E-book
7.88
drukowana A5
36.04
#Klimakterium #AchTeBaby

Bezpłatny fragment - #Klimakterium #AchTeBaby

(*Z pamiętnika kobiety po przejściach)


Objętość:
147 str.
ISBN:
978-83-8455-033-5
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.04

Wszystkie postacie i wydarzenia w książce są fikcyjne. Książka przeznaczona dla Dorosłego Czytelnika.

Życzę przyjemnie spędzonego czasu z książką.

Wstęp

Klimakterium to naturalny proces biologiczny, a nie choroba; to etap w życiu kobiety, który zazwyczaj trwa kilka lat przed menopauzą, między 45. a 55. rokiem życia. Polega na stopniowym wygaszaniu funkcji jajników i spadku poziomu hormonów. W tym okresie następuje zmniejszenie produkcji estrogenów i progesteronu, co objawia się uderzeniami gorąca, nocnymi potami, bezsennością, kołataniem serca, suchością skóry i pochwy, wahaniami nastroju, rozdrażnieniem, zmianami w libido, a czasem przyrostem masy ciała. W celu złagodzenia objawów stosuje się hormonalną terapię zastępczą (HTZ), suplementację oraz zmiany w stylu życia.

Każdy etap życia jest inny, dlatego warto dążyć do tego, aby przejść przez nie w zdrowiu.

Książkę tę dedykuję wszystkim kobietom oraz mężczyznom, którzy cierpliwie starają się zrozumieć kobiety i towarzyszą im na każdym etapie życia.

Na zakończenie wstępu pragnę przedstawić wiersz mojego kolegi po piórze, który poświęcił uwagę kobietom.

Kobiety to wdzięczny temat

wiek kobiety

zastanawiam się czemu wiek kobietę rani

dlaczego kwestia wieku jest przedmiotem tabu

utarło się w człowieku takie przekonanie

że kobieta bez wieku budzi pożądanie

stąd też gdy na wydaniu pani pod czterdziestkę

z dojrzałego owocu zamienia się w pestkę

kozie mleko kobyle i kąpiele w błocie

służyły monarchiniom w ich podniebnym locie

bo z królewską wiernością to różnie bywało

król im starszy się stawał wolał młodsze ciało

mijają tysiąclecia wieki i dekady

a kobieta wciąż szuka na starzenie rady

konfabulacje tworzy i sama w to wierzy

że się ciągle od życia coś ekstra należy

lustro staje się katem i dowodem starań

że jest nadal dla świata godna oglądania

wystrzałowa fryzura bogaty makijaż

sprawiają że kobieta sama sobie sprzyja

mężczyzna gdy okaże kobietom uznanie

nie szukając metryki zasługuje na nie

bo kobieta jest piękna zawsze w każdym wieku

gdy jej obraz przykrywa miłości powieka

Autor wiersza: Tadeusz Grządko

W wyprawie po Nilu

Łódź płynęła leniwie po Nilu. Kobieta, całkowicie rozluźniona i wolna, oddalona od przytłaczającej rzeczywistości oraz łańcuchów, które ją krępowały i powstrzymywały od tego, co naprawdę kochała, rozmyślała o swojej ulubionej autorce. Tytuł „Śmierć na Nilu” natychmiast pojawił się w jej myślach, a wspomnienia treści książki wypełniały jej umysł, wolny od zmartwień. „Obym się tylko nie utopiła. Tego jeszcze brakowało do kolekcji ostatnich wydarzeń” — podsumowała swoje refleksje, które od jakiegoś czasu nieustannie otaczały ją ponurą aurą. Wisiały w powietrzu, towarzyszyły jej i nie miały zamiaru odejść, jawiąc się jedynie w czarnych barwach. „Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie czas” — krzyczał jej wewnętrzny głos, ciągle zaprzeczając. Dlaczego miałaby się dziwić? Kobieta przeszła przez wiele. Ostatnie miesiące nie oszczędzały jej, a wręcz bezlitośnie dawały się we znaki. Nawał pracy w firmie, skręcona noga, śmierć bliskich i nieudany wyjazd. Jej świeża porażka związana z podróżą dotyczyła zagubionego przez nieuwagę bagażu podręcznego na lotnisku. Na szczęście po zawróceniu, bagaż okazał się nienaruszony. Pierwszego dnia wyjazdu spuchły jej nogi, a ta, którą ostatnio skręciła, wyglądała jak balon.

Wracając do podróży po Nilu, nie mogło być lepszej scenerii niż ta, którą właśnie pokonywała łódź. Ciepłe powietrze, słoneczny dzień, statki na wodzie i grupa licząca dziewięcioro osób tworzyły idealne tło. Na czele ekipy stał Arab o imieniu Mohammed, który doskonale mówił po polsku — języka nauczyła go Ewa w zaledwie cztery miesiące. Łódź płynęła, a pasażerowie, zrelaksowani, przysłuchiwali się ciekawym opowieściom każdego z uczestników. Kobieta w czerni dostrzegała w każdym z uczestników osoby, które już odeszły z jej życia. Nawet wielbłąd z pobliskiego gospodarstwa, którego dokarmiała z radością, przywoływał wspomnienia o wiernym przyjacielu, którego musiała uśpić.


Każdy miał coś do powiedzenia, z wyjątkiem kobiety ubranej w czerń i noszącej czarny kapelusz. Wyglądała jak modelka z francuskiego magazynu, choć nie była wysoka. Ona relaksowała się w inny sposób — snuła wątki nowej powieści, zastanawiając się, co napisać w pierwszym rozdziale. Wiatr targał jej włosy, uwolnione spod kapelusza, lekko muskając jej twarz. Siedzący za sterem muzułmanin zaproponował jej papierosa, a gdy odmówiła, dla żartu zasugerował, by usiadła za sterem. Kobiecie nie było do śmiechu. Opuściła wzrok spod ciemnych okularów marki Ray-Ban, a kiedy spojrzała mężczyźnie prosto w oczy, roześmiała się, wskazując na swoją sukienkę. — Smaru nie będzie na niej widać — powiedział mężczyzna, na co kobieta zareagowała gromkim śmiechem, ukazując całą gamę śnieżnobiałego uzębienia. Pozostali uczestnicy nie mogli inaczej zareagować, jak gromkim śmiechem.

— No wreszcie wróciłaś do życia — szturchnęła ją koleżanka, a Artur, Niemiec siedzący po drugiej stronie, odważnie przysiadł się bliżej. Po powrocie do hotelu wszyscy byli szczęśliwi. Impreza zaproponowana przez Mohammeda okazała się udana. Kładąc się do łóżka, powiedziała:

— Wiesz, mam już tytuł.

