E-book
6.83
drukowana A5
29.76
Krajobrazy chwil

Bezpłatny fragment - Krajobrazy chwil

Objętość:
121 str.
ISBN:
978-83-8126-602-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.76

TYM KTÓRYCH

kocham bardzo
że aż ulotnie a trwale

kochać będę wiecznie

o niebo doskonalej



Wnukom …

świat jest wspaniały i czeka na piękno w tobie ukryte

zmieniać go będziesz w piękniejszy swoim pobytem


z czasem upływu lat dojrzejesz i wbiegniesz w świat …

ogniste rumaki poniosą cię w dal ku szczytom zachwytu

ale nie pozwól zrzucić się w dół — do bólu skowytu


gdy odkryjesz złote runo w tym co zepsute

wierutną brzydotą osnute — sponiewierane

i będziesz pielęgnować jak własne imię

dobre ze złego wysupłasz wyrwiesz gdy trzeba

i przemienisz w kromkę codziennego chleba

wtedy będziesz pełnią księżyca na ociemniałych drogach

będziesz i pustynie i krople ofiarne miłować

innych zrozumiesz budując nowe fasady

ze starych zdrojów czerpiąc garściami …


wsłuchaj się w wiatru opowieści jak w tętno serca

gdy w absolucie ciszy szemrze do ucha prawdy tak oczywiste

jak nadzieja u skazańca — źdźbło wiary w ateiście

i agnostyka niedowierzanie …


nie zapominaj że istnieją błękity

zdradzony — po drugiej stronie przeźroczystej łzy

odnajdziesz darowanych win kryształowe odpryski

przemieniające ciebie i mnie w to co dobre jest

po prostu wybieraj „być”

