E-book
6.83
drukowana A5
34.27
Kwadratura koła

Bezpłatny fragment - Kwadratura koła


Objętość:
230 str.
ISBN:
978-83-8155-649-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.27

Cztery dramaty z fantastycznymi zdarzeniami.

„…jeżeli stworzyło się w głowie poety podług praw boskich, jeżeli natchnienie nie było gorączką, ale skutkiem tej dziwnej władzy, która szepce do ucha, nigdy wprzód nie słyszane wyrazy, a oczom pokazuje nigdy, we śnie nawet nie widziane istoty…”Juliusz Słowacki

Klepsydra z kości

Osoby dramatu:

Hrabia Złotoryj Fagas- otyły gość ubrany w mundur szlachecki, wojskowy, ale bardziej niż nietypowy, barokowy.

Kleofantynka-na na głowie harfa, a miast nosa as pik z kart wzięty, 30—35 lat, urodziwa.

Piszczelarz- Straceniec Wspaniały- w kościach, podobny przedstawianej śmierci do tego kask astronauty; na kasku trupia czaszka z rodzaju tych pirackich. Płaszcz też w kości, piszczele. Buty także.

Jednostka Gwiezdna- Dama w świecących luminescencjami blaskach, na głowie dwie aureole, nimby- jedna większa, druga mniejsza. Suknia dowolna, albo w meduzowatych kształtach, także luminescencje.

Pion π0- robot pokładowy, liczne zalety, cyberstrój wedle uznania.

Rademenes- w szatach i Nemes.

Trzech dostojników w szatach (podobnych habitom, czerwony, zielony, niebieski).

Akt I
Scena I

(Dwór hrabiego Złotoryja Fagasa, opuszczony. Hrabia i Kleofantynka siedzą przy stole. Nad nimi zegar bardzo współczesny, cernowaty. Oświetlenie uv, czerwień bije od muszli ustawionej trochę w rogu. Sceneria trochę barokowa, trochę secesyjna, śródziemnomorski klimat jednak wybija się na plan pierwszy)

Hr. Złotoryj: (dołącza się Kleofantynka po pewnym czasie, intonują wiersz)

Lustrzany język

Zegar asymilowany psychoneurozą

Projekcje dyscypliny nanotechnologicznych oświeceń

W którą stronę zmierzasz gdy plączą ci się odmienne rzeczywistości

Wśród plazm zawieszanych w częstotliwościach dzielących się niczym komórki.

Nigdy nie zdarzyłem się ponownie aby utwierdzić nieścisłości i zapadanie się materii

W halucynacjach orgiastycznych przepowiedni oraz skoordynowanych zbrodni

Zdaje mi się że odnalazłem w końcu sens istnienia i jest położony względem mnie symetrycznie z lekkim przesunięciem w stronę nieistnienia.

Majaki wychodzą z mej głowy i biegną w strony nieskończone, tam gdzie przebywam przyglądając się sobie.

Wkrótce rozpoznam ostateczną możliwość wynoszącą mnie w różnorodne warianty

A wtedy rozpędzę się strumieniowo i nareszcie będę przepadać za sobą cofając się ku temu co nadchodzi

Nie świadczy to o mnie wcale źle, tylko wytrawiono stal i moje dawne imię objawiło mi możliwe znaczenie.

Nic więcej.


(Siadają. Ktoś puka do drzwi. Nie reagują, chwila ciszy. Drugi raz ktoś puka, także brak reakcji-zajmują się sobą, trzeci raz Kleofantynka wybiega z pokoju-sceny, wraca i siada do stołu, gzie siedzi hrabia).

Hr. Złotoryj:

— Wygląda na to, że dwór całkiem opuszczony, i tylko wiatr gościnnie otwiera gdzieniegdzie okna i drzwi, aby umilić nam swoim towarzystwem te chwile samotne, a nawet rozpaczliwe rzekłbym.

Kleofantynka: (zaniepokojona)

— Już trzeci raz ktoś zapukał do drzwi, a gdy poszłam otworzyć, okazało się iż nikt tam nie stoi, ani tez nie nalega aby wejść w nasze progi.

Hr. Złotoryj:

— A bo to nieraz już tak bywało, żem ledwie wystawił głowę za progi, a już zdaje się, iż wszystko ucichło, by ponownie zdarzyło się wtedy, gdym już na dobre wrócił do swoich niekoniecznie ledwo co powziętych zajęć. Tak w koło parę razy. I nie wiadoma, czy to żarty ktoś sobie stroi, czy tez jakiś gość jeszcze się waha, a może zwiastun jest to czegoś jeszcze innego, o czym nawet domyślać się jest trudnym zabiegiem.

Kleofantynka:

— Wichry wieją, burze grzmią

Dzieci żałośnie się drą

Jednakowoż nie przychodzi nikt

Jak zwykle wygrywa as pik.

Hr. Złotoryj:

— Miast na nosie Kleofantynko, lepiej zagraj na harfie.

Kleofantynka:

— Jeszcze sobie fryzurę zepsuję.

