Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza”, „Operacja kukułka”, „Dobry pies”, „SMOTR” i „Nielegał”.
Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.
Restaurator z Nowolipek biega rano pod murem rosyjskiej ambasady. Cztery sekundy łączności. Szyfrowanie, którego nikt nie potrafi złamać. Kiedy kontrwywiad odkrywa, kim naprawdę jest, zaczyna się gra, w której każda ze stron wie za mało — a stawką jest technologia, która może zmienić układ sił w Europie. Thriller szpiegowski, w którym nikt nie mówi prawdy. Szósty tom cyklu „Eryk Gryń”.
Rozdział 1: Albania
10 października 2024 r., Warszawa, Nowolipki — restauracja „Sznycel i Sztaluga”, późny wieczór.
Staniak zamknął drzwi na dwa zamki, zdjął tabliczkę z godzinami otwarcia z haczyka. Na sali pięć stolików czekało na jutro — serwetki w trójkąty, świeczniki, karty dań w skórzanych okładkach. Szósty, pod oknem, miał jeszcze mokre ślady po ściereczce. Trzy stoliki na zewnątrz przykryte brezentem, przywiązanym do balustrad plastikowymi trytytkami.
Cisza. Restauracyjna cisza po godzinach to martwa tkanka, powietrze, które jeszcze nie ostygło z gotowania, i zapach oleju rzepakowego w kanalikach okapu.
Staniak usiadł przy barze, wyciągnął telefon z kieszeni i położył go ekranem do góry na blacie. Poranny jogging koło ambasady. Pobranie, wysyłka meldunku, rozłączenie. Odczytanie zawsze potem, zawsze z opóźnieniem.
Zdeszyfrował i otworzył plik.
Rozkaz był krótki. Trzy zdania właściwe, dwa uzupełniające. Stawić się w Tiranie w sobotę 19 października. Punkt spotkania: Rruga Shenasi Dishnica, kawiarnia Odas Garden, stolik na zewnątrz, gazeta „Panorama” na blacie. On ma podejść. Kontakt ma czekać od godziny 11 do 12. Hasło: przepraszam, która jest godzina? -po niemiecku. Rezerwowe terminy — niedziela dwudziestego, poniedziałek dwudziestego pierwszego — inne miejsca, inne kawiarnie, te same zasady rozpoznania. Potwierdzić rano. Brak dalszych rozkazów.
Staniak przeczytał jeszcze raz. Trzeci raz. Potem zamknął plik. Patrzył jak ekran Thails znika. Rozkaz został tylko w jego głowie.
Albania.
Siedział nieruchomo z łokciami na barze, splecione dłonie pod brodą. Tirana nie była żadnym ze standardowych punktów kontaktowych, o których uczyli go w szkole pod Moskwą. Tirana to był komunikat sam w sobie. Nie Belgrad, nie Wiedeń, nie Stambuł. Tirana znaczyła: nie chcemy się z tobą spotykać w mieście, w którym mamy cokolwiek do stracenia.
Zszedł za bar, kucnął, sięgnął po butelkę płynu do stali nierdzewnej. Biała butelka ze spryskiwaczem, etykieta w kolorze morskim, napis „Clinox Inox”. Wstał, podszedł do blatu roboczego na zapleczu. Psiknął dwa razy. Trzy razy. Płyn ściekał po stali cienkimi strużkami.
Zaczął szorować gąbką odruchowo, bez rękawiczek. Po kilkunastu sekundach poczuł szczypanie na skórze — chemikalia wżarły się w drobne pęknięcia na opuszkach palców, które miał od noży i gorących rondli. Skrzywił się. Odrzucił gąbkę, podszedł do zlewu, odkręcił zimną wodę i trzymał ręce pod strumieniem, patrząc na swoje palce — długie, suche, o kwadratowych paznokciach przyciętych krótko.
Zakręcił wodę. Wrócił do szafki, wyciągnął żółte rękawice gumowe, naciągnął je na mokre dłonie. Prawa weszła ciasno, lewa normalnie. Chwycił gąbkę i szorował blat roboczy metodycznie, od lewej do prawej, centymetr po centymetrze, z dociskiem, jakby chciał zetrzeć warstwę metalu. Szorował tak długo, aż stal zaczęła błyszczeć jak lustro.
Pochylił się.
W blacie zobaczył twarz. Swoją twarz. Zwyczajną, nijaką.
Przymknął powieki. Stal była zimna pod lateksem rękawic. Za zamkniętymi powiekami zobaczył palec. Palec chłopaka, cienki, z obgryzionym paznokciem, a na nim srebrny pierścień z oroborosem — wąż pożerający własny ogon. Jurij nosił go na lewym serdecznym. Staniak zapamiętał to wtedy, kiedy dłoń chłopaka przestała się ruszać.
Otworzył oczy. Wyprostował się. Zdjął rękawice, wyrzucił je do worka z odpadami, związał worek i wyniósł na podwórko do kontenera.
Wrócił do lokalu, sprawdził zamki, zgasił światło na zapleczu, zostawił jedno nad barem. Usiadł na stołku.
Dimka, ty idioto — pomyślał. Po jedenastu latach wzywają cię do Tirany. Nie do Wiednia, nie do Belgradu, nie do Mińska. Do jebanej Tirany.
Wstał. Wyłączył ostatnie światło. Zamknął drzwi za sobą i poszedł do auta.
***
11 października 2024 r., Warszawa, Żwirki i Wigury — siedziba SKW, gabinet pułkownika Stępnia.
Żaluzje były uchylone pod kątem, który wpuszczał wąski pas światła na biurko.
Gryń siedział na krześle po lewej stronie biurka, Wysocki po prawej. Między nimi na blacie leżała beżowa teczka formatu A4 z czerwonym paskiem na grzbiecie — klauzula „zastrzeżone”. Stępień stał przy oknie, plecami do nich, z kubkiem kawy w jednej ręce i telefonem w drugiej. Odłożył telefon na parapet i odwrócił się.
— Panowie — powiedział. — Mamy nowy temat.
Gryń nie zmienił pozycji. Wysocki wyprostował się o pół centymetra.
— Trzy pożary w sortowniach paczek — ciągnął Stępień, siadając za biurkiem. — Ubiegły weekend. Piątek wysyłka, sobota-niedziela zapłon. Błonie, Stryków i Rzgów pod Łodzią.
— Trzy naraz — mruknął Gryń.
— Zawiadomiła nas policja. Straż pożarna badała — celowe podpalenie, żadnych wątpliwości. Policja wyklucza przypadkowy pożar. We wszystkich trzech przypadkach źródło ognia to paczka.
Gryń oparł łokieć na poręczy krzesła.
— Co się tym razem pierwsze zapaliło?
Stępień otworzył teczkę, ale nie patrzył do środka. Znał na pamięć.
— W Rzgowie — dildo. Wielkie, czarne, silikonowe. Trzydzieści centymetrów, gdyby to kogoś interesowało.
Wysocki odwrócił głowę w stronę okna. Kącik ust mu drgnął.
— W Błoniu — kontynuował Stępień — urządzenie do masażu odcinka lędźwiowego. Takie poduszki, co się je podkłada pod… no, pod krzyż.
