E-book
6.83
drukowana A5
37.5
Katalog L

Bezpłatny fragment - Katalog L


5
Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-8126-091-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.5

Dla mojego syna Jakuba

Wstęp

Dziś mija druga rocznica mojego ślubu. Już prawie południe, brak jednak bukietu czerwonych róż i prezentu, jak było zaledwie rok temu. Powodem tego jest fakt, iż mój małżonek przebywa piętnaście tysięcy kilometrów stąd i od roku unika ze mną wszelkich kontaktów, jakbym co najmniej zabiła mu przysłowiową mamusię siekierą. Moje usposobienie dalekie jest jednak od portretu charakterologicznego mordercy, wręcz przeciwnie — jeśli zdarza mi się wyrządzić komuś krzywdę, to zazwyczaj osobą skrzywdzoną jestem ja sama.

Pozwólcie, że się przedstawię: Monika, czterdzieści cztery lata, mentalnie jednak czuję się o wiele młodsza. Odnoszę wrażenie, że dzięki doświadczeniom życiowym z kilku ostatnich lat nareszcie jestem pełnoletnia. Urodziłam się i pierwsze czterdzieści jeden lat życia spędziłam w Krakowie. Moje dzieciństwo i młodość przepełnione były przemocą fizyczną, seksualną i psychiczną pomiędzy rodzicami (na bazie alkoholizmu), takie warunki stworzyli mojemu starszemu bratu i mnie. To jednak temat na zupełnie inną książkę i nie zamierzam się nad nim rozwodzić. Wspominam o tym, gdyż dzięki tak niewiejącemu nudą dzieciństwu przez większość życia borykam się ze stanami lękowymi, głównie agorafobią, oraz oczywiście z mocno zaniżoną samooceną. Tłumaczy to w dużym stopniu (przynajmniej mi samej) pewne moje wybory i schematy postępowania, a nawet uczucia.

W tym momencie siedzę w fotelu, w wynajętym mieszkaniu w Koninie, laptop na kolanach, piszę. Mój czternastoletni syn Jakub jest w szkole, a ja jestem bezrobotna. To, w jaki sposób znalazłam się w takiej sytuacji czterysta kilometrów od domu, spróbuję wyjaśnić Wam, opisując moją historię, która wydaje się plasować trochę powyżej średniej w skali przeciętności. Myślę również, że to, co mi się przydarzyło, może być przestrogą dla innych osób, nie tylko kobiet marzących o wielkiej miłości — takiej, która może przenosić góry i przemierzać oceany. Powiem szczerze, gdybym pięć lat temu mogła przeczytać podobną książkę… być może obecnie nie pisałabym mojej. A być może pomyślałabym po prostu: „Eee, mnie to przecież nie dotyczy”. Tego jednak, Drodzy Czytelnicy, już się nie dowiemy.

Rozdział 1. Osobno

Długo myślałam, od czego zacząć, i wymyśliłam, że najlepiej będzie, gdy cofnę się dokładnie o pięć lat. Pięć lat temu jest luty dwa tysiące dwunastego roku, jestem mamą dziewięciolatka i partnerką życiową jego ojca Adama (nigdy, przenigdy nie zamierzałam wychodzić za mąż!), niedawno obchodziłam trzydzieste dziewiąte urodziny i od wielu lat pełnię funkcję referenta w jednym z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie. Mieszkamy w moim M-4 położonym w odległości krótkiego spaceru od Wzgórza Wawelskiego. Nasz jedenastoletni związek znajduje się w stanie zaniku. Wszystko zobojętniało i opadło. Pozostajemy razem głównie dla dobra dziecka, nie dzieje się nic złego, ale też i nic dobrego. Moja agorafobia się nasiliła, uważam więc za wielką sprawę pomoc partnera w codziennych zakupach czy innych sprawach wymagających wyjścia z domu. Mam problemy z samodzielnym poruszaniem się na zewnątrz, raz jest lepiej, raz gorzej, do pracy jeżdżę taksówką. Swoje życie uważam za przeciętnie udane — moje dziecko jest bardzo mądre i bezproblemowe, lubię moją pracę, choć zarabiam minimum krajowe (tak jak mój partner w tej samej instytucji) i biorąc pod uwagę oszczędności, które udało mi się zgromadzić w „lepszych czasach”, jakoś udaje nam się związać koniec z końcem.

