E-book
63
drukowana A5
76.72
Kobieta, której nikt nie znał

Bezpłatny fragment - Kobieta, której nikt nie znał

Droga do siebie


Objętość:
138 str.
ISBN:
978-83-8467-594-6
E-book
za 63
drukowana A5
za 76.72

Od autorki

Napisałam tę książkę jako kobieta, która przez długi czas sama szukała siebie. W relacjach, w przeszłości, w próbach zrozumienia innych ludzi, w pytaniach, na które długo nie znałam odpowiedzi. Dopiero z czasem zaczęłam odkrywać, że najważniejsze pytanie nie zawsze brzmi: „Dlaczego ktoś mnie nie zobaczył?”, ale: „Kiedy ja przestałam widzieć siebie?”.


Jeśli trzymasz tę książkę w dłoniach, być może w Tobie jest też jakaś część, która od dawna czeka, by zostać zauważona. Nie musisz od razu wiedzieć, co czujesz. Nie musisz mieć gotowego planu na zmianę. Wystarczy, że pozwolisz sobie czytać powoli, z czułością dla tej kobiety, którą jesteś dzisiaj, i dla tej dziewczynki, którą kiedyś byłaś.


Ta książka może być dla Ciebie wsparciem, inspiracją i spokojnym miejscem do refleksji, ale nie zastępuje profesjonalnej pomocy psychologicznej, terapeutycznej ani medycznej. Jeśli czujesz, że potrzebujesz wsparcia, nie musisz przechodzić tej drogi sama.

Część I Tam, gdzie rodzi się ból

Ból rzadko rodzi się nagle. Najczęściej zaczyna się dużo wcześniej — w domu, w którym dziecko po raz pierwszy uczy się świata. W spojrzeniu rodziców, w głosie opiekunów. W ciszy po kłótni. W szkole, gdzie po raz pierwszy poczuło się inne, niewystarczające albo niewidzialne. W okresie dorastania, kiedy pragnęło być zauważone, a zamiast tego uczyło się siebie poprawiać, ukrywać albo udowadniać swoją wartość.


To właśnie tam powstają pierwsze ciche przekonania: czy jestem bezpieczna, czy mogę ufać, czy moje uczucia mają znaczenie, czy miłość jest czymś naturalnym, czy czymś, na co trzeba zasłużyć. Dziecko nie nazywa tego schematem. Nie mówi: „To kształtuje mój umysł, charakter i

psychikę”. Ono po prostu żyje, dostosowuje się i próbuje przetrwać najlepiej, jak potrafi.


Dopiero po latach, jako dorosła kobieta, zaczyna rozumieć, że wiele jej lęków, reakcji, wyborów i trudności nie było przypadkiem. Były śladem miejsc, w których kiedyś zabrakło bezpieczeństwa, czułości, wiary w jej słowa albo prawa do bycia sobą.


Dlatego w tej części wracamy do początku, nie po to, by rozdrapywać rany, ale po to, by zobaczyć, gdzie naprawdę zaczęła się historia, którą dziś można zacząć pisać inaczej.

Dzieciństwo

Każde dziecko rodzi się kompletne, z ogromną potrzebą miłości. Przychodzi na świat z gotowym „programem” szukania bliskości. Miłość, akceptacja i poczucie bezpieczeństwa są dla noworodka tak samo niezbędne do życia i prawidłowego rozwoju jak tlen, jedzenie czy sen.

To właśnie od tej potrzeby zaczyna się poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczna więź z opiekunem pomaga dziecku spokojniej poznawać świat. Kiedy dorosły jest blisko, reaguje z czułością i daje poczucie bezpieczeństwa. Dziecko stopniowo uczy się, że nie musi być samo ze swoim lękiem.


Małe dziecko nie potrafi jeszcze samodzielnie uspokoić swoich emocji. Potrzebuje ramion, spokojnego głosu i obecności kogoś dorosłego, kto pomoże mu poczuć: „Jestem bezpieczna”.

Dziecko widzi siebie w oczach dorosłych. Jeśli spotyka się z miłością, zainteresowaniem i akceptacją, zaczyna wierzyć, że jest wartościowe nie dlatego, co robi, ale dlatego, że po prostu istnieje.


To, czego doświadcza w pierwszych latach życia, staje się dla niego mapą świata. Jeśli było w niej miejsce na bezpieczeństwo, łatwiej było później budować zaufanie, bliskość i odwagę, by być sobą.


Rola dorosłych nie polega więc na „naprawianiu” czy „formatowaniu” dziecka według

własnego uznania, ale na chronieniu tej naturalnej kompletności i podsycaniu jej bezwarunkową akceptacją.


Czasem jedno wydarzenie staje się dla dziecka początkiem przekonania, że musi radzić sobie samodzielnie. Poniższa historia pokazuje, jak strata, której dziecko nie potrafi jeszcze nazwać, może zapisać się w pamięci, ciele i późniejszym sposobie kochania.

Dziewczynka, która została bez mamy

Miała siedem lat, kiedy poszła obudzić mamę. Podeszła do niej, wołała ją, poruszała jej ciałem, próbując ją obudzić. Mama nie odpowiadała. Nie żyła.

Siedmioletnie dziecko nie rozumie śmierci tak jak dorosły. Nie potrafi jeszcze objąć znaczenia słów „nigdy więcej”. Nie wie, czym jest żałoba, trauma ani jak długo może trwać tęsknota. Wie tylko, że mama jeszcze przed chwilą była częścią jego świata, a teraz już jej nie ma.


Dzisiaj jako dorosła kobieta, nie pamięta wszystkiego, co wydarzyło się później. Nie pamięta dokładnie rozmów dorosłych ani kolejności wydarzeń. Pamięć pozostawiła jej jeden obraz.

Okno i deszcz.


Pamięta siebie stojącą przy szybie. Patrzyła, jak krople deszczu spływały po drugiej stronie. Tylko tyle. Jakby umysł małej dziewczynki zatrzymał właśnie ten jeden kadr z dnia, w którym wydarzyło się coś zbyt wielkiego, by mogła to zrozumieć.

Do dziś lubi patrzeć przez okno, gdy pada deszcz.


Być może nie każde wspomnienie potrzebuje wyjaśnienia. Czasami pozostaje z nami obraz, zapach, dźwięk albo uczucie, chociaż cała reszta dawno się zatarła. Tamtego dnia dziewczynka jednak straciła znacznie więcej niż tylko mamę. Straciła część świata, który znała. Została z młodszym bratem i nowo narodzoną siostrzyczką. Sama nadal była dzieckiem. Potrzebowała dorosłego, który przytuliłby ją, pozwoliłby jej płakać i powiedziałby: „Wiem, że tęsknisz. Możesz być smutna. Nie musisz teraz być dzielna”. Ale życie bardzo szybko zaczęło wymagać od niej czegoś zupełnie innego.


Trzeba było zamieszkać w innym domu. Trzeba było słuchać dorosłych. Trzeba było się uczyć, być grzeczną, wykonywać polecenia i nie sprawiać problemów. Dla dorosłych najważniejsze mogło być wtedy zapewnienie dzieciom opieki i miejsca do życia. Dla siedmioletniej dziewczynki istniało jednak jeszcze coś, czego nie dało się rozwiązać nowym domem. Tęsknota za mamą. Ona nie zniknęła. Dziewczynka po prostu nie wiedziała, co z nią zrobić. Nie potrafiła powiedzieć: „Nie radzę sobie ze śmiercią mamy”. Nie znała słów, którymi mogłaby opisać to, co działo się w jej wnętrzu. Nie wiedziała, że złość może być częścią bólu. Że można jednocześnie tęsknić, cierpieć, czuć niesprawiedliwość i być wściekłym na cały świat.


