E-book
4.17
drukowana A5
38.99
Historia totalnie krzaczasta

Bezpłatny fragment - Historia totalnie krzaczasta


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8467-672-1
E-book
za 4.17
drukowana A5
za 38.99

Pewne historie zaczynają się przynajmniej z pozoru zwyczajnie i zarazem bardzo niezwyczajnie i tak się też zacznie moja opowieść zaliczana przynajmniej na pierwszy rzut oka do tych życiowych. Zacznie się w pewnej bibliotece zaliczanej do wiekowych i jednocześnie tętniących urodą starego, po części wysłużonego drewna.

W tej oto bibliotece swe pozornie zwyczajne spotkanie autorskie miał Norbert Osiński i co równie istotne to nie było jego pierwsze spotkanie autorskie, bo zaliczał owe już od ponad osiemnastu lat w różnych bibliotekach i w trakcie każdego ze spotkań przynajmniej przez jakieś piętnaście minut czytał fragment swojej książki, swojej aktualnie promowanej książki i dlatego jedynym co wyróżniło ów typowe spotkanie autorskie była moja obecność. Może to i dziwne, ale przyszedłem na to konkretne spotkanie autorskie ubrany dość zwyczajnie, czyli w niezbyt czystych butach i w koszuli wymiętolonej przez ostatnie trzy dni.

Usiadłem na krześle w sposób raczej mało elegancki i dość głośny. Wziąłem z talerza kilka ciastek typu markizy. Wziąłem ich chyba trzy, czy też maksymalnie pięć i jadłem jej tak jakby nikogo innego nie było w tej konkretnej bibliotece. Ciekawym było też i to, że nawet nalałem sobie kawy z ekspresu, którą to chyba nadmiernie posłodziłem aż czterema łyżeczkami brązowego cukru. Doskonale wiedząc o tym, że Norbert i inni zapewne wybaczą mi tego typu zachowania, bo po wielokroć puszczali mi tego typu wypady płazem.

Tak pijąc jedząc ciastka i słuchając Norberta chyba w jednej trzeciej skupiałem się na jego głosie, a konkretniej to na opowiadaniu, które to czytał, a czytał o pewnych dwóch dziewczynkach, z których to jedna była tą adoptowaną, dość nieśmiałą, urodziwą, imponującą wyglądem i rozmaitymi talentami. Osobiście ów opis bardziej pasował mi do takiej małej blondyneczki o zaskakująco słodkim spojrzeniu ubierającej się w perfekcyjnie wyprasowane ubranka i uczącej się pilnie w szkole podstawowej, ale autor, którego to słuchałem inaczej ją przedstawił, a konkretniej to dał jej włosy czarne jak węgiel i oczy mogące przekazać rozmówcy aż milion myśli jednocześnie. Być może te oczy były detalem przesadzonym, ale w jego opowieści były one w znacznym stopniu niebieskie z niewielką, ale też i istotną domieszką tych zielonych nut.

Chyba tak to właśnie ujął, ale równie wiele znaczyło też i to, że ta dziewczynka była adoptowaną i w nowej rodzinie czuła się specyficznie, a dokładniej to tak jakby była w pięknym śnie, który to za kilka minut miał się rozmyć. Dokładnie tak samo, jak farba skapująca z pędzla rozpływa się w dziko płynącej, mało przyjaznej rzece.

W tym konkretnym śnie była też macocha i co najważniejsze nie była to jakaś wredna kobieta zachowująca się jak kierowniczka w zakładzie produkcyjnym. Tak nie było, bo był to ktoś o zaskakująco serdecznym spojrzeniu, ktoś raczej bardzo wart zaufania, czyli macocha piękna, której to styl ubierania się pasował do kogoś, kto nie lubi jakichś totalnie sztywnych norm społecznych. Niemniej jednak ten styl ubierania to nie był też bunt względem norm, bo jakieś dwadzieścia procent ubioru ów macochy mówiło wprost o tym, że jest artystyczną przyjazną duszą, a reszta była taką jakby jedwabista uległością względem dyscypliny.

Właśnie tak zapamiętałem opis tej macochy, choć Norbert go bardziej rozwlekł i co równie istotne w jego słowach opis ten był znacznie bardziej kwiecistym od moich kanciastych określeń związanych z jej osobą.

Macocha ta miała też swoją biologiczną córkę, a dokładniej to blondynkę o kręconych włosach, która to dobrze się uczyła i była też należycie obowiązkową. Niemniej jednak ta chuda córka żyła tak jakby na czas. Mowa tu konkretnie o tym, że były w jej życiu pewne normy, a dokładniej to wstawała do szkoły i to tak jakby lekko leniwie. Wstawanie to było punktualnym, ale zaczynała je dość wcześnie i rozwlekała tak jakby w czasie, a gdy już wstała to jadła jakieś śniadanie, które to można było nazwać dość złożonym, ale też i takim jakby zaprogramowanym, po zjedzeniu tego śniadania szła do szkoły, uczyła się, wracała ze szkoły, jadła obiad i odrabiała lekcje.

Później zaś ta biologiczna córka matki o zapędzie artystycznym była sobą, a dokładniej to robiła to co chciała, czyli dokuczała swojej przybranej siostrze. Dokuczanie to nie było czymś szczególnie dostrzegalnym, czyli przeszkadzała jej do jakiegoś stopnia w uczeniu się i nawet nakazywała jej sprzątać w domu zamiast niej. Ta adoptowana dziewczynka rzecz jasna sprzątała. Tylko, że sprzątaniem za przysłowiowego darmola bym tego nie nazwał, bo za pilną pomoc dostawała od przyczepianej siostry owoce, cukierki i inne ciekawostki. Raz otrzymała nawet od przyczepianej siostry wisior z czaroitem, który to miał kształt gwiazdy o sześciu ramionach i na dokładkę osadę z takiego antycznego srebra. Ów osada była rzecz jasna uszkodzoną i po całym tym drobiazgu było widać to, że długo leżał w ziemi. Tego śladu długiego pobytu w glebie nie zmyła nawet dość dokładna kąpiel w płytkiej rzece. Mimo to ta adoptowana dziewczynka szybko dorobiła do ów wisiorka taki cieniutki czarny sznureczek i zaczęła nosić jako własny.

Traktowała go nawet jako wyjątkowo cenny skarb, choć w przeciągu roku po jego otrzymaniu dokuczająca siostra znalazła jej nad rzeką niewielki meteoryt, pokraczną septarię o masie blisko kilograma i równie wielki kawałek kwarcu miodowego. Wszystkie te przedmioty adoptowane dziewczę uznało za własne skarby i po dokładnym umyciu pochowała po własnych szafkach i wieczorami te przedmioty przeglądała, czyli obracała we własnych dłoniach przez jakiś czas i odkładała tam gdzie było ich miejsce. Lecz wisior był jej stałym towarzyszem, czyli nie rozstawała się z nim praktycznie nigdy i trudno powiedzieć dlaczego tak właśnie było. Być może dlatego, że był to pierwszy trwały prezent, który to dostała od nowej własnej rodziny lub ze względu na to, że był dostatecznie lekkim by go nosić cały czas.

Wisior ten na dokładkę tak jakby stale ją uspokajał i to nawet wtedy gdy sprzątanie bałaganu po dziko postępującej przybranej siostrze było aż nazbyt mozolną czynnością, bo było takową i to nie raz w przeciągu pierwszych trzech lat życia z artystyczną macochą i jej biologiczną córką.

Tylko, że po tych trzech latach coś dość istotnego się zmieniło, a konkretniej to ta pogodna adoptowana brunetka o zaskakująco słodkim spojrzeniu zaczęła tworzyć wręcz wyborne opowiadania o tematyce życiowej. Ów opowiadania tak jakby po części były zainspirowane tym co się działo wokół niej samej, choć też i do jakiegoś stopnia inspirowała się serialami, które to raczej były dla niej bardziej zasłyszanymi, aniżeli oglądanymi. Niemniej jednak większość fabuły swych opowiadań wymyślała miksując ze sobą te wszystkie zasłyszane wątki i to było w niej najciekawsze, bo bardzo dobrze dostrzegała istotne detale, ale jeszcze lepiej słuchała ludzi i tak jakby natychmiastowo automatycznie weryfikowała ich wypowiedzi.

Można uznać to za bardzo niezwykłą zdolność jak na dziewczynkę, która miała niecałe dwanaście lat. Szkoda tylko, że właśnie wtedy gdy słuchałem czytającego Norberta to nie spamiętałem kilku istotnych detali, czyli imion tych postaci, gdyż bardziej interesowało mnie to rozklejanie ciastek typu markiza. Właśnie po to by zjeść owe i to w taki zaplanowany sposób. Tak rozwlekałem czas, czyli dzięki tej czynności kawa tak jakby ostygła do stopnia akuratnego, a konkretniej to stygła przez te pięć lub sześć minut. Mniej więcej jakoś tak i zanim zaczerpnąłem ten pierwszy łyk z kubka to rzecz jasna stało się coś zaskakującego, a dokładniej to jedna z kobiet obecnych na spotkaniu autorskim nagle wstała i początkowo wyglądało tylko na to, że wyjdzie w stylu zaliczanym do totalnie chłodnych i lekkomyślnych zarazem.

Osobiście mnie to raczej nie zaskoczyło, bo ona prezentowała się tak jak odpicowana lalunia. Tak była urodziwa i bystra zapewne także, ale sprawiała też wrażenie kogoś, kto zjadł większość rozumów tego świata i w związku z tym wychodziła tak jakby automatycznie i z taką jakby wyćwiczoną pogardą. Tylko, że zanim wyszła to uczyniła coś zaskakująco wymownego a konkretniej to najpierw spoliczkowała Norberta Osińskiego, a następnie powiedziała coś o tym, że nie ma prawa używać historii życiowej jej przyjaciółki w celach zarobkowych. Stwierdzenie to nie padło w szale, tylko było czymś na kształt metalicznej chłodnej wypowiedzi, która to wypełniła biblioteczne wiekowe pomieszczenie. Kończąc swoją wypowiedź ta zaskakująco modna blond lalunia w pewny siebie sposób zepchnęła książki Osińskiego na podłogę. W jej uczynku zbrakło szału, czy też jakiejś grzmiącej pogardy. Jednym słowem to konkretne rozrzucenie książek było niczym cios trenowany dziesiątki tysięcy razy, aż do szafirowej perfekcji.

Uczynek ten był finałem jej poczynań, a potem wyszła z biblioteki tak bardzo bardzo lekko, tak jakby szła chodnikiem w taki typowy zaskakująco pogodny wiosenny dzień.

Tylko, że faktycznie jej uczynek był czymś co dostrzegli wszyscy zgromadzeni w bibliotece i wszyscy poza mną zaczęli szeptać o tym, co faktycznie uczyniła jeszcze przed jej wyjściem i chyba tylko ja tego nie uczyniłem i to nie dlatego, że właśnie wtedy piłem kawę. Ów picie kawy nie było moją wymówką, bo chyba jako jedyny po tym konkretnym zajściu zapragnąłem poznać dalszy ciąg tej opowieści, czy też całe opowiadanie, tak od deski do deski.

Być może właśnie ze względu na to, że dokładnie zapamiętałem tamtą odpicowaną blondynkę ubraną w taki jakby jasny brąz. W tym jej ubiorze coś było i było coś w tej jej wypowiedzi dotyczącej historii życiowej jej przyjaciółki. Dlatego przez jakiś czas nawet pomyślałem, że jej przyjaciółka miała nawet romans z Norbertem. Właśnie ta opcja wydała się dla mnie nawet bardzo prawdopodobną, bo znałem go od dziecka i doskonale wiedziałem jak go odmieniło wejście w dorosłość. Może i nawet żałowałem tego, że moje wejście w dorosłość nie wyglądało podobnie.

Niemniej jednak to zaledwie te moje dość luźne myśli, a dokładniej to muszę powrócić do rozkładu, czyli ta odpicowana blondynka wychodzi, a Norbert tak jakby nigdy nic powraca do czytania własnej książki. Powraca w stylu, który ja bym nazwał tym udawanym mechanicznym. Mowa tu dokładnie o tym, że powraca do czytania, ale nie w tym samym miejscu, tylko jakieś trzydzieści stron dalej i to zaczyna się robić ciekawie, bo niestety nie ma już tej pogodnej adoptowanej brunetki o zaskakująco słodkim spojrzeniu. Nie ma jej i jest jednocześnie. Dziwne to objaśnienie, ale niestety mój znajomy autor powraca do czytania w specyficznym miejscu, czyli wtedy gdy potrąca ją lekko pijany kierowca samochodu dostawczego o masie jakichś kilku ton.

Trudno dokładniej powiedzieć, dlaczego pominął spory fragment tekstu. Możliwe, że ta odpicowana lalunia wytrąciła go z równowagi, albo zrobił to celowo, czyli po to by zaciekawić mnie i nie tylko mnie. Jednym słowem wyczuł to, że potencjalni nabywcy zaciekawili się opowieścią i dlatego też zrobił sporo znaczący przeskok, aby ludzie po pewnym czasie rzucili się po to opowiadanie i faktycznie się rzucili. Tylko, że zanim to się stało, to oczarował wszystkich opisem śmierci. Tym wygasaniem różanych iskierek życia w spojrzeniu niezwykłej dziewczynki, czyli w jej niezwykłych oczach, które to na dokładkę zaczęły spływać krwią. Krew ta była jej krwią i co najważniejsze była też i opcją dość niezwykłą, bo w słabym oświetleniu wydawała się być czymś takim jak szlam, jak takie sadze wymieszane z wodą.

Opis ten był poruszającym i to na tyle, że w trakcie jego słuchania upuściłem kubek wypełniony kawą blisko do połowy. Dokładnie nie pamiętam jak to się stało. Być może ktoś mnie lekko trącił, czy też zwróciłem uwagę na auto za oknami biblioteki, czy też i jedno i drugie lub ani jedno z powyższych. Tylko, czy te poboczne detale są aż tak istotnymi. Liczyło się wtedy chyba tylko to, że kubek spadł, a ja z poczucia obowiązku posprzątałem po sobie i to w takim podręcznikowym stylu.