Agorafobia uczyniła mnie domatorką. Dzięki ci, losie, za Internet! Dzięki ci, mój partnerze, za Internet! Kilka lat temu nie byłam do niego przekonana, ale w końcu uległam namowom Adama i sama stałam się codzienną użytkowniczką tego cudownego wynalazku. Teraz to moje okno na świat, mój kontakt ze znajomymi z życia realnego oraz z tymi, których nigdy nie spotkałam. Oczywiście, mam profile na Facebooku, Twitterze oraz YouTube, prowadzę również swój blog. Internautka pełną gębą. Adam też wsiąkł kompletnie, ale pasja ta wcale nas nie łączy, wręcz przeciwnie — dwa komputery, osobne pokoje, osobne działania w sieci. Tu naprawdę nie ma już czego ratować.

Każdy dzień wyglądał właściwie identycznie. Dom — praca — dom. Po pracy obowiązki domowe, pomoc Kubie w lekcjach. Zawsze spędzałam z synem dużo czasu, w efekcie czego jesteśmy mocno związani emocjonalnie. Wieczory to oczywiście moje życie w wirtualnym świecie. Na Twitterze, idąc za przykładem innych, oprócz konta oficjalnego, założyłam drugie — fikcyjne. Nazwałam się Agnes. Agnes nie musi niczego przed nikim ukrywać. Mówi otwarcie o swojej fobii oraz innych problemach, gdy tylko ma na to ochotę, i przynosi jej to ulgę. Otoczona jest gronem znajomych z całego świata, którzy również dzielą się swym życiem, swymi troskami, schizami, chwilami złymi i dobrymi. Jak kto woli.

W życiu realnym zaś byłam zawsze uśmiechnięta i sprawiałam wrażenie osoby silnej i zaradnej. O mojej fobii wiedzieli tylko mój lekarz oraz partner i kilkoro przyjaciół. Nie do końca byli jej świadomi nawet moi rodzice, gdyż — dla własnego dobra — dawno temu musiałam odciąć się od nich psychicznie i — na ile się tylko dało — fizycznie. Matka i brat od lat mieszkali poza Krakowem, żyjąc w toksycznym związku. Ojciec od czasu urodzenia mojego syna wynajmował osobne mieszkanie. Okazał się fantastycznym dziadkiem i często odwiedzał wnuka. Dopóki nie uznałam, że Kuba jest wystarczająco duży, by być gotowym na tę wiedzę o mamie, mojej kondycji nie był też świadomy mój syn. Oczywiście nie wiedział nikt w pracy. Taxi nigdy nie podjeżdżała pod samą bramę muzeum, te kilkadziesiąt metrów mogłam spokojnie przejść bez ataku paniki czy omdlenia. Najwyraźniej wstydziłam się tej ułomności. Mój partner nie bardzo w nią wierzył i raczej uważał, iż jest mi wygodnie jeździć sobie taryfą, gdziekolwiek potrzebuję. Chyba nie chciałam, żeby inni również nie rozumieli, wolałam więc, by nie wiedzieli.

Życie, w którym codziennie trzeba się pilnować i udawać pełną sprawność psychiczną, której się nie posiada, może być bardzo męczące. Nie lubię kłamać, tak więc ciągłe zatajanie prawdy było dla mnie niełatwe, wręcz frustrujące.

Wsparcie i zrozumienie, jakie potrafili dać mi wirtualni znajomi, bardzo szybko przerodziło się w coś bardzo mi potrzebnego. Co za wspaniałe uczucie móc być sobą, móc dzielić się prawdą o sobie, o najciemniejszych zakamarkach swego jestestwa, i na dodatek widzieć, jak wiele osób mających podobne problemy jest w stanie zrozumieć moje. Joan niedawno straciła swego towarzysza życia, który na jej rękach przegrał walkę z rakiem. Teraz zmaga się z głęboką depresją. Princess boryka się ze stwardnieniem rozsianym oraz osobowością dwubiegunową. Rozwiodła się z mężem, który zdradzał ją na prawo i lewo. Ken jest bezrobotny, ma tyle schorzeń, że nie jest w stanie podjąć pracy. Obecnie wegetuje więc bez możliwości leczenia, gdyż nie posiada żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. W przetrwaniu pomagają mu rodzice staruszkowie. Luke jest gejem, ale ożenił się i spłodził dwójkę dzieci, by sprostać wymaganiom rodziny i środowiska, w którym żyje. W sferze materialnej nie brakuje mu niczego. Ludzie ci nie oceniają, nie krytykują, nie wyśmiewają ani nie dołują innych. Zbyt dużo sami przeszli i — podobnie jak mi — w realu pozostało im tylko trzymać fason, by jak najmniej narażać się na krytykę czy po prostu niezrozumienie otoczenia.