Te emocje zaczęły więc pojawiać się tam, gdzie najmniej się ich spodziewano. W szkole inne dzieci mówiły o swoich mamach. Dla nich było to zwyczajne. Dla niej słowo „mama” nie było zwykłym słowem. Potrafiło otworzyć wszystko. Dziewczynka złościła się. Płakała. Frustrowała. Czasami reagowała tak mocno, że inni nie wiedzieli, co się z nią dzieje. Ona sama również tego nie wiedziała. Nie potrafiła jeszcze powiedzieć: „Jestem zła, bo wy możecie wrócić do swoich mam, a ja swojej już nie mam”. Nie potrafiła powiedzieć: „Nie chcę o tym mówić, bo to za bardzo boli”. Nie potrafiła powiedzieć: „Tęsknię za nią każdego dnia”.

Więc mówiła swoim zachowaniem. Jedni jej współczuli. Inni mogli uważać, że przesadza albo że zachowuje się nieprawidłowo. Być może ktoś próbował ją uspokoić. Ale nikt nie pomógł jej naprawdę zrozumieć, co dzieje się w jej wnętrzu. A ona nie potrzebowała kolejnego dorosłego, który miałby jej powiedzieć, jak powinna się zachowywać. Potrzebowała kogoś, kto usiadłby obok i powiedział: „Widzę, że bardzo cię to boli”.

Potrzebowała pozwolenia na tęsknotę. Na złość. Na płacz. Na żal. Na bycie dzieckiem, które straciło mamę. Nie dostała jednak przestrzeni, aby spokojnie przeżyć tę stratę. Życie toczyło się dalej, więc ona również musiała iść dalej.


Nauczyła się funkcjonować. Nauczyła się słuchać. Nauczyła się dostosowywać. Nauczyła się nie pokazywać wszystkiego, co czuła.

Jako najstarsza zaczęła również brać na siebie odpowiedzialność za młodszego brata. Sama potrzebowała ochrony, a próbowała chronić kogoś młodszego. Być może właśnie wtedy jej dzieciństwo zaczęło kończyć się znacznie wcześniej niż powinno.

Mijały lata. Dziewczynka stawała się nastolatką. Wydawałoby się, że miała już za sobą najtrudniejszą stratę. Kiedy miała szesnaście lat, życie zabrało jej kolejną ważną osobę. Zmarł dziadek. Po śmierci mamy był jednym z ludzi, którzy przyjęli dzieci pod swój dach. Był ich opiekunem. Dzięki niemu rodzeństwo mogło pozostać razem. I nagle jego również zabrakło.

Dla nastolatki nie była to więc wyłącznie śmierć dziadka. Po raz kolejny z jej życia zniknął człowiek, który był częścią świata dającego jej poczucie, że ma gdzie być. Najpierw mama. Później dziadek. Dwie ważne osoby zniknęły z jej życia, zanim sama zdążyła naprawdę dorosnąć. I znowu trzeba było żyć dalej.

Być może właśnie wtedy jeszcze mocniej mogło się w niej utrwalić poczucie, że nic nie jest dane na zawsze. Że człowiek, którego kochasz, może któregoś dnia po prostu zniknąć. Że bezpieczeństwo można stracić nagle.


Dziewczynka stała się kobietą. Założyła własną rodzinę. Została matką. I wtedy pojawiły się lęki, których przez długi czas nie potrafiła powiązać ze swoją historią. Bała się śmierci. Bała się utraty najbliższych. Bała się o swoje dzieci. Chciała wiedzieć, że są bezpieczne. Czasami martwiła się bardziej niż sama chciała. Niektóre sytuacje wywoływały w niej reakcje, których nie potrafiła zrozumieć. Próbowała więc z nimi walczyć.


„Dlaczego ja taka jestem?”

„Dlaczego tak bardzo się martwię?”

„Dlaczego nie potrafię przestać o tym myśleć?”


Przez wiele lat patrzyła tylko na dorosłą siebie i próbowała poprawić swoje reakcje. Dopiero później zaczęła wracać do wspomnień. I wtedy zobaczyła całą drogę. Zobaczyła siedmioletnią dziewczynkę stojącą przy oknie i patrzącą na deszcz po śmierci matki. Zobaczyła dziecko, które w szkole złościło się, gdy inni mówili o swoich mamach, ponieważ nie potrafiło jeszcze powiedzieć, jak bardzo za nią tęskni. Zobaczyła nastolatkę, która straciła kolejnego opiekuna. I zobaczyła dorosłą kobietę, która tak bardzo bała się utraty ludzi, których kochała.


Po raz pierwszy nie zapytała: „Co jest ze mną nie tak?” Zapytała: „Co wydarzyło się w moim życiu, że tak bardzo boję się straty?” I wtedy zaczęła dostrzegać siebie. Nie tylko tę dzisiejszą. Również tamtą. Zaczęła rozumieć, że niektóre zachowania, których przez lata nie akceptowała w sobie, miały swoją historię. Jej lęk nie pojawił się bez powodu. Jej potrzeba chronienia najbliższych również miała swój początek. Nie oznaczało to, że wszystko, co czuła jako dorosła kobieta, wynikało z jej dzieciństwa. Ale poznanie własnej historii pozwoliło jej spojrzeć na siebie z większym zrozumieniem.


Przestała walczyć ze sobą za każdym razem, gdy pojawiał się strach. Zaczęła pytać: „Czego teraz potrzebuję?” „Czy zagrożenie istnieje naprawdę, czy odezwał się we mnie dawny lęk przed utratą?” „Czy mogę dzisiaj dać sobie poczucie bezpieczeństwa, którego wtedy tak bardzo potrzebowałam?”


Dopiero jako dorosła kobieta mogła zrobić dla tamtej dziewczynki coś, czego wcześniej nikt nie potrafił. Pozwolić jej tęsknić. Nie uciszać jej. Nie mówić, że musi być silna. Nie wymagać, żeby zapomniała. Mogła wreszcie powiedzieć: „Wiem, że tęskniłaś za mamą. Wiem, że byłaś zła. Wiem, że się bałaś. Miałaś prawo tak się czuć. Byłaś tylko dzieckiem”.

Bo czasami dzieciństwo nie kończy się wraz z końcem dzieciństwa. Pozostaje w sposobie, w jaki później kochamy, boimy się, chronimy innych i próbujemy zapewnić sobie bezpieczeństwo.


Dorosłość tej dziewczynki nie zaczęła się w dniu osiemnastych urodzin. Zaczęła się dużo wcześniej. Zaczęła się wtedy, kiedy jako dziecko musiała nauczyć się żyć z bólem, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.

Dziecko nie ocenia opiekunów

Dziecko nie patrzy na dorosłych tak jak dorosły człowiek. Nie analizuje ich intencji, nie ocenia ich historii i nie potrafi odróżnić zachowań opiekuna od własnego poczucia bezpieczeństwa. Dla małego dziecka dorosły jest całym światem, dlatego nawet trudne relacje stają się czymś, do czego próbuje się dostosować.


Dzieje się tak, ponieważ dziecko przede wszystkim szuka więzi i poczucia bezpieczeństwa. Zamiast pytać, czy dorosły postępuje właściwie, próbuje znaleźć sposób, by nadal czuć się przy nim bezpiecznie. Nie ma jeszcze dojrzałego sposobu na zrozumienie tej sytuacji. Zanim nauczy się logicznie tłumaczyć zachowania dorosłych, odczuwa je całym sobą: napięciem, strachem, złością albo zamrożeniem.