Właśnie dlatego ostatni egzemplarz książki, czy też jego opowiadania stał się celem moim i jakichś dwóch kobiet o nonszalanckim podejściu do życia. Jedna z tych kobiet tak bardzo chciała mieć tę książkę i dlatego nawet była gotowa przepłacić za nią, ale Norbert wzorowo wydał jej resztę i na sam koniec mnie zdziwionemu wspomniał o tym, że jeszcze się załapię na tę książkę, bo ma w domu nieomal sto egzemplarzy, a jego wydawca już wysłał mu kolejne i że będą u niego w przeciągu trzech kolejnych dni.

Słowa te wypowiedział w lekkim pośpiechu, choć dość serdecznie i dlatego też tak jakby zrezygnowałem z walki o ostatni egzemplarz książki i wyszedłem z biblioteki mówiąc coś o tym, że biorę go za słowo i to w takim lekko luzackim stylu.

Dosłownie kolejnego dnia jakieś piętnaście minut po siedemnastej miałem już jego książkę w rękach i co najciekawsze przez dłuższy czas nie mogłem oderwać wzroku od jej okładki, a stanowiły ją takie jakby bez twarzowe drewniane marionetki raczej przypominające te manekiny do testów zderzeniowych, choć wyróżniał je poniekąd pociągający rysunek drewna. Wyróżniała je też i ta krew, która to nie odbijała światła i właśnie dlatego prezentowała się tak jak jakaś substancja smolista. Gdyby Norbert nie powiedział mi wprost, że to ludzka krew, to uznałbym, że jest to jakiś pył węglowy wymieszany z wodą i najprawdopodobniej w błąd wprowadziłbym wszystkich tych, którzy zapytali by mnie o motyw graficzny okładki.

Może i ma to jakieś znaczenie, a może i nie, ale do domu powróciłem w przeciągu godziny od otrzymania ów książki i co najistotniejsze zacząłem ją czytać zaraz po zjedzeniu czegoś na szybko. Był to chyba odgrzany obiad z poprzedniego dnia, czyli coś aż nazbyt typowego z mojego punktu widzenia, ale teraz już nie pamiętam, co to dokładnie było. Z tego konkretnego dnia chyba najlepiej zapamiętałem okładkę tej książki, to że była to pierwsza książka, za którą zapłaciłem Norbertowi i to tak jakby automatycznie i imię tej macochy z jego książki. Ona miała na imię Helena i tak jakby tętniła poetycką magią, zrozumieniem, oraz ciepłem.

Kobieta ta miała córkę, ale też i czuła, to że jej córka nie staje się artystyczną duszą. Jednym słowem nauka dla jej córki była obowiązkiem, z którego to wywiązywała się w iście mechaniczny sposób i co najistotniejsze o wiele bardziej interesowały ją zabawy i to takie aż nazbyt szalone, a przedmioty z duszą były dla niej czymś, obok czego przechodziła nieomal obojętnie. Być może to właśnie ze względu na to Helena zapragnęła adoptować jakąś dość niezwykłą dziewczynkę w wieku jej córki.

Wytłumaczenie tego typu tak jakby podsuwał sam autor, a dokładniej to adoptowane dziecko miało tak jakby nieco odmienić los jej biologicznej córki, by bardziej zapragnęła być artystyczną duszą zakochaną w prawdziwym pięknie. Z drugiej strony liczyło się też i to, że Helena była samotną matką. Mowa tu konkretnie o tym, że wybranek jej serca był niestety przedstawicielem handlowym, który to niemal każdą wolną chwilę poświęcał na wędrowanie po lesie i fotografowanie dzikiej przyrody. Fotografowanie dla niego było i pasją i lekarstwem, zaś dziecko w jego życiorysie było błędem, bo szybko pojął to, że nie nadaje się na ojca i dlatego jego córka widywała go góra przez trzy dni w skali roku i co najważniejsze te jego odwiedziny nie bywały tymi dostatecznie smacznymi, czyli w trakcie trwania owych bardzo często zerkał przez okno na parkowe drzewa i przez to zerkanie był tak jakby nieobecny. Był tak jak jakaś kukła, a jego duch był niestety w innym miejscu. W ten konkretny sposób można było go streścić.

Niemniej jednak kluczowe znaczenie miało to, że gdy jego biologiczna córka miała te sześć i pół roku to niestety go zbrakło. Trudno powiedzieć, czy właśnie wtedy jechał do pracy, cz też z niej powracał, ale jedno było pewne, a dokładniej to jakiś kierowca sporego samochodu dostawczego skasował jego auto służbowe. Nie dlatego, że ów kierowca był pijany, tylko ze względu na to, że było ślisko, a widoczność była nędzna. Słabo brzmi to wytłumaczenie, ale właśnie tak czasami w życiu bywa. Ktoś popełnia taki niezbyt duży błąd i co najistotniejsze konsekwencje są poważne. Tylko, że ów wydarzenie góra w stopniu średnim odbiło się na Helenie i nie dlatego zaplanowała adopcję, bo już wcześniej i to planowała i jasno o tym mówiła, ale po tym wypadku jej plany tak jakby stały się o wiele głośniejszymi, czyli ich realizacja była bliższą niż kiedykolwiek wcześniej.

Dzieło Norberta rzecz jasna nie tłumaczyło tego jak Helena spełniła wymogi związane z adopcją, ale pewne rozwiązania sugerowało, a dokładniej to w życiu Heleny pojawił się ktoś jeszcze, czyli prawnik, który to był osobą o dziesięć lat starszą od niej samej i z jakiejś przyczyny był on sam. Tej przyczyny Norbert Osiński nie chciał nawet słownie naszkicować, ale jego bohaterka się z nim związała i to nie ze względu na to, że pomógł jej z tymi prawnymi kruczkami, tylko dlatego, że miał to ciepło w głosie i był sprytny, ale miał on także taki jakby dryg do używania tych żartobliwych metafor zaliczanych do absurdalnych. Były one raczej stereotypowymi i często wypowiadał je w mało odpowiednich do tego chwilach. Tak to był jego minus, ale wielu tej jego wady nie dostrzegało aż tak wyraźnie, bo przewyższały jego zalety i to właśnie dzięki nim w mniej niż pół roku ułatwił Helenie adopcję pewnej niezwykłej dziewczynki. Ułatwił w znacznym stopniu dlatego, że jego absurdalny dowcip był mało smacznym skutkiem jego dobra, jego bardzo dobrej motywacji, czyli ta motywacja mogła być nawet wybawieniem dla niezwykłej dziewczynki.

Dziewczynki o słodkiej twarzyczce i nieomal idealnych czarnych włosach. Ta dziewczynka była piękna jak laleczka, serdeczna, uczynna i bardzo pragnęła stać się członkiem jakiejś artystycznej rodziny. Pragnęła tego tak bardzo bardzo mocno, że gdy po raz pierwszy zobaczyła Helenę to szybko pobiegła ją przytulić, bo wydała się dla niej kimś kto maluje i rzeźbi przez całe życie. Właśnie na to wskazywała jej aparycja, oraz to, że Helena nie zaczęła od tego spoglądania na twarze dzieci w domu dziecka, bo bardziej spodobał się jej pewien obraz, który to był zaledwie wydrukowaną reprodukcją. Właśnie na nim zawiesiła swój wzrok skupiając się na wyróżniających go detalach, które były też i zaskakująco smacznymi. W tym skupianiu się na detalach dołączyła do niej ta dziewczynka z drygiem do zostania artystką, przytuliła Helenę w sposób lekko szalony i wspomniała o tym, że bardzo podoba się jej jeden detal, czyli to namalowane lśniące jabłko, które to wskazała palcem. Następnie ta dziewczynka przedstawiła się używając imienia Franciszka i to w sposób taki bardzo smaczny. Zasadniczo to wymówiła własne imię tak jakby była nieomal dorosła, ale miała trochę ponad osiem lat. Najprawdopodobniej nie był to pierwszy raz, czyli Helena musiała zerkać w jej stronę już od momentu, w którym to po raz pierwszy przespacerowała się obok domu dziecka. Coś w tym stylu sugerował Norbert w swoim sposobie opisywania Heleny, a dokładniej to nie skupiał się na jej wyglądzie, tylko na tym jaka ona jest, czy też była. Była zaś kimś kto początkowo skupia się na wyglądzie danej osoby, na sposobie jej lub jego spoglądania i na tym jakie gesty zaczyna czynić dana osoba. Detale te dla Heleny miały znaczenie kluczowe, ale jedynie razem, gdyż z osobna nie mówiły aż tak wiele.

Tak Helena była specyficzna, bo w jej przypadku wygląd nie oznaczał wyglądu samego w sobie, jej raczej chodziło o ten czar, który to wnosi wygląd danej osoby do otoczenia i ten czar musiał dla niej smacznie współgrać z gestami. Tak te słowa brzmią płytko jak plugawe bajoro w porównaniu z określeniami, których to użył Norbert, a przypominały one bardzo magiczny karmel elbaitowy. Zaś ja nie jestem nim i nie da się tego ukryć i dlatego w moim opisywaniu jego opowiadania przeskoczę już do czasów, w których to Franciszka należała już do rodziny Heleny. Od swojej przybranej siostry dostała ten wisior z czaroitem w kształcie gwiazdy w tej uszkodzonej srebrnej osadzie wyglądającej na wiekową. Chodzi mi o ten znaleziony w ziemi i umyty w rzece.

Nie da się ukryć, że Norbert lepiej opisał ten drobiazg ode mnie. Tak samo jak i inne drobiazgi zazwyczaj znajdowane przez przybraną siostrę Franciszki. Te ciekawe pod względem urody drobiazgi rozbudziły w niej talent w niecałe trzy lata, a potem ów talentem olśniewała przez prawie dwa lata. W tym oto czasie stworzyła jakieś trzy grubsze książki, chyba dwanaście wciągających opowiadań i osiem obrazów. Kolega pisarz rzecz jasna rozpisywał się o tych dziełach, o ich unikatowych detalach, a dokładniej to poświęcił ów opisywaniu wiele stron. Strony te były wypełnionym określaniami przypominającymi magię bystrych wiśni anatazowych, a w moim przypadku są zaledwie te chłodne totalnie żyletkowate stwierdzenia o tym, że jej rozwój artystyczny miał miejsce i że był tym zaskakująco intensywnym, był tym intensywnym ponad wszelką miarę.

Problem tkwił tylko w tym, że ów rozwój artystyczny nie mógł trwać wiecznie, a dokładniej to po tych dwóch latach od rozbudzenia się talentu Franciszki wydarzyło się coś znaczącego bardzo bardzo wiele. Wydarzenie to zaczęło się od aspektu w miarę zwyczajnego, a dokładniej to Franciszka poszła do najbliższego osiedlowego sklepu. Tak to była zima i dlatego też wcześnie zaczęło się robić ciemno i na dokładkę widzialność była raczej mizerna. Do tych konkretnych utrudnień należy także doliczyć kierowcę niewielkiego auta dostawczego, który to nadal miał nieomal trzy godziny pracy przed sobą i na dokładkę wypił niewielkiego grzańca, po to by się nieco ogrzać, gdyż jeździł autem, którego kabina była raczej chłodną i głośną. Ten właśnie kierowca potrącił Franciszkę, która to wbiegła na drogę tak bardzo bardzo bezmyślnie. Teoretycznie to nie powinno tak być, ale tak się stało, bo ona się nie rozejrzała, choć dość dobrze słyszała ten konkretny samochód. Słyszała go, ale mogło się jej wydawać, że nie jedzie w jej kierunku. Wytłumaczenie tego typu sugerował Norbert, ale trudno powiedzieć, czy miało ono coś wspólnego z prawdą, czy też nie. Pewnym natomiast było to, że ów kierowca potrącił niezwykłą Franciszkę, choć to nie zderzenie z autem ją uśmierciło, ale jego następstwo, czyli uderzenie głową o betonowy krawężnik kilka metrów dalej.

Zdarzenie to można zaszufladkować do nieszczęśliwych wypadków, bo tu akurat zgrało się kilka niekorzystnych czynników jednocześnie. Coś takiego ma miejsce raz na jakiś czas i co równie istotne na miejsce zdarzenia szybko dotarła biologiczna córka Heleny Anna. Rzecz jasna nie dlatego, że szukała swojej adoptowanej siostry Franciszki, ale chyba ze względu na to, że wracała do domu, bo uprzednio spotkała się ze znajomymi.

Jeśli zaś chodzi o mnie to mi osobiście ten fragment opowiadania zapadł w pamięć głównie ze względu na to, że to właśnie tam po raz pierwszy pada imię biologicznej córki Heleny. Wcześniej Norbert nazywa ją szaloną córką, czy też roztrzepaną córką. Zasadniczo to zamiast jej imienia używał chyba ponad dwudziestu różnych określeń, ale od tamtego fragmentu staje się jedynie Anną.

Anną, która to wpatrywała się w swoją adoptowaną siostrę Franciszkę z takim osobliwym zaciekawieniem. Zaciekawienie to śmiało można zaszufladkować do tych bardzo bardzo dziwnych, bo nawet zaczęła oświetlać martwą Franciszkę wyświetlaczem własnego telefonu. Robiła to w sposób mało taktowny i mało smaczny jednocześnie. Tak jakby coś wewnątrz niej samej kazało jej zapamiętać ten oto obraz.

Jej nietypowe zachowanie było dziwnym nawet dla sprawcy wypadku, który to zgłosił to co miało miejsce, czyli zadzwonił własnym telefonem na policję. Następnie włączył oświetlenie awaryjne we własnym aucie i usiadł na zimnej ławce przy chodniku po drugiej stronie jezdni. Ten kierowca był załamany, ale nawet on tak raz na jakieś piętnaście sekund zerkał na martwą Franciszkę z oczami wypełnionymi taką jakby kloaczną rozpaczą. Ta jego rozpacz była chyba bardzo bardzo dziwną, ale Anna prawie nie zwróciła na niego uwagi, bo najpierw uczyniła to samo, co on jakieś trzy minuty wcześniej, czyli sprawdziła puls i tak samo jak i on nie wyczuła oznak życia. Dlatego zaczęła oświetlać martwą Franciszkę tym bardzo słabym światłem pochodzącym z wyświetlacza jej skromnego telefonu.

