E-book
10.92
drukowana A5
39.83
drukowana A5
Kolorowa
69.65
Kanalie

Bezpłatny fragment - Kanalie


3
Objętość:
294 str.
ISBN:
978-83-8189-091-5
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 39.83
drukowana A5
Kolorowa
za 69.65

„(…) W tej chwili wspinam się na wyżyny własnego masochizmu.” — Quentin Tarantino, cytat z filmu „»Kill Bill«”


Ty i ja, mój panie, przewyższamy nikczemnością wszystkich skurwysynów” — David Lynch, cytat z filmu „Zagubiona Autostrada”.


Bon Appetit” — Hannibal Lecter


Gdybym zjadł zupę ugotowaną na alfabecie, wysrałbym lepsze teksty niż te”. — Johnny Nerrer


Nie rozmawiaj ze mną na temat pisania, ty nie potrafiłbyś napisać „kurwa” na zakurzonych żaluzjach”. — Coral Browne


Najlepszą część swojej osoby pisarz przelewa na papier, reszta to brednie”. — Charles Bukowski


O rety, rety.” — Kubuś Puchatek


Autor to dzieło pragnie zadedykować Pamięci Thomasa H. Crapper’ a — Wynalazcy Spłukiwanej Toalety.


Głowny bohater, natomiast, chce zadedykować je Sashy Grey — aktorce filmów porno, udowadniającej, że przerost formy nad treścią, najlepiej się sprzedaję.

Niniejsza książka jest przeznaczona dla dorosłego czytelnika, jesli tacy oczywiście istnieją. Jeśli się komuś nie spodoba, mam to gdzieś. — Samuel Serwata

KANALIE

Rozdział 1. Urzekła nas (…) twoja historia

Salvador Messien wieczorkiem stał na zatłoczonej ulicy, pod murem kamieniczki, którą chodzili tylko zbawiciele ludzkości.

Rozejrzał się wokół i wyjął spod kurtki farbę w sprayu. Potrząsnął nią i zaczął pisać starannie transparent na murze. Kończąc usłyszał szelest i obejrzał się odruchowo. Dwóch rosłych gości, jeden punk a drugi skin, naparło na niego. Spray wypadł na chodnik, w zrywie nagłej ucieczki. Szybcy i silni, współpracowali w ten sposób pewnie wiele razy. Jeden trzymał od tyłu pod ramiona, drugi walił pięściami w brzuch. Tracąc przytomność wraz z wydychanym powietrzem, osunął się na chodnik. By poczuć metalowe kopniaki glanów, niepohamowanych, jak seria z karabinu, rozrywające ciało z najwyższą brutalności furią. Krzyk tłumiony był w gardle, z którego wydobywał się jedynie skrzekliwy jęk bólu, potu, krwi i nadciągających konwulsji. Punk podniósł spray i podszedł do muru. Zamalował graffiti skopanego, i napisał coś po swojemu, po czym cisnął puszką za siebie. Messien leżał dalej, płacząc z bólu, i czekając aż ucichną w pustce wiatr. Ręce uginały się, nie mogąc utrzymać ciężaru jego ciała. Dyszał ciężko i znów opadł półprzytomny.

Kiedy wstał spoglądając na napis, postanowił odwrócić się i oprzeć, stojąc jak stał wcześniej. Za nim na murze na zapisanym nieznanym wcześniej haśle, czerwonym sprayem napisane było niedbale „Punx not dead!” Patrzył nieprzerwanie przed siebie, ale tak naprawdę, nie wpatrywał się w coś szczególnie konkretnego.

Miał on osiemnaście lat, długie włosy i beret. Na sobie czarne jeansy, obdarte i brudne, czarno — czerwony sweter w grube pasy, a na szyi chustę ze wzorem zebry. Na dłoniach fioletowe rękawiczki bez końcówek palców.

Stał z jedną nogą opartą o mur. W ręku nieruchomo trzymał kij baseballowy, ozdobiony naklejkami, nacięciami i gwoździami, którego nie udało mu się pochwycić wcześniej. Uśmiechał się nienaturalnie szeroko. Zdawać się może, że od ucha do ucha. Czarna szminka zaznacza wyraźnie kąciki jego ust. To szminka, prawda?

Z jego lewej strony wybiegło pięciu z gangu Pierrotów. Wszyscy byli ubrani identycznie jak on. Krzyczeli i skakali mijając go. Messien stał tak niewzruszony, nawet nie mrugając. Pierroci przystanęli na jego widok. Podszeptując, zaczęli go okrążać. Będąc coraz bliżej. Stanęli tuż przed nim, a ludzie wokół zaczęli się rozchodzić. Każdy gatunek potrafi przewidzieć swoją śmierć. Zerwał się wiatr potrząsając mrugającą latarnią. Latarnia zgasła.