Hr. Złotoryj:

— Masz czas jeszcze, by być damą dworu, więc nie musisz sprzyjać rycerskim zachciankom w żadnej postaci.

Kleofantynka:

— Czy rycerze, czy kamraci, nie są oni też mego roztrzepania warci.

Hr. Złotoryj: (z lekkim naciskiem broniąc sprawy)

— Warci, czy też nie warci, nie jest jeszcze pora.

Kleofantynka:

— Tak, ledwie im puszek choćby taki na brodzie rośnie, i też jeszcze nie zaprawieni są w bojach.

Hr. Złotoryj:

— To wtedy giermkami najczęściej stają się, lub nimi są, do stanu rycerskiego jednakże jest im po drodze, choć nie wiadomo czy niedaleko.

Kleofantynka:

— No ale, może być, że jedne jakiś czyn rycerski giermka doprowadzi go natychmiast do rycerskiego stanu.

Hr. Złotoryj:

— Może i tak być ale nieczęsto się to zdarza.

Kleofantynka:

— A jak często?

Hr. Złotoryj:

— Tak często, iż na taki czyn trzeba czekać z lat dziesięć, a rycerze taki czyn potrafią jeszcze przed śniadaniem dokonać.

Kleofantynka:

— A gdy zjedzą śniadanie, to się wylegują potem przez cały dzień.

Hr. Złotoryj:

— To zależy od tego czy jest czas na odpoczynek, czy tez trzeba stanąć w szeregi zbrojne.

Kleofantynka:

— Ja raz widziałam bitwę i przypadła mi ona do gustu; napisałam nawet wtedy wiersze oraz skomponowałam muzykę na harfę (tyka swej główki).

Hr. Złotoryj :

— Tuszę, iż mi je kiedyś przedstawisz.

Kleofantynka:

— Jak tylko znajdę łupinkę orzecha, gdzie schowałam poemat.

Hr. Złotoryj:

— Może znalazła ją jakaś wiewiórka i ukryła w dziupli.

Kleofantynka:

— To jak rozłupie orzeszka w zimowy wieczór, to dowie się czegoś o naszych zwyczajach i będzie jej miło.

Hr. Złotoryj:

— Albo nauczy się wojennego rzemiosła, słuchając rad i zaleceń fachowca

Kleofantynka:

— Można by się istotnie dopatrzyć jakichś uwag, odnośnie zwłaszcza uzbrojenia.

Hr. Złotoryj:

— A odnośnie taktyki?

Kleofantynka:

— Mianowicie, jak choćby się przeprawić przez jezioro, aby nie zostać zjedzonym przez krokodyle.

Hr. Złotoryj:

— A więc wiewiórki mogą rozpoczynać swoje batalie wojenne.

Kleofantynka:

— Mogą, a nawet wiedzą jak używać katapult.

Hr. Złotoryj:

— Bardzo dobrze, to czeka nas wiewiórcza wojna, z dodatkiem wszystkich sztuczek, włącznie ze szpiegostwem.

Kleofantynka:

— No chyba że orzeszek znajdzie króliczek, a wtedy będzie to królicza batalia.

Hr. Złotoryj:

— Co do tego to akurat bym się nie martwił, nikt nigdy nie zbadał dokładnie króliczej norki.

Kleofantynka:

— A to dlaczego?

Hr. Złotoryj:

— Bowiem króliki nie mają czy to w naturze, czy też w zwyczaju prowadzenia wojen.

Kleofantynka:

A więc co mają w zwyczaju.

Hr. Złotoryj:

— Szycie sobie kubraczków z futerek.

Kleofantynka:

— Ach tak, zajmują się modą (z uwielbieniem w stronę króliczków).

Hr. Złotoryj:

— Paryskie wybiegi, albo włoskie otwierają przed nimi swoje podwoje.

(Ktoś wali do drzwi, mocno)

Kleofantynka:

— A to kto?

Hr. Złotoryj:

— Pójdę sprawdzić, zawsze może to być wiatr, ale kto tam wie.

(Wchodzi Piszczelarz Wspaniały, rozbiera się z płaszcza, wiesza go na wieszaku w kształcie konika morskiego )

Piszczelarz:

— Witaj hrabio, jak się miewasz?

Hr. Złotoryj;

— Zagramy w kości?

Piszczelarz: (zbywa aluzję)

— Spragnionymi głodnym, co proponujesz?

Hr. Złotoryj:

— Rosół, albo barszcz na kościach, więc?

Piszczelarz:

— Świniaka o złotym ryju, albo inne paskudztwo poproszę, fagasonie.

Złotoryj:

— Skoro uprzejmości mamy już z głowy, może opowiesz co ciebie sprowadza.

Piszczelarz: (spostrzega Kleofantynkę)

— Chętnie, ale widzę, że ktoś tutaj prócz ciebie zasiada sobie w najlepsze. Kim jest ta osóbka i czy zagra nam na harfie, czy też na nosie.

Kleofantynka: (przedstawia się)

— Bardzo mi miło, jestem Kleofantynka Dukat. Za to kim pan jest, może powinnam się domyślać, ale nie za bardzo.

