E-book
6.83
drukowana A5
37.25
Kwadratura koła

Bezpłatny fragment - Kwadratura koła


Objętość:
230 str.
ISBN:
978-83-8155-649-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.25

Cztery dramaty z fantastycznymi zdarzeniami.

„…jeżeli stworzyło się w głowie poety podług praw boskich, jeżeli natchnienie nie było gorączką, ale skutkiem tej dziwnej władzy, która szepce do ucha, nigdy wprzód nie słyszane wyrazy, a oczom pokazuje nigdy, we śnie nawet nie widziane istoty…”Juliusz Słowacki

Klepsydra z kości

Osoby dramatu:

Hrabia Złotoryj Fagas- otyły gość ubrany w mundur szlachecki, wojskowy, ale bardziej niż nietypowy, barokowy.

Kleofantynka-na na głowie harfa, a miast nosa as pik z kart wzięty, 30—35 lat, urodziwa.

Piszczelarz- Straceniec Wspaniały- w kościach, podobny przedstawianej śmierci do tego kask astronauty; na kasku trupia czaszka z rodzaju tych pirackich. Płaszcz też w kości, piszczele. Buty także.

Jednostka Gwiezdna- Dama w świecących luminescencjami blaskach, na głowie dwie aureole, nimby- jedna większa, druga mniejsza. Suknia dowolna, albo w meduzowatych kształtach, także luminescencje.

Pion π0- robot pokładowy, liczne zalety, cyberstrój wedle uznania.

Rademenes- w szatach i Nemes.

Trzech dostojników w szatach (podobnych habitom, czerwony, zielony, niebieski).

Akt I
Scena I

(Dwór hrabiego Złotoryja Fagasa, opuszczony. Hrabia i Kleofantynka siedzą przy stole. Nad nimi zegar bardzo współczesny, cernowaty. Oświetlenie uv, czerwień bije od muszli ustawionej trochę w rogu. Sceneria trochę barokowa, trochę secesyjna, śródziemnomorski klimat jednak wybija się na plan pierwszy)

Hr. Złotoryj: (dołącza się Kleofantynka po pewnym czasie, intonują wiersz)

Lustrzany język

Zegar asymilowany psychoneurozą

Projekcje dyscypliny nanotechnologicznych oświeceń

W którą stronę zmierzasz gdy plączą ci się odmienne rzeczywistości

Wśród plazm zawieszanych w częstotliwościach dzielących się niczym komórki.

Nigdy nie zdarzyłem się ponownie aby utwierdzić nieścisłości i zapadanie się materii

W halucynacjach orgiastycznych przepowiedni oraz skoordynowanych zbrodni

Zdaje mi się że odnalazłem w końcu sens istnienia i jest położony względem mnie symetrycznie z lekkim przesunięciem w stronę nieistnienia.

Majaki wychodzą z mej głowy i biegną w strony nieskończone, tam gdzie przebywam przyglądając się sobie.

Wkrótce rozpoznam ostateczną możliwość wynoszącą mnie w różnorodne warianty

A wtedy rozpędzę się strumieniowo i nareszcie będę przepadać za sobą cofając się ku temu co nadchodzi

Nie świadczy to o mnie wcale źle, tylko wytrawiono stal i moje dawne imię objawiło mi możliwe znaczenie.

Nic więcej.


(Siadają. Ktoś puka do drzwi. Nie reagują, chwila ciszy. Drugi raz ktoś puka, także brak reakcji-zajmują się sobą, trzeci raz Kleofantynka wybiega z pokoju-sceny, wraca i siada do stołu, gzie siedzi hrabia).

Hr. Złotoryj:

— Wygląda na to, że dwór całkiem opuszczony, i tylko wiatr gościnnie otwiera gdzieniegdzie okna i drzwi, aby umilić nam swoim towarzystwem te chwile samotne, a nawet rozpaczliwe rzekłbym.

Kleofantynka: (zaniepokojona)

— Już trzeci raz ktoś zapukał do drzwi, a gdy poszłam otworzyć, okazało się iż nikt tam nie stoi, ani tez nie nalega aby wejść w nasze progi.

Hr. Złotoryj:

— A bo to nieraz już tak bywało, żem ledwie wystawił głowę za progi, a już zdaje się, iż wszystko ucichło, by ponownie zdarzyło się wtedy, gdym już na dobre wrócił do swoich niekoniecznie ledwo co powziętych zajęć. Tak w koło parę razy. I nie wiadoma, czy to żarty ktoś sobie stroi, czy tez jakiś gość jeszcze się waha, a może zwiastun jest to czegoś jeszcze innego, o czym nawet domyślać się jest trudnym zabiegiem.

Kleofantynka:

— Wichry wieją, burze grzmią

Dzieci żałośnie się drą

Jednakowoż nie przychodzi nikt

Jak zwykle wygrywa as pik.

Hr. Złotoryj:

— Miast na nosie Kleofantynko, lepiej zagraj na harfie.

Kleofantynka:

— Jeszcze sobie fryzurę zepsuję.

Hr. Złotoryj:

— Masz czas jeszcze, by być damą dworu, więc nie musisz sprzyjać rycerskim zachciankom w żadnej postaci.

Kleofantynka:

— Czy rycerze, czy kamraci, nie są oni też mego roztrzepania warci.

Hr. Złotoryj: (z lekkim naciskiem broniąc sprawy)

— Warci, czy też nie warci, nie jest jeszcze pora.

Kleofantynka:

— Tak, ledwie im puszek choćby taki na brodzie rośnie, i też jeszcze nie zaprawieni są w bojach.

Hr. Złotoryj:

— To wtedy giermkami najczęściej stają się, lub nimi są, do stanu rycerskiego jednakże jest im po drodze, choć nie wiadomo czy niedaleko.

Kleofantynka:

— No ale, może być, że jedne jakiś czyn rycerski giermka doprowadzi go natychmiast do rycerskiego stanu.

Hr. Złotoryj:

— Może i tak być ale nieczęsto się to zdarza.

Kleofantynka:

— A jak często?

Hr. Złotoryj:

— Tak często, iż na taki czyn trzeba czekać z lat dziesięć, a rycerze taki czyn potrafią jeszcze przed śniadaniem dokonać.

Kleofantynka:

— A gdy zjedzą śniadanie, to się wylegują potem przez cały dzień.

Hr. Złotoryj:

— To zależy od tego czy jest czas na odpoczynek, czy tez trzeba stanąć w szeregi zbrojne.

Kleofantynka:

— Ja raz widziałam bitwę i przypadła mi ona do gustu; napisałam nawet wtedy wiersze oraz skomponowałam muzykę na harfę (tyka swej główki).

Hr. Złotoryj :

— Tuszę, iż mi je kiedyś przedstawisz.

Kleofantynka:

— Jak tylko znajdę łupinkę orzecha, gdzie schowałam poemat.

Hr. Złotoryj:

— Może znalazła ją jakaś wiewiórka i ukryła w dziupli.

Kleofantynka:

— To jak rozłupie orzeszka w zimowy wieczór, to dowie się czegoś o naszych zwyczajach i będzie jej miło.

Hr. Złotoryj:

— Albo nauczy się wojennego rzemiosła, słuchając rad i zaleceń fachowca

Kleofantynka:

— Można by się istotnie dopatrzyć jakichś uwag, odnośnie zwłaszcza uzbrojenia.

Hr. Złotoryj:

— A odnośnie taktyki?

Kleofantynka:

— Mianowicie, jak choćby się przeprawić przez jezioro, aby nie zostać zjedzonym przez krokodyle.

Hr. Złotoryj:

— A więc wiewiórki mogą rozpoczynać swoje batalie wojenne.

Kleofantynka:

— Mogą, a nawet wiedzą jak używać katapult.

Hr. Złotoryj:

— Bardzo dobrze, to czeka nas wiewiórcza wojna, z dodatkiem wszystkich sztuczek, włącznie ze szpiegostwem.

Kleofantynka:

— No chyba że orzeszek znajdzie króliczek, a wtedy będzie to królicza batalia.

Hr. Złotoryj:

— Co do tego to akurat bym się nie martwił, nikt nigdy nie zbadał dokładnie króliczej norki.

Kleofantynka:

— A to dlaczego?

Hr. Złotoryj:

— Bowiem króliki nie mają czy to w naturze, czy też w zwyczaju prowadzenia wojen.

Kleofantynka:

A więc co mają w zwyczaju.

Hr. Złotoryj:

— Szycie sobie kubraczków z futerek.

Kleofantynka:

— Ach tak, zajmują się modą (z uwielbieniem w stronę króliczków).

Hr. Złotoryj:

— Paryskie wybiegi, albo włoskie otwierają przed nimi swoje podwoje.

(Ktoś wali do drzwi, mocno)

Kleofantynka:

— A to kto?

Hr. Złotoryj:

— Pójdę sprawdzić, zawsze może to być wiatr, ale kto tam wie.

(Wchodzi Piszczelarz Wspaniały, rozbiera się z płaszcza, wiesza go na wieszaku w kształcie konika morskiego )

Piszczelarz:

— Witaj hrabio, jak się miewasz?

Hr. Złotoryj;

— Zagramy w kości?

Piszczelarz: (zbywa aluzję)

— Spragnionymi głodnym, co proponujesz?

Hr. Złotoryj:

— Rosół, albo barszcz na kościach, więc?

Piszczelarz:

— Świniaka o złotym ryju, albo inne paskudztwo poproszę, fagasonie.

Złotoryj:

— Skoro uprzejmości mamy już z głowy, może opowiesz co ciebie sprowadza.

Piszczelarz: (spostrzega Kleofantynkę)

— Chętnie, ale widzę, że ktoś tutaj prócz ciebie zasiada sobie w najlepsze. Kim jest ta osóbka i czy zagra nam na harfie, czy też na nosie.

Kleofantynka: (przedstawia się)

— Bardzo mi miło, jestem Kleofantynka Dukat. Za to kim pan jest, może powinnam się domyślać, ale nie za bardzo.

Piszczelarz: (podnosi kask, po czym zamyka)

Jestem Piszczelarz-Straceniec Wspaniały.

Kleofantynka:

— Czy powinnam o panu słyszeć, czy tez jest pan cieniem swojej wspaniałej postaci.

Piszczelarz:

— Niejedną flotę uświetniłem swoją obecnością, dzięki czemu chwała i splendor, zawieszone są na trochę grubszym sznurze, a nie jak u większości na cienkim włosku.

Złotoryj: (wesoło)

— Nie wpadną do zupy, a jeśli to może im tylko buty powpadają do tej potrawki.

Piszczelarz:

— Też nie. Odpowiednie obuwie, to i nie upada ot tak samo sobie.

Kleoantynka:

— Czy jest pan piratem?

Piszczelarz:

— Oczywiście skarbie i rozdaję kuksańce gdy tylko mam na to ochotę.

Kleofantynka:

— A czy bęcki też?

Piszczelarz:

— Nie widzę specjalnej różnicy do czasu, gdy poleje się niucha.

Złotoryj:

— W tym wypadku muszę przyznać, że i ja posiadam podobne odczucia.

Kleofantynka:

— Wiec obuwie musi mieć pan wygodne, by nie przeszkadzały panu w walce.

