Bóg powiedział:
„Pokażę Ci największy ból i największe cierpienie…
A potem pomożesz innym, którzy przez to przechodzą…
...
11: 45 Messenger: Hej Siostra co u Ciebie? Co porabiasz?
11: 47 Messenger: Hej Brat, jest ok.
Zrobiłam sobie kawę, włączam podcast
i zabieram się zaraz za pracę,
bo mam trochę zaległości.
11:50 Messenger: To pracuj, też już kawę wypiłem.
Ogarniam się i zaraz wychodzę załatwić tą sprawę,
o której Ci mówiłem.
12:30 Messenger: I jak załatwiłeś wszystko?
Jesteś już w domu?
Daj znać to zadzwonię zaraz i pogadamy.
12:36 Messenger: Jesteś? Śpisz pewnie ;) Ile można spać?
12:45 Messenger: Halo żyjesz? Puk Puk…
13:30 Tel: dzwoni Asia- Nie odbieram telefonu,
bo wreszcie udało mi się zebrać do swoich obowiązków,
więc muszę je najpierw ogarnąć,
a rozmowa z Asią to jakieś 45 minut wyjęte z ciągu dnia.
13:32 Tel: dzwoni Asia -Nie odbieram ponownie…
13:35 SMS od Asi: Mariusz nie żyje …
Oddzwaniam: Co TY piszesz? Co się stało? Jak? Gdzie?
Zaraz będę… Boże …
...
Siedzę na kanapie, dalej trzymając telefon w dłoni i przez moment chyba nie ogarniam co się dzieje. Łzy zaczynają same napływać mi do oczu. W kilka sekund, mój organizm reaguje na coś, czego umysł, nie jest w stanie jeszcze przyjąć.
Ta tragiczna wiadomość, w całości powoduje u mnie pustkę w głowie. Znikają wszystkie myśli. Nie ma nic.
Dzwonię do brata, ale telefon milczy…
Nie wierzę w to co usłyszałam od Asi. Przecież to nie może być prawdą. Zbieram jakiekolwiek rozsądne, racjonalne myśli, jednak jedyne co teraz potrafię z siebie wydobyć, to tylko jedno zdanie: Boże, co ja mam teraz robić???
Łzy coraz bardziej zaczynają zatykać moje gardło i zaczyna się gonitwa myśli, między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, zaprzeczeniem a stanem faktycznym. Obrazy brata, wspólne chwile, jego uśmiech, głos, przebłyskują mi w myślach jak żywe obrazy. Próbuję coś zrobić, ale za bardzo nie wiem co?
Siedzę dalej, wszystko dookoła zrobiło się jakby mgliste i nie moje. Biorę głębokie oddechy, by się zebrać. Wiem jedno, że muszę do niego jak najszybciej jechać. Jednak każda kolejna próba „ogarnięcia się” nie przynosi żadnego skutku.
Leży na ulicy… Nie żyje… Czekają …
Nawet nie wiem do końca co słyszałam przez telefon. Te wszystkie myśli w jednej chwili zaczynają uciekać w absurdy, detale i zapętlenia. Kiedy mój umysł nie jest w stanie udźwignąć natłoku myśli, ciało przestaje współpracować. Wokół mnie cisza. Nienaturalna i pusta. Czuję, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, trzęsie mnie od środka, kręci mi się w głowie…
Gdzieś w środku mnie, głęboko pod warstwą drżenia i potu, rodzi się przerażająca nadzieja, że to pomyłka. Przecież to niemożliwe…
Może się obudzi. Może to tylko błąd ratowników? Może zapadł w śpiączkę, w jakieś głębokie omdlenie, z którego zaraz go wybudzą kroplówką i mocnym potrząśnięciem za ramię? Przecież nie mógł tak po prostu umrzeć.
Albo to żart, ale głos Asi, to był jej głos, drżący, rozpaczliwy, przez łzy. Asia nigdy nie żartuje z takich spraw. Nigdy…
Mariusz, coś TY zrobił?! Jak mogłeś mnie zostawić tak po prostu samą… Pisałeś do mnie godzinę temu, rozmawialiśmy, ale rzeczywiście… nie odpisałeś do teraz…
Myślałam, że wróciłeś do domu i śpisz…
Boże drogi, co ja mam robić teraz?
Dlaczego tak się stało? Mariusz!!!
1 lipca 2022 r.
Dzieciaki rozpoczęły właśnie wakacje, a wraz z nimi nadeszło upragnione poczucie, że czas przestał istnieć. Można dłużej pospać i nie trzeba każdego ranka szykować kanapek do szkoły. Plecaki rzucone w kąt jeszcze nie zdążyły pokryć się kurzem, gdy kalendarz ogłosił początek pierwszego, wakacyjnego weekendu.
Wybija południe, termometry na zewnątrz bezlitośnie wskazują 37°C, a słupek rtęci zdaje się nie mieć zamiaru przestać piąć w górę. Jak mówią i piszą w mediach, to kumulacja afrykańskich upałów, przechodzących właśnie przez Polskę. To jest ten dzień, kiedy cola z lodem to istny raj dla ciała, a odpoczynek nad wodą daje choć odrobinę wytchnienia. Zapowiadają ochłodzenie w najbliższych dniach.
Muszę dzisiaj przygotować zamówienia, żeby już sobotę mieć w pełni wolną od pracy. W międzyczasie zrobię pranie i ugotuję obiad. Uroki pracy w domu, że możesz robić co chcesz i kiedy chcesz.
Kawa zrobiona, podcast włączony, zaczynam pracować. Plan zamknięcia laptopa punktualnie o 16:00 i przeniesienia się prosto do ogrodu dodaje mi skrzydeł i wprowadza w świetny humor. Uwielbiam upały i słońce.
To będzie idealny piątek!
Jednak to nie był piękny, słoneczny, idealny piątek.
W jednej chwili zmienił się w koszmar, którego nie da się zapomnieć, a najgorsza w tym wszystkim, była przerażająca obojętność otoczenia, które wcale nie drgnęło. To samo niebo, to samo słońce, dom, zwierzęta…
W kilka sekund zmieniło się wszystko.
Nie mam jak tam dojechać. Przez te wakacyjne rozkłady jazdy, bus będzie dopiero za 45 minut. Wszyscy znajomi są w pracy, nikt nie może mnie podwieźć, utknęłam w martwym punkcie.
Po chwili zastanowienia, zamawiam taksówkę, to jakieś 50 minut z dojazdem po mnie i do celowego miejsca. Długie 50 minut, które w tej chwili wydają się być wiecznością, ale nie mam innego wyjścia, muszę czekać.
Matko, co się dzieje? Ogarnął mnie taki chaos, niepokój i lęk. Teoretycznie wiem co robić, ale do końca chyba nie współgram sama ze sobą. Rozsądek nie nadąża za emocjami. Co dalej?
Płaczę i wciąż nie dociera do mnie to, co przed chwilą usłyszałam przez telefon, nie wierzę…
Co się do cholery stało? Boże…
Mariusz co Ty zrobiłeś?!!! Jak mogłeś mnie zostawić!!!
Muszę się jakoś opanować. Ale jak? Czuję, że słabnę, zaraz chyba zemdleję, jeszcze zbiera mnie na wymioty. Biorę kilka głębokich oddechów, ale nic nie pomaga, stresory kortyzolu i adrenaliny biorą górę. Chodzę bez celu z pokoju do kuchni i z kuchni do pokoju, próbując zebrać myśli, siebie i jeszcze przy tym spokojnie oddychać. Czemu nie odebrałam wcześniej tego cholernego telefonu?
Wtedy byłoby szybciej, zdążyłabym na busa. Zaraz byłabym już na miejscu.
Mój umysł zaczyna wariować i w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji, zaczyna tworzyć własne, najmroczniejsze scenariusze tego, co się wydarzyło. Wyobraźnia podsuwa obrazy, których tak naprawdę nie chcę widzieć. Obrazy: jak brat leży na ulicy, jak umiera… Widzę pochylonych nad nim lekarzy, migające światła karetki i tłum gapiów. Czy go bolało? Czy coś mówił? Czy cokolwiek czuł w tej ostatniej chwili? Za chwilę zaprzeczam sama sobie, że to przecież nie może być prawda, to chyba jakaś pomyłka. Bo jak mógł tak po prostu umrzeć, dzisiaj, parę minut temu.
Idę do łazienki i myję włosy, kompletnie nie wiem po co i jaki to ma sens w tej chwili, ubieram się w pośpiechu, biorę torbę i chusteczki. Muszę tam być, jak najszybciej, tuż przy nim.
Wychodzę na zewnątrz domu, zaraz będzie taksówka.
Staram się odetchnąć, próbuję złapać oddech, ale powietrze jest ciężkie i gorące. Jedyna myśl, to żeby tylko szybko dojechać. Chce być tam już z nim jak najszybciej. W głowie multum myśli. To nie ma sensu. Przecież jeszcze dzisiaj wymienialiśmy wiadomości. Żartował, nie wspomniał słowem, by coś było nie tak, że źle się czuje, czy coś go boli. Dlaczego? Przecież nie umiera się tak po prostu, w samym środku dnia, bez pożegnania, bez żadnego słowa.
Ale rzeczywistość jest brutalnie zwyczajna, ona trwa, ignorując fakt, że w tej właśnie chwili czyjś świat rozpadł się bezpowrotnie. Czas stanął w miejscu, a taksówka, która ma być moim ratunkiem, jedzie nieskończenie długo. Denerwuję się z każdą minutą coraz bardziej. Dźwięki na ulicy cichną, ludzie przechodzą obok, słońce parzy, powietrze stoi w miejscu. A ja wciąż czekam, uwięziona w tym koszmarnym czasie. Pragnę tylko być już na miejscu. Wyjmuję z torebki telefon i wyświetlam wiadomości od brata, to jedyny dowód na to, że jeszcze rano świat był normalny. Każde słowo wydaje się teraz pochodzić z innego życia. Próbuję czytać ostatnie z nich, ale wszystko mi się rozmazuje od łez, które same spływają po twarzy. Jak to możliwe, że godzinę temu brat normalnie do mnie pisał, a teraz rozpaczliwy głos w mojej głowie błaga: Mariusz, odpisz… tylko jedno słowo. Proszę!!!