Jego reakcje są szybkie i emocjonalne. Gdy pojawia się zagrożenie, dziecko nie zatrzymuje się na analizie. Szuka bliskości, ukrywa się, walczy, ucieka albo zamiera tak, jak potrafi w danej chwili.


Dlatego dziecko często wybiera przystosowanie. Nawet jeśli dom jest trudny, nadal potrzebuje dorosłych, więc uczy się odczytywać ich nastroje, przewidywać ich reakcje i robić wszystko, aby nie stracić choćby resztek poczucia bezpieczeństwa.


Nie każde dziecko reaguje na brak bezpieczeństwa smutkiem ani wycofaniem. Czasami jego zachowanie staje się jedynym językiem, którym potrafi opowiedzieć o strachu, bezsilności i potrzebie ochrony.

Kiedy dziecko nie ma nikogo, kto je obroni

Dziecko nie tłumaczy zachowań dorosłych tak jak my dorośli. Kilkuletni chłopiec nie myśli: „Dziadek nie potrafi kontrolować swojej złości”, „Dziadek ma własne problemy” ani „To, co robi, jest przemocą”. On po prostu się boi.

Nie rozumie, dlaczego człowiek, który powinien być dla niego bezpieczny, krzyczy, wyzywa go i bije go za zachowania, które przecież są częścią bycia dzieckiem. Jeszcze trudniejsze staje się to wtedy, kiedy próbuje powiedzieć o tym innym dorosłym, ale nikt mu nie wierzy albo nikt nie staje po jego stronie.


Co wtedy dzieje się w małym człowieku?


Może zacząć myśleć, że skoro nikt go nie broni, musi bronić się sam. Tylko że kilkuletnie dziecko nie ma możliwości, jakie ma dorosły. Nie może po prostu odejść. Nie potrafi postawić granicy i powiedzieć: „Nie wolno ci mnie tak traktować”. Nie ma przewagi fizycznej, niezależności ani słów, którymi mogłoby nazwać to, co doświadcza. Ma za to złość. A złość dziecka również próbuje je chronić.


Pewien mały chłopiec znalazł swój sposób. Po kolejnych doświadczeniach krzyku, wyzwisk i przemocy ze strony dziadka zrobił coś, co z perspektywy dorosłego mogłoby wyglądać jak wyjątkowo niegrzeczne zachowanie. Załatwił się do buta dziadka. Wiedział, że prawdopodobnie poniesie konsekwencje. I poniósł je. A jednak przez krótką chwilę poczuł coś, czego wcześniej przy dziadku prawie nie doświadczał. Poczuł, że ma wpływ. Poczuł satysfakcję.


Być może w dziecięcym świecie było to jego:

„Nie możesz zrobić ze mną wszystkiego.”

„Ja też mogę coś zrobić.”

„Nie jestem całkowicie bezbronny.”


Nie oznacza to, że takie zachowanie było właściwe. Znacznie ważniejsze jest pytanie, co dziecko próbowało nim powiedzieć.

Dorośli często widzą zachowanie, ale nie widzą historii, która za nim stoi.


Widzą agresję — nie widzą strachu.

Widzą bunt — nie widzą bezsilności.

Widzą zemstę — nie widzą dziecka, które wiele razy próbowało znaleźć bezpieczeństwo.

Widzą „niegrzeczne dziecko” — nie pytają, co wydarzyło się wcześniej.


A przecież zachowanie dziecka może być jego językiem.

Kiedy nie potrafi powiedzieć: „Boję się”, może zacząć walczyć.

Kiedy nie potrafi powiedzieć: „Krzywdzisz mnie”, może odpowiedzieć złością.

Kiedy wołanie o pomoc pozostaje niezauważone, może próbować odzyskać kontrolę w jedyny sposób, jaki w danym momencie potrafi znaleźć.


I właśnie dlatego dziecko, które sprawia problemy, nie zawsze potrzebuje kolejnej kary. Czasami potrzebuje dorosłego, który zatrzyma się przy nim i zamiast zapytać: „Co z tobą jest nie tak?”, zapyta: „Co się stało?” Bo być może za jego złością nie stoi zły charakter. Być może stoi tam mały człowiek, który zbyt wcześnie nauczył się, że jeśli sam siebie nie obroni, nikt tego nie zrobi.

Są też doświadczenia, w których najbardziej boli nie tylko samo zdarzenie, ale to, że po nim dziecko zostaje samo ze swoim lękiem. Wtedy brak reakcji dorosłych może zranić równie mocno jak to, co wydarzyło się wcześniej.

Kiedy nikt nie wierzy dziecku

Kilkuletnia dziewczynka była na plaży z ciocią, wujkiem i starszą siostrą. Zwyczajny letni dzień. Piasek, woda, dziecięca zabawa. Nic nie zapowiadało, że jedna krótka chwila pozostanie w jej pamięci na wiele lat.


Dziewczynki weszły do wody. W pewnym momencie starsza siostra przytrzymała młodszą pod wodą. Początkowo być może miała to być zabawa. Dla małej dziewczynki bardzo szybko przestała nią być.

Nie mogła zaczerpnąć powietrza. Próbowała się wydostać. Szarpała się, ale była za mała i za słaba. Nie wiedziała, jak długo to potrwa. Dziecko nie mierzy wtedy czasu. Jest tylko ciało, które chce zaczerpnąć powietrza, strach i rozpaczliwa potrzeba wydostania się na powierzchnię. W końcu jej się udało. Wynurzyła głowę. Zaczerpnęła powietrza. I wtedy wydarzyło się coś, co mogło być równie ważne jak sam strach pod wodą. Nie było przy niej nikogo. Żadnego dorosłego, który zobaczyłby jej przerażenie. Nikogo, kto natychmiast przytuliłby ją i powiedział: „Już jesteś bezpieczna. Jestem tutaj”.


Dziewczynka zrobiła więc to, czego oczekujemy od dziecka. Poszła do dorosłych. Opowiedziała cioci i wujkowi, co się stało. Nie uwierzyli jej. I z tym została sama.

Dzisiaj dorosła kobieta może próbować zrozumieć, co czuła ta mała dziewczynka. Nie wie, jakie dokładnie myśli przebiegały jej przez głowę. Była przecież zbyt mała, żeby powiedzieć sobie:

„Nie mogę ufać dorosłym.”

„Kiedy dzieje mi się krzywda, nikt mnie nie ochroni.”

„Moje słowa nie mają znaczenia.”

„Muszę radzić sobie sama.”


Dzieci nie tworzą takich analiz. Ale mogą doświadczać świata tak, jakby właśnie to było prawdą.

Najpierw pojawił się strach. Potem rozpaczliwa walka o wydostanie się z wody. A kiedy zagrożenie minęło i dziewczynka zwróciła się do dorosłych, nie otrzymała tego, czego najbardziej wtedy potrzebowała: wiary w jej słowa, ochrony i poczucia bezpieczeństwa. Być może właśnie dlatego ta scena pozostała w pamięci na tak długo. Nie każda dziecięca sytuacja zostaje z nami dlatego, że była długa. Czasami wystarczy kilka chwil ogromnego strachu, bezradności i samotności, aby wspomnienie nabrało szczególnego znaczenia.


Najbardziej bolesne mogło być nawet to, co wydarzyło się w wodzie. Najbardziej bolesne mogło być to, co nie wydarzyło się później. Nikt nie powiedział:

„Wierzę ci.”

„To nie powinno się wydarzyć.”

„Jesteś bezpieczna.”

„Będę cię chronić.”