Piszczelarz:

— Niejedne to cholewki już poszły w zapomnienie lecz nie sądzę by był to temat do sentymentalnych wzruszeń.

Złotoryj:

— Bowiem niejeden kamrat wie, ileż to razy trzeba było dać nogę przed srogim wymiarem względnej czy też ślepej sprawiedliwości.

Kleofantynka:

— Może sprawiedliwość powinna nałożyć okulary?

Złotoryj:

— Gdy ciemno i noc, to i kurze trudniej znaleźć ziarno, więc może też raczej nie powinnam wnikać w detale.

Piszczelarz:

— Może sama powinna zdjąć to i owo, to jest pochwalić się, miast machać mieczem na oślep.

Złotoryj:

— Acha, ty niemniej jednak widzę, żeś niejako w podróży?

Piszczelarz:

— Spragnionym widoku starego kompana, i widzę iż on w wyśmienitym towarzystwie.

Kleofantynka:

— Dziękuję, jest pan uprzejmy. Nie za nadto, ale uprzejmy.

Złotoryj:

— A więc co sprowadza, albo gdzie niesie?

Piszczelarz:

— Wielki mu Kantu został zagrożony, a to za sprawą skradzenia z jego wysokich wież dokumentu, który z pewnością znalazł się w rękach najętych przez wrogie mocarstwo Faru rabusiów, opłaconych sowicie.

Dokument ów zawiera plany wojennej technologii i był skrzętnie przetrzymywany w wielkim sekrecie i tajemnicy przed wrogimi zakusami, a także przed zwykłymi złodziejami, którzy bez problemu mogli go wymienić na złote monety.

Złotoryj:

— A twoja rola, jaka jest w tym, czyi tobie co przypada w udziale?

Piszczelarz:

— To co zwykle, parę trupów oraz fortuna.

Złotoryj:

— Niech się toczy!

Piszczelarz: (wtórując)

— Koła tego nikt nie przeoczy!

Złotoryj:

— A dokładniej?

Piszczelarz:

— Moim zadaniem jest wykraść owe dokumenty przynieść je w zębach.

Złotoryj:

— A co zamierzasz?

Piszczelarz:

— Zamierzam je wykraść, a następnie zastanowię się. Poza tym mam zamiar prosić cię o przysługę, nie ze względu na dawne czasy, ale w ogóle.

Złotoryj:

— W czym rzecz.

Piszczelarz:

— Chcę, żebyś mi towarzyszył.

Złotoryj:

— A co z Kleofantynką?

Kleofantynka:

— No właśnie, mnie nikt nie spytał.

Piszczelarz:

— Kleofantynka będzie asem w rękawie.

Złotoryj:

— A więc Kleofantynko, zgadzasz się?

Kleofantynka:

— Mogę być jeszcze dukatem, albo harfą, ale bycie asem w rękawie tez mi się podoba; tylko o mnie nie zapomnijcie.

Złotoryj:

— W takim razie pozwól że ci potowarzyszę.

Piszczelarz:

— Pozwalam i to z ochotą.

Złotoryj:

— W takim razie ruszamy.

Scena II

(statek kosmiczny Piszczelarza, otoczony przez gwiezdną przestrzeń. We wnętrzu widzimy tych dwóch nieustraszonych pogromców galaktyk, jak operują przy narządach, by po chwili kompletnie bez stresu zasiąść do picia różnych trunków; słychać wystrzały)

Piszczelarz:

— Jeszcze trochę i by nas zniosło kompletnie, gdzieś w kosmiczny eter, który podobno nie istnieje.

Złotoryj:

— Widzimy co widzimy, reszta wyjdzie w trakcie, jak nam maszynki podrosną do widzeń, albo i jasnowidzeń nawet.

Piszczelarz:

— Tylko jeszcze jak wyjdziemy cało z tych katastrof kosmicznych na megalomaniczna skalę.

Złotoryj:

— No innej nie ma! Ha ha, no chyba że molekularne wiązania też maja takie ambicje, więc witamy w klubie.

Piszczelarz:

— Rozpady ławic wielkich skupisk i można się poczuć jak w domu.

Złotoryj:

— Wstrząsnąć i zamieszać, a potem zaopatrzyć się w papcie.

Piszczelarz:

— Może nie zdążysz się w nie wcisnąć, jak ci się przydarzy parę innych jeszcze to przygód. No chyba że zechcesz sobie zwomitować.

Złotoryj:

— Wystarczy, że znam ciebie, to i pewnie nie zdążę, może na parę innych rzeczy zdążę, ale na pewno nie będą to papcie. Nie, rzygać w kapcie raczej też nie wypada.

Piszczelarz:

— A więc widzisz, wystarczy byś odpowiednio przestudiował sieć przekaźnikową transmitera danych w obrębie pulsujących gwiazd a już możesz się zgłaszać na etat.

Złotoryj:

— Tak jest admirale! No więc gdzie się teraz kierujemy, na jaką to planetkę?

Piszczelarz:

— Może na Zaciszną Kołyskę, gdzie nietrudno o chętną cyklopkę.

Złotoryj:

— A może na Starego Nicponia; znajdziemy ze dwie wiązki złudzenia wśród strumienia wzbudzonego i wejdziemy w kontrakcję, a bardziej w reakcję.

Piszczelarz:

— To proponuję na Lampę Meduzy. Załatwimy sobie ze trzy porcje atramentowych, fluorofosforencyjnych świtów i wyemitujemy solidna dawkę prosto w aleję autonomicznego układu odniesienia.

Złotoryj:

— To może w cytadelę mrocznych kolizji?

Piszczelarz:

— Obyś nie wykrakał.

(Na scenę to jest do wnętrza statku kosmicznego Piszczelarza i jego załogi (…) wchodzi Jednostka Gwiezdna)

Jednostka:

— Dzień dobry Piszczelarzu.

Złotoryj:

— A co to znowu za babsko?

Piszczelarz: (wita się)

— Dzień dobry Jednostko. Pozwól Złotoryju, że ci przedstawię (przedstawia ich sobie wzajem): Jednostka Gwiezdna- Hrabia Złotoryj.

Jednostka :

— Bardzo mi miło.

Złotoryj:

— Tyle dni w podróży jednak się opłaciło, choćby dla widoku takiej pięknej istotki można by się nawet wybrać za pozahoryzontalny wir wydarzeń, rozciągniętych możliwości.

Jednostka Gwiezdna:

— Można i nawet trzeba, jeśli to konieczne.

Złotoryj:

— To i znamy już własna wartość

— Znamy i cenimy. Masz może lustro Piszczelarzu? Bowiem dama w podróży, może niezupełnie jak wy, ale to zawsze jakieś niewygody przecież się zdarzają.

Piszczelarz: (włącza jakiś przycisk i ukazuje się lustro)

— Proszę bardzo, mamy i toaletę, jakby trzeba było.

Jednostka:

— A dziękuję, trochę później.

Złotoryj:

— A jak się pani podróżowało?

Jednostka Gwiezdna:

— W dematerializacyjnych wymiarach próbowałam torcika z ciasta pozytonowych wyjawień, popijając przepysznymi wiązaniami struktur kodowanego antymaterialnego frontu.

Piszczelarz:

— Czyli nie obyło się bez komplikacji.

Jednostka:

— Po drodze myślałam, że wciągnie mnie pasmo skrócone i wyniesie gdzieś poza Atol Beztroskiego Początku. Stało się inaczej, a ja uznałam za stosowne wpaść i przywitać się jak to bywa po znajomości.

Złotoryj:

— Dawniej latano na miotłach, i takich problemów chyba znowu nie było, jak dzisiaj.

Piszczelarz:

— Podróże dalsze, to i więcej niespodzianek czyha, a tak poza tym mieszkańcy owych odległych rejonów także zdają się być trochę inni.

Jednostka:

— Tak, a teraz przychodzę w odwiedziny i jestem tutaj nieoczekiwanie z waszej strony, w gości mogę rzec.

Piszczelarz:

— To może pozwolisz się poczęstować innym skupiskiem materii, ha ha!

Jednostka:

— Z przyjemnością, może być Gin%Tonic, na skałkach jeśli łaska

Piszczelarz: (włącza coś, a właściwie Piona)

— A właściwie, to niech tam.

Nowa Postać:

— Dzień dobry, jestem robot pokładowy Pion π0 i mam polecenie obsłużenia państwa, to jest wsze skupisko zbiorowości +1, alb0 z ładunkiem ujemnym, czyli -1.

Jednostka:

— I to pewnie ja mam by tym +1, poza zbiorem właściwym?

Pion π:

— Nie, a ściślej kierując odpowiedź chodzi o mnie, więc się dołączę do tej orgietki transplanetarnej.

Jednostka:

— A skąd od razu pomysł, że to orgietka?

Złotoryj:

— Widać iż kolega obyty.

Pion π:

— Mi tam wystarczy jakakolwiek instrukcja obsługi, a po piętnastu minutach samotności czuję się znacznie lepiej i całkiem orzeźwiony.

Piszczelarz:

— W takim razie obsłuż nas, włącznie ze sobą.

Pion π0: (zaczyna rozlewać)

— Prosto w mordki czy do szklaneczek?

Złotoryj:

— W mordkę to można dostać, piąsteczką albo grabą.

Piszczelarz:

— Lej w szklanki.

Pion π:

— Wedle uznania, czyli priorytetu.

Jednostka:

— Poproszę podwójną.

Pion π:

— Spieszno gdzieś pani?

Jednostka:

— Jeśli mam być szczera (intonuje w inny sposób to słowo od innych), to na tamten świat zapewne

Złotoryj: (lekko skrępowany sytuacją)

— No ten tego, a jak tam idzie w interesach?

Jednostka:

— A nie powiem, od kiedy obowiązuje Jednostka, jaką się pozyskuje z gąsienic Alphadoria, to i w obiegu zaczyna krążyć coraz więcej licencjonowanych usług finansowania.

Złotoryj;

— Robale ratują układy gwiezdne przed bankructwem, no proszę.

Piszczelarz:

— Trzeba się będzie wybrać kiedy się odpowiednie miejsce.

Pion π:

— Ja tam bym się zbyt szybko nie wybierał, zawsze cos tam może wykluć się przed czasem, nie na miarę naszych oczekiwań, co przecież może być tragedią która nas przerasta.

Piszczelarz:

— Niejeden złowieszczy ton brzmiał w chwilach, kiedy zwątpienie odmówiło współpracy, co też jednak było wyczynem wartym doświadczenia.

Pion π:

— Może i warto jest czekać na coś takiego, jeśli w ogóle jest warto czekać na cokolwiek.

Jednostka:

— Mnie rzadko zdarza się oczekiwanie. Zazwyczaj to udaję się mimowolnie tam, gdzie powinno się znaleźć.

Pion π:

— Nie ma to jak zwykle być na swoim własnym miejscu, albo też udać się do niego. Wykluczamy tedy istotny problem z niedostosowaniem się do otoczenia, albo otoczenia do siebie.

Złotoryj:

— Co było pierwsze?

Piszczelarz:

— Jak zawsze założenie, które zostało uprzedzone, a uprzedzenia zazwyczaj rozwiązuje się siłą, albo sprytem własnej przenikliwości.