Wreszcie przyjeżdża taksówka, otwieram drzwi i siadam na tylnym siedzeniu, nie mogę powstrzymać łez, lecą same, nie potrafię ich zatrzymać. Płaczę i wycieram nos chusteczką. Taksówkarz, mężczyzna w średnim wieku, spogląda na mnie w lusterku. Pyta, co się stało, czy może mi jakoś pomóc. „Brat mi zmarł… miał 50 lat… wysiadł z taksówki… przewrócił się… chyba serce…” — odpowiadam bez składu i ładu, nie wierząc, że te słowa wybrzmiały z moich ust… „Bardzo mi przykro” — komentuje taksówkarz. Coś jeszcze mówi do mnie: o życiu, umieraniu, ludziach, ale moje myśli są w zupełnie innym miejscu. Mimo grającego radia, nastaje cisza. Ta cisza jest teraz najgłośniejszym elementem całej podroży i to w niej mieszczą się wszystkie pytania, na które nie mam odpowiedzi, a jedynie co ją zagłusza to przeszywający ból w sercu i bezsilność. Jednak w głębi serca czuję i wierzę, że jeśli tylko dotrę tam wystarczająco szybko i krzyknę kilka razy jego imię, potrząsnę nim mocno, to on otworzy oczy, obudzi się…
Prawda o śmierci brata wydawała się zbyt abstrakcyjna, w tym dniu, czasie, tak bardzo nierealna. Przecież mieliśmy wspólne plany, zajęcia, pasje i jeszcze kilkadziesiąt lat na ich realizację.
W jednej chwili wszystko pękło.
Dojechałam na miejsce, nie wiem, ile czasu to zajęło. Czas w pewnym momencie już przestał mieć znaczenie.
Z oddali obraz był jasny: tłum ludzi przelewający się przez progi sklepu i parking wypełniony po brzegi. Przecież to piątek. Weekendowe zakupy. Ludzie pakują do bagażników zgrzewki wody, siatki, śmieją się, a ja… ja przyjechałam tu zobaczyć mojego zmarłego brata. Podchodzę bliżej i rozglądam się gwałtownie, próbując odnaleźć choć jedną z bliskich mi osób, brata, sanitariuszy, ale wokół nie ma absolutnie nikogo ani nic, co wyglądałoby na śmierć człowieka.
Może brat jest już w domu, może to była jakaś chwilowa niedyspozycja zdrowotna albo zasłabnięcie, bo przecież upał jest nie do zniesienia? Gdzie Wy wszyscy jesteście? Może pomyliłam miejsce? Nie ten parking, nie ta ulica.
Dzwonię do Asi, a każde uderzenie sygnału w słuchawce to jak modlitwa o cud i przeogromna nadzieja. „Powiedz, że to pomyłka” — krzyczę w myślach. Ale jej głos jest cichy i martwy. Potwierdza to, czego nie chciałam usłyszeć. Już po wszystkim.
Stałam dokładnie tam, gdzie powinnam. Niestety wszystko się zgadzało, poza obecnością kogokolwiek i tym, że brat jednak…
W jednej sekundzie słońce przestaje parzyć, a parking pełen ludzi znika. Wokół mnie robi się mglisto. Zostaje tylko ja.
Nie zdążyłam…
Już go zabrali …
Nawet zakład pogrzebowy zdążył już odjechać.
Wyobraźnia nie ma litości. Wyświetla mi urywki scen, które działy się tu minuty przed moim przyjazdem. Karetka pogotowia, reanimacja, brat leżący na ulicy, ostre słońce odbijające się w lakierze karawanu i ten charakterystyczny, zgrzytliwy dźwięk suwaka od plastikowego worka, kiedy pracownicy zakładu pogrzebowego wkładają do niego mojego brata. Czarny, przerażający, nie przepuszczający spojrzeń, świata, powietrza, słońca… zwykły worek… Dla mnie jest końcem wszystkiego a przecież to standardowa procedura.
To okropne uczucie, jakby ktoś rozdzierał mnie od środka, podczas gdy świat na zewnątrz po prostu toczy się dalej. Patrzę na ulicę, parking, może coś leży, coś zostało, jakiś ślad… Nie ma nic. Jakby nic się nie stało. Świat szybko i w bezduszny sposób sprzątnął ślady śmierci w kilkanaście minut.
Tak bardzo chciałam go zobaczyć, choćby przez sekundę poczuć pod palcami jego skórę, dotknąć go i wykrzyczeć mu prosto w twarz, że go kocham, dlaczego mnie zostawił, co mi zrobił… ten ostatni raz… Głupie myśli mnie nachodzą, że w miejscu, którym leżał mój brat, ktoś już przeszedł, ktoś zaparkował samochód, jak to możliwe? To wydaje się niemożliwe, nieludzkie. On tam leżał… umarł…
Słońce świeci niewyobrażalnie mocno, ludzie mijają mnie, wracają ze sklepu z zakupami, ktoś spaceruje z psem, ktoś rozmawia przez telefon, dzieciaki jeżdżą na rowerach. Na zewnątrz życie trwa, jak gdyby nic się nie stało. Stoję w centrum tego hałasu, czując, że wewnątrz siebie krzyczę, choć nie wydaję z siebie żadnego dźwięku. Świat po prostu idzie dalej, depcząc po resztkach „mnie”.
Idę kawałek dalej, siadam na ławce, wybieram najmniej widoczną dla otoczenia, przy jakimś drzewie. Dociera do mnie, że to wszystko jest prawdą, że jego już nie ma… Zalewam się łzami, pustką i niewyobrażalnym bólem. Kilkukrotnie uderzam pięścią o ławkę, by wyrzucić z siebie to wszystko, co we mnie siedzi. Tą całą rozpacz, bezradność. Ale to nie pomaga.
Opuścił mnie w jednej chwili, z tysiącem pytań bez odpowiedzi, bez uprzedzenia i bez jednego słowa pożegnania, jakby po prostu wyszedł z pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi na zawsze. Zostawił mnie z tym całym chaosem uczuć, z dławiącym bólem i przerażającą, lodowatą świadomością, że to już naprawdę koniec.
On już nigdy, przenigdy nie wróci, nie zadzwoni, nie pocieszy, nie przytuli, nie odbierze telefonu …
Jego serce… zatrzymało się na zawsze…
Moje… pękło na milion kawałków …
Po południu spotykamy się rodzinne u Asi, żeby ustalić co dalej. Siadamy przy stole, stojącym na środku pokoju od kilkudziesięciu lat. Nieustannie w tym samym miejscu. Każdy z nas ma przy nim swoje ulubione, jakby przypisane miejsce. Dla naszej rodziny to centrum spotkań i spojenia. Pamięta moją babcię i dziadka, tych, których już z nami nie ma, przyjaciół, gości. Widział dziesiątki zdmuchniętych świeczek na tortach, był zasypany prezentami, kartkami z życzeniami i wykwintnymi daniami przygotowywanymi na specjalne okazje. Ale widział też smutek, płacz, ten cichy, spływający po policzkach w samotności nad poranną kawą oraz ten gwałtowny, gdy emocje brały górę podczas kłótni. Kilkadziesiąt lat jest świadkiem naszych słabości i kryzysów, nie oceniając, lecz trwale podpierając nasze kolejne pokolenia. To właśnie przy tym stole: powierzane są największe tajemnice, szeptane bliskim w zaufaniu, podejmowane są życiowe decyzje, które zmieniają bieg rodzinnych losów, odbudowywane są relacje po długich milczeniach, przy wspólnej kolacji. To nasz azyl. To fundament rodzinnej wspólnoty, naszej wspólnoty, na którym zapisuje się historia każdego z nas. I właśnie to jeden z dni, kiedy scala nas w jednym miejscu.
Tak jest i teraz. Płacz, niedowierzanie, cisza przeplatana pustymi, pojedynczymi słowami, nikt nie ma siły rozmawiać. Każdy z nas na swój sposób przeżywa swoje wewnętrzne cierpienie i rozpacz. Ale wszyscy zadajemy sobie to samo, torturujące pytanie: Dlaczego to się stało. Na naszym stole leżą rzeczy brata, które przekazali nam ratownicy: okulary, telefon, portfel. Każde spojrzenie na te przedmioty, uświadamia, że już nic nie będzie takie samo. Co jakiś czas, ktoś z nas dotyka tych rzeczy, ogląda, przekłada, bez jakiegokolwiek sensu, próbując znaleźć jakieś ukojenie albo szukając odpowiedzi na te wszystkie pytania. Patrzę na telefon, ten sam, który jeszcze kilka godzin temu mój brat trzymał w swoich dłoniach i do mnie pisał… Już teraz jest głuchy, cichy, rozładowany. I już taki pozostanie. To wszystko wydaje się być tak nierealne, jakby odległe a jednocześnie namacalne, bo przecież zostały już tylko te rzeczy. Na stole leży jeszcze karta zgonu, wystawiona przez lekarza pogotowia ratunkowego, złożona na pół, by nie czytać jej treści.
Nikt jej nie czyta.
Tylko tyle w kilka minut zostało po człowieku…
To „tylko tyle” jest najbardziej dominujące, puste i tak naprawdę znaczy tyle co nic. Cała złożoność człowieka, jego plany, śmiech, tajemnice i głos, wszystko to, co jeszcze przed chwilą wypełniało przestrzeń między nami, teraz sprowadziło się do tych kilku przedmiotów, które tak naprawdę nie mają już żadnego znaczenia.
