E-book
3.94
drukowana A5
Kolorowa
47.7
Królestwo Lulaków

Bezpłatny fragment - Królestwo Lulaków

Trzy Żywioły


Objętość:
86 str.
ISBN:
978-83-8467-357-7
E-book
za 3.94
drukowana A5
Kolorowa
za 47.7

Rozdział 1

Stary Dąb


Minęło już kilka lat od wydarzeń, które rozegrały się w małym miasteczku. Pamiętacie ten niewielki domek i stary dąb rosnący tuż obok?

Mieszkał tam Marcelek z rodzicami. Teraz jednak nie był już małym Marcelkiem. Miał dwanaście lat, własne zainteresowania i coraz więcej czasu spędzał z kolegami. Zajrzyjmy więc ponownie do domu naszego bohatera.

Był czerwcowy poranek. Marcel jeszcze spał. Mama przygotowywała śniadanie w kuchni, a tata — jak to tata — korzystał z ostatnich chwil snu. Po chwili mama weszła do pokoju syna.

— Marcel, pora wstać — powiedziała cicho.

— Eee… mamo, jeszcze chwilę, proszę — wymamrotał chłopiec i naciągnął kołdrę na głowę.

— Synku, naprawdę musisz już wstać — powtórzyła, tym razem stanowczo.

Marcel przeciągnął się na łóżku i otworzył oczy. Głowa była już gotowa na nowy dzień, ale reszta ciała zdecydowanie nie. W końcu zmusił się do wstania, poszedł do łazienki, a potem zszedł do kuchni. Przy stole siedział zaspany tata. Mama właśnie nakładała na talerze jajecznicę.

— Siadaj, synku. Jedz szybko, bo spóźnisz się do szkoły — powiedziała.

Marcel zjadł śniadanie i razem z tatą ruszył samochodem. Dzień w szkole minął zwyczajnie: lekcje, krótkie przerwy i rozmowy z kolegami.

Po południu Marcel miał spotkać się z Markiem, żeby pograć w nową grę, ale kolega zadzwonił, że nie może przyjść. Chłopiec został sam w pokoju. Przeglądał internet, lecz szybko się znudził.

Za oknem robiło się coraz ciemniej. Marcel podszedł do szyby i spojrzał na stary dąb. Nagle przypomniał sobie Lugapa. Dawno ze sobą nie rozmawiali. Po bitwie z Wielkim Boo spotykali się często, lecz z czasem Marcel miał coraz więcej własnych spraw, kolegów i obowiązków. Rozmowy z małym przyjacielem stawały się coraz krótsze, aż w końcu niemal zniknęły.

Otworzył okno i wypatrywał maleńkich światełek, które kiedyś rozjaśniały nocą dąb i łąkę. Tego wieczoru nie zobaczył ani jednego. Wtedy przypomniał sobie, że od pewnego czasu z drzewem działo się coś dziwnego. Kora szarzała, a liście, mimo że był dopiero czerwiec, zaczynały schnąć.

— Co się stało z Lulakami? I co dzieje się z drzewem? — zastanawiał się Marcel.

Nie chciał jednak czekać do następnego dnia. Im dłużej patrzył na ciemny dąb, tym bardziej czuł, że powinien sprawdzić to od razu.

— Mamo, widziałaś gdzieś pudełko, w którym były moje stare zeszyty? — zapytał chłopiec.

— To niebieskie? — zapytała mama.

— Tak, mamo. Właśnie to — odpowiedział Marcel.

— Już dawno zaniosłam je na strych. Powinno gdzieś tam być — odpowiedziała.

Marcel pobiegł na strych. Słaba żarówka ledwie rozpraszała półmrok. Po chwili dostrzegł pudełko pod stertą ozdób choinkowych. W środku były stare zeszyty z zapiskami, które robił, gdy słuchał opowieści Lugapa. Przerzucał je jeden po drugim, aż znalazł niebieski notes. To właśnie w nim zapisał kiedyś sposób na przemianę w Lulaka.