Jednostka:

— Jak dla mnie ten problem w ogóle nie jest jakimś złożonym, a to z prostej przyczyny, iż rzeczy neutralnego stanu faktycznego nie obchodzą jęki czy też zawodzenia, ani skłonności, tylko dokonanie danej czynności, co właściwie jest niemal zawsze już dokonanym procesem, poprzedzającym samą choćby ocenę danego stanu.

Pion π:

— No chyba że będą to wynaturzenia, rysy w obwodach, albo rozszczepienie wiązań w błędnym konstruowaniu danego faktu, obiektu, czy też struktury.

Jednostka:

— Coś się tworzy i to jest najistotniejsze.

Piszczelarz:

— Pozostaje problem jakości.

Jednostka:

— Można go rozwiązać ilościowo, lub też oczekiwać rezultatów, z których następnie będzie można wybrać dowolnie:

Primo -czy się pozostaje.

Secundo -czy się zmierza dalej.

Piszczelarz:

— Można zatoczyć błędne koło, lub tez przekroczyć granice absurdu.

Pion π:

— Można odkształcić strukturę czy też figurę, by nadać jej nowego znaczenia

Piszczelarz:

— Lub też skompromitować się, dodając sobie piórek.

Jednostka:

— A jaki był cel?

Piszczelarz:

— No choćby taki, aby dodać sobie odwagi, lub tez aby ukazać się w nowym, korzystnym świetle.

Jednostka:

— A więc cel się nie zmienia, a reszta staje się już bez znaczenia, względnie staje się bezpodstawnym oskarżeniem.

Złotoryj:

— Powiedzonko godne tajemnicy.

Pion π:

— Może nawet i złowieszczej, ale zawsze tajemnicy.

Jednostka:

— Jednego czego się nie dowiemy, to co istnieje poza nami samymi, z czym wchodzimy w sprzężenia, a co nie jest wszak nami, i nawet nigdy nie było, może nie starało się nawet być nami.

Złotoryj:

— Rego akurat nie wiem czy w ogóle może mieć miejsce, czy też da się wyprowadzić równanie na minusy, jeśli chodzi o mikro skalę, którą mieścimy w sobie, ale też która jest na zewnątrz.

Jednostka:

— No więc właśnie, wprowadzić nierealne jako coś możliwego a następnie sprawdzić czy to w ogóle jest możliwe.

Pion π:

— Czy stanie się dokonanym, w imię poszerzania, lub też wytyczania sobie kolejnych, choćby jeszcze nie zaistniałych w recepcji granic.

Piszczelarz:

— To czego jeszcze nie było, to co się nie zdarzyło, to co jeszcze nie zaistniało, stało się, niczym światło-błysk prawzoru, a także mimowolny odruch świadomości- początkiem narodzin.

Złotoryj:

— Oraz nastąpiło to, co miało nastąpić.

Jednostka:

— A także i jeszcze więcej.

Pion π:

— Czyli wracamy do punktu wyjściowego, gdzie się rodzi co miało nigdy się nie narodzić.

Jednostka:

— Może jest to jedyny wariant narodzin czegokolwiek.

Pion π:

Istnienie jako zaprzeczenie samego siebie, to jest swej natury tak zwanej dominanty, w procesie przebiegu zdarzenia które jednak zostało zainicjowane.

Złotoryj:

— Może rozważanie utkwiło w martwym punkcie, a nie zwrotnym.

Piszczelarz:

— Martwe jako nieistniejące, czy tez martwe jako istniejące i pogrzebane.

Złotoryj:

— Byle nie żywcem, a reszta wyjaśni się poprzez właściwą perspektywę, albo zebrany w garść pryzmat, w białą nić świetlną co nam już niejedno opowie, gdy prześlemy odpowiednie pytanie, do tych uszu, które przekażą nam wiedzę empiryczną, albo absolutną, językiem dla nas zrozumiałym, albo też jeszcze oraz też i już niepojętym.

Pion π:

— Szukanie kryjówki Początku tego stworka, który stał się Ideą Wszechbytu i Wszechistnienia: Gdziekolwiek, Jakkolwiek, oraz Ktokolwiek.

Piszczelarz:

— Może wystawi główkę z norki i nareszcie powiedzie się ta sztuka schwycenia głównego sprawcy czynu-Być jest mu na imię, które zna każdy, a nie każdy pojmuje, czym to w istocie jest.

Jednostka:

— Re-prezentacje już widzimy, tylko proszę nie pytajcie: „Gdzie”? — to już byłoby zbyt banalne.

Pion π:

— Rozglądam się dookoła, wstecz, do przodu, wstecz, w górę, w dół, ….wszędzie się ropzrzestrzeniam, lub tez jestem rozprzestrzeniony i w samym Początku jestem, w którym Nie-Istnieję, jeszcze przed samym Początkiem.

Złotoryj:

— Zawsze też się rozglądam na przechadzce.

Pion π:

— Lub też ile marchwi na wędzonkę z koziej głowy.

Złotoryj:

— A tego, tej sentencji, złotej myśli jak nie rozumiem.

Piszczelarz:

— To znaczy tyle co, warto jest ruszyć nosem przed wsadzeniem całej głowy jak czerpakiem, w inną aby mieć większe rozeznanie i przejrzeć mroki własnych być może tylko zamierzeń.

Pion π:

— To może i jeszcze zamieszać, a płyn się wykrystalizuje w tym co go spaja czy też spija.

Piszczelarz:

— Tak, nawet mąciwody potrzebujemy w tym ogródku.

Jednostka:

— Można by tak jeszcze zaglądnąć w kwiatek i powąchać.

Złotoryj:

— Zwalić koty na cztery łapy i wygarbować gnaty tępym osiłkom.

Pion π:

— Wiele jest możliwości w „Można”, lecz cóż z tego, skoro pojawi się „Po co”, skoro „Jeśli” istnieje w trochę innej kategorii.

Piszczelarz:

— Według mnie, zawsze jakaś draka przydaje rumieńców.

Złotoryj:

— Ano właśnie, tak sprawy istotnie się mają.

Jednostka:

— Ja tam wole się unicestwiać, wtedy przynajmniej sama mogę doświadczyć złożoności różnych struktur.

Piszczelarz:

— A czy tylko cząsteczkowych, czyli wchodząc w skupiska różnorodnej materii.

Jednostka:

— Czy nie energii, no właśnie tylko nie materii.

Pion π:

— A więc może razem gdzieś się wybierzemy, Jednostko?

Jednostka:

— Zapraszasz?

Pion π:

— Na kielicha, i jeśli będę mieć dobry humor to ja stawiam, ale potem muszę wracać, gdyż jak widzisz obowiązki mnie wzywają, a wręcz dopadają.

Piszczelarz:

— Byle nie były to obowiązki przytłaczające, najgorszy gatunek.

Złotoryj:

— Albo też obnażające nasz intelekcik, to jest w pewnych przypadkach ukazujące braki w odpowiednich systemach, luki w mózgu operacyjnym.

Jednostka:

— Albo też nieodpowiednie umiejscowienie w przestrzeniach, gdy mówię o sobie.

Piszczelarz:

— W takim razie załoga może się rozpaść.

Złotoryj:

— Albo uczynić się spuścizną wieków, co bardziej wiekopomne oraz znaczące.

Piszczelarz:

— Przeleć palcem po blacie, a tu nic tylko tuman kurzu pozostał. Wskazywać winowajcę, to jakby wszczynać kolejną wielką batalię, o właściwe któżby spamiętał co.

Złotoryj;

— Powodem mógł być zatarg z handlarką. Ale gdy przeniósł się o parę wieków co najmniej później, stał się jakimś potwornym konfliktem o skali nieporównywalnie znaczącej i większej.

Pion π:

— Małe robaczki urządzają sobie olimpiady.

Złotoryj:

— Olimpiady zbrojne.

Jednostka:

— Albo żerują w swych mikro-eko-systemach, zgodnie z łańcuchem pokarmowym, to jest porządkiem przynależności do danego gatunku, oraz z hierarchią ujmująca daną sferę, czy też niszę, czy też wyżynę biocenozy.

Piszczelarz:

— Tak, to ma sens.

Złotoryj:

— A dokładniej, że wszystko kiedyś się kończy.

Jednostka:

— Nie ten świat, to inny; zawsze można gdzieś wylądować, nawet po najgorszej katastrofie. Entropie uniwersów chociażby wliczając tutaj.

Pion π:

— Wylądować, albo stworzyć konstruując go wraz z odpowiednim natężeniem pól czy też danych, z których się wykona ów odlew danego tworu na miarę boskiej maszynerii.

Piszczelarz:

— Ewolucje układów gwiezdnych.

Pion π:

— A także wszelkich innych.

Jednotka:

— Rozpatrywanie różnych zmiennych z uwzględnieniem procesów kształtotwórczych, może by złudne co najmniej, a właściwie błędne, jeśli nie zamierza się stworzyć niczego szczególnego.

Złotoryj:

— To może weźmy kolosalną bryłę, to nikt się nie przyczepi. Połapie się być może.

Piszczelarz:

— Rozmiar nie zawsze wyznacza granicę, pomiędzy tym co warte a nie chociażby.

Jednostka:

— To akurat jest zgodne z moja teorią.

Pion π:

— No chyba zgodne nie tylko z samą teorią?

Jednostka:

Naturalnie dobrze jest się orientować w punktach granicznych obiektów, żeby sobie na łapki nie nastąpić przypadkiem oraz boleśnie, ale w pewnych projekcjach tych granic zwyczajnie nie ma, czy też nie należy się doszukiwać.

Pion π:

— Przenikanie jednak też ma jakąś wagę, czyli znaczenie.

Jednostka:

— Jak wszystko, co istotne dla sprawy, oraz poza nią.

Pion π:

— Skoro przyczyny już nas zawiodły, to może istnieje inny ratunek.

Jednostka:

— W kreacji pion, czy w anihilacji?

Pion π:

— To akurat czysty przypadek, czy też zbieżność.

Jednostka:

— o, czego jak czego, ale to właśnie tego już nie byłabym wcale taka pewna.

Pion π:

— Rozpaść się, zderzyć, unicestwić, stworzyć, zniknąć, przedostawać na inne poziomy kwantowe, ulecieć w nieznane. No cóż, wydarzenia wydają się uściślać gdy je postawimy nad przepaścią, a nuż wywrócą świat do góry nogami, albo co lepsza przekoziołkują, co jest już chyba ambitniejszym.

Złotoryj:

— A może zwyczajnie zdetronizować wioskę?

Piszczelarz:

— I wydajmy przyjęcie na cześć nowego władcy.

Jednostka:

— Można to scharakteryzować jako wybieg albo sprzeczka kochanków.

Pion π:

— Jedno co się wydaje, to to że powinniśmy się dowiedzieć, skoro już obiekt został zaobserwowany, to jest zaistniał dzięki naszemu pomiarowi w określonym stanie.

Piszczelarz:

— A czy będą jakieś inne wszczepy?

Pion π:

— Baccilum interpherensis, ha ha!

Złotoryj:

— No więc teraz już na pewno jesteśmy w komplecie.

Piszczelarz:

— Goście także mile widziani, z tego czy z tamtego świata, a także i innych wymiarów.

