Hotel del Salto

Bezpłatny fragment - Hotel del Salto


Objętość:
219 str.
ISBN:
978-83-8104-381-6

Rozdział 1

Rafael Mendoza pewnie trzymał kierownicę i wyjątkowo skupiony patrzył na drogę. Burza, jaka rozpętała się przeszło dwie godziny temu oraz towarzyszący jej ulewny deszcz, ograniczały widoczność do tego stopnia, że jazda z rozwagą była jak najbardziej wskazana. Wycieraczki na przedniej szybie poruszały się w jednym i tym samym rytmie, z ledwością nadążając odgarniać gromadzącą się pod nimi wodę. Wszystkie samochody skręcające w lewo, w Avenida El Dorado, poruszały się nadzwyczaj wolno. Pomimo ogromnego doświadczenia oraz wielu lat spędzonych za kółkiem, Rafael także wolał być ostrożny. Wpatrzony nieruchomo w to, co działo się na drodze, tylko od czasu do czasu ośmielał się zerknąć w zawieszone na przedniej szybie lusterko. Widział w nim wyraźnie skierowaną ku dołowi, zamyśloną twarz młodego mężczyzny. Mężczyzny, który odkąd opuścili parking lotniska El Dorado, nie odezwał się ani słowem.

Rafael również milczał. Gdzieś głęboko miał jednak nadzieję, że prędzej czy później wszystko potoczy się we właściwym kierunku i że w końcu zaczną ze sobą rozmawiać. Jak dawniej. Miał tę nadzieję od chwili, kiedy zobaczył swojego pasażera na hali przylotów. Przygnębionego, ciągnącego za sobą dużą, czarną walizkę i w milczeniu kierującego się w stronę parkingu. Widząc to, Rafael bez słowa przejął jego bagaż i z należnym szacunkiem wskazał drogę do zaparkowanego w pobliżu samochodu. Mężczyzna szedł za nim wpatrzony w ziemię. Gdy tylko zajął miejsce na tylnym siedzeniu srebrnej toyoty RAV4, myślami odizolował się jeszcze bardziej. Rafael widział w lusterku jego duże, czarne oczy patrzące nieruchomo na jeden punkt znajdujący się gdzieś na podłodze. W oczach tych widział również smutek, żal, ale i coś, co było na pograniczu złości i nienawiści. I… Gdzieś wewnątrz czuł, że nie tak to miało wyglądać. Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie po piętnastu latach.

Wjeżdżając na Ac.17 Funza-Bogotà, energiczniej docisnął pedał gazu. Deszcz ciągle padał, a temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Samochodów tutaj było nieco mniej. Mógł więc zaryzykować i wrzucić czwarty bieg, by dojechać do celu w czasie nie dłuższym niż godzina i trzydzieści siedem minut. Rafael lubił dokładność. I skoro wiedział, że przy średniej prędkości można pokonać tę trasę w ciągu półtorej godziny, czasu tego nie zamierzał przekraczać. Tym bardziej, że jego pasażer był zmęczony. Podróż z Europy trwała przecież długo. Na pewno chciał odpocząć, zrelaksować się po kilkunastu godzinach lotu. Pytania z pewnością odłoży na dzień następny. O ile w ogóle będzie pytał o cokolwiek.

Wydawać by się mogło, że po piętnastu latach nieobecności w kraju pytań powinno być wiele. I Rafael z chęcią odpowiedziałby na nie wszystkie. Tak dokładnie, jak tylko był w stanie i tak szczerze, jak robił to zawsze, kiedy ze sobą rozmawiali. Gdyby tylko otrzymał taką szansę. Nic jednak nie wskazywało na to, że taka szansa zostanie mu dana. Ani teraz, ani nawet później. Dotknięty takim obrotem sprawy, ale jednocześnie doskonale pamiętający to, co wydarzyło się piętnaście lat temu, jechał dalej. Dopiero kiedy samochód znalazł się na drodze Principal Funza, głęboko żywiona w sercu nadzieja ponownie odżyła. Siedzący z tyłu mężczyzna podniósł wzrok i wyjrzał przez okno.

— Wiele się tu zmieniło? — zapytał obojętnie.

Na zewnątrz było ciemno. Tak ciemno, że nawet gdyby nie padał deszcz, zobaczenie czegokolwiek graniczyłoby z cudem. Rafael poczuł, jak mocno biło mu serce. Jak bardzo był szczęśliwy, że ta zimna, niedostępna twarz, którą obserwował w lustrze i która bardziej przypominała posąg niż człowieka, nareszcie drgnęła.

— Tak — odparł spokojnie.

Ale tak naprawdę miał ochotę wybuchnąć. Po raz pierwszy w życiu miał ochotę dać upust emocjom i wręcz wykrzyczeć, że… Tak! Wiele się tu zmieniło! Po piętnastu latach pańskiej nieobecności, señor, wiele się zmieniło! I tu, na drodze Principal Funza, i na lotnisku El Dorado, i tam, dokąd teraz jedziemy, i w całej Kolumbii… Tak! Wiele się zmieniło!

Rafael poczuł, jak podskoczyło mu ciśnienie. Zwolnił, aby pod wpływem emocji nie wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu i nie skończyć w pobliskim rowie.

— Szkoda, że nie będę miał czasu, aby się o tym przekonać — dodał mężczyzna.

Rafael odruchowo spojrzał w lusterko. Teraz, oprócz wpatrzonych w podłogę oczu, mógł również zobaczyć czarne jak węgiel, starannie zaczesane do tyłu włosy, delikatny zarost pokrywający brodę i policzki oraz fragment masywnej, spalonej słońcem szyi.

— Przepraszam, señor — powiedział Rafael. — Nie bardzo rozumiem.

Mężczyzna nie odpowiedział. Nieustannie wpatrywał się w okno, jak gdyby próbował zrozumieć, gdzie dokładnie się znajdowali.

— Daleko jeszcze? — zapytał.

— Jeszcze trochę — odparł kierowca.

I srebrna toyota RAV4 jechała dalej. Przez dłuższy czas w samochodzie znów panowała cisza. Wydawać by się mogło, że obaj mężczyźni pochłonięci byli własnymi myślami, nie mającymi nic wspólnego z tym, co przed chwilą zostało powiedziane. Ale to nieprawda. Patrzący na drogę Rafael wyraźnie czuł, jak niepokój zżerał go od środka. Bo co takiego miał na myśli señor de la Hoz mówiąc, że nie będzie miał czasu, aby się o tym przekonać? Czyżby zamierzał wyjechać z Kolumbii na kolejne piętnaście lat?

Deszcz powoli zaczynał ustępować. Wycieraczki przestały pracować jak oszalałe, a widoczność poprawiała się z minuty na minutę. Niedługo potem ich oczom ukazało się rondo. Wyłączywszy wycieraczki, Rafael wybrał trzeci zjazd, udając się w kierunku La Mesa-Mosquera.

Obaj doskonale zdawali sobie sprawę, że każda kolejna chwila coraz bardziej przybliżała ich do celu. Że już tak niewiele brakowało, aby znaleźć się w San Antonio del Tequendama i przemierzając wąską drogę biegnącą na zboczu klifu, dotrzeć do miejsca, w którym od dnia dzisiejszego mogło wydarzyć się wszystko. Do miejsca, którego przyszłość zależała od decyzji tego jednego człowieka.

Rafael czuł, jak mocno biło mu serce. Wiedział, że to spotkanie będzie trudne dla wszystkich. Że albo zapadnie niewygodne milczenie, albo też padną słowa, których do końca życia będą żałowali. Innego rozwiązania nie był w stanie sobie wyobrazić. Ukradkiem spoglądał na siedzącego z tyłu pasażera i zastanawiał się, czy pomimo tylu lat spędzonych poza krajem, zaszła w nim jakaś zmiana. Czy choć w niewielkim stopniu potrafił zapomnieć o tym, co się stało, czy może pamiętał wszystko tak, jak miało to miejsce wtedy. Na samą myśl o tym, Rafael zadrżał.

Chwilę później zadrżał ponownie, gdyż oczom ich ukazały się pionowe ściany klifu. Ściany, które w swoim wnętrzu tworzyły ogromną przepaść, całkowicie zakrytą przez gęstą, unoszącą się w powietrzu mgłę. W oddali wyraźnie było słychać szum Wodospadu Tequendama z olbrzymią siłą płynącego po jednej ze ścian klifu.

Z mgły pokrywającej drogę wyłonił się imponujący, dwupiętrowy budynek z przybudowaną do niego niewysoką wieżą. Rafael zwolnił i włączył kierunkowskaz w prawo. Kiedy w końcu zatrzymał się i silnik samochodu zgasł, po raz kolejny zapadło milczenie. Obaj siedzieli wpatrzeni w białe, świeżo odnowione mury budynku, który wyglądał tak samo wspaniale, jak kiedyś.

— Jesteśmy — powiedział Rafael.

Señor de la Hoz bez słowa otworzył drzwi i nie spiesząc się, wyszedł z samochodu. Stojąc we mgle, uważnie patrzył na główne wejście budynku. Drzwi wykonane z białego drewna i strzegące je cztery kamienne kolumny wyglądały zupełnie inaczej, niż je zapamiętał.

— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał.

Rafael postawił na ziemi walizkę, po czym dokładnie zamknął bagażnik.

— Hotel del Salto — odpowiedział cicho.

Señor de la Hoz uśmiechnął się ironicznie, po czym ruszył w kierunku wejścia.


Zbliżała się północ. Na dużym, przestronnym holu znajdującym się naprzeciw recepcji nie było widać żywej duszy. Brak mocniejszego oświetlenia sprawiał, że dokoła panował półmrok. Ukryte w ciemności ściany, wiszące na nich lustra i obrazy, a także białe, marmurowe schody prowadzące na górę pozbawione były blasku. Blasku i światła słonecznego, które w ciągu dnia dodawały im tak wielkiego przepychu. Nie ulegało wątpliwości, że pogrążony w całkowitej ciszy Hotel del Salto właśnie szykował się do snu. Tylko dzięki niewielkim, halogenowym lampkom umieszczonym na suficie można było dostrzec, że tej nocy nie wszyscy jeszcze udali się na spoczynek.

Za dużą, drewnianą ladą ustawioną przy ścianie na kształt półksiężyca stała niewysoka, szczupła kobieta ubrana w długą, czarną spódnicę i czarną, muślinową bluzkę z dekoltem. Jej ciemne, starannie przystrzyżone włosy delikatnie opadały na ramiona, pomalowane na intensywny róż usta były lekko rozchylone, a piwne, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w wiszący na ścianie zegar. W padającym na nią świetle lampy wyraźnie było widać złożone do modlitwy dłonie oraz długie, kościste palce z paznokciami pomalowanymi równie różowo i intensywnie, co usta.

Vivian. Tak miała na imię stojąca za ladą kobieta. Patrząc na wiszący na ścianie zegar, odliczała każdą sekundę rejestrowaną przez długą, wydającą delikatny odgłos tykania wskazówkę. A czas mijał wolno. O wiele wolniej niż się tego spodziewała. Ale im więcej go mijało, tym serce jej biło coraz mocniej. Pogrążona w odliczaniu kolejnych sekund nawet nie spostrzegła idącej w kierunku lady postaci. Postaci ubranej na biało, poruszającej się wolno i niepewnie. Jak gdyby bała się, że panująca dokoła cisza nagle zostanie przerwana.

— Nie mogę spać — powiedziała w końcu.

Vivian drgnęła gwałtownie i natychmiast oderwała wzrok od zegara.

— To ty — odparła na widok stojącej przy ladzie dziewczyny. — Co się stało? — zapytała.

Caterina nie miała w zwyczaju krążyć po hotelu o tak późnej porze. Kończąc pracę o dwudziestej trzydzieści, szła prosto do swojego pokoju i nie wychodziła z niego aż do czwartej nad ranem. Wtedy ponownie zakładała służbowy uniform z białym fartuchem włącznie i rozpoczynała sprzątanie hotelu.

— Nie mogę spać — powtórzyła. — Denerwuję się.

Vivian wyszła zza lady i ściskając rękę dziewczyny, powiedziała:

— Wszystko będzie dobrze. Ja też mam swoje obawy, ale będzie dobrze.

Caterina zadrżała. Słowa te najwyraźniej nie były w stanie jej uspokoić. Nerwowo spojrzała na zegar i chwilę później zaczęła się trząść.

— Wracaj do pokoju — rzekła Vivian. — Nie masz tu nic więcej do roboty.

— Zaraz będą — odparła dziewczyna, nie spuszczając wzroku z zegara.

Dochodziła północ. W oddali wyraźnie słychać było szum Wodospadu Tequendama oraz przejeżdżające jedyną w okolicy drogą samochody. Kiedy w końcu jeden z nich zatrzymał się przed hotelem, Caterina zaczęła tracić nad sobą panowanie. Odgłos gasnącego silnika oraz otwieranych, a następnie zamykanych drzwi sprawiał, że emocje wzięły górę nad wszystkim.

— Panienko Vivian, chodźmy stąd — nalegała. — On gotów jest nas zabić!

Stojąca tuż obok kobieta chwyciła ją za obie ręce i sama starając się zachować zimną krew, zapewniała:

— Nic takiego się nie stanie.

— Nie trzeba było go informować — mówiła Caterina. — Nie trzeba było sprowadzać na nas tego nieszczęścia.

Vivian już miała nakazać jej, by natychmiast wróciła do pokoju, kiedy nagle drzwi wejściowe hotelu otworzyły się. Chwilę później słychać już było wyraźny odgłos kroków na marmurowej posadzce i z pogrążonego w ciemności korytarza powoli zaczęły wyłaniać się dwie męskie sylwetki. Pierwszą z nich obie kobiety znały doskonale. To Rafael. Wysoki, szczupły, o siwiejących już włosach, zawsze noszący jedną i tę samą parę okularów. Ubrany w starannie wyprasowane spodnie i białą koszulę wszedł do holu pewnie, ciągnąc za sobą dużą, czarną walizkę. Bez słowa postawił ją przy jednym z kilu znajdujących się tam filarów i czekał na dalsze dyspozycje.

Druga sylwetka, którą kobiety znały równie dobrze, wyglądała zupełnie inaczej. Był to mężczyzna wysoki, o włosach czarnych jak smoła i oczach przypominających węgle. W połączeniu z równie czarnym płaszczem, czarnymi spodniami i butami, postać ta była ledwo widoczna w słabo oświetlonym korytarzu. Dopiero kiedy zrobił kilka kroków naprzód, twarz jego ukazała się w całej swej okazałości.

— Virgencita Santa — szepnęła Caterina. — Mniej nas w swojej opiece.