— Pod naddupie — uzupełnił Gryń bez cienia uśmiechu.
— Tak jest Eryk, pod naddupie.
Wysocki parsknął cicho. Gryń spojrzał na niego z ukosa, krótko i ostro. Wysocki zamilkł.
— W Strykowie — Stępień pochylił się nad biurkiem — taki podłużny przyrząd z dużą, wibrującą końcówką. Bardzo dużą.
— Masażer łechtaczkowy — powiedział Gryń.
— Kurwa, dokładnie tak.
Stępień roześmiał się — głośno, chrapliwie, szczerze, tak jak się śmiali ludzie, którzy palili trzydzieści lat i przestali dopiero po pierwszej tomografii. Wysocki, ośmielony, zaśmiał się za nim — cicho, w tonacji o oktawę wyżej, jak chłopak, który sprawdza, czy wolno mu się śmiać przy dorosłych.
Gryń nie śmiał się.
— Czyli Ruscy podpalają — powiedział — i przy okazji robią sobie z nas jaja.
— Dokładnie tak.
— Paczki wysłane z Polski czy z zagranicy?
Stępień podniósł z teczki kartkę z tabelką — trzy wiersze, pięć kolumn, wszystko wypełnione drobnym drukiem.
— Jedna z Wilna. Ta z gumowym fiutem. Reszta krajowa: Warszawa i Pruszków.
— Gdzie były deklarowane cele przesyłek? — spytał Gryń.
Stępień zerknął na kartkę.
— Gumowy kutas miał trafić do Niemiec. Hamburg, o ile pamiętam. Masażer łechtaczkowy — Francja, chyba Marsylia. A ten do naddupia — Włochy, okolice Bolonii.
Wysocki powiedział cicho:
— Ale to nie Staniak.
Cisza na pół sekundy. Stępień podniósł wzrok znad kartki. Gryń obrócił się na krześle.
— Mamy go na oku dwadzieścia cztery godziny na dobę — kontynuował Wysocki — prawie dwa tygodnie. Mieszkanie, praca, mieszkanie. Nie rusza się z Warszawy. Po klubach gejowskich nie chodzi. Siedzi na dupie i smaży schabowe.
— Potwierdzam — powiedział Gryń. — Od końca września zero aktywności. Restauracja, dom, restauracja. Czasem pobieganie rano pod ambasadą.
Stępień odchylił się w fotelu.
— I co, macie te bursty WiFi?
— Mamy. Łączy się i nadaje pod murem ruskiej ambasady co drugi poranek, cztery sekundy, regularnie jak zegarek. Ale wszystko zaszyfrowane. Chłopaki z Pyr nie potrafią tego odczytać. Szyfrowanie wielowarstwowe, prawdopodobnie jednorazowe klucze.
— Czyli Rosjanie mają ich więcej — powiedział Stępień.
Gryń nie odpowiedział. Wiedział, co pułkownik miał na myśli. Staniak brał w tym udziału. Staniak siedział w Warszawie cichy i grzeczny, i komunikował się z Moskwą kanałem, który kontrwywiad widział, ale nie czytał. A trzy sortownie płonęły w trzech różnych miastach.
Hydra. Odcinasz jeden łeb, wyrastają trzy.
Stępień przesunął teczkę po biurku w stronę Grynia. Beżowa, sto pięćdziesiąt stron.
— Materiały policyjne plus to, co zdążyli wyciągnąć z metadanych.
Gryń wziął teczkę. Wstał. Wysocki za nim, o pół sekundy później.
— Do roboty, chłopaki — powiedział Stępień, odprowadzając ich wzrokiem do drzwi. — Działajcie, bo nas wyruchają. Co nam zresztą niedwuznacznie sugerują doborem przesyłek.
Roześmiał się ponownie. Tym razem sam, bo Gryń już zamykał drzwi, a Wysocki był za drzwiami.
Na korytarzu Gryń szedł trzy kroki przed Wysockim. Teczka pod pachą, niebieskie LM-y w kieszeni marynarki, zapalniczka w drugiej. Nie odwracając głowy, powiedział:
— W samochodzie przejrzysz Błonie. Ja biorę Stryków i Rzgów.
— Tak jest.
— I Wysocki.
— Tak?
— Następnym razem, jak będziesz chciał się śmiać w gabinecie pułkownika — poczekaj, aż zrobi to pierwszy.
Wysocki nic nie odpowiedział. Na uszach miał czerwone plamy.
Rozdział 2: Pikieta
11 października 2024 r., piątek, godz. 14:00, Warszawa, Krakowskie Przedmieście — przed Pałacem Prezydenckim
Piętnaście osób. Może szesnaście, jeśli liczyć starszego faceta w berecie, który stał z boku przy latarni i jadł pączka, ale chyba nie należał do pikiety — po prostu miał przerwę obiadową i lubił patrzeć.
Transparenty wisiały nierówno. Jeden na dwóch kijach od mopa, trzymany przez dwie kobiety w średnim wieku.
Gapiów było pięciu albo sześciu. Przechodzili, zwalniając kroku. Jeden zrobił zdjęcie telefonem — może z sympatii, może po to, żeby wrzucić na Twittera z komentarzem „patrzcie, co za debile”. Policjant stał przy krawężniku z rękami splecionymi za plecami i wyglądał, jakby żałował swoich wyborów życiowych.
Angelika Sobiech stała trzy metry od transparentów z dyktafonem w lewej ręce. Mikrofon był wyłączony. Nie miała z kim rozmawiać — organizatorka pikiety, kobieta z megafonem i siwymi włosami spiętymi w kok, już się wypowiedziała. Nikt więcej nie chciał gadać.
Spacerkiem z rękami w kieszeniach szarej kurtki — podszedł Jan Staniak.
— Cześć, Angelika.
Odwróciła się. Uśmiechnęła.
— O, Janek. Jesteś.
— Jestem, jestem. — Rozejrzał się po pikietujących, policzył głowy. — Ale jak widać, koledzy nie dopisali?
— Niestety zapał upadł.
— Ilu?
Kobieta z megafonem uniosła głowę, nabrała powietrza i ryknęła z siłą nieproporcjonalną do budowy ciała:
— PIGUŁKA DZIEŃ PO! PIGUŁKA DZIEŃ PO! NATYCHMIAST!
Angelika zamknęła oczy na sekundę. Staniak patrzył na kobietę z megafonem jak entomolog na rzadkiego chrząszcza — z zainteresowaniem pozbawionym emocji.
— Jak tam wakacje ci minęły? — spytał, odwracając się z powrotem do Angeliki. — Gdzie byliście z Tomkiem?
— Niestety nigdzie. — Schowała dyktafon do torby, przerzuciła pasek na ramię. — Wiesz, na tej granicy ciągle się coś dzieje. Tomek nie miał urlopu. Ciągle znika na weekendy.
Staniak pokiwał głową. Twarz wyrażała współczucie, jakie normalny człowiek okazuje znajomej, której chłopak pracuje za dużo.
— A mieli ją otworzyć — powiedział Staniak — a zbudowali większy płot niż poprzedni.