Jak to w wirtualnym świecie bywa, osoby przychodzą i odchodzą. Profil usunięty i szukaj wiatru w polu. W taki sposób, nagle i niespodziewanie, zniknął Jose, portier w luksusowym hotelu i tata trójki adoptowanych dzieci. Do tej pory nie wiem, co się z nim stało, a odnosiłam wrażenie, że byliśmy całkiem bliskimi przyjaciółmi. Zostali mi po nim nasi wspólni znajomi. Znajomi Josego, którzy nie byli dotychczas moimi znajomymi, również zaczęli rozmawiać w większym gronie, w którym i ja się znajdowałam. Próbowaliśmy pozbierać wszystko to, co wiedzieliśmy indywidualnie, by móc jakoś zrozumieć zniknięcie przyjaciela. W ten oto sposób poznałam użytkownika Twittera o nicku Zurkana.

Tweety Zurkany przepełnione były samotnością. Wyobcowany pisał, że nigdy nie był dla nikogo wystarczająco dobry. Opisywał, jak to parę lat wcześniej rozstał się ze swoją wieloletnią partnerką, matką jego córki. Gdy odchodził, dziewczynka miała trzy lata. Całe szczęście, że mógł ją widywać i spędzać z nią co drugi weekend. Odkąd się wyprowadził, wynajmował pokój z kuchnią i łazienką w domu, w którym mieszkały jeszcze dwie inne rodziny. Na tyle było go stać. Trzeba tu nadmienić, że dom był drewniany i w dużym stopniu zaatakowany przez korniki oraz że nie miał klimatyzacji. W Australii, gdzie się urodził i mieszkał, oznaczało to, że latem temperatura w mieszkaniu dochodziła do czterdziestu stopni Celsjusza — bez żadnej możliwości obniżenia — nawet przez kilka dni z rzędu, zimą natomiast, przy jednocyfrowych temperaturach nad ranem, wydychało się parę z ust. Stary, drewniany, nieszczelny budynek w tamtejszym klimacie. Na dodatek usytuowany był tak blisko torów kolejowych, że gdy przejeżdżały pociągi, wewnątrz trzęsło się dosłownie wszystko i podobno nie było słychać własnych myśli. Zurkana był pracownikiem biurowym w firmie transportowej, zajmował się fakturowaniem. Filia, w której pracował, mniej więcej od roku borykała się z poważnymi problemami i wiadomo było, że prędzej czy później zostanie zlikwidowana, póki co jednak miała tylu klientów, że ledwo, bo ledwo, ale dawała radę. Do pracy dojeżdżał pociągiem, dom od dworca dzieliło sto metrów. Mężczyzna ten wiele pisał również o prawdzie, szczerości, uczciwości wobec siebie i wobec innych. Brzydził się kłamstwem i manipulacją, co niezmiernie mnie w nim urzekło. Często wspominał o swoim niedopasowaniu społecznym, miał wielkie kompleksy na punkcie swego statusu materialnego. Stronił od ludzi i nie posiadał żadnych przyjaciół. Dowiedziałam się tego wszystkiego, czytając jego tweety, zanim jeszcze postanowiłam do niego zagadać. Pisał o sobie i swoim życiu bardzo dużo i bardzo często. Dla mnie był postacią niezwykle ciekawą, oprócz szczerości imponowało mi w nim to, iż miał szerokie spektrum zainteresowań, a co za tym idzie sporą wiedzę ogólną.

