E-book
6.83
drukowana A5
27.34
drukowana A5
Kolorowa
53.22
JAJA W NIEBIE

Bezpłatny fragment - JAJA W NIEBIE

czyli mrożące krew w żyłach opowieści z podróży dookoła świata na ZAWISZY CZARNYM


5
Objętość:
140 str.
ISBN:
978-83-8104-765-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.34
drukowana A5
Kolorowa
za 53.22

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży.


Opracowanie graficzne | Andrzej Kuczera


Korekta | Barbara Kuczera, Andrzej Kuczera


Wydanie III, uzupełnione i zmienione


Nie będę łkał, patrząc na morze.

Wystarczy, że ono łka, patrząc na mnie.

Kuczera

Notatka o autorze

Otóż sam sobie napiszę notatkę. O sobie. Nie jestem bowiem skromny i nieśmiały. Gdybym napisał „nieskromny”, to zasugerowałbym coś obrzydliwego, więc nie napiszę. Notatka natomiast będzie pozytywna i podkreśli niewątpliwe zasługi. Moje zasługi, oczywiście.

Urodziłem się w Strzyży. Strzyża to nazwa niewielkiej rzeki, strugi, potoku, oraz nazwa dzielnicy Gdańska. Urodziłem się w dzielnicy, a nie w rzece. Dzielnica Strzyża ma 1 kilometr kwadratowy powierzchni, więc gromadzi mieszkańców o szczególnych cechach. Takich, jak cechy piszącego te słowa.

O wczesnej edukacji nie ma co pisać. Poza tym pamięć zawodzi. Zupełnie nie pamiętam, jak jeden /jeden?/ z nauczycieli zwracał się do mnie: „Ty durniu!”. Przepychano mnie z klasy do klasy, żeby nie mieć ze mną więcej nic wspólnego. Z tego powodu dostawałem zawsze fantastyczne referencje — tak jest zresztą do dzisiaj. Maturę zdałem w renomowanym IX Liceum Ogólnokształcącym, noszącym dziś imię wybitnego aktora Krzysztofa Kolbergera. Krzysztof zdawał maturę tego samego dnia i w tym samym miejscu, co ja. Lub inaczej: to ja zdawałem tam, gdzie mój znamienity Kolega, Krzysztof.

Teraz zacytuję fragmenty Notatki o autorze /o mnie!/ z wydania pierwszego. Podpisał się pod nią komendant Centrum Wychowania Morskiego ZHP, harcmistrz Waldemar Mieczkowski, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej.

„Komandor porucznik mgr inż. Andrzej Kuczera jest absolwentem Wydziału Dowódczego Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni i Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W swoim bogatym życiorysie zapisał służbę na okrętach desantowych; w tygodniku Marynarki Wojennej „Bandera”; w czasopiśmie „Żołnierz Polski” /tzw. „pustynnym”/, wydawanym dla żołnierzy Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej w Doraźnych Siłach Zbrojnych ONZ na Bliskim Wschodzie. Przebywał w Egipcie i Syrii. Jest profesjonalistą w piórze i fotografii prasowej. Przez całe życie działa w harcerstwie i żeglarstwie; jest harcmistrzem. Wielokrotnie organizował i prowadził duże obozy i zgru- powania szkoleniowe dla młodzieży. Był przewodniczącym Komisji Koordynacyjnej Wojskowych Kręgów Instruktorskich ZHP Marynarki Wojennej i członkiem władz centralnych WKI i ZHP. Za doniosłe osiągnięcia w pracy organizacyjnej i wychowawczej wyróżniony został przez naczelnika ZHP udziałem w rejsie na pokładzie „Zawiszy Czarnego” dookoła świata. Tej wspaniałej przygodzie poświęcona jest książka, którą Czytelnik trzyma w dłoniach. Jest członkiem Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich. Wydał kilka książek, w tym dwie wysokonakładowe powieści dla młodzieży: „Wakacje na końcu świata” i „Rejs na koniec świata”. Te dwie pozycje, ocenione bardzo wysoko, spowodowały przyznanie mu stypendium literackiego Ministra Obrony Narodowej. Łączny nakład jego książek przekroczył pół miliona egzemplarzy. Był założycielem i prezesem Polskiego Stowarzyszenia Wychowania Morskiego „Wodnik” oraz redaktorem naczelnym czasopisma „Wodnik”, przeznaczonego dla młodzieży — jedynego o takim charakterze na polskim rynku wydawniczym. Obecnie Andrzej Kuczera jest…”