Marcel przewrócił kilka stron i zatrzymał palec na starym rysunku fioletowej rośliny. Lu-Czał. To właśnie ją kiedyś znalazł na dnie stawu i zjadł, aby stać się Lulakiem. Nie było żadnego przepisu z miodu i jagód. Była tylko ta jedna roślina — i wspomnienie zimnej wody, ciemności oraz strachu, który wtedy musiał pokonać.

Serce zabiło mu szybciej. Staw od dawna prawie nie istniał. Jeśli Lu-Czał zniknął razem z wodą, Marcel nie miał pojęcia, jak dostać się do świata przyjaciół.

Pobiegł na łąkę. W miejscu dawnego stawu pozostało błotniste zagłębienie, kilka kamieni i pas wilgotnej ziemi ukryty w cieniu. Chłopiec uklęknął i zaczął odsuwać liście. Dłonie miał całe w błocie, kiedy pod płaskim kamieniem dostrzegł nikły fioletowy blask.

Rosła tam jedna maleńka roślina. Lu-Czał.

Nie wyglądała tak okazale jak dawniej. Jej łodyga była cienka, a liście zwinięte, jakby roślina sama walczyła o ostatnią odrobinę życia. Marcel przez chwilę nie chciał jej zrywać. Wiedział jednak, że jeśli dąb naprawdę umiera, może to być ostatnia szansa.

— Wybacz — szepnął i delikatnie wyrwał roślinę z ziemi.

Smak pamiętał aż za dobrze: gorzki, cierpki i dziwnie chłodny. Po kilku sekundach poczuł znajome mrowienie. Świat zaczął rosnąć wokół niego.

Kiedy otworzył oczy, świat wyglądał zupełnie inaczej. Trawa przypominała wysoki las, a kwiaty ogromne, kolorowe drzewa. Marcel uśmiechnął się mimo osłabienia. Udało się. Znalazł się w świecie Lulaków.

Wraz z przemianą wróciło jeszcze jedno znajome uczucie. Dawna magia Lulaków, dzięki której kiedyś zaczął rozumieć ich mowę, nie zniknęła całkowicie. Słowa, które przez lata brzmiały w jego pamięci jak odległe echo, znów stały się wyraźne.

Rozdział 2

Powrót do świata Lulaków


Chłopak wstał i spojrzał na siebie. Był teraz jak Lulak. Może nie taki sam, ale na pewno podobny. Wziął ze sobą plecak i pobiegł w stronę drzewa, w którym mieszkał Lugap. Gdy dobiegł do dębu, nie było widać strażników ani nikogo innego. Marcel obiegł drzewo dookoła, ale nie znalazł żadnego wejścia do Królestwa Lulaków.

— Lugap! To ja, Marcel! Przyjacielu otwórz drzwi! — wołał chłopak.

— Proszę czy ktoś mnie słyszy? — wołał dalej.

Ale nikt nie odpowiedział na wołanie Marcela. Załamany usiadł pod drzewem i nie wiedział, co robić.

— Czy oni odeszli stąd? A może ktoś ich napadł? — zastanawiał się chłopak.

Nie chciał się jednak poddawać. Musiał dowiedzieć się, co się stało. Przypomniał sobie, że na łące jest ktoś, kto może mu pomóc. Pobiegł w stronę miejsca, po którym kiedyś wędrował z Lugapem. Po kilku minutach dotarł do szałasu stojącego na niewielkiej polanie. Obok tliło się ognisko, ale nikogo nie było. Rozejrzał się uważnie. Po chwili usłyszał czyjeś kroki. Stał nieruchomo i czekał, aż postać wyłoni się z krzaków. Na polanę wyszła mysz trzymająca w łapach jagody. Gdy zobaczyła gościa w swoim obozie, stanęła jak wryta. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

— Mysiek! — zawołał chłopak.

— Marcel, przyjacielu — odpowiedział Mysiek.

Marcel podszedł do Myśka i z radości na widok dawnego przyjaciela mocno go przytulił.