Piszczelarz: (podnosi kask, po czym zamyka)

Jestem Piszczelarz-Straceniec Wspaniały.

Kleofantynka:

— Czy powinnam o panu słyszeć, czy tez jest pan cieniem swojej wspaniałej postaci.

Piszczelarz:

— Niejedną flotę uświetniłem swoją obecnością, dzięki czemu chwała i splendor, zawieszone są na trochę grubszym sznurze, a nie jak u większości na cienkim włosku.

Złotoryj: (wesoło)

— Nie wpadną do zupy, a jeśli to może im tylko buty powpadają do tej potrawki.

Piszczelarz:

— Też nie. Odpowiednie obuwie, to i nie upada ot tak samo sobie.

Kleoantynka:

— Czy jest pan piratem?

Piszczelarz:

— Oczywiście skarbie i rozdaję kuksańce gdy tylko mam na to ochotę.

Kleofantynka:

— A czy bęcki też?

Piszczelarz:

— Nie widzę specjalnej różnicy do czasu, gdy poleje się niucha.

Złotoryj:

— W tym wypadku muszę przyznać, że i ja posiadam podobne odczucia.

Kleofantynka:

— Wiec obuwie musi mieć pan wygodne, by nie przeszkadzały panu w walce.

Piszczelarz:

— Niejedne to cholewki już poszły w zapomnienie lecz nie sądzę by był to temat do sentymentalnych wzruszeń.

Złotoryj:

— Bowiem niejeden kamrat wie, ileż to razy trzeba było dać nogę przed srogim wymiarem względnej czy też ślepej sprawiedliwości.

Kleofantynka:

— Może sprawiedliwość powinna nałożyć okulary?

Złotoryj:

— Gdy ciemno i noc, to i kurze trudniej znaleźć ziarno, więc może też raczej nie powinnam wnikać w detale.

Piszczelarz:

— Może sama powinna zdjąć to i owo, to jest pochwalić się, miast machać mieczem na oślep.

Złotoryj:

— Acha, ty niemniej jednak widzę, żeś niejako w podróży?

Piszczelarz:

— Spragnionym widoku starego kompana, i widzę iż on w wyśmienitym towarzystwie.

Kleofantynka:

— Dziękuję, jest pan uprzejmy. Nie za nadto, ale uprzejmy.

Złotoryj:

— A więc co sprowadza, albo gdzie niesie?

Piszczelarz:

— Wielki mu Kantu został zagrożony, a to za sprawą skradzenia z jego wysokich wież dokumentu, który z pewnością znalazł się w rękach najętych przez wrogie mocarstwo Faru rabusiów, opłaconych sowicie.

Dokument ów zawiera plany wojennej technologii i był skrzętnie przetrzymywany w wielkim sekrecie i tajemnicy przed wrogimi zakusami, a także przed zwykłymi złodziejami, którzy bez problemu mogli go wymienić na złote monety.

Złotoryj:

— A twoja rola, jaka jest w tym, czyi tobie co przypada w udziale?

Piszczelarz:

— To co zwykle, parę trupów oraz fortuna.

Złotoryj:

— Niech się toczy!

Piszczelarz: (wtórując)

— Koła tego nikt nie przeoczy!

Złotoryj:

— A dokładniej?

Piszczelarz:

— Moim zadaniem jest wykraść owe dokumenty przynieść je w zębach.

Złotoryj:

— A co zamierzasz?

Piszczelarz:

— Zamierzam je wykraść, a następnie zastanowię się. Poza tym mam zamiar prosić cię o przysługę, nie ze względu na dawne czasy, ale w ogóle.

Złotoryj:

— W czym rzecz.

Piszczelarz:

— Chcę, żebyś mi towarzyszył.

Złotoryj:

— A co z Kleofantynką?

Kleofantynka:

— No właśnie, mnie nikt nie spytał.

Piszczelarz:

— Kleofantynka będzie asem w rękawie.

Złotoryj:

— A więc Kleofantynko, zgadzasz się?

Kleofantynka:

— Mogę być jeszcze dukatem, albo harfą, ale bycie asem w rękawie tez mi się podoba; tylko o mnie nie zapomnijcie.

Złotoryj:

— W takim razie pozwól że ci potowarzyszę.

Piszczelarz:

— Pozwalam i to z ochotą.

Złotoryj:

— W takim razie ruszamy.

Scena II

(statek kosmiczny Piszczelarza, otoczony przez gwiezdną przestrzeń. We wnętrzu widzimy tych dwóch nieustraszonych pogromców galaktyk, jak operują przy narządach, by po chwili kompletnie bez stresu zasiąść do picia różnych trunków; słychać wystrzały)

Piszczelarz:

— Jeszcze trochę i by nas zniosło kompletnie, gdzieś w kosmiczny eter, który podobno nie istnieje.

Złotoryj:

— Widzimy co widzimy, reszta wyjdzie w trakcie, jak nam maszynki podrosną do widzeń, albo i jasnowidzeń nawet.

Piszczelarz:

— Tylko jeszcze jak wyjdziemy cało z tych katastrof kosmicznych na megalomaniczna skalę.