Dziewczynka dorastała. Z czasem mogła zapomnieć o wielu zwyczajnych dniach z dzieciństwa. A jednak tę jedną scenę zabrała ze sobą w dorosłość. Dopiero jako kobieta mogła spojrzeć na nią inaczej. Zobaczyć nie tylko wodę i siostrę, ale przede wszystkim małą dziewczynkę, która po przerażającym doświadczeniu pobiegła po pomoc, ale jej nie otrzymała. I być może zrozumieć, dlaczego później tak trudno było jej całkowicie zaufać, że ktoś przyjdzie, gdy będzie potrzebowała pomocy.


Dlaczego częściej próbowała radzić sobie sama?

Dlaczego z czasem nauczyła się, że samo powiedzenie „stała mi się krzywda” nie zawsze wystarcza, żeby ktoś ją zauważył?


Nie dlatego, że jako dziecko świadomie podjęła decyzję: „Od dzisiaj nie będę nikomu ufać.” Tak nie działa dziecięcy umysł. To raczej kolejne doświadczenia zaczynają tworzyć obraz świata. Jeśli dziecko wielokrotnie odkrywa, że jego strach jest umniejszany, jego słowa są podważane, a dorośli nie zawsze przychodzą z pomocą, może zacząć coraz bardziej polegać na sobie.

I wtedy rodzi się samodzielność, którą wiele lat później inni mogą podziwiać.

„Jaka silna kobieta.”

„Jak ona sobie ze wszystkim radzi.”

Tylko niewielu zapyta: „Dlaczego nauczyła się, że musi radzić sobie sama?”


Dzisiaj dorosła kobieta może zrobić coś, czego tamci dorośli wtedy nie zrobili. Może spojrzeć na tę dziewczynkę i powiedzieć: „Ja ci wierzę. Wiem, że się bałaś. Nie powinnaś była zostać z tym sama.” Nie zmieni tym przeszłości. Ale może zmienić sposób, w jaki dzisiaj na siebie patrzy. Bo być może właśnie od tego zaczyna się powrót do siebie — od uwierzenia tej małej dziewczynce, której kiedyś nikt nie uwierzył.

Wspomnienie, które zostało

Są wspomnienia z dzieciństwa, które zacierają się wraz z upływem czasu. Nie pamiętamy zwykłych dni, poranków, zabaw ani rozmów. Zostają pojedyncze obrazy, zapachy, miejsca i uczucia. Czasami jednak w pamięci pozostaje scena tak wyraźna, jakby wydarzyła się znacznie później.


Dziewczynka była bardzo mała. Pamięta noc. Mama obudziła ją i jej siostrę. Wszystko odbywało się cicho. Mama ubrała dziewczynki w kurteczki, zawinęła je w koce i zaprowadziła do piwnicy. Dla dorosłego piwnica jest tylko pomieszczeniem. Dla małego dziecka wygląda zupełnie inaczej. Było ciemno. Zimno. W kątach wisiały pajęczyny. Mogły tam być pająki, których dziewczynka się bała. Otaczały ją obce kształty i nocna cisza, w której każdy dźwięk wydawał się głośniejszy niż zwykle. Mama zostawiła tam swoje córki. Powiedziała tylko, żeby były cichutko. Żeby nie wychodziły. Że zaraz wróci. I odeszła.


Dziewczynka nie wiedziała, dlaczego. Nie wiedziała, przed kim się ukrywa. Nie rozumiała, dlaczego została obudzona w środku nocy ani dlaczego mama zaprowadziła ją właśnie tutaj. Nie wiedziała też, dokąd poszła mama. Mogła czuć tylko to, co potrafi czuć małe dziecko. Strach. Zimno. Ciemność. Niepewność. I brak mamy. Jednak siedziała cicho. Mama powiedziała, że trzeba być cicho, więc była cicho. Czekała. Być może nasłuchiwała kroków. Być może każdy dźwięk sprawiał, że zastanawiała się, czy to już mama. Nie potrafiła zrozumieć sytuacji, ale jej ciało mogło wiedzieć jedno: dzieje się coś, czego trzeba się bać.

Ta scena została z nią na zawsze.


Dopiero wiele lat później jako dorosła kobieta, potrafiła nadać temu wspomnieniu znaczenie. Mama nie zaprowadziła córek do piwnicy po to, żeby je przestraszyć. Próbowała je ukryć. Chciała znaleźć dla nich miejsce, w którym przez chwilę będą bezpieczne, a sama mogła pójść szukać pomocy i schronienia.

To nie była jedyna taka noc. Bywało, że mama zabierała dziewczynki i uciekała z nimi z domu. Szukała miejsca, w którym mogłyby przeczekać. Czasami pomocy udzielali inni ludzie. Chodziło o to, żeby znaleźć się jak najdalej od pijanego i agresywnego męża, który dla tych małych dziewczynek był też ich ojcem.


Dorosła kobieta potrafiła już to zrozumieć. Mała dziewczynka nie mogła. Dziecko nie analizuje sytuacji tak jak dorosły. Nie mówi sobie: „Mama chroni mnie przed agresywnym ojcem. Zaraz wróci. Musiała znaleźć bezpieczne rozwiązanie”. Dziecko doświadcza tego, co dzieje się tu i teraz. Mama zniknęła. Jest ciemno. Muszę być cicho. Coś złego może się wydarzyć. I właśnie takie doświadczenia mogą stopniowo budować u dzieci poczucie bezpieczeństwa.

Dom, który powinien oznaczać spokój, przestaje być miejscem, w którym można się całkowicie rozluźnić. Ojciec, który powinien być jednym z ludzi dających dziecku poczucie bezpieczeństwa, zaczyna kojarzyć się z zagrożeniem.


Mama jest jednocześnie osobą, przy której można szukać bezpieczeństwa, i osobą, która sama musi uciekać. A dziecko uczy się obserwować. Nasłuchiwać. Rozpoznawać nastrój dorosłych. Być cicho, kiedy trzeba. Nie przeszkadzać. Czekać. Przystosowywać się.

Być może właśnie dlatego niektóre dzieci wydają się później niezwykle dojrzałe jak na swój wiek. Dorośli widzą spokojną, samodzielną dziewczynkę i mówią:

„Jaka grzeczna.”

„Jaka odpowiedzialna.”

„Jaka dorosła.”


Ale rzadko ktoś pyta: „Dlaczego to dziecko tak wcześnie nauczyło się kontrolować siebie i obserwować wszystko wokół?”

Dziewczynka dorasta. Piwnica zostaje daleko za nią. Nie musi już siedzieć zawinięta w koc i czekać, aż mama wróci. Ale poczucie zagrożenia nie zawsze znika wraz z miejscem, w którym się pojawiło. Może pojawić się wiele lat później jako trudny do wyjaśnienia lęk. Jako potrzeba kontrolowania sytuacji. Jako czujność na ton głosu innych ludzi. Jako niepokój, gdy ktoś podnosi głos. Jako potrzeba przewidywania tego, co za chwilę się wydarzy.

Dorosła kobieta może długo nie rozumieć, dlaczego reaguje właśnie w ten sposób. Dopiero kiedy wraca do własnej historii, zaczyna dostrzegać małą dziewczynkę siedzącą w ciemnej piwnicy. I wtedy po raz pierwszy może spojrzeć na nią nie jak na słabe i przestraszone dziecko. Ale jak na dziecko, które robiło dokładnie to, co mogło. Było cicho. Czekało na mamę. Próbowało przetrwać coś, czego jeszcze nie potrafiło zrozumieć.


Dzisiaj ta kobieta już rozumie, że lęk, który przez lata pojawiał się w jej życiu, nie wziął się znikąd.