Jednostka: (wchodzi jedna, wychodzi druga)

— No już jestem, dziękuję za zaproszenie, nie zawsze lubię być osobą która zjawia się niezapowiedzianie, oraz nie zawsze z zaproszeniem.

Złotoryj: (zaskoczony jak i reszta)

— W takim razie z kim mieliśmy zaszczyt rozmawiać?

Jednostka:

— Pewnie z moim fantomem widmowym. Zawsze mnie ubiega, a na dodatek wygrywa, uprzedza porywając ze sobą co lepsze partie.

Piszczelarz:

— To może w pokerka, bo brydż odpada.

Jednostka:

— A czemu by nie, ja chętnie.

Złotoryj:

— Ja także się piszę.

Pion π:

— Już dawno mi się marzył jakikolwiek wyczyn, to może właśnie zdarza się teraz, albo może zdarzyć się za chwilę.

Jednostka:

— Gdzieś w kosmicznym salonie…

Piszczelarz: (zakłada kowbojski kapelusz)

(po dłuższej, ale nie za długiej chwili: gra może być rozegrana dowolnie, góra jednak do 5 minut, nie za długo, aby nie znudzić publiczności ale musi zmierzać do tego samego rezultatu- Złotoryj wygrywa… i…; puszczony obraz statku lecącego wśród przestrzeni kosmicznych dowolnego rodzaju, a oni grają… lub też scenariusz rozdania opisany poniżej. Scenka może być prowadzona jak się prezentuje pokerowe potyczki. Mogą nosić maski na czas gry, potem je zdejmują, prócz Piszczelarza, może piona także)

Tenże:

— Stawka dość wysoka, ale podbijam i sprawdzam.

Pion π:

— Nic nie oprze się memu …urokowi również (spogląda na Jednostkę; gdzieś binar nad jego głową), również podbijam i sprawdzam

Złotoryj:

— Podbijam, dokładam jeszcze za wszystko oraz sprawdzam.

Jednostka:

— Za wszystko.

Piszczelarz:

— Za wszystko!

Pion π:

— Za wszystko!

Złotoryj;

— W takim razie, wykładam kolor najwyższy, pikowy.

Piszcelarz:

— A niech to szlag!

Pion π:

— W mordę!

Jednostka:

— Układami dwóch ciał wzajemne się kompensujących.

Złotoryj:?

Piszcelarz:?

Pion π0:?

Jednostka:

— Cholera, nie poszło mi najlepiej, a właściwie nie poszło mi wcale.

Złotoryj: Rozumiemy.

Piszczelarz: Rozumiemy.

Pion π0: Rozumiemy.

Złotoryj:

— W takim razie zbieram swoje dukaty.

Jednostka:

— Sprawa wydaje się być podejrzaną.

Pion π:

— Coś jak rozbój w biały dzień przy użyciu podczerwieni.

Piszczelarz: (wstaje od stołu)

— Oszust, szuler, kanciarz!

Złotoryj:

— Sam sobie jesteś oszust, wygrałem uczciwie.

Piszczelarz: (Odsłania rękaw Złotoryja, z którego wysypują się karty)

— A nie mówiłem wam, mam ciebie gagatku. Stawaj do pojedynku!

Złotoryj:

— Może w samo południe? (z ironią w głosie)

Piszczelarz:

— Naturalnie, jeśli masz czas.

Złotoryj:

— Pytasz o zegarek?

Piszczelarz:

— Pytam o godzinę i o asa w rękawie.

As w rękawie: (wyskakuje, ni stąd ni z owąd)

— Dzień dobry jestem Kleofantynka.

Jednostka:

— Och, jaka ładna dziewczynka.

Kleofantynka:

— A z pani to cudo jakież niezwykłe jest jakieś.

Złotoryj:

— A bo widzisz, pani jest z daleka i nie stąd.

Jednostka:

— Bardziej niż wy, ziemskie istoty.

Piszczelarz:

— No już spokojnie; i co Złotoryj nie będzie pojedynku?

Złotoryj:

— A po co? Sprawa rozwiązała się sama i bezboleśnie. Ja tam oliwy nie dolewam do ognia bez powodu.

Piszcelarz:

— Sprawę więc można uznać za rozstrzygniętą, albo my sami możemy ja za takową uznać. W tych dwóch wypadkach istnieje zbieżność celu, a więc nie wykluczają się wzajemnie, co już można uznać za wielki sukces, albo kompletną porażkę; w zależności w którą stronę się zwraca i czy to istotnie musi być zawietrzna.

Pion π:

Więc panowie dajcie sobie buzi na zgodę i po wszystkim.

Kleofantynka:

— Ale na żadne machlojki nie można patrzeć z zawiązanymi czarną opaską oczyma, choćby taką jaką się nakłada wedle życzenia skazańca przed samą ezgzekucją, tak i teraz nie można pozwolić, by sprawa rozeszła się po kościach.

Piszczelarz:

— Można i ja tak właśnie teraz czynię (strząsa z siebie owo wydarzenie).

Złotoryj: (jeśli ma kapelusz, zdejmuje i z niego chlapie cieczą -fosforescencyjną)

— Ja także.

Kleofantynka:

— No ale przecież są jakieś wytyczne moralne, zachowania ustalone i spisane w czasie, wobec to których należy się podporządkować, i których należy przestrzegać. Bez tego i bez tych zasad nie mogłyby istnieć nawet społeczności całe.

Jednostka:

— No proszę, małej zebrało się na wywody, no i teraz macie.

Złotoryj:

— Zapomnij o tej sprawie Kleofantynko. Jak chcesz to ci przygotują smaczny deserek wiśniowo-cytrynowy.

Kleofantynka:

— A będą maliny?

Jednostka:

— No, nareszcie dziecko się uspokoiło.

Kleofantynka:

— A wcale nie, lubię być przekupywana, ale nie w sytuacjach mnie gorszących, na które wolałaby jednak nie spoglądać, ale od których nie mogę odwracać oczu.

­ Pion π:

— No i mamy problem (wzgl. Houston) w kosmicznym akceleratorze.

Jednostka:

— Bądź grzeczna Kleofantynko, bo inaczej zjawi się ośmioramienny stwór entropi, z którego odwłoka wysunie się dodatkowa macka, i ta będzie ciebie badać pod kątem przydatności do spożycia.

Złotoryj:

— No może nie aż tak, choć istotnie przyjść coś takiego może.

Kleofantynka:

— Takie brednie, to nawet w szkółkach niedzielnych nie rozdają.

Piszczelarz: (wystrzeliwuje z kosmicznej broni napisem samym: BANG! Kleofantynka pada „zemdlona”)

— Dosyć tego (strzela do Kleofantynki, po czym odprawiają jej szybki pogrzeb wystrzeliwując w kosmos przy March Funebre- Chopina Szopena)

Złotoryj:

— No i po kłopocie.

Pion π:

— Jednym małym, ale zawsze.

Jednostka:

— Może jednak wypadałoby zamienić słówko?

Piszczelarz:

— A po co?

Koniec sceny i aktu

Akt II Scena I

(Mocarstwo Faru. Pion π0,Złotoryj, Piszczelarz, generał, artylerzyści, armaty…)

Pion π:

— Szkoda że Jednostka musiała nas opuścić.

Złotoryj:

— Wyruszyła w pogoni za zmarłą.

Piszczelarz:

— Możliwe, bo tak nagle zniknęła, mówiąc tylko o pewnym spotkaniu, i to zdawkowo.

Pion π:

— Nieważne, ważny jest cel naszej misji. Wytoczyć działa.

Złotoryj: (ustawia działa, na wprost jakieś budowli, zamku)

Piszczelarz:

— A nowszego arsenału, to my nie mamy?

Pion π:

— Tutaj najlepiej nada się kula armatnia, a ponarzekać to sobie można gdzieś indziej, oraz tym bardziej w innym czasie.

Piszczelarz:

— Skoro tak.

Gotuj broń! (gotują)

Ustaw cel i zasięg (ustawiają)

Pal! (odpalają!)

(Słychać wystrzały, zamek staje się ruiną, Piszczelarz wchodzi w ruiny i po chwili pojawia się z powrotem mówiąc: )

— Mam dokument!

Złotoryj: (zaczynają dyskusję, mogą usiąść gdzieś przy stole)

— A spodziewałbym się co najmniej jakiegoś odwetu.

Piszczelarz:

— W najgorszym razie, byłyby to pertraktacje, potem negocjacje, a później być może coś w rodzaju sabotowania naszej misji czy też uzbrojenia. Koniec końców mogło się to skończyć zupełnie inaczej, a i my bylibyśmy gdzie indziej.

Pion π:

— Królestwo Far to zwykła farsa; wynająć paru tragarzy można by, aby zostało przeniesione w całości w inne strony, gdziekolwiek bądź to.

Piszczelarz:

— W parę osób jak widzisz wiele rzeczy można dokonać, choćby i podbić imperia.

Pion π:

— To megalomaniczne podejście, nie wiem czy ma mnie rozdrażnić czy tez wzbudzić tylko empatyczne odczucia.

Piszczelarz:

— Może jednak nie zawsze chodzi tylko i wyłącznie o ciebie?

Pion π:

— W takim razie niezależnie ode mnie powiem, że zbytni optymizm w podbijaniu królestw dostaje się w udziale głupcom, oraz tym którzy lubią sobie pomarzyć.

Piszczelarz:

— Marzenia przychodzą i odchodzą, najważniejsze aby je w porę zrealizować, gdy zachodzi taka potrzeba, albo gdy jest okazja po temu.

Złotoryj:

— Otóż to, jak palcem nie ruszysz, choćby i kogoś przestrzegając, to i nic samo się nie wydarzy. Może i nawet nie powinno.

Pion π0: (ironicznie)

— Oczywiście, jeśli ruszę palcem ( rusza) w lewo, to z prawa tez powinno się cos wydarzyć, jeśli założymy w tym wypadku symetrię albo i nawet super-ultra-symetrię pierwszej kategorii.

Piszczelarz:

— Nie zapomnijmy, że asymetryczne twory materialne istnieją w naturze.

Złotoryj:

— A także w sztuce, na przykład, lub też w nie komplementarnym układzie, zbiorze, continuum.

Pion π:

— Skoki ciśnień także istnieją, lecz są później regulowane, aby została uzyskana jakakolwiek równowaga.

Piszczelarz:

— Pomiędzy symetria a równowagą istnieje pewne podobieństwo, ale nie są one synonimiczne. W asymetrycznych układach spotykamy się z równowagą, tylko istnieje ona, lub też może istnieć w głębszych pokładach naturalnych skłonności danego choćby i konstruktu, czy tez struktury danego obiektu o przeróżnej wartości, czy też wielkości.

Pion π:

— No cóż, w każdym bądź razie lepiej jest zachować równowagę nawet w obliczu klęski, którą całkiem szczęśliwie ominęliśmy, jak się omija żywego węża, udającego martwego.

Złotoryj:

— Nie zapomnijmy o wszystkich, którzy polegli. Może im tez należy się cześć okazywaną z należytym szacunkiem.

Piszczelarz:

— W szczegóły tym razem nie będziemy wdawać się, szkoda na to najzwyczajniej czasu.

Złotoryj:

— Może i racja: co było nie musi koniecznie znowu nastąpić, może i nawet lepiej byłoby gdyby tak nie nastąpiło, bowiem wracać stale do jednej rzeczy jest czymś zgubnym i tragicznym razem, a przynajmniej takim może się okazać.

