Rozdział 1
Asgard
Przeszedłszy tęczowy most znaleźli się na Idyll.
— A więc. — mruknął Zygfryd. — To królestwo dziadka.
Spojrzał na wielki gród górujący nad okolicą.
Naprzeciwko nich stał mężczyzna z rudą brodą mający za broń miecz, przy pasie miał róg.
— Długo kazałeś na ciebie czekać Sygurdzie.
— Nazywam się Zygfryd. — skrzywił się.
— To po niemiecku. — odparł bóg strażnik.
Spojrzał na resztę.
— Nie spodziewaliśmy się, że przyprowadzisz gości. — dodał.
— To przyjaciele. — wyjaśnił. — Chcę się widzieć z Wotanem.
— On ciebie oczekuje. — powiedział Hajmdal.
Zwrócił uwagę na Emilię.
— Walkiria… — zamyślił się. — Potrzebne ci nowe imię… nasze.
— Jakie? — spytała.
— O tym zdecyduje Wszechojciec.
— To moja siostra. — powiedział Weles.
— Odyn wie. — odparł strażnik Bifrostu. — Ale jako Walkiria lub jak chcesz na niemiecki Walkura nie może nosić cudzego imienia.
— Jesteśmy tu w innej sprawie… ale prowadź. — rzekł Zygfryd.
Hajmdal zaprowadził ich do grodu.
Drzwi otworzyły się.
Weszli po olbrzymich schodach.
— Wejdą tam tylko ona. — wzrok boga skierował się na Emilię. — I on. — dodał wskazując Zygfryda.
— A my? — spytała Marzanna.
— Możecie się rozejrzeć po całym grodzie, a nawet po Walhalli jeśli wola.
Zygfryd i Emilia weszli do sali.
Szli nie wiadomo, ile czasu.
Kolejne drzwi.
Otworzyły się same.
Jakby ktoś im kazał.
Pomieszczenie było długie.
Na końcu znajdował się tron.
Na nim siedział Odyn.
Bez jednego oka.
— Wnuk. — powiedział, a głos odbił się echem po sali.
— Dziadku. — odpowiedział powoli Zygfryd.
Wzrok Odyna przeniósł się na Emilię.
— Walkiria. — mruknął. — Twoja przemiana nie jest kompletna.
— To znaczy?
— Twoje imię. — odparł. — Pozwól do mnie.
Gungnir pojawił się w jego ręku.
— Nie musisz tego robić. — szepnął Zygfryd.
— Muszę. — odparła hardo.
Podeszła.
— Dotknij. — rzekł władca Asów.
Dotknęła i doświadczyła wizji.
Ból, krew, wojownicy, trupy i… ona.
Ale inna.
Po chwili wszystko się skończyło.
Miała na sobie już inną zbroję, starszą, pradawną.
— Wstań, wojowniczko. — powiedział Odyn.
Wstała powoli i odwróciła się do Zygfryda.
— Emilko? — spytał.
— Nie nazywaj mnie tak. — powiedziała spokojnie.
Oczy miała ciemne, ale nie puste.
— Jak mam cię więc zwać?
— Brunhilda. — powiedziała podchodząc do niego. — Widzimy się później.
Wyszła.
— Dlaczego…
— Jesteś moim błędem, ale i szansą. — odpowiedział bóg.
— Wszech ojcze. — zwrócił się oficjalnie. — Przybyłem tu nie bez powodu.
— Jabłka Idunn, wiem. — odparł Odyn. — Przemyślę sprawę, teraz możesz odejść.
— Gdzie mam się udać?
— Idź do Walhalli, tam jest twój ojciec.
Sala zafalowała.
Znalazł się w Walhalli.
Długie stoły, przy nich setki martwych wojowników.
— W końcu.
Odwrócił się i uniósł karabin.
Zawieszka z krzyżem słonecznym poruszyła się gwałtownie.
— Ty…
— Tak, synu. — odparł Zygmunt.
— On powiedział, że jestem błędem…
— Nie jesteś. — odpowiedział ojciec.