Kiedyś naprawdę istniał powód, by się bać. Tylko dzisiaj nie musi już siedzieć cicho i czekać, aż ktoś inny zapewni jej bezpieczeństwo.

Dziecko zaczyna pełnić role

Kiedy dziecko nie może być po prostu dzieckiem, zaczyna przyjmować role, które pomagają mu przetrwać. Jedno staje się „bohaterem” domu, odpowiedzialnym, dzielnym, zawsze gotowym pomóc. Inne rozładowuje napięcie żartem, uśmiechem albo przymilaniem się, jakby jego zadaniem było ochronić rodzinę przed wybuchem smutku lub złości. Kolejne znika w ciszy, nie sprawia kłopotów i uczy się, że najbezpieczniej jest być niewidzialnym. Są też dzieci, które zaczynają się buntować, bo złość staje się jedynym sposobem, aby ktoś wreszcie zauważył ich ból.


Każda z tych ról mogła kiedyś chronić, ale w dorosłym życiu często zaczyna kosztować bardzo dużo: perfekcjonizm, samotność, ukrywanie cierpienia, lęk przed odrzuceniem, trudność w odprężeniu albo nieumiejętność proszenia o pomoc.


Z czasem dawne role mogą stać się maskami, które trudno zdjąć bez wsparcia, czułości i cierpliwego uczenia się życia bliżej własnych potrzeb. Dziecko wtedy nie pamięta ani definicji, ani diagnoz. Pamięta raczej słowa, ton głosu, spojrzenia i atmosferę, w której dorastało.


Jeśli często słyszy krytykę, może zacząć wierzyć, że cokolwiek zrobi, i tak będzie za mało. Jeśli doświadcza odrzucenia, może bać się, że bliskość w każdej chwili zostanie mu odebrana. Jeśli się je porównuje, uczy się patrzeć na siebie przez pryzmat innych. Jeśli jego uczucia są unieważniane, zaczyna wątpić w to, co sam czuje i coraz częściej ignoruje własne sygnały.


A przecież dziecko potrzebuje nie tylko opieki, jedzenia i snu. Potrzebuje kogoś, kto zobaczy jego strach, odpowie na jego płacz, ucieszy się jego obecnością i da mu poczucie, że nie musi zasługiwać na miłość. To z takich codziennych chwil rodzi się najważniejsze wewnętrzne przekonanie: jestem ważna, mogę ufać, mam prawo być sobą.

Dorosłość zaczyna się w dzieciństwie

Pierwsze lata życia zostają w nas dłużej niż potrafimy zauważyć. To wtedy uczymy się, jak kochać, jak prosić o pomoc, jak radzić sobie ze stresem i jak traktować siebie.


Jeśli w dzieciństwie musieliśmy zasługiwać na uwagę, w dorosłości nadal możemy próbować udowadniać swoją wartość. Jeśli musieliśmy milczeć, możemy długo nie wiedzieć, że mamy prawo mówić własnym głosem.


Po ogólnym spojrzeniu na dzieciństwo warto zatrzymać się przy domu, nie jako pojęciu, ale jako miejscu, które zapisuje się w ciele, pamięci i sposobie kochania.

Dom z dzieciństwa

Dom z dzieciństwa nie zawsze był miejscem, w którym dziewczynka czuła się bezpiecznie. Z zewnątrz mógł wyglądać zwyczajnie, jak wiele innych domów. Były codzienne obowiązki, rozmowy, milczenie i zwykłe dni.

Dopiero z czasem zrozumiała, że dziecko zapamiętuje nie tylko wydarzenia, ale także atmosferę: ton głosu, napięcie w powietrzu i kroki, po których serce zaczyna bić szybciej.


To, co dla dorosłych bywało codziennością, dla dziecka mogło stać się sygnałem zagrożenia.


Kiedy piszę o domu z dzieciństwa, nie piszę tylko o miejscu z cudzych historii. Wracam także do własnego domu, do jego ciszy, napięcia, głosów, których jako dziecko nie zawsze rozumiałam, i do uczuć, które przez długi czas próbowałam uciszyć w sobie.


Jako dziecko często czułam lęk zamiast spokoju. Nie zawsze wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Były chwile, w których krzyk ojca odbierał mi poczucie bezpieczeństwa, a raniące słowa sprawiały, że zaczynałam wierzyć, że może naprawdę coś jest ze mną nie tak.


Dziecko nie potrafi odróżnić złości dorosłego od własnej wartości. Jeśli ktoś, od kogo zależy jego świat, mówi lub zachowuje się w sposób raniący, dziecko najczęściej nie myśli: „To on nie umie inaczej”. Myśli: „To ja muszę być niewystarczająca”.


W tamtym domu nauczyłam się uważnie obserwować ludzi. Patrzeć na twarze, słuchać tonu głosu, wyczuwać napięcie, zanim ktokolwiek powie coś wprost. Uczyłam się przewidywać emocje dorosłych, żeby wiedzieć, kiedy lepiej milczeć, kiedy zejść z drogi, kiedy nie zadawać pytań i kiedy nie prosić o zbyt wiele. Z czasem takie czuwanie stało się czymś naturalnym.


Dopiero jako dorosła kobieta zrozumiałam, jak bardzo męczące było życie w ciągłej gotowości.


Brakowało mi poczucia, że moje emocje są ważne. Że mogę się bać, a ktoś mnie przytuli. Że mogę płakać i ktoś zapyta, co się stało. Że mogę powiedzieć, że coś mnie boli, i nie zostanę z tym sama.


Przez wiele lat myślałam, że muszę być dzielna, cicha i niewymagająca. Że lepiej nie przeszkadzać.

Że można odłożyć własne potrzeby na później. Tylko że to „później” bardzo długo nie nadchodziło.


Dzisiaj wiem, że tamta dziewczynka nie była trudna, zbyt wrażliwa ani niewystarczająca. Była dzieckiem, które potrzebowało bezpieczeństwa, czułości i spokojnej obecności dorosłych.

Potrzebowała usłyszeć: „To nie Twoja wina”, „Masz prawo się bać”, „Twoje uczucia są ważne”. Być może nikt wtedy nie potrafił jej tego powiedzieć, ale dziś ja mogę zacząć mówić to samej sobie.


Długo niosłam z tamtego domu przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć. Że trzeba się starać, być grzeczną, pomocną, wyrozumiałą i silną. Że spokój innych ludzi jest ważniejszy niż mój własny.


Dopiero po latach zaczęłam rozumieć, że to nie była prawda o mnie. To była prawda o środowisku, w którym dorastałam. O sposobach przetrwania, których nauczyłam się jako dziecko.


Mój dom z dzieciństwa ukształtował wiele moich lęków, ale nie musi już decydować o całym moim życiu. Mogę zobaczyć, skąd wzięły się moje poczucie winy, potrzeba ratowania innych, trudność w stawianiu granic oraz lęk przed odrzuceniem. Mogę spojrzeć na dawną siebie nie z osądem, ale z czułością. Bo ona nie była winna temu, że nie dostała tego, czego potrzebowała. Ona po prostu próbowała przetrwać.


Ten fragment mojej historii nie jest po to, aby kogokolwiek potępiać. Jest po to, aby nazwać prawdę. Bo dopiero gdy przestajemy udawać, że „nic się nie stało”, możemy zacząć rozumieć, dlaczego dziś tak bardzo potrzebujemy spokoju, bezpieczeństwa i powrotu do siebie.


Dopóki nie zrozumiemy, skąd wzięły się nasze lęki, niskie poczucie własnej wartości, trudności w relacjach czy potrzeba nieustannego udowadniania swojej wartości, będziemy próbować zmieniać jedynie ich skutki, a nie przyczynę.