w sztuce jednego życia na planecie ludzi i złudzeń


nie bój się marzyć

czymże byłby świat bez marzycieli — nieobsianym łanem …

jesteś jednym z nasionek wiary i nadziei przyszłych pokoleń

Nadjeziorne przenikanie świata

bezwietrzna pogoda dopala gasnące powietrze

w odmętach jeziora zasypiającego nieśpiesznie

przeglądam nostalgiczne kadry niby w lustrze

przeciekają sedna nieuchwycone w czasie

poniechane zdradzone niezapisane baśnie

wokół cienie łagodnie szuwarami kołyszą endorfiny

trwam na brzegu uchwycona błogostanu ciszy


plusk ryby kręgi po wodzie rozsyła

znak predestynacji w podwodnych galaktykach

coraz dalej gaśnie plusku siła wygładza myśli

samotność mija — wokół tyle istnień …

zastanawiam się w którą stronę życie płynie


rzeczywistość zanika w opowieściach zdarzeń dalekich

by powrócić do stanu pierwotnego do żywota

i przemycić wieczność

każdy trud każdy zew budzika zniecierpliwiony

ma swoje przeznaczenie w każdej peregrynacji wieczoru …

chciałoby się odkupić prapamięć i zatrzymać tę chwilę

jak rzucony kamień pod górę … co się w dół stoczy


grawitacja czuwa

bezszelestnie upadł liść z drzewa — drzewa credo

w aforyzmach wiekowych przemyśleń i codziennych danin

poematy rozpisano na role scen nieudawanych

archetypem wszechprzestrzeni

gdy księżyc zawisł nisko i przegląda swą zmienną postać

w kroplach złączonych w jedność polodowcowego jeziora

nieskończonej całości połączone ogniwa …

i mój niewiele znaczący ślad

dodany w natury przestrzeń w jej misterium i piękno


milczenie liści — życia kwant lichy i powracający księżyc

krajobraz świata zupełny

szczodrość

Kompletowanie godzin

przenikając przez spóźnienia

pogrążeni w ciałach rozwieszonych nad nadirem

prowadzimy długie rozmowy

samotnie wśród bezsennych nocy

poduszki ulatują ponad łożem zaspanym

i przeciekają jak stare kalosze

zatopione w kałużach pełnych błota i przyzwyczajeń

pod podłogę wnikają cienie z dnia poprzedniego

chowają głęboko pordzewiałe trzewia i zieją chłodem

aż kołdrę w wątpliwościach skręca

opadamy w zagłębienie północy

w odgłosach pokus i trwogi

obłęd pod powierzchnią sączy strużkę krwi

krwioobiegiem wszem i wobec


w ciasnocie przestrzeni między mrokiem a świtem

sprawy doganiają w zadyszce

metodycznie obniżamy loty wyłuszczające

pospieszne minuty

podpełzniemy pod obojętność

draśnięci powszedniości tryprem

nie wyzuci z narkotycznego pędu

będziemy przez minutę


przeobleczemy się w słowa formuły zasięgi

litanie dobrych życzeń niespełnionych

zazdrośni o jutro

bogatsi o jeden serca skowyt

Jesienne wota

dojrzewają orzechy w twardych skorupkach

słychać tętno szczodrobliwego serca

odmierza czas istnienia i czas przechodzenia

na orbitę okołoziemską w wielomian

jesień powoli podchodzi pod okna

rozwija kłębek srebrnolitych nici

i nawleka na promień jarzębiny i winogrona

czerwone po południowej stronie

rozsyła po polach wici nawołujące do powrotu

stodoły opasłe w plony rozwierają wrota

gromadzą wszelakie dobra na złe godziny

przygotowują się na zwiastowanie

chłodniejszych nocy i dni

kosze pełne jabłek ofiaruje stara jabłoń

i grusza obdarowuje także

a śliwy rozmieniły się na słodycz wspomnień

niewinnych kwiatów zaklętych w pestce

zarodek dostojnego drzewa doczekał się spełnienia

na dnie kompotu

chłodniejszy wiatr niesie zapach pieczonych ziemniaków

i stogów siana w których baraszkują wesołe dzieci

słońce wcześniej zasypia

wilgoć zniewala powietrze

pęcznieją piwnice od słojów pełnych przekąsek

suszonych grzybów warkoczy czosnku i konfitur

gospodarze i przyroda szykują się do urlopu

będą wspólnie odpoczywać

w harmonii wyplecionych losów w przylepce

rumianego chleba

Niepokojem rozkruszoną

bezdrożami przedzieram się przez wykroty

potykam o korzenie ikonowych drzew

pokłon składam niechcący

rozdzierając suknie o rozcapierzone gałęzie

kształtowane w prostocie liści

przemijających bez spazmów zwyczajnie


chciałabym przeniknąć pokorę ich istoty

wnętrze łagodności zobaczyć i pożądać wezbrane soki

a odprysków świadomości nie pożre twarz strachu

zasłaniającego prześwit rozrywającego okrąg na strzępy

całunem wiatru złączą się w lity archetyp


wytężam zmysły pierwotne i po przejściach

widzę niezgłębionej energii światło

mogące rozdawać lśnienia i wieczną mroczność

gdzieś niedaleko zgasło eksplodując tchnieniem kosmosu

z pieczęcią czarnych dziur

i obłędu ziemskich niepewników losu i kłamstw


gdy zmierzch zatrzaskuje drzwi

treść życia napełnia przedsionki serca

chroni mnie wrażliwość i głębia naprzeciw wielkich oczu


z pamięci wiatru i myszy polnej

praprzyczyny niepokojem rozkruszoną

cień jastrzębia układa na nowo

Było sobie życie

na wstępie był zygotą lub pierwiastkiem człowieka

jak myślą bardziej serdeczni

zależy od kąta widzenia wielu promieni

w pierwszej fazie jutrzni

gdy odeszły wody płodowe nastąpił prolog

wygnany z raju udał się na poszukiwania oddechu

pierwszy łyk aż bolał


a potem były niespełnienia

ucieczki i powroty przez ocean z drugiej strony

cień za oknem przemierzał niezmierzone kosmosy

gdy on zliczał minuty spełzające w ciasnotę listy

podpisanej jego nazwiskiem


był uwięziony w sieci z prześwitami

uwikłanymi w megabity jak kontynenty

rozcapierzonymi palcami tęsknił szukał

stwarzał kwantami światy pełne doznań

i umierał w tej samej chwili jak ścięte kwiaty

niedomknięte strony świadczyły o aktywności

o pulsowaniu samotnych nocy wyzierających

z bezsenności

kłamały mówiąc że jeszcze nie świta gdy obrazy blakły

znikały dni

świat obok cicho przemijał

cybernetyczna miłość nie trwa dłużej

niż tętno serca

nie żyła naprawdę w rachunku prawdopodobieństwa

wiedziały o tym maile wysłane do nikąd

na końcu konwencjonalny świata epilog

bez zwrotu

epitafium realu

Zielonookie niebo

Wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Piękno Przyrody Polskiej Las-Ptak-Łąka” — 2017

