E-book
24.57
drukowana A5
53.35
drukowana A5
Kolorowa
78.87
Jeden niełatwy żywot

Bezpłatny fragment - Jeden niełatwy żywot

Lwów Kraków Wrocław


Objętość:
284 str.
ISBN:
978-83-8126-848-6
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 53.35
drukowana A5
Kolorowa
za 78.87

Podziękowanie

Dzięki inspiracji mojej siostry Ewy Lewickiej oraz mamy, Marii Lewickiej, która przez pięć lat trwania choroby mojego ojca sprawowała nad nim opiekę i stworzyła warunki, które umożliwiły  napisanie tej książki. Wydarzenia miały miejsce na przestrzeni lat 1916–1995. Dziękuję również rodzinie oraz znajomym, którzy w tym okresie wspierali mojego ojca, który całe życie poświęcił wraz z moją mamą w walce o lepszy świat. Opis niezłomnego człowieka, który samotnie przeciwstawiał się wypaczeniom i bezprawiu, które było na porządku dziennym w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej w okresie ciężkiego stalinizmu i realnego komunizmu, ryzykując egzystencją swoją i rodziny.

To również oddanie hołdu tysiącom Polaków, których historie nigdy nie będą opisane, którzy bezimiennie, bezinteresownie w czasie nieludzkich totalitaryzmów trwali i starali się uczciwie żyć. Bo zawsze można być człowiekiem uczciwym i żyć z podniesionym czołem, a dzięki godnemu życiu Polska przetrwała, zachowując główne przesłanie: BÓG-HONOR-OJCZYZNA.

Michał Lewicki

(rocznik 1952)

Wspomnienie

Wspomnienie, które powinno przetrwać w naszej rodzinie, która była zawsze patriotyczna, poprzez wszelką działalność społeczną i uczciwą pracę na rzecz budowy Niepodległej Polski.

Maria Lewicka (rocznik 1916)


Kostuchniówka, 1916

Wiersz mojego wujka Władysława Augustyna (brat mojej mamy), napisany podczas I Wojny Światowej w 1916 roku w okopach pod Kostuchniówką w Legionach.

NOC TAKA CICHA

Noc taka cicha, choć w tej nocnej ciszy

Milion się tęsknot bólów i pragnień kłębi

Lecz i to Bóg widzi, co płynie z serca

chłopięcego głębi.

Żołnierzem jestem, za ojczyznę skonam

Ale Ty Boże moją rękę prowadź

Niech coś zrobię, niech coś dokonam.

Oby spytany u niebieskich progów

Coś zrobił z życiem mógł powiedzieć śmiało

Ta ręka Polsce ujęła dwóch wrogów

Na więcej czasu na ziemi nie stało.

Władysław Augustyn, lat 20

Kostuchniówka

Władysław Augustyn (wujek, brat mojej mamy), gimnazjalista lat 20, zginął za Wolność Niepodległej Polski pod Kostuchniówką w roku 1916, w dniach 4–6 lipca służąc w legionach.

Metryka śmierci

Z przesłanego opisu — raportu wojskowego wynika, że brat zginął od wybuchu szrapnela rosyjskiego. Z oddziału brata nikt nie ocalał! Czując, że zginie, napisał list pożegnalny do mamusi mojej i zadedykował jej ostatni wiersz swojego krótkiego życia. Nadmieniam, że w gimnazjum pisał wypracowania wierszem i w ocenie pedagogów zapowiadał się na poetę i pisarza. Wiele napisanych wierszy i wypracowań nie zachowało się. Tym wierszem żegnał się z rodziną. Mama moja, na tę okoliczność, otrzymała państwową emeryturę. Rodzina otrzymała najwyższe odznaczenie państwowe — Krzyż Virtuti Militari.

Na froncie Kostuchniówka 1916r.(czwarty od lewej strony)

Moja mama Janina Zając (panieńskie Augustyn) piastowała przez wiele lat zaszczytną funkcję Prezesa Sodalicji Mariańskiej i Przewodniczącej Koła Polek w Dziedzicach, gdzie mieszkaliśmy do czasu wybuchu II wojny światowej.