Szybko zaczęłam łapać się na tym, że wchodzę na Twittera głównie po to, by sprawdzić, co u Zurkany, jak się czuje i czy wszystko z nim w porządku. Po kilku dniach takiej obserwacji postanowiłam do niego napisać. Nie było to trudne, oboje okazaliśmy się bowiem pasjonatami kina i muzyki. Tak zostało nam od dzieciństwa, gdy muzy te były dla nas rodzajem zapomnienia i ucieczki od tego, co na co dzień działo się w naszych domach. Skomentowałam filmowy link, który udostępnił, a on odpowiedział na mój komentarz. Od słowa do słowa pisaliśmy już do siebie nie tylko tweety widoczne dla wszystkich, ale i przenieśliśmy nasze rozmowy do wiadomości prywatnych. Dowiedziałam się, że ma na imię Michael i jest o trzy lata starszy ode mnie. Wymieniliśmy się zdjęciami — był wysokim, postawnym brunetem o lekko kręconych włosach i ciemnej karnacji. Bardzo przystojnym, wysokim, postawnym brunetem o lekko kręconych włosach i ciemnej karnacji. W krótkim czasie staliśmy się nierozłączni. Rozmawialiśmy, kiedy to tylko było możliwe. Dziewięć godzin różnicy pomiędzy strefami czasowymi nie ułatwiało naszych kontaktów, ale pisaliśmy do siebie nawet wtedy, gdy jedno z nas spało, i odczytywaliśmy te wiadomości zaraz po przebudzeniu.

Zakochałam się po uszy, co ważniejsze jednak — zakochałam się z wzajemnością. Michael od razu zaakceptował mą agorafobię, nie było to dla niego niczym wielkim czy dziwnym, jak się okazało, jego mama od ponad dwudziestu lat przebywała w domu opieki i chorując na schizofrenię, nie była w stanie funkcjonować sama. Odwiedzał ją co niedzielę, robił potrzebne zakupy i spędzał z nią trochę czasu. Nigdy jednak nie zostawał długo, choroba matki była dla niego ciężka do zniesienia. Dla mnie i tak był bohaterem i podziwiałam sam fakt, że tak często jeździ do niej, mimo iż ma ona zapewnioną całodobową profesjonalną opiekę. Ja swojej toksycznej matki unikałam jak ognia. Ojca nie znał, jedyne, co wiedział od matki, to to, że był to człowiek mający problemy z prawem i mocno nadużywający alkoholu oraz że płynęła w nim aborygeńska krew. Mike miał również dwójkę starszego rodzeństwa. Dzieci te miały innych ojców i zostały oddane przez matkę zaraz po urodzeniu, a była to wspólna decyzja mamy i babci Michaela. Gdy pojawiła się trzecia ciąża, babcia zadecydowała, że tym razem dziecko trzeba zostawić, by jej córka wreszcie, jak to się brzydko mówi, usiadła sobie na dupie oraz miała zajęcie i obowiązek. W ten sposób Michael od urodzenia został skazany na dorastanie z chorą psychicznie matką, która miała lepsze lub gorsze okresy, ale której choroba postępowała. Od siedemnastego roku życia dość regularnie poddawano ją elektrowstrząsom, gdy jej stan się pogarszał. Była to dla niej jedyna skuteczna metoda powrotu do jakiej takiej normy na kolejne kilka miesięcy czy rok.

Rozmawiając o naszych traumatycznych dzieciństwach oraz o tym, w jaki sposób wpłynęły one na nasze życie, bardzo zbliżaliśmy się do siebie. Dawaliśmy sobie nawzajem wielki komfort zrozumienia i wsparcia. Naprawdę nikt wcześniej nie rozumiał mnie tak jak Mike, a on twierdził to samo na mój temat. Czułam się kochana i potrzebna. Kochana przez osobę, której nie widziałam na oczy, i potrzebna jej bardziej niż jakiejkolwiek osobie w życiu, oczywiście z wyjątkiem mojego dziecka.

Zaledwie przez trzy miesiące ukrywałam przed domownikami mój związek z Michaelem. Poznaliśmy się w lutym, a już w maju postanowiliśmy sobie, że będziemy razem — nieważne, jak długo zajmie i jak trudna będzie realizacja tego postanowienia.

Pewnego majowego poranka znalazłam na poczcie maila z załącznikiem do klipu na YouTube. Kliknęłam w link i oczom moim ukazał się Mike śpiewający dla mnie „Heartbeat” Davida Sylviana & Ryuichi Sakamoto. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej piosenki, a była tak piękna. Wzruszenie nie pozwoliło mi opanować łez. Żadnego mężczyzny wcześniej nie kochałam tak bardzo. To stwierdzenie jest zresztą aktualne do dnia dzisiejszego. Uważaliśmy siebie za bratnie dusze i to, by w końcu móc być razem w realnym życiu, stało się naszym priorytetowym celem. Nie było już odwrotu, miłość była tak mocna, byliśmy przekonani, iż zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by mieć siebie naprawdę i na zawsze.