nenufary kwitnące olśniewającą bielą

zaślubiły leśne jezioro

z bagiennym brzegiem wśród oczarów wśród pozorów

otoczone smukłych sosen konspiracją

zapraszającą przelatujące ptaki na odpoczynek

na medytacje zieleni w ornamencie ważek

z błogosławieństwem słonecznych promieni

na wspólne lato na wspólną drogę

przez czas wyznaczony na wesele


i nenufary pięknieją w przeznaczeniu dziewiczym

przez swoją wieczność będą kusić nektarem

ukrytym w kielichu niczym panna młoda

pod muślinowym welonem uwodząco zalotna


na rozłożystych jak parasol liściach

małe żabki poznają smak życia

istnienia różnorodną postać

jak rozpoznać nieprzyjaciela i fascynacje czyhające

w zaroślach

kaczka mandarynka rozwinęła skrzydła

ubarwiła powietrze ruchem aksamitnym

pełnym dostojeństwa

nim odfrunęła w swoją pełnię unosząc krople

błyszczące w słońcu jako kantyczki dziękczynne


żurawi para w miłosnym zachwycie

ofiaruje klangor tak po prostu z radości życia

nawet obłok zatrzymał się i jak nimfa tajemnicza

otoczona nieskalanym szalem w kolorze błękitnych marzeń

zatopił się cały zasłuchał nieporuszony trwał

aż zefir nieśmiało otworzył powieki i rzęsy przesłały całus

ten plusk ożywił prezbiterium wody

nenufary kołysały owady na perłowych płatkach

opowiadając sen z tysiąca jednej nocy

suplikacją wpleciony w przemijalność świata

i stygmat przyrody


nad spokojem weselnej enklawy czuwa brzeg — strażnik

uzbrojony w ostrożeń z purpurowymi kwiatami

uwikłany w sitowie kapryśne jak miecz

mogące uwięzić nierozmyślnych i skazać na śmierć

stanowcze mokradła topielicą straszą

pod mgły koralami skrywając swą tajemniczość

zwieńczają pejzaż bacznych traw ciszą

Medialnie

w głębszym sensie refleksja gmatwa obojętność

przykrytą całunem przeciętności

lepiej zetrzeć z twarzy myśli

wśród samotnego tłumu ukryć się

za obrazem przeciwsłonecznych okularów

światło wrażliwe na oko przeszkadza w widzeniu

poruszone różnice prawd uczestniczą w bólu

potwornienia życia


utrata zdolności samodzielnego koncypowania

decydują racje rzeczy

to „coś” w niekonkretach elokwencji

duch zagubił się w krzyku słów z anatomii języka

kształtowanej medialnie

słowa powiększają przestrzeń na nimbu cień

nauka głosicieli prawdy

uwodzi tłumy o szablonie twarzy do myśli cudzej


jabłko z raju czyni czas do zniesienia


świat zależy od wejrzenia poprzez fakt subiektywny

przekłamania słów naprzeciw biblii nowych opcji

empatia naprzeciw tak bardzo że niewidoma

bóg stworzony na podobieństwo

dramaty ożywają na pniu zmysłów

wiatr i chaos zagęszczają przeciwne ulice

sumienia milkną

Brzozowe refleksy

jesienna brzoza po kolei zrzuca listki

wróży

ostatni będzie odpowiedzią na dylemat

miłowania wichru knowań

świat nie jest wyjaśniony językiem miłości

wśród liści milczące porozumienie

gdy skrzydła archanioła — wiotkie gałązki

żywioł targa bez pardonu bez zażalenia i metafory

spełnia się wiatr w manipulacji przestrzenią

niezwyciężony uleci przed siebie bez celu

źródłem istnienia — chwilą


w brzozowych kwiatostanach na brzegu światła

rozkwita fantasmagoria przemijania

odpowiedź koncelebrowana

syntezą odwiecznej komunii rozbudzającej nasiona

kiełkują mocą idei przeznaczenia

w maleńkim ziarnku zaklęty żywot drzewa


z każdą wiosną brzoza zlicza almanachy

zapisane postrzępioną korą

w objęciach konarów pień mężnieje

na każdej stronie wytyczony nowy okrąg życia