— Tato. — Zygfryd objął ojca. — Czemu, czemu mnie porzuciliście.
— Nie miałem wyboru. — odparł. — Jak wiesz Matka zmarła przy porodzie, a ja miałem obowiązki.
— To nie jest dla mnie wytłumaczenie. — odparł ostro. — Przez całe moje życie żyłem w kłamstwie… mojego nie-tatę pokochałem, wstąpiłem do Jomswikingów, a teraz się dowiaduje, że moim dziadkiem jest ten, na którego się zaklinałem. — pokazał naszywkę.
— Interesujące, nie sądziłem, że jeszcze oni istnieją.
— Zostali reaktywowani.
— Rozumiem.
Ojciec spojrzał na syna.
— Tęskniłem.
— Ja też, ale jestem tak… wściekły.
— Czy czujesz…
— Żądzę krwi i mordu? — dokończył Zygfryd. — Bardziej niż ktokolwiek z mojego bractwa.
Zygmunt spojrzał na niego raz jeszcze.
— Mój syn Berserkiem… i to w XXI wieku, kto by pomyślał.
— Skąd wy…
— One obserwują.
— Jego kruki. — domyślił się Zygfryd.
— Idziesz ze mną? — spytał ojciec.
— Wybacz tato, ale muszę ją odnaleźć.
— Kogo? — spytał z ciekawości.
Zygfryd spojrzał po sali, potem przypomniał sobie pierwsze spotkanie z Emilią.
— Ukochaną.
— Ukochaną… — zamyślił się ojciec. — Krew?
— Sam już nie wiem, jaką ma.
— Rozumiem.
Dwa kruki przyleciały i usiadły na belce.
— Obserwuje. — powiedział cicho Zygfryd.
— Ja. — powiedział ojciec.
Powoli przyszedł.
— Dziadku. — Zygfryd odwrócił się.
— Teraz wiesz… nie jesteś tylko moim wnukiem. — rzekł Odyn. — Jesteś wybrańcem.
— Dziadku… pozwól mi ją odnaleźć.
— Pozwalam. — powiedział Odyn. — Ale pamiętaj, to nie jest ta sama dziewczyna, którą znałeś.
— Każda Walkiria jest…
— Moją córką… tak. — potwierdził Odyn.
As przyjrzał się jemu.
— Nie chcesz zbroi? — spytał.
— Noszenie mojego munduru pomaga mi, bo pamiętam kim byłem. — Zygfryd założył Stahlhelm i odbezpieczył broń. — Poza tym zbroja jest strasznie niewygodna.
Odyn spojrzał na syna.
— Dobrze go wychowałeś.
— To bardziej siostra, ojcze. — powiedział Zygmunt.
Przez chwilę na twarzy Odyna pojawił się cień smutku.
— Tak… — rzekł Odyn jakby niepewnie.
Zygfryd poprawił kołnierz, spojrzał na drzwi i wyszedł.
…
Szedł przez las.
Powietrze było ciężkie.
Zbyt ciężkie.
— Scheisse, dlaczego nie wziąłem maski przeciwgazowej. — mruknął.
Powoli stąpał po mchu.
Po chwili ją ujrzał.
Zbroja, długie włosy.
Miecz w ręce.
— Emilio…
— Nie. — odparła Walkiria. — Nie jestem już tamtą osobą.
— A jednak… nadal wyglądasz tak samo, poza oczyma.
— Tak… — Brunhilda spojrzała na niego z zaciekawieniem. — Gdzie masz zbroję? Miecz?
— Zbroja ograniczałaby mnie. — powiedział.
— Ciekawe… — mruknęła. — Bardzo ciekawe.
— Pamiętasz swoją mamę? — spytał. — Zanim wiesz…
— Tak. — odparła Brunhilda. — Lecz teraz Odyn jest moim rodzicem.
— Wiem. — uśmiechnął się nerwowo. — Nie musimy walczyć. — dodał.