Pion π0: (trzy grosze rzuca i mruga do widowni)

— Tak bez końca, byłoby to zapętleniem akcji, które i może i nawet tutaj zdaje się możemy doznawać, a kto wie czy istotnie nie doznajemy.

Złotoryj:

— Całkiem prawdopodobne; od jakiegoś już czasu wydaje mi się, lub też mam jakieś przywidzenia, iż staję się obiektem czyjegoś jedynie postrzegania, a właściwie czyjejś obserwacji. Sam nie wiem przy tym ile w tym prawdy, a ile błędnej mej oceny wydarzeń analizy na tyle omylnej, na ile same moje postrzeżenia, może i nawet te same, które mnie powołują do istnienia.

Pion π:

— Można by uznać to za całkiem słuszne twierdzenie, bowiem też mam jakieś wątpliwości co do swego uzasadnienia obecności, w tej albo innej sytuacji, i nie zawsze są one zgodne z moimi priorytetami.

Piszczelarz:

— Miłe jest to, że się zgadzacie ze sobą kto ma gdzie pójść i co zrobić, czyż nie we wszystkim o to chodzi? Pójść tam gdziekolwiek, zrobić grandę, urządzić małą choćby rozróbkę, a potem grzecznie lulu i spać, nie pytając nikogo o zdanie, nawet własnego sumienia.

Pion π:

— Gdyby to było takie proste, niemalże samoczynnie automatyczne, udowodnić sobie że się znajduje we własnym położeniu i dołożyć do tego starań, żeby tak pozostało.

Złotoryj:

— Odpowiedni ciężar gatunkowy, niczym balast; zrzucamy balast, a tam co? Jesteśmy na pełnym morzu, w kapokach i jedyne co potrafimy, to pływać żabką, albo pieskiem w czasie sztormu.

Piszczelarz:

— Dostać się na brzeg i czekać na koniec epizodu, ale skoro to pełne morze, to może trzeba uzbroić się w cierpliwość, przejść przez akcję pełną napięcia i suspensu, może nawet i wzruszenia, jeśli nie suchą stopą, to przynajmniej suchą głową.

Złotoryj:

— Byle się nie skompromitować przed niewidzialną, co nie znaczy iż nieistniejącą (? — wielki znak zapytania na scenie, znika szybko) publicznością, a dodawać sobie odwagi stwierdzeniami podrzymującymi ducha.

Piszczelarz:

— Dodawać sobie odwagi, skoro sama z siebie nie przychodzi.

Pion π:

— Widzę że jakiś nieokreślony lęk wkradł się w nasze szeregi, niepostrzeżenie, a może zwyczajnie związany jest on z niepewnością istnienia.

Piszczelarz:

— Pewny jestem tego, że teraz tutaj stoję, ale nie wiem czy warty będę tyle samo, jeśli udam się gdzieś indziej.

Złotoryj:

— Problemy inflacyjne osobowości, a wystarczyłoby… no właśnie, nie tak łatwo znaleźć antidotum na egzystencjalne dolegliwości; bądź co bądź to nie są takie sobie zwykłe problemy gastryczne.

Pion π:

— Ale może takie jest rozwiązanie tego zakorkowania w butelce, którą trzyma jakiś zapyziały abnegat, albo leniwe umysłowo dziecko, i nie czeka nawet na odpływ. Wystarczy mu że rzuci nią, a w dole, w głębinach zjawi się ośmiorniczka, która odblokuje flakonik i może nawet jeszcze przeczyta list pożegnalny, pełen bohaterskich wzruszeń i przy tym sama się wzruszy. Ale to będzie wszystko i tyle i aż tyle, albo nic więcej.

Złotoryj:

— Byłoby wszystko, gdyby tak można było siąść, złożyć nie jajko, ale jakiś młot potężny po czym gruchnąć nim o ziemię, aż ta zatrzęsie się w posadach, a następnie wydać z siebie potężny głos i donośny i tym oraz takim sposobem upewnilibyśmy się co do własnej nieodwołalnej już obecności w tym przedstawieniu może i jednego autora, bowiem nie aktora.

Piszczelarz:

— A może przebrać głównych aktorów za dziewczynki w czerwonych pelerynkach i niech sobie wesoło hasają po lesie.

Złotoryj:

— A tam lupus in fabula i na dodatek głodny jest ten wilk, jak wilk właśnie.

Pion π:

— Nie, dziękuję za ten pomysł. Wolę już przebrać się za Jasia Malkontenta oraz jego dziewięciu spotworniałych psychicznie towarzyszy zmagających się z brakiem uwag krytycznych oraz niewzruszonością w obliczu własnej zagadkowości bytu.

Piszczelarz:

— Tak, ha ha! Mogłoby to być istne piekiełko zwiotczeniowo-mózgowe, w sam raz na wystraszenie jakiegoś niedomoga intelektu. Obawa samego siebie zawsze jest najgorszym doświadczeniem.

Złotoryj:

— Na nasze szczęście, mógłby, ale to i tak za dużo, ale nie jest i w tym raczej szukać trzeba okazji.

Pion π:

— Oportunizm nawet nie zawsze chadza z rozrywką.

Złotoryj:

— W takim razie co jeszcze?

Piszczelarz:

— Konflikt społeczny, ale ten to chyba stale i wszędzie zagląda, nawet jak mu podstawić dwa paluszki pod oczy (pokazuje), to i tak będzie się przyglądać nie zbaczając nie niebezpieczeństwo.

Pion π:

— Myślę, że najwyższy czas już jest aby opuścić ten padołek, nic tu po nas panowie i panie i mam na myśli nas wyłącznie.

Piszczelarz:

— Pora bym zaniósł do Kant dokument, aby uniknąć dalszych nieprzewidzianych perturbacji.

Złotoryj:

— A ja gdzie wracam, lub tez mam wrócić?

Piszczelarz:

— Ty wracasz z nami, przynajmniej do czasu, aż się tobie nie znudzi.

Złotoryj

— Co mianowicie ma mi się znudzić, bądź też nie?

Piszczelarz:

— Nasze towarzystwo, oczywiście.

Złotoryj:

— Of course, tres bien, naturlich, jestem z wami avanti!

Scena II

(Gdzieś W Kant: piramida, Sphinx; Złotoryj, Piszczelarz, a także trzech dostojników z władcą w Nemes i szatach)

Piszczelarz: (Podchodzi do władcy)

— Witaj władco Kant, Rademenesie

Rademenes:

— Witaj podróżniku Gwiezdny. Czy przybywasz z tym, po co wyruszyłeś w tak dalekie strony, których nie ujrzy wzrok nawet naszego lecącego Horusa władającego wraz z Ra błękitem nieba.

Piszczelarz:

— Bez kłopotów nie obyło się oczywiście, a oto są dokumenty (podaje zwoje owemu władcy).

Rademenes: (do dostojników)

— Niech nasi kapłani, przejrzą te zapiski (do Piszczelarza:) oto twoja zapłata Piszczelarzu Wspaniały Straceńcu, niechaj twoje imię rozbrzmi w chwale (daje mu złoto i odchodzi).

Piszczelarz:

— Konkrety są tylko konkretami, lecz bez nich się nie obejdzie.

Złotoryj:

— No, teraz nareszcie można się nacieszyć z wykonanego zadania.

Pion π:

— Wszystko co należało uczynić, zostało uczynione. Może i nawet to jest smutne, że wszystko musi się kończyć, niekoniecznie tam gdzie się zaczyna, ale jednak jest to smutne.

Piszczelarz:

— Zapewne coś się jeszcze przydarzy, nie tu to tam, przecież zawsze można znaleźć nowe terytorium, na którym to nasza obecność okaże się niezbędna. A teraz:

Opada kurtyna z Trupią Czaszką.

Koniec.

Imperialne rozterki

czyli Frazesy abnegowane (albo oklepywane)

Postaci:

Andiamo Verte: ubrany na czarno z kapeluszem też czarnym + laska (z emblematem orła).

Delano Anteri: ubrany na biało z kapeluszem też białym + laska (z emblematem wilka).

Lavinia Ruso: księżniczka, ubrana w suknię jedwabną, na głowie nosi obręcz z której odchodzą promienie i tam tez znajduje się druga obręcz. Może świecić odcinkami albo jako całość. Buty barbarzyńskie.

Gartem Karto: ubrana w hełm, całkiem po barbarzyńsku, z mieczem.

(Bez podziału na sceny, albo z nieznacznymi zmianami scenerii w trakcie aktów, z własnym wyczuciem)

Akt I

Andiamo Verte:

— Słoń w klepsydrze, w różnicy ciśnień, podlany kawiorowym sosem z pieczarkami.

Delano Anteri:

— Trąbeczka hydrostatyczna, czyli hipopotam w basenie.

Andiamo:

— Uzyskałem stopień naukowy, który nic nie znaczy gdy wchodzę w towarzystwo lekkich obyczajów, a kto wie czy aby nie mieszane.

Delano:

— Ja gdy roznoszę zaproszenia na bal przebierańców bez przebieranek, zostaję ugoszczony wystarczającą ilością zwodniczych wykrętów.

Andiamo:

— Uważam że oddychanie winno się złączyć z katatonią, a lękom należy wyprowadzić się z psychopatii.

Delano:

— Zawsze, gdy zdaje mi się że utykam, wtedy widzę przed sobą nadętego wałkonia o fiołkowym kapeluszu.

Andiamo:

— Nic tak bardziej nie urzeka, niż swobodny upadek z wysokości, na której podobno można zawisnąć i zostać na dłuższą pogawędkę.

Delano:

— Zwietrzyć wybryki można na dwa sposoby: jeden jest taki, iż trzeba stanąć tyłem do lustra asekurując krocze, a drugi polega na tym, iż jest się pokracznym mamisynkiem.

Andiamo:

— W antycznych uciechach zawsze doszukiwano się porzuconych skarbów i odnajdywano je w stanowiskach archeologicznych.

Delano:

— Można spróbować wszystkiego, ale jeśli tylko posiada się ładny zegarek.

Andiamo:

— Poróżnienie przez jedną głoskę- „z”awsze się kończy wystrzałem armatnim.

Delano:

— Początki bywają trudne, a najczęściej tragiczne.

Andiamo:

— Skąpany w ekskluzywnych światłach i blaskach słonecznych może nie zauważyłeś, że masz obnażone krocza.

Delano:

— Widoki od których męczy mnie głowa, a powinna co najmniej świadomość, a dzięki które to wiem, co znaczy być próżnym.

Andiamo:

— Odechciewa mi się zaszczytów, gdy pomyślę o zbombardowanych apartamentach, gdzie przymierzałem swoje ulubione rozterki.

Delano:

— Zgarnąłem niezłą pulę i pognałem z nią do sklepu, z narzędziami chirurgicznymi.

Andiamo:

— „Nie ty jeszcze nie widziałeś piękniejszych krajobrazów” — mówiłem jej, a ona zaczęła się rozpakowywać, z zakładów postawionych o tony i zbędnych kilogramów pozostawionych na uboczu.

Delano:

— Ostatnim razem gdy wybrałem się na przechadzkę po parku, nie omieszkałem zabrać ze sobą cybernetycznej lalki, oraz wyścigowego psa, którym rzucałem kolorową piłeczkę.