Każdy z nich miał przy sobie jakiś gadżet. Jeden pałkę, inny łańcuch, trzeci brzytwę itd. W końcu jeden z nich coś powiedział. I nie był to Messien.

— Hej kum — kej kum. Chyba nie należysz do naszej społeczności dupku?

Pierrot na próżno czekał na odpowiedź.

— Mówię coś do ciebie, ty niewychowany ćwoku?

— Chcesz nas sprowokować? To ci się udaje! — Wtrącił drugi

— Dlaczego nosisz nasze stroje?

— Ja chyba wiem, kto to jest!

— Kto?

— To ten brudas, który zepsuł naszą siostrę. Ten krzywy grymas poznam wszędzie.

— No to masz przemodelowane, koleś. Dobrze, że akurat tędy przechodziliśmy.

— Ta jest. Mamy fart.

Cisza. Nikt nie wiedział, na co Messien czeka. Wydawało się, że w ogóle ich nie słyszy i nie widzi. Dopiero po dłuższej chwili, odważył się zrobić pierwszy ruch. Prostuje kij w dłoni, poruszając tylko nadgarstkiem. Miał on taką wyjątkową zdolność, że całe jego ciało mogło wykonywać niezwykłe, nienaturalne ruchy. Jego twarz nadal pozostała niewzruszona. Przez chwilę trzyma go w taki sposób by lekko i znienacka uderza najbliżej stojącego. Trafił Pierrota w brodę. Uderzył z taką siłą, że głowa mu odskoczyła do tyłu i upadł na ziemię. Zaczął krzyczeć, nie z bólu, ale jakby zobaczył najbardziej przerażającą rzecz na świecie, przez którą wie, że zginie. Najdziwniejsze było to, że Pierrot, patrzył się w niebo, a nie na Messiena. I tak miało już zostać.

We wszystkich zebrała nienawiść. Messien wykonał kolejny ruch. Zaczął chichotać. Jego usta dalej wyglądały tak samo. Ruchy głowy były minimalne i mechaniczne zarazem. Jego chichot zamienił się w pełen paranoi i histerii śmiech. Po kilku sekundach zamilkł.

— To ty napisałeś to gówno na murze farbą?

Pierrot w rękawicach bokserskich podszedł i walnął Messiena w brzuch. Ten nawet tego nie poczuł, a przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać. Jednak jedna rzecz się zmieniła. Grymas twarzy. O ile przedtem wyglądał jak manekin, błazen, teraz jego usta przechyliły się z całą długością w dół, powodując efekt “złego goblina”. Messien zrobił mały krok do przodu. Kolejny Pierrot zaczął wywijać łańcuchem, a on zaczął ponownie chichotać i podskakiwać w miejscu, jak małe dziecko.

— Nie, ja napisałem Hitler Kaputt!

Kiedy tamci zachłysnęli się śmiechem. W nieoczekiwanym momencie wyskoczył wysoko, uniósł kij ponad głowę i uderzył kolejnego z taką siłą, a z kija posypały się drzazgi. Na głowie Pierrota pojawia się głębokie wgniecenie, a z ranek po gwoździach, zaczęła wypływać posoka. Nie tracąc czasu walnął kolejnego, końcówką w brzuch. Miotając się cały czas, skacząc i chichotając nie przerwanie, w pełnym chaosie, agresji i absurdu pokazie. Pierrot z łańcuchem próbował owinąć go w locie wokół kija, ale ostatecznie kij znalazł się w jego przełyku. Pozostałych dwóch uciekło.

Messien okrążył leżących. Jego uśmiech groteskowo ukazywał przejaw zła. Nienawidził tego. Nienawidzi z całego serca, gdy go zaczepiają nieznajomi na ulicy, mający do niego jakiś problem. Tacy czują się zbyt pewni siebie. Myślą, że im nikt nie podskoczy. Myślą, że ujdzie im to płazem, że człowieka nastraszą, bo jest ich więcej, ale nie. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest niski czy duży, gruby czy chudy. Chodzi o pokłady nerwów w kotłujące się w głowie. Chodzi o stres, i o jego wyładowaniu w formie agresji. Czasami te rzeczy decydują o tym, że można pod wpływem adrenaliny nie tylko pobić dwa razy większego od siebie. Ale także go zabić.

Messien kopnął jednego w bok. Żadnej reakcji. W tym przypadku, zabił w afekcie, aż trzech. Chciał już odejść, ale w jego oczach zabłysła leżąca na chodniku brzytwa. Podniósł ją i studiował przez chwilę. Poczuł, że wpadł na genialny pomysł…

— La roi est mort. Viva la mort! — Krzyknął donośnie i pobiegł w dal.