— Jeśli mnie kochasz i mnie pożądasz, to musisz to zrobić. — Brunhilda rzuciła mu drugi miecz. — Walczę honorowo, nie strzelam z karabinu.
— Wiesz kim…
— Wiem, Zygfryd. — odparła czule. — Nie opieraj się, to normalne dla Berserka, czuć chęć zabijania.
Zygfryd wyjął bagnet.
— O ile pamiętam… — szepnął.
Podciął sobie żyły i wpadłszy w szał zaatakował.
,,Mój bohater” pomyślała Brunhilda, gdy skrzyżowała z nim ostrza.
Jego krew kapała na mech jedna po drugiej.
Ciosy były ciężkie.
Ale nieprecyzyjne.
Zawarczał, zawył.
— Za dużo gniewu. — powiedziała do niego. — Widać, że to twój pierwszy raz.
Nie odpowiedział.
Atakował wściekle jak bestia.
— Podkręćmy trochę tempo. — na twarzy Brunhildy pojawił się uśmiech. — Orientuj się!
Gdy zamachnął się pojawiła się za jego plecami.
Ostrze dotknęło karku.
— Już nie żyjesz. — mruknęła.
— Tego… nie… da… się… kontrolować… — zacharczał. — Mogę cię zabić.
Na chwile oczy miała jak przed przemianą.
— Nie bój się o mnie Zygfryd. — szepnęła mu do ucha. — Poradzę sobie, tata trochę mnie poduczył.
— On czy…
— Tata człowiek. — powiedziała. — Aleksiej.
Odwróciła go i pocałowała.
To był krótki pocałunek.
Odepchnęła go gwałtownie.
— ᚹᚨᛚᚲᛉ! — ryknęła po staro nordyjsku.
Stał nieruchomo.
W oczach był błysk.
— WOTAN! — zawył.
Po chwili znów ruszył.
Jego ciosy były już precyzyjne.
— Dobrze. — rzekła do niego uśmiechając się. — Zaczynasz to rozumieć.
W pewnym momencie odrzucił miecz.
— Co robisz?
— Kämpfe, Walküre! — krzyknął.
— Jak sobie życzysz. — powiedziała.
Westchnęła.
I zaatakowała.
Złapał ją mocno za rękę.
Miecz upadł na ziemię.
Kolana się pod nią ugięły.
Złapał za szyje.
— Zygfryd… — wychrypiała.
— Walcz… — syknął.
— To… boli… puść… — jej oczy ponownie były różne. — Proszę… wygrałeś…
— Sieg… heil… viktoria…
Zamarł.
Gniew ustąpił miejsca smutkowi.
— Co ja… wyprawiam…
Spojrzał na swoje dłonie.
— Co ja powiedziałem… — spuścił wzrok. — Jestem potworem.
— Nie. — odparła Brunhilda. — Ty po prostu tego nie kontrolujesz, ale to minie.
Oddychała ciężko.
— Ja… przepraszam… — powiedział.
— Zyguś. — przez chwilę brzmiała jak Emilia. — Zamknij się.
Kolejny pocałunek.
Dłuższy.
Namiętny.
Upadli na mech i zrobili to.
…
— To nie powinno się dziać. — rzekła Brunhilda. — Emilia umarła.
— A jednak to zrobiliśmy. — powiedział.
— To złamanie mojego kodeksu. — syknęła.
— Że co? Nie jesteś Maryją, aby być,,wieczną dziewicą” w dodatku… — spojrzał na nią. — Gdybyś trafiła do Rzeszy w 1943 to trafiłabyś do kacetu.
— Od czego to skrót? — spytała z ciekawości.
— Miejsca śmierci, nie honorowej, z bronią w ręku.
— Podejdź tu. — poprosiła.
Przyjrzała się swastyce.
— To nie jest nasze. — rzekła chłodno.
Rozdział 2
Zbrodnia
— To? — spytał przyglądając się swastyce. — Ty już to widziałaś, jak byłaś nią.
— I jak cię nazwałam?
— Naziolem. — odparł.
Spojrzał na chwilę za siebie.
— Pamiętasz coś z bycia Polką?