Złotoryj:

— No innej nie ma! Ha ha, no chyba że molekularne wiązania też maja takie ambicje, więc witamy w klubie.

Piszczelarz:

— Rozpady ławic wielkich skupisk i można się poczuć jak w domu.

Złotoryj:

— Wstrząsnąć i zamieszać, a potem zaopatrzyć się w papcie.

Piszczelarz:

— Może nie zdążysz się w nie wcisnąć, jak ci się przydarzy parę innych jeszcze to przygód. No chyba że zechcesz sobie zwomitować.

Złotoryj:

— Wystarczy, że znam ciebie, to i pewnie nie zdążę, może na parę innych rzeczy zdążę, ale na pewno nie będą to papcie. Nie, rzygać w kapcie raczej też nie wypada.

Piszczelarz:

— A więc widzisz, wystarczy byś odpowiednio przestudiował sieć przekaźnikową transmitera danych w obrębie pulsujących gwiazd a już możesz się zgłaszać na etat.

Złotoryj:

— Tak jest admirale! No więc gdzie się teraz kierujemy, na jaką to planetkę?

Piszczelarz:

— Może na Zaciszną Kołyskę, gdzie nietrudno o chętną cyklopkę.

Złotoryj:

— A może na Starego Nicponia; znajdziemy ze dwie wiązki złudzenia wśród strumienia wzbudzonego i wejdziemy w kontrakcję, a bardziej w reakcję.

Piszczelarz:

— To proponuję na Lampę Meduzy. Załatwimy sobie ze trzy porcje atramentowych, fluorofosforencyjnych świtów i wyemitujemy solidna dawkę prosto w aleję autonomicznego układu odniesienia.

Złotoryj:

— To może w cytadelę mrocznych kolizji?

Piszczelarz:

— Obyś nie wykrakał.

(Na scenę to jest do wnętrza statku kosmicznego Piszczelarza i jego załogi (…) wchodzi Jednostka Gwiezdna)

Jednostka:

— Dzień dobry Piszczelarzu.

Złotoryj:

— A co to znowu za babsko?

Piszczelarz: (wita się)

— Dzień dobry Jednostko. Pozwól Złotoryju, że ci przedstawię (przedstawia ich sobie wzajem): Jednostka Gwiezdna- Hrabia Złotoryj.

Jednostka :

— Bardzo mi miło.

Złotoryj:

— Tyle dni w podróży jednak się opłaciło, choćby dla widoku takiej pięknej istotki można by się nawet wybrać za pozahoryzontalny wir wydarzeń, rozciągniętych możliwości.

Jednostka Gwiezdna:

— Można i nawet trzeba, jeśli to konieczne.

Złotoryj:

— To i znamy już własna wartość

— Znamy i cenimy. Masz może lustro Piszczelarzu? Bowiem dama w podróży, może niezupełnie jak wy, ale to zawsze jakieś niewygody przecież się zdarzają.

Piszczelarz: (włącza jakiś przycisk i ukazuje się lustro)

— Proszę bardzo, mamy i toaletę, jakby trzeba było.

Jednostka:

— A dziękuję, trochę później.

Złotoryj:

— A jak się pani podróżowało?

Jednostka Gwiezdna:

— W dematerializacyjnych wymiarach próbowałam torcika z ciasta pozytonowych wyjawień, popijając przepysznymi wiązaniami struktur kodowanego antymaterialnego frontu.

Piszczelarz:

— Czyli nie obyło się bez komplikacji.

Jednostka:

— Po drodze myślałam, że wciągnie mnie pasmo skrócone i wyniesie gdzieś poza Atol Beztroskiego Początku. Stało się inaczej, a ja uznałam za stosowne wpaść i przywitać się jak to bywa po znajomości.

Złotoryj:

— Dawniej latano na miotłach, i takich problemów chyba znowu nie było, jak dzisiaj.

Piszczelarz:

— Podróże dalsze, to i więcej niespodzianek czyha, a tak poza tym mieszkańcy owych odległych rejonów także zdają się być trochę inni.

Jednostka:

— Tak, a teraz przychodzę w odwiedziny i jestem tutaj nieoczekiwanie z waszej strony, w gości mogę rzec.

Piszczelarz:

— To może pozwolisz się poczęstować innym skupiskiem materii, ha ha!

Jednostka:

— Z przyjemnością, może być Gin%Tonic, na skałkach jeśli łaska

Piszczelarz: (włącza coś, a właściwie Piona)

— A właściwie, to niech tam.

Nowa Postać:

— Dzień dobry, jestem robot pokładowy Pion π0 i mam polecenie obsłużenia państwa, to jest wsze skupisko zbiorowości +1, alb0 z ładunkiem ujemnym, czyli -1.

Jednostka:

— I to pewnie ja mam by tym +1, poza zbiorem właściwym?

Pion π:

— Nie, a ściślej kierując odpowiedź chodzi o mnie, więc się dołączę do tej orgietki transplanetarnej.

Jednostka:

— A skąd od razu pomysł, że to orgietka?

Złotoryj:

— Widać iż kolega obyty.