— Gratuluję — odpowiedziała zatroskana koleżanka, z zawodu psycholog. Z radością pomyślała, że wreszcie przyjaciółka wyszła z traumy. Kiedy ta zaczynała pisać, wymyślać tytuł i fabułę, to znaczyło, że zaakceptowała trudne zmiany, które nadeszły. Od życia się nie ucieknie i, tak czy siak, trzeba zacząć nowy rozdział, zostawiając przeszłość za sobą.

Marsa Alam

Bajkowo i prozaicznie życzę Dobrej Nocy.

Na dole, czarne jak smoła, miasto kładzie się spać.

Słońce opiera głowę o puchową poduszkę z żurawich piór i śni w różowych okularach o białych poduszkach z obłoków, niebieskich migdałach, zielonych ptakach i daktylowych, wygodnych butach, którymi z rana przemierzy pustynię — będzie gonić wielbłądy.

Jeśli na tym etapie książka wydaje Ci się nudna, a przed snem ogarnia Cię silne zmęczenie i znużenie, i masz zamiar odłożyć ją na bok, życzę Ci kolorowych snów. Jeśli jednak interesuje Cię dalsza treść, życzę przyjemnych chwil z lekturą.


***

…Kobieta, wraz ze swoją przyjaciółką Ewą, wysiadła z samolotu w Marsa Alam. Na lotnisku czekał na nie dobry kolega Ewy, Mohammed. Na widok kobiet mężczyzna lekko się uśmiechnął, przywitał każdą z nich delikatnym uściskiem dłoni. Widok Ewy sprawił mu dużą radość, ponieważ długo jej nie widział, a bardzo lubił jej towarzystwo. Ewa była siostrą jego żony.

— Co, dziewczyny, jesteście gotowe na niespodziankę? — zaproponował serdecznie. Kinga lekko się uśmiechnęła, zastanawiając się, co mogłoby być niespodzianką. Zwykła podwózka do hotelu z lotniska? „Daruj sobie” — pomyślała, zbyt optymistycznie jak na pesymistkę. Tego dnia nie czuła się najlepiej. Oblewały ją zimne poty, miała dreszcze jak w gorączce. Hormony szalały w niej, raz było gorąco, raz zimno. Ubrana była w lekki polar z długim rękawem, jeansy i adidasy. Wśród innych podróżnych zdecydowanie wyróżniała się swoim strojem — wszyscy byli odziani letnio, a ona przygotowana na jesienną pogodę w Polsce. W temperaturze czterdziestu pięciu stopni, w ciepłym okryciu wierzchnim, wyglądała dziwacznie.

Kobiety z bagażami ruszyły za wysokim muzułmaninem. Wsiadły z nim do zaparkowanego w pobliżu samochodu i odjechały. Auto przejechało około czterdziestu kilometrów, zatrzymując się na dużym, pustym parkingu. Dookoła rozpościerał się widok pustyni, a o cień można było tylko pomarzyć. Mohammed wyłączył silnik.

— Za chwilę będzie niespodzianka– zakomunikował radośnie. Miał dzisiaj dobry dzień i lubił gościć rodzinę żony, której nie widywał zbyt często.

Zanim skończył zdanie, na parking wjechał wielki turystyczny autokar.

— Dziewczyny, wysiadamy — oświadczył. Wszyscy opuścili auto i stanęli w szeregu. Dopiero teraz Kindze zrobiło się gorąco i postanowiła zmienić odzienie. Doznała nagłego uderzenia gorąca, które przyszło niespodziewanie po chłodnych odczuciach zimna. Z autokaru wysiadł brat Mohammeda, któremu ten przekazał klucze od samochodu i nakazał jechać do hotelu. Kinga zaprotestowała, chcąc, aby najpierw otwarto bagażnik, by mogła zmienić odzież. Stanęła z tyłu auta, ściągnęła polar i zamieniła adidasy na sandały. Zamykając bagażnik, dała do zrozumienia nowemu kierowcy, że może już odjechać. Wsiadły z Mohammedem do zaparkowanego w pobliżu autokaru i odjechały. Ewa usiadła obok Kingi, a Mohammed zajął miejsce naprzeciwko.

— Jak tam samopoczucie? Poprawia się humor? — zapytała Ewa.

— Poprawia. Bardzo dobrze się czuję — odpowiedziała Kinga.

— Mówiłam, że Egipt to wspaniałe miejsce. Zobaczysz, będziesz zadowolona. Na pewno się nie rozczarujesz.

— Uwielbiam te twoje pomysły. Są lepsze niż niektóre książki.

— Nie żartuj. Podróż była Ci potrzebna. Odpoczniesz, nabierzesz sił i wszystko się jakoś ułoży.

— Ułoży… ba? — lekko zaśmiała się Kinga, starając się nie zepsuć nastroju koleżance.

Po kilku minutach Kinga poczuła dyskomfort, który dał o sobie znać w autokarze. Miejsca były przystosowane dla wysokich ludzi, których wzrost wynosił minimum metr siedemdziesiąt pięć. Zastanawiała się przez chwilę, czy to autokar grupy koszykarzy i czy przypadkiem nie jadą na jakiś mecz. Na oglądanie zawodów sportowych nie miała ochoty. Nogi jej wisiały, a co jakiś czas próbowała oprzeć je o ścianę, siedząc przy oknie, ale ciągle zjeżdżały i zwisały. Z niecierpliwością czekała, aż autokar się zatrzyma. Przystanku jednak nie było. Skręcona wcześniej noga dała znać o sobie, a w kolanie poczuła nieprzyjemny ucisk.

— Cholera! Daleko jeszcze?! — warknęła w stronę znajomych. Niespodzianka Mohammeda zaczęła wychodzić jej bokiem. Pragnęła, żeby autokar zatrzymał się natychmiast, tak bardzo chciała z niego wysiąść. Kostki nóg zaczęły jej puchnąć, a noga w kolanie była jak bania.

— To jakieś uczulenie? — zapytała zaniepokojona Ewa.

— Bardzo możliwe. Pragnęła, żeby autokar zatrzymał się natychmiast, tak bardzo chciała z niego wysiąść.

— Kiedy będzie przystanek?.! — zapytała Ewa Mohammeda, podnosząc znacznie głos. Była przerażona widokiem zmian na ciele koleżanki.