— Ile to już lat minęło chłopcze? Nie było cię tu bardzo dawno — odpowiedział Mysiek.

— Tak, wiem. Dawno mnie tu nie było i dużo mógłbym opowiadać, ale nie po to tu jestem — odpowiedział chłopak.

— A co cię sprowadza do naszego świata? — zapytał Mysiek.

— Zobaczyłem, że coś dzieje się z dębem. W nocy nie było widać Lulaków, więc chyba coś się stało — odpowiedział Marcel. — Znalazłem sposób, by dostać się do waszego świata, i postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Gdy się tu przeniosłem, pobiegłem do drzewa Lulaków, ale nie było nikogo i nie mogłem dostać się do środka.

— Tak, w Królestwie Lulaków nie dzieje się najlepiej — odpowiedział Mysiek. — Ale poczekaj. Wezmę plecak i pójdziemy do Lulaków. Wszystko ci opowiem po drodze.

Rozdział 3

Królestwo, które umiera


Razem poszli w stronę dębu, gdzie mieszkały Lulaki. Mysiek opowiadał chłopcu co się dzieje u Lulaków.

— Dąb, w którym mieszkają Lulaki, umiera. Usycha od środka. Kiedy on słabnie, Lulaki również tracą siły. To drzewo daje im siłę życia. Jeśli umrze, Lulaki przestaną istnieć — opowiadał Mysiek.

— Ale jak to? Czemu dąb umiera? Jak można go uratować? — dopytywał Marcel.

— Spokojnie przyjacielu wszystkiego dowiesz się jak dotrzemy na miejsce — odpowiedział Mysiek.

Droga do drzewa szybko im minęła na rozmowie. Gdy dotarli stanęli przed bramą do Królestwa ale była zamknięta.

— Brama jest zamknięta. Jak my się dostaniemy do środka? — pytał Marcel.

— Spokojnie znam inne wejście — oznajmił Mysiek.

Obeszli drzewo z drugiej strony. Mysiek zatrzymał się przy niewielkiej szczelinie w korze. Wsunął w nią łapę. Po chwili kawałek kory odsunął się i ukazało się tajne wejście do dębu. Mysiek skinął na chłopaka i wszedł pierwszy. Marcel ruszył za nim. Przeszli przez ukryte drzwi i znaleźli się w korytarzu prowadzącym do głównej siedziby Lulaków. Ich oczom ukazali się mieszkańcy królestwa, ale nie było słychać śmiechów ani radosnych rozmów. Wszyscy chodzili smutni i osłabieni, jakby byli chorzy.

— Chodź za mną, pójdziemy do króla Lulusia — powiedział Mysiek.

Po chwili doszli do dużych drzwi gdzie przed nimi stała straż pilnująca wejścia.

— Witajcie. Możecie poinformować króla, że przyszedł Mysiek z Marcelem — powiedział Mysiek do strażników.

Jeden z nich otworzył drzwi i wszedł do komnaty. Po krótkiej chwili wyszedł.

— Król zaprasza do swojej komnaty — powiedział strażnik.

Mysiek i chłopak weszli do komnaty, gdzie przy stole siedział król Luluś.

— Witaj, królu — zwrócił się do Lulusia Mysiek.

— Witaj, mój przyjacielu — wyszeptał król.

— Witaj Królu — powiedział Marcel.

— Witaj mój mały bohaterze. — z uśmiechem powiedział Luluś.

— Panie przybyliśmy, bo widziałem, że coś dzieje się z drzewem. Nie było widać w nocy Lulaków na łące. Co się stało? — mówił chłopak.

Król powoli usiadł na tronie. Widać było, że nie jest w najlepszej formie. Luluś już chciał odpowiedzieć chłopakowi, lecz w tym czasie do sali wszedł Lumar, a za nim Lugap. Gdy zobaczyli gości, bardzo się ucieszyli. Podeszli i serdecznie się przywitali. Lumar podał dłoń Myskowi, a potem Marcelowi. Lugap również przywitał się z Myskiem, po czym stanął przed chłopakiem. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, aż w końcu obaj ruszyli ku sobie i przytulili się z radości, że znowu się widzą.