Później. Teraz. Salvador Messien stoi przy murze obok śmietnika. Wokół niego jest ciemno. Nikt, kto by się nie wpatrywał, nie dałby rady go dostrzec. Salvador najpierw bada teren, dopiero później odpala papierosa. Był przecież nieletni. Miał siedemnaście lat. Nie chciał, by przez przypadek ktoś go podkablował, przyjechałyby wtedy policja i zwinęliby go prosto do rodziców. A tego nie chciał. Nie chciał, by się dowiedzieli, że pali, bo jego starzy to takie prukwy, które jak się dowiadują, że robisz coś nielegalnego, albo wbrew ich woli, to możesz mieć nawet czterdziestkę na karku i mieć areszt domowy. Nikt nie rozumie, że papierosy koncentrują myśli i wywołują uczucie spokoju, bo Messien musi mieć spokój do pisania poezji, bo Messien jest poetą, i w domu jej nie zazna. Oczywiście, Messien tłumaczył sobie to, że jak skończy upragnioną osiemnastkę to wszystko się zmieni. Wyprowadzi się na mieszkanko swojej babki, niezależnie od tego, czy będzie żyła czy nie. Wierzył, że gdy skończy osiemnaście lat, wszystko już nic nie będzie takie same. Zmieni się układ planet na niebie, ktoś wyremontuje chodniki, w supermarketach ludzie dostaną podwyżki, no i skończy się w końcu “moda na sukces”.

Messien gasi zapałkę. Rozgląda się czy aby nikogo nie ma, i dopiero wtedy wydmuchuje kłąb dymu. Gdy z budynku naprzeciw, wychodzi jakaś osoba, nie ważne czy go zna czy nie, on chowa zaraz papierosa i ukrywa się jak wojownik ninja przed śmiertelnym wrogiem szukającym zemsty. Gdy osoba ta przechodzi, nawet nie zerknąwszy w jego stronę, pali dalej. Osoba przysiadła na ławeczce. Messien odwraca się niepostrzeżenie, czując, że to on podgląda dilera albo kolesia, który czeka na panienkę. Zapatrzony w swego peta, nawet nie zauważył jak jakiś starszy koleś w garniturku o mało na niego nie wlazł. Opierdolił go tylko soczyście. I dosłownie o mało się nie posrał ze strachu, gdy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Znerwicowany zignorował to, udając, że nic nie poczuł, chociaż nie było to zbytnio realne. Idzie przyśpieszonym krokiem kawałek, i ukradkiem zerka przez ramię w ten sposób, żeby go nikt w razie, czego nie rozpoznał. Nie widział zbyt dobrze. Wszedł w jedną z naprawdę ciemnych alejek. Skrył się w mroku i palił.

Ahmed &Abdul wyglądał jak góra. Siedział w ciemnym dużym fotelu. Był potężnym stworem jak na człowieka. Miał szpetną mordę, a raczej dwie mordy zrośnięte ze sobą ustami. Miał dwa nosy i troje oczy, w tym jedno środkowe, zrośnięte, duże i rozlazłe, z wieloma nacięciami po skalpelach. Ahmed & Abdul byli syjamskimi braćmi.

Nasłuchują przez chwilę kłótnie swoich synów za ścianą. Ale bez wyraźnego sensu. Gdy głosy zaczęły być już mulące i rozmyte, Ahmed & Abdul, ojciec dwóch synów bliźniaków, ale nie syjamskich, stanął w drzwiach i czekał na chwilę, kiedy zwrócą na niego uwagę. Znaczy był duży do cholery, nie, że wyglądał jak jakiś cholerny Indianin.

Ojciec przemówił, gdy dostrzegł siedzącą na krześle kobietę.

— Chłopaki, co się dzieje, co?

— Tato, kłócimy się o kobietę, o której ci ostatnio opowiadałem. — Powiedział syn, noszący garnitur w paski. Ten drugi, miał skórzane spodnie i kurtkę.

— Wiesz, że tu jest problem, bo jesteśmy jak dwie krople wody.

— Może najprościej zrobicie, kiedy spytacie tą młodą damę, z którym z was chce być.

Dziewczyna się wyprostowała i obcięła wzrokiem najpierw jednego, potem drugiego. Aż obaj, jeden przez drugiego, zaczęli krzyczeć na nią, żeby wybrała jego.

— A więc, jak brzmi twoja odpowiedź? — Spytał ojciec przerywając kłótnie.

— Ja… Nie wiem.

— Świetnie. Jak nie wiesz, to ja tym bardziej, ale żeby moi synowie nie napastowali ciebie ani mnie już więcej, mam na to nieokiełznany sposób.

— Jaki? — Bracia A & A wyciągają pistolet. Jej skroń pulsuje, dotyka ją nadgarstkiem i wywraca białka oczu na drugą stronę. Potem drżącą ręką wcelowuje w twarz dziewczyny, i strzela jej w łeb. Sprawę uznał za rozwiązaną.

