O pożytkach z samotności
Ruben Big obudził się kilka minut po piątej, z prześcieradłem przyklejonym do pleców i smakiem żelaza na języku. W nocy temperatura spadła do jedenastu stopni, lecz jego ciało najwyraźniej nie przyjęło tego do wiadomości. Pot spływał mu spod pach, zbierał się w zagłębieniu pępka i pozostawiał wilgotne ślady na prześcieradle rozciągniętym na materacu, którego sprężyny od dawna domagały się wymiany. Przez chwilę leżał nieruchomo, wsłuchując się w dźwięki domu: pracę drewna kurczącego się po chłodnej nocy, skrobanie myszy gdzieś pod podłogą, pojedyncze uderzenia gałęzi o blaszane obicie komina. Z zewnątrz dochodził monotonny szum sosen, tak jednostajny, że po kilkunastu latach przestał go właściwie słyszeć. Rozpoznawał natomiast każdą zmianę jego natężenia, podobnie jak człowiek mieszkający przy ruchliwej ulicy potrafi przez sen odróżnić przejeżdżającą ciężarówkę od nadjeżdżającej karetki. Przeciągnął się, czując przyjemne napięcie mięśni brzucha, po czym wsunął dłoń pod kołdrę i podrapał się po udzie. Od kilku dni swędziała go skóra w pachwinie. Podejrzewał ukąszenie meszki, chociaż równie dobrze mogło chodzić o podrażnienie wywołane przepoconymi spodniami roboczymi. Nie zamierzał dociekać przyczyny. Czterdzieści osiem lat nauczyło go, że większość dolegliwości ustępuje szybciej, jeżeli człowiek nie poświęca im przesadnej uwagi, a pozostałe i tak prędzej czy później zmuszają go do zainteresowania się nimi. Ruben uważał tę zasadę za wystarczającą podstawę medycyny domowej.
Wstał, nagi i ciężki, przytrzymując się framugi, żeby ominąć deskę, która od dwóch tygodni uginała się pod jego stopą. Powinien był wymienić ją jeszcze w lipcu, lecz remont podłogi wymagał przeniesienia komody, a przeniesienie komody oznaczało konieczność uporządkowania jej zawartości. Człowiek mógł przeżyć z nadwerężoną podłogą, natomiast porządkowanie dawnych pamiątek, starych rachunków i niepotrzebnych części do narzędzi wydawało mu się czynnością pozbawioną jakiegokolwiek biologicznego uzasadnienia. Jego ciało miało przy tym własne wymagania przestrzenne. Szerokie ramiona, masywna klatka piersiowa, wydatny brzuch i uda ocierające się o siebie podczas chodzenia nie pozwalały mu poruszać się z elegancją szczupłych mężczyzn, których widywał czasami w reklamach bielizny. Nie zazdrościł im. Lubił swój ciężar, zwłaszcza rano, gdy mięśnie pozostawały jeszcze rozluźnione, a skóra zachowywała ciepło snu. Gęste, ciemne owłosienie pokrywało mu pierś, brzuch i ramiona, rozrzedzając się dopiero w okolicy nadgarstków. Na lewym boku miał szeroką, jaśniejszą bliznę, pozostałość po wypadku z okresu, kiedy uważał, że doświadczenie zawodowe stanowi wystarczające zabezpieczenie przed własną głupotą. Przesunął po niej palcami, bardziej z przyzwyczajenia niż z zainteresowania, i wyszedł na zewnątrz.
Powietrze pachniało mokrym piaskiem, paprocią i czymś słodkim, gnijącym w podszyciu. Na skraju podwórza rosły dwie stare jabłonie, których owoce od lat były zbyt kwaśne, żeby jeść je na surowo. Pod jedną z nich leżało kilka nadgniłych jabłek, obsiadłych przez osy. Ruben przeszedł obok nich boso, omijając miejsce, gdzie wiosną rozsypał popiół z paleniska. Przy studni stało ocynkowane wiadro i plastikowa miska z pękniętym uchwytem. Napompował wody do wiadra, odczekał, aż wzburzony osad opadnie na dno, po czym nabrał jej w dłonie. Przepłukał usta, wypluł pierwszy łyk na trawę i dopiero następny wypił. Woda miała charakterystyczny mineralny posmak, którego nie udało mu się wyeliminować żadnym filtrem. Lubił go jednak, ponieważ przypominał, że nie wszystko musi być przyjemne, żeby nadawało się do spożycia. Zmoczył twarz, kark i pachy, a następnie przez chwilę stał pochylony nad miską, patrząc, jak krople spadają z końców brody. W oddali odezwał się dzięcioł. Ruben uniósł głowę, usiłując określić odległość, lecz ptak zamilkł. Zawsze uważał, że dzięcioły wykonują pracę podobną do jego własnej, tyle że bez rachunków za paliwo, i niewykluczone, że właśnie dlatego darzył je szczególną sympatią.
Dom stał na niewielkim wyniesieniu między dwoma obniżeniami terenu, z których jedno po intensywnych deszczach zamieniało się w płytkie rozlewisko. Była to drewniana chata o nieproporcjonalnie dużym dachu, dobudowanej kuchni i fundamentach wykonanych częściowo z kamienia polnego. Ruben kupił ją siedemnaście lat wcześniej, kiedy większość ludzi uznałaby ją za budynek przeznaczony do rozbiórki. Dach przeciekał, komin wymagał przemurowania, podłoga przegniła przy północnej ścianie, a instalacja elektryczna wyglądała na dzieło człowieka, który uważał przepisy przeciwpożarowe za formę ograniczania swobód obywatelskich. Przez pierwsze trzy zimy naprawiał niemal wszystko, czasami dwukrotnie, ponieważ dopiero uczył się odróżniać rozwiązania trwałe od tych, które jedynie odsuwały katastrofę do następnego sezonu. Obecnie dom nie wyglądał pięknie, ale działał. Woda trafiała do zbiornika dzięki pompie, panele słoneczne zasilały podstawowe urządzenia, a piec potrafił utrzymać ciepło przez większość nocy, jeśli używało się dobrze wysuszonego drewna i nie otwierało popielnika bez potrzeby. Ruben nie nazywał tego samowystarczalnością. Wiedział, że zależy od paliwa, części zamiennych, leków, dróg, producentów narzędzi i całej niewidzialnej armii ludzi, których nigdy nie spotkał. Różnica polegała na tym, że mógł korzystać z ich pracy bez obowiązku słuchania opowieści o ich małżeństwach.
Przed śniadaniem sprawdził drewno. Pod długim zadaszeniem, którego dach pokrywała miejscami zielonkawa warstwa porostów, stały trzy rzędy polan ułożonych na drewnianych podkładach. Każdy rząd miał inną historię. Najstarszy pochodził sprzed dwóch zim, środkowy z poprzedniej wiosny, a najmłodszy z czerwcowego cięcia, kiedy przez niemal dwa tygodnie pracował dla właściciela prywatnego lasu położonego kilka kilometrów na południe. Drewno powinno schnąć powoli, osłonięte przed deszczem, ale w miejscu, w którym swobodnie krąży powietrze. Ruben uważał, że ludzie popełniają przy jego przechowywaniu te same błędy co przy wychowywaniu dzieci: najpierw pozbawiają je powietrza, a potem dziwią się, że zaczynają gnić. Wybrał z najstarszego stosu brzozowe polano, rozłupał je i przyłożył elektrody wilgotnościomierza do świeżo odsłoniętej powierzchni drewna. Osiemnaście procent. Wynik go zadowolił. Powtórzył pomiar na dwóch kolejnych polanach, sprawdził też buk przygotowany do dłuższego palenia. Następnie zanotował kilka wartości ołówkiem na zabrudzonej kartce przybitej do słupa zadaszenia, chociaż wiedział, że przy pierwszej większej wilgoci papier zacznie się marszczyć, a on i tak będzie pamiętał, który stos nadaje się do użycia. Dokumentowanie rzeczy oczywistych uważał za jeden z najbardziej niedorzecznych zwyczajów cywilizacji, lecz sam praktykował je z upodobaniem godnym pracownika administracji skarbowej.
Kiedy wrócił do kuchni, jego brzuch odezwał się długim, nieprzyzwoitym burczeniem. Przygotował jajecznicę z czterech jaj, cebuli i resztek wędzonego boczku, który wisiał od tygodnia w chłodnej spiżarni. Na patelnię dorzucił również kilka kawałków ziemniaka ugotowanego poprzedniego dnia, ponieważ nie znosił marnowania jedzenia, szczególnie jeśli wcześniej poświęcił czas na jego przygotowanie. Jedzenie wyrzucane do śmieci oznaczało dla niego nie tyle stratę pieniędzy, ile zmarnowane godziny pracy: kopania ziemi, podlewania, zbierania, gotowania i sprzątania. Zjadł wszystko bez pośpiechu, zagryzając grubymi kromkami chleba. Nie miał zwyczaju przeglądać telefonu podczas posiłków. Zasięg pojawiał się w chacie nieregularnie, najczęściej przy oknie wychodzącym na południe, a Ruben uważał, że urządzenie, które wymaga od człowieka przemieszczania się po własnym domu w poszukiwaniu niewidzialnego sygnału, nie zasługuje na szczególne względy. Telefon leżał więc na półce obok pudełka z bateriami, a on obserwował muchę usiłującą wydostać się spomiędzy szyb. W końcu wstał, otworzył skrzydło okienne i wypuścił owada. Nie wynikało to z nadzwyczajnej dobroci. Mucha doprowadzała go do szału, a zabicie jej wymagałoby umycia szyby.
Pracę rozpoczynał od przygotowania narzędzi, ponieważ zaniedbania popełnione przy stole warsztatowym zwykle wracały do człowieka w chwili, gdy znajdował się najdalej od domu. Na drewnianym blacie rozłożył pilniki, klucze, niewielką szczotkę, pojemnik ze środkiem do konserwacji i rękawice. Pilarka, czerwono-czarna i porysowana od wieloletniego użytkowania, leżała na boku, odsłaniając prowadnicę ze śladami zaschniętej żywicy. Ruben zdjął osłonę, oczyścił okolice sprzęgła z trocin, sprawdził stan łańcucha oraz otworów doprowadzających olej. Potem unieruchomił prowadnicę i przez kilkanaście minut ostrzył kolejne zęby łańcucha, prowadząc pilnik równomiernymi ruchami. Nie lubił pracować tępym łańcuchem. Człowiek zmuszony do wciskania pilarki w drewno szybciej się męczył, zwiększał ryzyko błędu i produkował drobny pył zamiast grubych, zdrowych wiórów. Ruben potrafił ocenić jakość ostrzenia po samym dźwięku cięcia, podobnie jak niektórzy muzycy rozpoznawali rozstrojony instrument, zanim jeszcze zdołali nazwać fałszywą nutę. Do osobnego zbiornika nalał świeżej benzyny, odmierzył olej do silników dwusuwowych i przygotował mieszankę w proporcji przewidzianej przez producenta. Dokręcił korek kanistra, kilkakrotnie nim potrząsnął i sprawdził zapas oleju do smarowania łańcucha. Na koniec obejrzał kask, osłonę twarzy i spodnie ochronne, których materiał na udach od dawna nosił trwałe ślady żywicy. Wszystko działało, chociaż prawie nic nie wyglądało dobrze. To właśnie uważał za stan idealny.
Tego dnia miał usunąć sosnę rosnącą przy skraju starego zrębu. Drzewo zostało wcześniej oznaczone do wycinki, a właściciel terenu uzgodnił z nim rozliczenie za pracę i drewno. Igły w koronie sosny od kilku miesięcy brązowiały, dolne gałęzie uschły, a pod korą pojawiły się charakterystyczne ślady żerowania owadów. Ruben widział ją podczas poprzedniej wizyty i wiedział, że odkładanie pracy nie przyniesie niczego dobrego. Chora sosna stała w miejscu, gdzie podczas jesiennych wichur wiatr potrafił nabierać znacznej siły, a pobliskie młode drzewa mogły zostać uszkodzone, gdyby obaliła się samoczynnie. Zabrał kliny, siekierę, zapasowe paliwo, apteczkę i termos z herbatą. Do plecaka włożył kanapki z pasztetem, dwa ogórki kiszone i kawałek jabłecznika, który upiekł przedwczoraj z owoców znalezionych pod drzewami. Ciasto było zbite, mało słodkie i miejscami przypalone, ale Ruben uważał je za udane, ponieważ nie wymagało użycia miksera. Wszystkie urządzenia kuchenne, które należało później rozkręcać i myć, stanowiły według niego dowód, że ludzkość pomyliła wygodę z komplikacją.
Wyruszył przed siódmą. Piaszczysta droga była jeszcze wilgotna po nocnym deszczu, więc opony starego terenowego samochodu nie wzniecały zwykłych obłoków kurzu. Po obu stronach rosły sosny o wysokich, prostych pniach, a pomiędzy nimi rozciągały się płaty wrzosowisk, borówczysk i paproci. Dalej teren obniżał się ku torfowisku. Wczesnym rankiem nad brunatną powierzchnią wody unosiła się mgła przypominająca oddech pozostawiony w zimnym pomieszczeniu. Ruben znał tę okolicę lepiej niż własne ciało, choć nigdy nie pomyślałby, żeby porównywać jedno z drugim. Wiedział, gdzie pod cienką warstwą mchu zaczyna się grząski grunt, gdzie w maju zakwitają wełnianki, w którym miejscu lisy wydeptały przejście przez jeżyny i które zagłębienia po obfitych opadach zamieniają się w pułapki dla ciężkich maszyn. Znał również miejsca, do których nigdy nie chodził, nie z powodu zabobonu, lecz dlatego, że nie widział żadnego uzasadnienia dla sprawdzania wytrzymałości własnych nóg w błocie sięgającym pasa. Ludzie przyjeżdżający z miasta często mówili o lesie jak o ogromnej przestrzeni wolności. Ruben uważał to za osobliwą głupotę. Las był pełen ograniczeń, zakazów i zależności, tyle że nie spisano ich na papierze. Można było złamać nogę, zatruć się grzybami, wpaść pod przewracające się drzewo albo umrzeć z wychłodzenia kilkaset metrów od własnego samochodu. Żaden z tych wypadków nie wymagał interwencji sił nadprzyrodzonych.
Przy zrębie zaparkował na ubitej ziemi i przez dłuższą chwilę obserwował sosnę. Miała nieco ponad dwadzieścia metrów wysokości, pień wyraźnie pochylony ku południowemu wschodowi i rozwidlenie w górnej części korony, gdzie kilka grubych gałęzi tworzyło niesymetryczne obciążenie. Jej kora była spękana, miejscami pokryta zielonkawym nalotem. W pobliżu podstawy dostrzegł niewielkie kopczyki drobnych trocin oraz kilka zaschniętych wycieków żywicy. Zdjął rękawicę i dotknął jednego z nich. Zewnętrzna warstwa stwardniała, lecz pod nią zachowała się lepka, bursztynowa substancja, której zapach natychmiast przypomniał mu dzieciństwo. Nie chodziło o konkretną scenę ani o szczególną osobę. Było to raczej wrażenie lata, kiedy człowiek nie rozumiał jeszcze, że wakacje nie są właściwością świata, lecz przywilejem wieku. Ruben uśmiechnął się do tej myśli z pewnym rozdrażnieniem. Nostalgia wydawała mu się jedną z najbardziej podstępnych form samozadowolenia. Ludzie wspominali młodość jako okres szczęścia przede wszystkim dlatego, że większość obowiązków wykonywał wtedy ktoś inny.
Obszedł drzewo kilkakrotnie, sprawdzając jego pochylenie, otoczenie oraz ewentualne przeszkody w planowanym kierunku obalania. Przez moment stał nieruchomo, patrząc na wierzchołek poruszający się pod wpływem lekkiego wiatru. Nie zamierzał ścinać sosny, jeśli podmuchy przybiorą na sile. Choroba mogła osłabić pień w sposób niewidoczny z zewnątrz, a martwe konary groziły oderwaniem się w najmniej odpowiedniej chwili. Ostatecznie uznał, że może przystąpić do pracy, choć ta konkretna sosna wymagała większej ostrożności niż zdrowe drzewo. Oczyścił najbliższe otoczenie i sprawdził drogę wycofania się po rozpoczęciu obalania. Potem założył ochronniki słuchu, opuścił osłonę twarzy i uruchomił pilarkę. Silnik odezwał się gwałtownym, metalicznym rykiem, rozcinając poranną ciszę. Ruben przez kilka sekund trzymał maszynę nieruchomo, wyczuwając jej pracę. Lubił ten moment. Nie dlatego, że hałas dawał mu poczucie władzy nad przyrodą, jak podejrzewali niektórzy ludzie, którzy nigdy nie spędzili całego dnia przy ciężkich narzędziach. Lubił go, ponieważ oznaczał początek czynności posiadającej wyraźny cel, przewidywalny przebieg i namacalny rezultat. Drzewo miało zostać ścięte, drewno przygotowane do transportu, stanowisko uprzątnięte. Żadnych niekończących się rozmów, żadnych pretensji dotyczących niewłaściwego tonu głosu, żadnego pytania, co właściwie chciał powiedzieć, kiedy stwierdził, że jest zmęczony.
Pierwsze cięcie wykonał spokojnie. Spod łańcucha wysypały się jasne wióry, które osiadały na jego spodniach i butach. W miarę zagłębiania się prowadnicy zapach drewna stawał się intensywniejszy, bardziej gorzki, miejscami nieprzyjemny. Ruben zauważył kilka ciemniejszych przebarwień w strukturze włókien. Nie zdziwiły go. Chore drzewa często kryły wewnątrz niespodzianki, a ich rzeczywisty stan można było ocenić dopiero po przecięciu pnia. Kiedy przygotował rzaz podcinający, odsunął się, ponownie spojrzał w koronę i przez chwilę nasłuchiwał wiatru. Następnie rozpoczął rzaz ścinający z przeciwnej strony pnia, obserwując zachowanie drewna i pozostawiając zawiasę o odpowiedniej szerokości. Użył klina, zanim ciężar pnia mógł zacisnąć szczelinę. Przez kilka sekund nie wydarzyło się nic, potem gdzieś wysoko rozległ się suchy trzask, a korona poruszyła się w przewidzianym kierunku. Ruben wycofał się przygotowaną drogą, nie spuszczając drzewa z oczu. Sosna przechyliła się powoli, jakby przez moment próbowała jeszcze utrzymać równowagę, po czym runęła na ziemię z głuchym uderzeniem. Wstrząs przeszedł przez podeszwy jego butów. Z korony uniosły się drobne gałązki, igły i pył, a jedna z martwych odnóg pękła, uderzając o sąsiedni pień. Potem zapadła cisza znacznie głębsza niż ta sprzed rozpoczęcia pracy.
Ruben poczekał, aż przestaną opadać drobne gałęzie, i dopiero wtedy zbliżył się do powalonej sosny. Przez następne dwie godziny usuwał konary, odcinał cieńsze fragmenty i przygotowywał pień do podziału. Nie była to praca wymagająca wielkiej wyobraźni, lecz domagała się nieustannej koncentracji. Każda gałąź mogła znajdować się pod naprężeniem, każda zmiana podparcia pnia wpływała na sposób zachowania drewna. Ruben pracował metodycznie, co pewien czas gasząc silnik i zmieniając pozycję. Pod koniec pierwszej godziny pot ściekał mu po kręgosłupie, a koszulka przykleiła się do pleców. Miał wrażenie, że materiał nasiąkł nie tylko wodą, ale również drobnymi cząstkami żywicy i kurzu. W ustach czuł posmak spalin, chociaż od dłuższego czasu nie uzupełniał paliwa. Kiedy pochylił się nad grubszym fragmentem pnia, mięśnie brzucha napięły się pod ciężarem jego własnego ciała. Nie przeszkadzało mu to. Nauczył się pracować ze swoim rozmiarem, nie przeciwko niemu. Wiedział, które ruchy wymagają ustawienia nóg szerzej, kiedy należy oprzeć przedramię na udzie i w jaki sposób podnieść ciężar, żeby następnego ranka nie obudzić się z bólem krzyża. W młodości uważał siłę za zdolność do pokonywania oporu. Teraz wiedział, że znacznie częściej polegała na umiejętności rozpoznawania rzeczy, których nie warto podnosić.
Przed południem usiadł na pniaku i zdjął kask. Włosy miał mokre, a broda nasiąkła potem tak mocno, że kiedy przeciągnął po niej dłonią, na palcach pozostały krople. Wyjął z plecaka kanapki i termos. Herbata była jeszcze ciepła, choć wyraźnie przejęła zapach metalu. Jadł powoli, odrywając duże kawałki chleba i popijając je słodkim napojem. Wokół panował spokój pozornie niezakłócony jego pracą. Kilka metrów dalej mrówki przenosiły martwego chrząszcza, którego ciało było większe od każdej z nich. Na piaszczystej ziemi przesuwał się cień gałęzi. Gdzieś między krzewami poruszyło się niewielkie zwierzę, zapewne mysz lub jaszczurka. Ruben przyglądał się wszystkiemu z uwagą człowieka, który nie musi udawać zainteresowania rozmową. Miał tę szczególną przewagę nad mieszkańcami miast, że nie odczuwał potrzeby wypełniania każdej przerwy jakimś zajęciem. Potrafił siedzieć przez kwadrans, obserwując owada wspinającego się po źdźble trawy, i nie uważał tego czasu za stracony. Zarazem doskonale wiedział, jak łatwo podobne zachowania przerobić na wzniosłą filozofię. Wystarczyło nazwać bezczynność kontemplacją, a brak pieniędzy prostotą życia. Ruben nie znosił tego rodzaju oszustw, szczególnie kiedy dopuszczał się ich sam. Siedział na pniaku, ponieważ bolały go nogi i chciał zjeść kanapkę. Cała reszta była literaturą.
Nie oznaczało to, że nie myślał o swoim życiu. Przeciwnie, samotność pozostawiała mu na rozmyślania więcej czasu, niż kiedykolwiek potrzebował. Czasami zastanawiał się, czy człowiek może przyzwyczaić się do własnego towarzystwa tak bardzo, że przestanie odróżniać spokój od zubożenia doświadczenia. W jego chacie wszystko znajdowało się tam, gdzie sam zdecydował. Nikt nie przekładał narzędzi, nie zmieniał kolejności naczyń, nie zostawiał mokrych ręczników na łóżku. Nikt również nie pytał, dlaczego przez trzy dni jadł tę samą zupę, ani nie zauważał, kiedy przez kilka godzin milczał z powodu zwyczajnego przygnębienia. Ruben uważał ten układ za korzystny, chociaż zdarzały się wieczory, podczas których zaczynał mówić do siebie tylko po to, żeby usłyszeć ludzki głos. Nie przejmował się tym szczególnie. Ludzie rozmawiali przecież ze zwierzętami, roślinami, samochodami i urządzeniami gospodarstwa domowego, nie wzbudzając większych podejrzeń. Gdyby jednak przyznał komuś, że podczas naprawiania pieca prowadził ze sobą długą dyskusję o tym, czy warto wydać pieniądze na nowy ruszt, zapewne uznano by go za ekscentryka. Wobec tego nie przyznawał się do niczego. Samotność była dla niego między innymi sztuką zachowywania w tajemnicy własnej śmieszności.
