E-book
10.24
drukowana A5
53.36
Kryptonim MIRZA

Bezpłatny fragment - Kryptonim MIRZA


Objętość:
270 str.
ISBN:
978-83-8440-973-2
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 53.36

Rozdział 1 Barber

11 września 2017 r.


— Panie mecenasie, proszę wybaczyć, ale niech pan się trochę streszcza.


Głos zmęczony, ale uprzejmy. Wyćwiczona uprzejmość człowieka, który siedzi na sali rozpraw od 8.30.


— Mam pana stanowisko na piśmie, nie trzeba go powtarzać. Mam jeszcze pięć spraw, a jest chwila opóźnienia.


Sędzia Krawczyk — koło pięćdziesiątki, łysy, w todze rozpiętej u góry, bo klimatyzacja nie działała — pochylił się nad stołem i czekał. Sala numer 114 Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia: niecałe dwadzieścia metrów kwadratowych, jedna ławka dla publiczności — pusta. Na ścianie gipsowe godło, orzeł z koroną domalowaną innym odcieniem bieli, zapewne doczepionym po osiemdziesiątym dziewiątym. Meble z lat siedemdziesiątych. Laminowany stół, krzesła z metalowymi nogami, na blacie rysy po długopisach kilku pokoleń prawników. Protokolantka — młoda blondynka, dwadzieścia lat — siedziała po lewej za komputerem i czekała razem z sędzią, aż mecenas skończy.


Mecenas nie kończył.


Krzysztof Mirzewski-Sobolewski miał trzydzieści siedem lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, brodę przystrzyżoną z chirurgiczną precyzją i wełnianą marynarkę w kolorze antracytu, która kosztowała więcej niż miesięczne wynagrodzenie protokolantki. Stał przed stołem sędziowskim i mówił. Mówił o zasadach dziedziczenia, o porządku prawnym, o interesie nieobecnego uczestnika. Mówił pełnymi zdaniami, z odpowiednią intonacją, z pauzami we właściwych miejscach.


Sprawa dotyczyła stwierdzenia nabycia spadku po dłużniku Miasta Stołecznego. Spadkodawca był winien gminie czternaście tysięcy złotych z tytułu niezapłaconego czynszu. Spadku nikt nie chciał, bo go nie było, tylko długi. Gmina złożyła wniosek, bo musiała, świetnie wiedząc, że nie ściągnie ani grosza. Krzysztof pełnił funkcję kuratora nieznanego z miejsca pobytu uczestnika — syna tego jegomościa, pijaka tak jak jego ojciec, który musiał mieć swojego reprezentanta w postępowaniu, bo tego wymagał kodeks.


A Krzysztof mówił dalej. Protokolantka patrzyła na niego z wyrazem twarzy osoby, która nie wie, czy ma się nudzić, czy podziwiać.


Skończył. Ukłonił się lekko, zebrał teczkę ze stołu i wyszedł z sali. Drzwi zamknęły się za nim z miękkim kliknięciem.


***


Sędzia Krawczyk odczekał trzy sekundy. Odchylił się na krześle. Wypuścił powietrze przez nos.


— Pani Ewo, pan mecenas myślał, że to Sąd Najwyższy jest.


Protokolantka zachichotała, zakrywając usta dłonią. Sędzia też się uśmiechnął — tak jak uśmiechają się ludzie, którzy przez trzydzieści lat pracy w sądzie widzieli już wszystko.


— Niech pani otworzy okno żeby te perfumy wywietrzyć.


Ewa wstała i otworzyła okno. Do sali wpadło rześkie wrześniowe powietrze Warszawy i śladowy zapach spalin z Marszałkowskiej. Sędzia wyciągnął spod blatu kanapkę zawiniętą w torebkę foliową i odgryzał kęsy, czytając akta następnej sprawy.


***


Korytarz w nowszej części budynku był inny niż sale rozpraw. Wyremontowany kilka lat wcześniej z funduszy norweskich. Jasna podłoga, ściany w kolorze łososiowym, drzwi szklane wyklejone lustrzaną folią.


Krzysztof stanął przed jednymi z tych drzwi i poprawił włosy.


W odbiciu — przystojny mężczyzna. Gęsta broda, włosy zaczesane do tyłu na żel, ani jeden nie odstawał. Koszula z wąskim kołnierzykiem, złote spinki do mankietów. Skórzana teczka w lewej ręce, na nadgarstku chłodny ciężar IWC Schaffhausen.


Trzydzieści siedem lat i nadal robię wrażenie. Dobrze.


Ruszył korytarzem. Minął staruszkę z plastikową teczką, która pytała ochroniarza, gdzie jest sala 203. Minął młodego chłopaka w za dużym garniturze — pewnie aplikant, sądząc po tym, jak nerwowo ściskał segregator. Minął automat z kawą, przy którym dwóch adwokatów rozmawiało półgłosem. Nikogo nie pozdrowił.


Od adwokata wymagany jest artyzm. Nawet kiedy sprawa jest o pietruszkę. Nawet kiedy sala jest pusta, a sędzia marzy o kanapce. Rzemieślnik robi swoje i idzie do domu. Artysta — nigdy. Każde wystąpienie jest występem, każdy występ musi być doskonały. Ten sędzia — jak on się nazywał, Krawczyk? — patrzył na mnie jak na wariata. Trudno. Przodkowie tego Krawczyka pewnie hodowali świniaki na wsi pod Radomiem. Nie ma ogłady, żeby pracować w Warszawie. A przynajmniej nie ma ogłady, żeby docenić tych, którzy ją mają.


Wychodząc z budynku, Krzysztof nie zauważył kartki przyklejonej do drzwi: „Z powodu awarii klimatyzacji sale 112–118 mogą być niedostatecznie wentylowane. Przepraszamy za utrudnienia.”


Perfumy, które sędzia kazał wywietrzyć, to Tom Ford Oud Wood. Sto pięćdziesiąt mililitrów za tysiąc dwieście złotych.


***


Zakład nazywał się „Broda i Brzytwa” i mieścił się na Mokotowskiej, w kamienicy z końca dziewiętnastego wieku, której parter przerobiono na ciąg lokali usługowych: kwiaciarnia, piekarnia rzemieślnicza, coś co nazywało się „Studio jogi i świadomego oddechu”. Barber shop był piąty od lewej. W środku: trzy fotele, ściany z czerwonej cegły, w tle muzyka jazzowa. Pachniało olejkiem sandałowym.


Krzysztof siedział w fotelu numer dwa, z głową lekko odchyloną do tyłu. Damian — jego stały barber — podcinał mu brodę maszynką, delikatnie przechylając mu głowę dłonią. Lustro naprzeciwko odbijało operację z precyzją transmisji chirurgicznej.


— Panie mecenasie — odezwał się Damian, nie odrywając wzroku od brody — słyszał pan, że jest taka strona, na której można sobie sprawdzić geny przodków?


Krzysztof uniósł lekko brew. Na tyle, na ile pozwalała pozycja głowy i brzytwa w pobliżu szczęki.


— To ciekawe. Niech pan mówi.


— Ja sobie to zrobiłem. Była promocja wakacyjna, kosztowało z pięćdziesiąt euro z wysyłką. Wystarczy takim patyczkiem ślinę potrzeć po policzku i wysłać.


— I co panu wyszło?


Damian uśmiechnął się z dumą człowieka, który właśnie zdradza doskonały wynik badania lekarskiego.


— Czterdzieści pięć procent Skandynawa.


— Faktycznie — Krzysztof przyjrzał mu się w lustrze — wygląda pan jak wiking.


Obaj się roześmieli. Był to śmiech dwóch mężczyzn w barber shopie: łatwy, niezobowiązujący, oparty na komplementach, które nic nie kosztują, a dają obu stronom poczucie, że świat jest w porządku.


— A jak ta strona się nazywa?


— MyAncestry.


Damian wrócił do brody. Maszynka bzyknęła dwa razy. Krzysztof patrzył w lustro.


MyAncestry. Pięćdziesiąt euro. Patyczek i ślina.


Nic więcej nie powiedział na ten temat. Rozmowa przeszła na mecz Legii, potem na nową restaurację przy Wilczej, potem na klienta, który przyszedł tydzień temu z wydrukowanym zdjęciem Davida Beckhama i poprosił o tę samą brodę, choć miał zarost jak piętnastolatek.


Krzysztof zapłacił — sto dwadzieścia złotych, napiwek dwa razy tyle co zwykle — i wyszedł na Mokotowską. Było ciemno. Latarnie zapaliły się chwilę temu.


Na przystanku wyjął telefon. Wpisał w Google: „MyAncestry test DNA Polska”. Pierwsza strona — reklama. Druga — recenzja na jakimś blogu. Trzecia — filmik na YouTube, półtora miliona wyświetleń: „Zrób test DNA — wyniki mnie ZSZOKOWAŁY!”


Nacisnął „Kup teraz”. Nie obejrzał filmiku. Nie przeczytał recenzji. Wpisał dane karty w dziesięć sekund, bo znał je na pamięć — jak każdy człowiek, który dużo kupuje w internecie i mało zastanawia się nad tym, co kupuje.


Zestaw miał dotrzeć w ciągu pięciu dni roboczych.


Autobus 222 nadjechał trzy minuty później. Krzysztof wsiadł i usiadł przy oknie. Przez szybę widział swoje odbicie na tle nocnej Warszawy — światła, ciemność, i twarz mężczyzny, który właśnie wydał 50 euro, żeby dowiedzieć się, kim jest.

Rozdział 2 Mężczyzna racjonalny

Apartament numer 37 na czwartym piętrze budynku przy Wroniej 45 miał siedemdziesiąt dwa metry kwadratowe, dwa pokoje, loggię z widokiem na zachód i wykończenie, które deweloper nazywał w folderze „standardem premium”. Krzysztof kupił go trzy lata temu, na kredyt prawie miliona złotych, ale o tym nie mówił. Mówił: mieszkam na Wroniej. Cóż, że trzy czwarte jego dochodów szło na spłatę tego mieszkania.


Wronia 45 — jeden z tych nowych apartamentowców na Woli, które wyrosły w ciągu dekady na miejscu dawnych magazynów i warsztatów. Szklana fasada, lobby z recepcją, podziemny garaż, siłownia na parterze, w której Krzysztof nigdy nie był, bo chodził do lepszej. Budynek stał w cieniu wieżowca Warsaw Spire, co deweloper przedstawiał jako atut lokalizacji, a co w praktyce oznaczało, że słońce wchodziło do salonu dopiero po czternastej.


W środku — to, czego można się spodziewać po trzydziestosiedmioletnim adwokacie, który żyje sam i zamierza tak żyć dalej. Szara kanapa narożna, na niej dwie poduszki dekoracyjne ułożone symetrycznie. Stolik kawowy — szkło i metal, na nim nic. Telewizor pięćdziesiąt cali zamontowany na ścianie. Kuchnia otwarta, blat z konglomeratu, na blacie ekspres do kawy DeLonghi i jedna — jedna — filiżanka do espresso. Łazienka z prysznicem walk-in, na półce: żel, szampon, olejek do brody, maszynka. Żadnego różowego ręcznika. Żadnej suszarki, która nie należy do niego. Żadnego tamponu w szufladzie. Żadnych śladów istnienia drugiego człowieka. W sypialni łóżko dwuosobowe zasłane na kant, dwie poduszki — obie jego. Na szafce nocnej książka i szklanka wody.


Był 30 września 2017 roku, sobota, godzina jedenasta rano. Krzysztof pracował w domu.


Siedział przy biurku w salonie — skandynawski dąb, dwa tysiące czterysta złotych, IKEA, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć — przed otwartym MacBookiem Pro. Na ekranie dwa okna: po lewej dokument w Wordzie, pozew o zapłatę, sześć stron, brakuje dwóch akapitów w uzasadnieniu. Po prawej Lex Omega, komentarz do artykułu 471 Kodeksu Cywilnego. W tle, przysłonięte, trzy karty w Safari: poczta, Facebook, portal z garniturami.


Powiadomienie. Dźwięk przychodzącego maila.


Krzysztof zerknął na pasek. Nadawca: MyAncestry. Temat: „Your DNA results are ready!”


Pozew mógł poczekać.


***


Otworzył maila. Kliknął w link. Strona ładowała się trzy sekundy — trzy sekundy, podczas których Krzysztof poczuł coś, czego nie czuł od dawna, może od wyników egzaminu adwokackiego: zniecierpliwienie graniczące z podnieceniem.


Wyniki wyświetliły się na kolorowej mapie świata. Dwa główne segmenty, dwa kolory.


Europa Wschodnia: 62%.


Azja Centralna: 28%.


Krzysztof patrzył na mapę. Europa Wschodnia — dobrze, tego się spodziewał. Ale Azja Centralna? Co to w ogóle znaczy? Kazachstan? Mongolia? Chiny?


Spodziewał się czegoś innego. Czegoś precyzyjnego. Dwadzieścia procent Francuz, piętnaście procent Niemiec, może jakiś ślad włoski albo hiszpański — coś, co można byłoby opowiedzieć przy winie, coś eleganckiego. Azja Centralna brzmiała jak wynik losowania w loterii, w której nie chciał brać udziału.


Otworzył Google. Wpisał: „MyAncestry Central Asia meaning”.


Pierwsze forum — anglojęzyczne, Reddit. Ktoś pisał to samo co on: dostałem 30% Central Asia, co to znaczy? Odpowiedzi: „to może być wszystko od Turcji po Syberię”, „MyAncestry ma słabą bazę referencyjną dla tego regionu”, „musisz sprawdzić haplogrupy”.