Zapadła cisza. Wszystko wskazywało na to, że piętnaście lat rozłąki zrobiło swoje. Że oprócz zmian zewnętrznych, jakie dokonały się w każdym z nich, zmieniły się również ich uczucia. Zmieniły się myśli i punkt widzenia. Zmieniło się wszystko. I teraz, jeżeli zamierzali dojść do czegokolwiek, musieli zacząć od nowa. Nie było to jednak proste. I tak naprawdę żadne z nich nie wiedziało, czy jakiekolwiek porozumienie w ogóle wchodziło w grę.

— Esteban — powiedziała Vivian, wychodząc mu naprzeciw.

Chciała powiedzieć coś więcej. Bez względu na to, przez jakie piekło przeszli oboje, chciała go objąć i wyraźnie dać do zrozumienia, że z jej strony nic się nie zmieniło. Ale wszystko wskazywało na to, że z jego strony zmieniło się wiele. Odwrócił głowę w bok i nie pozwolił, by podeszła choćby o krok bliżej. Tak naprawdę tylko on wiedział, jak bardzo tej kobiety nienawidził. Jej i wszystkich pozostałych. Wszystkich, którzy zdecydowali się tu zostać i wypełniać to miejsce coraz większymi kłamstwami.

— Pokój jest gotowy — rzekła Vivian, nie ruszając się z miejsca. — Cała wieża jest do twojej dyspozycji.

Esteban de la Hoz zaczął iść w kierunku schodów.

— Przygotuj mi pokój numer 203 — zwrócił się do stojącej przy ladzie Cateriny.

— To niemożliwe — przerwała Vivian. — W tym pokoju nie będziesz spał.

Mężczyzna odwrócił się.

— Bo ty mi tego zabronisz? — zapytał.

— Nie — rzekła Vivian. — Bo to w tym pokoju odebrała sobie życie.


Nic nie drażniło Rogelio Santacruz bardziej niż bezsenne noce. Pomimo że na zewnątrz było chłodno, a rześkie powietrze wpadało do środka przez uchylone drzwi balkonowe, zmrużenie oka choćby na chwilę graniczyło z cudem. Przewracając się z boku na bok, mężczyzna co jakiś czas sięgał po leżący na szafce zegarek, a następnie sprawdzał, ile godzin pozostało do świtu. Bezsenność była czymś, na co cierpiał od lat. Inaczej jednak znosił ją w domu, gdzie miał do dyspozycji służbę i kilkanaście innych pokoi, a inaczej w miejscach, w których znajdował się po raz pierwszy i w których jego władza nie sięgała już tak daleko. Jedynym sensownym rozwiązaniem było więc przetrwanie nocy, a dopiero z nastaniem świtu opuszczenie pokoju oraz wyjście na taras, skąd mógł podziwiać opadający po stromej ścianie klifu Wodospad Tequendama.

Tymczasem jednak musiał zadowolić się tym, co miał w zasięgu wzroku. Duży, przestronny pokój, który sam zresztą wybrał, był chyba najbardziej ponurym i najmniej oświetlonym ze wszystkich znających się w hotelu. Pomimo że Beatriz stanowczo się temu sprzeciwiała, on nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Taką decyzję podjął i jak na razie był z niej bardzo zadowolony. Sam nie potrafił wyjaśnić, dlaczego zdecydował się na ten właśnie pokój. Nie sądził jednak, by dla kogokolwiek miało to jakieś znaczenie.

— Zastanów się — nalegała Beatriz. — Tu jest bardzo ciemno. Okno wychodzi na drogę, a wodospadu nawet nie słychać.

Ale on słyszał. Słyszał opadającą po klifie wodę głośno i wyraźnie. Wcale nie musiał jej widzieć. Położenie pokoju oraz wszystko to, co znajdowało się wewnątrz, pasowało mu pod każdym względem. To w nim postanowił się zatrzymać. Beatriz z kolei zajęła pokój sąsiedni, ten z widokiem na wodospad, i w końcu przestała się użalać.

Jednym z przedmiotów, które przykuły uwagę Rogelio już od samego początku, było lustro. Duże, owalne lustro z pozłacaną ramą w stylu barokowym. Patrzył na nie za każdym razem, kiedy kładł się spać. W nocy z kolei odwracał wzrok w drugą stronę, gdyż lustro to wywoływało w nim dziwny niepokój. Miał wrażenie, że w jego wnętrzu pojawiała się jakaś głowa. Rogelio bał się, że prędzej czy później głowa ta wyskoczy, a wraz z nią tułów, ramiona, nogi i Bóg jeden wie, co jeszcze. Dlatego wolał nie patrzeć. Odwracał głowę w drugą stronę i wsłuchiwał się w szum wodospadu. Tak też było i tym razem.

Leżał na prawym boku z głową opartą na ramieniu i z na wpół otwartymi oczami wpatrywał się w drzwi balkonowe. Panująca wokół cisza z jednej strony była przyjemna i uspokajająca, z drugiej jednak stwarzała pewien rodzaj napięcia. Napięcia, które Rogelio odczuwał wyraźnie każdą częścią ciała. Nawet teraz, kiedy leżał na łóżku w jednej i tej samej pozycji, nieustannie miał wrażenie, że ktoś go obserwował. I pewnie w takim stanie niepewności pozostałby do rana, gdyby nie potężny huk, który niespodziewanie rozległ się za oknem.

Mężczyzna zamarł w bezruchu. Przez chwilę nie był pewien, czy na zewnątrz rzeczywiście coś huknęło, czy może był to tylko odgłos jego bujnej wyobraźni. Z trudem przełknął ślinę i ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej. Serce waliło mu jak młot. Panująca wokół cisza powoli zaczynała doprowadzać go do szału.

— Beatriz! — krzyknął najgłośniej, jak tylko potrafił.

Cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji.

— Beatriz! — krzyknął ponownie.

Po chwili do pokoju wbiegła zaspana, owinięta białym szlafrokiem dziewczyna. Młoda, piękna dziewczyna o długich, ciemnych włosach i dużych, wyrazistych oczach. Zaniepokojona natychmiast podbiegła do łóżka Rogelio, aby sprawdzić, co tym razem zakłóciło jego spokój.

— Słyszałaś ten huk? — zapytał, zanim zdążyła otworzyć usta.

— Nic nie słyszałam — powiedziała, ledwo trzymając się na nogach.

— Wyjdź na taras i sprawdź!

— Słucham? — zapytała kompletnie zdezorientowana.

— Por Dios, muchacha… Wyjdź na taras i zobacz, co huknęło!

Beatriz oprzytomniała. Zdając sobie sprawę z zagrożenia, w jakim mógł znajdować się Rogelio, natychmiast wybiegła na taras i zaczęła rozglądać się dokoła.

— W dół! — krzyczał Rogelio, siedząc na łóżku. — Patrz w dół!

Dziewczyna spojrzała w dół, ale nic nie zobaczyła. Wszystko wyglądało tak samo jak kilka godzin temu, kiedy razem siedzieli na tarasie.

— Nic tam nie ma — stwierdziła, wracając do pokoju.

— Bo źle patrzyłaś — skwitował Rogelio. — Pomóż mi wstać.

Beatriz przystawiła do łóżka stojący tuż obok wózek inwalidzki i pochylając się w kierunku Rogelio, chwyciła go mocno pod ramiona, a następnie pomogła usiąść na wózku.

— Ostrożnie — powiedziała.

Gdy tylko mężczyzna znalazł się na wózku, wykonał kilka energicznych ruchów i po chwili był już na tarasie. Podjeżdżając do krawędzi balkonu tak blisko, jak tylko był w stanie, pochylił głowę nad barierką i spojrzał w dół. Rozglądając się uważnie, pozostał w tej pozycji przez kilka kolejnych sekund.

— Rogelio! — zawołała stojąca w drzwiach balkonowych Beatriz. — Wracaj do środka! Jest bardzo zimno!

— Caramba… — wyszeptał trzymający się barierki Rogelio. — Rzeczywiście nic tu nie ma.

Rozdział 2

Intensywne promienie słońca z całą siłą przedzierały się przez duże, otwarte na oścież okna, ozdobione delikatnymi, białymi firankami. Rozmieszczone z niebywałą dokładnością, pokryte białymi obrusami i udekorowane dzbanuszkiem czerwonych kwiatów stoły sprawiały, że jadalnia Hotelu del Salto była jednym z najprzyjemniejszych i najbardziej przytulnych pomieszczeń w całym budynku. Już o godzinie siódmej rano zaczynali gromadzić się w niej pierwsi goście. Goście, którzy pragnęli rozpocząć dzień wspaniałym, kolumbijskim śniadaniem.

Z wielką radością siadali przy dużych, ciągnących się od podłogi do sufitu oknach, za którymi widać było przestronny taras, a za nim płynący z niebywałą prędkością Wodospad Tequendama. Rzadko kto mógł wyobrazić sobie miejsce lepsze i piękniejsze na wypicie porannej kawy.

— Jeżeli niebo istnieje, to poranek w nim wygląda właśnie tak — mawiali.

Słowa te były prawdziwym balsamem dla uszu Salvadora — młodego kelnera, ubranego w starannie wyprasowane spodnie i białą, zapiętą na wszystkie możliwe guziki koszulę. Obsługa gości była dla niego czymś niezmiernie ważnym. Pracę swoją szanował i przykładał się do niej najlepiej, jak mógł. Niebywała staranność i ogromne przywiązywanie do szczegółów sprawiały, że Salvador był nieco sztywny i ciężko mu się było zrelaksować. Podobnie jak Caterinie.

Ona również zajmowała się hotelem z dbałością przechodzącą wszelkie oczekiwania. Z obawy przed zaniedbaniem czegokolwiek, wydawała się jeszcze bardziej spięta niż kelner. Pod tym względem pasowali do siebie idealnie. Vivian wielokrotnie chwaliła ich za sumienność, ale dawała też do zrozumienia, że z pracy powinni się cieszyć, a nie drżeć ze strachu za każdym razem, gdy popełnili błąd. Z biegiem czasu okazało się jednak, iż poczucie obowiązku było w ich przypadku niereformowalne. Z kolejnych prób uświadamiania ich Vivian w końcu zrezygnowała.

Każdego dnia pojawiała się w jadalni kwadrans przed siódmą. Sprawdzała, czy wszystko było na swoim miejscu i czy mogła zrobić coś jeszcze, by goście czuli się lepiej i bardziej komfortowo. Tego ranka również zeszła na dół jako pierwsza, pomimo że w nocy nie zmrużyła nawet oka. Niepokój i związane z nim obawy okazały się jednak silniejsze od zmęczenia, dlatego też ani przez chwilę nie dała po sobie poznać, że coś poszło nie tak. Kiedy tuż po godzinie siódmej jadalnia zapełniła się gośćmi, Vivian razem z nimi cieszyła się kolejnym rankiem w Hotelu del Salto.

Dyskretnie chodziła pomiędzy stolikami, osobiście nadzorując jakość podawanych dań. Nie straciła dobrego humoru nawet wtedy, kiedy w drzwiach pojawił się on. Kiedy z rękami w kieszeniach przekroczył próg jadalni, kiedy usiadł przy jednym z dwóch wolnych stołów znajdujących się przy kominku i kiedy nie zwracając uwagi na żadnego z przebywających w pomieszczeniu gości, rzucił na obrus telefon, po czym wyniośle spojrzał w jej kierunku. Vivian uśmiechnęła się do siedzącej tuż obok kobiety, grzecznie ją przeprosiła i natychmiast udała się w jego stronę.

— Musimy porozmawiać — powiedziała.

Widząc, że spojrzenie mężczyzny nie zmieniło się ani trochę, kontynuowała tonem grzecznym i jeszcze bardziej opanowanym niż poprzednio.

— Jeden z naszych gości słyszał w nocy huk. Był poważnie zaniepokojony i prosił, żebyśmy to sprawdzili. Jak się domyślasz, nie mogę powiedzieć mu prawdy. Nie będę narażała dobrego imienia hotelu tylko dlatego, że w nocy coś cię dopadło i zrobiłeś to, co zrobiłeś.

— Czego ty właściwie chcesz? — zapytał mężczyzna głośniej, niż wypadało. — Żebym siedział cicho?

Wszystkie oczy zwróciły się w ich kierunku. Dyskretnie, co prawda, ale nie sposób było ich nie zauważyć.

— Posłuchaj, Esteban — rzekła Vivian, szeroko rozstawiając palce i kładąc obie dłonie na stole. — Oboje wiemy, że spotkała cię wielka niesprawiedliwość. Rozumiem to ja i wszyscy, którzy jakimś cudem jeszcze tutaj pracują. Ale to nie usprawiedliwia tego, co zrobiłeś zeszłej nocy. Nie możesz reagować w ten sposób. Nie możesz wyrzucać przez okno wszystkiego, co ma związek z przeszłością.

Mężczyzna pochylił się nad stołem.

— To nie moja wina, że przeszłość ciągle tutaj jest — powiedział, patrząc w jej duże, szeroko otwarte oczy.

Patrzył na nią z pogardą. Z pogardą tak wielką, że nie sposób ją było opisać.

— Wybacz — rzekła ze skruchą. — Nie mogłam się pozbyć tego obrazu.

Nastało milczenie. Milczenie długie i bardzo niewygodne.

— Wyrzuciłam wszystko. Tak, jak o to prosiłeś. Ale kiedy przyszła kolej na obraz, coś się we mnie odezwało. Poprosiłam Rafaela, żeby zaniósł go do pokoju. Do tego, który zawsze stoi pusty. Do głowy mi nie przyszło, że będziesz chciał tam wejść. A już na pewno nie sądziłam, że znajdziesz tam obraz i wyrzucisz go przez okno.

Esteban zaciskał pięść.

— Nie mogłem na niego patrzeć — powiedział w końcu. — Nie mogłem patrzeć na nią. Tak samo jak teraz nie mogę patrzeć na ciebie — dodał, po czym wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia.

— Poczekaj — rzekła Vivian, wstając od stołu.

Kiedy zatrzymał się, podeszła bliżej i starając się zachować resztki własnej godności, powiedziała:

— Chciałabym, żebyś poznał gości. Żebyś dowiedział się wszystkiego o hotelu i o tym, jak funkcjonuje. A kiedy uznasz, że jesteś gotowy, wówczas poprowadzimy go razem.

Esteban uśmiechnął się, patrząc na nią z politowaniem.

— Powiedz swoim gościom, żeby się wynosili.

Vivian osłupiała. Ze zdziwienia otworzyła szerzej oczy i rozchyliła pomalowane na mocną czerwień usta.

— I to jak najszybciej — dodał. — Ten przeklęty hotel zostanie zamknięty.

Chowając do kieszeni telefon, odwrócił się i chwilę później znikł jej z oczu. Vivian schowała w dłoniach twarz i głęboko westchnęła. Jej świat właśnie zaczynał się walić.


Nikt nie miał tylu pieniędzy i tylu wpływowych przyjaciół w prowincji Chiapas, w Meksyku, co Fátima Ortega. Pochodząca z jednej z najbogatszych rodzin w kraju, miała zapewnioną przyszłość dla siebie i kilku następnych pokoleń od dnia, w którym przyszła na świat. Prowadząc życie wystawne i pozbawione jakichkolwiek zmartwień, przez większą część roku podróżowała po świecie, regularnie wydając fortunę, która i tak wydawała się nie mieć końca.