— Witaj, mój przyjacielu — z uśmiechem powiedział Marcel

— Cieszę się, że cię widzę Marcel — powiedział Lugap.

— Dawno się nie widzieliśmy. Co was sprowadza tu? Jak się dostałeś do naszego świata? — dopytywał Lulak.

— Dostałem się tu w taki sposób jaki mi kiedyś opowiedziałeś. Ale jestem tu, bo widziałem, że coś jest nie tak z waszym królestwem. Co się dzieje? — pytał chłopak.

Lugap spojrzał na króla a potem na brata, spuścił głowę ze smutkiem. Ciszę przerwał Lumar.

— Nasze królestwo umiera. Nasze drzewo, w którym żyjemy traci swoją moc. A, gdy drzewo umrze Lulaki razem z nim. — wyjaśniał książę.

— Ale czemu umiera? Co się stało? — dopytywał Marcel.

— Nasze drzewo wyrosło setki lat temu dzięki mocy trzech żywiołów — wyjaśnił Lumar. — Woda dawała mu życie, ziemia była jego domem i źródłem siły, a wiatr łączył wszystko i niósł nowe życie. Ta moc została zamknięta w nasieniu, z którego wyrósł nasz dąb. Teraz Serce Drzewa gaśnie. Jeśli przestanie zasilać nasz dom, razem z nim zaczną odchodzić Lulaki.

— Ale jak to? Czemu umiera? Można jakoś to zatrzymać? — pytał chłopak.

— Istnieją Trzy Święte Żywioły, które mogą obudzić Serce Drzewa — mówił dalej Lumar. — Święta Woda ze Źródła Życia, Piasek Czasu przechowywany w najstarszych podziemiach Królestwa Mrówek oraz Pióro Wiatru, które należało niegdyś do pierwszego króla orłów. Ale zapamiętaj jedno, Marcelu: to nie są zwykłe przedmioty. Woda odpowiada na troskę o życie. Piasek odsłania prawdę ukrytą w przeszłości. A Wiatr słucha tylko tego, kto potrafi przestać go więzić.

— Czyli nie wystarczy je znaleźć? — zapytał Marcel.

Lumar pokręcił głową.

— Dawne opowieści mówią, że Żywiołu nie można naprawdę posiadać. Można jedynie sprawić, żeby zechciał ci pomóc.

— To weźcie te rzeczy i uratujcie drzewo — powiedział Marcel.

— To nie jest możliwe. Ponieważ te rzeczy dawno temu zostały zabrane nam i są w rękach różnych królestw. A zdobycie ich jest prawie niemożliwe. Teraz, gdy całe Królestwo Lulaków choruje nie mamy tyle siły by odzyskać te rzeczy. — ze smutkiem wyjaśnił Lulak.

— Musimy znaleźć sposób by odzyskać te przedmioty — powiedział Marcel.

— Nie ma takiego sposobu. Nasza armia jest zbyt słaba by odzyskać te przedmioty — powiedział Król cichym głosem.

— Królu nauczyłem się od was, że nie można się poddawać. Zawsze trzeba walczyć dopóki jest szansa wygrania. — mówił chłopak.

Król siedząc na tronie patrzył na chłopaka, myśląc o tym co mówił. Wszyscy, którzy byli w komnacie słuchali słów Marcela.

— Ojcze Marcel ma rację, nie możemy się poddać. Musimy odzyskać nasze Święte Żywioły. — prawie wykrzyczał te słowa Lumar. — Ojcze, ja i moi ludzie ruszymy by odzyskać te rzeczy. — mówił Lulak.

— Nie! Nie pozwalam tobie i innym Lulakom na opuszczenie królestwa. — stanowczo powiedział Król.

— Ojcze ale musimy coś zrobić by ratować Królestwo — powiedział Lumar.

— Nie! I nie chcę o tym słyszeć… –mówił król, ale przerwał mu Mysiek.