Drugie forum — polskie, Odkrywca.pl. Wątek sprzed roku: Mam 25% Azja Centralna — czy jestem Tatarem? Osiem odpowiedzi. Dwie poważne, trzy żarty o Czyngis-chanie, reszta się kłóciła o politykę.


Trzecie — blog jakiegoś AmErykanina, który opisywał swoje wyniki z pięciu różnych serwisów i za każdym razem dostawał coś innego.


Krzysztof zamknął wszystkie karty. Usiadł prosto. Wziął łyk kawy — była już zimna.


50 euro za informację, że jestem w sześćdziesięciu paru rocentach stąd, skąd wiedziałem, że jestem, a w trzydziestu procentach skądś, nie wiadomo skąd.


Ale było jeszcze jedno słowo, które powtarzało się na każdym forum: haplogrupy. Haplogrupy Y-DNA — linia ojcowska, przekazywana z ojca na syna, niezmieniona od tysięcy lat. To podobno było precyzyjne. To podobno coś znaczyło.


Wrócił na MyAncestry. Konto, ustawienia, dane surowe. Znalazł przycisk: „Download Raw DNA Data”. Plik CSV, trzydzieści megabajtów, pobrany w osiem sekund.


Otworzył go. Kolumny liczb, liter, współrzędnych — nic z tego nie rozumiał. Wyglądało to jak kod źródłowy napisany przez kogoś, kto pisał wyłącznie dla maszyn.


Google: „haplogroup analysis from raw dna data”.


Trzeci wynik: MorleyDNA.com.


Strona wyglądała, jakby ktoś ją zbudował w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku i od tamtej pory nie tknął. Białe tło, czarna czcionka Times New Roman, linki w kolorze niebieskim podkreślone na fioletowo. Żadnego logo, żadnej grafiki, żadnego designu. Formularz na środku strony: „Upload your raw DNA file here.”


Krzysztof przesłał plik CSV. Strona wyświetliła komunikat: „Your results will be sent to your email address. Processing time: 24–72 hours.”


Zamknął laptopa. Wrócił do pozwu. Napisał brakujące dwa akapity w dwadzieścia minut.

***


Ten sam dzień. Sobota. Dwudziesta druga.


Krzysztof leżał na kanapie w szarych dresach i czarnym t-shircie — strój, w którym nikt nigdy go nie widział i w którym wyglądał jak każdy inny facet pod czterdziestkę, pozbawiony marynarkowej zbroi. Na stoliku szklanka whisky, Glenfiddich 18, nalana na dwa palce. Na kolanach książka.


„The Rational Male” Rollo Tomassiego.


Był w połowie rozdziału czwartego — tego o „żeńskim imperatywie”. Tomassi pisał z precyzją inżyniera, który rozbierał ludzkie relacje na części pierwsze i układał je z powrotem według schematu, w którym nie było miejsca na romantyzm. Krzysztof czytał to z przyjemnością człowieka, który znajduje w tekście potwierdzenie tego, co sam dawno wiedział, ale nie umiał jeszcze nazwać.


Odłożył książkę. Odblokował telefon.


Na ekranie — powiadomienie z aplikacji randkowej. Nowe dopasowanie. Krzysztof stuknął palcem.


Magda. Trzydzieści dwa lata. Menadżerka w korporacji na Domaniewskiej. Na pierwszym zdjęciu — z kieliszkiem prosecco na jakimś dachu, zachód słońca, filtry. Na drugim — z buldogiem francuskim na rękach, ten sam filtr. W opisie cytat przypisywany Marilyn Monroe: „If you can’t handle me at my worst, then you don’t deserve me at my best.”


Krzysztof parsknął śmiechem.


Magda, lat trzydzieści dwa. Korporacja na Domaniewskiej. Prosecco i buldog — dwa najdroższe hobby w Warszawie po Legii i kokainie. Cytat z Marilyn w biogramie — to powinno być oflagowane przez algorytm jako sygnał ostrzegawczy.


Zamknął aplikację. Pociągnął łyk whisky.


Hipergamia to bezlitosna suka, a ja siedzę na szczycie łańcucha pokarmowego. Trzydzieści siedem lat, własna kancelaria, apartament na Woli, garnitury szyte na miarę. Dla kobiet takich jak Magda jestem planem emerytalnym. Złotym spadochronem. Facetem, który ma zapłacić rachunek za ostatnią dekadę zabawy z barmanami, instruktorami fitnessu i DJ-ami z Placu Zbawiciela — chłopakami bez niczego poza dobrą linią szczęki i chwilą emocji. Teraz, po trzydziestce, kiedy uderzyły w ścianę i zaczęły słyszeć tykanie zegara biologicznego, nagle sobie przypomniały, że status, garnitur i konto bankowe są jednak seksowne.


A ja mam im za to podziękować.


Nie odpisał Magdzie. Nie zamierzał. Nalał drugą szklankę Glenfiddicha. Na ekranie telewizora — Discovery Channel, wyciszony. Lew pożerał zebrę w zwolnionym tempie. Metafora nasuwała się sama i Krzysztof nie miał ochoty jej odrzucać.


***


Dwudziesta trzecia czterdzieści.


Powiadomienie. Dźwięk maila.


Krzysztof spojrzał na telefon jednym okiem — był na trzeciej szklance whisky i drugim rozdziale Tomassiego o „plate theory”. Nadawca: MorleyDNA. Temat: „Your Y-DNA Haplogroup Analysis.”


Usiadł. Otworzył maila.


Analiza zajmowała jedną stronę. Tekst po angielsku, suchy, techniczny, bez kolorowych map i ładnych grafik. Na samym środku, pogrubiony:


Y-DNA Haplogroup: C-M217 (C2)


Pod spodem nota: „Formerly classified as C3. This haplogroup is most commonly found in Central and East Asian populations, with the highest frequencies among Mongolian, Kazakh, and other Altaic-speaking peoples.”


Krzysztof patrzył na ekran. C-M217. C2. Nic mu to nie mówiło. Wpisał w Google: „haplogroup C-M217 meaning”.


Pierwsza strona — Wikipedia, artykuł w języku angielskim. Czytał powoli, bo whisky zaczynała rozmywać krawędzie liter.


Druga strona — artykuł naukowy, którego tytułu nie mógł do końca przeczytać, ale w abstrakcie było jedno słowo, które rozumiał.


Genghis.


Trzecia strona — National Geographic. Artykuł popularnonaukowy. I tam już było napisane wprost:


Haplogrupa C-M217, a w szczególności jej podgałąź znana jako „Star Cluster”, jest statystycznie powiązana z linią genetyczną Czyngis-chana. Szacuje się, że około szesnastu milionów żyjących dziś mężczyzn nosi ten chromosom Y.


Krzysztof odłożył telefon. Wziął szklankę. Dopił. Nalał trzecią. Albo czwartą — przestał liczyć.


Czyngis-chan.


Jestem potomkiem Czyngis-chana.


W prostej linii męskiej. Ojciec na syna, ojciec na syna, przez osiemset lat, z mongolskiego stepu, przez cokolwiek się działo po drodze, aż do Krzysztofa Mirzewskiego-Sobolewskiego, adwokata mieszkającego przy ulicy Wroniej w Warszawie.


Wstał z kanapy. Podszedł do okna. Warszawa leżała w dole — światła, bloki, wieżowce, ciemność Wisły gdzieś na wschodzie. Szesnaście milionów mężczyzn na świecie nosiło ten sam chromosom. Ale ilu z nich o tym wiedziało? Ilu z nich stało teraz przy oknie z whisky w ręce i czuło to, co on?


Wrócił na kanapę. Otworzył Facebooka. Wpisał w wyszukiwarkę: „haplogroup C-M217”. Trzy grupy. Pierwsza — „Haplogroup C-M217 and Subclades”, dwa tysiące członków, posty po angielsku, mongolsku i turecku. Druga — „DNA Genealogy Central & East Asia”, pięćset członków. Trzecia — „Polskie Korzenie Genetyczne”, siedem tysięcy członków, posty po polsku.


Dołączył do wszystkich trzech.


W „Polskich Korzeniach Genetycznych” napisał pierwszy post o pierwszej w nocy, po czwartej albo piątej szklance Glenfiddicha:


„Cześć, dopiero zaczynam przygodę z genealogią genetyczną. Moja haplogrupa Y-DNA to C-M217 (C2). Czy ktoś w Polsce ma to samo? Chętnie porozmawiam.”


Trzy polubienia przed drugą w nocy. Jeden komentarz: „Witamy w klubie, pisz prywatnie.”


Krzysztof zasnął z telefonem na piersi, przy wyciszonym telewizorze, na kanapie za trzy tysiące złotych, w mieszkaniu bez śladu drugiego człowieka, w budynku, który stał w cieniu Warsaw Spire.


Na stoliku obok — pusta butelka po Glenfiddichu, dwa telefony (służbowy i prywatny), The Rational Male z założoną zakładką i ekran laptopa z kolorową mapą MyAncestry, na której dwadzieścia osiem procent jego krwi świeciło na żółto w miejscu, o którym jeszcze rano nie wiedział nic, a teraz wiedział o nim to, co zmieni jego życie.


Ale o tym jeszcze nie wiedział.

Rozdział 3 Tatar

Obudził się o jedenastej z ciężką głową i suchymi ustami.


Leżał na kanapie. Telewizor był włączony — niedzielny poranek na Discovery, coś o rekinach, wyciszony. Na stoliku szklanka z resztką alkoholu na dnie, butelka Glenfiddicha pusta, dwa telefony, laptop z wygaszonym ekranem, „The Rational Male” z zakładką na „plate theory”. W powietrzu stęchły zapach whisky, który wydostał się z niego w nocy przez pory skóry.


Krzysztof usiadł. Zamrugał. Przetarł twarz dłońmi.


Co ja wczoraj robiłem?


Pamiętał wyniki MyAncestry — sześćdziesiąt dwa procent Europa Wschodnia, to tak, to pamiętał. Pamiętał MorleyDNA. Pamiętał literę C i jakiś numer. Pamiętał słowo, które pojawiło się na ekranie gdzieś między trzecią a czwartą szklanką.


Czyngis-chan. Tak. Jestem potomkiem Czyngis-chana.


Uśmiechnął się mimowolnie. Potem przypomniał sobie Magdę — prosecco, buldog, Marilyn Monroe — i zaczął się śmiać. Śmiał się sam, na kanapie, w pustym mieszkaniu, w niedzielny poranek, z twarzą dwudniowego kaca i rozbawienia, którego nie potrafił wytłumaczyć nikomu, bo nie miał komu.


Magda, trzydzieści dwa lata, fundusz emerytalny z Domaniewskiej. A ja, potomek imperatora, który podbił pół świata. Nie, Magdo. Nie odpisuję. Nie dzisiaj. Nie tobie.


Wstał. Wypił dwie szklanki wody. Włączył ekspres, espresso podwójne. Jutro poniedziałek, sąd okręgowy, sprawa Zaremby przeciwko Nowickiemu, dwadzieścia milionów złotych wps — najważniejsza rozprawa tego kwartału. Musi przeczytać dokumenty. Pięćset stron akt, z czego połowę widział, a drugą zamierzał przejrzeć do wieczora. Z czegoś trzeba spłacać hipotekę.


Wziął prysznic. Ubrał się w dresy, ten sam czarny t-shirt co wczoraj. Usiadł przy biurku. Otworzył akta.


Powiadomienie z Facebooka.


Krzysztof zerknął na telefon. Prywatny — ten od randek i tych rzeczy, o których klienci nie wiedzieli. Konto: Praetor Unplugged. Bez zdjęcia profilowego, bez nazwiska, bez powiązania z mecenasem Mirzewskim-Sobolewskim. Tak trzeba, kiedy człowiek pisze po nocach na forach, o których nie chciałby mówić na zebraniu izby adwokackiej.


Wiadomość od: Jan Korczak.


Otworzył.


„Witaj w tatarskim klubie, kuzynie z linii C2. Widzę po twojej haplogrupie, że obaj mamy w żyłach krew zdobywców, a nie niewolników. Jeśli chcesz pogadać, to się odezwij.”


Krzysztof patrzył na ekran. Przeczytał jeszcze raz. „Krew zdobywców, a nie niewolników.” Szesnaście słów od nieznajomego i serce podskoczyło mu do gardła — nie dlatego, że było to mądre zdanie, tylko dlatego, że ktoś je do niego napisał.


Potem przyszła druga myśl, trzeźwa i zimna jak woda z kranu, którą pił pięć minut temu.


Spojrzał na nazwę konta. Praetor Unplugged. Sprawdził — zdjęcie profilowe: rzymski orzeł na czarnym tle. Zero prawdziwych znajomych. Posty: zero publicznych.


Całe szczęście. Całe szczęście, że to nie konto „adwokat Krzysztof Mirzewski-Sobolewski, partner w kancelarii MWS Legal”. Całe szczęście, że pisał o haplogrupach jako Praetor, a nie jako mecenas, który jutro ma stanąć przed sądem okręgowym w sprawie za dwadzieścia milionów.


Odłożył telefon. Odpisze kiedy indziej.


Wrócił do akt. Przeczytał osiemnaście stron. Na dziewiętnastej złapał się na tym, że od dwóch minut myśli o Czyngis-chanie.


***


Poniedziałek, godzina dziesiąta. Sąd Okręgowy w Warszawie, aleja Solidarności. Sala większa niż ta w Śródmieściu — ławy dla publiczności na trzydzieści osób. Trójka sędziów. Przewodnicząca: kobieta po pięćdziesiątce, okulary w ciemnej oprawie, wyraz twarzy osoby, która lubi zaczynać punktualnie.