Angelika tylko westchnęła.
— Ja za tydzień jadę do Albanii — rzucił Staniak tonem, jakim ludzie mówią o weekendowym wypadzie nad Zalew Zegrzyński.
— Do Albanii?
— Pusto. Tanio. Ma być koło dwudziestu stopni w następny weekend.
— Zazdroszczę.
— To nie zazdrość. Jedź. Ja lecę w piątek, wracam w niedzielę. Bilet w obie strony trzysta złotych. Hotel też trzysta.
Angelika zaśmiała się.
— Taniocha.
— No. Tirana to nie Rzym. Tam jeszcze nie doszli do tego, że za espresso można brać pięć euro.
— Faktycznie ma być tak ciepło?
— Raczej reguła niż wyjątek. W połowie października tam jest jak u nas na początku września. Weź swojego żołnierzyka i jedź, co ci szkodzi?
— Zainspirowałeś mnie — powiedziała, i Staniak zobaczył, że mówi poważnie. Przechyliła głowę w bok, patrząc na niego z dołu do góry, jak robiła zawsze, kiedy rozważała coś, co za chwilę postanowi zrobić.
Megafon ryknął ponownie:
— NIE ROZMAWIAĆ Z NIMI! NIE ROZMAWIAĆ Z NIMI!
Angelika spojrzała w kierunku kobiety z megafonem. Staniak też. Kobieta celowała megafonem w grupkę gapiów, z których jeden próbował coś powiedzieć mężczyźnie z transparentem.
Staniak zaśmiał się.
— To nie JAOK.
— Nie — Angelika uśmiechnęła się kącikiem ust. — Ale cóż. I tak będzie fajny materiał do Gazety. Patrz.
Podniosła smartfon i przesunęła kciukiem po galerii. Zbliżenia haseł na transparentach, kobieta z megafonem w pół krzyku, twarz policjanta przy krawężniku, facet w berecie z pączkiem. Dobre kadry — Angelika miała oko, tego jej Staniak nie odmawiał.
— To cześć — powiedział. — I daj znać, jak się zdecydujesz. Moglibyśmy lecieć tym samym samolotem. Wczoraj, jak kupowałem bilet, jeszcze było wolnych osiemdziesiąt dwa miejsca.
— Osiemdziesiąt dwa?
— No widzisz. Albania. Nikt tam nie lata. Dlatego jest tanio. A bym zapomniał. Mam tę książkę Witkowskiego. „Margot” o trans kierowcy Tira.
— Dzięki Janek. Oddam za tydzień. Uścisk dłoni, dotknięcie ramienia — standardowy pożegnalny gest, którego nauczył się od prawdziwych Polaków i który po jedenastu latach wykonywał naturalniej niż oni sami. Odszedł w stronę Nowego Światu.
Za plecami megafon wrzeszczał dalej.
***
14 października 2024 r., poniedziałek, Moskwa, Komsomolski Prospekt 20 — gabinet Jurija Mielnikowa
Meldunek przyszedł rano. Czterosekundowy burst, pobrany przez sieć pod ambasadą w Warszawie, przesłany dalej łańcuchem, odszyfrowany w pokoju 411 i dostarczony Jurijowi na biurko w białej kopercie z pieczątką „odszyfrowano” i datą.
Jurij otworzył kopertę nożem do papieru, wyciągnął pojedynczą kartkę.
Agent potwierdza przybycie do Tirany. Sobota, dziewiętnasty. Powrót w niedzielę. Punkt spotkania zaakceptowany.
Jurij odłożył kartkę. Podniósł słuchawkę telefonu z tarczą numerową, który stał na biurku jako jedyny nieszyfrowany aparat w gabinecie. Obracał tarczę palcem wskazującym. Cztery cyfry wewnętrzne. Sygnał. Dwa dzwonki.
— Słucham.
— Szefie. Potwierdził. Będzie w Tiranie w sobotę.
Cisza na drugiej stronie. Nie taka cisza, która oznacza wahanie — raczej cisza człowieka, który myśli krok dalej niż rozmówca.
— Jurij. Pamiętaj — ewakuacja to priorytet. Jeśli się da.
— Rozumiem.
— Oddział S jest na miejscu?
— W Grecji. Czekają na sygnał. Przerzut do Tirany to cztery godziny drogą, krócej morzem.
— Realizuj plan.
Kliknięcie. Koniec rozmowy.
Jurij odłożył słuchawkę na widełki. Oparł się o fotel i patrzył na kartkę z meldunkiem — dwanaście słów wydrukowanych czcionką Courier, biały papier formatu A5, pieczątka „odszyfrowano” i numer referencyjny.
Ewakuacja to priorytet, jeśli się da.
Jurij znał ten język od dwudziestu lat. „Jeśli się da” oznaczało: spróbuj go zabrać, ale jak nie wyjdzie — kula w łeb i do morza, bo Dimka Szewczenko nikomu nie jest potrzebny żywy po tym, co narobił. Oddział S to nie komitet powitalny. To czterech ludzi ze specnazu GRU, którzy potrafią ewakuować agenta przez granicę — albo sprawić, żeby agent przestał istnieć.
***
15 października 2024 r., wtorek, wieczór, Warszawa, Grochowska — kawalerka Grynia
Telewizor nadawał TVN24. Przerwa meczu Polska-Chorwacja.
Na ekranie minister Sikorski. Studio, niebieskie tło, logotyp stacji. Sikorski mówił spokojnie, z tą swoją udawaną arystokratyczną dykcją.
— …w dniu dzisiejszym podjąłem decyzję o zamknięciu konsulatu Federacji Rosyjskiej w Poznaniu…
Gryń odstawił puszkę piwa. Wziął telefon ze stolika, odblokował ekran, wybrał numer Stępnia. Trzy sygnały.
— Cześć, Eryk.
Głos Stępnia miał tę wyraźną miękkość w spółgłoskach, którą Gryń rozpoznawał od lat — Ballantine’s. Nie pijany, jeszcze.
— Mariusz — powiedział Gryń — zamknęli ruski konsulat w Poznaniu. Co się dzieje?
— Widziałem. — Odgłos przesuwania czegoś po stole, może szklanki. — Ślepy strzał. MSZ chce im pokazać, że nie pierdolimy się w tańcu.
— Czyli jest jeszcze jakiś nielegał?
— Na sto procent. Pytanie tylko gdzie.
Gryń wstał z łóżka, podszedł do okna..
— Macie coś z Wysockim? — spytał Stępień.
— Nic. Zero. Nawet jednorazowych nie dało się namierzyć.
— Kurwa.
— Ale mam dobrą wiadomość. Nasz nielegał jedzie do Albanii.
Cisza. Inna niż ta w gabinecie na Komsomolskim Prospekcie — ta cisza oznaczała, że Stępień odstawił szklankę i prostuje się na krześle.
— Jak to jedzie? — Głos nagłe twardszy, prawie trzeźwy. — Trzeba go zdjąć!
— Dziewczyna Wysockiego zaproponowała wspólny wyjazd ze Staniakiem. Staniak leci do Tirany w piątek na weekend, rzucił pomysł Angelice, Angelika zaprosiła Wysockiego.
