E-book
49.99
drukowana A5
149.99
Listy z aśramu Ramany

Bezpłatny fragment - Listy z aśramu Ramany

Relacja z codzienności Maharisziego


Objętość:
879 str.
ISBN:
978-83-8455-895-9
E-book
za 49.99
drukowana A5
za 149.99

Wstęp

Suri Nagamma — kronikarka codzienności Bhagawana Ramany

W historii duchowości Indii niewiele jest postaci, które odegrały równie ważną rolę jako świadkowie życia wielkich mistrzów, co Suri Nagamma w odniesieniu do Bhagawana Sri Ramany. Choć sama nigdy nie uważała się za autorkę, filozofa ani nauczyciela duchowego, pozostawiła po sobie jedno z najcenniejszych świadectw dotyczących życia Maharshiego. Dzięki jej niezwykłej dokładności, pokorze i literackiemu talentowi współczesny czytelnik może niemal dzień po dniu śledzić atmosferę aśramu Ramany, słuchać rozmów prowadzonych w obecności Bhagawana oraz obserwować jego reakcje na wydarzenia codzienne. Trudno wskazać inne źródło, które z podobną precyzją i naturalnością dokumentowałoby ostatnie lata życia jednego z najwybitniejszych mędrców XX wieku.

Paradoksalnie kobieta, której zawdzięczamy tę bezcenną kronikę, przez znaczną część życia pozostawała osobą niemal niewidoczną dla społeczeństwa. Urodziła się w rodzinie telugijskich braminów w ostatnich latach XIX wieku, w czasach, gdy południowe Indie pozostawały jeszcze pod administracją brytyjską, a tradycyjne normy społeczne wywierały ogromny wpływ na życie kobiet. Jak większość dziewcząt z jej środowiska została wydana za mąż bardzo wcześnie. Małżeństwo trwało jednak krótko. Owdowiała jeszcze jako bardzo młoda kobieta.

Status młodej wdowy w ówczesnych Indiach oznaczał nie tylko osobistą tragedię, ale również radykalną zmianę pozycji społecznej. Choć reformy XIX wieku złagodziły najdrastyczniejsze zwyczaje, życie wdów nadal podlegało licznym ograniczeniom. Oczekiwano od nich prostoty ubioru, rezygnacji z wielu przyjemności życia codziennego oraz podporządkowania się surowym normom religijnym. W praktyce wiele z nich pozostawało zależnych od krewnych przez resztę życia.

Nagamma zamieszkała u starszego brata, Suriego D. S. Sastriego, znanego uczonego i tłumacza literatury sanskryckiej oraz telugijskiej. To właśnie on odegrał ogromną rolę w dalszym rozwoju jej zainteresowań literackich. W domu panowała atmosfera szacunku dla klasycznej literatury Indii. Czytano Purany, Mahabharatę, Bhagawatę i teksty filozoficzne, a Nagamma stopniowo zdobywała coraz większą biegłość w języku telugu. Choć nie ukończyła formalnych studiów, posiadała wykształcenie znacznie przewyższające poziom typowy dla kobiet jej pokolenia.

Przez wiele lat prowadziła jednak życie stosunkowo ciche i skromne. Nic nie wskazywało, że stanie się jedną z najważniejszych kronikarek współczesnego hinduizmu. Punktem zwrotnym okazało się spotkanie z nauką Bhagawana Ramany Maharshiego.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy po raz pierwszy usłyszała o Maharshim, wiadomo jednak, że jego nauka wywarła na niej głębokie wrażenie jeszcze zanim zamieszkała w Tiruwannamalai. W przeciwieństwie do wielu innych nauczycieli duchowych Ramana nie tworzył organizacji religijnej, nie prowadził misji ani nie zabiegał o uczniów. Siedział po prostu w milczeniu u stóp góry Arunaczala, odpowiadając na pytania tych, którzy sami do niego przychodzili.

Nagamma przybyła do Ramanasramam na początku lat czterdziestych XX wieku. Początkowo planowała jedynie krótki pobyt, jednak atmosfera miejsca oraz bezpośredni kontakt z Bhagawanem sprawiły, że pozostała tam na stałe. Zamieszkała w niewielkim domu w pobliżu aszramu i niemal codziennie uczestniczyła w życiu wspólnoty.

Jej obecność początkowo niczym nie różniła się od obecności wielu innych kobiet odwiedzających aszram. Wszystko zmieniło się dzięki jednej, z pozoru błahej okoliczności.

Nagamma biegle pisała po telugu.

Był to język ojczysty znacznej części odwiedzających Bhagawana, a jednocześnie język, w którym napływało wiele listów, wierszy i artykułów. Maharshi szybko zauważył niezwykłą staranność jej pisma oraz dokładność wykonywanej pracy. Zaczął przekazywać jej do przepisywania teksty, poprawiania korekt drukarskich oraz przygotowywania materiałów do publikacji.

Z biegiem czasu powierzano jej coraz więcej zadań. Przepisywała utwory poetyckie, redagowała teksty przeznaczone do druku, sporządzała czyste kopie rękopisów, a niekiedy odczytywała na głos nowo nadesłane listy i artykuły. Bhagawan wielokrotnie podkreślał, że robi to wyjątkowo starannie i z właściwym wyczuciem języka.

To właśnie dzięki tym obowiązkom znalazła się znacznie bliżej codziennego życia Maharshiego niż większość odwiedzających.

Nie była jednak sekretarką w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Ramana nie posiadał sekretariatu, nie prowadził korespondencji biznesowej ani administracyjnej. Sam żartował, że skoro nie ma żadnych spraw do załatwienia, trudno mówić o potrzebie sekretarzy. Gdy jeden z mieszkańców aszramu zaczął nazywać Nagammę „sekretarką Bhagawana”, Maharshi odpowiedział z charakterystycznym humorem, że człowiek niemający żadnej pracy najwyraźniej potrzebuje największej liczby sekretarzy.

Ten humorystyczny epizod dobrze oddaje charakter relacji pomiędzy Nagammą a Bhagawanem. Nie była jego uczennicą wyróżnianą spośród innych ani osobą pełniącą oficjalną funkcję. Była natomiast niezwykle uważnym obserwatorem, który dzień po dniu przebywał w pobliżu Maharshiego i potrafił dostrzec znaczenie pozornie nieistotnych wydarzeń.

Jej największą zasługą okazało się jednak coś zupełnie innego.

Za namową starszego brata zaczęła regularnie opisywać wydarzenia zachodzące w aszramie i przesyłać je w formie listów do rodziny. Początkowo były to zwykłe prywatne wiadomości. Opisywała rozmowy, zabawne sytuacje, reakcje Bhagawana na pytania odwiedzających oraz atmosferę codziennego życia wspólnoty.

Z czasem listy stały się coraz bardziej systematyczne.

Co istotne, nie były pisane wiele lat po opisywanych wydarzeniach. Powstawały niemal natychmiast — często tego samego dnia lub dzień później. Dzięki temu zachowały niezwykłą świeżość i autentyczność. Nie są wspomnieniami filtrowanymi przez pamięć, lecz zapisem bieżącej rzeczywistości.

Sam Bhagawan bardzo szybko zainteresował się tym, co pisze Nagamma. Prosił o odczytywanie listów przed wysłaniem, poprawiał drobne nieścisłości, uzupełniał brakujące szczegóły, a czasem dodawał własne wspomnienia z dzieciństwa lub młodości. W praktyce oznacza to, że znaczna część Listów z Ramanasramam została pośrednio autoryzowana przez samego Maharshiego.

Fakt ten ma ogromne znaczenie historyczne. Nie mamy do czynienia wyłącznie z relacją jednego świadka, lecz z dokumentem, który wielokrotnie przechodził przez ręce głównego bohatera opisywanych wydarzeń.

Po śmierci Maharshiego w kwietniu 1950 roku Nagamma przerwała pisanie listów. Uznała, że skoro zakończyła się ziemska obecność Bhagawana, zakończyła się również misja, dla której powstała ta kronika.

Dopiero ponad ćwierć wieku później, po własnej ciężkiej chorobie nowotworowej, wróciła do pisania. Powstały wówczas Recollections of Sri Ramanasramam — zbiór wspomnień obejmujących wydarzenia, których nie opisała wcześniej w listach. Choć powstawały już po wielu latach, zachowały ten sam prosty, rzeczowy styl oraz niezwykłą dbałość o szczegóły.

Nagamma zmarła w 1980 roku, pozostawiając po sobie dzieło, którego znaczenie trudno przecenić. Dzisiaj praktycznie każda poważniejsza biografia Ramany Maharshiego korzysta z jej zapisków. Cytują je Arthur Osborne, David Godman, A. R. Natarajan i niemal wszyscy współcześni badacze życia Maharshiego.

Paradoks historii polega na tym, że kobieta, która nigdy nie uważała się za pisarkę ani historyka, stworzyła jedno z najważniejszych źródeł do poznania życia jednego z największych mędrców XX wieku. Jej skromność, dokładność i niechęć do upiększania wydarzeń sprawiły, że pozostawiła świadectwo wyjątkowo wiarygodne. Właśnie dlatego, czytając jej relacje, ma się wrażenie nie tyle lektury wspomnień, ile uczestnictwa w codziennym życiu aśramu. To jest największy dar, jaki pozostawiła kolejnym pokoleniom czytelników.

Indie Ramany a współczesny Zachód

Aktywność Maharisziego przypada na pierwszą połowę XX wieku. Zebrane w niniejszym tomie Listy retrospektywnie przywołują wydarzenia z pierwszych lat jego pobytu w Tiruvannamalai, a także wspominają dzieciństwo przyszłego mistrza, jednocześnie wiernie dokumentując codzienność ostatnich pięciu lat życia ascety. Dzięki temu czytelnik może łatwiej odróżnić fakty od późniejszych interpretacji i dostrzec, które elementy jego biografii należą do historycznej rzeczywistości, a które zostały z czasem nadbudowane przez proces mityzowania jego postaci.

Nastoletni chłopiec nie wyróżniał się w szkole. Ba! Nie wykazywał nawet szczególnego zainteresowania nauką. Potrafił godzinami siedzieć samotnie w niewielkim pokoiku na poddaszu, nieruchomo wpatrując się w ścianę niczym pogrążony w katatonicznym transie. Dla współczesnego psychiatry byłby to zapewne sygnał skłaniający do rozpoczęcia obserwacji klinicznej. Z drugiej strony późniejszy Bhagawan wspomina liczne zabawy z rówieśnikami: podwórkowe zapasy, dziecięce gry czy wyścigi pływackie. Są to dwa obrazy, które przynajmniej częściowo wydają się ze sobą niezgodne. Z jednej strony łobuz i urwis z opowieści samego Bhagawana, z drugiej — dziecięcy mędrzec i przyszły asceta, znany przede wszystkim z relacji jego wielbicieli.

Również sam moment Oświecenia wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Mentalność indyjska odwołuje się przede wszystkim do wzorców ascetycznych i doświadczeń transcendencji, podczas gdy kultura Zachodu skłonna jest interpretować podobne przeżycia w kategoriach klinicznych zaburzeń psychicznych. Młody Ramana opisuje doświadczenie śmierci, które uwalnia go od dylematów zwykłych ludzi i przynosi całkowicie nowe rozumienie rzeczywistości. Trzeba jednak pamiętać, że jest to relacja oparta wyłącznie na jego własnej pamięci — nie było bowiem żadnych świadków tego wydarzenia.

Z drugiej strony podobny epizod utraty przytomności Ramany został zaobserwowany już w miejscu publicznym, podczas wędrówki masywem Arunaczali, gdy wraz z grupą swoich zwolenników odpoczywał pod Kamiennym Żółwiem. Zachowało się świadectwo nagłej, niesprowokowanej utraty przytomności, w czasie której obecni byli przekonani, że Ramana umarł. Współczesny lekarz mógłby interpretować taki epizod jako objaw choroby układu nerwowego, epilepsji lub katatonii. Odbiór tego rodzaju wydarzeń zależy więc w dużej mierze od kultury i sposobu myślenia osoby, która je opisuje i interpretuje.

Zarówno wcześniej przetłumaczone przeze mnie Rozmowy z Ramaną Mahariszim, jak i obecne wydanie Listów z Aśramu Ramany, tworzą bogaty, faktograficzny obraz naszego ascety. Łatwo jest ulec fascynacji wielką postacią. Dopiero wnikliwe studium jej życia pozwala dostrzec wszystkie odcienie i niejednoznaczności. Czy więc Ramana był świętym, czy może genialnym szaleńcem? Odpowiedzi każdy czytelnik powinien poszukać sam.

Obie książki ukazują bowiem liczne sprzeczności. Z jednej strony Ramana przedstawiany jest jako człowiek, który przez większą część życia siedział nieruchomo, pogrążony w samadhi i wpatrzony w ścianę. Z drugiej zaś jawi się jako wybitny erudyta, doskonale znający rozległą literaturę wedyjską oraz wiele lokalnych języków. Pytania kierowane do niego nie ograniczały się przecież do praktyki „Kim jestem?”. Był również niewyczerpanym źródłem wiedzy dla osób studiujących różne nurty religijne, a także dla tych, którzy pragnęli poznać topografię okolic Arunaczali i historię tamtejszych świątyń.

Listów wyłania się obraz przewodnika nie tylko duchowego, lecz także regionalnego — człowieka dysponującego imponującą wiedzą o okolicznych świątyniach, aśramach, ludziach, historii poszczególnych miejsc oraz lokalnych gitach. Taki obraz trudno pogodzić z wyobrażeniem ascety nieustannie pogrążonego w samadhi, który całą swoją wiedzę miał czerpać wyłącznie z własnego wnętrza.

Inną, niezwykle ważną — szczególnie dla mnie — wartością tej książki jest opis codziennej rutyny Maharisziego. Sposób jedzenia, zdobywania pożywienia, gromadzenia dóbr materialnych, siadania, chodzenia czy spania stanowi dla mnie niezwykle cenne świadectwo życia ascety. Z wieloma z tych zachowań zetknąłem się wcześniej w klasztorach buddyjskich. Ramana nie był przecież mnichem buddyjskim, a mimo to wydaje się, że intuicyjnie przestrzegał wielu zasad przypominających Pathimokkhę — zbiór reguł obowiązujących mnichów tradycji therawady. Z jednej strony nigdy nie przyjął formalnej inicjacji zakonnej, z drugiej prowadził życie niezwykle zbliżone do życia buddyjskiego mnicha.

Było to dla mnie fascynującym odkryciem, tym bardziej że z filozofią Ramany po raz pierwszy zetknąłem się właśnie podczas pobytu w klasztorze Thamkrabok w Tajlandii. To usłyszenie jego nauk sprawiło, że opuściłem klasztor i wyruszyłem do Tiruvannamalai, aby na własnej skórze doświadczyć miejsca, w którym żył. Stąpanie po tych samych stopniach, spanie na tych samych kamiennych podestach, spożywanie posiłków przygotowywanych przez wolontariuszy aśramu, którzy do dziś kontynuują tradycję karmienia ubogich, było dla mnie niezwykłym przeżyciem i bezcennym doświadczeniem. Mogłem niejako dotknąć jego życia i skonfrontować je z własną praktyką.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna moich obserwacji.

Wieloletnie spanie na kamiennej posadzce, nocowanie na chodnikach, życie wśród szczurów i karaluchów, jedzenie przypadkowych posiłków oraz zaniedbywanie higieny osobistej pociągają za sobą bardzo konkretne konsekwencje zdrowotne. W nieco łagodniejszej postaci doświadczam ich również ja sam. Ostatnie lata życia Ramany przepełnione są bólem i postępującą niepełnosprawnością. Wieloletnie spanie na twardym podłożu prowadzi do zmian zwyrodnieniowych stawów, uboga i przypadkowa dieta może skutkować problemami żołądkowymi czy dną moczanową, a zaniedbania higieniczne sprzyjają przewlekłym chorobom skóry. Z podobnymi problemami Ramana zmagał się już po pięćdziesiątym roku życia. Ja sam, będąc w podobnym wieku, również zaczynam odczuwać skutki wieloletniego ascetycznego stylu życia. Człowiek nieuchronnie zaczyna więc zadawać sobie pytanie, czy wielu z tych cierpień nie można było zapobiec wcześniej.

Dlatego właśnie uważam, że Listy z Aśramu Ramany są tak cennym materiałem do studiowania nie tylko samego życia Maharisziego, lecz także całej kultury ascetyzmu hinduistycznego i buddyjskiego. Łatwo jest porzucić majątek albo zrezygnować z jego pomnażania. Znacznie trudniej przez wiele lat żyć w skrajnym ubóstwie. Łatwo rozdać dobra materialne innym, trudniej później odbudować własne życie, gdy duchowa droga okaże się inna, niż wydawała się na początku.

Dzisiaj oceniam, że moje porzucenie świata materialnego, rozdanie majątku i wstąpienie do Sanghi było decyzją zbyt mało przemyślaną. Idea ubóstwa jest silnie obecna w Nowym Testamencie, Tipiṭace i Koranie, jednak znacznie trudniej ją zaakceptować wtedy, gdy obrana ścieżka duchowa nie prowadzi tam, dokąd początkowo miała prowadzić. Pełne wejście na taką drogę często zamyka możliwość łatwego powrotu. Ubóstwo może wtedy stać się nowym więzieniem, zamiast obiecywanego wyzwolenia.

To właśnie dlatego uważam tę książkę za tak ważną dla wszystkich zainteresowanych duchowością Indii. Pokazuje ona prawdę o codziennym życiu ascety, a nie jedynie jego wyidealizowany obraz, utrwalony w relacjach pełnych zachwytu uczniów i wielbicieli, patrzących na swoich mistrzów przez różowe okulary wiary.

Listy z aśramu Ramany Maharisziego

List 1 — Syn jest zobowiązany ojcu

21 listopada 1945

Bracie, prosiłeś mnie, abym pisała Ci od czasu do czasu cokolwiek niezwykłego wydarzy się w obecności Śri Bhagawana oraz co Śri Bhagawan mówi przy takich okazjach.

Ale czy jestem zdolna to robić?

W każdym razie spróbuję i zaczynam właśnie dziś.

Ta próba powiedzie się tylko, jeśli będzie nad nią czuwać Łaska Bhagawana.

Przedwczoraj, ponieważ był dzień pełni księżyca, zwyczajowy Deepotsava (święto świateł) został obchodzony z wielkim rozmachem.

Dzisiejszego ranka Śri Arunaczaleswarar wyruszył na giri pradakszinę (obchód wzgórza) z tradycyjnym orszakiem i wielbicielami oraz przy akompaniamencie muzyki.

Kiedy procesja dotarła do bramy Aszramu, Śri Nirandżananda Swami (Sarvadhikari) wyszedł wraz z wielbicielami Aszramu, złożył przed Śri Arunaczaleswararem ofiarę z kokosów i kamfory, i oddał mu hołd, gdy procesja została zatrzymana, a kapłani wykonali arati (obracanie lampy) dla Bóstwa.

Właśnie wtedy Śri Bhagawan przechodził w kierunku goszali (obory).

Widząc tę okazałość, usiadł na pialu (kamiennej ławie) przy kranie, obok księgarni Aszramu.

Taca arati, która została ofiarowana Arunaczaleswararowi, została przyniesiona przez wielbicieli również do Bhagawana.

Śri Bhagawan wziął odrobinę vibhuti (świętego popiołu) i nałożył go na czoło, mówiąc półgłosem:

„Appakku Pillai Adakkam.”

(„Syn jest zobowiązany ojcu.”)

Jego głos zdawał się dławić od wzruszenia, gdy to wypowiadał.

Wyraz na jego twarzy potwierdzał starożytne powiedzenie:

„bhakti purnathaya jnanam”

(„Kulminacją oddania jest poznanie.”)

Śri Bhagawan jest synem Pana Śiwy.

Słowa Śri Ganapatiego Muniego, że jest wcieleniem Skandy, zostały potwierdzone.

Uderzyło nas, że Bhagawan uczył nas, iż skoro wszystkie istoty są dziećmi Iśwary, to nawet dżnani powinien być zobowiązany Iśwarze.

Nigdy nie możemy wiedzieć, jak brzemienne w znaczenie są słowa Mahátmów.

Proszisz mnie, abym pisała „jakoś”, ale jak mogę oddać wykwintne piękno jego wypowiedzi?

Jak mogę to opisać w sposób wystarczający?

Napisałam ostatnio w pewnym wierszu, że każde słowo, które spada z jego ust, jest pismem świętym.

Dlaczego mówić tylko o jego słowach?

Jeśli ktoś ma zdolność zrozumienia, jego spojrzenie i krok, jego działanie i bezczynność, jego wdech i wydech — wszystko jest pełne znaczenia.

Czy ja mam zdolność, by to wszystko zrozumieć i objaśniać?

Z pełną wiarą w łaskę Śri Bhagawana będę pisać do Ciebie wszystko, co zdołam uchwycić — służąc Śri Bhagawanowi z oddaniem wiewiórki, która służyła Śri Ramie.

List 2 — Aham Sphurana

22 listopada 1945

Wczoraj przyjechał tutaj bengalski Swami w szafranowych szatach, o imieniu Hrishikesanand.

Dziś rano, od 8:30 do 11:00, Bhagavan nieprzerwanie rozmawiał z nim o sprawach duchowych.

Jego głos płynął pełen nektaru, nieprzerwanie, jak wody Gangesu.

Jak moje pióro może dotrzymać kroku temu potężnemu strumieniowi?

Ten amrit (nektar) można tylko wypić głęboko dłonią oddania — nie da się go zebrać i przenieść na papier.

Kiedy Śri Bhagavan opisywał swoje doświadczenia z Maduraj — wizję śmierci — moje oczy nie były w stanie ogarnąć blasku jego postaci, ani moje uszy — w pełni uchwycić mądrości jego słów.

To naturalne, że zapał tego, który opowiada jakieś wydarzenie, zależy od poziomu inteligencji słuchającego.

Powinnam była przekazać ci bardziej szczegółowy opis pytań zadawanych przez Swamiego i odpowiedzi udzielanych przez Bhagavana;

ale teraz miejsce przeznaczone dla kobiet w sali jest dość daleko od Bhagavana, a ponieważ przypadło mi siedzieć z tyłu, nie mogłam dobrze słyszeć wszystkiego, o czym była mowa.

Jednak jedną rzecz usłyszałam wyraźnie.

Bhagavan powiedział:

„Podczas wizji śmierci, choć wszystkie zmysły były odrętwiałe, aham sphurana (samo-świadomość) była całkowicie obecna. I tak zrozumiałem, że to właśnie ta świadomość — a nie ciało — jest tym, co nazywamy ‘Ja’.

Ta samo-świadomość nigdy nie słabnie. Nie jest z niczym związana. Jest samo-świetlista. Nawet jeśli to ciało zostanie spalone, ona nie zostanie dotknięta.

Dlatego tamtego dnia zrozumiałem jasno, że to jest prawdziwe ‘Ja’.”

Powiedział o wiele więcej, ale nie mogłam tego usłyszeć ani zapamiętać, więc nie jestem w stanie napisać nic więcej na ten temat. Było już wiele podobnych rozmów wcześniej. Jest mi tylko przykro, że pozwoliłam wymknąć się z rąk tak niezliczonym perłom.

Wybacz moją opieszałość i obojętność, że nie pisałam do ciebie wcześniej, choć mnie o to prosiłeś.

List 3 — Kłótnia między Umą a Maheśwarą

23 listopada 1945

Tego popołudnia, gdy Viswanath siedział blisko Bhagavana wraz z innymi wielbicielami, Bhagavan jakoś przypomniał sobie pewną starą wdowę i zaczął opowiadać o niej następująco:

(Później dowiedziałam się, że była ona młodszą siostrą Muthu Krishny Bhagavathara, który okazał Śri Bhagavanowi życzliwość i dał mu jedzenie w Kilur Agraharam).

Bhagavan powiedział:

„Ta dobra kobieta nie tylko podała mi obfity posiłek, lecz także — z kochającym sercem — dała mi paczuszkę słodyczy ofiarowanych jako naivedya (ofiarowanie dla domowego Boga), mówiąc:

‘Mój drogi chłopcze, zachowaj to starannie i zjedz słodycze po drodze.’

Przyszła zobaczyć mnie dwa razy, gdy byłem w jaskini Virupaksha, i zwykła mówić:

‘Mój drogi chłopcze, zobacz tylko, w jakim jesteś stanie! Twoje ciało jest jak złoto, a ty nawet nie owijasz go żadną tkaniną.’

Gdy mówił w takim tonie o jej matczynej miłości, widziałam, że Bhagavan był przepełniony uczuciem.

Jego głos był zdławiony wzruszeniem.

Ten widok przypomniał mi powiedzenie, że serce dżnianiego jest miękkie jak masło, a także stare powiedzenie:

„bhakti poornathaya jnanam”

(„kulminacją oddania jest poznanie”).

Jakiś czas temu, podczas czytania fragmentu Arunachala Purana, gdzie Gautama wychwalał Ambę, oczy Bhagavana zalały się łzami, głos mu się załamał, odłożył książkę i pogrążył się w ciszy.

Ilekroć pojawia się jakieś zdarzenie pełne miłości albo czytane są fragmenty przepełnione bhakti, często widujemy Bhagavana w takim stanie wzruszenia.

Im dłużej to obserwuję, tym więcej upewniam się, że prema (miłość) i bhakti (oddanie) są po prostu różnymi aspektami dżnany (poznania).

Około tydzień temu pewna historia ukazała się w magazynie Hindu Sundari pod tytułem „Paachikalu” („Kości do gry”). Podobno została zaczerpnięta ze Skanda Purany.

Opisywała ona, jak nawet Parwati i Parameśwara ulegli podżegającym do kłótni radom Narady.

Narada powiedział:

„Lakshmi i Wisznu grają w kości — więc dlaczego nie wy?”

I nakłonił ich, by zagrali.

Parwati była pełna entuzjazmu dla tego pomysłu i namówiła Śiwę, aby z nią zagrał.

W grze Śiwa przegrał, a Parwati uniosła się dumą i zaczęła mówić o nim lekceważąco.

Tak brzmi legenda.

Po przeczytaniu tej historii Bhagavan, jego serce pełne bhakti, zapytał mnie:

„Czy czytałaś tę opowieść?”

Gdy powiedziałam:

„Tak, Bhagavanie.”

on, z głosem zdławionym wzruszeniem, powiedział:

„Święto, które corocznie odbywa się tutaj w dniu Sankranti, dotyczy głównie tej właśnie kłótni między Umą a Maheswarą.”

Wiesz, że każdego roku obchodzone jest tutaj boskie święto zaślubin.

I w czasie tych dni, jeśli ktokolwiek wspominał o tym święcie w obecności Śri Bhagavana, Bhagavan zwykle mówił z wielkim uczuciem:

„To są zaślubiny Ojca i Matki.”

Wiesz, że życie Mahatmów pełne jest szczególnych, subtelnych zdarzeń.

Na twarzach każdy wyraża rasę — uczucie — zależnie od sytuacji.

Ale co można powiedzieć, gdy obecny jest wszechprzenikający vijnana-rasa,

która scala w sobie wszystkie inne rasy?

List 4 — Małżeństwa

24 listopada 1945

Wczoraj pisałam do ciebie o tym, że Bhagavan czasami wspomina o święcie zaślubin „Ojca i Matki”. Nie tylko o tym — lecz za każdym razem, gdy wielbiciele przyprowadzają nowo poślubione pary ze swoich rodzin, aby złożyły hołd u lotosowych stóp Śri Bhagavana, on błogosławi ich swoim zwykłym, pełnym łaski uśmiechem; słucha z zainteresowaniem opowieści o różnych szczegółach ślubu. Jeśli przyjrzysz się twarzy Bhagavana w takich chwilach, możesz dostrzec to samo rozbawienie, jakie nasi starsi okazywali, gdy obserwowali „śluby lalek”, które urządzaliśmy w dzieciństwie.

Prabhavati wyszła za mąż niedawno. To musiało być mniej więcej rok temu. Przez około dwa lata przed ślubem mieszkała tutaj. Jest dziewczyną z Maharasztry, ładną i dobrze wychowaną. Chciała zostać wielką bhaktą (oddającą cześć Bogu), jak święta Meerabai, i dlatego śpiewała, tańczyła, twierdziła, że nigdy nie wyjdzie za mąż, ubierała ochrowe szaty i zachowywała się jak psotne dziecko przed Śri Bhagavanem. Bhagavan wiedział, że jej psotność nie opuści jej, dopóki nie wyjdzie za mąż. W końcu, jakoś, do tego ślubu doszło.

Zaraz potem panna młoda i pan młody przyszli w swoich ślubnych strojach, wraz z krewnymi i darami z owoców i kwiatów, i złożyli pokłon przed Bhagavanem. Po pobycie trwającym dwa lub trzy dni przyszła pewnego ranka o ósmej wraz z mężem, prosząc Bhagavana o błogosławieństwo przed wyjazdem do domu męża, by tam rozpocząć wspólne życie. Wiewiórki bawiły się wokół sofy Bhagavana, a pawie przechadzały się na zewnątrz sali. Nie było wielu ludzi; w sali panował spokój i cisza; młody mężczyzna pokłonił się Bhagavanowi z czcią i szacunkiem, pożegnał się i stanął, czekając przy framudze drzwi.

Ze spuszczonym wzrokiem, kipiącą nieśmiałością i łzami w oczach, ukochane dziecko Ashramu, stojąc tam i czekając na zgodę Bhagavana, wyglądała niczym Śakuntala próbująca wyrwać się z aśramu Kanwy. Bhagavan skinieniem głowy dał znak przyzwolenia, a wtedy ona pokłoniła mu się. Ledwie przekroczyła próg, Bhagavan spojrzał na mnie i powiedział: „To było tylko wczoraj — kazała Sundaresie Iyerowi przepisać rozdział o narodzinach Kryszny z Bhagavaty.” Odpowiedziałam z radością: „Kiedy następnym razem tu przyjedzie, przyjedzie z dzieckiem na rękach.”

Tymczasem ona zaczęła śpiewać donośnym głosem, pełnym oddania, słodkim jak śpiew kokili, obchodząc salę w pradakszinie (okrążeniu). Bhagavan był wyraźnie wzruszony i — niczym sam mędrzec Kanwa — powiedział: „Czy słyszysz ten hymn z Mukundamali?” Moje oczy napełniły się łzami.

Wyszłam na zewnątrz i udzieliłam jej błogosławieństwa, podczas gdy ona raz po raz składała pokłony Bhagavanowi; następnie odprowadziłam ją do wyjścia z Ashramu i wróciłam do sali. Nie wiem, czy uznasz to za przesadę, ale mogę ci powiedzieć, że historie, które czytaliśmy w Puranach, odgrywają się tutaj i teraz — na naszych oczach.

List 5 — Do Skandaśramu

25 listopada 1945

Jutro jest pomyślny dzień wyznaczony na to, aby Bhagavan poszedł wraz z wielbicielami do Skandaśramu i aby tam odbyła się uczta. Wszyscy wielbiciele — bracia i siostry — mieszkający w Aśramie i wokół niego byli dziś przez cały dzień zajęci, krzątając się wokół przygotowań do wyprawy. Bhagavan jednak siedział jak zwykle: dostojny, spokojny i nieporuszony.

Jeśli wszyscy poproszą go, by poszedł — pójdzie; jeśli powiedzą, by nie szedł — zostanie.

Czy jest cokolwiek, co musiałby pakować albo czym musiałby się martwić?

Kamandalu (miska na wodę), karra (laska), kaupina (przepaska biodrowa) i ręcznik, który ma na sobie — to wszystkie przedmioty, jakie posiada. W chwili, w której pomyślałby o wyjściu, mógłby być gotów do drogi.

Śankaraczarja opisał takich mędrców, mówiąc: „kaupīnavantaḥ khalu bhāgyavantaḥ”

(„ten, który nosi jedynie przepaskę biodrową, jest naprawdę najbogatszy”).

Ten Aśram, ten program, ci wielbiciele i cały ten sprzęt wokół — wszystko to jest jak sztuka teatralna odgrywana na scenie dla dobra innych.

Czy Bhagavan rzeczywiście potrzebuje tego wszystkiego?

Z obfitości swego miłosierdzia przebywa pośród nas — w ten sposób związany. Czyż nie mógłby, jedynie za pomocą woli, odejść swobodnie, przekraczając siedem mórz?

Pamiętaj: to, że pozostaje z nami, jest naszym szczególnym szczęściem.

Napiszę do ciebie ponownie o tym, co wydarzy się jutro.

List 6 — W służbie mędrca

26 listopada 1945

Kiedy przyszłam rano do Aśramu na poranną Veda Parayanę, wszyscy byli strasznie zajęci. Kuchnia przedstawiała malowniczy widok — jedni gotowali, inni sprzątali, jeszcze inni wydawali polecenia; każdy czymś się zajmował. Puliyodara, dadhyonnam, pongal, vadai, chipsy, puriskootu oraz niezliczone inne potrawy zostały spakowane do koszy i wysłane w górę wzgórza.

Sarwadhikari najwyraźniej nie zmrużył oka przez całą noc. To właśnie on wziął na siebie cały trud przygotowań.

Mówi się, że Pan Kryszna przerwał doroczne Indra Yajnam, odprawiane przez pasterzy, i zamiast tego zarządził czczenie samej Góry Govardhana.

Widząc szereg koszy idących w górę, wyglądało to tak, jakby Śri Ramana ułożył tę czcigodną ofiarę dla Arunaczali zamiast tradycyjnego vana-samaradhana pod Drzewem Amala, odprawianego corocznie w miesiącu Kartika.

Po Veda Parayana Bhagavan wykąpał się, zjadł śniadanie i wyruszył do Skandaśramu, w towarzystwie Rangaswamiego, który jest dla Bhagavana tym, kim Nandi jest dla Pana Śiwy. Prowadząc drogę, Bhagavan szedł w górę do Skandaśramu, jakby szedł do własnego domu.

Wielbiciele, nie sprawiając Bhagavanowi najmniejszej niedogodności, szli w kilku grupach i też dotarli do Skandaśramu. Ciotka Alamelu (siostra Bhagavana) i ja podążałyśmy za nimi. Inne kobiety dotarły trochę później. Otoczony przez wielbicieli, Bhagavan usiadł wygodnie w przyjemnym cieniu drzew, tuż przed budynkiem Skandaśramu.

Widok całej tej sceny ukazywał, jak wygląda Aśram Ryszich. Aśram przypominał Badarikaszramę starożytnych czasów, opisaną w Harivamsie, choć tej dawnej nie można już dziś zobaczyć bezpośrednio.

Skandaśram, podobnie jak Badarikaszrama, stanowił ucztę dla oczu:

— woda wypływająca ze skalnego źródła przypominała sandhyarghya-jalam (oblacje poranne i wieczorne) Samjameśwary;

— świergot i melodyjne tony ptaków brzmiały jak hymny Sama Vedy, śpiewane przez ryshi-kumarów (synów mędrców).

Oprócz wielu sadhaków i sannjasinów przybyli także prawnicy i lekarze, inżynierowie i artyści, korespondenci prasowi i poeci, śpiewacy i wielu innych — z Madrasu, Pondicherry i Villupuram. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, wszyscy bez różnicy statusu społeczniego, siedzieli na ziemi wokół Bhagavana, patrząc na niego nieruchomym wzrokiem.

Podczas gdy Arunagiri, bogaty w minerały, służył jako drogocenny, wysadzany klejnotami tron, chmury zdobiące niebo pełniły rolę Śveta Chhatram (białego parasola), a gaj drzew z niezliczonymi gałęziami działał jak vensamarams (wachlarze używane w kulcie bóstwa).

Śri Bhagavan jaśniał w swej chwale jak ukoronowany cesarz, a Prakritikanta (uosobiona Natura) falowała przed nim światłem słońca niczym ofiarną lampą.

Bracie! Jak mogę ci to naszkicować? Maharishi jest spokojny, a jego łagodne spojrzenie, wypływające ze Źródła, przenika wszystkie strony. Jego delikatny uśmiech lśni jak chłodne promienie księżyca. Jego słowa spływały jak deszcz amrytu. Siedzieliśmy tam jak posągi, bez świadomości ciała.

W tym czasie fotografowie wykonywali swoje zdjęcia.

Po godzinie 9:30 odbyły się zwykłe codzienne zajęcia Aśramu na dole — dotyczące poczty, gazet itp. — wszystko wyglądało jak durbar Maharadży.

Chmury zgęstniały, a wiatr wzmógł się. Wielbiciele dali Bhagavanowi szal, którym okrył całe ciało, pozostawiając odkrytą tylko twarz. Bhagavan, w tej siedzącej pozie, wyglądał jakby był wcieleniem swojej matki Alagammal. Ciotka i ja byłyśmy tego samego zdania. Scena ta również została sfotografowana.

Śri Bhagavan przez jakiś czas nauczał w milczeniu, w sposób „gurosthu mouna vyakhyanam” (Guru objaśniający jedynie milczeniem). Z pewnością były tam serca na tyle czyste, że mogły stać się „chhinna samsayah” — wolne od wszelkich wątpliwości.

Ale w moim przypadku myśl uciekła ku potrawom — puliyodara, dadhyonnam itd. — ponieważ zbliżała się pora posiłku. Pojawiło się pytanie, czy wszystko zostało ofiarowane wzgórzu, czy coś zostało.

Wątpliwość została rozwiana dopiero po godzinie 11:30 przed południem. Moi bracia chcieli przygotować te przysmaki dla Bhagavana osobno, w wygodnym miejscu. Ale czy on by na to pozwolił?

Zażyczył sobie, by ustawiono stół obok jego sofy i jadł tam, pośród wszystkich.

Po posiłku jego sofa została ustawiona na werandzie, która ma ogrodzenie z żelaznej kraty. Wielbiciele początkowo siedzieli w pewnej odległości, ale po kilku minutach zbliżyli się do Bhagavana. Ciotka Alamelu i ja, wraz z innymi kobietami, siedziałyśmy w sąsiednim pokoju, patrząc na Bhagavana przez okno naprzeciw jego lotosowych stóp.

Wtedy zaczął mówić, opowiadając krótkie historie o swoim dawnym życiu na górze: o przybyciu matki, budowie Skandaśramu, dostawach wody, zaopatrzeniu w żywność, o rządach królestwa małp, tańcach pawi, o swoim obcowaniu z wężami i lampartami.

W trakcie tej rozmowy powitał nowego przybysza — poetę Naganaryę — pytając:

„Kiedy przyjechałeś?”

Zwracając się do mnie, dodał:

„Oto on idzie.”

Odpowiedziałam: „Tak”.

Wtedy coś sobie przypomniał i — kierując swój lśniący wzrok — powiedział:

„Tam matka osiągnęła swoją nirwanę (opuściła ciało). Posadziliśmy ją tam, na zewnątrz. A mimo to na jej twarzy nie było żadnego śladu śmierci. Jak ktoś pogrążony w głębokim samadhi — jej twarz jaśniała boskim światłem, tańcząc świętym blaskiem. To było tam — właśnie tam, gdzie teraz siedzisz.”

Jego czarujące słowa wpłynęły do moich uszu jak słodki dźwięk wenu (boskiego fletu). Stałam w tym miejscu wartym poszukiwania i słuchałam słów wartych słyszenia.

Co za cudowny dzień!

Kapila wyzwolił Dewajani, wprowadzając ją w Rzeczywistość. Dhruva postawił Sunitę na ścieżce zbawienia. Śri Ramana natomiast nie tylko zapewnił swojej czcigodnej matce wieczne królestwo wolności i błogości, ale również uczcił ją w najwyższy sposób, instalując Mathrubhuteswara Lingam na jej samadhi, aby jej chwała mogła być uwielbiana na świecie na zawsze.

Słysząc słowo „Matka” z ust Śri Bhagavana, zostałam ogarnięta ekstazą i łzy wypełniły moje oczy. Brzmiało to tak, jakby słowa o matce zostały wypowiedziane do córki. Mahatmowie zawsze czczą kobiety.

Uważają kobietę za Matkę — za doskonałą formę miłości. Nie ma stworzenia bez Natury.

Przed przybyciem matki nie gotowano w Aśramie. Matka przybyła i przygotowała z serca posiłek dla mieszkańców. Agnihotra (rytualny ogień), zapoczątkowana po raz pierwszy przez matkę, nadal gotuje i napełnia żołądki tysięcy wielbicieli.

Odwróciłam się, by spojrzeć na zdjęcie tej czcigodnej matki, lecz — nie znajdując żadnego — powiedziałam w myślach:

„O Matko, która przyniosłaś chwałę kobiecości! Jesteśmy pobłogosławione!”

W międzyczasie podano różne rodzaje przysmaków.

Pół godziny po tym, jak je zjadłyśmy, podano purikoottu.

Po posiłku zaczęłyśmy wracać.

Po odprowadzeniu nas wszystkich, jeden po drugim, Bhagavan zszedł z tronu Arunagiri wraz ze swoimi towarzyszami i — idąc powoli — dotarł do Aśramu u stóp góry w chwili, gdy słońce zachodziło za zachodnią stroną wzgórza.

Następnie odbył się zwykły wieczorny program: Veda Parayana itd.

„Niech moce Mahatmy będą widziane i słyszane bezpośrednio.

Posłuchaj! Czy da się je naprawdę zapisać?

Czy ktokolwiek mógłby to zrobić?

Niech Brahma sam się tego podejmie.”

(tłumaczenie wersetu sanskryckiego)

List 7 — Skarb (Nikshepam)

27 listopada 1945

Otworzyłam wczorajszy list i przeczytałam go.

Wyprawa do Skandaśramu była bez wątpienia radosną podróżą. Jednak gdy głębiej się nad tym zastanowić, jedna rzecz nie mogła nie poruszyć mojego umysłu.

W pieśni Vinnakoty Venkataratnama czytamy:

„Zaspokaja głód i odsyła ich;

lecz nikomu nie pozwala ujrzeć ścieżki urzeczywistnienia.

Zachowuje się zarazem przywiązany i nieprzywiązany.

Pokazawszy ścieżkę, nie troszczy się już o dalsze prowadzenie.”

Słowa te wydają się sprawdzać.

Tak długo, jak byliśmy w Skandaśramie, Bhagavan mówił na rozmaite tematy, a po nakarmieniu nas do syta, polecił nam się rozejść. Zauważ to! Samo to wprawiło nas w zachwyt i poruszenie — do tego stopnia, że zatracaliśmy świadomość ciała.

Prawdziwe bogactwo, skarb niczym nektar, musiał zostać przez niego gdzieś ukryty w Arunaczali.

Nie pozwalając nam go odnaleźć i odkryć, sprawił, że zapomnieliśmy o naszym prawdziwym celu, podając nam „odurzające” potrawy, takie jak puliyodara, dadhyonnam itd.

Nikt nie otworzył ust, by zapytać Bhagavana o ten skarb. Lecz wina leży po naszej stronie.

To nie był rodzaj pożywienia, którego tak naprawdę potrzebowaliśmy — lecz zupełnie inny, ekarasa — jeden jedyny, bez drugiego.

Mówi się, że nawet matka niczego nie daje, jeśli o to nie poprosić. My tylko po cichu mruczymy coś o jakimś pragnieniu. Ale jeśli naprawdę pragnęlibyśmy tego z głębi głodu, czyż nie nakarmiłby nas duchowym pokarmem wiecznej wiedzy?

On jest oceanem miłości i współczucia. To my nie wiedzieliśmy, jak o to poprosić.

A jakiż to ma na Niego wpływ? On zachował swój skarb bezpiecznie ukryty w Arunaczali — jak gdyby to był jego własny dom.

Jakże uderzające są działania Mahatmów!

On zawsze kieruje wzrok ku Temu (Skarbowi) poprzez okno. Ani przez chwilę nie traci świadomości tego ukrytego skarbu.

Czy tacy ludzie jak ja są w stanie odnaleźć ten skarb? On obdarza nim dopiero wtedy, gdy posiadamy stosowną zasługę. Mówi się, że dary należy składać zgodnie z zasługą odbiorcy,

a ziarno siać zgodnie z naturą gleby. Choć mamy pośród nas takiego Dawcę jak nasz Guru,

nie jesteśmy zdolni osiągnąć tego Skarbu — a przyczyną jest nasza własna niekompetencja.

Co o tym powiesz?

Czyż nie jest tak?

List 8 — Służba dla atma swarupy jest atma sevą

28 listopada 1945

W ciągu ostatnich dwóch lub trzech miesięcy osobiści opiekunowie Bhagavana zajmowali się masowaniem jego nóg specjalnym olejem leczniczym, aby złagodzić ból reumatyczny.

Niektórzy wielbiciele, gorliwi w trosce o ciało Bhagavana, również zaczęli masować go na zmianę co pół godziny, co zaczęło zakłócać zwykły rytm pracy w Aśramie.

Czy Bhagavan mógł to tolerować?

Zawsze był pełen względów nawet dla własnych opiekunów i nigdy nie mówił stanowczego „nie”, więc powiedział mimochodem:

„Wszyscy poczekajcie chwilę, ja też trochę wymasuję te nogi. Czyż ja także nie powinienem mieć trochę punyam (zasługi)?”

Mówiąc to, odsunął ich ręce i zaczął masować własne nogi.

Nie tylko bardzo mnie to rozbawiło — lecz także wszelka najmniejsza jeszcze resztka pragnienia, jaka mogła we mnie pozostawać, aby dotknąć lotosowych stóp Śri Bhagavana i w ten sposób wykonać pranam (pokłon), została całkowicie usunięta.