Krzysztof siedział po prawej stronie, obok swojego klienta — Tomasza Zaremby, przedsiębiorcy budowlanego z Piaseczna, mężczyzny w źle dobranym garniturze i z twarzą kogoś, kto nie rozumie, dlaczego to wszystko trwa tak długo i tyle kosztuje. Po drugiej stronie — pozwany. Maciej Nowicki, deweloper, czterysta pracowników, trzy inwestycje w toku, twarz znana z okładki Forbesa.


Ale Krzysztof nie patrzył na Nowickiego.


Patrzył na adwokata Nowickiego.


Siedział po drugiej stronie sali — wyprostowany, spokojny, z rękami złożonymi na blacie. Nie mówił. Nie musiał. Obok niego siedział młodszy prawnik z jego kancelarii, który zadawał pytania, prowadził przesłuchanie, cytował paragrafy. Sam — siedział. Patrzył. Obecnością wypełniał salę jak dobrze dobrana perfuma.


Krzysztof znał to nazwisko. Znali je wszyscy. Nazwisko, które figurowało na szyldach kancelarii, w rankingach, w artykułach, na listach gości bankietów charytatywnych w Zamku Królewskim. Nazwisko, które było też nazwą ulic — dwóch w Warszawie, jednej w Krakowie, jednej w Wilnie. Ród, który był w herbarzu Bonieckiego, w archiwach Biblioteki Jagiellońskiej, w podręcznikach historii. Nie jakiś tam Mirzewski-Sobolewski, dwuczłonowe nazwisko sklejone z dwóch prowincjonalnych brzmień, żeby wyglądało na coś. Prawdziwa arystokracja. Taka, która nie musi niczego udowadniać.


Garnitur — Krzysztof ocenił w trzy sekundy. Granatowy, trójczęściowy, prawdopodobnie Kiton albo Brioni, krój neapolitański, miękkie ramiona. Droższy od jego antracytowej marynarki. Zegarek — Jaeger-LeCoultre Reverso, złota koperta, mógł kosztować tyle co mały samochód. Perfumy — Creed Aventus, nie trzeba było wąchać z bliska, Aventus wypełniał swoją stronę sali jak deklaracja własności. I broda — gęsta, przystrzyżona, ciemna — jakby lepsza wersja jego własnej brody.


On to ma, bo tak się urodził. Ja to kupuję, bo tak się nie urodziłem.


— Panie mecenasie!


Krzysztof drgnął.


— Halo, panie mecenasie, proszę o pytania do świadka.


Przewodnicząca patrzyła na niego znad okularów. Po lewej młodszy prawnik z kancelarii arystokraty odchylił się na krześle z ledwo widocznym uśmiechem. Zaremba — klient Krzysztofa — odwrócił się do niego z miną, która była mieszanką niepokoju i wyrzutu.


— Tak, przepraszam, Wysoki Sądzie.


Krzysztof wstał. Wziął teczkę. Otworzył na odpowiedniej stronie — przez sekundę nie był pewien, czy to odpowiednia strona, i ta sekunda była najdłuższa w jego zawodowej karierze.


Zadał pytanie. Potem drugie. Świadek odpowiadał. Krzysztof słuchał, notował, prowadził — mechanicznie, sprawnie, bo tego nie da się oduczyć, tak jak nie da się oduczyć jazdy na rowerze. Ale gdzieś pod spodem, pod marynarką za trzy tysiące, pod koszulą ze spinkami, pod skórą, wiedział, że przez ostatnie dwie minuty nie myślał o dwudziestu milionach złotych swojego klienta.


Myślał o gościu po drugiej stronie sali, który siedzi i nie musi nic mówić, bo jego nazwisko mówi za niego.


***


Przerwa. Korytarz sądu okręgowego — szerszy niż w rejonowym, z ławkami pod ścianami i automatem do kawy, który przyjmował wyłącznie monety i karty, ale nie tę kartę, którą Krzysztof właśnie przykładał.


— Nie działa? — Zaremba stał obok.


— Karty nie bierze.


— Mam drobne.


Zaremba wrzucił pięć złotych. Automat wyrzucił plastikowy kubek z czymś, co udawało cappuccino. Krzysztof podziękował — oszczędnie, tak żeby klient nie pomyślał, że pije kawę za jego pieniądze.


Zaremba poszedł do łazienki. Krzysztof usiadł na ławce. Miał ponad godzinę przerwy — nie warto się ruszać, na dojazd do kancelarii i z powrotem straciłby więcej czasu niż zyskał.


Wyjął telefon. Prywatny.


Otworzył Safari. Wpisał: „Tatarzy polska szlachta”.


I wtedy się zaczęło.


Pierwszy artykuł — Wikipedia, hasło „Tatarzy polscy”. Czytał szybko, palcem przewijając ekran. Tatarzy osiedlali się na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego od XIV wieku. Służyli w wojsku. Dostawali ziemię. Otrzymywali herby.


Drugi artykuł — portal historyczny, tekst jakiegoś profesora z Białegostoku. Rody tatarskie w Rzeczypospolitej: Achmatowiczowie, Kryczyńscy, Sulkiewiczowie, Buczaccy, Assanowiczowie, Koryccy, Smólscy, Bazarowscy. Wielkie majątki ziemskie na Grodzieńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Dobra, dwory, służba wojskowa od pokoleń. Szlachta — nie gorsza od polskiej, równa wobec prawa, z własnymi herbami, z własnymi meczetami, z własnymi cmentarzami.


Trzeci artykuł — blog genealogiczny. Pod koniec dziewiętnastego wieku, kiedy zabory niszczyły stary porządek, Tatarzy z tych rodów przenosili się do dużych miast. Petersburg, Wilno, Mińsk. A potem — Warszawa. W dwudziestoleciu międzywojennym tatarska elita miała swoje organizacje, swoje czasopisma, swoich oficerów w Wojsku Polskim. Generał Aleksander Sulkiewicz. Pułkownik Leon Kryczyński, wydawca „Rocznika Tatarskiego”. Maciej Bajraszewski — burmistrz Nowogródka.


Czwarty artykuł. Piąty. Szósty. Krzysztof nie zauważył, kiedy minęło czterdzieści minut. Kawa w plastikowym kubku stygła na ławce obok, nietknięta.


Haplogrupa C-M217. Czyngis-chan. Tatarzy. Szlachta. Herby.


To nie jest dwadzieścia osiem procent „Azja Centralna — nie wiadomo co to znaczy”. To jest konkretna historia. Konkretne rody. Konkretne nazwiska. Ludzie, którzy mieli majątki ziemskie, kiedy przodkowie sędziego Krawczyka orali cudzą glebę.


A jeśli…


Krzysztof zatrzymał się na tym „jeśli”. Trzymał telefon w obu rękach, na środku korytarza sądu okręgowego, między automatem do kawy a toaletą, w garniturze za trzy tysiące złotych, z brodą przystrzyżoną dwa dni temu, z podkrążonymi oczami po nocnym piciu i z myślą, która dopiero się formowała, ale która — czuł to — będzie ważniejsza od wszystkiego, czym zajmował się do tej pory.


A jeśli to jest moje?


Z zamyślenia wyrwał go głos Zaremby, który wrócił z łazienki i stał nad nim z miną zniecierpliwionego ojca.


— Panie mecenasie, chciałem jeszcze porozmawiać o tym świadku, zanim wejdziemy z powrotem.


— Tak. Oczywiście. Proszę siadać.


Krzysztof schował telefon. W kieszeni marynarki wibrował powiadomienie — kolejny komentarz pod postem Praetora Unplugged w grupie „Polskie Korzenie Genetyczne”. Nie sprawdził. Jeszcze nie.


Ale wiedział, że sprawdzi.

Rozdział 4 Fancy Bears

Sierpień 2017 roku. Komsomolski Prospekt 20, Moskwa.


Gmach dawnych carskich koszar, przebudowanych w latach trzydziestych, przebudowanych ponownie w pięćdziesiątych, i jeszcze raz na przełomie wieków — za każdym razem bez zmiany fasady, bo fasada miała wyglądać tak, jakby budynek nikogo nie interesował. Szary tynk, pęknięty w trzech miejscach, naprawiony w żadnym. Żeliwna brama — czarna, masywna, z herbem, który ktoś kiedyś zamalował, a który i tak przebijał przez farbę jak tatuaż przez skórę. Podwórze wyłożone betonowymi płytami, w szczelinach między którymi rosły chwasty — uporczywie, bezczelnie, jakby wiedziały, że nikt ich nie wyrwie, bo wyrywanie chwastów na podwórzu GRU nie figurowało w żadnym rozkazie dziennym.


Ktoś, kto przechodziłby obok, pomyślałby: ministerstwo albo archiwum. Ktoś, kto wiedziałby, co jest w środku, nie przechodziłby obok.


Gabinet na trzecim piętrze. Biurko — dębowe, ciężkie, z czasów, kiedy biurka były meblami, a nie blatami na nogach. Na biurku — trzy telefony, teczka, szklanka herbaty w koszulce. Za biurkiem — pułkownik Iwan Pietrowicz Sobolew.


Sześćdziesiąt lat. Łysa głowa — nie ogolona, łysa, z tym połyskiem, który mają czaszki mężczyzn, którzy przestali udawać, że mają włosy, i odkryli, że bez nich wyglądają groźniej. Twarz kwadratowa, z nosem, który ktoś kiedyś złamał i który zrósł się krzywo, i z oczami — małymi, szarymi, głęboko osadzonymi — które patrzyły na świat tak, jak pasterz patrzy na owce: ze spokojem, z cierpliwością i z absolutną pewnością, że to on decyduje, dokąd idą.


Sobolew nie był człowiekiem, który budził sympatię. Nie był też człowiekiem, który budził strach — przynajmniej nie ten strach, który czuje się wobec ludzi głośnych, gwałtownych, nieprzewidywalnych. Sobolew budził strach innego rodzaju: strach wobec człowieka, który myśli szybciej niż mówi, który pamięta więcej niż pokazuje i który nigdy — nigdy — nie podejmuje decyzji bez powodu.


Do gabinetu wszedł Jurij.


Kapitan Jurij Mielnikow. Trzydzieści cztery lata. Średniego wzrostu, szczupły. Twarz — trudna do opisania, trudna do zapamiętania, trudna do zidentyfikowania na fotografii. Gdyby ktoś poprosił świadka o rysopis, świadek powiedziałby: normalny, zwykły. Średni wzrost, średnia budowa, okulary, krótkie włosy. Taki sam jak tysiące mężczyzn w każdym mieście na świecie. Ale Jurij nie był taki sam jak tysiące mężczyzn — Jurij był człowiekiem, który potrafił być taki sam jak tysiące mężczyzn, co jest umiejętnością o wiele rzadszą, niż mogłoby się wydawać.


Ubrany po cywilnemu — dżinsy, marynarka, koszula bez krawata. Na nogach — buty skórzane, ale nie błyszczące, nie drogie, nie rzucające się w oczy. Buty człowieka, który dba o siebie, ale nie chce, żeby ktokolwiek to zauważył.


Usiadł na krześle naprzeciwko biurka bez zaproszenia — co oznaczało, że miał do tego prawo. W gabinecie Sobolewa były trzy krzesła dla gości. Na dwóch siadało się po zaproszeniu. Na jednym — tym bliżej okna — siadali ludzie, którzy nie potrzebowali zaproszenia. Jurij był jednym z trzech takich ludzi.


— Jurij — powiedział Sobolew. — Wymyśliłeś dojście do siedziby S65?


S65. Kryptonim, który w budynku na Komsomolskim Prospekcie 20 oznaczał polską jednostkę cybernetyczną — tę samą, o której Polacy myśleli, że nikt nie wie, gdzie jest, jak się nazywa i czym się zajmuje. Mylili się. GRU wiedziało od kilku miesięcy. Źródło — agent w polskim Ministerstwie Obrony, niskiego poziomu, nieuświadomiony, który w ramach rutynowego raportu o budżetach wojskowych podał kwotę wydaną na „modernizację infrastruktury teleinformatycznej obiektu przy ulicy Bobrowieckiej w Warszawie”. Jedna kwota. Jedna ulica. Jedna nazwa. Reszta — to była kwestia pracy operacyjnej, którą GRU umiało wykonać lepiej niż ktokolwiek na świecie.


Jurij odpowiedział:


— Mam pomysł. Ale po kolei.


Sobolew czekał. Nie ponaglał — bo ponaglanie Jurija było jak ponaglanie zegara: bezcelowe i poniżej godności.


— Chłopaki z Fancy Bears mieli mi ustalić właścicieli wszystkich nieruchomości w promieniu kilkuset metrów od obiektu S65 — powiedział Jurij. — Mam te dane.


Fancy Bears — jednostka 26165, ta sama, która w dwa tysiące szesnastym włamała się do serwerów Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych, ta sama, która atakowała Bundestag, NATO i Światową Agencję Antydopingową. Chłopcy w bluzach z kapturami, z energetykami na biurkach i z umiejętnościami, które w sektorze prywatnym byłyby warte miliony, a w budynku na Komsomolskim Prospekcie były warte pensję kapitana i premię kwartalną.


Jurij się uśmiechnął. Rzadko to robił — uśmiech na twarzy Jurija był zjawiskiem, które Sobolew widział może dziesięć razy w ciągu pięciu lat wspólnej pracy.