i nowe ślubowanie

trwa

ufając korzeniom i modlitwie powietrza

skona gdy nadejdzie czas

wiatr przetrwa

wszechwietrzny dyletant


jesień prostuje horyzont patrzenia na porządek świata

w niewiedzy zakreślonego jutra

świadomość płynie po linii życia

na dłoni i liściach

Mama

mama kochała asparagusy

o wiotkich gałązkach z igłami jak kaktusy

dumne róże — kwiatów królowe

i pelargonie aksamitnie baśniowe

rozświetlające wnętrze domu


przeminął świat dzieciństwa

bezpowrotnie

nie ma już pelargonii kwitnących

w samotnym oknie


mama odeszła do błękitów Pana


chciałabym usiąść na jej ciepłych kolanach

wtulić się we włosy srebrzyste

a życie byłoby proste i oczywiste …

Od źródła po głębie oceanu

od cywilizacji dzielą mnie dwa brzegi rzeki

złudzeniem opływającej szaleństwo miasta

refleksyjna w azymucie — w meritum treści niestała

ułagodziła rozgwar myśli

powrzucanych do mózgu zakończeniami neuronów

rozchybotanych

wodzę zmysłami za wyjściem po za meandry

ciężkie od posiadania nic nie wartych rzeczy

lekkie w naturze ekspiacji losu


melancholia zaszyła powieki

rzeka czuwała śmiałym dotykiem cząsteczek wody

w błękicie postrzępionej chmury

zbudziłam się odrodzona z ziarenek pyłu

rzeka płynęła jak wprzódy

nurtem z moim pulsem zgranym w idealną całość

jak polodowcowy kamień


wśród brzegów pojednanych falą i konfesjonałem

zapisane moje imię i nadzieje

w niestałość i wody istnienie

bez kropli nie byłoby rzeki i oceanów

dzikich łąk i ogrodów botanicznych

wzajemnych kierunków szukania sensu klepsydry

by przeniknąć cierpliwość drążenia skały

odłamkiem przemycanym w dłoniach

rozgrzeszyć swoje miejsce na ziemi

zrozumieć właściwość rzeczy po odwrotnych stronach

zaufania i fatum

Jak Zorba

gdy godziny odliczają zdarte aforyzmy

a wiersze z krainy milczenia złotoustych poetów

zamykają rymy potwierdzone na wieki wieków …

gdy złamany horyzont

w objęciach czasu rozsypanego

Terpsychorze wychodzisz naprzeciw

by nie czekać a pragnąć każdej chwili

a bardziej kochać obłęd świata i sugestie cieni

tańcząc na przekór mokrym łzom i zapomnieniom

otwierasz bramy ogrodu utraconego

pasjami rozkwita w twoich progach

i rozkwitają jabłonie w sadach

kiełkują nowe wątki w osnowach codzienności …


unosisz ręce przytwierdzone do gwoździa

tulisz dziecko

nie raniąc głaskasz loki rozwichrzone i powietrze

tańczą współistniejące deszczu krople

i obłoki skołowane hulaszczym wiatrem

a ziemia w odwiecznych piruetach

rozdaje jak rozdawała dotąd pory roku

naprzemiennie nagość dni i nieprzejrzystość mroku …


w samotnym tangu bosymi stopami

strzepujesz ze szmaragdów trawy kantyczki rosy

zawierasz przymierze

orzeźwione pejzaże ikonowych obrazów

krwioobiegiem wnikają w ciebie

w manuskrypt ekstazy


tańczysz więc żyjesz

żyjesz na skrzydłach serce unosząc

dalej wyżej

jako totem i wotyw

Nasz wiek syntetyczny

Nagroda specjalna w X Mazowieckim Konkursie Literackim — Przasnysz 2016

moim jaskółkom

pokłoń się nisko

zaniechanej zieleni i błękitowi znużonemu

jeśli dotrzesz tam z przypływem

lub z odpływami nadziei

zapomnij o jaskółkach na osiedlu

betonowych podpowiedzi

nie licz drzew i archaicznej przyrody

zamkniętej w etui poliuretanowym


ostanie się tylko ten plastikowy koszmar

bez oddechu bez tętniącego serca


sztuczne gesty pozy poprawne politycznie

na autostradzie prosto do nieba

(w które nikt nie patrzy)