— Królu wybacz, że tobie przerywam, ale królestwo jest w niebezpieczeństwie. Trzeba coś zrobić, żeby ratować Lulaków. A siedzenie w ukryciu niczego nie zmieni. Panie, ja wiem gdzie znaleźć Święte Żywioły. Jeśli pozwolisz poprowadzę wyprawę i postaramy się odzyskać te rzeczy — wyjaśnił Mysiek.

Król wysłuchał przyjaciela, patrzył na synów, którzy stali obok Marcela. Zamyślił się chwilę to trwało, gdy król myślał. Wstał z tronu i cichym głosem powiedział.

— Dobrze, przyjacielu. Weź moich synów i tych, którym ufasz. Spróbujcie odzyskać Żywioły — powiedział król.

— Tak panie. Postaram się, żeby odzyskać to co należy do Lulaków — odpowiedział Mysiek.

— Ojcze ale jak to? Tylko Lumar ma iść? — odezwał się Lugap. — A ja? Jestem już dorosły. Też pójdę — oznajmił Lulak.

— Synu nie pozwalam tobie iść z wyprawą, musisz zostać tutaj w Królestwie. — zdecydowanie powiedział Luluś.

— Ojcze ale jestem potrzebny by pomóc odzyskać Święte Żywioły — powiedział Lugap.

Zanim król coś powiedział odezwał się Mysiek.

— Przyjacielu jeśli mogę coś powiedzieć, pozwól swoim synom ruszyć z nami. Ta wyprawą jest może niebezpieczna ale potrzebuje dobrych ludzi, na których mogę liczyć. Lumar, Lugap, Ja i Marcel, to są odpowiednie osoby, które mogą wykonać to zadanie. A jeszcze jedna osoba będzie z nami ale to może potem. — opowiadał Mysiek.

Luluś wysłuchał mysz i w zadumie myślał nad słowami, które wypowiedział. Wstał i podszedł do Myśka, położył dłoń na jego ramieniu i powiedział.

— Przyjacielu opiekuj się mymi synami, bo to jedyne co mam najcenniejszego na świecie. Proszę wróćcie cali i zdrowi do naszego królestwa. — poprosił król.

— Wrócimy cali i zdrowi królu. — zapewnił Mysiek.

Rozdział 4

Wyprawa


Naradzali się jeszcze chwilę jak ma wyglądać plan i co muszą zabrać potrzebnego na ta wyprawę. Marcel z Myśkiem byli już gotowi do wyjścia, czekali na Lugapa i Lumara. Cała czwórka wyszła z dębu wprost na łąkę. Teraz cała czwórka miała zajść jeszcze w jedno miejsce, bo brakowało im kogoś do ich wyprawy. Ale Mysiek nie chciał zdradzić kim jest ta osoba. Gdy doszli do rzeki Marcel jakby cofnął się w czasie. Gdy zeszli na dół gdzie było wejście do kanałów chłopiec przypomniał sobie jak parę lat temu był w tym samym miejscu. Ale tym razem był starszy i już nie bał się tego by wejść w ciemną dziurę. Cała czwórka ruszyła w głąb tunelu. Szli dobry kawałek zanim doszli do wejścia, bo miasta gdzie rządziły szczury. Teraz to miejsce było zupełnie inne od, kiedy rządzi tu nowy przywódca. Wszędzie było czysto i można było bezpiecznie iść uliczkami. A światła lamp i neonów dawały miłą poświatę. Wszyscy szli przez te uliczki prowadził ich Mysiek, aż doszli do restauracji o nazwie „Leo”. Weszli do środka gdzie było parę osób, podeszli do baru i Mysiek zapytał.

— Zastaliśmy szefa? — zapytał barmana.

— Tak jest w kuchni, już go wołam — odpowiedział barman

Poszedł do kuchni a po chwili drzwi otworzyły się i z kuchni wyszła duża mysz, która wyglądała jak duży szczur a nie mysz. Tak to był Leo. Gdy go zobaczyli uśmiech pojawił się na ich buziach.