— Oni nawet nie zauważyli włamania — powiedział Jurij. — Polacy mają system informatyczny, który nazywa się ZSIN — Zintegrowany System Informacji o Nieruchomościach. Centralny rejestr: działki ewidencyjne, numery ksiąg wieczystych, właściciele, współwłaściciele, użytkownicy wieczyści. Imiona, nazwiska, imiona rodziców, numery PESEL, informacje o śmierci, adresy zamieszkania, związki małżeńskie, własność poszczególnych działek. Wszystko. Cały kraj.


Sobolew uniósł brew. Jedną. Lewą. To był jego jedyny gest wyrażający zainteresowanie.


— Na wniosek wykonawcy, który robił im rozbudowę tego systemu — kontynuował Jurij — wystawili jeden z serwerów pod publicznym adresem. Oficjalnie do testów. Adres nie był powszechnie dostępny, nie było do niego linku z żadnej strony publicznej, serwer nie prezentował danych w sposób bezpośredni. Ale ktoś z wiedzą informatyczną — ktoś taki jak nasi chłopcy — mógł do tych danych dotrzeć. I dotarł.


— Kiedy to zamkną? — zapytał Sobolew.


— Mogą zamknąć jutro. Mogą za rok. Mogą za pięć lat. Polacy mają specyficzny stosunek do bezpieczeństwa informatycznego — zakładają, że jeśli nikt nie wie o serwerze, to serwer jest bezpieczny. To tak, jakby zostawić otwarte drzwi do mieszkania i założyć, że nikt nie wejdzie, bo nikt nie zna adresu.


— Chłopaki dalej ściągają?


— Ściągają. Niedługo będziemy mieli kopię polskich ksiąg wieczystych. Operacyjnie — bezcenne źródło. Wiemy, kto jest właścicielem czego, od kiedy i na jakiej podstawie. Wiemy, gdzie mieszkają żołnierze, sędziowie, politycy. Wiemy, jakie nieruchomości ma żona ministra obrony i ile działek kupił szef kontrwywiadu.


Sobolew pił herbatę. Powoli. Szklanka w koszulce, łyżeczka na spodku.


— I jak — masz jakiś pomysł na dojście?


Jurij pochylił się. Ręce na kolanach. Okulary zsunięte na nos — odruch, który miał od lat, odruch, który w każdym innym kontekście wyglądałby jak gest profesora, a tutaj wyglądał jak gest człowieka, który ma plan.


— Jest jedna nieruchomość. Kamienica. Kilkaset metrów od obiektu. Właściciel nie zmieniał się od lat pięćdziesiątych — nieruchomość jest w zasobie miejskim, najprawdopodobniej zarządzana przez administrację miejską. Trzeba zrobić dyskretny wywiad — kto tam mieszka, kto wynajmuje, jakie są warunki, czy jest możliwość wejścia na długi termin. Ale to musi zrobić ktoś spoza ambasady. Ktoś zupełnie czysty — tak, żeby Polacy nie zauważyli nas na etapie rozpoznania.


— Masz kogoś?


— Mam. Mój agent. Oficjalnie jest kierowcą Ubera. Wozi też jedzenie dla Glovo. Używam go tylko do takiej pracy — rozpoznanie terenu, obserwacja, fotografia. Nigdy do niczego operacyjnego. Jest czysty jak woda źródlana. Polacy nie wiedzą, że istnieje.


Sobolew odstawił herbatę. Splótł palce.


— Masz dwa miesiące na rozpoznanie i przygotowanie planu operacyjnego. Meldunki co tydzień. Pisemne.


— Tak jest.


Jurij wstał. Skinął głową. Już miał wyjść, kiedy Sobolew powiedział:


— Jurij.


— Tak, szefie.


— Kamienica to jedno. Ale żeby wejść w kamienicę, musisz mieć powód. Legalny. Taki, którego żaden kontrwywiadowca nie zauważy. Nie wystarczy wynająć mieszkanie.


Jurij stał w drzwiach. Patrzył na Sobolewa. I po raz drugi tego dnia — uśmiechnął się.


— Szefie, mam na to pomysł.


***


9 października 2017 roku. Godzina dwudziesta druga czasu moskiewskiego.


Pokój na drugim piętrze tego samego budynku. Inne skrzydło, inne piętro, inny świat — choć oddzielony od gabinetu Sobolewa tylko dwoma korytarzami i jednym kodem na drzwiach.


Pokój: biurko, jedna szafa ubraniowa, jedna szafa metalowa z zamkiem szyfrowym. Na biurku laptop — otwarty, z ekranem, który świecił niebiesko-biało w ciemnym pokoju. Na ścianie — nic. Ani zdjęcia, ani kalendarza, ani plakatu. Jedno okno, zasłonięte żaluzjami, przez które wpadało światło latarni z podwórza.


Za biurkiem siedział mężczyzna około czterdziestki. „Przeciętny maksymalnie” — tak brzmiała notatka w jedynym dossier, jakie o nim istniało, sporządzonym dwanaście lat wcześniej na potrzeby kadrowe. Średni wzrost, średnia budowa, twarz, którą trudno zapamiętać i jeszcze trudniej opisać. Gdyby stanął w kolejce w sklepie, nikt by na niego nie spojrzał. Gdyby usiadł obok kogoś w metrze, nikt by go nie zapamiętał. To była twarz stworzona do nieistnienia — i mężczyzna wiedział o tym, i używał tego, i był z tego dumny, na ile człowiek o takiej twarzy może być z czegokolwiek dumny.


Ubrany w sztruksową marynarkę w kolorze musztardowym, pod spodem koszula w kratę, bez krawata. Wyglądał jak wykładowca prowincjonalnego uniwersytetu, który został po godzinach, żeby sprawdzić prace zaliczeniowe. Nie był wykładowcą. Był szefem jednej z dwunastu komórek operacyjnych jednostki 26165 — tych samych Fancy Bears, o których Jurij mówił Sobolewowi dwa miesiące wcześniej.


Do pokoju wszedł młody chłopak.


Dwadzieścia kilka lat, bluza z kapturem — czarna, z logo jakiegoś hackathonu z dwa tysiące piętnastego roku — dżinsy, na nogach białe sneakersy, które w każdej innej armii świata byłyby złamaniem regulaminu mundurowego. W GRU nie były — bo GRU zrozumiało coś, czego większość armii nie rozumiała: że ludzie, którzy potrafią włamać się do serwera Pentagonu, nie noszą mundurów. Noszą bluzy z kapturami i białe sneakersy. I jeśli chcesz, żeby pracowali dla ciebie, musisz im pozwolić być sobą.


W ręce trzymał laptopa.


— Szefie, mamy to.


Postawił laptopa na biurku. Odwrócił ekran. Na ekranie — logi serwera, kolumny liczb, znaczniki czasu. Zielone linie na czarnym tle — estetyka terminala, estetyka ludzi, którzy wierzą, że interfejs graficzny jest dla amatorów.


— MyAncestry. Dziewięćdziesiąt dwa miliony adresów e-mail i zahaszowane hasła.


MyAncestry — jedna z największych platform genealogicznych na świecie. Miejsce, w którym ludzie płacili sto dolarów, żeby dowiedzieć się, czy ich pradziadek był wikingiem albo czy mają trzy procent DNA z Azji Środkowej. Miejsce, w którym miliony ludzi dobrowolnie — z entuzjazmem, z ekscytacją, z uśmiechem na selfie z wynikami — oddawały swoje DNA, swoje drzewa genealogiczne, swoje nazwiska, swoje pochodzenie etniczne, swoje adresy e-mail i swoje hasła. Bo w dwa tysiące siedemnastym roku ludzie wierzyli, że internet jest bezpieczny, że dane są chronione, że firma, która obiecuje „najwyższe standardy bezpieczeństwa”, dotrzymuje obietnicy.


Nie dotrzymywała.


Mężczyzna w sztruksowej marynarce spojrzał na ekran. Nie dotknął laptopa. Nie pochylił się. Patrzył przez trzy sekundy — bo trzy sekundy wystarczały, żeby zobaczyć to, co trzeba było zobaczyć: strukturę bazy, rozmiar, format haszowania.


— Brawo. Będzie premia.


Powiedział to tonem, który nie wyrażał entuzjazmu, ale też nie udawał obojętności. Powiedział to tak, jak mówi się „brawo” człowiekowi, który wykonał swoją pracę — nie więcej, nie mniej. W budynku na Komsomolskim Prospekcie nie było owacji ani szampana. Była premia kwartalna i zdanie „brawo” od przełożonego. To wystarczało.


— A baza genetyczna? — dodał.


Chłopak w bluzie uśmiechnął się. Był to uśmiech specyficzny dla ludzi, którzy wiedzą, że zrobili coś, co miało być niemożliwe, i czekają na moment, w którym będą mogli o tym powiedzieć.


— Ściąga się. Tam jest noc — różnica sześciu godzin. Rano zauważą, że ktoś kopiuje bazę, ale damy radę. Serwery mają słabą detekcję anomalii w ruchu — kopiujemy przez rozproszone połączenia, każde z innego węzła, żaden nie przekracza progu alertu. Szacuję, że do szóstej ich czasu będziemy mieli całość.


Znowu się uśmiechnął. Mężczyzna w marynarce nie.


— Dobrze. Idź. Raport rano.


Chłopak zabrał laptopa i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho — pneumatyczny zamek, taki sam jak w każdym pokoju na tym piętrze.


Mężczyzna w sztruksowej marynarce został sam.


Przez chwilę siedział nieruchomo — w ciemnym pokoju, przy biurku, z ekranem, który zgasł, z żaluzjami, przez które wpadało światło latarni. Myślał o tym, co właśnie zdobył. Dziewięćdziesiąt dwa miliony kont. Imiona, nazwiska, adresy e-mail, hasła — i co ważniejsze: dane genealogiczne. Pochodzenie etniczne. Haplogrupy. Drzewa rodzinne. Informacje, których ludzie nie dawali nikomu — ani bankowi, ani pracodawcy, ani lekarzowi — ale dawali platformie internetowej za sto dolarów i obietnicę, że dowiedzą się, czy mają w sobie krew Czyngis-chana, czy kogoś kogo ten zamordował bez mrugnięcia okiem.


Chwycił za telefon. Aparat stacjonarny, beżowy, z tarczą — jedyny z tych w budynku, który nie był cyfrowy. W GRU cyfrowe telefony nie istniały — bo cyfrowy telefon to telefon, który ktoś może podsłuchać, a analogowy telefon z tarczą, podłączony do miedzianej linii w budynku, w którym każdy kabel biegnie przez ściany z epoki Stalina, jest bezpieczny w sposób, którego żaden szyfrowany komunikator nie zapewni.


— Jurij, chodź do mnie, jeśli możesz.


Po dwóch minutach Jurij wszedł. Usiadł na krześle. Dwa miesiące temu Jurij wysłał swojego agenta-kierowcę Ubera na Bobrowiecką, aby sfotografował każdy budynek w promieniu trzystu metrów. W tym czasie Jurij czekał — cierpliwie, spokojnie, z tą cierpliwością, która odróżnia amatorów od profesjonalistów — na jedno: na bazę MyAncestry.


— Chłopaki mają tę bazę — powiedział mężczyzna w marynarce. — Teraz działasz ty.


Jurij skinął głową.


— Musisz znaleźć pasującego figuranta. Takich ludzi w Polsce nie ma dużo. Tatarzy polscy — ilu ich jest? Kilka tysięcy? Może mniej. Zwłaszcza takich, którzy są w tej bazie. Którzy zrobili test DNA. Którzy szukają swoich korzeni. I którzy pasują do profilu, jaki potrzebujesz — wiek, zawód, charakter, podatność na manipulację.


— Rozumiem.


— Szukasz kogoś, kto chce być kimś więcej, niż jest. Kto marzy o pochodzeniu, o tytule, o nazwisku. Kto zapłacił sto dolarów, żeby dowiedzieć się, że jest potomkiem chanów — i kto usłyszawszy to, nie powie „ciekawe”, tylko powie „wiedziałem”. Takiego człowieka. Bo takiego człowieka nie trzeba werbować. Takiego człowieka wystarczy nakarmić.


Jurij milczał. Słuchał. Oczy za okularami — spokojne, uważne, rejestrujące.


— I jeszcze jedno, Jurij.


Mężczyzna w sztruksowej marynarce odchylił się na krześle. Po raz pierwszy od początku rozmowy zmienił pozycję ciała.


— Gratuluję ci tego pomysłu z MyAncestry. Bazy genetyczne — to był dobry strzał. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał. Nikt w tym budynku, nikt w żadnym innym budynku, nikt w żadnej służbie na świecie nie wpadł na pomysł, żeby włamać się do bazy genealogicznej po to, żeby znaleźć figuranta do operacji wywiadowczej. To jest nowa kategoria.


Pauza.


— W grudniu dostaniesz awans na majora. Sobolew za coś takiego musu dać ci awans.


Jurij nie uśmiechnął się. Nie podziękował. Wstał, kiwnął głową i wyszedł.


Mężczyzna w sztruksowej marynarce wyłączył lampę na biurku. Przez żaluzje wpadało światło latarni. Na podwórzu — betonowe płyty z chwastami. Na Komsomolskim Prospekcie — trzy samochody i autobus. O tej porze Moskwa po tej stronie rzeki była pusta.


