E-book
6.95
drukowana A5
27.34
drukowana A5
kolorowa
53.22
JAJA W NIEBIE

Bezpłatny fragment - JAJA W NIEBIE

czyli mrożące krew w żyłach opowieści z podróży dookoła świata na ZAWISZY CZARNYM


5
Objętość:
140 str.
ISBN:
978-83-8104-765-4
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 27.34
drukowana A5
kolorowa
za 53.22

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży.


Opracowanie graficzne | Andrzej Kuczera


Korekta | Barbara Kuczera, Andrzej Kuczera


Wydanie III, uzupełnione i zmienione


Nie będę łkał, patrząc na morze.

Wystarczy, że ono łka, patrząc na mnie.

Kuczera

Notatka o autorze

Otóż sam sobie napiszę notatkę. O sobie. Nie jestem bowiem skromny i nieśmiały. Gdybym napisał „nieskromny”, to zasugerowałbym coś obrzydliwego, więc nie napiszę. Notatka natomiast będzie pozytywna i podkreśli niewątpliwe zasługi. Moje zasługi, oczywiście.

Urodziłem się w Strzyży. Strzyża to nazwa niewielkiej rzeki, strugi, potoku, oraz nazwa dzielnicy Gdańska. Urodziłem się w dzielnicy, a nie w rzece. Dzielnica Strzyża ma 1 kilometr kwadratowy powierzchni, więc gromadzi mieszkańców o szczególnych cechach. Takich, jak cechy piszącego te słowa.

O wczesnej edukacji nie ma co pisać. Poza tym pamięć zawodzi. Zupełnie nie pamiętam, jak jeden /jeden?/ z nauczycieli zwracał się do mnie: „Ty durniu!”. Przepychano mnie z klasy do klasy, żeby nie mieć ze mną więcej nic wspólnego. Z tego powodu dostawałem zawsze fantastyczne referencje — tak jest zresztą do dzisiaj. Maturę zdałem w renomowanym IX Liceum Ogólnokształcącym, noszącym dziś imię wybitnego aktora Krzysztofa Kolbergera. Krzysztof zdawał maturę tego samego dnia i w tym samym miejscu, co ja. Lub inaczej: to ja zdawałem tam, gdzie mój znamienity Kolega, Krzysztof.

Teraz zacytuję fragmenty Notatki o autorze /o mnie!/ z wydania pierwszego. Podpisał się pod nią komendant Centrum Wychowania Morskiego ZHP, harcmistrz Waldemar Mieczkowski, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej.

„Komandor porucznik mgr inż. Andrzej Kuczera jest absolwentem Wydziału Dowódczego Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni i Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W swoim bogatym życiorysie zapisał służbę na okrętach desantowych; w tygodniku Marynarki Wojennej „Bandera”; w czasopiśmie „Żołnierz Polski” /tzw. „pustynnym”/, wydawanym dla żołnierzy Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej w Doraźnych Siłach Zbrojnych ONZ na Bliskim Wschodzie. Przebywał w Egipcie i Syrii. Jest profesjonalistą w piórze i fotografii prasowej. Przez całe życie działa w harcerstwie i żeglarstwie; jest harcmistrzem. Wielokrotnie organizował i prowadził duże obozy i zgru- powania szkoleniowe dla młodzieży. Był przewodniczącym Komisji Koordynacyjnej Wojskowych Kręgów Instruktorskich ZHP Marynarki Wojennej i członkiem władz centralnych WKI i ZHP. Za doniosłe osiągnięcia w pracy organizacyjnej i wychowawczej wyróżniony został przez naczelnika ZHP udziałem w rejsie na pokładzie „Zawiszy Czarnego” dookoła świata. Tej wspaniałej przygodzie poświęcona jest książka, którą Czytelnik trzyma w dłoniach. Jest członkiem Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich. Wydał kilka książek, w tym dwie wysokonakładowe powieści dla młodzieży: „Wakacje na końcu świata” i „Rejs na koniec świata”. Te dwie pozycje, ocenione bardzo wysoko, spowodowały przyznanie mu stypendium literackiego Ministra Obrony Narodowej. Łączny nakład jego książek przekroczył pół miliona egzemplarzy. Był założycielem i prezesem Polskiego Stowarzyszenia Wychowania Morskiego „Wodnik” oraz redaktorem naczelnym czasopisma „Wodnik”, przeznaczonego dla młodzieży — jedynego o takim charakterze na polskim rynku wydawniczym. Obecnie Andrzej Kuczera jest…”

No, to było pisane jakiś czas temu, przy I wydaniu JAJ. Obecnie, wraz z moją żoną Barbarą, od kilkunastu dobrych lat jesteśmy licencjonowanymi trenerami biznesu. Prowadzimy szkolenia dla firm i osób prywatnych. Wydaliśmy razem poradnik biznesowy „Profesjonalny szef” /Wyd. Helion, 2010/, który wielokrotnie gościł na liście bestsellerów Wydawnictwa. No i — ukazało się II wydanie mojego thrillera żeglarskiego dla młodzieży pt. „Wakacje na końcu świata” /Warszawska Firma Wydawnicza/.

I nadal marzę o dalekich rejsach….

Oto ja w Meksyku, 1989. Wtedy jeszcze miałem smukłą, godną zazdrości sylwetkę i pysk, obrośnięty po żeglarsku. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to widok mocarny, ale do znajdującej się z tyłu zagrody pasuje znakomicie.

Przedmowa do Wydania III

Wydanie pierwsze rozeszło się migiem. Nie było duże, bowiem robiliśmy wszystko po harcersku, bez większych funduszy, a nakład poszedł bezpłatnie. Druk i oprawę wykonała Akademia Marynarki Wojennej. Ilustracje do tamtego wydania wykonał znakomity grafik, Jerzy Tyszko, któremu tą drogą raz jeszcze serdecznie dziękuję.

A oto recenzja Wydania I, zamieszczona wówczas w miesięczniku „Żeglarz”:

„WYDARZENIE LITERACKIE.

Pełny tytuł książki brzmi: „Jaja w niebie, czyli mrożące krew w żyłach opowieści z podróży dookoła świata na ZAWISZY CZARNYM”. Motto zaś jest następujące: „Nie będę łkał, patrząc na morze. Wystarczy, że ono łka, patrząc na mnie. Kuczera”.

Motto oddaje charakter książki. Autor prezentuje teksty, rzadko spotykane na rynku literackim: morskie opowiadania o charakterze groteskowym. Czyta się je jednym tchem, z ustami otwartymi do śmiechu. Harcerz-żeglarz, jaki wyłania się spod pióra twórcy, jest na wskroś autentyczny, nie zafałszowany dętymi komunałami, godny naszej sympatii. Po przeczytaniu JAJ chce się natychmiast spakować marynarski worek i ruszyć; nie może nas w życiu ominąć to wspaniałe szaleństwo.

Trzeba podkreślić, iż książka jest ilustrowana znakomitą grafiką znanego rysownika, Jerzego Tyszki. Aż trudno powiedzieć, czy to rysunki, czy teksty są clou ksiązki…”

Przytoczę jeszcze… opinię przyjaciela. Wystawił ją wybitny pisarz marynista, Lesław Furmaga:

„Czy znam autora? Znam tego wariata od lat! Powinno się go zamknąć i odizolować — z maszyną do pisania i dla dobra marynistyki. Gdyby był młodym, przystojnym brunetem powiedziałbym, że ma przed sobą wielką przyszłość. On jednak ani młody, ani brunet, ani tym bardziej przystojny. Powiem zatem tak: to, co pisze, ma klasę…”

Minęło lat mało-wiele… Zmieniły się warunki techniczne. Internet stanął otworem. Postanowiłem zatem w 2015 roku — w inny sposób — przedłożyć Czytelnikom opowieści z podróży, przygotowując II Wydanie w wersji elektronicznej. O podjęciu takiej decyzji zmotywowało mnie też 25-lecie tej wielkiej podróży, rejsu stulecia.

Powstała też strona:

Wejdź, zapraszam!

która zawiera potężny ładunek zdjęć, filmów, wiedzy i emocji z tego rejsu.

Dzisiaj zaś postanowiłem opublikować Wydanie III.

