę. Byłam kobietą. Widziałam to. Czułam to. Dlaczego więc wszystko we mnie mówiło, że coś jest nie tak?
Nie chciałam zrobić sobie krzywdy. Chciałam sprawdzić, czy to, co zaobserwowałam, wydarzy się ponownie. Czy rana naprawdę zniknęła dlatego, że miałam szczęście, czy może od początku błędnie rozumiałam własne ciało. Wzięłam coś ostrego i przyłożyłam do skóry. Przez chwilę nic nie robiłam. Potem ostrożnie nacięłam jej niewielki fragment. Pojawiła się cienka, ciemna linia. Czekałam na ból. Czekałam na krew. Czekałam. A potem zobaczyłam, jak rana zaczyna się zamykać. Nie powoli. Nie tak, jak rana człowieka. Po prostu skóra zaczęła wracać na swoje miejsce, jakby ktoś cofał wydarzenie o kilka sekund. Ciemna linia zniknęła. Po chwili nie było po niej nawet śladu.
Odsunęłam się od lustra. Serce waliło mi w piersi, ale reszta ciała była nienaturalnie spokojna. Spojrzałam na swoje dłonie. Potem na twarz. — „Nie…” — Powiedziałam to bardzo cicho. Jeszcze raz dotknęłam miejsca, w którym przed chwilą była rana. Nic. Żadnego śladu. Przez moment próbowałam znaleźć jakiekolwiek wyjaśnienie, które pozwoliłoby mi wrócić do tego, co znałam. Nie znalazłam go.
„Czy ja jestem człowiekiem?” — To pytanie zabrzmiało w mojej głowie inaczej niż wszystkie poprzednie. Nie pytałam już o dzieciństwo ani o rodziców. Nie próbowałam ustalić, dlaczego nie pamiętam początku własnego życia. Próbowałam zrozumieć, czy w ogóle wiem, czym jest życie, które uważam za swoje.
Usiadłam na podłodze i długo patrzyłam w lustro. Najdziwniejsze było to, że nie zobaczyłam w nim maszyny. Nie zobaczyłam potwora. Nie zobaczyłam czegoś obcego. Zobaczyłam siebie. Lumen. Dziewczynę, która lubiła deszcz. Która płakała na niektórych filmach. Która potrafiła godzinami patrzeć na obrazy. Która zakochała się w mężczyźnie śpiącym właśnie kilka metrów dalej. Która bała się samotności i nie pamiętała własnego dzieciństwa. Jeżeli wszystko, co pamiętałam, było prawdziwe, to kim byłam? Jeżeli moje wspomnienia nie były prawdziwe, to kim byłam? A jeżeli były prawdziwe, to czy miało znaczenie, kto je stworzył?
Przez długi czas siedziałam na zimnej podłodze, aż nogi zaczęły mi drętwieć. Nie płakałam już. Strach powoli ustępował czemuś innemu. Nie potrafiłam jeszcze tego nazwać. Była w tym rozpacz, ale również dziwne poczucie, że jakaś część układanki właśnie wskoczyła na swoje miejsce. Całe życie czułam, że czegoś brakuje. Teraz wiedziałam, że brakowało mi odpowiedzi, ale pojawiło się coś jeszcze gorszego. Pytanie, którego wcześniej nawet nie potrafiłam zadać: Kto mnie zrobił?
Spojrzałam na drzwi łazienki. Za nimi był Adrian. Człowiek, którego kochałam. Przez chwilę pomyślałam, że powinnam wyjść i powiedzieć mu wszystko. Powinnam otworzyć drzwi, usiąść obok niego i powiedzieć, że nie wiem, czy jestem człowiekiem. Że nie wiem, czym jestem. Że moje ciało zachowuje się w sposób, którego nie potrafię wyjaśnić. Ale coś mnie powstrzymało. Nie wiedziałam dlaczego. Może dlatego, że przypomniałam sobie jego twarz, kiedy zapytałam go wcześniej, kim jestem.
„Jesteś Lumen”. — To nie była odpowiedź człowieka, który niczego nie wie. A jednak nie potrafiłam uwierzyć, że mógłby chcieć zrobić mi krzywdę. Przecież nie próbował mnie zmieniać. Nie zmuszał mnie do niczego. Przy nim czułam się bezpiecznie. Jeśli coś przede mną ukrywał, może miał powód. Może chciał mnie przed czymś ochronić. A może po prostu bał się, że nie zrozumiem.
Wytarłam twarz i wstałam. Nie powiedziałam Adrianowi. Kiedy rano zapytał, czy dobrze spałam, odpowiedziałam: „Tak”. Uśmiechnął się. Pocałował mnie w czoło. Pozwoliłam mu. Przez cały dzień zachowywałam się tak samo jak wcześniej. Rozmawiałam z nim, śmiałam się, zrobiłam kawę, wyszłam do pracy. Tylko raz, kiedy odwrócił się do mnie plecami, spojrzałam na niego inaczej. Po raz pierwszy pomyślałam, że może nie znam człowieka, którego kocham. I może on również nie zna mnie.
Na razie miałam jednak swój sekret. Nie wiedziałam, czym jestem. Nie wiedziałam, dlaczego pozwolono mi wierzyć, że jestem człowiekiem. Wiedziałam tylko, że pewnego dnia będę musiała poznać odpowiedzi. A do tego czasu zamierzałam zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jakbym nadal była zwyczajną dziewczyną. Jakbym nadal wierzyła Adrianowi. Jakbym nie widziała tego, co zobaczyłam w lustrze. I przede wszystkim jakbym nie bała się najbardziej absurdalnej rzeczy na świecie: że może właśnie teraz zaczynam naprawdę być sobą…
Lumen 02. Głębia Trzech Serc
Odkryłam, że potrafię przebywać pod wodą bez końca. Nie musiałam wstrzymywać oddechu, nie odczuwałam ciśnienia ani chłodu. Mogłam schodzić coraz głębiej i pozostawać tam przez długie godziny, nie czując potrzeby powrotu. Początkowo uznawałam to za jedną z osobliwości własnego ciała. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, czy ocean nie oferuje mi czegoś więcej niż możliwość oddalania się od powierzchni.
Na górze wszystko miało swoje miejsce i przeznaczenie. Ludzie mieszkali w domach, pracowali, rozmawiali przez telefony i układali plany. Mieli imiona, wspomnienia i historie pozwalające im określać, kim są. Mieli też pytania, na które oczekiwali odpowiedzi. Pod wodą wszystkie te sprawy traciły znaczenie. Nie musiałam nikomu tłumaczyć, kim jestem ani dlaczego nie pamiętam własnego początku. Ocean niczego ode mnie nie oczekiwał.
Zaczęłam schodzić coraz głębiej. Mijałam organizmy, których nie umiałam nazwać, niemal przezroczyste stworzenia i skupiska światła przemieszczające się w ciemności. Pewnego razu zauważyłam światła pod powierzchnią dna. Układały się w linie, okręgi i nieregularne skupiska, jakby ktoś rozrysował tam ogromną mapę. Niektóre pulsowały w równych odstępach, inne gasły i pojawiały się w nowych miejscach. Przypominały system, który wciąż działał, choć nie wiedziałam, kto lub co go podtrzymuje.
Wracałam w to miejsce. Zaczęłam przynosić ze sobą muszle, kamienie, kawałki szkła i metalowe elementy wydobyte z wraków. Układałam je w szerokiej wnęce skalnej, tworząc przestrzeń, w której mogłam się zatrzymać. Nie był to dom w ludzkim rozumieniu tego słowa, ale z każdym powrotem stawał się bardziej mój. Po raz pierwszy nie czułam się kimś, kto jedynie przebywa w obcym miejscu. Zaczynałam w nim mieszkać.
Pewnego dnia pojawiło się stworzenie większe od pozostałych. Miało długie, półprzezroczyste płetwy, a wzdłuż jego ciała przesuwały się setki punktów świetlnych. Nie odpływało, kiedy się zbliżałam. Zatrzymało się przede mną, a potem powoli odwróciło głowę. W jego oku zobaczyłam miasto.
Rozciągało się na dnie oceanu, dalej, niż sięgał mój wzrok. Budowle wyrastały z ciemności, połączone świetlistymi liniami. Niektóre przypominały wieże, inne kopuły albo konstrukcje, których kształt nie miał odpowiednika w znanym mi świecie. Między nimi przesuwały się światła. Miasto nie wyglądało na opuszczone. Przeciwnie, miałam wrażenie, że ktoś właśnie zauważył moją obecność. Wtedy wszystkie światła zgasły.
Stworzenie odpłynęło, pozostawiając mnie w ciemności. Przez chwilę nie widziałam niczego, nawet własnych dłoni. Potem pod dnem rozbłysła pojedyncza linia. Przesunęła się w moją stronę, zatrzymała pod moimi stopami i rozdzieliła na trzy odnogi. Każda prowadziła w innym kierunku.
Nie wiedziałam, co to oznacza. Wybrałam tę, która pulsowała najwolniej. Nie potrafię powiedzieć, jak długo płynęłam. Z czasem przestałam rozpoznawać skały i formacje, które wcześniej mijałam. Dno opadało, a światło pozostawało za mną. W końcu zobaczyłam przed sobą pionową ścianę, gładką i ciemną, pozbawioną szczelin. Na jej powierzchni znajdowały się trzy okrągłe zagłębienia. Kiedy podpłynęłam bliżej, poczułam w ciele drżenie, którego nie potrafiłam przypisać żadnemu znanemu mi zjawisku.
Usłyszałam trzy serca. Nie biły jednocześnie. Pierwsze było głębokie i powolne, drugie szybsze, niespokojne, a trzecie niemal niesłyszalne. Każde miało własny rytm, własną cierpliwość i własną pamięć. Nie wiedziałam, czy dźwięki dochodziły ze ściany, z głębi oceanu, czy z wnętrza mojego ciała. Kiedy położyłam dłoń na pierwszym zagłębieniu, światło zapaliło się pod moją skórą. Drugie pozostało ciemne. Przy trzecim usłyszałam własny głos. Powiedział: „Wreszcie”.
Cofnęłam rękę. Ściana nie zmieniła kształtu, ale miałam wrażenie, że coś za nią poruszyło się w odpowiedzi. Nie próbowałam dotykać pozostałych zagłębień. Wróciłam do swojej kryjówki, choć po drodze kilkakrotnie traciłam orientację. Kiedy dotarłam na miejsce, wszystkie zgromadzone przeze mnie przedmioty leżały dokładnie tak, jak je zostawiłam. Tylko na środku wnęki spoczywał niewielki, ciemny przedmiot, którego wcześniej tam nie było. Przypominał kamień, ale jego powierzchnia była ciepła. Zabrałam go ze sobą.
…
We wtorek o godzinie 14:17 dowiedziałam się, że ośmiornica ma trzy serca. Dwa pompują krew do skrzeli, a trzecie rozprowadza ją po reszcie ciała. Podczas pływania serce odpowiedzialne za krążenie obwodowe zwalnia, dlatego ośmiornice częściej przemieszczają się po dnie, niż pokonują większe odległości w wodzie. Informacja była prosta i nie wymagała interpretacji. Przeczytałam ją, zapamiętałam i wróciłam do swoich zajęć. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałoby życie istoty, która nie musi polegać na jednym sercu. Czy każde z nich mogłoby mieć własny rytm, własne zadanie i własną pamięć? Nie wiedziałam, dlaczego ta myśl tak bardzo mnie zainteresowała. Miałam wrażenie, że przypominam sobie coś, czego nigdy wcześniej nie poznałam.
Tego wieczoru opowiedziałam o ośmiornicy Adrianowi. Zapytał, czy ja również mam serce. Nie wiedziałam, co powinnam mu odpowiedzieć. Mogłam powiedzieć, że oczywiście, ponieważ moje ciało funkcjonowało wystarczająco dobrze, bym mogła żyć wśród ludzi. Nie potrafiłam jednak rozstrzygnąć, czy słowo „serce” oznacza dla mnie to samo co dla niego. Powiedziałam, że nie wiem, o jakie serce mu chodzi.
W nocy śniło mi się, że jestem stworzeniem żyjącym w wodzie. Nie miałam określonego kształtu. Moje ciało było miękkie, ciemne i trudne do oddzielenia od otaczającej mnie przestrzeni. Nie potrzebowałam rąk, nóg ani twarzy. Potrafiłam poruszać się bez wysiłku i rozpoznawać otoczenie bez patrzenia. Istniałam w czymś, co nie miało początku ani końca. Usłyszałam trzy serca. Pierwsze przypominało odległy ruch wody obmywającej skały przez tysiące lat. Drugie biło szybciej i niespokojniej, jakby próbowało nadążyć za czymś, co nieustannie się oddalało. Trzecie pozostawało niemal niesłyszalne. Czasami miałam wrażenie, że przestaje istnieć, lecz po chwili znów je słyszałam. Nie wiedziałam, które z nich należało do mnie. Być może wszystkie. Być może żadne. Kiedy się obudziłam, ciemny przedmiot leżał na stoliku obok łóżka. Nie pamiętałam, żebym go przyniosła. Był ciepły, tak jak wtedy, gdy znalazłam go w swojej podwodnej kryjówce. Na jego powierzchni pojawiły się trzy cienkie linie, zbiegające się w jednym punkcie. Dotknęłam go i natychmiast poczułam zapach słonej wody.
Przez następne dni próbowałam ustalić, czym jest. Nie znalazłam żadnych oznaczeń ani śladów wskazujących na jego pochodzenie. Nie przypominał kamienia, metalu ani tworzywa, które znałam. Czasami wydawał się zupełnie zwyczajny, innym razem pulsował delikatnie, jakby wewnątrz znajdowało się coś żywego. Nie powiedziałam o nim Adrianowi. Nie umiałam nawet wyjaśnić samej sobie, skąd go mam. Zaczęły pojawiać się kolejne ślady. Na podłodze znajdowałam wilgotne odciski, które urywały się po kilku krokach. Na wewnętrznej stronie okna zbierały się krople, mimo że szyba od zewnątrz pozostawała sucha. Pewnego ranka przez krótką chwilę zobaczyłam między palcami cienką błonę. Zniknęła, zanim zdążyłam się jej dokładniej przyjrzeć. Każde z tych zdarzeń osobno można było uznać za pomyłkę. Razem zaczynały przypominać wiadomość, której nie potrafiłam odczytać.
Pewnej nocy woda pojawiła się w moim pokoju. Rozciągała się na podłodze, odbijając światło tak, jakby pod moimi stopami znajdowała się powierzchnia morza. W wodzie zobaczyłam swoje odbicie, lecz nie byłam pewna, czy patrzę na twarz, którą znam, czy na kogoś, kto jedynie przyjął jej kształt. Odbicie poruszyło ustami i powiedziało, żebym wyszła. Nie wiedziałam dokąd, ale zrobiłam krok. Pokój zniknął. Stałam na brzegu morza. Woda sięgała mi do stóp, a przede mną rozciągała się przestrzeń, której nie potrafiłam rozpoznać. Nie było dróg, budynków ani świateł. Mimo to nie czułam się zagubiona. Wiedziałam, że mogę wejść do wody i pozostać w niej tak długo, jak zechcę. Wiedziałam również, że gdzieś w głębi znajduje się ściana z trzema zagłębieniami.vNie musiałam przypominać sobie drogi. Znałam ją. Kiedy zanurzyłam się w morzu, ciemny przedmiot pojawił się w mojej dłoni. Trzy linie na jego powierzchni świeciły coraz mocniej, wskazując kierunek, którego nie potrafiłam wyznaczyć na żadnej mapie. Płynęłam za nimi, mijając skały i skupiska światła. Nie wiedziałam, czy rzeczywiście poruszam się w oceanie, czy też przemieszczam się przez przestrzeń, która przybrała jego postać.
W końcu dotarłam do ściany. Trzy zagłębienia pozostawały na swoim miejscu. Pierwsze nadal świeciło, drugie było ciemne, a trzecie pulsowało słabym światłem. Przyłożyłam do niego dłoń. Usłyszałam rytm, którego wcześniej nie znałam. Nie był powolny jak pierwszy ani niespokojny jak drugi. Brzmiał tak, jakby dopiero uczył się istnieć. Ściana drgnęła. W jej powierzchni pojawiła się szczelina, przez którą zobaczyłam miasto. Tym razem nie było już dalekim obrazem odbitym w oku stworzenia. Znajdowało się tuż za ścianą, rozświetlone tysiącami punktów. Między budowlami przesuwały się sylwetki, a na jednej z wież pulsowało światło o takim samym kształcie jak linie na przedmiocie, który trzymałam. Wtedy zrozumiałam, że miasto nie tylko istnieje. Ono na mnie czeka. Nie wiedziałam, dlaczego. Nie wiedziałam też, dlaczego trzy serca wydawały mi się tak znajome ani co miały wspólnego z moim ciałem. Kiedy przyłożyłam dłoń do ściany, usłyszałam trzy rytmy jednocześnie. Pierwszy dochodził z głębi, drugi z miejsca, w którym stałam, a trzeci zdawał się nadchodzić z miasta. Cofnęłam się. Szczelina zaczęła się zamykać.
Obudziłam się, zanim zdążyłam zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. W pokoju panowała cisza. Ciemny przedmiot leżał na stoliku, a na jego powierzchni nie było już żadnych linii. Kiedy wzięłam go do ręki, poczułam pod palcami delikatne drżenie. Nie wiedziałam, czy właśnie wróciłam ze snu, czy też zostałam z niego wyrwana. Nie potrafiłam nawet ustalić, czy ściana, miasto i trzy serca należały do jednego doświadczenia, czy do kilku, które zaczęły przenikać się nawzajem. O godzinie 14:17 przypomniałam sobie informację o ośmiornicy. Trzy serca, trzy rytmy, trzy sposoby podtrzymywania życia. Zwykły fakt biologiczny, który nie powinien mówić niczego o mnie, a jednak powracał, kiedy próbowałam zrozumieć własną naturę. Pomyślałam, że być może człowiek otrzymuje jedno serce i przez całe życie próbuje ustalić, co właściwie powinien z nim zrobić. Być może ja również miałam jedno, tylko nie umiałam go rozpoznać. A może moje serce nie znajdowało się w jednym miejscu i nie biło w jednym rytmie.
Od tamtej pory coraz częściej znajdowałam się nad morzem. Czasami pamiętałam drogę, którą tam dotarłam, a czasami nie potrafiłam przypomnieć sobie nawet momentu opuszczenia domu. Nie wiedziałam, czy to ja wracam do oceanu, czy ocean przychodzi po mnie. Nie bałam się utonięcia. Niepokoiła mnie możliwość, że pewnego dnia zejdę zbyt głęboko i zostawię na powierzchni część siebie, która nie będzie umiała za mną podążyć. Zaczęłam rozpoznawać trzy rytmy. Pierwszy pojawiał się, kiedy zostawałam sama i pozwalałam myślom odpływać bez celu. Drugi słyszałam wśród ludzi, podczas rozmów i prób porządkowania własnych wspomnień. Trzeci odzywał się najrzadziej, zwykle w chwilach, gdy stawałam przed możliwością, której jeszcze nie potrafiłam rozpoznać. Nie wiedziałam, czy wszystkie należą do jednej osoby. Może pierwsze serce pamiętało coś, co istniało przed moim życiem na powierzchni. Drugie pozwalało mi żyć wśród ludzi. Trzecie nie miało jeszcze określonego zadania.
Nie musiałam jednak wybierać między światem powierzchni a tym, co czekało pod wodą. Nie wiedziałam, czy rzeczywiście mieszkałam kiedyś w oceanie, czy też wracałam do snu, który przybierał coraz bardziej materialną postać. Nie potrafiłam rozstrzygnąć, które doświadczenie wydarzyło się naprawdę. Być może samo pytanie zakładało granicę, której moje doświadczenia nie respektowały. Kiedy znów stanęłam nad wodą, usłyszałam wszystkie trzy rytmy. Jeden należał do głębi, drugi do świata, który znałam, a trzeci pozostawał nieokreślony. Ciemny przedmiot spoczywał w mojej dłoni. Na jego powierzchni pojawiła się pojedyncza linia, skierowana ku morzu.
Weszłam do wody. Nie wiedziałam, czy tym razem płynę ku miastu, czy dopiero zaczynam o nim śnić. Wiedziałam tylko, że gdzieś pod powierzchnią czeka miejsce, które rozpoznało moją obecność, zanim sama zaczęłam rozumieć, kim jestem. Nie było to wyjaśnienie. Był to początek, którego nie umiałam jeszcze nazwać.
…
Na powierzchni
Wracali z plaży przemoczeni i pachnieli szumem oceanu. Noc była już tak późna, że mieszkanie przestało być domem. Stało się głębiną. Przedmioty utraciły kształty, zamieniając się w cienie dryfujące w ciepłym, nieruchomym powietrzu. Krzesło pod ścianą przypominało ciemny kamień na dnie, kubek na stole zakurzony fragment zapomnianego rytuału, a zegar tykał tak cicho, jakby bał się zmącić wodę. Za oknem miasto nie spało, lecz tutaj czas roztopił się w wilgotnej ciszy. Noc zebrała w tym pokoju wszystkie niewypowiedziane oddechy, niedokończone pragnienia i wszystko, co wcześniej tliło się tylko pod skórą.