Właśnie w tym konkretnym świetle krew tragicznie zmarłej przypominała taką jakby sadzę zmieszaną z wodą. Krew ta ubrudziła nawet wisior, który to Franciszka miała na szyi, czyli na tym dość cieniutkim czarnym sznureczku. Anna po jakichś dwóch minutach i dwudziestu pięciu sekundach zerwała ten wisior w tym pewnym siebie i lekko chaotycznym stylu, po to by mieć pamiątkę po siostrze.

Moje wrażenia powiązane z tą opisywaną sytuacją były dziwne, bo częściowo te słowa usłyszałem od samego Norberta, ale tylko częściowo i najprawdopodobniej na sposób w jaki to zapamiętałem wpłynęła ta blond lalunia ubrana w jasny brąz. Jej nie dało się nie zapamiętać, bo spoliczkowała ona Osińskiego i to w tym wyćwiczonym brylantowym stylu, który miał w sobie bardzo niewiele tych iskrzących nut chaosu, czyli głównie zaskakiwał. Niemniej jednak gdyby nie ten uczynek, to chyba nie kupiłbym tej książki i nie czytałbym jej z takim zaciekawieniem. Dlatego o tym wydarzeniu wolę wspominać, tak jak o czymś do jakiegoś stopnia pouczającym.

Tylko, że teraz dalsze rozpisywanie się o tamtej blond laluni raczej nie ma sensu, bo czas dalej płynie i to rzecz jasna do przodu i dlatego też powiem, że kierowca, który to potrącił Franciszkę ze skutkiem śmiertelnym otrzymał adekwatną karę. Niemniej jednak z opisu Norberta wynikało, że nie był to ktoś taki jakby wulgarnie lekkomyślny, bo on czuł się winnym i to od samego początku. Nie uciekał i co najistotniejsze sam z tą nieziemską troską w głosie zgłosił zdarzenie na policję i co równie istotne czekał na mundurowych na ławce ze spuszczonym wzrokiem. Zasadniczo to ten człowiek prezentował się tak, jakby został skazany w chwili wypadku.

Jedynym, co go tak jakby otagowało w ciemnościach było to, że zwrócił uwagę Annie stojącą nad martwą Franciszką. Tylko, że ona tak jakby bardzo bardzo ekspresowo się wytłumaczyła. Wspominając o tym, że to jej przyrodnia siostra, a nie adoptowana. Tak w tym konkretnym przypadku popełniła błąd, ale poprawiła go wspominając o jej wisiorku, którego to wygląd dość dokładnie opisała i to na jakąś minutę przed zdjęciem owego.

Chyba jakieś osiem minut później ten kierowca niewielkiego samochodu dostawczego trafił do radiowozu i dalej już nie był częścią tej konkretnej opowieści, czyli Norbert dalej opisał go jako tego adekwatnie ukaranego i później się już niestety nie pojawił.

Inaczej było z Anną, która to zdjęła zmarłej Franciszce jej wisiorek, a gdy już była w domu, to założyła jej wisiorek i co równie istotne nosiła go w dosłownie taki sam sposób jak jej adoptowana siostra i zaczęła czytać dosłownie każdą z jej książek, czyli każde opowiadanie i każdą z grubszych książek. Czytania te nie miały tego jednorazowego charakteru, bo i nie mogły być takimi, a dokładniej to każdą z książek siostry przeczytała minimum te piętnaście razy, po to by doskonale zrozumieć każdy wątek każdej z opowieści Franciszki.

Tak w tym czytaniu była taka bardzo, bardzo dokładna i co równie istotne dodatkowo tworzyła też sobie notatki i to takie odręczne i to właśnie po to, by stworzyć pierwsze własne, zaskakująco oryginalne opowiadanie. Dokładność ta była znaczną w przypadku Anny, ale trochę zbrakło temu do obsesji, a dokładniej to nadal się spotykała ze znajomymi, po to by stabilizować własną psychikę. W ten sposób nie raz określiła własne spotkania ze znajomymi, ale to było coś znacznie więcej od mechanicznego stabilizowania psychiki i co równie istotne to jej zaciekawienie książkami Franciszki przelało się w znacznym stopniu na jej własnych przyjaciół i przyjaciółki.

W tym wszystkim pojawiła się też i pewna dawka tego nieoczekiwanego szaleństwa, a dokładniej, to przyjaciele Anny zaproponowali jej to, by tworzyła pod pseudonimem Franciszka Szafrańska. Trudno dokładniej powiedzieć, czy ten pomysł wyszedł od jednego przyjaciela lub przyjaciółki, czy też od kilku jednocześnie, ale ta dość szalona blondynka z kręconymi włosami szybko uznała to za bardzo smaczne posunięcie i to nie dlatego, że taki pseudonim artystyczny był synonimem mądrości. Tu rzecz jasna nie chodziło o tego typu detale, tylko o to, że Anna bardzo pragnęła tego, by artystyczne życie jej adoptowanej siostry miało ciąg dalszy. Właściwie to całe lata tak jakby skąpane w sławie i metaforach takich jak zaskakująco zgrabne anatazowe róże. Takiego słownictwa użył sam Norbert, a ja używam go tylko ze względu na to, że faktycznie zapadło mi w pamięć, ale tu liczy się też i coś jeszcze. Mowa tu konkretnie o tym, że Annie bardzo nie podobało się to, że wszechświat odebrał tak barwnej osobowości jak Franciszka szanse na dalszy rozwój artystyczny. Wręcz wybitnie się jej to nie podobało i to od chwili wypadku. Ta chwila, a dokładniej to jej smak stał się dla niej motywacją i to nie na dni, czy też na tygodnie, ale na całe lata, które to były dla niej czymś na kształt wysiłku, a dokładniej to stale brakowało jej lekkości tworzenia.

Brak tej lekkości specyficznie nazywała, a dokładniej to sama musiała poznawać zagadnienia i to tygodniami. Musiała w głowie poukładać sobie całą fabułę, a wychodziło jej to niestety dość powoli. Inaczej wychodziło to nie żyjącej Franciszce. Jej wystarczało to, że usłyszała kilka serialowych wątków i na dokładkę jakichś kilka definicji z filmów dokumentalnych i po kilku minutach mieszania tego w myślach miała gotowy szkic historii. Anna o tego typu szkic starała się nawet tygodniami i ten proces przyrównywała do taplania się w cholernie lepkim błocie. Określenie to było nawet bardzo wymowne, bo dla Franciszki tworzenie szkicu opowiadania lub dłuższej książki, było degustowaniem najdoskonalszej z czekolad. Takim może kilkuminutowym degustowaniem.

Tej lekkości jej zazdrościła i to bardzo wyraźnie, ale ta zazdrość także motywowała ją do stawania się lepszą i lepszą i co najważniejsze tego nigdy nie nazwała zazdrością, by nie nadawać temu negatywnego wydźwięku.

Słowa zazdrość w kontekście do własnych uczuć, czy też marzeń starała się nie używać także przy psychoanalityku, z którego to usług zaczęła korzystać jakieś dziesięć lat po śmierci Franciszki. Zaczęła to robić rzekomo po to, by nie stracić motywacji, ale ów motywacji miała raczej aż zbyt wiele i co równie istotne przy psychoanalityku słowa „Zazdrość” w stosunku do talentu zmarłej siostry użyła może jakieś trzy razy. W każdym innym przypadku nazywała to uczuciem bez nazwy, a tych przypadków było wiele, czyli dziesiątki, jeśli nie setki.

Nie dało się ukryć też i tego, że wizyty u psychoanalityka były też i tymi do jakiegoś stopnia owocnymi, bo pomogły Annie, która to nazywała siebie Franciszką w wyszukiwaniu ciekawych motywów fabularnych, a konkretniej to tych, które można zaliczyć do zaskakująco ciekawych. Problem tkwił tylko w tym, że ona tak jakby wyczerpywała jeden motyw, zanim to przeszła do kolejnego. Wyczerpywanie motywu w jej przypadku było opcją chyba totalnie mechaniczną.

Tak w tym wyczerpywaniu w dziewięciu przypadkach na dziesięć brakowało jej swobody i to rzecz jasna tak jakby kąsało jej sumienie. Zasadniczo to do jakiegoś stopnia czuła to, że nie jest wartą pseudonimu artystycznego, który to wymyślili jej przyjaciele. Tylko, że i tak nadal nie odpuszczała i dalej trenowała, po to by stać się lepszą, bardziej godną wyszukanego pseudonimu. Jednym słowem trenowała uparcie, choć z drugiej strony to nie oddalała się od znajomych, bo rozmawianie z nimi i dzielenie się z nimi własnymi wrażeniami uznawała od lat za bardzo ważną składową życia takiej prawdziwej artystki.

Jej podejście można uznać za coś, co do jakiegoś stopnia jest obsesją, choć w jej życiu było też i wiele ustępstw od tego obsesyjnego postępowania. Przynajmniej jeśli chodziło o te pierwsze dziesięć lat dorównywania zmarłej Franciszce. Potem było już chyba nieco dziwniej przez jakiś czas.

Mowa tu dokładnie o tym, że w wieku nieomal dwudziestu sześciu lat Anna wyprowadziła się od matki i zamieszkała w pewnym zaskakująco urodziwym wiejskim domu. W domu na takim malowniczym pagórku, niespełna dwieście metrów od bardzo poetyckiego jeziora. Właśnie tam tak chorobliwie często zaczęła używać imienia Franciszka i co równie istotne stworzyła tam aż trzy wyborne książki, które to miały w sobie zaskakująco wiele tych kryminalnych nut.

Dzięki tym oto książkom zdobyła i sławę i majątek, choć zanim ta sława i majątek stały się faktem, to na dokładkę stworzyła sobie także nowy dowód osobisty. Taki fałszywy dowód osobisty, a swój stary oryginalny schowała gdzieś na strychu w takiej solidnie zniszczonej w sensie wizualnym drewnianej skrzyni. Właśnie do drobiazgów z ów skrzyni prawie nie powracała i to było dziwne jeśli chodzi o całokształt jej postępowania. Dziwnym też było to, że zaliczała przynajmniej jedną wizytę w tygodniu u psychoanalityka i w trakcie trwania każdej z nich miała na sobie ten wisior z czaroitem w kształcie gwiazdy.

Zasadniczo to stale obracała ów wisior w palcach przyglądając się jemu tak jakby był jej najcenniejszym skarbem, a był tylko starym nieco uszkodzonym przedmiotem, któremu to przypisywała wręcz niezwykłą wartość. Wiele w tym wszystkim znaczyło też i to, że przy psychoanalitykach ów wisior nazywała pamiątką po zmarłej siostrze, ale też i ani razu słownie nie naszkicowała jego historii, choć po jej oczach było widać to, że jego historię zna aż zbyt wyraźnie. Tak to ujmował w swoich opisach Norbert, choć ze znacznie większą liczbą tych uskrzydlonych kwiecistych metafor.

On też jej dalsze losy naszkicował następująco, a dokładniej to mieszkając w tym konkretnym domu miała aż dwóch chłopaków. Pierwszy z nich miał w sobie bardzo wiele tego artystycznego ducha i co równie istotne ona bardzo mocno chciała stworzyć z nim rodzinę, ale niestety się nie udało, bo po niespełna roku on się z nią rozstał, czyli porzucił Annę, którą to znał jako Franciszkę dla pewnej studentki matematyki, która to była zaskakująco bystrą i na dokładkę miała też coś w swoim spojrzeniu, coś co raczej nie łatwo nazwać, ale to coś jego przyciągnęło tak jakby nieomal natychmiastowo, a jej intelekt go przy niej utrzymał.

Chyba dlatego Anna, która to używała wyłącznie imienia Franciszka najzwyczajniej w świecie wymazała go z własnej pamięci. Niemniej jednak za tym wymazaniem kryło się też i coś jeszcze, a dokładniej to coś, czego Osiński nie nazwał, bo najprawdopodobniej nie chciał tego nazywać, po to by czytelnik się domyślił. Właśnie to coś mogło być powiązanym z prawdziwym dowodem osobistym Anny i z tym, że ona żyła tak jakby stale chciała zapewnić smaczny ciąg dalszy życia Franciszki, życia które to skończyło się nagle i zbyt wcześnie.

Anna chciała dać temu życiu dziesiątki, czy też nawet tysiące barw, ale czuła też, że za drugim razem nie postawi na kogoś o artystycznym zacięciu i dlatego też postawiła na stolarza, czyli na kogoś, kto wytwarza meble przypominające te antyczne. Ten drugi chłopak był też i tym bardziej zakochanym w pięknie mebli wykonywanych z unikatowego drewna i co równie istotne szukał sobie urodziwej partnerki z artystyczną duszą. Tak to właśnie z nim było.

Tylko, że miał on także w sobie taki jakby osobliwy element dziwactwa. Mowa tu konkretnie o tym, że jak posprzeczał się z Anną, która to siebie nazywała Franciszką, to jechał do swojej pracowni, po to by zacząć pracować nad jakimś unikatowym meblem lub by skończyć pracę nad takowym. Tego typu odskocznię wybierał zamiast alkoholu i po jakichś dwunastu razach jej się to nie spodobało i najzwyczajniej w świecie wyrzuciła go z własnego domu.

Wyglądało to tak, że chyba po raz trzynasty oznajmił jej po sprzeczce, że jedzie popracować nad jakimś biurkiem, które to miało mieć aparycję wiekowego, a ona przepędziła go z własnego domu i zaczęła wyrzucać jego rzeczy oknami z takim jakby mechanicznym szałem w oczach. Wyrzucanie to trwało nawet wtedy gdy on zebrał to co było najistotniejsze i pojechał do własnego warsztatu. Ona to najprawdopodobniej dostrzegła, ale wtedy miała też taką jakby fazę na pozbycie się wszystkiego, co faktycznie należało do niego i w tym szale wyrzuciła też i pewną ilość własnych lekkich rzeczy, których to dotknął po wielokroć. Wszystkie z tych przedmiotów stworzyły taką jakby nieregularną łatę przed ścianą frontową jej domu, czyli na trawniku, który to niecałe dwa dni wcześniej został tak jakby perfekcyjnie skoszony.