Żeglarstwo — to jedna z najpiękniejszych specjalności człowieka. Żeglarstwa można się uczyć od małego. Ja, kiedy miałem 14 lat, zdobyłem swój pierwszy stopień żeglarski „młodszy żeglarz” /nie ma już dzisiaj takiego/, a w rok później założyłem 5 Drużynę Harcerską im. Mariusza Zaruskiego przy IX LO w Gdańsku. Dzisiaj szczycę się stopniem jachtowego sternika morskiego, a przez wiele lat prowadziłem obozy i zgrupowania dla harcerzy-żeglarzy. Już 6. i 7-latkowie bezbłędnie opanowywali manewrówkę na Optymiście…

Żeglarstwo: to sport czy styl życia? A może i jedno, i drugie? Nie mnie to rozsądzać, i — wierzcie mi — niewiele mnie to obchodzi. Kto bowiem złapie bakcyla żeglarstwa, zakocha się w tym wariactwie i siedzi w nim po uszy. I tak do końca życia; na ogół własnego.

Wydanie to dedykuję wszystkim moim Przyjaciołom, z którymi spędziłem ostatnie sześćdziesiąt kilka lat życia, a wymienianie których z imienia i nazwiska byłoby nie lada osobnym wydawnictwem.

No i — mojej żonie, Basi, Synom i Wnuczętom.

Teraz zabieram Cię, Czytelniku, na pokład.

Autor

Gdańsk, kwiecień 2014 roku.

Ósmy cud świata

Można by nawet stwierdzić, iż cud to był mniemany, niemniej jednak zdarzył się o tej godzinie, kiedy ZAWISZA CZARNY oddał cumy i wyruszył w rejs dookoła świata. Ci, którzy kiedykolwiek imali się pracy organizacyjnej, próbując zmontować przedsięwzięcie, stanowiące chociażby jeden maleńki procent, ba! — promil! tej fantastycznej wyprawy wiedzą, iż nie przesadzam.

Przed tymi, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi i nieprawdopodobnym przeciwnościom doprowadzili do Rejsu Stulecia, biję pokłon do samego pokładu.

Ze szczególną zaś atencją pragnę ucałować żelazną dłoń mego Kapitana i Ciemiężcy, Lokomotywy tej Historii, Jana Ludwiga, który przekroczył Rubikon przeszkód, jakich nie spisałbyś na wołowej skórze.

Cud dziewiąty, a jakże, też miał miejsce. Wówczas mianowicie, kiedy tenże sam „Zawisza”, na ostatnich nogach, zziajany i poraniony, lecz z dumnie podniesionym herbowym bryfokiem, wrócił do swego legowiska w Gdyni, które opuścił był ponad rok wcześniej. A było to trzynastego …

Jachtowy Kapitan Żeglugi Dookołaziemskiej Jan Ludwig tkwił wówczas na stanowisku dowodzenia, uśmiechając się półgębkiem do wiwatującej na nabrzeżu gawiedzi. Półgębkiem drugim subtelnie instruował sternika, a był nim bosman, Mieczysław Wachowski.

Pierwszy rejs flagowego statku ZHP wokół globu stał się wydarzeniem na miarę wystrzelenia pierwszego faceta w kosmos; szczególnie biorąc pod uwagę skromne możliwości Głównej Kwatery ZHP i jej dynamicznej agendy, Szanownego Armatora „Zawiszy”, Centrum Wychowania Morskiego.

Książka nie jest reportażem z podróży. Reportaże brzmią czasem tak:

„…Dzień siedemnasty. Po lewej płynie fala, mająca trzy i pół stopy wysokości oraz dwadzieścia siedem koma sześć stopy szerokości. Fala ma kolor zielonkawy, chociaż można by powiedzieć, że przy innym kącie padania promieni słonecznych albo kąta ułożenia mojego oka przybierałaby kolor niebieskawy, lekko złamany szmaragdem numer czternaście. Jest godzina ósma dwadzieścia cztery rano czasu miejscowego, co w przeliczeniu na strefy czasowe i ruch obrotowy Ziemi daje siedemnastą dwadzieścia cztery w Warszawie. Zaczynam swe proste marynarskie śniadanie, na które składają się następujące artykuły spożywcze z magazynku prowiantowego: chleb owinięty w celofan, aktualnie przemoknięty wodą morską o zasoleniu 23,4; następnie masełko roślinne produkcji Zjednoczone Emiraty Arabskie w kolorze buraczkowym z pojemniczka ćwierćkilowego, jakby nie można było zrobić w pojemniczkach półkilowych w kolorze złotym. Spożyłem również trzy jajka kurze na twardo …

Dzień osiemnasty. Tym razem po prawej stronie fala, mająca — uwaga! — cztery i pół stopy wysokości, co w porównaniu z dniem wczorajszym o tej samej porze …”

Wolę głębszy oddech:

„Dzień osiemnasty. Chryste! Te fale i te pieprzone jajka stworzyły taką mieszankę, że …”

Nie będę opisywał miast. Wierzcie mi: opisać się ich nie da. Ani wielu innych rzeczy.

Po prostu opowiem, jak było. Zamknijcie oczy i bądźcie tam ze mną.

Ważniejsze, o wiele ważniejsze jest oczarowanie oceanem, niż znajomość jego powierzchni i zasolenia.

Żeglarstwo przecież — to miłość, zauroczenie, fascynacja; morzem, wiatrem, przyrodą …

Nie buchalteria, do stu diabłów!

Ocean przy tym — to nie mamrotanie smętnych ballad, napełniających serce żalem i słabością.

To potężna muzyka. Jazz. Mocne uderzenie. Wielka harmonia. Rytm, rozbijający skały. Światło i dźwięk, które cię porywają, wprawiają w ekstazę niby indiańskie tańce. To najsilniejszy narkotyk, od którego uzależniasz się aż do śmierci; bywa, że śmierci spowodowanej przedawkowaniem.

To koń w galopie i kobieta w tańcu, albatros w locie i szkuner z rozwiniętymi żaglami.

Podnosisz ręce ku niebu i wrzeszczysz w opętaniu:

— Jestem, cholera jasna! Teraz wiem, że jestem!.

Puszeczka Pandory

Uchylimy ją ociupinkę, wypuszczając na zewnątrz trochę zawartości. Nie będzie to, mniemam, gorsze od zwolnienia załogi „Zawiszy” na ląd w miasteczku Vancouver po 32 dniach błąkania się po Oceanie Spokojnym.

Niechaj na wstępie książki wylezą niektóre, słabo dotychczas usystematyzowane, fakty. Zapoznamy się z nimi gwoli własnego komfortu psychicznego. Jak w dramacie żeglarza jachtowego Szekspira Williama: najpierw gra wstępna a propos, następnie zaś fachowe podrzynanie gardeł przed pełną salą, która do tego czasu zdołała się już zorientować, o co chodzi.

Później, gdy burza huknie wokół nas, nie będzie czasu na uprzejmość, gesty salonowe i pospieszne czytanie programu; programu — dodajmy — czasem własnego pochówku.

Miejsce akcji.

Przestrzeń kubiczna i kwadratowa „Zawiszy Czarnego”. Obydwie wielkości, jak zobaczymy, mają całkiem praktyczne znaczenie. Pragnę zauważyć, iż członkowie załogi tego trzymasztowego szkunera sztakslowego działali nie w czterech klasycznych, lecz w pięciu wymiarach. Dlatego przeszli do historii. O szczegółach wspomnimy przy innej, nadarzającej się okazji.

Jacht, stanowiący miejsce dramatu, przebudowany został w latach 1960/61 z lugrotrawlera Cietrzew, który miał nieszczęście urodzić się u schyłku kwitnącego stalinizmu, w 1952 r. w Stoczni Północnej w Gdańsku. Jako zatem spaczony ideologicznie musiał zostać przerobiony na jednostkę pożyteczną społecznie, czyli na harcerski „poprawczak”. Tak oto powstał „Zawisza”.

Pięć lat później wymieniono silnik i przedłużono rufę o cztery metry.

Z biegiem dni, z biegiem lat statek piękniał i dojrzewał, a to dzięki przeróbkom, modernizacjom i nowoczesnemu wyposażeniu. Pod okiem doświadczonych konstruktorów kadłub „Zawiszy” jest — i był zawsze — jednym z najbezpieczniejszych w polskiej flocie. Udowodnił zresztą, że nie tonie.