— Pamiętam urywki. — powiedziała Brunhilda. — Moja matka — ta ludzka — nie żyje, ludzki ojciec… w zasadzie nie wiem… czy kiedykolwiek byłam żywa jako ona.
— Nie byłaś. — wyjaśnił. — Byłaś upiorem…
— To kto mnie uczynił Walkirią?
— Twoja matka i Hel. — odparł spokojnie. — Twoja macocha.
— Coś sobie przypominam. — Walkiria spojrzała na niego. — Pamiętam, że jako Emilia zaczęłam coś do ciebie czuć.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytał.
— To, że nasz czyn może być pozostałością po niej, pamięć tego ciała…
Chłód.
Chors pojawił się znikąd.
— Więc to jest Asgard. — mruknął.
Spojrzał na Brunhildę.
— Zmienił cię w swoją służącą. — stwierdził.
— To był mój wybór. — odparła Brunhilda.
— A więc nadal gdzieś tam jesteś. — podszedł do niej. — Emilko.
— Jej już nie ma. — powiedziała Walkiria.
— To nie on stworzył ciebie. — rzekł. — Tylko mama i Anna.
Jakby na sam dźwięk tego imienia Brunhilda drgnęła.
— Mama…
— Emilko. — usłyszała głos. — Pamiętasz mnie?
— Moja…
Urwała.
— Nie. — powiedziała. — Nie jestem już waszą córką… nie w pełni… jesteście tylko wspomnieniem…
— A ja? — Weles pojawił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. — Też jestem dla ciebie nikim?
— Braciszku…
Nagły ból.
— Boli! — krzyknęła.
— Jesteś moją córką. — rozbrzmiał głos Odyna.
— Nie jest twoją własnością wszechuju. — odpowiedział mu Weles.
— Chors… pomocy… — spojrzała na swoje dłonie. — On chce mnie…
— Kontrolować, wiem… — powiedział. — Przywrócę ci wspomnienia
— Chors… — Zygfryd spojrzał na antyboga. — Nie rób tylko z niej potwora.
— Nie zrobię.
Położył dłoń na czole Walkirii.
— Wróć do nas Emilko. — rzekł.
Ból ustał.
Brunhilda patrzyła na Chorsa z ulgą.
— Już. — powiedział Chors odrywając rękę od jej czoła.
— Zygfryd… — Brunhilda przytuliła się do niego. — Kocham cię.
— A ja ciebie. — rzekł Zygfryd. — Pierdolić to wszystko. — dodał spoglądając na gród.
— Co teraz?
— Jabłka Idunn. — rzekł Niemiec.
— Z tym… może być teraz problem.
— Milda?
— Ona jest starsza… wygląda na trzydzieści lat. — wyjaśnił Weles.
— W takim razie musimy je ukraść. — rzekł Niemiec.
…
Ogród Bogini Idunn był duży.
Zygfryd rozejrzał się czy nikt go nie obserwuje.
I wkroczył do ogrodu.
— Wir sind des Wotans schwarzen haufen. — wyrecytował.
Podszedł do najbliższego drzewa.
Gdy miał zerwać jabłko usłyszał.
— Mogłeś po prostu poprosić. — rzekła Idunn.
Odwrócił się powoli.
Rozejrzał się czy nikt go nie obserwuje.
— Spokojnie. — zapewniła. — Odyn nie obserwuje tego miejsca.
— Ja… chciałem tylko… — głos uwiązł mu w gardle.
— Czemu chciałeś zabrać moje jabłka? — spytała bogini.
— Pani Idunn, moja przyjaciółka… muszę ją uratować.
— Jest Azową? — spytała.
— Jest z innej mitologii.
— Jakiej? — zadała kolejne pytanie.
— Bałtyckiej.
Spojrzała na niego przenikliwie.
Jakby badała, czy mówi prawdę.
— Pytałeś Odyna?
— Dziadek… uważa, że ma dużo czasu… ale Milda tyle nie ma.