— I Tomek się zgodził?
— Tak.
— Bez rozkazu?
— Sprawa pilna, więc się zgodziłem. — Gryń wrócił na łóżko, usiadł na krawędzi. — Szefie, jutro będę u ciebie z raportem. Uważam, że trzeba zobaczyć, gdzie jedzie i z kim się spotka. Nie ma lepszej przykrywki niż Wysocki.
— Oj, Eryk… — Stępień wypuścił powietrze przez nos, głośno, jak człowiek, który hamuje to, co chce powiedzieć. — Pamiętasz, jak ci uciekł Jabłonowski?
Gryń nie odpowiedział. Pamiętał. Pamiętał każdą pieprzoną sekundę tamtej nocy w Warszawie, kiedy Jabłonowski — Jurij Mielnikow zniknął.
— Rano u mnie z planem — powiedział Stępień. — Szczegółowym.
— Oczywiście.
Stępień zamilkł na chwilę. W tle coś szumiało — telewizor, pewnie inny kanał.
— Patrzysz na mecz? — spytał już innym tonem, lżejszym, poluźnionym.
— Oglądam.
— Trzy do zera. Kurwa, co za patałachy.
Gryń spojrzał na ekran. Przełączył z TVN24 na TVP. Na tablicy wyników 0:3. Czterdziesta piąta minuta.
— Mam jeszcze jedno piwo — powiedział Gryń. — Czekam na drugą połowę.
— Ja idę spać. Cześć.
— Cześć.
Stępień się rozłączył. Gryń odłożył telefon, otworzył trzeciego Żubra i patrzył na ekran, gdzie dwudziestu dwóch mężczyzn biegało za piłką z determinacją odwrotnie proporcjonalną do wyniku. Zero do trzech do przerwy. Co za patałachy, pomyślał, powtarzając słowa Stępnia. Ale nie wyłączył telewizora.
Rozdział 3: Kakavia
16 października 2024 r., środa, Ioannina, Grecja
Schodzili z zamku łamaną ścieżką, między murami z piaskowca i wyschniętymi krzakami, które wyrastały z pęknięć w kamieniu. Na butach osadzał się biały pył — drobny, wapniowy, taki, który wchodzi w szwy i zostaje tam na tygodnie. Kobieta szła przodem. Mężczyzna za nią, dwa kroki z tyłu, z butelką wody w ręce.
Artem miał około czterdzieści lat. Na czubku głowy kępka włosów — ciemnych, poskręcanych — i druga z tyłu, nad karkiem. Reszta łysa, opaloną na nierówno, bo nosił czapkę z daszkiem, która teraz zwisała mu z tylnej kieszeni spodni. Okrągła twarz, widoczny brzuszek pod luźną koszulą w kratę, rozpiętą na dwa górne guziki.
Irina była szczupła i wysoka. Wyższa od Artema o pół głowy, kiedy nie nosiła japonek, a nosiła je przez całą podróż, bo w kamperze nie mieściło się więcej niż dwie pary butów na osobę i oboje wybrali trekkingowe na góry. Włosy ciemne, zebrane w niski kucyk. Twarz ostra, kości policzkowe wyraźne, nos prosty. Mogła mieć trzydzieści pięć, mogła czterdzieści. Na lewym nadgarstku bransoletka z turkusowych koralików — tania, kupiona na bazarze w Meteory trzy dni temu.
Na dole, za kępą oliwek, stał kamper. Renault Master, biały, lekko zakurzony. Rejestracja polska, śląska z Bytomia. Na tylnych drzwiach naklejki: trzy szczyty w kole — logo jakiegoś klubu turystycznego albo stowarzyszenia kamperowego — niżej flaga Ukrainy, a pod nią grafika: dłoń biało-czerwona ściskająca dłoń niebiesko-żółtą. Solidarność polsko-ukraińska. Wzruszające.
Irina zatrzymała się przy zejściu nad jezioro. Ktoś zagrodził dojście do wody blaszanym płotem — falistym, ocynkowanym, takim samym jak w Polsce przy budowach. Żywej duszy wokół.
— Irina, poczekaj tutaj — powiedział Artem — Spuszczę szarą wodę.
— Nie tutaj. — Irina wskazała lekkim ruchem głowy — nie ręką, nie palcem, ruchem głowy, jak robi się odruchowo, kiedy nie chce się zwracać czyjejś uwagi — na latarnię stojącą za blaszanym płotem. Na latarni, w białej obudowie, kamera. Obiektyw skierowany na parking. — Tam są kamery.
Artem spojrzał. Pokiwał głową. Bez komentarza ruszył do kampera, otworzył boczne drzwi, wszedł do środka. Irina za nim. Zamknęła drzwi.
W środku — łóżko na całą szerokość z tyłu, zasłane szarą narzutą. Kuchenka gazowa, zlew, lodówka kompresorowa pod blatem. Stolik składany, dwie ławki naprzeciwko siebie. Na ławce plecak Artema — czarny, bez logo, z boczną kieszenią na laptop.
Artem usiadł na ławce, wyciągnął telefon — zwykły Samsung, taki, jakie ma połowa Europy — i otworzył YouTube. Przez chwilę scrollował. Kanał o kamperach. Vanlife. Agregaty. Panele solarne. Recenzje. Potem znalazł.
Nowy filmik. Wrzucony cztery godziny temu. Kanał z dwustu subskrybentami, który testował sprzęt kempingowy. Tytuł: „Chinbasto 8kW — czy starczy do WVT4?”
Artem pokazał ekran Irinie. Irina przeczytała tytuł. Kiwnęła głową.
Tytuł był komunikatem. Piątek. Tirana.
Artem zamknął YouTube, wyłączył telefon, wyjął kartę SIM i włożył ją do małego, zamykanego pudełka w szufladzie pod kuchenką. Wziął z plecaka mapę drogową — papierową i rozłożył ją na stoliku. Palcem przejechał po drodze E92 z Ioanniny do przejścia granicznego w Kakavii. Sześćdziesiąt kilometrów. Godzina dwadzieścia. Może krócej, jeśli nie będzie tirów na serpentynach.
***
16 października 2024 r., środa, godz. 9:00, Warszawa, Żwirki i Wigury — gabinet pułkownika Stępnia
— No i co, szefie — powiedział Gryń, siadając na swoim zwyczajowym krześle po lewej — 3:3 było. Chorwacja nie taka straszna.
Stępień podniósł wzrok znad laptopa.
— Ja poszedłem spać.
— A ja miałem nosa. — Gryń uśmiechnął się. — I jeszcze jedno piwo.
— Do rzeczy. — Stępień zamknął laptopa i odsunął go na bok. — A jak wam Staniak spierdoli?
Gryń spodziewał się tego pytania. Spodziewał się go od chwili, kiedy wczoraj odłożył słuchawkę i otworzył trzecie piwo, i przez całą drugą połowę meczu układał sobie odpowiedź.
