PROLOG — Holnara i cień chobołda
W kuchni panowała cisza, którą mąciły jedynie dźwięki palącego się drewna. Kominek był jednym z niewielu źródeł światła — oprócz niego półmrok rozjaśniały niedopalone świece. W ciepłym powietrzu unosiła się woń grzybów i ziół. Pomieszczenie było przytulne, choć opustoszałe — kucharki udały się już na spoczynek. Holnara o tym wiedziała i dlatego postanowiła tu wejść. Jej rozedrgane wnętrze nie wytrzymałoby kontaktu z kimkolwiek, krasnoludzica zamierzała zostać w kuchni do rana. Drewno, które prawie zmieniło się w popiół i krótkie świece dawały chwilę na zastanowienie, a po tej chwili miały ją ukryć w braku światła. Tylko nad czym tu się zastanawiać? Kierownik kuchni i jego perwersyjne zachcianki. Dziwne, że nie rozpłakała się jeszcze.
— Czhy szhie czhymś martfiszh? — wyseplenił chobołd, który wylazł spod stołu
Holnara zadrżała i niemal krzyknęła:
— Nie interesuj się!
„Dziwne, że się odezwał. Zazwyczaj spełniał funkcję niemego pomocnika.” Pomyślała.
— Po prostu mnie zostaw, nie chcę nikogo widzieć. — Powiedziała po chwili, po czym spuściła głowę i zmarszczyła czoło, zasłoniła też oczy ręką, by chobołd nie widział, jak zbiera się jej na płacz.
Stworek, słysząc jej lekko rozpaczliwy ton, wlazł pod stół i wrócił do robienia tego, w czym był najlepszy — samą swoją obecnością odstraszał szkodniki.
Drewno i świece się wypaliły, a Holnara zapadła w sen.
***
Dzień za dniem jako kucharka wśród nielubianych (i to z wzajemnością) koleżanek oraz kierownika kuchni, który wtajemniczał swoje nowicjuszki w arkana cielesnej przyjemności — dość wątpliwej zresztą. Z każdą dobą Holnara odczuwała w sobie coraz większe pokłady agresji. Niedawno ten lubieżny, obleśny knur wziął na przyuczenie czeladnika i chwalił się przed nim swoimi kolekcjonerskimi sukcesami. Podsłuchała ich rozmowę, a raczej usłyszała, bo przełożony nawet nie miał ochoty zbytnio tego tuszować: „Ta ostatnia miała więcej pierwiastka chłopskiego. Che, che, che! No ale trzeba mieć zasady — żadnej nowej nie przepuszczę”. Na twarzy krasnoludzicy, gdy usłyszała te słowa, pojawił się grymas obrzydzenia. „Niech się weźmie za tego nieopierzonego młodzieniaszka” — pomyślała, mając ochotę powiedzieć to kiedyś głośno. Poza tym wszystko toczyło się stałym, miarowym rytmem, i to, że oprócz incydentu z czeladnikiem panowała jakaś dziwna zmowa milczenia, doprowadzało najmłodszą kucharkę do wewnętrznej furii. „Jak gdyby nigdy nic, jakby nic się nie stało” — powtarzała w myślach.
— Musziszh stąd szhię ruszycz, takie życie czię zamęczhy! — Wyseplenił chobołd, gdy Holnara kończyła właśnie myć naczynia.
— Nadal nie pojmuję, dlaczego się w to mieszasz — odpowiedziała mu, nie dając po sobie poznać, że jego zainteresowanie ją cieszy
Stworek wylazł spod stołu, a kucharka mogła mu się dobrze przyjrzeć. Wyglądał jak szczenię, które jeszcze nie przejrzało na oczy — jego powieki były opuszczone, ale oczy miał duże. Na głowie rosły mu dwa rogi, jak u bardzo niewielkiej kozy. Z tyłu posiadał ogon z sierścią tworzącą coś na kształt pomponu oraz pazurki — ciemne i błyszczące. Chobołd miał też bliznę na pysku, przez co nie potrafił wyraźnie się wypowiadać.
Nic nie powiedział, ale dał jej niewielki pergamin.
— Co to jest? — Zapytała zdziwiona Holnara
— Sspiss kśąszek. O bohaterkhach waszhej rasy.
— I na co mi się to ma przydać?
Chobołd nie odpowiedział. Przybrał widmową postać (to znaczy: stał się niewidzialny) i podreptał pod stół, co można było wywnioskować z dźwięków małych kroków.
Rozdział I — PIERWSZA RANA
Następnego ranka Holnara obudziła się wcześniej, niż zazwyczaj — zdziwiona, że nie czuje się niewyspana i udało się jej w ogóle zasnąć. W końcu planowała poważne przedsięwzięcie. Przetarła oczy i wstała z łóżka, by obmyć twarz. Tak długo te rutynowe czynności stanowiły podstawę jej życia, że nie wyobrażała już sobie innej opcji, by zacząć dzień. Jej niewielki pokój i praca w kuchni pochłaniały ją bez reszty. Nagle przez jej umysł przebiegło olśnienie — że wstając i planując ucieczkę, wreszcie zrobi coś ekscytującego. Niewola krasnoludów pod jarzmem ich panów była co prawda wygodna — czasami, oprócz zagwarantowanej stabilizacji i sfery bezpieczeństwa, krasnolud mógł chwilowo skorzystać z karczmy. Wojennym nie udało się wymazać tradycji konsumowania piwa przez swych niewolników, choć całkowicie usunął z ich tożsamości bóstwa, które czcili, historię i bohaterów. Nigdy też nie doszło do odzyskania niepodległości, a kilka powstań zostało krwawo stłumionych.
