E-book
9.54
drukowana A5
31.9
Horyzont przemyśleń

Bezpłatny fragment - Horyzont przemyśleń

Zbiór poezji


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8126-750-2
E-book
za 9.54
drukowana A5
za 31.9

Kilka słów od poetki

Witaj miłośniku poezji. Przed Tobą zbiór moich wierszy. Wędrowania, oddychania i zadyszek na krawędzi. Spotkań w przestrzeni pomiędzy. Pomiędzy nami. Pomiędzy światami. Oto horyzont. Zbliżasz się, obejmujesz, nie osiągasz… rozpościera się… spomiędzy spoziera… kusi… lecz nie mami. Jeśli się spotkamy, to obyśmy nie nasycili się, oby dane nam było łaknąć jeszcze… Może podążysz dalej poza ten horyzont…

Witaj. Jestem poezją i poezja jest mną. Jestem ciszą i słowem. Jestem spojrzeniem, zapatrzeniem i obrazami jestem w metaforach…

Jako kalejdoskop przed Tobą tańczę witrażami… kolażami… światłocieniami… i mgłą…

Jako poetka, kobieta, człowiek… ukazuję to co skrywa słowo i to czego słowo nie obejmie sobą…

Zapraszam Cię. Zanurz się w toni, usłysz serce swoje i poczuj swoją myśl…

Zapraszam Cię. Oto list. Odszyfruj jego znaczenie w sobie. Niech się mieni i jaśnieje… zwłaszcza w mroku…

Czekam. Może zechcesz odpisać… słowem… myślą… czuciem… obrazem… grafiką… spojrzeniem…

Spotkajmy się pomiędzy słowami. Na horyzoncie myśli. Na nieboskłonie uczuć. Ponad niebem i popod piekłem.

Witaj. Oto jest. To. Cokolwiek zechcesz. Jest.