— Szefie, a co my na niego właściwie mamy? — powiedział. — Poszlaki. Kamery na linii kolejowej nr 12, metadane, fotopułapki. Komunikacja z ambasadą — widzimy bursty, ale nie znamy treści. Zatrzymamy go, owszem. Ale żaden sąd nie przyklepie mu aresztu na podstawie tego, że biega rano koło ambasady i że jego telefon łapał obce WiFi przez cztery sekundy. Na to, że zakładał te kamery też nie mamy żadnego dowodu, to tylko poszlaki. My wiemy, że to on. Tyle i tylko tyle.
Stępień skrzywił się lekko — skrzywienie, które u niego oznaczało zgodę podszytą irytacją, bo wiedział, że Gryń ma rację, a wolałby, żeby nie miał.
— Niby tak — powiedział. — Ale sposób zawsze by się znalazł.
Zaśmiał się — krótko, ochryple, z podtekstem, którego Wysocki nie zrozumiał, a Gryń rozumiał aż za dobrze. Sposób zawsze by się znalazł. W 1993 r., kiedy Stępień był jeszcze kapitanem, sposoby się znajdowały regularnie i nikt nie pytał o sądy.
Gryń kiwnął głową w stronę Wysockiego. Dał mu znak oczami: mów.
Wysocki wyprostował się.
— Panie pułkowniku. Angelika mi powiedziała, że Staniak sam wyszedł z propozycją, żeby leciała z nim do Albanii. I żebym ja też jechał. Sam to zaproponował.
Stępień pokiwał głową powoli — raz, drugi, trzeci — z miną człowieka, który słucha i jednocześnie liczy warianty.
— Gdyby chciał się ewakuować — kontynuował Wysocki — to nie zabierałby jej i mnie. Powiedział: „weź swojego żołnierzyka”. Po co brać ze sobą oficera kontrwywiadu, jeśli planujesz ucieczkę?
— Nie podoba mi się to — powiedział Stępień.
Gryń nie zmienił pozycji, ale Wysocki zauważył, że szef splótł ręce na kolanie — gest, który u Grynia oznaczał, że trzyma coś w rezerwie.
— Szefie, mam nosa — powiedział Gryń spokojnie. — Gdyby chciał uciec, mógłby to zrobić po cichu. Jak Jabłonowski. Mógłby wsiąść w samolot sam, bez towarzystwa, i z Tirany pojechać dalej — do Stambułu, do Belgradu, gdziekolwiek. Po co ciągnie ze sobą dwie osoby? Dwie osoby to balast, nie osłona.
— A jak to jest pułapka na Wysockiego?
Cisza. Krótka, ale gęsta.
Gryń rzucił Stępniowi spojrzenie — ostrzegawcze, szybkie, takie, którego Wysocki nie zdążył wyłapać. Spojrzenie mówiło: nie strasz chłopaka, jeszcze nie teraz. Stępień je odebrał. Zmienił kąt ataku.
— To jeszcze nie ten etap, żeby porywać kadrowych oficerów i to na terenie innych państw — powiedział Gryń. Spokojnie. Rzeczowo. Jak człowiek, który podaje fakty, a nie jak człowiek, który chroni podwładnego przed paniką.
Stępień oparł się o fotel. Patrzył na Wysockiego.
— Tomek — powiedział.
Pierwszy raz po imieniu. Wysocki to odnotował — w kręgosłupie, nie w głowie. Poczuł, jak coś mu się skurczyło między łopatkami.
— Wiesz, jakie jest ryzyko?
Wysocki chrząknął.
— Chłopaki będą mnie ubezpieczać. Eryk, Leski, Niklewski. Będą na miejscu.
— Ale po co on bierze ciebie i Angelikę? — Stępień pochylił się nad biurkiem. — To się nie trzyma kupy. Nielegał, który jedzie za granicę z oficerem kontrwywiadu i jego dziewczyną? Albo jest idiotą, albo gra w coś, czego nie rozumiem.
— Według mnie nic nie tracimy — powiedział Gryń.
Stępień zaśmiał się.
— Jak to nic? Jest październik. Rok budżetowy się kończy. Bilet dla Tomka i twojej grupy plus pobyt to parę tysięcy złotych, które mogę wydać na coś innego. Na przykład na te jebane sortownie, bo mam na biurku trzy raporty z policji i ani jednego podejrzanego.
— Szefie. — Gryń nie użył imienia. Wrócił do „szefa”, bo teraz prosił. — To jedyna szansa, żeby zobaczyć, jak ten człowiek zachowuje się poza Warszawą. Od dwóch tygodni obserwujemy go w pętli: restauracja, dom, ambasada. Nic. W Tiranie może coś zrobić. Albo ktoś może przyjść do niego. I wtedy będziemy wiedzieć.
Stępień milczał. Patrzył przez żaluzje na pas światła na biurku. Ballantine’s stał w szafce za plecami, ale była dziewiąta rano i nawet Stępień miał swoje granice.
— Zgoda.
Gryń kiwnął głową. Raz. Bez uśmiechu.
Stępień zwrócił się do Wysockiego:
— Eryk, Leski i Niklewski będą cię ubezpieczać. Lecicie osobno, nie tym samym samolotem. Mieszkacie w innym hotelu. Zero kontaktu operacyjnego na miejscu, chyba że sytuacja zagrożenia. — Potem do Grynia: — Eryk, wiesz, że jeśli będzie chciał dać nogę, to nic nie będziecie mogli zrobić? Albania to nie Unia. Żadnej współpracy, żadnych kanałów. Będziecie sami.
— Wiem — powiedział Gryń. — Biorę ryzyko na siebie.
Stępień patrzył na niego jeszcze chwilę. Potem otworzył laptopa.
— Do roboty.
***
17 października 2024 r., czwartek, godz. 11:40, przejście graniczne Kakavia, granica grecko-albańska
Kolejka była krótka. Trzy samochody osobowe, ciężarówka z bułgarskimi tablicami i kamper.
Renault Master stał jako ostatni. Artem siedział za kierownicą z oknem opuszczonym do połowy, łokieć na framudze, w ręce butelka wody. Irina obok, w okularach przeciwsłonecznych, z książką na kolanach.
Ciężarówka ruszyła. Samochody za nią. Kamper podjechał do okienka.
Albański pogranicznik pochylił się i zajrzał do środka. Młody, może dwadzieścia pięć lat, mundur w kolorze oliwkowym, karabin na pasku za plecami. Twarz ciemna od słońca, wąski wąsik.
— Paszporty — powiedział po angielsku.
Artem podał dwa ukraińskie paszporty.
— Jaki cel pobytu? — spytał pogranicznik.
— Wracamy do Polski — powiedziała Irina po angielsku z lekkim akcentem. Uśmiechnęła się. — Przez Albanię, Macedonię, Bułgarię i Rumunię. Taka trasa.
Pogranicznik obejrzał naklejki na kamperze. Flaga ukraińska, dłonie w uścisku. Pokiwał głową. Polska para, mąż i żona, wracają z wakacji dookoła Bałkanów. Kamper pełen garnków i map. Nic ciekawego, ale skierował auto na prześwietlenie.
Artem podjechał we wskazane miejsce. Wyszli z Iriną. Czysto. Celnik oddał paszporty. Uśmiech z obu stron.