— Za chwilę będziemy na miejscu — odpowiedział Mohammed, niepewny, czy znajome będą zadowolone z jego pomysłu na ich pierwsze popołudnie w Egipcie, biorąc pod uwagę, co się aktualnie działo. Kinga z niecierpliwością czekała, aż autokar się zatrzyma. Pojazd zatrzymał się w Luksorze przed restauracją. Kinga poczuła ulgę, gdy jej nogi wreszcie stanęły na ziemi. Miała chęć poznać arabską kuchnię, którą przez cały lot zachwalała Ewa. Głód doskwierał jej, a mężczyzna wydawał się wiedzieć, czego im potrzeba.

Nie rozumiała tylko, po co była zmiana auta na autokar, w którym nie mogła stać, karcona wielokrotnie przez błagającego kierowcę, żeby wreszcie usiadła na miejscu. Czyżby jeszcze coś miało się wydarzyć tego dnia? Co takiego przygotował im mężczyzna? Na pewno nie wsiądzie ponownie do tego przeklętego autokaru. O tym nie mogło być mowy. „Prędzej ucieknę, choćby na jednej nodze” — pomyślała. Nakarmiona regionalnymi specjałami, stwierdziła, że przygotowana niespodzianka się udała. Tyle jej na dziś wystarczy. A to nie wszystko, co zaplanował dla nich mężczyzna…

Wizyta w gabinecie

Kinga, po pracy, prosto z biura zaszła do przychodni, w której gabinet miała Ewa. Odświeżony korytarz w kolorze pastelowej pistacji wciąż pachniał świeżo położoną farbą. Siadając na krzesełku w poczekalni, pomyślała, że to była dobra decyzja, a wręcz najlepsza-przyszła we właściwym momencie, zanim było za późno. Od wielu tygodni zmagała się z własnymi czarnymi myślami, a depresja tylko się nasilała. Nocami budziła się gwałtownie, wybudzona z krótkiego snu, aż w końcu zaczęła brać leki. Po pogrzebie chodziła do pracy niewyspana i wiecznie przygnębiona. Straciła sens życia, a praca jedynie na chwilę odrywała ją od posępnych myśli. Po powrocie do pustego domu toczyła w samotności wewnętrzną walkę, często wspomaganą winem. Nie miała ochoty nigdzie wychodzić ani z nikim się spotykać. Stała się odludkiem na bezludnej wyspie- ona była odludkiem, a jej dom, do którego zawsze wracała, stał się bezludną wyspą. Z każdym przekroczeniem progu, wracały wspomnienia związane z mężem, które ją wyczerpywały, wysysając z niej energię niczym wampir krew. Z upływem czasu obraz z identyfikacji zwłok po wypadku macochy i córki Moniki, którą ostatnio pochowała, zaczynał blednąć, ale myśl, że nie ma po co i dla kogo żyć, stawała się coraz silniejsza.

Po dwóch miesiącach od wypadku depresja nasiliła się do tego stopnia, że konieczna stała się wizyta u specjalisty — nie lekarza rodzinnego, który jedynie przepisywał jej uspokajające leki. Kobieta nie radziła sobie sama ze sobą. Gdyby przy niej był mąż, który zmarł trzy lata temu na raka, pomoc specjalisty nie byłaby potrzebna, ponieważ miała by wsparcie. Na szczęście Ewa pojawiła się na pogrzebie po wielu latach rozłąki. Po ślubie z Markiem ich przyjaźń zamarła, a kontakt całkowicie się urwał. Wyjazd i znaczna odległość na zawsze rozdzieliły przyjaciółki. Kinga, po stracie męża, wróciła do miasta, w którym mieszkała Ewa, ale z powodu natłoku obowiązków w pracy nie odnowiła dawnej znajomości, przez co obie nie miały okazji się spotkać. Nastolatka w domu oraz zrzędliwa macocha dawały jej się we znaki. Często uciekała do ogrodu po kłótniach, a zimą siedziała dłużej w biurze, aby uniknąć domowych problemów.


Na szczęście Ewa pojawiła się na pogrzebie po wielu latach rozłąki. Ewa zaczęła częściej dzwonić do Kingi, namawiając ją na wspólne wyjścia lub weekendowe wyjazdy, ale Kinga zawsze upierała się przy swoim, wmawiając sobie, że radzi sobie i ma inne plany. Kogo chciała oszukać? Chyba tylko samą siebie.


Nadeszła jej kolej na wizytę w przychodni. Weszła pewnym krokiem do gabinetu Ewy i, na wyraźne polecenie, usiadła na kanapie.

— Co cię do mnie sprowadza, moja droga? — zapytała doktor.

— Kłamałam. Nie radzę sobie, no wiesz z czym… — odpowiedziała.

— Powinnaś częściej wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi. Uwierz, tego ci właśnie trzeba — podsumowała Ewa.

— To co, może spotkamy się i pogadamy przy kawie? — zapytała Kinga.

— Nie mam nic przeciwko, ale kończę pracę za dwie godziny.

— To do zobaczenia.


Wstała i wyszła z gabinetu z lekkim uśmiechem na twarzy. To był sukces — jej usta, dotąd zaciśnięte w wąską linię, nagle zmieniły kształt, a kąciki uniosły się lekko ku górze. W domu odgrzała zupę, zjadła cały talerz i starała się trzymać z daleka od butelki wina. Aby nie kusił ją trunek, całą zawartość wylała do zlewu, a potem jęknęła: „Co ja najlepszego zrobiłam? Zmarnowałam dobre wino, a czym poczęstuję gościa?”. Hałas z podwórka przyciągnął jej uwagę. Wyjrzała przez okno i zobaczyła nieznane auto, za którego kierownicą siedziała koleżanka.„ A samochodem jesteś, to i tak nie będziesz pić” — pomyślała i wyszła przed dom, aby się przywitać.

— Cześć. To co, jedziemy? — zapytała kobieta za kierownicą przez otwartą szybę.

— A nie jesteś głodna? Może zjesz zupę?

— Prawdę mówiąc, coś bym zjadła.

— No to parkuj i chodź!

Ewa wysiadła i weszła do domu Kingi. Trzeba przyznać, że dom był zadbany i ładnie urządzony. Kinga nalała zupy, a obie panie usiadły przy stole w jadalni.

— Co w pracy? — zapytała Ewa.

— W porządku. Nie narzekam.

— A może, skoro już tu jesteś, napijemy się kawy? Do kawy mam jeszcze chrusty. Co ty na to?

— Dobrze. Może w weekend gdzieś wyjdziemy?

— Może tak być.