Wiedziałam już, że chcę oznajmić całemu światu o naszych zamiarach. Nie byłam w stanie dłużej niczego przed nikim ukrywać. Pierwszą osobą, której zamierzałam powiedzieć o mojej nowej miłości oraz planach, była jedyna osoba, której te plany miały również bezpośrednio dotyczyć — mój syn. Poprosiłam Mike’a, by nagrał krótki film dla Kuby i troszkę się w nim przedstawił. Zrobił to chętnie i nazajutrz dysponowałam już czterominutowym nagraniem, przeznaczonym w całości dla mojego dziecka. Michael opowiadał Kubie o tym, jak mnie poznał, jak mnie pokochał, jak pragnie, abyśmy oboje, Kuba i ja, przylecieli do niego do Australii, byśmy mogli stworzyć kochającą się rodzinę. Wspomniał o tym, jak mówiłam mu, iż Kuba jest dobry w grze w szachy, i miał nadzieję, że mój syn pomoże mu stać się lepszym graczem. Całe nagranie było cudowne i tylko utwierdzało mnie w tym, jak wspaniałego faceta udało mi się poznać w tej wirtualnej dżungli.

Była to sobota. Adam udał się do pracy, gdyż pracował przez większość weekendów, mając za to wolne poniedziałki oraz inne dni wynikające z grafiku. Po śniadaniu usiadłam razem z synem i przeprowadziłam z nim pierwszą w życiu tak poważną rozmowę. Na szczęście los obdarzył mnie wyjątkowym dzieckiem i nie jest to tylko moje nieobiektywne zdanie. Najtrafniejsze określenie, jakie usłyszałam na temat Kuby z ust przyjaciela domu, brzmiało: „Twój syn ma bardzo starą duszę”. Całkowicie się z tym zgadzam. Odkąd był maleńki, miałam wrażenie, że to dziecko rozumie o wiele więcej, niż powinno jak na swój wiek i doświadczenie. Zawsze cechował go spokój, był obserwatorem, mówić zaczął bardzo wcześnie i w wieku kilku lat miał słownictwo dorosłego człowieka. Z tego powodu w wieku trzech lat został skierowany przez pediatrę do Katedry Językoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie prowadzone były badania nad rozwojem mowy. Badane były dzieci, u których zauważono wyjątkowo dobry rozwój mowy, oraz te, które miały w tej sferze opóźnienia. Uczestniczyliśmy w tych badaniach przez kilka lat, tam również stwierdzono ponadprzeciętną inteligencję Kuby. Usiedliśmy więc w ciszy, moje małe, stare dziecko i ja. Wyglądało to mniej więcej tak:

— Kubusiu, zauważyłeś pewnie, że mama i tato od dawna już spędzają ze sobą mało czasu, mało rozmawiamy i żyjemy tak sobie, jakby obok siebie? — zapytałam spokojnie.

— Tak, wiem, w końcu tu mieszkam — odpowiedział Kuba, sprawiając wrażenie, jakby nie usłyszał niczego nowego.

— Jesteś pierwszą osobą, której chciałam powiedzieć, że poznałam kogoś, kogo bardzo polubiłam. I ta osoba również polubiła mnie. Jak wiesz, po pracy nie wychodzę z domu, poznałam tego pana w Internecie. Dużo mu o tobie opowiadam, tak że on też już całkiem dobrze cię zna. Widział masę twoich zdjęć, wie, jak sobie radzisz w szkole, jakim jesteś dla mnie oparciem i moim światem.

— Mamo, nie przesadzaj — powiedział ten młody człowiek, który nigdy nie przepadał za komplementami.

— Rozmawiam z tobą w tej chwili, bo muszę znać twoje zdanie na temat naszej ewentualnej przeprowadzki. Wiesz, że bez ciebie mama nigdzie nie pojedzie.

— A gdzie mieszka ta osoba? — zapytał Kuba z ciekawością.

— Ma na imię Michael i mieszka w Australii — odrzekłam synowi.

— Aaa, to nie tak daleko, tylko Czechy przelecimy — rzucił Kuba spontanicznie.

— No nie za bardzo, synu, przynieś globus i znajdziemy Australię — poleciłam mu, lekko martwiąc się o to, jak zareaguje, dowiadując się, gdzie faktycznie leży kraj, o którym była mowa.

Już w drodze powrotnej ze swojego pokoju Kuba zauważył, że pomylił Australię z Austrią.