Jest na nim wiele pomieszczeń mieszkalnych. W poprzednim, trawlerowym wcieleniu, śledzie, dorsze i inne morskie smakołyki leżały w skrzyniach lub zwalone na kupę. Teraz żeglarze mają możliwość, i chwalą to sobie wielce, leżenia na kojach lub w hamakach. W swoim przepastnym brzuchu jacht mieści kubryk na 24 koje i 3 hamaki, kabinę 6-osobową, kabinę 4-osobową dla oficerów wachtowych oraz siedem kabin jednoosobowych: sześć dla załogi stałej i jedną armatorską.

Nasz „Zawisza” kontynuuje wspaniałe tradycje innego „Zawiszy Czarnego”, szkolnego jachtu ZHP, który przed II wojną światową pływał pod generałem, marynarzem, taternikiem, pisarzem, poetą w jednym, Mariuszem Zaruskim.

Był to trzymasztowy szkuner gaflowy o dość podobnych wymiarach i parametrach. Pod harcerską banderą pływał w latach 1935—39. Dziś, uśpiony, leży na dnie Zatoki Puckiej na głębokości 8 metrów.

Czas akcji.

„Zawisza Czarny” wyszedł w swój pierwszy rejs dookoła świata 19 marca 1989 roku. W ten sposób zostawił za rufą, na wieczną rzeczy pamiątkę, państwo, znane jako PRL, by nigdy już doń nie wrócić. Statek, niby Latający Holender, puszczał się po Wszechoceanie przez całą epokę, za nic sobie mając teorię względności. 13 kwietnia 1990 roku natomiast pojawił się w macierzystym porcie Gdynia, który tymczasem przeniesiono do III Rzeczypospolitej Polskiej, przypadkiem leżącej nad jeszcze brudniejszym Bałtykiem.

Trudno się dziwić, że po takiej odysei i przebyciu hiperprzestrzenni, męskim załogom wszystkich sześciu etapów powyrastały brody hen, do samiuśkich pachwin. Paniom zaś warkocze.

6 czerwca 1989 roku „Zawisza” przedostał się przez równik, 22 października minął południk 180, czyli linię daty, zaś 27 lutego 1990 roku zamknął swój krąg wokółziemski. Przyznajmy, że tylko żeglarze, i to w ataku szału, kreślą „kręgi” o takim kształcie. Tego dnia statek, niby sznaucer średni, znalazł swój własny ślad sprzed wielu, wielu miesięcy, docierając doń z innej strony. Do morza wbiliśmy natenczas słup z tabliczką, upamiętniającą ten radosny fakt.

W związku z tym na ręce Rady Miasta Gdyni składam wniosek, aby jednej z ulic nadać imię statku. Podpowiem również, że Zawisza Czarny, pierwszorzędny rycerz, nie przynależał do żadnych kontrowersyjnych organizacji społecznych.

Cały rejs — od Gdyni — liczył 34 170 Mm (mil morskich). Pod żaglami jacht fruwał 3465 godzin, na silniku zaś 2075, choć nie było to już latanie.

Rejs podzielono na etapy, realizowane na podobieństwo sztafety ze zmianą załogi szkolnej.

Pierwszy: Gdynia-Kalamaki. Drugi: Kalamaki-Singapur. Trzeci: Singapur-Phenian. Czwarty: Phenian-Nachodka. Piąty: Nachodka-Kadyks, przez dwa oceany. Szósty: Kadyks-Gdynia.

J. kpt. ż.w, Jan Ludwig dowodził I, II, V i VI. Trzeci i czwarty należał do j. kpt. ż.w. Janusza Zbierajewskiego. Odwiedzono 44 porty w 27 krajach. Załogi pod kapitanem Zbierajewskim uczestniczyły w XIII Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Phenianie.

Nasz etap piąty: 183 dni szaleństwa

Odbyliśmy regularną podróż dookoła świata, choć nie tylko na pokładzie „Zawiszy”. Zrealizowany program wyprawy wyglądał następująco:

31.VIII.1989 — wylot z PRL; międzylądowanie w Moskwie, przelot do Władywostoku, dojazd do Nachodki. Na pokładzie 31 osób i tyle przejdzie przez Pacyfik.

1.IX. — 23.IX. — Nachodka; ZSRR. Przygotowanie „Zawiszy” do Wielkiego Skoku.

26.IX. — reda Hakodate.

28.IX. — 1.X. — port Hakodate; Japonia.

l.X. — 7.XI. — Pacyfik.

8.X. — walka z tajfunem.

22.X. — przejście południka 180.

7.XI. — 22XI. — Vancouver; Kanada.

24.XI — 30.XI. — Seattle; USA.

8.XII. -12.XII — San Francisco; USA;

9.XII. — Wigilia z Polonią.

15.XII. — 21.XII. — Long Beach k/Los Angeles; USA.

24.XII. — Wigilia na Pacyfiku.

31.XII.1989 — 3.I.1990 — Acapulco; Meksyk.

5.I. — 6.I. — Salina Cruz; Meksyk. Wyprawa do Tehuantepec.

12.I. — Puntarenas; Kostaryka.

16.I. — 19.I. — Balboa; Panama.

19.I. — Kanał Panamski; na pokładzie 19 osób wraz z załogą stałą,

24.I. — 25.I. — Kingston; Jamajka.

27.I. — Spotkanie z „Pogorią” koło Kuby.

2.II. — 5.II. — St. George Harbour, Hamilton, Freeport; Bermudy.

19.II. — 21.II. — Ponta Delgrada; Azory.

27.II. — Zamknięcie kręgu wokółziemskiego.

28.II. — 3.III. — Kadyks; Hiszpania.

3.III. — 9.III. — Przejazd autokarem z Hiszpanii do Rzeczypospolitej Polskiej.

Osoby dramatu, czyli lista załogi, która po raz pierwszy w historii „Zawiszy Czarnego” przebyła na jego pokładzie Ocean Spokojny:

Załoga stała:

Jan Ludwig, kapitan

Roman Streubel, starszy oficer

Jan Mazurek, oficer mechanik

Mieczysław Wachowski, bosman

Zbigniew Szutarski, kucharz

Mirosław Tomecki, motorzysta

Załoga szkolna:

Wachta I

Zbigniew Ryng, oficer wachtowy

Marian Żurawek, starszy wachty

Karol Czuro

Wojciech Truszczyński

Artur Dzieszkowski

Monika Berkowska

Wachta II

Wojciech Codrow, oficer wachtowy

Andrzej Biliński, starszy wachty

Monika Deptuła

Adam Falkiewicz

Robert Kaczmarek

Remigiusz Brzozowski, pomocnik kucharza

Andrzej Kuczera, oficer programowy, obsługa prasowa, KBO i dziurmen

Wachta III

Marek Jasionowski, oficer wachtowy

Jan Kurowicki, starszy wachty, starszy kubryku

Stanisław Fiuk-Cisowski, Polska Kronika Filmowa

Cezary Mikos

Grażyna Ściegienna, lekarz

Wojciech Bombol

Wachta IV

Henryk Sołtanowicz, oficer wachtowy

Jerzy Bogaczewicz, starszy wachty

Radosław Hugeth

Stanisław Plewa, Polska Kronika Filmowa

Aneta Ameryk

Henryk Rak

Traktat o cegle

czyli ponura rozprawa filozoficzna dla wszystkich, którzy marzą o prawdziwej przygodzie na morzu

Jestem, Szanowny Czytelniku, głęboko przekonany, że na oścież masz otwartą duszę i niemałe względy dla złożonych, tajemniczych i romantycznych spraw mare nostrum. Owa tak zwana dusza raduje się przy najmniejszej okazji: gdy wokół unosi się woń morskiego, przesyconego jodem, powietrza, gdy łomocą fale, wzbudzające urocze podniecenie i skomplikowany psychologicznie, socjologicznie, a nawet fizjologicznie nastrój oczekiwania; kiedy gdzieś w pobliżu młody człowiek siedzi w ogromnej szalupie, przy wiosłach i, przy wtórze marynarskiej pieśni, pracuje tak wytrwale na przekór oporowi słonej wody, własnym słabościom i dującemu nad głową wichrowi, że aż skrzypią jego wezbrane na łapach pęcherze; gdy wokół okrągłego lub kwadratowego stołu zbiera się odpowiednia rada, aby poprzerzucać się opiniami o harcerzach, tym dziwacznym ludku, któremu — przez wzgląd na jego denerwującą chęć moczenia członków w wodzie — trzeba będzie odstąpić kawałek Bałtyku; gdy… etc… etc…