— Przyjaciele jak miło was zobaczyć. Cóż to za niespodzianka, że was widzę. — ucieszył się Leo.

— My też cieszymy się przyjacielu, że możemy kolejny raz spotkać się z tobą — powiedział Mysiek.

Wszyscy podeszli do Leo i przywitali się serdecznie. Wyściskał każdego z radości. Zaprosił ich do stołu i kazał podać wszystko co najlepsze. Usiedli a kelner przyniósł im jedzenie. Kiedy zjedli przyszedł do nich Leo, usiadł przy stoliku a Mysiek wyjaśnił mu wszystko. Leo rozmawiał, ze swoimi przyjaciółmi długo, nawet nie musieli go prosić, żeby poszedł z nimi. Wstał i powiedział, że trzeba się zbierać by odzyskać to co ukradli Lulakom. Wszyscy byli zaskoczeni tym, że Leo tak szybko się zgodził iść z nimi. Leo zabrał potrzebne rzeczy, pożegnał się z żoną i ruszyli wszyscy razem. Przeszli przez kanały droga, która prowadziła ich wprost na polanę. Polana nie była może duża ale musieli przejść przez nią by dotrzeć na skraj lasu gdzie była już ścieżka prowadząca do królestwa żab. Tam właśnie znajdował się pierwszy z Żywiołów. Wszyscy ruszyli pewnym krokiem na polanę przez, która mieli iść. Prowadził ich Leo, który znał drogę. Na samym końcu szedł Mysiek dziwnie rozglądał się i odwracał za siebie, jakby kogoś wypatrywał. Jak byli na środku polany wszyscy rozmawiali i śmiali się, Leo, który szedł pierwszy odwrócił się i zobaczył, że Mysiek został z tyłu. Patrzył na mysz, która nasłuchiwała czegoś. Wszyscy spojrzeli na Leo a potem odwrócili się w stronę Myska.

Rozdział 5

Mroczni Łowcy


Stał nieruchomo tylko uszy poruszały się w różne strony, jak radary, które wyszukują różnych obiektów. Wszyscy patrzyli w jego stronę, zastanawiając się co się dzieje. Mysz przestała ruszać uszami jego oczy zrobiły się duże i pełne niepokoju. Wszyscy czekali na to co się wydarzy, bez ruchu stali na polanie. Mysiek odwrócił głowę w ich stronę i z całych sił krzyknął…

— Uciekajcie! Szybko uciekajcie do lasu! — biegnąc w ich stronę krzyczał Mysiek.

Przyjaciele nie mieli czasu pytać, co się stało. Wszyscy rzucili się biegiem w stronę lasu.

Mysiek dogonił ich po chwili. Lumar, który biegł obok niego zdyszany pytał się go co się stało.

— To Mroczni Łowcy — odpowiedział Mysiek.

— Kim oni są? — dopytywał Lumar.

Ale Mysiek nie odpowiedział już na to pytanie, bo za nimi ziemia zaczęła się ruszać a następnie z jednej i drugiej strony. Nagle z ziemi wyskoczyły czarne jak noc postacie, które starały się złapać każdego z nich. Jeden leciał na Myska ale ten skręcił w lewo i czarna postać spadła na ziemię i od razu zniknęła pod nią. Kolejni wyskakiwali z ziemi próbując złapać kolejne osoby. Nagle ziemia zapadła się pod Marcelem. Chłopak zdołał wykrzyczeć ratunku i zniknął pod ziemią. Lugap, który był obok niego chciał mu pomóc ale też został złapany za nogi i próbowano go zaciągnąć pod ziemię. Złapał się trawy i ciągnął z całych sił by nie dać się wciągnąć pod ziemię. Leo złapał Lulaka za ręce i ciągnął z całych sił. Lumar chciał pomóc Marcelowi ale Leo kazał mu pomóc bratu, a sam wskoczył pod ziemię po chłopca. Lumar wyciągnął miecz i wbijał go w ziemię tak, by uwolnić brata. Parę uderzeń miecza załatwiło sprawę i nogi Lugapa zostały puszczone. Wyciągnął go i rozglądali się za Leo i Marcelem. Ale Mysiek kazał im biec dalej. Biegli broniąc się przed napastnikami. W tym czasie Leo przekopywał się przez tunel, którym uprowadzili Marcela. Szybko dogonił Łowców, którzy ciągnęli chłopca tunelem. Leo złapał chłopca za nogę i pociągnął go do siebie, ale poczuł opór. Ciągnął z całych sił, chłopiec krzyczał by mu pomógł. Leo poczuł za sobą, że ktoś się zbliża, odwrócił wzrok zobaczył, że to Łowcy, którzy zbliżali się do jego twarzy. W ciasnym tunelu zdołał wyciągnąć rękę i z