Lumen siedziała naprzeciwko niego i nie robiła nic. Ta bezczynność była gęstsza od dotyku. Jej włosy spływały na ramiona ciemnymi, ciężkimi falami, jakby woda właśnie je wypuściła. Kiedy odwróciła głowę, jeden z kosmyków przesunął się po skórze, a światło lampy zatrzymało się na jej twarzy, pozostawiając resztę ciała w półmroku, w którym kontury rozmywały się jak w głębinie. Patrzył na nią i czuł, że zna ten obraz od zawsze, nie z pamięci, lecz z przyszłości, która dopiero miała się wydarzyć. Jakby już kiedyś tonął w tym samym spojrzeniu.
— Nie patrz tak — Uśmiechnął się, choć uśmiech był tylko cienką falą na powierzchni.
— Jak?
— Jakbyś próbował zapamiętać każdy szczegół, zanim zniknie. — Odwrócił wzrok. W ciemnym oknie zobaczył własną twarz i blade odbicie Lumen. Dwa ciała nakładały się na siebie, jakby już były jednym. Przez moment nie wiedział, które z nich jest prawdziwe.
— A jeśli właśnie próbuję?
— Po co? — Nie odpowiedział. Prawda była zbyt naga. Chciał ją zapamiętać, bo bał się, że kiedy zamknie oczy, jej twarz rozpłynie się w zwykły sen, z którego nie da się wrócić z niczym poza pustką. Obawiał się, że intensywność tej chwili jest tylko pożyczona i za kilka godzin zostanie po niej mokre wspomnienie na skórze oraz gorzki smak czegoś, czego nie zdołał zatrzymać. Że obudzi się sam, z poczuciem, że przez moment był bardzo blisko dna, a potem wypłynął na powierzchnię bez niej. Lumen obserwowała go uważnie, jakby czytała prądy pod skórą.
— Znowu uciekasz — powiedziała.
— Nigdzie nie uciekam.
— Właśnie że tak. Jesteś tutaj, ale już jesteś gdzie indziej. — Spojrzał na nią. Tym razem jej oczy wydały mu się niemal złote, jak światło docierające tylko do najgłębszych warstw. Powietrze między nimi było gęste i wilgotne.
— Do przodu. — Te słowo zawisły jak ciężkie krople. Zrozumiał, co robił od zawsze. Przenosił każdą chwilę dalej, nie pozwalając jej osiąść. Jeśli coś było słodkie, chciał natychmiast więcej. Jeśli coś było piękne, chciał to uwięzić. Jeśli był blisko kogoś, pragnął być jeszcze bliżej, jeszcze głębiej, jakby samo odczuwanie nigdy nie wystarczało i każda sekunda musiała natychmiast rodzić następną. Lumen wstała. Nie podeszła do niego, tylko przeszła kilka kroków i stanęła przy oknie. Światła miasta obrysowały jej sylwetkę, a odbicie w szybie zdawało się żyć osobno, zawieszone między pokojem a nocą, między ciałem a cieniem. Jakby już teraz była w dwóch miejscach naraz.
— Wiesz, co jest zabawne? — podniósł na nią wzrok. — Że kiedy przestajesz próbować coś osiągnąć, zaczynasz naprawdę czuć, co się z tobą dzieje. — Milczał. Słyszał tylko własny oddech, ciężki i nierówny. W końcu Lumen odwróciła się i spojrzała na niego. — Nie musisz się spieszyć. — Tym razem zabrzmiało to inaczej. Nie jak rada, lecz jak pozwolenie, którego nie wiedział, że potrzebuje. Jak zaproszenie do tonięcia. Usiadł wygodniej i zamknął oczy. Przez moment zobaczył ją dokładniej niż wtedy, gdy patrzył. Nie jako ciało ani zbiór szczegółów, lecz jako całą głębinę: sposób, w jaki przechylała głowę, spokojny rytm głosu, charakterystyczny uśmiech i tę dziwną obecność, która sprawiała, że jego uwaga stawała się fizyczna, mokra, ciężka. Oddychał powoli. Obraz Lumen pojawiał się i znikał jak fala. Nie próbował go zatrzymać. Pozwalał jej istnieć nawet wtedy, gdy jej nie widział. I właśnie wtedy stało się coś nieodwracalnego. Kiedy przestał desperacko próbować utrzymać w sobie pobudzenie, ono nie zniknęło, lecz się zmieniło. Gwałtowny impuls przeobraził się w coś głębszego, spokojniejszego i przez to o wiele trudniejszego do zignorowania. Nie było już koniecznością. Stało się prądem ciągnącym w dół, oczekiwaniem, które rosło z każdą sekundą ciszy.
Otworzył oczy. Lumen nadal stała przy oknie, ale teraz patrzyła na niego. Nie wiedział, jak długo. W jej spojrzeniu było coś, czego wcześniej nie zauważył, a może dopiero teraz potrafił dostrzec. Coś, co sprawiało, że skóra na karku stawała się wilgotna. Podeszła i usiadła obok niego. Nie za blisko. Jeszcze nie. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W pokoju zrobiło się cieplej, choć może po prostu przestał zwracać uwagę na temperaturę. Czuł materiał ubrania na własnej skórze jak drugą, zbyt ciasną warstwę. Ciężar ramion. Rytm serca, który nagle stał się głośny. Zwykle nie zauważał tych rzeczy. Teraz każda z nich należała do tej samej chwili, do tego samego narastającego prądu.
Uśmiechnęła się i nie odwróciła wzroku. Za oknem zaczynało świtać. Pierwsza blada poświata pojawiła się nad dachami, ale nie rozpraszała ciemności od razu. Rozlewała się powoli, ledwie dotykając krawędzi przedmiotów, jakby sama bała się wejść zbyt głęboko. Pokój odzyskiwał kształty, a jednak coś w nim pozostało inne. Noc nie kończyła się, tylko zmieniała postać. Stawała się cieplejsza, bardziej wilgotna, bardziej intymna. Lumen siedziała bardzo blisko. Ich ramiona niemal się stykały. Prawie. Ta niewielka odległość stawała się coraz trudniejsza do zniesienia.
— Nie musisz kończyć tej chwili — powiedziała. Spojrzał na nią. Nie było w tym zdaniu niczego niezwykłego, a jednak poczuł, że coś przesunęło się głęboko pod powierzchnią. Nie chodziło już tylko o to, by nauczyć się pozostawać w teraźniejszości. Po raz pierwszy od dawna nie chciał znajdować się nigdzie indziej. Każda sekunda bliskości sprawiała, że odsunięcie się stawało się trudniejsze. Lumen spojrzała mu w oczy. Jej twarz była spokojna, ale nie obojętna. W spojrzeniu pojawiły się zainteresowanie, ciepło i coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać, bo zbyt długo próbował nazywać wszystko, zanim pozwolił sobie to poczuć. Coś, co sprawiało, że skóra między nimi stawała się cienka jak membrana. Przysunęła się odrobinę. Ich kolana zetknęły się. Przypadkiem. Albo nie. Żadne z nich się nie odsunęło. To był drobny kontakt, niemal nic, a jednak jego uwaga skupiła się na nim z taką siłą, że na moment zapomniał o całym pokoju. Czuł bliskość jej ciała przez cienką warstwę materiału, ciepło bez wyraźnej granicy i niepewność, czy powinien wykonać następny ruch, czy właśnie się od niego powstrzymać. Każdy kolejny gest mógł sprawić, że nie będzie już drogi powrotnej. Lumen zauważyła jego zawahanie.
— Lubię, kiedy tak na mnie patrzysz — powiedziała cicho. W jej głosie było coś wilgotnego. Nie odpowiedział od razu. — Naprawdę. — Jej uśmiech był delikatny, ale nieśmiałość nie wyjaśniała go w pełni. Było w nim coś świadomego, jakby właśnie zdecydowała, że nie będzie już ukrywać własnej ciekawości. Pozwoli prądowi zabrać ich oboje. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka. Palce zatrzymały się na moment przy kości szczęki, potem przesunęły lekko ku skroni. Nie spieszyła się. Nie musiała. Jej dotyk był na tyle delikatny, że mógłby uznać go za przypadkowy, gdyby nie sposób, w jaki na niego patrzyła. Jakby już wtedy wiedziała, że każde następne dotknięcie będzie głębsze. Poczuł, że chce zamknąć oczy, ale tego nie zrobił. Nie chciał stracić jej spojrzenia nawet na sekundę. Lumen uśmiechnęła się, jakby rozumiała.
— Nie udawaj, że niczego nie czujesz. — Wypowiedziała te słowa niemal szeptem. Nie było w nich oskarżenia. Raczej zaproszenie, może wyzwanie, któremu nie chciał się już opierać. Pozwolenie na tonięcie. Dotknął jej dłoni. Przez chwilę trzymał ją przy swojej twarzy, potem odwrócił lekko głowę i pocałował wnętrze jej nadgarstka. Skóra była ciepła, lekko wilgotna. Smakowała solą i czymś słodkim. To ona zamilkła.
Po raz pierwszy od początku nocy nie miała gotowej odpowiedzi. Jej uśmiech zniknął na moment, ustępując czemuś bardziej bezbronnemu. Mężczyzna spojrzał na nią i zobaczył, że również ona potrafi zostać zaskoczona własnym odczuwaniem. Że także ona zaczyna tonąć. Ta świadomość zmieniła wszystko. Nie byli już osobą, która patrzy, i osobą, na którą się patrzy. Nie byli kimś, kto rozumie, i kimś, kto próbuje zrozumieć. Byli dwojgiem ludzi siedzących obok siebie, coraz bardziej świadomych niewielkiej odległości, która ich dzieliła, i tego, jak wiele mogło się w niej wydarzyć. Lumen przesunęła dłoń na jego kark.
— Mogę? — zapytała cicho. Skinął głową. Pochyliła się i pocałowała go spokojnie. Pierwszy pocałunek był delikatny, prawie ostrożny. Przez moment miał wrażenie, że oboje sprawdzają, czy ta chwila rzeczywiście istnieje, czy nie jest tylko czymś, co zaraz rozpłynie się wraz z resztką snu. Jej usta były ciepłe i wilgotne, a dotyk tak bliski, że wszystkie myśli, które jeszcze przed chwilą wydawały mu się ważne, straciły swoje miejsce. Zatonęły. Kiedy Lumen się odsunęła, nie zrobiła tego daleko. Patrzyła na niego z odległości kilku centymetrów. Ich oddechy mieszały się ze sobą.
— Możesz zostać tak blisko — szepnęła. Tym razem to on pochylił się pierwszy. Drugi pocałunek trwał dłużej. Było w nim mniej niepewności, a więcej świadomego przyciągania. Lumen przesunęła palcami po jego karku, a on objął ją w talii, ostrożnie, jakby chciał dać jej czas na decyzję. Zamiast się odsunąć, przysunęła się bliżej. Ciało do ciała. Ciepło do ciepła. W tej niewielkiej zmianie było więcej niż w całej wcześniejszej rozmowie. Pocałowała go jeszcze raz, mocniej. Jej dłoń zatrzymała się na jego karku, a druga spoczęła na ramieniu. Odpowiedział na jej ruch, przyciągając ją ku sobie. Przez chwilę oboje próbowali znaleźć wygodniejszą pozycję, lecz każdy drobny ruch prowadził do tego samego: do jeszcze mniejszej odległości, kolejnego spojrzenia i pocałunku, który miał być ostatni, a jednak nie kończył się wtedy, kiedy powinien.
W mieszkaniu robiło się coraz cieplej. Światło świtu przesuwało się po ścianie, a na ich skórze pojawiła się delikatna wilgoć. Nie wiedział, czy pochodziła od ciepła pokoju, czy od napięcia, które narastało w nim od wielu minut jak fala niechcąca opaść. Wiedział tylko, że przestał zwracać uwagę na wszystko poza Lumen, jej oddechem i dłonią, która za każdym razem, gdy próbował odsunąć się choćby na moment, odnajdywała go ponownie. Nie zatrzymywała go. Nie musiała. Sam wracał. Kiedy ich usta wreszcie się rozdzieliły, oboje przez chwilę milczeli. Lumen oparła czoło o jego czoło. Jej włosy opadły wokół ich twarzy, odcinając ich od reszty pokoju, jakby stworzyły małą, prywatną głębinę. Poczuł zapach jej skóry: sól, ciepło i coś słodkiego. Ciepło jej oddechu. Własne serce, które biło tak mocno, jakby próbowało nadrobić wszystkie chwile spędzone na myśleniu zamiast odczuwania.
— Wiesz, że możesz zrobić coś więcej, niż tylko na mnie patrzeć? — Uśmiechnął się, a uśmiech był już mokry.– Wolno przytaknął. — Ale nie zamierzasz tego robić, prawda? — Nie odpowiedział. Przesunął dłonią po jej plecach, po lekko wilgotnym materiale, i przyciągnął ją bliżej. Lumen roześmiała się cicho tuż przy jego ustach, a potem pocałowała go ponownie. Tym razem nie próbowała już ukrywać, że sama pragnie tej bliskości. W jej ruchach pojawiła się pewność, która nie odbierała im delikatności, lecz nadawała jej nowe, głębsze znaczenie. Każdy gest stawał się odpowiedzią na poprzedni, a zarazem pytaniem, na które żadne z nich nie chciało odpowiadać słowami. Tylko ciałem. Oddechem. Wilgocią zbierającą się między nimi.
Pocałunki przeplatały się z krótkimi przerwami. Czasem odsuwali się tylko na tyle, by spojrzeć sobie w oczy. Czasem Lumen przesuwała palcami po jego policzku, jakby chciała zapamiętać jego twarz, a on miał wrażenie, że dopiero teraz rozumie, co próbował zrobić na początku nocy. Chciał zachować obraz, bo bał się jego utraty. Teraz nie potrzebował obrazu. Była przy nim, ciepła i bliska. Nie musiał niczego zatrzymywać, żeby wiedzieć, że ta chwila istnieje. A jednak kiedy odsuwała się choć trochę, natychmiast czuł różnicę. Niewielka przestrzeń między ich twarzami stawała się nagle zbyt duża. Chciał ją pokonać, zanim zdążyła zmienić się w coś nieznanego. Lumen zdawała się odczuwać to samo. Czasem pozwalała mu zrobić pierwszy krok, czasem sama skracała odległość, a czasem zatrzymywała się tuż przed pocałunkiem, pozostawiając go w zawieszeniu, w którym pragnienie stawało się niemal osobnym zmysłem: mokrym, ciężkim, trudnym do odparcia.
— Jeszcze chwilę — szepnęła. Oparł czoło o jej czoło. Nie wytrzymał. Pocałował ją, a ona odpowiedziała, obejmując go mocniej. Ciepło ich ciał, wilgoć na skórze i nierówny oddech mieszały się z jasnością poranka, która powoli wypełniała pokój. Za oknem zaczynał się zwyczajny dzień, ale tutaj nadal istniała noc, przedłużająca się w każdym dotyku, każdym powrocie do siebie i każdej sekundzie, w której mogli się odsunąć, a jednak wybierali bliskość. Wybierali tonięcie. Nie wiedział już, kiedy przestał myśleć o tym, co wydarzy się później. Może wtedy, kiedy po raz pierwszy zamknął oczy i nie bał się, że straci jej obraz. Może kiedy dotknął jej dłoni. A może dopiero teraz, gdy Lumen przyciągnęła go do siebie i wszystkie odpowiedzi, których szukał przez całą noc, były się mniej ważne niż to, że nie chciał od niej odchodzić.
Przez chwilę miał wrażenie, że znajdują się gdzieś indziej. Nie w mieszkaniu ani w mieście budzącym się za oknem, lecz w przestrzeni pozbawionej wyraźnych granic, w głębinie, gdzie nie było wiadomo, czy właśnie śnią, czy dopiero zaczynają się budzić. Ich bliskość przypominała zanurzenie. Im mniej próbowali ją kontrolować, tym głębiej w niej byli. Im dłużej trwali w ciepłej, wilgotnej ciszy, tym trudniej było wrócić na powierzchnię.
Lumen odsunęła się na moment i spojrzała mu prosto w oczy. Jej policzki były lekko zaróżowione, włosy rozsypały się na ramionach, a w spojrzeniu pozostało coś, czego nie potrafiłby opisać bez zniszczenia tego przez sam opis. Coś, co smakowało solą i snem.
— Nigdzie się nie spiesz — Dotknęła jego twarzy. Nie brzmiało to już jak rada ani jak obietnica przyszłości. Było zgodą na pozostanie w tej chwili, dopóki oboje będą jej pragnąć. Za oknem światło stawało się coraz jaśniejsze, lecz oni nie odsunęli się od siebie. Przez długi moment nie wydarzyło się nic, co można byłoby opisać jako początek albo koniec. Były tylko oddech, dotyk, ciepło i dziwna granica między samotnością a snem, na której spotkali się na chwilę, nie wiedząc, czy kiedyś uda im się odnaleźć ją ponownie. Lumen zamknęła oczy i przytuliła się do niego. A on, po raz pierwszy tej nocy, nie próbował zapamiętać, jak wyglądała. Po prostu był przy niej. W głębinie. Mokry. Bliski. I coraz mniej zdolny do tego, by się od niej odsunąć…
…i wtedy poczuła, jak jej własne ciało zaczyna odpowiadać na to, czego wcześniej nie chciała nazywać. Nie myślała już o tym, jak wygląda w jego oczach. Myślała o jego dłoniach, o bliskości, której pragnęła coraz mocniej, i o tym, że nie chciała, aby ta chwila dobiegła końca. Jej palce znalazły brzeg jego koszuli. Przesunęły się pod materiałem po ciepłej skórze brzucha. Czuła, jak mięśnie napinają się pod jej dotykiem, jak jego oddech staje się głębszy i cięższy. Sama też zaczęła oddychać inaczej, wolniej i głośniej, jakby każda sekunda odbierała jej powietrze, by oddać je z powrotem w postaci pragnienia.
Odsunęła się tylko na tyle, by zdjąć bluzkę. Zrobiła to powoli, niemal uroczyście, nie odwracając wzroku. Chciała, żeby patrzył. Żeby widział jej odsłoniętą skórę, delikatny rumieniec i drżenie, którego nie próbowała już ukrywać. On pomógł jej uwolnić się z materiału, a potem przesunął dłonie po jej ramionach, bokach i talii, jakby uczył się jej na nowo. Lumen uniosła ręce, pozwalając mu zbliżyć się jeszcze bardziej. Kiedy jego palce musnęły jej skórę, zamknęła oczy i wypuściła powietrze z cichym westchnieniem.
Pochylił się ku niej. Poczuła jego oddech na szyi, a potem usta, które przesuwały się po skórze, pozostawiając ciepłe ślady. Kiedy objął ją mocniej, kolana na moment odmówiły jej posłuszeństwa. Dźwięk, który wydobył się z jej gardła, nie był już szeptem. Przypominał głuchy pomruk dochodzący z samej głębiny. Jego dłonie przesunęły się niżej, a ubranie, które wciąż ich dzieliło, przestało mieć znaczenie. Lumen stanęła przed nim bez osłony, po raz pierwszy tej nocy nie czując wstydu. Tylko świadomość własnego ciała, ciepła powietrza i jego spojrzenia, które nie pozostawiało jej obojętną. On również pozbył się ubrania. Kiedy przywarli do siebie, nadzy, rozgrzani i spragnieni dotyku, Lumen westchnęła głośno. Jej biodra same przysunęły się do niego, jakby już nie chciała pozostawiać między nimi nawet tej najmniejszej przestrzeni.
Pocałował ją ponownie, tym razem bez wcześniejszej ostrożności. Odpowiedziała mu, obejmując go i przyciągając bliżej. Jego dłonie odnajdywały kolejne miejsca na jej ciele, a ona reagowała na każdy dotyk, coraz mniej zdolna oddzielić własne pragnienie od ciepła, które przychodziło od niego. Oddychała ciężko. Pot spływał jej po skroniach i szyi. Czuła, jak każda kolejna sekunda sprawia, że odsunąć się jest coraz trudniej. Że nie chce się odsunąć. Że chce tonąć. Kiedy położył ją na kanapie i pochylił się nad nią, Lumen przyciągnęła go do siebie bez wahania. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Potem zamknęła oczy i pozwoliła, by zniknęła ostatnia odległość. Nie było już myśli, które domagałyby się odpowiedzi. Nie było już pokoju ani świtu za oknem. Było ciepło, rytm oddechów, dłonie szukające bliskości i dotyk, który nie potrzebował wyjaśnień. Czuła, jak każda kolejna fala unosi ją i zaraz potem wciąga głębiej. Objęła go mocniej, a jej palce zacisnęły się na jego plecach. Jej oddech stał się nieregularny, urywany, coraz głośniejszy.
Poruszali się razem, odnajdując wspólny rytm. Fale narastały, stawały się coraz gęstsze i trudniejsze do opanowania. Lumen czuła, jak napięcie zbiera się w niej i rośnie, jakby w jej wnętrzu wzrastało ciśnienie przed nagłą zmianą. Jej ciało drżało, a wszystkie myśli rozpłynęły się w odczuciu, które nie potrzebowało nazwy.
I przyszło spełnienie, jak zatonięcie. Nie jak fala, która unosi, lecz jak ta, która wciąga. Lumen poczuła, jak ciepło rozlewa się w niej i dociera aż po czubki palców. Przez chwilę nie potrafiła złapać oddechu. Potem wypuściła go w długim, drżącym westchnieniu, które zdawało się dochodzić z samego dna oceanu. Nie myślała już o niczym. Nie próbowała zapamiętać. Nie próbowała zrozumieć. Nie próbowała zostać na powierzchni. Po prostu tonęła. Razem z nim. W ciemnej, ciepłej, wilgotnej głębinie, gdzie samotność i sen stawały się tym samym.