Andiamo:

— Na skrzyżowaniu Piątej Alei i Dziesiątego Stopnia jest taki ładny sklepik. Można tam wejść i kupić łyżeczkę, którą się stawia na 100 metrowej wieżyczce.

Delano:

— Stroskany szybko zaczepiłem się o kant i przeszło bokiem całe utrapienie.

Andiamo:

— Łatwo jest wnioskować przy zgaszonej lampie, a jeszcze łatwiej w kosmicznej, pozornej próżni.

Deano:

— Zgadnij ile jest 2 do potęgi dziesiątej, podzielone przez pierwaiastek 0,33 z siedmiu i podzielić przez nieskończoność (210: 7√0,33:∞).

Andiamo:

— ….? (∞- nakłada maskę na twarz)

Delano:

— Lepiej nie pytaj, bo i tak spadniesz z krzesła, na którym nie siedzisz.

Andiamo:

— A może lepiej nie było wygrzebywać wszystkich waśni, ot takim sobie ruchem od niechcenia (pokazuje gest bezwładności, albo odruch bezwarunkowy pukając się laską w kolanko-rzepkę), nurzającym się w sałatce z kopyt końskich.

Delano:

— Zmusić się do karygodnych zachowań, jest łatwiej niż zachować pozory.

Andiamo:

— Razem ze zmaganiami zatoczyliśmy koło i wspięliśmy się na wzgórze, z którego rozciągał się znikomy widok, więc prawie nic nie ujrzeliśmy.

Delano:

— Można było się domyślić ze sposobu mówienia, iż jego sposób przedstawienia szczegółowego opisu zdarzeń, będzie różnić się znacząco od spostrzeżenia, na które wpadł przypadkiem.

Andiamo:

— Zawsze zachowuje rady na koniec. Mogą się przydać, albo też mogą zostać zapomniane.

Delano:

— Trudno jest sprawować kontrolę nad dziedzicznym debilizmem, a co dopiero gdy stara się wejść przez okno w dachu, którego nie ma.

Andiamo:

— Zanosi się na deszcz od dłuższego czasu i zazwyczaj wyskakuje się wtedy ku górze z okrzykiem „Tirli, Tirli”.

Delano:

— Mógłby się przyjąć jakiś nowy zwyczaj, gdyż o stare zabiegano przedwcześnie, nie mówiąc już o tym, iż rozleniwiły się dość znacząco nawet.

Andiamo:

— Nie słyszano nigdy o poranku, dlatego gotów był zawsze w południe.

Delano:

— Nowinki oraz plotki rozchodzą się zazwyczaj w zgodzie, jeśli w ogóle.

Andiamo:

— Błędem jest inicjowanie zmian, siedzących sobie wysoko w obłokach i gardzących maluczkimi.

Delano:

— Trudno jest aspirować do swoje ulubionej pozycji, gdy się jedynie do niej tęskni.

Andiamo:

— Przechodzi mnie dreszcz z powodu wymuszanych granic rzeczywistości, na które się napotykam gdy zbaczam z ulubionej ścieżki.

Delano:

— Mógłbym nadepnąć swoją czaszkę i nie silić się na monolog, z którego obśmiałbym się szczerze, gdybym tylko takowy uśmiech wtedy posiadał może nawet miał w zanadrzu.

Andiamo:

— Z zawodami jest zawsze jeden problem: taki iż są i zazwyczaj się nie przydają.

Delano:

— Ustawiłem się tak, aby nadstawić pół swego oblicza, skąd dobiegł mnie szept urokliwy, a drugą połowę na drut kolczasty.

Andiamo:

— Nie było jeszcze nigdy tak jak przedwczoraj, gdy muśliny oblegały mnie zewsząd i nie było możności ucieczki we wczoraj.

Delano:

— Żywiłem urazy, a zapobieganie im jest nowym wynalazkiem, który chętnie bym sobie wypożyczył

Andiamo:

— Rozgarniam pochmurny dzień i wszystko mi jakoby ginie sprzed mego wzroku.

Delano:

— Uzbierałem wiele statusów oraz przyrzeczeń, a gdy nadszedł najwyższy czas, aby je wszystkie rozdać, wtedy zawahałem się, nie po raz pierwszy zresztą, ale może przedostatni.

Andiamo:

— Na klęsce można zbudować wiele baśni, legend, rękami nierealnych postaci.

Delano:

— Nigdy nie mówię zbyt wiele, a jeśli już, to staram się jak najzwięźlej ująć obszerny temat istoty rozjaśnienia barwy dnia, i po kilku dniach nie widzę nikogo wokoło siebie.

Andiamo:

— Jest wiele rzeczy, które chciałbym aby objęły mnie ukradkiem, oraz w chwilach największych wzruszeń.

Delano:

— Nigdy nie wystawiam się na pośmiewisko za wcześnie, zazwyczaj czekam aż dojrzeję i wtedy upadam.

Andiamo:

— Lepiej jest nie pozostawić siebie na uboczu, gdyż można całkiem o sobie zapomnieć i spiec się na skwarek. Naturalne iż jest to zależne od właściwej sobie samemu karnacji, więc ci o ciemnym ubarwieniu mogą na czerwono, a ci o czerwonym na żółto albo biało, a ci o białej na pomarańcz.

Delano:

— Zważ ile sobie ważysz i do jakiej kategorii ciebie zapraszają, aby obić tobie mordę.

Andiamo:

— Po przespanej nocy wymawiam cały alfabet, aby upewnić się co do kraju swego pochodzenia, oraz gdzie akurat przebywam.

Delano:

— Nigdy nie wątpiłem w bezczynność, raczej ona starała się uniknąć wszelkiej odpowiedzialności i zniknąć zawczasu.

Andiamo:

— Niedobrze jest podupaść na zdrowiu i nie zdążyć ułożyć puzzle, albo scrubble w języku w którym istnieje tylko jedna litera.

Delano:

— Ukarałbym wniosek, który zarządza wszystkimi krainami bajek, a jest on nieprzychylny, poprzez niewłaściwe ułożenie nadgarstków dłoni, oraz niewłaściwą gestykulację.

Andiamo:

— Zapomniałem sprostować pewne wyrażenie, i dzięki temu stałem się sławny.

Delano:

— Odgadłem aktualne zapotrzebowanie na plastyczność, którą pierw trzeba długo przeżuwać, nim się osiągnie upragniony kontur.

Andiamo:

— Gdy idziesz do weterynarza, nie zapomnij o kwiatkach oraz o czekoladkach.

Delano:

— Nierozsądnym jest zakładanie gorsetu gdy posiada się skrzydła.

Andiamo:

— Dodałem parę liczb do siebie, a one poczęły się wzajemnie oskarżać o zdradę, oraz o numerobójstwo.

Delano:

— Nic tak nie boli jak dogadywanie owieczek gdy jest się wilkiem.

Andiamo:

— Spróbuje wyjaśnić, co nie zostało jeszcze wyjaśnionym, oraz uwzględnić to, czego jeszcze nie ma.

Delano:

— Na ogół rozwiewam wszelkie wątpliwości, a uwagi zanoszą się śmiechem.

Andiamo:

— Zapomnij o tym czego nie słyszałeś, gdyż byle szept, albo wymagający krwiopijca jest w stanie zawrócić ciebie do tego miejsca i nakazać tobie usłyszeć to, czego nie słyszałeś.

Delano:

— Zwątpienia rozważają o wiele więcej, niż się zazwyczaj sądzi.

Andiamo:

— Obrazy maluje ten, kto akurat jest pod ręką, albo pantofelkiem.

Delano:

— Uwiodła mnie pewnego rodzaju panienka- miała niezliczoną ilość wstążeczek, a które wplatał we włosy.

Andiamo:

— Jest to pogwałceniem praw, to o czym wszyscy myślimy, lecz zdaje się to być koniecznym balastem postępu.

Delano:

— Nie zapomnę o wydarzeniu, jakie miało miejsce gdy wtargnąłem do banku, ale po jakimś czasie okazało się, że wszedłem omyłkowo do hotelu Oaza, gdzie wypoczywało dwanaście hipopotamów, siedem tygrysów, oraz lew uważający się za królewnę śnieżkę.

Andiamo:

— Za każdą zwłokę naznaczono mi sto batów i nawet ja uznałem to za słuszne, oraz nobilitujące zajęcie, zważywszy że nie noszę zegarka.

Delano:

— Można sobie gdybać, ale też można roznosić listy w dzielnicy buldogów, rottweilerów, pitbulli oraz dobermanów. Te pierwsze wydają się być najgroźniejsze.

Andiamo:

— Rozsądniej jest pożyczać większe kwoty, niż chodzić jak zwykle swoimi drogami.

Delano:

— Udaremnienie wszystkich postaw, musi się wiązać z koniecznością ustawienia siebie pod jednym kątem, najzupełniej możliwym, oraz też prostym, choć może rozwartym.

Andiamo:

— Nie wzruszają mnie pieśni bez początku ni końca i z nimi wolałbym nie mieć nigdy styczności.

Delano:

— Przechodziła koło mego nosa wygrana, lecz nigdy nie wyznałem jej że tak bardzo na nią liczyłem, gdy nakazywano mi kopać sobie grób. A ja przecież ważę z pół tony co najmniej, i ponadto jestem leniwy.

Andiamo:

— Strasznie długi zajęło mi tłumaczenie wiersza, zapisanego we śnie numer: 1001, zważywszy, że nie lubię katalogizować niczego.

Delano:

— Zgadłem po raz setny ulubioną liczbę w ruletce i tym razem mogłem nareszcie spłacić hipotekę swojej willi, w najbogatszej dzielnicy.

Andiamo:

— Oddałem swój pamiętnik oszukanego głupca do depozytu w banku i dostał się w niepowołane ręce, które dalej piszą tę beznadziejną historię.

Delano:

— Skończono drukować książkę, na okładce której widnieje mój obnażony tyłek, razem z moim autografem. Może nie tak trudno i wielbicieli.

Andiamo:

— Uznałem za stosowne wybrać się za morze, które wskazałem przypadkiem palcem po mapie oraz globusie mrugając przy tym swoim oczkiem i nie raz i nie dwa razy.

Delano:

— Gdy odmawiają ci wszystkiego, nie odmawiaj sobie od ust.

Andiamo:

— Podstępne półśrodki tragicznie znoszą przeprowadzki w całkowite wyjawienie.

Delano:

— Nie odstawiam na miejsce nigdy rzeczy, bowiem w chaosie nie trudno jest o pomyłkę, która może zakończyć się szczęśliwie.

Andiamo:

— Staram się zawsze wychodzić na swoje, albo zostawać na miejscu.

Delano:

— Daleko prościej jest wydawać się złożonym z wielu warstw i półtonów, niż podawać siebie na srebrnej tarczy, z widocznymi oznakami półgłówka.

Andiamo:

— kiedy mówią do mnie nie zwracam na to uwagi, lecz gdy przychodzą z czymś więcej niż pouczeniem, staje nad nimi i udaję nocna sowę.

Delano:

— Z kieszeni wyjmuję dość duży, ale podręczny kufer na którym widnieje inskrypcja: „Zawsze zostawiam coś w zanadrzu”.