Słowa Bhagavana mają swój własny, niepowtarzalny urok! Spójrz tylko — on także chce trochę punyam! Jaka subtelna wskazówka dla tych, którzy potrafią ją zrozumieć!

Właśnie w tym czasie pewien emerytowany sędzia, będący w bardzo podeszłym wieku, powiedział: „Swamiji, mnie również należy przydzielić część służby u stóp Guru.”

Na to Bhagavan odpowiedział:

„Ach, naprawdę? Atma vai guruhu! (Służba Jaźni jest służbą Guru).

Masz teraz 70 lat. Ty miałbyś służyć mnie? Dość tego! Przynajmniej od teraz — służ sam sobie. Wystarczy w zupełności, jeśli będziesz trwać w ciszy.”

Jeśli się nad tym zastanowić, cóż może być większym upadesą (nauką) niż ta?

Bhagavan mówi, że wystarczy, jeśli człowiek może pozostać cichy. Dla niego było to naturalne, ale czy my jesteśmy do tego zdolni? Choćbyśmy bardzo się starali, nie osiągamy tego stanu. Co więc możemy zrobić, jeśli nie polegać na Łasce Śri Bhagavana?

List 9 — Samatvam (równość wobec wszystkich)

29 listopada 1945

Wierzę, że było to około rok temu.

Znasz Ramachandrę Rao, lekarza ajurwedyjskiego?

W celu przygotowania lekarstwa, które wzmocniłoby ciało Bhagavana, sporządził on długą listę potrzebnych ziół i składników oraz pokazał ją Śri Bhagavanowi.

Bhagavan, jak grzeczny chłopiec gotów wykonać polecenia, przejrzał całą listę, wychwalił skuteczność różnych ziół, a na końcu zapytał:

„Dla kogo jest to lekarstwo, mój drogi człowieku?”

Ten cicho odpowiedział:

„Dla samego Śri Bhagavana.”

Gdy Bhagavan to usłyszał, powiedział:

„Niewątpliwie dałeś mi długą listę, ale skąd mam wziąć na to pieniądze?

To może kosztować 10 rupii — a do kogo mam się o to zwrócić?”

Ktoś cicho powiedział, rozglądając się po terenie Aśramu:

„Swamiji, czyje to wszystko jest?”

Na to Bhagavan:

„Tak, ale co ja mam?

Jeśli chcę ćwierć anny, muszę iść i poprosić Sarwadhikariego.

Jak mam do niego pójść i prosić?

Daje mi trochę jedzenia, jeśli przyjdę tam od razu, gdy zadzwoni dzwonek.

Jem razem z innymi i wracam — ale jeśli się spóźnię, mogę zostać bez posiłku.

Nawet podczas wydawania jedzenia jestem ostatni.”

Biedny lekarz zadrżał ze strachu i ze złożonymi dłońmi powiedział:

„Swamiji, ja tylko pokazałem Ci listę — sam skompletuję potrzebne zioła.”

Na to Bhagavan:

„Och, tak? Ty je zdobędziesz?

Ale jeśli to lekarstwo jest dobre dla mnie, to koniecznie musi być dobre również dla wszystkich tutaj.

Czy możesz dać je również im, a nie tylko mnie?”

Kiedy niektórzy ludzie powiedzieli:

„Po co nam to, Swamiji?”

Bhagavan odpowiedział:

„Jeśli ludzie wykonujący pracę fizyczną nie potrzebują toniku wzmacniającego ciało — to jak ja, który tylko tu siedzę i jem, miałbym go potrzebować?

Nie, nie — to niemożliwe!”

Kiedyś wcześniej Dr Srinivasa Rao powiedział Bhagavanowi o pewnym lekarstwie alopatycznym, które daje siłę, i że byłoby dobrze, gdyby Bhagavan je przyjął.

Bhagavan odparł:

„Dobrze, w porządku — ty jesteś bogaty i możesz brać cokolwiek; ale co ze mną?

Jestem żebrakiem. Jak mogę mieć tak drogie lekarstwo?”

Na to lekarz:

„Bhagavan zawsze odmawia wszystkiego, co mu się oferuje, ale jeśli zgodziłby się coś przyjąć — czyż natychmiast by się to nie pojawiło? A jeśli nie lekarstwa, to może trochę pożywnego jedzenia — mleko, owoce, migdały?”

Bhagavan odrzekł:

„Dobrze, ale ja jestem daridra-narajana (Bogiem w postaci ubogiego i pozbawionego środków). Jak mogę sobie na to pozwolić? Poza tym — czy jestem jedną osobą? Moja rodzina jest duża. Jak wszyscy oni mogliby otrzymać owoce, mleko, migdały itd.?”

Bhagavan nie znosił niczego ofiarowanego wyłącznie dla niego. Często mówił nam, że jeśli ktoś przyniesie jedzenie i rozda wszystkim — nie ma nic przeciwko temu, nawet jeśli jego samego zabraknie przy jego wydzielaniu; ale czułby się zraniony, gdyby jedzenie podano tylko jemu, a nie rozdzielono go również między pozostałych.

Kiedy idzie ścieżką i ludzie nadchodzą z naprzeciwka, nie lubi, gdy ustępują mu miejsca — sam odsuwa się i pozwala im przejść, i dopóki oni nie przejdą, on nie zrobi ani kroku dalej.

Możemy uważać się za szczęśliwych, jeśli potrafimy przyswoić sobie choćby tysięczną część jego ducha równości i wyrzeczenia.

Jeśli ludzie tępawi, tacy jak ja, którzy nie znają jego zasad, obdarzają go uprzywilejowaniem w kwestii jedzenia itp., Bhagavan wiele znosi, bo jego naturą jest wyrozumiałość. Ale gdy sprawa posuwa się za daleko, ogarnia go niechęć i mówi:

„Co ja mogę zrobić? Oni mają przewagę — oni są tymi, którzy służą, ja jestem tym, który je. Muszę słuchać tego, co mówią, i jeść wtedy, kiedy chcą, żebym jadł.

Widzisz — takie jest swamitvam (życie Swamiego). Rozumiesz?”

List 10 — Doczesne zmartwienia

30 listopada 1945

Około dwóch lat temu przyjechało tu i zatrzymało się na dwa miesiące starsze małżeństwo z Guntur, które od dawna regularnie odwiedzało Aśram. Mężczyzna nie potrafił jednak pozostawać z dala od domu i dzieci dłużej niż dwa miesiące bez przerwy. Chcąc jednak — być może — zrzucić winę na żonę, zwrócił się do Bhagavana i powiedział:

„Nie mogę znieść tych rodzinnych kłopotów. Powiedziałem żonie, żeby ze mną nie przyjeżdżała, a jednak przyjechała. Zanim minęły nawet dwa miesiące, mówi: ‘Chodźmy już, musimy wracać. W domu jest tyle spraw do załatwienia’. Proszę ją, żeby pojechała sama, ale ona odmawia. Choćby nie wiem jak do niej mówić, nie słucha mnie. Proszę, Bhagavanie, ty przynajmniej przekonaj ją, żeby wróciła. Wtedy będę mógł jeść razem z tobą i zostać tutaj.”

Bhagavan odpowiedział żartobliwie:

„Dokąd pójdziesz, drogi człowieku, porzucając swoją rodzinę? Czy polecisz w niebo? Przecież i tak musisz pozostać na tej ziemi. Gdziekolwiek jesteśmy, tam jest rodzina. Ja także odszedłem, mówiąc, że niczego nie chcę — a zobacz, jak wielką rodzinę mam teraz! Moja rodzina jest sto razy większa niż twoja. Prosisz mnie, żebym powiedział jej, żeby wyjechała, ale jeśli ona przyjdzie i powie: ‘Dokąd mam iść, Swami? Wolę zostać tutaj’, co wtedy mam jej odpowiedzieć? Ty mówisz, że nie chcesz swojej rodziny, a co ja mam zrobić z moją? Dokąd mam pójść, jeśli to wszystko porzucę?”

Wszyscy w sali uśmiechali się. Starzec przykucnął na podłodze i powiedział:

„Tak, ale co to znaczy dla Bhagavana? On jest wolny od wszelkich więzów, więc może dźwigać ciężar każdej rodziny, choćby była nie wiadomo jak wielka.”

Trzeba zobaczyć, z jakim humorem Bhagavan mówi o takich sprawach. Cokolwiek mówi, zawsze zawiera to dla nas jakąś naukę. Wielu oddanych, takich jak ja, przywykło opowiadać Bhagavanowi o bólu nogi, żołądka czy pleców. Pewien człowiek przyszedł kiedyś i powiedział:

„Mam słaby wzrok. Nie widzę dobrze. Pragnę łaski Bhagavana, aby doznać ulgi.”

Bhagavan skinął głową jak zwykle, a gdy tamten odszedł, powiedział:

„On mówi, że bolą go oczy. Mnie bolą nogi. Kogo mam poprosić o ulgę?”

Byliśmy tym całkowicie zaskoczeni i zapadła cisza.

List 11 — Co oznacza samsara?

1 grudnia 1945

W początkowych dniach mojego pobytu tutaj, pewnego dnia około godziny trzeciej po południu, pewien średniego wieku Andhranin, który niedawno przybył, zapytał Bhagavana:

„Swami, gdy codziennie rano i wieczorem przez godzinę powtarzam Rama Namam (imię Ramy), pojawiają się inne myśli — jedna po drugiej — rosną z czasem, i ostatecznie odkrywam, że zapomniałem o moim japam. Co mam zrobić?”

Bhagavan powiedział:

„Wtedy uchwyć się tego imienia (Rama Namam).”

Wszyscy się roześmialiśmy.

Biedak poczuł się zraniony i powiedział:

„Powodem tych zakłóceń jest samsara (rodzina), prawda? Dlatego myślę o porzuceniu samsary.”

Bhagavan rzekł:

„Och! Doprawdy? Co właściwie oznacza samsara? Jest wewnątrz czy na zewnątrz?”

„Żona, dzieci i inni” — odpowiedział.

Bhagavan:

„Czy to jest cała samsara? Co oni zrobili? Najpierw dowiedz się, co naprawdę oznacza samsara. Potem rozważymy kwestię ich porzucenia.”

Mężczyzna nie potrafił odpowiedzieć i siedział w milczeniu, przygnębiony.

Serce Bhagavana było pełne współczucia. Z czułym, łagodnym spojrzeniem powiedział:

„Załóżmy, że porzucisz żonę i dzieci. Jeśli będziesz tutaj, to stanie się innym rodzajem samsary. Załóżmy, że przyjmiesz sannjasę. Wtedy pojawi się kolejny rodzaj samsary — w postaci karry (laski), kamandalu (naczynia na wodę) i tym podobnych. Dlaczego to wszystko? Samsara oznacza samsarę umysłu. Jeśli porzucisz tę samsarę, będzie tak samo, gdziekolwiek będziesz — nic cię nie zaniepokoi.”

Biedak zebrał odwagę i powiedział:

„Tak, Swami — to prawda. Ale jak porzucić tę samsarę umysłu?”

Bhagavan odpowiedział:

„Właśnie o to chodzi. Powiedziałeś, że wykonujesz japam Rama Namam. W trakcie kolejnych myśli mówisz, że czasem przypominasz sobie, iż zapomniałeś o japam Rama Namam. Spróbuj przypominać sobie ten fakt tak często, jak to możliwe i chwytaj imię Ramy jak najczęściej. Wtedy inne myśli będą stopniowo zanikać.”

Następnie Bhagavan dodał:

„Do japam namam (powtarzania imienia Pana) zalecono kilka poziomów:”

I wyjaśnił:

„Lepiej jest powtarzać imię poprzez samo poruszanie ustami niż powtarzać je głośno; lepiej niż to jest powtarzać je w umyśle; a najlepsze jest dhyanam (medytacja).”

(Upadesa Saram, werset 6)

List 12 — Idź drogą, którą przyszedłeś

2 grudnia 1945

Pewnego razu młody Andhranin przyszedł i powiedział:

„Swami, z wielkim pragnieniem osiągnięcia mokszy (wyzwolenia) i z niepokojem, by poznać drogę prowadzącą do niej, przeczytałem wszelkiego rodzaju księgi o Wedancie. Każda opisuje to inaczej. Odwiedziłem także wielu uczonych ludzi — lecz każdy z nich wskazał inną ścieżkę. Zgubiłem się i dlatego przyszedłem do Ciebie. Proszę, powiedz mi, którą drogę mam obrać.”

Bhagavan, z uśmiechem na twarzy, powiedział:

„W porządku, więc idź drogą, którą przyszedłeś.”

Wszyscy obecni byli tym rozbawieni.

Biedny młodzieniec nie wiedział, co powiedzieć. Czekał, aż Bhagavan opuści salę, a potem — z przygnębionym wyrazem twarzy — zwrócił się błagalnie do innych:

„Panowie, przyszedłem z daleka, z wielką nadzieją, nie zważając na koszty i niewygody, z gorącym pragnieniem poznania drogi do mokshy — czy to sprawiedliwe, aby mówić mi, żebym poszedł drogą, którą przyszedłem? Czy to taki wielki żart?”

Wtedy jeden z nich powiedział:

„Nie, proszę pana, to nie jest żart. To najwłaściwsza odpowiedź na pana pytanie. Nauczanie Bhagavana jest takie, że dociekanie ‘Kim jestem?’ jest najprostszą drogą do mokszy. Pan zapytał, którą drogą ma iść to ‘ja’, a słowa Bhagavana ‘Idź drogą, którą przyszedłeś’ oznaczają, że jeśli zbadasz i pójdziesz ścieżką, z której przyszło to ‘ja’,

osiągniesz mokszę.”

Głos Mahatmy wskazuje prawdę nawet wtedy, gdy mówi żartobliwie.

Wtedy podano młodzieńcowi książeczkę „Kim jestem?”. Był zdumiony tą interpretacją, a przyjąwszy słowa Bhagavana jako upadesę (naukę), złożył mu pokłon i odszedł.

Bhagavan zwykle udziela nam nauk w sposób humorystyczny, mimochodem albo pocieszająco.

W pierwszych dniach mojego pobytu w Aśramie, gdy odczuwałam chęć powrotu do domu, szłam do Bhagavana w czasie, gdy prawie nikogo nie było, i mówiłam:

„Bhagavanie, chcę wrócić do domu, ale boję się ponownie popaść w zamieszanie rodzinne.”

Odpowiadał:

„Gdzie tu mowa o tym, że my w coś wpadamy, skoro to wszystko przychodzi i wpada w nas?”

Innym razem powiedziałam:

„Swami, nie jestem jeszcze wolna od tych więzów.”

Bhagavan odpowiedział:

„Niech przychodzi, co przychodzi; niech odchodzi, co odchodzi. Dlaczego się martwisz?”

List 13 — Ahetuka bhakti (bezwarunkowe oddanie)

3 grudnia 1945

W sierpniu 1944 roku przyjechał tutaj młody Bengalczyk w ochrowych szatach, o imieniu Chinmayananda, pracharak (kaznodzieja) hinduizmu, związany ze świątynią Birla Mandir w Delhi. Odwiedził kilka krajów, był w Aurobindo Aśramie i przyjechał tutaj z listem polecającym od Dilipa Kumara Roya. Lubi muzykę dewocyjną i ma piękny głos. Z rozmowy było jasne, że jest wyznawcą szkoły Bhakti Czajtanii. W obecności Bhagavana wykonał bhadżany cztery lub pięć razy, śpiewając pieśni w sanskrycie i hindi.

Podobno ktoś kierujący nowoczesną instytucją adhjatmiczną (duchową) powiedział mu, że nie osiągnie celu w tym życiu, jeśli nie będzie przebywał w jednym miejscu bez zakłóceń. Chcąc poznać opinię Bhagavana na ten temat, pewnego dnia podszedł do niego i ogólnie zapytał:

„Swami, czy sadhakowie mogą osiągnąć swój cel w tym życiu, jeśli wędrują po świecie, zatopieni w pieśniach chwały Boga? Czy powinni pozostać w jednym miejscu, żeby to było możliwe?”

Bhagavan odpowiedział:

„Dobrze jest utrzymywać umysł skupiony na jednym, gdziekolwiek się wędruje.

Jaki pożytek z tego, że ciało pozostanie w jednym miejscu, jeśli pozwala się błądzić umysłowi?”

Młodzieniec zapytał:

„Czy możliwa jest ahetuka bhakti (bezwarunkowa bhakti)?”

Bhagavan odparł:

„Tak, jest możliwa.”

Jakiś czas wcześniej, gdy inni zadali to samo pytanie podczas rozmowy, Bhagavan odpowiedział:

„Dlaczego miałaby być niemożliwa?”

Bhakti Prahlady i Narady była właśnie ahetuka bhakti. Bhakti okazywana przez naszego Bhagavana wobec Arunaczali jest przykładem tego rodzaju bhakti. Podczas pierwszego darśanu Bhagavan powiedział:

„Ojcze! Przyszedłem tutaj zgodnie z Twoim rozkazem i oddałem się Tobie całkowicie.”

Spójrz!

Bhagavan mówi, że Pan Arunachala mu rozkazał, i że on przybył!

Dlaczego został wezwany i dlaczego przyszedł?

Bhagavan przyszedł i całkowicie się mu oddał. Jeśli zapytać, w jakim celu to wszystko uczynił — cóż można odpowiedzieć?

Spójrz na bhavę (znaczenie, sens) siódmej strofy Arunachala Navamani Mala, napisanej przez Bhagavana w języku tamilskim, przetłumaczonej na telugu przez G. Narasinga Rao. Jaki cel jest wskazany w tej strofie?

Żaden.

Bhagavan raz po raz mówi nam, że ahetuka bhakti, ananya bhakti, poorna bhakti i tym podobne są synonimami dźńany, a nie czymś od niej odmiennym.

List 14 — Konwencjonalny szacunek

12 grudnia 1945

Pewnego ranka, podczas zwykłych rozmów, temat zszedł na to, że matka Bhagavana zaczęła przychodzić, aby mieszkać z nim, oraz na jej sposób życia. Bhagavan opowiedział nam wtedy:

„Matka zaczęła często tu przychodzić i zostawać ze mną coraz dłużej. Wiecie, że zawsze zwracam się z szacunkiem nawet do zwierząt i ptaków. W ten sam sposób zwracałem się również do matki, używając form grzecznościowych. Wtedy przyszło mi do głowy, że robię coś, co może ją ranić. Dlatego zrezygnowałem z tego zwyczaju i zacząłem zwracać się do niej w sposób familiarnego tonu.

Jeśli jakaś praktyka jest naturalna i stała się nawykiem, człowiek czuje się nieswojo, kiedy ma ją zmienić. Ale cóż znaczą te wszystkie cielesne sprawy?”

Powiedział to z głębokim uczuciem i moje oczy napełniły się łzami.

Zanim na jego twarzy pojawiły się pierwsze oznaki młodości, porzucił wszystkie pragnienia światowe i pchany Boskim pragnieniem pospieszył do świętej Arunaczali, gdzie panuje w Królestwie Wiecznej Błogości.

Jak opisać ogromne szczęście tej matki, która miała przywilej, aby taki syn zwracał się do niej słowem „Amma”?

W Wedach matka zajmuje pierwsze miejsce w hierarchii czci: „Mātṛ devo bhava” — „Niech matka będzie twoim bogiem.” A jednak — piękne jest to, że Bhagavan czuł, iż nienaturalnym dla niego było zwracanie się do niej w sposób oficjalny, pełen szacunku. Gdyby zwracał się do niej w ten sposób, czyż nie czułaby się zraniona? Była zadowolona tylko wtedy, gdy zwracał się do niej po prostu „Matko”. Może Bhagavan czuł, że nie powinien ranić jej uczuć w tak drobnej sprawie.

Bhagavan często mówił:

„Kiedy moja matka odeszła, pomyślałem, że uwolniłem się z więzów i będę mógł swobodnie wędrować z miejsca na miejsce, żyjąc w samotności w jakiejś jaskini. Ale w rzeczywistości mam teraz jeszcze większe przywiązanie — nie mogę nawet wyjść gdziekolwiek.”

Jedną matkę miał, ale dzieci ma tysiące — czyż to nie większe związanie?

Opowiem ci: pewnego dnia, gdy usłyszał, że Skandaśram jest w remoncie, poszedł tam w południe wraz ze swoim opiekunem, Rangaswamim, żeby obejrzeć postęp prac — nie mówiąc nikomu i zamierzając wrócić po cichu.

Ale co się stało?

Wszyscy pobiegliśmy tam, rozgorączkowani, otoczyliśmy go i nie pozwoliliśmy mu ruszyć się z miejsca. Z wielkim trudem udało mu się wrócić z całą tą gromadą około ósmej wieczorem.

Dwa tygodnie później robotnicy oznajmili Bhagavanowi, że ukończyli budowę ścieżki do Skandaszramy i błagali go, by przyszedł ją obejrzeć.

Bhagavan powiedział:

„Zobaczymy.”

Tego ranka wszyscy wyraziliśmy wielką chęć, żeby tam pójść.

Bhagavan zaczął nas udobruchiwać:

„Pójdziemy tam kiedy indziej — na piknik.”

A jednak tego samego wieczoru, około piątej, wyszedł na zwyczajowy spacer po wzgórzu i stamtąd po cichu wymknął się do Skandaśramu. Gdy tylko to się stało wiadome, kobiety i mężczyźni zaczęli iść w górę w ciemnościach, z pochodniami i lampami, nie zważając na zapadającą noc.

Tym, którzy nie znają zwyczajów Bhagavana, można wybaczyć, że pobiegli za nim. Ale ja — znałam te sprawy — i czułam, że nie powinnam iść. Dwa razy zaczynałam wspinaczkę i dwa razy wracałam po dojściu do pierwszego zakrętu. Ale w końcu nie mogłam oprzeć się pokusie i ruszyłam za tłumem.

Tak jak małpa nie może zmienić swojej natury, choćby ją zachęcano — tak moje naturalne tendencje umysłu powróciły, choć bardzo starałam się je kontrolować. Jaki pożytek z późniejszego żalu?

W istocie, gdy wszystkie jego dzieci szły tak za nim w mroku, jakże musiał być zasmucony, że nie ma dla nich miejsca, aby usiąść, ani jedzenia, aby im podać. Dlatego — z przelewającej się dobroci — później zorganizował prawdziwą ucztę dla wszystkich tam na miejscu.

Jak mógłby zarządzać tą ogromną rodziną, gdyby nie posiadał zdumiewającej zdolności prowadzenia? I jak mógłby pozostać tak zdystansowany pośród tak wielkiej rodziny, gdyby nie był pełen głębokiego spokoju?

Pamiętaj — nie ma nic poza mocą wielkiego Mistrza.

List 15 — Śmierć Echammy

29 grudnia 1945

W nocy w czwartek, 27-go, o godzinie 2:45, Echamma, która była dla Bhagavana jak matka, opuściła swoje ciało i osiągnęła zjednoczenie z Najwyższym u lotosowych stóp Bhagavana.

Na tę wiadomość czuję raczej zadowolenie niż smutek.

Kiedy przeniosłam się z jej domu do mieszkania blisko Aśramu, często mówiła:

„Kocham cię jak własne dziecko. Myślałam, że to ty odprowadzisz mnie z tego świata, ale przeprowadziłaś się daleko. Teraz przyjdziesz do mnie dopiero po mojej śmierci — żeby odprowadzić ciało na stos, prawda?”

Kiedy to mówiła, w jej oczach pojawiały się łzy. …I rzeczywiście wszystko stało się dokładnie tak, jak powiedziała. Usłyszałam tylko wiadomość o jej śmierci, nie o chorobie.

Jest takie powiedzenie:

„Dziecko twarde jak skała, matka krucha jak lakier.”

Żałuję tylko, że tutaj sprawdziło się to aż nazbyt dosłownie.

Pamiętasz — 25-go, ty i twoja żona daliście jej ubrania, a ona była wtedy zajęta gotowaniem dla gości w domu. Tego samego wieczoru nie mogła już wstać, więc poprosiła o wodę i podano jej trochę. Po wypiciu położyła się cicho i goście odeszli.

Przekazuję ci szczegóły tak, jak opowiedziała mi jej siostrzenica, która się nią zajmowała.

Po tym, jak wypiła wodę, nie mogła już mówić ani jeść, lecz leżała w łóżku.

Następnego dnia ta wiadomość została przekazana Bhagavanowi.

27-go jej stan stał się poważny. Wysłano telegramy do krewnych. Chociaż była prawie nieprzytomna, uchylała lekko oczy, kiedy ktoś ją wołał. Około czwartej po południu pewna kobieta chciała sprawdzić, na ile jest świadoma.

Powiedziała więc:

„Wygląda na to, że dziś nie wysłano posiłku dla Bhagavana.”

Jak tylko usłyszała słowo „posiłek”, szeroko otworzyła oczy i z wykrzyknikiem spojrzała pytająco.

Aby nie zakłócać jej spokoju, siostrzenica powiedziała:

„Wysłaliśmy.”

Echamma skinęła z aprobatą.

To jest prawdziwa vrita dīkṣā (ścisłe przestrzeganie ślubu). Cóż można powiedzieć o tej wielkiej matce, która nie zapominała o swoim kainkarya (służeniu Bhagavanowi) nawet w agonii!

To wszystko.

O ósmej wieczorem jej usta wydawały niespójne dźwięki, oczy były zamglone i było jasne, że jest w konwulsjach śmierci. Siostrzenica przyszła do Bhagavana i przekazała wiadomość.

Lekarz z Aśramu zbadał ją i orzekł, że nie ma nadziei; wtedy odprawiono jeevaprayaschitham (ostatnie rytuały).

Po tym, jak wiadomość dotarła do Bhagavana, nie cierpiała już długo — oddech stawał się spokojniejszy i słabszy i o 2:45 w nocy odeszła.

Dowiedziałam się o jej chorobie w czwartek wieczorem i planowałam odwiedzić ją nazajutrz rano, lecz gdy przyszłam do Aśramu jeszcze przed wyjściem do niej, usłyszałam tę smutną wiadomość.

Bhagavan powiedział do mnie:

„Och, umarła? Czekałem, aby zobaczyć, kiedy odejdzie od wszystkich tych ziemskich trosk. A więc odeszła od nich wszystkich. W porządku, idź tam i wróć.”

Poszłam tam z kilkoma wielbicielami. Zalała mnie rozpacz, gdy zobaczyłam jej ciało z twarzą nadal niezmąconą. Bez wątpienia była osobą o silnej osobowości i gdy na początku mojego pobytu tutaj byłam zupełnie sama, była moim jedynym oparciem.

Choć bardzo niechętnie przeniosłam się z jej domu, zawsze przynosiła mi jedzenie razem z jedzeniem dla Bhagavana, kiedy byłam chora. Zgodnie z jej wcześniejszymi instrukcjami obmyłam jej ciało wodą z Gangesu, posmarowałam vibhuti (święty popiół), położyłam ziarna rudraksha, a potem odprowadziłam w jej ostatnią podróż.

Wszyscy krewni zdecydowali, że powinna być skremowana, nie pochowana.

Kiedy złożyłam pokłon Bhagavanowi o 2:30 po południu, zapytał:

„Jak umarła? Co zrobili?”

Odpowiedziałam:

„Zdecydowali o kremacji. Krewni mówią, że pragnęła, by jej prochy zostały złożone w jej wiosce i aby wzniesiono nad nimi samadhi, z rośliną tulsi do czci.”

Bhagavan powiedział:

„Tak, tak, to właściwe. Tak samo postąpiono z Ganapati Sastrim i innymi.”

Kiedy usiadłam, Bhagavan powiedział pocieszająco:

„Mówiłem jej wiele razy, żeby nie martwiła się o to jedzenie, żeby przestała.

Ale nie! Była uparta i odmawiała jedzenia, dopóki nie podała posiłku Swamiemu.

Nawet dziś przysłano mi posiłek on niej.”

Powiedziałam:

„Już nie teraz.”

Bhagavan rzekł:

„Ta starsza kobieta Mudaliar nadal tu jest.”

Kiedy to powiedział, ogarnął mnie smutek i powiedziałam:

„Zawsze, gdy Echamma dawała mi coś do jedzenia, złościła się, jeśli nie zjadłam tego od razu.”

W tej chwili moje oczy napełniły się łzami. Bhagavan, mówiąc „Tak, tak”, zmienił temat.

Zakończyło się ziemskie życie wielbicielki, która przez trzydzieści osiem lat trzymała się tego ślubu jak talizmanu i czciła Boga.

Jeszcze jedna znacząca rzecz:

Wieczorem 27-go, po Veda Parayana i mojej zwykłej pradakszinie wokół sali, weszłam, by pokłonić się Bhagavanowi. Zobaczyłam go siedzącego nieruchomo w padmasanie, głęboko pogrążonego w dhyanie, z rękami swobodnie opuszczonymi po bokach. Jego oczy promieniały blaskiem, jakby były dwoma niebiańskimi światłami i wydawało mi się, że duchowy blask wszechświata zstąpił i skupił się w postaci Bhagavana.

Chciałam patrzeć dłużej i z bliższa, ale nie mogłam znieść potężnej jasności, więc tylko pokłoniłam się i wróciłam do domu, zastanawiając się, że musi kryć się za tym jakieś głębokie znaczenie.

Po kolacji i krótkiej rozmowie u boku Bhagavana, Krishna Bhikshu przyszedł do mnie z przyjacielem. Gdy zapytałam o wiadomości z Aśramu, powiedział, że Bhagavan przez cały wieczór był głęboko zatopiony w sobie, z promiennym, dalekim spojrzeniem, i że musi być w tym coś wyjątkowego i niezwykłego.

Zastanawialiśmy się, co to może być.

Później, gdy usłyszeliśmy szczegóły śmierci Echammy, dowiedzieliśmy się, że od godziny 17:00 była w agonii, a o 21:00, kiedy wiadomość została przekazana Bhagavanowi, wszystkie jej cierpienia natychmiast ustały i odeszła w pokoju. Wtedy wszyscy pomyśleliśmy, że to właśnie aby uwolnić tę wielką wielbicielkę od jej stanu cielesnego Bhagavan przyjął poprzedniego wieczoru tamtą cudownie promienną formę.

List 16 — Pierwsza bhiksza

30 grudnia 1945

Pewnego popołudnia, podczas zwykłej rozmowy, Bhagavan popadł w nastrój wspomnień i zaczął opowiadać nam następująco:

„W Świątyni Gopura Subrahmanyeswary był kiedyś Mouna Swami (milczący sadhu).

Pewnego ranka, gdy chodziłem po Tysiącfilarowej Mandapam, przyszedł tam z przyjacielem. On był Mouna Swamim i ja także. Nie było rozmowy, żadnych powitań.

Wkrótce nadeszło południe. Dał swojemu przyjacielowi znak, który znaczył:

„Nie wiem, kim jest ten chłopiec, ale wygląda na zmęczonego; proszę, przynieś trochę jedzenia i daj mu.”

Zgodnie z tym przynieśli jedzenie. To był gotowany ryż. Każde ziarenko było osobne. Pod spodem była kwaśna woda. Do tego odrobina pikli.

„To była pierwsza bhiksha dana mi przez Śri Arunachaleswarę. Właściwie w tym, co jem teraz, nie ma ani odrobiny przyjemności. Wszystkie posiłki i słodycze (pancha bhakshya paramanna) są niczym w porównaniu z tamtym jedzeniem” — powiedział Bhagavan.

Ktoś zapytał:

„Czy to było pierwszego dnia po przybyciu Śri Bhagavana do tamtego miejsca?”

Bhagavan odparł:

„Nie, nie — następnego dnia. Uznając to za pierwszą bhikshę daną mi przez Ishvarę, zjadłem ten ryż i pikle oraz wypiłem podaną wodę. Tego szczęścia nigdy nie zapomnę.”

Wtedy jeden z wielbicieli powiedział:

„Wierzę, że jest jeszcze jakaś inna historia o tym, jak Śri Bhagavan po raz pierwszy poszedł do miasta po bhikshę.”

Bhagavan odpowiedział:

„Tak, była pewna wielbicielka. Bardzo często przynosiła mi coś do jedzenia.

Pewnego dnia zorganizowała ucztę dla wszystkich sadhusów i nalegała, żebym zjadł razem z nimi. Dałem jej znak, że nie zrobię tego i że pójdę żebrać. Musiałem albo usiąść i zjeść z nimi wszystkimi, albo wyjść po bhikshę.”

„Tak, pomyślałem, że taka jest wola Boga, i wyszedłem po bhikshę. Ta kobieta jednak miała wątpliwości, czy faktycznie pójdę żebrać, czy jednak dołączę do uczty.

Wysłała więc za mną człowieka.”

„Ponieważ nie było wyjścia, poszedłem do domu na ulicy po lewej stronie świątyni.

Stanąłem przed nim i zaklaskałem w dłonie. Gospodyni zobaczyła mnie i — jako że już o mnie słyszała — rozpoznała mnie i zawołała:

„Wejdź, mój synu, wejdź.”

Nakarmiła mnie obficie, mówiąc:

„Mój chłopcze, straciłam syna. Kiedy cię widzę, wyglądasz zupełnie jak on. Proszę, przychodź codziennie w ten sposób, mój synu.”

Później dowiedziałem się, że jej imię brzmiało Muthamma.”

List 17 — Wiem, że nic nie wiem

31 grudnia 1945

W pierwszym tygodniu zeszłego miesiąca pewnego ranka do Aśramu przyszedł prosty, nieuczony wędrowiec. Po pobycie tutaj przez dwa lub trzy dni — zgodnie z powiedzeniem „satra bhojanam, matha nidra” (jeść w choultry, spać w klasztorach) — odszedł, by jeść i nocować gdzie indziej, ale przez kilka dni nadal tu przychodził, ciesząc się błogością przebywania w pobliżu i otrzymywania darśanu Bhagavana.

Przed opuszczeniem miejscowości podszedł pewnego dnia do Bhagavana z wielkim wahaniem i powiedział pokornym tonem:

„Swami, ludzie siedzący tutaj zawsze o coś pytają, a Ty im odpowiadasz. Kiedy to widzę, też mam ochotę zapytać, ale nie wiem, o co zapytać. Jak więc mogę osiągnąć mukti?”

Bhagavan spojrzał na niego z czułością i z uśmiechem powiedział:

„Skąd wiesz, że nic nie wiesz?”

Mężczyzna odpowiedział:

„Kiedy tu przyszedłem i słyszałem pytania zadawane przez tych wszystkich ludzi oraz odpowiedzi, jakich Bhagavan raczy im udzielać — wtedy przyszło do mnie uczucie, że nic nie wiem.”

Bhagavan rzekł:

„W takim razie w porządku. Odkryłeś, że nic nie wiesz — to samo w sobie wystarczy. Cóż więcej jest potrzebne?”

Pytający powiedział:

„Swami, jak mogę osiągnąć mukti tylko dzięki temu?”

Bhagavan odpowiedział:

„Dlaczego nie? Jest ktoś, kto wie, że nic nie wie. Wystarczy, że zbadasz i odkryjesz, kim jest ten ktoś. Ego rozwija się, jeśli człowiek myśli, że wszystko wie. Zamiast tego, czyż nie jest o wiele lepiej mieć świadomość, że nic się nie wie — i wtedy zbadać, jak można osiągnąć mokszę?”

Pytający poczuł radość i odszedł.

Ten człowiek mógł zrozumieć lub nie zrozumieć istoty tej Bhagawath-vani (głosu Pana), lecz dla nas, którzy tu byliśmy, słowa te rozbrzmiewały w głębi serca niczym mantra-akṣary (święte sylaby mantry).

List 18 — Lamparty i węże

1 stycznia 1946

Ostatnio dowiedziałam się o jeszcze jednym wydarzeniu z życia Bhagavana na górze i dlatego piszę ci o tym.

Kiedy Bhagavan mieszkał w Jaskini Virupakszy, usłyszano ryk lamparta dochodzący z miejsca, gdzie znajdowała się woda pitna. Zanim przestraszeni wielbiciele zebrali jakieś talerze i bębny, żeby narobić hałasu i odpędzić lamparta, ten zdążył napić się tyle, ile potrzebował, i odszedł, wydając jeszcze jeden ryk.

Bhagavan spojrzał na przerażonych wielbicieli i powiedział im napominającym tonem:

„Dlaczego tak się martwicie? Pierwszym rykiem lampart dał mi znać, że nadchodzi. Po napiciu się drugi ryk oznaczał, że odchodzi. Poszedł swoją drogą. Nie wtrącił się w wasze sprawy. Dlaczego się tak boicie? To góra jest domem tych dzikich zwierząt, a my jesteśmy tu gośćmi. Skoro tak, czy macie prawo przepędzać je stąd?”

Chyba żeby uspokoić ich lęk, Bhagavan dodał:

„Na tej górze żyje wielu siddha purushów (świętych istot). Być może w pragnieniu, by mnie zobaczyć, przychodzą i odchodzą, przybierając różne formy. Dlatego nie powinniście im przeszkadzać.”

Od tamtej pory lampart przychodził często, aby napić się wody. Za każdym razem, kiedy słyszano ryk, Bhagavan mówił:

„O, proszę bardzo! Lampart ogłasza swoje przybycie.”

A później:

„Lampart ogłasza swoje odejście.”

I w ten sposób Bhagavan był zupełnie swobodny wśród dzikich zwierząt.

Jeden z wielbicieli zapytał Bhagavana, czy to prawda, że kiedy mieszkał na górze, był przyjazny wobec węży i że jeden wąż pełzał po jego ciele, inny wspinał mu się po nodze itd.

Bhagavan odpowiedział:

„Tak, to prawda. Przychodził do mnie jeden wąż, całkiem przyjaźnie. Czasem próbował wspiąć mi się na nogę. Gdy mnie dotykał, ciało łaskotało, więc po prostu odsuwałem nogę — to wszystko.

Wąż sam z siebie przychodził i sam odchodził.”

List 19 — Czy nie zechcesz usłyszeć mojej niemej prośby?

2 stycznia 1946

Znasz Jagadiswarę Sastriego, prawda?

Kiedy był tutaj, pewien pies zawsze wchodził z nim do sali. Był to pies wyjątkowo inteligentny.

Kiedy Sastri lub jego żona przychodzili do sali Bhagavana, pies szedł z nimi, siadał jak dobrze wychowane dziecko i wychodził razem z nimi. Bardzo zależało mu na mieszkaniu w Aśramie.

Ludzie robili wszystko, co mogli, żeby nie dopuścić go do sali, ale bez skutku.

Pewnego razu starsze małżeństwo powierzyło psa komuś, gdy wyjechali do Madrasu i nie wrócili przez 15 dni. Na początku — przez pierwsze cztery, pięć dni — pies szukał ich po salach, chodził do wszystkich miejsc, które oni odwiedzali. Zmęczony, być może zniechęcony daremnymi poszukiwaniami, pewnego ranka około godziny 10 przyszedł do sofy Bhagavana i stanął przed nim, wpatrując się w niego uporczywie.

W tym czasie siedziałam w pierwszym rzędzie. Bhagavan czytał gazetę. Krishnaswami i inni próbowali wypędzić psa groźbami, ale na próżno. Ja również kazałam mu wyjść.

Nie — nie ruszył się.

Harmider zwrócił uwagę Bhagavana; spojrzał w tamtą stronę. Chwilę obserwował spojrzenie psa i nasze pobudzenie. Potem odłożył gazetę i — jakby rozumiejąc język psa milczeniem — poruszył dłonią w jego stronę i powiedział:

„No dobrze, o co chodzi? Pytasz, gdzie są twoi ludzie? Aha, rozumiem. Pojechali do Madrasu. Wrócą za tydzień. Nie bój się. Nie martw się. Bądź spokojny. Tak dobrze? Teraz idź.”

Ledwie Bhagavan skończył mówić, pies odwrócił się i odszedł.

Wkrótce potem Bhagavan powiedział do mnie:

„Widzisz to? Pies pyta mnie, gdzie są jego ludzie i kiedy wracają. Jakkolwiek bardzo ludzie tutaj próbowali go wygnać — nie ruszył się, dopóki nie odpowiedziałem na jego pytania.”

Raz, podobno, żona tego Sastriego ukarała psa kijem za coś, co zrobił, i zamknęła go w pokoju na pół dnia. Kiedy został wypuszczony, przyszedł prosto do Bhagavana, jakby na nią skarżył się, i pozostał w Aśramie, nie wracając do ich domu przez cztery lub pięć dni.

Bhagavan polecił, by karmiono psa, i zganił kobietę mówiąc:

„Co zrobiłaś psu? Dlaczego jest na ciebie zły? Przyszedł i poskarżył mi się. Dlaczego? Co mu zrobiłaś?”

W końcu przyznała się do winy w obecności Bhagavana i — po wielu zabiegach — udało jej się nakłonić psa, by wrócił do domu.

List 20 — Wiewiórka

3 stycznia 1946

Czy wiesz, jak wiele swobody ma nasza braterska wiewiórka u Bhagavana?

Dwa lub trzy lata temu była wśród wiewiórek jedna wyjątkowo żywa i psotna. Pewnego dnia, gdy przyszła po jedzenie, Bhagavan czytał i był zajęty, więc trochę opóźnił podanie jej pokarmu. Ten psotny stwór nie chciał zjeść niczego, czego Bhagavan nie podałby mu własną ręką. Może ze złości na to opóźnienie nagle ugryzł Bhagavana w palec — ale nawet wtedy Bhagavan nie podał mu jedzenia.

Bhagavan, rozbawiony, powiedział:

„Jesteś niegrzecznym stworzeniem! Ugryzłeś mój palec! Już nie będę cię karmić. Idź sobie!”

I tak przez kilka dni przestał go karmić.

Czy wiewiórka siedziała spokojnie? Skądże! Zaczęła błagać Bhagavana o przebaczenie, biegając tam i z powrotem.

Bhagavan kładł orzechy na parapecie i na sofie, mówiąc, żeby brała sobie sama. Ale nie — wiewiórka nawet ich nie dotknęła.

Bhagavan udawał obojętność. Ale wiewiórka wspinała mu się na nogi, skakała na ciało, właziła na ramiona — robiła wszystko, by zwrócić jego uwagę.

Wtedy Bhagavan powiedział do nas:

„Popatrzcie, ten łobuz błaga mnie, abym wybaczył mu ugryzienie i żebym przestał odmawiać karmienia go moją własną ręką.”

Przez kilka dni Bhagavan odpychał ją mówiąc:

„Niegodne stworzenie! Dlaczego ugryzłeś mój palec? Nie będę cię teraz karmić. To twoja kara. Patrz — tu są orzechy. Jedz je wszystkie.”

Ale wiewiórka również nie zrezygnowała ze swojej upartości.

Minęło kilka dni i w końcu Bhagavan musiał ustąpić — z powodu swego współczucia dla wszystkich istot. Pomyślałam wtedy, że to właśnie dzięki wytrwałości wielbiciele osiągają wyzwolenie.

Wiewiórka na tym nie poprzestała. Zebrała kilka swoich towarzyszy i zaczęła budować gniazdo w dachu sali — dokładnie nad sofą. Wciskały w belki sznurki, włókna kokosa i tym podobne rzeczy. Kiedy wiał wiatr, wszystko to spadało na dół i ludzie, zirytowani, zaczęli je przepędzać. Ale Bhagavan czuł wtedy ogromny żal, myśląc, że na sali nie ma dość miejsca, by wiewiórki mogły zbudować gniazdo i że ludzie je przepędzają. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz w takich chwilach, by zrozumieć głębię jego miłości i czułości wobec takich stworzeń.

Kiedy powiedziałam Bhagavanowi, że napisałam do ciebie o wiewiórkach w moim liście, odparł z wyraźną radością:

„Jest o nich długa historia. Kiedyś miały gniazdo przy belce nade mną. Miały dzieci, potem wnuki, i ich rodzina bardzo się rozrosła. Bawiły się na tej sofie, jak tylko chciały.

Kiedy wychodziłem na spacer, małe wiewiórki chowały się pod poduszką, a gdy wracałem i kładłem się, były miażdżone. Nie mogliśmy tego znieść, więc Madhava wygonił je z gniazda i zabił wejście deskami.

Jest o nich cała masa opowieści, gdyby ktoś chciał je spisać.”

List 21 — Dharma a dharma-sukszma

4 stycznia 1946

Czasem ludzie przynoszą Bhagavanowi prasad składający się z vibhuti (święty popiół) i kumkum (czerwony proszek) z różnych miejsc: Tiruchendur, Madurai i Rameswaram.

Bhagavan przyjmuje to z najwyższą czcią mówiąc:

„Patrzcie — Subrahmanya z Tiruchendur przybył. Oto Meenakshi z Madurai. Tu jest Ramalingeswara z Rameswaram. Tu jeden Bóg, tam drugi Bóg.”

Inni przynoszą świętą wodę mówiąc:

„To z Gangi, tamto z Gautami, to z Kaweri, tamto z Krishny.”

Za każdym razem Bhagavan przyjmuje ją mówiąc:

„Oto Matka Ganga, tam Gautami, to Kaweri, a tam Krishnaveni.”

Na początku bardzo mnie to dziwiło.

Skoro Ramana sam jest ucieleśnieniem Wiecznej Istoty, będącej źródłem wszystkich tirth (świętych wód), i która jaśnieje w swojej własnej naturze — jak nierozsądnie wygląda przynoszenie mu prasad w postaci zwykłej wody, jakby było to coś wielkiego!

