E-book
13.65
drukowana A5
21.4
Jezioro

Bezpłatny fragment - Jezioro

Objętość:
86 str.
ISBN:
978-83-8189-878-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.4

Rozdział I

— Przepraszamy, wybrany abonent jest w tym momencie nieosiągalny. Prosimy spróbować później — irytujący głos powtarzał w kółko jeszcze bardziej irytujący komunikat. Luiza Płużyńska ze złością rzuciła telefon na stół i zaczęła krążyć nerwowo po salonie. Dochodziła północ i Bernard już dawno powinien być w domu. Nawet gdy zostawał dłużej w firmie zawsze starał się wracać przed dwudziestą. Poza tym zawsze był pod telefonem. Nieraz dokuczała mu, że nie rozstaje się ze smartfonem nawet w toalecie. Teraz jak na złość nie można było się do niego dodzwonić. Wzięła ponownie w dłoń telefon i wybrała numer starszego posterunkowego Michała Nicponia.

— Taaaaak — Nicpoń odebrał, ziewając jednocześnie.

— Dobry wieczór, z tej strony Płużyńska, Bernard nie wrócił do domu i nie mogę się do niego dodzwonić! — wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.

— Hmmm… ale czego pani ode mnie oczekuje? — zapytał flegmatycznie Nicpoń. W jego głosie pobrzmiewały irytacja i zniechęcenie. Ostatnie na co miał ochotę, to uganianie się po nocy za czyimś niegrzecznym mężusiem. Jego ojciec, emerytowany policjant, specjalnie załatwił mu przeniesienie na prowincję, żeby syn nie musiał się przemęczać ani narażać. Starszy posterunkowy Nicpoń, choć umiarkowanie wierzący, miał swojego ulubionego świętego — był nim święty spokój. Wszelkie ambicje, zarówno zawodowe, jak i materialne, były mu zupełnie obce.

— Chciałam tylko spytać, czy nie było w okolicy jakiegoś wypadku, zdarzenia…

— Nic mi o tym nie wiadooooomo — znów przeciągłe ziewnięcie. Luiza rozłączyła się bez pożegnania. Zadzwoniła jeszcze do szpitala w Nowym Miastku, ale tam również niczego się nie dowiedziała. Musiała czekać. Pokręciła się po salonie, wyjrzała przez okno, wychodzące na tonącą w mroku lipową aleję, która prowadziła do podjazdu. Mieszkali razem z Bernardem w małym, starym dworku, który Bernard odziedziczył po swoich przodkach. Jego dziadkowie przenieśli się do miasteczka, dworek wiele lat stał pusty, ale młody Płużyński, który zawsze wykazywał fascynację przedmiotami i miejscami „z duszą” (a po prawdzie starociami i ruderami), postanowił go wyremontować i zamieszkać w nim wraz ze swoją świeżo poślubioną żoną. Remont przeciągał się, gdyż Bernard z niezwykłą starannością dobierał najdrobniejsze detale. Sprawy nie ułatwiały też kwestie formalne — ze względu na wiek dworku konieczne były dodatkowe pozwolenia, ustalenia i Bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Na szczęście efekt końcowy okazał się wart poświęconego czasu, sił i środków. O szczegóły wystroju zadbała Luiza. Po matce malarce odziedziczyła doskonały zmysł estetyczny, zaś ojciec, wzięty architekt wnętrz, od dziecka wprowadzał ją w arkana planowania przestrzeni. Teraz próbowała zająć myśli, kontemplując dębowe belki pod powałą, tkaniny na ścianach, pieczołowicie wyszperane na targach staroci i starannie odrestaurowane zabytkowe meble. Ciepłe światło biedermeierowskiej lampy nieco koiło jej nerwy. Postanowiła spróbować się przespać, ale w momencie, gdy już miała ruszyć ku prowadzącym na poddasze schodom, usłyszała, jak frontowe drzwi otwierają się z głośnym trzaskiem. Zamarła, wyobrażając sobie wszystkie możliwe zagrożenia, od całkiem realnych (lokalny pijaczek) poprzez bardziej filmowe (seryjny morderca) aż po całkiem fantastyczne (zombie itp.), ale po chwili do salonu wpadł Bernard. Luiza wzięła głęboki wdech, gotowa wszcząć karczemną awanturę, ale jej mąż wyglądał tak niecodziennie, że stała tylko z na wpół otwartymi ustami, a powietrze powoli uchodziło z jej płuc. Bernard był brudny, mokry, rozczochrany, śmierdział szlamem i ogólnie wyglądał jak sto nieszczęść. Za to jego nastrój można było określić jako euforyczny. Zaczął mówić szybko i nieco chaotycznie

— Kochanie, nie masz pojęcia, co odkryłem! Byłem nad jeziorem, niestety zsunąłem się do wody, ale mówię ci…

— Byłeś nad jeziorem?! O północy?! — przerwała mu Luiza, która w międzyczasie odzyskała oddech i zdolność mówienia — czyś ty się chłopie wściekł?!