— Mamo, pragnę zauważyć, że to jest na drugim końcu świata — powiedział, przemierzając palcem na globusie drogę z Polski do Australii. — Ale słyszałem w telewizji, że jest tam o wiele lepsze życie, pamiętam taki program, a w nim rankingi — dodał lekko podekscytowany.

— Zgadza się, Kuba, nie można nawet porównać ekonomii Australii i Polski. I jest tam ciepło cały rok. Występuje tam również cała masa pająków i innych insektów, które uwielbiasz. Ja chciałabym wyjechać, ale jeśli ty miałbyś coś przeciw temu, muszę to wiedzieć jak najszybciej. Wiesz, żeby nie robić nadziei sobie ani Michaelowi. — W tym momencie moje szczęście zależało od decyzji dziecka.

— Mamo, przecież mnie w tym kraju nic nie trzyma — odpowiedział spokojnie Kuba.

Tak wyglądała moja rozmowa z dzieckiem, które za kilka dni miało obchodzić swoje dziesiąte urodziny.

Na zakończenie pokazałam synowi film nagrany dla niego przez Mike’a. Zatrzymywałam nagranie co jakiś czas, by wszystko dokładnie przetłumaczyć Kubie na polski, choć sam rozumiał wiele. W domu często mówiłam do niego po angielsku, wiedząc, że jest w wieku, w którym drugi język bardzo łatwo wchodzi do głowy. W szkole również uczył się angielskiego.

— Bardzo fajny ten Michael — stwierdził z namysłem Kuba po obejrzeniu filmu. — Mój ojciec chyba w życiu nie wypowiedział do mnie tylu słów.

Późnym wieczorem, gdy Kuba już spał, przeprowadziłam rozmowę z Adamem. Odbyło się to zupełnie spokojnie, można powiedzieć bez emocji. Poinformowałam go, że mam kogoś oraz kim jest ta osoba i gdzie mieszka. Powiedziałam, że moje plany obejmują przylot Michaela do Krakowa oraz nasz ślub, a następnie staranie się o wizę do Australii dla mnie i Kuby. Tak, zmuszona byłam zmienić zdanie na temat zamążpójścia, gdyż wyjazd z dzieckiem musi mieć ręce i nogi, spełniać warunek poczucia bezpieczeństwa. Uzyskanie stałego pobytu w Australii nie jest wcale sprawą prostą. Poza tym byłam tak zakochana, że sama zupełnie szczerze pragnęłam tego małżeństwa. Powiedziałam Adamowi, że rozmawiałam z Kubą i że wyraził on chęć wyjazdu ze mną. Ta nasza rozmowa trochę rozmyła mi się w pamięci, dobrze pamiętam jednak Adama, mówiącego, że jak zwykle zrobię to, co chcę, gdyż zawsze stawiam na swoim. Do ewentualnego wylotu Kuby z kraju niezbędna była notarialnie poświadczona zgoda ojca, o tym również rozmawialiśmy. Adam powiedział, że jeśli Kuba osobiście mu potwierdzi, że chce wyjechać, on ze swojej strony nie będzie robił problemów. To była dobra cecha mojego partnera — wiedząc, że niewiele jest w stanie zrobić, nie zamierzał utrudniać sytuacji.

Nazajutrz, w mojej obecności, Adam porozmawiał z Kubą. Była to dobrze przeprowadzona rozmowa, wcześniej obawiałam się, czy nie będzie chciał wzbudzić w synu poczucia winy, wypomnieć mu, jak łatwo przychodzi mu opuścić ojca, ale nic takiego się nie stało. Kuba potwierdził, że chce wyjechać, gdy przyjdzie czas. Obiecali sobie utrzymywać kontakty na odległość, w dobie Internetu nie stanowi to problemu. Czułam wielką ulgę i cieszyłam się, że każde z nas wreszcie wie, na czym stoi.

Nareszcie nie musiałam już niczego ukrywać! Kontakty z Michaelem mogły wzbogacić się o rozmowy przez Skype’a. W dni powszednie, gdy wracałam z pracy, u niego było już po północy, nie były więc one możliwe, za to w weekendy, gdy tylko się budziłam, zasiadałam do wielogodzinnej sesji. Nie tylko zasiadałam, robiłam też podczas naszych rozmów to, co musiałam, np. w kuchni. Kończyliśmy te rozmowy dopiero, gdy Mike szedł spać. Oczywiście Kuba również był ich uczestnikiem i dzięki temu jego angielski z tygodnia na tydzień ulegał poprawie. Za pośrednictwem Skype’a przedstawiłam też Michaelowi ojca Kuby. Było OK.