Dusza śpiewa, gdy szumi morze! A tu nagle ktoś próbuje ściągnąć Cię, dostojny Czytelniku, za nogi czy coś innego z wyżyn oceanicznej ekstazy, wyrwać z zadumy nad doskonałością kursu bejdewindem, rozedrzeć otulającą Cię gęstą mgłę lub conradowską pianę — próbuje zatem oderwać Cię od czegoś na wskroś wspaniałego czymś tak z kolei prymitywnym i zgoła nieromantycznym, a mianowicie wzmiankowaną cegłą. W pierwszym odruchu mógłbyś się wręcz obruszyć, obrazić, splunąć lub pokazać język: mógłbyś to wszystko uczynić powodowany uczuciem niechęci, odrazy i urażonej dumy, iż zajmuję Ci czas takimi bzdurami, na które już od dawna nie zwracasz uwagi.

— Phi! — prychniesz w najwyższym wzburzeniu, gwiżdżąc lub nucąc pod nosem szeroko znany utwór Beethovena „Sonata, quasi una fantasia” op. 27 Nr 2 w tej części, gdzie pianista, po zmysłowym odegraniu Adagio sostenuto i radosnym w podskokach przebiegnięciu przez Allegretto, jak szaleniec z uniesionym toporem rzuca się na klawiaturę w Presto agitato. — Phi, cegła! Też coś!

Proszę Cię jednak o odrobinę wyrozumiałości. Zanim więc książką ciśniesz o ścianę lub o rodowy, płonący kominek, krzyknij gromko i po żeglarsku: „Basta, kurde! Wytrwam jeszcze ociupinkę!” Cóż Ci ostatecznie zależy? Zamiast dać sobie w żyłę, dobrnij do końca tego wykładu.

Jeśli okażesz się człowiekiem cierpliwym i zdecydujesz się na kontynuację niniejszej opowieści, ciesz się i raduj! Zawsze możesz na tym skorzystać, a jeżeli stracisz, to najwyżej zdrowie.

Przypuśćmy bowiem, że opowieści z rejsu dadzą Ci podstawę do sądu, że warto byłoby wyruszyć na morza i oceany, aby przeżyć najwspanialszą przygodę; przypuśćmy, że zaczynasz nerwowo pakować swój kuferek, wrzucając doń w pośpiechu zupełnie niepotrzebne rzeczy; przypuśćmy również, że chciałbyś, zauroczony przygodami Robinsona C., roztrzaskać się w czasie burzy i dać się wyrzucić na bezludną wyspę. Przypuśćmy zatem, że opętany zostałeś, nieszczęsny, przez ducha morza, śpiew syren i takie tam inne i gotów jesteś rzucić wszystko, aby poświęcić życie morskim bałwanom — powiem Ci: uwaga! Nie czyń tego wszystkiego bez wnikliwej analizy następnych stronic! Wsadzę Ci w dłoń głęboką wiedzę.

To, do czego zmierzam niezbyt prostą może, lecz jakże jasną i skuteczną, mam nadzieję, drogą, posiada głęboki sens, z drugiej zaś strony całkiem użytkowe wartości.

Zważmy na wstępie — cóż bowiem warta jest bez wstępu praca o tak wielkiej doniosłości — że życie posiada zdumiewającą umiejętność przemijania. Ba! — pędzi obok nas z ogromną prędkością; albo to my przesuwamy się względem niego, kłusujemy przed się być może na oślep, jak przepędzony z miejskiej łaźni pomocnik burmistrza. W każdym bądź razie wzmiankowane życie przepływa nam ciurkiem między palcami i, jeśli się dobrze zastanowić, w ten sposób umyka wiele kolorowych i godnych uwagi drobiazgów; gdyby zebrać je razem i ofiarować przygodnej sierotce, jej z kolei żywot stałby się pasmem nie mijających radości.

Niechaj wolno mi będzie poczynić niewielką dygresję, która, być może, w oczywisty sposób, bezspornie poprze zarysowaną przed chwilą tezę. Jeśli rozpatrujemy bowiem problem natury filozoficznej — a sprawę cegły tak właśnie będziemy traktować — wówczas każdą najmniejszą informację, dywagację, nową myśl lub jej marny strzępek rozbierać będziemy, porcjować, szatkować i rozkładać na czynniki pierwsze, demontować do najdrobniejszych elementów i spoglądać na nie przez lupę.

Możemy nie obawiać się ewentualnej konkurencji — bibliografia poważnej literatury nie zawiera ani jednej pozycji, która problem umieszczonego w tytule kamienia w kształcie prostopadłościanu ujmowałaby tak rzetelnie, analitycznie, syntetycznie i w ogóle. Możemy się najwyżej spodziewać, iż nasz krwawy trud owocował będzie dalszymi pracami, podjętymi przez ambitnych asystentów, adiunktów, magistrów, pragnących zostać doktorami, doktorów, marzących o habilitacji lub profesurze, a nawet samodzielnych myślicieli z resortu budownictwa.

Owa dygresja, o której wspomniałem wyżej, dotyczyć będzie sprawy niezwykle nam bliskiej, delikatnej i miłej, a mianowicie twórczości kulinarnej.

— Wynocha!!! Najmocniej Szanownych Czytelników przepraszam. To było do kota, który zwymiotował był na zapisywane z takim mozołem rękopisy. Zmuszony jestem przerwać rozważania, które podejmę za niewielką chwilę, niech no tylko uporam się z rzygowinami…

A zatem, jeśli wolno mi powrócić do przerwanego wątku, postawię następujące pytanie: któż z nas nie zna wspaniałego uczucia, kiedy z serwetką pod brodą i językiem, kołaczącym w ustach, niby serce w okrętowym dzwonie, zasiadamy do stołu, by po chwili przystąpić do spożywania delikatnie przyprawionej kminkiem pieczeni cielęcej z młodymi ziemniaczkami i zielonej sałatki? Albo duszonych pieczarek w stosownej dla nas ilości, podanych w niklowanej, gorącej miseczce! Lub lekko miejscami różowej goloneczki z groszkiem i bialutkim chrzanikiem! Albo wyjętej przed minutą z piekarnika posypanej cukrem szarlotki! Albo … No, właśnie! Listę, nawet wyrywkową, najznakomitszych dań, będzie Pani łaskawa uzupełnić już we własnym zakresie, autor bowiem, mając najlepsze nawet chęci, nie jest w stanie zadowolić wszystkich gustów i upodobań…

W sposób godny dżentelmena, wolniutko i z zachowaniem zewnętrznego spokoju i opanowania najadamy się do syta, lub, jeśli sytuacja tego wymaga (tak bywa na sławnym „Zawiszy” właśnie) pożeramy wszystko nieledwie z talerzem. Efektem końcowym tej biesiady, jaka by ona nie była, jest — w kulturach wschodu przyjmowanie za komplement pod adresem gospodyni — tak zwane odbicie, czk-, bek-, lub górnozaworowe odwiatrowanie przewodu pokarmowego, w Europie kontemplowane z pewnym niesmakiem. Następnie zaś każdy uczestnik biesiady chętnie wsunąłby się pod kocyk, aby na godzinę lub dwie odłączyć szare komórki, które — po napełnieniu kiszek odżywczą treścią — i tak nie mają ochoty do żadnej pracy. Po przebudzeniu się zaś, pomruczeniu, poprzeciąganiu — zaczynamy myśleć o … kolejnej misce pełnej smakowitego jadła. Zakładamy więc serwetkę pod brodę i — trzymając język zębami, żeby nie kołatał — ze słabo skrywanym mlaskaniem przysuwamy się do stołu.