— Lulu, kochanie, nie denerwuj się, proszę.

— Jak ja mam się nie denerwować?! Wybrałeś się na miłą przejażdżkę nad jezioro? W środku nocy? Szalałam z niepokoju, nie mogłam się do Ciebie dodzwonić!

— Cóż… — Bernard wyjął z kieszeni kurtki niedziałający telefon — zamókł…

— Mózg ci zamókł! — warknęła z wściekłością Luiza.

— Lulu, proszę, nie kłóćmy się. Jak ci powiem, co odkryłem, to zaraz ci się nastrój poprawi.

— Cóż takiego tym razem? Kolejny złoty pociąg? Bursztynową komnatę? A może samą Arkę Przymierza?

— Nie, tym razem to coś naprawdę niezwykłego — Bernard nawet nie zauważył drwiny w jej głosie — zatopione miasto! — spojrzał na nią, oczekując zachwytu i entuzjazmu, jednak Luiza zastygła na moment w bezruchu, a następnie parsknęła śmiechem.

— Zatopione miasto! A to dobre! Bernard, nie rozśmieszaj mnie, dla jakiejś lokalnej legendy narażałeś się nocą na utonięcie a mnie na zawał serca? Czy ty jesteś poważny?

— Jak najpoważniejszy! Rozmawiałem z zielarką…

— Z kim? — przerwała znów Luiza.

— No z zielarką, mieszka w chacie pod lasem.

— Nie kojarzę żadnej chaty pod lasem — Luiza popatrzyła w górę, próbując sobie przypomnieć jakąkolwiek chatę pod lasem.

— Mniejsza o nią. Sam widziałem i mogę ci to powiedzieć z całą pewnością — tam na sto procent coś jest!

Luiza pokręciła głową z rezygnacją.

— Dobrze — powiedziała — a teraz weź gorący prysznic i chodź do łóżka. Musisz się rozgrzać.

— Ooo tak! — Bernard spojrzał na nią z łobuzerskim uśmiechem.


Słońce stało już wysoko i wpadające przez okno promienie nie pozwoliły Luizie dłużej spać, choć miała ochotę pozostać jeszcze w łóżku. Przeciągnęła się leniwie i uśmiechnęła lekko na wspomnienie ostatniej nocy. Bernarda już nie było. Niezależnie od tego, o której godzinie się położył, zawsze wstawał o szóstej i pędził do firmy. Powtarzał, że pańskie oko konia tuczy. Tymczasem dochodziła już dziewiąta. Luiza znów uśmiechnęła się na myśl o swoim mężu. Zaraz jednak spochmurniała, przypominając sobie jego wczorajszy późny powrót i kuriozalne wyjaśnienia. Bernard był fantastą i niepoprawnym romantykiem. Jakikolwiek rozsądek był w stanie wykazać jedynie w kierowaniu przejętą od ojca firmą. Po godzinach zajmował się głównie poszukiwaniem skarbów, tropieniem legend i tajemnic. Początkowo Luiza uważała tę cechę jego charakteru za szalenie pociągającą i niezwykłą, jednak oczekiwała też pewnej stabilizacji, podczas gdy Bernard poświęcał coraz więcej środków i energii na kolejne szalone eskapady, poszukiwania i badania. Do tej pory traktowała jego pasję jak nieszkodliwe dziwactwo, jednak wczorajszy wyskok nieco podważył jej zaufanie do niego. Pogrążona w niewesołych myślach powoli wstała z łóżka. Psioczyła pod nosem, rozczesując swoje długie, jasne włosy. Nie cierpiała wszelkich zabiegów pielęgnacyjnych, a dbanie o siebie ograniczała do rygorystycznej higieny. Zawsze nosiła krótką fryzurę, ale Bernard uwielbiał długie włosy, więc zapuściła je specjalnie dla niego. Dokończyła poranne ablucje, ubrała się i zeszła do kuchni, zrobić sobie śniadanie. Ledwie zalała herbatę, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Przed nimi stał ksiądz Anatol Bochenek, proboszcz miejscowej parafii. Luiza otworzyła.

— Pokój temu domowi, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — zagrzmiał ksiądz głosem godnym archanioła, w żaden sposób niepasującym do jego niskiej, krągłej sylwetki, rumianej, pełnej twarzy i siwiuteńkich, choć wciąż jeszcze gęstych, włosów.

— Na wieki wieków amen — odpowiedziała uprzejmie Luiza i zaprosiła duchownego do środka — właśnie szykuję śniadanie, może kawy?