Ale A & A miał jeszcze córkę, nie podobną do nikogo. Nazywała się Mea. A & A sam chciał wybrać dla niej męża. Jak na razie wszystkich jej potencjalnych chłopaków zabierał w karawanie miły pan z zakładu pogrzebowego.

Salvador Messien usiadł na ławeczce niedaleko parku gdzie panowała pora „ciemno jak w dupie.” Zastanawiał się jak działa wirus i dlaczego ten zawsze cię znajdzie choćbyś myślał, jak dobrze żeś się ukrywał. Z obu stron podeszli do niego Fiodor i Bazyli.

O Fiodorze można powiedzieć tylko tyle, że chodzi w kolorowych bez gustu strojach, nosi chujową, plenerską czapkę i okulary w grubych plastikowych, żółtych oprawkach. Koszule wsadza w gacie i podciąga ją pod pachy, że aż mu jaja wychodzą nogawką. W dodatku nosi szelki, i za duże gacie w porównaniu do spodenek. Każdy się domyśla, jak wygląda efekt za małych spodenek w stosunku do za dużych bokserek. W dodatku jego ryj wygląda jak wypadkowa bombardowania w Iraku i mysiego ryja.

O Bazylim natomiast nie można więcej powiedzieć oprócz tego, że jest małym wrednym chujem ubierającym się na czarno, chodzący nawet w lecie w burżujskim kożuchu, o którym to mówi, że go kupił w firmowym sklepie za trzy stówy, a tak naprawdę to kożuch jego dziadka. No i ma wiecznie przetłuszczone włosy. Nawet po wymyciu. To jego wada.

Wadą Fiodora jest na przykład to, że w życiu nie można poznać gorszego obrzydliwca. Raz jeden dostał na brodzie potężnego białego pryszcza, który przez kilka dni nie chciał mu zejść z mordy. W końcu po pewnym czasie, na jego miejsce pojawił się usyfiony żółtą ropą plaster. To jeszcze nic, ten syfiarz cały czas dosyć, że wydłubuje owe syfy spod paznokci, to nawet na nogach miał takie białe, wypełnione majonezem, że jakby w kogoś wystrzeliło to mogłoby komuś oko wyłupać. No i oczywiście o plecach lepiej nie wspominać. Wygląda jak pole ryżowe widziane oczami helikoptera. Wszyscy podejrzewali, że jak śpi i przewraca się z boku na bok, to jak te pryszcze strzelają mu przez nacisk na podłoże, to myśli, że gnojki za oknem petardami strzelają.

— Cześć Brudasy. — Zagaił Messien.

— O co ci chodzi? — Fuknął Bazyli — jesteśmy chyba najczystszymi osobnikami w tym mieście, a to za sprawą tego, że myjemy się jak koty.

— Ale wiesz, że jakbym cię wyrzucił z okna to nie byłoby morderstwo z premedytacją, ale zwykły, nieszczęśliwy wypadek?

— A tak do rzeczy, to mamy pewne nowinki, które mogą cię zainteresować.

— To zależy, czy gra jest warta świeczki i za jaką kwotę w to wejdę. — Przedrzeźniał się.

— Nie dużo. Dychę.

— Jeśli tylko dychę to nie dużo, bo jakby kwota była przyzwoita, to i info byłoby przyzwoite, a jeśli chodzi o dychę, to lepiej sobie śmieciami nie zaprzątać głowy, bo za tyle, to informacje są gówno warte.

— Wiesz, że Rimbaud był pedałem?

— To jest ta twoja genialna nowinka?

— No niezupełnie.

— To gadaj w końcu, o co chodzi.

— Znam kogoś, kto ma książkę z jego autografem. Serio. Nie kituję.

— Tak. I co ja mam z tym niby zrobić? Mam dość takich pierdół na kółku literackim.

— Przecież uwielbiasz poezję…

— Czy to znaczy, że jestem łowcą autografów? Nie kurwa. Czyjaś parafka nic nie znaczy. Przynajmniej dla mnie. Stare antyczne wydania także nie. To słowo się liczy. No już, zejdźcie mi z drogi, bo was zdzielę. — Messien nie zastanawiając się odpalił kolejnego papierosa.

— Podasz jakiś przykład?

— Jaki przykład?

— No pierdół z kółka literackiego.

Messien zamilkł. Zaciągnął się kilka razy kolejnym papierosem i powiedział.

— Każą mi przestać przeklinać. To nienormalne. Mam wstawiać w mowie pisanej i mówionej w każde brzydkie słowo, jakieś inne. Na przykład „kartofelek”. Jak to, kurwa, w ogóle brzmi?! Kiedy do kolesia zamiast „wypierdalaj, bo cię wjebię”, powiem „kartofelek, bo cię kartofelek?. Pomyślą, że jestem „kartofelek” … kurwa, to jest „popierdolony”!

— Nic z tego nie rozumiem.