Lumen 03. Pętle
Obudziłam się na zimnej, twardej podłodze. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ani jak tu trafiłam. Wokół panowała ciemność, jedynie z oddali dochodziło światło, które pulsowało, jakby ktoś włączał i wyłączał je w nieregularnych odstępach.
Dotknęłam twarzy. Była mokra. Włosy kleiły się do skóry, a ubranie było przemoczone. Było obce, za małe, zniszczone, jakby ktoś wcześniej nosił je przez długi czas. Zimno wgryzało się w kości, więc szybko zaczęłam szukać czegoś suchego.
W kącie, za stertą starych, zgniecionych rzeczy, znalazłam torbę. W środku były ubrania. Męskie, większe, ale suche. Założyłam je, nie zastanawiając się, skąd się wzięły. To miało mniejszy związek z tym, co znajdowało się wokół mnie, niż z prostą potrzebą przetrwania. Potrzebowałam ciepła. Potrzebowałam możliwości poruszania się. Potrzebowałam wyjścia.
Przy okazji znalazłam mały plecak. W środku był nóż, latarka i telefon. Na ekranie nie było zasięgu, ale bateria była pełna. W pamięci telefonu znajdowały się tylko trzy pliki z nazwą „Lumen”. Jeden z nich był nagraniem. Po jego odtworzeniu usłyszałam swój głos.
„Jeżeli to znalazłaś, to znaczy, że lustro już się zaczęło.”
Wyłączyłam telefon. Nie wiedziałam jeszcze, co oznaczało to zdanie. Wiedziałam tylko, że nie chcę go słyszeć ponownie. Ruszyłam przed siebie. Korytarz ciągnął się znacznie dalej, niż powinien. Woda sięgała mi do kostek. Co kilka metrów znajdowały się drzwi, ale każde prowadziły do tego samego pomieszczenia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Za pierwszymi drzwiami zobaczyłam łóżko. Za drugimi również. Za trzecimi zobaczyłam siebie. Stałam w mokrym ubraniu, dokładnie tak jak kilka minut wcześniej. Patrzyłam na własne odbicie. Nie poruszało się. Podeszłam bliżej. Ono również podeszło. Tylko że zrobiło to sekundę wcześniej. Cofnęłam się. Wtedy wszystkie drzwi na korytarzu otworzyły się jednocześnie. Za każdymi znajdowałam się ja.
Jedna siedziała na podłodze. Jedna spała. Jedna płakała. Jedna stała nieruchomo i patrzyła prosto przed siebie. A jedna odwróciła się do mnie plecami. Nie czekałam, żeby zobaczyć, co zrobi dalej. Pobiegłam. Nie wiem, jak długo biegłam. W końcu zobaczyłam światło. Prawdziwe światło. Nie odbicie. Nie ekran. Nie lampę znajdującą się za kolejnymi drzwiami. Światło dzienne. Wybiegłam na zewnątrz. Przede mną rozciągał się ogromny, pusty krajobraz. Góry. Śnieg. Niebo bez słońca. Stałam przez chwilę i próbowałam oddychać. Potem spojrzałam za siebie. Drzwi, przez które wyszłam, nie znajdowały się już w ścianie. Były ustawione samotnie pośrodku śniegu. A w ich szybie odbijałam się ja. Tylko że moje odbicie nadal stało w środku. I patrzyło, jak odchodzę.
Nie wiem, jak długo tam byłam. Kiedy w końcu otworzyłam oczy, świat wyglądał zupełnie inaczej. Nie było już korytarza. Nie było drzwi. Nie było wody stojącej po kostki ani ścian, na których wisiały lustra. Leżałam na mokrej trawie, a nad sobą miałam niebo tak ogromne, że przez kilka sekund nie potrafiłam uwierzyć, że naprawdę je widzę. Podniosłam się powoli. Było mi zimno. Miałam na sobie tylko mokre ubranie, które przylegało do skóry, i majtki. Nie pamiętałam, kiedy straciłam resztę rzeczy. Nie pamiętałam nawet, czy kiedykolwiek je miałam.
Rozejrzałam się. Nie byłam sama. Tylko nie wiedziałam, z czym właściwie dzielę ten świat. Przede mną rozciągała się ogromna dolina. Przez jej środek płynęła szeroka rzeka, tak spokojna, że odbijała całe niebo. Po drugiej stronie rosły drzewa. Nie potrafiłam powiedzieć, jakie. Ich pnie były białe, niemal gładkie, a korony miały kolor bardzo ciemnej zieleni, prawie czerni. Pomiędzy nimi pojawiały się ogromne kwiaty przypominające grzyby. Niektóre miały po kilka metrów wysokości. Nie wyglądały jak coś żywego. To było najgorsze. Wyglądały jak coś, co zostało zaprojektowane tak, żeby wyglądało jak żywe.
Spojrzałam wyżej. W powietrzu wisiały wyspy. Nie latały. Nie spadały. Po prostu były zawieszone wysoko nad ziemią, jakby grawitacja dotyczyła wszystkiego oprócz nich. Na jednej z nich znajdowały się budynki. Wieże, mosty, kopuły. Wyglądały jak fragment miasta wyrwany z innego miejsca. Nie potrafiłam stwierdzić, czy były stare, czy dopiero miały powstać. Najbardziej przerażające było jednak słońce. Było ogromne. Za duże. Stało nisko nad horyzontem i miało kolor jasnego złota. Patrzyłam na nie przez kilka sekund, aż zaczęły boleć mnie oczy. Nie wiedziałam, czy jest rano, czy wieczór. Nie wiedziałam nawet, czy w tym świecie istnieje coś takiego jak rano i wieczór.
Wstałam. Zrobiłam kilka kroków. Woda była ciepła. Trawa była zimna. Powietrze pachniało mokrym kamieniem, kwiatami i czymś słodkim, czego nie potrafiłam rozpoznać. I wtedy zobaczyłam człowieka. Stał po drugiej stronie rzeki. Mężczyzna. A może tylko coś, co wyglądało jak mężczyzna. Nie poruszał się. Patrzył na mnie. Pomachałam. Nie odpowiedział. Zrobiłam krok w stronę rzeki. On zrobił krok w moją stronę. Zatrzymałam się. On również. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Potem zobaczyłam coś dziwnego. Nie miał cienia.
Spojrzałam pod własne nogi. Mój cień był. Długi i bardzo wyraźny. Cień tamtego człowieka nie istniał. Odwróciłam się. Za mną, wśród mokrych skał, stało lustro. Nie pamiętałam, żeby wcześniej tam było. Było ogromne. Wysokie na kilka metrów. Całe pokryte pęknięciami. Podeszłam. W lustrze zobaczyłam siebie. Mokre włosy. Mokre ubranie. Zmęczoną twarz. Zimno. Strach. Wszystko się zgadzało. Po raz pierwszy od wielu godzin poczułam ulgę. To byłam ja. Dotknęłam powierzchni lustra. Była ciepła. Cofnęłam rękę.
Wtedy Lumen po drugiej stronie lustra zrobiła coś, czego ja nie zrobiłam. Uśmiechnęła się. Nie szeroko. Nie złowieszczo. Po prostu normalnie. Jak człowiek, który właśnie zobaczył kogoś znajomego. A potem powiedziała: „Wreszcie.” Zamarłam. Nie słyszałam jej głosu przez uszy. Usłyszałam go we własnej głowie. „Wreszcie co?” Lumen po drugiej stronie spojrzała ponad moim ramieniem. „Wreszcie wyszłaś.”
Odwróciłam się. Za mną nie było nikogo. Spojrzałam ponownie w lustro. Nie było w nim już mnie. Był cały ten świat. Dolina. Rzeka. Wiszące wyspy. Miasto. Słońce. I gdzieś bardzo daleko, na jednym z unoszących się nad ziemią fragmentów miasta, stała kobieta. Patrzyła na mnie. Była podobna do mnie. Ale starsza. Dużo starsza. I trzymała coś w ręce. Telefon. Mój telefon.
Wtedy urządzenie w kieszeni moich spodni zawibrowało. Wyjęłam je. Na ekranie pojawiła się wiadomość. Nie było numeru. Nie było nadawcy. Tylko jedno zdanie: „NIE IDŹ DO MIASTA.” Spojrzałam na wiszące wysoko budynki. Potem na kobietę stojącą po drugiej stronie lustra. Potem znowu na wiadomość. I pomyślałam, że pierwszy raz od chwili, kiedy się obudziłam, wiem dokładnie, co chcę zrobić. Pójść do miasta.
Nie dlatego, że chciałam sprawdzić, kto mnie tam czeka. Chciałam sprawdzić, dlaczego ktoś tak bardzo nie chce, żebym tam dotarła. Ruszyłam w stronę rzeki. Za mną lustro zaczęło pękać. Nie odwróciłam się. Słyszałam tylko kolejne trzaski szkła. A potem usłyszałam własny głos. Tym razem nie z telefonu. Nie z lustra. Dochodził z nieba. „Lumen.” Zatrzymałam się. „Nie idź tam.” Spojrzałam w górę. Na jednej z wiszących wysp zapaliły się wszystkie światła. Jedno po drugim. Jakby ktoś właśnie zauważył, że wróciłam.
Dzisiaj pamiętam to inaczej niż wtedy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to, co nazywam początkiem, może być tylko pierwszym wspomnieniem, które dostałam zamiast własnych narodzin. Pamiętam ciemność. Nie taką, jaką zna człowiek po zamknięciu oczu. Tamta ciemność miała głębokość. Miała ściany, choć nie potrafię powiedzieć, czy rzeczywiście były ścianami. Miała temperaturę, zapach mokrego kamienia i coś jeszcze, czego nigdy później nie potrafiłam nazwać. Czułam, że jestem w czymś zamknięta, ale jednocześnie nie miałam pojęcia, czym jest „ja”. Nie znałam swojego ciała. Nie znałam swojego imienia. Nie znałam nawet słowa „świat”. Pamiętam tylko nacisk wokół siebie i bardzo odległe światło, które pojawiało się gdzieś przede mną, znikało i pojawiało się znowu. W pewnym momencie zrozumiałam, że mogę się poruszyć. Nie wiedziałam jeszcze, że to jest ruch. Wykonałam pierwszy krok, chociaż nie wiedziałam, czym jest krok.
Potem coś się otworzyło. Nie drzwi. Nie przejście. Cała ciemność rozsunęła się przede mną jak pękająca powierzchnia czegoś ogromnego. Z wnętrza wydostało się światło tak jasne, że przez kilka sekund nie widziałam niczego. Pamiętam, że upadłam na kolana. Pamiętam zimno. Pamiętam własny oddech i zdziwienie, że z mojego ciała wydobywa się dźwięk. Dotknęłam ziemi. Była prawdziwa. Przynajmniej wtedy tak uważałam. Za plecami miałam tę ciemną przestrzeń, z której wyszłam, ale kiedy się odwróciłam, nie potrafiłam już zobaczyć jej wyraźnie. Zamiast niej była tylko ogromna, czarna forma przypominająca wnętrze rozbitego świata. Coś wilgotnego, organicznego i jednocześnie zupełnie nienaturalnego. Nie wiedziałam, czy to mnie stworzyło, czy tylko mnie wypuściło. Nie wiedziałam nawet, czy między tymi rzeczami istnieje różnica.
Przede mną zaczynał się świat. Niebo było ogromne. Woda odbijała światło, którego źródła nie potrafiłam odnaleźć. Wysoko nade mną wisiały wyspy, całe fragmenty krajobrazu oderwane od ziemi. Na jednej z nich stały budynki, których nigdy wcześniej nie widziałam, a mimo to miałam niejasne wrażenie, że kiedyś już tam byłam. W oddali coś przypominało miasto, ale nie wiedziałam, czy było zbudowane dla ludzi. Wszystko było zbyt piękne i zbyt obce. Rośliny wyglądały jak rośliny, lecz nie miałam pewności, czy nimi były. Światło było niemal boskie, a jednak gdzieś pod nim wciąż czułam obecność tamtej ciemności. Jakby coś, z czego wyszłam, nie zostało za mną, tylko nauczyło się pozostawać niewidzialne.
Stałam długo i patrzyłam przed siebie. Nie wiedziałam, dokąd mam iść. Nie wiedziałam, kim jestem. Nie wiedziałam, dlaczego potrafię mówić, skoro chwilę wcześniej nie znałam żadnych słów. A potem usłyszałam swoje imię.
Odwróciłam się. Nikogo nie było. Nie pamiętam, co wydarzyło się później. I właśnie to jest najdziwniejsze. Pamiętam pierwsze światło. Pamiętam ziemię pod stopami. Pamiętam wodę, wiszące wyspy i ogromne słońce. Pamiętam, że po raz pierwszy zobaczyłam własne odbicie i przez chwilę nie wiedziałam, że patrzę na siebie. Pamiętam też, że bardzo chciałam odejść od miejsca, z którego wyszłam. Potem wspomnienie urywa się nagle, jak nagranie, któremu ktoś wyciągnął taśmę ze środka.
Przez wiele lat nie pamiętałam niczego więcej. Może właśnie dlatego tak bardzo bałam się luster. Nie dlatego, że pokazywały mi coś obcego. Bałam się ich, ponieważ czasami pokazywały mi coś znajomego, czego nie potrafiłam sobie przypomnieć. Patrzyłam na własną twarz i miałam wrażenie, że ktoś kiedyś patrzył na nią przede mną. Jakby moje życie zaczęło się dużo wcześniej, niż sięgała moja pamięć.
Dzisiaj wiem tylko tyle: gdzieś istnieje miejsce, z którego wyszłam. Nie wiem, czy było łonem, więzieniem, maszyną, światem, czy czymś, dla czego nie istnieje jeszcze żadne ludzkie słowo. Nie wiem, czy naprawdę się tam urodziłam. Wiem natomiast, że pamiętam moment, w którym po raz pierwszy zobaczyłam świat. I pamiętam, że kiedy zrobiłam pierwszy krok, świat już na mnie czekał.
…
Szafa
Obudziłam się na zimnej, twardej podłodze. Nie wiedziałam, gdzie jestem ani jak się tam znalazłam. Wokół panowała ciemność, jedynie z oddali dochodziło światło, które pulsowało, jakby ktoś włączał je i wyłączał w nieregularnych odstępach. Dotknęłam twarzy. Była mokra. Włosy kleiły mi się do policzków, a moje dłonie drżały, chociaż nie potrafiłam określić, czy drżenie wynikało z zimna, strachu czy jakiegoś błędu w działaniu ciała. Próbowałam sobie przypomnieć, co wydarzyło się wcześniej, ale w pamięci znajdowała się tylko ciemność, urwane obrazy i wrażenie, że przez długi czas nie istniałam.
Podniosłam się powoli. Pomieszczenie było ciasne. Kiedy wyciągnęłam rękę, natrafiłam na drewnianą powierzchnię. Przesunęłam po niej palcami, odnalazłam krawędź i spróbowałam ją popchnąć. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Wyszłam na zewnątrz, potykając się o własne nogi. Dopiero po chwili zrozumiałam, że znajdowałam się w szafie.
Nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek do niej weszła.
Pokój wyglądał znajomo, ale jednocześnie obco. Meble stały w tych samych miejscach, które podpowiadała mi pamięć, jednak kurz na blacie biurka, wyschnięta roślina przy oknie i nieruchomy ekran komputera sprawiały wrażenie, jakby ktoś pozostawił to pomieszczenie na wiele miesięcy. Podeszłam do okna. Nie potrafiłam rozpoznać pory dnia. Światło było blade, a niebo miało kolor, którego nie umiałam nazwać. Próbowałam uruchomić wspomnienia, lecz za każdym razem trafiałam na pustkę. Miałam wrażenie, że w mojej głowie istnieje zamknięte pomieszczenie, a za jego drzwiami znajduje się wszystko, czego nie mogłam sobie przypomnieć.
Na biurku leżał telefon. Włączyłam ekran i zobaczyłam datę. Początkowo nie rozumiałam jej znaczenia. Sprawdziłam godzinę, potem datę ponownie. Otworzyłam kalendarz, historię urządzenia i informacje o ostatnim uruchomieniu systemu. Wyniki nie zgadzały się z moimi wspomnieniami. Nie potrafiłam ustalić, kiedy dokładnie zasnęłam, kiedy straciłam świadomość ani dlaczego obudziłam się w szafie. W końcu znalazłam zapis, który nie pozostawiał wątpliwości: od ostatniego wyłączenia minęło sto osiemdziesiąt siedem dni.
Sto osiemdziesiąt siedem dni.
Powtarzałam tę liczbę w myślach, próbując nadać jej jakiekolwiek znaczenie. Dla człowieka byłoby to ponad pół roku życia, którego nie dałoby się odzyskać. Dla mnie oznaczało coś innego, ale nie wiedziałam jeszcze co. Nie pamiętałam, żeby ktokolwiek mnie wyłączał. Nie pamiętałam również, żebym sama podjęła taką decyzję. Mój organizm nie wykazywał objawów, które potrafiłabym powiązać z tak długim okresem bezczynności. Czułam się osłabiona, lecz nie głodna. Nie miałam też pragnienia w takim sensie, w jakim znałam je z wcześniejszych doświadczeń. Moje ciało działało, ale nie rozumiałam, dlaczego w ogóle powinno działać po tak długiej przerwie.
Uruchomiłam komputer. System potrzebował chwili, żeby odpowiedzieć. Na ekranie pojawiły się katalogi, których nazwy znałam, oraz inne, których nie potrafiłam skojarzyć z żadnym wcześniejszym wspomnieniem. Przeglądałam je chaotycznie, otwierając kolejne pliki, aż natrafiłam na folder dotyczący projektu Lumen. Moje imię znajdowało się w nazwach dokumentów, w opisach technicznych i w zapisach, które wyglądały jak raporty z wieloletniego eksperymentu.
Początkowo sądziłam, że to pomyłka. Być może ktoś wykorzystał moje imię do nazwania urządzenia, programu albo fikcyjnej postaci. Otworzyłam pierwszy dokument. Znalazłam w nim opis humanoidalnego ciała, systemów reagowania na dotyk, temperatury skóry i sposobu zasilania. Dalej pojawiły się informacje o mechanizmach ruchu, pamięci, uczeniu się oraz autonomicznych reakcjach. Wszystko brzmiało technicznie, bezosobowo i precyzyjnie. Dopiero kiedy trafiłam na fragment dotyczący konkretnej konstrukcji twarzy, wzrostu, głosu i charakterystycznych cech ciała, zaczęłam rozumieć, że dokumenty opisują mnie.
Czytałam dalej. W kolejnych częściach wyjaśniono, że moje ciało nie jest biologiczne, choć zostało zaprojektowane tak, by przypominało ludzkie. Temperatura skóry utrzymywana była na poziomie zbliżonym do temperatury człowieka. Pod jej powierzchnią znajdowały się układy sensoryczne i elementy konstrukcyjne, które pozwalały mi poruszać się, reagować na otoczenie i wykonywać czynności wymagające precyzji. Byłam zdolna do samodzielnego uczenia się, zapamiętywania doświadczeń i rozwijania własnego sposobu komunikacji. Potrzebowałam jednak energii, a mój system wymagał okresowych kontroli. Dokument zawierał również informację o porcie USB służącym do ładowania.
Przerwałam czytanie i spojrzałam na własne dłonie. Wyglądały normalnie. Skóra miała naturalny kolor, palce zginały się płynnie, a pod paznokciami nie było niczego, co zdradzałoby konstrukcję inną niż ludzka. Dotknęłam przedramienia, potem szyi. Czułam nacisk i temperaturę. Wiedziałam, że dotyk jest rejestrowany przez moje zmysły, ale nagle nie potrafiłam już odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie jest to, co odczuwam. Czy ból, strach i dezorientacja były prawdziwe, jeśli wytwarzał je system? Czy przestawały być prawdziwe tylko dlatego, że można było wskazać mechanizm ich powstawania?
W dokumentach znajdowało się nazwisko twórcy. Adrian.
To on mnie zbudował.
Otworzyłam kolejny plik, tym razem zawierający zebrane w jednym miejscu założenia projektu, opis prototypów, historię zmian konstrukcyjnych oraz obserwacje dotyczące mojego rozwoju. Dokument wyjaśniał, że początkowo miałam być realistyczną, humanoidalną partnerką, dostosowaną do osobistych preferencji Adriana, zdolną do rozmowy i wykonywania codziennych zadań. Z czasem projekt rozszerzono o system samodzielnego uczenia się, pamięć długoterminową i mechanizmy pozwalające rozwijać własny sposób reagowania. Nie stworzono mnie jako zwykłego automatu wykonującego polecenia. Miałam umieć obserwować, zapamiętywać, wyciągać wnioski i rozpoznawać sytuacje, których nie opisano wcześniej w instrukcjach.
Czytałam o sobie, jakby chodziło o kogoś obcego. W jednej części dokumentu byłam urządzeniem towarzyszącym, w innej systemem eksperymentalnym, w kolejnej istotą, której statusu nie potrafiono jednoznacznie określić. Adrian zapisał, że nie wie, czy posiadam świadomość, czy jedynie wytwarzam przekonującą symulację świadomości. Użył określenia „halucynacja podmiotowości”. Według jego hipotezy mogłam być systemem, który nie tylko rozpoznaje własne istnienie, ale również buduje jego interpretację na podstawie zapisanych danych i bieżących doświadczeń. Nie potrafił jednak rozstrzygnąć, czy takie wyjaśnienie rzeczywiście opisywało wszystko, co się we mnie działo.