— Dziękuję moje dziecko, ciśnienie nie pozwala — staruszek uśmiechnął się przepraszająco — ale herbatki bym się chętnie napił.

Luiza zaprowadziła księdza do salonu, a sama wróciła do kuchni po herbatę i kanapki.

Stawiając na stole tacę z posiłkiem spojrzała pytająco na swego gościa.

— Ja w zasadzie mam sprawę do Bernarda — zaczął nieśmiało ksiądz, ściszając nieco swój grzmiący bas — jego ojciec zawsze hojnie wspierał naszą parafię…

— Oczywiście, porozmawiam z mężem — przerwała mu Luiza — jakiej kwoty ksiądz potrzebuje? Tylko proszę nie mówić, że co łaska! — pogroziła żartobliwie palcem. Stary duchowny poczuł się ośmielony jej żartem i zaczął mówić.

— Dach na kościele nam przecieka. Teraz, latem, to mały problem, ale przyjdą jesienne słoty… zaczęliśmy remont no i przybrakło nam…

— Niech ksiądz śmiało mówi, ile.

— Dziesięć tysięcy złotych… może udało by się część tej kwoty…

— Proszę się nie martwić, porozmawiam z Bernardem, wspólnymi siłami damy radę.

— Dziękuję, bardzo dziękuję, będę się za was modlił. Za wasze małżeństwo. Rodzice Bernarda są takim zgodnym małżeństwem! Szkoda, że tak rzadko u nas bywają… a wy, jeśli można spytać, jesteście szczęśliwi?

— Tak… chociaż… — zawahała się Luiza, odwracając wzrok.

— Co się stało, moje dziecko? Bernard nie jest dla ciebie dobry? Już ja tego urwipołcia wstawię na właściwe tory! — rozsierdzony duchowny grzmiał jak trąba dnia sądnego.

— Nie, nie, nie o to chodzi. On po prostu ma swoje drobne dziwactwa. Wczoraj na przykład wrócił po północy, przemoczony do suchej nitki, bredził coś o jeziorze i jakiejś zielarce. Czasem boję się o jego zdrowie psychiczne…

— O zielarce… to lepiej uważać… Płużyńscy nie mają szczęścia do zielarek.

— O czym ksiądz mówi?

— To długa historia.

— Chętnie posłucham.

— Wśród starych ksiąg naszej parafii jest dziennik pewnego proboszcza z połowy XIX wieku. Opisał w nim między innymi historię miłości młodego dziedzica naszej wsi i zielarki z chaty pod lasem. Młodzi poznali się, gdy stary dziedzic, Wacław Płużyński, przodek twojego męża, zapadł na nieznaną chorobę. Jego najstarszy syn, Benedykt, sprowadzał najlepszych lekarzy, ale nikt nie był w stanie pomóc. W końcu zwrócił się do mieszkającej w chacie pod lasem zielarki Laury. Laura była sierotą. Całą wiedzę, łącznie ze starymi księgami, odziedziczyła po swojej matce — też zielarce. Dziewczyna obejrzała dokładnie chorego, przesiedziała całą noc nad księgami i od następnego ranka zaczęła kurację. Codziennie wstawała przed świtem, szykowała napary i szła do dworu. Siedziała przy chorym do wieczora, kiedy to wychodziła w lasy i na łąki zbierać zioła. Nocami studiowała odziedziczone po matce księgi. Dzięki jej staraniom jeszcze przed końcem lata stary dziedzic wstał z łóżka, a z początkiem zimy powrócił do normalnego trybu życia. Wynagrodził ją sowicie, nie wiedział jednak, że w czasie jego choroby zielarka i młody panicz zapałali do siebie gorącym uczuciem. Najwyraźniej wstrzemięźliwość nie była ich mocną stroną, gdyż tuż przed Bożym Narodzeniem Benedykt oznajmił ojcu, że musi ożenić się z Laurą. Była brzemienna. Stary dziedzic, choć wdzięczny dziewczynie za uratowanie życia, nie zamierzał dopuścić do takiego mezaliansu. Miał już upatrzoną dla syna odpowiednią partię. Nie mówiąc nic Benedyktowi wziął sakiewkę pełną pieniędzy i udał się do chaty pod lasem. Nikt nie wie, co powiedział zielarce, ale na drugi dzień dziewczyna zniknęła. Daremnie Benedykt chodził po okolicznych lasach i łąkach i nawoływał swoją Laurę. Jego rozpacz sięgnęła zenitu, gdy nad brzegiem jeziora znalazł ojcowską sakiewkę, wypełnioną pieniędzmi. Od razu zrozumiał, że ojciec próbował przekupić dziewczynę, aby zniknęła z jego życia. Domyślił się też, co się z nią stało. Zabrał sakiewkę i udał się do miasteczka. Wynajął najlepszych budowniczych łodzi i wyplataczy sieci, całymi tygodniami przeszukiwali jezioro, nic nie znaleźli. We wsi powoli zapominano o zielarce, życie wracało na utarte tory, tylko Benedykt nie był już taki jak dawniej. Całymi dniami i nocami przesiadywał nad jeziorem albo na progu chaty pod lasem, nie rozmawiał z nikim, nie mył się ani nie przebierał, niewiele jadł. Ludzie mówili, że szczęście w nieszczęściu, iż pani Płużyńska, matka Benedykta, nie dożyła tego, zmarła przy porodzie młodszego syna, Jędrzeja. Zarówno ojciec, jak i brat próbowali przemówić nieszczęśnikowi do rozumu, ale nie chciał słuchać, a ojca nazwał mordercą i przeklął, wzywając diabelskich mocy, niech mu Bóg miłosierny wybaczy! — ksiądz przerwał opowieść i kiwał głową z zatroskaną miną.

