E-book
13.65
drukowana A5
22.46
Ideałem byłoby tworzyć

Bezpłatny fragment - Ideałem byłoby tworzyć


Objętość:
55 str.
ISBN:
978-83-8155-475-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.46

Pasja

Ideałem byłoby tworzyć

i smak i zapach i przestrzeń

i drogę życia.

Te cenne chwile

od zarodka do zwłok.

W wewnątrz

Pada w tle,

nieujarzmiona strefa pogoni.

Kopyta pędzące w jednej linii

w wartościach tęsknoty

o bliskość,

o ciepłą pragnienia barwę.

Ulegam

Szał uniesień,

wśród krótkotrwałych, bezmiernych, gwałtownych

i świadomych rozprężeń

wszystkich wystygłych, wrażliwych uczuć.

Dzikie, naturalne stado.

Figuracje

Pomruk, czy tylko muśnięcie burzy

wśród giętkich naleciałości.

Ku niebu,

ku nagości źródła.

W samym przepaści niezgłębionym środku

ciało sięga po rozpęd.

Mosiężnym wiankiem bez szkody obwija

i patrzeć jak chwyta,

rwie pancerza węzły,

by rozpoznać kołnierze wychłostane skrycie.

Gamoniowate twarze już odrobinę drapieżne.

Lotne, wyblakłe, odległe,

ospowate powierzchnie

i ich oschłe, wypaczone, zębate otchłanie

ani ciepłe, ani chłodne,

a znacznie łagodniejsze wśród bodźców wyciszania.

Znów migną i gdzieś giną

na tle areny powolnych piruet,

by schować swą wewnętrzną biel

opuszczonej kokonii.

Zwątpienie

Zatarła się różnica

między tym co ważne, a nie istotne.

Nad wyschniętym strumieniem duszy,

którego koryto niemal zatrzaśnięte.

Stan zawieszenia

Smętne, acz piękne rejony

zamierają w bezruchu utkwione.

Za zgodą niesfornej wyobraźni

zakołysało wzdłuż brzegu,

ściskając stado wodnych ptaków

złapanych w pułapkę teraz!!!

Coś zielonego i purpurowego,

małe powierzchnie, niebieskie i białe,

gęste, grube spirale.

Chwiejne, lotne, przypadkowe,

pozłacane palce światła.

Miejscami wyblakłe,

zaczepnie schwytane, spłoszone

u podnóża drobnych sideł.

Dolne rozpięte do życia — ruchem dłoni,

odpływają gdzieś bez śladu.

Górne zwisają

w wolno rozwijającym się śnie.

I pragnienie,

by prześlizgnąć przez podmokłą łąkę

pochłanianą przez warstwy

i zaczerpnąć ukrytą woń, która w niej tkwi.

Delikatne impresje

Uderzenie ciszy

i rusza z kopyta euforia na smyczy

i dreszcz uśpienia bez ujścia.


Smak woni

skąpany dokładnie w zachwycie przestrzeni.

Zarys wtopiony we mnie

z narodzin jej toni,

z tkliwości jej przemiany.

Sedno przynależności

Pustka ani tutaj, ani tam.

Pustka w przestrzeni,

we mnie.


Chwila zbierania.

Wnętrze, a rama sklepienia.

Próba boleści,

doznanie i czas na nowo.

Powraca życie,

zapomniany zapach przetrwania.

Ból przestrzeni, a wrażenie głębi.

Zdolność bezwarunkowego oddania się

Wolność

mocna, zdrowa woń.

Wszystko nie wymuszone,

odruchowe.

Miej odwagę iść

Obserwuję, jak zachowywać,

jak poznawać, patrzeć, słuchać,

jak wchodzić w poszczególny świat

wciągany monotonią

i puls — w którym czuć

zmagania z samym sobą.


Boże

daj mi siłę

bym nie wyłamał swej osobowości

i mądrość

nie raniącą nikogo

efektami mej obecności.

Pałająca przebudzeniem rozsznurowywana interwencja

Pyłki — zwinięte,

Spokojne, jak koniki morskie.