całej siły uderzył w pysk Łowcę. Usłyszał tylko pisk i gdzieś zniknęła postać. Ale zostało jeszcze dwóch, którzy ciągnęli Marcela przez tunel Leo trzymał chłopaka za ręce ale musiał coś zrobić by uwolnić go z łap intruzów. Urwał kawałek korzenia i trzymając Marcela za ręce zaparł się nogami. Kawałkiem korzenia wybił dziurę w ziemi i używając swojej ogromnej siły wyskoczył z chłopcem na polanę. Ciągnął nie tylko chłopca ale i jednego z Łowców. Ale, gdy tylko wyskoczył pysk z ziemi intruza Mysiek kijem uderzył go prosto w pysk. Łowca oszołomiony schował się pod ziemię a Leo i chłopak szybko biegli w stronę lasu. Zobaczyli, że reszta już prawie dobiega do skraju lasu cali i zdrowi. Mysz i chłopiec dobiegli do reszty i usiedli na korzeniach i odpoczywali po ciężkiej przeprawie. Wszyscy musieli ochłonąć po tym co ich spotkało, w ciszy odpoczywali w cieniu drzew.

— Kto to był? — zapytał się Marcel.

— To byli Mroczni Łowcy. Łapią i więżą stworzenia by pracowały dla nich. — wyjaśniał Mysiek.

— Mało brakowało, żeby i nas złapali. — mówił Lugap.

— Całe szczęście, że udało się nam uciec — powiedział Leo.

Nie ruszyli jednak od razu. Z głębi lasu dobiegł stłumiony metaliczny dźwięk, jakby ktoś uderzył łańcuchem o kamień. Mysiek uniósł łapę i wszyscy zamilkli.

— Oni nie polowali na nas przypadkiem — powiedział. — Łowcy mają pod polaną starą kryjówkę. Jeśli nas zobaczyli, będą wiedzieli, w którą stronę idziemy.

Leo zmarszczył brwi. — Czyli albo będziemy przez pół drogi oglądać się za siebie, albo sprawdzimy, co wiedzą.

Marcel poczuł ukłucie niepokoju. Kilka lat wcześniej pewnie zgodziłby się bez namysłu. Teraz wiedział już, że odwaga nie polega na tym, by nie czuć strachu. Polega na tym, by umieć zdecydować, kiedy warto zaryzykować.

Wrócili skrajem polany i odnaleźli wąski otwór między korzeniami. Prowadził do podziemnej komory. Na ścianach wisiały sieci, drewniane klatki i mapy ścieżek. W jednej z klatek siedział mały chrząszcz o zielonym pancerzu.

— Cicho — szepnął. — Dwóch Łowców poszło po resztę. Chcą zamknąć przejście do Królestwa Żab.

Lumar przeciął więzy mieczem. Uwolnili chrząszcza i jeszcze dwa stworzenia ukryte w głębi kryjówki. Wtedy w tunelu rozległy się szybkie kroki.

Nie było miejsca na długą walkę. Mysiek zgasił lampę, Leo przewrócił pustą klatkę, a Marcel zauważył cienki korzeń podtrzymujący półkę z kamieniami. Kiedy Łowcy wbiegli do środka, chłopiec przeciął korzeń. Kamienie runęły pomiędzy nimi, odcinając pościg.