Czy ci ludzie są szaleni? — zastanawiałam się.

Jakiś czas temu ktoś przyniósł wodę z morza (sagara tirtha). Bhagavan przyjął ją mówiąc:

„Do tej pory wszystkie rzeki przychodziły do mnie, ale nie sagara — ocean. To pierwszy raz, kiedy przyszedł. Bardzo dobrze. Daj mi.”

Kiedy to usłyszałam, nagle przypomniałam sobie starożytne podania, w których mówi się, że wszystkie tirthy (rzeki), samudry (morza) i devaty przychodzą do takich Mędrców jak Ramana, by oddać hołd ich lotosowym stopom. Myślałam, że to tylko przesadzone metafory — bo kamienie i wody przecież nie mogą chodzić.

A jednak teraz widzę, że bez niczyjej intencji wszystkie te święte wody, popioły i inne prasady są przynoszone przez wielbicieli — a Bhagavan przyjmuje je mówiąc:

„Przyszły.”

Z wydarzeń w obecności Mahatmów można dostrzec, że trzeba uważnie odczytywać wewnętrzne znaczenie rzeczy. Jeśli się to zrobi, staje się jasne, że dharma jest jedną rzeczą, a dharma-sukszma (ukryta zasada dharmy) — czymś innym.

Ponieważ Bhagavan przyjmuje te wszystkie wody z widoczną radością, należy to rozumieć jako przyjęcie służby wszystkich tirth i prasādów. Ta wewnętrzna interpretacja przyszła mi do głowy, gdy przyniesiono sagara tirthę — świętą wodę z oceanu.

Pamiętasz, że kiedy żył w jaskini, Bhagavan powiedział, gdy przyszedł lampart:

„Wielu należących do klasy siddhów (istot urzeczywistnionych) przychodzi mnie zobaczyć w różnych formach.”

List 22 — Moksza

8 stycznia 1946

Kilka dni temu pewna kobieta, która niedawno tu przybyła, weszła do sali około godziny 15 i usiadła. Przez cały czas próbowała wstać i o coś zapytać Sri Bhagavana. Ponieważ Bhagavan zdawał się jej nie zauważać i czytał książkę, czekała chwilę.

Gdy tylko Bhagavan odłożył książkę, wstała, podeszła do sofy i bez żadnego strachu czy wahania powiedziała:

„Swami, mam tylko jedno pragnienie. Czy mogę ci powiedzieć, jakie?”

„Tak” — powiedział Bhagavan — „Czego chcesz?”

„Chcę mokszy” — powiedziała.

„Ach, naprawdę?” — odparł Bhagavan.

„Tak, Swamiji, nie chcę niczego innego. Czy wystarczy, jeśli dasz mi mokszę?”

Powstrzymując uśmiech, który prawie pojawił się na jego ustach, Bhagavan powiedział:

„Tak, tak, dobrze; bardzo dobrze.”

Kobieta dodała:

„Nie wystarczy, jeśli powiesz, że dasz mi ją kiedyś później. Musisz dać mi ją tutaj i teraz.”

„W porządku” — powiedział Bhagavan.

„Dasz mi ją teraz? Muszę już iść.”

Bhagavan skinął głową.

Gdy tylko wyszła z sali, Bhagavan wybuchnął śmiechem i zwracając się do nas powiedział:

„Mówi, że wystarczy, jeśli tylko da się jej mokszę. Niczego innego nie chce.”

Siedząca obok mnie Subbalakshmamma podchwyciła wątek rozmowy i spokojnie powiedziała:

„Przyszliśmy i mieszkamy tu dla tego samego celu. Niczego więcej nie chcemy. Wystarczy, jeśli dasz nam mokszę.”

Bhagavan odpowiedział:

„Jeżeli wyrzekniecie się wszystkiego i porzucicie wszystko, co pozostaje? Tylko moksza. Cóż jeszcze ktoś miałby wam dać? Ona zawsze jest. Taka jest jej natura.”

„My tego wszystkiego nie wiemy” — powiedziała Subbalakshmamma. — „Bhagavan sam musi dać nam mokszę.” Tak mówiąc, wyszła z sali.

Patrząc na służących stojących obok, Bhagavan powiedział:

„Mówią, że powinienem dać im mokszę. Wystarczy, jeśli tylko moksza zostanie im dana. Czy samo to nie jest pragnieniem?

Jeśli porzuci się wszystkie swoje pragnienia, to co pozostaje? Tylko moksza. A żeby pozbyć się wszystkich pragnień — potrzebna jest sadhana.”

Ta sama idea znajduje się w Maharatnamala:

vasanātanvam brahma mokṣa iti abhidhīyate

Pełne zniszczenie wasan (podświadomych skłonności) nazywane jest Brahmanem i mokszą.

List 23 — Pudża dla krowy

16 stycznia 1946

Wiesz, że wczoraj był świąteczny dzień Mattu Pongal, czyli święto krów. W tym dniu w całym kraju domowe zwierzęta są dekorowane i karmione pongalem.

W Aśramie również wczoraj rano przygotowano wiele rodzajów słodyczy i słonych przysmaków, a następnie zrobiono z nich girlandy. Odprawiono pudżę Nandiemu, rysując ozdobne wzory z białego proszku przed oborą, obwiązując słupy drzewami bananowymi, wieszając girlandy z zielonych liści, kąpiąc wszystkie krowy, malując ich czoła tilakiem (kunkumą), zawieszając girlandy na ich szyjach i karmiąc je pongalem. Na koniec odprawiono pudżę z recytacją mantr i rozbijaniem kokosów.

Lakshmi to przecież królowa krów, prawda? Powinnaś była widzieć jej majestat! Jej czoło było pokryte kurkumą i ozdobione kumkumą. Na jej szyi i rogach wisiały girlandy z róż i wielu innych kwiatów, a także girlandy zrobione z różnych słodyczy i przekąsek. Oprócz tego zawieszono girlandy z bananów, kawałków trzciny cukrowej i miąższu kokosa.

A osoba odpowiedzialna za zwierzęta — niezadowolona z samej tej ilości — przyniosła z własnego domu kolejną girlandę, wykonaną z przysmaku podobnego do murukku, i założyła ją Lakshmi.

Kiedy Niranjananandaswami zapytał go, po co to, odpowiedział z uzasadnioną dumą, że to jego mamool — coroczny zwyczaj.

Kiedy zobaczyłam Lakshmi tak wystrojoną jak Kamadhenu, byłam zachwycona i przepełniła mnie radość.

Bhagavan wyszedł o 9:45 i około 10:00 przyszedł do Goszali, by pobłogosławić swoje dzieci. Usiadł na krześle obok Lakshmi, oglądając jej piękne ozdoby. Wielbiciele zrobili arati z kamfory, recytowali hymny Wed, takie jak Na Karmana. Niektórzy powiedzieli, że chcą zrobić zdjęcie Lakshmi. Przesunięto wielbicieli na boki, a Lakshmi poprowadzono na środek Goszali. Stała tam, potrząsając wdzięcznie głową. Bhagavan również wstał, podszedł i stanął obok Lakshmi, głaszcząc jej głowę i ciało lewą ręką. Gdy powiedział:

„Stój spokojnie, proszę, spokojnie.”

Lakshmi powoli zamknęła oczy i stała zupełnie nieruchomo — jak pogrążona w samadhi. Sri Ramana położył lewą rękę na jej grzbiecie, a w prawej trzymając laskę, stał w dostojnej pozie, gdy fotograf robił dwa lub trzy zdjęcia. Trzeba było widzieć tę scenę, by w pełni zrozumieć jej wspaniałość. Zrobiono też zdjęcie, gdy Bhagavan karmił Lakshmi owocami i słodyczami własną ręką. Możesz zobaczyć te zdjęcia, kiedy tu przyjedziesz.

Ramana z Lakszmi

Kiedy patrzyłam na ten widok — Bhagavana stojącego pośród krów w Goszali — przypomniałam sobie o Krysznie w Repalle.

Brahma Vaivartha Purāna napisano, że Kryszna jest Paramatmą, Panem świata krów, a Radha jest Prakriti. Według tej Purany Radha i Madhava są Prakriti i Puruszą — nierozerwalną parą.

Kiedy Bhagavan stał lekko przechylony w lewo, z lewą ręką na Lakshmi, a laską w prawej — wyglądającą jak flet — z uśmiechem błyszczącym jak piana fal oceanu anandy, z pełnym współczucia spojrzeniem na wielbicieli otaczających go wraz ze stadem krów, nie było trudno ujrzeć w nim samego Pana Krysznę.

A jeśli Kryszną jest Ramana, to kim jest nasza Lakshmi — która z opuszczonymi uszami i zamkniętymi oczami zdawała się zupełnie nieświadoma świata, pogrążona w błogości wywołanej dotykiem jego dłoni? Czyż nie jest ucieleśnieniem Prakriti w formie Radhy? Inaczej, jak mogłaby rozumieć ludzką mowę?

To nie przesada powiedzieć, że ujrzeliśmy w tym zgromadzeniu — ludzkimi oczami — to, co zwykle jest poza ludzkim wzrokiem: świat krów i jego władców — Prakriti i Puruszę.

Możesz śmiać się z moich fantazji, ale zapewniam, że był to widok prześliczny.

Co roku odbywa się to święto, ale w tym roku Bhagavan dał nam darśan, stojąc obok Lakshmi — bo wielbiciele poprosili o zdjęcie.

Jakiż to był wielki dzień!

Piszę do ciebie, bo moja radość była zbyt wielka, by ją zatrzymać w sobie.

List 24 — Para gołębi

17 stycznia 1946

Pewnego ranka, około września lub października 1945 roku, oddany wielbiciel z Bangalore, imieniem Venkataswami Naidu, przyniósł parę gołębi i ofiarował je Aśramowi.

Kiedy Bhagavan to zobaczył, powiedział:

„Musimy je chronić przed kotami i innymi stworzeniami, prawda? Kto będzie się nimi zajmował? Potrzebna jest klatka, trzeba je karmić. Kto będzie to wszystko robił tutaj? Lepiej, żeby je zabrał.”

Wielbiciel odpowiedział, że sam przygotuje wszystko, co potrzebne, i poprosił, aby gołębie zostały w Aśramie. Położył parę gołębi na kolanach Bhagavana.

Bhagavan, przepełniony miłością i czułością, przyciągnął je do siebie, mówiąc:

„Chodźcie, kochani! Chodźcie! Nie chcecie wracać? Chcecie zostać tutaj? Dobrze, zostańcie; klatka zaraz przyjdzie.”

Kiedy tak je głaskał i pieścił, stały się zupełnie nieruchome, zamknęły oczy — jakby w samadhi — i trwały tam bez ruchu. Bhagavan trzymał je wciąż na kolanach, przestał je głaskać, a jego spojrzenie spoczęło na nich — siedział w ciszy, głęboko zanurzony w samadhi.

Znalezienie i przyniesienie klatki zajęło wielbicielom blisko godzinę. A co jest w tym zadziwiające — przez całą tę godzinę gołębie siedziały na kolanach Bhagavana, nie poruszając się ani w jedną, ani w drugą stronę, jak para joginów w samadhi.

Cóż moglibyśmy powiedzieć o ich szczęściu? Czyż to nie wynik ich punji z poprzednich wcieleń, że taki wielki mędrzec posadził je na swoich kolanach, głaskał od głowy aż po stopy, błogosławił je i obdarzył boską błogością?

Gdy przyniesiono klatkę, Bhagavan jeszcze raz pogłaskał je łagodnie i włożył do środka, mówiąc:

„Proszę, wejdźcie. W klatce będzie wam bezpiecznie.”

Następnie Bhagavan powiedział:

„W Bhagavatam gołębie również wymienione są w hierarchii Guru — w rozdziale dotyczącym Yadu Samvady. Pamiętam, że czytałem tę historię dawno temu.”

Kiedy gołębie jeszcze siedziały na jego kolanach, przyszedł jeden z wielbicieli i zapytał:

„Co to takiego?”

Bhagavan, bez przywiązania, lecz z poczuciem odpowiedzialności, odpowiedział:

„Kto wie? Przychodzą i nie chcą odejść. Mówią, że zostaną tutaj. Kolejna rodzina zrzuca się na mnie — jakby mało było tej, którą już mam.”

Drogi bracie, to bardzo interesujące widzieć takie niezwykłe zdarzenia. Mówi się, że dawnymi czasy król Bharata porzucił świat i wykonywał wielkie tapas, ale pod koniec życia mógł myśleć tylko o swojej ukochanej łani — i z tego powodu narodził się jako jeleń. W Vedanta-śastrach, w Mahabharacie i Bhagavatam jest wiele podobnych historii.

Bhagavan powiedział nam dawno temu:

„Każda żywa istota, która przychodzi do mnie, przychodzi tylko po to, by rozwiązać resztę swojej karmy. Dlatego nie powstrzymujcie nikogo przed przyjściem do mnie.”

Kiedy spojrzałam na te gołębie, pomyślałam, że mogą być wielkimi świętymi, którzy upadli z medytacji; inaczej jak mogłyby dostać się na kolana Bhagavana — przywilej nieosiągalny dla zwykłych ludzi?

W piątej księdze Bhagavatam jest werset mówiący, że ludzie urodzeni w Bharatavarsha są błogosławieni, ponieważ Hari wielokrotnie przychodził tam jako awatar i błogosławił ich swoją nauką, pomocą i prowadzeniem. Czyż opisane powyżej zdarzenie nie jest przykładem tego? Co o tym sądzisz?

List 25 — Małe gepardy

18 stycznia 1946

Około roku temu pewien człowiek, który wychowywał dwa małe gepardy (gepardziątka), przyprowadził je do Bhagavana. Kiedy je głaskano i dawano mleko, nie tylko swobodnie poruszały się po sali, ale weszły na sofę, gdzie — przyjęte z radością przez Bhagavana — zasnęły głębokim snem. Jeden z wielbicieli Aśramu zrobił zdjęcie tej niezwykłej sceny.

Od godziny 13:00 do 15:00 Bhagavan siedział ściśnięty na jednym końcu sofy, trzymając gepardki w tym samym miejscu przez cały czas. Obudziły się później i pozostawały tam do około 16:00, swobodnie poruszając się po sali. Zanim Bhagavan wyszedł na górę o zwykłej porze, zrobiono jeszcze zdjęcia gepardom — na sofie i na stole przed sofą.

Zostały później opublikowane w Sunday Times.

Co w tym cudowne — nawet gepardziątka spały szczęśliwie na sofie, pogrążone w sen wywołany dotykiem rąk Bhagavana. Gdy tam były, wiewiórki przychodziły jeść orzechy, a wróble dziobały rozkruszony ryż — jak zwykle. Dawniej, gdy zwierzęta i ptaki żyły obok siebie bez wrogości, ludzie uważali takie miejsce za Aśram Ryszich. Takie historie opowiedziane są w Puranach.

Ale tutaj widzimy to samo na własne oczy. Kiedy wczoraj przeczytałam Bhagavanowi list o gołębiach i czci krów, powiedział:

„Wcześniej wiele podobnych rzeczy często miało tu miejsce. Ale kto wtedy mógłby je zapisać?”

Gdy pierwsze wydanie tej książki (w telugu) ukazało się i czytano je przy Bhagavanie, jeden z wielbicieli, który słyszał powyższą historię, zwrócił się do niego mówiąc:

„Czy to prawda, że kiedy byłeś w Pachaiamman Koil, ktoś przestraszył się i uciekł przed tygrysem, który się tam pojawił?”

Bhagavan odpowiedział:

„Tak, tak! Kiedy tam byłem, Rangaswami Iyengar przychodził co jakiś czas. Pewnego dnia, gdy poszedł za potrzebą, zobaczył — jak twierdził — tygrysicę w krzakach. Kiedy próbował ją przepędzić krzykiem, odpowiedziała cichym rykiem. Jego ciało zatrzęsło się ze strachu i podrywając się mimowolnie z miejsca, zaczął biec w moją stronę, dysząc i wołając ile miał sił: „Oj, Bhagavan! Ramana! Ramana!”

Wyszedłem wtedy z jaskini do jakiejś pracy i spotkałem go. Kiedy zapytałem, co go tak przeraziło, powiedział błagalnie: „Ajjo! Tygrys! Tygrys! Chodź Swami, musimy wejść do świątyni i zamknąć wszystkie drzwi, inaczej ona wejdzie. Dlaczego nie idziesz?!”

Powiedziałem, śmiejąc się:

„Poczekajmy i zobaczmy. Gdzie jest to tygrys? Nigdzie go nie ma.”

Wskazał na krzak i powiedział:

„Tam jest, w tamtych krzakach.”

Powiedziałem:

„Poczekaj tutaj. Pójdę i zobaczę.”

Poszedłem — i nic tam nie było. Mimo to nie mógł pozbyć się strachu. Zapewniłem go, że to łagodne zwierzę i nie ma się czego bać, ale nie uwierzył mi.”

Bhagavan ciągnął:

„Innego dnia, kiedy siedziałem na brzegu sadzawki naprzeciwko świątyni, tygrys podszedł napić się wody i bez lęku chodził tam chwilę patrząc na mnie, po czym odszedł.

Iyengar obserwował to wszystko, ukrywając się w świątyni. Bał się, co może mi się stać. Kiedy tygrys odszedł, poszedłem do świątyni i uspokoiłem go mówiąc:

„Zobacz, jakie to łagodne zwierzę! Jeśli je przestraszymy, zaatakuje — inaczej nie.”

W ten sposób rozwiałem jego strach. I niedługo potem obaj stamtąd odeszliśmy.”

List 26 — Leczenie bez leczenia

20 stycznia 1946

Kiedy lekarze doradzili osobistym opiekunom Bhagavana, by podawali mu pokarmy bogate w witaminy, aby złagodzić bóle nóg, opiekunowie zaczęli to robić, a także masować jego nogi specjalną maścią. Służyli mu więc najlepiej, jak potrafili.

Bhagavan żartobliwie mawiał:

„Gość przychodzi do twojego domu. Jeśli jesteś wobec niego obojętny, odejdzie szybko. Ale jeśli okazujesz mu wielki szacunek i wielką troskę, nigdy nie odejdzie.

Tak samo jest z chorobą. Jeśli traktujecie chorobę tak, jak teraz — dlaczego miałaby odchodzić? Jeśli nie zwracacie na nią uwagi, sama zniknie.”

Jakiś czas temu młody człowiek założył miejsce około mili od Aśramu, na ścieżce wokół Góry, twierdząc, że będzie leczył choroby, rozdając vibhuti. Ludzie szaleją na punkcie takich rzeczy, prawda? Chorzy, opętani i inni zaczęli tłumnie chodzić do tego „Swamiego Vibhuti”, a po drodze wstępowali również do naszego Aśramu.

Co jest w Aśramie?

Żadnego vibhuti! Żadnych magicznych amuletów! Patrzyli na Bhagavana i odchodzili.

W takich chwilach, gdy któryś z opiekunów masował mu nogi leczniczym olejem, Bhagavan żartował:

„Świetnie — to też jest dobre w pewnym sensie. Widząc mnie w takim stanie, ci ludzie powiedzą: ‘Ten Swami sam ma bóle nóg i inni masują go olejami. Co może dla nas zrobić?’ I pójdą sobie, nie podchodząc zbyt blisko. Bardzo dobrze.”

Cztery dni temu Bhagavan wezwał wszystkich lekarzy i pokazał im wiadomość z gazety o osobie, która — jak napisano — zmarła w wyniku zbyt dużej ilości pokarmów witaminowych i zastrzyków witaminowych. Następnego dnia ukazała się podobna wiadomość w innej gazecie. Bhagavan pokazał ją ponownie i powiedział — w sposób pełen dziecięcej prostoty:

„Przez ostatnie dwa lata podają mi mnóstwo witamin, mówiąc, że to dobre dla mojego ciała. A im było mało — chcieli mi dawać jeszcze zastrzyki! Zobaczcie, co stało się z tym człowiekiem opisanym w gazetach!”

Mówi się, że wielki jogin doświadcza błogości jak dziecko lub jak szaleniec. Wie wszystko, ale zachowuje się tak, jakby nie wiedział nic. A jeśli tylko zechce — czy Bhagavan nie mógłby wyleczyć wszystkich chorób? Czy nie mógłby wyleczyć samego siebie? On pozostawia to innym — bo nigdy nie uważa ciała za swoje.

Dwa lub trzy lata temu, kiedy Bhagavan miał żółtaczkę, jedzenie było dla niego nieprzyjemne i budziło odrazę. Przez około tydzień lub dziesięć dni jadł tylko prażone ziarna kukurydzy i podobne rzeczy.

Ponieważ Echamma i Mudaliar Patti złożyły ślubowanie, że nie zjedzą ani jednego kęsa, dopóki Bhagavan nie przyjmie choć odrobiny jedzenia ugotowanego przez nie — Bhagavan brał kilka ziaren ryżu przyniesionych przez te kobiety, mieszał je z prażoną kukurydzą i jakoś połykał, aby ich vratamdiksha nie zostały naruszone.

Nie ma granic jego dobroci w trosce o uczucia swoich wielbicieli — niezależnie od okoliczności.

Nigdy nie pozwala, aby ktoś poczuł się zraniony lub dotknięty.

Wielu lekarzy podawało mu lekarstwa na żółtaczkę. Dla ich satysfakcji — brał leki. A dla satysfakcji Echammy i Mudaliar Patti — jadł ich jedzenie. Skutek? Dobre działanie lekarstw i złe działanie ich ciężkiego jedzenia — zneutralizowały się.

Mijały miesiące — a żółtaczka pozostawała. Wezwano słynnego lekarza z Madrasu — wynik był ten sam. Kiedy już wszyscy przyszli i odeszli, kiedy wszystkie leki zostały wypróbowane bez skutku — Bhagavan wyleczył się sam w krótkim czasie za pomocą:

— sonti (suchego imbiru),

— pippalu (ipecacu),

— i innych ziół ajurwedyjskich.

A niech ktoś spróbuje zapytać go, jak to zrobił!

List 27 — Smak bhakti

21 stycznia 1946

Kiedy pisałam do ciebie wczoraj o jedzeniu prażonej kukurydzy z gotowanym ryżem, przypomniałam sobie inne wydarzenie.

Gotowanie Echammy nigdy nie było zbyt dobre; nie zawierało odpowiednich proporcji warzyw i przypraw. Dla Bhagavana jej oddanie było smaczniejsze niż jej potrawy, więc nigdy nie narzekał.

Ale niektórzy, którzy nie mogli znieść tego jedzenia, od czasu do czasu napomykali o tym, gdy Bhagavan rano kroił warzywa w kuchni. Po wielokrotnym słyszeniu tych uwag, Bhagavan powiedział:

„Nie wiem. Jeśli nie lubicie tego jedzenia — nie jedzcie. Ja uważam, że jest dobre i będę je jadł.”

Jakiś czas temu Echamma wysyłała jedzenie przez kogoś innego przez około tydzień lub dziesięć dni — być może była poza miastem albo nie czuła się dobrze. Pewnego dnia kucharze zapomnieli podać jedzenie przysłane przez Echammę i rozdzielili całe jedzenie ugotowane w Aśramie.

Bhagavan, który zwykle gestem zachęcał innych, by zaczęli jeść, i sam zaczynał, tego dnia siedział cicho — lewą rękę mając pod brodą, a prawą opartą o liść. Ludzie siedzący naprzeciwko zaczęli na siebie patrzeć. Ci w kuchni szeptali i zastanawiali się, co może być powodem. Nagle przypomnieli sobie, że nie podano jedzenia przysłanego przez Echammę. Gdy przynieśli je mówiąc: „Och! Zapomnieliśmy!” — wtedy Bhagavan dał innym znak do rozpoczęcia posiłku, i sam również zaczął jeść.

Dla niego czymś zwyczajnym było jedzenie z większą rozkoszą surowych orzeszków ziemnych, podarowanych przez prostego wielbiciela, niż najbardziej wyszukanych słodyczy i potraw przynoszonych przez bogatych ludzi — tak jak Pan Kryszna jadł z radością ubogie poha przyniesione mu przez Kuchela.

List 28 — Brahmasthram (boska broń)

22 stycznia 1946

Wczoraj albo przedwczoraj przyjechał tu na rowerze pewien chłopiec, około 18 lat. Po siedzeniu w sali przez kwadrans podszedł do Bhagavana i zapytał:

„Po przekroczeniu Omkar, w czym należy się rozpuścić?”

Bhagavan uśmiechnął się i powiedział:

„Ach tak? Skąd teraz przyszedłeś? Dokąd pójdziesz? Co właściwie chcesz wiedzieć? Kim naprawdę jesteś? Jeśli najpierw powiesz mi, kim jesteś, wtedy możesz pytać o Omkar.”

Chłopak powiedział:

„Nawet tego nie wiem.”

Wtedy Bhagavan rzekł:

„Wiesz na pewno, że istniejesz. W jaki sposób istniejesz? Gdzie byłeś wcześniej? Czym dokładnie jest twoje ciało? Najpierw to odkryj. Kiedy to wszystko poznasz — wtedy, jeśli nadal będziesz miał jakieś wątpliwości, możesz pytać.

Dlaczego mamy się martwić, w czym rozpuszcza się Omkar — a kiedy się rozpuści, martwić się jeszcze tym, co jest dalej — skoro Omkar przestaje istnieć? W czym ty ostatecznie się rozpuszczasz? Jak wracasz? Jeśli najpierw odkryjesz swój stan i swoje ruchy — o reszcie można będzie myśleć później.”

Chłopak nie potrafił na to odpowiedzieć i odszedł po złożeniu pokłonu.

Cóż jest skuteczniejszym brahmasthramem przeciwko pytającemu? Jeśli tylko użyje się tej broni — pytający milknie. Możesz zapytać:

„Kto nadał nazwę brahmasthram temu standardowemu pytaniu Bhagavana: ‘Odkryj, kim jesteś’?”

Dwa lub trzy lata temu pewien sannjasin chełpił się, że przeczytał wszystkie religijne księgi, i zaczął zasypywać Bhagavana najrozmaitszymi pytaniami. Bhagavan ciągle odpowiadał mu:

„Odkryj, kim jesteś.”

Kiedy sannjasin dalej upierał się przy swoich bezsensownych pytaniach i argumentach, Bhagavan powiedział mocnym tonem:

„Zadajesz mi tyle pytań i wdajesz się w tyle dyskusji. Dlaczego nie odpowiesz najpierw na moje pytanie — zanim będziesz dyskutował? Kim jesteś? Najpierw odpowiedz na moje pytanie. Wtedy dam ci odpowiednią odpowiedź. Powiedz najpierw — kto tu dyskutuje.”

Sannjasin nie potrafił odpowiedzieć — i odszedł.

Jakiś czas później rozwinęłam ten pomysł i napisałam pięć wierszy o „Divya Asthram”, i pokazałam je Bhagavanowi. Wtedy Bhagavan powiedział:

„Dawno temu, gdy Nayana (Ganapati Muni) tu był, Kapali też tu bywał. Jeśli chcieli mnie o coś zapytać, składali najpierw dłonie i mówili:

‘Swami, Swami, jeśli obiecasz, że nie wyciągniesz swojego brahmasthram — wtedy zadam pytanie.’

A jeśli w rozmowie przypadkiem padły słowa ‘Kim jesteś?’ — Kapali mówił:

‘A więc wystrzeliłeś swoje brahmasthram. Co mogę jeszcze powiedzieć?’

Oni nazywali to brahmasthram, a ty nazywasz to Divya Asthram.”

Od tamtej pory i ja zaczęłam używać słowa brahmasthram.

I rzeczywiście — kto może pozostać niewzruszony wobec tej broni?

List 29 — To jest zabawa, to jest wiersz

23 stycznia 1946

Jakiś czas temu, odpowiadając na pytania wielbicieli, Bhagavan przypomniał sobie ślokę z Hamsa Gity, opisującą cechy siddhy (duszy w wysokim stopniu rozwoju), i z wielkim zapałem zapisał wers po tamilsku. Gdy obecny tam Balarama Reddy powiedział:

„A może także wers w telugu?”

Bhagavan napisał tłumaczenie w telugu w stylu Aataveladi (pewna forma metryczna) i zastanawiał się, czy sens śloki został oddany poprawnie.

Powiedziałam cicho, że może byłoby lepiej, gdyby było to w Theta Gita (inna metryka). Bhagavan powiedział:

„Tak, można to tak zmienić. To jest Aata (zabawa), a to jest Theta (wiersz).”

Zaintrygowały mnie te słowa.

Gdy przyszłam tam ponownie o 14:30, Bhagavan już przepisał wiersz w metryce Theta Gita i podał mi go, mówiąc:

„Zobacz, czy jest w porządku.”

Choć wers nie płynął zupełnie gładko, byłam szczęśliwa, że Bhagavan go napisał, więc — bez wnikania w szczegóły — powiedziałam:

„W jakikolwiek sposób Bhagavan napisze, dla mnie jest doskonały.”

Bhagavan odpowiedział:

„Wystarczy nawet jedna osoba zadowolona z utworu napisanego przez takiego nieuczonoego jak ja.”

Ludzie wokół wybuchnęli śmiechem. On mówi, że nie jest uczony — a inni są wielkimi panditami!

Czyż nie jest to subtelna nagana dla nas, którzy dumni jesteśmy ze swojej „erudycji”?

Na tym się nie skończyło.

Mówiąc, że w jednym miejscu znaczenie niepełne, a w innym gramatyka niewłaściwa —

Bhagavan dyskutował nad tym cały dzień z Balarama Reddy.

Gdy przyszłam następnego ranka na parayanę, dał mi kartkę, na której padyam (strofa) było czysto przepisane.

Gdy przyniosłam je do domu i przeczytałam, nabrałam wątpliwości co do poprawności jednego znaku w wierszu i zapragnęłam skopiować go do zeszytu Aśramowego, a oryginał zatrzymać dla siebie.

Wycięłam więc kartkę nożyczkami, włożyłam do torby i poszłam do Aśramu na 8 rano. Kiedy tylko oddałam pokłon, Bhagavan wspomniał dokładnie ten sam znak, co do którego miałam wątpliwości. Powiedział:

„To trzeba zmienić. Oddaj mi moją kartkę. Musiałbym ją pokazać, jeśli ktoś poprosi.”

Tak — czytał moje myśli. Byłam zaskoczona.

Takie rzeczy zdarzały się już wcześniej.

Gdy Bhagavan poprosił o zwrot kartki z uporem szkolnego chłopca, poczułam wstyd z powodu swojej zachłanności, lęk przed skarceniem i rozbawienie jego żartem — wszystko naraz. Podałam kartkę mówiąc:

„Przyniosłam ją — proszę, oto ona.”

Wziął ją i odłożył ostrożnie, jak wielki skarb.

Cały następny dzień powtarzał, że gramatyka nie jest poprawna. Gdy mnie zapytano, powiedziałam:

„Czy dla boskiego głosu gramatyka może stanąć na przeszkodzie?”

Bhagavan, śmiejąc się, powiedział:

„Dobrze, dobrze.”

I ostatecznie sam ułożył wers w metryce Theta Gita i dał mi, żebym przepisała go starannie — pod warunkiem, że oddam mu oryginał.

Z powodu tak małej rzeczy — bawił się z nami trzy dni — i ostatecznie ukończył wersję w Theta Gita.

„To jest Aata (zabawa); to jest Theta (wiersz).”

Takie zapewne było znaczenie jego słów.

Ten, kto w sercu swym uciszył światy i myśli,

kto zmazawszy imię i formę, w Istnieniu jedynie się chroni —

ten widzi wszystko jako Siebie;

dla niego nie ma „innych”, nie ma „moje”, „twoje”.

Jak czyste niebo, w którym chmury przychodzą i odchodzą,

tak trwa — nieporuszony.

Nie cieszy go pochwała, nie rani nagana;

radość i ból płyną, lecz nie dotykają brzegów jego Ja.

Wolny od pragnień, wolny od lęku,

rozpoznaje wszędzie tę samą Świadomość —

i sam jest jak płomień, którego wiatr nie potrafi wzruszyć.

List 30 — Gniew

26 stycznia 1946

Wczoraj pewien młody Andhrijczyk, który niedawno przybył, mówił Bhagavanowi o kaprysach swoich zmysłów. Bhagavan powiedział:

„To wszystko przez umysł. Ustaw go właściwie.”

„W porządku, Swami, ale choćbym jak bardzo próbował zmniejszyć ten gniew — on wciąż wraca, raz po raz. Co mam zrobić?” — powiedział biedny chłopak.

Bhagavan rzekł:

„Ach tak? W takim razie zezłość się na ten gniew — i wszystko będzie dobrze.”

Cała sala wybuchnęła śmiechem.

Człowiek, który złości się na wszystko na świecie — czy tylko gdyby spojrzał do wewnątrz i zapytał: „Dlaczego nie złoszczę się na sam gniew?” — czyż nie pokonałby w ten sposób całego gniewu?

Dwa lub trzy lata temu pewien wielbiciel, który mógł swobodnie podchodzić do Bhagavana, przyszedł i pięć czy sześć razy skarżył się, że ktoś go znieważa. Bhagavan słuchał, ale nic nie odpowiadał. Gdy wciąż nie było żadnej reakcji Bhagavana, mimo powtarzających się skarg na wiele sposobów, wielbiciel w końcu nie wytrzymał i powiedział:

„Kiedy tyle razy mnie bez powodu znieważają, też się denerwuję. Choćbym próbował powstrzymać gniew, nie mogę. Co mam zrobić?”

Bhagavan, śmiejąc się, powiedział:

„Co masz zrobić? Dołącz do niego i znieważaj samego siebie — wtedy wszystko będzie dobrze.”

Wszyscy się roześmiali.

Wielbiciel, nie rozumiejąc niczego, powiedział:

„To bardzo dobre! Mam znieważać samego siebie?”

Bhagavan odpowiedział:

„Oczywiście! Przecież oni znieważają twoje ciało, prawda? Czy istnieje większy wróg niż to ciało — siedlisko gniewu i podobnych uczuć? To my sami powinniśmy je potępiać. A jeśli nie jesteśmy czujni i ktoś nas znieważy — powinniśmy wiedzieć, że budzą nas. Powinniśmy wtedy dołączyć do nich i znieważać ciało, pomniejszając je. Jaki sens ma odpowiadanie zniewagą na zniewagę? Ci, którzy nas znieważają w ten sposób, powinni być uważani za naszych przyjaciół. Dobrze jest przebywać wśród takich ludzi. Gdy otaczają cię ludzie, którzy cię chwalą — jesteś oszukiwany.”

W czerwcu 1924 roku złodzieje wtargnęli do Aśramu i nie tylko skopali wielbicieli, lecz także uderzyli Bhagavana w udo. Później, kiedy wielbiciele rozmawiali między sobą o pobiciu, powiedzieli:

„Źli ludzie — nawet Bhagavana uderzyli.”

Według przekazu Bhagavan odpowiedział:

„Och, wy czcicie mnie kwiatami, a oni czcili mnie kijem. To także forma czci. Jeśli przyjmuję waszą — czy nie powinienem przyjąć również ich?”

Jego nauka zawsze przejawia się poprzez praktyczny przykład. Czyż to nie jest właśnie taki przykład?

List 31 — Ozdoby dla Amby (bogini)

27 stycznia 1946

Widziałeś ozdoby wykonane w sanktuarium Mathrubhuteswary w pierwszy dzień zeszłorocznego święta Navaratri. Przez wszystkie dziewięć dni dekoracje były inne, a pewnego dnia — nawiązując do puranicznej opowieści, według której Amba wyszła czynić tapas, nie mogąc znieść rozłąki z Śiwą — posąg Amby został wystrojony odpowiednio i ustawiony w cieniu drzewa.

Po kolacji zaprowadzono Bhagavana w to miejsce i pokazano mu posąg.

Następnego ranka, w sali, przy rozmowie o dekoracjach w świątyni Arunachaleswary i w tym sanktuarium, Bhagavan powiedział:

„Wczorajsza dekoracja miała przedstawiać Ambę czyniącą tapas. Nie mogąc znieść rozłąki, wychodzi, by tutaj czynić tapas (pokutę). Parwati jest przedstawiona, jak siedzi pod drzewem, w eleganckiej pozie, ubrana w jedwabne sari, złotą biżuterię i kwiatowe girlandy. Nasi ludzie zawsze robią to w ten sposób. A przecież tapas oznacza medytację połączoną z umartwieniem ciała i wyrzeczeniem, prawda?”

Bhagavan kontynuował:

„Opowiadane jest, że Amba zasłoniła oczy Śiwy obiema rękami dla żartu, a żeby odpokutować ten czyn, Parameśwara nakazał jej czynić pokutę. Dlatego opuściła męża, poszła w odludne miejsce, umartwiała ciało, zapomniała o nim, osłabła i z wielką surowością wykonywała tapas.

A teraz zobacz, jak udekorowali Ambę, by ukazać tę historię: Jest ubrana jak maharani — w diamenty, szmaragdy, złote ozdoby, jedwabne sari i kwiatowe girlandy!”

List 32 — Pieśń avvaiyar

30 stycznia 1946

Od czterech dni Bhagavan przegląda Sri Ramana Leela (w języku telugu), która niedawno dotarła z drukarni. Kiedy zobaczył w niej tłumaczenie jednej z pieśni Avvaiyar, powiedział, że jest niepoprawne. Widniało tam:

„O żołądku! Nie wytrzymasz ani jednego dnia bez jedzenia, a nie przyjmiesz też zapasu na dwa dni. Nie masz pojęcia, ile kłopotu mi sprawiasz, o nieszczęsny żołądku! Życie z tobą to niemożliwość!”

Bhagavan powiedział, że to tłumaczenie jest błędne i powinno brzmieć inaczej:

„Nie przestajesz jeść choćby przez jeden dzień. Dlaczego nie zjesz raz na dwa dni? Nawet przez dzień nie pojmujesz mojej trudności. Dlatego dżiwa mówi: ‘O żołądku! Trudno z tobą żyć’!”

Ludzie tacy jak my boją się śmierci. Dlaczego? Ponieważ przekonanie, że jesteśmy ciałem, jeszcze nas nie opuściło. Natomiast dla tych, którzy naprawdę poznali prawdę o Jaźni, samo ciało jest ciężarem. Tak długo, jak oba — ciało i dżiwa — są ze sobą związane, pewien wysiłek jest nieunikniony: trzeba jeść i spać. Nawet to jest zakłóceniem błogości, jakiej doświadczają tacy ludzie — niczym ubranie, które latem wydaje się ciężarem. W takich okolicznościach każdy wysiłek, by im służyć, może być jak proszenie ich, aby założyli pełny garnitur w chwili, gdy chcą zdjąć nawet to, co mają na sobie, z powodu uciążliwego, nieustannego pocenia się.

Dżiwa mówi, że trudno żyć z tym żołądkiem. Lecz Bhagavan nadał temu wersetowi inne znaczenie. Według niego to żołądek mówi dżiwie, że z nią trudno żyć! Zobacz piękno tej interpretacji: „O dżiwo! Nie dajesz mi, żołądkowi, ani chwili wytchnienia. Nie rozumiesz moich trudów. Z tobą nie sposób żyć.” To oznacza, że dżiwa nie przestaje oddychać nawet na moment — dlatego żołądek mówi, że naprawdę trudno z nią wytrzymać!

Gdy przeczytałam ten list przed Bhagavanem, tamilskiego ucznia, który usłyszał, o co chodzi, skłoniło to do komentarza: „Pieśń Avvaiyar jest powszechnie znana, ale interpretacja Bhagavana jest nowatorska. Nikt inny nie okazał tyle współczucia żołądkowi. Nie wiadomo, w jakim kontekście Bhagavan to napisał.” Bhagavan, uśmiechając się, odpowiedział:

„W dzień pełni księżyca w miesiącu Chitra wszyscy siedzieliśmy razem po obfitym posiłku ze słodyczami i innymi smakołykami. Ponieważ tamtego dnia zjedliśmy później niż zwykle, czuliśmy się trochę ociężali. Wśród nas Somasundaraswami, leżąc w sali, przewracając się z boku na bok i klepiąc się po brzuchu, zaśpiewał venbę napisaną przez Avvaiyar. Napisałem wtedy tę venbę dla żartu i sam ją zaśpiewałem. To, co właśnie przeczytano, jest znaczeniem tych dwóch pieśni.”

List 33 — Ścieżki astralne, wyższe światy

31 stycznia 1946

Dziś rano, po przeczytaniu w gazecie artykułu o ścieżkach poza słońcem i wyższych światach, Bhagavan powiedział:

„Piszą wiele o drogach poza słońcem i innymi planetami, oraz o błogich światach ponad nimi. Wszystkie te światy są takie same jak ten. Nie ma w nich nic szczególnie wielkiego. Oto — piosenka jest nadawana przez radio. Ostatnim razem nadawano ją z Madrasu. Teraz z Tiruchirapalli. Gdy znów dostroisz, będzie z Mysore. Wszystkie te miejsca są w Tiruvannamalai — w ciągu kilku chwil. Tak samo jest z innymi światami. Wystarczy zwrócić ku nim umysł. Możesz zobaczyć je wszystkie w jednej chwili. Ale co z tego? Jedynie przemieszczasz się z miejsca na miejsce, męczysz i zniechęcasz. Gdzie tu śanti (spokój)? Jeśli go chcesz, musisz poznać wieczną prawdę. Jeśli jej nie poznasz, umysł nie zanurzy się w śanti.”

Podobnie ktoś zapytał Bhagavana jakiś czas temu:

„Mówi się o Vaikunthcie, Kailasie, Indraloce, Chandraloce itd. Czy one naprawdę istnieją?”

Bhagavan odpowiedział:

„Oczywiście. Możesz być pewien, że wszystkie istnieją. Tam także znajdzie się jakiś Swami, siedzący na sofie, a uczniowie będą wokół niego. Oni o coś zapytają, a on na coś odpowie. Wszystko będzie mniej więcej takie jak tutaj. I co z tego? Jeśli ktoś zobaczy Chandralokę, będzie pragnął Indraloki. Po Indraloce — Vaikunthy, po Vaikunthcie — Kailasy, i tak dalej; umysł będzie błąkał się bez końca. Gdzie jest śanti? Jeśli potrzebujesz śanti, jedyną właściwą metodą jej osiągnięcia jest dociekanie Jaźni. Przez dociekanie możliwa jest samorealizacja. Gdy ktoś zrealizuje Jaźń, zobaczy te wszystkie światy w sobie samym. Źródłem wszystkiego jest własna Jaźń — a gdy się ją urzeczywistni, nie znajdzie się niczego od Niej różnego. Wtedy te pytania nie powstaną.

Może istnieć Vaikuntha albo Kailasa, a może nie. Ale faktem jest, że ty jesteś tutaj, prawda? Jak tu jesteś? Gdzie jesteś? Gdy poznasz te rzeczy, dopiero wtedy możesz myśleć o tamtych światach.”

List 34 — Książki

1 lutego 1946

Pewnego poranka w 1944 roku pewien uczeń podszedł do Bhagavana z proszącą miną i powiedział:

„Bhagavanie, chciałbym czytać książki i znaleźć ścieżkę prowadzącą do mukti, lecz nie umiem czytać. Co mam zrobić? Jak mogę osiągnąć wyzwolenie?”

Bhagavan odparł:

„Co za różnica, że jesteś analfabetą? Wystarczy, że poznasz własną Jaźń.”

Ucznia to nie uspokoiło:

„Wszyscy tutaj czytają książki, tylko ja nie potrafię. Co mam zrobić?”

Bhagavan wyciągnął rękę w jego stronę i powiedział:

„Jak sądzisz, czego naucza książka? Najpierw patrzysz na siebie, a później na mnie. To jak widzenie siebie w lustrze. Lustro pokazuje jedynie to, co jest na twarzy. Jeśli spojrzysz w lustro po umyciu twarzy, zobaczysz ją czystą. Jeśli nie, lustro powie: ‘Tu jest brud — wróć po umyciu’. Książka robi to samo. Jeśli czytasz ją po urzeczywistnieniu Jaźni, wszystko jest jasne. Jeśli czytasz przed urzeczywistnieniem, zobaczysz mnóstwo niedoskonałości. Powie ci: ‘Najpierw się uporządkuj, a potem mnie czytaj’. I tyle. Najpierw poznaj siebie. Dlaczego martwisz się o tę całą książkową wiedzę?”

Uczeń uspokojony odszedł. Wtedy inny, mający odwagę zadawać trudne pytania, podjął wątek:

„Bhagavanie, udzieliłeś mu dziwnej interpretacji.”

Bhagavan odpowiedział:

„W czym ona dziwna? To wszystko prawda. Jakie książki ja sam czytałem, gdy byłem młody? Czego nauczyłem się od innych? Zawsze byłem pogrążony w medytacji. Potem Palaniswamy zaczął przynosić różne księgi wedantyczne od ludzi, i czytał je na głos. Popełniał przy tym wiele błędów — był starszy, mało oczytany, ale bardzo pragnął czytać. Czytał z uporem i religijną wiarą. To sprawiało mi radość. Gdy wziąłem te książki, by przeczytać je samemu i wyjaśnić mu znaczenie, odkryłem, że wszystko, co tam napisano, było już przeze mnie doświadczone.