Unoszą się samotne i bez steru,

bawiąc promieniem,

by wywrócić dziko, nawet nie zwalniając

i gdy drżąc zapięły uprząż,

swych małych, fantazyjnie powykręcanych

granic danych warstw,

odkryły te znośne, lecz nie zmienione

grymasy elastycznych drgań

i tak brzęcząc nieobyłym szaleństwem

wzbiły się tumany ziewających szczęk.

Bezcielesna aktywność

Elastycznie rozbuchane rozproszenia nasyconej czerni,

bez wewnętrznej dyscypliny

gorzko wolę oddają skrzydłom,

by zniknąć za kulisami

przedłużając chwilę napięcia, jak w teatrze.


I pierwszy kokon zrzucono.

Śmigający w górze narodzony kształt.

Rozdarte stworzenie

przez wylot w dół wyklęte.

Ukazało się skrzydło i srebrzyście szybujące pióro,

lekko wiosłując, przełamując, niemal głaszcząc.

Po trochu,

po kawałeczku.

Ruchy trącone, rozszalałe, biegnące.

Po chwili pogodzone,

uniesione, delikatne, już wyszlachetniałe.

Nagle skazane.


Brutalne uderzenia gniotą czeluść.

Wszystko cholernie gwałtowne,

wściekłe, nagłe, niepowstrzymane.

W kałużach nieczystości

otępiałe płaszczyzny zmuszane do uległości.

Głębsza topiel — tonacja blednie.

Potrzask, faza końcowa.

Wędrówki

Podążam gdzieś, zmagając się upadam daremnie.

Z jakiś przyczyn niedogodności nie jestem pewien,

czy naprawdę istnieję,

prosząc znowu o trochę sił

w jarzmie głodu ducha.


Sporo myślę, uporczywie ciągle przypuszczając.

Nie objęte coś z czym się walczy.

Nie wiadomo, nic nie wiadomo.

Więc zaiste nie wiem.

Niech więc wydarzy się uspokojenie,

garść fontannicza, ulga jakaś

nie wymówiona, nie wysłuchana, nie dokończona.


Otrząśnij skrzydła z resztek

rzeczy nieuchwytnych w mojej głowie,

bo chciałbym uwierzyć w siebie

i w to co robię

i w to kim chcę być

i kogo kocham,

choć w zgiełku świata istnień jest to bez znaczenia.

Wilgotne przechadzki

Lekkie drżenie,

wahania ruchu, dotyku.

Cienki świst,

powolny i ciężki

w nagłej, niemej ciszy.

Trzy wolne krople,

w odrębnym locie

brzęcząco protestują kopytem o dno.

Mokry, cichy dźwięk

w ułamku egzotyki zmysłu.

Bicie, splecione wydrążenie i puls,

tego delikatnego odzienia.

Wibracja tonu plam niemych ciężarów

wyłania iskrę, szept, kształt

i ten aktualny zasięg czegoś,

w docelowym ogniwie próby

liźnięcia ciemnej gleby.


Oto gonił morzem roślinności zaraz po ustaniu deszczu.

Cieniutki zarys linii, jedna na drugiej — spokój.

Oto ster drobnej, nagiej zwinności

powiew przynoszący ukojenie.

Nie tylko pełniejsze, ale i jakby głębsze oczyszczenie.

Oto dzwon melancholii — czysty dźwięk

dudniący do zagrody snu.

Ciepło zwykłych, codziennych chwil

i powietrze z owych słoneczników nadziei.

Muszę pomyśleć

Większość starań trafia w pustkę,

bez ujawnienia swoich źródeł,

wizualnie pałętających się określeniami

wśród niezliczonych złudzeń.


Widzisz tylko ciemność, słyszysz tylko ciszę

w znajdujących się sytuacjach,

że nie można żyć bez walki i cierpienia,

że bierzesz na siebie winę i nie możesz tego uniknąć,

wreszcie, że musisz umrzeć.


Spięcia ciepła i chłodu.