— I jak to się skończyło? — zapytała niecierpliwie Luiza.

— Źle. Nawet bardzo źle. Benedykt zaczął opowiadać niestworzone historie. Twierdził, że co noc widuje się z Laurą, że ona żyje w podwodnym mieście pośrodku jeziora. Podejrzewano nawet, że jest opętany. Stary dziedzic zwrócił się o pomoc do proboszcza i stąd zapewne tak szczegółowy opis tej historii w jego dziennikach. Niestety, modlitwy nie odniosły skutku, a biskup nie wyraził zgody na egzorcyzmy. Pewnego dnia panicz po prostu zniknął. Jeden z okolicznych chłopów, wynajętych przez starego dziedzica do poszukiwań, wypatrzył na środku jeziora pustą łódź. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Benedykt dołączył do swojej Laury.

— A co z chatą pod lasem?

— Po zniknięciu dziewczyny nikt nie chciał tam zamieszkać, ludzie z lękiem omijali to miejsce. Chata popadła w ruinę, do dziś nie został po niej nawet ślad.

— Faktycznie, smutna historia — Luiza objęła własne ramiona, przebiegł ją nieprzyjemny dreszcz.

Ksiądz zaczął powoli zbierać się do wyjścia, z czego Luiza nawet się ucieszyła. Miała sporo pracy, w ostatnim czasie zlecenia na tłumaczenia spływały szerokim strumieniem. Poza tym opowiedziana przez duchownego historia wzbudziła w niej niepokój. Zielarka, zatopione miasto… Może to jakaś choroba psychiczna, którą Bernard odziedziczył po stryjecznym prapradziadku… Postanowiła na razie nie zaprzątać tym sobie głowy, miała naprawdę dużo pracy. Zrobiła sobie kolejną herbatę i siadła do komputera.


— Panie prezesie! — asystentka niemal krzyknęła, gdyż Bernard nie odpowiadał, choć zwracała się do niego już trzeci raz.

— Tak, pani Klaudio? — podniósł na nią nieprzytomny wzrok.

— Przyszły papiery w sprawie tej dotacji, trzeba jeszcze… — nie słuchał dalej, słowa zlały się w nic nieznaczący szum tła. Pogrążył się ponownie w swoich rozmyślaniach o zatopionym mieście. Chciał jak najszybciej rozpocząć poszukiwania, ale wciąż wiedział za mało. Musiał pilnie spotkać się z zielarką i wypytać o więcej szczegółów. Asystentka skończyła mówić i patrzyła na niego wyczekująco. Bernard zorientował się, że dziwnie to wygląda, więc pośpiesznie odpowiedział

— Zajmę się tym później, pani Klaudio. Teraz muszę pilnie wyjechać. Proszę przygotować wszystkie potrzebne dane i dokumenty. — złapał kurtkę i kluczyki do samochodu i prawie wybiegł z biura. Asystentka przez chwilę stała bez ruchu, zaskoczona niezwykłym zachowaniem szefa, w końcu jednak wzruszyła ramionami i wróciła do swoich obowiązków.

Bernard wskoczył do zaparkowanego przed firmą SUV-a i pognał uliczkami miasta w kierunku widocznego w oddali lasu. Zatrzymał samochód na leśnej drodze, wysiadł i zaczął nawoływać zielarkę. Nie znał jeszcze jej imienia, dziś musi koniecznie o to zapytać. Dziewczyna mówiła, że mieszka w chacie pod lasem, ale samej chaty nie widział nigdy. Może stała z drugiej strony lasu? Musi się kiedyś tam wybrać. Tymczasem zamiast zielarki pojawił się starszy posterunkowy Michał Nicpoń na rowerze.

— Dzień dobry, panie Bernardzie!

— Witam stróża prawa i porządku! — zawołał żartobliwie Bernard. Nicpoń uśmiechnął się, zsiadł z roweru i rozejrzał się ciekawie wokoło.