Zjadł jabłecznik, otrzepał dłonie z okruchów i wrócił do pracy. Przy grubszym końcu sosny drewno okazało się ciemniejsze, niż przewidywał. W kilku miejscach włókna wyglądały, jakby nasiąkły wilgocią, chociaż świeża powierzchnia cięcia pozostawała sucha. Ruben dotknął ich opuszkiem palca, rozcierając na skórze odrobinę brunatnego osadu. Poczuł zapach przypominający mokrą korę i stary olej roślinny. Nie potrafił rozpoznać choroby, lecz nie zamierzał zabierać do domu całego pnia. Część drewna nadawała się jeszcze do mniej wymagających zastosowań; o przeznaczeniu reszty miał zdecydować właściciel. Kilka lepiej zachowanych fragmentów, w tym krótsze odcinki z przyziemnej części pnia, odłożył do zabrania ze sobą; pozostałe drewno przygotował do późniejszego transportu, a teren oczyścił z resztek gałęzi. Wkrótce jego ramiona zaczęły drżeć z wysiłku. Było to przyjemne zmęczenie, posiadające konkretną przyczynę i obiecujące równie konkretną nagrodę: gorącą kolację, umyte ciało i kilka godzin odpoczynku. Ruben lubił fizyczne wyczerpanie bardziej niż większość innych ludzkich stanów, ponieważ nie pozostawiało wiele miejsca na rozważania o sensie życia. Po ciężkiej pracy człowiek chciał po prostu usiąść. Jeśli nie potrafił docenić tak prostej przyjemności, prawdopodobnie nigdy nie był naprawdę zmęczony.
Kiedy skończył, słońce stało wysoko nad lasem, a poranna wilgoć ustąpiła miejsca ciężkiemu, nieruchomemu powietrzu. Ruben zdjął rękawice i rozprostował palce. Na prawej dłoni pojawił się niewielki pęcherz, mimo że trzonek siekiery był wygładzony wieloletnim użytkowaniem. Przekłułby go zapewne jeszcze kilka lat wcześniej, lecz zdążył nauczyć się, że podobne zabiegi przynoszą więcej kłopotów niż pożytku. Obejrzał skórę i zostawił ją w spokoju. Załadował narzędzia oraz wybrane kawałki drewna, zabezpieczył ładunek, a następnie przeszedł kawałek w kierunku wąskiego obniżenia terenu, gdzie rosły niewielkie brzozy i kępy turzyc. Chciał sprawdzić, czy po ostatnich deszczach pojawiły się grzyby. W powietrzu czuć było wilgotną ziemię, rozkładające się igły i charakterystyczny chłód unoszący się nad torfem nawet podczas ciepłych dni. Znalazł dwa maślaki, kilka zeschniętych gołąbków oraz niewielkiego podgrzybka, którego kapelusz zdążyły już nadgryźć ślimaki. Zebrał tylko maślaki. Nie widział powodu, żeby zabierać z lasu coś, czego później nie będzie chciał jeść. Człowiek powinien mieć przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby własną zachłannością nie obciążać jeszcze kompostownika.
Przy niewielkim jeziorku zatrzymał się na dłużej. Woda miała ciemny, herbaciany kolor, a jej powierzchnię przecinały smugi pyłku i drobnych szczątków roślinnych. Z brzegu wystawał pień starej brzozy, zanurzony do połowy w mule. Ruben pamiętał, że kilkanaście lat wcześniej drzewo rosło jeszcze na skraju wody, lecz grunt stopniowo osuwał się, odsłaniając korzenie, aż w końcu pień przechylił się i runął. Przyroda nie potrzebowała katastrof, żeby dokonywać wielkich zmian. Wystarczało jej cierpliwe powtarzanie drobnych czynności. Deszcz wypłukiwał ziemię, mróz rozszerzał szczeliny, grzyby osłabiały drewno, bakterie rozkładały szczątki, a wszystko odbywało się w tempie, które człowiek uznawał za powolne tylko dlatego, że sam żył zbyt krótko. Ruben usiadł na suchym fragmencie brzegu i zdjął buty. Wsunął stopy do wody, syknął z zimna i przez chwilę poruszał palcami nad miękkim dnem. Nie zamierzał pływać. Jezioro było płytkie przy brzegu, lecz kilka metrów dalej gwałtownie opadało, a jego brunatna woda nie pozwalała ocenić głębokości. Poza tym Ruben miał zbyt wiele pracy, żeby spędzać popołudnie na udowadnianiu sobie, że potrafi zanurzyć głowę w zimnej wodzie.
Wrócił do samochodu z uczuciem przyjemnego rozleniwienia. Podczas jazdy myślał o kolacji, chociaż nie był szczególnie głodny. Wyobrażał sobie ziemniaki pieczone w popiele, kawałek wędzonej kiełbasy, twaróg ze szczypiorkiem i pomidory pokrojone na grube plastry. W jego wyobraźni jedzenie przybierało zawsze bardziej uroczystą postać niż w rzeczywistości. Potrafił przez pół godziny rozważać idealne proporcje tłuszczu, soli i kwaśności, po czym wrócić do domu i zjeść fasolę prosto z garnka, stojąc przy kuchennym blacie. Nie uważał tego za sprzeczność. Przyjemność można było czerpać zarówno z przygotowywania posiłku, jak i z rezygnacji ze wszystkich związanych z nim ceremonii. Ruben nie potrzebował publiczności, żeby delektować się jedzeniem, chociaż lubił czasami urządzać sobie przedstawienia. W szafie przechowywał jedwabny szlafrok w kolorze starego złota, który przed laty znalazł w opuszczonym pensjonacie. Materiał był miejscami przetarty, a jeden rękaw miał ciemną plamę, której nie udało się usunąć. Ruben nosił go podczas szczególnie zimnych wieczorów albo wtedy, gdy zamierzał spędzić kilka godzin na czytaniu. Zdarzało mu się również jadać w nim kolację przy świecach, z porcelanowego talerza należącego do niekompletnego serwisu. Uważał, że jeśli człowiek nie potrafi zachowywać się niedorzecznie we własnym domu, niepotrzebnie marnuje możliwość posiadania domu.
Po powrocie rozładował samochód, uzupełnił wodę w zbiorniku i rozłożył narzędzia do oczyszczenia. Nie znosił pozostawiania pilarki brudnej po całym dniu pracy. Żywica twardniała, trociny gromadziły wilgoć, a zaniedbane elementy zaczynały pracować coraz gorzej. Oczyścił prowadnicę, sprawdził napięcie łańcucha i przetarł obudowę szmatą nasiąkniętą odpowiednim środkiem. Następnie odłożył maszynę na półkę, na której przechowywał również zapasowe świece zapłonowe, pilniki i części do starszego modelu, którego nie używał od kilku lat. Każda rzecz posiadała określone miejsce, ponieważ szukanie narzędzi doprowadzało go do wściekłości znacznie szybciej niż ich naprawianie. Mimo to w warsztacie panował nieporządek, którego nie dało się wytłumaczyć żadnym racjonalnym systemem. Ze ścian zwisały zardzewiałe łańcuchy, w kącie stały trzy wiadra pełne metalowych odpadków, a na parapecie leżało kilkanaście śrub o nieznanym przeznaczeniu. Ruben pamiętał, skąd pochodziła większość przedmiotów. Nie zawsze pamiętał natomiast, dlaczego uznał je za warte zachowania. W takich chwilach dochodził do wniosku, że gromadzenie rzeczy jest świecką odmianą wiary w zmartwychwstanie. Człowiek odkładał bezużyteczny przedmiot, ponieważ wyobrażał sobie przyszłość, w której nagle okaże się on niezbędny.
Dopiero po uporządkowaniu warsztatu zdjął ubranie. Koszulka była mokra, spodnie przesiąknięte potem, a skarpety pozostawiły na łydkach ciemne ślady. Ruben rozebrał się na podwórzu, wrzucając rzeczy do metalowego kosza przeznaczonego na pranie. Na skórze brzucha i ud osiadły drobne trociny, które pod wpływem potu przykleiły się do owłosienia. Przeciągnął dłonią po piersi, strącając część trocin na ziemię, i ruszył w stronę studni. Podczas mycia zauważył na wewnętrznej stronie prawego uda niewielki ciemny punkt. Nachylił się, rozsunął palcami włosy i zobaczył kleszcza. Przeklął cicho, po czym wrócił do domu po cienką pęsetę przechowywaną w apteczce. Usunął pasożyta ostrożnie, chwytając go możliwie blisko skóry, obejrzał miejsce ukłucia i umył je. Następnie sprawdził pachwiny, zgięcia kolan, okolice pępka i pachy. Znalazł jeszcze jednego kleszcza, znacznie mniejszego, który nie zdążył się mocno przyczepić. Ruben żywił do tych stworzeń niechęć niemal osobistą. Uważał, że pasożytnictwo jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy przynajmniej jedna ze stron czerpie z niego przyjemność. Kleszcze nie spełniały tego warunku, a poza tym ich sposób odżywiania wydawał mu się pozbawiony elementarnej elegancji.
Umył całe ciało wodą podgrzaną wcześniej w dużym garnku. Nie miał nowoczesnej łazienki, chociaż mógłby ją urządzić, gdyby rzeczywiście uznał to za konieczne. Miał prosty odpływ, ocynkowaną balię i ręczny natrysk podłączany do zbiornika. Latem korzystał z niego na zewnątrz, zimą wnosił balię do części gospodarczej domu, gdzie temperatura pozwalała na mycie bez ryzyka przemarznięcia. Mydło pachniało dziegciem i lawendą. Ruben namydlił ramiona, klatkę piersiową, brzuch i nogi, dokładnie oczyszczając miejsca, w których przez cały dzień gromadził się pot. Przez chwilę obserwował, jak brudna woda spływa po skórze, zabierając drobiny pyłu i żywicy. Lubił tę prostą przemianę: ciało zmęczone, lepkie i ciężkie stopniowo odzyskiwało przyjemną świeżość, a wraz z nią ochotę do dalszego życia. Wycierając się szorstkim ręcznikiem, zwrócił uwagę na własne dłonie. Skóra na palcach była gruba, paznokcie krótkie, w kilku miejscach pozostały drobne skaleczenia. Na przedramionach widać było ślady dawnych urazów, przebarwienia po oparzeniach i niewielkie blizny. Ruben uważał je za część swojej urody. Nie chciał wyglądać jak człowiek, który nigdy niczego nie dotykał.
W kuchni rozpalił ogień. Ułożył na ruszcie drobne szczapy i kilka kawałków suchej brzozy, a kiedy płomień się ustabilizował, dołożył grubsze drewno. Ziemniaki wyszorował szczotką, pozostawiając skórkę, i odłożył na później. Przygotował twaróg z cebulą, szczypiorkiem, solą i sporą ilością pieprzu. Następnie otworzył słoik ogórków kiszonych, powąchał zalewę i wyłowił dwa największe. Ogórki były twarde, kwaśne i przyjemnie chrupiące. Ruben zjadł jeden, stojąc przy stole, po czym uznał, że powinien przygotować jeszcze kilka na następny sezon. W piwniczce miał siedemnaście słoików z poprzedniej jesieni, ale wiedział, że nie wystarczą do wiosny. W chłodniejszych miesiącach jego apetyt rósł, a wraz z nim przekonanie, że człowiek powinien móc jeść dowolną ilość ulubionych potraw bez konieczności wyjazdu do sklepu. Nie chodziło o lęk przed głodem. Ruben nigdy naprawdę nie głodował. Chodziło o satysfakcję płynącą z posiadania zapasów, z wiedzy, że na półkach stoją rzeczy przygotowane własnoręcznie, zamknięte w szkle i odporne na kaprysy pogody. Słoiki były dla niego czymś więcej niż żywnością. Stanowiły materialny dowód, że przeszłość może zostać wykorzystana w przyszłości bez konieczności opowiadania o niej komukolwiek.
Kiedy ogień przygasł i pozostał odpowiedni żar, Ruben rozgarnął popiół, umieścił ziemniaki w gorącym palenisku i przykrył je warstwą popiołu oraz żaru. Wiedział, że trzeba będzie poczekać, dlatego nalał sobie szklankę zimnej wody i wyszedł na podwórze. Słońce zbliżało się do wierzchołków drzew. W powietrzu pojawił się chłód, którego nie było jeszcze godzinę wcześniej, a od torfowiska dochodził wilgotny zapach gnijących roślin. Ruben usiadł na drewnianej ławie i przez chwilę obserwował własne stopy. Paznokieć dużego palca lewej nogi był zgrubiały i lekko pożółkły po dawnym urazie. Na piętach skóra pękała mimo regularnego smarowania. Nie uważał tego za powód do zmartwienia. Ciało było narzędziem wymagającym konserwacji, ale również zwierzęciem posiadającym własne upodobania. Czasami domagało się ruchu, czasami jedzenia, czasami drugiego człowieka. Ruben nauczył się słuchać tych potrzeb, chociaż nie zawsze odróżniał je od zwyczajnego kaprysu. Szczególnie w sprawach związanych z bliskością. Potrafił przez kilka miesięcy nie odczuwać braku towarzystwa, po czym pewnego wieczoru zapragnąć obecności mężczyzny tak intensywnie, że gotów był przejechać kilkadziesiąt kilometrów tylko po to, żeby przez kilka godzin poczuć na własnej skórze czyjeś ciepło. Nie widział w tym niczego romantycznego ani wstydliwego. Ludzie potrzebowali dotyku, podobnie jak potrzebowali jedzenia i odpoczynku. Komplikacje zaczynały się wtedy, gdy próbowali nadać tej potrzebie znaczenie większe niż sama przyjemność jej zaspokojenia.
W życiu Rubena pojawiło się kilku mężczyzn, którzy uważali się za jego partnerów. Niektórzy mieszkali z nim przez kilka tygodni, inni przyjeżdżali jedynie na weekendy. Pamiętał ich zapachy, sposoby oddychania podczas snu i drobne nawyki, które po pewnym czasie zaczynały go irytować. Jeden z nich zawsze pozostawiał mokry ręcznik na łóżku. Inny wyjadał łyżką masło orzechowe, po czym odkładał zabrudzoną łyżkę do słoika. Był też mężczyzna, który przed zaśnięciem potrzebował opowiedzieć wszystko, co wydarzyło mu się poprzedniego dnia, nawet jeśli Ruben spędził z nim większość tego czasu. Żaden z tych związków nie zakończył się wielką tragedią, przynajmniej nie z jego punktu widzenia. Ludzie przychodzili, zostawali, odchodzili. Czasami płakali, czasami przeklinali, czasami zapewniali, że nigdy więcej się nie odezwą. Ruben przestał przywiązywać wagę do takich deklaracji. Wiedział, że wypowiada się je zwykle w stanie emocjonalnego wzburzenia, które podobnie jak gorączka nie stanowi odpowiedniego momentu do podejmowania decyzji. Nie uważał się za człowieka okrutnego. Nigdy nie obiecywał wspólnej przyszłości, nie udawał zakochania, nie tworzył planów, których nie zamierzał realizować. Jeśli ktoś mimo to oczekiwał od niego czegoś więcej, Ruben traktował to jako nieporozumienie wynikające z nadmiernie rozwiniętej wyobraźni drugiej strony. Dopiero znacznie później miał sobie przypomnieć, jak wygodna była ta zasada i jak wiele pozwalała mu przemilczeć.
Zanim zapadł zmierzch, postanowił jeszcze rozłupać kilka grubych kawałków drewna przywiezionych z porannej pracy. Nie musiał tego robić. Drewno mogło poczekać do następnego dnia, a jego mięśnie domagały się odpoczynku. Ruben jednak nie lubił kończyć dnia z poczuciem, że pozostało mu zbyt wiele niewykorzystanej energii. Przeciągnął więc większy fragment pnia na pień służący za podkład i ustawił go pionowo. Siekiera była dobrze naostrzona, z trzonkiem wymienionym kilka miesięcy wcześniej. Pierwsze uderzenie rozeszło się głuchym trzaskiem, ale drewno nie pękło do końca. Drugie otworzyło szczelinę biegnącą wzdłuż włókien. Ruben rozdzielił kawałek, odłożył połówki i sięgnął po następny. Pracował bez pośpiechu, pozwalając ciężarowi siekiery wykonać znaczną część wysiłku. Co pewien czas odsuwał mokre włosy z czoła, rozprostowywał plecy i spoglądał na niebo. Wieczorne światło nadawało drewnu miodowy odcień, wydobywając z powierzchni przekrojów drobne nieregularności. Każdy pień miał własną historię wzrostu, ukrytą w szerokości słojów, w miejscach dawnych uszkodzeń, w zmianach kierunku włókien. Ruben potrafił dostrzec wiele z tych historii, chociaż nie uważał się za człowieka szczególnie wrażliwego na piękno przyrody. Wystarczało mu, że drewno było dobrze wysezonowane, zdrowe i nadawało się do przewidzianego zastosowania.
Przy czwartym kawałku zauważył coś osobliwego. Początkowo sądził, że trafił na fragment pnia uszkodzony przez grzyby. Drewno pękło nierówno, odsłaniając ciemniejszą warstwę o nietypowej strukturze. Ruben pochylił się i przyjrzał powierzchni. Wśród zwyczajnych włókien znajdowały się cienkie, czerwonawe pasma, rozgałęziające się w różnych kierunkach. Nie przypominały jednak przebarwień, jakie widywał wcześniej w drewnie zaatakowanym przez choroby. Były delikatniejsze, jakby ktoś zatopił wewnątrz pnia misterną siatkę drobnych przewodów. Niektóre miały średnicę włosa, inne były grubsze, z wyraźnymi rozszerzeniami w miejscach rozwidleń. Ruben dotknął jednego z nich paznokciem. Pasmo ugięło się lekko pod naciskiem paznokcia, a na jego opuszce pozostała przezroczysta, lepka substancja. Powąchał ją. Nie miała zwykłego, żywicznego zapachu. Wydała mu się bardziej słona, cięższa, przypominająca zapach wilgotnej skóry po długim wysiłku. Przez chwilę obracał kawałek drewna w dłoniach, zastanawiając się, czy może mieć do czynienia z nieznanym mu rodzajem infekcji grzybowej. Ostatecznie uznał, że tak właśnie musi być. Nie znał przecież wszystkich chorób drzew, podobnie jak nie znał wszystkich chorób ludzi. Świat był wystarczająco skomplikowany bez konieczności dopatrywania się w każdej nieprawidłowości głębszego znaczenia.
Przyniósł kawałek bliżej warsztatu, gdzie światło było jeszcze dobre, i rozdzielił go ostrożnie na mniejsze części. Wewnątrz struktura okazała się wyraźniejsza. Czerwonawe przewody tworzyły rozgałęziony układ, którego poszczególne odcinki znikały między jasnymi włóknami drewna, by po kilku centymetrach pojawić się ponownie. Ruben przypomniał sobie ilustracje anatomiczne oglądane kiedyś w szkolnym podręczniku. Były na nich ludzkie kończyny pozbawione skóry, odsłaniające mięśnie, ścięgna i naczynia krwionośne. Podobieństwo nie było doskonałe, lecz wystarczające, żeby wzbudzić w nim chwilową niechęć. Szczególnie jeden z grubszych przewodów, biegnący wzdłuż słoja i dzielący się na trzy cieńsze odnogi, przypominał niewielką tętnicę. Ruben nacisnął go opuszką kciuka. Struktura spłaszczyła się, a kiedy cofnął palec, bardzo powoli odzyskała poprzedni kształt. Przez kilka sekund patrzył na drewno z rosnącym zdumieniem. Następnie odłożył siekierę, poszedł do kuchni po nóż i naciął jedno z pasm. W szczelinie pojawiła się kropla gęstej, niemal bezbarwnej cieczy. Nie spłynęła jednak po drewnie. Pozostała na powierzchni, lekko drżąc pod wpływem ruchu jego dłoni.
Ruben nie lubił sytuacji, w których doświadczenie zawodowe przestawało być użyteczne. Zwykle wiedział, co zrobić z chorym drewnem: odrzucić zbyt zniszczony fragment, rozpoznać zagrożenie dla pozostałego materiału albo zasięgnąć opinii kogoś, kto zajmował się podobnymi przypadkami zawodowo. Tym razem nie potrafił nawet ustalić, z czym właściwie ma do czynienia. Przez chwilę rozważał wykonanie zdjęcia i przesłanie go znajomemu leśnikowi, lecz uznał, że wieczorem nie warto rozpoczynać korespondencji dotyczącej kawałka sosny. Poza tym telefon zapewne nie miał zasięgu. Wziął obie połówki pnia i położył je osobno na drewnianych podkładach, tak żeby powietrze mogło swobodnie docierać do odsłoniętych powierzchni. Chciał sprawdzić następnego dnia, czy dziwna struktura wyschnie, zmieni kolor albo zacznie się rozkładać. Jeśli była wynikiem infekcji, po jakimś czasie mogła ujawnić bardziej charakterystyczne cechy. Jeśli nie, pozostawało mu poszukać informacji w książkach lub skontaktować się z kimś posiadającym odpowiednią wiedzę. Nie odczuwał strachu. Był jedynie zirytowany, jak człowiek, który podczas rutynowej naprawy odkrywa element niepasujący do żadnego znanego mu mechanizmu.
Wrócił do kuchni, gdy ziemniaki były już gotowe. Wyjął je z popiołu, ostrożnie otrzepał i przełożył na talerz. Skórka w kilku miejscach pękła, odsłaniając miękki, parujący miąższ. Ruben przekroił największego ziemniaka, posypał go solą i położył na nim kawałek masła. Tłuszcz natychmiast zaczął się topić, wnikając w nierówną powierzchnię. Zjadł pierwszy kęs z zamkniętymi oczami. Był gorący, lekko dymny, przyjemnie słodkawy. Potem sięgnął po twaróg, ogórka i kawałek kiełbasy. Jedzenie pochłonęło całą jego uwagę. Nie wracał myślami do osobliwego drewna. Praca dobiegła końca, wieczór należał do niego, a wszelkie problemy, które można było odłożyć do następnego dnia, nie zasługiwały na natychmiastowe rozwiązanie. Ruben uważał tę zasadę za jedną z najważniejszych przyczyn swojego dobrego samopoczucia. Ludzie niepotrzebnie przeciągali obowiązki poza czas ich wykonywania, pozwalając, żeby nieobecne już sprawy nadal zajmowały miejsce w głowie. On potrafił skończyć pracę. Potrafił również skończyć rozmowę, znajomość i związek, choć nie wszyscy doceniali tę umiejętność.