Byłem zdumiony. Pomyślałem: ‘Co to wszystko ma znaczyć? Przecież oni opisują tutaj mnie samego.’ Tak było z każdą z tych książek. Ponieważ wszystko, co tam było, już wcześniej przeżyłem, rozumiałem tekst natychmiast. To, co jemu zajmowało dwadzieścia dni, ja czytałem w dwa. Oddawał te książki i przynosił kolejne. Tak dowiedziałem się, co w nich napisano.”

Jeden z uczniów powiedział:

„Może dlatego Sivaprakasam Pillai, pisząc biografię Bhagavana, nazwał Cię od razu ‘Tym, który jest Brahma-dżnianim, nie znając nawet słowa Brahman’.”

Bhagavan potwierdził:

„Tak, tak — właśnie tak. Dlatego mówi się, że trzeba najpierw poznać siebie, zanim się czyta książki. Wtedy wiadomo, że książka jest jedynie streszczeniem tego, co faktycznie zostało już doświadczone. Jeśli ktoś nie widzi Jaźni, lecz czyta książkę — znajdzie w niej mnóstwo wad.”

Uczeń dopytał:

„Czy wszyscy mogą stać się jak Bhagavan? Książka przynajmniej pomaga usunąć swoje niedoskonałości.”

Bhagavan odrzekł:

„To prawda. Nie powiedziałem, że czytanie nie pomaga. Powiedziałem jedynie, że analfabetom nie wolno myśleć, iż przez brak umiejętności czytania nie osiągną mokszy — i popadać przez to w rozpacz. Widziałeś, jak przygnębiony był, gdy pytał. Gdyby mu nie wyjaśnić faktów, odszedłby jeszcze bardziej przybity.”

List 35 — Choroba

2 lutego 1946

Dwa lata temu, gdy nasz starszy brat przyjechał do Aśramu, przebywał tu również pan Manne Venkataramayya, emerytowany sędzia. Podobno jakiś czas wcześniej chorował i częściowo wyzdrowiał, ale nie całkowicie. Po wysłuchaniu szczegółów choroby — od samego rana aż do godziny 20:30 — Bhagavan powiedział:

„Tak właśnie! Samo ciało jest chorobą. Gdy ciało zapada na jakąś chorobę, to znaczy, że pierwotna choroba nabrała kolejnej. Jeśli naprawdę chcesz, aby ta nowa choroba przestała ci dokuczać, musisz najpierw przyjąć lekarstwo na chorobę pierwotną, aby ta późniejsza — choroba choroby — nie miała już na ciebie wpływu. Jaki sens martwić się tą wtórną, zamiast szukać sposobu pozbycia się pierwotnej choroby? Dlatego pozwól tej nowej chorobie podążać swoją drogą i poszukaj lekarstwa na tę pierwszą.”

Aby to zilustrować, opowiem świeże wydarzenie.

Na prośbę i zachętę wielbicieli Viswanatha Brahmachari przetłumaczył z sanskrytu na tamilską prozę Trisulapura Mahatmyam. Kiedy ukończył tłumaczenie, Bhagavan był lekko niedomagający. Uczniowie, obawiając się, że Bhagavan nadmiernie się wysili, gdy zechce poprawić tekst, ukryli przed nim fakt, że książka jest już gotowa do druku.

Zanim całkowicie wyzdrowiał, Bhagavan spotkał pewnego dnia Viswanatha i zapytał:

„Jak daleko posunęła się praca nad tłumaczeniem Mahatmyam?”

Nie chcąc kłamać przed Bhagavanem, Viswanath odpowiedział, że je ukończył.

„Dlaczego więc mi go nie przyniosłeś?” — zapytał Bhagavan.

Viswanath wyjaśnił, że z powodu niedyspozycji Bhagavana.

Bhagavan powiedział:

„Ach tak! Jeśli moje ciało nie czuje się dobrze, co mnie to obchodzi? Niech ma swoje problemy. Ja się nim nie martwię. Jestem wolny. Przynieś książkę, a ja ją przejrzę. Jeśli to ciało wymaga jakichś usług, wszyscy tutaj się nim zajmą. Przynieś książkę.”

Nie mając wyjścia, Viswanath przyniósł rękopis. Bhagavan natychmiast wziął się za jego poprawianie — pracował nawet po nocach przy świetle lampki. Choroba ciała w niczym mu nie przeszkodziła.

List 36 — Kowpinavantah khalu bhagyavantah (najszczęśliwsi są ci, którzy mają jedynie przepaskę)

5 lutego 1946

Jak wiesz, Bhagavan przeglądał ostatnio Sri Ramana Leela, która właśnie dotarła z drukarni. W związku z tym Rangaswami zapytał wczoraj:

„Czy w książce wspomniano historię o ręczniku?”

Ponieważ jej tam nie było, Bhagavan opowiedział nam:

„Około czterdzieści lat temu — być może w 1906 roku — kiedy przebywałem w Pachiamman Koil, miałem przy sobie tylko jeden malajalamowy ręcznik. Ktoś mi go kiedyś podarował. Ponieważ był bardzo cienki, w dwa miesiące zupełnie się zużył i podarł w wielu miejscach. Palaniswami był wtedy poza miastem. Musiałem więc sam zajmować się gotowaniem i innymi domowymi sprawami. Ponieważ co chwilę wycierałem nim ręce i stopy, nabrał wszelkich możliwych kolorów. Gdybym okrył nim ciało, każdy zobaczyłby jego opłakany stan. Dlatego zwijałem go i trzymałem pod ręką. Co mnie to obchodziło? Wystarczało, że nadawał się do użytku. Po kąpieli wycierałem się nim, po czym rozwieszałem, by wysechł. Pilnowałem go starannie, aby nikt go nie widział.

Pewnego dnia pewien psotny chłopiec zobaczył mnie, gdy go suszyłem, i powiedział:

‘Swami, Swami! Ten ręcznik jest potrzebny gubernatorowi. Kazał mi go od ciebie odebrać. Daj go proszę!’ — i wyciągnął rękę w żartach.

‘A to dopiero! Ten ręcznik? Nie, nie mogę ci go dać. Idź stąd!’ — odpowiedziałem.

„Gdy ręcznik podarł się jeszcze bardziej — w tysiąc dziur — przestałem trzymać go przy sobie, żeby nie zobaczyli go Sesha Iyer i inni. Używałem go po kąpieli, a potem suszyłem i chowałem w dziupli drzewa na terenie świątyni. Pewnego dnia, kiedy wyszedłem gdzieś, Sesha Iyer i inni — szukając czegoś zupełnie innego — zajrzeli do tej dziupli i znaleźli ręcznik. Widząc jego stan i wyrzucając sobie zaniedbanie, zaczęli mnie przepraszać, gdy wróciłem.

‘Co się stało?’ — zapytałem.

‘Tym oto ręcznikiem z tysiącem dziur codziennie wycierasz ciało po kąpieli? Wstyd nam za naszą oddaną służbę! Nawet tego nie zauważyliśmy!’ — i przynieśli kilka całych pakietów nowych ręczników.

„Zanim to jednak nastąpiło, wydarzyło się coś innego. Moje kowpinam (przepaska biodrowa, mały pasek materiału zasłaniający części intymne) podarło się. Nie zwykłem nikogo o nic prosić. A jednak pewna doza zakrycia ciała jest konieczna. Skąd wziąć igłę i nitkę, aby je naprawić? W końcu zdobyłem cierń, zrobiłem w nim dziurkę, wyciągnąłem nitkę z samego kowpinam, przewlekłem ją i w ten sposób zszyłem przepaskę. Żeby ukryć miejsce zszycia, odpowiednio ją składałem przed założeniem. Tak mijał czas. Czego nam więcej potrzeba? Takie to były czasy!” — powiedział Bhagavan.

Dla niego było naturalne to opowiadać, lecz my, którzy słuchaliśmy, czuliśmy głęboki smutek.

Muruganar, który już wcześniej słyszał tę historię, napisał podobno na jej podstawie wiersz. Jego sens brzmi:

„O Weṅkata Ramano, który nosiłeś kowpinam zszyte cierniem,

i którego ręcznikiem był Indra — stuoki.”

List 37 — Moksza z ciałem

20 lutego 1946

Około tydzień temu nowo przybyły do Aśramu zapytał Bhagavana:

„Czy możliwe jest osiągnięcie mokszy (wyzwolenia) jeszcze w tym ciele?”

Bhagavan odpowiedział:

„Czym jest moksza? Kto ją osiąga? Jeśli nie ma zniewolenia, skąd miałaby się wziąć moksza? Kto jest zniewolony?”

„Ja” — powiedział pytający.

„Kim naprawdę jesteś? Jak zdobyłeś to zniewolenie? I dlaczego? Jeśli najpierw poznasz to, wtedy można myśleć o osiągnięciu mokszy w tym ciele” — rzekł Bhagavan.

Nie mogąc zadać kolejnych pytań, człowiek zamilkł i po chwili odszedł.

Gdy wyszedł, Bhagavan spojrzał na nas wszystkich z życzliwością i powiedział:

„Wielu ludzi zadaje to samo pytanie. Chcą osiągnąć moksze w tym ciele. Istnieje pewne sangham (stowarzyszenie). Nie tylko obecnie — już w dawnych czasach wielu ludzi nauczało swoich uczniów i pisało księgi, że istnieją kāja-kalpa vratas (rytuały odmładzające) i podobne praktyki, dzięki którym ciało może stać się twarde jak adamant i w ten sposób niezniszczalne. Po tych wszystkich naukach, praktykach i obszernych opisach — sami w końcu umierali. Skoro Guru, który nauczał o odmłodzeniu, sam odszedł, to co powiedzieć o jego uczniach?

Nie wiemy, co stanie się z rzeczą, którą teraz widzimy, w następnej chwili. Spokój nie może być osiągnięty inaczej jak poprzez dociekanie Jaźni i urzeczywistnienie, że nie jest się ciałem; a gdy pojawi się vairagja (bezpragnieniowość), nie przykłada się do ciała żadnej wagi. Moksza jest w istocie osiągnięciem śanti — doskonałego spokoju.

Skoro więc spokój nie może zostać osiągnięty, dopóki ciało jest utożsamiane z Jaźnią, wszelka próba zachowania ciała na zawsze takim, jakim jest, zwiększa zniewolenie zamiast je zmniejszać. To wszystko jest iluzją” — powiedział Bhagavan.

List 38 — Chiranjeevi (istoty nieśmiertelne)

21 lutego 1946

Kilka dni temu przybył Yadavalli Rama Śastri i zapytał Bhagavana:

„Swami, mówi się, że Jaźń jaśnieje jak kroor (dziesięć milionów) słońc. Czy to prawda?”

Bhagavan odpowiedział:

„Oczywiście! Nawet jeśli przyjmiemy, że jej światłość równa się blaskowi dziesięciu milionów słońc — jak można to zmierzyć? Przecież tymi oczami nie potrafimy znieść nawet widoku jednego słońca. Jak więc ujrzeć dziesięć milionów? To zupełnie inne oko, o zupełnie innym rodzaju widzenia. Gdy będziesz widział tym okiem, możesz nazwać to, jak zechcesz — światłem dziesięciu milionów słońc, księżyców albo czegokolwiek.”

Jakiś czas temu ktoś zadał podobne pytanie:

„Mówi się, że Aśwatthama, Wibhiszana i inni są chiranjeevi (wiecznie żyjącymi istotami) i że nadal gdzieś żyją. Czy to prawda?”

„Tak, to prawda” — powiedział Bhagavan. I dodał:

„Co rozumiesz przez chiranjeevi? Ci, którzy poznali stan, który nigdy nie ulega zniszczeniu — gdzie jest dla nich śmierć? Gdzie narodziny? Oni żyją jako chiranjeevi przez cały czas i we wszystkich miejscach. My teraz o nich mówimy, a więc są tu obecni.

Jeśli mówi się, że ktoś żyje wiecznie, nie odnosi się to do tego ciała złożonego z pięciu elementów. Gdy nawet kalpy Brahmy (epoki Brahmy) mijają jak domki dla lalek, czy można przypisywać trwałość ciałom, które się starzeją?” — powiedział Bhagavan.

List 39 — Uma

26 lutego 1946

Zanim zaczęłam pisać te listy, pewnego ranka, podczas rozmowy o Puranach, jeden z wielbicieli zapytał Bhagavana, skąd Parwati otrzymała imię Uma. Bhagavan spojrzał na mnie i powiedział:

„Jest w bibliotece Arunachala Purana w telugu. Czy jest tam?”

„Tak, jest w bibliotece. Mam ją przynieść?” — zapytałam.

„Tak, tak!” — odparł.

Natychmiast przyniosłam książkę z biblioteki i podałam mu.

Otwierając ją, Bhagavan powiedział:

„Oto ta historia. Sati Devi, żona Śiwy i córka Dakshy, porzuciła życie, gdy jej ojciec znieważył ją podczas odprawianej przez niego jadżni. Potem odrodziła się jako córka Himawanta i Menaki. Pragnęła mieć za męża tylko Śiwę i aby to osiągnąć, udała się na tapas. Menaka, próbując powstrzymać ją od wyrzeczeń, mówiła: ‘U (nie), Ma (porzuć)’. Tak powstało jej imię — Uma.”

Po przeczytaniu tego fragmentu oddał mi książkę. Przerzucałam kolejne strony, a Bhagavan chichotał cicho pod nosem. Nie rozumiałam dlaczego. Po chwili sam wyjaśnił:

„Spójrz! Jest jeszcze inna opowieść. Parwati wyruszyła na tapas, choć Menaka próbowała jej jak mogła odwieść. Gdy namowy nic nie dały, Himawanta zabrał ją do tapovany, gdzie Śiwa przebywał w formie Dakshinamurti, i powiedział: ‘To moje małe dziecko chce praktykować tapas. Proszę, otocz ją opieką.’

Widząc Parwati, Śiwa powiedział: ‘Po co tapas w tak młodym wieku? Dlaczego nie wróci do domu z ojcem?’

Parwati odpowiedziała: ‘Nie, nie wrócę.’

Parameśwara próbował ją zręcznie odwieść:

‘Ja pokonałem prakriti (naturę), dlatego mogę koncentrować się na tapas. Jeśli zostaniesz tutaj, będziesz wystawiona na działanie sił natury. Wróć więc do domu.’

Parwati była równie zręczna:

‘O Panie! Mówisz, że pokonałeś naturę. Lecz bez żadnej relacji z naturą — jak możesz czynić tapas? Przed chwilą przemówiłeś. Jak mógłbyś mówić bez natury? Jak mógłbyś chodzić? Bez twojej wiedzy prakriti mieszka w twoim sercu. Jeśli to nie gra retoryczna, jeśli naprawdę jesteś ponad wpływem natury, to dlaczego obawiasz się mojej obecności tutaj?’”

Śiwa ucieszył się tym i rzekł:

Ingithagna! (Ty, która odczytujesz myśli), Madhurvachani! (Ty, której słowa są słodkie). Zostań!”

I odesłał Himawanta do domu. Ta historia opisana jest tutaj szerzej.”

Powiedziałam:

„Historia Dakszajani jest również w Bhagawatam, ale tej rozmowy tam nie ma. Cała opowieść jest bardzo ciekawa.”

Bhagavan odparł, śmiejąc się:

„Tak, tak. Czytałem gdzieś inną historię, w której napisano, że po spaleniu Kama na popiół Parameśwara przyszedł do Parwati w przebraniu bramina, zalotnie ją uwiódł i poślubił. Himawanta martwił się kastą swojego zięcia — co miał zrobić? Kogo zapytał, ten twierdził, że nic nie wie, i nikt nie mógł go oświecić. Był więc bezradny.

Później Parwati — dla zabawy — zasłoniła dłońmi oczy Parameśwary. Wtedy cały świat pogrążył się w chaosie. Parameśwara ocalił świat, otwierając trzecie oko. Parwati uświadomiła sobie swój błąd i wyruszyła na tapas. Po długich wędrówkach przybyła w końcu tutaj, do Arunachali, gdzie zyskała aprobatę Arunagireeśwary i otrzymała formę Ardhanariśwary (pół ciała Śiwy).

Gdy Himawanta się o tym dowiedział, powiedział: ‘Ach tak! Mój zięć nie jest z innej kasty — jest z naszej!’ i poczuł ulgę i radość.

Arunachala jest górą. Himawanta też był górą.”

List 40 — Asthi, bhathi i priyam (istnienie, świadomość i błogość)

11 kwietnia 1946

Wczoraj, między 10 a 11 rano, pewien lekarz Pars wyciągnął list i wręczył go Bhagavanowi. Bhagavan kazał jednemu z wielbicieli go przeczytać i powiedział:

„On sam napisał i pytanie, i odpowiedź. Cóż więcej mogę powiedzieć?”

Ponieważ list był po angielsku, nie zrozumiałam go. Wielbiciel, który go czytał, spojrzał na Bhagavana i zapytał:

„Są tam słowa asthi, bhathipriyam. Co one znaczą?”

Bhagavan odpowiedział:

Asthi znaczy prawda — to, co jest.

Bhathi znaczy światło, blask.

Priyam znaczy ananda — błogość.

To jest sat-czit-ananda swarupa. Sat-czit-ananda wyraża się także jako asthi-bhathi-priyam. Obydwa określenia oznaczają to samo.”

Ten sam wielbiciel zapytał:

„Skoro Atma jest pozbawiona imienia i formy, czy należy ją kontemplować z jnana-atheetha bhakti — oddaniem wyższym niż dźńana?”

Bhagavan odpowiedział:

„Jeśli mówisz, że należy medytować — czy to nie zakłada dwajty (dwoistości)? Zakłada istnienie tego, kto medytuje, i tego, nad czym się medytuje. Atma jest jednak bezimienna i bezforemna. Jak medytować nad czymś bezimiennym i bezkształtnym?

Jñana-atheetha bhakti oznacza własną Jaźń — bezimienną, bezforemną, czystego Świadka. Ja jest własną Jaźnią. To „Ja” jest wszędzie — jedno jedyne „Ja”. Nad czym więc medytować? Kto medytuje?

To „Ja”, obecne wszędzie, jest tym, co nazywa się asthi, bhathipriyam, albo sat-czit-ananda. Nazw jest wiele, lecz rzecz jest tylko jedna.”

List 41 — prawdziwa natura pradaksziny

15 kwietnia 1946

Wiecie, jak wspaniały jest dziś dzień! Bhagavan nauczył nas czegoś naprawdę wielkiego. Odkąd tu przybyłam, moim codziennym zwyczajem — rano i wieczorem — było oddawanie pokłonu Bhagavanowi po trzykrotnym obejściu sali w ramach pradaksziny.

Gdy dziś rano wykonywałam pradakszinę jak zwykle, z ust Bhagavana dobiegł jakiś nieziemski głos, który uderzył mnie w uszy niczym dźwięk fletu. Zdziwiona tym, podniosłam wzrok ku sofie Bhagavana przez okno. Promienie porannego słońca padały na ciało Bhagavana, nadając mu osobliwy blask. Doktor Srinivasa Rao nacierał jego nogi maścią. Na twarzy Bhagavana widniał lekki uśmiech.

„Och, to tylko Nagamma! Myślałem, że to ktoś inny” — mówił. Poczułam, że powie mi coś ważnego, więc gdy tylko weszłam do sali, natychmiast oddałam mu pełny pokłon. Bhagavan z uśmiechem powiedział:

„A więc i ty zaczęłaś robić pradakszinę, widząc, że inni to robią? Ile razy obchodzisz salę?”

Byłam dość zaskoczona, a zapytana o liczbę razy, odpowiedziałam:

„Trzy razy”.

„Czyż tak? Inni też będą robić to samo, idąc za twoim przykładem. Na tym właśnie polega problem. Powiedziałem im, żeby tego nie robili. Tobie też to mówię. Co na to powiesz?”

„Cóż mam powiedzieć? Przestanę to robić, jeśli mi to zalecasz” — odpowiedziałam i usiadłam.

Patrząc na mnie, Bhagavan powiedział:

„Popatrz, ci ludzie bez końca chodzą w kółko po sali. Dopiero wczoraj powiedziałem im, żeby tego nie robili. Powiedzą: ‘Nagamma też robi pradakszinę. Czy jej też nie należy tego zabronić?’ Jeśli ludzie widzą cię obchodzącą salę, nowo przybyli pomyślą, że i oni powinni to robić, i zaczną zachowywać się jak w świątyni. Dlatego właśnie ci to mówię.”

Następnie Bhagavan zwrócił się do nas wszystkich:

„Co oznacza pradakszina? Śankara napisał:

Prawdziwą pradaksziną jest medytacja, że tysiące wszechświatów krążą wokół Wielkiego Pana — nieruchomego centrum wszystkich form.

Ten sam bhava (stan umysłu, idea) został jeszcze obszerniej wyrażony po tamilsku przez autora Ribhu Gity.”

Mówiąc to, Bhagavan poprosił o tę księgę, przeczytał fragment i wyjaśnił nam:

O Panie! Obszedłem cały świat, chcąc wykonać wobec Ciebie pradakszinę, lecz Ty jesteś wszędzie w swej pełni. Jakże więc mógłbym zakończyć choć jeden obrót? Będę czcił Cię jako kutastha akhila rupa — nieruchomą, całościową formę świata. To jedyna pradakszina wobec Ciebie.

Namaskar także oznacza to samo. Namaskarem jest stopienie umysłu w Jaźni, a nie sam mechaniczny akt padania na twarz za każdym razem, gdy wstajesz, siadasz, idziesz w jedną czy drugą stronę.”

Doktor Srinivasa Rao powiedział:

„To, co mówisz o pradakszinie, namaskarze i podobnych praktykach, może odnosić się do tych, którzy są w stanie atheetha sthithi, czyli w bardzo zaawansowanym stanie. Lecz czy dla ludzi takich jak my nie jest konieczne oddawanie pokłonów Guru? Mówi się, że postawy adwajty nie należy okazywać wobec Guru, nawet jeśli okazuje się ją wobec trzech światów.”

Bhagavan odpowiedział:

„Tak, to prawda. Postawa adwajty nie oznacza, że nie należy czynić namaskaru i podobnych gestów — chodzi jedynie o to, by nie przesadzać. Adwajta powinna istnieć w bhava, w nastawieniu umysłu; nie sprawdzi się w zewnętrznych, światowych sprawach. Zaleca się patrzeć na wszystko jednakowym wzrokiem (sama drishti), lecz czy możemy jeść to samo, co pies? Garść ziaren wystarczy ptakowi, lecz czy wystarczy nam? My jemy pewną ilość pożywienia — czy to wystarczy słoniowi? Dlatego postawa adwajty powinna być tylko w umyśle, w bhava, a w innych sprawach należy postępować zgodnie ze światem. Choć dla dżnianina nie istnieją ani przyjemności, ani cierpienia, dla dobra innych czyni on wszystko. Jest jak ci, którzy — jeśli im się każe i zapłaci — biją się w piersi i głośno zawodzą. To wszystko. On nie jest tym poruszony.”

Ktoś zapytał:

„Co masz na myśli, mówiąc o biciu się w piersi i płaczu za wynagrodzeniem?”

Bhagavan odpowiedział:

„Dawniej istniał taki zwyczaj. Załóżmy, że umiera ktoś starszy, a nikt w domu nie okazuje żalu. A przecież ktoś musi opłakiwać zmarłego — tego wymagała tradycja. Byli więc zawodowi płaczkowie, których zajęciem było lamentowanie za opłatą. Jeśli ich wezwano, potrafili płakać lepiej niż najbliżsi krewni zmarłego — metodycznie, niczym bhadźan, z wielką różnorodnością: bijąc się w piersi i wylewając łzy, czy to dzięki długiej praktyce, czy przez wyciskanie soku z cebuli do oczu. Program ten realizowali dokładnie według ustalonego harmonogramu. W ten sam sposób dżnianin postępuje zgodnie z życzeniami innych. Trzyma rytm każdej melodii, jaka jest grana. Ponieważ jest doświadczony, nic nie jest dla niego nowe. Idzie tam, gdzie go wołają. Zakłada taki strój, jaki mu każą nosić. Wszystko to czyni dla dobra innych, gdyż sam niczego nie pragnie. Jego działanie odpowiada woli tego, kto go prosi. Dlatego każdy powinien sam dostatecznie dobrze rozpoznać, co jest naprawdę dobre, a co naprawdę złe.”

Dotychczas, gdy Bhagavan pytał bliskich mu oddanych: „Dlaczego robi się to?” albo „Dlaczego tamtego się nie robi?”, żałowałam, że nie mam przywileju bycia tak bezpośrednio pytaną. Teraz zostałam z tych złudzeń wyleczona. Co więcej — otrzymałam upadeśę (bezpośrednie pouczenie). Głos Śri Bhagavana zdawał się mówić:

„Skoro jestem wszędzie w swej pełni, jak możesz wykonywać wobec mnie pradakszinę? Czy uważasz mnie za kamienny posąg, który należy obchodzić w kółko jak w świątyni?”

List 42 — Abhayam sarva bhūtebhyaḥ (współczucie wobec wszystkich istot)

20 kwietnia 1946

Gdy dziś rano Bhagavan miał wyjść, robotnicy wyznaczeni do zbierania mango z drzewa rosnącego przy schodach prowadzących ku górze, zamiast wspinać się na drzewo i zrywać owoce jeden po drugim, zaczęli okładać je kijami, aby strącić mango. W trakcie bicia całymi stertami spadały także liście. Siedząc jeszcze na sofie i słysząc odgłosy uderzeń, Bhagavan przekazał przez swoich pomocników polecenie, aby tego nie robili. Gdy zaś wyszedł jak zwykle na zewnątrz i zobaczył liście leżące w stosach, nie mógł znieść tego okrutnego widoku. Zwrócił się do robotników ostrym tonem:

„Dość tego! A teraz odejdźcie! Czy żeby zebrać owoce, musicie bić drzewo tak, by opadały liście? Czy w zamian za to, że daje nam owoce, drzewo ma być okładane kijami? Kto wam zlecił taką pracę? Zamiast bić drzewo, mogliście je równie dobrze ściąć u samych korzeni. Nie zbierajcie owoców. Odejdźcie!”

Głos Bhagavana, niczym grzmot, odbił się echem w uszach wszystkich obecnych i sprawił, że zadrżeli ze strachu. Podniesione kije z bambusa zostały opuszczone i położone na ziemi. Robotnicy stali złożonymi dłońmi jak posągi, niezdolni do wypowiedzenia choćby słowa. Gdy zobaczyłam uosobienie łagodności wobec natury w gniewnym nastroju, serce zabiło mi gwałtownie, a oczy napełniły się łzami. Czy ten, kogo tak porusza opadanie liści z drzewa, mógłby znieść ból w umysłach ludzi? Bhagavan Ramana jest istotnie karuṇāpūrṇa sudhābdhi — oceanem wypełnionym nektarem współczucia.

Zanim wrócił ze strony Goszali, oddani zebrali liście w jedną stertę i prosili go o wybaczenie winy. Bhagavan wszedł do sali, mówiąc:

„Jakie to okrutne! Zobaczcie, ile razy uderzano to drzewo! Jak wielka jest sterta liści! Och!”

Gdy Bhagavan przebywał w jaskini Virupaksha, Echamma — która umieściła w swoim domu wizerunek Bhagavana oraz obraz Seshadri Swamiego — postanowiła odprawić pudżę przy użyciu stu tysięcy młodych liści i rozpoczęła ją po uprzednim poinformowaniu Bhagavana. Kiedy zakończyła pudżę z użyciem pięćdziesięciu tysięcy liści, nadeszło lato i nie mogła już zebrać więcej, choć przemierzyła całą górę. Zmęczona poszła do Bhagavana, by wyżalić się ze swoich trudności. Bhagavan powiedział:

„Jeśli nie możesz zdobyć liści, dlaczego nie uszczypniesz samej siebie i nie odprawisz pudży?”

Odpowiedziała: „Och, ale to byłoby bolesne!”

Bhagavan rzekł: „Jeśli uszczypnięcie własnego ciała sprawia ci ból, czy odcinanie liści nie sprawia bólu drzewu?”

Zbladła i zapytała: „Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej, Swami?”

Odpowiedział: „Skoro wiesz, że uszczypnięcie ciała boli, dlaczego nie przyszło ci do głowy, że drzewo odczuwa taki sam ból, gdy pozbawiasz je liści? Czy muszę ci to mówić?”

Że nie należy zrywać młodych liści z drzew, jest również powiedziane w śloce z Devīkalottara Stotra w rozdziale Jñānācāra Vicārapadaḷam, przytoczonej poniżej:

„Nie wolno wyrywać korzeni.

Nie należy odrywać liści.

Nie należy krzywdzić istot żywych.

Nie wolno zrywać kwiatów.”

List 43 — To, co jest, jest tylko jedno

23 kwietnia 1946

Tego popołudnia przyszedł tu młody muzułmanin wraz z dwoma lub trzema przyjaciółmi. Po sposobie, w jaki usiadł, wyczułam, że chce zadać jakieś pytania. Po chwili zaczął pytać po tamilsku. Sens jego pytań był następujący:

„Jak można poznać Allaha? Jak można Go zobaczyć?”

Jak zwykle Bhagavan odpowiedział:

„Jeśli najpierw odkryjesz, kim jest ten, kto zadaje pytanie, wtedy poznasz Allaha.”

Młodzieniec zapytał ponownie:

„Jeśli będę medytował nad tym kijem, myśląc, że jest on Allahem, czy zobaczę Allaha? Jak mam zobaczyć Allaha?”

Bhagavan odpowiedział:

„To, co jest rzeczywiste i nigdy nie ulega zniszczeniu, nazywane jest Allahem. Jeśli najpierw poznasz prawdę o sobie samym, prawda o Allahu ukaże się sama.”

To wystarczyło, by rozwiać jego wątpliwości. Odszedł wraz z przyjaciółmi. Niedługo po ich wyjściu Bhagavan powiedział do osób siedzących obok niego:

„Popatrzcie, on chce zobaczyć Allaha! Czy da się Go zobaczyć tymi oczami? Jak te oczy mogłyby postrzegać?”

Wczoraj pewien hinduista zapytał Bhagavana:

„Czy Omkara jest imieniem Iśwary?”

Bhagavan odpowiedział:

„Omkara jest Iśwarą, Iśwara jest Omkarą. To znaczy, że sama Omkara jest swarupą (prawdziwą Naturą Jaźni). Jedni mówią, że sama swarupa jest Omkarą. Inni mówią, że jest nią Śakti, jeszcze inni, że jest to Iśwara, Jezus lub Allah. Jakiekolwiek imię się nada, to, co istnieje, jest tylko jedno.”

Cztery lub pięć dni temu, przypominając sobie odpowiedź, jaką Bhagavan udzielił na czyjeś pytanie, jeden z oddanych mieszkających w Aśramie zapytał:

„Powiedziałeś, że nawet ananda (błogość) ulega rozpuszczeniu. Jeśli tak, to jakie jest znaczenie dhjany, samadhisamadhanam?”

Bhagavan odpowiedział:

„Co rozumiesz przez laya (rozpuszczenie)? Nie może się ono zatrzymać na anandzie. Musi istnieć ktoś, kto jej doświadcza. Czy nie powinieneś poznać tego kogoś? Jeśli nie znasz tego, kto doświadcza, jak może to być dhjana? Jeśli ten, kto doświadcza, zostaje poznany, jest nim Jaźń. Gdy człowiek staje się sobą samym, to właśnie jest dhjana. Dhjana oznacza własną Jaźń. To jest samadhi. To jest również samadhanam — doskonałe skupienie myśli w jednym jedynym przedmiocie medytacji, czyli Najwyższym Duchu.”

List 44 — Czarna krowa

27 kwietnia 1946

Przez ostatnie trzy dni czarna krowa w goszali cierpiała na jakąś dolegliwość, dlatego została przywiązana do drzewa w pobliżu szopy zbudowanej dla cieląt. Choć cierpiała przez trzy dni, Bhagavan nie poszedł w tamtą stronę, aby ją zobaczyć. Wczoraj znalazła się w ostatnich konwulsjach przed śmiercią. Mimo że od rana była w takim stanie, nie wydała ostatniego tchnienia aż do godziny piątej po południu. Bhagavan wstał o 16:45, aby — jak zwykle — udać się za goszalę.

Wracając, zwrócił się w stronę miejsca, gdzie znajdowała się krowa, zatrzymał się przy szopie dla cieląt i przez chwilę obserwował jej agonię. Ponieważ Bhagavan jest uosobieniem współczucia, naturalne było, że jego serce stopniało z litości. Obdarzył krowę spojrzeniem wyzwalającym z więzów, po czym wrócił i usiadł jak zwykle na sofie.

Po tym, jak spoczęło na niej jego łaskawe spojrzenie, jīva pozostała w ciele już tylko przez pięć minut. Jakby czekała i czekała na to pełne dobroci spojrzenie — a gdy je otrzymała, opuściła ciało. Mówi się, że jeśli człowiek w chwili śmierci potrafi pamiętać o Bogu, zostaje uwolniony z więzów. Jakże wielkie musiało być szczęście tej krowy, że w chwili śmierci mogła zostać wyzwolona z więzów dzięki świętemu i łaskawemu spojrzeniu Bhagavana!

Bhagavan wielokrotnie mówił nam, że choć wiele zwierząt cierpiało przez całe dni, nigdy nie przychodziło mu do głowy, by na nie spojrzeć, natomiast w niektórych przypadkach nagle odczuwał impuls, by spojrzeć na nie w chwili ich śmiertelnej agonii. Dodawał, że w takich sytuacjach zwierzęta odchodzą natychmiast i spokojnie. Właśnie byłam świadkiem takiego przypadku.

List 45 — Paratpara rupam (forma najwyższej istoty)

2 maja 1946

Tego popołudnia przybyło tu kilku Andhrów wraz z żonami. Po pewnym czasie spędzonym w obecności Bhagavana odeszli. Jeden z nich, ze złożonymi dłońmi, zapytał Bhagavana:

„Swami, przybyliśmy tutaj po odbyciu pielgrzymki do Rameswaram i innych miejsc, gdzie oddawaliśmy cześć różnym bóstwom. Chcielibyśmy dowiedzieć się od Ciebie, jaka jest paratpara rupa. Prosimy, powiedz nam.”

Bhagavan, uśmiechając się, odpowiedział:

„Czy tak? To jest to samo. Sami mówicie, że przybywacie tu po oddaniu czci wszystkim bogom. Chociaż On jest jeden we wszystkich, to to, co jest ponad wszystkim, nazywa się paratpara rupam. Oznacza to ‘Formę Najwyższej Istoty’. Skoro widzieliście wszystkie te świątynie, przyszło wam do głowy pytanie, czym jest ta Najwyższa Istota, będąca źródłem wszystkich tych bogów. Czy to pytanie w ogóle by się pojawiło, gdybyście ich wszystkich nie zobaczyli?”

Patrząc na twarz Bhagavana, miało się wrażenie, jakby Najwyższa Istota tańczyła na jego obliczu. Ten blask na jego twarzy, promieniujący szczęściem, trzeba zobaczyć! Choć młody człowiek nie zrozumiał w pełni tych słów, był usatysfakcjonowany łaskawym spojrzeniem Bhagavana i po oddaniu mu pokłonu odszedł wraz ze swoimi towarzyszami.

Gdy już odeszli, Bhagavan powiedział z entuzjazmem do oddanego siedzącego obok:

„Zobacz, prawdziwe znaczenie zawiera się w samych ich słowach. Paratpara rupam oznacza formę lub postać Najwyższej Istoty — najwyższej z najwyższych. Znaczenie samego pytania nie jest znane. Gdyby było znane, odpowiedź znajdowałaby się już w samym pytaniu.”

List 46 — Etyka współistnienia społecznego

11 maja 1946

Wczoraj rano o godzinie 9:45, gdy Bhagavan wyszedł i wrócił do sali, pies mieszkający w aśramie szczekał na innego psa, który tam przyszedł i którego próbował przepędzić. Podczas gdy obecni próbowali uspokoić aśramowego psa, Bhagavan powiedział półżartem:

„Wszędzie jest tak, że ci, którzy przyszli wcześniej, sprawują władzę nad tymi, którzy przyszli później. Ten pies próbuje w ten sam sposób zaznaczyć swoją władzę.”

Mówiąc to, spojrzał na psa z aśramu i powiedział:

„Dlaczego szczekasz? Idź sobie.”

Pies natychmiast odszedł, jakby zrozumiał jego słowa.

Dziś rano o dziesiątej doktor Anantanarayana Rao wraz z żoną Ramabai przynieśli kilka dorodnych mango ze swojego ogrodu i wręczając je Bhagavanowi, powiedzieli:

„Małpy zabierają wszystkie mango, więc w pośpiechu zerwaliśmy te i przynieśliśmy je tutaj.”

Bhagavan, uśmiechając się, powiedział:

„Och, czyż tak? Czyli małpy przychodzą tam również?”

Następnie, zwracając się do wszystkich obecnych, dodał:

„Tak, małpy biorą owoce jeden po drugim, podczas gdy ludzie zabierają je wszystkie naraz. Zapytani dlaczego, mówią, że to ich prawo. Jeśli to, co robią małpy, nazywa się drobną kradzieżą, to to, co robią ludzie, jest regularnym rabunkiem. Nie zdając sobie z tego sprawy, przepędzają małpy.”

Tak powiedział Bhagavan.

List 47 — Który jest pojazd?

28 maja 1946

Dzieci naszego brata — Swarna i Vidya — chciały zobaczyć świątynię Adi Annamalai, świątynię Durgamby oraz inne miejsca. Wczoraj rano, po uzyskaniu zgody Bhagavana, wyruszyliśmy więc w drogę. Ponieważ lato już się zaczęło, obawiałam się, że te dzieci w wieku dziesięciu i dwunastu lat nie będą w stanie iść pieszo w palącym słońcu, dlatego wynajęłam wóz zaprzężony w woły. Do wozu dołączyły także inne dzieci w podobnym wieku, a nawet młodsze. Okrążyliśmy wzgórze, wykonując pradakszinę, zobaczyliśmy wszystkie interesujące miejsca i wróciliśmy około godziny 11:30. Gdy o 15:00 weszliśmy do sali, Bhagavan zapytał mnie:

„O której godzinie wróciliście?”

Gdy odpowiedziałam, że o 11:30 przed południem, Bhagavan zapytał:

„Czy te dzieci były w stanie przejść całą drogę?”

Powiedziałam mu, że objechaliśmy ją wozem. Bhagavan zażartował:

„Ach, rozumiem. Pojechaliście wozem. A kto zdobywa punyę (zasługę religijną) — wóz, woły czy te dzieci?”

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Bhagavan powiedział:

„To ciało samo w sobie jest wozem. Jeszcze jeden wóz dla tego wozu! Woły, by ciągnęły ten wóz! Przy takim działaniu (obejściu wzgórza) ludzie mówią: ‘Zrobiliśmy to’. Ze wszystkim jest podobnie. Ludzie przyjeżdżają pociągiem z Madrasu i mówią: ‘Przyjechaliśmy’. Tak samo jest z ciałem. Dla Jaźni ciało jest wozem. Nogi wykonują pracę chodzenia, a ludzie mówią: ‘Szedłem, przyszedłem’. Dokąd idzie Jaźń? Jaźń niczego nie robi, lecz przypisuje sobie wszystkie te działania.”

Po czym zapytał:

„Czy przeszli chociaż kawałek drogi?”

Odpowiedziałam, że szli pieszo do aśramu Gautamy, śpiewając bhadźany, lecz dalej nie mogli iść z powodu upału.

„To już coś. Przeszli przynajmniej pewien odcinek” — powiedział Bhagavan.

Wiecie, Vidya jest psotnym dzieckiem. Odkąd tu przyjechała, zadawała Bhagavanowi wiele pytań.

„Czy Bhagavan Thatha (dziadek) nigdzie nie chodzi? Dlaczego nie?”

Niezadowolona z moich odpowiedzi, dwudziestego czwartego dnia sama zapytała Bhagavana, dlaczego nigdzie nie wychodzi. Jak wiecie, Bhagavan bardzo cieszy się słowami małych dzieci. Spojrzał na nią z czułością i powiedział:

„Chcesz zabrać mnie do siebie, prawda? To jest twój pomysł, czyż nie? To wszystko byłoby w porządku, lecz jeśli gdziekolwiek pójdę, wszyscy ci ludzie pójdą ze mną, a po drodze bardzo wielu zaprosi mnie do swoich domów. Jeśli odmówię, czy zgodzą się na to? Nie. Zabiorą mnie siłą. A stamtąd ruszą kolejni. Czy potrafisz zabrać ich wszystkich ze sobą? I nie tylko tych ludzi — jeśli ja się poruszę, całe Arunaczala może ruszyć wraz ze mną. Jak możesz je zabrać? Widzisz, trzymają mnie w tym więzieniu. Nawet jeśli mnie stąd zabierzesz, ktoś po drodze mnie złapie i zamknie w innym więzieniu. Co mam zrobić? Jak mogę przyjść — powiedz mi? Czy ci wszyscy ludzie pozwolą mi odejść? Co ty na to?”

Vidya nie potrafiła odpowiedzieć. Od tego czasu Bhagavan zwykł mówić do innych:

„To dziecko zaprasza mnie do siebie.”

Wczoraj, usłyszawszy, że tego dnia oboje dzieci wyjeżdżają do rodzinnego domu, i widząc Vidię stojącą przy drzwiach, Bhagavan, wychodząc o 9:45 rano, ujął ją za rękę i powiedział:

„Dziecko! Czy zabierzesz mnie ze sobą? Zwiąż mnie mocno, włóż do wozu i zabierz.”

Przed wyjazdem Vidya przyniosła Bhagavanowi jego fotografie i pokazała je. Gdy tylko je zobaczył, Bhagavan powiedział:

„A więc zabierasz mnie ze sobą. Zwiąż mnie mocno i wrzuć do wozu.”

Wszyscy obecni poczuli radość, a Vidya, w wielkiej uciesze, podskakując, zaczęła mówić:

„Tak, zabieram Bhagavana Thathayyę.”

Kto? Dokąd można pójść? Który jest wóz? Które jest więzienie? Jeśli same góry się poruszają, jak można je powstrzymać? To wszystko są zagadki!

List 48 — Japa, tapa i podobne praktyki

3 czerwca 1946

Wczoraj przyszedł tu pewien dżentelmen — pobożny bramin. Z jego słów oraz z różańca z rudraksz noszonego na szyi było jasne, że praktykuje mantra japę. Powiedział, że miał już wcześniej darśan Bhagavana w jaskini Virupaksha. Dziś, podchodząc do Bhagavana, zapytał:

„Swami, czy nieustanna japa Panczakśari lub Tarakam może uwolnić człowieka od grzechów, takich jak picie alkoholu i tym podobne?”

„Jaka dokładnie jest twoja myśl?” — zapytał Bhagavan.

Bramin ponowił pytanie wprost:

„Nawet jeśli ludzie dopuszczają się cudzołóstwa, kradzieży, piją alkohol i tak dalej, czy ich grzechy mogą zostać zmazane przez wykonywanie japy wspomnianymi mantrami? Czy też grzechy te nadal przy nich pozostaną?”

Bhagavan odpowiedział:

„Jeśli nie ma w nim poczucia: ‘ja wykonuję japę’, wówczas grzechy popełnione przez człowieka nie przylgną do niego. Jeśli jednak istnieje poczucie: ‘ja wykonuję japę’, dlaczego grzech wynikający ze złych nawyków miałby do niego nie przylgnąć?”

Bramin zapytał:

„Czyż ta punya (zasługa wynikająca z dobrych uczynków) nie wygasi tej papy (skutku grzesznych czynów)?”

Bhagavan odpowiedział:

„Dopóki istnieje poczucie ‘ja działam’, człowiek musi doświadczać skutków swoich czynów — zarówno dobrych, jak i złych. Jak można zniwelować jedno działanie innym działaniem? Gdy zanika poczucie ‘ja działam’, nic nie ma na człowieka wpływu. Dopóki ktoś nie urzeczywistni Jaźni, poczucie ‘ja działam’ nigdy nie zniknie. A dla tego, kto urzeczywistnił Jaźń, jaka jest potrzeba japy? Jaka jest potrzeba tapasu?

Z powodu siły prarabdhy życie toczy się dalej, lecz on niczego nie pragnie. Prarabdha dzieli się na trzy rodzaje: iccha, anicchapareccha (wynikające z osobistego pragnienia, bez pragnienia oraz z pragnień innych). Dla tego, kto urzeczywistnił Jaźń, nie istnieje iccha-prarabdha. Pozostają tylko dwie pozostałe: anicchapareccha. Cokolwiek taki człowiek czyni, czyni to wyłącznie dla innych. Jeśli są rzeczy, które musi zrobić dla innych, wykonuje je, lecz ich skutki go nie dotykają. Jakiekolwiek działania podejmują tacy ludzie, nie wiąże się z nimi ani punya, ani papa. Postępują jednak wyłącznie w sposób właściwy, zgodny z przyjętymi normami świata — nic ponadto.”

Choć Bhagavan powiedział pytającemu, że dla tego, kto urzeczywistnił Jaźń, nie istnieje iccha-prarabdha, a jedynie anicchapareccha-prarabdha, jego ogólne stanowisko dotyczące prarabdhy można znaleźć w dziele „Unnathi Nalupadhi”:

Dżnianin nie posiada karmy teraźniejszej, przyszłej ani prarabdhy; mówienie, że prarabdha pozostaje, jest jedynie odpowiedzią na pytanie. Tak jak żadna z żon nie może pozostać wdową, gdy umiera mąż, tak też trzy rodzaje karmy nie mogą istnieć, gdy znika sprawca.