Janina Zając (pierwsza z prawej) Sodalicja Mariańska 1938 r.

Podczas wojny mieszkaliśmy w Krakowie, a po wyzwoleniu we Wrocławiu, czyli od roku 1945 do chwili obecnej.

Władysław Zając 1889 r.


Rodzina Zająców 1922 r.

Ewakuacja — uciekinierka

Czechowice-Dziedzice to miejsce, gdzie spędziłam dzieciństwo, uczęszczałem do szkoły podstawowej i gimnazjum do wybuchu wojny w 1939 roku.

II klasa Maria Zając x

Był to okres stabilny, gdzie życie upływało spokojnie w niedawno powstałej Rzeczpospolitej, gdzie widać było wielkie zaangażowanie wszystkich w odbudowę Polski po długim okresie niewoli. Widać było życzliwość i wzajemną pomoc. Współżycie z mniejszościami narodowymi: Żydami, Niemcami, Czechami, nie sprawiało żadnych kłopotów. Jednak tak jak wszędzie, były drobne konflikty, które załatwiano na bieżąco. Przy poważniejszych sprawach wspierał nas wuj Rejman, który był nadkomisarzem policji okręgu lwowskiego. Jego interwencje osobiste zawsze dawały właściwy rezultat. To niedługo miało się skończyć, gdyż od pewnego czasu chmury gromadziły się nad Polską i niedługo potem rozpoczęła się II wojna Światowa, która zmieniła świat.

Pierwszy dzień wojny — 1 września 1939 roku, Czechowice-Dziedzice. Miasto opustoszało, gdyż większość ludzi wyjechało dzień wcześniej własnym transportem i podstawianymi wagonami kolejowymi ze stacji. W mieście pozostało wojsko i oddziały samoobrony.

Na zdjęciu po prawej mój ojciec Władysław Zając, oddział samoobrony.

Ostatni transport kolejowy z uciekinierami stał na stacji gotowy do odjazdu. Zając Władysław (mój tata) był kierownikiem Urzędu Celnego i przygotował wagon kolejowy już wcześniej, gdzie cały nasz dobytek został załadowany. Odjeżdżając ostatnim transportem z Czechowic-Dziedzic, pamiętam jak osoby wsiadające do wagonów mówiły, że widziały już w mieście oddziały niemieckie. Była to ostatnia chwila, aby pociąg ruszył. Napięcie rosło, czy zdążymy odjechać przed wchodzącymi oddziałami niemieckimi. Sytuacja stawała się dramatyczna. Widać było zdenerwowanie wśród uciekinierów w ciągle stojącym pociągu. Padały okrzyki: dlaczego nie ruszamy? Trwało to jeszcze kilkanaście minut, i wreszcie pociąg z uciekinierami ruszył. Wszyscy odetchnęli. Punktem docelowym ewakuacji był kierunek na wschód, Przemyśl i dalej miasto Dolina nad rzeką Stryj, obecnie miasto na Ukrainie w obwodzie iwanofrankowskim. Pociąg pomału rozpędzał się i po pewnym czasie ustabilizował prędkość. Najgorsze już za nami, ale przyszłość również niepewna i z wieloma znakami zapytania: co będzie dalej? Co przyniesie przyszłość? Z perspektywy przeżytych lat to był początek bardzo trudnych czasów, które obfitowały w wiele wzlotów i upadków, zarówno w życiu osobistym, rodzinnym jak i na polu społecznym, politycznym i międzynarodowym. Sytuacja jadących pociągiem uciekinierów uspokoiła się. Podroż miała trwać kilkanaście godzin, gdyż odcinek do przejechania to ponad 600 kilometrów. Jednak okazało się, że wydłużyła się ona do kilku dni. Główną przyczyną były ciągłe naloty niemieckie na jadący pociąg. To uświadomiło wszystkim, że to jest przecież wojna. Przez tych kilka dni wagony były naszym domem. Pogoda w tym czasie była bardzo sprzyjająca i wszyscy podroż znosili dobrze. Nikt nie przypuszczał, że dalsza podróż pokaże prawdziwe oblicze wojny i pierwsze ofiary. Okazało się, że wszelkiego rodzaju pociągi stały się ulubionym celem Luftwaffe. Tak stało się i w naszym przypadku. Pociąg był wypełniony uciekinierami i nie był składem wojskowym, a mimo to Niemcy bombardowali. Ataki na składy i linie kolejowe były priorytetem taktyki niemieckiej, mając na celu niszczenie dróg kolejowych. W trakcie podróży takich nalotów było kilka. Za każdym razem pociąg się zatrzymywał i większość uciekała z pociągu, kryjąc się w rowach, polach, lasach. Ja, wiedząc ze szkoleń samoobrony, wskakiwałam do 3–4 metrowych lejów po bombach, gdyż bomby nigdy ponownie nie trafiały w te same miejsca. Patrząc w górę widziałam, jak z samolotów wysypują się kolejne bomby, okrutnie świszcząc. Po przejściu nalotu, po upewnieniu się, że samoloty odleciały, wszyscy wracali do wagonów. Niektóre osoby były ranne, a część już nie powróciła, przechodząc do wieczności, pozostając w miejscu, gdzie dopadła ich śmierć. Były to pierwsze okrutne obrazy rzeczywistej wojny, gdzie jako 23-letnia młoda dziewczyna ocierałam się o śmierć.