Szlaban poszedł w górę. Artem wrzucił jedynkę i kamper wtoczył się do Albanii.
Przez pierwsze kilometry droga była wąska, dwupasmowa, otoczona niską roślinnością i betonowymi słupkami bez odbłyśników. Po prawej stronie góry, po lewej sucha dolina. Na poboczu co kilkaset metrów stały plastikowe bunkry — małe, szare, kopulaste, jak grzyby z betonu. Artem widział ich setki. Spuścizna Hodży. Pięćset tysięcy bunkrów na trzy miliony ludzi. Paranoja przeliczona na beton.
Irina zdjęła okulary i schowała książkę do schowka.
— Dwieście czterdzieści kilometrów — powiedziała po rosyjsku. Pierwszy raz od granicy greckiej.
— Cztery godziny — odpowiedział Artem. — Może pięć, jeśli ta droga jest taka jak ostatnio.
Jechali w ciszy. Za oknami przesuwała się Albania — sucha, pusta, z niskim słońcem październikowym, które rzucało długie cienie od bunkrów na poboczu.
Rozdział 4: Odas Garden
19 października 2024 r., sobota, godz. 9:00, Tirana, Albania — apartament przy Qemal Stafa
Staniak stał przed lustrem w łazience i wciskał na siebie getry.
Wyglądały jak zwykłe getry termoaktywne — szare, przylegające, z logo nieznanej firmy na lewym biodrze. Ktoś, kto by się przyjrzał z bliska, kto by ich dotknął, poczułby pod palcami coś innego niż poliester. Drobna metalowa siateczka, spleciona tak gęsto, że wyglądała jak tkanina, ale zachowywała się jak kolczuga — lekka, giętka i nieprzenikalna dla igły o średnicy do dwóch milimetrów.
Na getry naciągnął koszulkę z tego samego materiału. Długi rękaw, okrągły dekolt, ściągacz przy nadgarstkach. Koszulka kryła tułów, ramiona i przedramiona aż do połowy dłoni, jeśli zsunąć ściągacze. Na szyi sięgała pod żuchwę.
Potem spodnie. Wyglądały jak zwykłe spodnie trekkingowe — beżowe, z kieszeniami na udach, z gumką w pasie. Przy pasku, od wewnątrz, mały napis: „Kozane® Extreme”. Ta sama firma co bluza, którą założył na wierzch — granatowa, z kapturem, z zamkiem pod brodę. Od zewnątrz — turysta na jesienny weekend. Od wewnątrz — człowiek, który spodziewa się noża, skalpela lub igły.
Na szczęście było chłodniej, niż powiedział Angelice. Czternaście stopni, wiatr z gór, niebo białe od chmur rozciągniętych jak gaza. W dwudziestu stopniach wyglądałby podejrzanie — bluza z kapturem przy słońcu, getry pod spodniami. Ale czternaście stopni to idealna pogoda na warstwę więcej.
Godzina dziesiąta. Do spotkania godzina. Kawiarnia Odas Garden przy Rruga Shenasi Dishnica, pięć minut pieszo od apartamentu. Tam czeka ktoś z gazetą „Panorama” na stoliku.
Staniak zaśmiał się cicho, sam do siebie, patrząc w lustro na swoją twarz. Centrala założyła, że nikt inny w kawiarni nie będzie miał najpopularniejszej gazety w Albanii na stoliku.
Wyciągnął telefon. Wybrał numer.
— Halo?
— Cześć, Janek.
— Angelika. Idziemy na śniadanie, czy jeszcze w pierzynie siedzicie?
— Jesteśmy na wakacjach, to siedzimy. — Śmiech z drugiej strony. Głos Angeliki rano, senny, leniwy.
— To dziesiąta trzydzieści na ulicy.
— Jasne.
Odłożył telefon na umywalkę. Patrzył na swoją twarz w lustrze. Dimka, pomyślał. Zabiją mnie tutaj czy zwabią gdzieś indziej?
Przypomniał sobie książkę Suworowa „Akwarium”. Czytał ją w szkole pod Moskwą, kiedy oficerowie dawali im literaturę do analizy — żeby rozumieli, jak zdrajca myśli, jak buduje narrację. Protektor głównego bohatera — oficer, który go szkolił, karmił, wychowywał — zataił przed centralą, że chodzi na dziwki. Ewakuacja. Główny bohater sam mu wstrzyknął, co trzeba, bo tak kazali. A potem alter ego Suworowa sam musiał uciekać i uciekł. Bo zrozumiał, że lojalność centrali ma datę ważności.
O co chodzi centrali? Skąd ten brak zaufania?
A może niepotrzebnie panikuję, pomyślał. Może centrala dopiero straci do mnie zaufanie, kiedy na spotkanie przyjdę z Angeliką i jej chłopakiem, oficerem SKW. Nie — to da się wytłumaczyć. Przyjaciele, podróż, nie mógł się ich pozbyć bez wzbudzania podejrzeń. Każdy oficer prowadzący to zrozumie.
Przeciągnął się. Pod bluzą i koszulką siatka zaszeleściła cicho, jak folia aluminiowa zgnieciona w garści.
***
Godz. 10:20, Tirana — kawiarnia Odas Garden, Rruga Shenasi Dishnica
Artem wszedł pierwszy.
Kawiarnia miała wnętrze w stylu, który Albańczycy uważali za włoski — brązowe drewniane meble, marmurowy blat baru, ekspres Gaggia z polerowanej stali, na ścianie zdjęcia Tirany z lat trzydziestych. Sufitowy wentylator, który nie działał. Przy barze kelner — młody, chudy, fartuch do kolan.
— Një kafe turke, ju lutem — powiedział Artem po albańsku z akcentem, który mógł być czeski, polski albo jakikolwiek zachodni. Poprosił o kartę dań.
Rozejrzał się. Prawie pusto. Dwóch starszych mężczyzn przy stoliku w rogu — lokalni, pewnie emeryci, codzienni bywalcy. Kelner za barem. Na zapleczu ktoś brzękał naczyniami. Stoliki na zewnątrz wolne — chłodno, wiatr ciągnął wzdłuż ulicy, więc nikt nie siadał na dworze.
Usiadł przy stoliku pod ścianą, twarzą do wejścia i do witryny. Klasyczna pozycja. Kawa przyszła w małej filiżance z białą pianką, na spodku cukier w papierkowej saszetce i łyżeczka. Artem pił powoli, kartkując kartę dań, jakby wybierał.
O dziesiątej czterdzieści zobaczył Irinę.
Przeszła obok witryny, nie patrząc do środka. Miała na sobie czarną kurtkę puchową, jeansy, białe adidasy. Torebkę — skórzaną, brązową, z długim paskiem — przewiesiła przez oparcie krzesła, zanim usiadła przy stoliku na zewnątrz. Kelner wyszedł do niej. Zamówiła coś — Artem nie słyszał co. Potem sięgnęła do torebki i wyjęła gazetę.
Położyła ją na stoliku nagłówkiem do góry. „Panorama” — duże czarne litery, pod nimi zdjęcie jakiegoś albańskiego polityka z uśmiechem. Gazeta leżała równo, widoczna z ulicy i z wnętrza kawiarni.