Czterdzieści Wersetów — Suplement, werset 33

List 49 — Czym jest samadhi

9 czerwca 1946

Tego popołudnia Bhagavan spędził wiele czasu, swobodnie rozmawiając z oddanymi na rozmaite tematy i przy okazji nauczając ich adwajty. Widząc, że rozmowa nie ma końca, jeden z nowo przybyłych wstał i zapytał:

„Bhagavanie, kiedy wchodzisz w samadhi?”

Wszyscy oddani wybuchnęli śmiechem. Bhagavan również się roześmiał. Po chwili powiedział:

„Ach, to jest twoja wątpliwość? Wyjaśnię ją, ale najpierw powiedz mi: co właściwie oznacza samadhi? Dokąd mielibyśmy się udać? Na wzgórze czy do jaskini? A może w niebo? Jakie ma być samadhi? Powiedz mi.”

Biedny człowiek nie potrafił nic powiedzieć i usiadł w milczeniu. Po chwili dodał:

„Mówią, że dopóki nie ustanie ruch zmysłów (indriya) i kończyn, nie może być samadhi. Kiedy wchodzisz w takie samadhi?”

„Aha, więc o to ci chodzi. Myślisz sobie: ‘Co to takiego? Ten Swami ciągle mówi. Jakim on jest dżnianinem?’ To jest twoja myśl, prawda? Według ciebie nie ma samadhi, jeśli ktoś nie siedzi ze skrzyżowanymi nogami w padmasanie, ze złożonymi dłońmi i nie wstrzymuje oddechu. W pobliżu musi być też jakaś jaskinia. Trzeba do niej wchodzić i wychodzić. Wtedy ludzie powiedzą: ‘To jest wielki Swami’. A o mnie zaczynają wątpić i mówią: ‘Cóż to za Swami, który ciągle rozmawia z oddanymi i prowadzi zwyczajne życie?’ Co mogę zrobić? Tak działo się już raz czy dwa wcześniej.

Ludzie, którzy widzieli mnie najpierw w Gurumurtham, a potem zobaczyli mnie w Skandasramam, gdzie rozmawiałem ze wszystkimi i uczestniczyłem w normalnych czynnościach, mówili do mnie z wielkim niepokojem: ‘Swami, Swami, prosimy, daj nam darśan w twoim wcześniejszym stanie’. Ich wrażenie było takie, że się ‘psuję’. Co mogę zrobić? W tamtym czasie (w Gurumurtham) musiałem żyć w ten sposób. Teraz jestem zobowiązany żyć inaczej. Rzeczy dzieją się tak, jak muszą się dziać. Lecz w ich mniemaniu wystarczy, że ktoś nie je i nie mówi — wtedy świętość, swamitvam, pojawia się automatycznie. To jest złudzenie, jakie ludzie mają.”

Tak powiedział Bhagavan.

List 50 — Czym jest sarvam? (Jak widzieć wszystko jako samego siebie)

5 lipca 1946

Przez ostatnie trzy dni pewien młody człowiek, który przybył niedawno, niepokoił Bhagavana wieloma pytaniami, bez ładu i składu. Bhagavan cierpliwie wyjaśniał wszystko bardzo szczegółowo. Dziś rano, o godzinie dziewiątej, młodzieniec znów zaczął:

— Mówisz, że wszystko jest własnym Ja? Jak można dojść do odczucia, że wszystko jest własnym Ja?

Bhagavan, głosem zdradzającym niezadowolenie, powiedział:

— Co masz na myśli, mówiąc „wszystko”? Kim jesteś? Jeśli powiesz mi, kim jesteś, wtedy możemy mówić o „wszystkim”. Od kilku dni zadajesz mi wiele pytań, ale dotąd nie odpowiedziałeś na moje pytanie: kim jesteś. Najpierw powiedz mi, kim jesteś, a dopiero potem pytaj, czym jest wszystko (sarvam). Wtedy odpowiem. Gdybyś tylko spróbował dociec, kim jesteś, te pytania w ogóle by się nie pojawiły. Jeśli tego nie robisz i wciąż myślisz, o co zapytać dalej, będzie to trwało jak niekończący się strumień. Nie ma temu końca. Spokój — śanti, spokój umysłu — pojawia się tylko wtedy, gdy praktykuje się dociekanie Ja i odkrywa prawdę. Jeśli zamiast tego bada się to i tamto, jaki z tego pożytek? To wszystko jest zmarnowanym wysiłkiem.

Młody człowiek znów zapytał:

— Czy do poznania własnego Ja nie jest potrzebny Guru i sadhana?

— Dlaczego chcesz Guru albo sadhanę? — odpowiedział Bhagavan. — Mówisz, że wiesz wszystko. Po co więc Guru? Nie chcesz robić tego, co ci się zaleca. Co w takiej sytuacji może zrobić Guru? Pomoc Guru jest dostępna tylko wtedy, gdy idziesz drogą, którą on wskazuje. Mówisz o sadhanie. W jakim celu? Jaki rodzaj sadhany? Ile jeszcze pytań? Trzeba iść jedną ścieżką. Jaki jest pożytek z biegania z nieograniczonymi wątpliwościami? Czy twój głód zostanie zaspokojony przez to, że ty jesz, czy przez to, że jedzą inni? Jaki sens ma marnowanie czasu na pytania o tych ludzi i tamte sprawy, o to i o tamto? Zapominasz o sobie i krążysz po niebie i ziemi, szukając i pytając: „Czym jest szczęście?”. Najpierw musisz zapytać: „Kim jestem ja, który krążę i pytam?”. Jeśli w ten sposób docieka się własnego Ja, nie pojawi się żadne inne pytanie — powiedział Bhagavan.

W tym czasie inna osoba podjęła pytanie i zapytała:

— Jak dźiwa nabyła karmę?

Bhagavan odpowiedział:

— Najpierw odkryj, kim jest dźiwa, a potem ustalimy, jak powstała karma. Jak dźiwa nabyła karmę? Czy ta karma jest związana z dźiwą, czy znajduje się gdzieś poza nią? To wszystko są tylko myśli. Żadna z tych wątpliwości nie pojawi się, jeśli umysł, który jest tak aktywny na zewnątrz, zostanie skierowany do wewnątrz.

List 51 — Śmierć Madhavaswamiego

12 lipca 1946

Około cztery dni temu, to znaczy rankiem 8 lub 9 lipca, poszłam do Bhagavana o godzinie 7:30. Gdy po oddaniu mu pokłonu wstałam, Bhagavan powiedział:

— Madhava odszedł.

— Dokąd? — zapytałem, ponieważ miał on zwyczaj od czasu do czasu opuszczać Aśram i udawać się na pielgrzymki.

Bhagavan, uśmiechając się, odparł:

— Dokąd? Tam — pozostawiając ciało tutaj.

Byłam wstrząśnięta i zapytałam:

— Kiedy?

— Przedwczoraj o szóstej wieczorem — odpowiedział Bhagavan, po czym, zwracając się do Krishnaswamiego, powiedział: — Acharyaswami, który był tam, przyszedł tutaj i umarł, a ten, który był tutaj, poszedł tam i umarł. Wszystko dzieje się zgodnie z losem. Przez długi czas Madhava pragnął być niezależny i nie mieć nad sobą nikogo, kto by nim kierował. Jego pragnienie w końcu się spełniło. W każdym razie był dobrym człowiekiem. Tak tylko dla żartu, gdy Acharyaswami, który był w Kumbakonam, odszedł, zapytałem Madhavę, czy tam pójdzie, skoro w Math nie było nikogo. Podchwycił ten pomysł, pojechał tam i w ten sposób spełnił swoje pragnienie. Zobacz, jak rzeczy się układają! Kiedy pisałem w zeszycie telugijskie dvipada i inne wiersze, używając pisma malajalamskiego, czytał je bez trudu, zupełnie jak Telugowie. Miał pewne telugijskie samskary (znajomość języka). Zabrał ten zeszyt, mówiąc, że będzie do niego zaglądał od czasu do czasu. Jeśli on tam jest, powiedzcie im, żeby go tu przynieśli. Tak samo było z Ayyaswamim. On również zabrał zeszyt, mówiąc, że odda go po przeczytaniu. Sam już nigdy nie wrócił. Z tym człowiekiem stało się dokładnie to samo.

Po tych słowach Bhagavan zmienił temat. Gdy w Aśramie rozeszła się wiadomość, że ktoś, kto przez dwanaście lat podążał za Bhagavanem niemal jak cień i był z natury niezwykle łagodny i cichy, nagle odszedł gdzieś daleko, nie było w Aśramie nikogo, kto nie uroniłby łzy.

Kunjuswami, który pojechał stąd, by nadzorować obrzędy pogrzebowe Madhavy, wrócił dziś rano o ósmej. Po oddaniu pokłonu Bhagavanowi powiedział:

— Madhavaswami błąkał się w poszukiwaniu spokoju umysłu, lecz nie mógł go znaleźć. Dlatego mówił ludziom, że nie będzie już długo żył, i udał się do Math w Kumbakonam. Przez jeden dzień miał nagły atak biegunki, a gdy, pijąc wodę sodową, zaczął skarżyć się na trudności z oddychaniem, położono go. Już nie odzyskał przytomności — tak mi powiedzieli ludzie z Math. Przechowywali ciało, aż tam dotarłem. Nie uległo ono żadnemu rozkładowi, choć minęły trzy dni. Dopilnowałem pochówku i wróciłem. Zeszytu nigdzie nie mogłem znaleźć.

Gdy Kunjuswami odszedł, Bhagavan, patrząc na Krishnaswamiego, powiedział:

— Madhava był dobrym człowiekiem. Dlatego wszyscy czujemy smutek, że umarł. Jednak zamiast opłakiwać jego śmierć, powinniśmy zastanawiać się nad tym, kiedy sami odejdziemy. Dźńani zawsze z utęsknieniem oczekuje chwili, gdy uwolni się z więzów ciała i będzie mógł je porzucić. Człowiek, który niesie ciężar za zapłatę, zawsze tęskni za momentem, gdy dotrze do celu. Kiedy właściciel, po dotarciu na miejsce, każe mu złożyć ładunek, odczuwa on wielką ulgę i z radością go odkłada. Podobnie to ciało jest ciężarem dla człowieka obdarzonego rozróżnieniem. Taki człowiek zawsze czuje, że „tamten” już odszedł, i z niecierpliwością wyczekuje własnego odejścia z ciała. Gdy to maleństwo zwane życiem odejdzie, potrzeba czterech osób, by nieść ciężar ciała. Dopóki życie jest w ciele, nie ma ono ciężaru, lecz gdy życie je opuści, nie ma nic bardziej uciążliwego niż ciało. A jednak dla takiego ciała podejmuje się kajakalpa vrata (praktyki odmładzające), z pragnieniem osiągnięcia moksz y (wyzwolenia) wraz z ciałem. Mimo to i tacy ludzie prędzej czy później odchodzą. Nie ma nikogo, kto mógłby pozostać w tym ciele na zawsze. Gdy ktoś pozna prawdziwy stan rzeczy, kto chciałby jeszcze to tymczasowe ciało? Należy pragnąć chwili, gdy będzie można zrzucić ten ciężar i odejść wolnym.

Madhavaswami był Malajalijczykiem. Urodził się w wiosce niedaleko Palghat. Był brahmaczarinem. Przybył tutaj około piętnaście lat temu, mając zaledwie dwadzieścia lat, i osobiście służył Bhagavanowi. Od pewnego czasu nosił w sobie pragnienie odwiedzania miejsc świętych, dlatego często wyjeżdżał i wracał. Gdy Acharyaswami — inny oddany Bhagavana, odpowiedzialny za Math zbudowany dla niego w Kumbakonam — przybył tu jakiś czas temu i zmarł, Madhava udał się tam jako przełożony Math i wkrótce potem sam odszedł.

List 52 — „Anoraneyam mahatomahiyam” (atom pośród atomów i olbrzym pośród olbrzymów)

22 lipca 1946

Dziś rano o godzinie 10:30 przyszedł Sonti Ramamurthi wraz z żoną, bratem oraz kilkoma przyjaciółmi. W tym czasie pewien wielbiciel, czytając jakąś książkę, powiedział do Bhagavana:

— W tej książce jest powiedziane, że my jemy pożywienie, a pożywienie je nas. Jak to rozumieć? To, że my jemy pożywienie, jest jasne. Ale co znaczy stwierdzenie, że pożywienie je nas?

Bhagavan milczał.

Po około dziesięciu minutach cichego oczekiwania Ramamurthi powiedział Bhagavanowi, że przyszedł głównie dlatego, iż jego brat bardzo pragnął zobaczyć Bhagavana. Dodał, że on sam miał darśan Bhagavana około dziesięciu lat temu. Następnie, nawiązując do wcześniejszej wypowiedzi wielbiciela, zauważył:

— Wszystkie istoty żywe rodzą się z annam (pożywienia), są nim podtrzymywane i ostatecznie w nim się rozpuszczają, dlatego pożywienie nazywane jest Brahmanem. Ten Brahman jest wszechprzenikający. Wszystkie rzeczy są jego przejawami, a ponieważ nazywa się go annam, mówi się, że to pożywienie nas „zjada”. Czy o to chodzi?

Bhagavan odpowiedział:

— Tak.

Ramamurthi opowiadał Bhagavanowi wiele rzeczy o nauce, a jego brat również mówił o nauce, bombach atomowych i podobnych sprawach — wszystko po angielsku. Nie znam angielskiego, więc nie mogłam śledzić ich rozmowy. Bhagavan jednak odpowiadał po telugu. Po wysłuchaniu wszystkiego, co mówili o nauce, Bhagavan w końcu powiedział:

— Z pewnością. Jednocześnie żadna z tych rzeczy nie jest oddzielona od własnego Ja, prawda? Wszystko pojawia się dopiero po Ja. Nikt nie mówi, że nie istnieje. Nawet ateista przyzna, że on sam istnieje. Skoro tak, to cokolwiek się pojawia, musi pochodzić z Ja i ostatecznie w Ja się rozpuścić. Nie ma nic oddzielonego od własnego Ja, zgodnie z zasadą zawartą w śruti: „Anoraneeyam Mahatomaheeyam” — Ja jest mniejsze niż najmniejsze i większe niż największe.

Ramamurthi zapytał:

— Skąd bierze się różnica między atomem a nieskończonością?

— Pochodzi ona z samego ciała — odpowiedział Bhagavan.

Ramamurthi zapytał ponownie:

— Jak to się dzieje, że widzimy na świecie tak wiele sił?

Bhagavan powiedział:

— Przyczyną jest wyłącznie umysł. To umysł sprawia, że widzisz tak wiele różnych sił. Gdy umysł się rodzi, wszystko inne również się rodzi. Pięć żywiołów oraz siły wykraczające poza żywioły — jakiekolwiek by one były — a także siły wykraczające poza inne, wszystkie przybierają postać, gdy tylko umysł się pojawi. Gdy umysł zostaje rozpuszczony, wszystkie pozostałe również ulegają rozpuszczeniu. Umysł jest przyczyną wszystkiego.

List 53 — Sny, złudzenia

28 lipca 1946

Jakiś czas temu przybył tu pewien człowiek z północnych Indii i zatrzymał się na kilka dni. Pewnego popołudnia, o trzeciej, przyszedł do Bhagavana i za pośrednictwem tamilskiego wielbiciela opowiedział swoje doświadczenie w następujący sposób:

— Swami, wczoraj spałem w domu gościnnym. We śnie byłeś tam i rozmawiałeś ze mną. Po pewnym czasie obudziłem się, a nawet po przebudzeniu wciąż do mnie mówiłeś. Co to było?

Bhagavan powiedział:

— Spałeś, prawda? Z kim więc mogłeś rozmawiać?

— Tylko z samym sobą — odpowiedział.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

— Mówisz, że spałeś. Jak mogła odbywać się jakakolwiek rozmowa z kimś, kto śpi? „Nie, ja rozmawiałem” — mówisz. To znaczy, że choć ciało spało, ty byłeś przebudzony. W takim razie najpierw odkryj, kim jest to „ty”. Potem zajmiemy się rozmową we śnie — powiedział Bhagavan.

Nie padła żadna odpowiedź. Spoglądając na wszystkich życzliwym wzrokiem, Bhagavan powiedział:

— Są tylko dwie rzeczy: jawa i sen. Gdy zasypiasz, nie ma nic. Gdy się budzisz, jest wszystko. Jeśli nauczysz się spać, będąc na jawie, możesz pozostać jedynie świadkiem. To jest prawdziwa prawda.

W podobny sposób, jakiś czas temu Subbaramayya zapytał Bhagavana:

— Co oznacza asparśa rūpam?

— Oznacza to, że coś jest widzialne, lecz nietykalne.

— A co znaczy ćhāyā rūpam? — zapytał ponownie.

— To to samo. Pojawia się jak cień. Gdy to zbadasz, nie znajdziesz niczego. Nazwij to Bogiem, diabłem, snem, wizją, natchnieniem lub jakkolwiek chcesz. Wszystko to istnieje tylko wtedy, gdy jest ktoś, kto to widzi. Jeśli odkryjesz, kim jest ten, który widzi, wszystkie te rzeczy znikną. To, co jest niczym, a jednocześnie jest źródłem wszystkiego, jest Jaźnią. Jaki pożytek z tego, że człowiek widzi inne rzeczy, jeśli nie widzi własnej Jaźni? — powiedział Bhagavan.

Niedawno pewien człowiek powiedział Bhagavanowi, że ma przyjaciela, który potrafi widzieć granice sukszma śakti (subtelnych mocy); że widział on granice subtelnej mocy mahāpuruśów (wielkich dusz); że spośród nich subtelne światło mocy Śri Aurobindo rozciągało się na odległość siedmiu furlongów, Bhagavana — jak twierdził — potrafił zobaczyć do trzech mil, lecz nie mógł dostrzec, jak daleko sięga dalej, a światło mocy Buddy i innych nie rozciągało się na taką odległość.

Bhagavan wysłuchał go cierpliwie do samego końca, po czym z uśmiechem powiedział:

— Proszę, powiedz mu, że najpierw powinien przyjrzeć się własnemu światłu mocy, zanim zacznie badać zasięg subtelnych mocy tylu innych. Co to w ogóle za sprawa z tymi granicami subtelnych mocy i ich mierzeniem? Gdy ktoś zwraca się ku własnej Jaźni, takie niedorzeczne idee w ogóle się nie pojawiają. Dla tego, kto urzeczywistnił siebie, wszystko to jest jedynie błahostką.

List 54 — Czysta bhakti (oddanie) jest prawdziwą służbą

6 sierpnia 1946

Dziś pewien wielbiciel zapytał Bhagavana:

— Swami, jaka jest ta historia o myrobalanach, gdy przebywałeś na wzgórzu?

Bhagavan opowiedział nam, co następuje:

— Kiedy mieszkałem w jaskini Virupaksha, co noc zjadałem jeden myrobalan, aby ułatwić wypróżnianie. Pewnego razu zdarzyło się, że zapas się skończył. Ponieważ Palaniswamy zamierzał iść na bazar, poprosiłem go, by powiedział Sesha Iyerowi, żeby przysłał trochę myrobalanów. Odpowiedział, że tak zrobi, bo Sesha Iyer i tak był w drodze na bazar. W tej samej chwili przyszedł pewien wielbiciel z rodzinnej wioski. Od czasu do czasu nas odwiedzał. Po krótkim pobycie wyszedł. Chwilę później Palaniswamy zaczął przygotowywać się do wyjścia na bazar. Tymczasem wielbiciel, który wyszedł, wrócił i powiedział:

— Swami, czy potrzebujesz myrobalanów?

— Daj mi jeden albo dwa, jeśli je masz — odpowiedziałem.

Przyniósł wielki worek i położył go przede mną. Gdy zapytałem:

— Skąd to wszystko? —

odpowiedział:

— Swami, po otrzymaniu twojego darśanu pojechałem wozem do pobliskiej wioski, bo miałem tam pewną sprawę. Przede mną jechał inny wóz, załadowany workami myrobalanów. Jeden z worków miał dziurę i myrobalany wysypywały się na drogę. Pozbierałem je i przyniosłem tutaj, myśląc, że mogą się przydać. Niech tu zostaną, Swami.

Wziąłem z tego około dwóch lub trzech viss, a resztę oddałem mu. Takie rzeczy zdarzały się często. Ileż z nich można by sobie przypomnieć! Gdy przyszła Matka i zaczęła gotować, mówiła czasem, że dobrze byłoby mieć żelazną chochlę. Odpowiadałem: „Zobaczymy”. Następnego dnia albo dzień później ktoś przynosił pięć lub sześć chochli. Tak samo było z naczyniami kuchennymi. Matka mówiła, że przydałby się taki czy inny przedmiot, a ja odpowiadałem: „Czy tak?”, i tego samego dnia albo następnego otrzymywaliśmy takie rzeczy — dziesięć zamiast jednej. Czułem: „Dość, dość tego!” Kto ma się tym wszystkim zajmować? Było wiele takich zdarzeń — powiedział Bhagavan.

— A co z winogronami? — zapytał wielbiciel.

Bhagavan odpowiedział:

— Tak, one również były używane w tym samym celu co myrobalany. Pewnego dnia zapas winogron się wyczerpał. Palaniswamy zapytał, czy może poprosić kogoś idącego do sklepu, aby je kupił. Powiedziałem, że nie ma pośpiechu i że nie powinien się tym martwić, tylko poczekać i zobaczyć. I to wszystko. Po krótkim czasie przyszedł brat Gambhirama Seshayyi. W ręku trzymał duży pakunek. Gdy zapytano, co w nim jest, odpowiedział: „Winogrona”.

— Co? Przecież przed chwilą mówiliśmy, że zapas się skończył. Skąd o tym wiedziałeś? — zapytałam.

— Skąd miałbym wiedzieć, Swami? — odpowiedział. — Zanim tu przyszedłem, poczułem, że nie powinienem przychodzić do ciebie z pustymi rękami, więc poszedłem na bazar. Ponieważ była niedziela, wszystkie sklepy oprócz jednego były zamknięte. Zapytałem sprzedawcę: „Idę do Bhagavana. Co masz?” Powiedział, że ma tylko winogrona i że właśnie dotarły. Spakował je i dał mi. Przyniosłem je tutaj. Ta myśl przyszła mi do głowy dopiero chwilę temu, Swami.

Gdy porównano czas, okazało się, że dokładnie się pokrywał. Było to bardzo częste doświadczenie także dla Ayyaswamiego. Myśleliśmy, że dobrze byłoby mieć jakiś przedmiot, a dokładnie o tej samej godzinie on czuł, że powinien zanieść ten właśnie przedmiot Bhagavanowi. Gdy pytaliśmy go:

— Skąd o tym wiedziałeś? —

Ayyaswami odpowiadał:

— Swami, skąd miałbym wiedzieć? Po prostu przyszło mi do głowy, że powinienem przynieść Bhagavanowi taki a taki przedmiot. Przyniosłem go i to wszystko. Mówisz, że w tym samym czasie myśleliście tutaj o tym samym przedmiocie. Tylko Swami może wiedzieć o takich dziwnych zdarzeniach.

Naprawdę utrzymywał swój umysł w czystości i dlatego wszystko, o czym myśleliśmy tutaj, odbijało się jak w lustrze w jego umyśle.

Czy trzeba nam to wyraźnie mówić, że powinniśmy zachowywać umysł czysty i nieskalany? Czy samo życie Ayyaswamiego nie jest tego przykładem?

List 55 — Guri (koncentracja) jest jedynym guru (nauczycielem)

8 sierpnia 1946

Wczoraj rano jogin Ramiah zapytał Bhagavana w następujący sposób:

— Swami, niektórzy uczniowie Sai Baby czczą jego obraz i mówią, że to jest ich Guru. Jak to możliwe? Mogą czcić go jako Boga, ale jaką korzyść mogą odnieść, czcząc go jako Guru?

Bhagavan odpowiedział:

— Osiągają dzięki temu koncentrację.

Jogin powiedział:

— To wszystko dobrze, zgadzam się. Może to być w pewnym stopniu sadhana koncentracji. Czy jednak do tej koncentracji nie jest potrzebny Guru?

— Oczywiście, lecz w gruncie rzeczy Guru oznacza jedynie guri — koncentrację — powiedział Bhagavan.

Jogin zapytał dalej:

— Jak martwy obraz może pomóc w rozwinięciu głębokiej koncentracji? Do tego potrzebny jest żywy Guru, który może to ukazać w praktyce. Być może Bhagavan mógł osiągnąć doskonałość bez żywego Guru, ale czy jest to możliwe dla ludzi takich jak ja?

— To prawda. Mimo to, czcząc martwy portret, umysł do pewnego stopnia się koncentruje. Ta koncentracja nie utrzyma się jednak trwale, jeśli ktoś nie pozna własnej Jaźni poprzez dociekanie. Do tego dociekania potrzebna jest pomoc Guru. Dlatego starożytni mówili, że dociekanie nie powinno zatrzymać się na samym wtajemniczeniu. Nawet jeśli jednak się na nim zatrzyma, inicjacja nie jest bez pożytku. Przyniesie owoce prędzej czy później. Nie powinno być jednak w tej inicjacji żadnej ostentacji. Jeśli umysł jest czysty, wszystko to przyniesie owoce; w przeciwnym razie pójdzie na marne jak ziarno zasiane na jałowej ziemi — powiedział Bhagavan.

— Nie wiem, Swami. Możesz to powtarzać sto czy tysiąc razy. Aby mieć pewność własnego postępu, potrzebny jest żywy Guru, taki jak Ty. Jak możemy nadać status Guru martwemu portretowi? — powiedział jogin.

Bhagavan, z uśmiechem na twarzy, skinął głową i powiedział:

— Tak, tak.

Po czym zamilkł. Bracie, mogę tylko powiedzieć, że ten uśmiech i to milczenie promieniowały wiedzą i mądrością. Jak można to opisać?

List 56 — Siddhowie

10 sierpnia 1946

Dziś w obecności Bhagavana toczyła się rozmowa o siddhach. Niektórzy mówili między innymi, że ktoś próbował osiągnąć siddhi i że mu się to udało. Po długim, cierpliwym wysłuchaniu wszystkiego Bhagavan powiedział tonem zdradzającym zniecierpliwienie:

— Mówicie o siddhach. Twierdzicie, że coś osiągają, skądś to zdobywają. W tym celu podejmują sadhanętapas. Czyż nie jest już samo w sobie siddhi, osiągnięciem, że my — którzy w swej istocie jesteśmy bezforemni — otrzymaliśmy ciało z oczami, nogami, rękami, nosem, uszami i ustami, i że możemy za pomocą tego ciała wykonywać różne czynności? My jesteśmy siddhami. Gdy chcemy jedzenia, dostajemy jedzenie; gdy chcemy wody, dostajemy wodę; gdy chcemy mleka, dostajemy mleko. Czyż to wszystko nie są siddhi? Skoro nieustannie doświadczamy tak wielu siddhi, dlaczego domagacie się jeszcze kolejnych? Czego więcej potrzeba?

Około dwóch lat temu Manu Subedar — członek Indyjskiego Zgromadzenia Ustawodawczego i tłumacz komentarza do Bhagawadgity autorstwa Dźńaneśwary — przyszedł na darśan Bhagavana i w trakcie rozmowy zapytał, dlaczego we wszystkich księgach znajdują się opisy siddha puruszów, a nie ma nic o sadhakach, oraz czy istnieją w ogóle książki poświęcone sadhakom. Bhagavan odpowiedział:

— W tamilskim Bhakta Vijayam znajduje się rozmowa między Dźńaneśwarą a jego ojcem Vithobą. Jest to dialog pomiędzy siddhą a sadhaką. Stan sadhaki można zobaczyć właśnie w tej rozmowie.

Mówiąc to, Bhagavan kazał przynieść egzemplarz Bhakta Vijayam z biblioteki Aśramu, sam przeczytał ten fragment i szczegółowo go objaśnił. Po powrocie do domu Manu Subedar poprosił o kopię tej rozmowy. Bhagavan przesłał mu ją po przetłumaczeniu na język angielski. Manu Subedar dodał ją jako suplement do trzeciego wydania swojej Jnaneswari. Niedawno przetłumaczyłem tę rozmowę na telugu. Pamiętasz, że gdy przyszedłeś tu w ostatnią pełnię księżyca, podczas jednej z rozmów Bhagavan powiedział, iż Dźńaneśwara był siddhą, a Vithoba sadhaką. Stąd nazwa „Siddha–Sadhaka Samvadam” (Rozmowa siddhy z sadhaką).

Bhagavan często mówi:

— Poznać samego siebie i pozostać wiernym sobie — to jest siddhi, i nic więcej. Jeśli umysł jest pochłonięty dociekaniem Ja, prawda zostanie wcześniej czy później urzeczywistniona. To jest najwyższa siddhi.

Poniżej przytaczam fragment prozatorskich pism Bhagavana z jego „Unnathi Nalupadhi”, który to potwierdza:

Siddhi polega na poznaniu i urzeczywistnieniu tego, co jest wiecznie realne. Inne siddhi są jedynie siddhi ze snu. Czy byłyby prawdziwe po przebudzeniu ze snu? Czy ci, którzy są oddani prawdzie i uwolnieni od mai, dadzą się nimi zwieść? Proszę, zrozumcie to.

Czterdzieści Wersetów o Rzeczywistości, werset 35

List 57 — Karthuragnaya prapyathe phalam (owocami działań rządzi stwórca)

11 sierpnia 1946

Około dziesięciu miesięcy temu Krishna Bhikshu napisał do mnie, że zastanawia się nad podarowaniem swojej własności braciom, a następnie przyjęciem sannyasy i podróżowaniem po kraju, mając nadzieję, że w ten sposób osiągnie spokój umysłu. Pytał, co Bhagavan by o tym powiedział. Poinformowałem Bhagavana o tym liście. Bhagavan najpierw zapytał:

— To prawda? Ostatecznie podjął decyzję?

A po chwili dodał:

— Wszystko dzieje się zgodnie z karmą każdej osoby.

Gdy napisałem do niego o tym, Krishna Bhikshu odpowiedział:

— Mówi się, że „Karthuragnaya Prapyathe Phalam, owoce działań są zarządzane przez Stwórcę”. Co stało się ze Stwórcą?

Nie miałem ochoty mówić Bhagavanowi o tej odpowiedzi i zastanawiałem się, co napisać w odpowiedzi. W międzyczasie jeden z wielbicieli zapytał Bhagavana:

— W „Karthuragnaya Prapyathe Phalam”, kim jest karta?

Bhagavan odpowiedział:

— Karta to Ishwara. To on rozdziela owoce działań każdej osobie, zgodnie z jej karmą. To oznacza, że jest to Saguna Brahman. Prawdziwy Brahman jest nirguna (pozbawiony cech) i nieruchomy. To tylko Saguna Brahman jest nazywany Ishwarą. On daje phala (owoce) każdej osobie zgodnie z jej karmą (działaniami). To oznacza, że Ishwara jest tylko agentem. On wypłaca wynagrodzenie za wykonaną pracę. To wszystko. Bez tej śakti (mocy) Ishwary, karma (działanie) nie mogłaby się odbyć. Dlatego karma jest nazywana jadam (nieożywiona).

Co innego mógłbym odpowiedzieć na pytanie Krishna Bhikshu? Zatem napisałem do niego zgodnie z tym.

Za pomocą nadprzyrodzonych mocy swoich sandałów, Vikramarka udał się do Brahma Loka, świata Brahmy, gdzie Brahma, zadowolony, powiedział mu, by poprosił o jakąś łaskę. Vikramarka powiedział:

— Panie, Sastry głośno ogłaszają, że kiedy tworzysz istoty żywe, piszesz na ich czołach ich przyszłe życie, zgodnie z wynikami ich działań z poprzednich żyć. Teraz mówisz, że dasz mi błogosławieństwo. Czy wymażesz to, co już zostało zapisane na moim czole i napiszesz na nowo? Czy może poprawisz to, przepisując? Co dokładnie robisz?

Brahma, zadowolony z jego inteligentnego pytania, powiedział z uśmiechem:

— Nic nowego się nie robi. To, co już zostało zaplanowane zgodnie z karmą istot, wychodzi z moich ust. My tylko mówimy: „Tak, daliśmy ci błogosławieństwo”. To wszystko. Nic nowego nie jest dane. Nie wiedząc tego, ludzie wykonują pokuty, prosząc nas o błogosławieństwa. Ponieważ jesteś osobą inteligentną, odkryłeś sekret. Bardzo się cieszę.

Po tych słowach Brahma wręczył Vikramarce Brahmastram i odesłał go. Pamiętam, że czytałem tę historię w młodszych latach.

W dziesiątym kantonie Bhagawaty znajduje się to samo przesłanie w pouczeniu Pana Kryszny dla Nandy, aby zrezygnował z ofiary dla Boga Indry.

List 58 — Sarva samatvam (uniwersalna równość)

12 sierpnia 1946

Latem zeszłego roku w pobliżu sali ustawiono Pandal, aby Bhagavan mógł wygodnie siedzieć na zewnątrz wieczorami. Z lewej strony Pandalu zawieszono maty z trawy khus-khus. Sofa Bhagavana była ustawiona bardzo blisko tych mat. Wielbiciele siadali tam, zwróceni na zachód, a Bhagavan siedział na południe, jak Dakśinamurti. My wszyscy siedzieliśmy naprzeciw jego stóp. Kiedy patrzyliśmy prosto przed siebie, mieliśmy darśan lotosowych stóp Bhagavana, z jednej strony widzieliśmy piękny ogród kwiatowy, a z drugiej — szczyt Arunachali. Jak można opisać nasze szczęście?

Pewnego wieczoru, o godzinie 16:45, po tym jak Bhagavan poszedł na spacer na wzgórze, osobisty służba podniosła maty khus-khus i związała je, ponieważ niebo było pochmurne. Zaledwie 10 minut po powrocie Bhagavana, pojawiło się jaskrawe słońce. Choć było to popołudniowe słońce, wszyscy poczuli skutki letniego gorąca, co spowodowało pewien dyskomfort. Nie mogąc znieść widoku promieni słonecznych padających na nagie ciało Bhagavana, jeden ze służby, Vaikuntavas, powoli opuścił maty, które były za Bhagavanem. Pomyślał, że Bhagavan tego nie zauważył. Ponieważ w tym czasie trwała Veda Parayana (recytacja Wed), Bhagavan wydawał się tego nie zauważyć i milczał.

Po zakończeniu recytacji Bhagavan powiedział z pewnym niezadowoleniem:

— Zobacz, co ci ludzie robią! Opuścili tylko te maty, które były po mojej stronie. Może myślą, że inni nie są ludźmi! Ciepło słońca nie powinno dotykać Swamiego, ale nie ma znaczenia, jeśli dotyka innych! Coś specjalnego tylko dla Swamiego! W każdym razie utrzymują prestiż pozycji Swamiego! Biedacy! Może według nich, nie jest się Swamim, dopóki nie dba się o niego w ten sposób! Swami nie powinien być narażony na słońce, wiatr ani światło; nie powinien się ruszać ani mówić; powinien siedzieć z założonymi rękami na sofie. To jest Swamitwa. Swamitvam jest podtrzymywane przez traktowanie mnie inaczej niż innych!

Widzicie, Bhagavan nie toleruje żadnych różnic. On domaga się równości. Biedny służba przestraszył się i związał maty. Wieczorny blask słońca padł na Bhagavana i zmieszał się z blaskiem jego oczu. Dym z agarbathi (kadzidełek) rozprzestrzenił się dookoła. Wydawało się, że dym z kadzidełek zaprzyjaźnił się z chłodnym wiatrem, jakby był dmuchany przez wentylator, składając hołd przed stopami Bhagavana, równomiernie rozprzestrzeniając się wśród wielbicieli.

List 59 — Yathechha (jak jedno chce)

13 sierpnia 1946

Podczas moich pierwszych dni w Aśramie mieszkał tu chłopak z kasty Vaisya. Jego włosy były splątane i zaniedbane. Zwykle otrzymywał jedzenie od życzliwych gospodarzy, a na noc spał w świątyni Arunachali. Jego matka przyszła do Aśramu, nalegała, by wrócił do domu, więc chłopak uciekł do Pandharpur. Był jedynym synem, a rodzina posiadała duży majątek. Chłopak był wędrownym żebrakiem, bairagiem, który mówił, że niczego nie pragnie. Gdy matka opowiedziała swoją smutną historię Bhagavanowi i prosiła o pomoc, Bhagavan próbował kilka razy przekonać chłopca, by posłuchał słów matki. Chłopak nie słuchał, a zamiast tego uciekł.

Przyszedł znowu w zeszłym miesiącu. Trzymał się z dala od innych, siedząc w kącie sali. Można to nazwać sadhaną, czy jak kto woli. Poza tym, że jego włosy już nie były splątane, nie było żadnej zmiany w jego codziennej rutynie ani wyglądzie. Bhagavan ciągle go obserwował. Chłopak nie odzywał się. Po piętnastu dniach Rajagopala Iyer, który przeszedł na emeryturę i wrócił do pracy w bibliotece Aśramu, przypadkiem wszedł do sali i, zauważywszy chłopca z kasty Vaisya, powiedział do Bhagavana:

— Ten chłopak chyba wrócił z Pandharpur. Jego matka zostawiła adres, prawda? Prosiła, żebyśmy napisali do niej, jeśli wróci?

Bhagavan odpowiedział:

— Tak, wrócił. To było około piętnastu dni temu. Obserwuję go. On się nie odzywa. Jak więc mogę zapytać go: „Jakie jest Pandharpur? Gdzie jest prasadam, itp.?” Musimy postępować zgodnie z działaniem umysłów innych ludzi. Jesteśmy zobowiązani do dostosowywania się w ten sposób. Ludzie inteligentni badają własne umysły. Nie można poznać umysłów innych ludzi. Bhagavan mówi, że musi dostosować się do pragnień i intencji innych! Zobacz, jakie to wielkie nauczanie!

List 60 — Program

15 sierpnia 1946

Niranjananandaswami, który około miesiąca temu udał się do Madurai, pojechał stamtąd do Madrasu. T. K. Doraiswamy Iyer, który przyjechał z Madrasu, przekazał Bhagavanowi program obchodów Złotego Jubileuszu, które odbędą się 1 września. Program ten został opracowany we współpracy z prominentnymi osobami z Madrasu i został złożony w ręce Bhagavana w sposób pełen szacunku.

W programie szczegółowo opisano wydarzenia, które zaczynają się o godzinie 7 rano i trwają aż do 7 wieczorem. Wymieniono sędziów Sądu Najwyższego oraz wielu wybitnych mówców. Zaplanowano także występ muzyczny Musiriego Subramanii Iyera oraz Budalura Krishnamurthy’ego Sastry’ego, a także wiele innych atrakcji.

Po dokładnym przeczytaniu Bhagavan powiedział z uśmiechem:

— O, jaki zatłoczony program! W każdym razie, dlaczego mam się tym martwić? Niech robią, co chcą. Wystarczy, jeśli dadzą mi trochę czasu, żebym mógł wyjść. Mówi się, że ci wielcy ludzie wygłoszą przemówienia! O czym? O czym jest do powiedzenia? To, co jest, to mouna (cisza). Jak można wyjaśnić mouna słowami? Po angielsku, po sanskrycie, po tamilsku, po telugu. O, jaka to różnorodność języków! Wybitni ludzie będą mówić w tylu językach! Dobrze! Po co się martwić! Wystarczy, że nie będę musiał przemawiać.

Ten wielbiciel, z szacunkiem i złożonymi rękami, zapytał, czy jeśli Bhagavan chciałby, aby któryś z punktów programu został pominięty, to zostanie to zrealizowane.

— Ach, rozumiem! Czy prosiłem o którykolwiek z tych punktów, by teraz mógł sprzeciwić się któremuś z nich? Zróbcie, co chcecie. To wszystko jest serią wykładów. Ja będę siedział tu, na sofie. Możecie robić, co chcecie — powiedział Bhagavan z uśmiechem.

— Tak, Swami, to prawda. Kto odważy się przemawiać w obecności Bhagavana? Niemniej jednak wszystko to jest po prostu wyrazem naszej radości z tego wielkiego szczęścia, które mamy zaszczyt przeżywać — powiedział wielbiciel, po czym złożył pokłon przed Bhagavanem i odszedł.

List 61 — Nieznany wielbiciel

16 sierpnia 1946

Wśród listów, które Aśram otrzymał dzisiaj, znajdował się jeden po angielsku od nieznanego wielbiciela z Czechosłowacji. Widząc go, Bhagavan z miłością opowiedział nam o nim i kazał odczytać go na sali. Oto jego treść:

„Choć moje ciało jest faktycznie w dużej odległości od Arunachali, z duchowego punktu widzenia jest u stóp Bhagavana. Wierzę, że 1 września minie dokładnie pięćdziesiąt lat od momentu, gdy młody Ramana dotarł do Tiruvannamalai. Proszę o pozwolenie na uczczenie tej okazji, wierząc, że to prawdziwe urodziny Bhagavana. Będę obchodzić to święto, starając się zanurzyć mój umysł w prochu stóp Bhagavana z nieograniczoną oddaniem, wiarą i szacunkiem, a moje serce niech spoczywa w głosie Bhagavana.”

Podczas gdy wszyscy wyrażaliśmy radość po usłyszeniu treści tego listu, Bhagavan powiedział z twarzą promienną dobrocią:

— Nie wiemy, kim on jest, jakie ma imię ani skąd pochodzi. Nigdy tu nie przyjechał. Jak udało mu się dowiedzieć, że minęło dokładnie pięćdziesiąt lat, odkąd tu przyjechałem? Napisał list pełen oddania. Z tego, co napisał, wygląda na to, że przeczytał o moim życiu i zrozumiał je. Wielbiciele czekają na artykuł od Dr. S. Radhakrishnana, ale jak dotąd go nie otrzymaliśmy. Jeśli go dostaniemy, ludzie zamierzają opublikować go jako pierwszy artykuł. Gdy zapytano S. Doraiswamy’ego, odpowiedział: „O nie. Nie mogę tego zrobić. Wolę milczeć.”

D.S. Sastri również powiedział to samo. Ten list przyszedł niespodziewanie. Tak to bywa. Ci ludzie czekają na artykuły od innych, zwłaszcza od Dr. S. Radhakrishnana. Zobaczcie, jaka dziwność! Gdzie jest Czechosłowacja, a gdzie Tiruvannamalai? Co mamy powiedzieć, kiedy osoba, która nigdy mnie nie widziała, napisała coś takiego?

List 62 — Ekam aksharam (jedno słowo i jedno niezatracalne)

18 sierpnia 1946

Kilka dni temu, kilku Gujaratis, którzy przybyli z Bombaju, kupili książki Aśramu oraz zdjęcia Bhagavana i, pokazując je Bhagavanowi, poprosili go, by napisał swoje imię na książkach. Bhagavan zapytał:

— Jakie imię mam napisać?

— Twoje imię — odpowiedzieli.

— Jakie imię mam? — zapytał Bhagavan.

— Twoje imię to Ramana Maharshi, prawda? — odpowiedzieli.

Bhagavan, uśmiechając się, powiedział:

— Ktoś tak powiedział. Naprawdę, czym jest dla mnie imię czy miejsce pochodzenia? Mógłbym napisać tylko wtedy, gdybym miał imię.

Gujaratis odeszli cicho, nie mówiąc nic więcej.

W styczniu 1945 roku, pamiętasz, wysłałeś swoją książkę o bankowości z prośbą, by Bhagavan zechciał napisać w niej słowo „OM” lub „SRI” i odesłać ją do ciebie. Bhagavan odmówił. Zamiast tego dał mi kawałek papieru, na którym napisał tłumaczenie w języku telugu wersetu, który kiedyś napisał w tamilskim, gdy Somasundaraswami złożył podobną prośbę. Gdy wysłałem ci tę kartkę, przyjąłeś to jako upadesa, nauczkę od Bhagavana, i byłeś bardzo szczęśliwy. Następnie Bhagavan dokonał drobnych poprawek w tym tekście. Później, na prośbę Muruganara, Bhagavan przetłumaczył to na sanskryt jako slokę w następujący sposób: „To jedno, niezatarte, które jest w sercu przez cały czas, jest samoświecące. Jak to napisać?”

Przypomniałem sobie o tym wszystkim, gdy Gujaratis złożyli podobną prośbę dzisiaj i otrzymali odmowę.

Około dziesięciu miesięcy temu, Pantu Lakshminarayana Sastri, pandit telugu, wykładowca w Maharaja’s College w Vizianagarze, przyjechał tutaj. Po pochwaleniu Bhagavana wierszami, które stworzył spontanicznie, zwrócił się do Bhagavana:

— Proszę, daj mi coś, co upamiętni to wydarzenie i pobłogosław tego biednego człowieka.

— Co mam dać? — zapytał Bhagavan.

— Cokolwiek chcesz, tylko jedno aksharam (słowo) jako upadesa — powiedział Sastri.

Bhagavan odpowiedział:

— Jak mogę dać to, co jest „akshara”?

Mówiąc to, spojrzał na mnie. Odpowiedziałem:

— Może będzie odpowiednie, jeśli powiesz mu o slokach „Ekam Aksharam”.