Przeszłości nie da się cofnąć, ale można lepiej zrozumieć jej wpływ na dzisiejsze życie.

A kiedy zaczynasz rozumieć siebie, przestajesz być więźniem własnej historii. Wtedy pojawia się przestrzeń na zmianę.

I właśnie od tego zaczyna się droga do odnalezienia siebie.


Nie każda historia braku miłości wygląda tak samo. Czasem dom pełen ludzi może być miejscem, w którym dziecko czuje się najbardziej samotne.

Dom, w którym zabrakło miłości

Chłopiec dorastał w domu pełnym ludzi, a jednak przejmująco pustym. Mieszkał z rodzicami, babcią, dziadkiem i braćmi. Z zewnątrz mogli wyglądać jak zwykła wielopokoleniowa rodzina. Mieli dach nad głową, łóżka, ubrania i jedzenie. Matka uważała, że powinno im wystarczyć.

— Macie dom i co jeść. Czego jeszcze chcecie? — powtarzała.


Nie rozumiała, że dziecko potrzebuje czegoś więcej. Potrzebuje ciepłego spojrzenia, zainteresowania i ramion, w których może się schować. Potrzebuje pewności, że ktoś zauważy jego strach, wysłucha opowieści o szkole i zapyta, dlaczego jest smutne. Chłopcy tego nie otrzymywali.


W życiu matki ważniejsze były używki. To im oddawała swój czas, uwagę i siły. Dzieci dorastały gdzieś obok, pozostawione same sobie. Nikt nie zastanawiał się, co czują ani czego potrzebują. Miały nie przeszkadzać, nie narzekać i nie oczekiwać zbyt wiele. Nie miały zabawek ani przedmiotów, które dla ich rówieśników byłyby czymś zwykłym. W szkole widziały telefony, tablety i inne rzeczy, które dzieci przynosiły ze sobą. Oni nie mieli niczego. Jednak najbardziej bolało ich nie brak przedmiotów, lecz świadomość, że nikomu nie zależało na tym, aby sprawić im choć odrobinę radości.


Ojciec pracował. Uważał, że na tym polega jego rola. Przynosił pieniądze do domu, lecz emocjonalnie pozostawał nieobecny. Nie dostrzegał, co dzieje się z synami albo nie potrafił się z tym zmierzyć. Nie chronił ich przed chaosem, który tworzyła matka.

Chłopcy uczyli się więc przetrwania. Jeden milczał, drugi tłumił złość, a trzeci próbował zachowywać się tak, jakby niczego nie potrzebował. Ich młode umysły tworzyły własne zasady: nie ufaj, nie proś, nie okazuj słabości. Nie przywiązuj się, bo każdy może zawieść. Nie mów o bólu, bo i tak nikt go nie usłyszy.


Te mechanizmy pomagały im przetrwać dzieciństwo, ale z czasem zamieniały się w niewidzialne więzienie.

Najstarszy brat nie umiał poradzić sobie z domem, matką i bólem, który gromadził się przez lata. Pewnego dnia targnął się na swoje życie. Po jego śmierci nic nie mogło już być takie samo. Dwaj pozostali bracia nie stracili tylko brata. Stracili również część siebie i ostatnią nadzieję, że ich rodzina może jeszcze wrócić do normy.

Pozostały pytania bez odpowiedzi, poczucie winy, gniew oraz żal, których żadne dziecko nie powinno dźwigać. Dopiero wtedy ojciec zabrał synów i odszedł od matki. Oddzielił ich od niej, ale nie potrafił dać im tego, czego nadal potrzebowali. Zapewnił nowe miejsce do życia, lecz nie stworzył bezpiecznego domu. Nie nauczył ich mówić o emocjach, nie pomógł im przeżyć żałoby i nie pokazał, że mogą się opierać na kimś dorosłym.


Matka pozostała przy życiu, lecz niczego nie zrozumiała. Nie zmieniła się. Nadal dręczyła synów, wdzierała się w ich życie i otwierała rany, które nigdy nie zdążyły się zagoić. Starszy z pozostałych braci w końcu ją znienawidził. Odciął się, bo tylko tak potrafił się ochronić. Nie odbierał telefonów, nie chciał jej widzieć ani o niej słyszeć. Na zewnątrz sprawiał wrażenie silnego. W środku jednak wciąż mieszkał chłopiec, który czekał, aż matka wybierze go choć raz zamiast alkoholu i narkotyków. Nie potrafił o tym mówić. Przez całe dzieciństwo uczono go przecież, że jego uczucia nie mają znaczenia. Cierpiał więc w milczeniu. Nosił w sobie gniew na matkę, żal do ojca, tęsknotę za bratem i lęk, że nigdy nie uwolni się z przeszłości. Nie wiedział jeszcze, że milczenie, które kiedyś pozwalało mu przeżyć, teraz nie pozwalało mu żyć. Nie wiedział również, że odcięcie się od matki nie czyniło go złym synem. Było granicą postawioną komuś, kto przez lata przekraczał wszystkie granice. Nie miał obowiązku wybaczać ani udawać, że nic się nie stało. Musiał dopiero odkryć, że przepracowanie przeszłości nie oznacza usprawiedliwienia rodziców. Oznacza odzyskanie własnego życia. Powolne uczenie się zaufania, nazywania emocji i przyjmowania bliskości. Zrozumienie, że nie był trudnym ani niewdzięcznym dzieckiem. Był skrzywdzonym dzieckiem, pozostawionym bez pomocy.


Przeszłość miała na zawsze pozostać częścią jego historii. Nie musiała jednak napisać jej zakończenia.

Jak rodzi się obraz samego siebie

Każdy z nas nosi w sobie obraz samego siebie. To właśnie on wpływa na to, jak myślimy, jakie decyzje podejmujemy, jakie relacje tworzymy i na co pozwalamy innym. Problem polega na tym, że większość z nas nigdy nie zastanawia się, skąd wziął się ten obraz. Wydaje nam się, że po prostu tacy jesteśmy.


A przecież nikt nie rodzi się z przekonaniem, że jest za słaby, niewystarczający czy niegodny miłości. Dziecko nie przychodzi na świat z gotowym obrazem siebie. Nie wie, czy jest mądre, odważne, piękne ani czy zasługuje na miłość. Nie zastanawia się, czy jest wystarczająco dobre. Nie porównuje się z innymi. Po prostu jest.


Dopiero z czasem zaczyna poznawać siebie, nie przez to, co samo o sobie myśli, ale przez to, jak na nie reagują najbliżsi. Każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie i każda reakcja dorosłych stają się dla dziecka informacją o tym, kim jest.


Jeżeli słyszy, że jest ważne, zaczyna wierzyć, że rzeczywiście jest ważne. Jeżeli jego potrzeby są zauważane, uczy się, że ma do nich prawo. Jeżeli może płakać, bać się, złościć się i popełniać błędy, nie tracąc przy tym miłości rodziców, odkrywa, że nie musi być idealne, aby zasługiwać na akceptację.


W takich warunkach rodzi się poczucie bezpieczeństwa. Rodzi się wiara w siebie. Rodzi się przekonanie: „Jestem wystarczająco taka, jaka jestem.”


Nie każde dziecko jednak ma możliwość dorastania w takim środowisku. Są dzieci, które bardzo wcześnie uczą się, że ich emocje przeszkadzają.


Są takie, które słyszą głównie krytykę i mają poczucie, że cokolwiek zrobią, zawsze będzie za mało. Są też dzieci, które przez lata żyją z wrażeniem, że nikt ich naprawdę nie widzi. Nie dlatego, że nikt ich nie kocha. Dlatego że nie czują się dostrzegane.