Dzielimy się obowiązkami zorganizowania pogrzebu: sprawy urzędowe, kościół, cmentarz, zakład pogrzebowy, powiadomienie reszty rodziny i znajomych. Słowa takie jak: zakład pogrzebowy, pogrzeb czy akt zgonu, przechodzą nam przez gardła z trudem, ale musimy je wypowiadać. Każdy bierze na siebie cząstkę tego ciężaru, by nie oszaleć.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy jesteś w takim bólu, pragniesz tylko samotności, spokoju, ustronnego miejsca do płaczu, to musisz stanąć na wysokości zadania, zebrać swoje odmawiające współpracy ciało, milion myśli i ruszyć do przodu by załatwić wszystkie formalności. Z jednej strony nie godzisz się na to co się stało, a z drugiej chcesz, by to wszystko już minęło, te wszystkie procedury, pożegnania, pogrzeb…
Nie pamiętam, co działo się przez kolejne dwa dni z wyjątkiem kilku zdarzeń. Zapewne organizowaliśmy pogrzeb i wszystko co z nim związane. Prawdopodobnie jadłam, piłam, odpowiadałam na pytania, płakałam. Ale kiedy ból stał się zbyt wielki, by mogło go udźwignąć jedno serce, psychika zaciągnęła hamulec bezpieczeństwa.
…
03.07.2022 r.
„Mariusz, jak mogłeś mi to zrobić?
Mieliśmy tyle planów?
Tak po prostu odszedłeś,
bez uprzedzenia, bez słowa…
To chyba jakiś żart jest.
Gdzie Ty jesteś, co ja mam teraz zrobić?
Boże, to wszystko jest nie do ogarnięcia.
Nie mogę w to uwierzyć.
Nie mogę się uspokoić. Łzy lecą mi jak z kranu,
boli mnie głowa.
Jeszcze ta wyobraźnia, że leżysz gdzieś
w jakiejś zimnej chłodni…
Boże drogi nie dam rady!!!”
…
04.07.2022 r.
„Kupiłam Ci ubranie …do trumny.
Nie, może bardziej na nowy start gdzieś tam,
gdzie może kiedyś się spotkamy.
Ciekawe czy coś tam jest, czy nie ma nic,
jak zawsze twierdziłeś.
Będziesz tam elegancko wyglądał ;)
Czekam na kuriera i Twoje zamówione ubrania,
chciałam jeszcze przeprać koszulę,
żeby ładnie pachniała, ale nie wiem, czy zdążę…
Lubiłeś ładnie pachnieć… Tylko dlaczego już?
Tak szybko?
Dlaczego nie wróciłeś, kiedy Cię reanimowali???!!!
Mieliśmy tyle marzeń jeszcze, tyle spraw do obgadania,
tyle podcastów do przesłuchania…
Ty tam, ja tutaj nadal w natłoku wszystkiego…
U nas gorąco, ciężko nadal zasnąć w nocy…
Od trzech dni mam psychiczne sny,
bez jakiegokolwiek sensu.
emocje mi się kotłują.
Ale Ciebie w nich nie ma.
Jest mi tak źle, że nawet nie masz pojęcia.
Płaczę cały czas.
Mam nasze orzeszki…
Boże, dlaczego????
Braciszku, daj znać czy Ci tam dobrze.
W życiu, nie pomyślałabym, że wywiniesz mi taki numer.
Jak mogłeś! Nie taki był nasz układ. To wszystko tak boli…
Byłeś mi najbliższy.
Zmarnowaliśmy tyle czasu i tak mało było nam dane
cieszyć się nim wspólnie. A ty po prostu odchodzisz,
właśnie wtedy, kiedy byliśmy tak blisko...Muszę coś robić …
Zwariuję zaraz z tej rozpaczy i pustki… Tak boli…”
…
05.07.2022 r.
„Zrobiłam Ci Memoriał na Fb.
Piszą Twoi znajomi, nie wierzą,
składają kondolencje.
Jedziemy dzisiaj do zakładu pogrzebowego
wybrać wszystko.
To przerażające dopasowywać do Ciebie
trumnę, urnę, kwiaty, nekrolog.
Na razie się trzymam, ale nie wiem jak długo.
Jest ponuro, chłodniej, zaczyna padać deszcz…
Asia zrobiła ksero z Twojego notatnika.
Są tam Twoje wiersze.
Jest taki wiersz:
„Chciałbym być powietrzem
Którym co dzień oddychasz
Chciałbym być wiatrem
Buszującym w Twoich włosach
Chciałbym być wodą
W którą zanurzasz swoje ciało
Chciałbym być suknią
W którą się wsuwasz
Chciałbym być całym Twoim życiem
Ale to i tak za mało”
Już jesteś wszystkim, co niewidoczne
i niezrozumiałe dla nas tutaj na ziemi.
A swoją drogą, nie pokazałeś mi nigdy tych wierszy.
Chyba rodzinne to pisanie u nas
sentymentalnych opowiastek ;)
Mógłbyś chociaż dać znać, czy jest fajnie tam u góry.
Miałam nadzieję, że do mnie przyjdziesz, jakkolwiek,
ale nic nie czuję, może jeszcze nie możesz…
A może faktycznie nic tam nie ma.
Jak gdzieś tam jesteś to ukochaj wszystkich ode mnie,
Znajdź mamę, dziadków, Pamelę i powiedz,
że ich kocham…
Idę się ogarniać, czekam na tego cholernego kuriera
i jadę do Asi,
potem jedziemy razem do zakładu pogrzebowego
ustalić wszystko.
Rysio nas zawiezie. Czuję głód, ale nic nie zjem.
Tom mówi, że ktoś zabrał Cię do siebie,
byś dalej się nie męczył na tym świecie.
Chyba ma w jakimś stopniu rację.
Tam już nie masz zmartwień
i kłopotów z ziemskiego życia.
Ja dalej nie mogę w to uwierzyć.
Było Ci ciężko tutaj, wiem…,
ale przecież wszystko mieliśmy powolutku układać.
Niby Cię nie ma, ale z tyłu głowy mam nadzieję,
że wrócisz, napiszesz- złudne to…
Boję się kolejnych dni, nie wiem, czy dam radę,
pożegnanie, pogrzeb…”
…
Zamówiłam bratu ubranie …do trumny.
Białą koszulę, czarne klasyczne spodnie, bieliznę i buty.
Przeglądałam dziesiątki stron, mrużąc zapłakane oczy przed monitorem, żeby tylko nie wychodzić do ludzi. Nie miałam siły krążyć między sklepami z opuchniętą twarzą i w fatalnym stanie ogólnym. Wybrałam rzeczy eleganckie, klasyczne, godne na tą ostatnią drogę. Miały być u mnie na konkretny dzień, miały czekać, ale ubrań nie ma nadal. Jak to możliwe, że z dostawą jednej paczki kurier ma opóźnienie, a skrytka paczkomatowa z drugą częścią odzieży, zacięła się z brakiem możliwości otwarcia zdalnego przez operatora. Do pogrzebu już tak blisko, czas staje się wrogiem. Denerwuję się, że nie dojadę do zakładu pogrzebowego na czas z tymi ubraniami. Niestety, czekając do ostateczności, paczki z odzieżą nie dotarły do moich rąk. Wszystko nie tak, jak powinno być. Nie lubię takiego zamieszania. Zbieg okoliczności? Pech?
Mówię do niego: „Wiesz co brat, robisz fochy nawet teraz, pewnie za bardzo eleganckie te ubrania jak dla Ciebie i nie podobają Ci się. Skoro tak, to prowadź mnie po takie ubranie, jakie chcesz”.
Miałam mało czasu, bo byliśmy umówieni na konkretną godzinę w zakładzie pogrzebowym, ale zebrałam się szybko i pojechałam na te cholerne zakupy w konkretne miejsce.
Deszcz kropi, jest ponuro i zimno. Ciąg sklepików z odzieżą na niewielkim, miejskim ryneczku. W pierwszym sklepie: bielizna i dżinsy czarne, rozmiar jest, wszystko mi pasuje-kupuję. W drugim sklepie: wizytowa koszula, biała z krótkim rękawem z delikatnym czerwonym akcentem-kupuję, a w kolejnym: buty sportowo-eleganckie, granatowe z czerwoną wstawką idealnie pasujące do koszuli- kupuję. Wszystko, o dziwo jest, w rozmiarze, kolorze i stylu jakim chciałam, albo jakim brat chciał. Moje „eleganckie ubranie” symbolizujące powagę śmierci, ceremonii i pogrzebu, stało się bez znaczenia, kiedy to On „chciał” autentyczności i wspomnienia go takim, jakim był naprawdę.
Mam wszystko, teraz trzeba dostarczyć odzież do zakładu pogrzebowego.
Nie wiem, czy to przypadek z tym opóźnieniem dostaw, czy jakieś „siły wyższe” zadziałały, ale dziwna to była sytuacja. Aż dwie przesyłki nie docierają na czas?
Raczej takie rzeczy się nie zdarzają…
…
06.07.2022 r.
„Cześć Braciszku
Wczoraj był ciężki dzień.
Byliśmy załatwić formalności w zakładzie pogrzebowym.
Pojechałam z Ryśkiem i Asią.
To miejsce jest tak bardzo specyficzne, naprawdę.
Pan, który nas przyjął, coś mówił,
ale nie dało się oderwać wzroku od tych wszystkich
akcesoriów pogrzebowych.
Urny: jasne, ciemne, drewniane, z granitu, złocone,
kwadratowe, okrągłe, dla dzieci.
Krzyże srebrne, złote.
Nekrologi, tabliczki, mini pojemniczki na prochy,
katalogi z wieńcami. Szczerze mówiąc,
piękne te wszystkie rzeczy.