— Teraz! — krzyknął Marcel.

Wypadli drugim tunelem. Nie pokonali Łowców siłą. Przechytrzyli ich i, co ważniejsze, nie zostawili więźniów. Kiedy po kilku minutach znaleźli się daleko od polany, Mysiek spojrzał na Marcela z uznaniem.

— Dorosłeś, chłopcze.

— Trochę — odpowiedział Marcel. — Ale nadal wolę, kiedy nikt nie próbuje wciągać mnie pod ziemię.

Lugap pokiwał głową. — Wreszcie powiedziałeś coś naprawdę mądrego.

Rozdział 6

Królestwo Żab


Po krótkiej przerwie i odpoczynku cała grupa wyruszyła w dalszą drogę, bo mieli sporo do przejścia. Ruszyli przez las ścieżką, która miała ich zaprowadzić do Królestwa Żab. Tam właśnie był pierwszy Żywioł. Las zmieniał się w wysoką trawę i czuć było wilgoć, która wychodziła z ziemi. Gdy szli dalej doszli do jeziora, które okrywała mgła.

Im bliżej byli jeziora, tym bardziej świat zdawał się zmieniać. Trawa rosła ponad ich głowami, a na jej źdźbłach wisiały krople wody wielkie jak szklane kule. Gdy wiatr poruszał liśćmi, każda kropla na chwilę rozbłyskiwała zielonym światłem.

Mgła nad jeziorem nie była zwyczajna. Płynęła pod wiatr, zbierała się w wąskie smugi, a czasem na kilka sekund układała w kształty przypominające twarze. Z głębi trzcin dochodziło rechotanie, lecz echo odpowiadało z zupełnie innej strony.

— Mam wrażenie, że to miejsce nas obserwuje — powiedział Marcel.

— Bo obserwuje — odpowiedział Mysiek. — Królestwo Żab nie lubi obcych.

— Teraz musimy znaleźć sposób by dostać się w głąb jeziora — oznajmił Mysiek

— My, Lulaki, nie lubimy pływać — powiedział Lugap.

— Dobra, nie ma co biadolić. Zbudujemy tratwę i jakoś się tam dostaniemy — powiedział Leo.

Więc wszyscy zaczęli szukać czegoś by zbudować tratwę, którą dopłyną do celu. Leo i Lumar znaleźli duże gałęzie, które będą służyły jako dno tratwy. Marcel i Lugap znaleźli coś by związać gałęzie. Mysiek starał się nadzorować wszystkie prace tak, by wszystko dobrze poszło. Gdy wszystkie potrzebne rzeczy zebrali, zaczęli związywać gałęzie. Tratwa zaczęła nabierać kształtów. Wszyscy pracowali nad tym by mogli bezpiecznie przepłynąć przez wodę. Gdy tratwa została ukończona wepchnęli ją na wodę trzymała się dobrze. Na tratwę wszedł Lugap, Lumar i Mysiek. Leo i Marcel wskoczyli do wody i zaczęli płynąć pchając tratwę. Po chwili wpłynęli w trzcinę, która wyrastała z wody. Mgła spowiła całą okolicę, na tyle, że nie było widać prawie nic. Mysiek i Lulaki siedząc na tratwie wypatrywali drogi, którą ma ją płynąć. Gdy zauważyli przeszkodę dawali znać Leo i Marcelowi by skręcali. Zarośla robiły się gęstsze i ciężko było płynąć taką drogą. Mysiek czuł, że są już niedaleko celu i wiedział, że teraz trzeba będzie bardzo uważać by straż nie złapała ich. Pokazał dłonią by zatrzymać tratwę.

— Teraz musimy bardzo uważać, bo straże są wszedzie — powiedział cichym głosem.

— Teren jest ciężki by płynąć, jeszcze trochę i będziemy musieli iść a nie płynąć — oznajmił Leo.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 3.94
drukowana A5
Kolorowa
za 47.7