No, to było pisane jakiś czas temu, przy I wydaniu JAJ. Obecnie, wraz z moją żoną Barbarą, od kilkunastu dobrych lat jesteśmy licencjonowanymi trenerami biznesu. Prowadzimy szkolenia dla firm i osób prywatnych. Wydaliśmy razem poradnik biznesowy „Profesjonalny szef” /Wyd. Helion, 2010/, który wielokrotnie gościł na liście bestsellerów Wydawnictwa. No i — ukazało się II wydanie mojego thrillera żeglarskiego dla młodzieży pt. „Wakacje na końcu świata” /Warszawska Firma Wydawnicza/.

I nadal marzę o dalekich rejsach….

Oto ja w Meksyku, 1989. Wtedy jeszcze miałem smukłą, godną zazdrości sylwetkę i pysk, obrośnięty po żeglarsku. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to widok mocarny, ale do znajdującej się z tyłu zagrody pasuje znakomicie.

Przedmowa do Wydania III

Wydanie pierwsze rozeszło się migiem. Nie było duże, bowiem robiliśmy wszystko po harcersku, bez większych funduszy, a nakład poszedł bezpłatnie. Druk i oprawę wykonała Akademia Marynarki Wojennej. Ilustracje do tamtego wydania wykonał znakomity grafik, Jerzy Tyszko, któremu tą drogą raz jeszcze serdecznie dziękuję.

A oto recenzja Wydania I, zamieszczona wówczas w miesięczniku „Żeglarz”:

„WYDARZENIE LITERACKIE.

Pełny tytuł książki brzmi: „Jaja w niebie, czyli mrożące krew w żyłach opowieści z podróży dookoła świata na ZAWISZY CZARNYM”. Motto zaś jest następujące: „Nie będę łkał, patrząc na morze. Wystarczy, że ono łka, patrząc na mnie. Kuczera”.

Motto oddaje charakter książki. Autor prezentuje teksty, rzadko spotykane na rynku literackim: morskie opowiadania o charakterze groteskowym. Czyta się je jednym tchem, z ustami otwartymi do śmiechu. Harcerz-żeglarz, jaki wyłania się spod pióra twórcy, jest na wskroś autentyczny, nie zafałszowany dętymi komunałami, godny naszej sympatii. Po przeczytaniu JAJ chce się natychmiast spakować marynarski worek i ruszyć; nie może nas w życiu ominąć to wspaniałe szaleństwo.

Trzeba podkreślić, iż książka jest ilustrowana znakomitą grafiką znanego rysownika, Jerzego Tyszki. Aż trudno powiedzieć, czy to rysunki, czy teksty są clou ksiązki…”

Przytoczę jeszcze… opinię przyjaciela. Wystawił ją wybitny pisarz marynista, Lesław Furmaga:

„Czy znam autora? Znam tego wariata od lat! Powinno się go zamknąć i odizolować — z maszyną do pisania i dla dobra marynistyki. Gdyby był młodym, przystojnym brunetem powiedziałbym, że ma przed sobą wielką przyszłość. On jednak ani młody, ani brunet, ani tym bardziej przystojny. Powiem zatem tak: to, co pisze, ma klasę…”

Minęło lat mało-wiele… Zmieniły się warunki techniczne. Internet stanął otworem. Postanowiłem zatem w 2015 roku — w inny sposób — przedłożyć Czytelnikom opowieści z podróży, przygotowując II Wydanie w wersji elektronicznej. O podjęciu takiej decyzji zmotywowało mnie też 25-lecie tej wielkiej podróży, rejsu stulecia.