Andiamo:

— Zgadzam się z każdym oraz o dowolnej porze, jeśli jestem do tego odpowiednio rozdysponowany, albo gdy mam dobry humor.

Delano:

— Zęby mądrości uwielbiają zęby mleczaki.

Andiamo:

— Doszły mnie słuchy iż nie widać jest mnie wcale i nigdzie, oraz że chadzam z rękoma pozamienianymi na strony.

Delano:

— Splądrowano świątynie, z nabożnej czci je okradzono.

Andiamo:

— Zezwolono na bieg po pustyni pod warunkiem, iż będzie się wyobrażało sobie kąpiel w morzu, a także drinki z lodem.

Delano:

— Zostałem potrącony przez trzylatka i poczułem się jakbym miał co najmniej pięćset.

Andiamo:

— Zgubiłem pewnego razu rewolwer i wynikły z tego od razu niespodziewane konsekwencje, w postaci zwrotnych biletów do kasy.

Delano:

— Życzyłbym sobie jeszcze więcej, albo nawet więcej.

Andiamo:

— Atrakcyjność bezprawia, leży tuż za rogiem, więc nie trzeba ani też nie jest konieczne, by szukać daleko, może na próżno.

Delano:

— Wyrażam się daleko jaśniej i precyzyjniej aby dopiąć swego, a zaciemniam obraz aby się uspokoić w księżycową jasną noc

Andiamo:

— Gdy zwalono całą winę na mnie, okazało się iż od dawna jestem nieobecny i może został mi tylko mój ogon.

Delano:

— Potarłem sobie kolano i rozpromieniłem się cały.

Andiamo:

— Uznałem za stosowne obrazić się o tej i o tamtej porze tego i tego, i jeszcze tamtego dnia i gdy nadeszła ustalona data, uznałem iż czas jest ku temu najwyższy, aby zastosować się do tej rady.

Delano:

— Naprzeciwko mego mieszkania jest dom, który chyba mnie nie lubi i zawsze podkrada moją wyprana bieliznę, a następnie zwraca ja przez swój żołądek- kominem.

Andiamo:

— Gdy przechodzę obok piekarni, rozmyślam o piersiach mojej kochanki.

Delano:

— Rzucam granatem, a on jak posłuszny piesek wraca do mnie, machając urwaną zawleczką tam, gdzie go nie ma, a jest to jedyne miejsce, gdzie winien był się zjawić oraz o tej porze.

Andiamo:

— Zwroty akcji następują po proroctwach, albo stają się możliwe w Deus ex Machina

Delano:

— Widzieć więcej, znaczy przyczaić się, dostępując nagłego wzruszenia.

Andiamo:

Gdy przyszła na mnie kolej, uznałem za stosowne ustawić się w ponownie kolejce na końcu.

Delano:

— Praktyka czyni mistrza, a praktykant czyni misteria.

Andiamo:

— Mógłbym się zrzec jednego ze swoich licznych tytułów, gdyby mi tylko na to pozwoliły moje honoraria.

Delano:

— Powątpiewam i błądzę, ale z góry wiadome dociekanie przenosi mnie od razu do końca wędrówki.

Andiamo:

— Nastroszyłem się, nie mając sierści i wypadło to fatalnie, a życzyłem sobie, aby wyszło jeszcze gorzej.

Delano:

— Podniosłem się na duchu, gdy przeczytano mi osobliwą historię pewnego rycerza, który znalazł serce swojej ukochanej głęboko zakopane w lesie, i natychmiast jej doniósł o tym szczęśliwym wydarzeniu.

Andiamo:

— Znam szereg rozpraw wnoszonych przeciwko mnie, ale na każdej jednej uznano mnie za niepoczytalnego, a także za obytego towarzysko.

Delano:

— Nigdy nie spotkałem kogoś podobnego sobie, a tylko dlatego iż najczęściej zapuszczam się w nieznane nikomu strony i zatracam się w ich kompletnie.

Andiamo:

— Można wyczyniać cuda, a tyłek i tak zaboli.

Delano:

— Znajduję się często w pomieszczeniu, gdzie wpadający znajomi są najczęściej duchami przyszłych wcieleń, o czym zdają się jeszcze nie wiedzieć.

Andiamo:

— Rozkazy padają z prawa lub lewa, i nigdy nie sposób jest odgadnąć ich toru lotu, w przeciwieństwie do kuli.

Delano:

— Wnoszenie o całości z fragmentu, jest jak zaginanie końca kartki, wbijając tam szpilkę, albo też igłę.

Andiamo:

— Umieram z ciekawości podczas pierwszych godzin porodu mego wyszczególnionego wzroku na pewne zdarzenie, a potem zapisuję to sobie na konto, gdy już ostatecznie się znudzę.

Delano:

— Zdarza się, że wychodzę na głupca udając znajomość konwenansów, a o których mi napomkniono w domach publicznych, ale tylko dlatego, iż nie stosuję się do owych zaleceń.

Andiamo:

— Odkryłem, że gdy przechodzę przez jezdnię, wszyscy nerwowo wlepiają wzrok we mnie, a ja nie lubię być przewodnikiem stada, tylko lubię stanowić swoją kolej losu.

Elano:

— Razu pewnego zaobserwowałem u siebie 12 stopni Celsjusza i natychmiast udałem się do dentysty.

Andiamo:

— Wyprostowałem krzywą ewolucji i naczelne nauczyły się chodzić na dwóch nogach, a potem na dwóch palcach w pozycji wyprostowanej.

Delano:

— Długo się w sobie zbierałem, a to co zebrałem w koszyczku, zabrałem do babuni.

Andiamo:

— Z pozoru proste prace wykonuje z użyciem nanonarzędzi.

Delano:

— Zbiegam się ze wszystkich stron, na wieści przynoszone przez niepokojące oznaki zatwardzenia.

Andiamo:

— Wniosłem opłatę celną, za świnkę skarbonkę, jako za zwierzę prawdziwe, może też i holograficzne.

Delano:

— Zawróciłem koleje losu i teraz w końcu nabieram rozpędu.

Andiamo:

— Udało mi się wszystko, więc podziękowałem ślicznie przeznaczeniu, jasnej gwieździe, czepkowi, srebrnej łyżeczce, wróżce zębuszce, oraz paru jeszcze innym rzezimieszkom.

Delano:

— Daleko mi do tych przestrzeni, z których wziąłem swój początek.

Andiamo:

— Zerwałem przymierze z obślizgłym gadem, gdyż wyśliznął mi się z dłoni i poklepał mnie po ramieniu.

Delano:

— Zostawiłem otwarte wrota, by zostać ograbiony ze swojej męskości przez znajome dziewczę, lecz nie musiała mi go zwracać od razu, a tylko mogła pochwalić się swoim koleżankom.

Andiamo:

— Uznałem za stosowne spytać się o właściwą drogę, ale puściłem tę zbędną uwagę koło i mimo mych uszu.

Delano:

Zwycięstwa oznaczają wyraźnie coś, tylko trzeba jeszcze wiedzieć co, a gdy już się będzie wiedziało, może być na nie za późno.

Andiamo:

— Niedawno wyruszyłem w podróż, która nie miała końca, a kiedy zawróciłem, już nie było początku.

Delano:

— wracam się w szczególnych przypadkach, a w osobliwych wydaje się ze swym banknotem trzymanym w jamie ustnej, dla uśmierzenia bólu zęba.

Andiamo:

— Zastanowiłbym się dłużej nad tym, ale wtedy straciłbym bezpośredniość uczucia, jakie towarzyszy afektom.

Delano:

— Nauczono mnie dwóch rzeczy: jedna z nich to by nikomu nie wchodzić w paradę jak nie trzeba, a druga aby wyszykować się w porę na cacy.

Andiamo:

— Znalazłem ostatnio artykuł o sobie samym, na szczęście w porę się zorientowałem i zdążyłem oprzeć chwilowemu zaciekawieniu, wziętemu z głupoty i zagapienia.

Delano:

— Rzucono trzynastoma obrazami i żaden nie trafił w porcelanowy czajniczek, choć namalowano na nich młotki, oraz inne narzędzia zdolne rozbić ów czajniczek. A rzucał Zezowaty Fred.

Andiamo:

— Ustawiono się w rzędzie tylko po to, aby następnie chodzić w koło albo w kółko. Niektórzy nawet otwierali przy tym usta, jakby wypowiadali samogłoskę „o”.

Delano:

— W chwili największego zachwytu nad scenicznym występem Zenony Trębajło publiczność zdołała zauważyć krytycznego wichrzyciela wśród zgromadzenia, od razu zarzucając mu zdradę, a Zenona nakazała go owiesić w swoim ogródku, jako worek treningowy.

Andiamo:

— Nie wiedziałem że można tyle rzeczy zrobić z niczego, na przykład sen, który się jeszcze nikomu nie śnił, albo ornament o podstawie słusznych założeń

Delano:

— Spotkałem kiedyś znajomego, omówiliśmy parę zasadniczych kwestii a następnie rozeszliśmy się każdy w nie swoja stronę.

Andiamo:

— Uczestnictwo w wyborach miss Piękności, wiąże się z wielką renomą, i nie przypadkowo w jury zasiada ornitolog, zoolog, balsamista zwłok, razem z grabarzem.

Delano:

— Ubrano dwadzieścia pięć kobiet za jednym zamachem, i tylko jedna pozostała całkiem naga, nie roszcząc do nikogo pretensji.

Andiamo:

— Rozwiązałem trzysta jedenaście łamigłówek, zapominając o tym iż krwawo obchodzi się z tłumnym powstaniem rząd na uchodźctwie.

Delano:

— Razu pewnego utoczono dla mnie żelazną kulę. Udałem się do muzeum wojennego i wystrzeliłem nią z armaty, t samym wyrąbując sobie niejako drogę ucieczki.

Andiamo:

— Skompromitowałem się nie po raz pierwszy, wchodząc do galerii z tandetnymi dziełami sztuki, ale nie obiecałem przy tym tez sobie tego, iż jest to ostatni raz.

Delano:

— Mylę się zazwyczaj o 7:30, a gdy nastaje południe, magnetyt w mym mózgu wskazuje odpowiednią godzinę oraz trakt wypowiedzi, który wymawiam bezbłędnie.

Andiamo:

— Zdołałem uzbroić się w cierpliwość, a gdy nie zdecydowano się mi przyznać wtedy nagrody, uznałem to za oszustwo, którego nawet ja bym nie uczynił.

Delano:

— Bardzo starano się mnie wybić z rytmu, a gdy to się udało, powiadomiono o tym zdarzeniu antrakty i zwykłe przerwy w grze.

Andiamo:

— Zwłoka czyha na każdego -powiedziała mi pewnego razu staruszka, więc idąc dalej musiałem wygłaszać mowę pogrzebową.

Delano:

— Zapragnąłem wszystkiego o czym marzyłem w dzieciństwie, zapominając o tym, iż po trzydziestu latach jestem jeszcze dzieckiem i nie wolno mi dawać wszystkiego, co tylko sobie zażyczę.

Andiamo:

— Gdy nie uznano mych zasług, bardzo się wzruszyłem i przyjąłem order niezasłużonego.