W budynku dawnych carskich koszar, na drugim piętrze, w pokoju bez zdjęć na ścianach, na dysku serwera, który stał w szafie metalowej z zamkiem szyfrowym, była baza danych. Dziewięćdziesiąt dwa miliony ludzi, którzy oddali swoje DNA obcej firmie za obietnicę, że dowiedzą się, kim są. I jeden z tych ludzi — jeden, z Warszawy, Tatar, adwokat, który pewnego dnia otworzy wynik testu i przeczyta, że jest potomkiem Czyngis-chana — nie wiedział jeszcze, że właśnie stał się figurantem w operacji, której nie rozumiał, w budynku, o którego istnieniu nie wiedział, w kraju, w którym nigdy nie był.


Nie wiedział. Ale za kilka miesięcy — dowie się. Nie o operacji. O pochodzeniu. O chanach, o Tatarach, o nazwisku, które brzmi jak echo stepu. I będzie szczęśliwy. Bo ludzie, którzy dowiadują się, że są potomkami królów, są zawsze szczęśliwi. Nawet jeśli korona jest fałszywa.


Zwłaszcza wtedy.

Zawiadomienie o naruszeniu ochrony danych osobowych

Szanowni Państwo,


Główny Geodeta Kraju (GGK) informuje, że w dniu 11.07.2022 r. o godz. 12:34 powziął informację o podatności zintegrowanego systemu informacji o nieruchomościach (ZSIN) na nieuprawniony dostęp do zgromadzonych tam danych o działkach ewidencyjnych (w tym numerach ksiąg wieczystych) oraz ich właścicielach / współwłaścicielach / użytkownikach wieczystych (imiona, nazwiska, imiona rodziców, nr PESEL, informacja o śmierci, a pośrednio również adresy zamieszkania, informacje o związkach małżeńskich w/w osób, własności poszczególnych działek). Naruszenie dotyczyło danych z obszaru 157 powiatów (wykaz powiatów jest dostępny na stronie http://www.gugik.gov.pl/bip/zintegrowany-system-informacji-o-nieruchomosciach).


Po analizie konfiguracji ZSIN ustalono, że w dniu 20.08.2018 r., na wniosek Wykonawcy realizującego rozbudowę ZSIN w ramach projektu ZSIN Faza II, wystawiono jeden z serwerów ZSIN pod adresem http://mapy.zsin.gugik.gov.pl. To działanie spowodowało, iż od tego dnia do dnia powzięcia informacji na stronie internetowej powiązanej z serwerem http://mapy.zsin.gugik.gov.pl dostępne były wskazane powyżej dane. Adres wskazanej ww. strony nie był powszechnie dostępny, jak też strona ta nie prezentowała przedmiotowych danych w sposób bezpośredni, niemniej korzystając z informatycznej wiedzy możliwe było dotarcie do tych danych.


W związku z powyższym zaistniało wysokie ryzyko nieuprawnionego dostępu do wyżej wymienionych danych osobowych osób fizycznych przetwarzanych w ZSIN. Konsekwencją nieuprawnionego wykorzystania ww. danych osobowych jest

możliwość np.:


— kradzieży tożsamości osoby,

— oszustwa z wykorzystaniem danych osoby.


Po przeprowadzeniu odpowiedniej weryfikacji, 11.07.2022 r. o godzinie 15:52 GGK usunął przedmiotową podatność, poprzez zablokowanie dostępu do ww. strony internetowej i tym samym obecnie dane te nie są dostępne dla osób nieuprawnionych.


W celu zapobieżenia wystąpienia podobnych zdarzeń w przyszłości GGK zastosował środki takie jak: przeszkolenie pracowników w zakresie przestrzegania procedur bezpieczeństwa i ochrony danych osobowych oraz podjął działania polegające na przeglądzie konfiguracji ZSIN pod kątem zapewnienia odpowiedniego stopnia bezpieczeństwa.

Bardzo przepraszamy za zaistniałą sytuację.


https://www.gov.pl/web/gugik/zawiadomienie-o-naruszeniu-ochrony-danych-osobowych3

Oświadczenie MyAncestry

W dniu 14 czerwca 2018 r., o godzinie przybliżonej 11:00 czasu wschodniego Stanów Zjednoczonych (EST), Dyrektor ds. Bezpieczeństwa Informacji spółki MyAncestry Inc. został powiadomiony przez niezależnego badacza bezpieczeństwa o zlokalizowaniu na serwerze zewnętrznym, niebędącym własnością ani pozostającym pod kontrolą MyAncestry Inc., pliku zatytułowanego „myancestry”. Po niezwłocznym zabezpieczeniu i analizie przedmiotowego pliku przez Dział Bezpieczeństwa Informacji MyAncestry Inc. potwierdzono, iż zawiera on dane pochodzące z systemów spółki — w tym adresy poczty elektronicznej oraz jednostronnie zahaszowane hasła dostępowe ogółu użytkowników, którzy dokonali rejestracji w serwisie MyAncestry do dnia 16 października 2017 r. włącznie.

MyAncestry Inc. pragnie z całą stanowczością podkreślić, iż spółka w żadnym momencie nie przechowywała i nie przechowuje haseł użytkowników w postaci jawnej. Każde hasło podlega procesowi jednokierunkowemu haszowania z zastosowaniem indywidualnego klucza kryptograficznego przypisanego do danego konta. Powyższe oznacza, iż samo pozyskanie pliku zawierającego hasze nie jest równoznaczne z uzyskaniem dostępu do rzeczywistych haseł użytkowników.

W wyniku przeprowadzonego dochodzenia wewnętrznego ustalono datę naruszenia integralności danych na dzień 16 października 2017 r. Wyniki dotychczasowej analizy nie dają podstaw do stwierdzenia, iżby naruszenie objęło swoim zakresem jakiekolwiek dane wykraczające poza adresy poczty elektronicznej oraz zahaszowane hasła dostępowe. W szczególności nie stwierdzono naruszenia systemów przechowujących dane genealogiczne, wyniki analiz DNA, drzewa rodowe ani jakiekolwiek inne dane o charakterze wrażliwym lub biologicznym. Nie odnotowano również żadnej aktywności wskazującej na nieuprawnione wykorzystanie pozyskanych danych ani na kompromitację jakichkolwiek kont użytkowników w okresie od daty naruszenia do dnia publikacji niniejszego oświadczenia.

MyAncestry Inc. podjęła kroki zmierzające do powiadomienia właściwych organów nadzorczych, w tym organów właściwych w rozumieniu Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO).

W odpowiedzi na zaistniały incydent spółka podjęła decyzję o przyspieszeniu prac nad wdrożeniem mechanizmu uwierzytelniania dwuskładnikowego, który zostanie udostępniony wszystkim użytkownikom serwisu MyAncestry w najbliższym możliwym terminie. Przedmiotowa funkcjonalność umożliwi weryfikację tożsamości użytkownika za pośrednictwem urządzenia mobilnego, stanowiąc dodatkową warstwę zabezpieczającą dostęp do konta.

Ponadto uruchomiono całodobowy, dedykowany zespół wsparcia technicznego ds. bezpieczeństwa, dostępny dla wszystkich użytkowników pragnących uzyskać informacje bądź zgłosić wątpliwości związane z przedmiotowym incydentem.

MyAncestry Inc. traktuje ochronę prywatności oraz bezpieczeństwo danych powierzonych przez użytkowników jako zobowiązanie o charakterze absolutnym i niepodlegającym kompromisowi. Spółka nieustannie doskonali procedury, polityki oraz architekturę bezpieczeństwa, mając pełną świadomość odpowiedzialności wynikającej z roli powiernika informacji o szczególnym znaczeniu osobistym i rodzinnym. Każdego dnia podejmujemy starania, aby być godnymi zaufania, którym obdarzają nas miliony użytkowników na całym świecie.

Dziękujemy za wyrozumiałość i cierpliwość.

Amin Kobong, Chief Information Security Officer, MyAncestry Inc.

Rozdział 5 Książę

Niedziela, 5 listopada 2017r. Białystok.


Maison du Café, ulica Kilińskiego 10 — kawiarnia w zabytkowej kamienicy z przełomu wieków, wnętrze w stylu, który Krzysztof od razu rozpoznał jako „prowincjonalny Paryż”: ceglane ściany, marmurowe blaty, mosiężne lampy, na ścianach reprodukcje w złotych ramach. Kawa za piętnaście złotych, rogaliki za dwanaście. Nie był to Wersal, ale jak na Białystok — solidna próba.


Krzysztof siedział przy stoliku pod oknem. Przed nim filiżanka flat white, nietknięta. Obserwował ulicę. Kilińskiego o jedenastej w niedzielę: rodzina z wózkiem, starszy mężczyzna z psem, dwie dziewczyny z siatkami z Biedronki. Białystok nie był Warszawą i nie udawał, że jest.


Drzwi kawiarni otworzyły się. Wszedł mężczyzna.


Około pięćdziesiątki. Średniego wzrostu, szczupły, lekko przygarbiony — tak jak garbi się człowiek, który większość życia spędził nad książkami i nie zamierza tego ukrywać. Marynarka stara, ale nie byle jaka — dobrze skrojona, z ciemnego tweedu, z łatami na łokciach, kupiona dawno, kiedy jeszcze był na to budżet, i noszona od tamtej pory z uporem człowieka, który wie, że szyk nie wymaga świeżej metki. Spodnie sztruksowe, trzewiki brązowe, wytarte do elegancji. Na szyi jedwabny szalik, burgundowy. Całość wyglądała tak, jakby ktoś wyjął go z fotografii kadry naukowej z lat dziewięćdziesiątych i wsadził do białostockiej kawiarni.


Rozejrzał się. Zobaczył Krzysztofa. Podszedł.


— Jan Korczyński — wyciągnął rękę — to znaczy doktor Jan Korczyński.


Uścisk pewny, suchy, krótki. Krzysztof wstał.


— Adwokat Krzysztof Mirzewski-Sobolewski.


— Proszę — Jan usiadł naprzeciwko, zdjął szalik, rozejrzał się po kawiarni z miną znawcy, który ocenia, ale nie komentuje. — Kuzynie — dodał z uśmiechem, który rozświetlił mu twarz — mówimy sobie po imieniu, dobrze?


Krzysztof skinął głową. Nie był pewien, czy jest gotowy na „kuzyna”, ale w ciągu ostatniego miesiąca — trzydziestu dni nieprzerwanej korespondencji przez Messengera, dziesiątek linków, artykułów, skanów, map — Jan Korczyński stał się kimś więcej niż nieznajomym z Facebooka. Stał się przewodnikiem.


Jan zamówił espresso. Kelnerka przyniosła je w czterdzieści sekund — Białystok miał tę zaletę, że nikt nie kazał czekać.


— Wiesz — zaczął Krzysztof, pochylając się nad stolikiem — to jest niesamowite. Po miesiącu rozmów z tobą wszystko układa się w logiczną całość. Zastanawiałem się, skąd moje nazwisko. Mirzewski-Sobolewski. Ojciec nie wiedział, bo wychowywała go matka. Nazwisko miał po moim dziadku, który zmarł w pięćdziesiątym siódmym, jak tata miał jedenaście lat.


Jan słuchał. Kiwał głową powoli — tak jak kiwają głową ludzie, którzy znają odpowiedź, ale czekają, aż rozmówca sam do niej dojdzie.


— I tak jak mi powiedziałeś — ciągnął Krzysztof — poszedłem do archiwum na Kole. I bingo. Dziadek zmienił w czterdziestym szóstym nazwisko z Mirza-Sobolewski na Mirzewski-Sobolewski.


— Mirza — powtórzył Jan, kładąc nacisk na pierwszą sylabę. Podniósł filiżankę, nie pił. — Mirza to tytuł tatarski. Odpowiednik książęcego. Twój dziadek zamienił „Mirza” na „Mirzewski” — jedną literę wyrzucił, jedną dodał, i z arystokraty zrobił Kowalskiego. W czterdziestym szóstym, w Polsce Ludowej, to miało sens. Tatarski tytuł szlachecki nie był czymś, co chciało się nosić w tym czasie.


Krzysztof milczał. Patrzył na Jana. Kawa stygła.


— Krzysztofie — Jan odstawił filiżankę i pochylił się — twój ród to prawdziwa arystokracja tatarska. Mirza-Sobolewscy byli na Grodzieńszczyźnie od co najmniej szesnastego wieku. Moi przodkowie — Korczyńscy — byli u waszych zarządcami. Skrybami. Służyli wam. Twoja rodzina miała pałac pod Grodnem. Masę ziemi koło Nowogródka. Kilka dworków. Lasy. Kamienicę w Białymstoku i w Warszawie.


Krzysztof otworzył usta. Zamknął je.


— Kamienice w Warszawie? — powtórzył.


— Na Bobrowieckiej i na Koszykowej. Przynajmniej tak wynika z dokumentów, które udało mi się znaleźć.


— Mój tata i babcia mieszkali na Stalowej. W suterenie. Nie było nigdy mowy o żadnej kamienicy na Bobrowieckiej czy Koszykowej. O żadnym pałacu. O niczym.


— To normalne — Jan mówił spokojnie, tonem wykładowcy, który tłumaczy studentowi coś, co sam zrozumiał dawno temu. — Twój dziadek zmienił nazwisko. Twój ojciec wychowywał się bez ojca. Babcia — czy ona w ogóle znała historię?


— Babcia nie żyje od dwudziestu lat. Nigdy o niczym nie mówiła.


— No właśnie.


Przez chwilę milczeli. Za oknem Białystok żył swoim niedzielnym życiem. Jan zamówił drugie espresso. Krzysztof nie zamówił niczego.