Ciekawym było też i to, że nieomal czterdzieści minut, po tym jak wyrzuciła jego rzeczy, to stało się coś dość wrednego, a dokładniej to na jego rzeczy spadł deszcz i to taki zaskakująco intensywny i głośny jednocześnie. Deszcz ten był tym nieubłaganym, choć nie był on powiązanym z burzą, choć burza też i wtedy była, ale nie pod domem Anny nazywanej Franciszką, tylko nieomal dziesięć kilometrów dalej. Tylko, że ona akurat się tym deszczem tak jakby totalnie nie przejmowała, bo właśnie wtedy późną nocą poszła pisać książkę, bo poczuła w sobie ten wręcz nieopisany przypływ chęci do pisania i pisała tak jak jakaś perfekcyjna szafirowa maszyna przez kolejne trzy godziny. W trakcie tych trzech godzin intensywny deszcz zaatakował jeszcze trzy razy, tak bardzo konkretnie dudniąc o okna, ale Franciszka się tym nie przejęła, tylko pisała, pisała i pisała i to aż do chwili, w której to poczuła się aż nadto zmęczoną i zasnęła tak jakby wprost we własnym ubraniu na łóżku przykrytym narzutą.

Dokładnie te czterdzieści trzy dni później jej dom się spalił, a konkretniej to zaczął się palić chyba jakieś dwadzieścia minut po jej wyjeździe, a wyjechała ona na spotkanie autorskie, które to miało się odbyć nieomal dwieście kilometrów dalej. Wyjechała dając sobie trochę ponad cztery godziny na dojechanie do celu. Tylko, że przed wyjazdem zapomniała naładować telefon, który też rozładował się w połowie drogi. Tak mniej więcej w połowie drogi, choć ów zdarzenie pozostało tym nie wykrytym przez nią i to aż do momentu, w którym to specyficzna autorka zaparkowała pod monumentalną biblioteką w niezbyt dużym mieście.

W tej bibliotece rzecz jasna naładowała sobie telefon i zaliczyła kolejne już spotkanie autorskie. Norbert się nie rozpisał o owym i dlatego też uznaję, że da się owe zaklasyfikować do typowych. Zaś po powrocie zamiast domu ujrzała stertę ze spalonych desek i belek konstrukcyjnych. Sterta ta była widokiem i szokującym i do jakiegoś stopnia wyzwalającym, bo prawdziwy dowód osobisty Anny po tym dramatycznym wydarzeniu stał się wyłącznie wspomnieniem i z tego tak jakby wewnętrznie się cieszyła.

Nie odbiło się na niej nawet to, że po kilku dniach w najbliższym miasteczku nazwano ją bezmyślną podpalaczką. Rzecz jasna prawda była taka, że kilku dzieciaków zaczęło bawić się zapalniczkami na drewnianym tarasie przylegającym do jej sporego domu, ale siostra ekscentrycznego stolarza, z którym to w dramatyczny sposób zerwała wymyśliła innego typu opowieść. W tej opowieści Franciszka miała zostawić garnek na gazie i otwarte okno. Wiatr miał odchylić firankę w stronę palnika, a płomienie, które to przeszły na firankę miały obrócić jej dom w wątłe wspomnienie. Tej wymyślonej historyjce sporo brakowało, a dokładniej to detale w jej przypadku nie były tymi stałymi, ale okoliczni mieszkańcy bardzo szybko ów opowieść zaczęli uważać za coś, co ma wszelkie znamiona szafirowej prawdy.

Niemniej jednak Anna nazywana Franciszką się nie przejęła tym, co o niej zaczęli gadać w najbliższym miasteczku, bo po spaleniu się jej domu była tam może ze trzy razy, a każdy z ów razów trwał może te piętnaście minut i w trakcie ich trwania nie wsłuchiwała się w ploteczki. Załatwiła jedynie pewne sprawy, które to dla niej wydały się ważnymi i powróciła do domu matki z taką jakby nieziemską lekkością. Wróciła do jej domu tak, jakby nie było jej może jakieś pół godziny, czyli ten powrót był takim jakby mało smacznym w jej wykonaniu.

Rzecz jasna wiedziała doskonale o tym, że jej matka Helena już od ponad dwóch lat nie jest z tym prawnikiem, który to ułatwił jej adopcję Franciszki. Z jakiejś przyczyny się rozeszli, ale ta przyczyna raczej nie była tą zaskakująco jaskrawą. Nie była, bo Norbert opisując pierwsze wrażenia po powrocie skupił się na innych ważnych detalach, a dokładniej to opisał zlew z garami do umycia, oraz szafki, których to wygląd nie pociągał, czyli nie miał zbyt wiele wspólnego z błyskiem czystości. Na dokładkę zmywarka nie funkcjonowała tak jak powinna. Tak mowa tu o tym nie domywaniu naczyń.

Tym wszystkim Franciszka zajęła się tak jakby automatycznie, a dokładniej to nikt jej nie zmusił do zadbania o czystość. Zrobiła to sama z siebie, czyli nie dalej niż te trzy minuty po odłożeniu swojej dość lekkiej walizki.

Chyba jakieś pięć minut po wystartowaniu z tymi domowymi obowiązkami zeszła do niej jej matka Helena, która to tak jakby dość lekko nazwała ją Franciszką, a nie Anną. Tak to było dziwne dla bohaterki stworzonej przez Norberta Osińskiego, bo jakieś cztery miesiące wcześniej matka Anny Helena idealnie dostrzegała różnice pomiędzy imieniem własnej córki, a jej pseudonimem artystycznym. Niemniej jednak Franciszka w taki dość niemiły sposób przypomniała matce o naturze prawdy. Przypomniała o tym tak, jakby dopiero co przypięła matce łatkę pijaczki, ale jej matka faktycznie była trzeźwa i o tym przekonała się w niecałe dwie minuty. Tyle czasu wystarczyło, by awantura powiązana z domniemanym pijaństwem się rozkręciła. Tylko, że w trakcie dwóch kolejnych minut ta awantura wygasła i to głównie dzięki logicznemu podejściu Franciszki, która to zbliżyła się do matki i poczuła bardzo wyraźnie to, że w najbliższym czasie raczej nie piła.

Właśnie ten stan rzeczy udowadniały zmysły Franciszki, ale gdyby to było pijaństwo i brak czystości spowodowany ów pijaństwem to chyba byłoby prościej. Mowa tu konkretnie o tym, że trochę ponad trzy dni później Franciszka zawiozła matkę do lekarza i w gabinecie usłyszała tę bardzo niesmaczną diagnozę. Zasadniczo to była to diagnoza podwójna i każda z dwóch części ów diagnozy brzmiała bardzo niepokojąco. Tylko, że Norbert nie wymienił ów chorób z nazwy, a powinien i w tym pominięciu także tak jakby wstępnie doszukałem się jakiegoś dość zgrabnego psychologicznego zabiegu. Mowa tu dokładnie o tym, że osobiście poczułem to, że postać Heleny była inspirowana losami kogoś, kto rzeczywiście istniał. Dlatego też wymienienie chorób z nazwy byłoby dla pewnej części czytających aż nazbyt klarowną wskazówką.

Ten oto wniosek pojawił się między moimi myślami tak jakby niespodzianie i co równie istotne nie poszedłem jego tropem, po to by sprawdzić biografie malarek zmarłych w przeciągu czterech ostatnich dekad, tylko czytałem dalej i dowiedziałem się, że Franciszka przystopowała z pracą artystyczną na ponad dwa miesiące i w tym konkretnym czasie starała się pomagać własnej matce tak na własną rękę, ale to pomaganie niestety było bezcelowym, bo zbrakło jej i umiejętności i wiedzy fachowej. Dlatego też odstawiła matkę do wyspecjalizowanego zakładu zajmującego się tego typu przypadkami i tam też odwiedzała matkę przynajmniej dwa razy na miesiąc przynosząc jej ciekawostki takie jak książki, które to jej matka uwielbiała będąc dzieckiem, jak i te, które uwielbiała będąc już nastolatką.

Helena najbardziej radosną była wtedy gdy Franciszka przynosiła jej kawałki Geody z Agatu. Tak ów minerał występuje jedynie w geodach i co najważniejsze te kamienie z biegiem czasu stawały się opcją bardziej wyszukaną, jeśli chodzi o rysunek. Wyglądało to tak jakby bardziej złożonymi formami Franciszka chciała cofać postępy choroby własnej matki, ale choroby się niestety nie cofały i co najważniejsze po jakichś pięciu miesiącach od umieszczenia w specjalistycznym ośrodku dla Heleny Anna stała się jednym z Franciszką, czyli z jej tragicznie zmarłą adoptowaną siostrą. Przyczyna ów zjawiska najprawdopodobniej tkwiła w chorobie, ale Anna w trakcie postępowania choroby czuła też i to, że nie powinna sobie robić pseudonimu artystycznego z imienia zmarłej siostry. Ta oto myśl towarzyszyła jej przez kolejne trzy miesiące.

Pewne detale z tego, co już zaistniało tak jakby gorąco chciała odmienić, ale już było za późno na zmiany i właśnie tego żałowała najbardziej, choć i ten żal zmienił się w pozytywne przemyślenia, a konkretniej to początkowo nie mogła słyszeć tego jak chora matka wspominała o tych jej czarnych lśniących włosach, które to miała będąc dziewczynką. Wspomnienie to faktycznie dotyczyło Franciszki, czyli jej adoptowanej siostry, ale dla chorej Heleny one obydwie stały się jednym. Właśnie dlatego pewne żale związane z chorobami matki ucichły i na nowo pomyślała o tym, że obranie tego pseudonimu artystycznego było trafione, a im bardziej się pogarszało jej matce tym bardziej była pewną tego, że to sam wszechświat zapragnął tego by miała taki pseudonim artystyczny, a nie inny. Była też pewną tego, że dalej musi się rozwijać artystycznie, ale właśnie na tym polu nie było łatwo. Dalej czuła to, że obmyślanie fabuły, to dla niej takie jakby przymuszanie się. Tak to nie była dla niej przyjemność porównywalna do konsumpcji czekolady nieomal doskonałej.

Dziwne to podsumowanie jej wrażeń powiązanych z życiową sytuacją, a dokładniej to ze stanem jej matki. Najpierw żałowała tego, że obrała taki, a nie inny pseudonim, a potem wręcz przeciwnie i to dalsze stawanie się lepszą w tym co aktualnie robiła. Najprawdopodobniej lepiej by się jej doskonaliło w czymś innym, ale nie odpuściła i co równie istotne w trakcie trwania chorób własnej matki wizyty u psychoanalityka stały się też i tymi dwukrotnie częstszymi, bo dzięki temu o wiele szybciej wyszukiwała atrakcyjne w sensie fabularnym wątki. Wytłumaczenie to rzecz jasna do niej pasowało i to nawet bardzo, ale ten stan, w którym to mieszkała w domu własnej matki nie mógł trwać zbyt długo, a dokładniej to ten etap skończył się po trochę ponad szesnastu miesiącach.

Następnie Franciszka tak jakby na wpół mechanicznie zajęła się sprawami powiązanymi z pochówkiem własnej matki. Zakupiła sobie mieszkanie chyba jakieś dwieście kilometrów od domu własnej matki, który to wynajęła na korzystnych warunkach pewnej młodej rodzinie.

Chyba jakieś dwa lata po śmierci matki zaczęła poznawać dzieła pewnego pisarza, a dokładniej to kogoś, kto był od niej niespełna trzy lata starszy. Tak to był, czy też nadal jest ktoś starszy od niej samej o nieomal te trzy lata i co równie istotne temu komuś obmyślanie nowych szkiców książek wychodzi bardzo lekko.

Franciszka próbuje zwrócić uwagę tego kogoś i to w sposób dość zawiły, a dokładniej to bierze na warsztat jego trzy powieści i je do jakiegoś stopnia modyfikuje, po to by były bardziej barwnymi i bardziej olśniewały. Tak to specyficzny patent i przez to traci wielu oddanych czytelników, choć z drugiej strony, to zyskuje też i nowych i co równie istotne wchodzi w konflikt z fanami ów pisarza.

Konfliktu tego nie można przyrównać do czegoś zaskakująco dzikiego, bo to ograniczyło się do przepychanek słownych i w końcu stało się jedno, a dokładniej to ona przeprowadziła się do niewielkiego miasteczka, w którym to mieszkał on i co najważniejsze zaczęła wynajmować miejscowych pijaczków, po to by go śledzili i by zdawali jej relacje z tego co i kiedy dokładnie robi. Przez pierwszy tydzień jej plan działał perfekcyjnie, ale po dziesiątym dniu stosowania ów osobliwego patentu on się połapał w całej sytuacji i co najciekawsze zapłacił więcej jej trzem uzależnionym od taniego alkoholu szpiegom, po to by ściągnęli ją nad pewne malownicze jezioro.

Właśnie tam mieli Franciszce przekazać jego pamiętnik, ale żadnego pamiętnika nie było i dlatego też początkowo Franciszka była bardzo zawiedziona, ale tylko przez te siedem lub osiem sekund, czyli aż do momentu, w którym to ten niezwykły pisarz wyszedł z krzewów pod trzema majestatycznymi drzewami.

Norbert Osiński opisał tego pisarza w sposób dość zawiły, a dokładniej to był to dość wysoki brunet, najprawdopodobniej wyższy od niego samego. Jego twarz nie spodobała się Franciszce wtedy gdy ją ujrzała po raz pierwszy, ale ta twarz miała w sobie to coś, a konkretniej to była takim jakby grzmiącym kłębowiskiem myśli. Bardzo wyraźnie mówiły o tym jego oczodoły. Raczej pasujące do kogoś, kto całymi dniami obmyśla fabułę, czyli te fabularne szkice opowiadań, które to są rzecz jasna uwodzicielskimi, ale dla Anny nazywanej Franciszką jego szkice już od samego początku mogłyby być znacznie bardziej pełnymi barw. Mówi to jemu tak wprost i to tym niepokojąco szorstkim głosem, a następnie w dość ostry sposób nakazuje tym swoim popijającym szpiegom odejść.

Tylko, że oni początkowo jej nie słuchają. Nie słuchają aż do chwili, w której to ten zaskakująco bystry pisarz na nich zerka ze złością. Dodatkowo do ów gniewnego spojrzenia dodaje kilka słów o problemach, którymi to może zalać ich czas. Tak faktycznie użył słowa „Zalać” i to w takim jakby lodowym stylu i dlatego tamci trzej prezentujący się niezbyt smacznie odeszli sobie i to początkowo w takim wyraźnym pośpiechu. Niemniej jednak już jakieś trzy minuty po ich odejściu ten unikatowy pisarz zabrał Franciszkę na spacer wokół malowniczego jeziora.