Sastri zapytał:

— Co to za sloka?

Przeczytałem mu tę slokę.

— Gdzie jest ten dvipada? — zapytał Bhagavan.

Przeczytałem mu i dvipada. Sastri był zachwycony, jakby znalazł wielki skarb, i przepisał zarówno slokę, jak i dvipada. Gdy opowiedziałem mu okoliczności, w jakich te słowa zostały napisane, poczuł się bardzo szczęśliwy i po złożeniu pokłonu przed Bhagavanem, odszedł.

Pamiętam to wszystko, kiedy Bhagavan mówił do Gujaratis:

— Czym jest dla mnie imię czy miejsce pochodzenia?

Nie tylko to. Przypomniała mi się piosenka, którą matka śpiewała, wykonując prace domowe, której znaczenie jest mniej więcej takie:

„Ramanamam to szeroki wszechświat, który nie ma imienia ani ciała, ani pracy. Ma blask przewyższający księżyc, słońce i ogień.”

Imię Ramany jest właśnie takie!

List 63 — Zadowolenie

19 sierpnia 1946

Bhagavan powiedział Rajagopala Iyerowi, by oprawił cztery kopie dowodów na tamilską pracę Chatvarimsat, które niedawno otrzymano z drukarni, w formie książek. Kiedy poszedłem tam po południu o 14:30, książki były już gotowe, tylko okładki musiały zostać nałożone. Pokazując kopie zebranym osobom, Bhagavan powiedział, śmiejąc się do Vaikuntavasa, który stał obok niego:

— Zobacz, jeśli dobrze wykorzystamy te dowody, będziemy mieć cztery dodatkowe kopie książki. Jak inaczej moglibyśmy zdobyć cztery kopie? Kto by nam je dał? Musielibyśmy je kupić na stoisku z książkami. Skąd wziąć na to pieniądze?

Wszyscy się rozbawiliśmy, a Vaikuntavas zaśmiał się. Bhagavan dodał:

— Dlaczego się śmiejecie? Czy ja wykonuję jakąś pracę i zarabiam kilka setek każdego miesiąca? Albo prowadzę interesy i zarabiam laksy? Skąd mam wziąć pieniądze? Jaką ja mam niezależność? Jeśli będę spragniony, muszę poprosić cię o wodę. A gdybym poszedł do kuchni i poprosił, powiedzieliby: „O, ten Swami zaczyna sprawować nad nami władzę”. Muszę trzymać język za zębami. Jaką ja mam niezależność? — powiedział Bhagavan.

Jaką inną intencję mógłby mieć, mówiąc w ten sposób, choć jest niezależny od wszystkiego na tym świecie? Nie tylko to. Zawsze działamy swobodnie zgodnie z naszymi życzeniami. Prosimy o to i o tamto, a stajemy się niewolnikami pragnień. Osiągamy nasze pragnienia poprzez proszenie lub nakazywanie. Bhagavan potępia nie tylko używanie władzy w takich sprawach, ale nawet zdobywanie takich rzeczy przez proszenie. Był jeszcze inny przypadek. Dwa lub trzy lata temu, gdy wszedłem do sali pewnego poranka, Bhagavan mówił w odpowiedzi na kilka pytań, które zadawał Krishnaswami:

— Kiedy byłem w jaskini Virupaksha, Sundaresa Iyer wychodził do miasta po bhikszę i przynosił nam jedzenie. Czasami nie było curry ani chutney. Ludzi do jedzenia było wielu, a jedzenia było mało. Co mieliśmy robić? Mieszałem to w pastę i polewałem gorącą wodą, by zrobić to na wzór papki, a potem dawałem każdemu szklankę, a sam brałem jedną. Czasami wszyscy czuliśmy, że lepiej by było, gdybyśmy mieli choć trochę soli, by to zmieszać. Ale skąd wziąć pieniądze na sól? Musielibyśmy prosić kogoś o nią. Gdy raz zaczniemy prosić o sól, poczujemy, że chcemy poprosić o dhal, a gdy poprosimy o dhal, będziemy chcieli poprosić o payasam i tak dalej. Dlatego poczuliśmy, że nie powinniśmy prosić o nic, i połknęliśmy papkę taką, jaka była. Byliśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. Ponieważ jedzenie było satwic, bez żadnych przypraw, a nawet nie było w nim soli, nie tylko było zdrowe dla ciała, ale także dawało wielki spokój dla umysłu.

— Czy sól także jest jedną z rzeczy, które pobudzają rajas (pasję)? — zapytałem.

— Tak. Jakie wątpliwości mogą się pojawić? Czyż nie mówi się o tym w jednym z granth (ksiąg)? Poczekaj, poszukam tego i ci powiem — powiedział Bhagavan.

— Czy nie wystarczy, że Bhagavan to mówi? Po co grantha? — odpowiedziałem.

Nie tylko nie rezygnujemy z soli, ale zawsze czujemy, że chili też są niezbędne dla smaku. Takie mamy zasady i przepisy dotyczące naszych zwyczajów żywieniowych. Wielkie dusze jedzą, by żyć i służyć światu, podczas gdy my żyjemy, by jeść. To jest różnica. Jeśli jemy, by żyć, nie trzeba myśleć o smaku. Jeśli żyjemy, by jeść, smaki są nieograniczone. A dla tego celu przechodzimy przez wiele prób i trudności.

List 64 — Atma pradakszina (obchodzenie wokół jaźni)

19 sierpnia 1946

Pewnego poranka w maju zeszłego roku przyszedł Sundaresa Iyer, który dawniej przynosił Bhagavanowi jedzenie, zbierając jałmużnę, gdy Bhagavan przebywał w jaskini Virupaksha, i złożył Mu pokłon. Bhagavan zapytał go:

— „Czy obszedłeś górę w pradakszinie?”

— „Nie” — odpowiedział wielbiciel.

Patrząc na mnie, Bhagavan powiedział:

— „Wczoraj w nocy, kiedy ludzie wyruszali na giripradakszinę przy świetle księżyca, on także ruszył razem z nimi. Pomyślał jednak, że nie da rady obejść całej góry. Gdy wszyscy wyruszali po tym, jak mnie o tym poinformowali, on szybko obszedł mnie dookoła. Kiedy zapytałem go, dlaczego tak zrobił, odpowiedział: ‘Obawiam się, że nie dam rady obejść góry, więc obszedłem Bhagavana’. Powiedziałem mu wtedy: ‘Obejdź samego siebie. To będzie atma pradakszina’.”

Mówiąc to, Bhagavan zaczął się śmiać.

— „To znaczy, że zrobił to samo, co kiedyś Vinajaka” — powiedział jeden z wielbicieli.

— „A jaka to historia?” — zapytał inny.

Wtedy Bhagavan zaczął opowiadać:

— „Dawno temu Pan Parameśwara chciał dać nauczkę swemu synowi, Panu Subrahmanji, który uważał się za wielkiego mędrca. Parameśwara siedział więc na szczycie góry Kajlas wraz z Parwati, trzymając w ręku owoc. Widząc owoc, zarówno Ganapati, jak i Subrahmanja poprosili ojca, Parameśwarę, aby im go dał. Iśwara powiedział wtedy, że da owoc temu z nich, który pierwszy wróci po obejściu całego świata dookoła.

Pełen pewności siebie i pychy, przekonany, że wygra wyścig, Subrahmanja natychmiast wyruszył, dosiadając swojego ulubionego wierzchowca — pawia — i jechał bardzo szybko, często oglądając się za siebie, by upewnić się, że jego starszy brat Ganapati nie podąża za nim. Cóż jednak mógł zrobić biedny Ganapati z takim wielkim brzuchem? Jego wahaną (wierzchowcem) była przecież mysz. Zrozumiał więc, że rywalizowanie z Subrahmanją w wyścigu dookoła świata nie ma sensu. Zamiast tego obszedł Parwati i Parameśwarę, złożył im pokłon i zażądał nagrody.

Gdy zapytali go, czy rzeczywiście obszedł świat, odpowiedział: ‘Wszystkie światy zawierają się w was; skoro więc obszedłem was dookoła, to tak, jakbym obszedł cały świat’. Zadowolony z tej odpowiedzi Parameśwara dał mu owoc, a Ganapati usiadł i zaczął go jeść.

Subrahmanja, w pełnym przekonaniu, że to on zwyciężył, zakończył okrążanie świata i wrócił do punktu startu, lecz zobaczył Ganapatiego siedzącego przed Parwati i Parameśwarą, jedzącego owoc. Gdy poprosił Parameśwarę, by dał mu owoc jako zwycięzcy wyścigu, Iśwara powiedział: ‘Jest tam — twój starszy brat właśnie go je’. Kiedy Subrahmanja zapytał ojca, jak to może być sprawiedliwe, Iśwara wyjaśnił mu wszystko, co się wydarzyło. Subrahmanja zrozumiał wtedy swoją próżność, polegającą na przekonaniu, że jest wielkim mędrcem, złożył pokłon rodzicom i poprosił o przebaczenie. Taka jest ta historia.

Jej znaczenie jest takie, że ego, które krąży jak wichura, musi zostać zniszczone i wchłonięte przez Atmę. To właśnie jest Atma Pradakszina” — powiedział Bhagavan.

List 65 — Narakasura — dipawali

20 sierpnia 1946

Ramachandra Iyer przybył tu niedawno z Madrasu. Pewnego dnia siedział w sali, przeglądając stary notes i poprawiając w nim pewne daty oraz liczby. Widząc to, Bhagavan zapytał, co to jest. Odpowiedział:

— „To jest stary notes napisany przez Bhagavana. Sprawdzam w nim liczby i daty i przenoszę je do wydanej drukiem książki”.

— „Daj mi go” — powiedział Bhagavan, po czym wziął notes, zaczął przewracać kartki i zwracając się do mnie, powiedział:

— „Są tu pewne padyamy (wersety) o Dipawali. Czy je słyszałeś?”

Gdy odpowiedziałem, że nie, przeczytał je i wyjaśnił ich znaczenie w następujący sposób:

— „Ten, kto odczuwa przywiązanie w przekonaniu, że jest ciałem, jest Narakasurą (demonem). Samo to przywiązanie do ciała jest Naraką, czyli piekłem. Życie osoby, która ma takie przywiązanie, nawet jeśli byłaby Maharadżą, jest piekielne. Zniszczenie przywiązania do ciała oraz jaźń jaśniejąca sama przez się jako Jaźń — to jest Dipawali. Taka myśl zawarta jest w tych wersetach”.

Zapytałem:

— „Czy wszystkie te wersety znajdują się w Nool Thirattu?”

Bhagavan odpowiedział:

— „Wszystkie te wersety były komponowane spontanicznie, na bieżąco, pod wpływem chwili. Po co włączać je wszystkie do tamtej książki?”

Po pierwszym wydaniu książki, gdy te wersety zostały odczytane w obecności Bhagavana, zapytał:

— „Czy wiesz, dlaczego napisałem te wersety?”

Gdy odpowiedziałem, że nie wiem, powiedział:

— „Tak? Pewnego dnia Dipawali Muruganar chciał, żebym napisał coś o Dipawali. ‘Dlaczego nie napiszesz? Dlaczego ja mam pisać?’ — zapytałem. Powiedział, że on także napisze, jeśli ja to zrobię. Zgodziłem się i napisałem te wersety. Nigdy nie pisałem nic bez powodu. Za każdym wersetem, który napisałem, kryje się jakaś historia”.

Mówiąc to, pokazał mi te wersety (w języku tamilskim). Podaję poniżej wraz ich znaczenie:

Ten, kto mówi, że jest ciałem — które samo w sobie jest piekłem — jest królem piekła. Ten jest Narajaną, kto rozpoznaje, czym jest Naraka, i niszczy ją swoim spojrzeniem mądrości, spojrzeniem dżńany (Jnana Drishti). To jest pomyślny dzień Naraka Ćaturdaśi.


Fałszywe przekonanie, że to piekielne domostwo zwane ciałem jest mną, jest samą Naraką. Zniszczenie tego fałszywego przekonania i pozwolenie, by Jaźń jaśniała jako Jaźń — to jest Dipawali.

List 66 — Życie na wzgórzu — kilka zdarzeń

21 sierpnia 1946

Wczoraj po południu przyszłam do hali nieco później niż zwykle. Myślę, że była godzina trzecia. Na prośbę wielbicieli Bhagawan opowiadał kilka wydarzeń ze swojego życia na wzgórzu. Mówił o tym, jak w czasach, gdy przebywał w jaskini Virupaksha, początkowo mieli gliniany garnek do przynoszenia jedzenia, potem naczynie aluminiowe, następnie mosiężne, a w końcu metalowy pojemnik na posiłki; jak te naczynia gromadziły się jedno po drugim i jak wielbiciele po cichu zaczęli gotować, nie zważając na jego protesty.

Bhagawan opowiedział nam jeszcze jedno zdarzenie, z uśmiechem na twarzy.

„Pewnego razu, gdy byłem w jaskini Virupaksha, przebywali tam Rangaswami Iyengar, Gambhiram Seshayya, pewien Vaisya i Reddy. Pewnego dnia wszystkim zachciało się gotować i zabrali się do tego z wielkim entuzjazmem. Każdy z nich miał yajnopaveetam (świętą nić), z wyjątkiem Reddy’ego. ‘Dlaczego on miałby jej nie mieć?’ — pomyśleli, i założyli mu ją. Była to dla nich wielka zabawa i wszyscy z radością zjedli przygotowany posiłek” — powiedział Bhagavan.

Rajagopala Iyer zapytał:

„Czy to wtedy, gdy tam przebywałeś, przyszła babcia?”

„Tak, przyszła, kiedy tam byliśmy, i powiedziała, że sama ugotuje sobie jedzenie. Powiedzieliśmy jej, że może to zrobić w małej jaskini nieopodal. Zgodziła się, zaczęła gotować i powiedziała do mnie: ‘Venkataramana, dziś gotuję. Nie powinieneś więc jeść żadnego innego jedzenia’. Odpowiedziałem: ‘Dobrze’. A gdy wyszła, zjadłem z innymi jak zwykle. Między tą jaskinią a tamtą była pewna odległość, więc skąd mogła wiedzieć? Po tym, jak ugotowała, zjadłem także jej jedzenie. Ona naprawdę myślała, że nie jadłem niczego poza tym, co sama przygotowała.”

Kontynuował:

„Mieliśmy w rodzinie pewnego dziadka. Miał zwyczaj wszystkich wyzywać. Mimo to wszyscy go zapraszali, bo lubili bawić się jego obelżywym językiem. Był bowiem dobrotliwy i nikomu nie życzył źle. Przyszedł mnie odwiedzić, gdy byłem w jaskini Virupaksha. Wkrótce po przybyciu zażartował: ‘Co to, Venkataramana! Podobno zostałeś wielkim Swamim! Czy wyrosły ci już rogi na głowie?’ Wszystko to wydarzyło się, gdy matka była w Kasi.”

Naprawdę było bardzo interesujące słuchać, jak Bhagavan opowiadał te zdarzenia, modulując odpowiednio głos i wykonując stosowne gesty.

List 67 — Arpana (ofiarowanie/poddanie)

22 sierpnia 1946

Pewien wielbiciel, który od długiego czasu regularnie tu bywa, przyszedł tydzień temu z egzemplarzem tamilskiej księgi Thiruvaimozhi i zaczął rozmawiać z Bhagavanem o tradycjach wisznuickich. Okazało się, że niedawno otrzymał Samasrayanam (inicjację). Gdy o tym wspomniał, Bhagavan zaczął opowiadać o swoich wcześniejszych doświadczeniach:

„Kiedy przebywałem na wzgórzu, przychodzili tam czasem wisznuiści, aby mnie zobaczyć. Jak wiesz, wśród wisznuitów istnieją dwa odłamy: Vadakalai i Thenkalai. Rozmawiałem z tymi gośćmi zgodnie z ich własnymi tradycjami, bo nic na tym nie traciłem. Gdy jednak uznali, że jestem po ich stronie i chcieli, abym przyjął Samasrayanam, odmówiłem. Wierzą oni, że nikt nie zostanie dopuszczony do Vaikunthy (nieba), jeśli nie został właściwie zainicjowany. Zwykłem ich wtedy pytać: ‘Pokażcie mi choć jedną osobę, która dostała się do Vaikunthy wraz ze swoim ciałem’. Zgodnie z ich tradycją nie uznają oni Sayujyi (stopienia się z bóstwem). Mówią: ‘Śri Maha Wisznu przebywa w niebie, w Vaikunthcie. Wyzwolone dusze siedzą wokół niego i mu służą’. Jak wszyscy tam się pomieszczą? Może siedzą bardzo ciasno, ramię w ramię? Tylko oni mogą to wiedzieć.

Nie tylko to. Istnieje podobno mantra, która ogłasza, że w chwili przyjęcia Samasrayanam oddają oni wszystko swojemu Guru. Wystarczy, że mantra zostanie wypowiedziana i że Guru otrzyma dakszinę (ofiarę lub dar). Poddanie jest wtedy dokonane i nie ma znaczenia, co człowiek robi później; miejsce w Vaikunthcie jest dla niego zarezerwowane. Czego potrzeba więcej? Takie jest zdanie niektórych z nich.

Myślenie o arpanie (ofiarowaniu, poddaniu) w tak lekki sposób jest czystym złudzeniem. Arpana oznacza, że umysł stapia się z Jaźnią i staje się z nią jednym. Oznacza to, że powinien zostać pozbawiony wszystkich vasan (skłonności, uwarunkowań). A to nie stanie się bez osobistego wysiłku i Łaski Boga. Moc Boga nie może cię pochwycić i wciągnąć w siebie, jeśli nie poddasz się całkowicie. Lecz gdzie tu mowa o naszym poddaniu? To samo ‘ja’ musi zostać poddane. Dopóki człowiek nie jest w stanie tego dokonać, powinien walczyć nieustannie. Dopiero po wielokrotnych próbach może w końcu osiągnąć powodzenie. Gdy raz się to uda, nie ma już powrotu. To jest właściwa droga.

Jaki pożytek z samego powtarzania słowa arpana, arpana? Poza tym, że dajesz trochę pieniędzy, wypowiadając słowo arpana, jaki to ma wpływ na umysł? W samej Thiruvaimozhi znajdują się pieśni o charakterze adwajtycznym, śpiewane przez niektórych wielbicieli po osiągnięciu urzeczywistnienia Jaźni. Jednym z takich wielbicieli był Nammalwar. Zaśpiewał on pieśń, w której matka wychwala swoją córkę, która osiągnęła urzeczywistnienie Jaźni, w formie przypominającej naganę. Sens tych pieśni jest następujący: ‘To dziecko mówi: Jestem Śiwą, jestem Wisznu, jestem Brahmą, jestem Indrą, jestem słońcem, jestem pięcioma żywiołami, jestem wszystkim! To Wisznu siedzi na jej głowie i sprawia, że tak mówi; inaczej nie miałaby takich odchyleń. To Wisznu ją tak przemienił’. Taki jest sens tych pieśni.”

Pieśni te zostały odczytane, a Bhagavan objaśnił ich znaczenie.

Następnie wyjaśnił nam naukę Viśisztadwajty:

„Gdy niektórzy wielbiciele śpiewali w duchu Adwajty, niektórzy komentatorzy naginali znaczenie, interpretując je w kategoriach Viśisztadwajty. To wszystko; nic ponadto. Takie jest również zdanie wszystkich dawnych mistrzów. Czym bowiem w istocie jest Viśisztadwajta? Tym, co jest viśisztą (wyróżnione, najwyższe), jest Wisznu. To jest Iśwara, Sadaśiwa, Brahma i wszystko inne. To, co istnieje, jest tylko Jednym.

Niektórzy wisznuiści nadają temu imię i formę i nie dopuszczają żadnej Sayujyi (stopienia się z Najwyższym), poza przebywaniem w tym samym świecie (Salokja), w tej samej bliskości (Sameepja) i w tej samej formie (Sarupja) co Najwyższy. Powtarzają: arpana, arpana (ofiarowanie, ofiarowanie). Jak może być arpana, jeśli istnieje coś takiego jak ‘ja’? Pełne poddanie nie może nastąpić, dopóki człowiek nie wie, kim jest.

Gdy to poznasz, zrozumiesz, że pozostaje tylko Jedno. Umysł, który jest ‘ja’, poddaje się sam z siebie. I to jest prawdziwa arpana (poddanie)” — powiedział Bhagavan.

List 68 — Sadhana–sakszatkaram (praktyka — urzeczywistnienie)

23 sierpnia 1946

Przedwczoraj pewien uczony, który przybył z Madrasu, zaczął około godziny trzeciej po południu zadawać Bhagavanowi pytania w następujący sposób:

„Czy kiedykolwiek był taki okres, w którym Bhagavan praktykował sadhanę?”

Bhagavan odpowiedział:

„Sadhana? Sadhana po co? Dla czego miałaby być sadhana? Samo siedzenie w ten sposób jest sadhaną. Zawsze siedziałem w ten sposób. Wtedy zamykałem oczy; teraz trzymam je otwarte. To jedyna różnica. To, co jest teraz, było także wtedy. To, co było wtedy, jest także teraz. Sadhana jest potrzebna tylko wtedy, gdy istnieje coś innego niż ‘ja’, Jaźń. Sadhana jest konieczna jedynie dla tego, kto nie zwraca się ku Jaźni, która jest trwała, lecz ulega złudzeniu, patrząc na ciało i inne rzeczy, które są przemijające i zwodnicze; lecz nie dla tego, kto widzi Jaźń i dlatego nie widzi niczego innego, odmiennego. A do czego innego miałaby służyć sadhana?”

Ktoś zapytał:

„Dlaczego więc w wielu księgach mówi się, że nikt nie może osiągnąć dźńany bez Guru?”

Bhagavan powiedział:

„Tak. Dla tych, którzy wskutek działania umysłu ulegają złudzeniu i wierzą, że są ciałem, Guru i sadhana są potrzebni, aby pozbyć się tego złudzenia.”

Inna osoba zapytała:

„Ludzie mówią, że ci, którzy otrzymali upasanę, mogą dzięki sadhanie osiągnąć fizyczne objawienie swojego ulubionego Boga oraz inne błogosławieństwa. Co to znaczy?”

Bhagavan odpowiedział:

„To, co jest obecne zawsze, jest sakshat (bezpośrednio obecne, zamanifestowane). Osoba ‘ja’ jest zawsze obecna (sakshat). Czym więc jest karam? Tym, co jest przyczyną, jest karam. A zatem sakshatkaram (urzeczywistnienie, manifestacja) oznacza poznanie tego, co jest prawdziwe, trwałe i będące przyczyną wszystkiego — czyli własnej Jaźni. A oni mówią, że Bóg zstąpi skądś i zamanifestuje się, jeśli Jaźń, która istnieje zawsze, stworzy według własnych pragnień jakąś formę i będzie nad nią medytować. Porzucasz Jaźń, która istnieje w każdym czasie i w każdym miejscu, i podejmujesz sadhanę z nadzieją, że jakiś Bóg znikąd się zamanifestuje. Mówią, że Bóg po prostu zstępuje i znowu po prostu znika. Porzucasz Jaźń, która jest zawsze istniejąca, i dążysz do tego przemijającego widzenia, otrzymujesz dary i w ten sposób pomnażasz zmagania i wysiłki umysłu. Nie byłoby żadnego kłopotu, gdyby ktoś po prostu pozostał tym, czym jest” — powiedział Bhagavan.

Choć Bhagavan tak jasno nauczał nas, że sakshatkaram oznacza jedynie właściwy stan i właściwe idee, wykraczające poza myśli właściciela, czułem wielki żal, że nie potrafimy tego zrozumieć. Gdy tak myślałem, ktoś zapytał:

„Ten stan wzniosłej myśli i istnienia, który przekracza poziom umysłu właściciela, jest naturalny i możliwy jedynie dla ludzi takich jak Bhagavan. Czy jest on możliwy dla zwykłych ludzi takich jak my, bez sadhany?”

Bhagavan odpowiedział:

„Oczywiście, że tak! Sadhana jest konieczna — lecz w jakim celu? Jaźń istnieje w każdym czasie i w każdym miejscu. Nie ma więc potrzeby próbować zdobywać jej skądinąd. Sadhana służy jedynie usunięciu cielesnych i innych złudzeń, które stoją na drodze temu, by Jaźń stanęła jako Jaźń. To złudzenie powstaje tylko wtedy, gdy zamiast patrzeć na Jaźń, która jest rzeczywista, uważa się ten cielesny świat za rzeczywisty. Sadhana służy jedynie usunięciu tego złudzenia. W przeciwnym razie, po co miałaby być sadhana dla Jaźni, aby osiągnęła własną Jaźń? Ten, kto urzeczywistnił własną Jaźń, nie rozpoznaje już niczego innego.”

List 69 — Brahman jest rzeczywisty — świat jest złudzeniem

24 sierpnia 1946

Jakiś czas temu nowo przybyła do aśramu osoba zadała Bhagavanowi pytanie po angielsku, którego nie potrafiłam zrozumieć, nie znając tego języka. Bhagavan odpowiedział jednak po tamilsku i poniżej przytaczam jego odpowiedź w takim zakresie, w jakim byłam w stanie ją pojąć.

Bhagavan powiedział:

„Mówi się, że Brahman jest rzeczywisty, a świat jest złudzeniem; mówi się też, że cały wszechświat jest obrazem Brahmana. Pojawia się więc pytanie: jak pogodzić te dwa stwierdzenia? Na etapie sadhaki trzeba mówić, że świat jest złudzeniem. Nie ma innej drogi. Gdy bowiem człowiek zapomina, że jest Brahmanem — który jest rzeczywisty, trwały i wszechobecny — i ulega złudzeniu, myśląc, że jest ciałem w świecie pełnym ciał przemijających, trwając w tym złudzeniu, trzeba mu przypominać, że świat jest nierzeczywisty i złudny. Dlaczego? Ponieważ jego widzenie, które zapomniało o własnej Jaźni, przebywa w zewnętrznym, materialnym wszechświecie i nie zwróci się do wewnątrz, ku introspekcji, dopóki nie uświadomi się mu, że cały ten zewnętrzny, materialny wszechświat jest nierzeczywisty.

Gdy raz urzeczywistni swoją własną Jaźń i zrozumie, że nie istnieje nic poza nią samą, zacznie postrzegać cały wszechświat jako Brahmana. Nie ma wszechświata bez jego Jaźni. Dopóki człowiek nie widzi własnej Jaźni, która jest źródłem wszystkiego, lecz uważa jedynie świat zewnętrzny za rzeczywisty i trwały, trzeba mu mówić, że cały ten zewnętrzny wszechświat jest złudzeniem. Nie da się inaczej.

Weźmy kartkę papieru. Widzimy jedynie zapis, a nikt nie zwraca uwagi na papier, na którym zapis się znajduje. Papier istnieje niezależnie od tego, czy zapis na nim jest, czy nie. Tych, którzy uważają zapis za rzeczywisty, trzeba pouczyć, że jest on nierzeczywisty, złudny, ponieważ opiera się na papierze. Człowiek mądry postrzega zarówno papier, jak i zapis jako jedno. Tak samo jest z Brahmanem i wszechświatem.

Podobnie jest z kinem. Ekran jest zawsze obecny; obrazy pojawiają się i znikają, lecz nie wpływają na ekran. Czy ekranowi zależy na tym, czy obrazy się pojawiają, czy znikają? Obrazy zależą od ekranu, lecz na cóż są mu potrzebne? Człowiek, który patrzy tylko na obrazy na ekranie, a nie na sam ekran, jest poruszany cierpieniami i przyjemnościami pojawiającymi się w historii. Lecz ten, kto widzi ekran, uświadamia sobie, że wszystkie obrazy są jedynie cieniami i nie są czymś odrębnym ani oddzielonym od ekranu. Tak samo jest ze światem. To wszystko jest tylko grą cieni” — powiedział Bhagavan.

Pytający pożegnał się i odszedł, uszczęśliwiony odpowiedzią.

List 70 — Swami jest wszędzie

25 sierpnia 1946

Europejczycy, których przysłałeś z listem polecającym, przyjechali tu przedwczoraj samochodem. Przybyła z nimi także pewna Amerykanka. Wczoraj rano zwiedzili miasto, a po odwiedzeniu Skandasramam dotarli do Aśramu około południa. Po załatwieniu wszystkich spraw związanych z podróżą powrotną przyszli do hali około godziny trzeciej po południu i usiedli. Ta biedna Amerykanka, nieprzyzwyczajona do siedzenia na podłodze, jakoś zdołała usiąść obok mnie, lecz wyciągnęła nogi w kierunku sofy Bhagavana.

Sama uznałam to za niestosowne, lecz milczałam, ponieważ mieli wkrótce odejść. Jeden z opiekunów, Rajagopala Iyer, nie mógł jednak tego znieść i z szacunkiem zasugerował jej, aby usiadła po turecku. Bhagavan to zauważył i powiedział z uśmiechem:

„Skoro i tak trudno im usiąść na podłodze, czy trzeba ich jeszcze zmuszać do siedzenia po turecku?”

„Nie, nie! Ponieważ nie wiedzą, że wyciąganie nóg w stronę Bhagavana jest niegrzeczne, tylko im to powiedziałem, nic więcej” — odparł wielbiciel.

„Ach, tak? To jest niegrzeczne? W takim razie dla mnie także byłoby niegrzeczne wyciągać nogi w ich stronę. To, co mówisz, dotyczy również mnie.”

Mówiąc to żartobliwie, Bhagavan usiadł po turecku. Wszyscy się roześmiali, choć w sercach poczuliśmy pewien niepokój. Cudzoziemcy pozostali tam około pół godziny, po czym pożegnali się z Bhagavanem i odeszli.

Bhagavan spędził cały wczorajszy dzień, co jakiś czas wyciągając nogi, a potem je podkurczając, mówiąc, że mogłoby to zostać uznane za brak szacunku. Gdy siedzi z podkurczonymi nogami przez dziesięć minut, sztywnieją one i sztywność nie ustępuje, dopóki nie wyciągnie ich na co najmniej pół godziny — nie mówiąc już o bólu, jaki wtedy odczuwa. Dziś po południu, gdy wszedłem do hali, było tam zaledwie dwóch lub trzech ludzi. Bhagavan zaczął wyciągać nogi, mówiąc:

„Nie wiem, czy mogę je wyciągnąć. Mówią, że to niegrzeczne.”

Biedny Rajagopala Iyer stał tam ze spuszczoną głową i skruszonym wyrazem twarzy. Bhagavan jest przecież pełen współczucia! Wyciągnął nogi jak zwykle. Wszyscy poczuliśmy radość. Widząc mnie siedzącą w hali, zaczął opowiadać historię Avvaiyar.

„Gdy Rajah z Czera zobaczył, że Sundaramurthi odjeżdża na białym słoniu, który przybył z Kailasu, wyszeptał do ucha swojego konia mantrę panczakshari i dosiadł go, aby także udać się do Kailasu. Avvaiyar, która w tym czasie odprawiała pudżę ku czci Pana Ganeshy, zobaczyła ich obu zmierzających do Kailasu i również zapragnęła tam dotrzeć. Widząc to, Ganesha powiedział: ‘Staruszko, nie spiesz się. Odprawiaj swoją pudżę jak zwykle. Zanim oni dotrą do Kailasu, ja zaprowadzę cię tam’. Pudża została więc odprawiona we właściwym czasie. Ganesha zatoczył ręką krąg i powiedział: ‘Staruszko, zamknij oczy’. To wszystko. Gdy je otworzyła, znalazła się w Kailasie, siedząc przed Parwati i Parameśwarą. Gdy Sundaramurthi i Rajah z Czera dotarli na miejsce, zastali ją już tam siedzącą. Zdziwieni zapytali, jak się tam dostała. Opowiedziała im, jak Pan Ganesha jej pomógł. Byli przepełnieni radością, słysząc, jak jej bhakti została ostatecznie nagrodzona.

Była bardzo stara, więc siedziała naprzeciw Parameśwary z wyciągniętymi nogami, tak jak ja. Parwati nie mogła znieść tego widoku. Była zaniepokojona, gdyż uważała, że siedzenie z nogami wyciągniętymi w stronę Swamiego jest wielką zniewagą. Z szacunkiem zaproponowała Parameśwarze, aby pozwolił jej powiedzieć o tym staruszce.

‘Och, nie mów, nie otwieraj ust. Nie powinniśmy jej nic mówić’ — rzekł Iśwara.

Jednak czy Parwati nie jest Jego lepszą połową? Jak mogła znosić taką zniewagę? Wyszeptała więc do ucha swojej służącej, aby powiedziała o tym staruszce. Kobieta podeszła do niej i rzekła: ‘Babciu, babciu, nie trzymaj nóg wyciągniętych w stronę Iśwary’.

‘Tak? To powiedz mi, z której strony Iśwary nie ma. Mam obrócić się w tę stronę?’ — zapytała Avvaiyar.

Mówiąc to, obróciła wyciągnięte nogi w inną stronę — a Iśwara obrócił się w tę samą stronę. Gdy znów obróciła się gdzie indziej, On również się tam obrócił. Tak więc Swami obracał się w tę stronę, w którą ona obracała swoje nogi. Iśwara spojrzał na Parwati i powiedział:

‘Widzisz teraz? Nie chciałaś mnie posłuchać. Spójrz, jak obraca mnie tu i tam. Dlatego mówiłem, abyś nie otwierała ust’.

Wówczas Parwati poprosiła staruszkę o wybaczenie. Jest to podobne do sytuacji, gdy ludziom mówi się, aby nie wyciągali nóg w stronę Swamiego. Gdzież bowiem On nie jest obecny?”

Ten wielbiciel powiedział wtedy:

„Jest podobne zdarzenie w historii Namadevy, prawda?”

„Tak, to prawda” — rzekł Bhagavan i zaczął opowiadać tę historię:

„Namadeva chełpił się tym, że Vittal był mu zawsze bardziej oddany niż innym. Pewnego razu Jnanadeva i inni zabrali go do domu Gorakumbhara na ucztę. Po posiłku wszyscy siedzieli w rzędzie i w trakcie rozmowy jeden z nich powiedział do Gorakumbhara w sposób alegoryczny: ‘Jesteś znany z robienia dobrych garnków, prawda? Powiedz nam teraz, które z tych garnków są dobre, a które złe’. Gorakumbhar wziął więc pręt do sprawdzania garnków i zaczął uderzać nim kolejno każdego w głowę. Wszyscy, z szacunku dla niego, milczeli i pochylali głowy. Gdy przyszła kolej Namadevy, zaprotestował przeciwko temu postępowaniu i odmówił poddania się próbie. Kumbhar natychmiast ogłosił, że to jest niedojrzały garnek. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Biedny Namadeva nie potrafił powstrzymać gniewu. Powiedział, że wszyscy zmówili się, by go upokorzyć, i ze łzami w oczach poszedł do Vittala, by się poskarżyć.

‘Cóż się stało?’ — zapytał Swami, a Namadeva opowiedział całą historię.

‘Dobrze, ale powiedz mi, co robili inni, gdy byli sprawdzani?’ — zapytał Swami.

Namadeva:

— Wszyscy milczeli i pochylali głowy, gdy byli uderzani prętem.

Vittal:

— A ty?

Namadeva:

— Czy jestem jak oni? Jakże bliski jestem tobie! Czy mam być bity jak oni dla próby?

Vittal:

— To nazywa się ahankara (ego). Oni wszyscy znali moją prawdziwą Jaźń i mieli umysł pełen spokoju. Ty taki nie jesteś.

Namadeva:

— Ale ty jesteś dla mnie łaskawy; cóż więcej mam wiedzieć?

Vittal:

— To nie o to chodzi. Musisz służyć starszym, jeśli chcesz poznać prawdę. Czym ja jestem? Gdy tańczysz, ja tańczę. Gdy się śmiejesz, ja się śmieję. Gdy skaczesz, ja skaczę. Gdy odkryjesz prawdę, nie będzie już tych skoków i uderzeń.

Namadeva:

— Mówisz o starszych. Kto jest starszy od ciebie?

Vittal:

— Kto? W pobliskim lesie jest świątynia. W tej świątyni mieszka sadhu. Idź do niego, a poznasz prawdę.

Gdy Namadeva poszedł do tej świątyni w lesie, zobaczył tam zaniedbanego człowieka leżącego na ziemi. ‘Jak ten człowiek może być sadhu?’ — pomyślał. Gdy podszedł bliżej, zobaczył, że nogi tego człowieka spoczywają na lingamie. Zadrżał na ten widok i powiedział z trwogą:

‘Panie, co to jest? Kładziesz nogi na głowie Boga!’

Tamten rzekł:

‘Oho! Nama, to ty? Vittal cię przysłał, prawda?’

Zaskoczony i zdumiony tym, skąd sadhu go zna, Namadeva zapytał ponownie:

‘Panie, jesteś sadhu, prawda? Jak możesz kłaść nogi na lingamie?’

‘Tak, mój drogi synu? Ja nic o tym nie wiem. Nie mogę podnieść nóg. Czy mógłbyś je dla mnie podnieść i odsunąć od lingamu?’

Namadeva zgodził się i uniósł je, próbując położyć gdzie indziej, lecz wszędzie znajdował kolejny lingam. Dokądkolwiek próbował przenieść te nogi, wszędzie był lingam. W końcu położył je na sobie — i sam stał się lingamem. To znaczy, przez dotknięcie tych świętych stóp doznał jnanodai (świtu poznania Jaźni). Namadeva stał oszołomiony. Sadhu zapytał:

‘Tak, czy teraz urzeczywistniłeś (prawdę)?’

Odpowiadając: ‘Tak, urzeczywistniłem’, Namadeva pokłonił się Visobakesarze, uczniowi Jnaneswara, wrócił do domu, zamknął się w swoim pokoju, pogrążył się w dhjanie i przestał chodzić do Vittala.

Po kilku dniach Vittal przybiegł do niego i zapytał:

‘Nama, dlaczego od pewnego czasu nie przychodzisz do mnie?’

Namadeva odpowiedział:

‘Och, Prabhu (Panie)! Gdzie jest miejsce, w którym ciebie nie ma? Widzę cię tu zawsze. Ja jestem tobą, a ty jesteś mną. Dlatego nie przychodzę do ciebie.’

‘Ach, rozumiem, to dobrze’ — powiedział Vittal i zniknął.”

Bhagavan zakończył opowieść i jednocześnie rozprostował nogi, które trzymał skrzyżowane.

List 71 — Akshara swarupam (niezniszczalny obraz/postać)

26 sierpnia 1946

Pod koniec lipca Rajagopala Iyer wrócił na jakiś czas do domu, aby pomóc w porządkowaniu papierów i książek, podawaniu ich na żądanie oraz ogólnie w prowadzeniu prac bibliotecznych.

W pierwszych dniach, przeglądając papiery, które leżały tam od dawna, znalazł mały skrawek papieru zawierający tamilską strofę zapisaną własnoręcznie przez Bhagavana oraz jej telugijskie tłumaczenie. Gdy papier został przekazany Bhagavanowi, nie potrafił on sobie przypomnieć, czyj to był wiersz, więc wezwał mnie, pokazał go i zapytał, czyj to utwór. Po uważnym obejrzeniu stwierdziłam, że była to tamil­ska strofa Narasimhy Shetty’ego o Tiruchuli, napisana po ceremonii grihapravesam Sundara Mandiram w Tiruchuli, oraz telugijskie tłumaczenie wierszem, które sama sporządziłam. Poinformowawszy o tym Bhagavana, poprosiłam o pozwolenie na wykonanie kopii i on się zgodził.

Po wieczornym Veda Parayana skłoniłam się Bhagavanowi i już miałam wracać do domu, gdy Bhagavan zapytał:

„Gdzie jest mój papier?”

Chociaż zgodził się, abym zabrała go do domu i przyniósła z powrotem następnego ranka po przepisaniu, miał jednak wątpliwości, czy rzeczywiście go oddam. Ilekroć widzę jego piękne pismo — okrągłe, perłopodobne litery — czuję pragnienie, by zatrzymać taki papier przy sobie. Wyczuwając to, Bhagavan poprosił mnie o zwrot kartki, aby uwolnić mnie od takich pragnień.

Tamtej nocy przepisałem telugijski wiersz oraz także tamilską strofę zapisaną pismem telugijskim na inną kartkę, aby pokazać ją Bhagavanowi, a następnie przepisać do aśramowego zeszytu. Gdy następnego ranka o 7:30 przyszłam do Aśramu i skłoniłam się Bhagavanowi, zapytał ponownie:

„Gdzie jest ten papier?”

„Tak, Swami, przyniosłam go. Zapisałam tamilską strofę pismem telugijskim. Skopiuję ją, jeśli łaskawie sprawdzisz, czy przepisałam ją poprawnie” — odpowiedziałam. Obejrzał ją i oddał mi. Wyjęłam zeszyt z półki i zatrzymałam go przy sobie, zanim zszedł ze wzgórza. Tego nie zauważył. Gdy już miałam wychodzić, trzymając w ręku papier i torbę, Bhagavan powiedział:

„Oddaj mi ten papier po przepisaniu. Będzie mi potrzebny.”

Poczułam się upokorzona tym, że tak wiele razy proszono mnie o ten papier. Nie mogłam się powstrzymać i powiedziałam:

„Przy tej pracy pisarskiej przez moje ręce przeszło bardzo wiele papierów i nie zatrzymałam ani jednego. Każdy oddałam. On sam (wskazując na Rajagopalę Iyera) jest tego świadkiem.”

Gdy to powiedziałem, Rajagopala Iyer potwierdził:

„Tak, tak.”

Wciąż nie potrafiłam opanować emocji i dodałam:

„To jak w telugijskim przysłowiu: ‘Kto krzyczy, ten rządzi!’ Wszyscy proszą o pisma Bhagavana i je dostają. Jeśli tylko uda im się zdobyć takie kartki, po cichu zatrzymują je dla siebie. Czy ja mam dać się zwieść tej maleńkiej kartce i zapomnieć o Rzeczywistości? Wcale jej nie chcę. Oddam ją natychmiast.”

Mówiąc to, poczułem, że ściska mnie w gardle, a oczy napełniły się łzami. Nie mogąc już dłużej się opanować, wyszłam, jakoś przepisałam ją do zeszytu, oddałam zeszyt Bhagavanowi, a papier włożyłam w ręce stojącego obok Rajagopali Iyera i drżącym głosem powiedziałam:

„Oddałam mu papier.”

Z sercem pełnym współczucia Bhagavan powiedział łagodnie:

„Zatrzymaj go, jeśli chcesz.”

Czyż brak mi dumy?

„Dlaczego? Te litery z czasem się zetrą, a ten papier się podrze” — odpowiedziałam drżącym głosem.

Gdy miałam już usiąść na swoim zwykłym miejscu, Bhagavan zapytał cicho:

„Czy masz przy sobie padyam (wiersz), który sama ułożyłaś?”

Wstrzymując oddech, odpowiedziałam tylko:

„Tak.”

Choć na zewnątrz wydawałam się obojętna, wewnątrz dręczyło mnie pragnienie.

Dwa lub trzy lata temu, gdy Bhagavan ułożył pewien wiersz, ludzie rywalizowali ze sobą, aby zdobyć go zapisanego własnoręcznie przez Bhagavana. Niektórzy, korzystając z okazji, zdobywali jego pisma, ukrywali je i odmawiali oddania, gdy ich o to proszono. Widząc to wszystko, a także nie chcąc wzbudzać we mnie takich pragnień, napisałam telugijski wiersz i poprzestałam na nim.

Wiersz:

Ty, który zawsze jesteś obecny jako Niezniszczalna Istota w lotosowym sercu — czy godzi się prosić o ręcznie napisany list, nie widząc Rzeczywistości z powodu zasłony karmicznych vasan?

Jeśli kiedykolwiek oczy zostaną obmyte, aby usunąć tę zasłonę, akshara swarupa (postać niezniszczalnego ducha) ukaże się wyraźnie. Ta litera (akshara) nie ulegnie zatarciu. Ten papier (lotosowe serce) nie zostanie rozdarty. Wystarczy w zupełności, jeśli ta akshara zostanie dana tym, którzy krzyczą, a zasłona z oczu niemego dziecka zostanie usunięta. Dziecko wtedy samo o siebie zadba. Tytuł „Bhava Roga Bhishagvara” (wybitny lekarz choroby ziemskiej egzystencji) już istnieje. Czy teraz wypełni on swoje miano? Zobaczymy. Jedno jednak jest pewne: on nieustannie podaje lekarstwo wszystkim, a mętność w oczach stopniowo się zmniejsza.

List 72 — Upadesa saram — unnadhi nalupadhi

27 sierpnia 1946 r.

Sam Śri Bhagavan napisał i zachował zapisaną znakami telugu malajalamską wersję Upadesa Saram, znaną jako Kummi Pattu. W 1944 roku wzięłam ją od Bhagavana, mówiąc, że zrobię jej kopię. Gdy po przepisaniu do mojego notesu oddawałam oryginał, pewien wielbiciel powiedział do Bhagavana:

„Bhagavan napisał Upadesa Saram dopiero wtedy, gdy Muruganar opisał lile Pana Śiwy — o tym, jak Śiwa błogosławił ascetów z Daruka Vana. Czy tak nie było?”