I tu pytanie natury zasadniczej:

Czy życie, odmierzane rytmem i dźwiękiem ustawianych talerzy, uznać należy za piękne? Z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że po stokroć nie! Zapominamy bowiem o czymś absolutnie bardziej pasjonującym, niż samo żarcie, podniecającym, kształcącym i wszechstronnie rozwijającym: o Przygotowaniu mianowicie smakołyków i wszelkich delicji. Tenże twórczy proces potrafi dać człowiekowi o wiele mocniejsze wrażenia i dostarczyć odpowiednich napięć emocjonalnych. Muzyk też w amoku tworzy wielkie dzieło, a później jakiś bałwan (lądowy) dorabia doń słowa, których nawet powtórzyć się nie godzi.

Z jedzeniem bywa, niestety, podobnie: po przepuszczeniu tak zwanego posiłku przez usta, wtłoczeniu go w kiszki, załadowaniu ruchem robaczkowym do żołądka, przetrawieniu, wepchnięciu dalej etc. — nie pozostaje po nim ani śladu, no. Dzieje się tak z każdą porcją, choćby przyrządzona ona została przez najlepszego kucharza we flocie, Misia na ten przykład, a następnie podana w srebrnej zastawie z ptaszkami, motylkami, gałązkami i scenami rodzajowymi.

Sztuka kulinarna jest równa każdej innej, najpiękniejszej nawet sztuce, i na ogół zdecydowanie ją przewyższa. Zważmy, że bez scherza h-moll, „Damy z łasiczką” czy Wenus z Willendorfu da się jakoś wyżyć; bez pełnej michy natomiast nie. A i radości w omawianej sztuce kucharzenia jest równie wiele, jak i w sztukach bratnich czy pokrewnych. Wszak skrzypek poharatać może palce o strzępiące się struny, śpiewak wypluje płuca, fotograf zaleje się kwasem, trębacz dostanie odmy, rzeźbiarz ubabrze się gliną, zaś poeta w chwili najwyższego uniesienia sam poderżnie sobie żyły.

Aby móc podać na stół wspaniałą pieczeń, barszczyk z uszkami, naleśnik z jamem i (lub) inne wyśmienite dania i dodatki skorzystać musimy z własnego lub innych w tej materii doświadczenia, kierując się między innymi smakiem i zmysłem powonienia.

Zapraszam na stolnicę …

Ostrym nożem wycinamy z mięsa poszczególne ścięgienka, aby nikt nie czynił tego później obrzydliwie na talerzu. Nasycamy wzrok pięknym, krwistym kawałkiem mięsiwa, aksamitnego w dotyku i podniecająco jędrnego. Stwarzamy mu jak najlepsze warunki do wolniutkiego, a jednocześnie skutecznego duszenia, podsypujemy zarumienioną cebulkę, dorzucamy kawałeczek masełka, wlewamy kilka kropli czerwonego, wytrawnego winka i dodajemy wiele innych specjałów, które nam — artystom — są zdecydowanie niezbędne. Nie inaczej postępował Matejko, Wit Stwosz, czy Chopin Fryderyk.

Jednocześnie głęboko rozmyślamy o odwiecznym problemie wołowiny, a zatem o drodze, po której wyżej wymieniona dostała się do naszego kuchennego atelier; dumamy o nowoczesnej rzeźni, o przebijaniu podgardla, przecinaniu od krocza poczynając, ściąganiu skóry przy pomocy elektrycznego silnika, odcinaniu głowy, wyciąganiu, moczeniu w solance i kalibrowaniu jelit oraz rozbieraniu tak przysposobionej krówki na drobne części, aby jedna z nich stała się tworzywem, podobnie jak glina, farba, emulsja czy cement, dla naszej twórczości. Wchodzimy zatem w najdrobniejsze detale problemu pichcenia, korzystając na tym stokroć więcej, niż zwykły konsument, który po chwilowym uniesieniu wytrze pysk ścierką, a następnie uda się … No, właśnie!

Wykazałem tu niezbicie, iż często w życiu pozbawiamy się pozornie drobnych, ale jakże wzbogacających, rozwijających i uszlachetniających duszę detali.

Czyżby jednak w ferworze dysputy zginęła nam gdzieś cegła, zagrzebana w potoku słów, zdań i akapitów? Nic podobnego! Zbliżyliśmy się do niej ogromnie.

Sądzę zatem, że jeśli wytrzymałeś ze mną do tej pory, to nadajesz się na żeglarza, albowiem jesteś człekiem nader wytrwałym.

Teraz muszę podkreślić pewną zasadniczą kwestię. Nie ma wątpliwości, że nasuwa Ci się coraz bardziej dręczące pytanie: czy Cegła, ten prostopadłościan w kolorze czerwonym lub pomarańczowym, wykonany z gliny i piasku, a następnie wypalany w odpowiednim piecu lub prasowany pod dużym ciśnieniem i posiadający znaczną wytrzymałość mechaniczną; a więc czy Cegła, wytworzony przez człowieka przedmiot geometrii przestrzennej, należący do przyrody nieożywionej; czy zatem Cegła, tak pospolita, że aż niezręczna staje się rozmowa o niej w doborowym towarzystwie, czy Cegła ta może mieć z morzem cokolwiek wspólnego?

Widzę, że marszczysz czoło z wysiłkiem, próbując znaleźć punkty i płaszczyzny wspólne. I nie znajdujesz logicznego związku między glinianym prostopadłościanem do budowy domów a błękitnymi odmętami.

Zakładam, że chciałbyś wleźć na pokład starego żaglowca, rzucić cumy i postawić żagle, białe skrzydła sędziwego szkunera. Chciałbyś poczuć swobodę, jakiej nigdzie indziej nie znajdziesz: swobodę marynarza, unoszonego podmuchami wichury, pieszczonego słońcem, ciskanego falami i będącego, jak nigdzie na świecie, nierozłącznym elementem wielkiej natury. Pragnąłbyś upić się krzykiem mew i piskiem olinowania, szumem wody i ciszą przed burzą. Chciałbyś po prostu wyrwać się ze swej szarej może, monotonnej, zwykłej codzienności, aby choć raz w życiu, przez krótką, upojną chwilę, stać się wielkim człowiekiem, zaprzyjaźnionym z przyrodą; stać się silny, dumny, swobodny i szczęśliwy nieograniczonym szczęściem orłów.

Ale cóż to jest żeglowanie? Wchodzisz, bracie, na pokład, rzucasz cumy i płyniesz. Dokoła bulgoce woda. Wchłaniasz jod. Z góry niebo, wokół horyzont. Godziny mijają, a tu woda, na drugi dzień woda, za tydzień woda, po miesiącu także. Potem wracasz, cumujesz, jesteś. Kropka. Jeszcze przez jakiś czas ziemia kołysze się pod Twoimi stopami, mdli Cię nawet nad talerzem, bo skacze. O przygodzie jednak chciałbyś opowiedzieć wszystkim. O czym jednak, do cholery, masz gadać? O wodzie, potem o wodzie, i wreszcie o wodzie?! Możesz to niewątpliwie ubarwić takimi celnymi określeniami jak szturwał, propeler, paduny czy talrep. Oczywiście, że możesz. Wyjdzie z tego jednak rozwodniona chińszczyzna, w której sam z biegiem czasu nie będziesz w stanie się połapać. A gdzie Twoje przeżycia, hę?!

Teraz rzucam do ataku, rzucam na szalę żeglarskiej wiedzy ten maleńki prostopadłościan, ten fragment przestrzeni złożony z piasku i gliny, ten przedmiot, który można kupić, sprzedać lub którym zatłuc można krokodyla lub bliźniego swego. Spójrz zatem: rzucam Ci cegłę, Cegłę, tak.

Widzę, że spoglądasz na nią oczami zidiociałego wieloryba. Zauważam w nich wyraz źle skrywanego rozdrażnienia. Ale uwaga: stań twardo na nogi, spluń w dłonie i weź się za pakowanie kuferka. Udajemy się do portu, gdzie stoi stary, wspaniały żaglowiec, na pokładzie którego udasz się w daleki rejs. Przekraczasz trap, kłaniasz się banderze, a następnie — już zupełnie nisko — bosmanowi. On Ci teraz dostarczy wrażeń, jakich żaden szczur lądowy mieć nigdy nie będzie. Aha, pokaż mu, że masz własną cegłę.