Tu akurat pewnym było to, że do faktycznego zachodu słońca brakowało jeszcze blisko trzech godzin, może trzech godzin i piętnastu minut, a po mniej niż godzinie ta para już była przy pomoście i to przy takim wykonanym z drewna, który to wyglądał na wiekowy i wprost stworzony dla lubiących romantyczne spacery. Ten konkretny pisarz tuż przy pomoście powiedział Franciszce coś o tym drewnianym dziele ludzkich rąk, a dokładniej to trzy lata wcześniej stworzył go z kuzynem, który sporo gada, ale jest też niesamowicie pracowity. Właśnie z nim tworzenie tej konstrukcji szło zaskakująco gładko i co równie istotne to właśnie ten konkretny kuzyn nadał pomostowi wiekowy wygląd, czyli najzwyczajniej w świecie polał każdy z jego drewnianych elementów octem winnym. Trochę zużył do tego octu, ale jakieś cztery godziny po jego użyciu zmył go wodą i to wystarczyło, by deski zaczęły wyglądać na te wiekowe.

Franciszka słuchała tych oto słów z takim jakby połowicznym zaciekawieniem, czyli tak jakby po kilku minutach jego wysławiania się chciała wbić jemu szpilę pod postacią takiej istotnie brzmiącej siarczystej uwagi. Tylko, że ów uwaga nie padła i obydwoje weszli na ten dość szeroki pomost, czyli doszli aż do jego końca, po to by podziwiać okoliczną przyrodę i by sobie porozmawiać na różne tematy, które to skupiały się na tym zgrabnym tworzeniu szkiców fabularnych. Zasadniczo to te rozmowy trwały przez jakąś godzinę i piętnaście minut, a ich opis w wykonaniu Norberta miał w sobie wiele tych wygłaskanych poetyckich barw, których to ja niestety nie potrafię oddać w moim opisie. Nie potrafię, bo nie mam nawet dziesięciu procent jego talentu, a zasadniczo to nie mam nawet dziesiątej części procenta jego talentu. Aż tak mizernie się oceniam, ale czy to aż takie istotne. Więcej znaczy powrót do postaci z książki, a dokładniej to Franciszka przez jakąś godzinę i dwadzieścia minut pogadała sobie z tym pisarzem i bum. Doszło do ich pierwszego pocałunku. Doszło, a te cztery, może pięć sekund później on zaczął ściągać z niej koszulę. Taką poetycko białą z kwiecistym nadrukiem, który był też zaskakująco pięknym. Był to zaledwie wstęp, choć szalony może w jakiejś jednej czwartej, a potem sprawy potoczyły się już dość szybko. Chyba zbyt szybko jak na mój gust, ale to tylko moja opinia.

Najważniejszym jednak było to, że doszło do jednego zbliżenia między nimi, czyli seks między nimi stał się faktem i to tym dokonanym. Zaś te dwanaście minut po pierwszym zbliżeniu doszło do drugiego. Norbert te zdarzenia opisał istną rzeką z dzikich kwiecistych metafor i tak właśnie zakończył własną książkę, czyli pozostawił ciąg dalszy wyobraźni czytelnika, czyli także mojej wyobraźni. Niezbyt mi się to spodobało, ale poza tym, to cała reszta była dla mnie nawet bardzo ciekawa. Bardziej niż mógłbym się spodziewać.

Dodam też, że całość przeczytałem w niecałe siedem dni, a ósmego dnia w okolicy godziny dwunastej spotkałem Norberta przypadkowo i tak jakby bez głębszego namysłu zapytałem go o to, czy faktycznie ocet winny może czynić powierzchnię drewna bardziej wiekową. On zaś odpowiedział, że każda substancja chemiczna o odczynie kwasowym potencjalnie ma taką możliwość i dodał, że jakaś część z nich działa aż nazbyt niszcząco, ale są też i takie, które to postarzają powierzchnię desek w smaczny sposób. Tylko, że nie potwierdził tego, że opisany przez niego ocet faktycznie ma takie działanie, ale zasugerował, że może mieć.

Właśnie wtedy zadałem mu jeszcze dwa pytania, choć już w takim o wiele bardziej żyletkowatym tonie. Pierwsze z tych mniej uprzejmych pytań dotyczyło śmierci Franciszki, a dokładniej to tego, że nie zachowała ostrożności przechodząc przez jezdnię. Norbert odpowiadając na to pytanie odwołał się do swojego mało precyzyjnego opisu. Jednym słowem jego opis nie mówił nic o tym, że wtedy słyszalnymi były też silniki innych samochodów, ale mogło tak być. One mogły tak jakby zamaskować do jakiegoś stopnia dźwięk zbliżającego się samochodu. Dodatkowo to była osiedlowa droga, czyli taka na której samochody jeżdżą wolniej. W okolicznościach tego typu nawet dorośli decydują się na przejście jezdni, bo i oni nie spodziewają się katastrofalnych wydarzeń. Wyjaśnienie to było rozwleczonym, ale mnie przekonało i to nawet dość wyraźnie. Mowa tu konkretnie o tym, że jeszcze do tego wyjaśnienia dodał to, że opis nie musi być matematycznie precyzyjnym, czyli jakąś część detali powinna tak jakby dopowiadać wyobraźnia czytelnika. W tym aspekcie widział utożsamianie z bohaterami książki i z sytuacjami, które to ich dotykają.

Na sam koniec zapytałem o prawdziwe nazwisko Franciszki Szafrańskiej, która to faktycznie miała na imię Anna. Rzecz jasna spodziewałem się odpowiedzi, która to byłaby zaskakująco precyzyjną, ale usłyszałem odpowiedź w stylu mało precyzyjnym. Mówiącą o tym, że ów nazwisko było najprawdopodobniej mało poetyckim i raczej pasującym do kogoś, kto nie rozmyśla zbyt intensywnie. Jednym słowem dla każdego takie nazwisko brzmi inaczej, czyli i w tym przypadku wyobraźnia czytelnika powinna zadziałać. Wtedy faktycznie liczyłem na krótsze i bardziej precyzyjne odpowiedzi, ale nie zawiodłem się tymi rozwleczonymi i zdecydowanie bardziej wymijającymi. Nie zawiodłem się chyba dlatego, że Norbert właśnie wtedy wysławiał się tak jak nieziemsko oczytany profesor. Właśnie tak go wtedy postrzegałem, ale najważniejszym było to, że ta nasza rozmowa potrwała prawie dziesięć minut, czyli sporo jak na taką okazjonalną rozmowę, która to powinna się ograniczyć do wymiany pięciu lub sześciu zdań.

Tylko, że nawet i taka wymiana zdań mnie nie zaskoczyła. Mowa tu dokładnie o tym, że Norbert to była taka jakby odwieczna niewiadoma, czyli nigdy nie można było być pewnym, czy on będzie rozwlekał rozmowę, czy też ograniczy się do mechanicznie rzeczowego komentarza. Dlatego też po tych nieomal dziesięciu minutach poszedłem dalej załatwiać własne sprawy. Poszedłem tak jakby automatycznie, bo w głowie miałem jeszcze wiele tych drobnych problemów do rozwiązania powiązanych choćby z tym, że znowu musiałem kupić kolejną wiertarkę w najbliższym markecie z narzędziami. W takim raczej skromnym markecie z narzędziami.

Jakieś dwa tygodnie później, czyli te trzynaście dni później lub te szesnaście dni później do naszego miasteczka przeprowadziła się pewna blondynka o kręconych włosach. Rzecz jasna początkowo myślałem, że to tylko jakaś turystka, która to zatrzymała się u nas na kilka dni, ale potem zrozumiałem, że ona bardzo szybko zakupiła pewien dom, który to jeszcze do niedawna był własnością wdowy po lekarzu. Ten konkretny dom sprzedali dzieci tej wdowy, po to by zabrać matkę do siebie, czyli do jakiegoś mieszkanka w sporym nowoczesnym mieście. Nie wiem, gdzie to dokładnie mogło być, ale pewien jestem tego, że tak właśnie brzmiała wersja oficjalna.

Jeśli zaś chodzi o tę blondynkę z kręconymi włosami, to szybko okazało się, że jest ona autorką książek, ale nie taką samą jak Norbert, czyli różniła się i w sensie stylistycznym, oraz sposobem w jaki to wybierała jej zdaniem atrakcyjne tematy. Wiele znaczył też jej wygląd, a dokładniej to ta burza loków koloru blond tak jakby otulała zaskakująco serdeczną twarz. W ten sposób mógł to opisać ktoś, kto widział ją po raz pierwszy, ale moje zdanie dotyczące jej dość szybko uległo zmianie, czyli wtedy gdy zauważyłem to jak ona robiła zakupy w najbliższym sklepie ogrodniczym.

Właśnie wtedy kupowała i sprzęty ogrodnicze i inne drobiazgi, takie jak grabie i szpadel i kwiaty, a nawet kilka sadzonek drzew owocowych. Kupowanie to rzecz jasna miało taki mało przyjazny wydźwięk, bo wtedy kobieta ta zachowywała się tak jakby zjadła wszystkie rozumy. Jednym słowem kupując grabie sprawdziła chyba siedem lub osiem modeli, choć już na wstępie proponowano jej te dość drogie, ale też i zaskakująco trwałe. Tylko, że ona nie usłuchała sugestii sprzedającego, który też był moim przyjacielem, bo musiała własnymi dłońmi i wzrokiem sprawdzić każdą z opcji.

Było to w siedemdziesięciu procentach wredne, a w jakichś trzydziestu nieznacznie komiczne. Tylko, że ja prawie się z tego nie śmiałem, bo to jej wolne kupowanie wpłynęło też i na długość moich zakupów. Niemniej jednak tylko tak jakby delikatnie się tym przejąłem, bo plus tej sytuacji tkwił też i w tym, że potem miałem o czym gadać z siostrą.

Te zakupy miały także tych kilka komediowo wrednych nut, a dokładniej to zrobiło się zaskakująco śmiesznie wtedy gdy ta blondi o kręconych włosach zaczęła wybierać trzy sadzonki jabłonek. Początkowo wybrała sobie trzy sadzonki, z których to każda miała te trzy lata, ale chciała je zakupić w cenie dwuletnich i to tylko ze względu na to, że były przycinane, co w jej mniemaniu stanowiło wadę towaru i ta rzekoma wada stała się powodem nie tyle do negocjowania ceny, co do sprzeczania się ze sprzedającym. Ów sprzeczanie się na samym początku było raczej stanowczym i mało agresywnym, ale po jakichś trzech minutach i dwudziestu sekundach zrobiło się dość nieprzyjemnie. Być może stało się tak właśnie dlatego, że ona w takim matematycznym stylu dążyła do konfliktu ze sprzedającym.

Tylko, że sprzedający był osobą gotową na tego rodzaju zagrywki, a dokładniej to wspomniał o miejscowym sadowniku, który to sprzedaje sadzonki także klientom indywidualnym, a konkretniej to wspomniał o tym, że on teoretycznie mógłby nieco zejść z ceny. Jeśli zaś chodzi o resztę produktów, które to wybrała sobie ta dość zarozumiała kobieta, to dodał, że mógłby dać jej niewielki upust, o ile zdecyduje się na wszystko. Niemniej jednak najważniejszym było tu to, że wypowiedział te słowa nieomal niewzruszenie, tak jak jakiś automat z zaprogramowaną symboliczną dawką serdeczności. W ten konkretny sposób zaskoczył ją, bo ona zapewne sądziła, że po tej kanonadzie jej szafirowych argumentów sprzedający będzie bardziej zszokowany, ale nie przewidziała jednego, a dokładniej to ten konkretny sprzedający zaliczył już nie jedną rozmowę z turystkami, oraz osobami o skrajnych poglądach, które mają znaczną wiedzę i które nieomal stale demonstrują własną wyższość. Te rozmowy wykształciły w nim te psychologiczne mechanizmy, dzięki którym to radził sobie już od blisko dekady z różnymi ludźmi i właśnie dlatego nawet w tym przypadku transakcja szybko stała się faktem.

Nie zadziwiło mnie też i to, że ona wyszła ze sklepu z taką jakby osobliwą miną, a konkretniej to liczyła na to, że dzięki temu, że błyśnie fachową wiedzą wywalczy znaczny rabat, ale wywalczyła coś w okolicy trzech procent, bo sprzedającemu w jej sposobie wysławiania się zbyt wiele się nie spodobało.

Następnie ja podszedłem do ów sprzedającego, który to sprzedawał nie tylko kwiaty, sadzonki i akcesoria do ogrodu, ale też i różnego typu drobne ozdoby, oraz przedmioty użytkowe różnego typu. Generalnie to już nie pamiętam co wtedy kupiłem, ale powiedziałem coś o tym, że ja to nie dałbym rabatu takiej kobiecie. Właśnie tak odpowiedziałem i to prostym lekkim językiem, a sprzedający odpowiedział mi, że zapłaciła faktycznie normalną cenę, a upust wynikał z tego, że zawyżył ceny kilku ogrodowych sprzętów. Wzmianka o zawyżeniu była powiązana z pewnym detalem, a dokładniej to z pewnymi karteczkami doczepionymi do regałów. One były tymi uszkodzonymi i sprzedający ze sklepu miał je poprawić rano, ale ze względu na nadmiar pracy przy towarach tego nie zrobił. Dlatego na tej jednej konkretnej klientce wyszedł mu rabat wynoszący zero. Najciekawszym jednak było to, że on czuł się po tej zmyłce tak jakby nie miała miejsca.

Ja raczej bym tak nie mógł, ale ja to ja, a ta kupująca autorka z burzą loków w kolorze blond wydawała się być kimś, dla kogo prawdziwa szafirowa serdeczność jest mitem lub czymś co tylko nieco wyrasta ponad range mitu. Właśnie dlatego tak bardzo bardzo mi się nie podobała, choć wizualnie to robiła wrażenie, ale ten czar mijał gdy zaczynała się wysławiać. Być może lata trenowania umysłu w tworzeniu zaskakująco ciekawych opowieści wykształciły w niej tę sztywną mechaniczną zarozumiałość, a dokładniej to tę, z którą to ja nie chcę się spotykać.