Wyczucia i wahania.

Przytłumione, wrośnięte i splecione,

na zawsze zawisłe w nas.

Bez uwięzi

Widzę

nagromadzone w tobie odmiany świeżości,

nie obce, nie sztuczne szelesty,

nieśmiałe głębi wilgocie.

Widzę

szaleńcze cienie błękitów,

żywioły czerwieni i szaleństwa szarości

i wybryki i kaprysy i fantazje,

najgłębsze i najbardziej trwałe.

Widzę błyskotliwości,

takie drżące, takie blade łagodności i piękności

i trawy i wody i nieba, zachody i wschody

Nietrzymane na uwięzi

wszelkie rozkosze, egzotyki, namiętności,

a wnet schody, własnych złudzeń i iluzji.

Wyraźne, skąpo odziane obrazy.

Pytanie o nadzieję

Wygnanie, a uwielbienie rozważań,

swobodnego zadręczania siebie

i ciągłe korytarze przyczyn

w owej pustelni wypełnień.


Jak realizować siebie

w zwykłych chwilach mijającego dnia

bez obawy, że cokolwiek się utraci?


Twory imaginacji

sieją zwątpienie,

spożywają ziarno.


Uczę się cierpieć bez skazy.

Uczę się patrzeć na cierpienie bez odrazy,

gdy moje ciało łamane kołem cudzej chciwości

w orgii pracy.

Odosobnienie

Bezszelestne niezwykłości

wyłapane nawet na najmniejszych nieścisłościach.

Kruche, a delikatne opuszki

kłopotliwie mknące na skraju.

Wewnętrzne konieczności

Pragnę czuć

ciepły, miękki ciężar,

jak spowija mnie wyjątkowość, odruch, uniesienie

kogoś, kogo można objąć.

Chcę czuć ukojenie, że jestem u celu.

Czuć zapach i oddech chroniący przed zimnem.

Czuć siłę i nigdzie się nie śpieszyć,

a wszystko będzie wolne

w ułamku od niepowodzeń,

a wszystko to

w jednej chwili

w jednym miejscu.

Bezczasowość

Nader nikła lub zgoła żadna

niewolnicza odrobinka oszronionej

płynności liźniętej ciszą.

Czas — mącą go pluśnięcia,

wytrząsane w kubku wnikania w siebie.

Chlupot wiosła, bezczasowość, słomkowa więź.

Ledwie tchnięta łuna, skojarzenia, senne tulenie ładu,

żadnej kokieterii w niesfornych kosmykach.

Ani śladu troski,

bez końca obfitość i bez skutku.

Kurtuazyjnie wyrzucone ramiona

przemyśleń, jakby kuracji

do krańców niewiarygodnych —

zwarły się, nabierają powagi.

Zmarszczki wody na mej dłoni

nikną w skurczu, topią w nieobecność,

przestają istnieć.

U podnuża chwitliwości

Niefrasobliwie tępione szepty

wijące się jak leniwe bicze,

poniekąd szły niemożebnie

nisko, niziutko, przyziemnie

w niezmazywalność,

naprzemianlegle zaprzepaszczaną

w wieloznacznej w sobie mnogości.

Wieczny odpoczynek

Żaden trzepot,

stuk, ani gwizd.

Żaden chlupot, świst, ani szelest,

nic w stanie zakłócić uroczyste milczenie.

Zbłądzenie

Rdzeń serca mego

w ucisku został cofnięty.

Podatny grunt zatraca,

w niewolnicze prądy pęta.

Rozdziera sęk — waląc wściekle,

by obudzić sens i cel,

choć jedno w drugim ginie.

Przestraszone, nieprzytomne, rozbiegane,

zahipnotyzowane korzenie

i drży przed zawziętością gnębiciela,

siejąc me ziarno ciemnoty.

Zarys płynący spontanicznie

W nieskazitelnej ciszy nocy

burzliwe poranki

wiszą pośród utkanego z winorośli gałęzi sklepienia.

Wpatrzone w małą rdzę powietrza,

dzwoniąc autentycznie i bez skazy.