— Nie martw się, z początku nikt nie rozumie nowoczesnej poezji. Teraz cicho. Muszę się skupić. Zaraz idę do pracy, a wpierw muszę się ogarnąć.

Dużo później. Teraz. Przed pracą. Salvador Messien stoi przed lustrem nad umywalką w swoim zagraconym małym mieszkanku. Przygląda się odbiciu. Stoi rozebrany do pasa i mówi na głos, jakby ćwiczył teatralną kwestię:

— Oż kurde! Czego mi nikt nie powiedział, że jestem taki przystojny?!

Messien uśmiecha się nieznacznie. Dotyka twarzy, brody, zaczynając się śmiać tym swoim obłąkańczym śmiechem. Zjeżdża dłonią do klatki piersiowej, i zaczyna się śmiać jak orangutan. Po chwili przestaje i mówi do siebie: Ja tak naprawdę to nie jestem taki zły. Ja tylko nienawidzę swoich rodziców, zabijam każde napotkane na swej drodze zwierzątko i podoba mi się to, co Niemcy robili z żydami w Oświęcimiu. Śmieszne to było.

Nakłada na szczoteczkę pastę i zaczyna szorować zęby. Lekko podryguje ramionami. Spluwa donośnie w lustro. Przemywa twarz i wyciera ręcznikiem, i przeciera lustro: Poza tym trzeba dać nauczkę tym wszystkim parszywcom. No i nie lubię jak się mnie wkurza.

Patrzy na znalezioną brzytwę, leżącą na umywalce. Podnosi ją i ogląda. Patrzy w lustro.

— Mój uśmiech jest zbyt mały. Zbyt mało przerażający. Może by go rozszerzyć nieco?

Messien przykłada brzytwę do kącików ust i zaczyna je podcinać. Zacina się i krzyczy. Przykłada rękę próbując zatamować krwotok. Spluwa krwią, rozmazując ją na twarzy.

— Czego mi nikt nie powiedział, że to będzie tak kurewsko boleć. Kurwa. I co ja teraz zrobię.?

Uśmiecha się. Zaczyna się śmiać pełnym głosem. Przecina swoje policzki, aż do uszu.

Jestem ohydny, gryzą mnie pchły, śmierdzę będąc niemyty, czując swój smród. Moja twarz jest jak zasuszona kupka. Wszystkie grymasy mej twarzy tworzą ją wręcz karykaturalną. I już wiem, że nie zostanę wybrany na mistera świata, choćbym zabił bądź przekupił wszystkie szychy tego świata. Moje ręce są jak druty. Moje ciało jest jak ciało trupa. Jednak mimo tego zamyślenia, wiem, że dostałbym na pewno rolę męczennika w obozie koncentracyjnym. A już taka rola byłaby powszechnie znana i zapamiętana, jak nie noblem okiełznana. Jestem wrednym obrzydliwcem, roześmianym masochistą, jestem świrem, obłąkańcem, żydem. Może zasłużyłem uczynkami, na tą wielką może karę, będąc potępionym w trzech wymiarach, ale tego pragną ludzie. Może nie wyglądam jak sam bóg, ani diabeł, ani sam ideał świata. Wiem, że nim nie jestem, a nie nim dziś nie zostanę. Może, gdy umyję swoje ciało, nie dostanę dziś wymiotów i choć trochę będę miał nadziei. Patrzcie na mnie oto ja, Salvador Messien, idący na spotkanie z ludźmi, których zniszczę mym obrazem, moim słowem oraz gestem. I sam Manson, Hitler, Bundy oraz Fritzl się pokłonią, a Zbawiciel będzie patrzył, na mnie z nieba i wygrażał w swym języku swe pogróżki. Lecz ja mu z miejsca fuck you pokazuje, bo mnie nigdy nie posiądzie, a sam diabeł pod pokrywą ulic naszych obserwuj, dysząc cicho, myśląc o okiełznaniu mnie przeciwko bogom. By w tym świecie, naszym ziemskim, zapanował szerzej swoim złem. Bo ja jestem jakby mrokiem, kłamcą człowieczeństwa wszem i wobec. Choć nie wszystko, co ja mówię, może być prawdziwe. Uznam się za klauna, który swym uśmiechem, nie rozśmiesza, ale męczy, straszy i przeraża. Jestem klaunem. Oto nos mam na swej twarzy, wielki i okrągły, od przyjaciół go dostałem, i nie zdejmę go już nigdy. Jednak nie jest to końcowy efekt, który ich powali.