Powstała też strona:

Wejdź, zapraszam!

która zawiera potężny ładunek zdjęć, filmów, wiedzy i emocji z tego rejsu.

Dzisiaj zaś postanowiłem opublikować Wydanie III.

Żeglarstwo — to jedna z najpiękniejszych specjalności człowieka. Żeglarstwa można się uczyć od małego. Ja, kiedy miałem 14 lat, zdobyłem swój pierwszy stopień żeglarski „młodszy żeglarz” /nie ma już dzisiaj takiego/, a w rok później założyłem 5 Drużynę Harcerską im. Mariusza Zaruskiego przy IX LO w Gdańsku. Dzisiaj szczycę się stopniem jachtowego sternika morskiego, a przez wiele lat prowadziłem obozy i zgrupowania dla harcerzy-żeglarzy. Już 6. i 7-latkowie bezbłędnie opanowywali manewrówkę na Optymiście…

Żeglarstwo: to sport czy styl życia? A może i jedno, i drugie? Nie mnie to rozsądzać, i — wierzcie mi — niewiele mnie to obchodzi. Kto bowiem złapie bakcyla żeglarstwa, zakocha się w tym wariactwie i siedzi w nim po uszy. I tak do końca życia; na ogół własnego.

Wydanie to dedykuję wszystkim moim Przyjaciołom, z którymi spędziłem ostatnie sześćdziesiąt kilka lat życia, a wymienianie których z imienia i nazwiska byłoby nie lada osobnym wydawnictwem.

No i — mojej żonie, Basi, Synom i Wnuczętom.

Teraz zabieram Cię, Czytelniku, na pokład.

Autor

Gdańsk, kwiecień 2014 roku.

Ósmy cud świata

Można by nawet stwierdzić, iż cud to był mniemany, niemniej jednak zdarzył się o tej godzinie, kiedy ZAWISZA CZARNY oddał cumy i wyruszył w rejs dookoła świata. Ci, którzy kiedykolwiek imali się pracy organizacyjnej, próbując zmontować przedsięwzięcie, stanowiące chociażby jeden maleńki procent, ba! — promil! tej fantastycznej wyprawy wiedzą, iż nie przesadzam.

Przed tymi, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi i nieprawdopodobnym przeciwnościom doprowadzili do Rejsu Stulecia, biję pokłon do samego pokładu.

Ze szczególną zaś atencją pragnę ucałować żelazną dłoń mego Kapitana i Ciemiężcy, Lokomotywy tej Historii, Jana Ludwiga, który przekroczył Rubikon przeszkód, jakich nie spisałbyś na wołowej skórze.

Cud dziewiąty, a jakże, też miał miejsce. Wówczas mianowicie, kiedy tenże sam „Zawisza”, na ostatnich nogach, zziajany i poraniony, lecz z dumnie podniesionym herbowym bryfokiem, wrócił do swego legowiska w Gdyni, które opuścił był ponad rok wcześniej. A było to trzynastego …

Jachtowy Kapitan Żeglugi Dookołaziemskiej Jan Ludwig tkwił wówczas na stanowisku dowodzenia, uśmiechając się półgębkiem do wiwatującej na nabrzeżu gawiedzi. Półgębkiem drugim subtelnie instruował sternika, a był nim bosman, Mieczysław Wachowski.

Pierwszy rejs flagowego statku ZHP wokół globu stał się wydarzeniem na miarę wystrzelenia pierwszego faceta w kosmos; szczególnie biorąc pod uwagę skromne możliwości Głównej Kwatery ZHP i jej dynamicznej agendy, Szanownego Armatora „Zawiszy”, Centrum Wychowania Morskiego.