Ów zarozumiałości nie okazywała tylko tym, których to od lat uznawała za przyjaciół, a oni zapewne niewiele wiedzieli o tym, że ona zaskakująco często wobec obcych bywa zarozumiałą. Dziwna to symetria, może nawet bardzo dziwna, ale ja osobiście nie chciałem z tym walczyć, bo i nie lubiłem tego typu ideologicznych przepychanek. Wolałem się temu przyglądać z pewnej odległości i na dokładkę tak jakby dość lekko przyrównywać ją do Norberta Osińskiego.

Jeśli chodzi o niego to od lat byłem pewnym tego, że jest on jedwabiście serdeczny i być może wynikało to z tego, że wychowało go wujostwo, a dokładniej to największy wysiłek w jego wychowanie wkładała ciocia, czyli osoba żyjąca zgodnie z pewnymi matematycznymi normami. Ubiór jego cioci można było zaliczyć do tej nie przemijającej biurowej elegancji. Tak samo jak i jej tę codzienną fryzurę. Jednym słowem co dzień prezentowała się tak należycie profesjonalnie, bo była księgową, której codzienność była taką jakby nie kończącą się matematyką i chyba właśnie to było do jakiegoś stopnia śmieszne. Obiady, śniadania i kolacje były dla niej matematycznymi normami, jeśli chodzi o ilość kalorii i rozmiar porcji. Dokładnie ta sama zasada dotyczyła deserów, które to dostawał i Norbert i jego wuj.

Matematyka u jego cioci była także powiązana z lekami na choroby sezonowe, a dokładniej to w domowej apteczce mieli stały zapas leków na choroby sezonowe, który to jego ciocia odnawiała w sposób precyzyjny, czyli od połowy października do połowy maja.

Matematyczne normy w przypadku Norberta obowiązywały także wtedy gdy przebywał poza domem, czyli mógł przebywać poza domem jako nastolatek tylko do pewnej godziny i za spóźnienie choćby o minutę dostawał karę, czyli minimum te trzy dni bez słodyczy, które uwielbiał, ale tylko określone ich rodzaje, ale bardziej lubił towarzystwo i właśnie dlatego słodyczy był pozbawiany niekiedy nawet na ponad dwa tygodnie. Pozornie to odbieranie słodkości przeszkadzało jemu, ale to były takie pozory, które wyglądały solidnie przy cioci, ale poza domem już nie.

Niemniej jednak jego ciocia po roku takiego spóźniania się zakupiła jemu szybki rower szosowy, a dokładniej to nieomal taki, jakie mają profesjonalni kolarze, ale nie był to nowy rower, tylko taki po kilkuletniej eksploatacji, który to w sensie wizualnym prezentował się bardzo dobrze, bo i był zadbany, czyli jego uprzednim właścicielem musiał być ktoś kto sporo jeździł, ale też i w sposób regulaminowy dbał o ten sprzęt.

Norbertowi w tym rowerze najbardziej podobało się to, że miał on niebiesko-szarą ramę wyjątkowo wygodne manetki do zmiany biegów i dzięki niemu jego spóźnienia stały się bardziej skromnymi. Dodatkowy plus posiadania tego roweru tkwił w tym, że polubił sporty rowerowe, a konkretniej to za pomocą tego roweru pokonywał niekiedy nawet ponad trzydzieści kilometrów w skali dnia i to z dwoma kolegami, którzy mieli własne rowery i którzy także nauczyli go wnikliwie dbać o rower.

Tamci dwaj koledzy załatwili Norbertowi także pracę, czyli nic wybitnego, a dokładniej to była to praca w sadzie polegająca na dbaniu o setki drzewek owocowych, takich jak różnego rodzaju jabłonie, wiśnie, czereśnie, a nawet brzoskwinie. Zajęcie to nie zawsze było lekkim i była to praca na weekendy i na sezon letni, a niekiedy nawet na popołudnia, ale dzięki tej konkretnej pracy nasz pisarz zarobił dostatecznie wiele, by zakupić sobie pierwszy rower zjazdowy zaliczany do profesjonalnych. Rzecz jasna rower ten nie był fabrycznie nowy, czyli miał nieomal osiem lat, a Norbert Osiński naprawiał go przez nieomal dwa tygodnie i wtedy także zaczął pisać swoją pierwszą książkę. Tak to przynajmniej wynikało z jego opowieści, którymi to nie raz mnie częstował, choć najczęściej robił to wieczorami i to najlepiej przy ognisku.

Chyba trochę nadto się rozpędziłem z tym jego opisywaniem, ale fenomen powiązany z tym tworzeniem opowieści przez Norberta rozpoczął się jeszcze zanim ukończył dwunasty rok życia, a pierwsza jego książka ukazała się jakieś cztery miesiące przed jego szesnastymi urodzinami. Ja zaś jeśli chodzi o czytanie jego książek to nie mam się czym pochwalić, bo pierwszą jego książkę, czyli tę, którą wydał jako pierwszą przeczytałem dopiero po własnych dwudziestych szóstych urodzinach. Wcześniej nie mogłem tego uczynić, bo niestety nie byłem zbyt dojrzały lub ze względu na to, że ta moja nie dojrzałość niestety mnie przytłoczyła.

Nie da się ukryć też i tego, że i ja jako nastolatek pracowałem w tym samym sadzie, co Norbert, ale on był też i tym znacznie bardziej pilnym sadownikiem, a dokładniej to szczerze go interesowało stworzenie dobrych warunków rozwoju wiśniom, czereśniom, czy też brzoskwiniom. On dość wytrwale doglądał każde z drzewek i to z osobna i co równie istotne tego typu czynności go raczej nie nudziły, czyli to była dla niego taka jakby nie kończąca się przygoda, a dla mnie to był jeden z wielu obowiązków i z tym konkretnym obowiązkiem jakoś sobie radziłem, bo w głowie miałem jeden cel, a dokładniej to zbierałem na auto, na coś akuratnego na początek. Tylko, że dość specyficznie rozumiałem ów akuratność, a dokładniej to chciałem tego, by współczynnik mocy do masy w moim pierwszym samochodzie był zadowalającymi mnie cyferkami, choć wygląd także był dla mnie opcją bardzo bardzo ważną.

Niemniej jednak moją osobę pozwolę sobie odstawić na bok, czyli ograniczyć się do pewnej ilości wiele mówiących wzmianek, bo istotniejszy był nasz pisarz, czyli Norbert Osiński, a on szybko stał się ulubieńcem tego naszego sadownika, który to sprawnie rozkręcił własny biznes, ale jego dwaj synowie byli raczej ludźmi zakochanymi w motoryzacji, a dokładniej to zgłębiali mechanikę mocnych sportowych silników, choć sadownictwo także przyswajali, tylko że to ich przyswajanie było do jakiegoś stopnia osobliwym, a dokładniej to co drugą z oczywistych prawd zgłębili dość dobrze, a zresztą istotnych wskazówek było różnie. Dlatego tamci dwaj w znacznym stopniu polegali na Norbercie wtedy gdy nie wiedzieli, co dokładnie mają zrobić.

Ta pomoc Norberta zaliczana do stałej trwała nieomal trzy i pół roku i w tym czasie stworzył sześć książek, które to śmiało można uznać za wciągające na wielu poziomach. Właśnie tak bym je określił po latach, czyli wtedy gdy kupowałem swoje pierwsze auto te książki mi jeszcze nie imponowały, ale teraz po ponad dwudziestu latach dostrzegam ich smaczną złożoność i co równie istotne wyraźnej zaczynam myśleć o procesie twórczym powiązanym z tworzeniem książek.

Mowa tu konkretnie o tym, że pisarze muszą myśleć stale o tym jak ma wyglądać dalszy ciąg ich dzieła, a Norbert miał tę pracę w sadzie, uczenie się i przynajmniej osobliwe życie rodzinne. Jednym słowem miał zaskakująco wiele inspiracji i to takiej jak trzeba.

W jego książkach też dało się tak jakby wyczuć to, że faktycznie był on emocjonalnie związany z własną ciocią, ale bardzo też nie lubił jej tego matematycznego podejścia do życia, a dokładniej to jej stylu ubierania się, czyli tej nie przemijającej elegancji, która była smaczną do jakiegoś stopnia, ale jemu ta elegancja się przejadła, czyli tak jakby stała się symbolem tego sztywnego życia powiązanego z uczeniem się i pracą. Dla jego cioci istniały wyraźne granice, a dokładniej to ona wbijała jemu do głowy to by był sumienny w wykonywaniu prac, potem liczyło się dla niej przyswajanie wiedzy. Pracę i przyswajanie wiedzy traktowała na równi, a dokładniej to liczenie traktowała jako pracę, która daje i wiedzę i doświadczenie. Może to i specyficzne podejście, ale ona te składowe stawiała na pierwszym miejscu, a dokładniej to Norbert musiał przyswajać wiedzę i obliczać właśnie wtedy gdy jego umysł był wypoczęty tuż po śnie. Właśnie wtedy zdaniem jego cioci to uczenie się poprzez doświadczanie i wyliczanie jest najbardziej efektywne i chyba właśnie dlatego gdy Norbert musiał wykonywać pracę domową, to robił to zaraz po powrocie ze szkoły lub jeszcze przed powrotem, o ile to było coś, co mógł zrobić szybko.

Czegoś w tym stylu wyraźnie nie lubił, bo wolał się bawić z kolegami, a gdy już pracował w sadzie i w innych miejscach to musiał to wszystko godzić w sposób bardziej zawiły. Tak faktycznie było, ale liczyło się też i to, że od cioci zazwyczaj dostawał nagrody. Często ów nagrodami bywały słodycze, ale z biegiem lat ta forma nagrody rzecz jasna się zmieniła, a konkretniej to weekendowych słodyczy było mniej, a zamiast owych były pieniądze. Wyglądało to tak, że gdy był dzieckiem do lat jedenastu to za sumienność w weekend miał słodycze. Między jedenastym a trzynastym rokiem życia słodycze i pieniądze, a później już tylko pieniądze.

Może to i sposób nagradzania zgodny z jakimś modelem, który to w głowie miała jedynie ciocia Norberta, ale to się rzecz jasna sprawdzało i to w sposób, który to można uznać za smaczny. Jednym słowem nasz pisarz stał się dzięki temu człowiekiem z uporządkowanym życiem i to można uznać za sukces jego cioci.

Droga do ów sukcesu miała też wyboje, czyli w te wychowawcze tryby jego cioci tak jakby dziwnymi uczynkami wgryzał się jego wuj. On zabierał młodego Norberta na ryby i na wędrówki powiązane z obserwowaniem dzikiej przyrody. Dla jego wuja to była taka jakby odskocznia od matematycznej codzienności, bo był on mechanikiem samochodowym, który także był dość zorganizowany jeśli chodzi o pracę, choć najbardziej w pracy uwielbiał słuchanie wyremontowanego silnika spalinowego. Ten mruk, który to był dla niego pociągającym. Problem w tym, że zazwyczaj naprawiał te pomniejsze drobiazgi, czyli coś takiego jak silniki wycieraczek. Wymieniał także te detale ozdobne w autach i co równie istotne sporo dłubał przy hamulcach i zawieszeniach, bo auta trafiające do jego warsztatu zazwyczaj miały problemy z zawieszeniem lub z hamulcami. W niektóre piątki ta jego praca powiązana z hamulcami i zawieszeniami aut była na tyle brudną i złożoną, że musiał odreagować, czyli pojechać ze sprzętem fotograficznym do lasu już w sobotę rano. Norbert zaś bardzo lubił takie soboty, bo nie tylko miał wtedy kupę czasu na obserwowanie przyrody, ale w trakcie ów obserwowania jako dziecko mógł też spożywać czekoladę i to nawet dość łapczywie.

Niemniej jednak takie dość łapczywe spożywanie czekolady przestało się Norbertowi podobać już w okolicy dziesiątego roku życia, bo właśnie wtedy zaczął dostrzegać korzyści płynące z mobilności, zwinności i niezbyt dużej masy ciała. Jednym słowem znaczna mobilność ułatwiała jemu to zbliżanie się do zwierząt takich jak wiewiórki w celu ich fotografowania, a fotografował je chyba tak jak nikt inny, choć już jako szesnastolatek zajmował się tym góra dwa razy w miesiącu. Tak właśnie było ze względu na pracę w sadzie, która dawała jemu nie tylko zarobek, ale też i satysfakcję. Dodatkowo rok wcześniej zaczął pisać tę swoją grubszą książkę o dwóch kolegach. Pozornie to temat taki jak wiele innych, ale to był ten jego pierwszy grubszy temat, który to można uznać za bardzo ciekawy.

Mowa tu konkretnie o dwóch kolegach, którzy to uwielbiali rowery zjazdowe i jazdę takowymi. Rzecz jasna ich relacja nie polegała tylko na tym by szybciej zjechać z jakiegoś stoku i by przy okazji wykonać znaczną liczbę ciekawych wizualnie akrobacji. Jednym słowem tę jazdę rowerami można uznać za coś takiego jak ciekawe tło ich przyjaźni. Tło to nie było powiązane jedynie z rowerami zjazdowymi, ale też i z tymi szosowymi, czyli ci dwaj młodzieńcy ogólnie uwielbiali rowery pod nieomal dowolną odsłoną i byli wobec siebie zaskakująco lojalni. Wtedy gdy jeden chorował, to drugi dbał o to, by ten chorujący szybko powracał do zdrowia i nie miał zaległości w szkole. Właśnie tak objawiała się ta ich brylantowa przyjacielska relacja.

W ich przypadku nie zaskakiwało też i to, że zakochali się w siostrach bliźniaczkach, które to były do siebie tak bardzo bardzo podobne. Tak to rzecz jasna były blondynki, ale nie jakieś tam wybitnie urodziwe. Jednym słowem ładne, ale nie wybitnie urodziwe, a w oczach miały ten szafirowy inteligencji błysk. One obydwie uczyły się bardzo dobrze, ale jeśli chodzi o charakter to różniły się diametralnie. Jedna z nich była tą, która w dość agresywny sposób broniła własnych racji, a druga agresją wykazywała się w jakichś trzech przypadkach na sto, a w pozostałych przypadkach stawiała na argumenty i na wręcz wybitne ich dobieranie. Dodatkowo im więcej się dowiadywała tym częściej stawiała na używanie właściwych jedwabistych argumentów.