Po zupie przyszedł czas na kawę. Z czarnym trunkiem kobiety przeszły do salonu. Przy kawie Kinga opowiadała głównie o Marku i Monice. Wyciągnęła album ze zdjęciami i z dokładnością opisywała okoliczności powstania każdej fotografii. U Ewy, mimo upływu lat, wiele się nie zmieniło. Jej jedyna siostra wyszła za mąż za Araba i wyjechała do Egiptu. Dzieci do tej pory nie miała, a z obecnym partnerem była dopiero pół roku w związku. Kindze twarz promieniała na wspomnienia wakacji z rodziną, ulubionych potraw córki i hobby męża. Od ostatniej tragedii, która ją spotkała, nie czuła się tak dobrze jak dzisiaj. Potrzebowała się wygadać i była szczęśliwa, że dawna przyjaźń znowu się odradza. Od tego dnia kobiety zaczęły spotykać się popołudniami w piątki i soboty. Ewa namawiała Kingę najpierw na wyjazd do Zakopanego, a w końcu udało jej się przekonać koleżankę do wyjazdu do Egiptu. Ewa musiała wyjechać do siostry Grażyny, która po operacji wymagała dwutygodniowej opieki do czasu zdjęcia gipsu. Mąż Mohammed nie miał zbyt wiele czasu, a starsza jego matka i siostry opadały z sił przy ciężarnej. Ewa czuła, że musi jak najszybciej wyjechać i pomóc. Weekend w Tatrach poszedł w zapomnienie. Teraz to Egipt wysunął się na pierwszy plan.

Dalsze niespodzianki Mohammeda

— Bardzo miło z twojej strony, Mohammedzie, że zabrałeś nas do restauracji, ale wolałabym już spotkać się z siostrą i zjeść coś u niej. Po podróży skromny posiłek w zupełności by nam wystarczył — oświadczyła Ewa.

— Wybacz, ale sama zasugerowałaś, że wynajmiesz pokój w hotelu i najpierw zjesz coś na mieście, więc zabrałem cię i twoją koleżankę tutaj — wyjaśnił.

Kinga przez chwilę zastanawiała się, dlaczego jej koleżanka staje się zołzowata. Czyżby buzowały w niej hormony? Nie mogła uwierzyć w jej nagłą zmianę nastroju. Z cudownej, spokojnej i opanowanej pani psycholog wyłaził bazyliszek. Kinga była zadowolona z dobrego jedzenia, a najwyraźniej koleżance nie przypadło ono do gustu. Wyczuwała, że coś wisi w powietrzu. Tylko co? Może ci dwoje mieli jakiś konflikt, o którym nie wiedziała? Tylko co? Tego nie chciała wiedzieć. Konflikt wydawał się jej nierealny, bo bardzo się lubili. To chyba raczej hormony. A nie „chyba”, a raczej „tak”. Przyjechała odpocząć, a nie słuchać kłótni, i na pewno nie poprze żadnej ze stron. Lokal był spokojny, jedzenie smaczne, a Kinga nie mogła zrozumieć złośliwości przyjaciółki, wywołanej raptownym pośpiechem. Zanim ta zaczęła buczeć i narzekać, nie wiadomo na co i z jakiej racji, a widać było po jej minie, że gorączkowo się do tego przymierza, szybko Kinga rzuciła:

— Dobra. Jedziemy do hotelu. Rozpakujemy walizki i pojedziemy do twojej siostry. Wtrąciła się najdelikatniej, jak mogła, ale na tyle, że koleżanka zapomniała o kąśliwych słowach.

Wyszli wszyscy z restauracji na zewnątrz, ale kiedy okazało się, że mają wsiąść do autobusu, którym przyjechali, Kinga zaczęła protestować jak małe dziecko:

— Nie wsiadam! Sobie jedźcie nim. Ja nie jadę. Nie jadę, i już! Zdenerwowała się na tyle mocno, że zacisnęła pięści, a jej twarz poczerwieniała z gniewu. Nogi wprowadzone w ruch zrobiły kilka niepotrzebnych okrążeń.

Ewa i Mohammed spojrzeli na jej nogi i oboje powiedzieli jednocześnie:

— Dobra. Później spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać, że stwierdzenie wyszło im chóralnie. Teraz w Kindze gotowała się krew na to, że stała się przyczyną ich śmiechu.

— Nie wygląda to dobrze.! — krzyknęła Kinga, oburzona na rozbawioną dwójkę.

— Co was tak śmieszy? Naćpaliście się, czy co? — zapytała, poruszona, nie rozumiejąc ich dziecinnego zachowania. Wreszcie opanowali swój śmiech i uspokoili się, robiąc poważne miny.

Mohammed dał znać kierowcy autobusu, że nie jadą dalej. Rezygnują z zaplanowanej wcześniej przez niego wycieczki. W taki oto sposób kobiety przypadkowo, a przynajmniej przez niedyspozycję jednej z nich, poznały dalszy plan Mohammeda. Mężczyzna chciał je zabrać na rejs po Nilu, zanim pojadą w odwiedziny do żony. Rejs, jednak został odwołany i przełożony na inny termin. Wyszło, jak wyszło, a w zasadzie, oprócz posiłku w restauracji, nic nie wyszło. Wiadomo, że z chorą ciężarną o wyjściu na kolację nie ma mowy. Trzeba będzie przygotować posiłek w domu, a Mohammed chciał sobie i im umilić przynajmniej popołudnie. Kiedy autobus odjechał, Mohammed zadzwonił do brata, informując go, gdzie czekają na niego. Trochę to trwało, zanim przyjechał samochód, którym pięć lat młodszy mężczyzna odjechał kilka godzin wcześniej z bagażami kobiet z parkingu. W oczekiwaniu na transport, czas we troje spędzili na ławce, rozmawiając o hobby, rodzinie i podróżach. Kinga zazdrościła Mohammedowi pracy pilota wycieczek, a w zasadzie podróży do wielu krajów, bo miał o czym opowiadać. Auto przyjechało. Wszyscy opuścili ławkę i wsiedli do niego, a kierowca ruszył w drogę powrotną do Marsa Alam. Kinga i Ewa rozpakowały w hotelu Iberotel swoje bagaże, wzięły kąpiel i przygotowane do wyjścia pojechały do siostry Ewy. Posiłek był skromny, ale smaczny. O tak późnej godzinie nikt się nie napychał. Mohammed nie zapomniał wspomnieć o nieudanej niespodziance powitalnej gości i zaprosił wszystkich obecnych w jego domu na jutrzejszy rejs po Nilu. Nie można było odmówić takiej imprezy. Mężczyzna opisywał rejs, wzbudzając wszystkich obecnych zainteresowanie. Zresztą miał dar przekonywania i przemawiania. Z samych opowieści miało to być wspaniałe wydarzenie. Zanim kobiety wyszły, Ewa pomogła wykąpać siostrę. Kinga w tym czasie słuchała wyśmienitych przepisów, dowcipów sióstr i znajomych. Kobiety wróciły do hotelu zmęczone i padły na łóżka jak kawki, zasypiając bez problemu.…

Krowa morska

…Poranne słońce rzucało na ścianę i posłanie łóżka czarujące blaski promieni słonecznych. Na tym dobrze oświetlonym łożu spała Kinga. Promyczki delikatnie tańczące po jej twarzy obudziły ją z twardego snu. Przyznać trzeba, że do tej pory nie miała tak udanej nocy jak ta.