I choć miejsce to kojarzy się ze smutkiem,
i bólem jest pięknie.
Rozmawialiśmy o formalnościach, ceremonii,
przekazałam ubrania, Asia dała różaniec.
Starałam się trzymać, ale łzy napłynęły mi do oczu,
kiedy trzeba było wybrać urnę i tabliczkę.
Asia poprosiła mnie, żebym wybrała urnę,
bo byłam z Tobą najbliżej,
ale w zasadzie zrobiliśmy to wspólnie w trójkę.
Ciemny orzech z lekkim połyskiem,
kwadratowa z lekkimi spadami od góry po bokach,
z delikatnym krzyżykiem,
miła w dotyku, prosta, ale zarazem elegancka
i ładnie się prezentująca.
Do tego przybranie z delikatnych
jasnych storczyków i róż,
Łapię się na tym, że chcę napisać do Ciebie jak zawsze.
Dziwny lęk mam, strach czasami w środku…
Dzisiaj po południu z Asią rozwiesiłyśmy nekrologi.
To naprawdę się dzieje.
Twoje imię, nazwisko, wiek, informacja o mszy i pogrzebie.
Te czarne litery na białej kartce są takie smutne.
Czasem jak widzę jakiś nekrolog, zatrzymuję się i czytam…
Potem mam odrobinę zadumy, szczególnie,
kiedy widzę nekrologi ludzi młodszych lub
w podobnym wieku do mojego.
Nie wiem czemu, ale widząc sędziwy wiek,
mam wrażenie długiego, pięknego życia,
choć przecież nie zawsze tak jest.
Odwaliłeś mi taki numer z tymi ubraniami,
ale zawsze byłeś uparty ha ha…
Masz teraz dżinsy, koszulę i extra butki w Twoim stylu.
Będziesz bardzo ładnie wyglądał.
Boję się zobaczyć Ciebie jutro, muszę być silna.
Pogoda dzisiaj do bani. Pada, wieje, 18stopni.
Oby w piątek było ładnie i nie padało.
Siedzę, myślę i piszę do Ciebie.
Nie mogę się zebrać do niczego innego.
Obojętność na wszystko.
Taka pustka i niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę.
Gdzie Jesteś, czy gdzieś krążysz, czy już jesteś
po tamtej stronie, czy tam coś jest?
Ugotowałam krupnik,
nie cierpię gotować w przeciwieństwie
do Ciebie.
Posprzątam trochę jeszcze u siebie.
Ten gołąb na drzewie …siedzi i patrzy…
Przyszła mi sukienka, trochę za długa
i buty na Twój pogrzeb.
Boże drogi, jak to brzmi okropnie.
Planowaliśmy tańce na ślubie moich dzieci
a Ty po prostu się zawinąłeś do cholery.
Powiedz mi, dlaczego tracę wszystkich, których kocham,
którzy coś dla mnie znaczyli?
Jak to jest, że menele chodzą po ulicy
a normalni ludzie odchodzą?
Nie rozumiem tego wszystkiego.
Ty już pewnie to wiesz.
Tak sobie pomyślałam, że jeśli coś jest po tej drugiej stronie,
dasz mi znać. Jaki sens to wszystko ma?
Braciszku, dlaczego mnie zostawiłeś… Tęsknię tak bardzo.
Odezwij się proszę!!!”
Dzień pożegnania
Nie otworzą trumny, bo stan ciała na to nie pozwala.
Pracownik zakładu pogrzebowego woła mnie do siebie i pokazuje mi w swoim telefonie zdjęcie brata leżącego w trumnie.
Twarz ma zasłoniętą białą tkaniną, jest dobrze ubrany, wszystko pasuje, ręce splecione z różańcem od Asi. Jest pięknie, jeśli można tak rzec, patrząc na jakby nie było już zwłoki. Ale to przecież dalej mój kochany brat. Jest w tym widoku jakaś dziwna, surowa estetyka, precyzyjność, ale jest też niepokój, chłód, pustka, czegoś brak. Dziwnie się czuję. Nie jestem zadowolona z całej tej sytuacji, trochę inaczej wyobrażałam sobie nasze pożegnanie. Czuję złość, że już go nie zobaczę, choć na moment. Brakuje mi tego fizycznego potwierdzenia, dotyku dłoni, który przez lata był tak oczywisty. Brakuje widoku Jego twarzy, choćby i zastygłej w śnie, bym mogła powiedzieć: „Tak, to on. To mój brat”. Tej fizycznej bliskości, by pożegnać się z nim tak naprawdę. Ten ostatni raz choćby małą chwilkę na niego spojrzeć…
Ale jest tak, jak zawsze mówił pewnym głosem, z tym swoim przekornym uśmiechem i uporem, że nikt nie będzie go oglądał po śmierci.
I tak właśnie było. Wygrał.
Wchodzę do kaplicy pożegnalnej.
Przestronna, piękna i zimna. W części głównej białe, jasne marmury dopełnione czarnymi elementami wykończenia i dekoracji. Ściany boczne zdobione są ciężkimi cegłami, na suficie olbrzymie żyrandole. W centralnej części pod ołtarzem, na podwyższeniu stoi zamknięta jasno brązowa trumna. Przy jej bokach, na czarnych postumentach świece. Obok duże stojące kompozycje kwiatowe. I ten charakterystyczny zapach: mieszanki wosku pszczelego z palonych świec, kadzidła oraz intensywny aromat świeżych lilii. Lubię ten zapach. Wszystko idealnie dopracowane w perfekcyjnym ładzie.
Siadam w pierwszym rzędzie po prawej stronie, najbliżej jak mogę. Nie ma ławek tylko krzesła. Siedzę nieruchomo, a dłonie same splatają się na kolanach. Cały ten klimat wnętrza, zapach powodują smutne, specyficzne, ciężkie uczucia. Chłód paradoksalnie pomaga mi zachować kontakt z rzeczywistością, ale przestrzeń wokół przytłacza. Wzrok uporczywie ucieka ku złotej tabliczce na trumnie.
Litery są: wyraźne, czarne, ostateczne:
Ś. P., Mariusz…
żył 51 lat…
krzyż…
Cicha, nastrojowa muzyka pobudza do refleksji i wspomnień.
Słyszę za plecami stłumiony szloch. Ktoś nerwowo wyciąga chusteczkę, ktoś inny szura krzesłem. Te ludzkie odruchy, kaszel i pociąganie nosem, to jedyne dowody na to, że wciąż jesteśmy po tej stronie.
Myślę nad tym wszystkim, myślę co było i co będzie dalej… Bezsilność i rozpacz są nie do zniesienia, co jakiś czas wycieram łzy, próbuję być silna, ale to za wiele. Mija godzina, ktoś z obsługi ceremonii, pokazuje, że czas kończyć. Godzina by pożegnać kogoś, kogo się tak bardzo kochało…
Wstaję, choć nogi mam jak z waty, podchodzę bliżej do trumny, do brata. Siadam na podeście i dotykam ręką zimnej deski trumny, puszczam mu na pożegnanie Jego ulubioną piosenkę. Dźwięki niosą się po prawie pustej przestrzeni, maskując ciche skrzypce w tle. Jakże trafne słowa:
„Tam na dnie, został Twój ślad, głęboko tak,
Twoja muzyka we mnie gra…
Tam na dnie, został Twój ślad i moja łza…
Bo świat się pomylił…”
Melodia i słowa piosenki powodują, że ból jeszcze mocniej ściska, serce pęka z cierpienia, nad płaczem nie umiem już zapanować. Zamykam oczy i przez chwilę, w rytm tej melodii, żegnam się z nim. Dźwięki stają się bezpieczną przystanią, jedynym miejscem, gdzie czas na moment zwalnia. W tej krótkiej chwili między uderzeniami serca a nutami, pozwalam mu odejść. Mówię do Niego w swoich myślach, nikt inny nie usłyszy, powierzając wszystkie niewypowiedziane słowa, podziękowania i obietnice. Tłumaczę swój żal i dziękuję za każdą wspólną sekundę. Choć odpowiedź jest tylko echem w mojej głowie, te słowa są najważniejszym, co mam do oddania, moją ostatnią, najszczerszą modlitwą o jego spokój. Mam nadzieję, że Jest obecny. Nie jako wspomnienie, ale jako On, który ogrzewa to zimne drewno pod moimi palcami.
Świat faktycznie się pomylił, odbierając nam Ciebie zbyt wcześnie, ale ta muzyka… ona sprawia, że przez te kilka minut czas stoi w miejscu. Wyciska wszystko co możliwe z serca. Zostawiam Bratu tę melodię. Niech Go prowadzi spokojnie, wysoko, do Boga, bliskich, gdzie już nic nie boli, nie ma cierpienia a serce wypełnia miłość i szczęście, a ja będę musiała nauczyć się żyć w świecie, który stracił swój najpiękniejszy dźwięk.
Każdy żegna Mariusza na swój sposób. Jedni podchodzą bliżej, dotykają trumny, inni z daleka.
W centralnej części gasną światła. Mężczyzna w eleganckim stroju i białych rękawiczkach gasi świece i wyjeżdża z trumną z kaplicy. Nie idziemy już patrzeć, jak kremują Jego ciało… to za wiele…
To naprawdę koniec. Koniec Jego drogi na ziemi. My zostajemy tutaj, w tej gęstej ciszy, bez Jego głosu, śmiechu, to uczucie tak bardzo boli. Zanim wyjdę na zewnątrz, biorę ostatni, głęboki wdech tego chłodnego, pachnącego powietrza.