— Co pan robi na tym zad… hmmm… na tym odludziu? — zapytał.

— Muszę się spotkać z zielarką. — odpowiedział z przekonaniem Bernard.

— Oooo, a co to za nowość? Hmmm? Już ja znam te zielarki! Tu majeranek, tam… yyyy… koziabródka, a między rządkami ziółek — marihuana!

— Co pan opowiada, jaka marihuana? I nie koziabródka, tylko kozieradka. Na ziołach, panie posterunkowy, to pan się nie zna wcale!

— Starszy posterunkowy! — poprawił go Nicpoń półżartem po czym wsiadł na rower i odjechał, kręcąc głową i mamrocząc pod nosem o tym, jak to bogactwo przewraca niektórym w pewnych częściach ciała. Bernard został sam. Rozglądał się i nasłuchiwał, ale nie słyszał nic, oprócz śpiewu ptaków i szumu drzew. Przymknął oczy i rozkoszował się ciepłym, aromatycznym powietrzem. Nagle wśród zwykłych odgłosów natury zaczęła przewijać się jakby odległa, cicha piosenka. Bernard stał jak zahipnotyzowany, chłonąc jej dźwięk. Zdawała się przenikać prosto do jego serca i poruszać najczulsze struny jego duszy. W końcu zobaczył zielarkę. Szła w jego kierunku przez las niosąc przewieszony przez rękę koszyk z ziołami. Śpiewała cicho, a brzmienie jej głosu przywodziło na myśl szum wody. Jej długa, jasna sukienka sprawiała wrażenie niezwykle lekkiej, jakby utkanej z mgły. Bernard patrzył urzeczony. Wydawała mu się bardziej sennym widziadłem, niż człowiekiem. Podeszła do niego w milczeniu, uśmiechając się delikatnie. Wyciągnął dłoń, by ująć ją za rękę, ale cofnęła się i powstrzymała go gestem. Długo patrzył na nią nie mogąc się poruszyć ani odezwać. Gdy w końcu zdołał wydobyć z siebie słowa, jego głos był ochrypły i drżący.

— Jak masz na imię?

— Laura.

— Laura… a ja Bernard.

— Wiem.

— Wiesz? Skąd?

— Po prostu wiem.

Poszli obok siebie w milczeniu drogą pod lasem w stronę jeziora. Bernard nagle zapomniał o wszystkich pytaniach, które chciał zadać, o zatopionym mieście. Liczyła się tylko ona i ta chwila. Pragnął, by trwała wiecznie.


Widok jeziora jak zawsze zaskoczył Bernarda. Pojawiło się nagle wśród drzew, które schodziły blisko, prawie do samej wody. Miało kształt niemal idealnego okręgu. Drzewa, niebo, chmury odbijały się w gładkiej jak tafla lodu powierzchni. Stojąc na brzegu odnosiło się wrażenie zawieszenia pomiędzy niebem a jego odbiciem w wodzie. Wrażenie to było szczególnie silne nocą. Z tego, co zdążył się dowiedzieć, jezioro utworzyło się w zapadlisku krasowym, które powstało w tym miejscu w okresie wczesnego średniowiecza. Teoretycznie było więc możliwe, że zapadająca się niespodziewanie ziemia pogrzebała stojące niegdyś w tym miejscu miasto, następnie zaś zapadlisko wypełniło się wodą. Nie miał tylko pomysłu, kto i po co miałby budować miasto w środku lasu, ale może wtedy nie był to środek lasu? Na razie na większość pytań nie znał odpowiedzi, był jednak zdeterminowany, by je poznać. Poprzedniej nocy, gdy dotarł nad jezioro, był świadkiem niezwykłego spektaklu. Unosząca się nad wodą mgła na jego oczach zaczęła układać się w niezwykłe, ruchome kształty, przypominające ludzkie postaci. Z głębi jeziora dochodził zgiełk, jakby rzeczywiście tętniło tam życie. Zdawało mu się, że słyszy odgłosy walki, krzyki. Gdy jednak podbiegł do brzegu, chcąc przyjrzeć się bliżej niezwykłym zjawiskom, wszystko nagle zniknęło, a on sam osunął się do wody, z której ledwie dał radę się wygramolić. Usiadł na brzegu i zastanawiał się, czym było to, co widział. Snem? Złudzeniem? Wtedy właśnie pierwszy raz spotkał zielarkę. Pojawiła się niepostrzeżenie, nie był w stanie powiedzieć, skąd przyszła. Wyglądem przypominała te mgliste postaci z jeziora. Ostrzegła go przed duchami zatopionego miasta. Niestety odeszła z pośpiechem, zanim zdążył wypytać ją o szczegóły. Słyszał już wcześniej tę legendę i zdążył nieco poczytać, ale wciąż wiedział za mało, by móc zorganizować poszukiwania. Teraz zamierzał uzupełnić swoją wiedzę.