Holnara nie znała za dobrze swojej historii. Wymazano jej tożsamość, a wraz z nią — wiedzę o samej sobie. I nagle jakiś dziwny głos, na wespół ze wskazówkami chobołda, nakazał jej choćby spróbować ucieczki. Spakowała więc podstawowe, jak jej się zdawało, przedmioty: blaszany dzbanek, patelnię, grzebień, sztućce (w tym nóż) i ten pergamin od chobołda, choć co do ostatniego — przez chwilę wahała się, wątpiąc w praktyczność tej rzeczy na szlaku. Mając też niewielki zapas prowiantu postanowiła powoli czmychnąć z kompleksu kuchennego.
Szła przez korytarz z szeregiem pomieszczeń i zastanawiała się, czy ta niewola nie jest bardziej mentalna, niż realna — gdyż droga do wolności nie była jakoś specjalnie zabezpieczona, zapięta na ostatni guzik. Wygoda i komfort niewoli były gorszymi wrogami wolności. Mimo to, stawiała kroki ostrożnie.
— Dalej! Niech babochłop walczy z chłopobabą! — krzyczał widz na arenie.
Holnara co prawda wymknęła się z kompleksu pomieszczeń, ale weszła chyba w nieodpowiednie drzwi. Prowadziły one do przedsionka gladiatorów. Wojenni lubowali się w krwawych igrzyskach i jeden ze strażników postanowił, by ukarać Holnarę za jej chęć ucieczki. Wpadła jak przysłowiowa śliwka w kompot — w sam środek utarczki. Jej przeciwniczką miała być pewna półorczyca — niezbyt urodziwa, z bliznami na ciele, na pewno bardziej doświadczona w walce od byłej kucharki.
Holnara pod okiem kilku niemiłych strażników musiała przyodziać kolczugę, dostała też prymitywną maczugę i drewnianą tarczę. Stała przed wrotami prowadzącymi na arenę i po raz pierwszy odczuwała tak silny niepokój. Półorczyca, która wydawała się pewna zwycięstwa, tylko śmiała się szyderczo.
— A teraz krasnoludzica, która chciała uciec, zawalczy z półorczycą złapaną w Lądach Niczyich! Niech to będzie przestroga dla wszystkich krnąbrnych krasnoludów! Staaart!
Po krótkim przemówieniu wrota zostały otwarte, a półorczyca wybiegła wprost na środek areny. Holnara natomiast wyszła. Bez pośpiechu, ze spokojem. Przez około minutę obie rywalki były skonsternowane — Holnara sparaliżowana nieco strachem, półorczyca natomiast zwlekała z atakiem z innego powodu — chciała przerazić swoją antagonistkę. W końcu jednak ruszyła ku niej, zdziwiona, że krasnoludzica jest dziwnie spokojna. Podbiegła, zamachnęła się z całej siły, chcąc uderzyć Holnarę kolczastą buławą. Jej cios został jednak odparty przez zakrycie tarczą. Mało tego, Holnarze udało się nawet wyprowadzić swój cios, i to dość celny — uderzyła półorczycę w ramię.
To pierwsze zwarcie skutecznie powstrzymało szyderstwo widzów. Holnara nabrała też nieco odwagi, gdy zauważyła, że jej siła i waleczność były czymś jakby uśpionym, ale nie wymazanym. To jak instynkt czy zew — przebudzenie chęci przetrwania, jakie odżyło na tyle mocno, by świeżo upieczona wojowniczka natarła z taką siłą i mocą, że jej rywalka osunęła się na ziemię. Holnara natomiast zaczęła ją obezwładniać, lecz ostatkiem sił półorczyca zdołała uderzyć przeciwniczkę w ramię. Struga krwi popłynęła jednak do ust półorczycy. Sekundant, jaki stał z boku — odliczył do pięciu, po czym, ku niezadowoleniu widzów, oświadczył, że zwyciężyła krasnoludzica.
— Buuuu! — skandował niezadowolony tłum.
W takim wypadku prawo nakazywało uwolnienie Holnary. Zwycięstwo było druzgocące. Postanowiono zatem, że całe zajście zostanie objęte zmową milczenia — kto wie, czy nie doszłoby do rewolucji krasnoludów, czy nawet zrywu powstańczego, a tego Wojenni nie chcieli.
— Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się! Możesz wziąć ze sobą także uzbrojenie! — krzyknął strażnik.
Holnarę wyrzucono za mury. Po tak szczęśliwym, albo i nie — biegu wydarzeń nie pozostało jej nic innego, jak ruszyć przed siebie.
Jeden z widzów po całej walce udał się do strażników, by uzyskać informacje o tej krasnoludzkiej kobiecie.
— Nazywam się Elvanell z Wieży Mgieł. Elf wysokiej gracji i reputacji. — Wyrzekł z niemałą dumą. — Kim była owa krasnoludzka kobieta, jaka pokonała półorczycę?
— To nikt szczególny. Kucharka, która chciała uciec z kolonii. — Odrzekł strażnik.
Elf nie odpowiedział. Ruszył tylko w stronę bramy, gdzie jeszcze nie zatarły się ślady Holnary.
Epilog rozdziału pierwszego