Po kolacji umył naczynia, zgasił ogień i przez chwilę siedział przy stole, słuchając owadów krążących wokół lampy. Powoli ogarniało go zmęczenie. Czuł je w ramionach, w udach i w dolnej części pleców, lecz nie było jeszcze na tyle dokuczliwe, żeby zmusić go do natychmiastowego położenia się. Wyjął z szafki słoik miodu, nalał sobie odrobinę gorącej wody z cytryną i rozpuścił w niej łyżeczkę słodyczy. Następnie usiadł w starym fotelu, którego obicie wytarło się na podłokietnikach. Przez otwarte okno dochodził zapach wieczornego lasu. Było w nim coś ciężkiego i niemal cielesnego: fermentacja opadłych owoców, wilgoć mchu, rozgrzana wcześniej kora, dym z wygasającego paleniska. Ruben lubił tę mieszaninę bardziej niż zapach jakichkolwiek perfum. Nie dlatego, że uważał naturę za czystszą od ludzkiego świata. Przeciwnie, wiedział, jak wiele odbywa się w niej procesów gnilnych, jak ogromna część życia polega na nieustannym rozkładaniu cudzej materii. Zapach lasu był dla niego przyjemny właśnie dlatego, że nie udawał niczego innego. Człowiek natomiast potrafił zużyć pół flakonu kosztownego kosmetyku, żeby przekonać innych, że nie posiada gruczołów potowych.
Zanim poszedł spać, wyszedł jeszcze raz przed dom. Niebo nad polaną miało kolor ciemnego atramentu, a między koronami drzew pojawiały się pierwsze gwiazdy. W powietrzu unosiły się drobne owady, których nie potrafił rozpoznać. Od torfowiska dochodził jednostajny chór żab, choć o tej porze roku ich głosy były już znacznie rzadsze niż wiosną. Ruben przeszedł wzdłuż zadaszenia, sprawdził, czy narzędzia zostały schowane, i zatrzymał się przy odłożonym drewnie. Obie połówki odciętego fragmentu sosny leżały tam, gdzie je zostawił. W słabym świetle odsłonięte powierzchnie drewna wydawały się ciemniejsze, niemal brunatne. Ruben pochylił się i przyjrzał czerwonawym przewodom. Niektóre straciły połysk, inne nadal wyglądały na wilgotne. Jeden z nich wydawał się nieco grubszy niż wcześniej, ale zapewne było to złudzenie wywołane zmianą oświetlenia. Przesunął dłonią nad drewnem, nie dotykając go, i poczuł słaby, trudny do określenia zapach. Przypominał wilgotne ubranie przechowywane zbyt długo w zamkniętej szafie, choć zawierał również ledwie uchwytną nutę czegoś słodkiego. Ruben skrzywił się. Jeśli drewno zacznie cuchnąć, będzie musiał je usunąć, zanim zapach przeniknie do pozostałych zapasów.
Stał jeszcze przez chwilę, patrząc na przecięty pień, i przypomniał sobie popołudniowy spacer nad jeziorem. Wspomnienie przyszło bez wyraźnej przyczyny. Zobaczył brunatną wodę, odsłonięte korzenie starej brzozy i własne stopy zanurzone w mule. Pomyślał, że wszystko w lesie nieustannie coś oddaje: drzewa tracą gałęzie, torfowiska wodę, martwe zwierzęta ciała, a ziemia zgromadzone przez tysiąclecia substancje. Nawet największe sosny, które wydawały się istnieć poza ludzkim czasem, starzały się, traciły tkanki i ostatecznie ustępowały miejsca kolejnym organizmom. Nie było w tym niczego smutnego. Ruben nie potrzebował pocieszenia płynącego z obserwacji przyrodniczych. Śmierć uważał za zdarzenie naturalne, choć nadzwyczaj niepożądane, szczególnie z punktu widzenia człowieka, którego miałaby osobiście dotyczyć. Przez moment pomyślał o własnym pogrzebie i uznał, że powinien kiedyś sporządzić odpowiednie dyspozycje. Nie chciał żadnych przemówień, religijnych uroczystości ani ludzi opowiadających publicznie o jego dobrym sercu. Gdyby miał wybór, wolałby zostać pochowany bez świadków, z dala od cmentarzy, gdzie zmarli zajmowali absurdalnie dużo miejsca, zważywszy, jak niewiele życia im pozostało.
Ta myśl rozbawiła go na tyle, że parsknął śmiechem. W lesie zabrzmiało to nieco dziwnie, ponieważ od wielu godzin nie słyszał ludzkiego głosu. Ruben przeciągnął się, czując przyjemne napięcie w plecach, i ruszył w stronę domu. Nie obejrzał się na drewno. Nie zauważył również, że w jednej z przeciętych powierzchni, dokładnie tam, gdzie czerwonawe włókna łączyły się z jaśniejszą tkanką, pojawiło się niewielkie wgłębienie. Nie było większe od odcisku paznokcia i mogło stanowić rezultat zwyczajnego wysychania materiału. W ciągu kolejnych minut jego brzegi zaczęły się jednak powoli zbliżać, zmniejszając średnicę ciemnego otworu. Proces przebiegał tak wolno, że nawet człowiek obserwujący pień z bliska uznałby zapewne, iż nic się nie zmienia. W końcu wgłębienie niemal całkowicie zniknęło, pozostawiając na powierzchni cienką linię przypominającą świeżo zabliźnione skaleczenie.
Ruben tymczasem położył się do łóżka. Nie zmienił pościeli, chociaż wiedział, że powinien to zrobić. Przewrócił poduszkę na chłodniejszą stronę, ułożył się na plecach i przez chwilę obserwował ciemne belki pod sufitem. Miał wrażenie, że w całym domu unosi się zapach świeżo rozłupanego drewna. Nie zdziwiło go to. Przyniósł przecież trociny na ubraniu, skórze i włosach, a zapach żywicy potrafił utrzymywać się przez wiele godzin. Zgasił lampę, wsunął jedną rękę pod głowę i zamknął oczy. Sen przyszedł szybko, niemal natychmiast, bez niespokojnych myśli i obrazów. Jego ciało oddychało spokojnie, głęboko, z regularnością człowieka przyzwyczajonego do ciężkiej pracy. Serce biło miarowo, mięśnie stopniowo się rozluźniały, a temperatura skóry obniżała się zgodnie ze zwyczajnym rytmem nocnego odpoczynku. Wszystko odbywało się dokładnie tak, jak powinno. Ruben Big miał czterdzieści osiem lat, był zdrowy, silny i zadowolony z życia. Nie wiedział jeszcze, że istnieją procesy biologiczne, których prawidłowy przebieg można rozpoznać dopiero wtedy, gdy zaczynają zawodzić, ani że ciało człowieka potrafi ukrywać przed swoim właścicielem znacznie więcej, niż ten gotów jest sobie wyobrazić.
Za domem sosny poruszały się lekko pod wpływem nocnego wiatru. Na torfowisku osiadała mgła, powoli wypełniając zagłębienia terenu i przesłaniając ciemną powierzchnię wody. Pod warstwą mchu korzenie pobierały wilgoć, grzybnia rozkładała martwe szczątki, a tysiące drobnych organizmów wykonywały swoje czynności bez początku i końca, bez zamiaru i bez świadomości. Przy warsztacie leżał rozłupany kawałek sosny, którego czerwonawe włókna stopniowo traciły połysk. Do rana większość z nich wyschnie i stwardnieje na powierzchni przekroju. Ruben uzna wówczas, że miał do czynienia z osobliwą chorobą drewna, i przestanie się nią interesować. Zajmą go inne obowiązki: rozpalanie pieca, ostrzenie narzędzi, gotowanie kawy, sprawdzanie pogody i przygotowywanie kolejnego dnia pracy. Przez następne tygodnie jego życie zachowa znajomy porządek, którego nie będzie miał powodu kwestionować. Las pozostanie lasem, drewno drewnem, a samotność wybraną przez niego formą szczęścia. Jedynie w miejscu przecięcia jednego z drobnych przewodów pojawi się przed świtem druga kropla przezroczystej cieczy, gęstsza od żywicy i znacznie wolniej poddająca się chłodnemu powietrzu. Spłynie po drewnie, zatrzyma się na granicy jaśniejszego słoja i pozostanie tam aż do wschodu słońca, kiedy odparuje bez śladu.
Nie było nikogo, kto mógłby zauważyć, że przez całą noc drewno pozostawało ciepłe.
Cena nieskazitelności
Ruben Big uważał, że największym osiągnięciem cywilizacji nie jest elektryczność, antybiotyk ani możliwość przesyłania wiadomości na drugi koniec świata, lecz mydło, które nie rozpuszcza się po trzech użyciach. Doszedł do tego wniosku podczas porannej toalety, kiedy kolejny raz musiał wydłubywać z metalowej mydelniczki resztki taniego kosmetyku kupionego w dyskoncie. Rozmokła kostka miała konsystencję surowego ciasta, pozostawiała na palcach śliski osad i pachniała czymś, co producent z niepojętych przyczyn nazwał alpejską świeżością. Ruben nigdy nie był w Alpach, ale podejrzewał, że gdyby tamtejsze powietrze rzeczywiście przypominało zapach syntetycznej lawendy wymieszanej ze środkiem do czyszczenia podłóg, mieszkańcy gór od dawna przenieśliby się na niziny. Wyrzucił resztkę do wiadra przeznaczonego na odpady, sięgnął po ciemną kostkę mydła dziegciowego i zaczął myć twarz. Woda w balii zdążyła już nieco wystygnąć, lecz nadal była dostatecznie ciepła, żeby rozluźnić mięśnie karku. Ruben pochylił się nad naczyniem, zanurzył dłonie i rozprowadził pianę po gęstej brodzie. Mył się dokładnie, z namaszczeniem człowieka, który uważa higienę za jedną z niewielu przyjemności zasługujących na codzienną celebrację. Szczególnie starannie oczyszczał miejsca, w których skóra stykała się ze skórą, a pot gromadził się nawet podczas odpoczynku. Jego potężny brzuch, szerokie uda i owłosiona klatka piersiowa wymagały więcej uwagi niż ciała mężczyzn przedstawianych w reklamach środków pielęgnacyjnych, ale Ruben nigdy nie uważał tego za niedogodność. Człowiek posiadający duże ciało powinien po prostu poświęcać mu odpowiednio dużo czasu. Nikt przecież nie narzekał, że duży dom wymaga większej ilości opału, chyba że wcześniej popełnił błąd, kupując go bez zastanowienia.
Poprzedniego dnia pracował niemal do zmierzchu i teraz odczuwał przyjemną sztywność ramion. Najbardziej dokuczało mu prawe przedramię, przeciążone podczas przenoszenia drewna, oraz mięśnie wzdłuż kręgosłupa, które po nocy stawały się mniej elastyczne. Rozmasował je tak dobrze, jak pozwalała mu własna budowa, po czym sięgnął po szczotkę z naturalnego włosia. Nie miał zwyczaju szorowania skóry do czerwoności, lecz lubił usunąć z niej resztki martwego naskórka i drobiny brudu, które potrafiły przetrwać nawet bardzo dokładne mycie. Na łydkach pozostawały ślady po ukąszeniach owadów, na brzuchu kilka zadrapań, a pod prawą piersią niewielkie otarcie wywołane przepoconą koszulką. Wszystkie te niedoskonałości traktował z pobłażliwością właściwą człowiekowi oglądającemu zużyty, ale nadal sprawny przedmiot. Nie zależało mu na idealnej skórze. Idealna skóra wydawała mu się nie tyle piękna, ile niewiarygodna, podobnie jak wypolerowane buty robocze albo kuchnia, w której nikt nigdy nie przygotował obiadu. Czasami zastanawiał się, czy jego stosunek do własnego ciała nie wynika z lenistwa, ponieważ akceptacja wymagała mniej wysiłku niż nieustanne poprawianie wyglądu. Po chwili jednak odrzucał podobne rozważania. Gdyby rzeczywiście był leniwy, nie spędzałby czterdziestu minut na myciu i pielęgnowaniu ciała, którego przez większą część tygodnia nikt poza nim nie oglądał.
Po kąpieli wytarł się grubym ręcznikiem, którego szorstkość uważał za zaletę, i stanął przed niewielkim lustrem zawieszonym nad prostą umywalką. Tafla miała uszkodzone posrebrzenie w lewym dolnym rogu, przez co odbicie wyglądało tak, jakby fragment odbicia stopniowo rozpływał się w ciemności. Ruben kupił lustro na targowisku za pięć złotych i od tamtej pory nie znalazł przekonującego powodu, żeby je wymienić. Do przycinania brody nadawało się doskonale, chociaż pokazywało jedynie głowę, szyję i niewielką część ramion. Resztę własnego ciała Ruben znał wystarczająco dobrze, żeby nie potrzebować codziennego potwierdzania jego istnienia. Rozczesał brodę, usunął kilka odstających włosów i wyrównał jej linię przy policzkach. Siwizna pojawiała się w niej oszczędnie, przede wszystkim po lewej stronie podbródka, gdzie kilka jasnych włosów tworzyło niewielkie skupisko. Ruben pamiętał je od bardzo dawna. Czasami wydawało mu się, że dostrzegł je jeszcze przed czterdziestką, lecz nie prowadził dokumentacji własnego zarostu, więc nie potrafił ustalić tego z pewnością. Włosy na głowie nadal miał ciemne i gęste, przycięte krótko, ponieważ dłuższe przeszkadzały mu podczas pracy. Przyjrzał się skroniom, potem zmarszczkom wokół oczu. Nie zauważył niczego szczególnego. Jego twarz pozostawała znajoma, chociaż od czasu do czasu ludzie spotkani po wielu latach reagowali na nią z przesadnym zdziwieniem. Ruben tłumaczył to prostą zależnością: człowiek, który nie pali papierosów, nie spędza nocy na piciu alkoholu i regularnie pracuje fizycznie, może zachować dobrą kondycję znacznie dłużej, niż sugerowałyby reklamy preparatów przeciwstarzeniowych. Nie zastanawiał się, dlaczego w jego przypadku ta zasada działała aż tak skutecznie.
Na półce pod lustrem stało kilkanaście buteleczek i słoiczków, których obecność mogłaby zaskoczyć kogoś wyobrażającego sobie życie samotnego drwala jako nieustanne ocieranie twarzy rękawem flanelowej koszuli. Ruben posiadał olejki do brody, krem z mocznikiem, balsam do suchej skóry, maść na spierzchnięte dłonie, szczotkę do masażu, nożyczki do paznokci oraz niewielki flakon perfum kupionych podczas ostatniej wizyty w Szczecinie. Nie uważał tych przedmiotów za luksus. Luksusem była dla niego możliwość korzystania z nich bez pośpiechu, zwłaszcza w dni, kiedy nie musiał wychodzić do pracy przed świtem. Wybrał olejek jałowcowy, rozgrzał kilka kropli między dłońmi i zaczął wcierać go w brodę, następnie rozprowadził pozostałość na klatce piersiowej i ramionach. Zapach był cierpki, żywiczny, pozbawiony słodyczy, którą Ruben kojarzył z kosmetykami przeznaczonymi dla ludzi obawiających się własnej cielesności. Nie miał nic przeciwko przyjemnym zapachom, ale nie chciał pachnieć tak, jakby całe życie spędził w klimatyzowanej poczekalni. Po zakończeniu pielęgnacji obejrzał paznokcie, usunął spod nich resztki zabrudzeń szczoteczką i nasmarował dłonie tłustym kremem. Skóra między palcami pękała mu jesienią, szczególnie po długim kontakcie z wodą, dlatego starał się zapobiegać problemowi, zanim zacznie przeszkadzać w pracy. Dopiero potem włożył czystą bieliznę i szerokie spodnie z miękkiej bawełny, pozostawiając tors nagi. W domu rzadko nosił koszulki. Nie widział powodu, żeby zakrywać ciało przed meblami.
Tego dnia nie zamierzał pracować w lesie. Musiał naprawić przeciekający fragment rynny, przygotować kilka desek do odbioru i wyprać pościel, której stan zaczynał budzić nawet jego własne zastrzeżenia. Zauważył również, że pod kuchennym oknem odspoiła się kolejna warstwa farby, odsłaniając wilgotne drewno. Dom nie tyle się starzał, ile nieustannie prowadził z właścicielem negocjacje dotyczące zakresu koniecznych napraw. Ruben wygrywał je tylko dlatego, że dysponował większą cierpliwością. Po śniadaniu wyniósł na podwórze prześcieradło, poszewki i dwa ręczniki, napełnił duży pojemnik wodą podgrzaną na kuchence i dodał odmierzoną porcję środka piorącego. Tkanina nasiąkała powoli, a na powierzchnię wody wydostawały się drobne pęcherzyki powietrza. Ruben zanurzył dłonie w wodzie, ugniatał tkaninę, a następnie pozostawił ją do namoczenia. Miał niewielką pralkę zasilaną z domowej instalacji, ale używał jej oszczędnie, szczególnie gdy zapas energii w akumulatorach był niski. Nie traktował ręcznego prania jako romantycznej tradycji. Była to praca nudna, mokra i uciążliwa, która po kilkunastu minutach powodowała ból pleców. Ludzie zachwycający się dawnymi sposobami prowadzenia gospodarstwa domowego zwykle zapominali, że ich przodkowie nie dysponowali możliwością wyłączenia historycznej autentyczności, kiedy zaczynała ich męczyć.
Podczas rozwieszania prania przypomniał sobie mężczyznę, który przed kilkoma laty spędził u niego trzy tygodnie. Nazywał się Filip, pracował w agencji reklamowej i przyjechał do Puszczy Drawskiej z przekonaniem, że odnajdzie tam prawdziwe życie, nieskażone wielkomiejskim pośpiechem. Pierwszego dnia zachwycał się ciszą, drugiego fotografował poranną mgłę, trzeciego oznajmił, że zrezygnuje z pracy i przeniesie się na wieś. Czwartego dnia zaczęły mu przeszkadzać komary. Piątego odkrył, że prysznic wymaga przygotowania ciepłej wody, a szóstego zapytał, czy Ruben nie mógłby zamówić przez internet nowoczesnej kabiny kąpielowej. Kiedy po dwóch tygodniach w chacie zabrakło zasięgu na prawie całą dobę, Filip przeżył kryzys, który Ruben określił później jako pierwsze udokumentowane załamanie nerwowe spowodowane niemożnością sprawdzenia prognozy pogody podczas dobrej pogody. Mimo wszystkich niedogodności mężczyzna pozostawał fascynujący. Miał miękkie dłonie, piękny głos i zwyczaj opierania głowy na ramieniu Rubena, kiedy obaj siedzieli wieczorem przed domem. Ruben pamiętał również, jak Filip pewnego ranka zapytał, czy mogliby wspólnie zamieszkać, a on odpowiedział, że nie ma wystarczająco dużej szafy. Uważał tę odpowiedź za żart. Filip najwyraźniej nie, ponieważ następnego dnia wyjechał, pozostawiając po sobie dwa ręczniki, drogie okulary przeciwsłoneczne i nieprzyjemne wrażenie, że w ich rozmowie wydarzyło się coś, czego Ruben nie zrozumiał.
Ręczniki wyrzucił po kilku miesiącach. Okulary nadal leżały w komodzie, choć Ruben nie pamiętał dokładnie w której szufladzie. Czasami zastanawiał się, co stało się z Filipem, lecz nigdy nie odczuwał potrzeby poszukiwania odpowiedzi. Przynajmniej sam siebie przekonywał, że nie wynikało to z obojętności. Ludzie mieli prawo odchodzić, podobnie jak mieli prawo nie wracać. Pragnienie utrzymywania kontaktu ze wszystkimi dawnymi kochankami uważał za sentymentalny odpowiednik gromadzenia zepsutych urządzeń: człowiek przechowywał je dlatego, że kiedyś działały, choć nie miał już pojęcia, co właściwie chciałby z nimi zrobić. Bywały jednak wieczory, podczas których przypominał sobie Filipa z zadziwiającą dokładnością, nie jako osobę, lecz jako zbiór intymnych szczegółów. Pamiętał delikatne zaczerwienienie skóry po goleniu, miękkie włosy na karku, sposób, w jaki mężczyzna podnosił brwi przed wypowiedzeniem czegoś złośliwego. Przypominał sobie również jego rozczarowanie, gdy odkrył, że Ruben nie jest postacią z romantycznej opowieści o życiu na odludziu, lecz zwyczajnym człowiekiem, który potrafi zostawić brudne naczynia na dwa dni, przeklina podczas naprawiania samochodu i nie zawsze ma ochotę rozmawiać o emocjach. Filip przyjechał po pewien rodzaj dzikości, starannie pozbawionej nieprzyjemnych konsekwencji. Ruben zaoferował mu zbyt wiele rzeczywistości, a zbyt mało przedstawienia.
Przed południem zajął się rynną. Woda przesączała się przez jedno z połączeń, gdzie stara uszczelka straciła elastyczność, a metalowe mocowanie poluzowało się pod wpływem zimowych obciążeń. Ruben ustawił drabinę na twardym podłożu, sprawdził jej stabilność i wspiął się z niewielkim zestawem narzędzi. Z góry widział podwórze w całej jego nieuporządkowanej dokładności: stosy drewna, beczki na deszczówkę, niewielki ogródek otoczony siatką, starą przyczepkę pozbawioną jednego koła oraz szopę, której dach wyglądał tak, jakby od lat próbował osunąć się w stronę lasu. Za zabudowaniami rozciągała się nierówna polana, a dalej zaczynały się sosny, początkowo rzadkie, potem coraz gęstsze, aż ich pnie zlewały się w ciemną ścianę. Ruben lubił ten widok, choć rzadko oglądał go z podobnej wysokości. Zazwyczaj patrzył na świat z poziomu własnych stóp, dostrzegając ślady zwierząt, rośliny wyrastające między deskami i drobne zmiany w strukturze gleby. Dopiero podczas napraw dachowych przypominał sobie, że jego dom nie stanowi centrum świata, lecz niewielką, przypadkową konstrukcję otoczoną przez organizmy znacznie starsze i obojętniejsze od człowieka.
Wymiana uszczelki zajęła mu niespełna godzinę. Znacznie więcej czasu stracił na usuwanie zalegających w rynnie igieł, kawałków kory i ciemnego osadu, który po deszczu przypominał mokre fusy po kawie. Kiedy skończył, czuł w dłoniach zapach metalu i wilgotnych liści. Zszedł z drabiny, sprawdził szczelność połączenia, a następnie przeniósł narzędzia do warsztatu. Przygotował tam kilka desek dębowych, które odłożył dla Maksa. Mężczyzna prowadził niewielki zakład stolarski na obrzeżach miasteczka, wykonywał meble na zamówienie, naprawiał stare schody i czasami zajmował się renowacją wyposażenia przedwojennych domów. Ruben poznał go podczas odbioru drewna niespełna rok wcześniej. Początkowo ich znajomość ograniczała się do rozmów o wilgotności materiału, cenach i jakości tarcicy, lecz po kilku spotkaniach Maks zaczął przyjeżdżać również wtedy, gdy nie potrzebował niczego kupować. Nie był szczególnie rozmowny, ale potrafił siedzieć na ławie przez dwie godziny bez nerwowego szukania tematów. Ruben uważał tę cechę za atrakcyjną. Pociągała go również krępa sylwetka Maksa, jego mocne dłonie, szorstka skóra i łysiejąca głowa, którą mężczyzna golił bardzo krótko, nie próbując ukrywać przerzedzonych włosów. Był dziewięć lat młodszy od Rubena, lecz wyglądał poważniej, co Ruben przypisywał zapewne odpowiedzialności wynikającej z prowadzenia własnego zakładu i płacenia podatków w terminie.