Artem pił kawę. Czekał.
O dziesiątej czterdzieści pięć zobaczył cel.
Cel nie był sam.
Szedł chodnikiem od strony Qemal Stafa — mężczyzna w granatowej bluzie z kapturem, spodnie trekkingowe, krok lekki, ramiona rozluźnione. Za nim, pół kroku z tyłu, para: kobieta trzymała mężczyznę za rękę. Kobieta — ciemne włosy, czerwona kurtka, torebka na ramieniu. Mężczyzna — blondyn, szczupły, kurtka khaki, ręce w kieszeniach, kiedy nie trzymał kobiety za rękę.
Trójka. Nie dwójka. Trójka.
Artem spojrzał przez szybę na Irinę. Irina nie podniosła głowy. Piła kawę, patrząc na gazetę, jakby czytała nagłówki. Ale widziała. Widziała cel i tę dwójkę za nim — widziała ich od chwili, kiedy pojawili się na rogu ulicy, bo Irina widziała wszystko w promieniu czterdziestu metrów, nie obracając głowy, bo tak ją nauczono.
Artem pomyślał: cel wydał na siebie wyrok. Zdradził. Przyprowadził dwóch obcych na spotkanie. Irina wykona wariant drugi.
***
Godz. 10:47
— Zjemy i bierzemy ubera — mówił Staniak, odwracając się do nich co kilka kroków. Szedł przodem, pół kroku przed Angeliką i Wysockim, gestykulując prawą ręką jak przewodnik wycieczkowy. — Trzeba wjechać kolejką Dajti Ekspres na górę Dajti. Najdłuższa kolejka linowa na Bałkanach. Z góry widać Tiranę i morze.
— Janek, jestem głodna — powiedziała Angelika. — O atrakcjach będziemy mówić, jak zjem.
Wysocki zaśmiał się.
— Plan jest napięty — ciągnął Staniak, nie zrażony. — Później idziemy zwiedzać Bunk’Art jeden i Bunk’Art dwa.
— A co to? — spytał Wysocki.
— Dawne schrony atomowe. Hodża kazał wybudować w tym kraju pół miliona bunkrów, z czego dwa największe są teraz muzeami. Sztuka i historia komunizmu. Będziesz miał co opowiadać kolegom w koszarach.
Wysocki uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.
Do kawiarni pięćdziesiąt metrów. Czterdzieści. Staniak zobaczył kątem oka: ogródek, trzy stoliki na zewnątrz, przy jednym siedzi kobieta. Jedna osoba. Kobieta.
Przyjrzał się, nie obracając głowy. Szczupła, wysoka, ciemne włosy, czarna kurtka puchowa. Na stoliku gazeta. Na stoliku kawa. Siedzi prosto, ramiona rozluźnione, ale nie za bardzo — nie turystka, nie Albanka, nie Włoszka. Coś w postawie — szerokość pleców, kąt łokci, sposób, w jaki trzymała filiżankę, z trzech palców, nie z dwóch. Wyglądała jak biathlonistka z czasów ZSRR. Ktoś, kto biega i strzela.
Staniak uśmiechnął się do Angeliki.
— Najpierw zamówimy kawkę, a potem wybierzemy coś i nakarmisz tego potwora w swoim brzuchu.
Angelika zaśmiała się. Weszli do środka.
***
Godz. 10:49
Irina wyciągnęła smartfon z kieszeni kurtki. Dla kogokolwiek, kto by ją obserwował, wyglądało to tak, jakby sprawdzała godzinę. Ekran zaświecił się na sekundę. Irina nie sprawdzała godziny.
Przyjrzała się towarzyszom celu. Szybka ocena, zbudowana z setek godzin ćwiczeń na fotografiach i żywych obiektach, z trzech lat pracy w terenie i z instynktu, którego nie da się nauczyć.
Kobieta: Angelika Sobiech, dziennikarka, figurantka. Nieoperacyjna. Zero zagrożenia.
Mężczyzna: Tomasz Wysocki, porucznik SKW. Operacyjny, ale zachowanie turysty. Nie ogląda się za siebie. Nie kontroluje otoczenia. Nie widział jej.
Dimitri Szewczenko przyprowadził na spotkanie oficera polskiego kontrwywiadu wojskowego. Zdradził.
Wybrał wariant drugi. Sam.
Schowała telefon do torebki przewieszonej przez krzesło. Podniosła kawę do ust. Cel i ta dwójka zajęli miejsce w środku kawiarni. Dwa stoliki od Artema. Widziała ich przez szybę — Staniak siedział tyłem do witryny, kobieta naprzeciwko niego, blondyn z boku. Kelner podszedł z kartami dań. Śmiech. Normalni ludzie na normalnym śniadaniu.
***
Godz. 11:05
Na stoliku stała Tavë Kosi — jagnięcina w jogurcie, zapiekana w glinianym naczyniu, podana z białym ryżem i sałatą. Staniak jadł. Angelika też — szybko, łapczywie, z apetytem człowieka, który nie jadł od wczorajszej kolacji w samolocie, bo zasnęła, zanim podali kanapki. Wysocki przejął pałeczkę Staniaka i bawił towarzystwo:
— Bardzo czysto na ulicach — mówił, rozglądając się przez witrynę. — Byłem przekonany, że tutaj będzie bardziej bałkańsko. Wiesz, takie rozpadające się bloki, śmieci na ulicy, psy.
— Albania teraz i kilka lat temu to inny świat — odpowiedział Staniak, wycierając sos z talerza kawałkiem chleba. — Tak mi mówił jeden z moich chłopaków. To on mi to zasugerował. Miało być tylko cieplej.
Wysocki kiwnął głową. Jadł. Pił kawę. Patrzył na ulicę przez szybę. Nie zauważył kobiety na zewnątrz — albo zauważył i nie zanotował, bo kobieta przy stoliku z kawą i gazetą to nie jest obiekt, który zapala lampkę w głowie porucznika na wakacjach z dziewczyną.
***
Godz. 11:10
Gryń przeszedł przed kawiarnią noga za nogą. Zwykły przechodzień, turysta, okulary przeciwsłoneczne, ręce w kieszeniach. Prawo-lewo. Cztery sekundy na przejście przed witryną.
Spojrzał w kierunku lokalu. Na zewnątrz, przy stoliku, jakaś turystka — ciemne włosy, czarna kurtka, gazeta na stoliku. Nikt ciekawy. W środku więcej ludzi. Przez szybę dostrzegł Wysockiego — plecami do wejścia, głowa pochylona nad filiżanką. Angelikę — naprzeciwko, gestykuluje. I nielegała — tyłem do witryny, bluza z kapturem, je coś z glinianego naczynia.
Siedzą. Jedzą. Rozmawiają. Nic.
Gryń minął kawiarnię, skręcił za róg i wsiadł do opla corsy wynajętego przez Leskiego. Leski siedział za kierownicą w czarnej bluzie, łysa głowa, okulary przeciwsłoneczne. Niklewski na tylnym siedzeniu — barczysty, krótkie włosy, brzuch napięty pod kurtką, notatnik na kolanie.