Rozdział 2. Skurwiel z tego sklepikarza

Sklepik z porcelanowymi wazonami, wyglądał z daleka jak straganowe stoisko, w którym handlowali starymi wazonami, dywanami i różnymi antycznymi rzeczami. Jednak oprócz handlu zajmowali się także kuchnią dalekiego wschodu. Gdzieś pośród labiryntu stołów i wszędzie porozwieszanych perskich wzorów, porcelanowych wazonów, które same w sobie były dziełami sztuki, znajdowała się kuchnia. W niej pracowało dwóch mężczyzn, podobnych wzrostem, wagą, kolorem oczu i włosów, rysem twarzy, ale jednak nie byli braćmi. Jeden z nich miał białą kozią bródkę, a drugi nie miał ani jednego włoska na twarzy. Każdy z nich obydwu zajmował się swoją pracą, siedząc w oparach gęstych aromatycznych sosów i wytrawnego mięsa, z najróżniejszych dzikich zwierząt zamieszkujących tereny w oparciu, o które wzniesiona gmach tejże restauracji.

Messien był tym trzecim. Tylko dziś. Zazwyczaj był sklepikarzem. Zajmował się tylko i wyłącznie myciem garów. Nie było to takie złe w porównaniu z zapierdolem jakiego dokonywała tamta dwójka. Płaca może nie była zbyt wielka, ale cztery stówy miesięcznie, piechotą nie chodzą. Zresztą będąc niepełnoletni, i tak się cieszył, że znalazł robotę. Messien, oprócz garów, był skazany na nieustanne cudowne historyjki, jakich tamta dwójka się dopuszczała. Jak na przykład ta: Wiesz — przerwał cisze mężczyzna z bródką, nastąpiło powolne acz wnikliwe natężenie słuchu, rozluźnienie ścianek mózgowych i zabrzęczenie neuronów, po których rozpłynęły się fale mózgowe. — Szef mi ostatnio opowiadał, że jak zamykał, podobnie jak dzisiaj ja czy ty, małą obskurną knajpkę, w której pracował, podobnie jak ja czy ty. Nad tą knajpką był potężny gmach, potężnego hotelu. I nasz szef pracował na drugim etacie jako boy hotelowy. Mieszkała w pewnym pokoju na końcu korytarza pewna kobieta, która opiekowała się piętrem, a, że była dobrą poczciwą kobietą, zawsze przynosiła naszemu młodemu wówczas szefowi herbatę. Woda była z wiadra, trzeba było sobie przynieść przed pracą, bo w hotelu nie było wody, no i ona grzała tą wodę. Jednak, mimo, że był jej zawsze bardzo wdzięczny za okazaną jemu dobroć, jedna rzecz trapiła go przez jakiś czas. Jakim u licha sposobem łyżeczki, które mu dawała były zawsze tak olśniewająco czyste. No i w końcu tłumacząc sobie to na wiele sposobów, że przynosi czyste z domu, raz jeden przechodził obok uchylonych drzwi do jej pokoju, i zerknął doń. A ta dobra, poczciwa kobieta, siedziała przed telewizorem, z łyżką w ustach, doszczętnie ją oblizując, by była czysta i błyszcząca.

— Chryste to najbardziej obrzydliwa historia, jaką w życiu słyszałem.

— A co najlepsze jest prawdziwa, i co najlepsze zdarzyła się ona naszemu szefowi. — Gdy historia została zakończona happy endem, po kilku chwilach ciszy, rozpoczęła się kolejna:

— Szef mi powiedział, dlaczego jego żona zostawiła poprzedniego faceta i związała się z nim.

— Dlaczego?

— Śmierdziało mu z gęby. Kiedyś, jak jego żona wracała ze swoim drugim facetem, pustą i ciemną uliczką, niedaleko naszej wykwintnej restauracji, to napadły ich jakieś zamaskowane bandziory, jej dali po łbie, że aż dziewczę zamarło, a jej mężczyznę, oprócz tego, że ogłuszyli, zabrali mu wątrobę.

— Jezu, okropne, i szef o tym ci wszystkim opowiedział?

— No, niezupełnie.

— Wiesz ta kobieta, która oblizywała łyżeczki, to była moja matka.

— Pieprzysz. Fuj.

— Wcale nie. Temu gościowi, któremu śmierdziało z gęby, byłem ja.

— Byłeś pierwszym facetem żony naszego szefa?!

— No, tak wyszło.

— No i co dalej? Co się działo? Opowiadaj człowieku!

— Przeżyłem okropny wstrząs, a i wstydu nieźle się najadłem. Postanowiłem się zemścić.

— Zemścić?

— Otóż to. Namierzyłem po czasie ją jak szła ze swoim mężczyzną, wziąłem dwóch swoich kumpli, których poznałem w poprawczaku.

— Byłeś w poprawczaku?!

— Kiedyś, dawno temu, no i ogłuszyliśmy żonę, i wycięliśmy wątrobę jej facetowi.

— O kurwa, ale jaja. Serio? Nie ściemniasz?

— Gdzież bym śmiał.

— Zaraz, zaraz to, co się stało z szefem? Gdzie on jest?

— Gościu zmarł.