Na zewnątrz lekko kropi, ktoś przechodzi obok. Wracam z rodziną, w ciszy, każdy ze swoim ciężarem, myślami, emocjami…
Nic nie mówimy do siebie…
Co dalej? Dalej jest życie. Inne, cichsze, bez niego, ale wciąż moje. Świat na zewnątrz pędzi dalej, nieświadomy, że właśnie zamknęła się Jego księga życia, a dla mnie zakończył się jeden z jej rozdziałów. Niespodziewany, gwałtowny, ogromnie bolesny i co najgorsze nieodwracalny.
Dzień pogrzebu
Założyłam długą, czarną sukienkę, zrobiłam makijaż, ułożyłam włosy, na ten ostatni, ciężki, kulminacyjny dzień.
W zasadzie to chcę, żeby było już po wszystkim. Zabieram jeszcze kwiaty i chusteczki.
Kościół znam, to kościół moich dziadków. Byłam w nim kilkadziesiąt razy w moim życiu. Duży i przestronny, ale piaskowy kolor ścian, ciepłe światło sprawiają, że jest przyjemnie. Witraże okienne przepuszczają lekkie promienie słońca. Za ołtarzem wisi obraz Matki Boskiej Wniebowziętej w złotej ramie. Na ścianach obrazy Drogi Krzyżowej, Jezusa i Jana Pawła II. Byłoby całkiem miło, gdyby nie rodzaj mszy świętej, na której jestem.
Nie pamiętam, gdzie siadam i kto siedzi obok, ale z pewnością jest to miejsce blisko ołtarza. Na podwyższeniu, na środku stoi urna z białymi kwiatami, z boku duże wieńce z lilii i róż, ozdobione szerokimi szarfami z napisami: „Kochanemu Synowi…”, „Kochanemu Mariuszowi…”, „Kochanemu Bratu…”
Twarze wokół znajome, a jednocześnie obce, rozmyte za niewyraźnym od łez spojrzeniem. Ktoś podchodzi do urny zostawia kwiaty, ktoś inny robi znak krzyża, przyklęka, a reszta jak to w kościele, ogląda wszystko i wszystkich. Ludzie poruszają się jak w zwolnionym tempie, a dźwięki docierają stłumione.
Rozpoczyna się ceremonia. Ksiądz ukazuje się w pełnym świetle, a jego postać dominuje w przestrzeni dzięki dostojności fioletowej szaty. Złota błyszcząca, mieniąca się nić, haft krzyża, podkreśla powagę uroczystości. Piękne te ornaty mają trzeba przyznać, idealne. Msza Święta trwa: modlitwy, kazanie, Ojcze Nasz, Komunia Święta, ogłoszenia… Kapłan po raz ostatni poleca duszę Mariusza Bogu, modląc się o miłosierdzie, zbawienie duszy, odpuszczenie jego grzechów oraz o pocieszenie dla pogrążonej w żałobie rodziny. Ministranci przynoszą: kadzidło i kropidło, zakładają księdzu pelerynę i białe rękawiczki. Kiedy już obrzędy zostają zakończone a zapach kadzidła i gęsty dym rozlewają się po kościele, zaczyna wybrzmiewać symboliczna, uroczysta pieśń pogrzebowa: „Anielski Orszak”. I choć kojarzy nam się z pożegnaniem bliskich, tak naprawdę, tekst jest przepełniony nadzieją i prośbą o wieczne ukojenie. To moment przekazania życia Bożego z rąk ludzkich. w ręce stworzeń niebiańskich- aniołów, a ostatecznie, w ręce samego Boga.
Wywołuje zawsze ucisk w sercu i płacz, nie wiem co jest w tej pieśni czy słowa, melodia, ale wydaje mi się, że mimo pozytywnego tekstu, który mówi o teologicznej wizji „drogi do domu”, nadziei, że po trudach ziemskiego życia, osoba zmarła przekracza próg nieba, gdzie czeka na nią pełnia szczęścia i odpoczynek, którego nie daje świat doczesny, nasze serce w tym momencie rozrywa poczucie bólu, straty i pustki. Ten dysonans, między obietnicą wiecznego szczęścia, o której śpiewamy, a fizycznym brakiem bliskiej osoby, który tak bardzo boli, wywołuje ogromne napięcie emocjonalne. Płacz, rozładowuje to napięcie emocjonalność.
Panowie z zakładu pogrzebowego zabierają urnę, kwiaty, a my wychodzimy za nimi.
Z cmentarza pamiętam tylko jakieś wyrywkowe sceny.
Wiem, że stałam blisko grobu i z pewnością wszystko widziałam, ale nic nie potrafię sobie konkretnego przypomnieć.
Pamiętam, że naprzeciwko stał ministrant z krzyżem, po lewej stronie ksiądz, w oddali „Ona”. Nie pamiętam nic konkretnego.
Z pogrzebu mojej mamy, mając wtedy 7 lat, pamiętam tylko, jak kolega z klasy, będący na ceremonii uśmiechnął się do mnie. Z pogrzebów innych bliskich, też jakieś pojedyncze sceny, tylko migawki, nie potrafię odtworzyć żadnych konkretnych obrazów, mimo próby przypomnienia sobie czegokolwiek.
Psychika ludzka jest niesamowita. Wyparła i wymazała to, czego serce nie potrafiło udźwignąć, a mózg odciął dostęp do dramatycznych wspomnień.
Skończyło się…
Została tylko czarna sukienka w szafie i ta melodia w sercu, która wraca w najmniej niespodziewanych momentach, przypominając, że pożegnania, nigdy nie kończą się naprawdę.
…
08.07.2022.
„Kochany Braciszku
To były ciężkie dwa dni.
Wczorajszy był dla mnie gorszy,
niż dzisiejszy pogrzeb.
Ta trumna i w wyobraźni Ty tam leżący.
Nie mogłam Cię zobaczyć.
Puściłam Ci ulubioną piosenkę Twoją i moją.
Mam nadzieję, że Ci się podobało.
Było mi cholernie ciężko.
Rysiu mówił, że, większość czasu jakoś się trzymał,
ale przy tej muzyce pękł…
Ta myśl, że już Cię nigdy nie zobaczę,
że nie pośmiejemy się już razem, nie powygłupiamy,
to jest straszne!!!
Dlaczego mnie zostawiłeś, dlaczego!!!
Byłeś dla mnie takim wsparciem, wiedziałam,
że zawsze, wszędzie mogę na Ciebie liczyć.
Jak mam dalej żyć bez Ciebie.
Twój głos, śmiech i to Twoje: „siostra” …
cały czas tkwi we mnie.
To co zbudowaliśmy przed tą tragedią,
było czymś innym,
niesamowitym, jakąś magią,
nie potrafię tego wytłumaczyć …
Można mieć aż tak bratersko-siostrzaną relację?
I choć byłeś moim ciotecznym bratem,
to zawsze byłeś jak mój rodzony.
Tyle chwil radości, które razem przeżyliśmy, tyle łez.
Łez smutnych i tych z wygłupów i śmiechu. a teraz te,
które lecą ciurkiem na tekst, który piszę do Ciebie.
Nasze rozmowy, smsy, pierdolety, wspólny czas.
Nie ma nic już.
Niewyobrażalny ból w sercu.
Tak bardzo to wszystko jest do d…
Cały czas wydaje mi się,
że to jakiś amok, że znowu wyjechałeś,
że za chwilę przyjedziesz do mnie.
Dzisiaj pożegnałam Cię tutaj na ziemi.
Były momenty, że chciałam myśleć, że tam,
gdzie teraz jesteś
czujesz ulgę, szczęście, ale ludzki ból
i moje cierpienie
zwyciężyły a łzy wygrały. To egoistyczne wszystko.
Kiedy Cię reanimowali, ktoś podał Ci tą czystą,
pełną miłości, ulgi i spokoju dłoń.
A Ty ją przyjąłeś. Jesteś już pewnie z dziadkami,
moją mamą, Anią, którą tak bardzo kochałeś.
Wiesz, zawsze przylatywały do mnie dwa gołębie.
Dla mnie to mama i babcia. Teraz jest trzeci….
Mama moja jest dla mnie bardzo ważna,
ale tak naprawdę znam ją tylko ze zdjęć i opowiadań.
To inny ból straty…
Być może los oszczędził mi tego prawdziwego bólu,
jakim jest strata matki,
ale też dał mi życie, bez poznania tego co to jest ta
prawdziwa miłość matczyna, jaką czuje się od mamy.
Patrzyłam w kościele, na cmentarzu
czy może dasz mi jakiś znak,
coś zobaczę, poczuję… Ale nic…
Są takie zjawiska, że chce się wierzyć,
że jest to coś po śmierci…
A może nie ma nic….
21:43
„Słucham mojego ulubionego jasnowidza.
Oczywiście chcesz czy nie,
ale jak zawsze będę Ci relacjonować jego przeczucia ;)
Wybacz, musisz słuchać jak zawsze. K. jest THE BEST ha ha
Będzie wizja, zaraz Ci napiszę co mówi …i zacina,
OOO będzie drugi kanał tylko o jasnowidzeniu. Ale super.
Lubię takie klimaty.
Widzę jak się „cieszysz” Skupia się
(no niestety nie wącha kaloszy) ha ha ha
Pamiętasz, jak bolały nas brzuchy ze śmiechu…
Zawsze się śmiałeś z tych audycji,
ale jak opowiadałam to słuchałeś ;) ;)
W głębi serca pewnie w coś wierzyłeś.
I po słuchaniu, Asia dzwoni.”
…
09.07.2022 r.
„Obudziłam się po 8:00,
ale zasnęłam jeszcze.
Chyba najcięższe emocje puściły…
Tak boli mnie głowa,
źle się czuję. Kręci mi się wszystko.
Wiesz, boję się, że ta Twoja śmierć
to początek czegoś.
Ciężko mi myśleć o czymkolwiek.
Jak tu się pozbierać po wszystkim,
jak tak boli, jak żyć dalej.
Boże tyle dni, które
prześmialiśmy razem, przegadaliśmy.