Kiedy jeden z bardziej ekscentrycznych przyjaciół opowiedział o bajecznym weekendzie spędzonym w kolumbijskim Hotelu del Salto, Fátima nie musiała zastanawiać się dwa razy. Już następnego dnia spakowała walizki i udała się w samotną podróż do miejsca, które miało jej zapewnić silny przypływ adrenaliny. Takie wakacje bowiem Fátima lubiła najbardziej.

Mając pięćdziesiąt osiem lat i mnóstwo wolnego czasu, życie jej kręciło się wyłącznie wokół planowania coraz to nowszych wypraw. Jak dotąd, nie poznała na swej drodze mężczyzny, który zawróciłby jej w głowie do tego stopnia, by rzuciła się w małżeński wir i zdobyła na odwagę wychowania gromadki dzieci. Kiedy więc okazało się, że jakiś czas temu jej wiek wykluczył już opcję drugą, postanowiła skoncentrować się na tej pierwszej. Ciągle bowiem miała nadzieję, że podczas jednej ze swoich licznych podróży znajdzie w końcu kogoś, kto sprosta jej oczekiwaniom.

Młody, przystojny mężczyzna, który niespodziewanie zawitał tego ranka do jadalni Hotelu del Salto, wydawał się kandydatem godnym największej uwagi. Fátima nie spuszczała z niego oczu od momentu, gdy tylko pojawił się w drzwiach. Widząc chłód i dystans, z jakim potraktował wyraźnie zestresowaną pannę Calderón, natychmiast doszła do wniosku, że tych dwoje znało się już wcześniej i że z całą pewnością wydarzyło się coś, co znacznie ochłodziło ich relacje. Fátima nie byłaby sobą, gdyby zadowoliła się tylko tym, co zobaczyła i usłyszała.

Dlatego też, gdy mężczyzna niespodziewanie opuścił jadalnię, chwilę później opuściła ją również i ona. Postanowiła kuć żelazo póki gorące i wybadać grunt tak szybko, jak było to możliwe. Znalazłszy się w dużym, przestronnym holu, wyraźnie widziała jak mężczyzna szedł w kierunku schodów.

— Señor!- zawołała, niemalże biegnąc za nim po marmurowej posadzce.

Esteban de la Hoz, będąc już na schodach, odwrócił się i obojętnie spojrzał w jej kierunku. Jego oczom ukazała się kobieta mająca już swoje lata, o długiej pociągłej twarzy, szerokich, wyraźnie podkreślonych czerwoną szminką ustach oraz długich, ciemnych włosach upiętych wysoko w koński ogon. Ubrana była w długie, zwiewne spodnie w kolorze kremowym oraz białą, równie zwiewną bluzkę, idealnie pasującą do jej ciemnej karnacji.

— Przepraszam, że pana zatrzymuję — zaczęła, podchodząc bliżej schodów. — Tak się składa, że przez przypadek usłyszałam fragment pańskiej rozmowy z Vivian Calderón.

Esteban milczał. Nie był ani trochę zainteresowany tym, co ta kobieta usłyszała ani co w związku z tym zamierzała mu powiedzieć. Chyba tylko przez grzeczność nie odwrócił się i nie zostawił jej za plecami.

— Chodzi o ten obraz — kontynuowała, starając się zabrzmieć co najmniej intrygująco. — Z waszej rozmowy wywnioskowałam, że wcześniej go pan widział.

— A co to ma do rzeczy? — zapytał wyraźnie poddenerwowany.

— Absolutnie nic — stwierdziła Fátima. — Chciałam tylko powiedzieć, że ja też widziałam ten obraz.

I tu Esteban poległ. Zastanawiał się, jakim cudem ta kobieta dostała się do pokoju, który niemal od zawsze stał pusty. Wiedział, że zamknięte pomieszczenia pozostawały zamknięte w każdym tego słowa znaczeniu, a Vivian nie wpuszczała do nich nikogo. Tym bardziej nikogo z gości.

— Gdzie pani widziała ten obraz? — zapytał w końcu.

— Fátima — rzekła z uśmiechem. — Po prostu Fátima.

Esteban uścisnął podaną mu dłoń i w milczeniu czekał na odpowiedź.

— W pokoju na piętrze — odparła. — W tym, który stoi zamknięty, odkąd tu przyjechałam.

— Jak tam pani weszła? To znaczy… Jak się tam dostałaś?

Fátima była szczęśliwa, że zwrócił się do niej po imieniu.

— Wpuściła mnie ta dziewczyna… Jak jej tam… Ta niska, szczupła… Od sprzątania. A tak naprawdę to sama się wprosiłam. Byłam ciekawa, co tam chowają. Sam wiesz… Jeżeli jakiś pokój ciągle jest zamknięty, to warto sprawdzić, dlaczego. Ja przynajmniej miałam wielką ochotę wejść do środka. I weszłam — przyznała z satysfakcją. — Ale w sumie nie znalazłam nic ciekawego. Pokój był pusty. Kompletnie pusty. Stała tam tylko jedna szafa. I całe szczęście, że stała, bo przynajmniej miałam gdzie zajrzeć. Obraz znajdował się w środku. Zdziwiło mnie to, bo niby po co ktoś miałby trzymać obraz w szafie? Równie dobrze mogli powiesić go na ścianie. Tym bardziej, że był to obraz piękny. Czy ty w ogóle go widziałeś? Słyszałam, jak Vivian przepraszała cię, że nie zdążyła go stamtąd zabrać. Pewnie przygotowali dla ciebie pokój, a nie sprzątnęli szafy. No cóż… Czasami tak bywa. Ale widziałam, że mocno cię to rozzłościło — zauważyła z pewnym zaskoczeniem. — Ja na twoim miejscu nie byłabym na nich zła. Możesz po prostu wyjąć ten obraz z pokrowca i powiesić go na ścianie. A jeśli nie chcesz się fatygować, to po prostu oprzyj go o coś i podziwiaj. Przedstawia kobietę — dodała z entuzjazmem. — Niezwykle piękną kobietę. Siedzącą w…

— Widziałem ten obraz — przerwał Esteban. — Ale nie bardzo wiem, do czego ta rozmowa zmierza.

— Tak naprawdę do niczego — przyznała Fátima. — Ale ten obraz mocno mnie zaintrygował. Kiedy usłyszałam, że rozmawiałeś o nim z Vivian, natychmiast sobie o nim przypomniałam. I w sumie pomyślałam, że skoro nikt go nie chce, to może ja mogłabym go kupić.

Esteban uniósł wysoko brwi. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.

— A tak w ogóle — zaczęła ponownie Fátima — długo zamierzasz się tu zatrzymać?

— Nie — odparł. — Najwyżej dwa dni.

— Szkoda — przyznała.

I nie mogła wówczas nie pomyśleć, że bliższa znajomość z tym człowiekiem raczej nie wchodziła w grę. Dwa dni to zdecydowanie zbyt krótko, aby zacząć rozmawiać o małżeństwie.

— Ale skoro ucięliśmy sobie tak interesującą pogawędkę, to może chociaż zdradzisz mi swoje imię — zagadnęła z wyraźną nadzieją w głosie.

— Esteban — powiedział. — Esteban de la Hoz.

Fátima uśmiechnęła się.

— Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Gdyby jednak Vivian znów wspomniała coś o obrazie, przyślij ją do mnie.

Esteban odwrócił się i bez słowa zaczął wchodzić po schodach.

„Co za gbur”, pomyślała Fátima.

Chwilę później słychać już było tupot jej obcasów na marmurowej posadzce. Jedna z najbogatszych kobiet w Meksyku kierowała się właśnie do jadalni. Zamierzała sprawdzić czy Vivian Calderón nadal była obecna wśród gości.


Bez względu na temperaturę, jaka panowała na zewnątrz, każdego dnia po śniadaniu Rogelio Santacruz prosił o przygotowanie dwuosobowego stolika i wystawienie go na taras. To właśnie tam spędzał kolejną godzinę lub dwie, czytając z uwagą El TiempoEl Espectador. Kiedy kończył lekturę wybranych przez siebie artykułów, dosiadała się do niego Beatriz, by wspólnie patrzeć na płynący w oddali wodospad i cieszyć się wolnym czasem, na który oboje bezsprzecznie zasłużyli. W międzyczasie rozmawiali o tym, co wydarzyło się w domu, w Haciendzie Del Fuerte w Meksyku, a także jak będzie wyglądała pozostała część dnia. Beatriz proponowała zwiedzanie okolicy oraz wyjazdy do sąsiednich miast. Rogelio jednak nie był typem obieżyświata i zdecydowanie wolał spędzać czas w hotelu. Każdego dnia miał zupełnie nowy problem, nad którego rozwiązaniem rozmyślał albo sam, albo w towarzystwie swojej pielęgniarki.

— Ty też słyszałaś ten huk — powiedział, odwołując się do wydarzeń zeszłej nocy.

— Nic nie słyszałam — zaprzeczyła już po raz któryś z kolei Beatriz.

— Oni twierdzą, że to ktoś ze służby trzasnął drzwiami — kontynuował Rogelio. — Ale ja im nie wierzę. Tylko głupiec zaakceptowałby taką wersję.

— Moim zdaniem, jest to całkiem prawdopodobne.

Rogelio położył rękę na stole i zaczął stukać palcami po blacie. Wzrok miał zwrócony w kierunku wodospadu, jak gdyby to w nim szukał wyjaśnienia.

— To nie był huk zamykanych drzwi — powiedział stanowczo. — To był huk spadającego przedmiotu.

— Ojej — wzdrygnęła się Beatriz. — Co ci chodzi po głowie?

— Coś spadło — wyjaśnił, coraz bardziej trzymając się tej wersji. — Albo ktoś — dodał z typową dla siebie powagą.

Beatriz otworzyła szerzej oczy i patrzyła na niego kompletnie zesztywniała. Siedział po drugiej stronie stołu całkowicie wyprostowany, ubrany w swoją ulubioną, czarną koszulę i czarne, dżinsowe spodnie. Ciemne, zaczesane do góry włosy ukazujące wysokie czoło z zakolami, delikatnie kołysały się pod wpływem wiatru. Jego duże, głęboko osadzone oczy wyraźnie wskazywały, że intensywnie o czymś myślał. Kiedy poczuł na sobie przerażony wzrok Beatriz, natychmiast spojrzał w jej kierunku.

— Co jest? — zapytał.

Dziewczyna ocknęła się.

— To straszne, co powiedziałeś — przyznała.

Rogelio uniósł kącik ust na kształt czegoś, co miało przypominać uśmiech.

— Mówię ci tylko, że tak właśnie było — odparł. — Kiedyś ten hotel nie cieszył się dobrą sławą. I mam przeczucie, że dawne dzieje wracają.

— Jakie dzieje? — zapytała zdziwiona.

— Gdybyś więcej czasu poświęcała na analizę miejsca, w którym się znajdujesz, a nie na planowanie wyjazdów po okolicznych wsiach, nie musiałabyś zadawać tego pytania.

Beatriz milczała. Wiedziała, że kąśliwe uwagi Rogelio były głęboko zakorzenione w jego naturze i już dawno zdążyła się do nich przyzwyczaić. Za każdym razem, kiedy chciał jej pokazać, gdzie raki zimują, ona przywdziewała swój pancerz i nie odpowiadała atakiem na atak. Była bowiem pewna, że chwilę później Rogelio ochłonie i zacznie swoje długie wywody.

— Ale powiem ci, o co chodzi — rozpoczął zgodnie z jej przewidywaniami. — Ten budynek został wzniesiony w 1923 roku w okresie prezydentury Pedro Nela. Zaprojektował go niejaki Carlos Arturo Tapias jako symbol elegancji elity z lat dwudziestych XX wieku. Zaraz po otwarciu hotel stał się niezwykle popularny. I przyjeżdżali tu nie tylko Kolumbijczycy, ale i masa turystów z całego świata. Były nawet plany, aby przekształcić go w coś znacznie większego. Gabriel Largacha, architekt, i Domenico Parma, konstruktor, chcieli z niego zrobić osiemnastopiętrowy hotel. Wyobrażasz sobie? Osiemnastopiętrowy hotel na tym ledwo trzymającym się klifie? I to było w 1950 roku. Skompletowali dokumenty, przygotowali projekt budowy, ale ich plany spełzły na niczym.

— Dlaczego? — zapytała Beatriz.

— Ha! — powiedział Rogelio z satysfakcją. — I tu się trzymaj!

Pochylił się lekko nad stołem i zaczął przyciszonym głosem:

— Krążyły głosy, że klif, na którym „wisi” hotel, był popularnym miejscem wśród samobójców, którzy wybierali go na dokonanie swojego ostatniego skoku.

— Rogelio! — krzyknęła Beatriz. — Na litość boską, co ty wygadujesz?

— Hotel pracował coraz słabiej, aż w końcu całkowicie opustoszał w latach dziewięćdziesiątych. Dopiero jakieś szesnaście lat temu kupił go niejaki Esteban de la Hoz. Miał to być jego prezent dla żony. Ale z jakichś powodów po niecałym roku facet się stąd zmył i ślad po nim zaginął. Nikt nie wie, co się z nim stało ani dlaczego opuścił hotel.

— A żona?

— Żona została. I rzeczywiście, zajmowała się hotelem przez długie lata.

— A potem?

— Jakiś miesiąc temu wyskoczyła z okna.

Beatriz drgnęła gwałtownie i aż odskoczyła od pochylonego ku niej Rogelio. On jednak ani trochę nie przejął się jej reakcją.

— Wyskoczyła z okna pokoju. Tego, który znajduje się dokładnie nad moim.

— Dios mio! — krzyknęła Beatriz.

— Dlatego w nocy, kiedy usłyszałem ten huk, pomyślałem, że ktoś może poszedł w jej ślady.

— Przestań!

— Albo że to jej duch wrócił i postanowił wyskoczyć jeszcze raz.

— Dosyć tego! — zawołała Beatriz. — Robisz to celowo!

Rogelio roześmiał się. A potem śmiał się do rozpuku przez kilkanaście kolejnych sekund. Kiedy skończył, spojrzał na Beatriz rozbawiony.

— To wcale nie było zabawne — powiedziała. — Nie powinieneś straszyć mnie w ten sposób.

Jego mina nagle spoważniała.

— Ale to prawda — stwierdził. — Zastanawia mnie jeszcze ta głowa.

— Głowa? — zapytała, sztywniejąc po raz kolejny.

— Tak — potwierdził. — Ta, którą każdej nocy widzę w lustrze.

Po tych słowach odblokował koła wózka, na którym siedział, i podjechał nieco bliżej barierki.

— Co za wspaniałe miejsce — powiedział, zamykając oczy i wsłuchując się w szum Wodospadu Tequendama.