Maria Lewicka (Zając) 1939 r.

Przy drugim bombardowaniu pociągu poczułam smak śmierci. Po zatrzymaniu pociągu wszyscy zaczęli uciekać jak najdalej, chowając się po rowach, polach, okolicznych zaroślach. Po przejściu nalotu zaczęliśmy wracać do wagonów. W odległości kilkuset metrów od pociągu pojawiły się niemieckie oddziały, które ustawiając się tyralierą równolegle w stronę wagonów, zaczęły wyłapywać pochowanych uciekinierów, którzy nie zdążyli wstać i dojść do torowiska. Po kilkunastu minutach oddział niemiecki doszedł do wagonów, ustawiając wszystkich wzdłuż pociągu. Część żołnierzy niemieckich przeszukiwała wnętrze, a osoby, które już były w wagonach, musiały wyjść na zewnątrz, ustawiając się przed składem. W wagonach mogły zostać tylko osoby chore i starsze. Niemcy, idąc wzdłuż szeregu ustawionych uciekinierów, po oględzinach dłoni wskazywali osoby, które ustawiali w odrębnym szyku. Na podstawie dłoni określali, czy jest to inteligencja, czy osoby pracujące fizycznie. Z całego składu zebrali około 60–70 osób. Pozostali mogli wrócić do wagonów. Ja i mój ojciec znaleźliśmy się w grupie wyselekcjonowanej. Moja mama, babcia i brat zostali w wagonach. Po chwili zaczęliśmy się oddalać w kierunku lasu eskortowani przez oddział niemiecki. Idąc przez pole, doszliśmy do drogi znajdującej się w odległości 500 metrów od wagonów. Do skraju lasu pozostało jeszcze 200 metrów. Idąc drogą, miałam pustkę w głowie. Jedyna myśl — to tak ma wyglądać koniec życia? Mam 23 lata i za chwilę to życie zgaśnie. To były chwile i obojętność na to, co się wokoło dzieje. Tata w rozpiętym płaszczu z podniesionym kołnierzem, a ja zaraz za nim i inni idziemy w milczeniu przy ciągłym poganianiu żołdaków niemieckich: „schnell”. W pewnej chwili słychać jadące z przeciwka samochody. W pierwszym odkrytym samochodzie widać stojącego oficera niemieckiego, który podjeżdża bezpośrednio do prowadzącego nas żołnierza niemieckiego i zatrzymuje się. Jeden z żołnierzy podbiega i melduje, że z pociągu wyłapali kilkadziesiąt osób, urzędników i inteligencję. Prowadzimy ich na rozstrzelanie w kierunku lasu. Całe to wydarzenie obserwowali bezradnie uciekinierzy, którzy pozostali w wagonach, w tym moja mama i część mojej rodziny. Dowódca przyjął meldunek i ostrym głosem rozkazał puścić wszystkich, gdyż są poważniejsze inne zadania do wykonania. Całą rozmowę słyszał mój tata, który w czasie I wojny światowej służył w wojsku austriackim w oddziałach saperskich, doskonale znał język niemiecki i przekazał w szczegółach informacje już w pociągu. Wszyscy pomału zaczęliśmy wracać do wagonów, a oddziały niemieckie gdzieś zniknęły. Babcia i mama tylko się modliły, widząc jak Niemcy prowadzą nas w kierunku lasu. To był cud, że nic nam się nie stało.