Pion π:

— Mi tam wystarczy jakakolwiek instrukcja obsługi, a po piętnastu minutach samotności czuję się znacznie lepiej i całkiem orzeźwiony.

Piszczelarz:

— W takim razie obsłuż nas, włącznie ze sobą.

Pion π0: (zaczyna rozlewać)

— Prosto w mordki czy do szklaneczek?

Złotoryj:

— W mordkę to można dostać, piąsteczką albo grabą.

Piszczelarz:

— Lej w szklanki.

Pion π:

— Wedle uznania, czyli priorytetu.

Jednostka:

— Poproszę podwójną.

Pion π:

— Spieszno gdzieś pani?

Jednostka:

— Jeśli mam być szczera (intonuje w inny sposób to słowo od innych), to na tamten świat zapewne

Złotoryj: (lekko skrępowany sytuacją)

— No ten tego, a jak tam idzie w interesach?

Jednostka:

— A nie powiem, od kiedy obowiązuje Jednostka, jaką się pozyskuje z gąsienic Alphadoria, to i w obiegu zaczyna krążyć coraz więcej licencjonowanych usług finansowania.

Złotoryj;

— Robale ratują układy gwiezdne przed bankructwem, no proszę.

Piszczelarz:

— Trzeba się będzie wybrać kiedy się odpowiednie miejsce.

Pion π:

— Ja tam bym się zbyt szybko nie wybierał, zawsze cos tam może wykluć się przed czasem, nie na miarę naszych oczekiwań, co przecież może być tragedią która nas przerasta.

Piszczelarz:

— Niejeden złowieszczy ton brzmiał w chwilach, kiedy zwątpienie odmówiło współpracy, co też jednak było wyczynem wartym doświadczenia.

Pion π:

— Może i warto jest czekać na coś takiego, jeśli w ogóle jest warto czekać na cokolwiek.

Jednostka:

— Mnie rzadko zdarza się oczekiwanie. Zazwyczaj to udaję się mimowolnie tam, gdzie powinno się znaleźć.

Pion π:

— Nie ma to jak zwykle być na swoim własnym miejscu, albo też udać się do niego. Wykluczamy tedy istotny problem z niedostosowaniem się do otoczenia, albo otoczenia do siebie.

Złotoryj:

— Co było pierwsze?

Piszczelarz:

— Jak zawsze założenie, które zostało uprzedzone, a uprzedzenia zazwyczaj rozwiązuje się siłą, albo sprytem własnej przenikliwości.

Jednostka:

— Jak dla mnie ten problem w ogóle nie jest jakimś złożonym, a to z prostej przyczyny, iż rzeczy neutralnego stanu faktycznego nie obchodzą jęki czy też zawodzenia, ani skłonności, tylko dokonanie danej czynności, co właściwie jest niemal zawsze już dokonanym procesem, poprzedzającym samą choćby ocenę danego stanu.

Pion π:

— No chyba że będą to wynaturzenia, rysy w obwodach, albo rozszczepienie wiązań w błędnym konstruowaniu danego faktu, obiektu, czy też struktury.

Jednostka:

— Coś się tworzy i to jest najistotniejsze.

Piszczelarz:

— Pozostaje problem jakości.

Jednostka:

— Można go rozwiązać ilościowo, lub też oczekiwać rezultatów, z których następnie będzie można wybrać dowolnie:

Primo -czy się pozostaje.

Secundo -czy się zmierza dalej.

Piszczelarz:

— Można zatoczyć błędne koło, lub tez przekroczyć granice absurdu.

Pion π:

— Można odkształcić strukturę czy też figurę, by nadać jej nowego znaczenia

Piszczelarz:

— Lub też skompromitować się, dodając sobie piórek.

Jednostka:

— A jaki był cel?

Piszczelarz:

— No choćby taki, aby dodać sobie odwagi, lub tez aby ukazać się w nowym, korzystnym świetle.

Jednostka:

— A więc cel się nie zmienia, a reszta staje się już bez znaczenia, względnie staje się bezpodstawnym oskarżeniem.

Złotoryj:

— Powiedzonko godne tajemnicy.

Pion π:

— Może nawet i złowieszczej, ale zawsze tajemnicy.

Jednostka:

— Jednego czego się nie dowiemy, to co istnieje poza nami samymi, z czym wchodzimy w sprzężenia, a co nie jest wszak nami, i nawet nigdy nie było, może nie starało się nawet być nami.

Złotoryj:

— Rego akurat nie wiem czy w ogóle może mieć miejsce, czy też da się wyprowadzić równanie na minusy, jeśli chodzi o mikro skalę, którą mieścimy w sobie, ale też która jest na zewnątrz.

Jednostka:

— No więc właśnie, wprowadzić nierealne jako coś możliwego a następnie sprawdzić czy to w ogóle jest możliwe.

Pion π:

— Czy stanie się dokonanym, w imię poszerzania, lub też wytyczania sobie kolejnych, choćby jeszcze nie zaistniałych w recepcji granic.

Piszczelarz:

— To czego jeszcze nie było, to co się nie zdarzyło, to co jeszcze nie zaistniało, stało się, niczym światło-błysk prawzoru, a także mimowolny odruch świadomości- początkiem narodzin.