Co drugi weekend u Mike’a przebywała jego sześcioletnia wówczas córka Felicity. Na początku nie dziwiło mnie to, że nie skype’ujemy, gdy młoda jest u niego. Oczywiście oboje z Kubą chcieliśmy ją poznać, byliśmy jednak cierpliwi. Po kilku miesiącach takiego stanu rzeczy Kuba zapytał mnie:

— Mamo, czy Felicity nie powinna wiedzieć o naszym istnieniu, skoro mamy się tam zjawić? Chyba lepiej, gdy dziecko wie wcześniej o takich rzeczach. Tak, jak ja wiem od dawna, że wyjadę. Gdybym tak dowiedział się w ostatniej chwili, nie wiem, jak bym zareagował.

Te słowa syna dały mi do myślenia. Obiecałam mu, że przy najbliższej okazji porozmawiam o tym z Michaelem. I tak też się stało. Nie czekałam z poruszaniem tego tematu do następnego Skype’a, rozpoczęłam go podczas naszych codziennych rozmów na Messengerze.

Napisałam: „Kochanie, znasz moje dziecko od miesięcy, czy nie zbliża się już pora, byśmy poznali Twoją Flis, a ona nas?”.


Przytoczyłam również wypowiedź Kuby na temat tego, jak to lepiej zrobić taką rzecz wcześniej niż w ostatniej chwili. Na odpowiedź, jak chyba nigdy wcześniej, czekałam dobre pół godziny. Przeczytałam, że Mike najpierw musi porozmawiać z matką Flis, Helen.


„Dobrze, więc porozmawiaj, jeśli jest taka potrzeba” — odpisałam.


Mama Flis od dłuższego czasu miała nowego partnera, który mieszkał z nią i Felicity. Przyszło mi więc do głowy pytanie: „Pewnie twoja była partnerka również pytała cię o zdanie, gdy Flis miała poznać jej nowego faceta?”. Chciałam zrozumieć, jak to u nich „działa”. Na odległość łatwo jest o nieporozumienie, zwłaszcza że różnice w mentalności słowiańskiej i australijskiej są naprawdę spore. Uzyskałam odpowiedź, że nikt nie konsultował z Michaelem pojawienia się nowego partnera jego eks w życiu Flis, ani nawet zamieszkania tej osoby razem z jego córką. W tym momencie pierwszy raz zapaliła mi się czerwona lampka.

Rozmowa stanęła na tym, że Michael ma powiedzieć swojej byłej partnerce o istnieniu moim i Kuby oraz zapytać ją o zgodę na to, by Flis mogła poznać nas przez Skype’a.

Minęło kilka dni. Rozmawialiśmy o wszystkim, tylko nie o tym, byłam więc zmuszona ponownie zacząć drążyć temat. Im bardziej dopytywałam, dlaczego występuje taki problem z naszym poznaniem Felicity, tym bardziej czułam, jak Mike się wycofuje. Odpowiedź na moje pytanie musiała jednak w końcu nastąpić.

„Boję się” — przeczytałam.

„Czego się boisz?” — zapytałam.

„Nie wiem” — odpowiedział.

Od początku naszej znajomości Mike zapewniał mnie, że Helen już nic dla niego nie znaczy i że kontakty z nią zmuszony jest utrzymywać tylko i wyłącznie ze względu na córkę. Wydawało mi się to jak najbardziej logiczne, ale chyba jednak nie do końca było tak, jak mówił Michael. Rozmawiając z nim o tym, czym spowodowany jest jego strach, wyłonił mi się nieco inny obraz jego relacji z mamą Flis. Kobieta faktycznie utrzymywała z Michaelem kontakty tylko dlatego, że był ojcem jej dziecka. Miała swoje nowe życie, nowego partnera, rodzinę, przyjaciół. Prowadziła bogate życie towarzyskie — imprezy, wyjazdy. Mike od czasu rozstania z nią żył jak pustelnik. Zawsze był samotnikiem, ale okres, o którym mowa, stanowił czas, w którym całe jego życie polegało na wyjściu do pracy, niedzielnych odwiedzinach u matki oraz czterech dniach w miesiącu spędzonych z córką. Zero przyjaciół, ba! zero znajomych. Poważnie mówiąc, jedyni znajomi, o jakich mi wspominał, mieszkali tysiąc kilometrów od niego — dwie osoby, które poznał w szkole wieczorowej dwadzieścia lat wcześniej. Była partnerka Mike’a była więc ostatnią osobą w jego życiu, z którą kiedyś wiele go łączyło i z którą nadal miał częsty kontakt. Przy generalnym braku ludzi w życiu taka osoba nie mogła być obojętna. Mogłam wyczuć, że Michael z jakiegoś powodu obawia się opinii swojej eks, obawia się tego, co ona może pomyśleć, powiedzieć, jak zareaguje. Wcale a wcale mi się to nie podobało, zwłaszcza że nieprzerwanie utwierdzał mnie w przekonaniu, jak bardzo ta osoba jest dla niego nieistotna. Ja mogłam normalnie i bez jakichkolwiek obaw wyłożyć mojemu byłemu kawę na ławę i wszystko było w porządku. Michaelowi do przeprowadzenia rozmowy ze swoją byłą potrzebne były miesiące przygotowań.