— Wiesz — zaczął Jan ostrożnie — nie wiem, czy ta kamienica w Warszawie należała do twojego dziadka czy pradziadka czy może ich kuzyna. Twoja rodzina była spora. Mirza-Sobolewscy to był duży ród. Ale w Polsce, o ile mi wiadomo, nie ma już nikogo oprócz ciebie. Może ktoś, tak jak twój dziadek, też zmienił nazwisko. Kto wie. A ci z Białorusi — zostali wysiedleni gdzieś w głąb Związku Radzieckiego. Trzeba szukać.


— Ja się na tym nie znam — powiedział Krzysztof.


— Najlepiej zacząć od archiwum państwowego w Grodnie. Ale to musi być ktoś miejscowy. Trzeba tam pojechać i się rozejrzeć.


— Ty jesteś historykiem. Może byś mi pomógł. Odwdzięczę się.


Jan pokiwał głową. Pił espresso małymi łykami. Na jego twarzy było coś — nie próżność, nie wyrachowanie, raczej coś w rodzaju lojalności, która nie miała racjonalnego uzasadnienia, ale istniała. Lojalność zarządcy wobec rodu, któremu jego rodzina służyła od pokoleń, nawet jeśli ród ten skurczył się do jednego mężczyzny z brodą i marynarką za trzy tysiące złotych, siedzącego w kawiarni w Białymstoku.


— Z przyjemnością — powiedział Jan. — Ale muszę być uczciwy. Ja się na genealogii archiwalnej nie znam. Znaczy — wiem, gdzie szukać, znam rosyjski, umiem czytać dokumenty. Ale uwierz mi, okienko, kiedy w archiwach grodzieńskich mogli grzebać Polacy, zamknęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Teraz to już nie jest takie proste.


— Ale jest możliwe?


— Jest możliwe. Uruchomię swoje kontakty. Dam znać.


Krzysztof skinął głową. Upił w końcu łyk kawy. Była zimna.


***


Koniec listopada 2017 roku. Czwartek.


Krzysztof wyszedł z Sądu Rejonowego na Czerniakowskiej o czternastej. Normalny dzień. Zostawił plik dokumentów, później odebrał następny. Na dziś koniec i wolne.


Był jasny, ciepły dzień jak na koniec listopada — dziesięć stopni, słońce nisko, ale grzejące, jedno z tych popołudni, które Warszawa serwuje raz na jakiś czas, żeby ludzie zapomnieli, że za tydzień będzie minus pięć i szaro do marca.


Nie wrócił do kancelarii. Skręcił w prawo i poszedł na Bobrowiecką.


Nie był tu nigdy. Albo może kiedyś, ale nie pamiętał — Czerniakowska i okolice były dla niego terenem sądowym, nie osobistym. Teraz szedł powoli, po raz pierwszy patrząc na tę ulicę tak, jak patrzył na wyniki DNA — z nadzieją, że zobaczy coś, co do niego należy.


Bobrowiecka zmieniła się. Musiała się zmienić — Mokotów na południe od Wisłostrady był jedną wielką budową od lat dziewięćdziesiątych. Na Bobrowieckiej 9 lśnił nowy biurowiec — szkło i beton, logo jakiejś firmy na szczycie, parking podziemny, szlaban z czujnikiem ruchu. Obok — niski budynek najeżony kamerami monitoringu, może ambasada, może coś innego, tego typu obiekty w Warszawie nie noszą szyldów, a jeśli noszą, to kłamią.


Szedł dalej.


Bobrowiecka 1.


Zatrzymał się.


Budynek przedwojenny. Czteropiętrowy, szary, z elewacją, która musiała być kiedyś jasnożółta, a teraz była kolorem nieokreślonym — brudu, czasu i zapomnienia. Okna duże, jeszcze oryginalne w kilku miejscach, w reszcie wymienione na plastikowe, białe, niepasujące do fasady jak proteza do ciała. Brama wjazdowa z kutego żelaza, odrapana, za nią podwórze, którego nie było widać. Na elewacji szyldy: kancelaria notarialna, biuro rachunkowe, firma consultingowa o nazwie złożonej z trzech liter, gabinet psychologiczny. Nad bramą — numer 1, cyfra metalowa, jedna z tych starych, przedwojennych, z mosiądzu, która przetrwała wszystko.


Krzysztof stał na chodniku i patrzył.


To jest ten budynek. Bobrowiecka 1. Moja rodzina miała ten budynek.


Wyciągnął telefon. Zrobił zdjęcie. Potem drugie, z innego kąta. Potem trzecie — zbliżenie na bramę. Potem schował telefon.


Mirza-Sobolewscy mieli kamienicę w Warszawie. Pałac pod Grodnem. Dworki. Lasy. Ziemię. Byli tak bogaci, że mogli pracować tylko dla przyjemności — albo nie pracować wcale. A ja stoję tutaj, na Bobrowieckiej i patrzę na budynek, który powinien być mój.


Starsza kobieta wyszła z bramy. Niosła siatkę z zakupami. Spojrzała na Krzysztofa — na brodę, marynarkę, teczkę — i przeszła obok bez słowa. Dla niej był kolejnym człowiekiem w garniturze, którzy kręcą się po tej ulicy, bo są tu biura, kancelarie, firmy. Nie mogła wiedzieć, że Krzysztof stoi przed tym budynkiem nie dlatego, że tu pracuje, ale dlatego, że wierzy — od miesiąca coraz mocniej wierzy — że to jest jego.


Stał jeszcze pięć minut. Potem odwrócił się i poszedł w stronę przystanku.


W kieszeni telefon zawibrował. Wiadomość od Jana Korczyńskiego:


„Mam kontakt w Grodnie. Kobieta, historyczka, pracuje w archiwum. Mówi, że może pomóc, ale nie za darmo. Pogadamy?”


Krzysztof odpisał jednym słowem:


„Pogadamy.”


Autobus 222 nadjechał po sześciu minutach. Krzysztof wsiadł, usiadł przy oknie — tak jak zawsze — i patrzył na Warszawę. Tym razem nie na swoje odbicie. Na budynki.

Rozdział 6 Potocki

Olga Nasiadkiewicz odłożyła smartfona na biurko i oparła się o krzesło.


Kobieta około pięćdziesiątki. Jasne włosy ścięte krótko, praktycznie. Twarz ostra, inteligentna, zmęczona w sposób, który nie miał nic wspólnego z brakiem snu — to było zmęczenie ludzi, którzy od trzydziestu lat pracują w instytucjach, gdzie budżet się zmienia, ale pensja nie. Na nosie okulary w czerwonej oprawie — jedyny element, który zdradzał, że Olga ma jakikolwiek stosunek do estetyki. Na sobie miała szarą marynarkę, pod spodem biały golf.


Siedziała w swoim pokoju w Archiwum Państwowym Obwodu Grodzieńskiego przy ulicy Gospodarczej. Pokój był mały, ale czysty i jasny — biurko z jasnego drewna, monitor na wysięgniku, laptop Lenovo, na półce segregatory z opisami cyrylicą, na ścianie kalendarz z widokiem Kanału Augustowskiego. Za oknem — parking. W rogu pokoju stał skaner Fujitsu, nowy, kupiony z grantu ministerialnego, którego pozyskanie kosztowało Olgę cztery miesiące wypełniania formularzy.


Archiwum wyglądało tak, jak nie spodziewałby się tego nikt, kto o Białorusi wiedział tyle, ile wiedzieli ludzie na zachodniej stronie granicy — czyli niewiele i źle. Budynek po remoncie, systemy klimatyzacji, elektroniczny katalog, repozytoria cyfrowe. Białoruś nie była zacofana. Białoruś była skomplikowana, co nie jest tym samym, ale wyjaśnienie tej różnicy zajmowałoby więcej czasu, niż większość ludzi była gotowa poświęcić.


Na ekranie smartfona — Telegram. Wiadomość od doktora Jana Korczyńskiego z Białegostoku. Znała go — nie osobiście, ale z konferencji, z publikacji, z tego świata kresowej genealogii, który był mały jak wieś i w którym wszyscy wiedzieli o wszystkich. Korczyński pisał, że ma klienta w Warszawie. Adwokat. Szuka przodków. Ród tatarski, Mirza-Sobolewscy. Dokumenty prawdopodobnie w grodzieńskich zbiorach — akta notarialne, metrykalne, majątkowe. Czy Olga mogłaby pomóc.


Olga odchyliła się na krześle. Przypomniała sobie. Z piętnaście lat temu — albo dwanaście, albo czternaście, trudno powiedzieć, lata w archiwum zlepiały się jak strony starych akt — robiła coś podobnego dla kogoś z Białegostoku. Starszy pan, emeryt, szukał dziadka. Trwało to trzy miesiące, znalazła metryki, mapy, akt nadania ziemi. Emeryt zapłacił jej… nic. Przysłał książkę z podziękowaniem. Książkę o historii Podlasia, którą Olga miała teraz na półce.


Wtedy były inne czasy. Robiło się to z pasji, z obowiązku, z poczucia, że te dokumenty muszą do kogoś trafić, bo inaczej po co je przechowywać. Teraz też były inne czasy, ale inaczej inne. Teraz Olga miała pięćdziesiąt lat, pensję, która wystarczała na życie, ale nie na nic ponadto, i świadomość, że nikt jej nie zaproponował tej pracy dlatego, że jest dobrą archiwistką. Zaproponował, bo potrzebował kogoś w Grodnie. A w Grodnie — w archiwum, z dostępem, z językiem, z wiedzą — była ona.


Z drugiej strony — można zarobić. Po godzinach, wieczorami, w weekendy. Nikt się nie dowie, a jeśli się dowie, to nie będzie miał pretensji, bo w archiwum wszyscy dorabiali — kto tłumaczeniami, kto lekcjami, kto czym popadnie.


— Kurwa mać — powiedziała po polsku, cicho, do siebie.


Polszczyzna Olgi była domowa, babcina, z Grodzieńszczyzny — język, którego używała, kiedy myślała o pieniądzach, o problemach i o rzeczach, na które nie miała wpływu. W pracy mówiła po białorusku i po rosyjsku. Po polsku — tylko wtedy, kiedy nikt nie słyszał. Albo prawie nikt.


Ktoś zapukał do drzwi.


— Proszę.


Drzwi otworzyły się. Młoda kobieta — sekretarka z recepcji, dwadzieścia pięć lat, włosy ciemne, bluzka biała, wyraz twarzy osoby, która wykonuje polecenia i nie zadaje pytań.


— Olgo Pietrowna, pani naczelnik jest jakiś interesant. Prosi, żeby pani zeszła na dół.


— Idę.


Olga wstała. Poprawiła okulary. Zerknęła jeszcze raz na telefon — wiadomość Korczyńskiego czekała na odpowiedź. Odpowie później. Teraz musi zejść na dół, bo interesanci w archiwum grodzieńskim bywają różni — od emerytów z Mińska po urzędników z obwodu, którzy szukają dokumentów, o których lepiej nie pytać, do czego służą.


Schowała telefon do kieszeni marynarki. Wyszła. Drzwi zamknęła na klucz — nie dlatego, że miała coś do ukrycia, ale dlatego, że w archiwach zamyka się drzwi na klucz, bo takie są zasady.


***


Środa, 22 listopada 2017r. Sąd Okręgowy w Warszawie, aleja Solidarności. Godzina dziesiąta trzydzieści.


Sprawa Zaremba kontra Nowicki. Drugi termin rozprawy. Ta sama sala, ci sami sędziowie, ta sama przewodnicząca w ciemnych okularach. Po prawej — Krzysztof i Zaremba. Po lewej — mecenas Potocki i jego młodszy wspólnik.


Krzysztof wstał do mowy końcowej.


I tym razem — mówił.


Ale tym razem mówił inaczej. Coś się w nim przesunęło — może to był miesiąc spędzony nad dokumentami, nad mapami, nad historią ludzi, którzy mieli majątki i tytuły, i umieli przemawiać nie dlatego, że ich tego nauczono na aplikacji, ale dlatego, że tak wychowywano arystokrację od pokoleń. Może to był kac po upokorzeniu na poprzednim terminie, kiedy odpłynął na dwie minuty, myśląc o gościu po drugiej stronie sali. Może to było jedno i drugie.


Zaczął od faktury z marca dwa tysiące piętnastego — osiemset tysięcy złotych za roboty dodatkowe, które Zaremba wykonał, a Nowicki nie zapłacił. Cytował z pamięci numery stron akt, daty, kwoty. Potem przeszedł do korespondencji mailowej — dziewiętnaście wiadomości, w których Nowicki pisał „zapłacimy” i nie zapłacił. Potem do opinii biegłego — wykazanej wartości robót. Potem do orzecznictwa — trzy wyroki Sądu Najwyższego, jeden Sądu Apelacyjnego, przytoczone z sygnaturami i datami.


Mówił dwadzieścia minut. Nie zaglądał do notatek.


Przewodnicząca słuchała. Nie przerywała. Kiwała głową — raz, dwa razy — tam, gdzie Krzysztof cytował orzecznictwo. Zaremba — klient, przedsiębiorca budowlany z Piaseczna, który nie rozumiał prawniczego języka, ale rozumiał ton głosu — słuchał z wyrazem twarzy człowieka, który zaczyna wierzyć, że jednak wybrał dobrze.


A po drugiej stronie sali — mecenas Potocki. Który na pierwszym terminie nie mówił, nie słuchał, siedział jak posąg we własnym garniturze. Teraz — Krzysztof zauważył to kątem oka — Potocki pochylił się lekko do przodu. Patrzył. Słuchał. Nie z obowiązku. Z zaciekawieniem.