Złotoryj:

— Oraz nastąpiło to, co miało nastąpić.

Jednostka:

— A także i jeszcze więcej.

Pion π:

— Czyli wracamy do punktu wyjściowego, gdzie się rodzi co miało nigdy się nie narodzić.

Jednostka:

— Może jest to jedyny wariant narodzin czegokolwiek.

Pion π:

Istnienie jako zaprzeczenie samego siebie, to jest swej natury tak zwanej dominanty, w procesie przebiegu zdarzenia które jednak zostało zainicjowane.

Złotoryj:

— Może rozważanie utkwiło w martwym punkcie, a nie zwrotnym.

Piszczelarz:

— Martwe jako nieistniejące, czy tez martwe jako istniejące i pogrzebane.

Złotoryj:

— Byle nie żywcem, a reszta wyjaśni się poprzez właściwą perspektywę, albo zebrany w garść pryzmat, w białą nić świetlną co nam już niejedno opowie, gdy prześlemy odpowiednie pytanie, do tych uszu, które przekażą nam wiedzę empiryczną, albo absolutną, językiem dla nas zrozumiałym, albo też jeszcze oraz też i już niepojętym.

Pion π:

— Szukanie kryjówki Początku tego stworka, który stał się Ideą Wszechbytu i Wszechistnienia: Gdziekolwiek, Jakkolwiek, oraz Ktokolwiek.

Piszczelarz:

— Może wystawi główkę z norki i nareszcie powiedzie się ta sztuka schwycenia głównego sprawcy czynu-Być jest mu na imię, które zna każdy, a nie każdy pojmuje, czym to w istocie jest.

Jednostka:

— Re-prezentacje już widzimy, tylko proszę nie pytajcie: „Gdzie”? — to już byłoby zbyt banalne.

Pion π:

— Rozglądam się dookoła, wstecz, do przodu, wstecz, w górę, w dół, ….wszędzie się ropzrzestrzeniam, lub tez jestem rozprzestrzeniony i w samym Początku jestem, w którym Nie-Istnieję, jeszcze przed samym Początkiem.

Złotoryj:

— Zawsze też się rozglądam na przechadzce.

Pion π:

— Lub też ile marchwi na wędzonkę z koziej głowy.

Złotoryj:

— A tego, tej sentencji, złotej myśli jak nie rozumiem.

Piszczelarz:

— To znaczy tyle co, warto jest ruszyć nosem przed wsadzeniem całej głowy jak czerpakiem, w inną aby mieć większe rozeznanie i przejrzeć mroki własnych być może tylko zamierzeń.

Pion π:

— To może i jeszcze zamieszać, a płyn się wykrystalizuje w tym co go spaja czy też spija.

Piszczelarz:

— Tak, nawet mąciwody potrzebujemy w tym ogródku.

Jednostka:

— Można by tak jeszcze zaglądnąć w kwiatek i powąchać.

Złotoryj:

— Zwalić koty na cztery łapy i wygarbować gnaty tępym osiłkom.

Pion π:

— Wiele jest możliwości w „Można”, lecz cóż z tego, skoro pojawi się „Po co”, skoro „Jeśli” istnieje w trochę innej kategorii.

Piszczelarz:

— Według mnie, zawsze jakaś draka przydaje rumieńców.

Złotoryj:

— Ano właśnie, tak sprawy istotnie się mają.

Jednostka:

— Ja tam wole się unicestwiać, wtedy przynajmniej sama mogę doświadczyć złożoności różnych struktur.

Piszczelarz:

— A czy tylko cząsteczkowych, czyli wchodząc w skupiska różnorodnej materii.

Jednostka:

— Czy nie energii, no właśnie tylko nie materii.

Pion π:

— A więc może razem gdzieś się wybierzemy, Jednostko?

Jednostka:

— Zapraszasz?

Pion π:

— Na kielicha, i jeśli będę mieć dobry humor to ja stawiam, ale potem muszę wracać, gdyż jak widzisz obowiązki mnie wzywają, a wręcz dopadają.

Piszczelarz:

— Byle nie były to obowiązki przytłaczające, najgorszy gatunek.

Złotoryj:

— Albo też obnażające nasz intelekcik, to jest w pewnych przypadkach ukazujące braki w odpowiednich systemach, luki w mózgu operacyjnym.

Jednostka:

— Albo też nieodpowiednie umiejscowienie w przestrzeniach, gdy mówię o sobie.

Piszczelarz:

— W takim razie załoga może się rozpaść.

Złotoryj:

— Albo uczynić się spuścizną wieków, co bardziej wiekopomne oraz znaczące.

Piszczelarz:

— Przeleć palcem po blacie, a tu nic tylko tuman kurzu pozostał. Wskazywać winowajcę, to jakby wszczynać kolejną wielką batalię, o właściwe któżby spamiętał co.

Złotoryj;

— Powodem mógł być zatarg z handlarką. Ale gdy przeniósł się o parę wieków co najmniej później, stał się jakimś potwornym konfliktem o skali nieporównywalnie znaczącej i większej.