Delano:

— Zdybałem mego ogrodnika na tym, że miast róży posadził w mym ogrodzie: kalarepę, rabarbar oraz dynię.

Andiamo:

— Zawsze mnie zastanawia to, dlaczego jestem omijany gdy wkładam na siebie płaszcz podarowany mi przez przedsiębiorców pogrzebowych.

Delano:

— W roli faraona starożytnej dynastii obsadzono młodzieńca z wodogłowiem, i nie widziano jeszcze nigdy takich ogromnych wylewów Nilu, nigdy.

Andiamo:

— Gdy spotkałem ukochaną przyznała mi się do tego, iż zaszedłem jej za skórę, oraz że jestem jak wrzód na tyłku, oraz igiełką wkłuwaną pod paznokieć.

Delano:

— Nie uznaję klapy od marynarki garnituru, tak samo jak klapy przedstawienia.

Andiamo:

— Postawienia wszystkiego na jedna kartę powinno się zakazać w niektórych miastach, ale tylko dlatego, iż zbyt ograniczone na ten proceder, to znaczy, iż nie posiadają wystarczających gabarytów.

Delano:

— Skrzyżowanie postaci z horroru, oraz postaci surrealistycznej sztuki pozornego nonsensu oglądam codziennie rano albo i nie przed lustrem zanosząc się śmiechem, ale tylko po to aby dodać sobie odwagi.

Andiamo:

— Stosowne zachowanie wymaga niezwykłych inwencji twórczego rodzaju, więc nie należy tak zwyczajnie i po prostu opuszczać spodni, przed wcale nie taką znowu zgorszona panienką. A to że to ostatnie to szkoda.

Delano:

— Gdy ujrzałem karambol, zagrałem w tetris 3-d, pozwalając wybrnąć kierowcom z okropnej kolizji i kraksy. Musiałem się tylko cofnąć w czasie.

Andiamo:

— Bardzo lubię stare wystroje wnętrz. Zazwyczaj zajmuje mi parę dobrych godzin, by sklecić z nich Monstrum Machinerum, nie zapominając o tym, by zbudować dla siebie kabinę gdzie zarządzam ruchami owej maszynerii, albo ona tez zarządza moimi.

Delano:

— Dysproporcje mieszczące się w normach są mi przyjazne. Z innymi się jeszcze nie zaznajomiłem.

Andiamo:

— Zdecydowanie odradzam chodzenie po parku w świetle i blasku księżyca. Można być wziętym omylnie za wilkołaka i zostać co najmniej oblanym święconą wodą, jakby kubłem pomyj, oraz zostać zaprowadzonym do konfesjonału, co chyba jest jeszcze gorsze, niż srebrne kule czy też osikowy kołek.

Delano:

— Zmagam się długo z jedną myślą która mnie nachodzi. W końcu odstawiam ją na bok, by po pewnym czasie poczęła mi imponować. A wtedy zabieram ją do muzeum konającego Gałgana, i zdaje się iż wtedy jest zadowolona.

Andiamo:

— Zwlekam się z wygórowanych ambicji na sam bruk i zmagam się z wyrocznią leżącą na wprost mego wzwodu.

Delano:

— Skutecznie bronię narcyzmu wtedy, gdy nie mam sobie nic do zarzucenia, ale też wtedy, gdy jestem wręcz obładowany ciążącym mi niezbyt sumieniem. I jeśli nie wychodzę z tego cało, to przynajmniej w połowie.

Andiamo:

— Zezwalam sobie na różne figle oraz wybryki. A gdy zaczynam je spisywać, uważam by chochlik nie wypowiedział ani jednego słowa za wiele.

Delano:

— Mógłbym się zastanowić nad tym albo tamtym zazwyczaj tak właśnie czynię.

Andiamo:

— Znalazłem pewien wzór, a jego równanie zostało uznane za utajone panaceum. Utajone, ponieważ poszło się gdzieś przejść i może wróci niebawem.

Delano:

— Dbanie o własne przyjemności nie uwzniośla, ale czyni pracowitym.

Andiamo:-

— Zbierać się jak sójka za morze, a przecież jak mors za obłoki.

Delano:

— Licytacje wymagają zasieków, okopów, oraz min przeciwpiechotnych.

Andiamo:

— Nie wyznaczono granicy tego co nieobjęte, co nie znaczy, że nie sprowadzono do widzialnego poziomu.

Delano:

— Wydarzyłem się o raz za dużo i nie sposób jest tego zawrócić.

Andiamo:

— Gdzieś w szczytowym momencie akcji, zjawił się nagle w moim śnie pies z obrożą, na której było moje imię, którego mi jeszcze nie nadano.

Delano:

— Odnalazłem swoje zagubione brzemię, ale wydaje mi się że zostało mi skradzione.

Andiamo:

— Skazano dwadzieścia kogutów na karę dożywocia, a jednego uznano za niewinnego, gdyż zapiał gdy zaczęło zmierzchać, bodajże trzy razy.

Delano:

— Uczennice wysokiego wzrostu, ale nie zawsze stanu, zdają się wskazywać już na mnie palcem.

Andiamo:

— Zabawy nie przynoszące żadnego pożytku, zdają się łasić do mnie.

Delano:

— Wydaje mi się od dłuższego już czasu, iż ktoś stale chodzi za mną, i mnie — choć nie jestem tego pewien śledzi. Powiedziano mi jednak iż jest do mnie podobny i jedyne co nas różni, to długość przebytej drogi.

Andiamo:

— Za każdym krokiem zauważam iż rosnę, a przy końcu jestem już wystarczająco duży, aby włączyć światło w pokoju.

Delano:

— Nadzieja i optymizm wydają swoje ostatnie grosze w wesołym miasteczku.

Andiamo:

— Rzuciłbym posadę anonimowego twórcy, ale niech pierw mi zapłacą, a będzie to moja pierwsza pensja, w ogóle. Wtedy odejdę.

Delano:

Zwykłem zwlekać jeśli chodzi o oszacowanie strat, ale nigdy jeśli chodzi o branie udziału w tragicznych przedsięwzięciach.

Andiamo:

— Przestępstwa są profesjami o łagodnych obliczach.

Delano:

— Karanie jest opłacalnym zajęciem w trudnych czasach.

Andiamo:

— W każdej dziedzinie powinno się podnieść poprzeczkę, a potem dobudować schody.

Delano:

— Zwietrzyć interes można na wiele sposobów, najważniejsze jednak by dać się ponieść swojej wyobraźni.

Andiamo:

— Uznano mnie za zaginionego i odwołano poszukiwania. A ja w tym samym czasie udałem się w krzaki, gdyż mnie przypiliło.

Delano:

— Uznanie zdobywa się na polach chwały, a wszystkie przymioty lądują w ubikacjach, albo udają się na wybiegi, unikając schadzek.

Andiamo:

— Ustanowiłem parę nowych rekordów w dyscyplinach które nie zostały jeszcze wymyślone: ściganie się z wiewiórkami w zjadaniu solonych orzeszków, zasypianie na czas z niedźwiedziami i hibernowanie, używanie echolokacji na odległość- tak można czynić z nietoperzami, a także z delfinami, ignorowanie prologów, wynajdywanie próżnych usterek…

Delano:

— Przy spotkaniu ze cmentarnymi hienami najlepiej jest zaciągnąć wartę. Ale obchodzenie się smakiem nie wchodzi już w grę. Można wziąć granatnik.

Andiamo:

— Uznaję się za pokonanego, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują. A jeśli nie wskazują to ja je wskażę i sytuacja obróci się na moją korzyść, albo przeciwnie.

Delano:

— Zrzuciłbym w otchłań wszystkie swoje niedomogi, gdyż na razie wychodzą mi bokami, ale nie mogę ich zebrać razem do kupy, gdyż każdy jeden chce iść we własną stronę.

Andiamo:

— Stosowne zachowanie nakazując przydybać idących w kapeluszach, miast butach, ale tylko do czasu, aż zakwitnie im na głowie kwiat o wręcz niespotykanej sile rażenia.

Delano:

— Nie odebrałem telefonu, gdy ktoś dzwonił wielokrotnie. Przy tym zacząłem udawać osobę znajdującą się zupełnie w niespodziewanych okolicznościach.

Andiamo:

— Wyraziłem swój aplauz dla zdecydowanych posunięć, a gdy przyszło co do czego, wtedy zająłem swoje miejsce na widowni.

Delano:

— Dołożyłem wszelkich starań, aby udała się możliwie najlepiej pewna sztuczka magiczna polegająca na tym, że się znika, co jeszcze wcale nie dowodzi względności istnienia, ale oczywiście że mogłoby dowodzić, nawet dowieść.

Andiamo:

— Dwie pastylki środka pobudzającego przed snem i we śnie wcale nie będę sennym widziadłem, ani nawet sennym, choćby i wędrowcem u zbocza góry.

Delano:

— Uknuto spisek w którym nie brałem udziału, ponieważ knuto przeciwko mojej osobie. Właściwie to nawet wziąłbym w nim udział, gdybym tylko nie odwołał zaproszenia.

Andiamo:

— Są rzeczy z których nie mógłbym zrezygnować: jesienne nostalgie, antropologia, zrzucanie się ze schodów, jonizacje gazu, lubowanie się w minerałach, podchody, szturmowanie pozycji wroga, entuzjazm brany za odwagę, utykanie w korku.

Delano:

— Razu pewnego zarzucono mi brak podstaw: 1- do wszczęcia procesu 2- do wpisania mnie na listę morderców 3-do obsadzenia mnie w roli troglodyty w dramacie tragicznym podszytym ironiczną zajadliwością oraz eposem.

Andiamo:

— Scharakteryzowano przebieg zdarzeń w procesie i określone zajście jako cofające się wstecz w czasie przy sprzyjającym wietrze oraz w wyjątkowej aurze. A podobno było wietrznie i chyba nawet był tajfun i huragan, cyklon i tsunami.

Delano:

— Pokazano mi dwanaście podobizn mej czaszki i nakazano dwunastu aktorom odegrać scenę gorszącego rodzaju. Byłem jedynym recenzentem i żeby nie zostać posądzonym o stronniczość, zaklaskałem sześć razy, a sześć nie.

Akt II

(willa Hadriana, rzut projektora)

Lavinia Ruso:

— Piękny dzień mamy panowie, czyż nie?

Andiamo:

— Zależy z której strony mu się przyjrzeć, gdyż różnica pomiędzy podbrzuszem a grzbietem wydaje się albo jest kolosalna.

Delano:

— We wszystkim można by się doszukiwać podwójnej korzyści, albo jednej całkowicie wystarczającej klęski.

Lavinia:

— Nie można zapominać o łapkach, względnie o płetwach rzucających wszak dalekie cienie.

Andiamo:

— A więc zapewne znamy się jak łyse konie?

Delano:

— Bo nie raz przybijaliśmy sobie piątki, ani nie dwa razy kręciliśmy wspólnie wykończeniami korpusu.

Lavinia:

— Rzecz ujmując zwięźle, wynieśliśmy wiele korzyści ze wspólnych lat szczenięcych, mieniących się przed naszymi oczami niczym tresowane zwierzę cyrkowe.

Delano:

— Jeśli byłoby to zwierzę pociągowe, wtedy trwałoby to znacznie dłużej.

Andiamo:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.25