Sekrety rodzinne o których wiedziałeś tylko Ty i te
o których wiedziałam tylko ja, były już wspólne.
Dlaczego akurat Ty?
Dlaczego Bóg Cię zabrał, dlaczego Ciebie?
Byłeś jeszcze młody, wszystko miało Ci się ułożyć,
miałeś plany.
Kur.… nie dam rady już.
I tak już nic nie ma znaczenia.
Jesteś a za chwilę Cię nie ma.
Nie wierzę w to wszystko.
Bóg, Energia, Siła
co tam chcesz jest dobry i miłosierny?
Ciekawe to jest. Jaki to Bóg.
Zaczynam wątpić w to wszystko.
Ty już wiesz, co jest dalej albo nic nie wiesz,
bo Cię po prostu nie ma.
Gdzie ta dusza co wędruje, żegna się, stuka, puka,
zrzuca przedmioty, powiewa chłodem?
Czekam tu na Ciebie,
daj jakiś znak, cokolwiek, bo zwariuję.
Mam nadzieje, że wszystko co zrobiłam dla Ciebie
w ostatnich dniach podobało Ci się.
Że byłeś obecny.
Dla mnie był to bardzo ciężki i trudny tydzień,
wykańczający fizycznie,
ale przede wszystkim psychicznie.
Wszystko jak w jakimś śnie, tak jakby się działo,
ale nie do końca.
Muszę żyć dalej bez Ciebie, nie wiem jak…
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak się stało.
Tak najwyraźniej miało być.
Cierpimy bardzo mocno.
Wszyscy.
Czas, który był nam dany był krótki, ale wiem też,
że dał nam poczucie troski, bezpieczeństwa,
wsparcia, pomocy.
To były tylko nasze chwile, nasze podcasty,
które wspólnie słuchaliśmy,
rozmowy na wszystkie tematy,
zwierzenia, o których nikt inny nie wiedział,
kawa, orzeszki i słonecznik…
Tego nikt nam nie zabierze już.
Mnie zostało tylko wspominać ten czas.”
…
10.07.2022 r.
„Cześć Braciszku
To już 10 dni bez Ciebie. Czasem wydaje mi się,
że zadzwonisz, napiszesz. Cisza…
Nadal nie byłeś u mnie, nie dałeś znaku,
Dlaczego?
Ale wiem, że byłeś u swojej mamy, czuła Twoje papierosy
i u Tereski.
Pisała, że w nocy pies wariował, biegał po schodach,
warczał, zachowywał się dziwnie.
Więc, chyba coś jest.
Może odwiedzasz wszystkich po kolei, czekam cały czas…
Nie mam ochoty się z nikim spotkać,
ani nawet wyjść na spacer.
Jestem jednak samotnikiem. Cisza i spokój to moje życie.
Nie cierpię butików i galerii handlowych.
Jutro muszę się zebrać do pracy,
bo zaległości się nazbierało z tych wszystkich dni.
Jakoś tak wszystko do d… Nie ma radości w tym życiu gdzieś…
Jest mi źle i strasznie smutno.
Mam nadzieję, że czujesz spokój Kocham Cię Braciszku!!!
Dziwne myśli mnie nachodzą ostatnio, że pójdę do Ciebie…
Nie zabieraj mnie do siebie, ja nie mogę jeszcze.
Mam dzieci, muszę żyć.
Zresztą życie bez matki jest trudne wiem to po sobie.
Proszę Cię, prowadź mnie i opiekuj się mną.
Wiem, że możesz to zrobić … Ale muszę jeszcze żyć.
Chroń mnie na tyle ile możesz.
Tak myślę, że w naszej rodzinie to jakieś fatum
z tym umieraniem. Odchodzą Ci, którzy powinni zostać
a matki chowają swoje dzieci. Za szybko…
1 i 2 lipca powinny być szczęśliwymi dniami,
Początek wakacji, słońce, lato, radość.
Dla mnie dwa ciężkie dni Ty i Mama.
Nie byłam gotowa na to co się stało, na stratę Ciebie.
Nie umiem zrozumieć, dlaczego muszę to ja ciągle cierpieć.
Taki ból i rozpacz, bezsilność…
Rozumiem, że taki jest bieg życia, ale do cholery,
dlaczego w takim momencie, teraz,
w tak bolesny sposób. Wiem, że tam, gdzie Jesteś jest lepiej.
Mówiłeś zawsze, że chyba nic tam nie ma.
To jest czy nie ma?
Oj Braciszku, teraz śmiejesz się ze mnie,
bo ja przecież zawsze
te swoje paranormal, wizje, duchy… Mówiłeś, że to głupoty.
Zimno mi, chyba skarpety ubiorę, dzień jak jesień dzisiaj.
Herbatkę zrobię. Dzisiaj nie płakałam, ale nadal czekam,
żebyś mnie pogłaskał, przyśnił mi się, coś zrobił…
Tak pusto jest bez Ciebie.”
…
12.07.2022 r.
„Nadal czekam na Ciebie
Pojechałam z Asią do Twojej Mamy,
chciała żebyśmy ogarnęły Twoje rzeczy:
ubrania, dokumenty, notatki, pamiątki…
niewiele ich było.
Twoje ubrania, w których chodziłeś,
jeszcze pachniały Tobą.
Kiedy zobaczyłam Twoją kurtkę,
w której przychodziłeś do mnie,
po prostu ją przytuliłam i pękłam…
Morze łez i znów ten nie do ogarnięcia ból.
Wyszłam na balkon ochłonąć i pogadać z Tobą.
Ciężko mi było uspokoić się.
Wzięłam kilka ubrań dla ojca,
reszta do worka i do Caritas.
Tak myślę sobie,
że po mnie też tak kiedyś ktoś „posprząta”.
W takich chwilach życie i byt tutaj nie ma sensu.
Co wart jest markowy portfel czy firmowe ubranie,
jak w jednej chwili nie ma już nic.
Wiersze z szuflady, notatki, zdjęcia…
Może przejmą dzieci na jakiś czas,
ale z biegiem lat wyblakną
i pójdą do śmieci.
Dzieci będą mnie pamiętać, wnuki- jest to możliwe,
prawnuki raczej nie… I nie ma Cię.
Nie ma Twoich rzeczy, Twojego domu, samochodu,
pamiątek, zdjęć. Nie ma nic.
W historii zapamiętują się osobistości historyczne,
artyści, aktorzy, politycy…
A reszta umyka tak po prostu.
Tacy jak my przepadają po dwóch pokoleniach.
Smutne to i przykre. Zapominamy tak szybko,
Jedyna nadzieja to ta,
że spotkamy się jeszcze kiedyś…”
…
13.07.2022 r.
„Nadal Cię nie ma. Chyba nasz układ nie działa,
nie ma Ciebie, nie ma nic…
Miałeś dać znać, jeśli coś jest dalej.
Dzisiaj słonecznie, ale wieje. Nie mogłam spać w nocy.
Budziłam się. Zrobiłam dwie kawy. Dla Ciebie oczywiście
w Twoim kuble i dla mnie… -to chore…
Pijemy razem ;) Może przyjdziesz… jakoś,
Zamieszasz tę kawę… zrób cokolwiek
Moje oczy płaczą, serce wyje… Gdzie Wy wszyscy jesteście,
tak bardzo brakuje mi Was!!! Gdzie Twoja dusza Braciszku.
Tak bardzo chcę wierzyć, że jest to coś,
że Was jeszcze spotkam i uściskam.
Ostatnio mam taki mętlik w głowie na temat wiary Boga
i tego całego życia… Bóg chyba jest, ale każdy ma swojego
i wierzy w co chce. Cała reszta nie ma sensu.
Ale niech będzie. Nie mam wiary na teraz.
Nie mam już siły walczyć z tym wszystkim.
Mam tylko ból, cierpienie, brak miłości
i jedną wielką cholerną pustkę, …”
…
14.07.2022 r.
„Źle mi dzisiaj, dużo myśli w głowie, nie mam siły.
Do d… to wszystko.
Serio!! Mam takiego doła, nie mogłam spać,
ryczałam jak dziecko o 4 w nocy.
A Ty sypiasz tam? Jak tam jest?
Muszę dać Ci odejść w spokoju.
To trudne, bardzo trudne.
Muszę przestawić biurko,
nie mogę patrzeć na Twoje puste krzesło,
Widzę Cię jak pracujesz, śmiejesz się, milczysz
dołujesz się, jak rozmawiasz…
Pamiętasz, jak miałam kiepskie dni, a Ty mówiłeś do mnie:
„Siostra mów coś!!! Żyj!!!!”
Boże, kto by przypuszczał, że to słowo nabierze innego
znaczenia za jakiś czas.
Pisaliśmy do siebie: żyjesz?
Teraz ja krzyczę do Ciebie ŻYJ!!!!!
Twoja śmierć to chyba jakaś farsa. Bóg Cię zabrał, bo???
Byłeś mu potrzebny??? A my? Twoja mama, ja, Asia.
Bóg daje nam wolną wolę, ale…
Czy ma prawo zabierać dziecku matkę a matce dziecko?
Nie ogarniam tego już.
Mam taki żal, złość do Boga.
Ale też jestem mu wdzięczna za moje zdrowe, kochane dzieci,
może to moje powołanie na ten byt tutaj.
Być dobrą matką…, bo sama jej nie miałam.
TY miałeś ciężkie dzieciństwo,
ja też, ale ponoć dobro powraca,
moje jakoś zakręca nawet na prostej.
„Ananasek,” jak to mówiłeś na młodego,
mówi, że dziwnie bez Ciebie, że wujek był fajny i wesoły.
Pamiętasz, jak chodził i marudził, że go noga boli
i nie może sprzątać?