— Zmarł?

— Trudno przeżyć bez wątroby.

— Znaczy zabiłeś go?!

— No. Pomagałem.

— Plan był twój.

— Ja go tylko rozciąłem i zaszyłem.

— A co z tą biedną kobietą? Z żoną szefa?

— Trafiła do psychiatryka.

— Kiedy to było?

— Wczoraj.

— Nic w sumie na tym nie zyskałeś.

— No, nie…

— No i co?

— No i nic.

— Mam dla ciebie złą wiadomość Messien.

— Jak bardzo złą?

Jutro masz pierwszą zmianę. Za kasą.

Zatrudniłem się w sklepie, bo potrzebowałem pieniędzy. Na jakiś czas, przynajmniej przez miesiąc chciałem odpuścić sobie moje powołanie. Nienawidziłem tej pracy. Po prostu bierze mnie na rzyganie, kiedy słyszę opinie, że praca w sklepie jest spokojna, miła i inne takie gówna. Przychodząc tu, myślałem, że będzie spokojnie, a ja będę miał sporo czasu na robienie swoich własnych rzeczy. Akurat.

Zanim jeszcze doszedłem do sklepu, już na horyzoncie widziałem tabun zapijaczonych meneli, którzy uważali, że mimo jebanego świtu, noc jest jeszcze młoda. Wyminąłem ich jak psie gówno i otworzyłem drzwi, a te chuje podążali zaraz za mną. Odsunąłem najbliżej stojącego mnie, pytając się grzecznie “gdzie?, kurwa!”. I odepchnąłem za drzwi. Odpowiedzieli, że chcą tylko piwo, a ja im grzecznie odpowiedziałem, że chcę uruchomić sklep. Zamknąłem drzwi na klucz, zalogowałem się na kasie, i odmierzyłem czas. Było dwadzieścia minut do otwarcia. Chcąc czy nie, potrzebowałem pieniędzy, a więc musiałem uchylić głowy, i robić wszystko, co do mnie należy, ale jak boga kocham, jeśli ta stara suka mnie zwolni, albo sam się zwolnię, zabiję ją. Menele stały i zaglądały do środka, strojąc minki i pukając. I nie umyślnie stałem przed cholernymi drzwiami z papierosem w mordzie, patrząc jak te skurwiele wkurwiają się i marzną, podczas gdy ja palę spontanicznie i siedzę w ciepełku. Również stroiłem miny i z zadowoleniem odszedłem od drzwi. W ten czas usłyszałem kolejne natarczywe pukanie. Podszedłem do drzwi i nadzwyczaj głośno powiedziałem “W chuja się puknij jebany lumpie! Czy wy skurwysyny nie macie nic innego do roboty tylko uchlewać się jak świnie od samego rana?!”. Stary żul zaczął coś mamrotać, ja pokazałem mu zegarek, który miałem na ręce, przystawiając do szyby wskazując palcem by popatrzył w górę, gdzie wyraźnie była napisana godzina otwarcia. Szósta zero-zero. Nie kurwa za pięć, dziesięć, za minutę, minutę po tylko kurwa szósta zero-zero według mojego jebanego zegarka, i ni chuja mi we łbie otwierać wcześniej.

Otworzyłem punktualnie. Menele weszli z rozbiegu, słaniając się z zimna. Wzięli, by się rozgrzać po dwie sztuki najtańszych szczyn, które nawet nie smakowały jak piwo. Powłóczyli nogami po niedomytej posadzce, a śmierdziało od nich, jak gdyby woda była ich wrogiem albo nie znali przeznaczenia tej formy natury. Gdy odeszli miałem przez kwadrans spokój, wyłożyłem pieczywo, które przyjechało, i dziwnym trafem, gdy je położyłem w wiklinowych koszach, nie wyglądało już tak efektownie i apetycznie jak przed tym, gdy w nich były. Po nich zaraz przyjechały gazety, gdzie na początku, sam przejrzałem wszystkie gazety kobiece, z dopiskiem “od 18 lat”. Na jednej z okładek była laska, przez którą rozszerzały mi się nozdrza. Włączyłem muzykę, bo nienawidzę siedzieć w ciszy. Takie zboczenie i uzależnienie jednocześnie. Po zdaniu zwrotów, zaparzyłem sobie kawusie, jak każdy normalny człowiek. I patrząc w monitoring dostrzegłem, jak te dwa dupki znowu przyszli, niosąc za sobą smród cywilizacji.

Pomieszałem i patrzyłem przez chwilę jak Szanowni Klienci, wypatrują za moim istnieniem. Aż wszedłem z parującą kawą. Szedłem wolno by nie uronić ani kropelki. Postawiłem, a gdy ich kasowałem, w sensie ich towar, zastanawiałem się, czemu te dwa jebane nieroby tak się śpieszą. Czyżby sądzili, że w tym mrozie, piwo im się ogrzeje?