Książka nie jest reportażem z podróży. Reportaże brzmią czasem tak:

„…Dzień siedemnasty. Po lewej płynie fala, mająca trzy i pół stopy wysokości oraz dwadzieścia siedem koma sześć stopy szerokości. Fala ma kolor zielonkawy, chociaż można by powiedzieć, że przy innym kącie padania promieni słonecznych albo kąta ułożenia mojego oka przybierałaby kolor niebieskawy, lekko złamany szmaragdem numer czternaście. Jest godzina ósma dwadzieścia cztery rano czasu miejscowego, co w przeliczeniu na strefy czasowe i ruch obrotowy Ziemi daje siedemnastą dwadzieścia cztery w Warszawie. Zaczynam swe proste marynarskie śniadanie, na które składają się następujące artykuły spożywcze z magazynku prowiantowego: chleb owinięty w celofan, aktualnie przemoknięty wodą morską o zasoleniu 23,4; następnie masełko roślinne produkcji Zjednoczone Emiraty Arabskie w kolorze buraczkowym z pojemniczka ćwierćkilowego, jakby nie można było zrobić w pojemniczkach półkilowych w kolorze złotym. Spożyłem również trzy jajka kurze na twardo …

Dzień osiemnasty. Tym razem po prawej stronie fala, mająca — uwaga! — cztery i pół stopy wysokości, co w porównaniu z dniem wczorajszym o tej samej porze …”

Wolę głębszy oddech:

„Dzień osiemnasty. Chryste! Te fale i te pieprzone jajka stworzyły taką mieszankę, że …”

Nie będę opisywał miast. Wierzcie mi: opisać się ich nie da. Ani wielu innych rzeczy.

Po prostu opowiem, jak było. Zamknijcie oczy i bądźcie tam ze mną.

Ważniejsze, o wiele ważniejsze jest oczarowanie oceanem, niż znajomość jego powierzchni i zasolenia.

Żeglarstwo przecież — to miłość, zauroczenie, fascynacja; morzem, wiatrem, przyrodą …

Nie buchalteria, do stu diabłów!

Ocean przy tym — to nie mamrotanie smętnych ballad, napełniających serce żalem i słabością.

To potężna muzyka. Jazz. Mocne uderzenie. Wielka harmonia. Rytm, rozbijający skały. Światło i dźwięk, które cię porywają, wprawiają w ekstazę niby indiańskie tańce. To najsilniejszy narkotyk, od którego uzależniasz się aż do śmierci; bywa, że śmierci spowodowanej przedawkowaniem.

To koń w galopie i kobieta w tańcu, albatros w locie i szkuner z rozwiniętymi żaglami.

Podnosisz ręce ku niebu i wrzeszczysz w opętaniu:

— Jestem, cholera jasna! Teraz wiem, że jestem!.

Puszeczka Pandory

Uchylimy ją ociupinkę, wypuszczając na zewnątrz trochę zawartości. Nie będzie to, mniemam, gorsze od zwolnienia załogi „Zawiszy” na ląd w miasteczku Vancouver po 32 dniach błąkania się po Oceanie Spokojnym.

Niechaj na wstępie książki wylezą niektóre, słabo dotychczas usystematyzowane, fakty. Zapoznamy się z nimi gwoli własnego komfortu psychicznego. Jak w dramacie żeglarza jachtowego Szekspira Williama: najpierw gra wstępna a propos, następnie zaś fachowe podrzynanie gardeł przed pełną salą, która do tego czasu zdołała się już zorientować, o co chodzi.

Później, gdy burza huknie wokół nas, nie będzie czasu na uprzejmość, gesty salonowe i pospieszne czytanie programu; programu — dodajmy — czasem własnego pochówku.

Miejsce akcji.