W końcu jednak Kuba i ja doczekaliśmy się, że zgoda na to, byśmy mogli pojawić się w życiu Flis, została wyrażona. Parę pierwszych rozmów przez Skype’a przełamało nieśmiałość tej bardzo energicznej dziewczynki i wszelkie bariery zniknęły. Kuba prezentował Michaelowi swoje kolekcje czołgów i samolotów, Flis dla mnie tańczyła i śpiewała.

Mijały miesiące, a przylot Mike’a odkładał się w czasie. Niestety, bez pieniędzy takie przedsięwzięcia są bardzo trudne w realizacji. Sama miałam spore oszczędności, zanim trafiłam do muzeum, stawiałam tarota, zajmowałam się ezoteryką i bioenergoterapią. W tamtych czasach powodziło mi się wyśmienicie i zdołałam odłożyć znaczną sumę. Zdawałam sobie sprawę, że gdy nadejdzie czas załatwiania spraw wizowych oraz zakupu biletów lotniczych dla mnie i Kuby, nikt nie pomoże mi w tym finansowo. Proces wizowy wymagał długotrwałego załatwiania, w tym tłumaczenia przysięgłego na język angielski stosów dokumentów i formularzy, wcześniej potwierdzonych przez notariusza, oraz kosztownych badań w specjalistycznej klinice współpracującej z australijskim Departamentem Imigracji i Ochrony Granic. Na mnie spadał też koszt organizacji ślubu w Krakowie. Mike nie posiadał żadnych oszczędności, a potrzebował takiej kwoty, która wystarczyłaby na przelot w obie strony oraz miesięczne pokrycie kosztów wynajmowanego mieszkania podczas jego nieobecności. Musiał też być w stanie przelać australijskie „alimenty” na konto miejsca, które porównać można do polskiej świetlicy, czyli tam, gdzie przebywała jego córka przed i po szkole. Tu również potrzebował środków na miesięczną opłatę. Wszystko to stanowiło kwotę ponad trzech tysięcy dolarów australijskich. Takich pieniędzy nie zaoszczędziłby z pensji przez dziesięć lat. Było to nierealne. Jedynym wyjściem było wzięcie kredytu, ale przy jego niskich zarobkach żaden bank ani inna firma nie kwapiła się takiej pożyczki udzielić. Nie tracąc jednak nadziei, że w końcu uda się zorganizować potrzebną sumę, trwaliśmy przy sobie, wspierając się, jak to tylko było możliwe. Nasza relacja zacieśniała się, tęsknota sprawiała, że miłość była jeszcze głębsza, a nasze marzenia jeszcze odważniejsze. Ja, przybita wcześniejszym życiem w marazmie, miałam teraz tyle energii, że nie poznawałam samej siebie. Znajomi i współpracownicy również zauważyli tę przemianę. W końcu i z nimi podzieliłam się tym, co dzieje się w moim życiu i jakie mam plany na przyszłość. Zdania odnośnie mojej decyzji wyjazdu z dzieckiem „w nieznane”, do osoby, którą póki co znam tylko z Internetu, były podzielone. Jedni szczerze życzyli mi i Michaelowi szczęścia i powodzenia, drudzy uznali mnie za osobę skrajnie nieodpowiedzialną, stawiającą na szali zwłaszcza los mojego dziecka. Zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że być może wyjeżdżam, by skończyć w domu publicznym, a Kuba zostanie spreparowany na przeszczepy organów, i to też muszę brać pod uwagę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.5