Dzięki temu obydwaj przyjaciele bardzo łatwo rozróżniali te bliźniaczki i co najciekawsze oni wszyscy już w wieku piętnastu lat nie mieli problemu z tym rozpoznawaniem wagi własnych uczuć i można to śmiało uznać za bardzo bardzo niezwykły aspekt, choć to było też i powiązane z tym, że każde z nich było zaskakująco bystrą osobą i dlatego, jeśli chodzi o przyjaźń i miłość, to zachowywali się oni tak jak osoby dorosłe.

Tylko, że ta przysłowiowa sielanka dla nich nie mogła trwać wiecznie, a dokładniej to tym dwóm przyjaciołom trafił się w końcu taki wspólny wypad, a dokładniej to zjazd rowerami. Dokładnie taki sam jak wiele poprzednich. Rzecz jasna ten konkretny był zimowym, ale i takie się im trafiły przynajmniej dwudziestokrotnie podobny zjazd tego rodzaju.

Wyjątek stanowiło tylko to, że w trakcie trwania trzeciego przejazdu jeden z nich stracił równowagę i upadł i to w takim dość unikatowym miejscu, czyli tam gdzie śnieg tak nieznacznie zakrywał spory kamień. Tak tak jeden z tych przyjaciół upadł na ten kamień i to w sposób dość niesmaczny, czyli lędźwiowym odcinkiem kręgosłupa.

Nie zaskakiwało to, że przeżył ów upadek, ale potem był tak jakby nie sobą, a dokładniej to bardzo bolało go to, że nie może już jeździć rowerem, czyli to że stracił możliwość chodzenia i został przykuty do wózka. W tym tkwiła przyczyna jego depresji, ale i z tą depresją jego bliscy, czyli przyjaciele i rodzina zaczęli sobie jakoś radzić i w trochę ponad rok naprostowali jego psychikę. Ten ponad rok i naprostowanie psychiki. W moim opisie wygląda to prosto, ale w opowieści Norberta to rzecz jasna nie było aż takie gładkie, a dokładniej to zmian akcji było w tym wiele i niektóre z nich były tymi zaskakująco jaskrawymi.

Skończyło się na tym, że zaleczyli depresję tego z przyjaciół, który to stracił władzę w nogach i pewnego wieczora, czyli wtedy gdy już było nieomal ciemno obydwaj przyjaciele wracali autem po specyficznej drodze, a dokładniej to ta droga znajdowała się na nasypie, a nasyp rozdzielał bagnisko długie na nieomal piętnaście kilometrów na pół. Tak to było miejsce wyjątkowe i wtedy wystarczył ten jeden chaotyczny element. Mowa tu o kierowcy jadącym z przeciwnego kierunku, który to wyprzedzał w sposób totalnie ryzykowny. Być może ten kierowca nieco wypił. Tylko, że to była taka jakby sugestia Norberta. On jako autor uwielbiał to wprowadzanie elementu niepewności, czyli kierowca, który to wyprzedzał w ryzykowny sposób mógł być lekko pijanym lub totalnie lekkomyślnym.

Dalszy ciąg książki rzecz jasna nie doprecyzowuje tej kwestii, bo to wątek poboczny. Niemniej jednak w pełni sprawny przyjaciel kierujący autem zjeżdża z drogi na pobocze i to w jednym z tych bardziej paskudnych miejsc, a dokładniej to właśnie tam, gdzie nasyp został podmyty, czyli tam gdzie pobocze było zbyt wąskim nawet dla auta o skromnych gabarytach. Gdyby ten zjazd na pobocze miał miejsce o sekundę lub dwie wcześniej, to auto przyjaciół zapewne zatrzymałoby się przed tą wyrwą zwężającą nasyp, ale tu akurat zbrakło szczęścia i wpadli w wyrwę i to w sposób bardziej niż niefortunny.

Mowa tu konkretnie o tym, że auto się obróciło i wpadło do bagniska tak, że tylko ten sparaliżowany z przyjaciół zdołał się wydostać, a konkretniej to on jakoś zaczął się wydostawać z auta. Tylko, że nie dość skutecznie, ale pomogli mu ludzie, których auto było tym wyprzedzanym przed zdarzeniem. Tamci ludzie to byli normalne osoby, a dokładniej to ojciec, matka i dwójka dzieci. Najprawdopodobniej wracali do domu i postąpili tak jak trzeba. Szybko wyciągnęli na brzeg bagniska tego z przyjaciół, który to miał sparaliżowane nogi, a on im szybko powiedział, by ratowali jego przyjaciela. Problem tkwił w tym, że tego drugiego w pełni sprawnego już nie zdołali uratować, bo kabina z jego strony była już aż nazbyt zdeformowaną i na dokładkę bardziej zapadła się w bagnisku. Jak na ironię to właśnie dlatego temu i niepełnosprawnemu udało się po części wygramolić, gdyż ta jego nie zdeformowana część kabiny znajdowała się wyżej i była nieomal nienaruszona. Ten istotny szczegół przesądził o jego przetrwaniu.

Przetrwanie tego niepełnosprawnego z kolegów było też i zakończeniem, a dokładniej to wyciągnięto jego na brzeg porośniętego trawą nasypu, a tam jedynie rozmyślał o tym, że już nigdy nie porozmawia ze swoim przyjacielem, który jeszcze kilka minut wcześniej prowadził auto. Rozmyślanie to było dla niego smutne, ale nie płakał. Jedynie przyglądał się temu jak tamta pomocna rodzina próbuje ratować tego, który jeszcze minutę wcześniej był pełnym życia. Tylko, że ów próby totalnie nic nie dały.

Tak właśnie tu kończyła się ta książka, a ja od siebie mogę dodać, że to wuj Norberta opowiedział jemu historię ponoć z życia wziętą, która to stała się inspiracją do tej konkretnej książki. Nie wiem tylko jak dokładnie ta jego opowieść się prezentowała, bo ta opowieść jego wuja mogła być zaledwie nieomal bezkształtnym zarysem, który to Norbert naszprycował detalami i burzą kwiecistych emocji. Najprawdopodobniej tak właśnie mogło być, choć i inne sprawy się tu liczyły.

Samo stworzenie ciekawej historii było tu zaledwie początkiem, a dokładniej to tę całą opowieść tworzył chyba przez ponad cztery miesiące, a promocja tego dzieła na początku szła jemu słabo, choć odwiedził chyba piętnaście bibliotek w mniej niż cztery miesiące. W tym oto czasie sprzedał ponad dwieście egzemplarzy, ale trudno to nazwać jakimś zaskakującym sukcesem, bo dwie trzecie z nich kupili jego znajomi i znajomi tych znajomych.

Zdecydowanie więcej dało Norbertowi to, że zaczął się promować w sieci, a dokładniej to tak jakby okazyjnie zaczął czytać ebooki pewnego dość popularnego pisarza i co równie istotne wystawił opinie chyba dla piętnastu z nich. Z tego co pamiętam to chyba każdy był opowiadaniem nie dłuższym niż te dwadzieścia pięć stron w formacie A4. Niemniej jednak najważniejszym było to, że jego opinie zostały napisane takim zaskakująco zgrabnym poetyckim językiem i właśnie dlatego ten bardziej popularny pisarz postanowił zaprosić Norberta na własne spotkanie autorskie. Zaoferował jemu nawet możliwość promowania własnej literatury, choć i bez tej możliwości Osiński najprawdopodobniej by się zgodził.

Tylko, że na to konkretne spotkanie autorskie niestety musiał poczekać, bo miało ono mieć miejsce jakiś miesiąc po jego siedemnastych urodzinach. Wziął na owe chyba trzydzieści, czy też trochę ponad trzydzieści egzemplarzy własnej książki i co najważniejsze każdy z tych egzemplarzy sprzedał i to był jego największy sukces licząc od początku promocji. Niemniej jednak w przeciągu dwóch tygodni od tego przełomowego spotkania autorskiego zakupiono jeszcze ponad dwieście egzemplarzy jego książki. Najprawdopodobniej większość z tych egzemplarzy to były tańsze wersje elektroniczne, ale to była tylko ta jedna strona jego sukcesu, a dokładniej to pierwsze z tych wspólnych spotkań autorskich było zaledwie początkiem siedmiu wspólnych spotkań autorskich, a już na trzecim z owych sprzedał grubo ponad setkę książek i najprawdopodobniej już wtedy Norbert zaczął robić to z czego był znany, a dokładniej to chyba jakieś dwanaście do piętnastu minut spotkania autorskiego poświęcił na czytanie sporego fragmentu własnej książki. Czytanie to było wyrazistym i takim jakby pełnym pasji.

Jego czytanie własnych książek tak jakby lśniło emocją przypominającą perfekcyjny brylant kwiecisty i chyba dzięki temu ludzie zaczęli kupować jego książkę i co najciekawsze jego kolejna życiowa książka odniosła jeszcze większy sukces, a trzecia stała się już czymś zaskakująco ciekawym i to chyba ze względu na okładkę, a dokładniej to okładka w tym przypadku była czymś co dosłownie przyciąga spojrzenia. Był na niej taki jakby zaskakująco zgrabny wiśniowy brylant, który to tak jakby przelewał się w tę pociągającą jeśli chodzi o barwność różę. Różę tę można było nawet nazwać perfekcyjną, bardziej perfekcyjną niż każda inna.

Dopełnieniem tego obrazu był tytuł, taki bardzo wymowny, czyli „Kwiaty intencji”. Szkoda tylko, że nie mogę o tej książce powiedzieć niczego więcej, bo gdy się ukazała, to wstępnie zaklasyfikowałem tę konkretną książkę jako rozwlekające się romansidło dla kobiet zazwyczaj szukających czegoś dość głębokiego. Trudno mi powiedzieć, czy się pomyliłem, czy też nie, ale zasadniczo to nadal nie otworzyłem tej książki.

Jeśli zaś chodzi o okładkę tej konkretnej książki to pamiętam ją głównie ze względu na to, że widziałem ją w dłoniach cioci Norberta w przychodni. Tak to była jedna z tych przełomowych chwil, bo niespełna trzy dni później dowiedziałem się tego, że jego ciocia jest nieuleczalnie chora, czyli, że ma raka i to już z przerzutami. Początkowo uznałem to za diagnozę, która to rzecz jasna może się potwierdzić, ale nie musi. Niemniej jednak po niespełna dwóch tygodniach byłem już raczej pewnym tego, że ów diagnoza nie jest tylko tą bezkształtną zapowiedzią i chyba dlatego w przeciągu kilku kolejnych dni zrobiłem coś niezwykłego, a dokładniej to w sieci wyszukałem taką eksperymentalną terapię, która to dawała wtedy spore szanse na powrót do zdrowia.

Danymi odnośnie tej terapii szybko podzieliłem się z wujem Norberta, a nawet z jego ciocią i co najważniejsze już na wstępie nie uznali tych newsów za coś nie wartego uwagi, a im dłużej czytali tym bardziej byli pewnymi tego, że opcja ta jest jedną z najlepszych osiągalnych. Rzecz jasna z finalną decyzją ociągali się przez te cztery lub pięć dni, ale stanęło na tym, że skorzystali z opcji, którą to im zaprezentowałem i to dość dogłębnie, choć wtedy akurat nie operowałem argumentami w sposób dostatecznie zgrabny, czyli moje omawianie tej opcji było takie jakby kalekie, ale czy to aż takie istotne. Wtedy akurat najbardziej liczyło się to, że po raz pierwszy wyszukałem coś wartego uwagi.

Problem tkwił w tym, że chyba trochę ponad osiem miesięcy później pewnym stało się to, że ta terapia nie jest wystarczająco skuteczną. Czułem się wtedy tak jakby aż nadto wyraźnie zawiódł oczekiwania Norberta i zasadniczo to przez jakiś czas nie chciałem się pokazywać jemu na oczy. Wtedy też tak jakby wciągnęło mnie pewne zlecenie, a dokładniej to trafiły mi się takie trzy zabytkowe drewniane komody. Znalazłem je w sieci przypadkowo, a dokładniej to ktoś chciał się ich pozbyć tak szybko z dnia na dzień. Rzecz jasna ten ktoś miał jakąś przyczynę zaliczaną do typowych, ale teraz o niej nic nie powiem, bo wyleciało mi to z głowy. Pamiętam za to, że transport do swojej pracowni załatwiłem w mniej niż trzy godziny, a potem tymi konkretnymi komodami zajmowałem się przez ponad trzy miesiące.

Także po tych trzech miesiącach sprzedałem pierwszą z nich i to nieomal za równowartość sportowego samochodu kompaktowego, którego to tak bardzo bardzo mocno chciałem zakupić. Chciałem i tak jakby nie byłem do końce pewnym tego, czy ów auto da mi dostatecznie wiele radości. Mowa tu konkretnie o tym, że wtedy miałem takie trzy dni zadumy, takie specyficzne dni i na początku trzeciego z tych dni odwiedził mnie Norbert, po to by tak dłużej z kimś pogadać.

Była to rozmowa chyba nawet zaliczana do dość owocnych, choć faktycznie to była i o wszystkim i o niczym. W końcu poruszył temat tych zabytkowych komód, które to ja odnawiałem. Poruszył ów temat tak jakby zaskakująco jedwabiście i jednocześnie chyba tak połowicznie pięknie. Chyba właśnie dlatego zaprowadziłem go do tych konkretnych komód tak jakby automatycznie, a on zobaczył pozostałe dwie z nich, a dotknął tej gorszej w sensie wizualnym i technicznym, a konkretniej to tej w której to zawiasy nie chodziły dość gładko. Mebel ten miał na dokładkę ten okrągły ślad na blacie, a konkretniej to na tym blacie znajdował się okrąg z miedzianej patyny, chyba po czymś takim jak miedziana podstawka pod doniczkę.