Przestrzeń kubiczna i kwadratowa „Zawiszy Czarnego”. Obydwie wielkości, jak zobaczymy, mają całkiem praktyczne znaczenie. Pragnę zauważyć, iż członkowie załogi tego trzymasztowego szkunera sztakslowego działali nie w czterech klasycznych, lecz w pięciu wymiarach. Dlatego przeszli do historii. O szczegółach wspomnimy przy innej, nadarzającej się okazji.

Jacht, stanowiący miejsce dramatu, przebudowany został w latach 1960/61 z lugrotrawlera Cietrzew, który miał nieszczęście urodzić się u schyłku kwitnącego stalinizmu, w 1952 r. w Stoczni Północnej w Gdańsku. Jako zatem spaczony ideologicznie musiał zostać przerobiony na jednostkę pożyteczną społecznie, czyli na harcerski „poprawczak”. Tak oto powstał „Zawisza”.

Pięć lat później wymieniono silnik i przedłużono rufę o cztery metry.

Z biegiem dni, z biegiem lat statek piękniał i dojrzewał, a to dzięki przeróbkom, modernizacjom i nowoczesnemu wyposażeniu. Pod okiem doświadczonych konstruktorów kadłub „Zawiszy” jest — i był zawsze — jednym z najbezpieczniejszych w polskiej flocie. Udowodnił zresztą, że nie tonie.

Jest na nim wiele pomieszczeń mieszkalnych. W poprzednim, trawlerowym wcieleniu, śledzie, dorsze i inne morskie smakołyki leżały w skrzyniach lub zwalone na kupę. Teraz żeglarze mają możliwość, i chwalą to sobie wielce, leżenia na kojach lub w hamakach. W swoim przepastnym brzuchu jacht mieści kubryk na 24 koje i 3 hamaki, kabinę 6-osobową, kabinę 4-osobową dla oficerów wachtowych oraz siedem kabin jednoosobowych: sześć dla załogi stałej i jedną armatorską.

Nasz „Zawisza” kontynuuje wspaniałe tradycje innego „Zawiszy Czarnego”, szkolnego jachtu ZHP, który przed II wojną światową pływał pod generałem, marynarzem, taternikiem, pisarzem, poetą w jednym, Mariuszem Zaruskim.

Był to trzymasztowy szkuner gaflowy o dość podobnych wymiarach i parametrach. Pod harcerską banderą pływał w latach 1935—39. Dziś, uśpiony, leży na dnie Zatoki Puckiej na głębokości 8 metrów.

Czas akcji.

„Zawisza Czarny” wyszedł w swój pierwszy rejs dookoła świata 19 marca 1989 roku. W ten sposób zostawił za rufą, na wieczną rzeczy pamiątkę, państwo, znane jako PRL, by nigdy już doń nie wrócić. Statek, niby Latający Holender, puszczał się po Wszechoceanie przez całą epokę, za nic sobie mając teorię względności. 13 kwietnia 1990 roku natomiast pojawił się w macierzystym porcie Gdynia, który tymczasem przeniesiono do III Rzeczypospolitej Polskiej, przypadkiem leżącej nad jeszcze brudniejszym Bałtykiem.

Trudno się dziwić, że po takiej odysei i przebyciu hiperprzestrzenni, męskim załogom wszystkich sześciu etapów powyrastały brody hen, do samiuśkich pachwin. Paniom zaś warkocze.

6 czerwca 1989 roku „Zawisza” przedostał się przez równik, 22 października minął południk 180, czyli linię daty, zaś 27 lutego 1990 roku zamknął swój krąg wokółziemski. Przyznajmy, że tylko żeglarze, i to w ataku szału, kreślą „kręgi” o takim kształcie. Tego dnia statek, niby sznaucer średni, znalazł swój własny ślad sprzed wielu, wielu miesięcy, docierając doń z innej strony. Do morza wbiliśmy natenczas słup z tabliczką, upamiętniającą ten radosny fakt.