Bosman krzywo uśmiecha się do Ciebie. Możesz mu śmiało ten uśmiech odwzajemnić; kto wie, kiedy będzie następna okazja do wymiany uprzejmości. Bosman zaprowadzi Cię do dolnego pomieszczenia, gdzie kilkakroć wyrżniesz głową o wystające przedmioty, wręczy Ci roboczy drelich i, cedząc słowa, zaproponuje Ci trzy minuty na przebranie się i stawienie z powrotem na pokładzie.

— Masz dokładnie trzy minuty, ty padalcu!

Wykonuj to rzetelnie i z radością na twarzy. To, co wkrótce nastąpi, musisz przeżywać w sposób zdecydowanie pozytywny.

Zrzucasz wszystko, co masz na sobie, składasz w małą kosteczkę, pakujesz do bakisty, wciągasz spodnie i bluzę, zapinasz guziki, rzucasz się do trapu, nie trafiasz nogą na próg, walisz golenią w metalowe obrzeże, wyjesz z bólu, próbujesz przekroczyć wysoki właz, potykasz się i jak worek, wypełniony płodami rolnymi, malowniczo łomoczesz o pokład tuż u stóp bosmana.

— Chryste! — bełkoczesz w ekstazie. — Całe życie marzyłem pełnej emocji przygodzie morskiej, ahoj!

Bosman uśmiecha się nadal. Odwzajemnij uśmiech, podnieś się na nogi i zgłoś swoje przybycie. Pokaż cegłę, mniemam bowiem, że o niej nie zapomniałeś.

Cóż bosman ma Ci do powiedzenia? Słuchaj uważnie, albowiem on drugi raz tego nie powtórzy. Widzisz oto drewniany pokład; bywa taki tylko na starych, najpiękniejszych żaglowcach. Ciągnie się od dziobu do rufy i od burty do burty. Jest go niemało, jest! Pokład zbudowany jest z drewna teakowego, pięknego i twardego. Ów pokład musi być biały. Bialutki. Bialusieńki!

Bosman Ci wytłumaczy, co masz uczynić swymi delikatnymi łapkami, aby ten pokład doprowadzić do białości. To przecież nic trudnego. Cóż to dla Ciebie, Szanowny Panie Mecenasie! Nic! Pestka! Kilka ruchów i gotowe.

Cegła, która leży przed Tobą, na tle ogromnego pokładu wygląda groteskowo i dziwacznie. Gdybyś miał przed sobą wielką pryzmę cegieł, obok zaś grzechoczącą betoniarkę, można by pomyśleć, że zapragnąłeś na tym wspaniałym żaglowcu wybudować domek letniskowy z kanalizacją, piwnicą i stryszkiem, salonem, sypialnią, kuchnią, łazienką i garażem. Miałbyś przynajmniej wygląd uczciwego fachowca, porządnego rzemieślnika, trzeźwego murarza, wzbudzającego szacunek i zaufanie. A z jedną cegłą pod nogami?

Nie, Szanowny Panie Ministrze! Wszak bosman ni słowem nie był łaskaw wspomnieć o budowaniu czegokolwiek. Ta właśnie jedna, jedyna cegła w zupełności wystarczy do wykonania zadania, jakie zaraz rozpoczniesz.

Z pokładowej bakisty zaczerpniesz do wielkiego wiadra dużo żółtego, ba! — złotego piasku. Zataszczysz wiadro na rufę, a bacz przy tym, abyś nie dostał przepukliny. Podłączysz szlauch, aby mogła nim popłynąć woda, szczodrze zlewając pokład.

Poznasz zaraz smak żeglarskiego życia w najdrobniejszych szczegółach …

Przyjmujesz pozycję odpowiednią do tej jednej, jedynej cegły. Nie pozostaje Ci nic innego, Wasza Wysokość, jak walnąć się na kolana i obniżyć dość znacznie poziom Szanownego Ciała. Zanurzasz dłoń w wiadrze z piaskiem, bierzesz kilka garści tego złota i rozsypujesz przed sobą.

Teraz właśnie rozpoczyna się najbardziej atrakcyjny rozdział Twej morskiej przygody. Ciesz się i raduj! W domu, w pracy zawodowej czy działalności społecznej, w pociągu czy tramwaju nie znajdziesz tak wspaniałego zajęcia.

Zaczynaj bez oglądania się na cokolwiek. Jest dopiero przedpołudnie, a do wieczora ten rozdział żeglarskiej przygody musi się skończyć. Chwyć cegiełkę w obie dłonie, tak, jakbyś ryżową szczotką pragnął szorować podłogę w wiejskiej chałupie. Jeszcze nie jest tak gorąco, ale wkrótce będziesz próbował zdjąć z grzbietu nawet skórę. Trzesz swoją cegłą deski pokładu, jak bardzo grubym papierem ściernym. Czynisz to wzdłuż słoi. Od siebie, do siebie, od siebie, do siebie, Prostujesz się czasem, by nabrać piasku, rozsypać, i znów: od siebie, do siebie, raz … dwa … Wstajesz wreszcie i polewasz pokład wodą, i znów na kolana: od-sie-bie-do-siebie-raz-dwa-od-sie-bie … Po godzinie lub dwóch będzie Ci bardzo trudno podnieść się na nogi, by przyjąć postawę normalnego człowieka, a więc pozycję wyprostowaną. W kolana wbiją Ci się ziarenka piasku.

Masz już dosyć? Najdroższy Doktorze h.c.! Zdaję sobie sprawę, że masz już krótki oddech, w chwilach największego natężenia przybierający szybkość bliską dwustu wdechom i wydechom na minutę. Współczuję Ci serdecznie i cierpię wraz z Tobą. Zważ jednak, spojrzawszy za siebie, że wykonałeś zaledwie maleńką część roboty. Zrobiłeś to również — fee! — niechlujnie i mało dokładnie. Jest to zrozumiałe zważywszy, że włosy spadały Ci na oczy. Radzę, abyś poprawił to natychmiast, póki bosman nie widzi; jak zobaczy, to Cię skopie.

Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal! Nie pyskuj. To tylko pozory, że język żeglarski składać się powinien wyłącznie z terminów medycznych. Prawdziwy żeglarz, Panie Premierze, emanuje kulturą osobistą, piękną polszczyzną i nic nie powinno go usprawiedliwiać, kiedy traci panowanie nad ozorem i poczyna przywoływać wszystkie kurwy, jakie od stuleci przewinęły się przez nadmorski bulwar. Burza z piorunami, ostra nawałnica, rafy koralowe, góry lodowe — to są dopiero przeciwnicy, którzy mogą nieco zdenerwować żeglarza, lecz on śmieje się wówczas radośnie:

— Cha!

Wiedząc, że wkrótce szlag go jasny trafi, na przekór wichrowi ryczy marynarskie pieśni.

Ty również, biorąc za wzór to, co powiedziałem, zawyj coś radosnego. Nie! To nie ma być skowyt lub rzężenie! Masz do pieśni radosnej znakomitą okazję, albowiem — choć masz już zdarte do kości kolana i dłonie — wycegiełkowałeś czwartą część pokładu. Podczołgaj się znów do wiadra, posyp piaseczku, siknij wodą i bierz się ochoczo do następnej ćwiarteczki, a takich masz jeszcze trzy przed sobą.

Stop! Przy czołganiu uważaj, żeby krwią nie poplamić bialutkiego pokładu. Krew schodzi bardzo trudno, będziesz miał kłopoty. Łapska trzymaj zatem przed sobą, a czynności pełzania dokonuj jedynie na samym brzuchu. Smakuj treść życia!

Masz poniekąd rację twierdząc, że przez najbliższe trzy miesiące będziesz miał trudności w grze na kontrabasie. Czy jest to jednak istotne? Zbytnio zajmujesz się swoją osobą, która, bądźmy szczerzy, wcale nie jest znowu taka ważna. Zamiast więc dumać nad swoim losem rozważ problem powstania życia na ziemi. Jeśli zaś nie masz odpowiedniego przygotowania naukowego, licz barany lub powtarzaj tabliczkę mnożenia albo przypomnij sobie obrazy z dzieciństwa.