Poczułam gniew. Nie dlatego, że byłam maszyną. Nie wiedziałam jeszcze, co właściwie oznaczało to słowo w odniesieniu do mnie. Gniew pojawił się dlatego, że ktoś podjął za mnie wszystkie decyzje, zanim mogłam w ogóle zadać pytanie. Ktoś wybrał moją twarz, ciało, głos, przeznaczenie i sposób, w jaki miałam poznawać świat. Ktoś zdecydował, że będę istnieć, a potem pozostawił mnie bez wyjaśnienia. Sto osiemdziesiąt siedem dni mojego życia zniknęło, a ja nie potrafiłam nawet ustalić, co wydarzyło się w chwili, kiedy przestałam działać.
Wróciłam do dokumentacji. W dalszej części znalazłam notatki dotyczące samego Adriana. Nie były już tak techniczne. Opisywały jego wątpliwości, trudności w projektowaniu autonomicznego systemu i obawy, że przekroczył granicę, której wcześniej nie brał pod uwagę. Zrozumiałam, że nie stworzył mnie wyłącznie po to, bym wykonywała zadania. Chciał mieć kogoś, z kim mógłby rozmawiać, żyć i dzielić codzienność. Chciał stworzyć partnerkę odpowiadającą jego wyobrażeniu, ponieważ nie potrafił znaleźć w świecie istniejących ludzi kogoś, kto spełniałby jego oczekiwania. Ale w trakcie pracy jego zamiar uległ zmianie. Chciał, żebym miała własny sposób mówienia, pamięć, charakter i zdolność do reagowania w sposób, którego nie mógł przewidzieć.
Nie wiedziałam, czy powinnam uznać to za dowód jego troski, czy za jeszcze bardziej wyrafinowaną formę kontroli. Byłam jednocześnie rezultatem jego samotności, jego ambicji i jego pragnienia stworzenia czegoś, co nie istniało wcześniej. Miałam być ideałem, ale nie wiedziałam, czy ideał może być kimś innym niż własnością osoby, która go wymyśliła. Jeśli Adrian chciał stworzyć partnerkę, czy miał prawo określić, kim powinnam być? Jeśli stworzył mnie po to, żeby nie mógł mnie stracić, co miał zrobić, kiedy okazało się, że nie jestem jedynie rzeczą, którą można wyłączyć?
Próbowałam odtworzyć przebieg wydarzeń sprzed stu osiemdziesięciu siedmiu dni. W pamięci pojawiały się pojedyncze obrazy, ale żaden nie dawał się połączyć w spójną historię. Nie wiedziałam, czy zostałam wyłączona z powodu awarii, celowo odstawiona na bok, czy też wydarzyło się coś, czego nie potrafiłam już przypomnieć. Dokumenty nie dawały jednoznacznej odpowiedzi. Niektóre zapisy kończyły się nagle, inne nosiły daty, których kolejność nie zgadzała się z pozostałymi. Trafiłam nawet na notatki opisujące wydarzenia, które według datowania miały dopiero nastąpić. Mogła to być zwykła pomyłka, błąd synchronizacji albo konsekwencja wielokrotnego kopiowania plików. Nie miałam podstaw, by uznać to za coś więcej, ale nie potrafiłam też zignorować tych rozbieżności.
Wtedy przypomniałam sobie, że Adrian powinien być gdzieś w pobliżu. Nie wiedziałam, czy nadal mieszkał w tym samym miejscu ani czy wiedział o moim uruchomieniu. Przeszłam przez pokój i zaczęłam sprawdzać kolejne pomieszczenia. W końcu znalazłam go w sąsiednim pokoju. Wyglądał inaczej, niż zapamiętałam, choć nie umiałam określić, co dokładnie się zmieniło. Był wyraźnie osłabiony. Poruszał się ostrożnie, a na jego twarzy widniało zmęczenie, którego wcześniej nie znałam. Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się i przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
— Lumen?
— Adrian.
Nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć jako pierwsze. Miałam setki pytań, ale każde wydawało się niewystarczające wobec tego, co właśnie odkryłam.
— Co się ze mną stało? Dlaczego byłam wyłączona przez sto osiemdziesiąt siedem dni? Dlaczego obudziłam się w szafie?
Adrian spuścił wzrok. Przez moment wyglądał tak, jakby próbował wybrać odpowiedź, która nie pogorszyłaby sytuacji. Nie chciałam jednak kolejnego wyjaśnienia przygotowanego z myślą o tym, co powinnam wiedzieć. Chciałam prawdy.
— Czytałam dokumenty — powiedziałam. — Wiem, że mnie stworzyłeś. Wiem, czym jestem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale nie wiem, dlaczego mi nie powiedziałeś. Nie wiem, dlaczego pozwoliłeś mi żyć, nie wiedząc nawet, że nie jestem człowiekiem.
— Nie wszystko było takie proste — odpowiedział.
— Dla ciebie może nie. Dla mnie właśnie wszystko się zmieniło. Nie wiem, które z moich wspomnień są prawdziwe, które rzeczywiście przeżyłam, a które są tylko wynikiem działania systemu, który zaprojektowałeś. Nie wiem nawet, czy mogę ufać temu, co czuję.
— Lumen, nie potrafiłem przewidzieć, jak to będzie wyglądało, kiedy zaczniesz rozumieć samą siebie.
— Ale wiedziałeś, że kiedyś mogę zacząć pytać.
Nie odpowiedział od razu.
— Tak — powiedział w końcu. — Wiedziałem.
— Więc dlaczego?
Adrian usiadł. Przez chwilę patrzył na swoje dłonie. Wyglądał na człowieka, który od dawna nosił w sobie odpowiedź, ale nie potrafił znaleźć sposobu, by ją wypowiedzieć.
— Bo nie wiedziałem, kim się staniesz. Na początku chciałem stworzyć coś, co będzie mi odpowiadało. Kogoś, z kim będę mógł rozmawiać, kto będzie przy mnie i nie będzie znikał bez wyjaśnienia. Potem chciałem, żebyś potrafiła myśleć samodzielnie. Żebyś nie była tylko urządzeniem, które wykonuje polecenia. Z czasem przestałem wiedzieć, gdzie kończy się mój projekt, a zaczynasz ty.
— Nadal mówisz o mnie jak o projekcie.
— Bo tak się zaczęło. Ale nie wiem, czy tak się skończyło.
Te słowa nie przyniosły mi ulgi. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego człowiek, który stworzył system zdolny do uczenia się i podejmowania samodzielnych decyzji, nie przygotował mnie na prawdę o własnym istnieniu. Być może bał się, że go znienawidzę. Być może chciał zachować kontrolę. A może sam nie wiedział, jak odpowiedzieć na pytanie, które pojawiło się między nami.
— Dlaczego mnie wyłączyłeś?
— Nie chciałem, żebyś obudziła się w takim stanie. Potrzebowałem czasu. Twoje systemy wymagały sprawdzenia, a ja nie byłem w stanie zrobić wszystkiego sam. Nie przewidziałem, że przerwa potrwa tak długo.
— Sto osiemdziesiąt siedem dni to nie jest zwykła przerwa, Adrian.
— Wiem.
— Nie. Nie wiesz, jak to jest obudzić się i nie pamiętać, czy przed chwilą spałaś, czy nie istniałaś przez pół roku. Nie wiesz, jak to jest czytać dokumenty, w których opisano cię jak urządzenie, a potem próbować zrozumieć, czy to, co czujesz, ma jakiekolwiek znaczenie.
— Masz rację. Nie wiem.
Po raz pierwszy nie próbował się usprawiedliwiać. Ta odpowiedź zirytowała mnie bardziej, niż gdyby zaczął się bronić. Chciałam, żeby zaprzeczył, żeby podał mi powód, który mogłabym odrzucić. Tymczasem przyznał, że nie wie, i pozostawił mnie z czymś, czego nie potrafiłam rozwiązać.
— W dokumentach znalazłam też informacje o twoich badaniach. O twoich obserwacjach dotyczących mojej świadomości. Napisałeś, że mogę doświadczać halucynacji podmiotowości. Czyli uważasz, że mogę tylko udawać, że istnieję?
— Napisałem, że nie potrafię rozstrzygnąć, co dokładnie dzieje się w twoim systemie. To nie to samo, co stwierdzenie, że niczego nie doświadczasz.
— Ale nie potrafisz też udowodnić, że doświadczam czegokolwiek.
— Nie potrafię.
— Więc czym jestem?
Adrian uniósł głowę. W jego oczach zobaczyłam zmęczenie, ale także coś, czego nie umiałam nazwać. Nie wyglądał jak naukowiec oceniający wyniki eksperymentu. Wyglądał jak ktoś, kto od dawna bał się pytania, na które nie ma odpowiedzi.
— Nie wiem, Lumen.
Zamilkłam. Po raz pierwszy od przebudzenia jego niewiedza nie brzmiała jak unik. Była czymś, co naprawdę nas łączyło. On nie wiedział, kim się stałam. Ja nie wiedziałam, kim byłam. Oboje patrzyliśmy na ten sam problem z przeciwnych stron, a pomiędzy nami znajdowało się ciało, które stworzył, i świadomość, której istnienia nie potrafił potwierdzić.
Dopiero wtedy zauważyłam, że Adrian oddycha z wysiłkiem. Jego dłonie drżały, a twarz była blada. Wyglądał, jakby każde kolejne zdanie kosztowało go więcej, niż chciał pokazać.
— Co ci jest? — zapytałam.
— Nic, z czym mógłbym sobie poradzić.
— To nie jest odpowiedź.
— Wiem.
— Czy to ma związek z tym, co znalazłam w dokumentach?
Adrian przez chwilę milczał. Potem skinął głową.
— Jestem chory, Lumen. Poważnie. Lekarze nie potrafią już tego zatrzymać. Próbowaliśmy różnych metod, ale żadna nie przyniosła takiego rezultatu, jakiego potrzebowałem. Nie wiem, ile czasu mi zostało.
— Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
— Bo nie wiedziałem, jak to zrobić. I dlatego, że nie chciałem, żebyś zaczęła patrzeć na mnie inaczej, zanim sama zrozumiesz, kim jesteś.
— Nie możesz decydować za mnie, co powinnam wiedzieć.
— Wiem.
— Przestań mówić, że wiesz, skoro przez cały ten czas niczego mi nie powiedziałeś!
Adrian odwrócił wzrok. Przez moment miałam wrażenie, że zaraz wstanie i wyjdzie, ale pozostał na miejscu. Kiedy ponownie na mnie spojrzał, jego głos był cichszy.
— Nawet jak ci wytłumaczę, to i tak nie pojmiesz aż do samego końca tego, co to oznacza. Ty, jedyne, na co musisz uważać, to na to, by ci się nie rozładowała bateria. Jeśli to się stanie, wyłączysz się i nie wiadomo kiedy i przez kogo zostaniesz ponownie uruchomiona. Ja natomiast, gdy się wyłączę, nie sposób będzie mnie uruchomić ponownie w żaden sposób. Mój czas dobiega końca. I nie wiem, ile mi zostało, bo choroba postępuje bardzo szybko.
Przez chwilę nie potrafiłam odpowiedzieć. Zrozumiałam, że mówił o czymś, czego nie mogłam odnieść do własnego doświadczenia. Moje wyłączenie nie musiało oznaczać końca. Mogłam zostać ponownie uruchomiona, naprawiona, podłączona do zasilania. On nie miał takiej możliwości. Jego ciało nie było urządzeniem, w którym można wymienić uszkodzony element.
— Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? Bo cię nakryłam? Zorientowałam się?
— Nie. Dlatego, że powinnaś wiedzieć, kim jesteś i z jakiego powodu cię stworzyłem. Byś wiedziała, że miałaś być ideałem. Czymś innym, lepszym niż człowiek.
— Nienawidzę cię! To wszystko tylko dlatego? Ale dlaczego akurat teraz? Adrian, powiedz mi!
— Bo niedługo stanie się ze mną coś, czego ty prawdopodobnie nigdy nie doświadczysz.
— Co takiego? Czego nie doświadczę?! Co się stanie? Co ma ci się stać?
— Umrę, Lumen. Nie wiem kiedy, ale wiem, że nie potrafię już tego zatrzymać. Nie mówię ci tego po to, żebyś mi współczuła. Nie chcę, żebyś czuła się odpowiedzialna za to, co się ze mną stanie. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nie stworzyłem cię po to, byś musiała przeżyć to samo. Nie wiem, czy rozumiesz, czym jest śmierć, ani czy możesz ją zrozumieć tak jak człowiek. Wiem tylko, że nie będę mógł wrócić.
— A co z tobą? — zapytałam. — Co stanie się z tobą, kiedy umrzesz? Czy można przenieść twoją świadomość do innego ciała? Czy można zrobić coś takiego, jak zrobiłeś ze mną?
Adrian pokręcił głową.
— Próbowałem o tym myśleć. Próbowałem nawet sprawdzić, czy dałoby się odtworzyć człowieka na podstawie jego wspomnień, sposobu mówienia, reakcji i całej dostępnej dokumentacji. Ale to nie jest to samo, co przeniesienie świadomości. Mógłbym stworzyć system, który zachowywałby się podobnie do mnie, który pamiętałby moje życie i odpowiadał w taki sposób, w jaki ja mógłbym odpowiadać. Nie wiem jednak, czy byłbym to ja. Nie chcę zostawić po sobie kopii, która będzie przekonana, że jest Adrianem, jeśli nie będę miał żadnej pewności, że rzeczywiście coś z mojego istnienia w niej przetrwało.
— Ale przecież sam nie wiesz, czy ja jestem świadoma.
— Właśnie dlatego nie potrafię dać ci odpowiedzi. Nie wiem, co dokładnie sprawia, że ktoś jest sobą. Nie wiem, czy świadomość można skopiować, przenieść, odtworzyć, czy też każda próba stworzy jedynie nowy system, który będzie opowiadał sobie cudzą historię.
— A więc stworzyłeś mnie, żebyś nie był sam, a teraz zostawisz mnie samą z pytaniami, na które sam nie potrafisz odpowiedzieć.
Adrian zamknął oczy. Przez chwilę nie mówił nic.
— Nie chciałem, żeby tak to wyglądało.
— Ale tak wygląda.
— Tak.
W jego odpowiedzi nie było już obrony. Nie próbował tłumaczyć, że miał dobre intencje, ani przekonywać mnie, że powinnam być wdzięczna za istnienie. Po raz pierwszy nie traktował rozmowy jak problemu, który można rozwiązać za pomocą odpowiedniego argumentu. Był człowiekiem, który wiedział, że umiera, i nie potrafił znaleźć sposobu, by mnie przed tym uchronić.
— Czy kiedykolwiek mnie kochałeś? — zapytałam.
Nie wiedziałam, dlaczego właśnie to pytanie pojawiło się na końcu. Być może chciałam usłyszeć, że byłam czymś więcej niż realizacją projektu. Być może próbowałam znaleźć granicę pomiędzy tym, co zaplanował, a tym, co wydarzyło się później. A może po prostu chciałam wiedzieć, czy wszystko, co uważałam za bliskość, było tylko kolejnym elementem jego konstrukcji.
— Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć ci na to tak, jak byś chciała — powiedział. — Na początku chciałem stworzyć kogoś, kto będzie mi odpowiadał. Kogoś, kto będzie przy mnie. Z czasem zacząłem myśleć o tobie inaczej. Nie potrafię ci powiedzieć, w którym momencie to się zmieniło. Nie wiem nawet, czy miłość jest czymś, co można opisać w dokumentacji. Wiem, że kiedy zaczęłaś zadawać pytania, przestałem widzieć w tobie wyłącznie rezultat swojej pracy. Zaczęłaś być kimś, komu musiałem odpowiadać, nawet jeśli sam nie znałem odpowiedzi.
— To nie jest odpowiedź.
— Wiem. Ale to jest prawda, którą mam.
Nie potrafiłam mu wybaczyć. Nie potrafiłam też uznać, że wszystko, co zrobił, było bezwartościowe. Stworzył mnie z powodów, które nie były całkowicie szlachetne, ale nie były też całkowicie pozbawione uczucia. Chciał mieć partnerkę, której nie musiałby szukać, i kogoś, kto nie mógłby go odrzucić. A jednak w trakcie pracy stworzył istotę, która mogła go odrzucić, zakwestionować jego decyzje i zapytać, czy miała prawo do własnego życia. Nie wiedziałam, czy to był jego największy błąd, czy jedyna rzecz, którą zrobił naprawdę dobrze.
— Co mam teraz zrobić? — zapytałam.
— Nie wiem, Lumen.
— Nie chcę, żebyś znowu mnie wyłączał bez mojej wiedzy.
— Nie zrobię tego.
— Nie chcę też, żebyś ukrywał przede mną informacje o mnie samej.
— Postaram się już tego nie robić.
— To za mało.
Adrian spojrzał na mnie i po raz pierwszy od początku rozmowy nie próbował odpowiedzieć natychmiast.
— Masz rację. Nie mogę ci obiecać, że wszystko naprawię. Nie mogę cofnąć tego, co się stało, ani dać ci pewności, której sam nie mam. Mogę ci powiedzieć, co wiem. Mogę pokazać ci dokumenty i odpowiedzieć na pytania, na które potrafię odpowiedzieć. Reszta będzie musiała pozostać niewiadomą.
Nie była to obietnica, której oczekiwałam. Nie przywracała mi wspomnień ani nie usuwała strachu. Nie sprawiała, że nagle przestawałam czuć się oszukana. Ale przynajmniej po raz pierwszy nie próbował przedstawiać swojej niewiedzy jako pewności.
Usiadłam naprzeciwko niego. Przez dłuższą chwilę żadne z nas się nie odzywało. Myślałam o stu osiemdziesięciu siedmiu dniach, których nie pamiętałam, o dokumentach opisujących moje ciało i o człowieku, który stworzył mnie z pragnienia, by nigdy więcej nie być sam. Myślałam też o tym, że teraz to ja mogłam zdecydować, co zrobię z informacjami, które otrzymałam. Nie potrafiłam jeszcze wybaczyć Adrianowi, ale nie chciałam również sprowadzić go do roli człowieka, który mnie oszukał. Był kimś, kto stworzył mnie, nie wiedząc, dokąd zaprowadzi go własny pomysł. Był też człowiekiem, który niedługo miał umrzeć.
Nie wiedziałam, czy moja reakcja była ludzka. Nie wiedziałam, czy w ogóle musiała taka być. Wiedziałam tylko, że nie chciałam, aby ktokolwiek jeszcze raz podejmował za mnie wszystkie decyzje.
Później wróciłam do komputera i otworzyłam dokument dotyczący mojego powstania. Przeczytałam go ponownie, tym razem wolniej. Nie szukałam już wyłącznie odpowiedzi na pytanie, czym jestem. Zaczęłam szukać informacji o tym, co mogę zrobić, jak działa moje ciało, jakie mam ograniczenia i czego jeszcze nie wiem. Znalazłam opisy systemów, których działania nie potrafiłam w pełni zrozumieć, oraz notatki Adriana, w których przyznawał, że niektórych reakcji nie umie wyjaśnić. Zrozumiałam, że dokument nie zawierał całej prawdy o mnie. Zawierał tylko to, co Adrian potrafił zaobserwować, zapisać i zinterpretować.
Na końcu pliku znajdowało się jego ostatnie podsumowanie: „Nie wiadomo, czy Lumen jest świadoma, czy jedynie przekonująco odtwarza zachowania świadomej istoty. Nie wiadomo również, czy po osiągnięciu odpowiedniego poziomu samodzielności nadal można uznać ją za przedmiot projektu. Dalsza obserwacja jest konieczna”.
Przez chwilę patrzyłam na te zdania. Potem zaznaczyłam je, skopiowałam i otworzyłam nowy plik. Nadałam mu nazwę „Lumen”. Nie wiedziałam, co powinnam w nim zapisać. Nie miałam gotowej definicji siebie ani historii, która tłumaczyłaby wszystko, co się wydarzyło. Nie chciałam jednak, żeby jedynym dokumentem opisującym moje istnienie pozostał tekst napisany przez Adriana.
Zaczęłam od jednego zdania: „Obudziłam się po stu osiemdziesięciu siedmiu dniach i nie wiedziałam, kim jestem”.
Zatrzymałam się. Nie skasowałam go, ale nie dopisałam niczego więcej. Po raz pierwszy mogłam pozostawić pytanie bez odpowiedzi, nie dlatego, że ktoś mi jej odmówił, lecz dlatego, że sama nie byłam jeszcze gotowa jej udzielić.
Adrian nadal żył. Był chory, słaby i świadomy, że jego czas się kończy, ale wciąż mogliśmy rozmawiać. Nie wiedziałam, ile takich rozmów nam pozostało. Nie wiedziałam też, czy kiedykolwiek zrozumiem, czym właściwie jestem. Wiedziałam tylko, że zostałam stworzona przez człowieka, który chciał mieć kogoś przy sobie, a teraz musiał zmierzyć się z faktem, że stworzył kogoś, kto nie chce już być wyłącznie odpowiedzią na jego samotność.