W związku z tym na ręce Rady Miasta Gdyni składam wniosek, aby jednej z ulic nadać imię statku. Podpowiem również, że Zawisza Czarny, pierwszorzędny rycerz, nie przynależał do żadnych kontrowersyjnych organizacji społecznych.

Cały rejs — od Gdyni — liczył 34 170 Mm (mil morskich). Pod żaglami jacht fruwał 3465 godzin, na silniku zaś 2075, choć nie było to już latanie.

Rejs podzielono na etapy, realizowane na podobieństwo sztafety ze zmianą załogi szkolnej.

Pierwszy: Gdynia-Kalamaki. Drugi: Kalamaki-Singapur. Trzeci: Singapur-Phenian. Czwarty: Phenian-Nachodka. Piąty: Nachodka-Kadyks, przez dwa oceany. Szósty: Kadyks-Gdynia.

J. kpt. ż.w, Jan Ludwig dowodził I, II, V i VI. Trzeci i czwarty należał do j. kpt. ż.w. Janusza Zbierajewskiego. Odwiedzono 44 porty w 27 krajach. Załogi pod kapitanem Zbierajewskim uczestniczyły w XIII Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Phenianie.

Nasz etap piąty: 183 dni szaleństwa

Odbyliśmy regularną podróż dookoła świata, choć nie tylko na pokładzie „Zawiszy”. Zrealizowany program wyprawy wyglądał następująco:

31.VIII.1989 — wylot z PRL; międzylądowanie w Moskwie, przelot do Władywostoku, dojazd do Nachodki. Na pokładzie 31 osób i tyle przejdzie przez Pacyfik.

1.IX. — 23.IX. — Nachodka; ZSRR. Przygotowanie „Zawiszy” do Wielkiego Skoku.

26.IX. — reda Hakodate.

28.IX. — 1.X. — port Hakodate; Japonia.

l.X. — 7.XI. — Pacyfik.

8.X. — walka z tajfunem.

22.X. — przejście południka 180.

7.XI. — 22XI. — Vancouver; Kanada.

24.XI — 30.XI. — Seattle; USA.

8.XII. -12.XII — San Francisco; USA;

9.XII. — Wigilia z Polonią.

15.XII. — 21.XII. — Long Beach k/Los Angeles; USA.

24.XII. — Wigilia na Pacyfiku.

31.XII.1989 — 3.I.1990 — Acapulco; Meksyk.

5.I. — 6.I. — Salina Cruz; Meksyk. Wyprawa do Tehuantepec.

12.I. — Puntarenas; Kostaryka.

16.I. — 19.I. — Balboa; Panama.

19.I. — Kanał Panamski; na pokładzie 19 osób wraz z załogą stałą,

24.I. — 25.I. — Kingston; Jamajka.

27.I. — Spotkanie z „Pogorią” koło Kuby.

2.II. — 5.II. — St. George Harbour, Hamilton, Freeport; Bermudy.

19.II. — 21.II. — Ponta Delgrada; Azory.

27.II. — Zamknięcie kręgu wokółziemskiego.

28.II. — 3.III. — Kadyks; Hiszpania.

3.III. — 9.III. — Przejazd autokarem z Hiszpanii do Rzeczypospolitej Polskiej.

Osoby dramatu, czyli lista załogi, która po raz pierwszy w historii „Zawiszy Czarnego” przebyła na jego pokładzie Ocean Spokojny:

Załoga stała:

Jan Ludwig, kapitan

Roman Streubel, starszy oficer

Jan Mazurek, oficer mechanik

Mieczysław Wachowski, bosman

Zbigniew Szutarski, kucharz

Mirosław Tomecki, motorzysta

Załoga szkolna:

Wachta I

Zbigniew Ryng, oficer wachtowy

Marian Żurawek, starszy wachty

Karol Czuro

Wojciech Truszczyński

Artur Dzieszkowski

Monika Berkowska

Wachta II

Wojciech Codrow, oficer wachtowy

Andrzej Biliński, starszy wachty

Monika Deptuła

Adam Falkiewicz

Robert Kaczmarek

Remigiusz Brzozowski, pomocnik kucharza

Andrzej Kuczera, oficer programowy, obsługa prasowa, KBO i dziurmen

Wachta III

Marek Jasionowski, oficer wachtowy

Jan Kurowicki, starszy wachty, starszy kubryku

Stanisław Fiuk-Cisowski, Polska Kronika Filmowa

Cezary Mikos

Grażyna Ściegienna, lekarz

Wojciech Bombol

Wachta IV

Henryk Sołtanowicz, oficer wachtowy

Jerzy Bogaczewicz, starszy wachty

Radosław Hugeth

Stanisław Plewa, Polska Kronika Filmowa

Aneta Ameryk

Henryk Rak

Traktat o cegle

czyli ponura rozprawa filozoficzna dla wszystkich, którzy marzą o prawdziwej przygodzie na morzu

Jestem, Szanowny Czytelniku, głęboko przekonany, że na oścież masz otwartą duszę i niemałe względy dla złożonych, tajemniczych i romantycznych spraw mare nostrum. Owa tak zwana dusza raduje się przy najmniejszej okazji: gdy wokół unosi się woń morskiego, przesyconego jodem, powietrza, gdy łomocą fale, wzbudzające urocze podniecenie i skomplikowany psychologicznie, socjologicznie, a nawet fizjologicznie nastrój oczekiwania; kiedy gdzieś w pobliżu młody człowiek siedzi w ogromnej szalupie, przy wiosłach i, przy wtórze marynarskiej pieśni, pracuje tak wytrwale na przekór oporowi słonej wody, własnym słabościom i dującemu nad głową wichrowi, że aż skrzypią jego wezbrane na łapach pęcherze; gdy wokół okrągłego lub kwadratowego stołu zbiera się odpowiednia rada, aby poprzerzucać się opiniami o harcerzach, tym dziwacznym ludku, któremu — przez wzgląd na jego denerwującą chęć moczenia członków w wodzie — trzeba będzie odstąpić kawałek Bałtyku; gdy… etc… etc…

Dusza śpiewa, gdy szumi morze! A tu nagle ktoś próbuje ściągnąć Cię, dostojny Czytelniku, za nogi czy coś innego z wyżyn oceanicznej ekstazy, wyrwać z zadumy nad doskonałością kursu bejdewindem, rozedrzeć otulającą Cię gęstą mgłę lub conradowską pianę — próbuje zatem oderwać Cię od czegoś na wskroś wspaniałego czymś tak z kolei prymitywnym i zgoła nieromantycznym, a mianowicie wzmiankowaną cegłą. W pierwszym odruchu mógłbyś się wręcz obruszyć, obrazić, splunąć lub pokazać język: mógłbyś to wszystko uczynić powodowany uczuciem niechęci, odrazy i urażonej dumy, iż zajmuję Ci czas takimi bzdurami, na które już od dawna nie zwracasz uwagi.

— Phi! — prychniesz w najwyższym wzburzeniu, gwiżdżąc lub nucąc pod nosem szeroko znany utwór Beethovena „Sonata, quasi una fantasia” op. 27 Nr 2 w tej części, gdzie pianista, po zmysłowym odegraniu Adagio sostenuto i radosnym w podskokach przebiegnięciu przez Allegretto, jak szaleniec z uniesionym toporem rzuca się na klawiaturę w Presto agitato. — Phi, cegła! Też coś!

Proszę Cię jednak o odrobinę wyrozumiałości. Zanim więc książką ciśniesz o ścianę lub o rodowy, płonący kominek, krzyknij gromko i po żeglarsku: „Basta, kurde! Wytrwam jeszcze ociupinkę!” Cóż Ci ostatecznie zależy? Zamiast dać sobie w żyłę, dobrnij do końca tego wykładu.