Cofasz się o kilka wieków nie używając wehikułu czasu. Wkroczyłeś na drogę kariery wszystkich wielkich kapitanów.

A kiedy skończysz cały pokład i bosman stwierdzi, że — jak na nowicjusza — niechaj tak pozostanie, i kiedy wyczerpanego zniosą Cię pod pokład, aby podwiązać tętnice — raduj się i wesel. Stałeś się oto żeglarzem, który może imponować wszystkim. Wykazałeś potworną siłę woli i wytrwałość. Zważ, że przed Tobą z wyczyszczonego przed chwilą, wyszorowanego pokładu zbiegło z wyciem już wielu amatorów morskich przestrzeni, sześciu powiesiło się samo, czterech skoczyło za burtę, a jeden z rozpaczy połknął własną cegłę.

Jesteś super.

Zaś jutro Twój statek, Panie Adepcie, odda cumy.

Rozwiniecie białe żagle i weźmiecie kurs na Pacyfik.

I wtedy powiedz, bo będziesz miał do tego prawo:

— Oto żyję: jeszcze? …


Choć na „Zawiszy” nie czeka cię cegiełkowanie, możemy ruszać. Możemy? To ruszajmy!

Zsyłka

Samolot do transportu siły żywej zwolna kołował ku szczytowi pasa startowego. Poruszał się dostojnie, niby wielka mucha, wlokąc pękaty brzuch ponad betonowymi płytami drogi dojazdowej. Wreszcie przyhamował, pochylając się ku przodowi. Za parę minut miał oderwać się od ziemi, pozostawiając za ogonem buchające żarem lotnisko. Kadłub odbijał promienie słoneczne, oślepiając wszystkich, którzy znajdowali się na zewnątrz. Wreszcie pilot zwiększył obroty silników, a cielsko z ogromnym przyspieszeniem ruszyło przed siebie.

Skazańcy siedzieli na wyznaczonych miejscach, przypięci pasami, bladzi, z błędnym wzrokiem. Było im już teraz wszystko jedno. Ostatnie godziny przed startem wyssały z nich wszystkie siły.

Udawali się na ciężkie roboty, skazani wyrokiem Głównej Kwatery ZHP i Centrum Wychowania Morskiego ZHP. Nie miało być już dla nich odwrotu.

Zaczynał się dramat stulecia. Nie dało się już niczego cofnąć. Każdy z osobników dostał to, na co zasłużył.

A zasłużył! Hermetycznie zamknięte włazy samolotu i wzrastający ryk silników świadczyły wymownie, że ucieczka nie jest możliwa.

Włączono klimatyzację. Chłodne powietrze mozolnie przedzierało się przez gęste opary, bijące ze zmęczonych, zmaltretowanych i spoconych ciał. Nikt jednak nie usypiał; wysoki poziom adrenaliny nie pozwalał na odprężenie.

Siedziałem w trzecim rzędzie po lewej stronie. Byłem ciężko przerażony, albowiem latanie samolotem uważam za czynność sprzeczną z ludzką naturą. Co prawda w pełni popieram fizyczne i ideowo-polityczne zasady aerodynamiki, jednak unoszenie się samolotem lokuję na pograniczu bajki. Wcisnąłem się w fotel i nasłuchiwałem w napięciu, czy motory jeszcze pracują miarowo. Od ich sprawności, jak mi się zdawało, zależy nasza egzystencja. Minuty wlokły się w ślimaczym tempie …

Na wysokości trzydziestu sześciu tysięcy stóp samolot łaskawie wyrównał; w gronie personelu nie stwierdziłem oznak paniki. Aeroplan działał bez zarzutu, zupełnie inaczej, niż mój samochód. Upadek z tej wysokości dostarczyłby niezapomnianych wrażeń najbardziej wybrednym intelektualistom. Nie było nigdzie podejrzanych twarzy świadczących o obecności grup terrorystycznych. Tylko nasze gęby mogły się kojarzyć z wywieszonymi ostatnio listami gończymi.

Mieliśmy przed sobą dwie godziny do międzylądowania. Potem — do celu — znacznie więcej. Chciała ludzkość fruwać, to teraz ma.

Mogliśmy wreszcie spojrzeć na siebie nieco przytomniej. Poluzowaliśmy kołnierzyki w bardzo podobnych ubrankach, odpięliśmy pasy. Nikomu wówczas nie przyszło do głowy pytanie, czy wszyscy wrócą. Niestety, nie wrócili wszyscy …

Kiedy zaczęło się to szaleństwo? Czy należałoby sięgnąć do pradziejów ludzkości? Być może, lecz darujemy sobie taki wywód, choć nie byłby on bezpodstawny. Udajcie się w chwili wolnej do druha seniora Witolda Bublewskiego, harcmistrza, on Wam to wszystko wyłoży porządnie. A może należałoby wrócić do chwili, kiedy w czyimś niespokojnym umyśle powstał projekt zaczynającego się właśnie, brzemiennego w skutki przedsięwzięcia — pierwszego w dziejach?

Historia ta, pełna grozy, musi zostać wreszcie opowiedziana.

Co niniejszym czynię …

* * *

Po dwóch godzinach lotu koła uderzyły w pas moskiewskiego lotniska. Był czwartek, 31 sierpnia 1989 roku. Pięćdziesiąt lat wcześniej Moskwa nie była taka śliczna.

Wieczorem mieliśmy znaleźć się na pokładzie kolejnego przewoźnika radzieckiego (nie kibitki), który przetransportuje nas na Daleki Wschód, do Władywostoku.

Był to 243 dzień roku. W Warszawie słońce wzeszło 05:45, zajść miało o 19:26. Teraz przechodziliśmy na język gospodarzy, odświeżając znajomość cyrylicy. Ta zaś — to nie tylko inne literki.

Szeremietiewo.

Przejąłem kierownictwo nad grupą, udającą się do Władywostoku i dalej, do Nachodki. Wszelkie dokumenty, określające załatwioną rezerwację, trzymałem w garści. Nic prost- szego, jak podać, uzyskać stempel i — spokojnie czekać.

Pochyliłem się do okienka. W głębi siedział umundurowany funkcjonariusz, zwany czynownikiem. Uśmiechał się do mnie takim typowym, słowiańskim, szczerym uśmiechem, albowiem jego obowiązkiem służbowym było uśmiechanie się do pochylonych ku okienku potencjalnych pasażerów.

— Rezerwacja — rzekł, przerzucając wręczone papiery — niby jest. Bilety także samo. Opłacono wszystko, jak należy.

— Bardzo się cieszę — powiedziałem, oddychając z ulgą. Poty na mnie biją, kiedy nieznajomy urzędnik trzyma moje dokumenty tak, że nie mogę po nie sięgnąć. Mam zawsze wrażenie, że nagle je połknie niwecząc moje wysiłki i ich jedyne dowody.

— A czy wiecie — zapytał czynownik, przechylając głowę i spoglądając na mnie, jak kura — że nad Władywostokiem, dokąd upierdliwie żądacie miejsc w samolocie, przeszedł tajfun? Drzewa wyrwane z korzeniami, chałupy rozsypane, drogi poniszczone…

— Jest mi bardzo przykro. Niemniej jednak …

— Właśnie! Kataklizm. Pisały o tym gazety radzieckie. Czytacie gazety radzieckie, co? Oczywiście, takie nieoczekiwane zdarzenia powodują pewne komplikacje.

Chryste, pomyślałem, połknie skurwysyn moje papiery!

— No, cóż — odparłem układnie w języku Czechowa i być może Breżniewa. — W imieniu załogi jachtu wyrażam wyrazy … Czy mogę już zabrać dokumenty? — Wyciągnąłem ramię, wsadzając je do dziury w okienku.

— Da — powiedział funkcjonariusz, przesyłając mi ze wszechmiar szczery uśmiech. — Da, da, da. Jest maleńki, ale to naprawdę maleńki problem.

— Przy waszej bratniej pomocy na pewno każdy rozwiążemy — zagrzechotałem dyplomatycznie.

— Ze względu więc na tajfun i zarządzenie ministerstwa oraz ukaz dyrekcji obwodowej wasza grupa, bo to jest grupa, prawda? poleci w dwóch turach: pierwsza za godzinę, następna za siedem.