To właśnie wtedy zaczynają rodzić się pierwsze przekonania o sobie. Nie zawsze są wypowiadane na głos. Najczęściej powstają po cichu. Między jednym rozczarowaniem a drugim. Między chwilą, gdy dziecko potrzebowało przytulenia, a chwilą, gdy zostało z tym samym.


Z czasem zaczyna wierzyć:

Nie jestem ważna.

Moje potrzeby się nie liczą.

Lepiej nikomu nie przeszkadzać.

Muszę radzić sobie sama.

Cokolwiek zrobię i tak będzie za mało.


Dziecko nie wybiera takich przekonań. One rodzą się z codziennych doświadczeń. Z tego, co słyszy. Z tego, czego nigdy nie usłyszało. Z tego, co czuje. I z tego, czego przez długi czas mu brakowało. Najbardziej bolesne jest jednak to, że z czasem te przekonania przestają być tylko myślami. Stają się sposobem patrzenia na siebie.


A kiedy człowiek przez wiele lat słyszy w swojej głowie ten sam przekaz, przestaje go kwestionować. Zaczyna wierzyć, że to prawda. Dlatego jako dorośli często nie zadajemy sobie pytania: „Czy naprawdę taki jestem?”

Pytamy raczej: „Co jest ze mną nie tak?”


A przecież bardzo często problem nie tkwi w tym, kim jesteśmy. Problem tkwi w obrazie, który nosimy w sobie od dzieciństwa.


Obraz siebie nie jest czymś, z czym musisz żyć do końca życia. Powstawał przez lata. I może zostać zmieniony.

Pierwszym krokiem nie jest walka ze sobą. Pierwszym krokiem jest sprawdzenie, skąd pochodzi ten obraz.


Dopiero wtedy możesz zacząć budować coś nowego, opartego nie na lęku, lecz na prawdzie o sobie.

Niezaspokojone potrzeby

Każde dziecko przychodzi na świat z potrzebami. Potrzebuje jedzenia, snu i opieki. Potrzebuje jednak także czegoś, czego nie da się kupić ani niczym zastąpić.

Potrzebuje miłości, bliskości, czułości, bezpieczeństwa, uwagi, akceptacji i zrozumienia.

To właśnie te potrzeby pomagają mu budować poczucie własnej wartości i uczą go, że świat jest miejscem, w którym można się czuć bezpiecznie.

Dziecko nie potrafi samo zaspokoić swoich potrzeb. Jest całkowicie zależne od dorosłych. To oni pokazują mu, czy może ufać ludziom, czy jego uczucia mają znaczenie i czy jest ważny tylko dlatego, że istnieje.


Dziś coraz częściej mówi się o potrzebach emocjonalnych dziecka, ale nie zawsze tak było. Przez wiele lat uważano, że jeśli dziecko jest nakarmione, ubrane i ma dach nad głową, to niczego więcej mu nie potrzeba.


O emocjach, bliskości czy potrzebie bycia zauważonym mówiło się niewiele albo wcale.


Większość opiekunów wychowywała swoje dzieci tak, jak sami zostali wychowani. Robili to najlepiej, jak potrafili, kierując się wiedzą i doświadczeniem, jakie mieli wtedy. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele dzieci dorastało z niezaspokojonymi potrzebami emocjonalnymi. A dziecko, którego potrzeby nie są zauważane, nie przestaje ich mieć. Ono uczy się je ukrywać.


To nie jest wymysł współczesności. Dzisiaj po prostu lepiej rozumiemy, jak ogromny wpływ na dorosłe życie ma dzieciństwo. Wiemy, że to właśnie rodzice, często zupełnie nieświadomie, zapisują pierwsze strony naszej życiowej instrukcji. Robią to słowami, zachowaniem, reakcjami, ale także tym, czego im zabrakło.


Nie dlatego, że chcieli skrzywdzić swoje dzieci. Najczęściej dlatego, że sami nigdy nie otrzymali instrukcji, jak zaspokajać potrzeby emocjonalne.


Dziecko nie potrafi powiedzieć, czego potrzebuje. Pokazuje to swoim zachowaniem. Przytula się, płacze, woła, szuka bliskości, zadaje pytania i chce być zauważone. W ten sposób mówi: „Jestem tutaj. Zobacz mnie. Usłysz mnie.”


Kiedy jego potrzeby są dostrzegane i zaspokajane, uczy się, że jest ważne. Zaczyna wierzyć, że może prosić o pomoc, że jego uczucia mają znaczenie i że nie musi walczyć o miłość.

Kiedy jednak przez długi czas nikt nie zauważa tych potrzeb, dziecko nie przestaje ich mieć. Przestaje jedynie o nie prosić. Uczy się, że lepiej niczego nie oczekiwać, że bezpieczniej jest radzić sobie samemu i że o tym, co boli, lepiej milczeć.


Każde dziecko próbuje poradzić sobie z tym na swój sposób. Jedne stają się ciche i wycofane. Inni za wszelką cenę próbują zwrócić na siebie uwagę.

Są też takie, które starają się być idealne, wierząc, że jeśli będą wystarczająco grzeczne, mądre lub pomocne, w końcu zostaną zauważone. Każde z nich szuka sposobu, aby zaspokoić swoje potrzeby. Nie każdy znajduje właściwy sposób.


Niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa nie znikają, gdy dorastamy. Często towarzyszą nam przez całe życie. To one sprawiają, że tak bardzo potrzebujemy akceptacji, boimy się odrzucenia, nie potrafimy stawiać granic albo stawiamy potrzeby innych ponad własne.


Dlatego tak ważne jest, aby zatrzymać się i zadać sobie pytanie: „Czego naprawdę zabrakło mi jako dziecku?”


Nie po to, aby wracać do winy.

Po to, aby lepiej zrozumieć siebie.


Bo dopiero wtedy możemy zacząć dawać sobie to, czego kiedyś tak bardzo potrzebowaliśmy.


Zatrzymaj się na chwilę przy tych pytaniach: Czego najbardziej brakowało mi jako dziecku? Za czym tęskniłam, choć nie umiałam tego nazwać? Co dziś mogę zacząć dawać sobie sama choćby w małych gestach?


Odpowiedzi na te pytania często prowadzą nas do bardzo cichego miejsca w środku, do tej części nas, która kiedyś była dzieckiem i nadal pamięta, czego najbardziej jej brakowało.

Wewnętrzne dziecko

W każdej z nas jest część, która pamięta dzieciństwo nie tylko obrazami, ale także uczuciami. To mała dziewczynka, która kiedyś potrzebowała czułości, uwagi, ochrony i słów: „widzę cię”, „jesteś ważna”, „nie musisz zasługiwać na miłość”.

Być może nie zawsze je usłyszała. Być może nauczyła się milczeć, być dzielna, nie przeszkadzać i nie prosić o zbyt wiele.


Ta część nie znika tylko dlatego, że dorastamy. Czasem w dorosłym życiu odzywa się lęk przed odrzuceniem, potrzeba zadowalania wszystkich, trudność w stawianiu granic albo ból pojawiający się w pozornie niewielkich sytuacjach. To nie znaczy, że jesteś słaba. To znaczy, że coś w Tobie nadal prosi o to, by zostać zauważonym.


Powrót do siebie oznacza także powrót do tej małej dziewczynki, nie po to, by żyć przeszłością, lecz by dziś dawać sobie więcej łagodności, obecności i troski.