Kwiaty księżyca

(rok wydania 1994)
wiersze z lat 1985—1994

***

kiedy słońce zajdzie

nie czekaj na świt

zjawi się

otul się szeptem nocy

który

pozwala

być

***

księżyc

zawsze odchodzi o wschodzie

i patrzy nieśmiało

w twoje oczy

ale ty jeszcze śpisz

i nie widzisz

tego wahania

które jest

w tobie

***

jak przeżyć

porę księżyca

kiedy

wyszedłeś

bez gestu

i dobra noc

ugrzęzła

na starcie

***

samotna noc

bez snu

kreśli koło

rozedrgane

ciężarem

ciepłych łez

istnienia

***

w pokoju

nocą

ożywiona świeca

maluje cieniem

kwiaty w metamorfozie

***

noc kusi do snu

księżyc do rozmyślań

a cisza

gdzieś

pomiędzy

stoi na oścież

***

poczuj

ciepło księżyca

płynące

blaskiem

przyjętym z łuny słońca

do życia

***

w samotni

rozmowy na papierze

w dotyku

pachną

spotkaniem

***

z dala

otulasz mnie

swetrem

zostawiłeś go

na godziny

wyjące wiatrem

w szczelinie życia

tuląca się

nieukojona

rozgrzana swetrem

czepiam się

szepczącej spotkanie mantry

***

ja nie płaczę

tylko w moim sercu

jest morze łez wezbrane

a czasem

wiatr przybiera na sile

i fale wylewają się na ląd

***

jak umierać

codziennie od rana

jak powstawać z martwych

w noc ciężką

jak żyć kamieniem

będąc nieistniejącym

istniejąc

***

dwie tęsknoty

w spotkaniu fizycznym

znajdą porę

na krótkie wytchnienie

i zmianę stroju

***

poduszko

która wiesz o mnie

daj sen

i choć raz

przytul

gdy

ogłupiałą twarz

chowam w twoje zacisze

***

to tak

jakby przyszła do ciebie miłość

i podarowała ci siebie

a ty

nie miałbyś nic

tylko swoją śmierć

w kieszeni

***

pokazałeś mi

że czar

który mamy

w sobie

dla siebie

to

mały niebieski pierścionek

***

gdy zamykasz drzwi

po drugiej stronie

tęsknota rozpiera moje istnienie

i czekam

kiedy niepewnie wrócisz

czekam

na powrót ciepła


w cichym otwarciu

***

myślałam

że to

miłosne szaleństwo

a to była

tylko noc


samotna

***

niewypowiedziana

niewyobrażona


we własnej wyobraźni

paruję mgłą

niech cię nie zmyli mój uśmiech

cieniem kreślę

swoje niespełnienie

***

w tym mieście

mam tylko znajomych

i przyjaciół

w marzeniach


siedzę w malutkim pokoju

tak cichym przytulnym

że aż strach

i

idę ulicami

tak ruchliwymi głośnymi

że aż żal

i

nic

***

siedzę głośna

nic nie mówię

a cisza pokoju

walczy ze mną

okrutnie

niemo

***

słuchając naszej muzyki

piszę

do ciebie i siebie

opuszczona przez słowa

patrzę na pióro

i dziwię się że

jeszcze nie wyschło

tyle lat piszę

posłuchajmy co mówi

zawieszona ręka

bez pióra

***

już teraz wiem

jesteś kroplą deszczu

szukając drogi

życia

na szybie

brudnej

***

z uśmiechem

rzuciłam się

światu na szyję

a on

złamał mi rękę


***

lubię patrzeć

jak oczy drzew

malują moje okno

wtedy

wyobraźnia nie pozwala

na lenistwo uczuć

i słowa

znieruchomiałym gestem


uczę się

pojmować obraz

***

zastygłe

sople łez

z twojego serca

kłują moje oczy

dłonie mam lodowate

więc

próbuję uśmiechem

przepuścić przez palce

może

zapłacze

***

to miał być

Teatr Opętanych

my

wielka trójca

ale

wielkości nigdy w nas nie było

a trójca nie zaistniała jednością

teraz

krążymy opętani po kulisach

nie naszych teatrów

osobno

***

wszyscy mówili

że to przyjaźń

uwierzyłyśmy

może dlatego

nie umiałaś nic powiedzieć

i odeszłaś

bez słowa

bez znaku

bez spojrzenia

***

mówiła że

nic nie wiem

o

tworzeniu się

w łonie kobiety

milczałam o jego śmierci

jaką

dane było mi rodzić

***

ze snów uwiłam gniazdo

z marzeń stworzyłam skrzydła

wzlatuje

opadam

zdyszana ucieczką przed drapieżnikami

zraniona

leczę się we śnie

gubiąc piórka

rzeczywistość przyoblekam w skrzydła

zmęczona w gniazdo się wplatam

w którym możesz spocząć

swoja chwilą

***

z każdym dniem

coraz mniej wiem o tobie

i boję się chwili

kiedy spojrzę w twoją twarz

i ciebie nie zobaczę

***

wiem że

znów się spotkamy

w kawiarni

przy winie

gdyż

razem mamy wiele

do

przemilczenia


***

nie widziałam go dzień

wieczność

spotkaliśmy się w spojrzeniu

jego oczy zaorane księżycem

mówiły o nocy

poczułam jak

życie wąską stróżką

dopływa do źródła ziemi

i teraz

stoję

uśmiechem

rzeźbionym

zaćmieniem

***

w podróży

po naszej miłości

czasem

dla wytchnienia

przytul

zanim przestaniesz pragnąć

przytul

zanim

przestanę pragnąć

***

chciałabym dać ci

słowo

oczami

i

przyjmujesz

brzmienie palców

zawieszonych

w nas

***

uwielbiam pieszczotę wina

nasze pocałunki integracji

w barwach

nie zazdrosnych panicznie

o rzeczywistość i wyobraźnię

ale kiedy

marzenie rzeczywistością tworzysz

podaję ci siebie winem

chcąc jak ono ze mną

z tobą być

***

oni kołując lotem sępa

chcą odebrać nam wiarę

w życie naszej miłości

my jej kwitnieniem

odrzucamy ich nadzieję na żer

***

nieznana

cicha w geście

jesteś we mnie

pająkiem

splatającym

niepokoje


***

naszą porą jest ranek

od południa błąkamy się w ludziach

nocą ukryci w pościeli

tulimy się wyobraźnią do siebie

i zasypiamy

rozpaczliwie wierząc nadziei

***

dotykając oczami

dajesz życie

rzeczywistości

która wewnątrz

***

w trawę wiosenną wtopiona

ustrojona w cienie drzew

czekam na rozkwit ciebie

zasianego we mnie

przez nas

***

razem

obok

uczymy się słyszeć między

w zapatrzeniu

na siebie