Krzysztof skończył. Ukłonił się. Usiadł.


***


Korytarz sądu okręgowego. Przerwa przed ogłoszeniem wyroku. Dwadzieścia minut czekania.


Zaremba stał obok Krzysztofa przy oknie. Trzymał plastikowy kubek z kawą z automatu — tym razem zapłacił sam, monetami.


— Panie mecenasie — powiedział Zaremba, kręcąc głową z uśmiechem — pan tak mówił, że nic nie zrozumiałem.


Krzysztof przyjął komplement skinieniem głowy.


— Ale widział pan — Zaremba pochylił się, ściszył głos, jakby zdradzał tajemnicę — ten ich adwokat pana słuchał. Z wypiekami na twarzy. Widziałem.


— Zauważyłem — powiedział Krzysztof.


Nie powiedział nic więcej. Nie musiał. Wiedział, że Zaremba ma rację. I wiedział, że to, co Zaremba widział — Potocki pochylony do przodu, Potocki słuchający — było warte więcej niż wynagrodzenie za sprawę. Było potwierdzeniem, że Krzysztof Mirzewski-Sobolewski potrafi stać na tej samej sali co Potocki i nie być gorszym.


Albo — że nigdy nie był gorszym. Że przez całe życie miał w sobie coś, czego nie umiał nazwać, a co teraz, dzięki patyczkowi i ślinie za 50 euro, zaczynało mieć nazwę.


***


Ogłoszenie wyroku.


Sala. Wszyscy wstali. Przewodnicząca czytała sentencję głosem, który nie był ani uroczysty, ani neutralny — był suchy i skrzeczący, jak papier ścierny po drewnie.


— Sąd Okręgowy w Warszawie oddala powództwo w całości…


Krzysztof poczuł to w klatce piersiowej. Nie w głowie — głowa jeszcze nie zrozumiała. Ciało zrozumiało pierwsze.


Zaremba obok niego zamarł. Twarz mu stężała.


— …i obciąża powoda kosztami postępowania w kwocie…


Przewodnicząca przeszła do ustnego uzasadnienia. Mówiła pięć minut. Referowała stan faktyczny, powoływała się na dowody, analizowała opinię biegłego. A potem — na samym końcu — zdjęła okulary.


I zwróciła się bezpośrednio do Krzysztofa.


To było nieprofesjonalne. Sędzia nie zwraca się bezpośrednio do pełnomocnika strony w uzasadnieniu wyroku — zwraca się do sali, do akt, do protokołu. Ale przewodnicząca najwyraźniej uznała, że może sobie pozwolić.


— Panie mecenasie — powiedziała, patrząc na Krzysztofa — muszę szczerze powiedzieć, że nic nie zrozumiałam z pańskiej mowy końcowej.


Cisza. Protokolantka przestała pisać.


— Mówił pan ładnie, to prawda. Ale co innego mówić ładnie, a co innego udowodnić roszczenie. A pan tego nie zrobił.


Uśmiechnęła się. Był to uśmiech wąski, precyzyjny i złośliwy — uśmiech kobiety, która wie, że ma ostatnie słowo, i zamierza je wykorzystać.


— Sąd nie ocenia retoryki, panie mecenasie. Sąd ocenia dowody.


Odłożyła okulary. Zamknęła akta.


— Koniec posiedzenia.


Krzysztof stał. Nie usiadł. Nie zebrał teczki. Stał przez pięć sekund, które trwały tak długo, jak żadne pięć sekund w jego życiu. Po drugiej stronie sali mecenas Potocki patrzył na przewodniczącą z wyrazem twarzy, w którym nie było satysfakcji z wygranej — było oburzenie. Obok niego młodszy adwokat z jego kancelarii miał na ustach uśmieszek — cienki, ledwo widoczny, ale Krzysztof go zobaczył. Zobaczył go i zapamiętał.


***


Korytarz.


Zaremba był cały czerwony na twarzy. Nie wściekły — wściekłość jest gorąca i krótka. To, co miał Zaremba, było zimne i powolne. Złapał Krzysztofa za rękaw marynarki — tej drogiej, antracytowej, za trzy tysiące złotych — i pociągnął go na koniec korytarza, za automat z kawą, pod okno, w kąt, gdzie nie słyszał ich nikt.


— Panie mecenasie.


— Panie Zaremba, proszę…


— Panie mecenasie, ja panu nie płacę za ładne przemowy.


Głos cichy, ale każde słowo wyraźne. Zaremba mówił tak, jak mówią ludzie, którzy zarządzają budowami — nie krzyczą, bo krzyk jest oznaką słabości, ale każde zdanie jest jak cegła kładziona na zaprawie.


— Miał pan wygrać tę sprawę. I co? I gówno.


— Panie Zaremba, sprawa była wygrana. I nadal jest. Odwołamy się. Sąd pierwszej instancji się pomylił — to się zdarza, mamy mocne argumenty apelacyjne, orzecznictwo jest po naszej…


— Nie wiem — Zaremba cofnął rękę z rękawa marynarki. — Ja się odwołam. Ale chyba już nie panu to zlecę.


Odszedł. Nie podał ręki. Nie pożegnał się. Zniknął za szklanymi drzwiami korytarza, człowiek z Piaseczna w źle dobranym garniturze, z dwudziestoma milionami złotych roszczenia, które właśnie zostało oddalone, i z adwokatem, któremu przestał ufać.


Krzysztof stał pod oknem. W ręce trzymał teczkę. W teczce akta sprawy, która właśnie umarła. Na korytarzu nikt nie zwracał na niego uwagi — ludzie przechodzili, rozmawiali, szukali sal, stukali obcasami po linoleum.


Ktoś stanął obok niego.


— Panie kolego.


Krzysztof podniósł głowę. Mecenas Potocki. Z bliska wyglądał tak samo jak z drugiej strony sali — garnitur granatowy, trójczęściowy, Kiton albo Brioni, zegarek Jaeger-LeCoultre, broda gęsta, oczy ciemne, spokojne. Pachniał Creedem. Z bliska pachniał jeszcze bardziej.


— Niech pan zobaczy — Potocki mówił cicho, tonem człowieka, który dzieli się obserwacją, nie opinią — co za wieśniara za tym stołem siedziała. To się w głowie nie mieści, jak ci ludzie się zachowują.


Poklepał Krzysztofa po plecach. Gest lekki, koleżeński, naturalny. Gest człowieka, który traktuje drugiego człowieka jak równego sobie.


Potem zrobił krok w tył. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął wizytówkę. Kremowy karton, wytłoczone litery, herb w lewym górnym rogu — Krzysztof zauważył herb, zanim przeczytał nazwisko.


— Panie kolego, to moja wizytówka. Jutro o dwudziestej moja córka ma wernisaż swoich obrazów. Galeria Foksal. Niech pan wpadnie. Trzeba się odchamić po takim dniu.


Uśmiechnął się. Podał rękę. Uścisk pewny, ciepły. Odszedł korytarzem — nie szybko, nie wolno, dokładnie tak, jak powinien chodzić człowiek, którego nazwisko noszą ulice.


Krzysztof patrzył na wizytówkę. Włożył ją do wewnętrznej kieszeni marynarki — tej samej, za rękaw której pięć minut temu ciągnął go Zaremba. Dwie kieszenie, dwa światy. W lewej — wizytówka z herbem. W prawej — telefon z Facebookiem, na którym konto Praetora Unplugged miało trzydzieści siedem powiadomień.


***


Wieczór. Ten sam dzień.


Krzysztof siedział na kanapie. Telewizor włączony — TVN24, wyciszony, polityk mówił coś do mikrofonu, na pasku przewijały się nagłówki, których Krzysztof nie czytał. Na stoliku szklanka whisky. Glenfiddich. Pierwszy łyk.


Wieśniara. Potocki powiedział „wieśniara”. O sędzi Sądu Okręgowego w Warszawie. Bo ją tak widzi — wieśniara, która trafiła na ławę nie dlatego, że jest dobra, ale dlatego, że system ją tam postawił, tak jak stawia się słup na poboczu drogi, bo regulamin wymaga słupa, a nie dlatego, że ktokolwiek go potrzebuje.


I ma rację. Ma absolutną rację. To co ta kobieta zrobiła — ta personalna uwaga na koniec, ten uśmieszek, to „nic nie zrozumiałam” — to było chamstwo. Chamstwo ukryte za togą i łańcuchem, bo togi i łańcuchy chronią ludzi, którzy bez nich nie przetrwaliby pięciu minut w świecie, w którym liczy się kompetencja, a nie stanowisko.


Drugi łyk. Trzeci.


Ale Potocki widzi to, co ja widzę. Człowiek na poziomie pozna człowieka na poziomie. I on mnie rozpoznał. Nie dlatego, że wygrałem — przegrałem. Dlatego, że mówię tak, jak powinien mówić adwokat. Dlatego, że stoję tak, jak powinien stać adwokat. Dlatego, że jestem — nawet jeśli jeszcze nie mam na to dokumentów — tym, kim powinienem być.


A Zaremba? Zaremba jest przedsiębiorcą budowlanym z Piaseczna, który złapał mnie za rękaw jak stróż chłopaka ze wsi. Odejdzie. Znajdę innych. Zaremby się rodzą i umierają, a Potoccy trwają.


Krzysztof dopił szklankę. Nalał drugą.


Na ekranie telewizora polityk skończył mówić. Teraz leciała reklama ubezpieczenia na życie — uśmiechnięta rodzina, złoty retriever, dom z ogródkiem. Krzysztof nie patrzył.


Dźwięk powiadomienia na smartfonie.


Telegram. Jan Korczyński.


„Pani Nasiadkiewicz z Grodna zgodziła się. Chce 10 000 zł za kompleksowe poszukiwania — akta notarialne, metrykalne, majątkowe, mapy katastralne. Szacuje na 2–3 miesiące pracy. Podała numer konta.


Krzysztof nie odpisał. Nie pytał o szczegóły. Nie pytał, czy to dużo, czy mało, czy warto. Otworzył aplikację bankową. Saldo: dwadzieścia trzy tysiące czterysta złotych — to, co zostało po racie kredytu, po czynszu, po kosztach kancelarii, po Glenfiddichu i spinkach do mankietów, które ostatnio kupił.


Wpisał numer konta, który przesłał Korczyński. Wpisał kwotę: 10 000,00 zł. Tytuł przelewu: „Badania genealogiczne — zaliczka.”


Palec nad przyciskiem „Zatwierdź”.


Dziesięć tysięcy złotych. Niemal połowa tego, co miał na koncie. Za poszukiwania w archiwum w Grodnie, prowadzone przez kobietę, której nigdy nie widział, w kraju, w którym nigdy nie był, na podstawie informacji od historyka, którego znał od sześciu tygodni.


Nacisnął.


Przelew zlecony. Realizacja: następny dzień roboczy.


Dopił whisky. Wyłączył telewizor. Na stoliku — pusta szklanka, smartfon z potwierdzeniem przelewu i wizytówka mecenasa Potockiego z wytłoczonym herbem, który w świetle lampki nocnej rzucał cień na szkło.


Krzysztof wziął wizytówkę. Obrócił ją w palcach. Herb — którego nie potrafił jeszcze zidentyfikować, ale który jutro sprawdzi — wyglądał jak coś, co powinno być jego. Co może kiedyś będzie jego. Co musi być jego.


Położył wizytówkę na stoliku. Obok smartfona. Obok szklanki.


Poszedł spać.

Rozdział 7 Tłumacz

Pułkownik Sobolew czytał meldunek po raz trzeci.


Nie dlatego, że czegoś nie zrozumiał. Dlatego, że lubił smakować momenty, w których sprawy same się składały — tak jak somelier smakuje wino, które sam wybrał z piwnicy, wiedząc, że jest doskonałe, ale chcąc to jeszcze raz potwierdzić.


Pokój na Komsomolskim Prospekcie 20. To samo biurko. Ta sama szafa metalowa z zamkiem kluczowym. Ten sam laptop. Na ścianie — nadal nic. Jedyne, co się zmieniło od października, to grubość teczki leżącej na biurku.


Meldunek pierwszy, datowany dwa tygodnie wcześniej. Źródło: Grodno. Olga Nasiadkiewicz, archiwistka państwowa, powiadomiła swojego kierownika — tak jak powiadamia każdy urzędnik w kraju, w którym powiadamianie jest warunkiem spokojnego życia — o zagranicznym zleceniu. Niejaki Krzysztof Mirzewski-Sobolewski z Warszawy, za pośrednictwem historyka z Białegostoku, zlecił poszukiwania archiwalne dotyczące rodu Mirza-Sobolewskich. Zapłacił dziesięć tysięcy złotych. Pani Nasiadkiewicz pracowała sumiennie: akta notarialne, metrykalne, majątkowe, mapy katastralne. Materiał obszerny, wartościowy, rzetelny.


Kierownik pani Nasiadkiewicz przesłał informację wyżej, bo tak nakazywał regulamin. Wyżej przesłano ją jeszcze wyżej — bo dotyczył obcego obywatela. I tak meldunek, drogą, którą meldunki pokonują od stu lat w tej części świata, wylądował na biurku Sobolewa.


Pułkownik odłożył pierwszą kartkę. Uśmiechnął się.


Trzydzieści lat w firmie, ale to zawsze wygląda tak samo. Przynajmniej w jego sprawach. Jak już jakaś nitka jest w rękach, to potem wystarczy stanąć w odpowiednim miejscu — a w ręku trzymasz całą szpulę. Sprawy same się łączą. Zbiegają. Trzeba tylko stanąć i czekać.