Maks miał przyjechać wieczorem. Zapowiedział to dwa dni wcześniej krótką wiadomością, pytając, czy dębowe deski nadają się już do odbioru. Ruben odpisał, że tak, po czym dodał, iż może zostać na kolację. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Tylko jeśli tym razem nie ugotujesz ryżu przez czterdzieści minut”. Ruben roześmiał się wtedy głośno, ponieważ doskonale pamiętał nieszczęsną kolację, podczas której chciał przygotować danie inspirowane kuchnią azjatycką, choć nie posiadał ani odpowiednich składników, ani szczególnego talentu kulinarnego. Ryż zamienił się w kleistą masę, warzywa rozgotowały, a sos był tak słony, że Maks zapytał, czy Ruben zamierza zakonserwować go na zimę. Od tamtej pory mężczyzna przypominał mu o tym wydarzeniu przy każdej okazji. Nie robił tego jednak z wyższością. Maks sam potrafił wygotować wodę z czajnika, jeśli podczas gotowania zajmował się jednocześnie czymś innym, i nie wstydził się własnych niepowodzeń. Ruben uważał, że właśnie ta cecha odróżnia go od większości dawnych kochanków. Maks nie przyjeżdżał do niego, żeby uczestniczyć w starannie przygotowanej fantazji o męskiej samowystarczalności. Przyjeżdżał, ponieważ lubił Rubena, drewno było dobre, a w jego warsztacie brakowało miejsca na kolejne niepotrzebne przedmioty. Przynajmniej tak wyglądało to na początku.
Po południu Ruben postanowił przygotować kolację nieco staranniej niż zwykle. Wyjął z piwniczki słoik marynowanych grzybów, przyniósł z ogródka kilka pomidorów i pęczek natki pietruszki. W chłodnej spiżarni przechowywał kawałek wołowiny przeznaczonej do duszenia, a w szafce zapas kaszy gryczanej. Pokroił mięso na grube kawałki, usunął większe błony i obsmażył je partiami na ciężkiej patelni. Następnie przełożył wszystko do żeliwnego garnka, dodał cebulę, czosnek, marchew, kilka suszonych grzybów oraz odrobinę koncentratu pomidorowego. Zapach smażonej cebuli wypełnił kuchnię, mieszając się z aromatem drewna i jałowcowego olejku pozostającego na jego skórze. Ruben nalał do garnka trochę bulionu, dorzucił liść laurowy i ziarna ziela angielskiego, po czym przykrył naczynie i pozostawił mięso do powolnego duszenia. Lubił potrawy wymagające czasu, lecz niewymagające nieustannej uwagi. Pozwalały mu zajmować się innymi czynnościami, a jednocześnie dawały poczucie, że gdzieś w domu odbywa się proces prowadzący do przyjemnego rezultatu. W pewnym sensie przypominało to sezonowanie drewna, kiszenie warzyw i suszenie grzybów. Człowiek przygotowywał odpowiednie warunki, a potem musiał wykazać się cierpliwością. Wszystkie próby przyspieszania podobnych procesów kończyły się zwykle pogorszeniem jakości, co Ruben uważał za jedną z niewielu prawd nadających się do zastosowania zarówno w kuchni, jak i w życiu erotycznym.
Kiedy mięso zaczęło mięknąć, Ruben poszedł do sypialni i zmienił pościel. Wyprane rano prześcieradło zdążyło już wyschnąć na wietrze i pachniało mydłem oraz świeżym powietrzem. Rozłożył je na materacu, wygładził dłonią kilka fałd i założył czyste poszewki. Nie przygotowywał łóżka wyłącznie z myślą o Maksie, choć wiedział, że gdyby mężczyzna nie zapowiedział wizyty, zapewne odłożyłby tę czynność do następnego dnia. Na stoliku przy łóżku postawił szklankę wody, uprzątnął stare rachunki i odłożył książkę, którą czytał od kilku tygodni. Była to opasła monografia poświęcona historii gospodarki leśnej na Pomorzu, kupiona za kilka złotych w antykwariacie. Ruben czytał ją powoli, czasami wracając do tych samych fragmentów, ponieważ opisy dawnych technik transportowania drewna wydawały mu się bardziej interesujące niż daty administracyjnych reform. Nie posiadał wykształcenia akademickiego, ale od lat zbierał książki dotyczące botaniki, historii regionu, budownictwa i rzemiosła. Lubił wiedzę, którą można było zweryfikować przy pomocy własnych rąk. Jednocześnie miał słabość do literatury, która nie nadawała się do żadnego praktycznego zastosowania. Na jednej z półek stały powieści pełne nieszczęśliwych ludzi, nieudanych miłości i moralnych rozterek. Ruben czytał je z zainteresowaniem badacza obserwującego zachowania zwierząt, których zwyczaje wydają mu się skrajnie nieracjonalne.
Tuż przed osiemnastą usłyszał silnik samochodu. Maks pojawił się na podwórzu w jasnym dostawczaku, którego lewe drzwi nosiły ślad dawnego uderzenia, a nad jednym z tylnych nadkoli łuszczyła się farba. Zaparkował obok drewutni i przez chwilę siedział nieruchomo, kończąc rozmowę telefoniczną. Ruben obserwował go z kuchennego okna, usiłując odgadnąć, czy mężczyzna jest zdenerwowany. Maks mówił krótko, gestykulował lewą dłonią, a następnie odłożył telefon na deskę rozdzielczą i wypuścił powietrze z przesadną demonstracyjnością. Kiedy wysiadł, miał na sobie ciemną koszulkę, spodnie robocze i buty pokryte pyłem ze szlifowania drewna. Jego sylwetka była szeroka i zwarta, z mocnymi ramionami oraz niewielkim brzuchem, który uwidaczniał się szczególnie wtedy, gdy podnosił ręce. Ruben lubił patrzeć, jak Maks się porusza. Nie było w tym niczego wystudiowanego. Mężczyzna chodził nieco ciężko, czasami stawiał prawą stopę pod dziwnym kątem i miał zwyczaj pocierania karku, gdy próbował sobie coś przypomnieć. Jego ciało nie obiecywało żadnej nadzwyczajności. Było zwyczajnym, dorosłym ciałem, zmęczonym pracą, podatnym na ból i przyjemność, a przy tym zadziwiająco pięknym dla kogoś, kto potrafił patrzeć bez potrzeby poprawiania rzeczywistości.
— Jeśli to znowu twoja zupa z fasoli, zawracam — oznajmił Maks, kiedy Ruben wyszedł na podwórze. Mówił z lekką chrypką, która nasilała się pod koniec dnia, szczególnie po kilku godzinach spędzonych w zapylonym warsztacie. Oparł dłonie na biodrach i przyjrzał się nagiej klatce piersiowej gospodarza. — Ty naprawdę nie posiadasz koszulek, czy po prostu uważasz je za ideologiczny zamach na wolność człowieka?
— Posiadam. Jedną nawet wyprasowałem na pogrzeb.
— Czyj?
— Nie pamiętam. Musiał być nudny, skoro przeżyłem.
Maks pokręcił głową, ale uśmiechnął się. Podszedł bliżej, położył Rubenowi dłoń na karku i pocałował go krótko, z naturalnością człowieka, który nie zamierzał robić z tego wydarzenia. Ruben poczuł na jego twarzy zapach mydła, pyłu drzewnego i odrobinę metalicznej woni warsztatu. Odwzajemnił pocałunek, a potem objął Maksa w pasie, przyciągając go na chwilę do siebie. Mężczyzna był niższy, lecz mocno zbudowany, więc ich ciała zetknęły się bez tej niezręcznej ostrożności, z jaką ludzie czasami obchodzą się z osobami uznawanymi za delikatne.
— Pachniesz jak sklep z kosmetykami dla niedźwiedzi — mruknął Maks, odsuwając twarz od jego brody.
— A ty jak warsztat stolarski po pożarze. Chodź, pokażę ci drewno.
— Romantyk. Inny facet powiedziałby, że za mną tęsknił.
— Inny facet nie sprzedałby ci dębu po tej cenie.
Maks roześmiał się, lecz kiedy Ruben ruszył w stronę drewutni, przez chwilę pozostał na miejscu. Przyglądał się jego plecom, szerokim i gęsto owłosionym, poruszającym się pod wpływem pracy mięśni. W tej sylwetce było coś, co od pierwszego spotkania przyciągało go bardziej niż sama fizyczność. Ruben zachowywał się tak, jakby nigdy nie potrzebował niczyjego pozwolenia, by zajmować miejsce w świecie. Nie usiłował wyglądać młodziej, szczuplej ani bardziej elegancko. Nie przepraszał za pot, zmęczenie, własny apetyt czy przyjemności. Maks, który przez większą część życia słyszał, że powinien schudnąć, zapuścić włosy, zmienić sposób ubierania się albo zacząć wyglądać bardziej profesjonalnie, początkowo traktował tę swobodę z podziwem. Z czasem zauważył jednak, że Ruben potrafi rozciągać swoje prawo do wolności na obszary, w których zaczynało ono ograniczać innych ludzi. Nie robił tego ze złej woli. Czasami sprawiał wrażenie, jakby po prostu nie rozumiał, że cudze potrzeby istnieją również wtedy, gdy nie zostaną wypowiedziane na głos.
Deski leżały w przewiewnym miejscu, oddzielone cienkimi przekładkami. Ruben odkrył stos, a Maks przesunął dłonią po powierzchni pierwszej z nich. Drewno było ciężkie, o wyraźnym rysunku włókien i ciepłym, brunatnym odcieniu. Maks przykucnął, przyjrzał się krawędziom i sprawdził, czy materiał nie wykazuje oznak nadmiernego paczenia. Z kieszeni wyjął niewielki miernik wilgotności, chociaż wiedział, że Ruben wcześniej wykonał pomiary. Ten obserwował go z lekkim rozbawieniem. Lubił ludzi, którzy nie ufali cudzej pracy bez sprawdzenia jej jakości. Był to dla niego przejaw szacunku wobec materiału, a nie nieuprzejmości wobec wykonawcy. Maks zanotował kilka wartości, potem obejrzał kolejne deski, zatrzymując się przy jednej z ciemniejszą smugą biegnącą przez środek.
— Ta pójdzie na blat — powiedział, wskazując szeroką deskę. — Jeśli dobrze ją wykończę, będzie wyglądała jak kawał starego stołu z jakiegoś pałacu. Klient chce coś ciężkiego, ale bez tych wszystkich modnych udziwnień.
— Klienci zawsze chcą rzeczy prostych, dopóki nie zobaczą ceny prostoty.
— Ten akurat ma pieniądze. Gorzej z gustem. Przywiózł mi kiedyś inspirację z internetu. Stół wyglądał jak trumna, którą ktoś próbował przerobić na mebel ogrodowy.
— Może chciał coś uniwersalnego.
— Do jedzenia i umierania?
— Oszczędność miejsca. W mieszkaniach podobno teraz ciasno.
Maks spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi, po czym roześmiał się i wrócił do oglądania drewna. Przez następne pół godziny wybierali deski, przenosili je do samochodu i układali na przygotowanych podporach, przekładając listwami. Praca nie wymagała szczególnego wysiłku, ale Ruben zauważył, że Maks częściej niż zwykle prostuje plecy i rozmasowuje prawe kolano. Zapytał o to dopiero wtedy, gdy mężczyzna po raz trzeci przystanął przy samochodzie.
— Coś ci jest?
— Nic wielkiego. Kolano mnie boli od kilku dni. Pewnie znowu je przeciążyłem.
— Powinieneś mniej klęczeć.
— Powiedz to moim klientom. Wszyscy chcą, żebym naprawiał podłogi, schody i szafki, najlepiej za darmo.
— Możesz się przebranżowić.
— Na co?
— Na człowieka, który nie klęka.
Maks rzucił w niego zwiniętą rękawicą. Ruben uchylił się z ostentacyjną gracją, po czym podniósł przedmiot z ziemi i oddał właścicielowi. Nie zaproponował pomocy w sprawie kolana, ponieważ nie wiedział, jakiej pomocy mógłby udzielić. W jego przekonaniu bóle stawów stanowiły zwyczajną konsekwencję pracy fizycznej, podobnie jak odciski, przeciążenia i chwilowe ograniczenia ruchomości. Sam odczuwał je od czasu do czasu, choć zwykle ustępowały po odpoczynku. Maks jednak wyglądał na bardziej zmęczonego niż podczas poprzedniej wizyty. Miał pod oczami delikatne cienie, a na skroniach pojawiły się drobne zmarszczki, których Ruben wcześniej nie zauważał. Nie przywiązywał do tego większej wagi. Ludzie starzeli się, zwłaszcza kiedy pracowali zbyt dużo i spali zbyt mało. Była to kolejna z rzeczy, których nie można było skutecznie naprawić przy pomocy dobrego narzędzia.
Po załadowaniu drewna usiedli na ławie przed domem. Ruben przyniósł zimną wodę z plasterkami cytryny, a Maks wyjął z kieszeni papierosy. Zapalił jednego, choć wiedział, że gospodarz nie lubi dymu tytoniowego. Ruben nie protestował. Wiatr wiał w przeciwną stronę, a zapach papierosa mieszał się z aromatem wilgotnej ziemi, nie docierając bezpośrednio do jego twarzy. Przez pewien czas milczeli. Na podwórzu pojawiła się pliszka, która kilka razy podskoczyła między kamieniami, po czym zniknęła za szopą. Maks patrzył na nią z zainteresowaniem człowieka, który przez większą część dnia obserwował rzeczy martwe, wymagające cięcia, szlifowania i lakierowania. W końcu westchnął i oparł głowę o ścianę domu.
— Czasami ci zazdroszczę — powiedział.
— Czego?
— Tego, że możesz sobie siedzieć i niczego nie słuchać. Żadnych telefonów, klientów, terminów. Nikt ci nie zawraca głowy.
Ruben spojrzał na niego z niedowierzaniem. Przez moment rozważał, czy wyliczyć wszystkie obowiązki, które wykonał od świtu, ale uznał, że Maks nie potrzebuje wykładu o ciężarze życia na odludziu.
— Możesz przyjechać na tydzień — zaproponował. — Będziesz miał ciszę. I robotę.
— Właśnie o to chodzi. Ty nie rozumiesz, że ludzie czasami chcą odpocząć bez konieczności zasłużenia na odpoczynek.
— Możesz leżeć cały dzień.
— A ty będziesz chodził dookoła i demonstrował, jak wiele rzeczy trzeba zrobić.
— Nie będę demonstrował. Będę robił.
— Właśnie.
Maks zgasił papierosa w metalowej puszce stojącej przy ławie i przez chwilę przyglądał się Rubenowi. Miał wyraz twarzy, który gospodarz znał z wcześniejszych spotkań: mieszaninę rozbawienia, czułości i lekkiego rozdrażnienia. Ruben nie wiedział, jak zareagować. Wolał, kiedy Maks mówił wprost, że jest głodny, zmęczony albo chce zostać na noc. Nie przepadał za rozmowami, w których pod powierzchnią zwyczajnych zdań kryło się coś jeszcze, wymagającego odgadnięcia. Uważał to za niepotrzebne komplikowanie relacji. Mężczyzna powinien potrafić powiedzieć, czego potrzebuje, szczególnie jeśli przekroczył trzydziesty rok życia i nie może już usprawiedliwiać się młodzieńczą niepewnością.
— Jesteś głodny? — zapytał.
— Bardzo.
— To chodź. Zrobiłem wołowinę.
— Normalną?
— Nie. Z egzotycznego gatunku krowy żyjącej wyłącznie na torfowiskach.
— Pytam, czy znowu czegoś nie wymyśliłeś.
— Tym razem wszystko jest zgodne z prawem.
W kuchni Maks od razu podniósł pokrywkę garnka, choć Ruben ostrzegł go, że para może poparzyć mu dłonie. Przez chwilę wdychał zapach potrawy z miną znawcy, który uczestniczy w konkursie kulinarnym i nie chce zdradzić swojej opinii przed zakończeniem degustacji. Następnie sięgnął po łyżkę, nabrał odrobinę sosu i spróbował. Ruben obserwował go z udawaną obojętnością, ale kiedy Maks skinął głową, poczuł zadowolenie znacznie większe, niż był gotów przyznać. Nakrył stół koronkową serwetą, której brzegi były już mocno postrzępione, i wyjął dwa porcelanowe talerze z niekompletnego serwisu. Maks usiadł, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby spodziewał się znaleźć coś jeszcze bardziej niedorzecznego. Na parapecie stały słoiki z suszonymi ziołami, pod sufitem wisiały pęki czosnku, a obok kuchennego pieca znajdował się wysoki świecznik, którego zdobienia przypominały wyposażenie zapomnianej kaplicy. Ruben kupił go na wyprzedaży garażowej, ponieważ uznał, że jest tak brzydki, iż zasługuje na własne miejsce w domu.
— Ty naprawdę żyjesz tutaj jak jakaś upadła arystokratka — stwierdził Maks, wskazując świecznik.
— Upadła arystokratka miałaby służbę.
— Ty masz mnie. Przyjeżdżam, noszę drewno i jeszcze muszę się zachwycać obiadem.
— Nie musisz się zachwycać. Możesz po prostu zjeść.
— W twoim domu wszystko jest takie proste, prawda?
Ruben nie odpowiedział. Nałożył na talerze kaszę, polał ją gęstym sosem i rozdzielił kawałki mięsa, starając się, żeby Maks dostał większą porcję. Ten zauważył gest, lecz niczego nie powiedział. Znał już Rubena na tyle dobrze, żeby rozumieć, że jego troska często przybiera postać czynności praktycznych. Drwal potrafił ugotować komuś obiad, naprawić samochód albo przygotować zapas opału na zimę, a jednocześnie zapominał zapytać, jak minął mu trudny tydzień. Maks nie wiedział, czy wynikało to z charakteru, nieśmiałości czy zwyczajnego przyzwyczajenia do życia bez konieczności uwzględniania drugiego człowieka. Podejrzewał, że wszystkie te przyczyny działały jednocześnie, tworząc osobowość zadziwiająco łatwą do pokochania i niemal niemożliwą do wspólnego zamieszkania.
Jedli długo, rozmawiając o pracy, cenach materiałów i ludziach, których Maks spotykał w warsztacie. Ruben słuchał z zainteresowaniem, szczególnie kiedy rozmowa dotyczyła starych mebli i sposobów ich naprawiania. Maks opowiadał o przedwojennej komodzie wykonanej z orzecha, której właścicielka chciała pozbyć się wszystkich śladów użytkowania, włącznie z niewielkimi wgłębieniami pozostawionymi przez dawne okucia. Uważała, że mebel powinien wyglądać jak nowy, choć zapłaciła za niego znaczną sumę właśnie dlatego, że był stary. Ruben uznał tę sprzeczność za typową dla współczesnych ludzi. Pragnęli rzeczy posiadających historię, ale nie chcieli oglądać jej konsekwencji. Kupowali stare drewno, a następnie usuwali z niego wszystko, co dowodziło upływu czasu. Maks zauważył, że w pewnym sensie Ruben robi ze swoim ciałem coś odwrotnego: pielęgnuje je starannie, lecz zachowuje blizny, zgrubienia i nierówności. Drwal wzruszył ramionami. Nie widział powodu, żeby poprawiać coś, co nadal dobrze funkcjonowało. Maks nie podjął tematu, choć przez chwilę przyglądał mu się z osobliwą uwagą, jakby próbował dostrzec w jego twarzy coś, co wcześniej pozostawało niezauważone.
Po kolacji Ruben nalał im po kieliszku wiśniowej nalewki, przygotowanej dwa lata wcześniej. Trunek był mocny, ciemny i pozostawiał na języku długotrwałą słodycz. Maks wypił niewiele, ponieważ następnego dnia zamierzał wcześnie wrócić do pracy, a Ruben nie nalegał. Sam również ograniczył się do jednej porcji. Nie lubił tracić kontroli nad własnym ciałem, szczególnie wtedy, gdy miał przed sobą przyjemniejszy sposób spędzenia wieczoru. Po umyciu naczyń wrócili na podwórze. Niebo pociemniało, a nad polaną pojawiły się pierwsze nietoperze. Maks usiadł na ławie, rozpinając górny guzik spodni, które po obfitej kolacji zaczęły uwierać go w brzuch. Ruben przyniósł z domu cienki koc i położył go obok, choć powietrze nadal było stosunkowo ciepłe. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Od strony torfowiska dochodziły odgłosy owadów, a gdzieś wśród drzew odezwała się sowa. Maks wyciągnął rękę i położył dłoń na udzie Rubena. Nie był to gest szczególnie namiętny. Miał w sobie raczej spokojną pewność, że drugi człowiek znajduje się wystarczająco blisko, żeby można było go dotknąć bez konieczności proszenia o pozwolenie na każdą kolejną chwilę czułości.
— Zostajesz? — zapytał Ruben.
— A mogę?
— Gdybyś nie mógł, nie pytałbym.
— U ciebie nigdy nic nie wiadomo.
Ruben spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. Nie rozumiał, dlaczego Maks mówi o tym tak, jakby ich znajomość obfitowała w nieporozumienia, których on sam nie pamiętał. Przecież nigdy nie wyrzucił go z domu, nie odmówił mu noclegu ani nie dał powodu, żeby obawiał się odrzucenia. Maks tymczasem przyglądał się ciemniejącemu lasowi, jakby odpowiedź Rubena nie była tym, czego rzeczywiście oczekiwał. W końcu odwrócił się, położył dłoń na jego brodzie i pocałował go powoli. Ruben przysunął się bliżej, obejmując mężczyznę szerokim ramieniem. Czuł pod palcami materiał koszulki, a przez niego ciepło skóry. Maks pachniał drewnem, jedzeniem i delikatnie kwaśnym potem, którego nie usunęło popołudniowe mycie w warsztacie. Ruben lubił ten zapach. Nie przypominał niczego sprzedawanego w eleganckich butelkach. Był zapachem konkretnego człowieka, jego pracy, wysiłku i zwyczajnej obecności. Przez chwilę siedzieli tak nieruchomo, słuchając własnych oddechów, aż Maks odsunął się nieznacznie i oparł czoło o ramię Rubena.
— Ty naprawdę dobrze tutaj wyglądasz — powiedział cicho.
— Wiem.
— Boże, jaki ty jesteś skromny.
— Skromność to choroba ludzi, którzy mają za mało powodów do zadowolenia.