Tylko wyszedł za bramę i noga przestała boleć,
zasuwał na rowerze jak rakieta. Ale się wtedy uśmiałeś…
Nawet po jakimś czasie jak Ci się przypomniało,
nie mogłeś wytrzymać. Boże… gdzie ten Twój śmiech…
Wiesz Braciszku, w sumie to miałeś dobrą śmierć.
Szybko, kilka sekund, bez męczarni. Jak to jest? Czułeś coś?
Widziałeś siebie? Światło, tunel, bliskich.? Czy jest Bóg?
Jedni umierają miesiącami, w cierpieniu, drudzy szybko.
Inni sami odbierają sobie życie a kolejnym odbiera je ktoś.
Tragicznie.
Jaka to logika jest? Od czego to zależy?
Tyle pytań bez odpowiedzi.
Tak mi brakuje Ciebie, łapię się na tym,
że widzę coś w internecie i chcę Ci wysłać,
to tak boli nadal. Nie mogę Cię usłyszeć, zobaczyć.
Nie wiem, jak to wytrzymam dalej.
Ale wiesz, Twoje odejście dało mi bardzo wiele do myślenia,
z każdym dniem bez Ciebie,
staram się doceniać
swój każdy dzień życia.
To, że dzieci mają mamę, że ja je mam, że są zdrowe.
Kocham je bardzo i oddałabym wszystko dla nich.
Moje zdrowie dopisuje., z ojcem jest różnie, sam wiesz,
ale jakoś to jeszcze ogarniam Chyba kwestia przyzwyczajenia
przez tyle lat.
Chcę być lepszym człowiekiem
Wiesz, to tak, żeby nie mieć wyrzutów sumienia,
za swoje czyny, gesty, słowa
jeśli ktoś odejdzie niespodziewanie.
Mam trochę do nadrobienia.
Wiem jedno, że w stosunku
do Ciebie zawsze byłam szczera, otwarta, pomocna.
Dałam Ci miłość, opiekę, troskę. Pomagałam, ile mogłam.
Nawet nie zdążyłam dojechać by Cię zobaczyć ostatni raz…
Ty to zrobiłeś, opóźniałeś wszystko po kolei.
Brakło mi 15 może 20 minut,
by być zanim Cię zabrali…
Nie mogę się zebrać do niczego, trochę popracowałam,
ale już nie daję rady.
Jest fajna pogoda, świeci słońce, wiaterek lekko wieje.
Nie mam dnia dzisiaj na nic, kawa też jakoś mi nie smakuje,
jestem bez mocy i energii totalnie.
Sońka szczeka dzisiaj jak głupia.
Jak to mówiłeś: „ma dyżur”. Tyle rzeczy mi się przypomina,
które razem przeżyliśmy, słowa, teksty nasze…
a teraz taka pustka. Słucham muzyki,
nic innego nie dam rady teraz zrobić,
nie potrafię się skoncentrować
na niczym przez dłuższą chwilę.
Opiekuj się mną Braciszku jak możesz.
Ukochaj dziadków, mamę
i Pamelę. Babcia miała takie delikatne dłonie,
skórę aksamitną, pamiętam…
Pamela była dla mnie kimś bardzo ważnym,
wyjątkowym mimo wszystko.
choć większość rodziny jak wiesz jej nie tolerowała,
pamiętam, jak się śmiała.
Byłyśmy blisko ze sobą. Miesiąc przed śmiercią była u mnie,
płakała, żaliła się na swoje zdrowie, mówiła, że traci wzrok…
Teraz wiem, że, była się pożegnać.
Tyle razy prosiła: Beata przyjedź do mnie,
a ja nigdy nie miałam czasu.
Kiedy zmarła, miałam ogromne wyrzuty sumienia.
Wiesz, ona zawsze dzwoniła w moje urodziny, zawsze
Ale wtedy ten jeden raz, już nie zadzwoniła…
zmarła 4 dni po moich urodzinach.
Nikt nie poinformował mnie o jej pogrzebie,
dowiedziałam się kilka dni po pochówku.
Nie pożegnałam się z nią.
Ona w przeciwieństwie do Ciebie śniła mi się bardzo często,
tak jakby chciała coś mi przekazać. powiedzieć.
Po każdym śnie modliłam się.
Myślę, że przychodziła uspokoić mnie,
żebym odpuściła, ten ciążący mnie ból.
Mamę znam teoretycznie tylko ze zdjęć i opowiadań,
ale nawet TY mówiłeś, że była fajną, dobrą ciocią dla Ciebie..
Pewnie byłaby też cudowną mamą, super babcią.
Mam w pamięci kilka scen z nią,
migawki z jakiś sytuacji.
Ale 1 lipca 1986 r, pamiętam bardzo dobrze.
Byłyśmy z Tereską na podwórku przed blokiem,
było bardzo gorąco.
Ojciec zawołał nas do domu. W przedpokoju było dużo ludzi,
ale pamiętam tylko małego Rysia w spacerowym wózku…
W pokoju wszyscy klęczeli,
babcia z dziadziusiem siedzieli po lewej stronie łóżka.
paliła się gromnica i okna były zasłonięte.
Mama leżała, miała głowę po mojej prawej
stronie i monety na oczach…
Ktoś powiedział że mamusia umarła…
I tak klęczałam, nie wiem jak długo, nie płakałam chyba…
Po latach dowiedziałam się, że mama chciała żeby nas zawołać,
że chciała nas zobaczyć ale ojciec się nie zgodził.
Przez lata miałam żal do niego… Jak można matce,
nie dać się pożegnać z dziećmi i jak można dzieciom
nie dać się przytulić do umierającej matki…
Nie pojęte to dla mnie jako matki.
Długo mi zajęło by mu to wybaczyć.
Z pewnością chciał nam oszczędzić tych ostatnich chwil mamy.
Sam z pewnością cierpiał niewyobrażalnie.
To w sumie tyle z zapisków w pamięci.
Ale co można pamiętać do 8 roku życia.
Wiesz, w szkole, czy na podwórku, wśród rówieśników
zawsze czułam się gorsza.
Ta świadomość, że nie mam mamy sprawiała,
że miałam wrażenie,
jakby wszyscy patrzeli na mnie z politowaniem.
Przedstawienia w szkole, laurki, mamy koleżanek …
było ciężko czasem.
I o ile w szkole podstawowej wszyscy wiedzieli co się stało,
to w liceum o tym, że nie mam mamy,
wiedziało tylko kilka koleżanek.
Czemu miałam taki stan wstydu, inności,
poczucia niższości nie wiem.
Za to szybko dojrzałam emocjonalnie, co wyszło mi na plus
z perspektywy czasu.
Kiedy przeżywałam trudności, było mi źle, w młodych latach,
w myślach krzyczałam do niej: Mamo pomóż mi!!!
Ech…. Boli to wszystko.
Tereska pisała, że miała sen:
Widziała naszą mamę i Ciebie razem.
Może to właśnie nasza mama, a Twoja chrzestna,
wyszła Ci naprzeciw, by Cię przywitać tam na górze.
Może ten sen to znak, że jesteście tam wszyscy razem.
Że warto czekać na ten swój czas
by do Was kiedyś dołączyć…
23:02
Wiesz, poznałam dzisiaj pewnego człowieka,
który powiedział mi bardzo mądrą rzecz,
albo ja tak czuję, bo próbuję znaleźć
jakiekolwiek rozwiązanie i ulgę…
Ponoć Bóg zabiera wybranego
człowieka w najlepszym dla niego momencie,
nie umiem tego wytłumaczyć.
Po prostu, nie patrzy na to,
że my cierpimy tutaj na ziemi,
że kogoś potrzebujemy,
tylko patrzy na człowieka, którego zabiera.
On wie, że dla tego wybranego
człowieka czas na ziemi dobiegł do końca,
a role jakie miał zagrać
i czyny jakie miał wypełnić,
już są gotowe do zamknięcia.
Od kilku dni poznaję pozytywnych ludzi,
jakieś wartościowe teksty wpadają mi do czytania.
Ale nie mam jeszcze siły by to wszystko zdrowo
rozsądkowo przemyśleć
Dobrej Nocy Braciszku”
…
15.07.2022 r.
„Hej Braciszku, dzisiaj jest lepiej,
staram się zrozumieć, że to co
Ciebie spotkało było dla Ciebie najlepszym rozwiązaniem.
To był Twój czas.
Muszę to zrozumieć i dać Ci w spokoju przejść na drugą stronę.
Nie mogę tylko myśleć o swoim cierpieniu.
Nadal to trudne i boli, ale próbuję jakoś zrozumieć.
Będę o Tobie pamiętać, wspominać wszystko,
nasze wspólne chwile i całą resztę.
Nie było nam dane być razem w tej naszej
bratersko siostrzanej relacji na dłużej.
Może to właśnie cały sens tego naszego odnowienia więzi.
Może tak miało być, że te 3 lata, były przeznaczone nam.
Na nasz wspólny czas. na odbudowę tego co było,
poznanie siebie nawzajem
w radosnych chwilach i smutnych,
ale już w dojrzałej dorosłości.
Straciliśmy pół życia na kłótnie, nieodzywanie się do siebie,
każdy poszedł w swoją stronę. Ty wyjechałeś.
Pamiętam, jak wróciłeś po tylu latach.
Kiedy weszłam do Asi,
Ty tam już byłeś, przytuliliśmy się i łzy poleciały.
Pamiętam, jak siedzieliśmy przy stole a co gorsze,
siadłeś na moim rodzinnym miejscu ha ha.
Ech… Teraz ustąpiłeś mi miejsca na resztę lat…
Cała przeszłość jakby uleciała wtedy, jakby jej nie było.
Żadne z nas nie wspominało o starych dziejach.
Zaczęliśmy nowy rozdział od zera.
Poznaliśmy się w kilka miesięcy,
tak naprawdę szczerze, dojrzale.