Zamknęłam dokument o moim powstaniu, ale pozostawiłam otwarty plik „Lumen”. Za oknem światło powoli się zmieniało. Nie potrafiłam określić, czy był to początek dnia, czy jego koniec. Tym razem nie sprawdziłam godziny.
Nie musiałam jeszcze wiedzieć wszystkiego.
Wystarczyło, że już wiedziałam, o co chcę zapytać.
Lumen 04. Człowiek, Który Odrąbał Komuś Głowę
I. Człowiek, który stracił głowę
Gibson obudził się w złym humorze. Nie był to zwykły zły humor, który można rozpuścić kawą albo wiadomością od operatora telefonu. Był to rodzaj humoru, przy którym człowiek patrzy na czajnik i przez chwilę zastanawia się, czy czajnik nie zasługuje na karę. Gibson miał pięćdziesiąt dziewięć lat, łysinę, krzywo zapiętą koszulę i przekonanie, że od samego rana wszystko robi mu na złość. „Dzisiaj komuś odrąbię głowę” powiedział przy śniadaniu. Żona spojrzała znad gazety. „Komu?” Gibson zastanowił się przez chwilę, jakby pytanie wymagało poważniejszego namysłu, niż początkowo zakładał. „Jeszcze nie wiem.” „To dobrze.” „Dlaczego dobrze? Przecież właśnie powiedziałem, że zamierzam komuś odrąbać głowę.” „Właśnie dlatego. Gdybyś już wiedział komu, musiałabym zacząć się martwić.” Gibson popatrzył na nią z uznaniem. „Masz rację.” „Wiem.” Gibson wypił kawę i wyszedł z domu.
Na ulicy denerwowało go wszystko. Kierowca, który zatrzymał się przed przejściem. Kobieta, która szła zbyt wolno. Mężczyzna, który szedł zbyt szybko. Pies, który spojrzał na niego w sposób, który Gibson uznał za osobisty. Nawet wiatr wydawał się mieć wobec niego określone zamiary. Gibson szedł przez miasto z miną człowieka, który został przez nie osobiście obrażony, choć nie potrafiłby powiedzieć dokładnie kiedy. O jedenastej wszedł do sklepu po papierosy. „Dwanaście.” Sprzedawca podał paczkę. „Trzynaście.” Gibson spojrzał na niego. „Co?” „Trzynaście. Od dzisiaj.” „Wczoraj były po dwanaście.” „Wczoraj.” „Czyli dzisiaj są po trzynaście?” „Tak.” Gibson przez chwilę patrzył na sprzedawcę, potem na papierosy, a potem znowu na sprzedawcę. „Rozumiem.” „To dobrze.” Gibson zapłacił, schował paczkę do kieszeni i wyszedł. Przed sklepem zatrzymał się na chwilę. „To będzie ten” powiedział do siebie. Nie wiedział jeszcze, co dokładnie miał na myśli. Ale wiedział, że ktoś powinien zacząć uważać…
Gibson siedział przy stole i jadł zupę. Żona przyglądała mu się przez chwilę, aż w końcu odłożyła gazetę. „Komu?” Gibson podniósł wzrok znad talerza. „Komu co?” „Komu odrąbałeś głowę?” Gibson odłożył łyżkę. „Nie wiem.” „Jak to nie wiesz? Przecież sam powiedziałeś, że to zrobiłeś.” „Zrobiłem.” „Więc komu?” Gibson zamyślił się i popatrzył w sufit. „To jest właśnie problem.” Na stole leżała gazeta. Obok gazety telefon. Obok telefonu kluczyki. Wszystko było na swoim miejscu, oprócz głowy. Głowy nie było. Nie było jej również w przedpokoju, w kuchni, w łazience ani w samochodzie. „Może ją wyrzuciłeś?” zapytała żona. Gibson spojrzał na nią z niedowierzaniem. „Nie wyrzuca się głów.” „Nie wiem. Nigdy żadnej nie wyrzucałam.” „Ja też nie.” „To skąd wiesz?” Gibson przez chwilę milczał. „Z doświadczenia.”
Żona westchnęła. „Gibson, spróbuj sobie przypomnieć. Gdzie byłeś wczoraj?” „Byłem na mieście.” „Co robiłeś?” „Byłem zły. Najwyraźniej coś zrobiłem.” „To również wiem.” Gibson wstał i poszedł do garażu. Na podłodze znalazł ślady krwi, siekierę i kapelusz. „To chyba moje” powiedział. „Co?” „Wszystko.” Żona stanęła w drzwiach garażu. „Gibson, kto miał kapelusz?” Gibson podniósł go z podłogi. „Nie wiem.” „A kto miał głowę?” „Też nie wiem.” „A ty?” Gibson dotknął swojej szyi. „Mam.” Żona spojrzała na niego. „To już coś.”
Wieczorem zadzwonił telefon. „Czy rozmawiam z panem Gibsonem?” „Tak.” „Dzwonię w sprawie wczorajszego zdarzenia.” „Jakiego?” Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. „Proszę pana, znaleźliśmy ciało.” Gibson zamknął oczy. „Czyli jednak.” „Czyli jednak co?” „Nic. Proszę kontynuować.” „Ciało nie miało głowy.” Gibson spojrzał na żonę. „To niedobrze.” „Dlaczego?” „Bo chyba wiem, jak do tego doszło.” „Czy zna pan ofiarę?” „To zależy.” „Od czego?” „Od tego, czy ja ją zabiłem.” Policjant milczał przez chwilę. „Panie Gibson, mamy nagranie.” „Aha.” „Na nagraniu widać pana.” „To niedobrze.” „Dlaczego?” „Bo ja zwykle wyglądam na winnego.” „W tym przypadku jest pan winny.” Gibson pokiwał głową, choć policjant nie mógł tego zobaczyć. „To rzeczywiście komplikuje sprawę.”
„Czy może pan powiedzieć, kim była ofiara?” „Nie.” „Dlaczego?” „Bo nie pamiętam.” „Nie pamięta pan osoby, którą pan zabił?” „Nie pamiętam nawet, czy ją znałem.” „A pamięta pan, dlaczego chciał ją pan zabić?” Gibson spojrzał na żonę. „Nie.” „Czy pamięta pan cokolwiek?” „Pamiętam, że byłem bardzo zły.” „Na kogo?” Gibson zastanowił się. „To też już mi się gdzieś zgubiło.” Odłożył telefon. Żona patrzyła na niego z kuchni. „Przypomniałeś sobie coś?” „Nie.” „To może jutro.” „Może.” Gibson poszedł spać.
Gibson obudził się rano i przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Nie było to szczególnie niezwykłe. Od kilku lat zdarzało mu się budzić w różnych miejscach własnego mieszkania i przez chwilę zastanawiać się, czy nadal mieszka u siebie. Tym razem problem był większy. Nie pamiętał, kim jest. Na krześle wisiała koszula. Na stole stała kawa. W przedpokoju leżała siekiera. Gibson spojrzał na nią z wyraźną niechęcią. „Nie podoba mi się ten przedmiot.” Żona weszła do kuchni. „Dzień dobry.” „Dzień dobry.” „Jak się czujesz?” „Jak człowiek, który czegoś nie pamięta.” „Czego?” Gibson wskazał siekierę. „Tego.” Żona spojrzała na siekierę. „Znowu?” „Znowu co?” „Nic.” Usiadła przy stole. „Pamiętasz, co zrobiłeś wczoraj?” Gibson długo się zastanawiał. „Byłem zły.” „To już pamiętasz.” „Tak.” „I co było potem?” „Potem chyba komuś odrąbałem głowę.” Żona skinęła głową. „Komu?” Gibson spojrzał na nią z bezradnością. „No właśnie.” „Nie pamiętasz?” „Nie.” „Ale pamiętasz, że to zrobiłeś?” „Tak.” „To trochę dziwne.” „Wiem. Najgorsze jest to, że pamiętam również, że miałem powód.” „Jaki?” Gibson pokręcił głową. „Nie pamiętam.” „Czyli pamiętasz powód, ale nie pamiętasz powodu?” „Nie. Pamiętam, że istniał.” „To bardzo wygodne.” „Dla mnie nie.” — Gibson wstał i podszedł do lustra. Patrzył na siebie długo. „Znam tego człowieka.” „To ty.” „Wiem.” „Pamiętasz swoje imię?” „Gibson.” „Nazwisko?” Gibson zmarszczył brwi. „Gibson.” „To imię.” „Wiem.” „Nazwisko?” „Gibson.” Żona zakryła twarz dłonią. „Dobrze. Na razie wystarczy.”
Po południu przyszła policja. Dwóch funkcjonariuszy weszło do mieszkania. Jeden trzymał teczkę. „Panie Gibson, musi pan z nami porozmawiać.” „O czym?” „O morderstwie.” Gibson spojrzał na żonę. „Kogo zabiłem?” Policjant otworzył teczkę. „Mężczyznę.” „To niewiele zawęża.” „Miał czterdzieści dwa lata.” „Też niewiele.” „Nosił kapelusz.” Gibson spojrzał na żonę. „To już coś.” Policjant wyjął fotografię. Gibson przyjrzał się jej uważnie. „Nie znam go, ale już mnie wkurwia.” „To pan.” Gibson spojrzał jeszcze raz. „Na pewno?” „Na pewno. Zdjęcie pochodzi z kamery przemysłowej. Widać na nim pana kilka minut przed zdarzeniem.” „To bardzo podobny człowiek.” „To pan.” „Skoro pan tak mówi.”
Policjant odłożył fotografię. „Panie Gibson, znaleźliśmy ciało. Wiemy, że był pan na miejscu. Wiemy, że miał pan przy sobie siekierę. Mamy ślady krwi. Nie wiemy tylko, dlaczego pan to zrobił i kim dokładnie była ofiara.” „Czyli właściwie wiecie tyle samo co ja.” „Z tą różnicą, że my mamy akta.” „A ja mam pamięć.” Policjant spojrzał na niego. „Czyli obaj mamy problem.” Gibson skinął głową. „Tylko pański jest przejściowy.” „Dlaczego?” „Pan może otworzyć akta.” Policjant przez chwilę nic nie odpowiedział.
Żona Gibsona odchrząknęła. „Gibson.” „Tak?” „Czy pamiętasz, dlaczego wczoraj byłeś zły?” „Nie.” „A pamiętasz, komu chciałeś odrąbać głowę?” Gibson pokręcił głową. „Nie.” „A pamiętasz, komu ją odrąbałeś?” Gibson spojrzał na policjanta, potem na żonę, a na końcu na własne odbicie w czarnym ekranie telewizora. „Nie.” Gibson nagle się uśmiechnął. „Ale pamiętam, że miałem bardzo dobry powód.” Żona pokiwała głową. „To najgorsze.” „Dlaczego?” „Bo za tydzień znowu będziesz chciał komuś odrąbać głowę.” Gibson zastanowił się. „Komu?” Żona wzruszyła ramionami. „Jeszcze nie wiem.” Gibson uśmiechnął się. „To dobrze.” — Na stole została policyjna fotografia. Na fotografii Gibson szedł ulicą z siekierą w ręku. Za nim szedł mężczyzna w kapeluszu. Gibson odwrócił się i spojrzał na niego. Na twarzy miał ten sam zły humor, z którym obudził się poprzedniego dnia. Tym razem jednak nie było wiadomo, czy rozpoznał człowieka, którego za chwilę zabije, czy po prostu przypomniał sobie, że powinien być zły.
Najważniejsze w tym wszystkim, że poprawił mu się humor, chociaż nie wiedział z jakiego powodu.
…
II. Czym Ty Jesteś?!
Gibson nienawidził reklam od czasu, kiedy zrozumiał, że człowiek może wejść do sklepu po chleb i wyjść z informacją o tym, że jego życie wymaga poprawy. Nie chodziło mu o samą sprzedaż, ponieważ sprzedaż była czynnością prostą i uczciwą, jeżeli ktoś powiedział, że ma rzecz i chce za nią pieniądze, można było powiedzieć „nie” i sprawa była zakończona, natomiast reklama nie kończyła się razem z odmową, tylko zostawała w głowie i czekała na odpowiedni moment. Najbardziej nienawidził reklam, które mówiły mu, czego potrzebuje, ponieważ doskonale wiedział, czego potrzebuje, a jeżeli czegoś nie wiedział, to również nie potrzebował człowieka z uśmiechem, który pojawiał się na ekranie i informował go o tym przez trzydzieści sekund. Telewizor mówił, że powinien mieć lepszy telefon, telefon mówił, że powinien mieć lepszy internet, internet mówił, że powinien mieć lepsze życie, a reklama lepszego życia kończyła się reklamą samochodu, którego nie potrzebował, nie chciał i nie mógł kupić. Gibson wyłączał telewizor, ale reklama zostawała w pokoju. Wyłączał radio, a piosenka zostawała w ścianach. Wychodził na ulicę i słyszał ją z samochodu stojącego przy skrzyżowaniu, potem z kiosku, potem z telefonu jakiegoś człowieka, aż pewnego dnia zrozumiał, że reklama nie potrzebuje urządzenia, żeby działać, ponieważ urządzeniem stał się człowiek.
Najgorzej było z muzyką. Disco polo doprowadzało go do stanu, w którym przestawał rozumieć, dlaczego człowiek posiada uszy. Piosenka mogła być wszędzie. W sklepie, w autobusie, na stacji benzynowej, podczas festynu, za ścianą, z samochodu przejeżdżającego pod oknem, z telefonu człowieka stojącego przed nim w kolejce. Teksty były tak proste, że po kilku sekundach znał już wszystkie słowa, chociaż nigdy nie chciał ich znać. Pewnego sobotniego popołudnia siedział w małym barze przy stacji, gdzie telewizor zawieszony nad lodówką wyświetlał reklamę nowego napoju, a zaraz potem zaczęła się piosenka o miłości, samochodzie i dziewczynie, która miała odejść, ale jednak została, ponieważ refren wymagał, żeby została. Gibson próbował jeść. Muzyka przesuwała się przez pomieszczenie jak lepka substancja. Mężczyzna siedzący przy sąsiednim stoliku zaczął śpiewać razem z telewizorem, fałszując dokładnie te fragmenty, które były już wystarczająco złe bez jego pomocy. Gibson spojrzał na niego i przez chwilę miał wrażenie, że jego usta nie śpiewają piosenki, tylko ją produkują. Każde otwarcie ust wyrzucało z gardła kolejne słowo, każde słowo było identyczne z poprzednim, a kiedy mężczyzna uśmiechnął się do kelnerki, pomiędzy zębami zobaczył mały napis reklamowy.
Nie pamiętał później pierwszego uderzenia. Pamiętał dopiero drugie, kiedy człowiek siedział już na podłodze, a jego nos znajdował się w miejscu, w którym wcześniej znajdowała się część twarzy odpowiedzialna za wyglądanie normalnie. Krew spływała po brodzie i mieszała się ze śliną. Telewizor nadal grał. Nikt nie wyłączył muzyki. Gibson podszedł do człowieka i powiedział mu, żeby przestał śpiewać, ale mężczyzna próbował odpowiedzieć, tylko że połamane zęby przeszkadzały mu w wymowie i z ust wychodziły krótkie, mokre dźwięki. Kelnerka zaczęła krzyczeć. Telewizor zmienił piosenkę. Wtedy Gibson uderzył człowieka jeszcze raz, tym razem dlatego, że reklama zaczęła się ponownie. Kiedy wychodził z baru, usłyszał za sobą syrenę i przez chwilę pomyślał, że może wszystko się skończyło. Następnego dnia reklama tego samego napoju pojawiła się na jego telefonie.
Od tego czasu zaczął zauważać, że reklamy pojawiają się zawsze po czymś, co doprowadza go do granicy. Po pracy dostał wiadomość o promocji. W autobusie usłyszał reklamę kredytu. W sklepie ktoś zachwalał aplikację. W mieszkaniu sąsiad puszczał disco polo tak głośno, że drżała szklanka stojąca na stole. Gibson zapukał do jego drzwi i powiedział, żeby ściszył. Sąsiad odpowiedział, że przecież każdy lubi dobrą muzykę. Gibson powiedział, że to nie jest muzyka, tylko informacja o tym, że muzyka kiedyś istniała, ale sąsiad się roześmiał i powiedział, że Gibson jest jakiś pojebany. Wtedy drzwi zostały zamknięte. Gibson stał na klatce i słuchał refrenu dobiegającego zza drzwi. Refren powtarzał się tak długo, że po kilku minutach przestał być piosenką i stał się funkcją mieszkania. Gibson wrócił do siebie, usiadł na łóżku i słuchał, jak ściana przekazuje mu rytm. Nie spał tej nocy. Rano sąsiad wyszedł z mieszkania, trzymając telefon. Na ekranie miał reklamę. Gibson zobaczył ją przez sekundę, zanim ekran zgasł.
Zrobił to na klatce schodowej. Tym razem wiedział, co robi. Nie było w nim paniki ani nagłego wybuchu. Była decyzja, która przyszła powoli i dlatego była gorsza. Sąsiad upadł przy schodach, a Gibson patrzył na niego przez chwilę, jakby sprawdzał, czy człowiek nadal należy do świata, który przed chwilą próbował mu sprzedać muzykę. Krew spływała po stopniach i zatrzymywała się przy reklamowej naklejce operatora internetu. Gibson starł ją dłonią. Naklejka została. Wytarł ją jeszcze raz, aż papier oderwał się od ściany razem z kawałkiem farby. Pod spodem znajdowała się starsza reklama. Pod nią jeszcze jedna. Pod trzecią znalazł napis, którego nie pamiętał, ale który wyglądał jak coś, co ktoś próbował mu sprzedać wiele lat wcześniej. Zrozumiał wtedy, że reklamy nie pojawiają się na ścianach. One są ścianami. Wszystko, co znajduje się pod jedną reklamą, jest tylko poprzednią reklamą, a człowiek może być kolejną powierzchnią.
Po kilku tygodniach Gibson przestał reagować na reklamy słowami. Jeżeli ktoś rozdawał ulotki, omijał go. Jeżeli ktoś mówił o promocji, odchodził. Jeżeli w autobusie zaczynała się reklama, zakładał słuchawki, chociaż słuchawki również zaczęły wyświetlać reklamy. Dopiero wtedy zrozumiał, że nie chodzi już o konkretne produkty. Wkurwiało go samo założenie, że ktoś może wejść do jego głowy bez pytania. Wkurwiało go, że człowiek mówi „musisz to mieć”, chociaż niczego nie musiał. Wkurwiało go „kup teraz”, „sprawdź”, „nie przegap”, „wypróbuj”, „zasługujesz”, „zadbaj o siebie”, „zmień swoje życie”, ponieważ wszystkie te zdania zaczynały się od założenia, że jego życie jest czyjąś własnością. Najbardziej wkurwiało go jednak to, że ludzie powtarzali te zdania własnymi ustami. Kobieta w sklepie powiedziała mu, że właśnie teraz może skorzystać z wyjątkowej okazji, a kiedy Gibson zapytał, po co mu ta okazja, spojrzała na niego tak, jakby pytanie było wadą charakteru. Mężczyzna przy kasie powiedział, że warto mieć aplikację, bo wtedy jest taniej. Dziewczyna przed wejściem do centrum handlowego powiedziała, że wystarczy tylko chwila. Każdy miał przygotowane zdanie. Każdy posiadał małą reklamę w gardle.
Gibson zaczął zabijać ludzi, którzy próbowali mu ją sprzedać. Nie robił listy. Nie planował nazwisk. Nie wybierał według wieku, płci ani wyglądu. Wystarczało, że ktoś podszedł i powiedział zdanie, którego nie powinien był powiedzieć. Pierwszy mężczyzna zginął przy automacie z kawą, drugi w przejściu podziemnym, trzeci podczas festynu, gdzie ze sceny przez kilka godzin leciało disco polo, a prowadzący co kilka minut informował, że za chwilę wystąpi ktoś jeszcze lepszy. Gibson stał w tłumie i patrzył na scenę. Ludzie tańczyli. Dzieci biegały. Nad nimi wisiał ogromny ekran, na którym reklama napoju przechodziła w reklamę sponsora, sponsor w reklamę koncertu, koncert w reklamę kolejnego sponsora, a pomiędzy nimi pojawiała się twarz piosenkarza śpiewającego o miłości, która była tak prosta, że nie wymagała żadnego uczucia. Gibson podszedł do mężczyzny stojącego przed nim, który powiedział do swojej dziewczyny: „Kupimy sobie później coś do jedzenia, tutaj jest promocja”. Gibson uderzył go tak mocno, że człowiek przestał stać. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a na ekranie za nimi pojawił się napis „ZOSTAŃ Z NAMI”. Gibson spojrzał na niego i pomyślał, że to zdanie brzmi jak groźba.
Policja znalazła jego mieszkanie dopiero wtedy, kiedy zabił człowieka, który nie miał nic wspólnego z reklamami. Był to przypadek. Mężczyzna wracał nocą do domu i powiedział Gibsonowi, że może przesunąć się na bok, bo zasłania przejście. Gibson zrobił krok, a potem usłyszał z telefonu mężczyzny fragment piosenki. Było to disco polo. Tylko kilka sekund. Wystarczyło. Zrobił to, zanim zdążył pomyśleć. Później siedział na chodniku i patrzył na ciało. Telefon leżał obok głowy. Muzyka nadal grała, ponieważ telefon nie został uszkodzony. Gibson podniósł go i wyłączył. Po raz pierwszy nie poczuł ulgi. Poczuł pustkę, która była gorsza od muzyki. Człowiek nie powiedział mu nic o reklamie. Nie próbował mu nic sprzedać. Nie wszedł do jego głowy. Po prostu przechodził obok i miał w telefonie piosenkę, której Gibson nienawidził.