Maks roześmiał się, ale tym razem nie odpowiedział natychmiast. Przesunął dłonią po piersi Rubena, zatrzymując palce na jednej z dawnych blizn. Dotyk był delikatny, niemal badawczy, a jednocześnie pozbawiony ciekawości, z jaką czasami ogląda się cudze ciało podczas pierwszego spotkania. Maks znał już te blizny. Wiedział, skąd pochodzi część z nich, a o pozostałe nigdy nie pytał. Ruben odczuł nagłą, trudną do nazwania wdzięczność za tę powściągliwość. Większość mężczyzn, którzy trafiali do jego łóżka, chciała poznać historię każdej nierówności, jakby ciało stanowiło mapę przygód wymagających szczegółowego objaśnienia. Maks dotykał go inaczej. Nie poszukiwał sensacji ani dowodów męskości. Jego dłoń przesuwała się po skórze z naturalnością kogoś, kto wie, że powierzchnia człowieka nie musi być idealna, żeby zasługiwać na czułość.
W sypialni było ciemno i ciepło. Ruben zapalił niewielką lampkę, której żółtawe światło obejmowało jedynie część łóżka oraz fragment ściany z wiszącą półką. Maks zdjął koszulkę, odsłaniając krępą sylwetkę, jasną skórę i niewielki brzuch. Na jego ramionach znajdowały się stare blizny, na lewym boku ślad po oparzeniu, a pod mostkiem delikatna linia włosów schodząca ku pępkowi. Ruben patrzył na niego z przyjemnością, której nie próbował ukrywać. Nie potrzebował idealnych proporcji ani młodzieńczej gładkości. Pociągały go ciężar dorosłego ciała, jego temperatura, mięśnie wypracowane podczas codziennych czynności i niewielkie niedoskonałości, dzięki którym człowiek pozostawał niepowtarzalny. Maks zauważył jego spojrzenie i przez chwilę wyglądał na zakłopotanego. Nie dlatego, że wstydził się własnego wyglądu, lecz dlatego, że Ruben potrafił patrzeć z intensywnością niemal pozbawioną skrępowania. Było w tym coś bezczelnego, a jednocześnie zadziwiająco czułego, szczególnie kiedy jego uwagę przyciągały miejsca, które inni uznaliby za mało atrakcyjne.
— Co się tak gapisz? — zapytał Maks, siadając na brzegu łóżka.
— Oglądam.
— Widzę. Jak długo zamierzasz?
— Jeszcze nie zdecydowałem.
Maks pokręcił głową i wyciągnął rękę. Ruben podszedł bliżej, a mężczyzna objął go w pasie, przyciągając do siebie. Przez chwilę pozostawali nieruchomo, z twarzami blisko siebie, oddychając powoli. Potem Maks pocałował skórę na jego brzuchu, a Ruben przesunął palcami po krótkich włosach z tyłu jego głowy. Nie było w tym geście niczego szczególnie wyszukanego, lecz właśnie dlatego wydał mu się przyjemniejszy od wielu dawnych spotkań, podczas których obaj uczestnicy usiłowali odegrać własne wyobrażenia o pożądaniu. Maks nie potrzebował przedstawienia. Nie prosił, żeby Ruben był bardziej szorstki, dominujący albo niebezpieczny, choć potężna sylwetka drwala mogła prowokować podobne fantazje. Lubił go również wtedy, gdy ten narzekał na rachunki, kichał podczas sprzątania piwnicy albo przez pół godziny usiłował znaleźć odpowiednią śrubę. Była to forma bliskości, której Ruben nie potrafił jeszcze nazwać, ponieważ nie mieściła się w jego dotychczasowym rozumieniu relacji między ludźmi.
Później leżeli obok siebie, przykryci cienkim prześcieradłem. W pokoju unosił się zapach rozgrzanej skóry, potu i jałowcowego olejku, który pod wpływem ciepła stał się bardziej intensywny. Maks oddychał ciężko, z twarzą zwróconą ku ścianie. Ruben przesunął dłonią po jego ramieniu i poczuł, że skóra mężczyzny jest wilgotna. Nie przeszkadzało mu to. Przeciwnie, lubił fizyczne ślady bliskości, ponieważ przypominały, że przyjemność nie jest abstrakcyjnym doświadczeniem, lecz wydarzeniem zachodzącym w konkretnych ciałach. Wstał, przyniósł z kuchni szklanki wody i podał jedną Maksowi. Ten wypił kilka łyków, po czym odstawił naczynie na stolik i przewrócił się na plecy. Ruben usiadł obok, obserwując, jak mężczyzna powoli odzyskuje oddech. Na jego klatce piersiowej pojawiły się drobne czerwone plamy, które zwykle znikały po kilkunastu minutach. Maks miał wrażliwą skórę, reagującą na ciepło i tarcie znacznie intensywniej niż skóra Rubena. Drwal niejednokrotnie żartował z tej różnicy, lecz tym razem powstrzymał się od komentarza. Zamiast tego przykrył Maksa prześcieradłem i zgasił lampkę.
— Nie śpisz? — zapytał Maks po kilku minutach.
— Nie.
— Mogę cię o coś zapytać?
— Możesz. Nie obiecuję, że odpowiem.
Maks przez chwilę milczał. Ruben słyszał, jak przesuwa dłonią po materiale prześcieradła, wygładzając niewielkie fałdy. Ten odgłos był prawie niesłyszalny, a jednak w ciemnym pokoju wydawał się zadziwiająco wyraźny. Ruben odwrócił głowę, czekając na pytanie. Nie lubił podobnych wstępów. Zwykle zapowiadały rozmowę o czymś, co dla drugiej osoby miało znaczenie znacznie większe niż dla niego, a różnica oczekiwań stanowiła gotowy przepis na nieporozumienie.
— Ty się nigdy nie boisz, że zostaniesz tutaj sam na zawsze? — zapytał w końcu Maks.
Ruben przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Pytanie wydało mu się dziwne, ponieważ zawierało założenie, którego nie podzielał. Samotność nie była przecież chorobą, przed którą należało się zabezpieczać, ani karą za niewłaściwe decyzje. Wybrał ją świadomie, podobnie jak wybrał miejsce zamieszkania, rodzaj pracy i sposób spędzania wolnego czasu. Nie rozumiał, dlaczego Maks miałby uważać ten wybór za potencjalne zagrożenie.
— Nie — odpowiedział w końcu. — Nie boję się czegoś, co sam wybrałem.
— To nie to samo.
— Co?
— Wybrać samotność i nie mieć już żadnego innego wyjścia.
Ruben odwrócił się na bok, opierając głowę na dłoni. W ciemności widział jedynie zarys twarzy Maksa i niewielki fragment jego ramienia. Przez chwilę próbował znaleźć odpowiedź, która zakończyłaby rozmowę bez konieczności wyjaśniania własnej filozofii życia. Nie chciał jednak sprawić mężczyźnie przykrości, szczególnie po wieczorze, który obaj spędzili przyjemnie.
— Zawsze można zmienić zdanie — powiedział.
— Nie zawsze. Czasami człowiek orientuje się za późno, że przyzwyczaił się do czegoś, czego już nie potrafi zmienić.
— Mówisz o mnie czy o sobie?
— Sam nie wiem.
Ruben westchnął i położył się na plecach. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. W końcu Maks przysunął się bliżej, układając głowę na jego ramieniu. Ruben objął go odruchowo, jakby gest był odpowiedzią na pytanie, którego nie chciał dalej analizować. Czuł ciężar drugiego człowieka, jego ciepło i powolny rytm oddechu. Nie przeszkadzało mu to. Przeciwnie, obecność Maksa wydawała się przyjemnym uzupełnieniem wieczoru, podobnie jak dobre jedzenie i odpoczynek po pracy. Nie zastanawiał się, dlaczego porównuje bliskość do rzeczy, które można przygotować, wykorzystać i odłożyć na później. Gdyby ktoś zwrócił mu na to uwagę, zapewne uznałby podobną interpretację za przesadną. Ludzie mieli przecież skłonność do komplikowania najprostszych spraw, szczególnie kiedy nie potrafili pogodzić się z tym, że inni mogą być szczęśliwi bez spełniania ich oczekiwań.
Maks zasnął pierwszy. Jego oddech stał się głęboki, miejscami nieco chrapliwy, a ciało rozluźniło się całkowicie. Ruben przez pewien czas leżał nieruchomo, czując ciężar ramienia spoczywającego na jego brzuchu. Potem ostrożnie przesunął się na bok i poprawił poduszkę. Nie lubił spać zbyt blisko drugiej osoby przez całą noc. Wydzielane przez dwa ciała ciepło szybko stawało się uciążliwe, szczególnie pod cienkim prześcieradłem, a Ruben potrzebował przestrzeni do zmieniania pozycji. Mimo to nie odsunął Maksa daleko. Pozostawił między nimi niewielki odstęp, wystarczający, żeby mogli oddychać swobodnie, lecz nie tak duży, żeby całkowicie utracić kontakt. W ciemności słyszał ciche odgłosy lasu, szum gałęzi i pojedyncze uderzenia owadów o szybę. Wszystko wydawało się znajome. Dom, który przez większą część roku należał wyłącznie do niego, przyjmował obecność drugiego człowieka bez najmniejszego oporu. Ruben nie wiedział, czy powinien uważać to za zaletę, czy za ostrzeżenie. Ostatecznie uznał, że jest zbyt zmęczony, żeby rozstrzygać podobne kwestie, i zamknął oczy.
Obudził się przed świtem, czując, że Maks ponownie przysunął się do niego podczas snu. Mężczyzna leżał na boku, z jedną nogą zgiętą w kolanie, a dłonią spoczywającą na brzuchu Rubena. Jego twarz była rozluźniona, niemal pozbawiona zwyczajnego wyrazu skupienia, który towarzyszył mu podczas pracy. Ruben przez chwilę przyglądał się tej twarzy. Dostrzegł drobne zmarszczki przy oczach, niewielką bliznę nad brwią i jasne punkty w krótkim zaroście. Zauważył również kilka siwych włosów przy skroni, których wcześniej nie pamiętał. Było ich niewiele, lecz w porannym półmroku odcinały się od ciemnych włosów. Ruben pomyślał, że Maks wygląda na bardziej zmęczonego niż przed kilkoma miesiącami. Przez moment poczuł niejasny niepokój, lecz szybko znalazł dla niego racjonalne wyjaśnienie. Mężczyzna prowadził własny zakład, pracował po kilkanaście godzin dziennie i od dawna narzekał na brak snu. Nic dziwnego, że organizm zaczynał domagać się odpoczynku. Ruben sam wielokrotnie doświadczał podobnych stanów, choć zwykle ustępowały po kilku dniach spokojniejszej pracy.
Wstał ostrożnie, starając się nie obudzić gościa, i poszedł do kuchni. Rozpalił ogień, przygotował kawę i pokroił chleb. Na śniadanie zamierzał podać jajka na twardo, twaróg, pomidory oraz resztki wczorajszego mięsa, które można było podgrzać. Nie uważał przygotowywania śniadań za szczególnie wymagające zajęcie. Człowiek budzący się głodny powinien po prostu zjeść coś pożywnego, najlepiej bez konieczności podejmowania skomplikowanych decyzji. Kiedy woda zaczęła wrzeć, Ruben usłyszał za sobą kroki. Maks pojawił się w kuchni w samych bokserkach, z twarzą jeszcze senną i włosami na skroniach przygniecionymi poduszką. Przez chwilę stał nieruchomo, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby nie potrafił od razu przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Następnie przeciągnął się, syknął z bólu i położył dłoń na prawym udzie.
— Co jest? — zapytał Ruben.
— Nie wiem. Coś mnie ciągnie.
— Kolano?
— Wyżej. Jakby mięsień.
Maks przesunął dłonią po udzie, po czym zmarszczył brwi. Podciągnął nieco nogawkę bokserek i przyjrzał się skórze. Ruben zauważył, że na wewnętrznej stronie uda pojawiło się niewielkie przebarwienie. Miało brunatnawy kolor i kształt nieregularnego pierścienia, którego środek pozostawał nieco jaśniejszy od otaczającej skóry. Maks dotknął zmiany palcem, następnie delikatnie ją potarł. Nie wyglądał na przestraszonego, raczej na człowieka zirytowanego kolejną drobną niedogodnością.
— Coś mnie chyba ugryzło — powiedział. — Wczoraj tego nie miałem.
Ruben podszedł bliżej i pochylił się, żeby przyjrzeć się przebarwieniu. Zmiana miała średnicę kilku centymetrów. Jej brzegi nie były wyraźnie zaczerwienione ani obrzęknięte, lecz tworzyły delikatny wzór złożony z kilku niemal równoległych linii. Przypominało to ślad pozostawiony na skórze przez przedmiot o nierównej powierzchni. Ruben początkowo pomyślał o odcisku materiału lub niewielkim siniaku, lecz układ przebarwienia wydał mu się dziwnie regularny. Linie zataczały łuki, które nie zamykały się całkowicie, a pomiędzy nimi znajdowały się drobne ciemniejsze punkty. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć, gdzie widział podobny układ linii. Skojarzenie przyszło szybko, choć nie wydało mu się szczególnie istotne. Przebarwienie przypominało przekrój drewna, w którym słoje zostały zaburzone przez dawny uraz pnia.
— Nie wygląda na zwykłe ukąszenie — powiedział.
— To na co?
— Nie wiem. Może coś cię ucisnęło podczas snu.
— Przez całą noc?
— Materac jest stary. Ma swoje ambicje.
Maks parsknął śmiechem, ale ponownie przyjrzał się skórze. Dotknął przebarwienia, lekko naciągnął je między palcami i sprawdził, czy boli. Nie odczuwał niczego szczególnego. Skóra była gładka, bez zgrubień, choć w miejscu najciemniejszej linii wydawała się nieco chłodniejsza niż na pozostałej powierzchni uda. Maks uznał, że zapewne jest to niegroźne podrażnienie, i opuścił nogawkę. Ruben wrócił do przygotowywania śniadania, lecz przez krótką chwilę nie mógł pozbyć się wrażenia, że zobaczył coś znajomego. Nie potrafił jednak określić, skąd bierze się to skojarzenie. W jego pracy podobne kształty pojawiały się przecież codziennie. Słoje drewna, spękania kory, układy włókien, ślady po usuniętych gałęziach — wszystkie te formy mogły przypominać struktury ludzkiego ciała, jeśli człowiek przyglądał im się dostatecznie długo. Ruben nie uważał tego za zjawisko niezwykłe. Natura powtarzała pewne rozwiązania, ponieważ okazywały się skuteczne, a ludzie mieli skłonność do rozpoznawania znajomych obrazów nawet w przypadkowych układach plam.
Podczas śniadania Maks kilkakrotnie dotykał uda, jakby sprawdzał, czy przebarwienie nadal znajduje się na swoim miejscu. Ruben zauważył ten gest, lecz nie komentował go. Zamiast tego opowiedział o wczorajszej pracy, chorej sośnie i dziwnych przebarwieniach wewnątrz drewna. Nie wspomniał o podobieństwie do naczyń krwionośnych, ponieważ uznał, że zabrzmiałoby to niedorzecznie. Maks słuchał z zainteresowaniem, dopytując o stan pnia i możliwość wykorzystania jego mniej uszkodzonych fragmentów. Rozmawiali przez kilka minut o chorobach drzew, sposobach rozpoznawania zgnilizny oraz różnicach między drewnem porażonym przez grzyby a materiałem uszkodzonym wskutek długotrwałego zawilgocenia. Była to zwyczajna, praktyczna rozmowa dwóch mężczyzn, których praca polegała na poznawaniu drewna w różnych stanach jego istnienia. Ruben poczuł przyjemność płynącą z tej wspólnoty doświadczeń. Maks nie musiał udawać zainteresowania jego zawodem, ponieważ sam rozumiał znaczną część omawianych problemów. Nie zadawał naiwnych pytań, nie zachwycał się zapachem trocin i nie traktował każdego kawałka drewna jak fragmentu mistycznej przygody. Dzięki temu Ruben mógł mówić swobodnie, bez konieczności tłumaczenia podstawowych pojęć.
Po śniadaniu Maks ubrał się i przygotował do wyjazdu. Zanim wyszedł, podszedł do Rubena, objął go i przez chwilę przytulił mocniej niż zwykle. Drwal odwzajemnił gest, czując pod dłonią napięte mięśnie pleców i ciepło ciała, które jeszcze przed chwilą znajdowało się obok niego w łóżku. Nie zapytał, kiedy Maks przyjedzie ponownie. Wiedział, że mężczyzna odezwie się, gdy znajdzie czas, a on sam nie chciał narzucać mu żadnych zobowiązań. Maks jednak nie odsuwał się od razu. Przez chwilę stał nieruchomo, z twarzą opartą o ramię Rubena, jakby próbował zapamiętać coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
— Uważaj na siebie — powiedział w końcu.
— Zawsze uważam.
— Właśnie tego się boję.
Ruben roześmiał się, uznając zdanie za kolejny żart, choć ton Maksa nie był szczególnie zabawny. Odprowadził go do samochodu, pomógł sprawdzić mocowania ładunku i pomachał, kiedy dostawczak ruszył piaszczystą drogą. Następnie wrócił do domu, w którym nadal unosił się zapach kawy, duszonego mięsa i dwóch mężczyzn, którzy spędzili razem noc. W sypialni prześcieradło było pogniecione, poduszki przesunięte, a na podłodze leżała jedna z jego skarpet. Ruben podniósł ją, odłożył do prania i przez chwilę patrzył na nieuporządkowane łóżko. Nie czuł smutku po wyjeździe Maksa. Nie odczuwał również szczególnej ulgi. Obecność drugiego człowieka była przyjemna, lecz jej zakończenie nie odbierało mu niczego z dotychczasowego życia. Przynajmniej tak to rozumiał. Poprawił pościel, otworzył okno i pozwolił, żeby chłodne powietrze stopniowo usunęło z pokoju zapach nocy.
Dopiero po kilku godzinach, kiedy wynosił z warsztatu resztki drewna, ponownie przypomniał sobie przebarwienie na udzie Maksa. Skojarzenie z układem słojów wydawało mu się teraz jeszcze bardziej wyraźne, choć nie potrafił odtworzyć dokładnego kształtu zmiany. Przez chwilę rozważał, czy powinien napisać do mężczyzny i zapytać, czy wszystko w porządku. Ostatecznie uznał, że nie ma potrzeby niepokoić go z powodu niewielkiej plamy na skórze. Jeśli przebarwienie nie zniknie albo zacznie się powiększać, Maks zapewne sam zwróci się do lekarza. Ruben miał do wykonania inne obowiązki. Musiał przygotować drewno na opał, sprawdzić szczelność rynny i zająć się warzywami, które po ostatnich deszczach zaczęły gwałtownie dojrzewać. Życie na odludziu nie pozostawiało wiele miejsca na bezproduktywne rozważania, a troska o drugiego człowieka wydawała mu się szczególnie niebezpieczna wtedy, gdy nie prowadziła do żadnego konkretnego działania.
Wieczorem wyjął z szafy jedwabny szlafrok, włożył go na nagie ciało i usiadł przy stole z talerzem zimnej wołowiny. Materiał opływał jego szerokie ramiona, przyjemnie chłodził skórę i pozostawiał brzuch częściowo odsłonięty. Ruben nalał sobie niewielki kieliszek nalewki, zapalił świecę i przez chwilę obserwował płomień. W domu panowała cisza, którą znał od siedemnastu lat, a jednak tego wieczoru wydawała mu się nieco inna. Nie dlatego, że czegoś brakowało. Raczej dlatego, że przez przez kilkanaście godzin było tutaj coś więcej niż zwykle, co nie pozostawiło po sobie żadnego trwałego śladu poza pogniecioną pościelą, zużytymi naczyniami i ledwie wyczuwalnym zapachem na poduszce. Ruben nie próbował zatrzymywać tego wrażenia. Wiedział, że wspomnienia bliskości szybko tracą intensywność, szczególnie jeśli człowiek nie podtrzymuje ich przy pomocy rozmów, wiadomości i obietnic. Było to dla niego wygodne. Mógł cieszyć się obecnością Maksa, kiedy mężczyzna przyjeżdżał, a potem wracać do własnego życia bez konieczności zmieniania jego rytmu. Nie przyszło mu do głowy, że drugi człowiek może przeżywać tę samą relację w zupełnie inny sposób, ani że pewnego dnia jego własne ciało przestanie wystarczać jako jedyny przedmiot troski.
Na zewnątrz zapadła noc. Las oddychał wilgocią, a z torfowiska unosił się chłód, który stopniowo przenikał w głąb polany. Ruben siedział w jedwabnym szlafroku, z kieliszkiem nalewki w dłoni, i czuł się niemal absurdalnie szczęśliwy. Jego ciało było silne, zadbane i posłuszne, dom zapewniał schronienie, a zapasy żywności wystarczały na wiele tygodni. Miał pracę, pieniądze i mężczyznę, który przyjeżdżał do niego z własnej woli. Nie potrzebował niczego więcej. Zadowolenie to było tak pełne, że nie pozostawiało miejsca na pytania o rzeczy, których nie dostrzegał. Dopiero później zrozumie, że ludzie potrafią mylić brak cierpienia z niewinnością, a własne szczęście z dowodem, że nikt nie ponosi jego kosztów. Na razie jednak nie miał powodu, żeby podejrzewać podobne zależności. Wypił ostatni łyk nalewki, zgasił świecę i poszedł spać, pozostawiając w kuchni niewielki bałagan, którym zamierzał zająć się następnego dnia.
Tego samego ranka, zaledwie kilka kilometrów od domu Rubena, Maks zatrzymał samochód na poboczu, ponieważ noga zaczęła mu nieprzyjemnie drętwieć. Przez chwilę siedział nieruchomo, masując udo przez materiał spodni. Następnie rozpiął pasek, odsunął ubranie i ponownie obejrzał przebarwienie. W świetle wpadającym przez boczną szybę wzór wyglądał wyraźniej niż podczas śniadania. Brunatne linie stały się ciemniejsze, a pomiędzy nimi pojawiły się cienkie, jasne pasma, przypominające delikatne włókna. Maks dotknął skóry. Nie bolała, nie swędziała, nie była również cieplejsza od pozostałej części nogi. Zauważył jednak coś, czego wcześniej nie dostrzegł: najciemniejsza linia przebiegała wzdłuż niemal idealnego łuku, a kolejne układały się równolegle do niej, jakby stanowiły fragment większej struktury. Wydało mu się to nieprzyjemne, choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego. W końcu poprawił spodnie, uruchomił silnik i ruszył dalej, postanawiając, że jeśli zmiana nie zniknie w ciągu kilku dni, umówi się do lekarza. Nie miał zwyczaju lekceważenia zdrowia, ale nie chciał również robić z niewielkiego przebarwienia problemu wymagającego natychmiastowej interwencji. Gdyby wiedział, jak niewiele czasu dzieli go od pierwszych poważnych objawów, być może postąpiłby inaczej.