Ostatnio każdej nocy budziła się ze snu, krążąc po kuchni lub spędzając czas w toalecie. Kobieta otworzyła oczy i uśmiechnęła się na widok słońca, które świeciło prosto na nią. Pomyślała, że to będzie dobry, przyjemny dzień. Przeciągnęła się leniwie, podsunęła poduszki pod plecy i usiadła na łóżku. W tym czasie jej przyjaciółka spała jak niemowlę, a nic nie zakłócało jej snu — nawet promienie słoneczne nie dosięgały jej łóżka. Kinga spojrzała na nią, a potem na telefon. Była szósta rano i nie zamierzała marnować poranka. Chciała zrobić sobie kawę i wyjść na taras, ale postanowiła nie budzić koleżanki. Pomyślała, że to będzie dobry, przyjemny dzień. Kobieta usiadła na krześle i zaczęła w notatniku w telefonie układać wstęp swojej książki. „Dawno nie pisałam” — pomyślała. Po pół godzinie miała już tytuł, wstęp i rozpoczęty rozdział romansu. Wyłączyła telefon i postanowiła zejść na dół. A może chciała rozejrzeć się po okolicy? W łazience przebrała się w strój kąpielowy, który nadawał się również do biegania. Na wierzch założyła lnianą, rozpinaną koszulę, a na nogi sportowe sandały. Słysząc lekkie chrapanie koleżanki, opuściła pokój. Na dole, poruszona pięknem wschodzącego słońca, zapragnęła najpierw znaleźć się nad morzem. Kawa odeszła na dalszy plan. Stanęła nad brzegiem wody, podziwiając wspaniały widok. Rozejrzała się leniwie po okolicy. Na prawo dostrzegła pomost. Postanowiła, że tam pobiegnie, a wróci spacerem do hotelu. Zaczęła powolny jogging. Na plaży kilka kobiet uprawiało jogę, inne po prostu się rozciągały. Pięciu mężczyzn szykowało się do nurkowania, wchodząc na pontony. Na plaży nie było jeszcze tłumów — ludzi było garstka, łatwa do policzenia. Kinga wbiegła na pomost, a za nią pojawiła się czteroosobowa grupa turystów. Przysiadła na końcu drewnianego pomostu, głęboko chwytając oddech. Grupa z Niemiec zbliżyła się do niej, a po chwili usłyszała kobiecy głos, który wymagał od niej odpowiedzi.

— Pani też chce zobaczyć krowę morską? — zapytała starsza kobieta w czarnym tankini.

— Krowę? — zdziwiła się Kinga, nie odwracając głowy, nie mając pojęcia, czy kobieta żartuje. Czyżby źle zrozumiała angielski z niemieckich ust? Czy chodziło o nią? Nie była do czegoś porównywana? — Krowę? Odwróciła głowę i przyjrzała się kobiecie, robiąc zdziwioną minę.

— Tak. Tu często można ją spotkać o tej porze, jak pływa.

— Chętnie, ale nie mam nawet okularów — odpowiedziała z lekką nutą ironii w głosie, zdając sobie sprawę, że chodzi o jakieś morskie stworzenie, o którym nie miała pojęcia, że można je tu spotkać. Już myślała, że za moment będzie prowadziła bijatykę za słowa, porównania, które mogły ją zaboleć.

— Spokojnie, syn pożyczy — zaoferowała kobieta.

Wkrótce Kinga trzymała w rękach plastikowe okulary do wody, ale sama nie wiedziała, na co ma tak naprawdę ochotę — na pływanie, kawę, dalsze bieganie, a może czekoladę? Trudno było to odgadnąć w tej chwili. Ciekawa, o co chodzi z tą krową, postanowiła dołączyć do grupy Niemców. Minęła chwila, a już była w wodzie, zanurzając się i podziwiając uroki podwodnego świata. Rafa koralowa zachwycała ją, ale gdy pojawiła się krowa morska, zamarła ze strachu. Szybko wynurzyła się na powierzchnię i usiadła na pomost. Czuła na sobie okład z kilku warstw soli, jakby miała nałożoną maseczkę grubą warstwą łopatą. Niemcy najwyraźniej cieszyli się pływaniem, bo szybko nie wyszli na pomost. Musiała poczekać na grupę, aby oddać pożyczone okulary. Po chwili wszyscy się zebrali. Mężczyźni byli pod wrażeniem nagrań, które zrobili, mając co pokazać. Kinga wręczyła starszej pani okulary, dziękując za miło spędzony czas.

— A widziała pani żółwia?

— Nie. Jestem tu od niedawna i nie miałam okazji.

— Może umówimy się na dwunastą? Chętnie Pani pokażę. Będę czekał tam na końcu, przy tym banerze — oświadczył mężczyzna, wskazując miejsce zbiórki na kolejną, morską wyprawę. Kinga kiwnęła głową na zgodę i truchtem udała się w drogę powrotną. Weszła do restauracji i z automatu pobrała dwa kubki kawy — dla siebie i koleżanki. Kiedy wchodziła do pokoju, Ewa właśnie wstawała z łóżka.

— Gdzie byłaś? — zapytała.

— Biegałam i przyniosłam kawę. Wypiję ją i pierwsza wezmę prysznic. Dobrze? — zapytała Kinga.

— Nie ma sprawy. Daj kawę, ja idę na taras — odpowiedziała Ewa.

— Ja raczej nie. Jestem strasznie spocona.

Kinga upiła kilka łyków kawy i już zapragnęła wejść do łazienki. Jej ciało ogarnęły dziwne zimne dreszcze. „Cholera. Co to? Mam nadzieję, że nie plagi egipskie” — jęknęła w myślach. Szybko odstawiła kubek na stolik i biegiem znalazła się w łazience. Weszła pod prysznic, spłukała sól, a odświeżona egzotycznymi zapachami kosmetyków, wyszła w szlafroku do salonu. Usiadła w fotelu. Przed nią leżał telefon, a obok stał kubek z kawą.