Jedyną pewną metodą na pozbycie się ów śladu była wymiana blatu lub przynajmniej jego sporego fragmentu. Wspomniałem o tym Norbertowi, ale on nie chciał się zgodzić na tego typu naprawę, czyli jego zdaniem ten krąg z miedzianej patyny był detalem, który dodawał smaku temu konkretnemu meblowi. Dodawał jemu bardzo wiele smaku i ten smak był bardzo istotnym dla Osińskiego. Za jego zachowanie zaproponował mi nawet czterokrotność miesięcznego wynagrodzenia typowego robotnika, a ja tę konkretną sumę na wstępie uszczupliłem i to o połowę. Tylko ze względu na to, że moja pomoc sprzed prawie roku okazała się tą znaczącą niewiele w moim mniemaniu.

Tylko, że Norbert i tak dał mi tyle ile zaproponował i dodał, że na tyle zasługuję, a jeśli nadal uważam wręcz przeciwnie, to rzecz jasna mogę jakąś część tej kwoty przeznaczyć na jakiś dom dziecka lub na leczenie nieuleczalnie chorych. Wspomniał o tym tak bardzo jedwabiście i na dokładkę zażyczył sobie tego, abym pomógł jemu we wniesieniu ów mebla do nich do domu. Ja zaś się zgodziłem tak jakby automatycznie i trzy dni później pomogłem z wnoszeniem tej komody.

Najpierw wnosiliśmy półki ten komody i jej szuflady, po to by nam było lżej z tym głównym meblem i co najważniejsze w trakcie wnoszenia szuflad zauważyłem, że ciocia Norberta siedzi w salonie na fotelu i czyta książkę „Kwiat Intencji”, czyli trzecią i jak na razie najpopularniejszą jego książkę. Rzecz jasna początkowo jej nie poznałem, bo niestety jedenaście miesięcy choroby zrobiło swoje. Właśnie dlatego stanąłem i przez nieomal trzy sekundy stałem tak jak zamrożony, ale ona nie dostrzegła tego, że patrzę na nią. Zaczęła się nieco rozglądać dopiero wtedy gdy dalej ruszyłem z szufladami.

Norbert tych moich poczynań chyba nie dostrzegł, a jeśli dostrzegł to totalnie nie zareagował. Jakieś cztery może pięć minut później wnieśliśmy tę główną komodę, w której to przypadku te drzwiczki zakleiliśmy szarą taśmą klejącą, po to by się nie otworzyły w trakcie wynoszenia. Ja od mojej strony komodą o nic nie przytarłem, ale Osiński nieznacznie zawadził o futrynę pierwszych drzwi wewnętrznych, a te pierwsze u nich w domu także były tymi wiekowymi i prezentowały się wręcz fenomenalnie, tylko że Norbert przechodził przez owe tak jakby to były typowe drzwi, a nie jakiś antyk.

Chyba trochę ponad minutę po wniesieniu tej komody wuj Norberta zaproponował mi kawę lub herbatę, ale ja odparłem, że jestem umówiony na oględziny samochodu, co faktycznie było prawdą i wyszedłem jedwabiście pozdrawiając ich wszystkich. Właśnie wtedy byłem pewnym tego, że za jakiś tydzień lub dwa ponownie ich odwiedzę, ale tego nie uczyniłem ze względu na moje obowiązki, których to miałem właśnie wtedy zadziwiająco wiele. Mowa tu konkretnie o tym, że przybyło mi ich jakieś trzy dni po tym wydarzeniu, a trzy miesiące później ciocia Norberta już nie żyła. Mało to wymowne zakończenie tej części mojej opowieści, ale inaczej nie potrafię.

Teraz natomiast powrócę do współczesności, a dokładniej to do tamtej pisarki, która to się sprowadziła do naszego niewielkiego miasteczka. Na dokładkę przeskoczę także do wydarzenia, które nawet teraz uznaję za istotne. Mowa tu dokładnie o tym, że jakieś trzy dni po zakupach, czyli po tych konkretnych zakupach zauważyłem ją na ławce w parku i co najważniejsze także czytała „Kwiat Intencji” i co najciekawsze przerzucała strony dokładnie tak samo jak ciocia Norberta.

Chyba zbyt długo obserwowałem to jak ona czyta i dlatego także ona zwróciła na mnie uwagę, a ja jej odpowiedziałem, że wtedy w sklepie zapłaciła cenę taką jak na cenówkach i w pośpiechu, tak połowicznie mechanicznie się oddaliłem, a ona powiedziała coś o tym, że spodziewała się tego. Tylko, że swoje odpowiedziała tak, jakby była głupcem, który to nie dostrzega wielu istotnych spraw.

Trochę więcej niż dzień później przywiozła do mojej pracowni drewniany stolik kawowy z detalami ozdobnymi wykonanymi z mosiądzu i co najciekawsze zażyczyła sobie, by został on perfekcyjnie odnowiony. Ja rzecz jasna przyjąłem ów zlecenie, choć dopiero po jakichś trzech minutach namysłu, a dokładniej to najpierw musiałem zerknąć na ten konkretny mebel z każdej strony i ocenić jego stan wizualny tak bardzo bardzo dokładnie.

Rzecz jasna już na wstępie dostrzegłem to, że blat ma widoczne, aż gryzące w oczy trzy uszczerbienia i jako najtańszą metodę renowacji zaproponowałem pomniejszenie ów blatu, ale ona się na coś takiego nie zgodziła. Mówiąc coś o tym, że płaci, ale też wymaga.

Słowa te rzecz jasna mi się nie spodobały i to nawet bardzo, ale ten grymas niezadowolenia znikł z mej twarzy dość szybko i zgodziłem się wykonać się to zlecenie, choć w takim płytkim mechanicznym stylu. Ona zaś się tak jakby dość płytko uśmiechnęła i wyszła wraz z pewnym małomównym facetem, który to dla niej wniósł ten konkretny stolik kawowy do mojej pracowni.

Może to i dziwne, ale przed moją pracownią z tamtym facetem się rozliczyła w takim dość nerwowym stylu, a dokładniej to zazwyczaj pogodna twarz tej blondi z burzą loków tak jakby zapłonęła sztyletowatą agresją. Może dwie sekundy później dała temu facetowi raczej niewielkie pieniądze, czyli to był jeden lub dwa banknoty i się rozeszli. Właśnie tak to odczytałem zerkając przez niewielkie frontowe okienko, które to rzecz jasna nie olśniewało czystością, choć zazwyczaj wystarczało do tego by się dowiedzieć, co dokładnie się dzieje przed moją pracownią. Przed tą moją pracownią był także taki niewielki parking wysypany tłuczniem z szarego granitu, a dokładniej to skromne dzieło mojego ojca, którym to chciał jakoś zrekompensować dojeżdżającym mizerny stan gruntowej drogi dojazdowej o długości blisko trzystu metrów.

Wzmianka powiązana z drogą może i jest czymś potrzebnym, albo wręcz przeciwnie. Tak czy inaczej jakieś trzy dni po ujrzeniu ów sceny dowiedziałem się jednego, a dokładniej to Norbert Osiński dostał woreczkiem foliowym z żółtą farbą i to prosto w twarz i co najciekawsze nie był to mały woreczek, bo w nim było nieomal pół litra tego dość wrednego płynu. Kluczowe znaczenie miało też i to, że właśnie wtedy spacerował, czyli był ponad kilometr za miasteczkiem na takim chodniku, który to był po części wykonanym z wysłużonych betonowych płyt. Te płyty stanowiły blisko czterdzieści procent jego długości, choć w większości ten chodnik nadal był taką ścieżką znajdującą się o te kilkanaście metrów od szosy i zazwyczaj także nieco ponad jej poziomem.

Niemniej jednak tym woreczkiem z farbą otrzymał na odcinku z betonowych płyt, który to znajdował się nieco pod poziomem szosy.

Z tego co się dowiedziałem, to oberwał ów woreczkiem nagle, a dokładniej to nadjechał jakiś szary średnich rozmiarów nudny sedan z opuszczoną szybą od strony pasażera i od strony pasażera także wyleciał ten konkretny woreczek, czyli to były ułamki sekund. Wystarczyło tyle by Norbert zamknął oczy, ale uniku nie wykonał, tylko nieznacznie obrócił głowę. Dlatego też ten wredny pocisk rozbił się w okolicy jegoprawej skroni i wtedy też kierowca auta przyspieszył w stronę miasteczka.

Nasz autor nie widział tego przyspieszania, ale usłyszał silnik benzynowy, który to wkręcał się na wyższe obroty.

Mi osobiście trudno się o tym wszystkim pisze, bo to rzecz jasna był wyczyn godzien jakiegoś szajbusa, czy też dwóch szajbusów. Właśnie do tego typu osób pasuje auto typu dość nudny sedan, a dokładniej to musieli oni mieć auto takie jakich wiele innych. Na dokładkę wyobraziłem sobie też i to, że ten samochód musiał mieć brudne tablice rejestracyjne. Mowa tu o tym, że były zachlapane błotem lub coś w tym stylu. Dokładnie tak to widziałem oczyma wyobraźni.

Może to i dziwne, ale tego mojego wyobrażenia ów zajścia nigdy nie przyrównałem do kompletnego obrazu faktów. Dowiedziałem się tylko tego, że farba była żółta i na dokładkę tania. Tych detali pewnym był sam Norbert Osiński, który to miał wtedy paczkę jednorazowych chusteczek w kieszeni i to właśnie dzięki nim tak wstępnie oczyścił sobie twarz. Tak gdyby nie te chusteczki to nie byłoby aż tak łatwo, a nosił je w kieszeni lekkiej kurtki nieomal od roku. Był to jeden z tych przedmiotów, który to raz okazyjnie spakował, a potem o nich zapomniał. Na dokładkę miał też w kieszeni niewielki scyzoryk z takim uniwersalnym ostrzem. Taki nawet dość stylowy i to właśnie jego regularnie pakował do kieszeni. Miał on też klucze od domu i telefon, ale to dzięki tym chusteczkom dość zgrabnie oczyścił okolice oczu, a pół godziny później był już we własnym domu, a tam właśnie umył się dogłębnie.

Jakieś trzy godziny później powiedział mi o tym wszystkim osobiście przy piwie, ale skupił się głównie na trudach powiązanych z umyciem się. Wzmianek o tym trudzie nie spamiętałem, bo były to słowa, które to przelatują przez umysł niczym woda. Z tego co mówił, to jedno wydało się mi istotne, a dokładniej to wydało się jemu, że w jego stronę rzuca kobieta, bo głowę miała owiniętą taką modną chustą w herbacianym kolorze z pewną ilością barwnych upiększeń. Na dokładkę miała też takie okulary przeciwsłoneczne, które to nie tylko zakrywały oczy, ale też i znaczną część twarzy. Okulary te były do jakiegoś stopnia modnymi, choć z drugiej strony to był tani detal dostępny niemal wszędzie.

Z tego wszystkiego najbardziej zszokował mnie sam Norbert, który to nie zgłosił tego zdarzenia na policję, bo spodziewał się tego, że to jednorazowy wybryk jakichś dwóch młodych kobiet, które to dobrze znał. Teoretyczną znajomość tłumaczył zamaskowaniem twarzy i użyciem auta, którego to zapewne nie rozpozna na tle podobnych, bo niestety nie widział jego blach, a marka i model to w tym konkretnym przypadku raczej nie dane wybitnie pomocne.

Jego trajkotanie powiązane z brakiem reakcji przerwałem w sposób mało smaczny, a dokładniej to musiałem powiedzieć jemu to co myślałem. Tak musiałem to powiedzieć, bo gdyby policja zaczęła sprawdzać wszystkich właścicieli tych aut w kolorze szarym, to najprawdopodobniej trafili by na koleżankę sprawczyni lub przynajmniej ją nieco przestraszyli, a ona w nerwach mogłaby mundurowym zdradzić jakiś istotny kęs prawdy. Jakoś tak opisałem moje stanowisko siorbiąc dość powoli piwo zaliczane do tych o pociągającym smaku.

Problem w tym, że Norbert nie skupiał się na moich argumentach i mi przerwał w sposób dość żyletkowaty po kilku zdaniach i wtrącił swoje zdania powiązane z eskalacją, a konkretniej to mówił coś o tym, że on nie chciał karać kogoś za coś tak drobnego i że zacznie działać dopiero wtedy gdy odpowiedzialni za ów zdarzenie posuną się dalej.

Właśnie to jego rozumowanie uznałem za głupie i tak jakby jedwabiście wyprosiłem go z własnego domu. Wyprosiłem go głównie ze względu na to, że wtedy musiałem jeszcze skręcić trzy szafki z nowego zestawu mebli, a w kolejnym dniu miałem wiele do zrobienia, czyli musiałem dalej odnawiać meble i to w sposób dość mozolny. Dlatego też musiałem wypocząć.

Początkowo on tych moich tłumaczeń chyba nie brał do siebie, czyli tak jakby kleił się do dalszej rozmowy ze mną. Tylko, że ja dosłownie wcisnąłem jemu te pozostałe dwie puszki dość dobrego piwa do rąk i wyprowadziłem. Niby tak dość uprzejmie, ale też i zadziwiająco nieustępliwie. Natomiast gdy już znalazł się za progiem to na dokładkę zażartowałem z niego mówiąc coś o tępym geniuszu, a następnie zamknąłem drzwi z takim jakby aksamitnym pośpiechem. Najwyraźniej tego oto uczynku się spodziewał, bo potem patrzył w moje drzwi przez około sekundę i poszedł w swoją stronę. Poszedł w takim bardzo zorganizowanym mechanicznym stylu, który to mi osobiście wydał się być tym przynajmniej lekko dziwnym. Zaś odchodząc te dwie puszki piwa w kawałku folii trzymał tak jakby dość lekkomyślnie. Właśnie tak jakby totalnie się nie przejmował tym, czy doniesie je do własnego domu, czy też wpadną w błoto przy drodze.

Ten, czy też bardzo podobny rodzaj tego jego odejścia był już dla mnie czymś dość dobrze poznanym, a dokładniej to tak Norbert odchodził w swoją stronę wtedy, gdy już był pewnym, co do tego że szafirowym argumentem nic nie zdziała. Chyba najbardziej wymowną formę ów odchodzenia zauważyłem właśnie wtedy gdy zostawiał moją siostrę samą, choć faktycznie to jej nie zostawił. Tylko tak jakby wewnętrznie poczuł to, że tworzenie z nią tego pięknego związku, to coś takiego jak syzyfowa praca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.17
drukowana A5
za 38.99