Tej nocy Ruben spał spokojnie. Jego oddech był głęboki, serce pracowało miarowo, a mięśnie regenerowały się po kolejnym dniu wysiłku. Nie śnił o Maksie ani o osobliwym drewnie. Nie śnił właściwie o niczym, co potrafiłby później zapamiętać. Za domem, pod zadaszeniem warsztatu, leżały dwa fragmenty chorej sosny, które powoli wysychały w nocnym powietrzu. Ich powierzchnie sprawiały wrażenie chłodnych, a czerwonawe włókna straciły większość wilgoci. Jedynie w najgłębszych szczelinach pozostawały niewielkie skupiska gęstej substancji, która nie przypominała już zwyczajnej żywicy. W ciemności nie można było dostrzec jej koloru ani struktury, lecz gdyby ktoś przyłożył do drewna dłoń, poczułby pod opuszkami bardzo delikatne napięcie, podobne do oporu skóry rozciągniętej nad drobnym mięśniem. Nie był to jeszcze ruch, przynajmniej nie w znaczeniu, jakie człowiek zwykł nadawać temu słowu. Raczej zapowiedź właściwości, której znaczenia żaden z obecnych w tym lesie organizmów nie potrafiłby wyjaśnić.
A jednak gdzieś pod powierzchnią drewna trwał proces, którego nie obejmowały zwyczajne prawa sezonowania. Tkanki powoli zmieniały swoją strukturę, przesuwając wilgoć między włóknami i tworząc nowe połączenia. W jednym z przekrojów pojawił się niewielki, niemal niewidoczny pierścień, cieńszy od najdrobniejszego słoja. Nie był częścią pierwotnego wzrostu drzewa. Powstał już po jego ścięciu, kiedy sosna nie powinna była wytwarzać niczego nowego. Do rana pierścień stanie się nieco wyraźniejszy, a następnego dnia Ruben zauważy go podczas przenoszenia drewna. Uzna to za efekt wysychania materiału i nie poświęci mu większej uwagi. Będzie miał rację w jednym: proces rzeczywiście związany był z utratą wilgoci. Nie wiedział jedynie, że drewno potrafiło zachowywać się tak, jakby oszczędzało ją na potrzeby czegoś, co dopiero miało się wydarzyć.
W lesie nie panowała cisza. Pod ziemią przemieszczała się woda, w martwych pniach żerowały owady, a grzybnia przenosiła substancje między rozkładającymi się szczątkami. Wszystko to odbywało się bez udziału człowieka, bez jego wiedzy i bez konieczności nadawania procesom jakiegokolwiek znaczenia. Ruben spał w swoim łóżku, Maks odpoczywał po powrocie do warsztatu, a świat pozostawał pozornie niezmieniony. Na udzie mężczyzny, który poprzedniej nocy zasnął w ramionach drwala, pojawiła się kolejna cienka linia, tak delikatna, że nie sposób było jej dostrzec bez uważnego przyjrzenia się skórze. Układała się równolegle do poprzedniej, zachowując tę samą nieregularną krzywiznę. Gdyby Maks miał pod ręką kawałek świeżo przeciętego drewna, zapewne zauważyłby podobieństwo. Nie miał jednak żadnego powodu, żeby szukać takich związków, a ludzkie ciało wydawało mu się nadal czymś odrębnym od lasu, jego chorób i sposobów wzrostu.
Ruben Big również nie miał powodów do niepokoju. Przez siedemnaście lat nauczył się traktować własną kondycję jak naturalną właściwość organizmu, podobnie jak szerokie ramiona, gęsty zarost i zdolność do ciężkiej pracy. Nie zastanawiał się, dlaczego kolejne zimy pozostawiały na jego ciele tak niewiele śladów, ani dlaczego mężczyźni, którzy przyjeżdżali do niego po bliskość, z czasem zaczynali wyglądać na bardziej zmęczonych, niż wskazywałby ich wiek. Uważał, że życie każdego człowieka podlega odmiennym prawom, a porównywanie cudzych doświadczeń z własnymi prowadzi jedynie do niepotrzebnych rozczarowań. Była to wygodna filozofia, szczególnie dla kogoś, kto nigdy nie musiał płacić pełnej ceny za upływ czasu. Las nie domagał się jeszcze od niego żadnych wyjaśnień. Nie groził, nie ostrzegał i nie próbował zwrócić na siebie uwagi. Wystarczało mu, że Ruben pozostawał zdrowy, silny i szczęśliwy, ponieważ każda z tych rzeczy miała swój odpowiednik w procesach zachodzących daleko poza granicami ludzkiej skóry. Przez kolejne miesiące ten porządek będzie trwał niemal niezauważalnie, a człowiek, który tak bardzo lubił własne ciało, nie dowie się jeszcze, jak wiele innych ciał uczestniczy w podtrzymywaniu jego doskonałego spokoju.
Wielka dama w gumowcach
Dalia de Lune przyjechała do lasu w środę, akurat kiedy Ruben Big usiłował wyłowić martwego szczura ze zbiornika na deszczówkę. Zwierzę najpewniej wpadło do środka poprzedniej nocy: jego ciało nie zdążyło jeszcze spuchnąć, a sierść zachowała ciemnoszary połysk. Unosiło się tuż pod powierzchnią wody, z łapami rozłożonymi na boki i ogonem przypominającym sznurek pozostawiony w brudnym naczyniu. Ruben od kilku minut manewrował długą metalową łopatką, starając się wyciągnąć padlinę bez zanurzania ręki w zbiorniku. Nie chodziło o obrzydzenie. Miał za sobą wystarczająco wiele spotkań z rozkładającymi się zwierzętami, żeby nie traktować podobnych znalezisk jak osobistych tragedii, ale wiedział, że kontakt z zanieczyszczoną wodą wymaga ostrożności. Zamierzał opróżnić zbiornik, wyszorować jego wnętrze i poprawić siatkę zabezpieczającą wlot, której jedno mocowanie oderwało się podczas ostatniej burzy. Praca zapowiadała się na kilka godzin, a Ruben już zdążył przekląć szczura, producenta zbiornika, własne zaniedbanie oraz nieprzewidywalność zwierząt, które potrafiły przeżyć w najbardziej nieprzyjaznych środowiskach, lecz ginęły w beczce ustawionej pod rynną. Kiedy wreszcie udało mu się podważyć ciało łopatką, od strony drogi dobiegł dźwięk silnika. Nie był to znajomy pomruk dostawczaka Maksa ani ciężki odgłos samochodu jednego z okolicznych leśników. Silnik pracował nierówno, z krótkim metalicznym grzechotaniem, jakby pojazd poruszał się wyłącznie dzięki uporowi właściciela. Ruben uniósł głowę i zobaczył między sosnami niewielki samochód w kolorze szampana, którego przedni zderzak został przyozdobiony srebrną taśmą. Natychmiast rozpoznał pojazd. Nie pomachał. Westchnął tylko głęboko, świadomy, że najbliższe godziny przestaną należeć do niego.
Samochód zatrzymał się przed szopą, wzbijając niewielki obłok piasku. Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło, potem otworzyły się drzwi kierowcy i wysunęła się z nich noga w wysokim gumowym bucie ozdobionym złotą klamrą. But miał niewielki obcas, zupełnie nieodpowiedni do chodzenia po nierównym gruncie, i barwę ciemnego burgunda. Po pierwszej nodze pojawiła się druga, potem długa spódnica w panterkę, a wreszcie Dalia de Lune w całej swojej sześćdziesięciotrzyletniej okazałości. Miała na sobie sztuczne futro w kolorze przybrudzonego różu, chociaż temperatura przekraczała dwadzieścia stopni, oraz ogromne okulary przeciwsłoneczne, zza których wystawały starannie ułożone kosmyki jasnych włosów. Na szyi nosiła kilka sznurów sztucznych pereł, tak obfitych, że przy każdym ruchu wydawały cichy, suchy stukot. Usta pomalowała ciemnoczerwoną szminką, a policzki podkreśliła różem, którego ilość sugerowała, że zamierzała konkurować z jesiennymi jarzębinami. Jej obecność niemal fizycznie przeobrażała całe podwórze. Stosy drewna, stare beczki i zabrudzone narzędzia stawały się nagle elementami scenografii, której główna bohaterka najwyraźniej pomyliła adres przedstawienia. Dalia zdjęła okulary, spojrzała na Rubena pochylonego nad zbiornikiem i zmarszczyła nos. Nie powiedziała nic od razu. Najpierw powoli obejrzała jego nagi tors, robocze spodnie i brudne dłonie, potem przeniosła wzrok na metalową łopatkę, z której zwisał ogon martwego gryzonia.
— Kochanie, przyznaję, że wyobrażałam sobie twoje poranne zajęcia zupełnie inaczej. W moich fantazjach również występował ogon, ale należał do znacznie atrakcyjniejszego stworzenia — oznajmiła, zdejmując jedną rękawiczkę z cienkiej, białej tkaniny. — Czy ty naprawdę musisz witać gości padliną? Wystarczyłaby kawa. Ewentualnie przystojny hydraulik, skoro już koniecznie chcesz pokazywać rury.
Ruben odłożył szczura do przygotowanego pojemnika, przykrył go i dopiero wtedy wyprostował plecy. Przez chwilę przyglądał się Dalii z mieszaniną rozbawienia i rezygnacji. Nie widzieli się od kilku miesięcy, choć od czasu do czasu wymieniali wiadomości, zwykle o sprawach, których żadne z nich nie uważało za naprawdę istotne. Dalia przysyłała mu zdjęcia dziwacznych ubrań znalezionych w sklepach z używaną odzieżą, opisy katastrofalnych występów kabaretowych i skargi na ceny kosmetyków. Ruben odpowiadał krótkimi uwagami o pogodzie, pracy i stanie dachu. Ich korespondencja przypominała wymianę komunikatów między dwiema instytucjami działającymi według całkowicie odmiennych przepisów, ale obie strony znajdowały w niej szczególną przyjemność. Teraz Dalia stała na piaszczystym podwórzu, trzymając w jednej dłoni niewielką torebkę z błyszczącej imitacji krokodylej skóry, a w drugiej telefon, na którego ekranie nadal widniała mapa. Jej twarz miała wyraz kobiety obrażonej nie tyle na gospodarza, ile na całą lokalną infrastrukturę.
— Nawigacja twierdziła, że ostatnie cztery kilometry nie istnieją — powiedziała. — Zaczęłam podejrzewać, że zamieszkałeś w miejscu usuniętym z dokumentacji geodezyjnej za wyjątkowo złe zachowanie.
— Mogłaś zadzwonić.
— Dzwoniłam. Trzy razy. Za czwartym usłyszałam głos automatu, który oznajmił mi, że abonent jest niedostępny. Wyobraź sobie, jak przyjemnie dowiedzieć się, że własny przyjaciel został oficjalnie uznany za nieistniejącego.
— Telefon leży w kuchni.
— Naturalnie. A ty leżysz zapewne w grobie, skoro nie przyszło ci do głowy zabrać go ze sobą. Czy mogę wreszcie zostać powitana jak kobieta, czy muszę najpierw zdać egzamin z obsługi tego cholernego pojemnika?
Ruben podszedł do niej, rozkładając ramiona. Dalia cofnęła się demonstracyjnie, unosząc torebkę na wysokość piersi, lecz po chwili pozwoliła się objąć. W jego uścisku niemal zniknęła, chociaż sama nie należała do osób drobnych. Była wysoka, szeroka w ramionach i zachowała imponującą postawę, którą niegdyś wykorzystywała podczas występów na scenie. Ruben poczuł zapach jej perfum, intensywny, słodki i nieprzyzwoicie kosztowny. Mieszały się w nim róża, pudrowy irys, wanilia i coś ciężkiego, przypominającego rozgrzany bursztyn. Dalia zawsze pachniała tak, jakby wyruszała na przyjęcie organizowane przez ludzi, którzy nigdy nie musieli sprawdzać cen masła. Wiedział jednak, że za flakon potrafiła zapłacić więcej, niż wydawała przez tydzień na jedzenie, a potem przez miesiąc narzekać na drożyznę. W jej hierarchii wartości nie było w tym najmniejszej sprzeczności. Żywność służyła podtrzymywaniu życia, perfumy zaś nadawały temu życiu charakter, a charakter był według niej znacznie rzadszy niż kalorie.
Dalia uwolniła się z objęć i obejrzała swoje futro. Na rękawie pozostała niewielka smuga brudu. Przez chwilę patrzyła na nią z miną kobiety, która właśnie dowiedziała się o zdradzie najbliższej przyjaciółki, po czym wyjęła z torebki chusteczkę i zaczęła energicznie pocierać materiał. Ruben obserwował ją bez komentarza. Wiedział, że wszelkie próby przekonywania Dalii o nieistotności podobnych zabrudzeń jedynie pogarszają sytuację. Jej stosunek do wyglądu był równie bezkompromisowy jak jego stosunek do ostrzenia narzędzi. Oboje uważali staranność za formę szacunku wobec wykonywanej czynności, choć Ruben nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś miałby traktować nakładanie różu na policzki z taką samą powagą jak przygotowanie pilarki do pracy. Dalia natomiast od dawna utrzymywała, że gdyby mężczyźni poświęcali urodzie choć połowę uwagi, którą przeznaczają na samochody, świat byłby miejscem znacznie przyjemniejszym do oglądania.
— Przywiozłam prezenty — oznajmiła w końcu, wskazując bagażnik. — Oraz coś do picia. Niestety sklep, w którym się zatrzymałam, miał asortyment alkoholi skomponowany najwyraźniej przez ludzi przekonanych, że bąbelki automatycznie oznaczają luksus. Kupiłam dwie butelki. Jedną na wypadek, gdyby pierwsza okazała się trucizną, i drugą na wypadek, gdybyśmy po jej wypiciu przestali rozpoznawać trucizny.
W bagażniku znajdowały się dwie butelki taniego wina musującego, eleganckie pudełko z mydłem, papierowa torba z zakupami oraz niewielka paczka owinięta złotym papierem. Ruben zabrał wszystko do domu, podczas gdy Dalia ostrożnie pokonywała podwórze, usiłując omijać większe kamienie i zagłębienia w piasku. Jej gumowe buty, choć z nazwy przeznaczone do chodzenia po mokrym terenie, były bardziej ozdobą niż praktycznym obuwiem. Podeszwy pozostawały niemal gładkie, a niewielkie obcasy zapadały się w miękki grunt. Przy wejściu do domu Dalia zatrzymała się, spojrzała na zabrudzone noski i westchnęła teatralnie. Ruben zaproponował, że przyniesie jej swoje stare kalosze, ale odpowiedziała, że woli umrzeć na miejscu, niż zostać sfotografowana w obuwiu przypominającym wyposażenie pracownika oczyszczalni ścieków. Ruben przypomniał, że w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma nikogo zainteresowanego robieniem jej zdjęć. Dalia uznała to za jeszcze bardziej przerażające. Człowiek mógł bowiem znieść wiele upokorzeń, lecz niewidzialność uważała za jedno z najgorszych.
W kuchni zdjęła futro, odsłaniając czarną bluzkę z szerokim dekoltem i naszyjnik, którego długość zmuszała ją do ostrożnego pochylania się nad stołem. Ruben zaproponował kawę. Dalia zażądała filiżanki, nie kubka, ponieważ uważała, że napoje podawane w naczyniach większych od ludzkiej dłoni tracą wszelkie właściwości towarzyskie. Otrzymała więc porcelanową filiżankę z niewielkim wyszczerbieniem przy spodku, którą Ruben przechowywał specjalnie na podobne okazje. Podczas przygotowywania kawy rozpakowała prezenty. Mydło pochodziło z francuskiej manufaktury i pachniało irysem, sandałowcem oraz czymś, co producent z poetycką swobodą określił jako wspomnienie letniego deszczu. Ruben powąchał kostkę i uznał, że wspomnienie deszczu wyceniono wyjątkowo wysoko. Dalia zignorowała uwagę. Znacznie większe zainteresowanie wzbudziła w nim zawartość złotego pakunku. Były to czarne bokserki z szeroką złotą lamówką, wykonane z miękkiego, połyskującego materiału. Na pasie znajdował się niewielki haft przedstawiający koronę.
— Co to jest? — zapytał Ruben, unosząc bieliznę przed twarzą.
— Prezent dla człowieka, który przez czterdzieści osiem lat nie nauczył się, że odzież może mieć również funkcję dekoracyjną.
— Wyglądam w tym jak właściciel podrzędnego klubu nocnego.
— Kochanie, przy twoim brzuchu i brodzie będziesz wyglądał raczej jak monarcha, który stracił królestwo, ale zachował apetyt na poddanych.
Ruben przyjrzał się materiałowi. Był przyjemny w dotyku, choć zdecydowanie zbyt delikatny do codziennego użytkowania. Uznał, że bielizna nadaje się wyłącznie do spędzania czasu w domu, ewentualnie do okazji, podczas których prawdopodobieństwo jej zabrudzenia smarem jest niewielkie. Dalia obserwowała go z rozbawieniem. Wiedziała, że przyjmie prezent bez fałszywego zawstydzenia, ponieważ od dawna nie traktował własnej cielesności jako czegoś wymagającego ukrywania. Jednocześnie zauważyła, że mężczyzna ogląda bokserki z taką samą uwagą, z jaką zapewne sprawdzałby jakość nowego pasa do narzędzi. Rozciągnął materiał, obejrzał szwy i sprawdził elastyczność gumy. Dopiero potem skinął głową, uznając zakup za udany.
— Przymierzysz? — zapytała.
— Później.
— Mam sześćdziesiąt trzy lata, Ruben. W moim wieku słowo „później” przestaje być wiarygodną propozycją.
Roześmiał się, odłożył prezent na półkę i nalał kawy. Dalia usiadła przy stole, poprawiając spódnicę w taki sposób, żeby materiał nie marszczył się pod udami. Jej dłonie były zadbane, choć na grzbietach widniały przebarwienia i wyraźnie zarysowane żyły. Paznokcie pomalowała na kolor ciemnego wina, a na serdecznym palcu nosiła ogromny pierścionek z niebieskim szkłem. Ruben pamiętał te dłonie z czasów, kiedy wyglądały inaczej. Były wtedy gładsze, sprawniejsze, wolne od drobnego drżenia, które teraz towarzyszyło precyzyjnym ruchom. Przez wiele lat Dalia pracowała jako pielęgniarka, zanim problemy zdrowotne i narastające zmęczenie skłoniły ją do ograniczenia zawodowych obowiązków. Potrafiła zmieniać opatrunki, zakładać wkłucia, rozpoznawać objawy zakażeń i uspokajać ludzi, którzy w obliczu bólu tracili resztki godności. Równocześnie przez znaczną część dorosłego życia występowała na scenach klubów, małych teatrów i imprez organizowanych w miejscach, gdzie nikt nie wymagał od niej wyjaśniania, dlaczego sztuczne perły uważa za ważniejsze od prawdziwego nazwiska. Przyjęła pseudonim Dalia de Lune wiele lat wcześniej i z czasem zaczęła używać go również poza sceną. Nie traktowała go jak przebrania. Był raczej imieniem nadanym samej sobie w chwili, kiedy zrozumiała, że człowiek nie musi przyjmować wszystkich określeń narzuconych mu przez innych.
— Jak twój kochanek? — zapytała nagle, mieszając kawę małą łyżeczką.
Ruben spojrzał na nią znad filiżanki. Nie wspominał o Maksie podczas ich ostatniej rozmowy, ale wiedział, że Dalia potrafi zdobywać informacje z zadziwiającą skutecznością. Miała znajomych w kilku okolicznych miejscowościach, utrzymywała kontakt z ludźmi poznanymi przed dziesięcioleciami i posiadała talent do zadawania pytań w taki sposób, że rozmówcy sami nie zauważali, kiedy zaczynają opowiadać rzeczy, których nie zamierzali ujawniać.
— Który? — zapytał.
— Och, błagam. Nie udawaj rozpustnego arystokraty. Chodzi mi o tego stolarza, który wygląda jak człowiek zdolny zbudować szafę, a potem przez trzy dni przepraszać ją za niedoskonałości.
— Maks ma się dobrze.
— To fascynujące. A jak ma się wasza relacja?
— Równie dobrze.
Dalia odłożyła łyżeczkę z przesadną ostrożnością. Znała Rubena wystarczająco długo, żeby rozpoznać moment, w którym zamierzał zastąpić rozmowę zbiorem komunikatów technicznych. W jego przekonaniu relacja układała się dobrze, jeśli obie strony regularnie się spotykały i nie dochodziło między nimi do otwartych konfliktów. Wszystko inne należało do sfery spekulacji, którym nie warto poświęcać czasu. Dalia nie zamierzała pozwolić mu na tak wygodne uproszczenie. Zainteresował ją Maks, ponieważ podczas ich krótkiego spotkania kilka miesięcy wcześniej zauważyła coś, czego Ruben najwyraźniej nie dostrzegał. Mężczyzna patrzył na niego z czułością wykraczającą poza zwyczajne pożądanie, a jednocześnie z ostrożnością kogoś, kto nie chce przestraszyć dzikiego zwierzęcia nagłym ruchem. Dalia znała takie spojrzenia. Widziała je w szpitalach, na dworcach, podczas pożegnań i w klubowych garderobach, gdzie ludzie zmywali z twarzy makijaż, zanim wrócili do życia, które nie zawsze pozwalało im być sobą.
— Czy on cię kocha? — zapytała.
Ruben wzruszył ramionami. Nie chciał odpowiadać na pytanie, którego treść wydawała mu się niepotrzebnie dramatyczna. Maks był dorosłym człowiekiem i gdyby uważał ich relację za coś więcej niż obustronnie przyjemną znajomość, zapewne powiedziałby o tym wprost. Ruben nie zamierzał odczytywać ukrytych znaczeń z jego zachowania. Zresztą samo słowo „miłość” uważał za wyjątkowo nieprecyzyjne. Ludzie używali go do opisywania pożądania, przywiązania, wdzięczności, lęku przed samotnością, przyzwyczajenia i zwyczajnej potrzeby posiadania kogoś, kto będzie odbierał telefon w środku nocy. Ruben podejrzewał, że większość związków rozpada się właśnie dlatego, że obie strony przypisują temu samemu słowu odmienne znaczenia, po czym przez lata próbują udowodnić sobie nawzajem, że właściwe jest wyłącznie ich własne.
— Nie pytałem go — odpowiedział w końcu.
— A może powinieneś?
— Po co? Jeśli mnie kocha, pytanie niczego nie zmieni. Jeśli nie, tym bardziej.
Dalia zaśmiała się krótko, lecz jej twarz pozostała poważna. Przez chwilę przyglądała się Rubenowi tak, jakby zastanawiała się, czy rzeczywiście wierzy w wypowiedziane słowa, czy jedynie wykorzystuje własną inteligencję do unikania niewygodnych odpowiedzi. Zawsze podziwiała jego umiejętność życia poza oczekiwaniami innych ludzi, ale coraz częściej podejrzewała, że niezależność stała się dla niego czymś w rodzaju prywatnej religii. Wszystko, co mogło ją podważyć, uznawał za niepotrzebną komplikację. Nie dostrzegał przy tym, że jego spokój czasami zależał od pracy emocjonalnej wykonywanej przez ludzi, których potrzeby uważał za nadmierne.
— Ty naprawdę jesteś niezwykłym człowiekiem — powiedziała. — Potrafisz przez dwa tygodnie suszyć grzyby, żeby nie straciły aromatu, ale nie możesz poświęcić pięciu minut na zastanowienie się, czy ktoś przypadkiem nie zostawił u ciebie serca.