— Klątwa. — domyśliła się. — Jeśli nie będziesz ich miał stanie się śmiertelna.
— Dokładnie.
— A jeśli je zerwiesz. — Idunn podeszła bliżej. — Odyn się wścieknie.
— Dziadek już jest wściekły. — odparł Zygfryd. — Tylko nie daje po sobie poznać.
— Dobrze więc. — bogini zerwała jedno jabłko. — Daj jej to a stanie się taka jak dawniej.
— Dziękuje…
— Nie dziękuj. — powiedziała. — Azowie też czasami tu przychodzą, głównie po to, aby je jeść.
Podała mu jabłko.
— Dziękuje mimo wszystko.
…
— Milda jestem.
— Zygfryd. — Milda wstała.
Była już dojrzałą kobietą.
— Weles gdzie?
— Zaraz przyjdzie. — odparła.
— Weź to. — powiedział podając jej jabłko.
Milda obejrzała jabłko dokładnie a następnie zjadła.
Minuta, dwie, trzy.
Po chwili znów była młodą dziewczyną.
— Dzięki.
Weles przybył w samą porę.
— Milda… ty…
— Tak… kochanie. — odparła bogini miłości. — Zostaw nas Niemcu.
Usłuchał.
Weles spojrzał w jej oczy.
— Chcesz tego? — spytał.
— Tak. — odpowiedziała. — Jestem w końcu boginią miłości.
Chwila ciszy.
— Chodź do mnie.
Nie była to prośba.
Weles podszedł do niej.
Pocałunek był bardzo czuły, jakby od dawna chciała to zrobić.
— Kochaj mnie Welesie. — powiedziała bogini. — Nawet jeśli to złamie zasady.
…
Leżeli na łóżku.
Zmęczeni, ale szczęśliwi.
— Oficjalnie złamaliśmy zasadę braku romansu. — mruknął Weles. — Kurde, ale było wspaniale.
— Chcesz jeszcze kiedyś to zrobić Polaku?
— Oczywiście. — odparł.
Po chwili Milda usiadła gwałtownie na łóżku.
— Poczułeś? — spytała.
— Tak. — odpowiedział.
Litwinka położyła dłoń na brzuchu…
— Perkunie… Weles… jestem w ciąży, wyczuwam je.
— Nasze dziecko. — Weles wstał i ubrał się. — Nie pozwolę go skrzywdzić.
Po chwili wpadł do nich Einhejrier.
— Wszech ojciec wzywa. — rzekł lakonicznie.
— Weles… boje się.
— Wiem.
…
Odyn siedział spokojnie na tronie.
Zbyt spokojnie.
Hajmdal u jego boku.
Obok Hajmdala stał mężczyzna w zbroi uzbrojony w młot mający zbyt małą rękojeść.
Thor.
— Powiem wprost. — zaczął Odyn. — Bałtycka bogini miłości nosisz w sobie coś, co nie powinno istnieć.
— To nasze dziecko. — Milda instynktownie dotknęła brzucha. — Ma prawo żyć.
— To nie dziecko, to ogień, który w każdej chwili może wybuchnąć płomieniem. — odparł władca Asów.
— A prościej?
— Jest zagrożeniem znacznie większym niż Antybóg. — rzekł Odyn.
— Więc mamy opuścić wasze królestwo? — spytał Weles.
— Nie może się tu urodzić, wtedy bariery między światami osłabną, a on może to wykorzystać. — wyjaśnił.
— Więc niech urodzi się u mnie. — usłyszeli głos.
Powiało chłodem.
Śmierć pojawiła się znikąd.
— Pani Irino… — Weles otworzył szeroko oczy.
— Tak młody. — Śmierć spojrzała na niego swymi pustymi czarnymi oczami. — Proponuję wam rozwiązanie waszego problemu.
Bez słowa położyła dłoń na brzuchu Mildy.
— Jest złamaną regułą… tak jak twój brat. — powiedziała Śmierć.
— Chors. — domyślił się.
— Skąd pewność, że w Hel nic się nie stanie? — spytał bóg piorunów.