Rozdział 3

Po wczorajszej ulewie nie pozostał nawet ślad. Tuż przed godziną dwunastą droga ponownie była sucha i całkowicie przejezdna. Tonące w promieniach południowego słońca klify wyglądały tak samo majestatycznie z tarasu Hotelu del Salto, jak i z niewielkiego parkingu znajdującego się tuż przed budynkiem. Stojący przy samochodzie Rafael nie miał jednak czasu na podziwianie krajobrazów. W przeciągu zaledwie dwóch kwadransów musiał dokładnie umyć pojazd i doprowadzić go do stanu niemalże idealnego. Panna Calderón wyraźnie powiedziała, że o wpół do pierwszej udadzą się do miasta po zapasy żywności, a zaraz potem na dworzec, by odebrać przybywającego z daleka turystę. Jako że punktualność ceniła sobie bardzo, Rafael zamierzał dołożyć wszelkich starań, aby z powierzonego mu zadania wywiązać się jak najlepiej. I wszystko zapewne poszłoby po jego myśli, gdyby nie fakt, że kwadrans po dwunastej drzwi wejściowe hotelu otworzyły się, a chwilę później ukazał się w nich nie kto inny, jak sam Esteban de la Hoz.

Trzymając obie ręce w kieszeniach, powolnym krokiem zbliżał się do zaparkowanej tuż przy barierce toyoty. Widząc zaangażowanie, z jakim Rafael wycierał przednie szyby, nie odezwał się przez kilka kolejnych sekund. Dopiero kiedy zadowolony z siebie kierowca odwrócił się i wyraźnie zaskoczony zrobił krok w tył, Esteban powiedział chłodno:

— Za dwa dni odwieziesz mnie na lotnisko. Będziesz mi potrzebny od ósmej do szesnastej. Przed wylotem muszę jeszcze coś załatwić.

Rafael stanął nieruchomo. Jego małe, szare oczy patrzące zza równie małych, prostokątnych oprawek nie ukrywały zaskoczenia. Usta rozchyliły się, lecz chwilę później zamknęły, jak gdyby chciały przywołać całość do porządku.

— Lo que Usted diga, señor — odpowiedział.

Czuł jednak, że ton jego głosu nie był taki, jak zawsze. Nie był to typowy, grzeczny ton posłusznego kierowcy. Rafael sam słyszał w nim pewnego rodzaju sprzeciw i zupełnie nie wiedząc, jak ukryć kłębiące się w nim emocje, po prostu milczał.

Esteban stał naprzeciw i patrzył na niego w skupieniu.

— Jakiś problem? — zapytał.

Rafael chrząknął i speszony odwrócił wzrok.

— Jak widać, już pan zdecydował.

Nie czuł się upoważniony do wyrażania jakiejkolwiek opinii.

— Owszem — przyznał Esteban. — Po moim wyjeździe hotel zostanie zamknięty.

Rafael opuścił głowę. W blasku ostrego, południowego słońca jego siwe włosy wyglądały jak białe, a czasami tak, jakby w ogóle ich nie było.

Po tych słowach Esteban wyjął ręce z kieszeni i zaczął iść w kierunku drogi. Chwilę później, zrobiwszy zaledwie kilka kroków naprzód, stanął w miejscu i nawet nie odwracając głowy, zapytał:

— To ty sprzątnąłeś obraz?

Rafael przełknął ślinę.

— Ja — przyznał.

— I co z nim zrobiłeś?

— Wyrzuciłem.

Esteban uniósł głowę.

— Dobrze zrobiłeś — odparł.

I ponownie zaczął iść w kierunku drogi.


Kiedy Antonio Cavallari opuścił pociąg i znalazł się na małym, niepozornym dworcu w San Antonio del Tequendama, nieznacznie zacisnął usta i z uznaniem pokiwał głową. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. Jeden tor, jeden peron i jeden, dźwigający już swoje lata budynek stacyjny. Takiego właśnie widoku się spodziewał i dumny z własnego przeczucia w głębi duszy sam sobie pogratulował. Razem z nim tylko czterech innych pasażerów opuściło pociąg podróżujący na trasie Bogotá-Barbosa.

Z dużą, czarną walizką w ręku oraz średniej wielkości torbą zawieszoną na ramieniu, Antonio rozejrzał się po peronie. Mrużąc oczy, starał się przebić wzrokiem przez ostre, padające wprost na niego promienie słońca, które tego popołudnia świeciło wyjątkowo intensywnie. Po dłuższej chwili zdołał wypatrzeć stojącą przy budynku kobietę, trzymającą w obu dłoniach kartkę z dużym, wyraźnym napisem Señor Antonio Cavallari. No tak… To o niego chodziło. Zastanawiał się, czy kartka ta w ogóle była potrzebna. Stacja nie miała jakiegoś nadzwyczajnego rozmiaru, a nawet przy czterech-pięciu pasażerach, którzy razem opuścili pociąg, nie sposób go było nie rozpoznać. Ponownie zacisnąwszy usta i ponownie skinąwszy głową, Antonio pewnie chwycił walizkę i zaczął ją nieść w kierunku budynku. Po chwili stał już naprzeciw kobiety, która dla pewności trzymała kartkę do końca.

— Pan Antonio Cavallari? — zapytała.

— To ja — powiedział.

Kobieta zgięła kartkę na pół.

— Vivian Calderón — rzekła oficjalnie, wyciągając dłoń w jego stronę.

— A więc to pani — odparł, energicznie ściskając jej dłoń.

Była zimna. Nietypowo zimna.

— Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze — kontynuowała.

Antonio potrząsnął głową na znak potwierdzenia.

— Tak — powiedział.

Kobieta spojrzała na stojącą przy nim walizkę.

— To cały pański bagaż? — zapytała.

— Cały — potwierdził.

— W takim razie chodźmy. Kierowca już czeka.

Po tych słowach odwróciła się i dłonią wskazała drzwi prowadzące do wnętrza budynku. Była tam jedynie mała poczekalnia składająca się z kilku ławek oraz dwie kasy biletowe. Całość przemierzyli szybciej niż Antonio przemierzył peron, a następnie wyszli z drugiej strony budynku. Przed wejściem stał zaparkowany samochód, a tuż przy jego drzwiach czekał kierowca.

Gdy tylko zobaczył zbliżającą się Vivian z wysokim, postawnym mężczyzną o ciemnych, prostych włosach i pociągłej twarzy, natychmiast ruszył z miejsca. Przejął od gościa walizkę, a następnie ulokował ją w przestronnym bagażniku. Chwilę później czarna toyota RAV4 ruszyła sprzed budynku stacyjnego.

Atmosfera wewnątrz samochodu była na początku nieco sztywna. Rafael zachowywał się tak, jak na prawdziwego kierowcę przystało. Milczał, skupiał się na jeździe i robił wszystko, aby bezpiecznie dowieźć pasażerów do celu. Siedząca na przednim siedzeniu Vivian co jakiś czas odwracała się, posyłając gościowi piękny, choć nieco wymuszony uśmiech. Jak na dłoni było widać, że coś ją martwiło.

Antonio Cavallari patrzył raz przed siebie, innym razem w bok, a jeszcze innym do tyłu. Z dużym zainteresowaniem obserwował małe uliczki San Antonio, porównując je do wiecznie zakorkowanych i wyjątkowo przeludnionych skrzyżowań Palermo. Nie ulegało wątpliwości, że były to dwa zupełnie różne światy.

— To małe miasteczko — zauważyła Vivian. — A hotel położony jest nieco na uboczu. Bez samochodu będzie panu ciężko poruszać się po okolicy.

— Dam sobie radę — odparł Antonio, uporczywie wypatrując czegoś przez boczną szybę.

— Od czasu do czasu będziemy mogli służyć pomocą — kontynuowała Vivian. — Jeżeli goście mają problem z dostaniem się do jakiegoś miejsca, nasz kierowca jest do dyspozycji. Nie zawsze, ale wszystko kwestia wcześniejszego zaplanowania.

— To nie będzie konieczne — powiedział Antonio.

Najwyraźniej problem dostania się gdziekolwiek bez samochodu nie spędzał mu snu z powiek. Poza tym, nie wyglądał na kogoś, kto zawracałby sobie głowę takimi drobiazgami.

— Jesteśmy — poinformowała Vivian, kiedy samochód zaczął skręcać na parking.

Już miała wypowiedzieć słynne „Witamy w Hotelu del Salto”, kiedy nagle zaniemówiła i w lekkim oszołomieniu patrzyła na scenę rozgrywającą się przed budynkiem.

Tuż przy drzwiach wejściowych zgromadziło się kilku ważniejszych gości, którzy energicznie wymachując rękoma, zawzięcie o czymś dyskutowali. Zaniepokojona natychmiast wybiegła z samochodu i podążyła w ich kierunku. Widząc wyraźnie poruszonych czymś państwa Fernández, mocno poirytowaną minę Fátimy Ortegi, a także wściekłego wręcz Rogelio Santacruaz ze stojącą przy jego boku Beatriz, zdenerwowała się nie na żarty.

— Co się stało? — zapytała, będąc zaledwie kilka kroków od nich.

— Nareszcie! — wykrzyknął señor Santacruz. — Może w końcu ktoś nam wytłumaczy, co się tutaj dzieje!

— To mało poważne z państwa strony — zauważyła panna Ortega. — I ani trochę zabawne.

Kompletnie zdezorientowana Vivian słuchała tych komentarzy z przerażeniem.

— Czy mamy się wynosić już, czy dacie nam czas, żeby spakować bagaże? — zapytał mocno poddenerwowany Francisco Fernández.

— O czym państwo mówią.

— Żarty sobie pani robi? — wybuchł nagle Rogelio. — Przecież to pani pracownik odmówił wydania kluczy.

— Jaki pracownik?

— Ten cały Fausto — odparła Greta Fernández, dokładnie zapamiętawszy jego imię. –Odmawia wydania kluczy. Powiedział, że zostaną wydane dopiero wtedy, kiedy otrzyma na to pozwolenie.

Policzki Vivian płonęły. Całe szczęście, że nie widziała miny stojącego za jej plecami Antonio Cavallari, który zaciskając usta i z zainteresowaniem przytakując głową, przysłuchiwał się całej rozmowie. Zdenerwowana tym, co przed chwilą usłyszała, niczym rakieta wystartowała ze swego miejsca, z zadziwiającą siłą otworzyła ciężkie, drewniane drzwi i gotowa na wszystko popędziła w kierunku recepcji.

Za ladą wykonaną z czarnego hebanu stał wyprostowany i śmiertelnie poważny Fausto. Wyglądał jak żołnierz strzegący pomnika poległych, który swoim wyrazem twarzy dostosowywał się do miejsca, w jakim przyszło mu pracować.

— Co to wszystko znaczy? — zapytała Vivian, z trudem hamując gniew.

— Proszę o nic nie pytać — powiedział wyraźnie zakłopotany. — Ja tylko wykonuję polecenia.

— Czyje polecenia? — pytała, coraz bardziej odczuwając kipiącą w niej złość.

— Moje.

Odwróciła się. Wszystko wskazywało na to, że Esteban de la Hoz mówił poważnie.

— Co ty najlepszego wyprawiasz?! — wybuchła, nie widząc niestety gości, którzy w tej właśnie chwili przekroczyli próg hotelu.

— Rozmawialiśmy o tym rano — wyjaśnił spokojnie. — A ja nie zamierzam się powtarzać.

— Goście mają prawo do swoich kluczy — odparła Vivian.

Wyglądała niczym lwica szykująca się do walki na śmierć i życie. I walkę tę zamierzała wygrać bez względu na cenę, jaką przyjdzie jej zapłacić.

— Jeżeli ty nie poinformujesz gości o tym, co już zostało ustalone, zrobię to ja.

— A kim pan właściwie jest? — na końcu korytarza rozległ się donośny głos Francisco Fernándeza.

— Esteban de la Hoz — wyjaśniła Fátima niezwykle dumna z faktu, że jako pierwsza poznała człowieka, który nie wiadomo dlaczego znalazł się teraz w centrum uwagi.

Wszystkie oczy zwróciły się w jej kierunku. Z szerokim uśmiechem ukazującym duże, białe zęby spojrzała w kierunku mężczyzny. Była całkowicie pewna, że on również pamiętał jej imię. Francisco Fernández nie było jednak do śmiechu. Ani jemu, ani jego żonie. Anotnio Cavallari, który jako ostatni wszedł do hotelu, przyglądał się wszystkiemu z dużym zainteresowaniem. Rogelio Santacruz tym razem nie powiedział nic. Stojąca za nim Beatriz milczała. Wytworzyła się sytuacja tak dziwna, że wściekła jak osa Vivian zupełnie nie wiedziała, jak z niej wybrnąć.

Zaraz potem na schodach ukazali się bracia Bueno, którzy w tej właśnie chwili zamierzali wymeldować się z hotelu, a słysząc wyraźnie podniesione głosy dobiegające z głównego holu, jadalnię opuścił również Salvador i towarzysząca mu Caterina.

Vivian czuła się bezradna. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu czuła się bezradna. Zawsze potrafiła stanąć na wysokości zadania i walczyć o wszystko, o co walczyć musiała. Nie cofała się przed niczym i do końca stawała w obronie interesów swoich i innych, jeżeli taka zachodziła potrzeba. Tym razem jednak sytuacja ją przerosła. Wiedziała, że bez względu na to, co powie, on i tak zrobi swoje. Wypuściła więc z ust powietrze i bezradnie spojrzała w jego kierunku. Była pewna, że za chwilę wyjaśni się wszystko.

Mężczyzna zrobił krok do przodu i głosem donośnym, wręcz autorytarnym zwrócił się do zgromadzonych w holu gości:

— Nazywam się Esteban de la Hoz. Jestem właścicielem Hotelu del Salto. Nie mam do powiedzenia nic oprócz tego, żebyście się stąd zabierali. I to jak najszybciej. Za dwa dni hotel zostanie zamknięty.

Vivian próbowała utrzymać równowagę. Wstyd, jaki odczuwała każdą częścią swojego ciała, wstrząsnął nią do tego stopnia, że ledwo trzymała się na nogach. Z trwogą patrzyła, jak Esteban wyjmował z kieszeni papierosa, zapalał go przy stojących w osłupieniu gościach, a następnie wkładał do ust, jak gdyby chciał się zrelaksować po wyjątkowo pracowitym dniu.

— Miłego dnia — powiedział.

Zaraz potem swobodnym krokiem przeszedł przez cały hol, z łatwością otworzył ciężkie, drewniane drzwi prowadzące na zewnątrz i całkowicie znikł im z oczu.