Dotarliśmy do miejsca przeznaczenia tymczasowego, do Doliny nad Stryjem. Już po paru tygodniach okazało się, że jesteśmy pod okupacją nie niemiecką tylko sowiecką, gdyż nowa granica została usytuowana na Sanie, po zajęciu przez Sowietów ziem polskich od wschodu. To były pierwsze cztery tygodnie wojny. Tak wyglądał początek gehenny mojej rodziny, milionów Polaków i wielu narodów.

Wrocław, 06 listopada 2010 r.

Maria Lewicka (Zając)

Resume

Nigdy nie myślałem nawet w najskrytszych marzeniach, że kiedykolwiek zdobędę się na wysiłek napisania książki, która może być rozliczeniem się z moim własnym życiem z jednej strony, zaś z drugiej przekazem dla ludzi nie tylko dobrej woli, że nawet działając w osamotnieniu, można wpływać na łagodzenie brutalnej rzeczywistości widzialnego świata. To może i powinien robić każdy, lecz czyni to niewielu i dlatego bilans ogólnych przedsięwzięć ludzkości jest mało zachęcający.

Osobiście nigdy bym nie podjął się napisania tej książki, gdyby nie ciągły doping bliskich, znajomych, a zwłaszcza wielu całkowicie obcych ludzi, którzy po zapoznaniu się z fragmentami mojego życia uznali, że było ono zarówno ciekawe jak i nietypowe, szczególnie w zakresie konsekwentnej wierności zasadom moralnym w szerokim układzie społecznym i politycznym. Tak więc powstała opowieść o moim życiu, życiu szarego zwykłego człowieka, który w trudnych czasach przełomu, wbrew wszystkiemu, pozostał bezinteresowny i czysty w swoich intencjach i w swoim otwarciu się na potrzeby bliźnich, a szerzej społeczeństwa. Tak było od młodości i tak jest do dni ostatnich.

Ten szary człowiek został tak ukształtowany ręką Opaczności, która uwrażliwiła go szczególnie na prawdę i sprawiedliwość. I temu starałem się być wierny przez całe moje życie. W tym zakresie nie mogło być mowy o żadnych przetargach. Tak więc opowiedziana historia ciągnie się na przestrzeni lat 1915–1944, gdzie przy okazji przedstawiania konkretnych zdarzeń i faktów, narracja tekstu jest w znacznym stopniu nasycona dygresjami natury wychowawczo-pedagogicznej, moralnej, historycznej, politycznej, a także historiozoficznej i ogólnej. Szczególną fascynację i kontrowersję budziła u moich dyskutantów moja teoria o przewidywanych wydarzeniach historycznych na przestrzeni lat 1944–1989. Tu z satysfakcją muszę stwierdzić, że sprawdziła się w zupełności, i to wbrew opinii zarówno polityków, jak i laików, zarówno współczesnych wydarzeniom jak i obecnych (np. Brzeziński). Sprzeciwy budził jej pesymistyczny scenariusz o rozwój systemu komunistycznego i jego sukcesach, co zresztą było faktem. Opowiedziana historia dzieli się na kilka zasadniczych okresów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 53.35
drukowana A5
Kolorowa
za 78.87