— Serce nie jest przedmiotem, który można przypadkiem zostawić w cudzym domu.
— Powiedz to chirurgom. Widziałam rzeczy, przy których twoje argumenty brzmią wyjątkowo naiwnie.
Ruben roześmiał się, lecz nie odpowiedział. Dalia pozwoliła rozmowie wygasnąć bez kolejnego komentarza. Wiedziała, że próby zmuszania go do emocjonalnych deklaracji wywołują jedynie opór. Zamiast tego zaczęła opowiadać o ostatnim występie w niewielkim klubie w Szczecinie, gdzie zaproszono ją do udziału w wieczorze poświęconym muzyce sprzed kilku dekad. Organizatorzy oczekiwali eleganckiej nostalgii, a Dalia przygotowała program o starzeniu, menopauzie, zepsutych windach i mężczyznach, którzy po sześćdziesiątce nadal opisują siebie w aplikacjach randkowych jako młodych duchem. Publiczność początkowo nie wiedziała, jak reagować, lecz po kilku minutach zaczęła się śmiać. Dalia uważała ten śmiech za najuczciwszą formę kontaktu między sceną a widownią. Ludzie byli gotowi zaakceptować niemal każdą prawdę o sobie, jeśli najpierw pozwolono im uznać ją za dowcip. Znacznie trudniej przyjmowali rzeczy wypowiedziane bez ironii, szczególnie gdy dotyczyły starzenia się, utraty atrakcyjności i powolnego ograniczania możliwości własnego ciała.
Po kawie Dalia zażądała kolejnego oprowadzenia po gospodarstwie. Ruben przypomniał jej, że była tutaj wielokrotnie i że od ostatniej wizyty nie wydarzyło się nic, co mogłoby uzasadniać ponowne zwiedzanie. Odpowiedziała, że nie przyjechała oglądać nieruchomości, lecz sprawdzić, czy jej właściciel nie zamienił się już całkowicie w element krajobrazu. Wyszli więc na podwórze, gdzie popołudniowe słońce rozgrzało piasek i metalowe powierzchnie narzędzi. Dalia założyła okulary przeciwsłoneczne, poprawiła naszyjnik i ruszyła ostrożnie w stronę ogrodu. Ruben szedł obok, wskazując kolejne naprawy, które wykonał od wiosny. Pokazał jej nowe mocowania rynien, wzmocnioną konstrukcję zadaszenia i niewielki system zbierania deszczówki z dachu szopy. Dalia słuchała z uwagą, choć nie znała większości technicznych określeń. Zatrzymała się dopiero przy grządkach pomidorów, których liście zaczynały wykazywać pierwsze oznaki chorób pojawiających się pod koniec wilgotnego lata. Ruben wyjaśnił, że usuwa porażone fragmenty i stara się poprawić przewiew między roślinami. Dalia przyjrzała się ciemnym plamom na jednym z liści, po czym stwierdziła, że nawet pomidory w jego gospodarstwie przejawiają skłonność do dramatycznego umierania.
W ogrodzie rosły również cebula, pietruszka, marchew, buraki i kilka krzaków cukinii, które rozrosły się znacznie bardziej, niż Ruben przewidywał. Przy niewielkiej konstrukcji z siatki dojrzewały ostatnie ogórki. Ziemia między grządkami była miejscami twarda, miejscami wilgotna, a pod warstwą ściółki znajdowały się liczne dżdżownice. Ruben pokazał Dalii jeden z kompostowników, wyjaśniając, że odpowiednia proporcja materiałów bogatych w azot do tych bogatych w węgiel pozwala ograniczyć nieprzyjemny zapach. Dalia zajrzała do środka, zobaczyła ciemną masę rozkładających się resztek i natychmiast odsunęła twarz. Nie uważała się za osobę przesadnie wrażliwą. Przez wiele lat pracowała przecież z ludzkimi wydzielinami, ranami i chorobami, które potrafiły zmienić ciało w trudną do zniesienia mieszaninę zapachów. Kompost jednak budził w niej szczególną niechęć, ponieważ reprezentował świat, w którym rozkład uznawano za sukces. W szpitalu człowiek próbował powstrzymywać procesy prowadzące do rozpadu tkanek. W ogrodzie Ruben starannie je organizował, pilnując wilgotności i dostępu powietrza. Dalia uznała tę różnicę za wyjątkowo niesmaczny żart natury.
— Zdumiewające — powiedziała, przyglądając się kompostowi. — Przez czterdzieści lat walczyłam z infekcjami, a ty hodujesz je w specjalnie przygotowanym pojemniku.
— To nie to samo. Tutaj rozkładają się resztki roślinne.
— Urocze. Rozumiem, że różnica polega głównie na tym, iż pomidory nie mają krewnych, którzy mogliby złożyć skargę.
Ruben zamknął kompostownik i ruszył dalej. Dalia podążyła za nim, starannie omijając grządki. Przy niewielkim zadaszeniu zatrzymali się przed stojakami, na których Ruben suszył zioła. Wisiały tam pęki mięty, tymianku, szałwii i kilku roślin zebranych na pobliskich łąkach. Powietrze pachniało intensywnie, niemal leczniczo. Dalia dotknęła jednego z suszonych liści, rozcierając go między palcami. Przez chwilę obserwowała powstały pył, a potem powąchała dłonie. Ruben zauważył, że jej palce lekko drżą, zwłaszcza gdy usiłuje utrzymać je nieruchomo. Zapytał, czy wszystko w porządku. Dalia spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że zwróci uwagę na coś tak drobnego.
— Reumatyzm, kochanie. Albo starość. W moim wieku lekarze potrafią używać tych słów zamiennie, jeśli nie mają ochoty szukać prawdziwej przyczyny.
— Powinnaś zrobić badania.
— Robię. Regularnie. Mam tyle wyników, że mogłabym nimi wytapetować garderobę, a przynajmniej zakryć lustro, w którym ostatnio zaczęłam dostrzegać własną matkę.
Ruben uśmiechnął się, lecz jego spojrzenie pozostało na dłoniach Dalii. Pamiętał je z czasów, kiedy potrafiły wykonywać zadziwiająco precyzyjne czynności. Kiedyś obserwował, jak zakładała opatrunek na ranę tak spokojnie, jakby zajmowała się składaniem delikatnej tkaniny. Nie pamiętał już dokładnie okoliczności, ale wrażenie pozostało wyraźne: szybkie, pewne ruchy, charakterystyczny zapach środka odkażającego i głos Dalii, który potrafił jednocześnie uspokajać oraz wydawać polecenia nieznoszące sprzeciwu. Teraz jej palce poruszały się nieco wolniej. Skóra straciła dawną elastyczność, a przy zgięciach pojawiły się drobne zgrubienia. Ruben pomyślał, że starzenie się jest osobliwym procesem, ponieważ człowiek przyzwyczaja się do zmian zachodzących we własnym ciele, ale nadal potrafi być nimi zaskoczony, kiedy dostrzega je u kogoś bliskiego. Nie powiedział tego na głos. Dalia zapewne uznałaby podobną refleksję za przejaw sentymentalizmu, którego oboje starali się unikać.
Przed powrotem do domu zaproponował krótki spacer do niewielkiego jeziorka położonego za torfowiskiem. Dalia początkowo odmówiła, twierdząc, że nie zamierza ryzykować życia na drodze, która zapewne nie została zatwierdzona przez żadną instytucję odpowiedzialną za bezpieczeństwo obywateli. Ostatecznie jednak zgodziła się, pod warunkiem że Ruben nie będzie prowadził jej przez miejsca pełne błota. Poszli wzdłuż wąskiej ścieżki biegnącej między sosnami i brzozami. Grunt był suchy, choć miejscami pokrywała go miękka warstwa igliwia, w której obcasy Dalii pozostawiały głębokie ślady. Ruben poruszał się swobodnie, co pewien czas zatrzymując się, żeby wskazać ciekawą roślinę albo fragment starego pnia porośnięty grzybami. Dalia słuchała z rosnącym zainteresowaniem. Nie znała lasu tak dobrze jak on, ale potrafiła dostrzegać szczegóły, które umykały ludziom przyzwyczajonym do obserwowania przyrody wyłącznie jako krajobrazu. Zwróciła uwagę na różnice w wilgotności mchu, zapach rozkładających się liści i sposób, w jaki światło przenikało przez korony drzew. Była przy tym bardziej uważna, niż sugerowałby jej przesadny wygląd. Ruben wiedział, że przez wiele lat ćwiczyła zdolność obserwowania ludzkiego ciała, a ta umiejętność nie znikała wraz ze zmianą otoczenia.
— Pamiętasz, jak wyglądałeś, kiedy się poznaliśmy? — zapytała nagle, zatrzymując się przy starej brzozie.
Ruben odwrócił głowę. Pytanie wydało mu się osobliwe, choć Dalia często wracała do przeszłości, szczególnie podczas wizyt w miejscach, które znała od dawna. Poznali się ponad dwadzieścia lat wcześniej, jeszcze zanim zamieszkał w lesie. Był wtedy dwudziestokilkulatkiem, pracował dorywczo przy wycince i transporcie drewna, a wieczorami bywał w lokalach, do których przychodzili ludzie poszukujący czegoś więcej niż zwyczajnej rozrywki. Dalia występowała wówczas regularnie, przyciągając publiczność mieszaniną przesadnej elegancji, bezczelnego humoru i głosu, który nie zawsze trafiał we właściwe dźwięki, lecz potrafił nadać najbanalniejszej piosence nieoczekiwaną siłę. Ruben pamiętał ją w ogromnej peruce, sukni uszytej z połyskującego materiału i butach, które wydawały się zbyt wysokie nawet dla kogoś przyzwyczajonego do chodzenia na obcasach. Po występie zaprosił ją na drinka, a ona oznajmiła, że nie przyjmuje zaproszeń od mężczyzn, którzy wyglądają tak, jakby przyszli do klubu wyłącznie dlatego, że pomylili go z warsztatem samochodowym. Ruben odpowiedział, że przynajmniej jego ubranie nie grozi samozapłonem. Od tamtej chwili zaczęli się lubić.
— Byłem młodszy i szczuplejszy — powiedział.
— Byłeś przede wszystkim bezczelny. Wciąż jesteś, ale obecnie robisz to z większym przekonaniem.
— Ty też wyglądałaś inaczej.
— Naturalnie. Miałam więcej włosów, mniej zmarszczek i nie potrzebowałam dwudziestu minut, żeby wstać z niskiego fotela. Ale nie o to pytam.
Dalia przysunęła okulary na czubek nosa i przyjrzała mu się uważnie. Ruben znał to spojrzenie. Używała go, kiedy podejrzewała, że rozmówca nie mówi całej prawdy, albo kiedy próbowała ocenić stan zdrowia kogoś, kto nie chciał przyznać się do dolegliwości. Przez chwilę poczuł się nieswojo, choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Nie lubił, kiedy ludzie obserwowali go z taką intensywnością, ponieważ w jego przekonaniu oznaczało to, że poszukują czegoś, czego on sam nie zamierzał ujawniać.
— Pamiętasz lato, kiedy prawie umarłeś? — zapytała.
Ruben przez chwilę milczał. Nie lubił wracać do tamtych wydarzeń. Choroba była jednym z niewielu doświadczeń, które pozostawiły w nim wspomnienie prawdziwej bezradności, choć większość szczegółów zatarła się pod wpływem gorączki i leków. Miał trzydzieści jeden lat i od niedawna mieszkał w lesie. Pracował wtedy zbyt dużo, sypiał niewiele i ignorował drobne urazy, które uważał za nieodłączny element zawodu. Jedno ze skaleczeń na nodze się zakaziło. Początkowo rana wyglądała niegroźnie, później pojawił się obrzęk, zaczerwienienie i ból, który w ciągu kilku dni zaczął uniemożliwiać chodzenie. Ruben próbował leczyć się sam, przemywał skórę i zmieniał opatrunki, przekonany, że organizm poradzi sobie z infekcją. Kiedy wreszcie trafił do szpitala, miał wysoką gorączkę, zaburzenia świadomości i objawy ciężkiego zakażenia ogólnoustrojowego. Lekarze przez pewien czas nie byli pewni, czy przeżyje. Dalia dowiedziała się o wszystkim od wspólnego znajomego i przyjechała do szpitala, początkowo przekonana, że wieści o stanie Rubena są przesadzone. Zobaczyła jednak człowieka spuchniętego, bladego i niemal nieruchomego, którego silne ciało nie potrafiło poradzić sobie z zakażeniem, które zaczęło się od uszkodzenia niewielkiego fragmentu skóry.
— Pamiętam wystarczająco dużo — odpowiedział.
— Nie sądzę. Przez kilka dni nie wiedziałeś nawet, gdzie jesteś. Rozmawiałeś z ludźmi, których nie było w pokoju, i próbowałeś wstawać z łóżka, chociaż ledwo oddychałeś. Musieliśmy pilnować, żebyś nie zrobił sobie krzywdy.
Ruben westchnął. Wspomnienia powracały do niego w postaci krótkich, niespójnych obrazów: białego sufitu, zimnej pościeli, plastikowego kubka ustawionego na stoliku, głosu pielęgniarki nakazującej mu pozostanie w łóżku. Pamiętał również niezwykłe uczucie ciężaru, jakby jego ciało zostało wypełnione mokrym piaskiem. Każdy ruch wymagał wysiłku, a oddychanie przestawało być czynnością wykonywaną bez udziału świadomości. Nie było w tym niczego wzniosłego. Choroba pozbawiła go siły, prywatności i znacznej części godności, którą dotąd utożsamiał z możliwością samodzielnego decydowania o własnym życiu. Dalia odwiedzała go regularnie, przynosiła rzeczy, których potrzebował, i rozmawiała z personelem, kiedy sam nie potrafił zrozumieć przekazywanych informacji. Po wypisaniu go ze szpitala przez kilka tygodni pomagała mu w chacie, przygotowując posiłki, pilnując leków i zmieniając opatrunki zgodnie z zaleceniami lekarzy. Ruben pamiętał przede wszystkim własną irytację. Nie znosił zależności od drugiej osoby, szczególnie gdy dotyczyła czynności tak podstawowych jak wstawanie z łóżka czy przygotowanie jedzenia.
— Byłaś wtedy nieznośna — powiedział.
— Oczywiście. Gdybym była miła, umarłbyś z zachwytu. A ja nie zamierzałam pozwolić ci odejść, zanim oddasz mi pieniądze za zakupy.
Ruben roześmiał się, lecz Dalia nie podjęła żartu. Patrzyła na niego uważnie, jakby w jego twarzy próbowała odnaleźć ślady człowieka, którego widziała na szpitalnym łóżku. Pamiętała, jak bardzo był wtedy wychudzony, jak skóra na jego twarzy straciła zwyczajny kolor i jak szybko potrafił opadać z sił podczas najprostszych czynności. Przez wiele tygodni obawiała się, że zakażenie pozostawi trwałe konsekwencje. Tymczasem Ruben odzyskiwał siły z zadziwiającą szybkością. Najpierw wrócił apetyt, później siła mięśni, wreszcie dawna pewność ruchów. Po kilku miesiącach wyglądał niemal tak samo jak przed chorobą, a po roku pracował równie ciężko jak wcześniej. Dalia uważała wtedy, że miał niezwykłe szczęście. Z czasem jednak zaczęła dostrzegać coś, czego nie potrafiła wyjaśnić wyłącznie dobrą kondycją fizyczną. Mijały lata, jej własne ciało stopniowo się zmieniało, przyjaciele siwieli, tracili włosy, przybierali na wadze albo chudli pod wpływem chorób, a Ruben zachowywał wygląd mężczyzny, którego znała z tamtego lata.
— Wiesz, co jest najdziwniejsze? — zapytała.
— Że nadal żyję?
— Że wyglądasz niemal dokładnie tak samo jak wtedy.
Ruben wzruszył ramionami. Słyszał podobne uwagi wielokrotnie, szczególnie od ludzi, których nie widział przez dłuższy czas. Początkowo przyjmował je jako komplementy, później zaczęły go nieco nużyć. Wiedział, że wygląda młodziej, niż wskazywałby jego wiek, ale nie uważał tego za rzecz wymagającą szczegółowego wyjaśnienia. Nie palił, ograniczał alkohol, regularnie się ruszał i spędzał większość czasu na świeżym powietrzu. Jadł dużo, czasami zbyt dużo, lecz nie zamierzał traktować apetytu jak choroby moralnej. Jego organizm najwyraźniej dobrze znosił taki tryb życia. Poza tym sam nie obserwował własnej twarzy z taką uwagą jak Dalia. Człowiek oglądający się codziennie nie dostrzega drobnych zmian, podobnie jak nie zauważa stopniowego wzrostu drzewa rosnącego przed oknem.
— Mam zmarszczki — powiedział.
— Masz trzy zmarszczki, Ruben. Jedną od śmiechu, drugą od złości i trzecią prawdopodobnie od zaparć. To nie jest starzenie się, tylko dokumentacja działalności organizmu.
— Powinienem się martwić?
— Nie. Powinieneś się zastanowić, dlaczego wszyscy wokół ciebie się starzeją, a ty najwyraźniej uznałeś, że nie masz na to czasu.
Przez chwilę szli w milczeniu. Ruben nie chciał kontynuować rozmowy, ponieważ wydawała mu się pozbawiona praktycznego znaczenia. Dalia natomiast przyglądała się jego sylwetce, zauważając to samo, co podczas poprzednich wizyt: szerokie ramiona, mocne nogi, potężny brzuch i sposób poruszania się, który nie zdradzał wieku. Oczywiście Ruben nie był pozbawiony dolegliwości. Narzekał czasami na ból pleców, przeciążone stawy i niewielkie urazy. Miał blizny, zgrubienia skóry i ślady ciężkiej pracy. A jednak te drobne oznaki zużycia nie układały się w obraz człowieka zbliżającego się do pięćdziesiątki. Dalia przypomniała sobie własne czterdzieste ósme urodziny. W tamtym czasie zaczęła odczuwać pierwsze wyraźne ograniczenia organizmu, szczególnie po długich dyżurach i nocnych występach. Pojawiały się bóle, których wcześniej nie znała, zmęczenie utrzymujące się mimo odpoczynku i zmiany w wyglądzie, których nie potrafiła powstrzymać żadnym kosmetykiem. Ruben natomiast zachowywał się tak, jakby czas dotyczył go wyłącznie w znaczeniu kalendarzowym. Mijały kolejne lata, zmieniały się ceny paliwa, przepisy i ludzie, ale jego ciało pozostawało zadziwiająco niezmienne.
Dotarli do miejsca, gdzie ścieżka skręcała w stronę niewielkiego obniżenia terenu. Rosły tam stare sosny o szerokich, spękanych pniach, a między nimi kępy mchu i niskie krzewy borówki. Ziemia była wilgotniejsza niż na polanie, choć od kilku dni nie padał deszcz. Ruben zatrzymał się, żeby pokazać Dalii fragment powalonego drzewa porośnięty różnymi gatunkami grzybów. Na jego powierzchni znajdowały się jasne, półkoliste owocniki oraz ciemniejsze, niemal czarne narośla. Drewno było miękkie, miejscami rozpadało się pod naciskiem palców, a pod korą można było dostrzec cienkie, białawe nitki grzybni. Dalia pochyliła się ostrożnie, starając się nie zabrudzić spódnicy. Przez chwilę przyglądała się strukturze rozkładającego się pnia, a następnie dotknęła jednego z owocników. Był twardy, chłodny i nieco wilgotny. Ruben wyjaśnił, że grzyby rozkładają drewno stopniowo, wykorzystując zawarte w nim substancje i przygotowując materiał do dalszych przemian. Dalia słuchała bez zwyczajnych żartów. Zauważyła, że powierzchnia starego pnia miejscami przypomina skórę pokrytą bliznami, choć nie powiedziała tego na głos. Wiele lat pracy w szpitalu nauczyło ją rozpoznawać podobieństwa, których inni ludzie woleli nie dostrzegać.
— Wszystko tutaj coś zjada — stwierdziła po chwili. — Grzyby drewno, owady grzyby, ptaki owady. Nawet ziemia wygląda, jakby była w trakcie trawienia.
— Tak działa las.
— Wiem, kochanie. Nie potrzebuję wykładu. Zastanawiam się tylko, dlaczego ludzie uważają to za piękne, a kiedy podobne rzeczy zaczynają dziać się z ich własnymi ciałami, natychmiast wpadają w panikę.
Ruben spojrzał na nią z zainteresowaniem. Dalia rzadko mówiła o starzeniu się bez ironii, a kiedy już to robiła, jej słowa nabierały szczególnej ostrości. Nie wynikało to z rozpaczy ani z zazdrości wobec młodszych ludzi. Przez wiele lat pracowała z osobami, których ciała traciły sprawność w sposób brutalny i pozbawiony jakiejkolwiek estetyki. Widziała skórę rozpadającą się pod wpływem chorób, mięśnie zanikające po długim unieruchomieniu, dłonie drżące tak mocno, że nie potrafiły utrzymać szklanki. Wiedziała, że godność nie jest właściwością ciała, lecz sposobem, w jaki inni ludzie odnoszą się do jego słabości. Ta wiedza nie ułatwiała jej jednak akceptowania własnych zmian. Czasami rano patrzyła na twarz pozbawioną makijażu i odczuwała smutek, którego nie potrafiła rozbroić żadnym dowcipem. Nie chodziło o utratę urody. Nadal uważała się za atrakcyjną, choć jej atrakcyjność wymagała innych środków wyrazu niż dawniej. Przerażała ją raczej świadomość, że ciało coraz częściej podejmuje decyzje bez porozumienia z właścicielką.
— Ty się boisz starości? — zapytał Ruben.
Dalia wyprostowała się powoli, przytrzymując jedną dłonią dolną część pleców. Przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby właśnie usłyszała pytanie zadane przez kogoś pozbawionego elementarnego doświadczenia życiowego. Potem poprawiła naszyjnik, którego perły przesunęły się podczas pochylania.
— Oczywiście, że się boję. Jestem rozsądną kobietą, a nie głupią bohaterką reklamy kremu przeciwzmarszczkowego. Boję się bólu, utraty samodzielności, chorób i tego, że pewnego dnia ktoś zacznie mówić do mnie takim głosem, jakiego używa się wobec małych dzieci. Nie przeszkadza mi natomiast sama starość. Zmarszczki można przykryć makijażem, siwe włosy przefarbować, a jeśli wszystko zawiedzie, zawsze pozostaje kapelusz wielkości parasola. Gorzej, kiedy człowiek zaczyna potrzebować pomocy przy czynnościach, które wcześniej wykonywał bez zastanowienia.
Ruben skinął głową. Rozumiał ten lęk, choć nie doświadczał go z podobną intensywnością. Jego życie opierało się na sprawności fizycznej, a utrata możliwości samodzielnego wykonywania pracy oznaczałaby konieczność zmiany niemal wszystkich codziennych przyzwyczajeń. Nie lubił o tym myśleć. Wyobrażał sobie czasami, że pewnego dnia nie będzie potrafił podnieść siekiery albo wejść na dach, lecz traktował takie obrazy jak odległe scenariusze, których rozważanie nie przynosi żadnego pożytku. Dalia dostrzegła jego milczenie i uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, że Ruben nie potrafi długo rozmawiać o własnej słabości, ponieważ w jego rozumieniu zawsze prowadziło to do konieczności przyznania, że potrzebuje innych ludzi. Postanowiła więc zmienić temat, zanim rozmowa zamieni się w kolejną wymianę argumentów dotyczących niezależności.