Greta Fernández pozostała z buzią otwartą tak szeroko, że każdy bez problemu mógł dojrzeć dwa idealne łuki prostych i białych jak śnieg zębów. Jej mąż nerwowo zaciskał usta i wyraźnie walczył z mocno urażoną dumą. Antonio Cavallari uśmiechał się drwiąco, co wyraźnie irytowało kompletnie zdezorientowaną Fátimę Ortega. Salvador i Caterina zamarli w bezruchu, a wiecznie poważny Fausto z politowaniem kręcił głową. Vivian Calderón zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. Patrzyli na nią wszyscy. Jedni ze złością, inni ze współczuciem, a jeszcze inni w całkowitym osłupieniu. Czując na sobie spojrzenia ludzi, którzy w taki czy inny sposób pokładali w niej swoje zaufanie, Vivian podniosła w końcu głowę i pewna siebie zwróciła się do wszystkich:

— Proszę odebrać swoje klucze. I proszę się nie martwić. Wszystko zostanie wyjaśnione.

Po tych słowach żwawym krokiem przeszła przez hol i znikła za dużymi, drewnianymi drzwiami. Fausto delikatnie chrząknął, po czym zaprosił gości po odbiór kluczy.

— Pójdę pakować walizki — rzekła Beatriz, idąc w kierunku recepcji.

— No hagas nada — odezwał się Rogelio.

Dziewczyna odwróciła głowę zaskoczona. Mężczyzna siedział na wózku całkowicie zrelaksowany.

— Chcę porozmawiać z tym człowiekiem — dodał.

I na jego twarzy pojawił się uśmiech.


Vivian siedziała na brzegu łóżka. Jej dłonie nieruchomo spoczywały na kolanach, a oczy wpatrzone były w jeden i ten sam punkt znajdujący się na ścianie. Co jakiś czas po obu policzkach spływały łzy, opadając po chwili na szeroki, wywinięty kołnierz białej, eleganckiej koszuli. Wskazówki zegara rytmicznie odmierzały czas, zagłuszając odgłos przełykanej śliny i wolnego, ciężkiego oddechu. Promienie słoneczne z trudem przedzierały się do pokoju przez niewielką szparę pomiędzy ciemnymi, zaciągniętymi na okno zasłonami. Ponury nastrój panujący wewnątrz pomieszczenia doskonale odzwierciedlał to, co działo się w głowie i sercu Vivian.

Wiedziała, że zaledwie dwa dni dzieliły ją od chwili, w której miało zakończyć się wszystko. Miało zakończyć się to, w co przez ostatnie lata włożyła tak wiele energii, co z takim trudem tworzyła razem z innymi i co na chwilę obecną stanowiło jedyny sens jej życia. Od śmierci Sofii minął niespełna miesiąc. I trudno było uwierzyć, że w tak krótkim czasie to, czemu obie poświęciły się bez reszty, z dnia na dzień miało przestać istnieć.

„Czy dobrze zrobiłam?”, zastanawiała się Vivian. „Czy dobrze zrobiłam, pisząc do niego? Wiedziałam przecież, do czego był zdolny. Ale czy mogłam postąpić inaczej? Prędzej czy później i tak by się dowiedział.”

Głęboko wzdychając, pochyliła się nieznacznie i ukryła twarz w dłoniach. I pewnie w tej właśnie chwili wybuchłaby płaczem, gdyby nie głośne pukanie do drzwi.

— Panienko! — wołał stłumiony, kobiecy głos. — Czy panienka tutaj jest?

Vivian przetarła dłońmi twarz upewniając się, że nie pozostała na niej ani jedna łza. Zaraz potem wstała i energicznym ruchem odsunęła w bok zasłony. W jednej sekundzie pokój wypełnił się oślepiającymi promieniami słońca, które nadal świeciło bardzo intensywnie. Ukrywając w jego świetle widoczne na buzi wypieki, zawołała do stojącej za drzwiami Cateriny:

— Pasa!

Dziewczyna weszła natychmiast. Zaniepokojona szybkim krokiem przemierzyła cały pokój, by już po chwili znaleźć się tuż przy pannie Calderón.

— Wszędzie panienki szukałam — powiedziała.

— Coś się stało? — zapytała Vivian.

— Goście dostali swoje klucze — wyjaśniła. — A bracia Bueno wymeldowali się przed godziną. Chyba nie słyszeli tej dyskusji przy recepcji, bo podziękowali za pobyt i obiecali, że na pewno wrócą.

— Bardzo dobrze.

— Pan de la Hoz jeszcze nie wrócił. A Antonio Cavallari pyta się, czy ma zostać, czy ma sobie szukać innego hotelu.

— Niech zostanie — odparła Vivian. — Na jedną noc, ale niech zostanie. Powiedz Fausto, żeby przydzielił mu pokój.

Caterina przytaknęła. Jej mina wskazywała jednak na to, że chciała zapytać o coś jeszcze.

— Jak panienka myśli? — odważyła się w końcu. — Wyrzuci nas stąd?

Vivian westchnęła i zrezygnowana skierowała wzrok na dużą, drewnianą komodę stojącą przy ścianie. Przez kilka następnych sekund bez słowa wpatrywała się w starannie oprawioną fotografię, przedstawiającą młodą, piękną kobietę o długich, jasnych włosach, delikatnie opadających na przykryte koronkową chustą ramiona. Miała duże, niebieskie oczy oraz pełne, zmysłowe usta. Szczęśliwa i uśmiechnięta, z lekko pochyloną do przodu głową była niewątpliwie jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie Vivian widziała w swoim życiu. Wszyscy z podziwem patrzyli na jej skórę, dłonie, idealnie dobrany makijaż i starannie uczesane włosy. Zachwycano się jej urodą, ale kochano i szanowano ją przede wszystkim za to, kim była. I jaka była. A była wspaniała. Nikt chyba nie znał drugiej tak oddanej i tak wielkodusznej kobiety. Kobiety, która swym wdziękiem i słowem potrafiła zjednać sobie każdego. W ludziach widziała to, co najlepsze i najlepsze dawała również z siebie. Była wspaniałą żoną, siostrą i przyjaciółką. Zawsze zadowolona, uśmiechnięta i otwarta na drugiego człowieka. Taka właśnie była.

— Pani Sofia de la Hoz — rzekła Caterina. — Teraz na pewno przewraca się w grobie.

Vivian spojrzała na nią zaskoczona.

— Chociaż nie wiem, czy ona w ogóle w tym grobie jest — kontynuowała. — Za każdym razem, kiedy sprzątam ten nieszczęsny pokój, wydaje mi się, że widzę jakiś cień. Tuż za drzwiami, w rogu. Najpierw siedzi tam nieruchomo, a potem wstaje i zaczyna chodzić. Przechodzi przez pokój, zatrzymuje się przy oknie, aż w końcu znika. I tak w kółko. Głowę bym dała sobie uciąć, że jest to cień pani Sofii.

— Na litość boską, Caterino… — zaczęła Vivian. — Jak w ogóle możesz o tym mówić?

— Przepraszam, to silniejsze ode mnie — wyznała. — Ale panienka wie, że mam rację. Panienka też widziała ten cień. Ten i wiele innych.

— Dosyć tego — przerwała Vivian.

— Chociażby ten w recepcji. Ten, który przemieszcza się pomiędzy filarami, a potem siada na schodach i znika. Ja też go widziałam. I to kilka razy.

— Nie chcę o tym rozmawiać.

— Ale chyba najgorszy jest ten, który pojawia się tuż przed północą. Ten, który chodzi po tarasie i przez okno zagląda do jadalni. Na początku myślałam, że to ktoś z gości nie może spać. Kiedy jednak wyszłam na taras i nie zastałam tam nikogo, pomyślałam, że to może pani Sofia próbuje dostać się do domu.

— Nie zamierzam tego dłużej słuchać.

— Od tamtej pory przychodzi co noc. Podobnie jak ten z pokoju 205…

— Caterino, w tej chwili przestań! — zdenerwowała się Vivian. — Ustaliłyśmy, że nie będziemy o tym rozmawiać.

— Tak, wiem… Przepraszam.

— Nie chcemy przestraszyć gości. Tym bardziej, że nic takiego się nie dzieje.

— To prawda — przyznaje Caterina. Ale… — i tu wstrzymała się, czując na sobie groźne spojrzenie panny Calderón. — Wracam do pracy — dodała, kierując się w stronę wyjścia.

— Poczekaj — rzekła Vivian.

Dziewczyna zatrzymała się, czekając na ewentualne polecenia.

— Jak wspomniałam, pan Cavallari może u nas zostać. Na razie na jedną noc. Potem zobaczymy, co się stanie. Ponadto, dziś wieczorem ma się pojawić pan Fernando Acosta. On też ma zostać przyjęty. Jutro rano czekamy na Valerię Peñalver. Jeszcze nie wiem, co jej powiemy, ale przekaż Fausto, że go poinformuję. Najpierw muszę ochłonąć. Potem porozmawiam z Estebanem.

— Jak panienka sobie życzy.

Dziewczyna ponownie odwróciła się.

— Caterino! — rzekła Vivian, zatrzymując ją po raz kolejny. — Ani słowa o tym, co dzieje się w hotelu. Zrozumiano?

— Tak, panienko — odparła.

— Możesz już iść.

Po tych słowach dziewczyna wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Vivian została sama. Wewnętrznie rozbita i pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro ukryła twarz w dłoniach i wybuchła płaczem. Wiedziała, że w tym pokoju nie słyszał jej nikt. Nikt oprócz niej samej i uśmiechającej się z fotografii Sofii de la Hoz.

Rozdział 4

Wieża miała dwa piętra. Nie licząc parteru. Została zbudowana wtedy, kiedy pozostała część hotelu była już gotowa. A w zasadzie dobudowano ją w ostatniej chwili, ponieważ wcześniej nikt nawet nie myślał o tym, aby przy tak starannie opracowanym projekcie nagle powstała jakaś wieża.

— Wieża? — pytał architekt. — A po co komu wieża?

Wieża jednak okazała się niezbędna. Przynajmniej według panny Sofii Calderón, która twierdziła, że hotel sam w sobie powinien być przeznaczony dla gości. Kiedy jednak ona i Esteban de la Hoz pobiorą się, będą potrzebowali domu. Prawdziwego domu. W tych okolicznościach wszyscy doszli do wniosku, że wieża jednak musiała powstać. I powstała. Co więcej, wyglądała imponująco. I chyba nawet najbardziej wnikliwy umysł nie odgadłby, że wcale nie była częścią projektu.

Znajdowała się od strony ulicy, tuż przy drugim parkingu. Przy tym, którego głębiej osadzona, położona tuż nad przepaścią część była jednocześnie tarasem widokowym. Na parterze miała aż trzy wejścia. Sofia Calderón twierdziła jednak, że będą korzystać tylko z jednego. Dwa pozostałe miały być pewnego rodzaju dekoracją.

— Lepiej wyglądają bowiem drzwi niż puste ściany — mawiała.

I miała rację. Piękne, szerokie drzwi, strzeżone przez dwie wąskie kolumny z ozdobnym, wysokim na trzy metry łukiem prezentowały się wspaniale. Wewnątrz znajdował się hol oraz duży, przestronny pokój, z którego Sofia i Esteban mogli obserwować wszystko to, co działo się na obu parkingach i przy wejściu głównym do hotelu.

— To będzie nasz punkt strategiczny — stwierdziła Sofia.

Na pierwszym piętrze znajdował się salon, kuchnia i jadalnia, a na drugim sypialnia, łazienka i prywatna biblioteka Estebana.

— Zawsze marzyłem o bibliotece — wyznał.

Nic więc nie stało na przeszkodzie, aby marzenie to w końcu zrealizować.

— Jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie — mawiała Sofia za każdym razem, kiedy stała na tarasie widokowym, obejmując wzrokiem hotel, wieżę i płynący w oddali Wodospad Tequendama.

A teraz stał tutaj on. Stał i patrzył, jak to, co miało być jego największym szczęściem, stało się jego największym koszmarem. Koszmarem, z którego jak najszybciej pragnął się wybudzić. Moment ten zbliżał się, a on czekał na niego bardziej niż ktokolwiek inny. Już niedługo wszystko to, na co patrzył, miało zostać zrównane z ziemią. Nawet wieża.

— I kto by pomyślał, że dobudowano ją w ostatniej chwili — odezwał się nagle głos za plecami.

Esteban zamarł. Odwrócił głowę i z niemałym zdziwieniem spojrzał na mężczyznę zmierzającego w jego kierunku na wózku inwalidzkim. Mężczyznę młodego, pewnego siebie, doskonale znającego swoją wartość pomimo stanu, w jakim się znajdował.

— Nazywam się Rogelio Santacruz — powiedział głośno i wyraźnie. — Jestem hodowcą bydła. Pochodzę z Meksyku, z prowincji Hidalgo.

— Co pana do mnie sprowadza? — zapytał Esteban, nie czując się w obowiązku powtarzania swojego imienia.

— Interesy — wyjaśnił Rogelio. — To jedyna rzecz, jaka może mnie sprowadzać do kogokolwiek.

Esteban milczał. Odpowiedź ta jednak nieco go zaskoczyła.

— Kazałeś nam się wynieść — zaczął Rogelio, zupełnie ignorując formy grzecznościowe. — Przepędziłeś jak stado kur, które nieproszone wdarły się na twoje podwórze. To nie było zbyt eleganckie, ale mam to gdzieś. Czasami też tak robię. I domyślam się, że skoro z dnia na dzień chcesz się pozbyć każdego, kto depcze ci po piętach, zamierzasz jak najszybciej oczyścić teren. A teren oczyszczamy z dwóch powodów: albo chcemy, żeby powstało na nim coś nowego, albo chcemy spalić resztki i pozbyć się go całkowicie. A ja dam sobie rękę uciąć, że planujesz to miejsce zrównać z ziemią.

Esteban czuł, jak krew się w nim zagotowała.

— To moja sprawa — powiedział oschle.

— Oczywiście — przyznał Rogelio. — Ale szkoda pozbywać się takiego cacka tylko dlatego, że jakaś kobieta naruszyła twoje ego.

Esteban czuł, jak coś nim potrząsnęło. I nie wiedział, czy stało się tak dlatego, że ten bezczelny facet ośmielił się podważyć jego decyzję, czy dlatego, że z taką łatwością trafił w najczulszy punkt, w jaki ktokolwiek, kiedykolwiek mógł trafić.

— Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz — tutaj Esteban z przyjemnością odwzajemnił brak formy grzecznościowej. — I nie wiem, skąd masz informacje na temat mojego życia osobistego.

— To bez znaczenia — kontynuował Rogelio. — Jestem tu, ponieważ wiem, co ci chodzi po głowie. Mnie też kobieta wystawiła. Planowaliśmy ślub, gromadkę dzieci i tego typu sprawy. Aż pewnego pięknego dnia wylądowałem na wózku i wszystko wzięło w łeb. Od tamtego dnia nie widziałem jej ani razu. Mściłem się na każdym, kto stanął mi na drodze. I pewnie zrujnowałbym połowę swojego majątku, gdybym nadal tkwił w tym szaleństwie. Mówię ci, szkoda czasu i pieniędzy. Hotel jest fajny. Ma potencjał. Jeżeli go zburzysz, pewnie na jakiś czas poczujesz się lepiej. Ale potem wszystko wróci. I będziesz się zastanawiał, co jeszcze możesz zburzyć. Będziesz tak burzył latami, aż w końcu dojdziesz do wniosku, że zburzyłeś już wszystko i zostałeś z niczym. Wiem, co to znaczy i chcę cię przed tym ostrzec. Nie ma sensu. Żadna kobieta nie jest warta twojej pracy i wysiłku, jaki wkładasz w stworzenie czegokolwiek.

