drukowana A5
20.09
drukowana A5
Kolorowa
42.59
Korporacyjna kaczusia

Bezpłatny fragment - Korporacyjna kaczusia

KA-Q-KWA JU-STY-NA czyli przygody korporacyjnej kaczusi w dzikiej krainie kariery zawodowej


5
Objętość:
88 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8189-033-5
drukowana A5
za 20.09
drukowana A5
Kolorowa
za 42.59

Wszelka ewentualna zbieżność z realnymi wydarzeniami i postaciami w tym tekście jest dziełem przypadku i stanowi jedynie wymysł wyobraźni autora.

Przedmowa

Książka ta jest niewątpliwie opowieścią o pracy zawodowej, przedstawionej w „krzywym zwierciadle”. Okraszona znaczną dozą humoru, piętnuje absurdy związane z poszukiwaniem zatrudnienia i sytuacją pracownika. Jest jednak również czymś więcej, gdyż zakres poruszanych w niej tematów nie kończy się na karierze współczesnego człowieka.

Opowieść o Justynie nazywanej kaczusią adresowana jest do ludzi zmęczonych wszechobecną komercją i powielanymi na kartach wielu powieści schematami oscylującymi wokół tematyki różnorakiej zbrodni, miłości i rozkoszy, uzupełnionymi tajfunem, trzęsieniem ziemi, inwazją kosmitów lub innym wybranym losowo kataklizmem. Takich szablonowych atrakcji tutaj nie doświadczymy. Znajdziemy natomiast coś innego: ciekawą, wielowątkową opowieść o fikcyjnej osobie zagubionej w rzeczywistości i walczącej z przeciwnościami losu, których przyczynę mogą odkryć przed nią pozornie nieistotne zdarzenia.

Nie sposób streścić w krótkiej przedmowie wszystkich tematów, których dotyka niniejsza książka. Jedyna metoda, żeby je poznać — to przeczytać ją w całości.

Prolog — piękny poranek

Justyna zwana od zawsze i przez wszystkich z racji powagi zajmowanego stanowiska „kaczusią” zbudziła się zlana zimnym potem. W tym miejscu, chcąc nie chcąc trzeba nadmienić, że czasem niektórzy mówili na nią po prostu: Justysia lub Justyna. Trzeba również jednak dodać, że było to dawno temu i nieprawda. Miało to miejsce zanim zaczęła rozwijać swą osobowość dzięki szlachetnej pracy w wybitnej firmie oraz zanim stała się jak wiele jej podobnych „kaczusią biurową” czyli wysokiej klasy specjalistą, obsługującym program Ka-Bar-ET (skrót oznacza: KOMBAJN archiwizacyjny BIUROWY artefakt EDYCYJNO-TEKSTOWY).

Ale wracając do tematu — kaczusi przyśniło się coś strasznego: oto zaprzepaściła pięknie zapowiadającą się karierę zawodową i wylądowała na ulicy. Otarła pot z czoła. Spojrzała za okno: właśnie wstawało słońce. Rzuciła okiem na zegarek obok łóżka. Była piąta pięćdziesiąt pięć i sekund pięć.

— Czas wstawać — pomyślała — Na szczęście był to tylko zły sen.

Uczesała pióra* i zaczęła się malować.

______________________________________________

* Pióra — w żargonie „heavy-metalowym” to włosy


— Dziś zapowiada się piękny dzień — pomyślała.

— Będę sobie stukać mądre rzeczy na klawiaturze komputera, a być może odwiedzi mnie Bill de Kwak. Słyszałam, że ma wręczać laurki za dobrą pracę, a przecież Ja jestem liderem w naszej Kochanej Korporacji… Jednak po chwili „zgasiła” te miłe przecież myśli, gdyż trzeba było jej przyśpieszyć tempa — aby zdążyć do pracy na czas. Spojrzała przelotnie na kalendarz wiszący na ścianie. Wskazywał datę 9 kwietnia roku bieżącego. Pilotem włączyła radio. Z głośników popłynął aksamitny dźwięk patriotycznego przeboju „Lolska”:

Jestem mieszkańcem Lolski

mieszkam w Sarwakowie

tu wszystko jest pięknie

nic nie stoi na głowie

pracy jest w bród

każdy pławi się w luksusie

gdy po zapłacie rachunków

dziesięć srebrnych zostaje mu na plusie

— ryczał artysta, a kaczusia potrząsając głową w rytm muzyki przebierała się w firmową garsonkę.