— Siedzą — powiedział Gryń. — Nic się nie dzieje.
— Jak długo czekamy? — spytał Leski.
— Ile trzeba.
***
Godz. 11:20
Staniak wytarł usta serwetką. Złożył ją na czworo i położył na talerzu.
— Muszę się zaciągnąć dymkiem.
— Ty palisz, Janek? — Angelika uniosła brwi.
— Palę, ale nie papierosy. — Sięgnął do kieszeni bluzy, wyciągnął małe, płaskie pudełko. Vaporizer. — Chcecie?
Śmiech Angeliki. Wysocki pokręcił głową.
Staniak wstał, odepchnął krzesło i ruszył w stronę wyjścia na ogródek. Przeszedł między stolikami, minął bar, minął kelnera, pchnął szklane drzwi i wyszedł na zewnątrz.
Powietrze było chłodne. Wiatr ciągnął wzdłuż ulicy zapachem spalin i mokrego betonu. Staniak włożył vaporizera do ust, zaciągnął się, wypuścił chmurę pary, która rozpłynęła się w sekundę.
Kobieta siedziała dwa metry od niego. Gazeta „Panorama” na stoliku. Kawa na wpół wypita. Torebka przewieszona przez oparcie krzesła — brązowa skóra, długi pasek, zamek otwarty.
Staniak zrobił krok w jej stronę. Ruszył się lekko w bok, niedbale, jak człowiek, który szuka wolnego krzesła albo popielniczki. Przechodząc, zawadził o torebkę. Spadła z oparcia na kamienny chodnik. Zamek szczęknął o płytkę.
— Przepraszam — powiedział natychmiast, pochylając się, żeby podnieść. Po angielsku, odruchowo, bo tak się mówi do obcych w obcym mieście. Później dodał: przepraszam, która jest godzina? -po niemiecku.
Irina uśmiechnęła się.
— Nie szkodzi — powiedziała po angielsku.
Staniak podniósł torebkę. Podając ją, spojrzał jej w oczy. Z bliska — z odległości pięćdziesięciu centymetrów — widział to, czego nie widział z ulicy. Oczy szare, twarde, z taką spokojna pustką w źrenicach, jaką mają ludzie, którzy podjęli już decyzję, zanim wstali z łóżka.
— Pani jest Słowianką — powiedział po rosyjsku. Cicho. Z uśmiechem.
Irina nie zmieniła wyrazu twarzy. Nie drgnęła. Ale odpowiedziała — po rosyjsku, jeszcze ciszej:
— Kogo ciągniesz za sobą?
Staniak nachylił się. Z zewnątrz — mężczyzna oddający torebkę kobiecie, grzecznościowy ukłon, pół sekundy bliskości.
— Nie mogłem się ich pozbyć. Musimy się spotkać gdzieś indziej.
Irina wstała.
Uśmiechnęła się — szeroko, jak kobieta, która przyjęła komplement od obcego mężczyzny i jest rozbawiona, nie zainteresowana. Powiedziała głośno, po angielsku:
— No problem, really.
Potem ciszej, po rosyjsku, przechodząc obok niego:
— Za późno.
Staniak poczuł uderzenie w udo. Twarde, krótkie, jak szturchnięcie łokciem, ale punktowe — jedno miejsce, jeden centymetr kwadratowy, nacisk i zwolnienie w ułamku sekundy. Coś grubego, cylindrycznego, przyłożone do zewnętrznej strony prawego uda przez materiał spodni.
Autostrzykawka. Epi-pen. Albo coś, co wygląda jak epi-pen, ale zawiera coś innego niż adrenalinę.
Igła uderzyła w siatkę.
Nie przeszła.
Staniak poczuł nacisk, poczuł mechanizm sprężynowy, poczuł kliknięcie — ale igła zatrzymała się na metalowych splotkach i nie dotknęła skóry. Dwa milimetry siatki między jego udem a tym, co było w cylindrze. Dwa milimetry między życiem a tamtym światem.
Irina odeszła. Krok za krokiem, spokojnie, bez pośpiechu, w stronę ulicy prowadzącej na wschód. Nie obejrzała się.
Staniak stał. Vaporizer trzymał w lewej ręce, opuszczonej wzdłuż ciała. Prawa ręka leżała na oparciu krzesła, na którym przed chwilą siedziała Irina. Serce biło mu sto czterdzieści na minutę. Ale twarz miała ten sam wyraz co zawsze — nijaki i spokojny.
Policzył do trzech. Potem pozwolił, żeby prawa ręka zsunęła się z oparcia. Zachwiał się lekko. Oparł się obiema rękami o krzesło, ciężko, jak człowiek, któremu nogi miękną. Usiadł.
Z wnętrza kawiarni Artem patrzył, jak cel podpiera się ręką o oparcie, jak lekko się zatacza, jak siada. Artem ręką przywołał kelnerkę. Poprosił o rachunek. Zapłacił — pięćset leków, napiwek sto. Wstał spokojnie, włożył kurtkę, ruszył do wyjścia.
Przechodząc obok stolika Wysockiego, nie spojrzał w jego stronę. Wysocki nie spojrzał na niego. Angelika wgryzała się w resztki jagnięciny.
Artem wyszedł na ulicę. Staniak siedział na krześle na zewnątrz, z głową lekko opuszczoną. Wyglądał jak turysta, któremu zrobiło się słabo od upału, chociaż upału nie było.
Rozdział 5: Ciało
18 października 2024 r., piątek, godz. 17:34, wieś Kurki pod Wartą
Dom był inny niż jedenaście lat temu. Eternit zdjęli — teraz na dachu leżała blachodachówka w kolorze grafitowym, nałożona równo, z obróbkami przy kominie i rynnami w tym samym odcieniu. Betonowy płot wokół siedliska zniknął. Ktoś postawił w jego miejsce założył siatkę i posadził żywopłot z ligustru, który dorósł do metra dwadzieścia i wyglądał na zadbany. Na podwórku, gdzie kiedyś leżały betonowe płyty chodnikowe i stały kury, teraz był trawnik i huśtawka ogrodowa. Nowi ludzie. Nowe życie.
Obok huśtawki stał bus policyjny — biały, z niebieskim paskiem, łódzkie tablice. Na wąskiej drodze przed domem wóz straży pożarnej — nie wiadomo po co, ale procedury wymagały obecności straży przy zabezpieczaniu miejsca z materiałem potencjalnie niebezpiecznym — oraz trzy samochody policyjne i dwa cywilne. Za stodołą, w miejscu, gdzie kiedyś rosły ziemniaki, a teraz leżał ugór porośnięty perzem i pokrzywami, biała taśma policyjna odgradzała prostokąt ziemi o wymiarach mniej więcej dwa na trzy metry.
Przed budynkiem stał mężczyzna w marynarce i dżinsach. Około czterdziestu lat. Ciemne włosy, zaczesane do tyłu, zaczynające się przerzedzać na skroniach.
Dzwonił. Telefon przy uchu, lewa ręka w kieszeni spodni, wzrok na busie policyjnym.