— A ty kim jesteś, żeby przychodzić do mnie i mnie pouczać?

Esteban czuł, jak ogień wypełniał go od środka.

— Jestem człowiekiem, który podobnie jak ty, nienawidził. Nienawidził wszystkich i to całym sobą. Tyle tylko, że ja już swoją lekcję odrobiłem. Ty jeszcze nie. Więc przychodzę tu po to, aby powiedzieć ci, jak do tej lekcji się przygotować.

— A kto ci powiedział, że potrzebuję rady?

— Nikt. Mnie takiej rady nikt nie dał. Ale może to i lepiej. Pewnie i tak bym nie posłuchał. Dlatego przychodzę do ciebie nie z radą, lecz z propozycją.

— Nie interesują mnie twoje propozycje — odparł Esteban, idąc w kierunku wieży.

Odchodził, ale gdzieś wewnątrz chciał wiedzieć, jaką propozycję miał dla niego ten człowiek.

— Sprzedaj mi go — powiedział Rogelio, gdy dzielił ich zaledwie metr.

Esteban zatrzymał się.

„Sprzedaj mi go”, powtórzył w umyśle. A potem zrobił to po raz drugi, trzeci i czwarty. I pewnie zrobiłby to kilka następnych razy, gdyby nie to, że Rogelio podjechał wózkiem bliżej i zatrzymał się tuż naprzeciw niego.

— Jestem biznesmenem — powiedział. — Interesuje mnie zysk. Jeżeli nie chcesz oglądać tego hotelu, sprzedaj mi go. Ty będziesz miał kasę i święty spokój, a ja dobrze prosperujący biznes. Obaj będziemy zadowoleni.

Esteban milczał. Wyraźnie czuł, jak jego klatka piersiowa sztywniała coraz bardziej. Nie był w stanie oddychać swobodnie. Nie był w stanie swobodnie myśleć. Napięcie, jakie panowało w jego głowie, mięśniach i umyśle sprawiało, że jedyne, czego pragnął, to być sam. Dlatego ponownie odwrócił się i zaczął iść w kierunku wieży.

Rogelio nie zatrzymał go po raz kolejny. Nie powiedział też ani słowa więcej. Miał pewność, że ziarno zostało zasiane. Takiego ziarna potrzebował również on. Wtedy. Kiedy czuł, że jego świat z każdym dniem stawał się coraz mniejszy. Kiedy nienawidził i był nienawidzony. Kiedy niszczył i sam pragnął być niszczony. Po to, aby już więcej nie cierpieć. Aby do końca życia nie czuć się jak ten nędzny robak, który pełzał po ziemi bez celu i chował się pod każdy napotkany kamień. Aby nie niszczeć od środka. Zupełnie tak, jak teraz niszczał Esteban de la Hoz.


Pokój numer 206 był niewątpliwie największym i najbardziej luksusowym pokojem w całym Hotelu del Salto. Znajdował się na pierwszym piętrze, tuż nad jadalnią. Posiadał swój własny taras, trzy przestronne okna oraz wszelkiego rodzaju wygody, które w innych pokojach były niestety nieco okrojone. Greta Fernández wiedziała, że tylko i wyłącznie w tym pomieszczeniu będzie w stanie przetrwać kolejne dwa tygodnie, podczas których jej mąż miał sfinalizować kontrakt z jakimś kolumbijskim producentem kawy.

— Zamiast siedzieć bezczynnie na łóżku, powinieneś zacząć szukać noclegu — stwierdziła, przeglądając się w dużym, eleganckim lustrze.

Wyjmując z uszu srebrne kolczyki z kryształami, ani na chwilę nie spuszczała oczu z wyraźnie zrelaksowanego męża, który od przeszło dwóch godzin siedział na łóżku pogrążony w lekturze jakiejś książki. Co jakiś czas śmiał się sam do siebie i rzadko zwracał uwagę na to, co działo się wokół niego.

— Jutro musimy opuścić hotel — kontynuowała Greta. — Ten cały Esteban de la Hoz wyraźnie powiedział, że mamy się stąd wynosić. Jeszcze nigdy nie upokorzono nas w ten sposób. Mogłeś zaprosić tego klienta do Barranquilla. Jemu byłoby tam wygodnie, a my nie musielibyśmy ruszać się z domu.

Francisco przewrócił kolejną kartkę i zaśmiał się pod nosem.

— Czy ty mnie słyszysz? — zapytała Greta.

— Oczywiście — potwierdził. — Każde słowo.

— I co zamierzasz z tym zrobić?

— Z czym? — zapytał.

— Na litość boską, Francisco! — krzyknęła, odwracając się w jego stronę. — Nie jesteśmy w Barranquilla. Ani w Bogocie. Ani w żadnym innym miejscu, w którym znalezienie noclegu z dnia na dzień nie byłoby takie trudne. Jesteśmy w jakimś odludnym San Antonio del Tequendama i Bóg jeden wie, gdzie tu znajduje się najbliższy hotel. Odpowiedni dla naszych standardów, oczywiście — dodała. — A ty, zamiast zacząć czegoś szukać, od dwóch godzin siedzisz w bezruchu i czytasz tę kretyńską książkę.

— To wspaniała lektura — powiedział Francisco wyraźnie rozbawiony. — Powinnaś ją przeczytać.

Po jego porannym gniewie nie zostało ani śladu. Wiadomość, jaką otrzymał telefonicznie od jednego z najbardziej cenionych producentów kawy w Kolumbii, poprawiła mu nastrój do tego stopnia, że nic ani nikt nie był w stanie wyprowadzić go z równowagi.

Greta z kolei miała zupełnie inne odczucia. Zdenerwowana wstała z miejsca i oddaliła się od toaletki. Energicznie gestykulując rękoma i po raz kolejny mówiąc o tym, co w tej chwili powinni zrobić, podeszła do okna, potem do szafy, a następnie weszła do łazienki znajdującej się tuż przy łóżku.

— Na twoim miejscu, pojechałabym do stolicy! — krzyczała, mając nadzieję, że Francisco usłyszy ją przez lekko uchylone drzwi. — To przecież nie jest tak daleko. Twój klient na pewno zrozumie.

Francisco zaśmiał się. Potem powiedział coś, czego stojąca przy odkręconym kranie Greta w ogóle nie usłyszała. Miała jednak jeszcze sporo do powiedzenia i z wyrażenia własnej opinii nie zamierzała zrezygnować.

— Nawet dobrze się składa, że jutro się stąd wynosimy. Hotel jest w miarę przyzwoity, ale poza nim nie ma w okolicy nic godnego uwagi. Najchętniej wróciłabym do domu. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem zdołałeś mnie namówić na tę podróż. Mieliśmy mieć dużo czasu dla siebie i przeżyć nasz drugi miesiąc miodowy. Tak to nazwałeś, prawda? Drugi miesiąc miodowy.

Woda w kranie płynęła pod dosyć dużym ciśnieniem. Greta przykręciła kurek, aby przypadkiem nie przegapić ewentualnej reakcji Francisco. Ten jednak nie odpowiedział. Zaśmiał się tylko po raz kolejny, a potem chrząknął i zapewne czytał dalej.

— Zawsze tak jest — stwierdziła, przeglądając się w lustrze.

Odgarniała do tyłu krótkie, przefarbowane na jasny blond włosy, które od lat układały się w jeden i ten sam sposób.

— Najpierw obiecują gwiazdkę z nieba, a potem okazuje się, że nie mają nawet czasu spojrzeć do góry.

Francisco przestał chrząkać, ale nadal się śmiał. Co ciekawe, śmiał się coraz głośniej.

— Kiedy zamierzasz odłożyć tę książkę? — zapytała. — Twój dobry nastrój zaczyna być irytujący.

Nastała cisza. Greta całkowicie zakręciła kurek, aby szum wypływającej z niego wody nie zagłuszył odpowiedzi Francisco. Odpowiedzi jednak nie było. Dopiero po chwili w pokoju znowu rozległ się śmiech. Tym razem głośny i niezwykle spontaniczny. Tak serdecznego śmiechu Greta nie słyszała już dawno. Jej mąż nigdy nie był typem dowcipnisia, a już na pewno rzadko kiedy śmieszyły go jakieś książki. Zdumiona takim obrotem sprawy wychyliła głowę z łazienki. Pragnąc przekonać się czy powodem jego radości nadal była owa wspaniała lektura, spojrzała w stronę łóżka. Francisco spał. Spał głęboko. W tym momencie drzwi prowadzące na taras zamknęły się, a za firanką widać było ciemną postać idącą w stronę barierki.


Valeria Peñalvert już dawno nie była tak zdenerwowana. Stojąc przy ciemnej, hebanowej ladzie z trzema walizkami u boku, ani na chwilę nie spuszczała oczu z ubranego w białą koszulę i czarny garnitur mężczyzny, który ze stoickim spokojem po raz kolejny wykręcał ten sam numer telefonu i po raz kolejny zmuszony był poinformować, że nikt nie odpowiada.

— Nic mnie to nie obchodzi — stwierdziła Valeria Peñalvert. — Niech pan próbuje nadal.

Fausto odłożył słuchawkę na miejsce po to tylko, aby zaraz potem ponieść ją i po raz siódmy z rzędu wykręcić numer panny Calderón Wszystko wskazywało jednak na to, że Vivian zostawiła gdzieś swoją komórkę, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jak pilnie była potrzebna przy recepcji.

Valeria Peñalvert żądała wręcz, aby w końcu zjawił się ktoś kompetentny, kto szczegółowo wyjaśni jej, dlaczego stojący za ladą mężczyzna odmówił zakwaterowania jej w hotelu. Z taką sytuacją spotkała się po raz pierwszy. Nie do takich standardów przywykła i nie tak traktowano ją podczas licznych podróży, które odbywała każdego roku.

Kobietą była piękną. Wysoką, szczupłą, z gładko wyczesanymi, sięgającymi do ramion włosami i dużymi, wyrazistymi oczami. Cera jej była jasna, a usta zmysłowe i delikatne. Idealna figura wyraźnie wskazywała na to, iż aktywność fizyczna stanowiła ważny element jej życia.

„Może jazda konna”, pomyślał Fausto, trzymając przy uchu słuchawkę i cierpliwie wsłuchując się w rozbrzmiewający wewnątrz sygnał.

Valeria Peñalvert stała nieruchomo po drugiej stronie lady i nic nie wskazywało na to, aby miała ochotę dać za wygraną. Drgnęła nieznacznie dopiero wtedy, kiedy Fausto rzucił nagle słuchawkę i zaczął wymachiwać rękami do kogoś, kto właśnie wszedł do hotelu.

— Vivian! — zawołał. — Podejdź do nas proszę!

Chwilę później przy recepcji zjawiła się młoda, atrakcyjna kobieta, sprawiająca wrażenie kogoś, kto w hotelu miał dość znaczącą pozycję.

— Buenos días — powiedziała do stojącego obok gościa. — W czym mogę pomóc?

— To panna Peñalvert — wyjaśnił Fausto.

Dalsze słowa były zbędne. Vivian doskonale wiedziała, z kim mieli do czynienia.

— Rezerwacja na szesnaście dni — kontynuował.

— O co w tym wszystkim chodzi? — przerwała w końcu Valeria Peñalvert. — Przyjeżdżam tutaj po kilkunastu godzinach podróży i nagle dowiaduję się, że moja rezerwacja została anulowana.

— Proszę wybaczyć — zaczęła Vivian. — Próbowaliśmy się z panią skontaktować, ale telefon cały czas był wyłączony.

— Nic dziwnego — odparła oschle. — Od wczoraj rana praktycznie nie wysiadłam z samolotu.

— Chodzi o to, że pojawiły się nowe okoliczności — kontynuowała Vivian. — Hotel z dnia na dzień znalazł się w trudnej sytuacji i…

— …Mieliśmy pewien przestój — dokończył męski głos.

Wszyscy odwrócili się w kierunku, z którego dobiegł.

— Esteban de la Hoz, właściciel hotelu — dokończył, podchodząc bliżej.

Zaraz potem zwrócił się do Fausta i prosił o przyjęcie gościa zgodnie z dokonaną rezerwacją.

— Oczywiście — powiedział mężczyzna, natychmiast dokonując niezbędnych formalności.

Valeria Peñalvert rzuciła na ladę kartę kredytową wraz z dowodem osobistym, a gdy tylko Fausto wydał jej klucze, zwróciła się do stojącej tuż za plecami Vivian:

— Niech ktoś zaniesie walizki do pokoju. Będę na nie czekać.

Po tych słowach zarzuciła na ramię plecak i udała się w stronę schodów. Kiedy postać jej w końcu znikła im z oczu, Vivian odetchnęła z ulgą. Potrzebowała kilku sekund, aby dojść do siebie całkowicie. Dopiero po dłuższej chwili spojrzała na stojącego obok Estebana.

— Dziękuję — powiedziała. — Nie wiem, dlaczego zmieniłeś zdanie, ale jestem ci wdzięczna.

Mężczyzna schował do kieszeni komórkę, którą do tej pory trzymał w ręku.

— Mało mnie obchodzi twoja wdzięczność — odparł.

Zaraz potem odwrócił się i zaczął iść w kierunku schodów.

— Czy to znaczy, że hotel pozostanie otwarty? — zapytała Vivian, wyraźnie słysząc drżenie własnego głosu.

— To nic nie znaczy — powiedział.

— A co z pozostałymi gośćmi? — drążyła temat.

Esteban zatrzymał się tuż przed pierwszym stopniem.

— Na razie mogą zostać.

Vivian czekała w napięciu. Była pewna, że za chwilę usłyszy milion warunków, postanowień, komentarzy czy wręcz czegoś w rodzaju szantażu. Esteban doskonale wiedział, jak bardzo zależało jej na hotelu. Ku jej zaskoczeniu, nie powiedział jednak ani słowa. Spokojnym krokiem wszedł na półpiętro i chwilę później znikł jej z oczu.

Rozdział 5

Wiadomość o możliwości pozostania w hotelu na dłużej, a w zasadzie przez wszystkie dni, na jakie dokonano rezerwacji, rozniosła się głośnym echem tego samego dnia, w którym została ogłoszona. Pomimo że Vivian dyskretnie poinformowała każdego gościa o tejże zmianie, zrobiła się z tego prawdziwa sensacja. Jedni narzekali, że pobyt ich uzależniano od humoru właściciela, inni wyrazili zadowolenie, iż nie musieli szukać nowego noclegu, a jeszcze inni przeszli nad tym do porządku dziennego.