Pion π:

— Małe robaczki urządzają sobie olimpiady.

Złotoryj:

— Olimpiady zbrojne.

Jednostka:

— Albo żerują w swych mikro-eko-systemach, zgodnie z łańcuchem pokarmowym, to jest porządkiem przynależności do danego gatunku, oraz z hierarchią ujmująca daną sferę, czy też niszę, czy też wyżynę biocenozy.

Piszczelarz:

— Tak, to ma sens.

Złotoryj:

— A dokładniej, że wszystko kiedyś się kończy.

Jednostka:

— Nie ten świat, to inny; zawsze można gdzieś wylądować, nawet po najgorszej katastrofie. Entropie uniwersów chociażby wliczając tutaj.

Pion π:

— Wylądować, albo stworzyć konstruując go wraz z odpowiednim natężeniem pól czy też danych, z których się wykona ów odlew danego tworu na miarę boskiej maszynerii.

Piszczelarz:

— Ewolucje układów gwiezdnych.

Pion π:

— A także wszelkich innych.

Jednotka:

— Rozpatrywanie różnych zmiennych z uwzględnieniem procesów kształtotwórczych, może by złudne co najmniej, a właściwie błędne, jeśli nie zamierza się stworzyć niczego szczególnego.

Złotoryj:

— To może weźmy kolosalną bryłę, to nikt się nie przyczepi. Połapie się być może.

Piszczelarz:

— Rozmiar nie zawsze wyznacza granicę, pomiędzy tym co warte a nie chociażby.

Jednostka:

— To akurat jest zgodne z moja teorią.

Pion π:

— No chyba zgodne nie tylko z samą teorią?

Jednostka:

Naturalnie dobrze jest się orientować w punktach granicznych obiektów, żeby sobie na łapki nie nastąpić przypadkiem oraz boleśnie, ale w pewnych projekcjach tych granic zwyczajnie nie ma, czy też nie należy się doszukiwać.

Pion π:

— Przenikanie jednak też ma jakąś wagę, czyli znaczenie.

Jednostka:

— Jak wszystko, co istotne dla sprawy, oraz poza nią.

Pion π:

— Skoro przyczyny już nas zawiodły, to może istnieje inny ratunek.

Jednostka:

— W kreacji pion, czy w anihilacji?

Pion π:

— To akurat czysty przypadek, czy też zbieżność.

Jednostka:

— o, czego jak czego, ale to właśnie tego już nie byłabym wcale taka pewna.

Pion π:

— Rozpaść się, zderzyć, unicestwić, stworzyć, zniknąć, przedostawać na inne poziomy kwantowe, ulecieć w nieznane. No cóż, wydarzenia wydają się uściślać gdy je postawimy nad przepaścią, a nuż wywrócą świat do góry nogami, albo co lepsza przekoziołkują, co jest już chyba ambitniejszym.

Złotoryj:

— A może zwyczajnie zdetronizować wioskę?

Piszczelarz:

— I wydajmy przyjęcie na cześć nowego władcy.

Jednostka:

— Można to scharakteryzować jako wybieg albo sprzeczka kochanków.

Pion π:

— Jedno co się wydaje, to to że powinniśmy się dowiedzieć, skoro już obiekt został zaobserwowany, to jest zaistniał dzięki naszemu pomiarowi w określonym stanie.

Piszczelarz:

— A czy będą jakieś inne wszczepy?

Pion π:

— Baccilum interpherensis, ha ha!

Złotoryj:

— No więc teraz już na pewno jesteśmy w komplecie.

Piszczelarz:

— Goście także mile widziani, z tego czy z tamtego świata, a także i innych wymiarów.

Jednostka: (wchodzi jedna, wychodzi druga)

— No już jestem, dziękuję za zaproszenie, nie zawsze lubię być osobą która zjawia się niezapowiedzianie, oraz nie zawsze z zaproszeniem.

Złotoryj: (zaskoczony jak i reszta)

— W takim razie z kim mieliśmy zaszczyt rozmawiać?

Jednostka:

— Pewnie z moim fantomem widmowym. Zawsze mnie ubiega, a na dodatek wygrywa, uprzedza porywając ze sobą co lepsze partie.

Piszczelarz:

— To może w pokerka, bo brydż odpada.

Jednostka:

— A czemu by nie, ja chętnie.

Złotoryj:

— Ja także się piszę.

Pion π:

— Już dawno mi się marzył jakikolwiek wyczyn, to może właśnie zdarza się teraz, albo może zdarzyć się za chwilę.

Jednostka:

— Gdzieś w kosmicznym salonie…

Piszczelarz: (zakłada kowbojski kapelusz)

(po dłuższej, ale nie za długiej chwili: gra może być rozegrana dowolnie, góra jednak do 5 minut, nie za długo, aby nie znudzić publiczności ale musi zmierzać do tego samego rezultatu- Złotoryj wygrywa… i…; puszczony obraz statku lecącego wśród przestrzeni kosmicznych dowolnego rodzaju, a oni grają… lub też scenariusz rozdania opisany poniżej. Scenka może być prowadzona jak się prezentuje pokerowe potyczki. Mogą nosić maski na czas gry, potem je zdejmują, prócz Piszczelarza, może piona także)

Tenże:

— Stawka dość wysoka, ale podbijam i sprawdzam.