Po dwóch stronach książki, którą zacząłem czytać, przerwał mi jakiś młody dupek śpieszący się do pracy. Mówił niewyraźnie, więc musiałem go trzykrotnie spytać, o jakie mu kurwa fajki chodziło. Powiedział, bym ściszył muzykę, to będę słyszał. A ja mu odpowiedziałem grzecznie, by nie seplenił, i nie mamrotał, tylko mówił po ludzku, to będzie wszystko wiadomo. Wziął fajki i wyszedł. Usiadłem na stołku i spiłem pierwsze krople gorącej kawy. Następnie weszła jakąś trzydziestolatka. Wzięła dwie rolki ściernej sraj taśmy i przez pięć minut wybierała fajki, by wziąć najtańszy rakotwórczy syf.

— Sraj taśma i papierosy, fundament życia w społeczeństwie, jak to niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. — Próbowała się uśmiechnąć, ale nie zrozumiała żartu.

Nastał kilkuminutowy spokój. Aż przyszli znowu moi stali klienci. Stanęli przed półką i naradzali się, jakie piwo wybrać. A ja obstawiałem, mogłem się założyć o milion, że wybiorą to samo syfiaste piwo. Gdy podeszli, zdałem sobie sprawę, że wygrałem fikcyjny milion. Spytałem się, by ich zrazić celowo, dlaczego nie wezmą sobie całej zgrzewki, tylko latają w te i we w te jak popierdoleni. Chuj mi odpowiedział, cytuję “ by ci się nie nudziło”. W zamian ochujałem go na dziesięć groszy, wiedząc, że płaci papierkami i nigdy nie przelicza kasy, a gdy nie patrzył, wstrząsnąłem lekko jego piwskiem i zapanował spokój…

…który niestety nie trwał długo, bo właśnie niosło do mnie starego pojeba z małym radyjkiem. Słuchał szumów. Leki przestały działać? Łaził po sklepie i pierdolił sam do siebie. Wyglądał autentycznie jak prezydent Lincoln, ale gdy się mu przyglądałem, efekt ten mijał, więc patrzyłem gdzieś indziej, wmawiając sobie, że to duch starego prezydenta USA. Omijałem jego wzrok wiedząc, co ze sobą niesie, próbowałem udawać chronicznie zajętego jakąś abstrakcyjną robotą przekładania paczek fajek z jednego miejsca na drugie, by potem przenieść je z powrotem na swoje miejsce. Nie wychodziło mi, bo podszedł, i zaczął napierdalać o zaprzęgach z wilkami na Antarktydzie. Jadaczka mu się nie zamykała. Kiedy skończył, zaczął napierdalać, na szybko układane bezsensowne fraszki polityczne. A następnie przeszedł na temat radia, które miał ze sobą. Że kiedyś radia wyglądały jak telewizory, i było jedno na całą wieś, i wszyscy się zbierali i słuchali. Gdy tak napierdalał, ja powtarzałem sobie w duszy jedno słowo raz za razem, jak zdrowaśkę, mój ulubiony wiersz, własnego autorstwa, pod tytułem “cynizm’69” (patrz na koniec książki).

Opowiadał następnie, gdzie pracował, za iłu, gdzie, po co, na co, dla kogo, a mnie to chuj obchodziło. Własnoręcznie miałem go ochotę zajebać, ale mówiłem sobie, najpierw praca, potem przyjemności. Dopadnę go później. Nawet nie wiem kiedy, zaczął opowiadać o zbieraniu grzybów, chodzeniu na mecze, wędkowaniu i … kurwa, nie mogę, na samą myśl mi się przewraca w bebechach. Gdy myślałem, że moja katorga dobiegła końca, po dwudziestu minutach, weszła jakaś stara prukwa, która żywcem się rozkładała. Podeszła do kasy i zamiast kupić to, co trzeba, zaczęła napierdalać z Lincolnem o zaprzęgach na Antarktydzie. I od początku słuchałem tego samego, dosłownie, tylko, że na stereo, jak w audycji radiowej, w której czułem się, że w niej uczestniczę, przez to jego zafafluflone radyjko. Staruszce, co chwila wypadała sztuczna szczęka, i w dodatku opluwała mi ladę żółtą śliną. Niemal płakałem, bowiem to była już definitywnie praca w trudnych warunkach.

Wtedy weszły menele, które niezrażone niczym, jak berserker pruli po następne browary. Możecie wierzyć lub nie, ale te dwa chuje się znały z Lincolnem i staruchą, i już nie miałem stereo, ale kurwa kino domowe dolby digital surround HD 3D. Ja wytykałem wtedy bogu, że ma fatalne poczucie humoru. Moja katorga uległa końcowi, po kwadransie, niestety.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 39.83
drukowana A5
Kolorowa
za 69.65