Antonio Cavallari zdecydowanie nie był typem człowieka, który przejmowałby się takimi błahostkami. Pomimo że przybył tu aż z Palermo i w Ameryce Południowej nie znał absolutnie nikogo, do życia podchodził ze spokojem.

— Oby do przodu — mawiał. — Jeżeli nie ten hotel, to inny.

Wiedział jednak, że świat jest pełen ludzi, którzy nie mając ciekawszych rzeczy do robienia, żywią się własnymi problemami, a często nawet i cudzymi. Teorię tę od początku do końca potwierdzało zachowanie Fátimy Ortega, która tego ranka przysiadła się do jego stolika. Całkowicie pochłonięta najnowszą informacją, dokładnie opisała swój stan emocjonalny oraz zdanie, jakie zdążyła sobie wyrobić o tym dziwnym człowieku krążącym po hotelu, nazywającym siebie Esteban de la Hoz. Nawiązując do niego, do absurdalnej decyzji, jaką podjął, a także do faktu, że w końcu zmienił zdanie, dosyć często pochylała się nad stołem i szeptem przekazywała bardziej odważne komentarze. Dopiero po dłuższej chwili wróciła do pozycji wyprostowanej i wyraźnie usatysfakcjonowana monologiem, jaki właśnie udało się jej przeprowadzić, zapytała z żywym zainteresowaniem:

— A właściwie to jak ci na imię, chłopcze?

Antonio Cavallari włożył do ust ostatni kawałek buñuelo i przełknąwszy go, powiedział:

— Totò.

— Totò? — zapytała zdegustowana. — A cóż to za imię?

— To skrót od Antonio. W wersji sycylijskiej.

— Zdecydowanie wolę Antonio — stwierdziła.

Uśmiechając się, jedną dłoń położyła na stole, a drugą delikatnie poprawiała sobie włosy.

— A zatem, Antonio… Co sprowadza cię do Kolumbii?

Mężczyzna patrzył w talerz. Wyjątkowo skrupulatnie sprawdzał, czy pomiędzy okruchami nie schował się przypadkiem jeszcze jeden kawałek buñuelo.

— Praca — rzekł obojętnie.

— Coś podobnego! — zawołała wyraźnie zaskoczona. — Będziesz tu pracował?

— Praca doktorska — wyjaśnił.

Fátima uniosła wysoko brwi. Naukowcy zawsze pociągali ją na swój sposób. Potem co prawda okazywali się nudni, ale pierwsze wrażenie było zazwyczaj piorunujące.

— To ciekawe — przyznała. — A o czym piszesz?

— O andoniedźwiedziach okularowych.

Fátima otworzyła szerzej oczy.

— O niedźwiedziach? — zapytała.

— Andoniedźwiedziach — uściślił. — Okularowych.

Widząc zdziwienie na jej twarzy, kontynuował:

— Drapieżnik. Z rodziny niedźwiedziowatych. Wywodzący się od niedźwiedzia krótkopyskiego.

Fátima otworzyła buzię w dość nienaturalny sposób i pozostała w takim stanie przez kilka następnych sekund.

— Bedę prowadził badania w Parku Narodowym Chicaque. Zaczynam pojutrze.

Nastała cisza. Cisza, która była obecna wyłącznie przy ich stoliku. Przy pozostałych nieustannie dało się słyszeć głosy, które rozbrzmiewały raz ciszej, raz głośniej, niemniej jednak ani na chwilę nie zostały przerwane.

Kiedy Fátima w końcu zamknęła buzię i najwyraźniej szykowała się, aby w taki czy inny sposób zareagować na służbowe wzmianki Antonio, coś niespodziewanie przerwało jej tok myślenia. Tuż za drzwiami jadalni, przy których znajdował się ich stolik, ni stąd ni zowąd rozległy się głosy. Fátima nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, do kogo należały. Widząc wyraźne zainteresowanie na twarzy swojego rozmówcy, nieznacznie pochyliła się nad stołem i powiedziała:

— To Vivian Calderón i Greta Fernández.

Antonio przytaknął. Z Vivian Calderón miał już okazję się poznać, a postać Grety Fernández nie była mu wcale obca. Wczorajsza awantura przy recepcji sprawiła, że zarówno o pierwszej, jak i drugiej kobiecie zdążył już sobie wyrobić zdanie. I w zasadzie miał ochotę zadać kilka pytań wszystko wiedzącej Fátimie Ortega, ale powstrzymał się, słysząc dość intrygujące słowa, dobiegające zza lekko uchylonych drzwi.

— Nic mi się nie przywidziało. Mówię pani, że wczoraj w nocy ktoś był na moim tarasie.

Głos Grety Fernández drżał i ewidentnie wyrażał niepokój.

— Najpierw słyszałam śmiech. A kiedy wyjrzałam z łazienki, zobaczyłam tego kogoś na tarasie. Zamknął za sobą drzwi i poszedł w kierunku barierki.

— Czy wyszła pani za tym kimś na taras? — zapytała Vivian najspokojniej, jak tylko potrafiła.

— Ależ skąd! — krzyknęła Greta. — Natychmiast obudziłam męża i to jemu kazałam sprawdzić taras.

— Zrobił to? — dopytywała się Vivian.

— Owszem. Ale był tak zaspany i zrobił to tak wolno, że ten ktoś zdążył już uciec.

— Czyli nikogo tam nie było.

— Był. Tyle tylko, że mój mąż nie zdążył go zobaczyć — wyjaśniła Greta.

Nastała cisza. Antonio Cavallari i Fátima Ortega jednocześnie pochylili się w stronę drzwi.

— To bardzo dziwne — odezwała się w końcu panna Calderón. — Z tarasu nie ma żadnego zejścia. Nie sposób byłoby stamtąd uciec.

— Mój mąż mówi to samo — rzekła Greta. — Ale ten ktoś jakimś cudem się stamtąd wydostał.

— Proszę się nie martwić — uspokajała Vivian. — Porozmawiam ze służbą. Może oni coś widzieli.

— Nie będę spokojna, dopóki ta sprawa się nie wyjaśni.

— Zrobimy wszystko, aby czuła się pani bezpiecznie — zapewniła Vivian.

Na podstawie stukotu obcasów oddalających się od siebie w dwóch różnych kierunkach, można było wywnioskować, że rozmowa dobiegła końca. Fátima Ortega i Antonio Cavallari spojrzeli na siebie w osłupieniu. Żadne z nich nie wiedziało, jak poważnie należało traktować słowa Grety Fernández. Jeżeli się myliła, może tak czy inaczej warto było mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli jednak jej obawy były słuszne, Hotel del Salto mógł się okazać o wiele mniej bezpiecznym miejscem, niż wszyscy przypuszczali. Ale Fátima i Antonio jedno wiedzieli na pewno: temat andoniedźwiedzi okularowych musiał chwilowo zejść na drugi plan.


Główny korytarz Hotelu del Salto, wzdłuż którego znajdowały się drzwi prowadzące do dwunastu pokoi, w tym dwóch apartamentów, tonął w blasku porannego słońca. Dostawało się ono do wnętrza przez duże, sięgające od podłogi do sufitu okno, z którego doskonale widać było położony tuż na krawędzi klifu taras widokowy.

Esteban de la Hoz zatrzymał się przy oknie tylko na chwilę. Doskonale pamiętał jednak dni, kiedy przesiadywał tutaj godzinami. Właśnie tutaj, przy małym, okrągłym stoliku, który stał dokładnie w tym samym miejscu, co piętnaście lat temu. Widok przepaści otoczonej ze wszystkich stron stromymi ścianami klifu zawsze przepełniał go pewnego rodzaju niepokojem. Drżał i dostawał gęsiej skórki na samą myśl o rzuceniu się do jej głębi lub byciu zepchniętym tam przez kogoś innego. Nie do końca potrafił zrozumieć, co takiego zatem miało w sobie to miejsce, że wracał do niego tak często. Co takiego go tutaj sprowadzało i kazało tkwić w jakimś dziwnym, bliżej niesprecyzowanym stanie napięcia. Nigdy jednak nie znalazł wytłumaczenia, które choć po części byłby w stanie zaakceptować. Teraz z kolei czuł, że coś w jego wnętrzu się zmieniło. Że znikła dawna fascynacja, a pojawił się jakiś dziwny uraz. Nie wiedząc dlaczego, po prostu nie był w stanie na to okno patrzeć. Odwrócił się i bardzo powoli zaczął iść wzdłuż korytarza.

Drewniane drzwi prowadzące do pokoi, zwisające z sufitu lampy czy nawet wiszące na ścianie obrazy nie zmieniły się ani trochę. Po piętnastu latach były wciąż takie same. Zupełnie jak dywan, po którym stąpał. Jak klamki, których dotykał. Jak powietrze, które wdychał. Wszystko było dokładnie takie same.

— Może chciałby pan zobaczyć któryś z pokoi — odezwał się nagle kobiecy głos.

Esteban odwrócił się. Na końcu korytarza stała Caterina. Trzymając w dłoniach pokaźny pęk kluczy, patrzyła na niego oczami, które ewidentnie skrywały chęć ponownego oprowadzenia go po całym domu. Stała nieruchomo przy dużych, masywnych drzwiach znajdujących się tuż przy oknie. Drzwiach, za którymi znajdował się wąski korytarz, schody i mnóstwo innych pokoi niedostępnych dla żadnego z gości. Drzwiach prowadzących tam. Do wieży.

— Co tam robiłaś? — zapytał Esteban.

— Sprzątałam, señor — odparła.

— Tam? — ton jego głosu wyraźnie zmienił się.

— Tak — potwierdziła.

— Po jaką cholerę?

— Panna Vivian… — zaczęła Caterina, ale natychmiast przerwała widząc, jak Esteban ruszył z miejsca, jak chwilę później znalazł się tuż przy niej i gwałtownie wyrwał jej z rąk pęk metalowych kluczy.

— Chcesz powiedzieć, że Vivian nie zamknęła wieży? — zapytał rozwścieczony.

Caterina zamarła w bezruchu.

— Odpowiedz! — rozkazał stanowczo.

— No, señor.

Przerażona dziewczyna widziała, jak jego pięści zaciskały się, szyja stała się napięta, podobnie jak szczęka i mięśnie twarzy. Esteban de la Hoz przypominał bombę, która za chwilę miała eksplodować.

— Od dzisiaj masz zakaz przychodzenia tutaj. Ty i cała reszta. Entendido?

— Entendido, señor — rzekła Caterina, opuszczając wzrok.

Nie miała odwagi patrzeć mu w oczy. Odkąd wrócił, bała się go. Za każdym razem, kiedy znajdował się w pobliżu, kiedy słyszała jego głos lub choćby widziała cień przesuwający się po podłodze, ogarniał ją niepokój. Człowiek ten nie był Estebanem de la Hoz, którego znała przed laty. Nie przypominał go ani trochę. Nie mówił jak on, nie patrzył jak on, nawet nie ruszał się jak on. Aż trudno uwierzyć, że stojący przed nią mężczyzna kiedyś rzeczywiście był Estebanem de le Hoz.

— Wracaj na dół — powiedział.

I nie musiał mówić tego dwa razy, gdyż Caterina natychmiast pochyliła głowę ku ziemi i wyraźnie speszona podreptała w kierunku schodów. Chwilę później na korytarzu znów zrobiło się pusto. Tak pusto jak wtedy, kiedy hotel dopiero powstawał. Kiedy czekał na pierwszych gości. Kiedy nie było w nim nikogo oprócz niego, Sofii i kilku osób ze służby. Wspomnienia znów nie dawały mu spokoju.

Ściskając w ręku pęk kluczy, Esteban patrzył na zamknięte drzwi. Duże, drewniane drzwi, za którymi nadal żyła jego przeszłość. Nie zamknęli jej. Nie pozwolili, by opustoszała i umarła śmiercią naturalną. Ona nadal tam była. Co więcej, pielęgnowali ją. Jak gdyby chcieli, aby żyła w tym miejscu razem z nimi. Aby czekała na jego przyjazd i dręczyła go tak samo, jak robiła to przez ostatnie piętnaście lat. Ale nie… Dłużej tak nie będzie. Najwyższy czas, aby z tym skończyć i pozbyć się jej raz na zawsze.

Odważnie nacisnął na klamkę i z całą siłą pchnął drzwi, które ani przez chwilę nie stawiały oporu. Zajrzał do środka. Kiedy jego oczom ukazał się niewielki korytarz z widocznym zakrętem na końcu, ostrożnie wykonał kilka kroków naprzód. Powoli szedł wzdłuż korytarza, by w końcu dojść do wąskich schodów pokrytych czerwoną, starannie odkurzoną wykładziną. Prowadziły na górę.

Nerwowo obracając klucze w dłoni, wszedł na pierwsze stopnie. Wiedząc, że było już zbyt późno, aby się wycofać, szedł dalej. Kiedy w końcu znalazł się przy wąskich, drewnianych drzwiach, serce waliło mu jak oszalałe. Chyba właśnie teraz nadszedł czas konfrontacji. Odważnie pchnął drzwi i pozwolił, by otworzyły się na oścież, by chwilę później jego oczom ukazało się pokryte śnieżnobiałą firanką okno i przestronny, skąpany w słońcu salon.

Esteban przełknął ślinę. Czuł, że jego ciało stało się napięte, jak gdyby za chwilę miało stoczyć walkę na śmierć i życie. I kto wie… Może tak właśnie miało być.

Ostrożnie wszedł do środka. Już od progu poczuł zapach świeżych kwiatów, które z całą pewnością Caterina przynosiła tu każdego dnia. Jak dawniej. Wiedział, że włożyła je do wazonu. Do czarnego, wąskiego wazonu stojącego na środku niewielkiego, drewnianego stołu, zajmującego centralną część salonu. Nie pomylił się. Doskonale pamiętał ten zapach i wydawało mu się, że wdychał go każdego ranka przez ostatnie piętnaście lat.

Salon wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętał. Wszystko wskazywało na to, że wewnątrz wieży, podobnie jak w całym hotelu, nie zmieniło się nic. Nawet leżący na podłodze dywan miał takie same wymiary i takie same wzory jak wtedy, kiedy go kupił. Kiedy sam wyniósł go z samochodu i ciesząc się jak dziecko, rozłożył na podłodze. A wszystko po to, by zrobić jej niespodziankę. Z jednej strony poczuł pewnego rodzaju ulgę na widok rzeczy, które znał i które jakimś cudem nadal znajdowały się na swoim miejscu. Z drugiej jednak dziwił się, że nie wylądowały w kontenerze stojącym na tyłach hotelu i nie zostały zastąpione czymś innym.