pędzi się coraz szybciej

coraz bardziej ku rozpaczy

bezpowrotnie pryncypialny wyścig szczurów

na spotkanie z jedyną pewnością

która przetrwa samotnie a uczciwie

tamtych i tych co stworzywszy sztuczność

w cierpliwą ziemię opadli dumni

na wskroś apokryficzni


na śmierć zapomniawszy pokłonić się

pokoleniom przyszłym

bez przyszłości

w którą odejdą jeszcze śpieszniej

jeszcze bardziej syntetyczni


po równi pochyłej zsuwa się świat prawdy

w bagno

przeżute reakcją chemiczną

a przecież przeszłość to każdego życia praźródło

płynące ku przyszłym prawdom

Ścieżki na przełaj

zaspany autobus wiezie do pracy

po źle przespanej nocy przechodzonej od drzwi

do okien bez kompromisu zasad i kwasu

człowiek to marka do wyciśnięcia ostatnich potów

niedośniony sen przyklejony na zabrudzonej szybie

przeczeka do powrotu beznamiętnie

resztkami egzystencji dotrwają do fajrantu

godzinami odbitymi na zegarze z rewersem kapitału


zachlapany błotem autobus powiezie wstecz tą samą drogą

zasoby ludzkie powracają w powszedniość domu

z wytartym fotelem i gazetą codzienną z codziennymi

szpaltami

reklamą na ekranie zbierają odłamki myśli

wybawione od zagubienia w galaktykach samotności

być albo nie być bez znaczenia cudze słowa — politykują

w korowodzie języka wiadomości odbijają się echem

przeżutymi marzeniami kusząco przywierają do portfeli

wyżętych — na koncie debety straszą bezdechem

w anatomii spojrzenia czas na przekór każdej minucie

spełza w nicość priorytetów jutra takiego samego


nie załatwione sprawy oczekują w długiej kolejce

na bezradność i papieru impotencję


cywilizacji hipokryzją wydrapują ścieżki na przełaj

po pewność że pewności nie ma

brak przeżycia do którego warto powracać

brak rzeczy które można ocalać …

upijają trochę piany z wyszczerbionego kufla

w alternatywie chaosu szukają wyjścia

zapomnienie boli szczerością wieczoru i niechęcią

przeciska się przez wypaczone drzwi ideą

w przyszłość za bramą z ornamentem krucyfiksu …

Łagodzenie

kropla wygładza powierzchnie

cierpienia idee giną w marszu

budują przeszłość

pamięć schowa w przypuszczeniu

portrety

płowieją kolory

powstają wspomnienia

przeglądające się w prezbiterium twarzy

poruszając bezszelestnymi skrzydłami

wylewają się przez kielichy

pełne gorzkiej prawdy żyjącej własnym życiem

całodzienność zakorzeniona w piersiach

wyrazem niedoskonałym

wątpiącym

uprzedzeniem przełamanym


uniesieni wspomnień amplitudą dotrwamy

w nizinach do świtu

określeni teatrem życia w mentalności przeczuć

odliczymy dni płatkami smutku

oddamy na spopielenie wątki

nowe wysupłamy z prawdy łuszczącej się

w marginesach tożsamości

zbudujemy szaniec

w bezpieczność oczekujących minut

na jutro ubierzemy maski arlekinów

łzy zagrzebiemy w pyle strzepniętym ze stóp

uklękniemy

pewniejsi o konkret modlitwy

rozpisani na rytmy serc prostej impulsem


świadomość wsiąka w byt

przemawia liściem upadłym z drzew

wiatr rozwiewa nieogarnięte

odnaleźć siebie w chaosie lustra

wyzwanie eksploduje w myślach

powstałe zgłoski układają słowa

do płaczu nie lepsze …


kropla wygładza powierzchnie

Przebudzenia

z iluzji wycięta wiara

szponami wydziera resztki zachodzącego słońca

nie wierzy w świt

może iluzją wskrzeszony

zgaśnie niezauważonym gestem prestidigitatora


zasypiam niespokojnie

na marach przesypywanego piasku

z odprawionym rachunkiem sumienia

skrytym szczelnie za zasłoną zaryglowanych drzwi


poranny ból rodzenia urzeczywistnia się

pokrywa nocy opada powoli

w prześwicie nieba sączy się pryzmat dnia

zorzą rozświetlony firmament uśmiecha się

dojrzewa słońca pomarańcza

odpryski soku przylgnęły do zoranych pól

skiby wywrócone na lewą stronę smakują brzasku