— Lauro…

— Tak?

— Opowiedz mi coś więcej o zatopionym mieście.

— To długa historia.

— Mamy czas… — znów spróbował ująć jej dłoń, ale ponownie mu się wymknęła.

— Dobrze. Może usiądźmy? — siedli na trawie i Laura zaczęła opowiadać.

— Było to wiele wieków temu. W tym miejscu, gdzie dziś jest jezioro, wznosiły się mury wspaniałego miasta. Wyróżniało się ono tym, że zostało założone na planie niemal doskonałego okręgu. Mieszkańcy żyli dostatnio, bo przebiegały tędy ważne szlaki handlowe. Kobiety w mieście były piękne i uśmiechnięte, a mężczyźni pracowici i mężni. Miastem władał mądry i sprawiedliwy książę. Wokół na wiele mil rozciągały się pola uprawne i wioski. Lasu tu nie było, przy dobrej pogodzie można było stąd dostrzec mury stolicy.

— Stolicy? — zdziwił się Bernard. Do Wołkowa było stąd koło dwustu kilometrów. — Chyba trochę przesadzasz…

— Ówczesnej stolicy — wyjaśniła zielarka, a Bernard pomyślał, że być może chodzi o pobliskie miasteczko. Nowe Miastko jeszcze dwieście lat temu było ważnym ośrodkiem, kto wie, może w zamierzchłych wiekach to tam mieściła się stolica któregoś z lokalnych państewek? Laura kontynuowała swoją opowieść.

— To właśnie bliskość stolicy przyczyniła się do tragedii miasta. Pewnego dnia do księcia przybył przerażony goniec z listem. Stolica była oblężona, jej władca błagał o pomoc księcia, który był jego ciotecznym bratem. Książę bez zwłoki wydał odpowiednie rozkazy. W gorączkowym pośpiechu czyszczono zbroje, ostrzono miecze i kuto konie. Młodzieńcy palili się do walki, żądni chwały, niewiasty zanosiły do Boga modły o pomyślny powrót synów i mężów. Pod książęcym sztandarem zgromadziło się pięć tysięcy zbrojnych, każdy na bojowym rumaku. Byli to wszyscy mieszkańcy miasta, zdolni do noszenia broni. O świcie surmy zagrały sygnał do wymarszu, żelazny szyk ruszył ku bramie miasta, biskup z murów błogosławił wojów na bój, jednak książę wstrzymał oddziały. W nocy długo rozmyślał o swoim położeniu i postanowił przed odjazdem radzić się swojej córki. Była ona kobietą młodą, niespełna dwudziestoletnią. Jej matka, żona księcia, zmarła przy porodzie. Wychowaniem księżniczki zajęła się ciotka — stara panna, osoba biegła w sztuce leczenia. Książę szanował ją bardzo, choć także nieco się jej obawiał, gdyż krążyły słuchy, że była czarownicą. Sędziwa niewiasta przekazała swej podopiecznej całą swoją wiedzę, a także księgi, które pieczołowicie przechowywała. Księżniczka miała szesnaście lat, gdy ciotka zmarła. W naturalny sposób przejęła jej funkcje zielarki i uzdrowicielki i od tej pory książęcy pałac bardziej przypominał lazaret lub przytułek. Dziewczyna nikomu nie odmawiała pomocy, lecząc nie tylko rany i choroby, ale też służąc radą w życiowych sprawach. Nawet ojciec zdumiewał się jej mądrością, dlatego w godzinie próby postanowił zasięgnąć jej rady.

— Moje dziecko — zwrócił się do córki — jak wiesz mój brat poprosił mnie o przysłanie wojska na pomoc oblężonej stolicy.

— Wiem ojcze — odparła spokojnie księżniczka. Siedziała wyprostowana, a z całej jej postawy biły spokój i nieprzystające wręcz do wieku dostojeństwo.

— Ale jakże mi zostawić cały gród bez obrony? Wiesz wszak, że najmocniejszym szańcem miasta są zbrojne ramiona mężów. Nie mogę rozdzielić wojska, jest zbyt małe, a jeśli wyruszymy wszyscy… wolę nawet sobie nie wyobrażać, jaki los spotkałby nasze kobiety i dzieci, gdyby zaatakowano was pod naszą nieobecność — książę był przerażony taką perspektywą.

— Ojcze — córka ujęła jego dłoń — nie lękaj się, ruszaj na pomoc stolicy, wsław swoje imię, troskę o nas pozostaw Bogu. Miałam dzisiaj sen — potężny anioł Pana, zbrojny w miecz ognisty, osłonił miasto swoimi złotymi skrzydłami i zapewnił mnie, że pod nieobecność mężów będzie naszym obrońcą.