Dorastanie

To, czego dziecko nauczyło się o sobie w pierwszych latach życia, nie znika, gdy zaczyna dorastać. Przeciwnie, w okresie nastoletnim często staje się jeszcze bardziej wyraźne.

Dzieciństwo kiedyś się kończy. Przychodzi czas, gdy dziecko zaczyna dorastać. Zmienia się jego ciało, sposób myślenia i patrzenia na świat. Coraz więcej czasu spędza poza domem. Pojawiają się przyjaźnie, pierwsze zauroczenia, pierwsze sukcesy i pierwsze rozczarowania. To czas odkrywania świata, ale także siebie.


W okresie dorastania coraz częściej pojawia się pytanie: Kim jestem? Każdy młody człowiek próbuje znaleźć na nie odpowiedź. Nie zaczyna jednak od zera. Nosi ze sobą wszystko, czego nauczył się wcześniej. Słowa, które usłyszał o sobie jako dziecko. Doświadczenia, które zapisały się w pamięci, i przekonania, w które uwierzył, zanim jeszcze potrafił je podważyć.


Jeżeli dorastał w poczuciu bezpieczeństwa i akceptacji, łatwiej uwierzy w siebie i swoje możliwości. Łatwiej będzie podejmował decyzje, budował relacje i radził sobie z porażkami.

Jeżeli jednak przez lata czuł się nieważny, odrzucony lub niezauważony, te doświadczenia nie znikają wraz z wiekiem. Przechodzą z nim do kolejnego etapu życia. Zaczynają wpływać na to, jak patrzy na siebie i innych.


To właśnie wtedy wiele przekonań utrwala się jeszcze bardziej. Jedni za wszelką cenę chcą być lubiani. Inni wycofują się z relacji, bojąc się kolejnego zranienia. Niektórzy próbują być najlepsi we wszystkim, wierząc, że tylko wtedy zasłużą na uznanie. Są też tacy, którzy przestają w siebie wierzyć, zanim zdążą spróbować. Z zewnątrz każdy z nich może wyglądać inaczej. W środku często noszą ten sam lęk. Lęk przed odrzuceniem. Przed oceną. Przed tym, co nie będzie wystarczające.


Dorastanie to czas budowania własnej tożsamości. Młody człowiek uczy się podejmować decyzje, budować relacje i szukać swojego miejsca w świecie. Jednocześnie coraz częściej kieruje się przekonaniami, które ukształtowały się wiele lat wcześniej. Często nawet nie zdaje sobie sprawy, że to one wpływają na jego wybory.

Nie każdy wchodzi w dorosłość z takim samym bagażem. Jedni wynoszą z domu zaufanie do siebie, inni lęk, niepewność i poczucie, że wciąż muszą udowadniać swoją wartość. Dlatego nie warto porównywać swojej drogi z drogą innych ludzi.


Wracamy do okresu dorastania, aby zobaczyć, co zabraliśmy z tamtych lat i co dziś możemy świadomie odłożyć.

Nastolatka, która chciała być wystarczająca

Nastolatka potrzebuje być zauważona. Potrzebuje czuć, że jest ważna nie tylko wtedy, kiedy spełnia oczekiwania dorosłych. Potrzebuje czasem usłyszeć, że coś zrobiła dobrze, że ktoś jest z niej dumny, że może być sobą i nie musi nieustannie zastanawiać się, czy znowu zrobiła coś nie tak. Ona również tego potrzebowała. Chciała być zauważona przez rodziców. Chciała zobaczyć w ich oczach akceptację. Nie potrzebowała ciągłych pochwał ani zapewnień, że jest idealna. Potrzebowała zwykłego poczucia, że może być sobą i że nie wszystko, co robi, wymaga poprawy.


Tymczasem często słyszała krytykę. Krytykowano sposób, w jaki siedziała, chodziła, poruszała się, mówiła, odpowiadała i zachowywała się. Jakby ciągle było coś, co należałoby w niej poprawić. Dorosły może powiedzieć jedno zdanie i po chwili o nim zapomnieć. Nastolatka może zabrać je ze sobą na wiele lat.

Kiedy krytyka pojawia się często, młoda dziewczyna może zacząć myśleć: „Nie podoba im się moje zachowanie”. Zaczyna czuć coś znacznie bardziej bolesnego: „To, że ze mną jest coś nie tak.”

Powoli przestaje ufać sobie. Zanim coś powie, zastanawia się, czy nie zabrzmi to głupio. Zanim coś zrobi, przewiduje, jak zostanie oceniona. Zaczyna obserwować siebie oczami innych ludzi.

Czy dobrze stoję?

Czy dobrze wyglądam?

Czy powiedziałam coś nie tak?

Czy oni się ze mnie śmieją?

Czy nie powinnam była milczeć?


I tak krytyka, która początkowo przychodziła z zewnątrz, może z czasem zamienić się w jej własny wewnętrzny głos.

Nie potrzebuje już nikogo, kto powie jej, że robi coś źle. Zaczyna robić to sama. W szkole boi się odezwać. Być może zna odpowiedź, ale zanim podniesie rękę, w jej głowie pojawia się myśl: „A jeśli odpowiem źle? A jeśli wszyscy będą na mnie patrzeć? A jeśli ktoś się zaśmieje? Więc milczy. Nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia. Dlatego, że nauczyła się, że pokazanie siebie może oznaczać ocenę.


Mijają lata. Nastolatka staje się kobietą, ale niepewność nie znika automatycznie wraz z dojrzewaniem. Spotyka nowych ludzi i nie wie, o czym z nimi rozmawiać. Chciałaby nawiązać kontakt, ale jednocześnie kontroluje każde wypowiadane słowo. Zastanawia się, co pomyśli o niej druga osoba. Boi się niezręcznej ciszy. Boi się powiedzieć coś niewłaściwego. Boi się odrzucenia. Może nawet dojść do przekonania: „Ja po prostu nie potrafię rozmawiać z ludźmi.” Ale być może nigdy nie chodziło o brak umiejętności rozmowy. Być może przez wiele lat, bardziej niż rozmowy, uczyła się kontrolować siebie w obecności innych ludzi. To ogromna różnica.

Długo zajęło jej zrozumienie, że nie musi już przeżywać każdej rozmowy jak egzamin. Nie wszyscy ludzie czekają na jej błąd. Że może powiedzieć coś niezręcznego, pomylić się, nie wiedzieć, co odpowiedzieć, a mimo to nadal być wartościowym człowiekiem. Musiał minąć czas, zanim zaczęła budować poczucie własnej wartości nie na tym, co mówią o niej inni, lecz na tym, co sama zaczęła o sobie wiedzieć. Uczyła się patrzeć na siebie własnymi oczami. Uczyła się przyjmować krytykę bez zamieniania jej w wyrok na własną wartość. Uczyła się mówić, nawet gdy nie miała pewności, czy zostanie dobrze zrozumiana. Uczyła się poznawać ludzi bez ciągłego zadawania sobie pytania: „Co oni o mnie pomyślą?” A przede wszystkim uczyła się czegoś, czego przez wiele lat nie potrafiła- lubić siebie również wtedy, gdy nie podoba się wszystkim.


Dzisiaj wie, że tamta nastolatka nie potrzebowała kolejnych uwag o tym, jak siedzi, chodzi, mówi czy się zachowuje. Potrzebowała kogoś, kto powiedziałby: „Nie musisz cały czas siebie poprawiać. Możesz być sobą. Jesteś wystarczająca także wtedy, kiedy nie jesteś idealna.” I być może właśnie tego musiała nauczyć się powiedzieć sobie sama dorosła kobieta.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 63
drukowana A5
za 76.72