Część pierwsza — Nowe Życie

Rozdział 1 — Wypalenie zawodowe

Kaczusia siedziała przed swoim biurkiem i leniwie stukała prawą ręką w klawiaturę komputera. W lewej dłoni, jak zazwyczaj, ściskała mocno podstawowe narzędzie pracy każdego pracownika Korporacji: czyli kubek z kawą ultra-mocną, świeżo parzoną w wersji beztłuszczowo-bezglutenowo-bezsmakowej, czyli super lekkiej. Był to napój oficjalnie polecony przez samego Prezesa Garniturka, znaczy się najważniejszego z ważnych. Zalecenie to podyktowane było szczerą niczym krokodyle łzy obawą o i tak wątłe zdrowie pracowników, którzy spożywając inne napoje mogliby przytyć lub dostać nagłych boleści brzucha i spędzić piętnaście bezcennych roboczo-minut w kibelku. Nie bierzemy tu oczywiście pod uwagę tak strasznych i niewyobrażalnych zdarzeń jak kilkudniowe zwolnienie lekarskie chorego pracownika, które miałoby konsekwencje wprost straszliwe dla Korporacji, na przykład w postaci obniżenia wielomiliardowego zysku o kilkadziesiąt, bądź nie daj Boże kilkaset srebrnych. Tak więc picie kawy takiej, a nie innej, miało, jak zresztą wszystko inne w firmie, swoje znaczenie. Ale wróćmy do naszej małej „kaczusi”. Ślepiła biedulka w blady i wypalony ekran przedpotopowego monitora kineskopowego, który w ramach oszczędności nie został wymieniony już przez szósty rok z rzędu. Było to z resztą dla wszystkich logiczne i zrozumiałe: wymiana monitorów obniżyłaby budżet operacyjny, a tym samym kwartalną premię Prezesa Garniturka, być może nawet do żebraczej kwoty poniżej miliona, co niewątpliwie naruszyłoby powagę tego ważnego stanowiska i możliwości zakupowe żony Prezesa. Tak więc „kaczusia” powinna być zadowolona, gdyż jako istota inteligentna wiedziała, że poświęca swój wzrok w słusznej sprawie: podniesienia standardu życia Państwa Garniturków. I zapewne była… do pewnego czasu…


Niestety, nawet nieuważny obserwator zaobserwowałby wyraźny marazm zawodowy, wkradający się podstępnie w pracę, wykonywaną przez naszą dzielną bohaterkę. Nie pomogła tu nawet potężna dawka korporacyjnej kawy ani żelazny kręgosłup moralny pracownicy, jak również przekonanie o słuszności i sensowności realizowanych zadań i celów, określanych przez dziwaczne nazwy sformułowane w języku ludzi pijących herbatkę o piątej. Swoją drogą, ściśle strzeżoną tajemnicą firmy było to, iż nazwy te wymyślano dla przykrycia prostej, a niekiedy nawet wręcz wyjątkowo głupiej natury realizowanych zadań. W każdym razie, wyraz znużenia i zniechęcenia pojawił się na twarzy będącej dotychczas wzorem pracownika. Czyżby to sam Szatan podstępnie zamieszał w zwojach mózgowych wiernej kaczusi? Czyżby przestała być wdzięczna za to, że ma pracę, za to, że może wstać każdego ranka i niewyspana, ale jednak radosna pędzić do zatłoczonego tramwaju, aby poprzez oblane artystycznie pięknym smogiem miasto, dotrzeć na czas do pracy i pocałować klamkę drzwi wejściowych przed godziną ósmą? Czyżby przestała się cieszyć z tego, że mądrze i ofiarnie pracując po pięć dni w tygodniu, przez trzysta dni w roku i pięćdziesiąt lat — spłaci swoje super świetne jednopokojowe mieszkanie dwudziestodwu i pół metrowe w nowym bloku wykonanym z kosmicznej (a może komicznej?) jakości materiałów? Tak, tak, to prawda, nie błąd w druku, Kaczusi naprawdę się powodziło, z nadmiaru miejsca nie wiedziała, gdzie stawiać książki, a gdzie kwiatki! A co ważniejsze, czyżby nie potrafiła się cieszyć z tego, że skrupulatnie wyrabiając normy pracy, zapewni przez swoje życie aż pięćdziesiąt milionowych premii Panu Prezesowi? Czyżby zapomniała o tym wszystkim jakie to ważne dla niej, a jeszcze ważniejsze dla Pana Prezesa? Czyżby w jej serce wkradła się czarna niewdzięczność, nieczułość na troskę Pana Prezesa, który każdego miesiąca odejmował sobie od ust, aby jej i tysiącu do niej podobnych w gruncie rzeczy darmozjadów — wypłacić pieniądze w zatrważającej kwocie, niedostępnej na innych stanowiskach w tym kraju, czyli dwóch tysięcy srebrnych lolskich i to netto!? Niestety, historia ludzkości pokazuje, że człowiek jest istotą z natury niewdzięczną i wiecznie niezadowoloną. Tak więc etos pracy i mądre ideały upadały z każdą chwilą…


Najpierw jedno oczko powoli zamknęło się, potem chwila walki, daremnej walki z drugą powieką. Otrzepanie, potężny łyk zimnej już, ale nadal przecież korporacyjnej kawy, znów otrzepanie i powoli drugie oczko zaczęła spowijać mgła. Ręka osunęła się powoli z klawiatury komputera, druga w ostatnim geście rozpaczy mocniej zacisnęła się na kubku z kawą. Daremnie! Ciężka głowa prawie w tym samym momencie opadała w dół i uderzyła z diabelską siłą niekompetencji w pokaźny stos papierów leżących na przeciwko. Kubek z kawą jęknął przestraszony i jednocześnie podziękował, iż stał z boku z daleka od głowy swej pani…

— Chrrrrr, hrrr* — dało się słyszeć w pustym na szczęście pokoju. Niestety, prawie w tym samym momencie, niczym alarm bombowy, powietrze przeszył świdrujący dźwięk leżącego nieopodal telefonu. Kaczusia zerwała się na równe nogi.

— Co, jak, gdzie!? — krzyknęła w panice, myśląc, iż oto została przyłapana przez Dział Kontroli. Na szczęście bardzo szybko ogarnęła sytuacje, zorientowała się ponownie w korporacyjnej czasoprzestrzeni i niezwłocznie odebrała telefon, nie zapominając o wyuczonej formułce, wygłoszonej dostojnym głosem:

— Korporacja Kwak Kaczor Garnitur i Spółka, słucham, czym mogę służyć? — nie zapomniała przy tym „podlukrować” intonację na końcu zdania.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
drukowana A5
za 20.09
drukowana A5
Kolorowa
za 42.59