Pola zahipnotyzowane,

dziwnie skryte, niezharmonizowane,

w letargu,

jeszcze nie oświetlone.

Kamienie są białe,

jak nagie skały na dnie koryta,

tak bardzo się zapadły.

Nasilony ruch,

przelotna styczność ni mniej, ni więcej.

Wszystko spowijał tajemniczy mrok

i dalej rozszerza krąg włóczęgów

odległych krańcy porośniętych gęsto,

bawiąc się ich opuszczoną teraz abstrakcją.

Oczy troszczą drobne przeszkody,

podrażniając niemego ducha

i gdy noc strząsa z siebie woń niemrawych oznak życia,

tak wiruje, szeleści i zwodzi, bez szczególnych oporów.

Coś sypnęło ciepłem

blisko rzeki,

syknęło głośniej na oślep.

Harpun drżącego żółtego światła

przeszył ciemności wyrwane.

Całe sterty — ugięte

i zbawienny, szkarłatny koń

ciskając oszalały spokojną taflę

rozwrzeszczał nowy dzień.

Pragnienie wewnętrznego spokoju

Przywitam wszystkimi wysiłkami,

wejrzeniami postanowionymi,

pokorną własnością czegoś żywego,

całym mniemaniem, skromnością należną,

harmonijną zwyczajnością porozumienia

 i całością oczywistości bycia,

tą tak dla mnie ważną,

najważniejszą

wieczystość słoneczności ekstraktu egzystencji

w zupełności wyzwolonej.

O wszystkim decyduje serce

Pobudzanie,

spazmatyczne, pełne bodźców dygotanie.

Ciało do ciała — przeplatanie,

soczystość, oddech, rozpalanie.

Odczuwanie, wchłanianie —

nieznośne, zmysłowe pożądanie.

Macki, wgłębienia, wilgotne wargi,

kulące drganiem w nieustannej intymności języków

i tętno i serce i wnętrze,

kłębuszek i szczerość

w falowaniu podziwem nagości skąpanie

i napędzać to szaleństwo niepokoju prądów,

by w końcu penetracji doznaniem

nagrodzić orgazmu abstrakcji zgłębianie.

Zatrzymam się

Powłóczyście osiodłany porannym dniem,

wdzięczny za życie,

onieśmielony wszem i wobec

za czymś bliżej niewiadomym.


Czuję to nad wyraz, nie raz — wiele razy.

Będę żył, będę się cieszył

każdym jednym lub ostatnim,

najdalej trochę późniejszym

każdym, wszystkim razem wziętym —

nie będę nigdy miał dosyć,

bo wola mi mówi, że mogłaby zezwolić

na rozwianie wątpliwości,

na trwanie w niewyobrażalnej zupełności

w pełni świadomie.

Kochać

Kładź się spać kochając.

W każdym zgięciu skóry czuj miłość

i kochając wstawaj.

Poniekąd każdego dnia otwórz oczy i patrz

kochając każdego kogo nie znasz,

każdego nienawidzącego ciebie.

Każdego kochaj z siebie, że jest, że po prostu.

Idealnie próbuj, chętnie rozumiej.

Za nic, bez zwrotu, z czystego dobra.

Bądź natchnionym wyrazicielem

i nie zostawiaj po sobie śladów, tylko miłość,

by świadczyć za nią tu i choćby dziś i po kres.

Skrajne niuanse

Jakże jeszcze tudzież nieśmiale nieuczęszczany

może ostatni, na pewno pierwszy

niedbale przerzucony przez stół

skromniutki, nieznaczny zapach

w nieustających ramionach figuratywnie łaknących.

Szelest lądu, skrajne niuanse, konfiturowe źdźbło.

Niegdysiejsza, niemniej na czczo nieuczesana zwiewność,

senna-życzliwa mina, krople deszczu, aż do zaniku.

Na każdym kroku, także i tutaj

nierozłączność niepoznaki.