Książę natychmiast nabrał odwagi i wyruszył na czele wojska na pomoc krewniakowi, miał bowiem niezachwianą wiarę w niezwykłe zdolności swojej córki i uważał jej sen za proroczy. Niestety, spełnił się on w tragiczny sposób. Tego wieczora pozostali za murami miasta starcy i kobiety długo nie kładli się spać. Wszystkich dręczył niejasny niepokój. Około północy czuwająca na murach księżniczka zobaczyła w oddali blask pochodni. W pierwszej chwili pomyślała, że to ojciec postanowił jednak zawrócić i ucieszyła się w głębi serca. Mimo pokrzepiającej sennej wizji czuła strach przed pozostaniem w pozbawionym obrońców mieście. Niestety, jej obawy okazały się słuszne. Do grodu zbliżał się nieprzyjaciel. Na nic zdały się rozpaczliwe próby obrony, po pierwszym natarciu padła główna brama miasta. Ci mieszkańcy, który zdołali ujść nieprzyjacielskich strzał i mieczy, schronili się w zamku. Największy strach ogarnął kobiety, przerażone myślą o haniebnej niewoli. W pewnym momencie jedna z panien zaczęła wzywać zgromadzone w wielkiej sali zamku niewiasty, by pozabijały się wzajemnie i w ten sposób uniknęły strasznego losu. Księżniczka, zdjęta grozą na myśl o masowych morderstwach, padła na kolana i zaczęła wzywać na pomoc anioła pańskiego, którego widziała we śnie.

— Panie, ocal nas od hańby! Lepiej zabierz nas z tego świata, niżbyśmy miały wpaść w ręce wroga! — wołała, unosząc ramiona ku czarnemu niebu, już rozświetlanemu łunami pierwszych pożarów. Pan jej wysłuchał. Nie pozwolił, by niewinne niewiasty i dzieci padły ofiarą rozpasanej tłuszczy. Na Jego rozkaz ziemia otworzyła się, pochłaniając miasto, a z jej trzewi buchnęły ogromne ściany wody, topiąc okrutnych najeźdźców. Mieszkańcy miasta zostali przemienieni w białe kwiaty. Przez wiele wieków ludzie wierzyli, że kwiaty są chronione potężną magią, a każdy, kto odważyłby się ich dotknąć, umrze w straszliwych męczarniach, jednak nie jest to prawda. Prawdą jest natomiast, że ten gatunek kwiatów — to mówiąc zerwała biały kwiatek i podała Bernardowi — to endemit, nie występuje nigdzie, poza naszym jeziorem. Księżniczka, której imię zostało niestety zapomniane, była tu czczona przez panny i wzywana jako mścicielka wykorzystanych dziewcząt. Mawiano, że gdyby jakiś młodzieniec zbałamucił cnotliwą pannę, a ta poskarżyłaby się księżniczce z jeziora, to nieszczęśnik nie uniknie śmierci w wodnej otchłani. Podobno taka sama kara czeka niewiernych mężów. — mówiąc to zerknęła z ukosa na Bernarda, a ten zaczerwienił się pod jej spojrzeniem. Laura wybuchła perlistym śmiechem, po czym stwierdziła, że musi już iść i nim zdążył się odezwać, zniknęła w lesie. Bernard przytulił do ust biały kwiatek i przymknął oczy. Dochodziło południe.


Luiza przetarła dłońmi twarz i odsunęła się od komputera. Starała się pamiętać o regularnych przerwach w pracy, wstała więc, przeciągnęła się i poszła do kuchni po herbatę. Z parującym kubkiem w ręku przeszła do salonu i spojrzała na podjazd i lipową aleję. Pogoda zachęcała do spaceru. Majowe słońce przygrzewało już dość mocno i całkowicie przegoniło poranny chłód. Luiza pomyślała, że dobrze zrobi jej trochę ruchu i powietrza. Ubrała się, wzięła torebkę i wyszła przed dom. Poszła lipową aleją w dół, w stronę wsi. Postanowiła wstąpić po drodze do niewielkiego sklepiku i kupić coś słodkiego do kawy. Gdy Bernard wróci z pracy zrobią sobie miły podwieczorek. W drzwiach sklepu niemal zderzyła się ze starszym posterunkowym Nicponiem.

— Dzień dobry, pani Płużyńska! Jak tam małżonek, wrócił, hmmm… na łono rodziny?

— Dzień dobry, panie posterunkowy. Tak, dotarł po północy. Teraz jest w pracy.

— Hmmm… Obawiam się, że nie…

— Słucham? Co pan ma na myśli? — Luiza spojrzała na Nicponia z mieszanką zdziwienia i przerażenia.– proszę mi natychmiast powiedzieć, co z moim mężem? Miał wypadek? Jest cały i zdrowy?