Ty dziwiłeś się, że jesteśmy tak podobni do siebie.
Że mam taki charakter, że bez słów potrafimy
siebie odczytać nawzajem.
Mówiłeś: „Myślałem, że jesteś inna na co dzień”
A jeszcze mi się przypomniało jak za młodych lat,
po jakiejś imprezie u babci, zabrałam Cię na disco.
Potem Ci powiedziałam,
że Jesteś za stary na takie zabawy ha ha.
Dzieliła nas różnica 9 lat. Ale wtedy byłeś stary. Ha ha
Żałuję, że została mi teraz tylko powspominać
w pustce i samotności.
Przecież tyle mieliśmy jeszcze do zrobienia,
tyle planów, spraw do obgadania,
tajemnic do odkrycia.
Teraz jestem tutaj sama z naszymi
marzeniami, nieprzegadanymi sprawami.
Pracowałam cały dzień, wypiję herbatę i idę spać.
Pada deszcz.
Jest duszno.
Wiesz, dzisiaj gdzieś słuchałam, że zwierzęta
nie mają duszy, że nie spotkamy ich już nigdy.
A nasz ulubiony jasnowidz mówi, że mają i to właśnie
w jego słowa chcę wierzyć ha ha
Dobranoc Tęsknię bardzo”
…
16.07.2022 r.
„Braciszku, wszystko ma jakiś sens…
Twoja śmierć też.
Zaczynam rozumieć.
Boli strasznie, ale to był ratunek
dla Ciebie i dla mnie jednoczenie.
Może sam nie możesz
i podsyłasz mi tych wszystkich ludzi,
którzy przekazują mi te
wszystkie wartościowe treści.
Jestem CI wdzięczna, że pchasz mnie,
by zrozumieć sens tego wszystkiego…
staram się bardzo…
Bądź szczęśliwy tam, gdzie
Jesteś, odejdź w spokoju i miłości ….
Ja kiedyś dołączę…”
…
17.07.2022 r
„To już 16 dni, kiedy Cię nie ma…
Miałam pierwszy sen
z Tobą. Dziwny, ale wiem już do kogo są te Twoje
niewysłane listy (opowiadam osobisty sen)
Płaczę, to wszystko boli nadal, piszę do Ciebie
prawie codziennie bez składu i ładu.
Tak jak mi serce i myśli nakazują.
To chyba taka moja terapia na cierpienie, pomaga mi,
ale przecież nie mogę tak pisać do Ciebie latami.
Muszę dać Ci spokój i pozwolić odejść.
Wiesz, mnie to chyba też tak trafi jak Ciebie któregoś dnia…
Bum i mnie nie ma ….
Tyle wszystkiego się nawarstwiło:
TY, ojciec, reszta problemów…
Wyglądam źle, płaczę prawie 16 dni,
oczy podpuchnięte, twarz zmęczona, smutna.
Muszę się ogarnąć, bo mi 10 lat doszło na
wyglądzie. Słaba jestem i nie mam energii. Ech…
Odezwę się później,
obiecałam usmażyć dzieciom placki”
…
18.07.2022 r.
„Mam taki kryzys,
łzy same lecą mi z oczu, nie mam siły
już walczyć z tym bólem, pustką.
Cały czas dociera do mnie jak to możliwe,
że Ciebie nie ma. Takie to smutne wszystko.
Nie potrafię się ogarnąć i iść do przodu,
chyba nawet się cofam.
Chciałabym nad morze, woda mnie uspokaja,
ale nie mam, jak pojechać…
Strasznie mi ciężko…
Wróć choć na moment, proszę!!!
Daj mi jakikolwiek znak, że mnie słyszysz
że gdzieś Jesteś,
Proszę!!!
Nie dam rady już tak dłużej…
Tak mi brakuje Ciebie…”
…
19.07.2022 r.
„Ten zeszyt, w którym piszę do Ciebie.
był w Twoich rzeczach,
bez żadnej zapisanej kartki.
Wzięłam go sobie.
Zrobiłam w nim zapiski z babci notesika,
z wszystkimi datami rodzinnymi.
Wiesz, że dziadziuś, gdyby żył miałby 107lat
a babcia 95lat.
Moja mama 75lat
Ale to wszystko ulotne jest.
Może to głupie, ale zapisałam też
w tym zeszycie swoje
hasła, piny, tak na wszelki wypadek.
Są też nazwiska i telefony osób,
które mają być poinformowane,
gdyby coś mi się stało.
Jakieś zapiski i notatki osobiste.
Kocham Cię Braciszku”
…
20.07.2022 r.
„Odejdź w spokoju Braciszku
Tęsknię… Czekaj… Kocham…
Jeszcze będziemy szczęśliwi…”
…
21.07.2022 r.
„Zabierz mnie do siebie Braciszku
Nie daje już rady, gdybyś był…
Tak bardzo mi Ciebie brakuje,
tak boli to wszystko!!!
Nie jestem silna, jestem słaba Pomóż mi…”
…
25.07.2022 r.
„Już nie będę pisać do Ciebie, musisz odejść,
ja muszę żyć dalej.
Żegnaj DO ZOBACZENIA”
…
28.08.2023 r
„Witaj Braciszku, Minęło już tyle czasu, odkąd Ciebie nie ma.
W zeszłym roku, po Twojej śmierci poznałam
Twoją przyjaciółkę Iwi z Anglii, tą o której mi opowiadałeś.
Bardzo cierpiała, gdy dowiedziała się o wszystkim.
Wspaniała kobieta. Tyle w życiu przeszła tragedii
a mimo to walczy dalej.
Też ma straszne kryzysy związane z Twoim odejściem.
Piszemy ze sobą co jakiś czas.
Pamiętam, jak opowiadałeś mi,
że jak była w Polsce, to spotkaliście się na mieście.
Mówiłeś, że było bardzo miło,
że porozmawialiście, pośmialiście się.
Byłeś bardzo zadowolony z tego spotkania.
Ona też bardzo miło Cię wspomina,
nawet wydaje mi się, że gdyby nie odległość,
która Was dzieliła, moglibyście stworzyć coś fajnego
A Ty tak naprawdę zawaliłeś sprawę, braciszku.
Taką kobietę wypuściłeś z rąk.
Była w Polsce, spotkałyśmy się na żywo, ja, Asia i Iwi.
Pewnie domyślasz się, gdzie było spotkanie…
tak na cmentarzu, u Ciebie nad grobem.
Chciała iść do Ciebie na grób,
pożegnać się i spełniła swoje pragnienie.
Myślę, że dało jej to choć trochę spokoju ducha.
Płakała, bardzo przeżywała.
Super kobieta, naprawdę, mądra,
z doświadczeniem i do tego ładna.
Gdybyś był tutaj nakopałabym Ci do tyłka i popchnęła
do działań. Ale może spotkacie się już w innym świecie
z lepszą perspektywą i bliżej siebie…
Ten świat tutaj nie był dla Was…
Kocham Cię Braciszku.
Tęsknię bardzo. Do zobaczenia, czekaj na mnie”
…
18.06.2025 r.
„Już prawie 3 lata, gdy Ciebie nie ma …
Ból ten sam,
choć już nie paraliżuje, żyję, pracuję jest ok.
Dużo się działo, dobrych i złych dni,
ale przetrwałam.
Wiesz, kiedy mi źle, mówię do Ciebie,
proszę byś mnie poprowadził.
Wiem, że czuwasz przy mnie.
Czy to działa nie wiem…
Myślę, że w jakimś stopniu tak.
Zrozumienie Twojego odejścia pomogło…
Żyję dla dzieci i reszty,
powoli zaczynam myśleć o sobie choć to trudne.
Tak bardzo mi Ciebie brakuje, tak bardzo…
Głosu, śmiech, Ciebie…
Mam dalej Twój kubeł.
Wszyscy wiedzą, że jest nie do ruszenia,
Czasem, gdy mi źle robię dwie kawy z nadzieją,
że zajrzysz do mnie.
Często myślę o Tobie.
Rzadko jestem na cmentarzu,
ale chyba pamięć ta
wewnętrzna jest ważniejsza.
Rysiu zrobił Ci piękne litery na pomniku, jest ładnie.
Kocham Cię!!!”
…
26.06.2025 r.
„Oby nasze drogi jeszcze kiedyś się spotkały
Tęsknota jest najgorszym bólem dla duszy
Do zobaczenia Kochany”
…
3.07.2025 r.
„Kochany… Minęły już 3lata.
Byłam na cmentarzu u Ciebie i mamy.
Leżysz sobie tam z dziadkami, Anią…
Mama sama sobie leży,
pewnie dołączy tam kiedyś mój tata,
ale po tym jak Ty odszedłeś, to nigdy nie wiadomo,
kto, kiedy i gdzie opuści ten świat…
Tak trudno uwierzyć, że czas tak szybko leci.
Bardzo szybko.
Dzisiaj dzień jak każdy inny.
Uwielbiam te momenty, kiedy nie ma nikogo w domu.
Ten błogi spokój i cisza.
Brakuje mi Ciebie bardzo,
Twojego głosu, śmiechu.
Tak myślę, że gdybym dołączyła do Was 3.07.
byłoby idealnie.
W końcu „3” towarzyszy mi od zawsze i wszędzie.
1,2,3 lipca, takie trio smutnych dni,
na refleksję i wspomnienia.
Lato, moje ulubione ciepło, słońce…
cudownie…
Ale jeszcze nie teraz, chcę żyć.
Jest różnie jak to w ziemskim życiu,
ale chcę być z dziećmi, pomagać im,
zobaczyć ich partnerów,
żony, mężów, ślub, wnuki.
Babcia Beatka ha ha fajnie.
Wiem, jakie to smutne uczucie,
gdy na ważnych uroczystościach
nie ma tej bliskiej osoby.
Pragnę morza,