Bhagavan odpowiedział:

„Tak. To, co napisał, nie dotyczyło jedynie historii ascetów z Daruka Vana. Zamierzał on napisać o wszystkich wcieleniach Pana, odnosząc je do mnie, w stu wersach. Do tego celu wybrał pieśń ludową Undeepara i napisał siedemdziesiąt wersów. Pod koniec tych siedemdziesięciu opisał historię ascetów z Daruka Vana, a następnie poprosił mnie, abym napisał pozostałe trzydzieści wersów, odnoszące się do upadesy (nauczania).

Powiedziałem: ‘Zrobiłeś już wszystko. Co pozostało dla mnie? Lepiej sam to też napisz’. Lecz on przez długi czas tego nie zrobił. Nalegał, abym to ja je napisał, mówiąc, że nie zna się na części dotyczącej upadesy i że tylko Bhagavan może ją napisać. Co miałem zrobić? Nie miałem wyboru i musiałem pisać. Po napisaniu tych trzydziestu wersów nazwaliśmy je Upadesa Undiyar.

Gdy to było gotowe, Yogi Ramiah powiedział, że nie zna tamilskiego, i nalegał, abym napisał je po telugu — tak więc napisałem je w formie dwipada. Potem Nayana zapytał: ‘A co z sanskrytem?’ Zgodziłem się i napisałem je także po sanskrycku. Po tym, jak napisałem je w tych trzech językach, Kunjuswami, Ramakrishna i inni poprosili mnie, abym napisał je również po malajalam, dlatego napisałem je w stylu Kummi Pattu w języku malajalam.”

„Czyli oryginałem jest wersja tamilska, potem telugu, następnie sanskrycka, a na końcu malajalamska — czy tak?” zapytałam.

Bhagavan odpowiedział: „Tak”.

Następnie powiedziałam: „Podobno, gdy tylko Nayana zobaczył te śloki Upadesa Saram, napisał do nich lekki komentarz?”

„Tak. Przebywał wtedy w Jaskini Drzewa Mango (Choota Cave). Napisałem śloki i wysłałem mu je. Mówiąc do ludzi wokół siebie: ‘Czy potrafimy napisać choć jedną taką ślokę?’, napisał lekki komentarz do tych ślok w dniu zaćmienia. Zostały one opublikowane w 1928 roku” — powiedział Bhagavan.

Zapytałam potem: „Jak powstało Unnadhi Nalubadhi?”

„To także musiałem napisać po tamilsku, na usilną prośbę Muruganara. W tym czasie był tam również Yogi Ramiah. Poprosił mnie, abym przynajmniej bhavę (sens, znaczenie) napisał po telugu, więc napisałem ją prozą. Potem Madhava zapytał: ‘A co z malajalam?’ Zgodziłem się i napisałem to również w tym języku, w metrum kili. Będzie to jak wers seesamalika. To także zapisałem pismem telugu. Jeśli chcesz, możesz zrobić sobie kopię” — powiedział Bhagavan.

„Dlaczego Bhagavan nie napisał tego po sanskrycku?” zapytałam.

Bhagavan odpowiedział: „W tym czasie byli tu Nayana, Lakshmana Sarma i inni, więc zostawiłem to im. Pomyślałem: ‘Dlaczego mam się tym przejmować?’ i zachowałem spokój”.

Zapytałam: „Czy Nayana napisał wtedy sanskryckie śloki do Unnadhi Nalubadhi?”

Bhagavan powiedział:

„Nie. W czasie, gdy pisano te wersy, Muruganar i ja układaliśmy je odpowiednio, a Nayana udzielał nam rad, lecz nie pisał ślok. Potem wyjechał do Sirsi. Gdy tam przebywał, Viswanathan i Kapali pojechali do niego i zostali z nim przez jakiś czas. W międzyczasie Lakshmana Sarma napisał śloki do Unnadhi Nalubadhi. Zostały one wysłane do Nayana, aby je poprawił i odesłał. Widząc je, Nayana stwierdził, że równie dobrze mógłby sam napisać śloki zamiast je poprawiać, i odesłał je bez zmian. Później, z pomocą Viswanathana i Kapaliego, napisał śloki dokładnie odpowiadające wersom tamilskim i przesłał je. Te wcześniejsze jednak pozostały bez zmian, a dzieło Nayana zostało opublikowane pod tytułem Sad Darshanam. Rzeczy dzieją się tak, jak powinny. Co możemy na to poradzić? Zgodnie z tym sanskryckim przekładem Kapali napisał swój komentarz po angielsku i po sanskrycku. Następnie Viswanathan przetłumaczył go na tamilski.”

Zapytałam: „Jak powstał Anubandham (Dodatek)?”

„Nie pisałem go z żadnego konkretnego powodu. Gdy ktoś prosił o jakiś wers, pisałem go, a wszystkie zostały później dodane jako dodatek. Przy pierwszej publikacji było tylko 30 wersów, później stało się ich 40. Nawet one były początkowo pisane tylko w jednym języku. Następnie napisałem je po telugu, a potem po malajalam. Niektóre śloki pochodzą z dawnych czasów i zostały napisane przez wielkich mistrzów, a niektóre przez Lakshmanę Sarmę, który podążał za prozą napisaną przeze mnie” — powiedział Bhagavan.

„Czy niektóre śloki zostały napisane również przez Bhagavana?” zapytałam.

„Musiałem napisać tylko ze dwie albo trzy” — powiedział Bhagavan.

„Bhagavan musiał zapewne napisać także niektóre wersy telugu” — dodałam.

„Tak, pewnie kilka. Jeśli chcesz, zajrzyj do rękopisu. Zobaczysz szczegóły” — powiedział Bhagavan.

List 73 — „Ja” jest samym umysłem

28 sierpnia 1946 r.

Tego ranka pewien dżentelmen z Andhra zapytał Bhagavana:

„Mówisz, że najważniejszą rzeczą jest dociekanie i odkrycie, kim jestem. Ale jak to odkryć? Czy mamy wykonywać japę, powtarzając: ‘Kim jestem? Kim jestem?’, czy też powinniśmy powtarzać ‘Neti’ (nie to)? Chcę poznać dokładną metodę, Swami”.

Po chwili Bhagavan powiedział:

„Co tu jest do odkrycia? Kto ma to odkryć? Musi być ktoś, kto odkrywa — prawda? Kim jest ten ktoś? Skąd się wziął? To właśnie trzeba odkryć najpierw”.

Pytający znów powiedział:

„Czy nie powinna istnieć jakaś sadhana, aby odkryć, kim jest własne ‘ja’? Która sadhana będzie pomocna?”

„Tak — właśnie to należy odkryć. Jeśli zapytasz, gdzie patrzeć, odpowiemy: patrz do wewnątrz. Jaki to ma kształt, jak się narodziło i gdzie się narodziło — to właśnie masz zobaczyć lub zbadać” — powiedział Bhagavan.

Pytający zapytał ponownie:

„Jeśli pytamy, gdzie to ‘ja’ się rodzi, starożytni mówią, że w sercu. Jak mamy to zobaczyć?”

„Tak, trzeba zobaczyć samo serce. Jeśli chcesz je zobaczyć, umysł musi całkowicie się zanurzyć. Nie ma pożytku z wykonywania japy ze słowami ‘Kim jestem? Kim jestem?’ ani z powtarzania słów ‘Neti, Neti’” — powiedział Bhagavan.

Gdy pytający stwierdził, że właśnie tego nie potrafi, Bhagavan odpowiedział:

„Tak, to prawda. To jest trudność. Zawsze istniejemy i jesteśmy we wszystkich miejscach. To ciało i wszystkie towarzyszące mu rzeczy zostały zgromadzone wokół nas przez nas samych. Nie ma trudności w ich gromadzeniu. Prawdziwa trudność polega na ich odrzuceniu. Trudno nam zobaczyć, co jest w nas wrodzone, a co obce. Spójrzcie — jaka to wielka tragedia!” — powiedział Bhagavan.

Jakiś czas temu, gdy młody Bengalczyk zadał podobne pytania, Bhagavan wyjaśniał mu je bardzo szczegółowo. Ponieważ jego wątpliwości nie zostały rozwiane, młodzieniec zapytał:

„Mówisz, że Jaźń jest obecna zawsze i wszędzie. Gdzie dokładnie jest to ‘ja’?”

Bhagavan odpowiedział z uśmiechem:

„Gdy mówię, że jesteś obecny zawsze i wszędzie, a ty pytasz, gdzie jest to ‘ja’, to jest to jak pytanie, będąc w Tiruvannamalai: ‘Gdzie jest Tiruvannamalai?’ Gdy jesteś wszędzie, gdzie masz szukać? Prawdziwym złudzeniem jest poczucie, że jesteś ciałem. Gdy pozbędziesz się tego złudzenia, pozostaje to, czym jesteś — Jaźń. Należy szukać rzeczy, której się nie ma; lecz po co szukać czegoś, co zawsze jest z tobą? Wszystkie sadhany służą usunięciu złudzenia, że jesteś ciałem. Wiedza ‘jestem’ zawsze istnieje — nazwij ją Atmanem, Paramatmanem lub jak chcesz. Trzeba pozbyć się idei ‘jestem ciałem’. Nie ma potrzeby szukać tego ‘ja’, które jest Jaźnią. Ta Jaźń przenika wszystko”.

Jako ilustrację przytaczam poniżej słowa Bhagavana z Unnadhi Nalupadhi:

„Bez Jaźni gdzie jest czas i gdzie jest przestrzeń?

Jeśli jesteśmy ciałem, musimy być związani czasem i przestrzenią.

Czy jesteśmy ciałem?

Jesteśmy jednym i tym samym teraz, dawniej i zawsze;

tutaj, tam i wszędzie.

A zatem istniejemy poza czasem i przestrzenią”.

Reality in Forty Verses, werset 16

List 74 — Uroczystości złotego jubileuszu

8 września 1946 r.

Niektórzy przyjaciele poprosili mnie, abym napisała o uroczystościach związanych ze Złotym Jubileuszem, który obchodzono 1 września, dlatego piszę ten list. W związku z tym nawet osoby bezpośrednio zaangażowane w obchody nie pamiętają dziś dokładnie, co wszystko zostało zrobione. Skoro tak, czy możliwe jest, by osoba słabszej płci, będąca jedynie obserwatorem, mogła wiedzieć i zrozumieć wszystko, co się wydarzyło? Mimo to podejmuję się opisania tych wydarzeń, mając na uwadze słowa autora Bhagavatamu, który napisał: „Wyjaśnię tyle, ile widziałam, wiedziałam lub usłyszałam od ludzi mądrych”.

Około dwadzieścia dni przed datą uroczystości Sarvadhikari wrócił z Madrasu. Minął już wtedy niemal miesiąc od jego wyjazdu do Maduraju. Wkrótce po jego przybyciu do Madrasu kilku wielbicieli spotkało się i zaczęło planować obchody, lecz aż do jego powrotu do Tiruvannamalai przygotowania nie były zbyt widoczne. Nie wiem, czy ktoś intensywnie pracował gdzie indziej nad wydaniem pamiątkowego tomu (Souvenir) w języku angielskim, lecz w samej hali nikt nie wydawał się szczególnie przejęty uroczystościami. Jedynie po to, by spełnić prośbę wielbicieli, Bhagavan udawał przeglądanie starych zapisków w celu zebrania wszystkich sanskryckich ślok do tłumaczenia na angielski.

Gdy tylko przybył Sarvadhikari, przygotowania ruszyły pełną parą. Nie wiadomo, jakie narady odbywały się w biurze ani czyją to było inicjatywą, lecz zaczęto wznosić duży zadaszony pawilon z liści palmowych, przylegający do hali od strony wzgórza. Przez ostatni miesiąc Krishnaswami czuł się słaby i wyczerpany. Jednak gdy tylko rozpoczęto prace przy budowie pawilonu, jego słabość jakby zniknęła, a on sam zyskał ogromną siłę. Brał czynny udział w pracach: wspinał się po drabinie, zszywał liście palmowe i wykonywał wszelkie inne prace. Pandal został wzniesiony. Powiedziano, że podłogę należy wycementować. Przy polewaniu terenu, wbijaniu pali i wykonywaniu różnych drobnych prac zdawał się posiadać siłę olbrzyma. Mówi się, że Hanuman początkowo siedział spokojnie jak ptak z podwiniętym ogonem, lecz gdy usłyszał, że trzeba przekroczyć ocean, przyjął wiśwarupę (postać o ogromnych rozmiarach) i wykonał całe zadanie. Jest to ilustracja powiedzenia, że wielbiciele Boga, gdy nadchodzi odpowiedni moment, zostają natchnieni i podejmują wszelkie działania dla dobra innych.

Pamiętasz, że około dwudziestu dni temu przyjechałaś tutaj i zabrałaś ze sobą pieśni i eseje Śri Chinta Dikshitulu oraz moją pieśń „Gobbi”, mówiąc, że zostaną wydrukowane przed Złotym Jubileuszem? Później Muruganar i kilku innych wielbicieli napisali kolejne pieśni oraz wersy i wysłali je do druku. Otrzymano także już wydrukowany komentarz do Sri Ramana Gity, napisany po sanskrycku przez Kapali Saśtriego. Do wielbicieli wysłano zaproszenia w języku angielskim, ozdobione pięćdziesięcioma złotymi gwiazdami wokół.

Pięćdziesiąt lat temu, dzień przed Gokulasztami, Bhagavan przybył podobno do Araiyaninallur. Była to niedziela. W poniedziałek, czyli w dzień Asztami, zjadł obfity posiłek w domu Muthukrishny Bhagavathara w Kilur, a we wtorek, rano w dniu Nawami, wkroczył do Arunachala Kshetram. Od tamtego dnia aż do dziś powszechnie wiadomo, że nie opuścił tego miejsca. Był to 1 września 1896 roku. Aby umożliwić ludziom na innych kontynentach obchodzenie tego wydarzenia zgodnie z kalendarzem gregoriańskim, ustalono datę Złotego Jubileuszu na 1 września.

Zgodnie z tradycją hinduistyczną, dzień po Gokulasztami powinien być uznany za dzień obchodów Złotego Jubileuszu. Nie znamy dróg Opatrzności, lecz także w tym roku Gokulasztami wypadło w poniedziałek (19 sierpnia 1946 r.), a następnego dnia był wtorek. Zgodnie z tradycją tamilską Ramaswami Iyer i inni uznali ten dzień za właściwy na obchody i wraz z kilkoma wielbicielami napisali pieśni i wersy w języku tamilskim oraz je recytowali. Śri Sambasiva Rao stwierdził, że według tradycji telugu Nawami trwało aż do środy, a zatem pięćdziesiąt lat dopełniło się dopiero 21 dnia miesiąca. Mówiąc to, napisał starą ślokę i padyamBhagavatamu, zaczynające się od słów „Nee pada kamala sevayu” („w służbie Twoich lotosowych stóp”) i złożył je przed Bhagavanem. Jeszcze inna osoba ułożyła padyamy, pieśni i eseje i zaczęła je odczytywać. Ta Stotra Parayana (recytacja hymnów) była kontynuowana aż do dwóch dni temu.

23 dnia rozpoczął się strajk kolejowy. Zastanawialiśmy się, jak wielbiciele zdołają tu przybyć. Niektórzy dotarli do Katpadi już 29 dnia i w jakiś sposób przyjechali dalej autobusem lub ciężarówką. W dzień Czaturthi (czwarty dzień miesiąca księżycowego) w świątyni odprawiono pudżę dla Winajaki. Obok pawilonu, który nazwano „Jubilee Hall”, wzniesiono ogromny pandal, bardzo podobny do pandalu weselnego. Niektórzy mówili, że dobrze byłoby opleść sofę girlandą z zielonych liści i ją udekorować.

Wszyscy mówcy przybyli autobusem do godziny dziewiątej wieczorem. Uroczystości miały rozpocząć się następnego ranka. Dyskutowaliśmy o nich do późnej nocy, po czym udaliśmy się na spoczynek. Gdy o piątej rano, jak zwykle, poszliśmy do Aśramu, „Na karmana” było już recytowane. Okazało się, że tego dnia rozpoczęto porządek dnia o godzinę wcześniej niż zwykle. Uczniowie Aśramu przynieśli przedmioty do pudży, złożyli je przed Bhagavanem, a po oddaniu mu pokłonu zabrali je do świątyni. Karcąc się za własne niedbalstwo, weszliśmy do pandalu i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że był już pięknie udekorowany. Wokół całego pawilonu zawieszono czerwone tkaniny w fałdach, girlandy z zielonych liści mango, kwiaty oraz wiele innych ozdób. Niedawno Rani z Barody przesłała do świątyni sari bogato zdobione jari (srebrną nicią), aby udekorować nimi Boginię. Wszystkie te sari rozłożono na kamiennej sofie, stojącej po północnej stronie tej parnasali (zadaszonego szałasu) nazwanej Jubilee Hall, nadając jej kształt mandiru. Sari lśniły wspaniale w świetle lamp. Gdy zapytałam jednego z wielbicieli, czy sari nie były przeznaczone do dekoracji Bogini w świątyni, odpowiedział, że dekorację tę można wykonać dopiero po udekorowaniu sofy Bhagavana. Inny wielbiciel stwierdził, że był to znakomity pomysł. Poprzedniego wieczoru, o dziewiątej, nie było tam nic. Skoro więc do piątej rano wszystko było już gotowe, należy wnioskować, że wielbiciele nie spali przez całą noc. Nie wiemy, jak inni przybywali w nocy, lecz rano wszyscy siedzieli już w grupach w różnych miejscach, wraz ze swoim dobytkiem.

Bhagavan zakończył kąpiel i śniadanie o 6.30 i udał się w stronę Arunaczali. Gdy wrócił, Krishnaswami zdążył już rozłożyć na kamiennej sofie czyste tkaniny khaddar i przykryć siedzisko nowo zakupionym materiałem z wizerunkiem kołowrotka oraz trójkolorowej flagi. Nie jest przesadą stwierdzić, że przyciągało to uwagę swoją prostotą, a także dlatego, że flaga jest symbolem naszej narodowej godności, pośród bogactwa różnorodnych dekoracji. Interesujące jest to, że w podobnym wrześniowym dniu Jawaharlal Nehru został premierem Indii.

O siódmej Bhagavan siedział już na sofie, ubrany w swoje zwykłe przepaski biodrowe, z promiennym uśmiechem, błogosławiąc wielbicieli. Jego łaskawe i życzliwe spojrzenie napełniało wszystkich radością. Był to rzeczywiście wielki przywilej móc go tego dnia zobaczyć. W dawnych czasach Walmīki, Wjasa i inni wielcy autorzy opisywali, jak sam Bóg zstępował na ziemię w postaci awatarów, takich jak Rama i Kryszna, aby od czasu do czasu ustanawiać dharmę — „Dharma samsthapanarthaya sambhavami yuge yuge” (dla ustanowienia dharmy rodzę się z wieku na wiek; Bhagawadgita IV, 8). Dziś i my mamy podobne szczęście. Awatara Purusza, Jagadguru, Sri Ramana Maharshi, przebywa w Arunachala Kshetra od pięćdziesięciu lat i samym swoim spojrzeniem oczyszcza dusze ludzi. Tym, którzy służą mu z niepodzielną bhakti, potrafi swoim milczącym nauczaniem usunąć więzy świata i obdarzyć mokszą. Naszym obowiązkiem jest służenie mu, zamiast marnować cenny czas na drobiazgi. Sam ten Złoty Jubileusz głosi, że od pięćdziesięciu lat zajmuje on wzniosłe miejsce Guru. Wielu wielbicieli mówi, że jest to złoty wiek lub nowa era. Przez te wszystkie lata liczni szczęśliwcy dostąpili jego łaski, pili nektar pokoju i stali się błogosławionymi. Wiele kolejnych osób zapewne również otrzyma jego błogosławieństwo. Dotąd moje oczy nie otworzyły się w pełni, by poznać jego prawdziwą wielkość. Jest zapewne wielu takich jak ja, którzy nie wiedzą, w jaki sposób to ucieleśnienie dobroci daje nam rozmaite okazje do służby. Spośród wszystkich tych okazji uważam, że Złoty Jubileusz jest największą. Nawet teraz nie wiem, jak służyć temu wielkiemu Mędrcowi, jak się do niego modlić i jak go czcić. Gdy Ten, który jest wszechobecny, wszechwiedzący i niepojęty, przychodzi tutaj w ludzkiej postaci — co możemy mu ofiarować i jak możemy go zadowolić? Prawdziwym oddaniem wobec niego jest mouna (milczenie). Ponieważ taki rodzaj czci jest poza moim zasięgiem, pozostaję z daleka, mając nadzieję wbrew nadziei, że osiągnę zbawienie, dotykając pyłu jego stóp i zadowalając się tylko tym. Czego więcej można pragnąć, jeśli nie tego, aby pozostał z nami tak długo, obdarzając swoją łaską prawdziwych poszukiwaczy wiedzy i ratując ich dusze swoją dobrocią i błogosławieństwem?

W kolejnym liście opiszę, co wydarzyło się od godziny siódmej rano do siódmej piętnaście wieczorem.

List 75 — Obchody złotego jubileuszu

9 września 1946 r.

Wczorajszym listem opisałam Ci ogólnie uroczystości Złotego Jubileuszu. W tym liście przesyłam podsumowanie wszystkiego, co wydarzyło się tego dnia od godziny 7.00 rano do 7.15 wieczorem.

Poranny program rozpoczął się o 7.15. Uma oraz inne punyasthri (zamężne kobiety) przyniosły naczynie z mlekiem, śpiewając bhadżany, po czym złożyły je u stóp Bhagavana. Następnie wielu wielbicieli odczytywało eseje, pieśni i wersy napisane przez nich w językach: sanskryckim, tamilskim, telugu, kannada, angielskim oraz urdu. Ta stotra (pieśń chwały Pana) trwała, z krótkimi przerwami, aż do około godziny 14.00.

Od 8.30 do 9.30 odbywał się koncert muzyczny Budalur Krishnamurthy’ego Śastry’ego, od 9.45 do 10.00 była przerwa, a od 10.15 odprawiano pudżęarati w świątyni Mathrubhuteśwara. O godzinie 11.00 mieszkańcy Aśramu przynieśli prasadam ze świątyni Arunaczali i z wielką czcią złożyli go przed Bhagavanem. Następnie od 11.00 do 12.00 była przerwa.

Wielbiciele prosili Bhagavana, aby — jak zwykle — odpoczął do godziny 14.00, lecz czy mógł się na to zgodzić? Ledwie spożył posiłek, a już usiadł na swojej sofie, jak zawsze. Ponieważ wielu ludzi przybyło z bardzo daleka na darśan i mogliby odejść rozczarowani z braku czasu, nie bacząc na własny dyskomfort fizyczny, z obfitej miłości i łaski zaczął udzielać darśanu, rezygnując ze zwyczajowego odpoczynku.

Wielu ludzi wróciło do domów, sądząc, że darśan Bhagavana nie będzie możliwy przed godziną 14.00. Gdy po posiłku przyszłam na miejsce, Bhagavan siedział już na sofie w pawilonie, w całym swoim promiennym majestacie, otoczony wielbicielami.

Jedna po drugiej recytowane były stotry. Nie sposób porównać tego wielkiego Mędrca z jakimkolwiek cesarzem czy bogiem. Gdy idzie się na darśan cesarza, napotyka się wiele przeszkód i potrzebne są liczne rekomendacje. Gdy zaś idzie się na darśan bogów — w Waikunthcie u bramy stoją Dźaja i Widźaja i mówią, że to nieodpowiednia pora, każąc odejść; w Kajlasie podobnie czynią pramathagany (słudzy Śiwy). Tutaj jest inaczej — obowiązuje tylko jedna zasada: nikomu nie wolno przeszkadzać w otrzymaniu darśanu o żadnej porze — nawet zwierzętom i ptakom. Kto może równać się z tym wielkim ucieleśnieniem dobroci? On sam jest sobie równy.

Po południu, od godziny 14.00, ludzie zgromadzili się tam, zajmując dosłownie każdy skrawek miejsca. Wolontariusze w ciszy dbali o to, by wszyscy mogli wygodnie usiąść. Jubilee Hall przypominała salę dworu cesarskiego. O godzinie 14.00 wręczono pamiątkowy album jubileuszowy (Jubilee Souvenir), po czym przybyli bramińscy pandici z Purna Kumbha (naczyniem wypełnionym wodą), recytując Wedy. Następnie odczytano esej z Hindi Prachar Sabha. Zainstalowano głośniki i wygłoszono przemówienia: po telugu w imieniu Arya Vysya Samajam oraz po tamilsku w imieniu Muniswamy Chetty Brothers. Potem rozpoczęły się wykłady.

Przewodniczącym zgromadzenia był Sri C. S. Kuppuswami Iyer, sędzia Sądu Najwyższego w Madrasie. Po jego przemówieniu inauguracyjnym w języku angielskim Sri T. K. Doraiswamy Iyer odczytał esej napisany przez Sir S. Radhakrishnana, który właśnie wtedy nadszedł pocztą.

Następnie Swami Rajeswarananda i dr T. M. P. Mahadevan przemawiali po angielsku, sędzia Chandrasekhara Iyer po telugu, M. S. Chellam oraz Omandur Ramaswami Reddiar (który później został premierem stanu Madras) po tamilsku, K. K. Iravatham Iyer po malajalam. R. S. Venkatarama Śastry odczytał modlitewne śloki i wygłosił wykład po sanskrycku. Kunjuswami zaśpiewał kilka pieśni. Sens wszystkich tych wystąpień wart byłby zapisania — lecz jak mogłabym to zrobić, nie znając wszystkich tych języków? Gdy przewodniczący wygłosił słowa końcowe, była godzina 16.45. W tym czasie przedstawiciele Indian Information Bureau wykonali liczne fotografie, z zamiarem przygotowania filmu dokumentującego obchody Złotego Jubileuszu. Następnie nastąpił kwadrans przerwy.

O godzinie 17.00 Annamalai Pillai wygłosił mowę dziękczynną w imieniu mieszkańców Tiruvannamalai. Po niej odbył się koncert muzyczny Musiri Subrahmania Iyera, a następnie Veda Parayana. Uroczystości zakończyły się o 19.15. Wcześniej, około godziny 18.00, mahout przyprowadził w pełni udekorowanego słonia świątynnego, który złożył pokłon przed Bhagavanem. Słoń ten zwykle przebywa przy Mandapamie Tysiąca Filarów, a właśnie w tym Mandapamie, w podziemnej grocie, Bhagavan mieszkał w pierwszych dniach swojego pobytu w świątyni Arunachaleswara. Było więc jak najbardziej stosowne, że słoń związany z tym Mandapamem oddał cześć władcy tego miejsca.

Możesz zapytać, jakie sandesa (przesłanie) przekazał Bhagavan wszystkim tym ludziom, którzy padali przed nim na twarz i prosili o pomoc oraz prowadzenie. Z tej okazji napisałam werset w języku telugu, którego sens brzmiał: „On trwa jako świadek, widząc wszystko, lecz pozostając nieporuszony, bez gun (cech), jako ucieleśnienie pranawy”. Właśnie w ten sposób był tam obecny — bez ruchu, zanurzony w swojej Jaźni, widząc i słysząc wszystko, lecz przez cały czas milczący. To jest wielkie i bezcenne przesłanie, jakie nam przekazał. Łaska i dobroć, promieniujące z jego oczu, przenikają serca wszystkich istot i chronią je, obdarzając błogością śanti (pokoju). Jaśniejący tejas (blask) Mouna Bhaskary (Milczącego Słońca) rozchodzi się na wszystkie strony i niszczy ciemność niewiedzy — lecz to mouna, które jest poza umysłem i mową, jakże mogłoby być przekazane przez jakiekolwiek środki przekazu?

List 76 — Brahmotsavam

13 grudnia 1946 r.

Dwudziestego ósmego dnia ubiegłego miesiąca, przypadającego na Śuddha Panczami w miesiącu Karttika, w świątyni Śri Arunaczaleśwary odbyła się ceremonia Dhvajarohanam (wciągnięcia flagi), inaugurująca święto Brahmotsava. Wieczorem dziesiątego dnia tego festiwalu zapala się święte światło na szczycie góry Arunaczala. W tym roku uczyniono to siódmego dnia bieżącego miesiąca. Podczas dziesięciu dni dorocznego święta całe miasto tętni ruchem pielgrzymów, którzy przybywają i odchodzą. Zwykle przychodzą oni również na darśan Bhagavana. Deepotsavam (święto świateł) przypada w dzień gwiazdy (nakshatry) Karttika. Ponieważ tłumy zaczynają gromadzić się już cztery lub pięć dni wcześniej, Bhagavan zwykle zasiada w krytej strzechą szopie przed świątynią Mathrubhuteswara, aby ułatwić ludziom darśan. W tym roku jednak wielbiciele uznali, że lepiej będzie posadzić Bhagavana w Hali Złotego Jubileuszu, i poczynili wszelkie przygotowania, by zabezpieczyć ją przed deszczem, wznosząc wokół maty osłonowe. Bhagavan przeniósł się do hali trzy dni po rozpoczęciu Brahmotsavam, o dzień lub dwa wcześniej niż zwykle. Padało wtedy obficie. Większość przybyłych stanowili ludzie ubodzy — wśród nich starcy, niedołężni oraz kobiety z niemowlętami na rękach.

Ponieważ wieczór dziesiątego dnia jest świętem Świętego Światła, ludzie, którzy wyruszają na Giri pradakszina (okrążanie świętej góry) już około drugiej w nocy, przychodzą do Aśramu w grupach, w mokrych ubraniach. Aby umożliwić im darśan bez trudności, Bhagavan zwykł zamykać jedne z drzwi hali i ustawiać w poprzek nich sofę, na której spoczywał. Sądziłam, że tym razem również tak się stanie. „Dlaczego?” — powiedział Bhagavan. „Tutaj jest w porządku.”

Przez całą noc wiał porywisty wiatr i padał deszcz. Mój zegarek się zatrzymał. Wstałam więc, nie znając dokładnej godziny, wykąpałam się i usiadłam z myślą, że wcześnie pójdę do Aśramu. Na drodze nie było słychać gwaru tłumów. Pomyślałam, że jest jeszcze zbyt wcześnie, i postanowiłam chwilę odpocząć. Zasnęłam. Nagle, jak we śnie, usłyszałam głosy tłumów. Zdezorientowana zerwałam się. Deszcz zelżał. Z powodu silnego wiatru chmury się rozproszyły. Przez okna do pokoju wpadał blask księżyca. Czując, że mogę się spóźnić, pośpiesznie się przygotowałam i wyszłam, by zobaczyć, że z góry szybko spływają strumienie, bulgocząc, a droga jest jedną taflą wody. Pobiegłam do hali i spojrzałam na zegar Aśramu. Była 4.30. Bhagavana nie było w hali. Gdy zapytałam kogoś, gdzie jest, odpowiedział: „Tam, w szopie.” Zawołałam: „W szopie, przy tym deszczu i wietrze!” — i poszłam tam. Zobaczyłam Bhagavana siedzącego na sofie, bez choćby duppatti (grubej chusty) na ciele. Jak pełnia księżyca, jego twarz promieniała uśmiechem, roztaczając wokół aurę życzliwości i szczęścia. Dym pachnących agarbatti (kadzideł) wypełniał całe miejsce słodką wonią, niczym zapach sandałowych drzew z niebiańskiego Nandawany. Purany mówią, że gdzieś istnieje ocean mleka, że na nim znajduje się wyspa Śweta Dwipa, że tam, na tej wyspie, ma swą siedzibę Śri Maha Wisznu, a wszystkie dewaty (istoty niebiańskie) otaczają go, oddając mu cześć w błogości i szczęściu. Dla mnie rozległa tafla wody deszczowej wokół hali była oceanem mleka, Hala Złotego Jubileuszu zalana światłem elektrycznym jawiła się jako Śweta Dwipa, Ramana Paramatma siedzący na sofie — jako Śri Maha Wisznu, a wielbiciele otaczający go i składający mu hołd — jako dewaty. Serce przepełniła mi błoga radość na ten widok. Gdy zbliżałam się do Bhagavana, z wieloma podobnymi myślami kłębiącymi się w umyśle, on zaczął się uśmiechać. Nie wiedziałam dlaczego. Kiedy złożyłam mu pokłon i podniosłam się, powiedział: „Recytacja Wed już się zakończyła.” Dwa miesiące temu, podczas uroczystości Złotego Jubileuszu, program Veda Parayana odbył się o godzinę wcześniej niż zwykle i dlatego, gdy przyszliśmy o normalnej porze, wszystko było już zakończone. Pomyślałam, że znaczenie uśmiechu Bhagavana polegało na tym, iż tym razem stało się to samo. Zawstydzona własnym niedbalstwem zapytałam Bhagavana: „Czy byłeś tu przez całą noc?” Bhagavan odpowiedział: „Nie. Każdego roku ludzie przychodzili grupami, począwszy od drugiej w nocy. Dlatego przyszedłem tu o drugiej. Z powodu deszczu jeszcze nie dotarli.” „Zostaniesz ukarana za spóźnienie” — powiedział do mnie jeden z wielbicieli. Wszyscy się roześmiali.

Gdy siedzieliśmy tam, rozmawiając, przyszli Ramaswamy Pillai i Kuppuswamy Iyer i stanęli przed sofą. „Dlaczego? Czy jest jakieś parayana?” — zapytał Bhagavan. „Tak. To jeszcze nie czas na kąpiel. Będziemy recytować Thevaram (hymny do Pana Śiwy autorstwa trzech tamilskich świętych)” — powiedział Pillai. Bhagavan się zgodził i zaczęli recytować. Gdy skończyli, Ramaswamy podszedł, mówiąc, że nadszedł czas na jego kąpiel. Pillai powiedział, że będzie recytował Thiruvembavai, napisane przez świętego Manikkawaczagara. „Ma ono dwadzieścia strof. Jak mogę czekać, aż wszystko zostanie wyrecytowane? Czas iść” — powiedział Bhagavan i zaczął przygotowywać się do wyjścia, masując nogi. „Zaraz skończymy.” — mówiąc to, Pillai zaczął recytować jedną strofę, zaczynającą się od „Annamalaiyan”. Jej sens jest następujący: „O Sakhi (przyjaciółko)! Tak jak blask drogocennych kamieni w koronach na głowach dewatów, którzy kłaniają się lotosowym stopom Pana Arunaczali, blednie i ginie w świetle tych stóp, tak samo promienie wschodzącego słońca rozpraszają ciemność i przyćmiewają blask gwiazd. O tej godzinie śpiewajmy chwałę tych świętych stóp Pana. Wykąpmy się i pływajmy w zbiorniku pełnym kwiatów, śpiewając ku czci tych lotosowych stóp.”

Ta recytacja zakończyła się dokładnie w chwili, gdy Bhagavan postawił stopy na ziemi, by udać się na kąpiel. Gdy słowa zakończyły się wezwaniem: „Wykąpmy się! Wstańmy!”, Bhagavan wstał z sofy, mówiąc: „Tak! Już wstaję na kąpiel.” Wszyscy się roześmiali.

Choć Paramatma, który nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, objawił się w tym świecie w postaci Bhagavana, to jednak w kulcie Pana Arunaczaleśwary Bhagavan zwracał się do Pana z abala bhava (uczuciem kobiety do męża). Odczuwam z tego powodu niewysłowioną dumę. Zdaje się, że Manikkawaczagar śpiewał te pieśni, gdy ogarnęło go abala bhava wobec Pana. Bhagavan również napisał swoją Aksharamanamalai w tym samym abala bhava. Czy widzisz, jak wzniosłe miejsce przypisuje się abala bhava?

Zaczęłam pisać do Ciebie ten cykl listów w ubiegłym roku, tuż po święcie Karttika, z okazji przybycia procesji Pana Arunaczali przed Aśram podczas okrążania świętej góry (Giri pradakszina), i w duchu słów Pana, że dziecko jest zobowiązane wobec ojca. Wszystkie te listy zostały kilka dni temu wysłane do druku.

List 77 — Atmakaravritti (jaźń, jej forma i działanie)

19 grudnia 1946 r.

Przedwczoraj pewien dżentelmen z Andhra przyszedł i wręczył Bhagavanowi list zawierający następujące pytanie:

„Niektórzy mówią, że jnani w stanie snu przebywa w Atmakaravritti, inni zaś twierdzą, że nie. Jakie jest Twoje zdanie?”

Bhagavan odpowiedział:

„Nauczmy się najpierw przebywać w stanie atmicznym, będąc w stanie czuwania. Potem będzie dość czasu, by rozważać, co dzieje się w stanie snu. Czy ten, kto jest w stanie czuwania, nie jest zarazem w stanie snu? Powiedz mi najpierw: czy ty jesteś teraz w Atmakaravritti, czy w Brahmakaravritti?”

Pytający rzekł:

„Swamidżi! Nie pytam o siebie, lecz o jnaniego.”

„Ach, tak? Dobrze — odparł Bhagavan. — Ale ty, który zadajesz pytanie, najpierw poznaj samego siebie. Jnani poradzą sobie sami. My nie znamy siebie, a dociekamy spraw jnanich. Jakie to ma dla nas znaczenie, czy oni są w Atmakaravritti, czy w Brahmakaravritti? Gdy poznamy siebie, pytanie o nich w ogóle nie powstaje.”

„Swamidżi, to pytanie nie jest moje; przysłał je mój przyjaciel” — powiedział pytający.

„Naprawdę? — rzekł Bhagavan. — Przyjaciele pytają. Cóż mamy odpowiedzieć? Gdy mówimy vritti, zakładamy dwoistość, prawda? A to, co JEST, jest tylko Jednym. Pojawia się więc pytanie: ‘Jak bez świadomości Najwyższego Bytu może zachodzić jakikolwiek ruch od przeszłości ku teraźniejszości i przyszłości?’ Dlatego nazywamy to rozmaicie: Akhandakaravritti (akhaṇḍa — bezkresne), Atmakaravritti albo Brahmakaravritti — podobnie jak mówimy, że rzeka jest samudrakara (ma kształt oceanu). Wszystkie rzeki wpadają do oceanu, zlewają się z nim, tracą formę i stają się z nim jednym. Skoro tak, jaki sens ma mówienie o rzece, że jest samudrakara? Czy ocean ma jakąkolwiek formę — taką a taką głębokość i szerokość? Podobnie ludzie mówią, że jnani ma Akhandakaravritti lub Atmakaravritti, lecz w istocie wszystko jest Jednym. To są jedynie odpowiedzi dla pytających; w oczach jnaniego całość jest po prostu JEDNYM.”

Ktoś inny zapytał:

„Czy brahmavid, brahmavidvara, brahmavidvarīyabrahmavidvariṣṭha — wszyscy mają umysł sattwiczny?”

Bhagavan odpowiedział:

„To jedno i to samo, czy mówisz brahmavidvariṣṭha, brahmavid czy samo Brahman. ‘Jak Brahman’ znaczy: Brahman sam. W potocznym języku powiemy, że owi czterej mają umysł sattwiczny, lecz w rzeczywistości nie ma dla nich czegoś takiego jak umysł. Vasany same są umysłem; gdy nie ma vasan, nie ma umysłu. To, co JEST, jest Sat. Sat jest Brahmanem. Ono jest samoświetlne. Ono jest Atmanem i Ono jest JAŹNIĄ. Nazwy takie jak brahmavid, brahmavidvarīya, brahmavidvariṣṭha nadaje się mędrcom, którzy poprzez dociekanie Jaźni urzeczywistniają Prawdę i trwają niewzruszenie w Wiedzy o JAŹNI. Działania dnia codziennego określa się wtedy jako Atmakaravritti lub Akhandakaravritti.”

List 78 — Andavane

20 grudnia 1946 r.

Około godziny dziewiątej rano otrzymaliśmy dziś telegram z wiadomością, że Ramanatha Brahmachari, zwany Andavane, zmarł wczoraj w nocy w Madrasie. Ktoś poinformował mnie o tym, gdy wchodziłam do hali. Ramanatha dołączył do grona uczniów Bhagavana, gdy był jeszcze bardzo młody, w czasie gdy Bhagavan przebywał w Jaskini Virupaksha. Od tamtej pory nigdy go nie opuścił — poza krótkimi, około piętnastodniowymi przerwami w roku. Ten niezłomny wielbiciel i dożywotni brahmaczarin wyjechał do Madrasu na leczenie i w ciągu piętnastu dni doszła nas wieść o jego odejściu. Weszłam do hali, odczuwając smutek, że stało się to podobnie jak wcześniej w przypadku Madhavaswamiego, a zarazem ulgę, że opuścił swoje wychudzone, niemal szkieletowe ciało bez wielkiego cierpienia.

Bhagavan powiedział do mnie:

„Wygląda na to, że nasz Ramanathan odszedł.”

Kiedyś, gdy zmarł Madhavaswami, Bhagavan rzekł do mnie: „Madhavaswami odszedł”, a gdy zapytałam: „Dokąd?”, odpowiedział: „Dokąd? Tam — zostawiając tutaj ciało.”

Tym razem więc nie zapytałam „dokąd?”, lecz tylko odrzekłam: „Tak, słyszałam.”

Po południu, o trzeciej, dwie kobiety — Uma i Alamu — zaczęły śpiewać tamilskie wersy „Ramana Anubhuti”. Bhagavan powiedział do mnie z pewnym wzruszeniem:

„Spójrz! To są wersy napisane przez samego Ramanathę; jest też inna pieśń z refrenem (pallavi) ‘Thiruchulinathanai Kandene’. Tę również on napisał. Z tym wiąże się ciekawa historia. Podczas mojego pobytu w Jaskini Virupaksha, w dzień pełni księżyca, wszyscy wyruszyliśmy na giri pradakszinę. Wówczas przebywał tu Chidambaram Subramanya Iyer. Księżyc świecił jasno i wszyscy byli w doskonałych nastrojach. Postanowili urządzić spotkanie, na którym każdy miał wygłosić wykład na inny temat. Subramanya Iyer został wybrany przewodniczącym. Pierwszy wykład wygłosił Ramanatha. Wybrał temat: ‘Podobieństwo pomiędzy Paramatmą mieszkającą w jaskini ludzkiego serca, Panem Nataradżą w Chidambarze i Śri Ramaną w Jaskini Virupaksha’. Przewodniczący dał mu pół godziny. A on wyliczał podobieństwa bez końca. Gdy przewodniczący ogłosił, że czas minął, Ramanatha powiedział: ‘Jeszcze tylko pół godziny, proszę’. Było to zebranie ludzi idących nieustannie. Mówiąc: ‘Jeszcze chwilę, proszę, jeszcze chwilę’, przemawiał pełne trzy godziny, aż przewodniczący stanowczo przerwał mu wystąpienie. Powinieneś był widzieć entuzjazm, z jakim mówił tamtego dnia. Później streścił myśli wykładu w pieśni czterozwrotkowej zatytułowanej ‘Thiruchulinathanai Kandene’. Ponieważ w pieśni wielokrotnie pojawiało się słowo ‘Andavane’, sam Ramanatha zaczął być nazywany ‘Andavane’. Pranavanandadżi próbował przełożyć tę pieśń na telugu, lecz przekład nie wypadł dobrze.”

„Ach! To dlatego nazywano go ‘Andavane’?” — powiedziałam i przeczytałam pieśń. Choć literacko nie jest może wybitna, słucha się jej przyjemnie, bo powstała z pełni serca. Jej sens jest następujący:

„Ujrzałem Thiruchulinathan i nie mogąc zawrócić, stałem tam jak urzeczony. Jest On Panem, który tańczy w Chidambarze, który chroni bezradnych i jest dla nich miłosierny. Ten sam Thiruchulinathan objawił się jako Bóg w Jaskini Virupaksha na świętym wzgórzu Tiruvannamalai.

‘Dźiwa’ rządziła niesprawiedliwie w mieście zwanym Kayapuri, mając karany za poddanych i ahankarę za ministra.

Po pewnym czasie dźiwa chwyciła miecz łaski Boga i odcięła głowę swojemu ministrowi — ahankarze.

Tak odciąwszy głowę ministra, dźiwa stanęła wraz z Bogiem, który tańczył samotnie w jaskini zwanej Daharalaya.

On jest tym Thiruchulinathanem; ujrzałem Go i pozostałem tam, nie mogąc odejść.”

List 79 — Omkaram — aksharam

24 stycznia 1947 r.

Niedawno, gdy pewnego wieczoru około godziny piątej wracałam z Aśramu do domu, usłyszałam dwóch młodych mężczyzn prowadzących między sobą rozmowę. Jeden z nich powiedział:

„Bardzo śmiało zapytałem Ramanę Maharshiego, co pozostaje po przekroczeniu Omkaramu. Nie potrafił odpowiedzieć, więc zamknął oczy i zasnął. To wszystko poza u niego.”

Początkowo oburzyłam się, słysząc jak mówią pogardliwie o moim Guru, lecz po chwili rozbawiła mnie ich naiwność i powiedziałam łagodnym tonem:

„Proszę pana, dlaczego oczerniacie starszych? Czy my w ogóle wiemy, czym jest Omkaram, że ośmielamy się pytać, co pozostaje po Omkaram?”

Młodzieniec odparł:

„Właśnie dlatego zapytałem, że nie wiem. Dlaczego więc nie miałby odpowiedzieć właściwie?”

Powiedziałam:

„Proszę się nie niecierpliwić. Jeśli zapyta pan jeszcze raz, z cierpliwością, wtedy pan zrozumie.”