Kinga piła kawę, przeglądając notatki w telefonie, gdy do pokoju weszła jej koleżanka.

— Dziękuję za kawę — rzuciła przelotnie. — Teraz ja wezmę prysznic — dodała zaraz.

— Tylko szybko, bo śniadanie wydają do dziewiątej — przypomniała Kinga.

— Nie martw się, zdążymy. Dopiero piętnaście po ósmej — zapewniła Ewa, zerkając na zegarek.

Chwilę później zniknęła za drzwiami łazienki. Po dwudziestu minutach zeszły do restauracji na dole. Kinga nałożyła sobie na talerz dwa jajka sadzone, dużą porcję awokado i pomidora, a do tego świeżo wypiekany, mały chlebek egipski. Do picia wzięła sok z hibiskusa. Ewa zdecydowała się na naleśniki, informując koleżankę, że na początek to jej wystarczy. Usiadły na zewnątrz przy stoliku. Kiedy Ewa poszła po kolejny talerz, Kinga pomyślała, że to szalone, bo zapewne nie dokończy. Okazało się, że koleżanka miała wilczy apetyt. Po naleśnikach Ewa zjadła jajecznicę, parówki z pieczywem tostowym i miała ochotę na coś słodkiego do kawy.

— Idę po kawę, przynieść Ci? — zapytała Ewa.

— Dziękuję za kawę — rzuciła przelotnie.

Gdy Ewa usiadła przy stole z kawą, Kinga kończyła pić sok z hibiskusa. Poprosiła o dolewkę, a uprzejmy kelner przyniósł jej pełną szklankę.

— A co ty tak skromnie? Nie jesteś głodna? — zdziwiła się Ewa.

— Muszę pilnować diety, znowu miałam dreszcze. Wiesz, nie chcę łykać piguł i puchnąć, więc muszę się odżywiać odpowiednio w moim stanie. Za to podziwiam cię, bo jesz bez końca i nie tyjesz. Gdzie Ty to wszystko mieścisz?

— Wolałabym być na twoim miejscu i mieć dreszcze niż bez przerwy apetyt i wieczorne mdłości kończące się częstymi wizytami w toalecie.

— To nie jedz tyle, a nie będziesz miała tego problemu.

Strasznie ssie, nie mogę wytrzymać.

— Powinnaś się przebadać. Ja już skończyłam, a ty?

— Też.

Wstały od stolika. W drodze do pokoju Ewa zaczepiła Kingę:

— Jadę zaraz do siostry. Jedziesz ze mną?

— Wybacz mi, ale umówiłam się na plaży na snorkeling. Proszę, jedź sama.

— Dobrze — odpowiedziała Ewa, czując jednocześnie zawód i ulgę, że przyjaciółka wychodzi z życiowego dołka. Potrzeba relacji była dla niej niezbędna, by się odnaleźć i nie spaść na samo dno. Jako profesjonalistka w zawodzie medycznym rozumiała jej wybór i uznawała go za właściwy. Ewa pojechała do ciężarnej siostry, a Kinga, sącząc sok z pomarańczy na tarasie, zaczęła pisać książkę. Skończyła pierwszy rozdział za dziesięć dwunasta, a potem podekscytowana wyszła na plażę. Ostatni leżak, tuż przy banerze, w miejscu, w którym była umówiona, był wolny. Postawiła na nim torbę plażową, a obsługa przyniosła jej materac. Spojrzała na zegarek — była za dwie dwunasta. Nie widząc znajomego w pobliżu, położyła się na leżaku i zamówiła mojito bezalkoholowe. Postanowiła, że skoro mężczyzna się nie pojawił, to po prostu się opali…

Na plaży

W okularach wygrzewała się na leżaku w słońcu. W uszach miała bezprzewodowe słuchawki, w których słuchała muzyki. Zamknęła oczy i oddała się bujaniu w obłokach. Poczuła się jak dobre wino, za które trzeba drogo zapłacić za rocznik. „Zresztą mogłabym siedzieć w muzeum, bo antyki zawsze są drogie” — pomyślała, śmiejąc się ze swojego wieku. A cóż, jej zostało? W tym wieku już nic nie wypada? W tym wieku wszystko wypada: włosy, zęby, dysk… a na miłość, jak mawiała jej babcia, zawsze jest czas. Za moment okrył ją muskularny cień, którego przez zamknięte oczy nie zauważyła. Nawet nie wyczuła, chociaż dał jej przez chwilę lekki chłód. Na jej ciało padał cień mężczyzny, który zatrzymał się przy jej leżaku. Zniecierpliwiony nieznajomy, nie widząc żadnej reakcji kobiety, szturchnął ją w nogę. Dopiero teraz Kinga otworzyła oczy i uniosła rękę, by zdjąć okulary. Na widok mężczyzny lekko się uśmiechnęła, wyłączyła muzykę w telefonie i przywitała się serdecznym, krótkim „hej”. Mężczyzna nie był pewny, czy kobieta ma ochotę na snorkeling, czy na dalsze opalanie. Ściągnął plecak i położył go na leżaku obok, a następnie usiadł na swoim.

— Widzę, że nie masz ochoty na pływanie — odezwał się, ciekawy, co mu powie.

— Ależ skąd — zaprotestowała. — Mam-zaraz dodała. — Tylko nie chciałam czekać. Chciałabym jeszcze trochę poleżeć.

— Rób, jak chcesz. Ja idę popływać — powiedział, zabierając się za rozpakowywanie plecaka. Kinga przyglądała się jego powolnym ruchom. Był w samych kąpielówkach i kogoś jej przypominał. Zdaje się jakiegoś aktora. Tak, rozpoznała w nim młodego Antoniego — oczywiście chodziło o Antonio Banderasa. Nieznajomy, bo tak jakoś dziwnie się złożyło, że jeszcze nie znali swoich imion, miał zadbane, wysportowane i opalone ciało. Z kolei jej opaleniznę można było porównać do eskimoskiej, a raczej do opalenizny na zimę.

Kinga ponownie nałożyła okulary i włączyła muzykę, przyglądając się mężczyźnie, który z kolei założył okulary do pływania, wstał i ruszył w stronę morza. Kinga śledziła każdy jego krok, zaczynając żałować, że nie poszła z nim pływać. Jak rażona piorunem poderwała się z leżaka, wstała i krzyknęła za nim:

— Zaczekaj!