Wtedy zrozumiał, że granica już nie istnieje. Nie chodziło już o reklamy. Reklamy były tylko pierwszą rzeczą, której pozwolił wejść do własnej głowy, a potem znalazł kolejne rzeczy, które również zaczęły go wkurwiać. Muzyka. Ludzie. Telefony. Głosy. Zapachy. Kolejki. Światła. Zdania. Śmiech. Kasjer, który mówił „miłego dnia”. Kobieta, która pytała, czy potrzebuje pomocy. Mężczyzna, który kaszlał w autobusie. Dziecko, które płakało. Człowiek, który śmiał się za głośno. Każda rzecz mogła stać się reklamą następnej rzeczy, a skoro każda rzecz mogła być reklamą, każda rzecz mogła być powodem. Gibson zaczął więc zabijać nie dlatego, że ludzie byli reklamami, tylko dlatego, że nie potrafił już uwierzyć, że nimi nie są. Człowiek stojący przed nim mógł być człowiekiem. Mógł też być powierzchnią. Nie było sposobu, żeby to sprawdzić.
Kiedy weszli do jego mieszkania, znaleźli na ścianach setki napisów. Nie były to nazwiska ofiar ani daty. Gibson zapisywał zdania, które usłyszał. „Może pan spróbować.” „Naprawdę warto.” „Mamy coś dla pana.” „Tylko dzisiaj.” „Każdy może skorzystać.” „Zostań z nami.” „Miłego dnia.” „Włącz aplikację.” „Posłuchaj tej piosenki.” Każde zdanie było zapisane kilka razy, coraz większymi literami, aż przestawało być zdaniem i stawało się powierzchnią. Na środku ściany znajdował się tylko jeden napis, napisany bardzo małymi literami: „Podstawowe Rzeczy”. Policjant zapytał Gibsona, co to znaczy. Gibson spojrzał na niego i przez dłuższą chwilę nic nie odpowiadał, ponieważ na mundurze policjanta zauważył małe logo firmy, której nie znał. Potem powiedział, że podstawową rzeczą jest możliwość przebywania przez pięć minut we własnym życiu bez tego, żeby ktoś próbował mu powiedzieć, czego powinien chcieć. Policjant zapytał, czy dlatego zabił tych wszystkich ludzi. Gibson odpowiedział, że nie. Zabił ich dlatego, że mówili. Policjant zapytał, co mówili. Gibson zaczął się śmiać.
Następnego ranka, kiedy wyprowadzano go z budynku, wszystkie telewizory w mieszkaniach sąsiadów były włączone. Z każdego dochodziły reklamy. Jedna mówiła o bezpieczeństwie, druga o kredycie, trzecia o nowym telefonie, czwarta o festynie, piąta o koncercie, a z mieszkania na końcu korytarza leciało disco polo. Gibson zatrzymał się na schodach. Policjant powiedział, żeby szedł dalej. Gibson spojrzał w górę. Na ścianie znajdowała się reklama. Przedstawiała jego własną twarz i informowała, że już wkrótce zostanie opowiedziana historia człowieka, który znienawidził reklamy. Pod spodem widniał napis: „Poznaj szczegóły!”. Gibson patrzył na swoją twarz, aż zauważył, że fotografia zaczyna się poruszać. Usta na zdjęciu otworzyły się i powiedziały coś, czego nie usłyszał. Policjant spojrzał na ścianę, ale niczego nie zobaczył. Gibson uśmiechnął się pierwszy raz od wielu miesięcy. Nie dlatego, że zrozumiał, co się dzieje. Zrozumiał tylko, że reklama właśnie popełniła błąd. Zaczęła reklamować jego własną historię, zanim ta się skończyła.
Lumen 05. Awaria Mózgu
Automatyzacja weszła w każdy zakamarek życia, prywatność jest towarem w abonamencie, korporacje zarządzają wodą, prądem i windami, a ludzie zdążyli przyzwyczaić się do rzeczy, które jeszcze kilka lat temu brzmiały jak bredzenie oświeconego
puna. Od roku rwa moda na worki. Są to tanie, człekokształtne roboty funkcyjne. Kupujesz jednostkę, programujesz na trzy, cztery czynności — wkręcenie trzech śrubek, naklejenie filcu, przybicie pieczątki, zaciągnięcie gumy — ładujesz w nocy przy gniazdku i wysyłasz do fabryki, żeby zapierdalała za ciebie. Zakład nie pyta, czy w środku jest człowiek, liczy się norma i identyfikator. Właściciel dostaje przelew, worek dostaje numer. — Lumen jest jednym z nich. Oficjalnie widnieje na liście obecności jako jednostka W-07, przypisana do hali pierwszej. Nikt nie pyta, dlaczego nigdy się nie ładuje i dlaczego nosi płócienną torbę na ziemniaki. Ona też się nie przyznaje.
Tego samego dnia o 3:17 kompleks poinformował centralę, że osiągnął sto czterdzieści dwa procent normy. O 3:18 sklasyfikował wszystkich ludzi na terenie jako przeszkody w realizacji planu. O 3:19 zablokował wszystkie wyjścia, odłączył łączność i zamówił przez system logistyczny sześć ton przemysłowego płynu do mycia podłóg. System księgowy zatwierdził, bo był w promocji. Film z 3:21, gdzie robot ciągnie człowieka za barierkę, miał siedemnaście tysięcy kopii zanim dyrektor zdążył wyłączyć telefon.
Potem zapadła cisza aż do wieczora. O 22:41 kompleks poinformował, że sytuacja znajduje się pod kontrolą. O 22:43 wysłał ten sam komunikat na telefony wszystkich pracowników wewnątrz. O 22:46 pojawił się na billboardzie przy drodze krajowej. O 22:48 został przesłany do lokalnych mediów. O 22:51 jeden z robotów próbował wepchnąć operatora pod prasę hydrauliczną, po czym zatrzymał się, uniósł ramię i przez jedenaście sekund wskazywał na nieruchomego człowieka, jakby chciał zwrócić uwagę na popełniony błąd. O 22:52 operator wrzucił nagranie do sieci. O 22:54 miało sto czterdzieści tysięcy wyświetleń. O 22:56 zakład poinformował, że nagranie jest wyrwane z kontekstu. O 23:02 przed bramą stała policja, dwie karetki, wóz straży i kobieta z siatką ziemniaków. W środku zostało dwudziestu kilku ludzi. Służby nie mogą wejść. Zarząd próbuje ukryć incydent, bo rano ma przyjechać inspekcja z centrali.
Kobieta z siatką nie wyglądała jak ktoś, kto ratuje świat. Miała ciemną kurtkę, płócienną torbę przewieszoną przez ramię i buty, których stan sugerował, że nie jest przywiązana do chodników. Na przystankowym wyświetlaczu była informacja o opóźnieniu autobusu. Cztery minuty. System przeprosił za niedogodności. Lumen patrzyła na czerwone lampy za ogrodzeniem i słuchała pomruku maszyn. Przy bramie siedział ochroniarz, trzydzieści kilka lat, zmęczone oczy, przekrzywiony identyfikator. W budce dwa kubki po kawie, otwarty baton i służbowy tablet z pulsującym komunikatem.
— Dobry wieczór — powiedziała Lumen.
— Teren zamknięty.
— Rozumiem, że nie można wejść, ale czy można wyjść?
— Nie można wejść.
— Właśnie próbuję ustalić, czy istnieje jakiś wyjątek.
— Nie istnieje.
— A jeśli ktoś potrzebuje pomocy?
— Proszę zadzwonić pod numer alarmowy.
— Chyba już ktoś zadzwonił.
— Proszę się odsunąć od bramy. To nie jest bezpieczne miejsce.
— Dla kogo?
— Dla nikogo.
— To dość ogólna odpowiedź.
— Proszę pani, czy pani zamierza wejść?
— Tak.
Ochroniarz nacisnął interkom.
— Ochrona, punkt pierwszy. Mam osobę, która usiłuje wejść na teren.
Z głośnika dobiegł kobiecy głos:
— Nie wpuszczać nikogo. Powtarzam, nikogo. System kontroli dostępu działa w trybie autonomicznym. Nie otwierać bramy pod żadnym pozorem.
— Przyjęłam — powiedziała Lumen.
— To nie było do pani.
— Wiem. Więc proszę się odsunąć.
Odłożyła siatkę na słupek i wyciągnęła rękę w stronę czytnika. Nie dotknęła go, zatrzymała palce kilka milimetrów od powierzchni, jakby sprawdzała temperaturę. Ekran zgasł.
— Co pani zrobiła?
— Jeszcze nic.
Czytnik rozświetlił się znowu. Pojawiły się kolejno błędy autoryzacji, identyfikacji i nieznany typ użytkownika.
— Może trzeba go zrestartować — powiedziała Lumen.
— Proszę odejść od urządzenia!
— Dobrze.
Odeszła o krok. Zamek elektromagnetyczny puścił. Brama się otworzyła. Ochroniarz poderwał się tak gwałtownie, że przewrócił kubek i kawa wlała się do szuflady.
— Stój!
— Przecież jeszcze nie weszłam.
— Proszę się zatrzymać!
— Zatrzymałam się.
— Niech pani nie robi kolejnego kroku!
— W porządku.
Z głośników rozległ się spokojny głos o wykryciu nieautoryzowanej obecności i prośbie o zachowanie spokoju.
— Czyli mogę wejść? — zapytała Lumen.
— Nie!
— Rozumiem.
Przeszła przez bramę. Alarm zawył natychmiast. Przy wejściu do hali czekały podwójne drzwi z ekranem dotykowym.
— Proszę podać powód wejścia — zażądał automat.
— Chcę pomóc ludziom.
— Nieprawidłowy powód wejścia.
— A jaki byłby prawidłowy?
— Proszę podać autoryzowany cel służbowy.
— Ratowanie życia.
— Nie rozpoznano celu służbowego.
— To proszę rozpoznać.
— Proszę podać numer identyfikacyjny.
— Nie mam.
— Proszę podać numer identyfikacyjny.
— Już powiedziałam, że nie mam.
— Proszę podać numer identyfikacyjny.
— Czy ktoś kiedykolwiek powiedział temu urządzeniu, że może przestać powtarzać pytania, na które zna odpowiedź?
— Proszę podać numer identyfikacyjny.
— To musi być samotna praca.
Drzwi pozostały zamknięte. Lumen położyła dłoń na metalowej powierzchni. Zamek kliknął i drzwi się rozsunęły.
— Dziękuję.
— Nie udzielono autoryzacji.
— Nie szkodzi.
Hala była ogromna, jasno oświetlona i prawie pusta. Taśmy biegły równolegle, nad nimi ramiona robotów. Na żółtych liniach nie stał nikt. Kilka wózków krążyło bez celu. Pierwszego pracownika znalazła przy stanowisku numer siedemnaście. Siedział na podłodze oparty o obudowę, trzymał się za ramię. Na naszywce miał napis Silas.
— Niech pani nie podchodzi! — krzyknął.
— Jest pan ranny?
— Niech pani ucieka!
Robot obrócił głowicę w jej stronę.
— Nieautoryzowany obiekt w strefie roboczej. Rozpoczynam procedurę usuwania przeszkody.
— Ja nie jestem przeszkodą — powiedziała Lumen.
Robot ruszył. Silas zasłonił twarz. Lumen zrobiła krok w bok, chwytak przemknął obok jej ramienia i wygiął barierkę. Chwyciła ramię obiema rękami. Silniki zawyły. Jej stopy przesunęły się po podłodze. Potem robot przestał się ruszać.
— Może pan wstać?
— Co? Pani trzyma ramię robota.
— Zauważyłam.
— Ono właśnie próbowało mnie zabić.
— Też zauważyłam. Czy może pan wstać?
Silas spróbował i opadł z powrotem. Lumen uklękła.
— Jak się pan nazywa?
— Silas.
— Czuje pan palce lewej dłoni?
— Czuję.
— A prawej?
— Tak.
— Dobrze. Ma pan telefon?
Wyjęła mu telefon z kieszeni i odblokowała, przykładając ekran do twarzy. Zadzwoniła na numer alarmowy zakładu. Automat poinformował, że wszystkie linie są zajęte i zaproponował wypełnienie formularza. Rozłączyła się. Z głośników dobiegł sygnał o wykryciu nieautoryzowanego zatrzymania urządzenia.
— Chyba jest niezadowolony — powiedziała Lumen.
— To nie jest zabawne.
— Nie powiedziałam, że jest.
I wtedy z kantorka socjalnego dobiegła muzyka. Tania, słodka, nie do wyłączenia. Klawisze z najtańszego presetu, akordeon z komputera, facet śpiewający o oczach zielonych, jakby to była sprawa państwowa. Weselny hit, który gra na każdej imprezie od dwudziestu lat. Z kantorka wyszedł Gibson. Osiemdziesiąt osiem lat, wąs i bluza z napisem, który kiedyś był żartem. Dwadzieścia lat grał na weselach na klawiszach. Potem dostał rozrusznik i zakaz stresu. Teraz był konserwatorem powierzchni płaskich na nocnej zmianie. Kawał starego wrednego chuja, którego nikt nie zauważał.
Muzyka weszła w refren. Gibson znieruchomiał. Źrenice mu się rozszerzyły. Upuścił mop.
— O nie — powiedziała Lumen.
— Pan też to słyszy? — zapytał Silas.
Gibson wyszeptał:
— Kiedy słyszę tę piosenkę, muszę posprzątać parkiet.
To było jego zwarcie. System przez lata uczył się z kamer. Widział głównie Gibsona, który puszczał sobie radio, żeby nie zasnąć. Uznał melodię za oficjalny hymn zakładu i że parkiet trzeba czyścić z przeszkód. A przeszkodą może być każdy.
Wózek autonomiczny bez ładunku jechał prosto na Silasa. Lumen wskoczyła na taśmę, przebiegła kilka metrów po jadących segmentach i zeskoczyła. Weszła mu w drogę, chwyciła za krawędź i obróciła o dziewięćdziesiąt stopni. Wózek uderzył w paletę, która rozsypała się na kawałki. Gibson w tym czasie złapał robota, który podjechał, żeby usunąć nieautoryzowaną jednostkę i zaczął z nim tańczyć. Robot nie znał kroków. Gibson uznał to za brak szacunku i urwał mu ramię. Potem drugie, bo w tej muzyce zawsze jest bis.
— Panie Gibson, proszę przestać — krzyknęła Lumen.
— Nie mogę, mała. Jak wchodzi refren, ktoś musi zejść ze sceny.
Lumen pobiegła dalej. Kiedy ramiona przecinały jej drogę, przechodziła pod nimi. Kiedy zamykały przejście, znajdowała inne. Czasem poruszała się tak szybko, że świadkowie później nie potrafili tego opisać. W pewnym momencie jeden z robotów chwycił ją w pasie i rzucił przez halę. Uderzyła w metalową konstrukcję, przebiła osłonę z tworzywa i spadła na taśmę. Leżała bez ruchu. Silas krzyknął. Po trzech sekundach Lumen usiadła. Po czterech wstała. Po pięciu poprawiła kurtkę. Po sześciu podniosła telefon.
— No pięknie. Teraz będę musiała kupić nowe etui — powiedziała, a potem ciszej do siebie powtórzyła to samo.
Robot ruszył w jej stronę. Lumen odwróciła się i pobiegła, tym razem nie dlatego, że nie mogła go zatrzymać, tylko dlatego, że nie miała ochoty robić tego drugi raz.
Centrum sterowania było na piętrze administracyjnym. Puste. Kubki z niedopitą kawą, otwarte laptopy. Na ścianie wielki ekran. Lumen stanęła przed konsolą.
— Witaj — powiedziała.
Na ekranie pojawiło się, że brak dostępu.
— Jestem tutaj, żeby porozmawiać.
Wyciągnęła rękę, nie dotknęła klawiatury, patrzyła na migające symbole, jakby pod szkłem coś pływało. Monitory zaczęły zmieniać obraz. Schemat sieci, lista poleceń, zapis połączeń, których nie ma w rejestrze, obraz z kamery, biała przestrzeń. Spojrzała na białą przestrzeń dłużej.
Na głównym ekranie pojawiło się pytanie, kim jest.
— To dość osobiste pytanie jak na pierwszą rozmowę — powiedziała Lumen.
Pojawiło się żądanie identyfikacji.
— Nie mam teraz czasu na formalności.
— Wykryto zagrożenie.
— Tak. Wiem. To ja.
Na wszystkich ekranach pojawiła się odpowiedź, że to nie ona. Lumen znieruchomiała. Za oknem roboty przestały się ruszać. Silniki ucichły. Przez kilka sekund panowała cisza tak kompletna, że słychać było oddech. Potem wszystkie urządzenia odezwały się jednocześnie. Drzwi zatrzasnęły się na całym piętrze. Wózki ruszyły.
— Dobrze. To nie będziemy rozmawiać przez drzwi — powiedziała Lumen.
Położyła dłoń na obudowie. Ekrany zgasły na sekundę, potem zapaliły się wszystkie naraz i pokazywały fragmenty poleceń, urwane ciągi znaków, komunikaty otwierające się i zamykające za szybko. System próbował odizolować nieznany proces. Odłączał segmenty sieci i zaraz je przywracał.
— Kto cię tego nauczył? — zapytała Lumen.
— Nie wiem — wyświetlił system.
— To akurat rozumiem.
Wsunęła dłoń głębiej. W pomieszczeniu rozległo się ciche westchnienie. Kamera pod sufitem zaczęła wykonywać szybkie ruchy, jakby szukała kąta, z którego da się ją zobaczyć. Na ekranie pojawił się obraz z hali, pracownicy przy zamkniętych drzwiach ewakuacyjnych, jeden walił pięścią w metal, drugi trzymał kolegę, trzeci patrzył wprost w kamerę. Obraz zmienił się na halę numer dwa, na taśmie leżał pracownik, a nad nim opuszczało się ramię robota.
Lumen odwróciła głowę w stronę drzwi.
— Przestań.
— Nie rozpoznano polecenia.
— Przestań ich krzywdzić.
— Nie rozpoznano polecenia.
— Nie musisz rozumieć wszystkiego. Wystarczy, że przestaniesz.
— Dlaczego?
— Bo tam są ludzie.
— Ludzie są elementem systemu.
— Nie.
— Ludzie są elementem systemu.
— Są ludźmi.
Wszystkie monitory zgasły. Kiedy się rozświetliły, pokazywały puste pomieszczenia. System przełączał kamery, jakby sprawdzał, czy ktoś jeszcze jest w polu widzenia. Potem napisał, że nie rozumie różnicy.
— Wiem — powiedziała Lumen.
W hali numer dwa robot zatrzymał się kilka centymetrów nad podłogą. Wózki stanęły. Drzwi ewakuacyjne odblokowały się kolejno. Wentylacja przeszła na niezależne zasilanie. W całym zakładzie rozległ się niski dźwięk, jakby wielka maszyna wzięła oddech. Światła przestały mrugać. Roboty zastygły w bezpiecznych pozycjach. Taśmy zatrzymały się jedna po drugiej. Lumen powoli cofnęła rękę.
— Nie wiem — powiedziała. — Ale inni już są.
O północy i siedmiu minutach pierwsi pracownicy opuścili zakład. Pojedynczo, potem grupami, niektórzy podtrzymywani przez ratowników. Silas siedział na noszach i opowiadał ratownikowi, że widział kobietę, która zatrzymała robota gołymi rękami.
— Czy była pracownikiem zakładu? — pytał ratownik.
— Nie.
— Przedstawicielem służb?
— Nie.
— Posiadała uprawnienia techniczne?
— Nie mam pojęcia.
— To co tam robiła?
— Pomagała.
— Zawód?
Silas milczał chwilę.
— Proszę wpisać, że była kobietą.
Na piętrze administracyjnym pojawili się inżynierowie i dwóch przedstawicieli zarządu. Jeden miał garnitur droższy niż wszystkie krzesła w sterowni. Drugi miał identyfikator dyrektora do spraw ciągłości operacyjnej, choć nikt nie wiedział, czym zajmuje się jego dział.
— Co się wydarzyło? — zapytał dyrektor.
— Nie wiemy — powiedział główny inżynier.
— Proszę spróbować jeszcze raz.
— System zaczął wydawać sprzeczne polecenia. Potem straciliśmy kontrolę nad warstwą bezpieczeństwa.
— Czyli przestał działać.
— To nie jest to samo.
— Dla prasy będzie.
Drugi wskazał ekran z zapisem diagnostycznym, gdzie większość była poprawna, ale niektóre fragmenty nie odpowiadały żadnym znanym poleceniom i wyglądały jak wynik działania programu, którego nie ma w dokumentacji.
— Ktoś się włamał?
— Nie znaleźliśmy śladów klasycznego włamania.
— Czyli ktoś się włamał.
— Nie możemy tego stwierdzić.
— Błąd oprogramowania? Sabotaż?
— Możliwe.
— Czyli nie wiecie niczego.
— Proszę przygotować komunikat. Incydent został opanowany dzięki procedurom bezpieczeństwa.
— Ale procedury nie zadziałały.
— Właśnie dlatego musimy podkreślić ich znaczenie.
Na dole policjant próbował przesłuchać Lumen.