Dyskretnie rzucił okiem na sofę, na stojące naprzeciw niej fotele, na kominek i na wiszący na ścianie zegar. Nie miał odwagi przyglądać się ustawionym na półkach zdjęciom oraz innym rzeczom zajmujących miejsce nad kominkiem. Odwrócił się i ruszył w stronę jadalni.

Ta również pozostała w niezmienionej formie. Prostokątny, drewniany stół ze stojącymi wokół sześcioma, stylowymi krzesłami oraz zawieszonym na suficie czarnym, również stylowym żyrandolem do złudzenia przypominał widok, który nosił w pamięci przez te wszystkie lata. Zastanawiał się, czy wazon także będzie na swoim miejscu. Był. Owalny, biało-beżowy wazon ze świeżymi kwiatami w środku. Wokół stołu okna oraz stojąca przy jednej ze ścian piękna, drewniana komoda, a nad nią zawieszony obraz z wizerunkiem rosnących przy strumieniu drzew. Ten obraz wybierali razem.

Do kuchni nie chciał wchodzić. Wiedział, że nie znajdzie tam nic oprócz ustawionych przy jednej ścianie szafek wraz z niezbędnym sprzętem oraz znajdującego się na środku stołu z niezliczoną ilością szuflad i szufladek, do których on sam prawie nigdy nie zaglądał. Ona też rzadko kiedy z nich korzystała. Kiedy chcieli zjeść w samotności, Caterina przynosiła im obiad do wieży, nakrywała stół w jadalni, a potem przychodziła ponownie i odnosiła naczynia z powrotem do hotelowej kuchni. W pozostałe dni to oni schodzili do jadalni znajdującej się parterze i zasiadali do stołu wraz ze swoimi gośćmi. Bardzo rzadko mieli ochotę gotować sami. Esteban twierdził, że kuchnia w ogóle nie była im potrzebna, jednak ona upierała się.

— W każdym prawdziwym domu musi być kuchnia — mawiała. — Bez względu na to, ile razy w niej jadasz. Zawsze jednak musisz mieć własne miejsce, aby usmażyć omlet.

Kuchnia więc była i tutaj. Tuż za nią znajdowały się schody prowadzące na drugie piętro wieży. Piętro, które żyło swoim własnym życiem i które dla Estebana było najpiękniejszym miejscem, jakie kiedykolwiek powstało na ziemi. Z mocno bijącym sercem stanął przy schodach i powoli zaczął wchodzić na kolejne stopnie. Kiedy znalazł się przy wąskich, lekko uchylonych drzwiach, zawahał się. Nie był pewien, czy rzeczywiście chciał tam wejść. Sądząc jednak, że skoro przekroczył próg wieży i zaszedł już tak daleko, powinien zrobić jeszcze jeden krok i stanąć twarzą twarz z tym, czego bał się najbardziej. Odważnie pchnął więc drzwi i pewnym krokiem wszedł do środka.

Po chwili znalazł się w dosyć dużym, przestronnym pomieszczeniu. Na białych, drewnianych półkach zajmujących całe dwie ściany stały piękne, idealnie utrzymane książki w twardych oprawach. Wszystkie zostały przeczytane co najmniej dwa razy. Raz przez niego, a raz przez nią. Choć on lubił czytać bardziej niż ona, książki odgrywały istotną rolę w życiu ich obojga.

Na środku pomieszczenia, tuż naprzeciw okna, znajdował się niewielki stolik i dwie wygodne kanapy z równie wygodnymi podnóżkami. To tutaj pili poranną kawę i spędzali ostatnie minuty przed snem. Pokój ten stał się nierozerwalną częścią ich wspólnego życia oraz istotnym elementem codziennej rutyny. Był dla nich ważny. Ważniejszy niż sami przypuszczali.

Jego drzwi prowadziły wprost do sypialni, w której oprócz dużego, stylowego łóżka dźwigającego kilka poduszek i kilka warstw pościeli, znajdował się również niewielki stolik, dwa krzesła oraz biały, puszysty dywan. Na suficie wisiał piękny, stylowy żyrandol, ściany były jasne, gładkie, z przyczepionymi do nich nocnymi lampkami.

Cały pokój przepełniony był blaskiem porannego słońca, które wpadało do wewnątrz przez dwa pokryte delikatnymi firankami okna. Trzecie było w łazience. W dużej, jasnej łazience, która znajdowała się w sąsiednim pomieszczeniu i która dla wielu stanowiła pokój sam w sobie. Prawdopodobnie za sprawą rozłożonego na znacznej części podłogi białego, miękkiego, dywanu oraz uroczej toaletki z dużym, eleganckim lustrem, w którym każdego dnia przeglądała się ona.

Esteban jednak pozostał w sypialni. Zamyślony patrzył na łóżko i zastanawiał się, czy po jego wyjeździe spał w nim inny mężczyzna. Przez ostatnie lata żył w przekonaniu, że było mu to zupełnie obojętne. Teraz jednak miał wątpliwości. Nagle zdał sobie sprawę, że pomimo czasu, jaki upłynął i pomimo nienawiści, jaką był przepełniony, przeszłość nie do końca zniknęła z jego życia. Choć za wszelką cenę starał się pozostawić ją daleko w tyle i rozpocząć wszystko od nowa, chwile takie jak ta uświadamiały mu, że oderwanie się od poprzedniego życia tak naprawdę w ogóle nie nastąpiło.

Poruszony tym dogłębnie, zaciskał zęby ze wszystkich sił. Miał nadzieję, że wściekłość, jaką odczuwał wobec siebie i całego świata, pomoże mu raz na zawsze zerwać z przeszłością, od której tak bardzo pragnął się uwolnić. Napięte ciało wydawało się jednak mówić zupełnie co innego. Każdy mięsień, każda tkanka i każdy nerw przesiąknięte były nią całkowicie. Każda część jego duszy nadal żyła tutaj, w tej wieży. I nie przestawała w niej żyć ani na chwilę.

Czując wyraźnie wzrastające ciśnienie oraz gulę, która zupełnie niespodziewanie wytworzyła mu się w gardle, Esteban usiadł na jednym z dwóch stojących przy oknie krześle. Opuścił głowę i zatopił dłoń we włosach. Starał się oddychać spokojnie, by wszystkie funkcje życiowe odzyskały swój pierwotny rytm. Kiedy w końcu poczuł znaczną ulgę, ostrożnie podniósł głowę i czekał. Czekał na to, aż będzie gotowy wstać i powrócić na dół. Do hotelu. Już miał nabrać powietrza i wręcz zmusić swoje ciało do podporządkowania się jego woli, kiedy nagle dostrzegł coś, czego nigdy wcześniej nie widział.

Pudło. Duże, brązowe pudło stojące pod łóżkiem, ledwo widoczne pod opadającymi warstwami pościeli, kołder i narzut. Zdziwiony, uniósł wysoko brwi i zastanawiał się, co to mogło być. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że z pewnością należało do Cateriny, która trzymała w nim środki do czyszczenia oraz inne rzeczy potrzebne do sprzątania. Skoro przychodziła tu codziennie, wnoszenie i znoszenie wszystkiego zupełnie mijało się z celem. Kiedy jednak dłużej się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że wyjaśnienie to było absurdalne. Nikt bowiem nie trzymałby środków do czyszczenia w głównej sypialni, a tym bardziej pod łóżkiem. Nie chcąc tracić czasu na dalsze rozmyślania, wstał, przyklęknął przy brzegu łóżka i obiema rękami sięgnął po pudło.

Było ciężkie. O wiele cięższe niż się spodziewał. Z trudem podniósł je z podłogi, a następnie położył na białej, ozdobionej delikatnymi wzorami narzucie. Zaraz potem otworzył i zajrzał do środka.

Zdziwił się na widok przedmiotów, które znał doskonale. Zaczął wyjmować je ostrożnie i po kolei, żeby przypadkiem czegoś nie uszkodzić. Miał bowiem wrażenie, iż miejsce oraz sposób, w jaki zostały ułożone, nie były zupełnie przypadkowe. Ona zawsze miała bzika na tym punkcie. Obchodziła się ze wszystkim jak z jajkiem, nawet jeżeli był to zwykły kamień albo kawałek drewna. Twierdziła, że każda rzecz ma swoją wartość i nie należy nią „poniewierać”. Cóż… On nigdy nie przywiązywał wagi do tych rzeczy. Tym razem jednak postanowił zrobić wyjątek.

Ostrożnie wyjął z pudła małą, srebrną puderniczkę. Zaraz potem grzebień, szczotkę do włosów i białą, jedwabną chustkę. Pod spodem znajdowała się drewniana skrzynka, a w niej kolczyki, bransoletki, łańcuszki i zegarki, wszystkie starannie zawinięte w foliowe woreczki. Kiedy przebił się przez trzy warstwy biżuterii i rzeczy typowo osobistych, dotarł w końcu do przedmiotów, których nigdy wcześniej nie widział.

Czując, jakby przekraczał granicę, której nie miał prawa przekraczać, wyjmował z pudła kolejne rzeczy. Najpierw zdjęcie przedstawiające stary, kamienny most. Most znajdujący się w jakimś parku. Park ten jednak nie przypominał żadnego, który znał lub który mógł być położony w najbliższej okolicy. Odłożył więc zdjęcie na bok.

Zaraz potem wyjął szmacianą lalkę o długich, zaplecionych w warkocze włosach i dużych, zielonych oczach. Miała na sobie białą sukienkę w zielone grochy i biały, pokryty wzorkami kapelusz. Ostrożnie położył ją na łóżku i wyjął z pudła kolejną rzecz.

Była to mała, drewniana ikona Jezusa trzymającego w ręku krzyż. Tuż pod nią znajdował się zawinięty w papier stary, mocno zniszczony medalion z wizerunkiem Matki Boskiej. Esteban nigdy nie widział, aby Sofia nosiła na sobie coś podobnego. Nigdy nie wydawała się być szczególnie zaabsorbowana sprawami religii. Obecność ikony wraz z medalionem była więc dość zaskakująca.

Sięgnął po kolejną rzecz. Po drewnianą, średniej wielkości szkatułkę, wewnątrz której znajdowała się złota statuetka przedstawiająca jakąś postać. Postać wyglądającą dosyć dziwnie, ale sprawiającą przyjemne wrażenie estetyczne. Miała ona kształt odwróconego trójkąta, w którym oczy, nos, usta i uszy znajdowały się w najszerszej jego części, w najwęższej z kolei było miejsce na stopy, kolana i uda. Postać ta miała na sobie naszyjnik oraz nakrycie głowy w formie prostokąta. Esteban nie był w stanie rozszyfrować, czy statuetka przedstawiała mężczyznę, czy kobietę. Wydawała się całkowicie bezosobowa. Ją też położył na łóżku.

I kiedy sięgał po kolejną rzecz, ręka mu zadrżała. Poczuł nagły przypływ ciepła, który sprawił, że przez chwilę zabrakło mu powietrza. Wyjmując z pudła El amor en los tiempos del cólera miał wrażenie, jakby całe jego życie przemknęło mu przed oczami. Książka ta bowiem była najcenniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek posiadał. Mógł ją czytać na okrągło i za każdym razem fascynowała go tak samo. Przez bardzo długi czas wierzył, iż była pewnego rodzaju odzwierciedleniem związku jego i Sofii. Oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak długą i ciężką drogę musieli pokonać, aby w końcu być razem. Pomimo wszystkich i wszystkiego, co związek ten zniszczyć zamierzało, walczyli do upadłego, ani przez chwilę nie mając wątpliwości, iż dadzą radę. I radę dali. Od tamtej pory książka ta stała się symbolem ich walki o niemożliwe lub raczej o możliwe, za które przyszło im zapłacić bardzo wysoką cenę.

Stojące pod łóżkiem pudło było ostatnim miejscem, w jakim Esteban spodziewał się znaleźć tę książkę. Pomimo że nigdy jej szukał, znalezienie jej znaczyło dla niego bardzo wiele. Tak wiele, że całkowicie stracił ochotę na przeglądanie pozostałych rzeczy. Poruszony swoim odkryciem usiadł na brzegu łóżka i z mocno bijącym sercem wpatrywał się w okładkę. Powoli i z przejęciem czytał w myślach tytuł. Jeden raz, drugi, trzeci… I tak bez końca. Im dłużej go czytał i im dłużej przypominał sobie każdy napisany rozdział, każdą scenę i każdy dialog, tym emocje stawały się silniejsze. W pewnym momencie nie wytrzymał. Rzucił książkę na podłogę i schował twarz w dłoniach. Chwilę później po obu nadgarstkach popłynęły łzy.

Rozdział 6

Przy recepcji nie było nikogo. Nikogo prócz wyglądającego niczym kamienny posąg Fausto, który całkowicie pogrążony w swoich myślach wpatrywał się w monitor stojącego na ladzie komputera. Już od jakiegoś czasu sprawdzał listę dokonanych na najbliższy miesiąc rezerwacji i zastanawiał się, jak wiele z nich trzeba będzie anulować. To, że Esteban de la Hoz zgodził się na dalszy pobyt gości już przebywających w hotelu, wcale nie oznaczało, iż zgodzi się na przyjęcie pozostałych. Tych, którzy z dużym wyprzedzeniem dokonali rezerwacji na dwa lub trzy tygodnie, którzy zawsze chwalili sobie standard Hotelu del Salto i którzy jak zwykle o tej porze roku zamierzali spędzić wakacje właśnie tutaj. Między innymi o tej właśnie sprawie chciał porozmawiać z Vivian. Była bowiem jedyną osobą mogącą udzielić mu odpowiedzi na te i inne pytania. Czekał więc cierpliwie. Zazwyczaj schodziła do recepcji tuż po dwudziestej trzeciej, kiedy większość gości udała się już na spoczynek. Zdziwił się zatem niemało, kiedy już o dwudziestej pierwszej usłyszał stukot jej obcasów i zobaczył ją kroczącą po marmurowej podłodze głównego holu.

— Musimy porozmawiać, Fausto — rzekła, gdy tylko znalazła się przy recepcji.

Mężczyzna uniósł wysoko brwi. Ewidentnie coś było na rzeczy. Za każdym razem, kiedy mówiła do niego „Fausto”, działo się coś niepokojącego. Coś, co zazwyczaj nie miało żadnego związku ze sprawami recepcji. Fausto podszedł więc do tego tak, jak podejść należało. Poluzował nieco krawat, z posągu ponownie przemienił się w człowieka i dyskretnie pochylił nad ladą.

— Co się dzieje? — zapytał tonem, przypominającym ton zatroskanego ojca.

— Chodzi o panią Fernández — rzekła Vivian. — Twierdzi, że wczoraj w nocy ktoś chodził po jej tarasie.

Przez pierwsze kilka sekund Fausto nie powiedział ani słowa. Po krótkiej chwili poruszył kącikiem ust, który automatycznie powędrował w dół. Wszystko wskazywało na to, że informacja ta nie zrobiła na nim zbyt dużego wrażenia. Mina jego i gesty wyglądały tak, jakby w zaistniałej sytuacji był po prostu bezradny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.