Mężczyzna odwrócił się i posłał jej lekki uśmiech.

— Już idę! — krzyknęła do niego. Kiedy podeszła bliżej, zasapana dodała:

— Wykończę się na tym słońcu.

— A gdzie się podziały twoje okularki i buty do pływania? Boso możesz sobie pokaleczyć nogi.

— No tak, gapa ze mnie. Zaczekaj tutaj, zaraz wracam — oznajmiła, czerwieniąc się ze wstydu jak niewinna nastolatka. Poczuła przypływ i uderzenie gorąca. Była wściekła, że w upale nie czuje na sobie czegoś odwrotnego — zimna i nie oblewa ją właśnie zimny pot. Wróciła do leżaka i przeszukała torbę plażową. Mężczyzna stał na brzegu, zanurzając stopy w wodzie, niecierpliwie czekając na swoją towarzyszkę. Kinga wyjęła z torby okulary z rurką, nałożyła obuwie i odwróciła się do mężczyzny. W pełnym słońcu wyglądała obłędnie w swoim różowym, dwuczęściowym stroju kąpielowym. Odłożyła torbę i z okularami w dłoni ruszyła w stronę wody. W butach stawiała pewne kroki, a jej długie blond włosy falowały na wietrze. Piersi unosiły się i opadały w rytm jej zdecydowanych, prędkich ruchów, a biodra swobodnie kołysały się na boki. Kobieta szła z uśmiechem na twarzy, ciesząc się pogodą i udanym wypoczynkiem. Zamoczyła nogi i westchnęła:

— Już jestem.

Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zapytał:

— Gotowa?

Odpowiedziała:

— Na przygodę zawsze.

Oboje założyli okulary z rurką, a mężczyzna ponaglił ją:

— No to idziemy!

Kinga szła dwa metry za nim. Zanurzyli się w wodzie i zaczęli podziwiać podwodny świat. Kilka metrów dalej rafa koralowa była znacznie piękniejsza, nie tak zniszczona jak ta przy pomoście, gdzie spotkali się rano. Kinga pływała, nurkowała, a potem wypłynęła, dłużej pozostając na powierzchni i obserwując, co dzieje się na brzegu. Na plaży wszystkie leżaki były już zajęte, a spora grupa ludzi bawiła się z dziećmi na brzegu. Znudzona, już chciała wracać, kiedy mężczyzna wypłynął i oznajmił:

— Tam jest żółw! Dawaj! Płyniemy!

Zanurkowali, a mężczyzna złapał ją za rękę i palcem wskazującym drugiej dłoni pokazał jej, gdzie jest żółw. Kinga była pod wrażeniem. Pod wodą było pięknie, zbyt pięknie. Mężczyzna puścił jej rękę, podpłynęli bliżej i zaczęli dotykać tego gigantycznego stworzenia. Kobieta była w siódmym niebie z powodu spotkania z naturą. Żółw odpłynął, a oni wrócili uradowani na brzeg. Najpierw opłukali się pod prysznicem, a później wrócili do swoich leżaków. Mężczyzna, stojąc tyłem do Kingi, pakował sprzęt do plecaka, a ona w tym czasie rozłożyła się na swoim leżaku, zamierzając się opalać. Wkrótce potem mężczyzna zarzucił plecak na ramię, odwrócił się i rzucił na pożegnanie:

— No to będę leciał.

— Już? Tak szybko? — zdziwiła się. Kinga była pod wrażeniem. Czuła się jak złodziejka cennych minut, osoba, z którą spotkał się wyłącznie z grzeczności.

— Mam sympozjum i muszę jak najszybciej wyjechać. Nie mógłbym odejść, nie poznając twojego imienia.

— A no tak, jeszcze się nie przedstawiliśmy… Jestem Kinga.

— A ja Hans — odpowiedział, ściskając delikatnie jej dłoń.

— To już będę szedł — dodał, zamykając jej usta, które chciały z ciekawości zapytać, co to za sympozjum go czeka. Swoim stanowczym zachowaniem zamknął jej usta, a ona nie pytała już o nic. Mężczyzna odszedł, wracając do hotelu, do swojego pokoju. Kobieta patrzyła za nim z lekkim niedowierzaniem. A może miała nadzieję, że się rozmyśli i zawróci? Czy sympozjum to była wymówka, by od niej uciec? Rozmyślała i rozmyślała, aż w końcu mężczyzna zniknął jej z oczu. Czy oby zniknął na zawsze?…

…Kinga w najlepsze oddawała się kąpielom słonecznym. Gdy tylko kostium kąpielowy wyschnął, szybko schowała się w cień, który dawał solidny parasol z uschłej trzciny. Pod nim ustawiła leżak w pozycji siedzącej. Z torebki wyjęła wodę i książkę. Postanowiła usiąść i przez godzinę, wsłuchana w szum morza, poczytać. Przewracała strony thrillera, podziwiając piękno Morza Czerwonego i jego fale. Za każdym razem, gdy przewracała kartkę, spoglądała w dal na błękit z bałwankami. Beztroski relaks przerwał jej znajomy damski głos za plecami:

— No nie wierzę, sama tutaj jesteś?!

— No, jak widać, sama — przytaknęła, gdy głos wreszcie zamilkł, a przed nią ukazała się postać.

— Pozwól, że dołączę, to będą już dwie samotne dusze.

— Siadaj i mów, co u siostry.

— W porządku, jeżeli można tak powiedzieć. To znaczy, że bardziej jest bez zmian… Nie jesteś głodna? No, chyba że już jadłaś, bo ja jak diabli i o niczym teraz nie myślę, tylko o jedzeniu.

— Jeszcze nie byłam na obiedzie i wiesz co, chętnie coś bym przekąsiła. Tylko zastanawia mnie, dlaczego przyszłaś najpierw na plażę, skoro jesteś głodna?

— Musiałam się trochę poruszać, pooddychać. Ciężko z moją siostrą wytrzymać. To trudna baba, a do tego strasznie marudna i daje się we znaki.

— Pani psycholog sobie nie radzi? Przecież zawsze potrafi sobie poradzić.

— Nie jestem sportowcem i raczej nie mam siły unosić ciężarów.

— Dasz radę. Wytrzymasz. Przecież nie będziesz tego wiecznie robić.

— Mówisz, że poradzę sobie?

— No pewnie. Zawsze byłaś uparta. Pamiętasz, jak na imieninach Baśki założyłaś się, że mimo braku talentu do śpiewu wystąpisz na scenie?