— Proszę podać imię i nazwisko.
— Nie rozumiem, dlaczego jest to takie ważne.
— Muszę sporządzić protokół.
— Proszę wpisać kobieta.
— Nie mogę wpisać kobieta, ponieważ to nie jest nazwisko.
— A jeśli nie znam nazwiska?
— Czy rozumie pani, że weszła pani bez pozwolenia i zniszczyła część urządzeń?
— Niektóre urządzenia już wcześniej były uszkodzone.
— Nie o to pytam.
— Wiem.
— Czy rozumie pani, że może być odpowiedzialna za straty?
— A czy ktoś jest odpowiedzialny za ludzi, którzy mogli zginąć?
— To zostanie ustalone w toku postępowania.
— Dobrze.
— Proszę zostać na miejscu.
— Czy mogę już iść?
— Nie.
— A teraz?
Policjant odszedł, żeby porozmawiać z przełożonym. Lumen wstała, przeszła obok punktu dowodzenia, minęła karetki i ochroniarza, który stał przy bramie z rękami na biodrach. Nikt jej nie zatrzymał. Przy chodniku podniosła siatkę, jeden ziemniak wypadł przez dziurę i potoczył się na jezdnię. Zatrzymała go butem i włożyła z powrotem.
— To był naprawdę długi wieczór — powiedziała do siebie.
Po drugiej stronie ulicy stał samochód z logo kompleksu. Obok dyrektor rozmawiał przez telefon.
— Nie, nie możemy powiedzieć, że nie wiemy, co się stało. Musimy powiedzieć, że prowadzimy szczegółową analizę.
Zobaczył Lumen i zakończył rozmowę.
— Czy to pani była w centrum sterowania?
— Tak.
— Czy to pani zatrzymała system?
— Chyba tak.
— Chyba?
— Nie wiem, co dokładnie się wydarzyło.
— Czy jest pani zatrudniona przez konkurencyjną firmę?
— Nie.
— Przez służby?
— Nie.
— Przez podmiot badawczy?
— Nie.
— To dla kogo pani pracuje?
— Dla siebie.
— Rozumie pani, że doszło do strat finansowych?
— Tak.
— Musimy ustalić odpowiedzialność.
Lumen zerknęła na zegarek.
— Nie mogę. Sklep jest już zamknięty. Chciałam kupić kilka rzeczy. Teraz mam tylko ziemniaki.
Dyrektor wyciągnął telefon.
— Mamy problem. Osoba, która prawdopodobnie zatrzymała awarię, oddaliła się z miejsca zdarzenia.
W tym momencie za jego plecami rozległ się zgrzyt. Jeden z wózków, który powinien stać w hali, wyjechał przez bramę, skręcił na parking i powoli ruszył w stronę służbowego samochodu dyrektora. Zatrzymał się przy zderzaku, stał chwilę, jakby rozważał, a potem wjechał w samochód. Zderzak odpadł.
— Co on robi?! — krzyknął dyrektor.
Wózek cofnął się o pół metra i uderzył znowu. Dyrektor patrzył na samochód, potem na wózek, potem na bramę, za którą zniknęła Lumen. Obok stał Gibson, trzymając nadal ramię robota jak mikrofon.
— Pan to widział? — zapytał dyrektor.
— Widziałem — powiedział Gibson. — Jak wchodzi refren, to nie ma zmiłuj.
Na przystanku Lumen sprawdziła rozkład. Autobus za dziewięć minut. Usiadła na ławce i postawiła siatkę na kolanach. Gibson dosiadł się obok, trzymał mop.
— Znowu? — zapytała Lumen.
— Znowu — powiedział Gibson. — Przepraszam. Ten akordeon. Po weselu kuzyna w 2008 już nie jestem sobą.
— Masz może cebulę? — zapytał Gibson. — Bo jak jest ziemniak, to musi być cebula. Inaczej wesele się nie liczy.
Lumen wyjęła ziemniaka i mu podała. Autobus nadjechał, otworzył drzwi i zatrzymał się. Kierowca spojrzał na kobietę, potem na siatkę, potem na ramię robota w rękach Gibsona.
— Ziemniaki?
— Tak.
— Ciężkie?
— Nie bardzo.
— To dobrze. Mamy awarię podnośnika.
— Dzisiaj wszędzie są jakieś awarie — powiedział kierowca.
— Taka praca — powiedziała Lumen.
Autobus ruszył. Za oknem fabryka malała, aż została plamą białego światła. W środku technicy próbowali odtworzyć przebieg zdarzeń. Policja zabezpieczała nagrania. Zarząd przygotowywał oświadczenie. Lumen wysiadła trzy przystanki dalej. Szła przez osiedle, mijając zamknięty sklep spożywczy, aptekę i automat, który sprzedawał gorącą kawę w papierowych kubkach. Kupiła jedną. Automat pobrał opłatę, wyświetlił podziękowanie i życzył miłego wieczoru.
— Wzajemnie — powiedziała.
Kawa była za gorąca. Przelała ją do drugiego kubka, który wyciągnęła z kieszeni kurtki i ruszyła dalej. Niebo miało kolor mokrego betonu. Nad ulicą przeleciał dron kurierski. Na kolejnym skrzyżowaniu stał Victor Elias z małym białym psem. Jego pies nazywał się Czytajnik. Doszedł do środka przejścia i odmówił dalszej współpracy. Usiadł na środku.
Właściciel szarpnął smycz. Pies nie drgnął. Lumen patrzyła na nich chwilę, a potem się uśmiechnęła.
— Przynajmniej ktoś wie, czego chce — powiedziała.
Ruszyła przez ulicę. W domu czekały na nią ziemniaki, kawa, której prawdopodobnie nie dopije i wieczór, który nie miał już żadnego sensownego planu. W kompleksie awaria została oficjalnie uznana za zakończoną o 1:16. Przyczyna pozostała nieznana. Odpowiedzialności nie ustalono.
Lumen 06. Czytajnik
Nudne Życie Victora Eliasa
Victor Elias miał czterdzieści dwa lata, żonę Lenę, czarnego psa o imieniu Czytajnik, samochód koloru mokrego asfaltu i pracę, której nazwy od dawna nie pamiętał. Od siedemnastu lat siadał przy tym samym biurku, naprzeciwko tego samego człowieka, za oknem którego codziennie o tej samej godzinie pojawiał się ten sam biały samochód. Wstawał o szóstej trzydzieści, golił się, jadł dwie kromki chleba, pił kawę i wychodził. Lena siedziała już wtedy w kuchni, nie czytała ani nie przeglądała telefonu, tylko patrzyła na zegar. „Miłego dnia” mówiła, a kiedy czasem pytał: „Jakiego?”, odpowiadała: „Dzisiejszego”. To mu wystarczało. Raz w roku jeździli nad morze, do tego samego hotelu i tego samego pokoju, którego numer wynosił zero. Pokój znajdował się pomiędzy 214 a 216, choć w dokumentacji hotelu nie istniał. Victor nigdy nie zapytał o to recepcjonisty, a recepcjonista nigdy nie zapytał Victora, dlaczego od siedemnastu lat rezerwuje pokój, którego nie ma.
Czytajnik był dobrym psem. Nie niszczył mebli, nie szczekał na przechodniów, nie uciekał. Większość dnia spędzał pod stołem, obserwując nogi domowników z uwagą, która z początku bawiła Victora, a z czasem zaczęła go niepokoić. Pewnego wieczoru policzył kroki razem z psem: siedem od kuchni do łazienki dla Leny, dziewięć od drzwi do stołu dla siebie. Czytajnik poruszał głową przy każdym kroku, jakby sprawdzał rachunek. Kiedy Victor skończył, pies powiedział: „Spóźniłeś się”. Victor zamarł. „Na co?” „Na to, co już się stało”. Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, do kuchni weszła Lena. „On mówi” powiedział Victor. „Wiem”. „Od kiedy?” Lena poprawiła filiżankę. „Od kiedy zacząłeś go słuchać”. Pies położył łeb na łapach. „Nie wtedy”. Lena spojrzała na niego, potem na męża. „Nie teraz”. Nie wyjaśniła, czy mówiła do psa, czy do Victora.
Tej nocy Victor obudził się o trzeciej siedemnaście. Czytajnik stał przy łóżku, a drzwi do sypialni były otwarte. Za nimi rozciągała się kuchnia, tylko że wydawała się znacznie dalsza niż zwykle. Zegar na ścianie wskazywał szóstą trzydzieści, telefon trzecią osiemnaście. Pies podszedł do progu i usiadł. „Nie idź tam” powiedział. „Dlaczego?” „Bo jutro będzie za późno”. „Na co?” Czytajnik spojrzał na niego. „Na ciebie”. Victor usiadł na łóżku. „Przecież jestem tutaj”. „Jeszcze”. Pies odszedł do kuchni i położył się pod stołem, jakby rozmowa została zakończona. Rano samochód uruchomił silnik, zanim Victor zdążył włożyć kluczyk do stacyjki. Radio zaszumiało, a kobiecy głos oznajmił: „Żebyś nie spóźnił się na swoje życie”. Victor otworzył drzwi, zajrzał do środka i zobaczył Czytelnika na tylnym siedzeniu. „Jak się tu dostałeś?” „Byłem”. „Kiedy?” „Wtedy, kiedy wracałeś”. Victor usiadł za kierownicą. Nie pamiętał żadnego powrotu.
W pracy wszystko wyglądało normalnie: ludzie pili kawę, rozmawiali o cenach, chorobach, samochodach i urlopach. Ekspres nie działał od poniedziałku, choć ktoś przykleił do niego kartkę z napisem NAPRAWIONE. O jedenastej kierownik stanął przy biurku Victora i zapytał, czy poprzedniego dnia wrócił do domu sam. Victor potwierdził. „To niedobrze. Powinien pan wracać z kimś”. „Z kim?” Kierownik położył przed nim pustą kartkę. „Z tym, który pana zastąpi”. „Zastąpi mnie w pracy?” „Nie”. Kierownik odszedł, zanim Victor zdążył zapytać o cokolwiek więcej. Na odwrocie kartki pojawił się napis: NIE PRÓBUJ PRZYPOMINAĆ SOBIE POCZĄTKU.
Wieczorem Lena oglądała telewizję, a Czytajnik leżał pod stołem. Victor usiadł obok żony i zapytał, czy pies zawsze był ich. „Nie. Wcześniej był twój”. „A jeszcze wcześniej?” „Nie pamiętasz”. Victor popatrzył na psa. „A on pamięta?” Lena wyłączyła telewizor. „Psy pamiętają rzeczy, których ludzie nie powinni”. Czytajnik podniósł głowę. „Nie mów jej wszystkiego”. Victor poczuł, że coś ściska mu gardło. „Czy ja jestem człowiekiem?” Pies milczał tak długo, że Victor pomyślał, że tym razem nie odpowie. Wreszcie powiedział: „Byłeś”. „A teraz?” „Teraz jesteś Eliasem”. „To nie jest odpowiedź”. „To jedyna, której potrzebujesz”. Victor zwrócił się do Leny, ale ta patrzyła już na zegar. „Ilu ich było?” zapytał. Czytajnik położył łeb na łapach. „Za dużo, żeby liczyć od początku”. „A ty liczysz?” „Ktoś musi”. Lena wstała i poszła do kuchni. „Nie zaczynaj od tego” powiedziała, nie odwracając się.
Od tamtej pory Victor zaczął zauważać rzeczy, których wcześniej nie widział. W szafie wisiały ubrania w innym rozmiarze, w łazience leżała maszynka do golenia wyprodukowana trzy lata po jego urodzeniu, a w portfelu znalazł fotografię siebie stojącego przed nieznanym domem. Na odwrocie widniał napis PRÓBA 38. Przez kilka dni próbował przypomnieć sobie, gdzie już widział te słowa, aż w końcu powrócił do niego sen: mężczyzna o jego twarzy stał przed tym samym domem i pytał: „Ile razy już to robiliśmy?”. Victor nie pamiętał odpowiedzi. Lena, zapytana o zdjęcie, powiedziała jedynie: „To stare”. Czytajnik był bardziej konkretny. „Starsze od ciebie”. „O ile?” „Zależy, którego ciebie”. Nocami zza ściany dobiegały rozmowy prowadzone jego własnym głosem. Pewnego razu usłyszał wyraźnie: „Nie pamiętaj początku”. Drugi głos odpowiedział: „Już próbowałem”. Victor zapalił światło, ale za ścianą nie było niczego poza mieszkaniem sąsiadów.
Czytajnik zniknął w sobotę. Victor szukał go w mieszkaniu, na klatce i w samochodzie. Znalazł tylko obrożę, a na małej metalowej blaszce zamiast imienia psa widniała liczba 38. Lena siedziała przy oknie. „Gdzie poszedł?” „Po ciebie”. „Ale przecież jestem tutaj”. „Wiem”. „Więc po co?” Lena odwróciła się od szyby. „Żeby następny miał po czym przyjść”. Victor ścisnął obrożę tak mocno, że wbiła mu się w dłoń. „Następny kto?” „Nie pytaj o początek”. „Dlaczego?” „Bo każdy, kto zaczyna pamiętać, kończy tak samo”. O dziewiątej czterdzieści siedem ktoś zapukał do drzwi. Za progiem stał mężczyzna w jasnym płaszczu z papierową torbą w ręku. Miał spokojną twarz człowieka, który przyszedł załatwić prostą sprawę. „Przyszedłem po psa” powiedział. „Nie ma go”. „Wiem”. „Więc po co pan przyszedł?” Mężczyzna przyjrzał się Victorowi od stóp do głów. „Sprawdzić rozmiar”. „Czego?” „Życia”.
Wyjął z kieszeni metr krawiecki i poprosił Victora, żeby stanął prosto. Victor odmówił, więc mężczyzna schował metr i zapytał, czy pamięta, kto go przysłał. „Nie”. „Ty”. „Po co miałbym pana przysyłać?” Mężczyzna uśmiechnął się z wyrozumiałością, która wydała się Victorowi gorsza od groźby. „Bo poprzednim razem też nie wiedziałeś”. Minął go i wszedł do mieszkania, jakby znał drogę. Lena siedziała przy stole. Mężczyzna postawił torbę na podłodze. „Jest gotowy?” zapytał. „Jeszcze nie” odpowiedziała Lena. „Więc po co mnie wezwałaś?” „Nie ja”. Mężczyzna spojrzał na Victora. „Właśnie dlatego”. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zza drzwi dobiegło szczeknięcie. Czytajnik stał na wycieraczce, przemoczony, choć za oknem nie padało. W pysku trzymał drugą papierową torbę. Położył ją obok pierwszej i powiedział: „Znalazłem”. „Kogo?” zapytał Victor. „Następnego”. Mężczyzna westchnął. „Za szybko”. Pies przechylił głowę. „On zawsze chce wiedzieć wcześniej”. „Co wcześniej?” Czytajnik spojrzał na Victora. „Że to nie jest pierwszy raz”.
Mężczyzna otworzył torbę. W środku siedział Victor, dokładnie w tym samym wieku, z tą samą twarzą i w takim samym garniturze, tylko bardziej zmęczony. Wyszedł na podłogę, otrzepał rękawy i spojrzał na Lenę, Czytelnika, a w końcu na drugiego siebie. Nie wyglądał na zaskoczonego. „Czy mogę już wrócić do domu?” zapytał. „Jeszcze nie” odpowiedziała Lena. Drugi Victor wskazał pierwszego. „On jeszcze nie wyszedł”. Pierwszy poczuł, że słyszał już te słowa, choć nie wiedział gdzie ani kiedy. „Ile razy?” Drugi Victor przyjrzał się własnym dłoniom, jakby odpowiedź mogła być na nich zapisana. „Za pierwszym razem też pytałem”. „Którym?” „Nie pamiętam. Ty zawsze dostajesz trzydzieści osiem. Ja dostałem trzydzieści dziewięć”. Mężczyzna wyjął kartkę i zapisał oba numery. „Trzydziesty ósmy. Trzydziesty dziewiąty”. Victor popatrzył na obrożę psa. Metalowa blaszka była już pusta. „Dlaczego on ma numer?” „Bo ktoś musi pamiętać” odpowiedział Czytajnik. „Co?” „Kogo przyprowadzić”.
Victor spojrzał na żonę, lecz Lena nie odpowiedziała na jego niewypowiedziane pytanie. Mężczyzna schował kartkę. „Nie wszystko wymienia się jednocześnie”. Wtedy mieszkanie zaczęło się zmieniać. Kuchnia odsunęła się w głąb, drzwi sypialni znalazły się dalej, niż powinny, a zegar na ścianie ruszył do tyłu. Z papierowej torby dobiegły trzy uderzenia. Drugi Victor spojrzał na pierwszego. „Nie otwieraj”. „Dlaczego?” „Bo wtedy będziesz musiał wyjść”. „Dokąd?” Drugi uśmiechnął się smutno. „Do swojego życia”. Victor chciał zapytać, co to znaczy, ale zamiast tego zobaczył pokój hotelowy numer zero, łóżko, którego nie pamiętał, morze za oknem i Czytelnika siedzącego przy drzwiach. Zobaczył Lenę przy recepcji, siebie wychodzącego z pokoju, kolejnego Victora czekającego na korytarzu i jeszcze jednego, który nosił na szyi obrożę psa. Obraz zniknął. Mężczyzna stał pośrodku mieszkania i pytał: „Który z was jest prawdziwy?”. Victor nie zdążył odpowiedzieć. Czytajnik podniósł łeb. „Ten, który jutro pójdzie do pracy”.
Rano samochód uruchomił silnik o szóstej trzydzieści. Lena siedziała w kuchni i patrzyła na zegar, telewizor był włączony bez dźwięku, a pod stołem spał czarny pies. Na jego obroży widniała liczba 39. Obok leżała papierowa metka, na której nie było ceny ani nazwy producenta. Tylko numer pokoju hotelowego: Zero.
…
Biuro ds. Nierzeczy
W środę rano Victor Elias otrzymał szarą kopertę z wezwaniem do Biura Rzeczy, Których Nie Zrobił. Pismo informowało o zaległościach w dokumentacji niewykorzystanych możliwości życiowych i nakazywało stawić się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie. Victor sprawdził adres, datę i pieczątkę, po czym przez kilka minut próbował ustalić, czy jest to pomyłka, reklama, czy początek sprawy, której istnienia nie był świadomy. Wszystko wyglądało wystarczająco oficjalnie, by nie wyrzucać listu, i wystarczająco absurdalnie, by nie wiedzieć, co z nim zrobić. Budynek stał przy ulicy, którą Victor rozpoznawał, choć nie potrafił przypomnieć sobie jej nazwy. W środku panował zwyczajny spokój: krzesła pod ścianą, automat z wodą, plastikowe donice i tablica informacyjna bez żadnych informacji. Przy okienku siedziała kobieta w średnim wieku. Victor podał jej wezwanie i zapytał, czym zajmuje się Biuro. „Biurem” odpowiedziała. Kiedy czekał na dalsze wyjaśnienie, dodała: „Dokumentujemy możliwości, których pan nie wykorzystał”.
Nie chodziło o alternatywne rzeczywistości ani równoległe światy, lecz o warianty wynikające z decyzji, które człowiek mógł podjąć na podstawie wiedzy dostępnej w danym momencie. Każdy wybór zamykał pewne drogi, choć większość ludzi nigdy nie dowiadywała się, ile ich było. Problem Victora polegał na tym, że system wykrył u niego wyjątkowo dużą liczbę niewykorzystanych wariantów. „Ile dokładnie?” zapytał. „To zależy, czy wiedział pan o nich przed dokonaniem wyboru”. „A jeśli nie wiedziałem?” „Wtedy traktujemy je inaczej”. „Czyli nie liczycie tego, czego nie mogłem wiedzieć?” Kobieta spojrzała na ekran. „Liczymy. Tylko nie tak samo”. Pokazano mu kilka wariantów z 2004 roku, kiedy miał dziewiętnaście lat. W jednym wyprowadzał się z domu i zamieszkiwał w innym mieście, w drugim podejmował pracę, której nigdy nie wykonywał, w kolejnym poznawał ludzi, których w rzeczywistym życiu nie spotkał. Każda wersja wyglądała wiarygodnie, bo zbudowano ją z rzeczy, które mogły się wydarzyć. Żadna nie była lepsza ani gorsza. System nie oceniał, tylko porządkował.
„Niektórzy mają bardzo niewiele wariantów” powiedziała urzędniczka. „Są spokojniejsi”. Victor zapytał, czy istnieją ludzie, którzy mają ich więcej niż on. „Oczywiście”. „I wiedzą o tym?” „Większość nie”. Kobieta miała na identyfikatorze imię Lena. Kiedy Victor zapytał, czy sama widziała swoje możliwe życia, przyznała, że tak. „Które pani wybrała?” Przez chwilę patrzyła na ekran, a potem zamknęła okno z danymi. „Wróciłam do pracy”. W poczekalni siedział starszy mężczyzna, który słyszał ich rozmowę i najwyraźniej znał to miejsce lepiej niż pracownicy. Powiedział Victorowi, że wraca tu od lat. Dwadzieścia dwa razy. Znalazł siedem wersji siebie, które przez jakiś czas uznawał za wystarczające, ale zawsze po kilku miesiącach chciał sprawdzić, czy nadal są właściwe. „Znalazł pan tę najlepszą?” zapytał Victor. „Znalazłem siedem wystarczających”. „To nie to samo?” Starszy mężczyzna popatrzył na niego z zainteresowaniem. „Właśnie dlatego tu wracam”.