Meldunek drugi. Źródło: placówka warszawska. Resumé figuranta.


Krzysztof Mirzewski-Sobolewski, lat trzydzieści siedem. Adwokat. Kancelaria jednoosobowa, siedziba na Wroniej w Warszawie. Specjalizacja: spory gospodarcze, nieruchomości, obsługa korporacyjna. Klientela średnia — nie bierze spraw z ulicy, a jak bierze, to za stawkę kilkukrotnie większą niż rynkowa. Dochód szacowany na trzysta pięćdziesiąt tysięcy rocznie, z czego połowa idzie na kredyt, koszty kancelarii i poziom życia, który ma wyglądać na dwukrotnie wyższy niż jest. Kawaler. Bezdzietny. Mieszka sam. Kontakty szerokie — środowisko prawnicze, biznesowe, instytucjonalne. Członek Izby Adwokackiej w Warszawie, bywał na kilku bankietach w kręgach wyższych sfer. Żadnych flag — czyste konto, żadnych postępowań, żadnych skandali.


Sobolew podkreślił długopisem trzy słowa na marginesie. Napisał je po rosyjsku, drobnym, równym pismem:


„Идеально размещён.”


Idealnie uplasowany.


Odchylił się na krześle. Zamknął oczy na trzy sekundy — nie z senności, z namysłu.


Snob. Narcyz. Obsesyjnie buduje wizerunek. Żyje sam, więc nie ma hamulca bezpieczeństwa — nikt go nie sprawdza, nikt nie zadaje pytań, nikt nie czeka w domu. Szuka przodków, bo szuka siebie. A kto szuka siebie — tego łatwo znaleźć.


Poza wszelkimi podejrzeniami. Będzie dla mnie pracował.


Otworzył oczy. Podniósł słuchawkę telefonu z tarczą.


— Jurij. Chodź do mnie.


Minuta. Drzwi. Jurij wszedł — dżinsy, marynarka, okulary. Usiadł naprzeciwko. Bez pytania, bez zaproszenia.


— Jedziesz znowu do Polski.


Jurij skinął głową. Raz.


— Dobrze go wytypowałeś — Sobolew mówił powoli, ważąc słowa, chociaż w pokoju nie było podsłuchu, a gdyby był, to i tak byłby jego. — A teraz on jeszcze sam na nas wyszedł. Łatwa robota.


Sobolew odchylił się ponownie.


— Brawo.


Jurij uśmiechnął się. Był to uśmiech kontrolowany, precyzyjny — uśmiech człowieka, który wie, że pochwała od Sobolewa jest rzadka i że trzeba ją przyjąć bez entuzjazmu, bo entuzjazm w tym budynku jest traktowany jak słabość.


— Szczegóły operacyjne dostaniesz jutro — dodał Sobolew. — Idź.


Jurij wstał. Wyszedł. Drzwi zamknęły się z pneumatycznym syczeniem.


Sobolew zamknął teczkę. Schował ją do metalowej szafy. Przekręcił klucz. I przez chwilę — krótką, ludzką chwilę — pomyślał o czymś, o czym ludzie na jego stanowisku nie powinni myśleć: o tym, jak dziwny jest świat, w którym adwokat z Warszawy płaci dziesięć tysięcy złotych, żeby odnaleźć przodków, a przodkowie — przez łańcuch meldunków, raportów i procedur, który nie zmienił się od czasów carskich — odnajdują go.


***


Białystok. Maison du Café, ulica Kilińskiego 10. Kwiecień 2018r.


Przez okno wpadało słońce, pierwsze prawdziwe słońce od pięciu miesięcy — takie, które grzeje przez szybę i sprawia, że człowiek zapomina o tym, że jeszcze tydzień temu padał śnieg. Białystok wiosną wyglądał jak miasto, które próbuje się uśmiechnąć i nie do końca wie jak, ale się stara.


Krzysztof siedział przy tym samym stoliku co w listopadzie. Przed nim kawa, tym razem gorąca. Naprzeciwko — Jan Korczyński, w tym samym tweedzie z łatami na łokciach, z tym samym burgundowym szalikiem, choć teraz lekko rozwiązanym, bo było ciepło.


Między nimi na stoliku leżała gruba teczka. Brązowa. Sztywna. Związana sznurkiem.


— Nasiadkiewicz wykonała tytaniczną pracę, Krzysiu — powiedział Jan, kładąc dłoń na teczce z szacunkiem, jaki okazuje się przedmiotom, które mają wartość większą niż ich wygląd. — To jest dużo więcej warte niż te dziesięć tysięcy złotych. Dużo więcej.


Krzysztof patrzył na teczkę. Nie dotknął jej jeszcze.


— Zobacz — Jan rozwiązał sznurek, otworzył. — Nawet część dokumentów ci poświadczyła. Notarialnie, po białorusku, z pieczęcią archiwum. Żebyś miał coś, co ma moc prawną, gdybyś kiedykolwiek tego potrzebował.


Krzysztof otworzył teczkę.


Pierwsza strona — kserokopia dokumentu. Papier pożółkły nawet na kopii, krawędzie nierówne, w lewym górnym rogu pieczęć okrągła z orłem carskim. Pismo odręczne, pochylone w lewą stronę, atrament brązowy — cyrylica, ale nie ta drukowana, którą Krzysztof znał ze szyldów restauracji gruzińskich na Nowym Świecie. To była cyrylica dziewiętnastowieczna, ręczna, kancelaryjna, z literami, które zawijały się jak wici, łączyły w sploty, ginęły jedna w drugiej. Gdyby nie wiedział, że patrzy na cyrylicę, mógłby to wziąć za arabski. Albo gruziński. Albo za zapis snu na papierze.


Kartkował dalej. Drugi dokument — podobny. Trzeci — mapa, ręcznie rysowana, z zaznaczonymi granicami posiadłości. Czwarty — coś, co wyglądało jak spis inwentarza. Piąty — akt notarialny, ten z pieczęcią archiwum, z podpisem Nasiadkiewicz.


Krzysztof zamknął teczkę. Przypomniały mu się akta notarialne z przedwojennej Warszawy — widział takie w sądzie, w sprawach o nieruchomości, dokumenty sprzed trzydziestego dziewiątego, pisane po polsku pismem tak kaligraficznym, że odczytanie jednej strony zajmowało kwadrans. Tempo czytania: kilka słów na minutę. A tu — cyrylica. Inna era, inny alfabet, inny świat.


— Obejrzysz mi to wszystko fachowym okiem? — Krzysztof spojrzał na Jana. — Oczywiście zapłacę. Za pracę należy się wynagrodzenie.


— Z największą przyjemnością. Ale zadzwoń najpierw do tłumacza, bo ja też tych bukw ręcznych nie daję rady czasem odczytać. Jak już będzie po rosyjsku drukowanymi literami, to bez problemu. Ale to — Jan wskazał na teczkę — to trzeba najpierw odszyfrować.


Uśmiechnął się. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął wizytówkę. Mała, biała, czcionka prosta, czarna — żadnych herbów, żadnych ozdób.


— Nasiadkiewicz mi dała namiary na tłumacza, z którego korzystali jej klienci. Umie odczytywać tę cyrylicę z dziewiętnastego wieku w wydaniu ręcznym. Mało kto to potrafi. Andrzej Jabłonowski. Z Pruszkowa.


Krzysztof wziął wizytówkę. Przeczytał: „Andrzej Jabłonowski. Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego. Pruszków.”


Schował wizytówkę do kieszeni.


— Zadzwonię jutro.


— Zadzwoń — powiedział Jan. — I Krzysiu — jedna rzecz. To, co jest w tej teczce… to jest twoja historia. Twoja prawdziwa historia. Obchodź się z nią ostrożnie.


Krzysztof skinął głową. Nie odpowiedział. Dopił kawę. Wziął teczkę — ciężką, twardą, ciepłą od słońca, które padało na stolik — i wyszedł na Kilińskiego.


Na ulicy było piętnaście stopni i pachniało wiosną. Białystok próbował się uśmiechnąć. Krzysztofowi się udało.


***


Pruszków. Blok przy ulicy Hubala-Dobrzańskiego. Czwarte piętro.


Jurij stał przy oknie i patrzył na morze bloków.


Osiedle z lat osiemdziesiątych — pięciopiętrowe, szare, z balkonami zastawionymi praniem, rowerami, skrzynkami na kwiaty. Na wprost — olbrzymi komin elektrociepłowni, rdzawy u góry, biały u dołu, z którego leciał ledwo widoczny dym. W oddali — linia wieżowców Warszawy, Warsaw Spire, Złota 44, reszta, jak rząd szklanych zębów na horyzoncie.


Mieszkanie: dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Meble z IKEI, podstawowe, bezosobowe. Na biurku — laptop, słowniki, teczki z dokumentami klientów. Na regale — podręczniki do paleografii rosyjskiej, gramatyka historyczna, roczniki archiwalne, kilka książek o historii Kresów. Półka wyglądała przekonująco, bo była przekonująca — Jurij znał każdą z tych książek, znał je naprawdę, nie na pokaz. Różnica między dobrą przykrywką a złą polega na tym, że dobra nie wymaga udawania.


W telewizorze leciały wiadomości na TVN24. Wyciszony. Polityk mówił coś o reformie sądownictwa. Jurij nie słuchał — po dwóch latach w Polsce przestał rozróżniać polskich polityków, tak jak ludzie mieszkający obok torów kolejowych przestają słyszeć pociągi.


Tłumacz przysięgły. To była piękna przykrywka.


Jaki rosyjski agent wybrałby przykrywkę tłumacza przysięgłego języka rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego? To było tak oczywiste, że stawało się nieoczywiste. Tak proste, że nikt nie pytał. Człowiek, który zawodowo zajmuje się rosyjskim — oczywiście, że jest w kontakcie z Rosjanami, oczywiście, że podróżuje, oczywiście, że ma dziwne godziny pracy i dziwnych klientów. Nikt nie zerka dwa razy na tłumacza, tak jak nikt nie zerka dwa razy na listonosza.


A pełna swoboda operacyjna — to był prawdziwy luksus. Mógł przyjmować zlecenia. Mógł nie przyjmować. Mógł być tu. Mógł być za granicą. Mógł spotkać się z każdym i z nikim, a jedyną dokumentacją, jakiej ktokolwiek mógłby od niego wymagać, była faktura za tłumaczenie.


Jurij odwrócił się od okna. Usiadł na kanapie. Na stoliku obok — telefon komórkowy. Jeden. Ten drugi — ten, którego nikt nigdy nie zobaczy — leżał w podwójnym dnie szuflady biurka, za segregatorem z tłumaczeniami.


Czekał.


Czekanie było częścią pracy. Większą częścią niż ludzie sobie wyobrażali. Ludzie wyobrażali sobie szpiegostwo jako bieganie, strzelanie, koperty na ławkach w parku. W rzeczywistości szpiegostwo było czekaniem. Siedemdziesiąt procent czasu to czekanie. Dwadzieścia procent to czytanie. Dziesięć procent to jeden telefon, jedno spotkanie, jedno zdanie, które zmienia wszystko.


Wiedział, że Krzysztof zadzwoni. Nie dlatego, że był pewny siebie — dlatego, że znał materiał. Czytał resumé. Czytał profil psychologiczny. Czytał posty Praetora Unplugged na facebookowych grupach genealogicznych. Czytał wiadomości do Jana Korczyńskiego na Telegramie — nie dlatego, że Korczyński był współpracownikiem, nie był, ale Telegram na białoruskim serwerze nie jest trudny do odczytania, kiedy ma się odpowiednich ludzi w odpowiednich miejscach.


Znał Krzysztofa lepiej niż Krzysztof znał siebie. I wiedział, z absolutną pewnością, że człowiek, który wydał 50 euro na test DNA, dziesięć tysięcy na archiwistkę w Grodnie, i który jeździ do Białegostoku po teczkę z dokumentami, których sam nie potrafi przeczytać — ten człowiek potrzebuje tłumacza.


Telefon zawibrował.


Jurij spojrzał na ekran. Nieznany numer. Warszawski.


Jest.


Odczekał trzy sygnały. Nie dwa — za szybko, wygląda jak ktoś, kto czeka przy telefonie. Nie cztery — za wolno, wygląda jak ktoś, kto ma coś do ukrycia. Trzy. Idealnie.


— Słucham, Jabłonowski.


— Dzień dobry. Mówi mecenas Krzysztof Mirzewski-Sobolewski. Mam pana namiary od pani Nasiadkiewicz z Grodna. Potrzebuję tłumaczenia dokumentów archiwalnych z dziewiętnastego wieku. Cyrylica ręczna. Dałby pan radę?


Głos pewny, dobrze postawiony, z tą lekką arogancją ludzi, którzy przedstawiają się z tytułem zawodowym, zanim podadzą nazwisko. Jurij uśmiechnął się. Nie dlatego, że było śmiesznie. Dlatego, że było dokładnie tak, jak w profilu.


— Oczywiście — powiedział Jurij głosem Jabłonowskiego, ciepłym, kompetentnym, lekko znudzonym, głosem człowieka, który robi to od lat i nie potrzebuje klientów, ale ich przyjmuje. — Proszę przesłać skany na maila, to wycenię i dam znać.


— Wolałbym się spotkać osobiście. Dokumenty są… cenne.


— Rozumiem. Zapraszam do Pruszkowa. Albo mogę przyjechać do Warszawy.


— Pruszków mi pasuje. Kiedy?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 53.36