Miejsce zmagań

Te głębiny, to wilgotne serce, ta nieziemska siła,

które wchłaniają mnie teraz,

by zaczepnie skruszyć małe, zadłużone wystraszenia

i cóż się zmienia wśród odrzucenia,

bo zbuntowane tłumią chęć oswojenia,

ginąc we wczesnych etapach trzymadła 

i kilku warstw odzienia.


Do łask jadu wytrwałości, co wciąż tkwi,

marne liny pręży w sile przemian,

co nastawia ucho swe na pastwę czyścicieli,

by iść słusznie za kroplą wnętrza

i zapleść kosmyk wyzwolenia.

Sklamrowane w poczynaniach

Działamy w mrokach niewiedzy.

Chciejstwo pełznie zewsząd

i donikąd.


Niewinne dzieci przeoczone przez szansę,

padają martwe z końcem korytarza

zatrute nienawiścią aborcji.


Na tym świecie co chwilę się płaci.

Czasem wszystkim co mamy.


Jeden kłopot goni drugi,

pojawiające się cicho

niczym erekcja.

Rzadkie momenty bez nazwy

Nieodzowną wręcz włóczęgą subtelnie brnijmy wstecz,

w ten kaganiec pseudo początku, w te przepastne leje

tak przepysznie wyłkane kakofonią przenośni

i bocznie, ubocznie, pobocznie,

lgnąc, garnąc, wdychając

i niebywale chłonąc z czystym sumieniem

niebotyczność przeleżaną bezczynnie

w dziewiczej niesprzedajności oparów,

w nie ekshumowanej schludności zakamarka,

gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga

ultra zwiastująca nuta zdrowego rozsądku.

Ukryte kłamstewka

Smutnej twarzy wstyd,

bo się nie objawi,

a jak stwierdzi, objawi, zachęci,

przez cieniutką zasłonę zajrzy,

z niechęcią drogę zastąpi,

upokorzy.

Amsterdam

W kolorze wdechu kojącej, nieskrępowanej swobody,

zręczny kamuflaż łabędziej chęci

wśród urywków tonie umiejscowiony.

Subtelna nić, zwodnicze dotknięcie,

bez skazy uformowane lejce.

Nieopodal wielbłąd ciemiężony w ryzach

z jakiegoś spoza — przekornie drżący, jak liść w galopie.

Drapieżna ryska, widmowy pejcz, sfatygowany melanż.

Do dna, do cna istnego kresu

i w głąb mnie wsysa i w odmęty zanurza,

przesuwa naprzód po bosych, obłąkanych krawędziach,

gdzie na wietrznych falach wysoko i nisko

mimowiednie, lekko speszone szybują motyle

i tam szkliście, pustynnie, niewiernie zawisły,

śledząc wszystkie wdzięczne,

sprawne ruchy wysmagane bezsilnie.

Oazy spokoju ku nieodpartym, mimo nalegań

schronieniu-wewnątrz dogłębnie ukryte.

Ręce splątane, nogi splecione i te dudnienie oddechu,

zapadniętym w nieuwadze szczęk —

 bezwiednie teraz rozszarpujących wszystko w pył.

Kolejny wdech — kolejny wydech.

Żegluga — raptowne przedawkowanie czasu —

mentalnie zwarta pokrywa.

Marihuana — cieniutka wstęga — strefa niczyja.

Nie oglądać się za siebie

Uciszyć hałas myśli,

ostudzić serce z fałszywego zapału uczuć.

Wydobyć się, wypaść doszczętnie

z arcymętnej po kolana wody.

Wypłukać — wyszczekać tło całunu oczekiwań

z zapadłej koleiny schematu,

aż będzie nierealne — bez znaczenia.

I jak przenigdy przedtem —

lecąc, szybując, idąc pustelniczo,

dać się objąć, dać się ogarnąć, ośmielić się biec

w rozkwit dzierżawy nieutracenia nadziejnej więzi.

Powstać, stworzyć, być życiem samym z siebie.

Zostać rodzeniem działania,

tworzenia, wieczną interwencją.

Najmniejszą, najdrobniejszą

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.46