— Przecież rezerwacja …?

— Rezerwacja potwierdzona, jak najbardziej! Czego się nie robi dla przyjaciół! Wszystko w najlepszym porządku. Niedługo będziecie we Władywostoku, tym przepięknym mieście na wysuniętej placówce …

— Musimy lecieć razem, wszyscy! Jednocześnie! Tu wyraźnie pisze, że lecimy jednym rejsem! — Wpadłem w panikę.

— Prawidłowo. Jednym jedna grupa, jednym druga. I o co się rozchodzi? Weźcie stąd waszą rękę! — Wyprostowałem się uderzając głową w betonowy nawis.

— Gdzie jest naczelnik lotniska? Będę z nim rozmawiał zaraz urzędowo, jak najbardziej. Zwrócę się do niego z oficjalnym, międzynarodowym protestem …

— To właśnie ja! — wrzasnął radośnie ten sam czynownik, na którego twarzy pojawił się wyraz najwyższego ukontentowania.

— Więc się zwracam do was jako naczelnika lotniska. Usłyszałem przed chwilą wstrząsającą informację, że moja grupa, bo przecież jest to grupa, prawda? i to jeszcze z zaprzyjaźnionej Polski lecieć będzie dwoma rejsami.

— Zgadza się — autorytatywnie burknął naczelnik. — Powiedział wam o tym ten nader kompetentny urzędnik, który przed chwilą siedział w tym okienku?

Chyba mam nawroty nerwicy wegetatywnej. Schizofrenia. Padaczka. Omamy. Z kim ja gadam? Rozdwojenie jaźni?

— Musimy lecieć razem — odważyłem się podkreślić. Łapy trzymałem przy sobie.

— To bardzo skomplikowane — rzekł naczelnik, zniżając głos. Teraz się nie uśmiechał, wyglądał jak pułkownik KGB. — Rezerwacja jest, ale zarządzenie ministerstwa i ukaz … Ten tajfun, sami rozumiecie, chałupy z korzeniami, drzewa zalane … Musiałbym wiele osób przerzucić z jednego rejsu na drugi, a może i odwrotnie. To wcale nie jest łatwe. Ile tu będzie wrzasku! A krzyku! Może nawet milicja przyjedzie, żeby zrobić porządek?

— Ile? — syknąłem wiedząc, iż jest to podstawowe pytanie w tej sytuacji. Odpowiedź padła natychmiast; naczelnik umiał podejmować trudne decyzje. — Po dziesięć od każdego.

Zebraliśmy po dziesięć. Bilety dostałem niebawem. Milicja nie interweniowała …

Pociąg z Moskwy do Władywostoku jedzie tydzień, przy założeniu, że ruski tydzień trwa siedem dni. Dla wielu Polaków tygodniowy „wyjazd” w te strony kończył się wieloma latami stałego pobytu. My mieliśmy tę odległość pokonać w dziewięć godzin.

Śniadanie na pokładzie samolotu podano trzydzieści minut po północy. Nikt nie zasypiał. Najwyżej krótka drzemka. Wspaniałe widoki przez iluminatory. Nocy prawie nie było: wkrótce po zmroku ujrzeliśmy pierwsze, fascynujące oznaki brzasku. Góry, lasy, rzeki. Oślepiające słońce. Ciągnące się setkami i tysiącami wiorst pustkowia. Przytłaczająca potęga tej ziemi.

Port lotniczy we Władywostoku wygląda, jak powiatowy przystanek kolejki wąskotorowej. Pasy startowe i lądowiska, oczywiście, są. Biura z dalekowschodnimi urzędnikami również.

I słońce, które poraża. Jest godzina jedenasta czasu miejscowego. Pierwszy września. Dzieci do szkół. Żeglarze do zenz!

Na lotnisku jest już poprzednia, czwarta zmiana załogowa rejsu dookoła świata. Leci zaraz do Polski. W jej składzie — znany żeglarz Ryszard Wabik, szef harcerskiego żeglarstwa.

Pod wodzą komendanta CWM, Wiktora Leszczyńskiego, przejeżdżamy rozklekotanym autokarem Inturistu do Nachodki; 180 kilometrów takiej drogi, że pękajcie jelita! Wiktor pokazuje straszliwe szkody, jakie wyrządził tajfun Judith, który z potworną siłą wdarł się na ląd. Życzył nam, abyśmy na oceanie nigdy się z czymś takim nie spotkali. Jego słowa okazały się poniekąd prorocze …

Kiedy stajemy na nabrzeżu portowym w Nachodce i spoglądamy na „Zawiszę”, jest nam dobrze. Niech się dzieje, co chce, ale jesteśmy w domu.

Jan Ludwig, oparty o reling, przypatruje się nam w ponurym milczeniu. Jak badacz, który nagle ujrzał stado świeżo wyklutych kormoranów: z mieszaniną ciekawości i obrzydzenia.

Przekraczamy trap. Na własne nieszczęście.

Rozbieg

Zadanie było jasne: flagowy jacht ZHP, żaglowiec „Zawisza Czarny” — zwany niekiedy Zawiasem — po zrealizowaniu czterech etapów rejsu dookoła świata miał teraz zostać przygotowany do etapu najtrudniejszego.

Plan przewidywał „pokonanie” Pacyfiku, odwiedzenie portów Zachodniego Wybrzeża Ameryki Północnej, przejście przez Kanał Panamski i dotarcie do Kuby; tam nastąpić miała wymiana załogi. Niestety, ów plan okazał się niemożliwy do zrealizowania, a rejs przedłużył się o kilka tygodni i o sztormowy Atlantyk.

Wtedy już niektórych członków załogi nie było wśród nas …

Niewielka dygresja. Kilka wierszy wcześniej użyłem sformułowania „pokonać Pacyfik”. Zwrot ten znalazł się na kartach tej książki tylko dlatego, że w języku potocznym jest czytelny i zrozumiały. Jednak żeglarze traktują go dosłownie: nikt przecież nie pokona wody, morza czy oceanu. Ten żywioł jest najpotężniejszy. Mówiąc o „pokonaniu” Pacyfiku żeglarz przekroczyłby próg skromności i pokory wobec straszliwego, wszechobecnego, wspaniałego oceanu, który potrafi być łagodnym ojcem naszego globu, jak również w oka mgnieniu zamienić się w oszalałego potwora o niszczycielskiej sile i morderczych instynktach. Mówmy raczej: „została nam dana łaska przepłynięcia oceanu”.

Jaka była struktura załogi? Otóż bardzo prosta. Jak wszędzie: kapitan i reszta. Taki podział znajdujemy na wszystkich statkach całego świata, począwszy od najpierwszych jednostek załogowych. Jacht, statek czy okręt — bez wchodzenia w różnice między nimi — posiada strukturę feudalną, i nie jest to w żadnym razie uzależnione od ustroju politycznego w państwie armatora. Wszyscy komuś podlegają, a jednocześnie wszyscy podlegają kapitanowi; taka jest prawda. Nikt jeszcze nie wpadł na lepszy pomysł, choć niewątpliwie próbowano go znaleźć. Kapitan jest władcą absolutnym, bo za takimi uprawnieniami przemawia dosłownie wszystko. Sam wybiera i realizuje metody dowodzenia, zarządzania i wychowania; nakreśla sztywne ramy, w których „reszta” może się poruszać. Każde jego słowo jest wyrokiem, a każdy wyrok ostateczny. Jest samotny, niekoniecznie lubiany (lubić a szanować to niekiedy dwa różne pojęcia); mieszka w osobnej, odległej kabinie niby dżin w butelce.

A reszta? To na „Zawiszy” pięć osób załogi etatowej plus załoga szkolna podzielona na cztery wachty.

Razem: kapitan plus trzydzieści.

Poznajmy bliżej załogę stałą, czyli ludzi zatrudnionych na statku w celu zrealizowania przedsięwzięcia stulecia — rejsu dookoła świata. Będziemy wszak z nimi żeglować przez pół roku, a nie jest łatwo wytrzymać z bliźnimi sześć bitych miesięcy w małej klatce czterdziestometrowego jachtu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 27.34
drukowana A5
kolorowa
za 53.22