i w siebie

z niepokojem

którego odcienia

znów nie dotkniemy

***

i

zostały tylko

korzenie

po

nagłym ścięciu

i

ta świeża kropla łzy

znieruchomiałej

***

to tak

jak byś nagle spadł z piętra

i stanął chwiejnym ciałem

na powietrzu

które cię zatrzymało

i czułbyś

jak wąska w nim szczelina próżni

ssie twoją skórę

a

słońce gra do tańca

i

prującym się wolno uśmiechem

wydobywasz

zrobiony na drutach ból

***

przyszłam do ciebie

rzeczy przywitały mnie

samotnością


teraz

wino i ja

w spotkaniu

***

jeszcze ten jeden raz

niedomknięte drzwi

jeszcze ten jeden raz

poświata słońca w kwiatach


może wzejdzie cisza

***

gasząc pragnienie winem

głód muzyką i poezją

tańcząc palcami i ustami

w naszych fluidach

pospiesznie

w ukryciu

próbujemy wygrać los

nieposłusznym sercem

***

cóż wiemy o sobie

z milczeń naszych

z mowy oczu

tańca ciała

i to co w nas

na ile ważne

by być wygadane

na ile chore

by być ukryte

***

ociekająca słońcem

w drodze

między

nie chcę

dostawać kwiata

łamanego w moich oczach

***

blask świecy

żyje drżącą jasnością

dla cienia

patrzącego szeptem

***

długowłosa dziewczyna

z twarzą żywego kamienia

z żelaznymi dłońmi

szła ulicą


martwy punkt

***

ulicą

tłum

szept

nie patrz w ich twarze

nie zaglądaj im w oczy

nie szukaj

bo się przestraszysz

***

goryczą dnia roziskrzony

spalasz

milczenie

nocy

by rano

rozsypać się

popiołem

***

chorymi oczyma

dotykał jej ciała

gdy

w pastelowym stroju

wyłaniała się z mgły

i dekadenckim tonem

wtopił się w nią

a teraz ona

rozchwiana mgłą nocy

jęczy

szept

połączenia

***

pytasz o moje milczenie

i nieobecność

cóż ci mogę powiedzieć

jaką muzyką rozedrgać

jakim obrazem rozprzestrzenić

kiedy skazana na stos

wszystko ogniu oddałam

i też

w czarów skupieniu

z popiołu powstaję

***

ty jesteś cień

księżyc

który nie świeci

bo nie masz

swojego słońca

***

jest czas

kiedy okno przybiera barwy

tęsknoty

niekiedy się zamyka

cicho

i patrzy księżycem

światu w oczy

i wyciszone

pustką wyje

do tęsknoty

***

odarta z pleców

przyjaciół gestem

nie udaję że

nic się nie stało

bo tylko to mi zostało w twarzy

i nie wiem

czy

transformując ból

w swoich przeoranych oczach

znajdę wiarę

***

umieram kiedy zdradza mnie

okno schronu

pusta szklanka od wina

nieotwarta książka

zatrzymany

samotnie spalający się papieros

kiedy zdradza

pusta tabliczka pastylek

muzyka i słowo

ale kiedy pukasz

umieranie odpuszczam sobie do jutra


***

rozkazałaś pamiętać

bezczas

a kiedy cisza

pozwoliła odwrócić się

oślepiałaś śniegiem i lodem

i

zabrałaś do swojego pałacu

nadzieję

teraz

posłuszna

proszę o łaskę

dla niej

Królowo

***

dotknąć

delikatnie

wiosenne drzewo

przytulić

się

narodzić

***

jeżeli odejdę

to w blask ptaka

nieruchoma tańcem

ślepa od przezroczystości

lżejsza od wagi ciała

w czas niemy od czucia

jeszcze chwilę dla siebie

w tobie

we mnie

w nikim


kiedy odejdę

płonąca świeca

powie może

jeżeli ktokolwiek zapyta

nie opowiem ci tej ciszy

(rok wydania 1995)

***

modlę się do

do Ciebie

który jesteś

Ciszą

modlę się

słowami

które nie mają

głosu

nadsłuchuję

pieśni Twojej

w kwiecie lotosu

medytuję


***

między nami

wszystkie niepowiedziane słowa

szepty rozpękłe od myśli

jest

niemy krzyk

nabrzmiałych uczuć

między nami

samotności nasze

złączone węzłem

wiary

nadziei miłości

***

naucz przyjmować

Twoją ciszę

gdy

chaosem rzucam się

zdyszana

***

opuściła mnie

tęsknota

i oczekiwanie

co nadzieją spogląda

a tylko wiara

patrzy na mnie

z ukosa

wyciągniętą ręką

***

życie zapukało

do mnie

ręką obłędu

nieświadoma

otworzyłam się

i teraz toczę boje

o swoją normalność

***

kiedy życie

cieniem rozłożyło się

pośród nas

cisza

pieśnią swoją

modliła się

za ciebie

i za mnie słowami

co milkną

zanim dotkną

istnienia

słowami co w pokorze

kłaniają się

słońcu

***

to nie pustka

wkradła się

między nas

to cisza

brzmieniem pieśni

koi serca

nasze

***

jest

między nami

cisza

w której twoja

i moja

samotność

***

kiedy strach

przed nagłą

i nie chcianą

samotnością

twój krzyk

uwięziony

w ciszy przerażenia

wciąż rozbrzmiewa

echem

we mnie

***

na początku

była

cisza


słowo

ciałem się stało

i zamieszkało


kiedy ciało

w słowo się przemienia

cisza otwiera

bramę życia

***

jest radość

co nie pęka

nabrzmiałością swoją

co poi

soczystością

siebie i nas

radość tak wielka

że aż

cicha

***

schodzisz

coraz głębiej

w samotność

co przygniata

monumentalizmem

co oślepia

tańcem światłocienia

schodzisz w pustkę

co uśmierca

owocami wspomnień

ożywia na chwilę

wspinasz się

mozolnie

na szczyt siebie

by tam zobaczyć

anioła stróża

który pomaga ci

przejść po stopniach

który pomaga ci

przejść przez siebie

***

słowa

nie są już

pełne uniesienia

nie rodzą

nowych owoców

a stare

już przejrzałe

milczą

jak cisza

poranna

***

kiedy samotność

weźmie cię

za rękę

przyjdzie ci

nauczyć się

rozmawiać z ciszą

w której jest wszystko

co z ciebie

***

wyrazić ciszę

która otula

swoją pieśnią

na progu

życia

***

kiedy słońce kwitnie

gwiazdami

księżyc zapyla

moje sny

ich nektarem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.54
drukowana A5
za 31.9