Jeśli okażesz się człowiekiem cierpliwym i zdecydujesz się na kontynuację niniejszej opowieści, ciesz się i raduj! Zawsze możesz na tym skorzystać, a jeżeli stracisz, to najwyżej zdrowie.

Przypuśćmy bowiem, że opowieści z rejsu dadzą Ci podstawę do sądu, że warto byłoby wyruszyć na morza i oceany, aby przeżyć najwspanialszą przygodę; przypuśćmy, że zaczynasz nerwowo pakować swój kuferek, wrzucając doń w pośpiechu zupełnie niepotrzebne rzeczy; przypuśćmy również, że chciałbyś, zauroczony przygodami Robinsona C., roztrzaskać się w czasie burzy i dać się wyrzucić na bezludną wyspę. Przypuśćmy zatem, że opętany zostałeś, nieszczęsny, przez ducha morza, śpiew syren i takie tam inne i gotów jesteś rzucić wszystko, aby poświęcić życie morskim bałwanom — powiem Ci: uwaga! Nie czyń tego wszystkiego bez wnikliwej analizy następnych stronic! Wsadzę Ci w dłoń głęboką wiedzę.

To, do czego zmierzam niezbyt prostą może, lecz jakże jasną i skuteczną, mam nadzieję, drogą, posiada głęboki sens, z drugiej zaś strony całkiem użytkowe wartości.

Zważmy na wstępie — cóż bowiem warta jest bez wstępu praca o tak wielkiej doniosłości — że życie posiada zdumiewającą umiejętność przemijania. Ba! — pędzi obok nas z ogromną prędkością; albo to my przesuwamy się względem niego, kłusujemy przed się być może na oślep, jak przepędzony z miejskiej łaźni pomocnik burmistrza. W każdym bądź razie wzmiankowane życie przepływa nam ciurkiem między palcami i, jeśli się dobrze zastanowić, w ten sposób umyka wiele kolorowych i godnych uwagi drobiazgów; gdyby zebrać je razem i ofiarować przygodnej sierotce, jej z kolei żywot stałby się pasmem nie mijających radości.

Niechaj wolno mi będzie poczynić niewielką dygresję, która, być może, w oczywisty sposób, bezspornie poprze zarysowaną przed chwilą tezę. Jeśli rozpatrujemy bowiem problem natury filozoficznej — a sprawę cegły tak właśnie będziemy traktować — wówczas każdą najmniejszą informację, dywagację, nową myśl lub jej marny strzępek rozbierać będziemy, porcjować, szatkować i rozkładać na czynniki pierwsze, demontować do najdrobniejszych elementów i spoglądać na nie przez lupę.

Możemy nie obawiać się ewentualnej konkurencji — bibliografia poważnej literatury nie zawiera ani jednej pozycji, która problem umieszczonego w tytule kamienia w kształcie prostopadłościanu ujmowałaby tak rzetelnie, analitycznie, syntetycznie i w ogóle. Możemy się najwyżej spodziewać, iż nasz krwawy trud owocował będzie dalszymi pracami, podjętymi przez ambitnych asystentów, adiunktów, magistrów, pragnących zostać doktorami, doktorów, marzących o habilitacji lub profesurze, a nawet samodzielnych myślicieli z resortu budownictwa.

Owa dygresja, o której wspomniałem wyżej, dotyczyć będzie sprawy niezwykle nam bliskiej, delikatnej i miłej, a mianowicie twórczości kulinarnej.

— Wynocha!!! Najmocniej Szanownych Czytelników przepraszam. To było do kota, który zwymiotował był na zapisywane z takim mozołem rękopisy. Zmuszony jestem przerwać rozważania, które podejmę za niewielką chwilę, niech no tylko uporam się z rzygowinami…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.34
drukowana A5
Kolorowa
za 53.22