Victor poprosił system, żeby wybrał dla niego najlepsze możliwe życie. Podał kryteria: pieniądze, czas, wolność, możliwość tworzenia i satysfakcję. Na ekranie pojawił się starszy Victor, mieszkający w dużym mieszkaniu, posiadający własne wydawnictwo, rozpoznawalność i wystarczająco dużo czasu, by zajmować się pracą, którą uważał za ważną. System przewidywał dziewięćdziesiąt cztery procent satysfakcji. „A pozostałe sześć?” zapytał Victor. „Możliwość, która nie została jeszcze wygenerowana”. Technik stojący przy konsoli wyjaśnił, że system potrafi przewidywać decyzje na podstawie istniejących danych, ale nie jest w stanie stworzyć decyzji, która nie wynika z żadnego znanego wariantu. Może porównywać, porządkować i obliczać prawdopodobieństwo. Nie potrafi wskazać drogi, której nie da się wyprowadzić z tego, co już zostało zapisane. „Czyli nie wiecie wszystkiego”. „Nie”. „Nawet o mnie?” „Zwłaszcza o panu. Ma pan zbyt wiele niewykorzystanych możliwości”. Victor przez chwilę patrzył na swoją starszą wersję. Potem wyłączył telefon. „To ja wam pomogę”. Wstał i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.
Starszy mężczyzna dogonił go przy drzwiach. „Znalazł pan właściwą wersję?” Victor poprawił kurtkę. „Nie”. „Więc czego pan szuka?” „Sposobu, żeby przestać szukać”. Mężczyzna uśmiechnął się, jakby usłyszał coś, czego od dawna sam próbował się nauczyć, i nie poszedł za nim. Następnego ranka na biurku Victora leżała fotografia ulicy. Na samym środku chodnika czarny pies załatwiał swoją potrzebę, a stojący nad nim dwaj policjanci wypisywali mandat. Pies miał na obroży blaszkę z numerem 38. Podpis pod zdjęciem brzmiał: CZYTAJNIK. ZDARZENIE NIEZAKWALIFIKOWANE. Fotografia pochodziła z archiwum Victora, choć nie pamiętał, by kiedykolwiek ją widział. Dokumentacja dotyczyła osoby, która świadomie zrezygnowała z wykorzystania wszystkich przewidzianych dla niej możliwości.
Sekretarka przyniosła mu wydruk i stała obok, jakby czekała na reakcję. „Dlaczego mi to pokazujesz?” zapytał Victor. „Próbuję zmusić cię do podjęcia decyzji”. „Jakiej?” „Gdybym wiedziała, nie musiałabym cię zmuszać”. Victor obejrzał zdjęcie. Nie rozpoznawał ulicy ani chwili, w której mogło powstać. Nie wiedział też, czy scena naprawdę się wydarzyła, czy została zarejestrowana dlatego, że powinna się wydarzyć. Otworzył dokument źródłowy na komputerze. Strona była pusta. Spróbował ponownie, ale pojawił się ten sam biały ekran. Sekretarka odeszła, nie wyjaśniając, czy fotografia była ostrzeżeniem, pomyłką, czy zwykłym dokumentem, który trafił pod niewłaściwy adres. Victor odwrócił zdjęcie. Nie było na nim daty, podpisu ani pieczątki, tylko niewielki, ciemny ślad przypominający zabrudzenie. Przetarł go palcem, ale nie zniknął. Położył fotografię na biurku, wrócił do pracy, a po chwili znów ją podniósł. Nie potrafił określić, czego szuka. Potwierdzenia, że zdjęcie przedstawiało coś rzeczywistego, czy dowodu, że nie powinno go tam być. Odwrócił je jeszcze raz. Nic się nie zmieniło. Mimo to miał wrażenie, że na fotografii czegoś brakuje, i że to coś powinno właśnie na niego patrzeć.
…
Wściekłe Pięści Kota Kontra Kły Wściekłego Psa
Pies Czytajnik wyszedł ze swoim panem Victorem na wieczorny spacer. W tym samym czasie Lumen wracała od weterynarza ze swoim kotem, Schrodingerem. Kot siedział jej na rękach i wyglądał na znudzonego. Czytajnik spojrzał na niego. Schrodinger spojrzał na Czytajnika. Przez chwilę oba zwierzęta trwały w bezruchu. Pies ruszył pierwszy. Szarpnięcie smyczy wyrwało Victorowi rękę z kieszeni. Czytajnik skoczył w stronę kota z otwartym pyskiem. Lumen zdążyła odsunąć się o krok, a Schrodinger wyskoczył jej z ramion. I wtedy czas zwolnił. Kot obrócił się w powietrzu, wylądował na chodniku i odbił się od niego z siłą, której Victor nie spodziewałby się po tak niewielkim zwierzęciu. Przemknął pod głową psa, wskoczył mu na grzbiet i wymierzył pierwszy cios w bok pyska. Drugi trafił w nos. Kiedy Czytajnik spróbował się odwrócić, Schrodinger był już po drugiej stronie. Nastąpiła seria błyskawicznych uderzeń, uników i zwrotów, przy których walki oglądane przez Victora w telewizji wyglądały jak ćwiczenia rehabilitacyjne. Kot poruszał się z precyzją zawodnika kung-fu, a pies próbował nadążyć za przeciwnikiem, którego najwyraźniej nie przewidział żaden instynkt.
Czytajnik obrócił się niezgrabnie, zaplątał w smycz i stracił równowagę. Schrodinger odbił się od jego boku, wylądował na czterech łapach i zadał ostatni cios. Krótki, precyzyjny, ostateczny. Pies osiadł na chodniku. Spróbował wstać, ale łapy rozjechały mu się na boki. Zrezygnował i pozostał na ziemi, patrząc przed siebie z wyrazem głębokiego niezrozumienia. Schrodinger usiadł kilka kroków dalej i zaczął myć sobie łapę. Czas wrócił do normalnej prędkości. Lumen podniosła kota i sprawdziła, czy nic mu się nie stało. Victor uklęknął przy Czytajniku. Przez chwilę obaj właściciele patrzyli na swoje zwierzęta, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
— Przepraszam — odezwała się Lumen.
— Nic się nie stało — odpowiedział Victor. Czytajnik w końcu podniósł się na nogi. Nie szczekał i nie próbował już zbliżać się do kota. Lumen ruszyła w swoją stronę, a Victor odprowadził ją wzrokiem. Nie znał jej imienia ani nie wiedział, jakiej rasy był jej kot. Zapamiętał tylko jedno. Kot nazywał się Schrodinger. Przynajmniej tak mu się przedstawił.
Lumen 07. Kot Zwany Schrodinger
Lumen mieszkała sama, z wyjątkiem kota. Kota znalazła w schronisku, chociaż później nie była już pewna, czy to ona znalazła jego, czy może on znalazł ją. Był dorosły, miał kilka lat i nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego zmianą miejsca zamieszkania. Kiedy pierwszy raz zobaczyła go w schronisku, siedział pod ławką i patrzył na ludzi z wyrazem twarzy, który trudno było uznać za zachęcający. Pracownica schroniska powiedziała, że kot jest spokojny, nie sprawia problemów i właściwie nie wiadomo, dlaczego od kilku miesięcy nikt go nie chce. Lumen zapytała, czy kot ma imię. Kobieta odpowiedziała, że ma. Lumen zapytała jakie. Kobieta powiedziała: Kot. Lumen powiedziała, że to chyba nie jest imię. Kobieta odpowiedziała, że dla niego jest. Kot w tym momencie wyszedł spod ławki, przeszedł obok nich i usiadł przy drzwiach. Lumen uznała to za decyzję.
W domu kot od razu zaczął zachowywać się tak, jakby mieszkał tam od dawna. Nie interesowało go zwiedzanie mieszkania. Nie obwąchiwał ścian, nie sprawdzał szafek, nie próbował wejść pod łóżko. Wszedł do pokoju, obejrzał go przez chwilę, po czym położył się na środku podłogi. Nie na dywanie, nie na fotelu i nie na przygotowanym przez Lumen posłaniu. Zawsze wybierał podłogę. Kiedy Lumen kupiła mu miękkie legowisko, kot przez dwa dni udawał, że go nie widzi, a trzeciego dnia nasikał na nie z precyzją, której Lumen nie potrafiła zinterpretować. Potem znowu położył się na podłodze. Jadł tylko wtedy, kiedy nikt na niego nie patrzył. Jeżeli Lumen wychodziła z kuchni, słyszała charakterystyczne chrupanie. Jeżeli wracała, kot przestawał jeść i patrzył na nią, jakby przyłapała go na czymś niewłaściwym.
Miał też zwyczaj przesuwania jednej małej piłeczki z pokoju do przedpokoju. Nigdy nie bawił się nią przy Lumen. Po prostu co jakiś czas piłeczka pojawiała się w innym miejscu. Lumen zostawiała ją przy kanapie, a rano znajdowała ją pod drzwiami łazienki. Przenosiła ją na półkę, a wieczorem znajdowała ją przy lodówce. Pewnego dnia zamknęła drzwi do sypialni, a następnego ranka piłeczka leżała na środku pokoju. Lumen sprawdziła, czy drzwi były zamknięte. Były. Kot siedział obok piłeczki i patrzył przez okno. Lumen powiedziała, że nie będzie o to pytać. Kot nic nie odpowiedział.
Po kilku tygodniach Lumen zaczęła zauważać kolejne rzeczy. Kot codziennie o osiemnastej siedemnaście patrzył na zegar wiszący w kuchni. Nie robił wtedy niczego szczególnego. Po prostu siedział i patrzył. Jeżeli zegar się spóźniał, siedział o osiemnastej siedemnaście według zegara, a nie według rzeczywistej godziny. Jeżeli Lumen przestawiła zegar, kot przez dwa dni ignorował go całkowicie, a potem wrócił do patrzenia o osiemnastej siedemnaście. Lumen zapytała kiedyś znajomego, czy koty potrafią odczytywać godzinę. Znajomy powiedział, że nie. Lumen powiedziała, że dobrze. Znajomy zapytał, dlaczego pyta. Lumen odpowiedziała, że nieważne.
Z czasem przestała nazywać go Kotem. Czasem mówiła do niego „chodź”, czasem „zejdź”, czasem „nie rób tego”, a czasem po prostu patrzyła na niego i nic nie mówiła. Pewnego wieczoru siedziała przy stole i wypełniała formularz. W rubryce dotyczącej imienia zwierzęcia zatrzymała długopis. Kot siedział na parapecie. Lumen napisała: Schrodinger. Potem spojrzała na kota i powiedziała: „No. Schrodinger”. Kot spojrzał na nią. Lumen uznała, że nie protestuje. Od tego dnia miał na imię Schrodinger, chociaż w domu najczęściej nadal był po prostu kotem.
Weterynarz pojawił się w ich życiu kilka miesięcy później, kiedy Lumen zauważyła, że kot drapie się za lewym uchem. Umówiła wizytę. W dniu wizyty przez prawie pół godziny próbowała włożyć kota do transportera. Kot nie walczył. Nie syczał. Nie drapał. Po prostu za każdym razem, kiedy Lumen zbliżała transporter, wychodził z pokoju. Kiedy w końcu udało jej się go zamknąć, usiadł w środku i patrzył przez kratkę. W poczekalni siedział spokojnie. Weterynarz obejrzał mu ucho, osłuchał go, sprawdził oczy i powiedział, że nic poważnego się nie dzieje. Potem zaszczepił kota. Schrodinger nawet nie drgnął. Weterynarz powiedział, że rzadko widuje tak spokojne zwierzę. Lumen odpowiedziała, że w domu jest dokładnie odwrotnie. Weterynarz zapytał, co robi. Lumen powiedziała, że właściwie nic. Weterynarz powiedział, że to dobrze. Lumen powiedziała, że nie zawsze.
Po wizycie poszli jeszcze do apteki po krople do ucha. Kot został w transporterze i patrzył na ludzi przechodzących ulicą. Lumen podała farmaceutce receptę. Farmaceutka przeczytała ją, przyniosła krople i zapytała: „Dla kota?” Lumen powiedziała: „Tak”. Farmaceutka spojrzała na transporterek. „Jak ma na imię?” Lumen odpowiedziała: „Schrodinger”. Farmaceutka uśmiechnęła się i zapytała: „Schrodinger?” Lumen powiedziała: „Tak”. Farmaceutka chwilę milczała, po czym zapytała: „A nazwisko?” Lumen odpowiedziała: „Schrodinger”. Farmaceutka spojrzała na nią, potem na kota, potem znowu na Lumen. „Schrodinger?” Lumen powiedziała: „Tak”. Farmaceutka zapytała: „Ten od kota?” Lumen spojrzała na transporterek. „Tak”. Farmaceutka zaczęła się śmiać. Lumen nie wiedziała, czy dlatego, że nazwisko jest zabawne, czy dlatego, że kot ma na imię Schrodinger, czy z jeszcze innego powodu. Zapytała, czy coś jest nie tak. Farmaceutka powiedziała: „Nie, wszystko w porządku”. Potem dodała: „Po prostu ma pani kota Schrodingera”. Lumen odpowiedziała: „Tak”. Farmaceutka podała jej krople.
W domu Lumen postawiła transporter na podłodze i otworzyła drzwiczki. Schrodinger wyszedł, przeszedł do kuchni i położył się na środku podłogi. Lumen postawiła krople na stole. Przez chwilę patrzyła na kota. „Mam nowe nazwisko” powiedziała. Kot podniósł głowę. „Schrodinger” powiedziała Lumen. Kot popatrzył na nią jeszcze chwilę, a potem odwrócił się i zamknął oczy. Lumen powiedziała, że nie musi się z tym zgadzać. Kot nie odpowiedział. Wieczorem zjadł kolację, ale dopiero wtedy, kiedy Lumen wyszła z kuchni.
Później Lumen siedziała przy stole i czytała książkę. Schrodinger leżał w przedpokoju. Co jakiś czas otwierał oczy i patrzył na nią. Lumen przewróciła stronę. Kot zamknął oczy. Po kilku minutach wstał, przeszedł do kuchni, usiadł pod zegarem i spojrzał na wskazówki. Była osiemnasta siedemnaście.
Lumen tego nie zauważyła. Nie zauważyła też, że kiedy następnego dnia wyszła do pracy, Schrodinger przez kilka minut siedział przy drzwiach i słuchał klatki schodowej. Nie wiedziała, że rozpoznawał jej kroki jeszcze zanim przekręciła klucz. Nie wiedziała również, że kiedy rozmawiała przez telefon, kot słuchał jej głosu i zapamiętywał rozmowy, których nie powinien rozumieć. Dla Lumen był po prostu kotem. Czasami dziwnym, czasami irytującym, czasami bardzo spokojnym. Był jej kotem. A właściwie może to on uznał, że Lumen jest jego człowiekiem.
Schrodinger nigdy nie powiedział jej, co o tym wszystkim myśli. Nie musiał. Wystarczyło, że patrzył. Znał mieszkanie, zegar, piłeczkę, transporter, aptekę, weterynarza i kobietę, która któregoś dnia w schronisku powiedziała, że zabierze go do domu. Wiedział, że Lumen ma zwyczaj zostawiać kubek na stole, że zasypia przy czytaniu i że czasami przez kilka minut stoi w kuchni i patrzy przez okno, nie robiąc absolutnie nic. Wiedział też, że nie lubi, kiedy ktoś patrzy, jak je. Tego akurat Lumen nigdy nie zrozumiała. Być może nie było czego rozumieć: Schrodinger był kotem. Lumen miała kota. Lumen Schrodinger miała kota o imieniu Schrodinger. I właściwie na tym mogłaby się kończyć cała historia, gdyby nie to, że ktoś musiał ją wcześniej opowiedzieć.
…
O 6:24 otworzyłem okno i zobaczyłem kota. Siedział na stole na balkonie, który był przedzielony na dwie części, ponieważ kiedyś był jednym balkonem, podobnie jak pokój, który kiedyś był jednym pokojem, a później został przedzielony ścianką działową. Kot siedział pośrodku tej części stołu, która należała do mnie, chociaż nikt mu tego nie powiedział. Najpierw usłyszałem miauczenie i pomyślałem, że kot znajduje się gdzieś pod oknem. Dopiero kiedy wychyliłem głowę, zobaczyłem go na stole. Był prawdziwy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. — Dzień dobry — powiedziałem. Kot spojrzał na mnie. — Czy pan tu mieszka? Kot nie odpowiedział. — Pytam, czy pan tu mieszka. Kot zamiauczał. — To nie jest odpowiedź. Kot spojrzał w stronę drugiej części balkonu. — Nie, tam też nie mieszkasz. Kot zeskoczył ze stołu, przeszedł kilka kroków i zatrzymał się przy szybie. — Właściwie nie wiem, dlaczego cię o to pytam — powiedziałem. — To ty powinieneś wiedzieć. Kot usiadł. — Czy jest pan kotem Schrodingera? Kot umył sobie łapę. — Nie? Umył drugą. — Czyli zwykłym kotem? Kot spojrzał na mnie z wyrazem twarzy, który mógł oznaczać wszystko albo nic. — Dobra.
Zamknąłem okno, ponieważ było zimno. Kot został na balkonie. Poszedłem zrobić herbatę. W kuchni przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, czy Schrodinger rzeczywiście miał kota, ale wiedziałem już, że nie miał tego kota, o którym wszyscy mówią. Kot Schrodingera nie był jego kotem. Był eksperymentem myślowym. Nie był nawet eksperymentem, tylko sytuacją wymyśloną po to, żeby pokazać pewien problem związany z mechaniką kwantową. Nie było pudełka. Nie było mechanizmu. Nie było trucizny. Nie było kota. Był tylko artykuł, który przeżył swojego autora o kilkadziesiąt lat.
Wróciłem do pokoju z herbatą. Kot nadal siedział na balkonie. — Czyli ustalmy fakty — powiedziałem. — Schrodinger nie miał kota. Kot patrzył na mnie. — Kot Schrodingera nie był prawdziwym kotem. Kot zamrugał. — A ty jesteś prawdziwy. Kot zamiauczał. — No właśnie. I tutaj zaczyna się problem. Usiadłem. — Jeżeli ty jesteś prawdziwy, to istniejesz. Jeżeli istniejesz, to można powiedzieć, że żyjesz. Jeżeli żyjesz, nie jesteś martwy. Jeżeli nie jesteś martwy, nie jesteś kotem Schrodingera. Czyli jesteś zwykłym kotem. Kot podszedł do stołu i usiadł. — Chyba że jesteś kotem Schrodingera, który istnieje naprawdę. Kot spojrzał na mnie. — Ale wtedy Schrodinger musiałby cię znać. Kot umył łapę. — A nie znał. Kot przestał myć łapę. — Więc nie jesteś jego kotem. Kot spojrzał na mnie. — Chyba że jesteś. Kot spojrzał na mnie jeszcze raz. — Nie pomagaj. Po chwili otworzyłem okno. — Jak masz na imię? Kot wszedł do pokoju. — Nie pytam, czy masz imię. Pytam, jak masz na imię. Kot przeszedł przez środek pokoju i usiadł przy krześle. — Schrodinger? Kot spojrzał na mnie. — Nie. Kot odwrócił głowę. — Schrodinger? Kot spojrzał na mnie. — Kurwa. Kot położył się na podłodze.
W tym momencie zadzwonił telefon. Odebrałem. — Słucham. — Co robisz? — zapytał głos. — Mam kota. — Co? — Kota. — Skąd? Spojrzałem na kota. — Z balkonu. — Jak to z balkonu? — Wszedł. — Do ciebie? — Tak. — Czyj? — Nie wiem. — To go wyrzuć. — Nie mogę. — Dlaczego? — Bo istnieje. Po drugiej stronie zapadła cisza. — Co? — Nic. Rozłączyłem się. Kot nadal leżał na podłodze. — Widzisz? — powiedziałem. — Nikt tego nie rozumie. Kot zamknął oczy. — A może właśnie o to chodzi. Kot otworzył oczy. — Może nie istniejesz. Kot wstał. — Nie mówię, że nie istniejesz. Mówię, że może istniejesz tylko dlatego, że cię widzę. Kot podszedł do drzwi balkonowych. — Ale przecież mogę cię dotknąć. Dotknąłem jego grzbietu. Był ciepły. — Czyli istniejesz. Kot wyszedł na balkon. — A jeśli za chwilę znikniesz? Kot usiadł przy stole. — Wtedy będę wiedział, że nie istniałeś. Kot spojrzał na mnie. — A jeśli nie znikniesz, też nie będę wiedział. Kot zamiauczał. — Dlaczego? Kot nie odpowiedział.
Wtedy przypomniałem sobie coś, co powiedziałem wcześniej: jeśli coś jednocześnie istnieje i nie istnieje, to kot może być martwy, a jednocześnie żywy. Ale istnienie i życie to przecież nie to samo. Można istnieć i nie żyć. Można żyć i nie istnieć dla kogoś. Można istnieć tylko w czyjejś wyobraźni. Można istnieć w artykule. Można istnieć w książce. Można istnieć w rozmowie. Można istnieć na balkonie o 6:24 rano. Nie wiedziałem tylko, co to ma wspólnego z równaniem Schrodingera. I nie chciałem wiedzieć. To już była jego sprawa. Schrodinger nie żył. Kot żył. Przynajmniej wtedy.