— Nie przypominaj mi o tym… To było karaoke w najczystszej postaci. Myślałam, że właściciel wyrzuci mnie w trakcie występu.

— Ale wygrałaś zakład.

— Mam dożywotni zakaz występów w tym lokalu.

— Zawsze byłaś uparta.

— Znaczy, że ja?… — zapytała, spoglądając na przytakującą głową koleżankę. — Tak, wygrałam, ale się ośmieszyłam.…

Obie parsknęły gromkim śmiechem.

Wspomnienia, wspomnienia, to były czasy. Stare, dobre czasy.

— Szkoda, że Kaśki dzisiaj nie ma — powiedziała Ewa, starając się opanować emocje. Wspomnienie pogrzebu koleżanki szybko przywróciło powagę.

— No, szkoda. Robiła pyszny sernik.

— Co ty, szarlotka była najlepsza.

Po chwili refleksji o dobrej przyjaciółce, kobiety opuściły plażę i udały się na obiad do restauracji. Późnym popołudniem pojechały w odwiedziny do Grażyny i Mohammeda. Kindze nie wypadało przyjść z pustymi rękoma, więc razem zakupiły kilka rzeczy dla kobiet i niemowląt. Na widok dziecięcych ubranek Grażyna się popłakała, bo wszystko było takie piękne. W ciąży jest się o wiele bardziej wrażliwym, a dzisiaj trafił jej się atak łez.

Wróciły do hotelu na kolację. Kinga, nakładając jedzenie na talerz, rozglądała się po sali za znajomym z Niemiec. Przyłapana przez Ewę, zaprzeczyła, twierdząc, że mężczyzna pewnie wrócił już do domu po sympozjum. Zasugerowała koleżance, że opuścił hotel. Rozmawiając, wyszły na zewnątrz, gdzie nie było klimatyzacji, i o dziwo, nie przejmowały się tym wcale. Kinga była trochę zawiedziona, że wieczór jest taki spokojny, a może już była zmęczona po całym dniu. Jak można być zmęczonym na wakacjach, nic nie robiąc? Otóż można, gdy dokuczają wybuchy. Hormony, ach, te hormony! Napady gorąca potrafią być tak męczące, że jedynym rozwiązaniem jest kąpiel i wieszanie prania. Na szczęście noc była spokojna. Ewa szybko zasnęła, a Kinga dobrze spała. Ewa, w przeciwieństwie do Kingi, nigdy nie miała takich problemów. Każda noc była dla niej przespana, a rano wstawała wypoczęta. Koleżance jednak zazdrościła, że nie ma mdłości i nie spędza tyle czasu w łazience, co ona. Doszła do wniosku, że gdyby istniała taka możliwość, zamieniłaby się z Kingą na bezsenność i wybuchy.

Pobyt za granicą dobiegał końca. Siostrze Ewy — Grażynie ściągnięto gips i powoli poruszała się o kulach. Jak na kobietę w jej stanie, radziła sobie świetnie. Kinga, nakładając jedzenie na talerz, rozglądała się po sali za znajomym z Niemiec. Mężczyzna dosłownie zapadł się pod ziemię. Widać, że ta znajomość nie była jej pisana na dłużej.

Ostatniego ranka przed popołudniowym odlotem do Polski usiadła na tarasie z kawą i kalendarzem, który służył jej do robienia notatek. Otworzyła go mniej więcej w połowie i zaczęła notować: „Moje wyjście z depresji.

Punkt pierwszy. Wakacje. Pod tym punktem zapisała: Egipt jest taki piękny.

Punkt drugi. Nowi znajomi. Pod nim odnotowała: Poznałam rodzinę siostry Ewy. Poznałam Niemca”.

Zaczęła pisać punkt trzeci, gdy usłyszała za sobą wzdychającą koleżankę.

Zza pleców rozległ się głos specjalisty.

— Zaznaczyłabym, że oba punkty nie są zrealizowane.

— Dlaczego? — zapytała, zamykając notes.

— Dlatego, że to ja namawiałam cię na ten wyjazd. Ty chciałaś jechać w Tatry. Nie pamiętasz?… A punkt drugi nie ma żadnego znaczenia, bo te osoby zostaną we wspomnieniach, a to musi być znajomość codzienna. Potrzebna ci moja droga trwała nowa relacja z osobą, która będzie odwiedzać cię w domu.

— Wiesz co, jesteś wścibską i pokręconą panią doktor.

— Może i tak. Co ci to przeszkadza? No to wybacz, ale do tej pory nie wiedziałam, że prowadzisz jakiś pamiętnik.

— Przestań. Z twoich porad dochodzę do wniosku, że ty wcale nie chcesz, żebym wyszła z depresji.

— Przecież muszę z czegoś żyć — zaśmiała się Ewa.

— Wiesz co, jesteś wścibską i pokręconą panią doktor. Obie parsknęły śmiechem. Kinga odłożyła kalendarz i dopiła kawę w towarzystwie przyjaciółki, która usiadła na krześle z ratanu po drugiej stronie szklanego stolika. Siedziały jeszcze pięć minut, a potem wyszły na śniadanie. Zostawiły na łóżkach stroje kąpielowe i odzież na zmianę, a po przebraniu wyszły na plażę z hotelowymi torbami.

Powrót

W samolocie Kinga wierciła się i kręciła, była bardzo niespokojna.

Nigdy nie potrafiła cierpliwie wysiedzieć w jednym miejscu przynajmniej godziny, a co dopiero podczas podróży. Dlatego, jak zawsze, często wstawała, by rozprostować nogi. Przyjemnym momentem w trakcie podróży było planowanie niedalekiej przyszłości. Z koleżanką ustalały konkretne miejsce sylwestrowego pobytu.

— Wiesz co, a może by tak już na święta wyjechać do Zakopanego?

— A ja myślałam, że gór nie lubisz, bo ostatnio odmawiałaś wyjazdu i pewnie powiesz, że wystarczy sam Kraków — odpowiedziała Ewa.

— Ależ ja lubię góry! Jesteśmy same i mogłybyśmy razem spędzić okres świąteczny, chociażby na Gubałówce.

— Powinnaś zaznaczyć, że teraz jesteśmy same. A co będzie, jeśli do tego czasu pojawi się pan X?

— To pojedzie i Twój pan X.

— Ale ja myślałam, że to będzie Twój pan X, a nie mój.

— Dobrze mi życzysz. Ja ci też.

— No to będzie trochę więcej osób i tyle. Z koleżanką ustalały konkretne miejsce sylwestrowego pobytu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.04