Pion π:

— Nic nie oprze się memu …urokowi również (spogląda na Jednostkę; gdzieś binar nad jego głową), również podbijam i sprawdzam

Złotoryj:

— Podbijam, dokładam jeszcze za wszystko oraz sprawdzam.

Jednostka:

— Za wszystko.

Piszczelarz:

— Za wszystko!

Pion π:

— Za wszystko!

Złotoryj;

— W takim razie, wykładam kolor najwyższy, pikowy.

Piszcelarz:

— A niech to szlag!

Pion π:

— W mordę!

Jednostka:

— Układami dwóch ciał wzajemne się kompensujących.

Złotoryj:?

Piszcelarz:?

Pion π0:?

Jednostka:

— Cholera, nie poszło mi najlepiej, a właściwie nie poszło mi wcale.

Złotoryj: Rozumiemy.

Piszczelarz: Rozumiemy.

Pion π0: Rozumiemy.

Złotoryj:

— W takim razie zbieram swoje dukaty.

Jednostka:

— Sprawa wydaje się być podejrzaną.

Pion π:

— Coś jak rozbój w biały dzień przy użyciu podczerwieni.

Piszczelarz: (wstaje od stołu)

— Oszust, szuler, kanciarz!

Złotoryj:

— Sam sobie jesteś oszust, wygrałem uczciwie.

Piszczelarz: (Odsłania rękaw Złotoryja, z którego wysypują się karty)

— A nie mówiłem wam, mam ciebie gagatku. Stawaj do pojedynku!

Złotoryj:

— Może w samo południe? (z ironią w głosie)

Piszczelarz:

— Naturalnie, jeśli masz czas.

Złotoryj:

— Pytasz o zegarek?

Piszczelarz:

— Pytam o godzinę i o asa w rękawie.

As w rękawie: (wyskakuje, ni stąd ni z owąd)

— Dzień dobry jestem Kleofantynka.

Jednostka:

— Och, jaka ładna dziewczynka.

Kleofantynka:

— A z pani to cudo jakież niezwykłe jest jakieś.

Złotoryj:

— A bo widzisz, pani jest z daleka i nie stąd.

Jednostka:

— Bardziej niż wy, ziemskie istoty.

Piszczelarz:

— No już spokojnie; i co Złotoryj nie będzie pojedynku?

Złotoryj:

— A po co? Sprawa rozwiązała się sama i bezboleśnie. Ja tam oliwy nie dolewam do ognia bez powodu.

Piszcelarz:

— Sprawę więc można uznać za rozstrzygniętą, albo my sami możemy ja za takową uznać. W tych dwóch wypadkach istnieje zbieżność celu, a więc nie wykluczają się wzajemnie, co już można uznać za wielki sukces, albo kompletną porażkę; w zależności w którą stronę się zwraca i czy to istotnie musi być zawietrzna.

Pion π:

Więc panowie dajcie sobie buzi na zgodę i po wszystkim.

Kleofantynka:

— Ale na żadne machlojki nie można patrzeć z zawiązanymi czarną opaską oczyma, choćby taką jaką się nakłada wedle życzenia skazańca przed samą ezgzekucją, tak i teraz nie można pozwolić, by sprawa rozeszła się po kościach.

Piszczelarz:

— Można i ja tak właśnie teraz czynię (strząsa z siebie owo wydarzenie).

Złotoryj: (jeśli ma kapelusz, zdejmuje i z niego chlapie cieczą -fosforescencyjną)

— Ja także.

Kleofantynka:

— No ale przecież są jakieś wytyczne moralne, zachowania ustalone i spisane w czasie, wobec to których należy się podporządkować, i których należy przestrzegać. Bez tego i bez tych zasad nie mogłyby istnieć nawet społeczności całe.

Jednostka:

— No proszę, małej zebrało się na wywody, no i teraz macie.

Złotoryj:

— Zapomnij o tej sprawie Kleofantynko. Jak chcesz to ci przygotują smaczny deserek wiśniowo-cytrynowy.

Kleofantynka:

— A będą maliny?

Jednostka:

— No, nareszcie dziecko się uspokoiło.

Kleofantynka:

— A wcale nie, lubię być przekupywana, ale nie w sytuacjach mnie gorszących, na które wolałaby jednak nie spoglądać, ale od których nie mogę odwracać oczu.

­ Pion π:

— No i mamy problem (wzgl. Houston) w kosmicznym akceleratorze.

Jednostka:

— Bądź grzeczna Kleofantynko, bo inaczej zjawi się ośmioramienny stwór entropi, z którego odwłoka wysunie się dodatkowa macka, i ta będzie ciebie badać pod kątem przydatności do spożycia.

Złotoryj:

— No może nie aż tak, choć istotnie przyjść coś takiego może.

Kleofantynka:

— Takie brednie, to nawet w szkółkach niedzielnych nie rozdają.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.27