Tego dnia odeszli, lecz następnego dnia byli obecni w hali. Niespodziewanie ktoś inny zadał Bhagavanowi pytanie:

„Swamidżi, mówi się, że Akara, UkaraMakara składają się na Omkaram. Jakie jest znaczenie tych trzech liter? Jakie jest ucieleśnienie Omkaramu?”

Bhagavan odpowiedział:

„Sam Omkaram jest Brahmanem. Ten Brahman jest bezimiennym i bezforemnym czystym SAT. To właśnie nazywa się Omkaram. Akara, Ukara, Makara albo Sat, Ćit, Ananda — dowolne trzy z tych dwóch zestawów są Brahmanem. Omkaram, który jest poza mową i umysłem i który może być jedynie doświadczony, nie da się opisać słowami — nie można powiedzieć, jaka jest jego swarupa (postać, istota).”

Ta odpowiedź rozwiała również wątpliwości dwóch młodzieńców, którzy zadawali pytania poprzedniego wieczoru.

Podobnie, od czasu do czasu ktoś pytał Bhagavana:

„Jaka jest forma Akshary? Jak ona wygląda? Jak możemy ją poznać?”

Odpowiedź Bhagavana na wszystkie takie pytania była następująca:

„Zgodnie ze słowami Gity: aksharam brahma paramam — ‘to, co najwyższe i niezmienne, jest formą Akshary’. A co do pytania, jak możemy ją poznać — JAŹŃ jest Aksharą. To, co niezniszczalne, jest Aksharam. Jak je poznać? To pytanie mogłoby się pojawić tylko wtedy, gdyby Akshara była czymś innym niż Jaźń. Lecz one nie są różne — są jednym. To, co JEST, jest tylko Jednym. To jest SAT. To SAT jest JAŹNIĄ; nie istnieje nic poza Jaźnią. Właściwą rzeczą jest dociekać i poznać, kim jest Jaźń, oraz trwać w Jaźni.”

List 80 — Anegdoty z życia w jaskini virupaksha

25 stycznia 1947 r.

Vasudeva Sastry, który zajmował się codziennymi sprawami, gdy Bhagavan przebywał w Jaskini Virupaksha, przyszedł pewnego dnia do Aśramu i usiadł w obecności Bhagavana. Po wstępnych pytaniach o jego zdrowie Bhagavan powiedział nam, że to właśnie Sastry zapoczątkował obchody Dźajanti. Pewien wielbiciel zapytał:

„Czy to on był tym, który przestraszył się i ukrył, gdy pojawił się tygrys?”

„Tak, to on” — odpowiedział Bhagavan.

„Podczas naszego pobytu w Jaskini Virupaksha siedzieliśmy pewnej nocy na werandzie przed jaskinią, gdy w dolinie poniżej pojawił się tygrys. Wystawiliśmy lampę naftową za barierkę werandy, sądząc, że zwierzę nie zbliży się do nas z powodu światła. Sastry jednak bardzo się bał. Wpełzł więc do jaskini i namawiał nas, byśmy zrobili to samo, lecz my odmówiliśmy. Gdy wszedł do jaskini, zasunął żelazne drzwi i stamtąd próbował straszyć tygrysa niczym wielki wojownik, mówiąc: ‘Uważaj! Jeśli podejdziesz, zobaczysz, co zrobię! Co sobie myślisz! Bhagavan tu jest! Uważaj!’ Cała ta bohaterszczyzna odbywała się z wnętrza jaskini i przypominała zachowanie Uttarakumary (z opowieści Mahabharaty). Historia głosi, że Uttarakumara, syn króla Wiraty, wyruszył z Ardźuną, chełpiąc się swoją walecznością, lecz uciekł, gdy stanął twarzą w twarz z wrogiem. Ostatecznie to Ardźuna wygrał bitwę. Tygrys kręcił się jeszcze przez chwilę, po czym odszedł. Wtedy Sastry odważył się wyjść — rzeczywiście bardzo odważny człowiek” — powiedział Bhagavan.

Sastry podjął wątek rozmowy i dodał:

„To nie była jedyna taka okazja. Innym razem, w biały dzień, Swamidżi i ja siedzieliśmy na skale przed jaskinią. W dolinie poniżej tygrys i lampart bawili się ze sobą, a Bhagavan uśmiechał się, obserwując ich przyjazne ruchy. Ja natomiast byłem przerażony i prosiłem Bhagavana, by wszedł do jaskini. On był nieugięty i siedział nieruchomo. Ja zaś schroniłem się w jaskini. Zwierzęta bawiły się jeszcze chwilę, spojrzały na Swamidżiego tak, jak czynią to oswojone zwierzęta, i bez lęku czy oznak agresji poszły swoją drogą — jedno wspięło się na wzgórze, drugie zeszło w dół. Gdy wyszedłem z jaskini i zapytałem: ‘Swamidżi, czy nie bałeś się, gdy te dwa zwierzęta bawiły się tak blisko ciebie?’, Bhagavan uśmiechnął się i powiedział: ‘Dlaczego miałbym się bać? Gdy na nie patrzyłem, wiedziałem, że po chwili jedno pójdzie w górę, a drugie w dół. I tak się stało. Jeśli my się przestraszymy i powiemy: „O! Tygrys!”, one też się przestraszą i powiedzą: „O! Człowiek!”, i rzucą się, by nas zabić. Jeśli nie mamy tego strachu, one również go nie mają i poruszają się swobodnie i spokojnie.’”

„Mimo wszystkiego, co mówił Bhagavan” — dodał Sastry — „mój strach nigdy mnie nie opuścił.”

„To Sastry objął mnie i zapłakał, gdy moje serce przestało bić” — powiedział Bhagavan i opowiedział to zdarzenie:

„Pewnego dnia poszedłem z Vasu i innymi do zbiornika przed świątynią Pachiamman Koil, by się wykąpać. Wracaliśmy skrótem i gdy zbliżaliśmy się do Skały Żółwia, poczułem zmęczenie i zawroty głowy, więc usiadłem na skale. Moje doświadczenie z tamtego czasu zostało zapisane w mojej biografii, jak wszyscy wiecie.”

Sastry podjął opowieść:

„Tak. Gdy wszyscy inni stali w oddali, płacząc, ja nagle go objąłem. Byłem wówczas kawalerem i mogłem to zrobić — nikt inny nie dotykał ciała Swamiego. Był w tym stanie przez jakieś dziesięć minut, po czym odzyskał przytomność. Skakałem z radości. ‘Dlaczego płaczesz? Myślałeś, że umarłem? Gdybym miał umrzeć, czy nie powiedziałbym wam wcześniej?’ — powiedział Bhagavan, pocieszając nas.”

Bhagavan dodał następnie, korygując niektóre krążące błędne relacje o tym wydarzeniu:

„Nie wywołałem tego stanu celowo ani nie chciałem zobaczyć, jak to ciało wygląda w chwili śmierci. Nie powiedziałem też, że nie opuszczę tego ciała bez uprzedzenia innych. Był to jeden z napadów, które zdarzały mi się od czasu do czasu — tylko że tym razem przybrał on bardzo poważną postać.”

List 81 — Śiwa-bhakta sundaramurti

26 stycznia 1947 r.

Wczoraj, gdy Bhagavan czytał Thiruchuli Puranam, mówił następująco o wydarzeniach związanych z wizytą Sundaramurtiego w tym świętym miejscu:

„Czcigodny Sundaramurti, narodzony jako aṁśa (cząstka) Aalaala Sundary, który wyemanował z odbicia Pana Śiwy, Somasekhary (tego, który ma księżyc w koronie), podczas swych pielgrzymich wędrówek zaprzyjaźnił się z królem Kerali, Cheramanem Perumal Nainarem. Następnie obaj udali się z pielgrzymką do Maduraju. Król Pandjów, a także jego zięć — król Czólów — przyjęli ich bardzo serdecznie i wyrazili radość, że mogą być ich gospodarzami. Sundaramurti oddał cześć Bogu Sundareśwarze, małżonkowi bogini Meenakszi, i dzięki swemu talentowi poetyckiemu wychwalał Boga pieśniami. W towarzystwie króla Czerów odwiedził i czcił święte sanktuaria południa: Thirukuttralam, Thirunelveli oraz Rameśwaram. Stamtąd udał się do świętego miejsca Thirukkedeśwara na wyspie Lanka Dwipa (Cejlon) i tam złożył cześć. Tam przypomniał sobie Thrisulapuram (Thiruchuli), które jest Muktinagarą (miastem wyzwolenia), i ruszył w tamtym kierunku. Gdy zbliżali się do tego miasta, tłumy widziały ich obu jaśniejących tak, jakby jednocześnie pojawiły się słońce i księżyc. Sundaramurti radował się darśanem Pana Bhuminathy i złożył Mu cześć pieśnią zaczynającą się od słów „Unaiuyir puhalai”, pogrążony w głębokiej dewocji. Postanowił pozostać w tym świętym miejscu przez pewien czas i zamieszkał w mutcie (klasztorze) nad brzegiem rzeki Kowndinya.

Pewnej nocy, podczas pobytu, Pan Śiwa ukazał mu się we śnie jako młodzieniec o niezrównanej urodzie, z uśmiechem tańczącym na ustach, trzymający w dłoni kulę (symbol królewskości) i z koroną na głowie, i powiedział: „Przebywamy w Jyotivanie (Kaleśwara)”. Usłyszawszy te słowa, Sundaramurti obudził się podekscytowany, wspominając wspaniałą łaskawość Pana, który mu się objawił i obdarzył go dobrocią. Z radością opowiedział Chera-królowi o cudownej wizji i natychmiast, przepełniony oddaniem, zaśpiewał Thevara Pathikam ku czci Pana Kaleśwary, zaczynając od słów „Thondar adithozhalum”.

Stamtąd wyruszyli do odległego świętego miejsca Thiruppunavayil. Gdy tylko ruszyli, Pan Kaleśwara, który ukazał się Sundaramurtiemu we śnie, oraz Amba zbliżyli się do nich pod postacią starej pary bramińskiej. Gdy Sundaramurti zapytał: „Kim jesteście? Skąd przychodzicie?”, odpowiedzieli: „O tym porozmawiamy później. Najpierw dajcie nam jedzenie. Jesteśmy głodni”. Sundaramurti przystał na to, kazał przygotować posiłek i szukał pary, aby ją ugościć — lecz nigdzie ich nie było. Przeszukano wszystkie ulice i zaułki wioski, ale nie znaleziono ich. Wrócili do muttu, tylko po to, by stwierdzić, że całe przygotowane jedzenie zniknęło, a liście, na których jedzono, porozrzucano po dziedzińcu. Sundaramurti zdumiał się i zawołał: „Ach! Cóż to za cud! Czymże to może być, jeśli nie lilą (grą) Pana Wszechświata?” Gdy doszedł do tego wniosku, usłyszał niewidzialny głos: „Dokąd zamierzasz iść, nie ujrzawszy nas, którzy mieszkamy w Jyotivanie?” Sundaramurti zastanawiał się, gdzie jest Jyotivana i jak tam dotrzeć, gdy znów rozległ się niewidzialny głos: „Podążamy tam na wierzchowcu świętego byka Nandiego. Ty także możesz iść za jego śladami”.

Sundaramurti, wraz z tamtejszymi wielbicielami, podążył śladami, lecz nagle trop zniknął. Gdy stali tam zdezorientowani, usłyszeli głos: „Patrz uważnie”. Podążając uważnie za śladami, ujrzeli szczególne miejsce pełne lingamów Śiwy. Nie było tam nawet miejsca na jeden krok naprzód i on oraz pozostali wielbiciele stali w osłupieniu. Nagle dostrzegł wąską ścieżkę; poszli nią dalej i dalej, aż w końcu ujrzeli świątynię Kaleśwary. Wszyscy wykąpali się w zbiorniku przed świątynią i gdy zamierzali do niej wejść, nagle świątynia wraz z wieżą zniknęła. Sundaramurti zdumiał się i zaśpiewał pieśni ku czci Pana, wyrażając myśl: „Czy to skutek tego, że nie przyszedłem oddać Ci czci w świątyni przed kąpielą?” Natychmiast ukazał się widok jyoti (światła), potem zarys szczytu wieży świątynnej, a następnie sama świątynia z murem okalającym. Przepełniony radością, dostąpił darśanu Boga, oddał Mu cześć, zaśpiewał hymny pochwalne i wyruszył dalej w pielgrzymkę. To cudowna opowieść. Jest ich o nim wiele więcej” — powiedział Bhagavan.

To ten sam Sundaramurti, o którym wspominałam w moim wcześniej wydrukowanym liście zatytułowanym „Swami jest wszędzie” (nr 70). Jego dzieje opisano szczegółowo w sanskryckich dziełach Śiva Bhakta Vilasam, Upamanya Bhakta Vilasam oraz w telugu: Panditharadhya CharitraBasava Puranam poety Palakurthiego Somanathy.

Bhagavan powiedział nam kiedyś, że oddanie Sundaramurtiego wobec Pana było oddaniem przyjaciela; Manikkawaczagara — oddaniem ukochanego; Appara — oddaniem sługi; a Sambandara — oddaniem syna.

List 82 — Więź służby Sundaramurtiego

27 stycznia 1947 r.

Wczoraj, po wysłuchaniu opowieści Bhagavana o Sundaramurti, o której wspomniałam w liście do Ciebie, zapragnęłam poznać historię jego młodzieńczych lat. Poszłam więc dziś rano do Bhagavana wcześnie, o 7:30. Bhagavan wrócił już z góry i czytał jakąś księgę. W hali było wówczas niewiele osób. Złożywszy pokłon, zapytałam Bhagavana, jaką książkę czyta. Odpowiedział:

Periya Puranam. Właśnie przeglądam opowieść o młodych latach Sundaramurtiego.”

„To bardzo interesujące, prawda?” — zapytałam.

„Tak. Chciałabyś ją przeczytać?” — zapytał Bhagavan.

„Bardzo bym chciała, ale nie znam tamilskiego wystarczająco dobrze” — odpowiedziałam.

„Dobrze. Opowiem ci tę historię w skrócie” — rzekł Bhagavan i z uśmiechem rozpoczął opowieść:

„Sundaramurti urodził się w świętym miejscu Tirunavalur, w krainie Thirumunaippadi, w bramińskiej kaście Śiwy zwanej Adi Śaivam, jako syn kapłana Śiwy o imieniu Chadayanar, zwanego także Śiwaczarją, oraz jego żony Isaignaniyar. Rodzice nadali mu imię Nambiyarurar. Pewnego dnia, gdy bawił się na ulicy zabawkowym wózkiem, miejscowy król, Narasinga Muniyar, ujrzał go i bardzo się nim zainteresował. Poprosił ojca, Śiwaczarję, by oddał mu chłopca. Ojciec się zgodził i chłopiec został wychowany przez króla jak syn przybrany. Mimo to starannie przestrzegano bramińskich zwyczajów — ceremonii świętej nici i nauk wedyjskich — dzięki czemu stał się biegły we wszystkich śastrach.

Gdy osiągnął wiek dojrzały, postanowiono zawrzeć jego małżeństwo z córką krewnego o imieniu Chatangavi Śiwaczarja i rozesłano zaproszenia do wszystkich krewnych. Sundaramurti przeszedł zwyczajowe obrzędy przedślubne dzień przed ślubem, a w dniu ceremonii, odpowiednio wystrojony jako pan młody, wraz z krewnymi udał się konno, wcześnie rano, do domu ojca panny młodej w wiosce Puttur. Po przybyciu zsiadł z konia i zgodnie z obyczajem zasiadł na miejscu przeznaczonym dla nowożeńców w weselnym pandalu. Rozbrzmiewała muzyka i oczekiwano przybycia panny młodej.

Wtedy Pan Śiwa zbliżył się do pandalu w postaci starego bramina i oznajmił: ‘Proszę wszystkich o uwagę’. Gdy się zgodzili, starzec powiedział do chłopca: ‘Słuchaj, istnieje umowa między tobą a mną. Najpierw ją wypełnij, a potem bierz ślub’. Chłopiec odrzekł: ‘Jeśli jest jakaś umowa, niech tak będzie, ale najpierw powiedz, jaka’. Stary bramin zwrócił się do zebranych: ‘Panowie, ten chłopiec jest moim sługą. Mam przy sobie akt służby sporządzony przez jego dziadka na moją korzyść’. Sundaramurti odpowiedział: ‘Och! Szaleńcze, dość tego! Po raz pierwszy słyszymy, by bramin był sługą innego bramina. Odejdź stąd!’ Bramin odrzekł: ‘Nie jestem ani szaleńcem, ani demonem. Nie obrażają mnie twoje słowa. Po prostu mnie nie zrozumiałeś. Zaniechaj dziecinnych sporów i chodź mi służyć’. Sundaramurti powiedział wtedy: ‘Pokaż mi ten akt’. ‘A kim ty jesteś, by po jego obejrzeniu decydować?’ — rzekł starzec. ‘Jeśli zgromadzeni zobaczą dokument i uznają go za prawdziwy, powinieneś rozpocząć służbę’. Sundaramurti wpadł w gniew i rzucił się, by wyrwać dokument z rąk starca. Bramin uciekł, lecz chłopiec ruszył za nim, w końcu wyrwał akt i podarł go na strzępy. Starzec chwycił Sundaramurtiego i zaczął krzyczeć. Goście weselni wzburzyli się, rozdzielili ich i powiedzieli do bramina: ‘Mówisz o rzeczach niesłychanych na tym świecie. Kłótliwy starcze, skąd pochodzisz?’ Bramin odrzekł: ‘Jestem z wioski Thiruvennainallur. Czy nie przyznacie, że chłopiec Nambiyarurar potwierdził swą służebność wobec mnie, bezprawnie wyrywając mi akt i drąc go na kawałki?’ Sundarar odpowiedział: ‘Jeśli rzeczywiście jesteś mieszkańcem Thiruvennainallur, to tam można rozstrzygnąć twoje roszczenie’. Bramin rzekł: ‘Tak. Chodź ze mną. Przedstawię Radzie Braminów oryginalny dokument i udowodnię, że jesteś moim sługą’. Starzec ruszył przodem, a za nim Sundaramurti i pozostali bramini.

Gdy dotarli do Rady Braminów w tamtej wiosce, przebiegły starzec złożył skargę, twierdząc, że Nambiyarurar podarł akt służby. Radni powiedzieli: ‘Nie słyszeliśmy, by bramini byli sługami braminów’. Starzec odparł: ‘To nie fałszywe roszczenie. Akt, który chłopiec podarł, to umowa sporządzona przez jego dziadka, stanowiąca, że on i jego potomkowie mają mi służyć’. Radni zapytali Sundaramurtiego: ‘Czy możesz wygrać sprawę, jedynie drąc dokument sporządzony przez twojego dziadka? Co powiesz?’ Odpowiedział: ‘O cnotliwi mężowie, biegli w Wedach! Wiecie, że jestem Adi Śaivą. Nawet jeśli ten starzec zdoła dowieść, że jestem jego sługą, proszę uznać to za czary, wykraczające poza rozumowanie. Cóż mogę powiedzieć o takim roszczeniu?’ Radni zwrócili się do bramina: ‘Najpierw musisz dowieść, że jest twoim sługą. Do rozstrzygnięcia takiej sprawy potrzebne są trzy rzeczy: zwyczaj, dowód pisemny i dowód ustny. Czy nie powinieneś przedstawić przynajmniej jednego z nich?’ Starzec odpowiedział: ‘Panie! To, co podarł, było tylko kopią; oryginał mam przy sobie’. Radni zażądali okazania oryginału i zapewnili, że Sundaramurti go nie zniszczy. Starzec wyjął dokument z fałd materiału wokół pasa i pokazał go. Wiejski karnam (urzędnik), który akurat niespodziewanie się zjawił, został poproszony o odczytanie treści. Skłonił się radnym, rozwinął dokument i głośno odczytał:

‘Ja, Adi Śaiva z kasty i Arurar z imienia, zamieszkały w wiosce Thiruvennainallur, sporządzam ten akt służby z radością i z własnej woli, zobowiązując siebie i moich następców do służby Pitthanowi (Szaleńcowi) zamieszkałemu w Thiruvennainallur. (Podpis) Arurar.’

Świadkami aktu byli ci sami radni; rozpoznali i potwierdzili własne podpisy. Zapytali Sundaramurtiego, czy pismo w dokumencie należy do jego dziadka. Mężczyzna udający bramina rzekł: ‘Panie! To tylko chłopiec. Jak ma rozpoznać pismo dziadka? Jeśli jest inny dokument z pismem jego dziadka, proszę go przynieść i porównać’. Wszyscy się zgodzili; krewni Sundaramurtiego przynieśli odpowiedni dokument. Po porównaniu radni potwierdzili zgodność pisma i powiedzieli: ‘Chłopcze! Nie ma dla ciebie ucieczki. Przegrałeś. Twoim obowiązkiem jest służyć wedle poleceń tego starca’. Sundaramurti był oszołomiony i powiedział, że jeśli taki jest wyrok losu, posłucha. Radni, współczując chłopcu, mieli jednak wątpliwości co do bramina i zapytali go: ‘Panie! Ten akt mówi, że pochodzisz z tej wioski. Czy możesz wskazać swój dom rodowy i posiadłość?’ Starzec udawał zdziwienie i rzekł: ‘Co! Wy wszyscy, tak uczeni, mądrzy i doświadczeni, nie znacie mojego domu? Jakże to dziwne! Chodźcie więc za mną!’ — i poprowadził ich. Wszyscy zobaczyli, jak Bóg w przebraniu wszedł do świątyni Śiwy zwanej Thiruvarul Thurai, i oniemieli.

Sundaramurti pomyślał: ‘Bramin, który uczynił mnie swoim sługą, wszedł do świątyni mojego Boga Parameśwary! Cóż za cud!’ Z tą myślą pospieszył sam za nim, wszedł do świątyni i zawołał: ‘O braminie!’ Natychmiast Pan Śiwa ukazał się w towarzystwie Bogini Parwati, siedząc na świętym byku, i powiedział: ‘Synu! Jesteś Aalaala Sundarą, jednym z moich Pramatha Gana (głównych sług). Urodziłeś się tutaj w wyniku klątwy. Prosiłeś mnie, abym uczynił cię swoim, gdziekolwiek byś był, nawet w czasie trwania klątwy. Dlatego uczyniłem cię tutaj moim sługą’.”

Tak Bhagavan opowiedział nam wcześniejsze dzieje Sundaramurtiego. Następnie ciągnął:

„Gdy Sundaramurti usłyszał te słowa Wielkiego Pana, uradował się jak cielę, które słyszy głos matki. Drżącym z emocji głosem i z oczyma pełnymi łez radości padł przed Nim na twarz i ze złożonymi dłońmi rzekł: ‘O Panie! Jesteś łaskawy dla mojej nic niewartej osoby; trzymaj mnie przy sobie jak kotka trzyma swe kocię, uczyń mnie swoim. Jakże wielka to łaska!’ i wychwalał Go. Wielki Pan był zadowolony i powiedział: ‘Synu! Ponieważ spierałeś się ze mną, otrzymasz imię Van Thondan. Od tej pory twoją służbą wobec mnie będzie oddawanie mi czci kwiatami wersetów. Układaj o mnie pieśni i śpiewaj je’. Ze złożonymi dłońmi Sundaramurti rzekł: ‘O Panie! Przyszedłeś w przebraniu bramina i wystąpiłeś przeciwko mnie z roszczeniem; sprzeczałem się i spierałem z Tobą, nie znając Twej wielkości. Ty jesteś Wielkim Panem, który przywrócił mi pamięć przeszłości i ocalił mnie od pogrążenia się w sprawach świata. Cóż wiem o Twoich bezkresnych przymiotach i cóż mogę o nich śpiewać?’ Iśwara powiedział: ‘Już nazwałeś mnie Pitthanem, Szaleńcem. Śpiewaj więc o mnie jako o Szaleńcu’. Rzekłszy to, zniknął. Sundaramurti natychmiast zaśpiewał Śri Padikam, zaczynając od wersetu ‘Pittha pirai sudi’. Jego życie pełne jest takich niezwykłych doświadczeń” — powiedział Bhagavan.

Zapytałam: „Czy nosi imię Sundaramurti wskutek odzyskania pamięci o swej przeszłości?”

„Tak, tak! W jego historii nie ma innego powodu!” — odpowiedział Bhagavan.

List 83 — Natura

28 stycznia 1947 r.

Dziś po południu, około godziny trzeciej, pewien Anglik zadał Bhagavanowi pytanie po angielsku, w którym kilkakrotnie pojawiało się słowo „natura”. Bhagavan odpowiedział następująco:

„Te pytania w ogóle by się nie pojawiły, gdyby ktoś dobrze znał swoją własną naturę. Będą się pojawiać tak długo, aż ją pozna. Dopóki tego nie zrobimy, pozostajemy w złudzeniu, że wszystkie te nienaturalne rzeczy są naturalne. Musimy zrozumieć, że stan prawdziwy istnieje zawsze i w każdym czasie. Odrzucamy to, co jest, i pragniemy tego, czego nie ma — i z tego powodu cierpimy. Wszystko, co przychodzi i odchodzi, jest nierealne.

Dusza zawsze pozostaje na swoim naturalnym miejscu. Dopóki nie urzeczywistnimy tej prawdy, cierpimy.”

„Gdzie możemy zobaczyć tę duszę? Jak możemy ją poznać?” — padło kolejne pytanie.

„Gdzie można zobaczyć duszę? To pytanie jest jak przebywanie w Ramanasramam i pytanie, gdzie jest Ramanasramam. Dusza jest zawsze w tobie i wszędzie; wyobrażać ją sobie jako coś odległego i jej szukać to jak wykonywać bhadżan Pandurangi. Ten bhadżan zaczyna się w pierwszej ćwiartce nocy: wielbiciele mają dzwoneczki przywiązane do stóp, a pośrodku domu stawia się mosiężny świecznik. Okrążają go, tańcząc rytmicznie i śpiewając: ‘Pandarpur jest tak daleko! Pandarpur jest tak daleko! Dalej, naprzód!’ — lecz krążąc w kółko, w rzeczywistości nie posuwają się nawet o pół jarda bliżej Pandarpuru. Gdy nadchodzi trzecia ćwiartka nocy, zaczynają śpiewać: ‘Spójrz! To Pandarpur. Tu jest Pandarpur. Patrzcie, patrzcie!’ W pierwszej ćwiartce nocy krążyli wokół tej samej lampy co teraz w trzeciej. Gdy świta, śpiewają: ‘Dotarliśmy do Pandarpuru. To jest Pandarpur’ — i mówiąc to, oddają pokłon temu samemu świecznikowi i kończą bhadżan.

Tak samo jest i tutaj. Krążymy w kółko, szukając atmy (duszy), mówiąc: ‘Gdzie jest atma? Gdzie ona jest?’, aż w końcu nastaje świt dźńana-driszti (wizji poznania) i mówimy: ‘To jest atma. To jestem ja’. Tę wizję trzeba osiągnąć. Gdy raz zostanie osiągnięta, nie będzie przywiązań, nawet jeśli jnani miesza się ze światem i porusza się w nim. Kiedy założysz buty, stopy nie czują bólu chodzenia po kamieniach czy cierniach; idziesz bez lęku i troski, czy po drodze są góry, czy pagórki. Tak samo wszystko staje się naturalne dla tych, którzy osiągnęli dźńana-driszti. Cóż istnieje poza własną Jaźnią?”

„Ten naturalny stan można poznać dopiero wtedy, gdy ustanie całe to widzenie świata.”

„Ale jak ma ustać?” — padło następne pytanie.

Bhagavan odpowiedział:

„Gdy umysł się wyciszy, cały świat się wyciszy. Umysł jest przyczyną tego wszystkiego. Gdy on ustaje, ukazuje się stan naturalny. Dusza w każdym czasie ogłasza się jako ‘ja’, ‘ja’. Jest samoświetlna! Jest tutaj. Wszystko to jest TYM. Jesteśmy w Tym. Skoro w Tym jesteśmy, po co Go szukać? Starożytni mówią:

czyniąc wizję zanurzoną w poznaniu, widzi się świat jako Brahmana.

Mówi się, że czidakasa sama jest Atma-swarupą (obrazem Jaźni) i że można ją oglądać jedynie przy pomocy umysłu.”

„Jak możemy ją zobaczyć, jeśli umysł się wyciszył?” — zapytał ktoś inny.

Bhagavan powiedział:

„Jeśli użyjemy nieba jako przykładu, trzeba powiedzieć, że jest ono trojakiego rodzaju: czidakasa, czittakasabhutakasa. Stan naturalny nazywa się czidakasa. Poczucie ‘ja’, które rodzi się z czidakasy, to czittakasa. Gdy czittakasa rozszerza się i przybiera postać wszystkich bhut (elementów), to wszystko jest bhutakasą. W końcu — czyż umysł nie jest częścią ciała? Gdy jest czittakasą, czyli świadomością Jaźni, ‘ja’ nie widzi czidakasy, lecz widzi bhutakasę; nazywa się to mano-akasa. A gdy opuszcza mano-akasę i widzi czidakasę, nazywa się to czinmaja.

Wyciszenie umysłu oznacza zanik idei wielości przedmiotów i pojawienie się idei jedności. Gdy to zostanie osiągnięte, wszystko jawi się jako naturalne.”

Zgodnie z tą myślą Bhagavan napisał w Unnadhi Nalupadhi, w wersecie 14:

„Jeśli mówi się, że istnieje pierwsza osoba ‘ja’, wówczas istnieją druga i trzecia osoba — ‘ty’ i ‘on’. Gdy prawdziwa natura pierwszej osoby zostaje poznana i zanika poczucie ‘ja’, równocześnie znikają ‘ty’ i ‘on’, a to, co jaśnieje jako Jedno jedyne, staje się naturalnym stanem ostatecznej rzeczywistości.”

List 84 — Kim jest Ramana?

29 stycznia 1947 r.

Siódmego dnia tego miesiąca dr T. N. Krishnaswamy, wielbiciel Bhagavana, obchodził w Madrasie dżajanti Śri Ramany. Podobno pewien pandit wspomniał w trakcie swego wykładu, że gdzieś istnieje wzmianka mówiąca, iż Bhattapada miał narodzić się w Thiruchuli jako Ramana. Gdy wielbiciele w aśramie zaczęli poszukiwać tych odniesień, sam Bhagavan powiedział:

„Nayana (Kavyakantha Ganapati Muni) twierdził, że Skanda (Pan Subramanja) narodził się najpierw jako Bhattapada, następnie jako Sambandha (Thirujnanasambandhar), a w trzecich narodzinach jako Ramana. Określenie ‘dravida śiśuḥ’, użyte przez Śri Śankarę w Soundarya Lahari, odnosi się do Sambandhy, prawda? Zatem Sambandha musiał istnieć przed Bhattapadą, który był współczesny Śankary. Tymczasem Nayana twierdził, że Sambandha żył później niż Bhattapada. Jedno z tym się nie zgadza. Która z tych wersji jest autorytetem dla wypowiedzi wspomnianego wykładowcy — tego jeszcze nie wiadomo.”

Zaskoczona tymi słowami, które jakby miały wszystkich zbić z tropu, powiedziałam:

„Po co tyle dyskusji? Możemy zapytać samego Bhagavana. Czyż Bhagavan nie wie, kim jest? Nawet jeśli teraz nam tego nie powie, istnieje przecież Jego własna odpowiedź na pieśń pytającą: ‘Kim jest Ramana?’, napisaną przez Amritanathę Jatindrę, gdy Bhagavan przebywał na Górze.”

Bhagavan odpowiedział z aprobatą: „Tak, tak!”, uśmiechnął się, odczekał chwilę, po czym rzekł:

„Amritanatha to osobliwa postać. Bardzo interesują go wszelkie sprawy. Gdy przebywałem na Górze, przychodził od czasu do czasu i zostawał ze mną. Pewnego dnia wyszedłem gdzieś; gdy wróciłem, zdążył już ułożyć wiersz po malajalam, pytając: ‘Kim jest Ramana?’, zostawił go i wyszedł. Zastanawiałem się, co jest napisane na kartce, więc spojrzałem. Zanim wrócił, ułożyłem po malajalam inny wiersz — odpowiedź — zapisałem go pod jego strofą i odłożyłem kartkę na miejsce. On lubi przypisywać mi moce nadprzyrodzone. Zrobił to również, gdy pisał moją biografię po malajalam. Nayana kazał mu ją odczytać, a gdy wysłuchał, podarł ją, mówiąc: ‘Dość! Dość!’ To właśnie było powodem zadania tego pytania. Chciał przypisać mi jakieś nadprzyrodzone moce — jako ‘Hari’, ‘Jati’, ‘Wararuczi’ czy ‘Iśa Guru’. Odpowiedziałem w sposób ujęty w tym wierszu. Cóż mogli zrobić? Nie potrafili odpowiedzieć. Istnieje przecież telugujski przekład tych strof, prawda?”

„Tak, istnieje. Czy własna wersja Bhagavana nie wystarcza nam, by stwierdzić, że Bhagavan jest samym Paramatmą?” — powiedziałam. Bhagavan uśmiechnął się i zapadł w maunę (milczenie).

Poniżej podaję prozatorskie tłumaczenie malajalamskich wersetów przytoczonych w Ramana Leela:

Pytanie Amritanathy:

„Kim jest ten Ramana w Jaskini Arunaczali, słynący jako skarbiec współczucia? Czy jest Wararuczim, czy Iśa Guru? czy Harim? czy Jatindrą? Pragnę poznać mahima (nadprzyrodzoną wielkość) Guru.”

Odpowiedź Bhagavana:

„Arunaczala Ramana jest samym Paramatmą, który bawi się jako Świadomość w sercach wszystkich istot — począwszy od Hariego. On jest Istotą Najwyższą. Stanie się to dla ciebie jasne, gdy otworzysz oko dźńany i ujrzysz prawdę.”

List 85 — Dravida śiśuhu

30 stycznia 1947 r.

Wczoraj Bhagavan powiedział, że Śankara wychwalał Sambandhę w Soundarya Lahari, nazywając go „dravida śiśuhu”, czyż nie? Wczoraj w nocy sięgnęłam po Soundarya Lahari z komentarzem telugu i zobaczyłam strofę napisaną przez Adi Shankara o Sambandhę, brzmiącą następująco:

„O Córko Góry, sądzę, że ocean mleka poezji, wypływający z Twego serca, sprawił, iż mleko z Twych piersi popłynęło obficie. Po wypiciu tego mleka, danego z Twojej łaski, dravidzkie dziecię stało się poetą pośród wielkich poetów.”

Komentarz telugu stwierdzał, że określenie „dravida śiśuhu” w tej strofie odnosi się do samego Śankary. Następnego dnia wspomniałam o tym Bhagavanowi. Bhagavan odpowiedział:

„Komentatorzy telugu musieli się pomylić. Tamilskie Soundarya Lahari wyjaśnia, że słowa ‘dravida śiśuhu’ odnoszą się do Sambandhy, a nie do Śankary” — po czym poprosił o tamilską księgę, odczytał wszystko, co było w niej napisane o przyczynie nadania Sambandhie tytułu „dravida śiśuhu”, i wyjaśnił nam to następująco:

„Thirujnanasambandhar urodził się w ortodoksyjnej rodzinie bramińskiej w mieście Sirkali jako syn Sivapada Hridayara i jego żony Bhagawatiyar. Rodzice nadali mu imię Aludaya Pillayar. Pewnego dnia, gdy chłopiec miał trzy lata, ojciec zabrał go do świątyni Thiruttoni Appar Koil. Zanurzywszy się w zbiorniku, by się wykąpać, zaczął recytować mantrę aghamarśana. Dziecko, nie widząc ojca w wodzie, rozejrzało się z lękiem i smutkiem. Nie było po nim śladu. Nie mogąc powstrzymać żalu, zaczęło głośno płakać, patrząc na rydwan świątynny i wołając: ‘Ojcze! Matko!’ Wtedy Parwati i Pan Śiwa ukazali się na niebie, siedząc na świętym Byku, i obdarzyli to małe dziecko darśanem. Śiwa polecił Parwati, by podała chłopcu złoty kubek mleka z własnej piersi — mleka zawierającego śiwa-dźńanę (poznanie Śiwy). Uczyniła to. Chłopiec wypił mleko, uwolnił się od smutku, a Boska Para zniknęła.

Po wypiciu mleka poznania, czując pełnię i radość, Sambandha usiadł na brzegu zbiornika, a z kącików jego ust spływało mleko. Gdy ojciec wyszedł z kąpieli, ujrzał stan chłopca i, gniewnie potrząsając laską, zapytał: ‘Kto dał ci mleko? Czy wolno ci pić mleko od obcych? Powiedz mi, kto to był, albo cię uderzę.’ Sambandha natychmiast odpowiedział, śpiewając dziesięć tamilskich wersetów. Sens pierwszego wersetu jest następujący:

‘Ten, który nosi święte kolczyki; Ten, który dosiada świętego Byka; Ten, który ma biały księżyc na głowie; Ten, którego ciało pokryte jest popiołem z miejsca kremacji; Złodziej, który skradł moje serce; Ten, który przyszedł pobłogosławić Brahmę, Stwórcę, gdy Brahma z Wedami w dłoniach oddawał się pokucie; Ten, który zajmuje święte siedzenie Brahmapuri — On, mój Ojciec, tam jest; i Ona, moja Matka, która dała mi mleko, tam jest!’

Mówiąc to, opisał postacie Śiwy i Parwati, które widział własnymi oczami i które podały mu mleko, wskazując zarazem na rydwan świątynny.

Z wersetów jasno wynikało, że osobami, które dały dziecku mleko, byli Parwati i Pan Śiwa. Zebrali się ludzie. Od tego dnia strumień poezji chłopca popłynął bez przeszkód. Dlatego Śankara napisał: Thava stanyam manye. Komentatorzy uznali zatem, że określenie ‘dravida śiśuhu’ odnosi się wyłącznie do Sambandhy. Nayana również pisał o nim jako o ‘dravida śiśuhu’ w Sri Ramana Gita.”

List 86 — Dźńana sambandhamurthy

1 lutego 1947 r.

Po tym, jak Bhagavan odczytał z tamilskiego komentarza do Soundarya Lahari i wyjaśnił nam, że słowa „dravida śiśuhu” odnoszą się do samego Sambandhy, dyskusja na ten temat trwała w Hali jeszcze przez dwa lub trzy kolejne dni. W związku z tym pewien wielbiciel zapytał Bhagavana:

„Pierwotnym imieniem Sambandhy było Aludaya Pillayar, prawda? Kiedy i dlaczego otrzymał inne imię — Dźńana Sambandhamurthy?”

Bhagavan odpowiedział:

„Gdy tylko wypił mleko dane przez Boginię, ustanowiło się w nim dźńana-sambandha (związek z Poznaniem) i odtąd nosił imię Dźńana Sambandhamurthy Nayanar. Oznacza to, że stał się dźńanim bez zwyczajowej relacji guru–uczeń. Dlatego ludzie w całej okolicy zaczęli nazywać go tym imieniem już od tamtego dnia. To jest powód.”

Powiedziałam:

„Bhagavan także urzeczywistnił wiedzę bez pomocy guru w ludzkiej postaci?”

„Tak, tak! Właśnie dlatego Krishnayya wskazywał na tak wiele podobieństw między Sambandhą a mną” — odrzekł Bhagavan.

Zapytałam:

„W Sri Ramana Leela jest powiedziane, że gdy Sambandha przybywał do Tiruvannamalai, leśne plemiona obrabowały go z dobytku. Był przecież człowiekiem mądrości i wiedzy — jaki majątek mógł posiadać?”

„Ach, to! — odpowiedział Bhagavan. — Podążał ścieżką oddania, prawda? Zgodnie z nakazami Iśwary posiadał więc złote dzwonki, perłową palankinę i inne tego rodzaju symbole. Miał też mutt (ośrodek mnichów) oraz wszystko, czego mutt wymaga.”

„Czy tak? A kiedy to wszystko otrzymał?” — zapytałam.

Bhagavan, głosem pełnym wzruszenia, odpowiedział:

„Od chwili, gdy otrzymał imię Dźńana Sambandha — a więc już od dzieciństwa — śpiewał nieprzerwanym strumieniem poezji i odbywał pielgrzymki. Najpierw odwiedził święte miejsce Thirukolakka. Wszedł tam do świątyni i śpiewał wersety ku czci Pana, wybijając rytm małymi rączkami. Bóg docenił to i podarował mu parę złotych dzwonków do wybijania taktu. Od tego dnia, cokolwiek śpiewał i dokądkolwiek się udawał, złote dzwonki były w jego dłoniach.

Następnie odwiedził Chidambaram i inne święte miejsca, po czym dotarł do ośrodka pielgrzymkowego Maranpadi. W tamtych czasach nie było pociągów. Bóstwo opiekuńcze tego miejsca widziało, jak to małe dziecko pieszo odwiedza święte miejsca. Serce Boga zmiękło ze współczucia. Stworzył więc perłową palankinę, perłowy parasol i inne odpowiednie akcesoria dla sannjasinów, wszystkie ozdobione perłami. Zostawił je w świątyni, ukazał się w snach bramińskim kapłanom oraz Sambandhie i polecił braminom: ‘Przekażcie je Sambandhie z należnymi honorami’, a Sambandhie powiedział: ‘Branini dadzą ci to wszystko — przyjmij’. Ponieważ były to dary od Boga, nie mógł ich odrzucić. Przyjął je więc z czcią, odprawiając pradakśinę i inne obrzędy, a następnie wsiadł do palankiny. Od tej pory podróżował w niej, dokądkolwiek się udawał. Stopniowo zgromadziła się wokół niego służba i powstał mutt. Jednak za każdym razem, gdy zbliżał się do świętego miejsca, schodził z palankiny, gdy tylko ujrzał gopurę (wieżę) sanktuarium, i stamtąd szedł pieszo aż do samego wejścia. Tutaj przyszedł pieszo z Tirukoilur, ponieważ stamtąd widać szczyt Arunagiri.”

Pewien tamiljski wielbiciel zauważył, że ta wizyta nie jest wyraźnie opisana w Periya Puranam. Bhagavan odpowiedział:

„Nie — nie ma jej w Periya Puranam. Jest jednak opisana w sanskryckim dziele Upamanyu’s Sivabhaktivilasam. Sambandha oddał cześć Wirateśwarze w Arakandanallur i dzięki swoim wersetom zyskał przychylność Boga; potem w podobny sposób czcił Athulyanatheswarę. Stamtąd ujrzał szczyt Arunagiri, zaśpiewał z nadmiaru radości i w tym samym miejscu zainstalował wizerunek Arunachaleswary. Gdy siedział tam na mandapamie, Bóg Arunachaleswara ukazał mu się najpierw jako dźjoti (światło), a potem jako stary bramin.

Sambandha nie wiedział, kim był ten bramin. Trzymał on w dłoni kosz z kwiatami. Niewytłumaczalnie umysł Sambandhy przyciągnęło ku niemu jak magnes. Natychmiast, ze złożonymi dłońmi, zapytał: ‘Skąd przychodzisz?’

‘Właśnie przyszedłem z Arunaczali. Moja wioska jest tutaj, niedaleko’ — odpowiedział bramin.

Sambandha zdziwił się: ‘Arunaczala! Ale jak dawno tu przybyłeś?’

Brabin odrzekł obojętnie: ‘Jak dawno? Codziennie rano przychodzę tu, by zebrać kwiaty na girlandę dla Pana Arunaczali, a po południu wracam’.

Sambandha powiedział zaskoczony: ‘Czyż tak? Mówili, że to bardzo daleko stąd’.

‘Kto ci tak powiedział? — odparł starzec. — Można tam dotrzeć jednym krokiem. Cóż w tym wielkiego?’

Usłyszawszy to, Sambandha zapragnął odwiedzić Arunaczalę i zapytał: ‘Czy w takim razie mogę tam pójść pieszo?’

Starzec odrzekł: ‘Ach! Skoro stary człowiek jak ja chodzi tam i z powrotem codziennie, czy młodzieniec jak ty nie może tego uczynić?’

Z wielkim zapałem Sambandha poprosił: ‘Panie, jeśli tak, proszę, zabierz mnie ze sobą’, i natychmiast wyruszył z całym orszakiem. Bramin szedł przodem, a reszta podążała za nim. Nagle bramin zniknął. Gdy orszak rozglądał się w osłupieniu, otoczyła ich grupa myśliwych i obrabowała ich z palankiny, parasola, złotych dzwonków, wszystkich pereł i kosztowności, zapasów, a nawet z ubrań — zostali tylko w przepaskach biodrowych. Nie znali drogi, panował upał, nie było schronienia i wszyscy byli głodni, bo nadeszła pora posiłku. Cóż mogli uczynić?

Wtedy Sambandha modlił się do Boga: ‘O Panie, dlaczego mnie w ten sposób doświadczasz? Mnie to obojętne, ale dlaczego moi towarzysze mają być poddani tak ciężkiej próbie?’

Na te modlitwy Bóg ukazał się w swej prawdziwej postaci i powiedział: ‘Synu, ci myśliwi także są moimi Pramatha Gana (osobistymi sługami). Pozbawili cię dobytku, ponieważ najlepiej jest udać się na adorację Pana Arunaczali bez wszelkiej pompy i okazałości. Wszystko zostanie ci zwrócone, gdy tylko tam dotrzesz. Jest teraz południe — możecie spożyć ucztę, a potem iść dalej’.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 49.99
drukowana A5
za 149.99