wewnątrz zrodzonej konstelacji

nadzieja zaklina piękno pobladłych gwiazd


zbieram kryształowe łzy opadłe na łany

podnoszę gwoździe i krzyż

odsłaniam chmury

przedzieram się w świadomość kwantami wiary

wyciętej z porannych iluzji


wschód jest piękny w powracaniu

codziennym

Płomyk świecy

płomyk świecy tańczy kurczy się dławi

zanurzony w wosku ociekającym łzami

omiata ciemność z szarych westchnień

przesuwa ciężkie kontury mebli

eksploruje przestrzeń

odsłania cienie

gra w berka z nonszalanckim powiewem


złudzenia dnia dopalają się ogniem

na papier pobladły spływają krople

układając strofy widm

w ocknieniu uśmiechają się słowa

wrażeniem perspektywy muskają nadzieje


drży dłoń za kropką na końcu strony

dogasa ognik erraty

w oczach maleje świat nienasycony

uzurpowany do wielkich rzeczy

przepowiedzianych na dnie dopitej kawy


do źrenicy wpadają widoki

i pozostają wierne odbiciu

serca pulsar poddaje im świadomość źródła

i zlicza uderzenia w minuty

pamięć tężeje

rozściela się filantropijnie

w niespełnieniu przeznaczeń


światło świecy odpełza w skończoność wymiaru

pamiętasz rodzące obfitość krajobrazy

widzisz przez zasłony nabrzmiałych powiek

w wyobraźni zapalasz pochodnie

przechodzisz przez całopalne godziny

skruszony na ziarenka piasku i soli

płoniesz


póki trwasz nie zgasną planety

wypalą się epizody na przeżycia

do których warto wracać po jasność światła

Krople tchnienia

wśród soczystych łąk malachitu

wśród uśmiechniętego rzepaku

słońca kropla rozlała się po polach rozdając doskonałość

ku niebu wyciągnięte skrzydła lasu dziękują Najwyższemu

za korzenie wrosłe w płodną ziemię

skrywającą owoce i cierpienie

te drzewa pamiętają szorstki dotyk palców taty

gdy przytwierdzał do podłoża młode drzewka

by wiatr ich nie zatracił nie zagubił na manowcach

zaprzedanych diabłu i nic nie wartych…

pamiętają modlitewny śpiew mamy

gdy wyrywała perzu zadziorne korzenie i pokrzywy

torując jak dzieciom drogę ku słońca promieniom

ku najlepszemu co dać mogła w matczynym spełnieniu…


wyrosły świerki

niezłomne buki i palczastolistne dęby o ikonowej korze

oplecione koronkowym wieńcem leszczyn

sierpniem rozdających orzeszki

w postrzępionych sukienkach

które zimą przy piecu kaflowym rozkrywaliśmy

wyjmując serce z twardej okowy

i dzieliliśmy się wspólnym wieczorem

jak przed grzechu zaraniem dzielił się Bóg i człowiek …


rodzice odeszli

dom rozsypał się z tęsknoty w gruz nic nieznaczący

ktoś inny szacuje pola obsiewa chlebem kocha tę ziemię

w którą wrosły wspomnienia — urodzajne nasiona

życia lite konary codziennie kształtowane

utrudzonych dłoni rodowodem dla dzieci dla ojczyzny

z miłości tak oczywistej jak pelargonie w oknie

i róże w ogrodzie …


tęsknię za pewnością dzieciństwa chwili

to mój stygmat niewiędnącej nadziei

przekazanej przez rodziców wiarą w dobroć ludzi

w grzechów odpuszczenie

w kochaniu natury…

Niekończący się prolog

na początku Łaska Boska rozsiała się po polach po łąkach

zazłociła łany słonecznika o bliźniaczych obliczach

płatki uśmiechniętych jaskrów oczarowała

lśnieniem diamentu i żółcieni

musnęła krzaki żarnowca by spocząć

na komonicy wiotkich gałązkach i pozostać

w ogrodach na ziemi

wśród chlebowych kłosów maki zwycięską purpurą

zwiastują niebo ciemnym okiem przemierzając odległość

po światła rozedrganych gwiazd

dniem niewidzialnych nocą rozświetlających nieboskłon

wskazując drogę zabłąkanym wędrowcom

smukłe trawy ubrane w majestat błogostanu

zmieniają postać rzeczy w pachnące siano

zieleń zarzucając srebrną nicią w powłóczyste pasemka

jak włosy komet lub południowy śpiew skowronka

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.76