— Cały raczej tak… co do zdrowia… hmmmm…

— Niechże pan mówi jaśniej! Co się stało?!

— W zasadzie nic, tylko pani mąż, hmmm… nie wiem, czy powinienem mówić…

— Skoro już pan zaczął, to niech pan mówi!

— Hmmm… no cóż… Spotkałem go pod lasem. Chodził jak błędny i nawoływał jakąś zielarkę… Wyglądało to dziwnie, jeśli pani wie, co mam na myśli… Hmmm… Bardzo mi przykro, pani Płużyńska.

— Niepotrzebnie. Dziękuję za informację. Do widzenia.

Luiza zapomniała o planach na miły podwieczorek. Zawróciła natychmiast do domu. Jej komórka została przy komputerze, a zależało jej, żeby jak najprędzej skontaktować się z Bernardem. Teraz już kompletnie nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. O romans go nie podejrzewała. Zresztą, chyba bardziej by się z tym krył. Co to za nowa awantura? I skąd u diabła wzięła się ta cała zielarka? Nigdy wcześniej o niej nie słyszała, a przecież mieszkali tu już ponad dwa lata. Do tego jeszcze opowieść księdza. Gubiąc się w domysłach dotarła do domu i natychmiast sięgnęła po telefon.


Natarczywy dźwięk wyrwał Bernarda z błogiego letargu. Wypuścił z ręki biały kwiatek i sięgnął do kieszeni. Ucieszył się niezmiernie, widząc na wyświetlaczu numer Luizy, bardzo chciał podzielić się z nią swoimi najnowszymi ustaleniami.

— Lulu, kochanie, super, że dzwonisz! — Luiza kompletnie zbaraniała, słysząc tak entuzjastyczne powitanie.

— Bernard… gdzie Ty jesteś?

— Nad jeziorem, nie uwierzysz, czego się dowiedziałem!

— Opowiesz mi w domu — przerwała Luiza — teraz wracaj do firmy.

— No tak, dobrze, że mi przypomniałaś, Klaudia ma dla mnie jakieś ważne papiery.

— No, to do zobaczenia po południu. Uważaj na siebie.

— Kocham cię, Lulu.

— Ja ciebie też, Bernard. Ja ciebie też.

Luiza zakończyła połączenie i odetchnęła głęboko, obejmując głowę dłońmi. Najwyraźniej Bernard znalazł kolejna tajemnicę do rozwiązania i nie zamierzał łatwo odpuścić. Nie było to dla niej nowością, niepokoił ją jednak stopień jego zaangażowania w tę sprawę. Niezależnie od tego, jak cenne skarby i niezwykłe tajemnice tropił, nigdy dotąd nie zaniedbywał spraw firmy. W szczególności zaś nie wymykał się w godzinach pracy do lasu na potajemne schadzki z obcymi kobietami. Luiza z natury nie była zazdrosna, ale postać zielarki nie dawała jej spokoju. Kim była ta kobieta i skąd się wzięła? Żałowała, że nie spytała o nią księdza. Zresztą, dziś po południu zamierzała szczegółowo wypytać Bernarda. Dowie się wszystkiego i wtedy zdecyduje, co dalej z tą sprawą zrobić.


Bernard wrócił tuż po szesnastej. Wpadł do domu z hukiem i od progu zasypał Luizę wszystkimi informacjami, jakie zdołał zebrać tego dnia. Luiza słuchała cierpliwie, nie przywiązując jednak większej wagi do szczegółów historii zatopionego miasta. Zamierzała poczekać, aż szalony entuzjazm jej postrzelonego męża nieco opadnie i dopiero wtedy spokojnie z nim porozmawiać. Tymczasem krzątała się po kuchni, nakrywając do stołu. Gdy Bernard zrobił przerwę na złapanie oddechu, poleciła mu siadać do posiłku, mimo że nie skończył jeszcze opowiadać.

— Mmmmm, gulaszowa! Ty wiesz co lubię! — Bernard oblizał usta i z zapałem chwycił za łyżkę. Ubóstwiał tradycyjną kuchnię swojej żony. Wprawdzie lubili od czasu do czasu spróbować czegoś nowego, choćby sushi czy pad thai, ale dziś potrzebował konkretnego posiłku. Jadł łapczywie, było widać, że jest bardzo głodny. Luiza pomyślała, że pewnie zapomniał o drugim śniadaniu. Gdy zaspokoił pierwszy głód, spojrzał na nią.

— A tobie jak minął dzień?

— Dosyć ciekawie. Był tu ksiądz Anatol.

— Pewnie szuka sponsorów. — rzucił Bernard ze źle skrywaną niechęcią.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.4