— Chodźmy dalej — powiedziała. — Jeśli mam umrzeć w tym lesie, wolałabym przynajmniej zobaczyć jezioro, o którym tyle opowiadasz. Mam nadzieję, że jest wystarczająco piękne, żeby uzasadnić stan moich butów.
Ruszyli w stronę torfowiska. Ścieżka zwężała się stopniowo, prowadząc między kępami turzyc i niewielkimi brzozami o cienkich pniach. Ruben szedł pierwszy, sprawdzając grunt przed każdym bardziej niepewnym fragmentem. Dalia podążała za nim ostrożnie, lecz z rosnącą irytacją. Jej buty zapadały się w miękki piasek, spódnica zaczepiała o gałązki, a sztuczne perły uderzały o siebie przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Mimo to nie zamierzała zawrócić. Była zbyt dumna, żeby przyznać, że spacer okazał się trudniejszy, niż przewidywała. Ruben zauważył jej wysiłek i zwolnił, nie komentując niczego. Znał Dalię wystarczająco dobrze, żeby rozumieć, że jawne okazywanie troski może zostać przez nią odebrane jako znacznie poważniejsza obraza niż pozostawienie jej bez pomocy. Wolała sama poprosić o wsparcie, nawet jeśli wymagało to pokonania kilku dodatkowych metrów w niewygodnym obuwiu.
Po kilkunastu minutach dotarli do niewielkiej polany otoczonej starymi sosnami. Ziemia była tam miękka, okryta grubą warstwą mchu, a powietrze wyraźnie chłodniejsze niż na otwartej przestrzeni. Ruben zatrzymał się, ponieważ zauważył na jednym z pni świeży wyciek żywicy. Drzewo miało szeroką podstawę, spękaną korę i kilka martwych gałęzi w dolnej części korony. Nie wyglądało jednak na szczególnie chore. Wyciek znajdował się mniej więcej na wysokości jego ramienia i tworzył nieregularną smugę biegnącą wzdłuż pnia. Ruben dotknął jej palcem. Żywica była lepka, nieco ciemniejsza niż zwykle, a pod powierzchnią kory znajdowało się niewielkie zgrubienie. Uznał, że mogło powstać wskutek dawnego uszkodzenia. Nie miał zamiaru zajmować się nim dłużej, lecz Dalia nagle zatrzymała się obok i zmarszczyła nos.
— Co to za zapach? — zapytała.
Ruben odwrócił głowę. W powietrzu rzeczywiście unosiła się nietypowa woń, której wcześniej nie zauważył. Początkowo przypominała zwyczajną żywicę, ale po chwili pojawiała się słodkawa nuta, podobna do aromatu kosmetyków przechowywanych przez niego w domu. Był w niej jałowiec, coś oleistego i odrobina ciężkiej słodyczy. Ruben pomyślał o olejku, którego używał rano do pielęgnacji brody. Nie potrafił jednak wyjaśnić, dlaczego podobny zapach miałby pojawić się przy drzewie rosnącym kilkaset metrów od domu. Może Dalia wyczuwała po prostu perfumy pozostające na własnej skórze, a może intensywna woń żywicy przywołała skojarzenie z kosmetykami. Zapachy potrafiły być zwodnicze, szczególnie w wilgotnym powietrzu, gdzie różne substancje mieszały się ze sobą i tworzyły kompozycje trudne do rozpoznania.
— Żywica — odpowiedział.
— Nie traktuj mnie jak idiotki. Wiem, jak pachnie żywica. To pachnie tobą.
Ruben uśmiechnął się, lecz Dalia nie odwzajemniła uśmiechu. Podeszła bliżej drzewa i powąchała korę, zachowując niewielką odległość od lepkiej powierzchni. Zapach stał się wyraźniejszy. Przypominał jałowcowy olejek Rubena, ale zawierał również coś bardziej osobistego, trudnego do określenia: ciepłą, słonawą nutę ludzkiego potu, zmieszaną z zapachem wilgotnego drewna. Dalia znała tę woń. Czuła ją wielokrotnie, kiedy przytulała Rubena, kiedy opatrywała jego rany i kiedy podczas dawnych wspólnych wyjazdów dzielili niewielkie pokoje, w których ubrania szybko nasiąkały zapachem ciał. Nie było w tym niczego nieprzyjemnego. Przeciwnie, skojarzenie wydało jej się niemal czułe, choć jego źródło budziło niejasny niepokój. Dotknęła pnia opuszkami palców. Kora była szorstka i chłodna, lecz w miejscu zgrubienia wyczuła niewielką miękkość, jakby pod zewnętrzną warstwą znajdowała się tkanka mniej twarda niż zwyczajne drewno.
— To chyba jakieś uszkodzenie — powiedział Ruben, obserwując jej dłonie.
— Oczywiście. Wszystko, czego nie rozumiesz, jest uszkodzeniem.
— A co mam powiedzieć? Że drzewo używa mojego olejku do brody?
— Nie wykluczałabym tego. Wyraźnie posiada lepszy gust niż większość mieszkańców tego lasu.
Dalia cofnęła rękę, lecz nadal przyglądała się pniowi. Zgrubienie było niewielkie, nieregularne, pokryte pomarszczoną korą, której szczeliny układały się w dziwny wzór. Przypominał on powierzchnię starej skóry, szczególnie w miejscach, gdzie głębokie bruzdy przecinają się z drobniejszymi zmarszczkami. Dalia widziała podobne struktury na ciałach ludzi bardzo starych, których skóra straciła elastyczność i zaczęła układać się w cienkie, nieregularne fałdy. Podobieństwo było na tyle wyraźne, że przez chwilę poczuła nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Nie powiedziała jednak Rubenowi, co zobaczyła. Nie chciała zabrzmieć jak ktoś dopatrujący się ludzkich kształtów w przypadkowych formach przyrody. Wiedziała, że podobne skojarzenia są naturalne, szczególnie u ludzi przyzwyczajonych do obserwowania anatomii. Mimo to odsunęła się od drzewa szybciej, niż zamierzała, i poprawiła rękawiczkę, którą wcześniej zdjęła.
Ruben zauważył zmianę w jej zachowaniu. Zapytał, czy chce wracać, ale Dalia potrząsnęła głową. Jezioro znajdowało się już niedaleko, a ona nie zamierzała rezygnować z celu spaceru z powodu jednego źle pachnącego drzewa. Ruszyli więc dalej, mijając niewielkie skupisko brzóz, których korzenie wystawały z miękkiego gruntu. Po kilku minutach zobaczyli wodę. Jeziorko leżało w płytkim zagłębieniu, otoczone turzycami, mchami i niskimi krzewami. Jego powierzchnia była ciemna, niemal czarna w miejscach, gdzie odbijały się korony drzew, a na płytszych fragmentach przybierała brunatny kolor. Nad wodą unosiły się drobne owady, a z przeciwległego brzegu dochodził cichy szelest trzcin. Dalia zatrzymała się i przez chwilę patrzyła w milczeniu. Nie było to miejsce szczególnie widowiskowe. Nie posiadało piaszczystej plaży, malowniczego pomostu ani widoku, który nadawałby się na pocztówkę. Jego uroda wynikała raczej z powściągliwości, z nieobecności wszystkiego, co zwykle kojarzyło się z wypoczynkiem nad wodą. Dalia poczuła niespodziewaną przyjemność. Przez wiele lat żyła wśród ludzi, muzyki, świateł i przedmiotów zaprojektowanych po to, żeby przyciągać uwagę. Tutaj niczego nie przygotowano dla niej. Jezioro pozostawało obojętne na jej obecność, a ta obojętność wydała się zadziwiająco kojąca.
— Piękne — powiedziała cicho.
Ruben skinął głową. Nie potrzebował dalszego komentarza. Usiadł na suchym fragmencie brzegu, pozostawiając Dalii miejsce obok siebie. Kobieta jednak nie zamierzała siadać na ziemi. Wyjęła z torebki niewielką chustkę, rozłożyła ją na płaskim kamieniu i dopiero wtedy ostrożnie usiadła, poprawiając spódnicę. Ruben obserwował te przygotowania z rozbawieniem. W jej zachowaniu było coś niemal ceremonialnego, jakby nawet najprostsza czynność wymagała odpowiedniej oprawy. Dalia nie uważała tego za przesadę. Przez całe życie uczyła się tworzyć przestrzeń, w której mogła być sobą, nawet jeśli otoczenie nie sprzyjało podobnym ambicjom. Makijaż, perły, futra i wysokie buty nie były wyłącznie ozdobami. Stanowiły narzędzia, dzięki którym mogła nadawać własnemu ciału znaczenie niezależne od opinii innych ludzi. Starzenie się nie odebrało jej tej możliwości, choć zmusiło do zmiany środków. Coraz częściej wybierała stroje, które nie tylko wyglądały efektownie, ale również pozwalały ukryć zmęczenie, obrzęki i drobne ograniczenia ruchowe. Nie zamierzała jednak przyznawać, że wygoda zaczyna odgrywać w jej życiu równie ważną rolę jak estetyka.
Przez dłuższą chwilę siedzieli bez słowa. Ruben obserwował powierzchnię wody, Dalia zaś przyglądała się jego twarzy. W pewnym momencie przyszło jej do głowy, że mogłaby zamknąć oczy, wyobrazić sobie tamto lato sprzed siedemnastu lat, a następnie ponownie spojrzeć na przyjaciela i nie dostrzec niemal żadnej różnicy. Myśl ta wywołała w niej uczucie trudne do określenia. Nie była to zazdrość, choć przez chwilę poczuła coś bardzo do niej podobnego. Raczej zdumienie wynikające z obcowania z człowiekiem, który najwyraźniej nie podlegał tym samym ograniczeniom co pozostali. Dalia wiedziała, że ciało nie starzeje się równomiernie. Niektórzy ludzie zachowują młody wygląd przez wiele lat, inni zmieniają się gwałtownie po chorobie albo długotrwałym stresie. Nie istniał jeden wzorzec starzenia, który dałoby się odnieść do wszystkich ludzi. A jednak w przypadku Rubena różnica wydawała się zbyt duża, żeby całkowicie ją zignorować. Jego twarz, dłonie i sylwetka nosiły ślady pracy, ale nie zdradzały upływu siedemnastu lat. Dalia przypomniała sobie, jak wyglądał po wyjściu ze szpitala: wychudzony, osłabiony, z twarzą pokrytą potem i skórą pozbawioną dawnego koloru. Pamiętała również moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyła go ponownie przy pracy, kilka miesięcy później. Był wtedy silny, opalony i niemal niewiarygodnie zdrowy. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie przeoczyła czegoś istotnego, jakiejś informacji, która pozwoliłaby wyjaśnić jego niezwykłą regenerację. Nie znalazła jednak żadnego przekonującego wspomnienia.
— Wiesz, co mnie najbardziej denerwuje? — zapytała w końcu.
Ruben odwrócił głowę.
— Lista jest długa.
— Że ty nawet nie doceniasz tego, co masz.
— Doceniam. Codziennie.
— Nie mówię o domu, jedzeniu i twojej ukochanej pilarce. Mówię o ciele. O tym, że nadal możesz robić niemal wszystko, na co masz ochotę.
Ruben spojrzał na swoje dłonie. Były szerokie, mocne, pokryte odciskami i drobnymi bliznami. Nie uważał ich za szczególnie piękne, lecz lubił ich wygląd. Przypominały mu, że większość rzeczy, z których korzystał, zawdzięczał własnej pracy. Dalia miała rację, choć nie zamierzał przyznawać tego zbyt łatwo. Jego ciało było sprawne. Potrafił ścinać drzewa, przenosić ciężary, pracować przez wiele godzin i odzyskiwać siły po krótkim odpoczynku. Nie wiedział jednak, dlaczego miałby traktować te zdolności jako szczególny dar. Były częścią jego życia, podobnie jak oddychanie i jedzenie. Człowiek nie dziękował przecież codziennie własnym płucom za to, że wykonują swoją pracę.
— Doceniam bardziej niż większość ludzi — odpowiedział. — Przynajmniej nie spędzam życia na próbach zmieniania własnego wyglądu.
Dalia uśmiechnęła się lekko. W jego słowach rozpoznała znajomą pewność siebie, która przez lata budziła w niej zarówno podziw, jak i irytację. Ruben uważał, że akceptowanie własnego ciała jest dowodem dojrzałości, a wszelkie próby jego upiększania wynikają z niepewności. Nie rozumiał, że dla niektórych ludzi wygląd stanowi formę twórczości, sposób negocjowania własnej obecności w świecie i odzyskiwania kontroli nad tym, co inni próbują im narzucić. Dalia nie upiększała się dlatego, że nie lubiła swojego wyglądu. Przeciwnie, traktowała własne ciało jak materiał, z którym może pracować, podobnie jak Ruben pracował z drewnem. Różnica polegała na tym, że drewno po odpowiedniej obróbce mogło zachować kształt przez dziesięciolecia, podczas gdy ciało nieustannie zmieniało się mimo największej staranności.
— Kochanie, samoakceptacja nie polega na tym, że człowiek przestaje cokolwiek ze sobą robić — powiedziała. — Polega na tym, że może robić, co chce, bez konieczności tłumaczenia się przed innymi. Ty lubisz swoją brodę i brzuch. Ja lubię perły i szminkę. Oboje jesteśmy próżni, tylko każde z nas znalazło inną nazwę dla własnej przyjemności.
Ruben roześmiał się, ale tym razem nie odpowiedział natychmiast. Słowa Dalii wydały mu się trafniejsze, niż chciałby przyznać. Być może rzeczywiście jego stosunek do własnego ciała zawierał więcej próżności, niż dotąd podejrzewał. Nie pragnął wyglądać jak młody, szczupły mężczyzna, ponieważ nie uważał takiego wyglądu za szczególnie atrakcyjny. Wolał własną sylwetkę, jej ciężar, owłosienie i niedoskonałości. Była to jednak nadal forma upodobania do siebie, równie intensywna jak zamiłowanie Dalii do kosmetyków. Różnica polegała na tym, że Ruben nie musiał codziennie tworzyć swojego wyglądu od nowa. Jego ciało pozostawało względnie niezmienne, jakby samo podtrzymywało formę, którą uznał za właściwą. Nigdy nie zastanawiał się, czy ta stałość mogłaby zostać mu odebrana. Teraz przez chwilę wyobraził sobie, że pewnego ranka budzi się z rękami słabszymi niż poprzedniego dnia, z twarzą wyraźnie starszą i ciałem, które przestaje odpowiadać na jego oczekiwania. Obraz wydał mu się nieprzyjemny, lecz tak odległy od rzeczywistości, że szybko stracił znaczenie.
W drodze powrotnej Dalia znacznie częściej zatrzymywała się, żeby odpocząć. Nie narzekała, ale Ruben zauważył, że oddycha ciężej, a jej ruchy stają się mniej pewne. Zaproponował, że poda jej ramię, na co zgodziła się bez zwyczajnych protestów. Przez chwilę szli blisko siebie, ostrożnie pokonując nierówności terenu. Ruben czuł ciężar jej dłoni na przedramieniu i delikatne drżenie palców. Było to dziwne doświadczenie. Pamiętał Dalię jako osobę niemal niewyczerpaną, zdolną pracować przez cały dzień, a potem spędzić noc na scenie, tańcząc w niewygodnych butach i śmiejąc się z własnego zmęczenia. Teraz potrzebowała pomocy przy przechodzeniu przez fragment ścieżki, który dla niego nie stanowił żadnego wyzwania. Nie czuł z tego powodu litości. Raczej pewien rodzaj zdumienia, podobny do tego, jakie towarzyszy obserwowaniu starego domu, który po latach zaczyna wymagać coraz częstszych napraw. Człowiek wiedział przecież, że materia nieustannie się zużywa, ale moment, w którym proces staje się widoczny, nadal potrafił zaskoczyć.
Kiedy ponownie znaleźli się przy osobliwej sośnie, Dalia zatrzymała się bez wyraźnej przyczyny. Ruben spojrzał na nią pytająco. Kobieta stała nieruchomo, z twarzą zwróconą ku pniowi, i przez chwilę wciągała powietrze. Zapach był nadal obecny, choć słabszy niż wcześniej. Dalia wyczuwała jałowiec, słodką nutę kosmetyków i coś, co przypominało ciepłą skórę. Przyjrzała się zgrubieniu pod korą. Wydawało jej się większe, ale nie potrafiła ustalić, czy rzeczywiście zmieniło kształt, czy jedynie patrzy na nie z innej perspektywy. Ruben zapytał, czy wszystko w porządku. Skinęła głową, lecz nadal nie odrywała wzroku od drzewa. Przez moment poczuła irracjonalną potrzebę dotknięcia kory jeszcze raz, sprawdzenia jej temperatury i struktury, jakby miała przed sobą pacjenta, którego objawy nie pasują do żadnego znanego rozpoznania. Powstrzymała się jednak. Nie chciała ubrudzić rękawiczek ani prowokować kolejnych żartów Rubena. Zamiast tego zrobiła kilka kroków w stronę ścieżki i dopiero wtedy odwróciła głowę.
— To drzewo jest chore — powiedziała.
— Możliwe. Większość starych drzew ma jakieś uszkodzenia.
— Nie chodzi mi o zwykłe uszkodzenie. Ono wygląda, jakby coś rosło pod korą.
Ruben wzruszył ramionami. Pod korą rzeczywiście rosło wiele rzeczy: tkanki drzewa, grzyby, larwy owadów, narośla powstające w reakcji na uszkodzenia. Nie widział powodu, żeby traktować tę obserwację jako szczególnie niepokojącą. Dalia jednak nie kontynuowała rozmowy. Znała jego sposób myślenia i wiedziała, że każde niejasne wrażenie zostanie przez niego sprowadzone do praktycznego wyjaśnienia. Nie zamierzała się spierać. Wolała zachować własne podejrzenia, choć sama nie potrafiła nadać im konkretnej postaci.
W domu przygotowali późny obiad. Ruben odgrzał zupę jarzynową, pokroił chleb i wyjął ze spiżarni słoik marynowanych grzybów. Dalia, mimo początkowych deklaracji o konieczności zachowania diety, zjadła dwie porcje, po czym uznała, że potrzebuje czegoś słodkiego. Ruben podał jej ciasto z jabłkami, które upiekł kilka dni wcześniej. Było już nieco suche, ale nadal smaczne. Dalia skomentowała, że jego kuchnia przypomina sanatorium prowadzone przez człowieka z obsesją na punkcie błonnika, lecz zjadła wszystko do ostatniego okruszka. Następnie otworzyli jedną z butelek wina musującego. Napój okazał się przesadnie słodki i pozostawiał na języku sztuczny posmak owoców, których obecność w składzie była zapewne wyłącznie deklaracją producenta. Dalia uznała go za obrzydliwy, nalała sobie drugi kieliszek i stwierdziła, że podobne trunki mają jedną zaletę: pozwalają człowiekowi zapomnieć, ile zaoszczędził na jakości.
Wieczór upłynął im na rozmowach o dawnych znajomych. Dalia opowiadała o ludziach, których Ruben pamiętał z czasów sprzed przeprowadzki do lasu. Niektórzy nadal mieszkali w tych samych miejscowościach, inni wyjechali za granicę, kilku umarło. Wiadomości o śmierci pojawiały się w jej opowieściach coraz częściej, choć nie zawsze nadawała im szczególnie uroczysty charakter. Mówiła o dawnym konferansjerze, który zmarł na zawał, o właścicielu klubu pokonanym przez chorobę nowotworową i o przyjaciółce, która przez ostatnie lata życia nie rozpoznawała własnych dzieci. Ruben słuchał z zainteresowaniem, ale nie wszystkie nazwiska wywoływały w nim wspomnienia. Czasami pamiętał jedynie twarz, sposób poruszania się albo fragment rozmowy. Ludzie, którzy niegdyś zajmowali znaczną część jego życia, stopniowo zamieniali się w niepełne obrazy, pozbawione ciągłości. Dalia natomiast pamiętała ich z zadziwiającą dokładnością. Potrafiła odtworzyć daty, miejsca, stroje i drobne wydarzenia, które dla Rubena dawno straciły znaczenie. Była żywym archiwum świata, z którego on wycofał się siedemnaście lat wcześniej.
— Pamiętasz Marka? — zapytała w pewnym momencie. — Tego wysokiego, z rudymi włosami, który zawsze nosił skórzaną kurtkę, nawet w lipcu?
Ruben przez chwilę próbował odtworzyć twarz mężczyzny. Pamiętał rudą brodę, szeroki uśmiech i charakterystyczny sposób chodzenia, ale nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska. W końcu skinął głową.
— Co z nim?
— Zmarł w zeszłym roku. Serce. Miał pięćdziesiąt dwa lata.
Ruben odłożył kieliszek. Wiadomość zaskoczyła go bardziej, niż chciał przyznać. Marek był od niego niewiele starszy, a w jego wspomnieniach pozostawał człowiekiem pełnym energii, silnym i niemal niezdolnym do zmęczenia. Przez kilka miesięcy spotykali się regularnie, zanim ich znajomość zakończyła się bez szczególnego dramatu. Ruben nie widział go od wielu lat, ale nadal pamiętał jego śmiech i zapach skórzanej kurtki, którą mężczyzna rzeczywiście nosił niezależnie od pogody. Teraz dowiedział się, że Marek nie żyje, i poczuł coś w rodzaju opóźnionego żalu. Nie był to smutek po utracie bliskiej osoby, lecz raczej świadomość, że pewna część przeszłości została ostatecznie zamknięta. Człowiek mógł przez lata nie myśleć o dawnym kochanku, a jednak wiedza o jego istnieniu pozostawała gdzieś na obrzeżach świadomości, jak możliwość powrotu do miejsca, którego dawno się nie odwiedzało. Śmierć odbierała tę możliwość bez pytania o zgodę.
Dalia zauważyła jego milczenie i nie próbowała go przerywać. Wiedziała, że Ruben nie lubi publicznego okazywania emocji, szczególnie tych, które uważa za nieproporcjonalne do sytuacji. Pozwoliła mu więc przez chwilę siedzieć nieruchomo, a potem zaczęła opowiadać o ostatnim spotkaniu z Markiem, podczas którego mężczyzna narzekał na zmęczenie, bóle w klatce piersiowej i konieczność ograniczenia pracy. Nie potraktował objawów poważnie, podobnie jak wielu ludzi przyzwyczajonych do własnej sprawności. Dalia próbowała przekonać go do konsultacji lekarskiej, lecz odkładał ją z tygodnia na tydzień. Kiedy w końcu trafił do szpitala, jego stan był już bardzo ciężki. Ruben słuchał tej historii z rosnącym dyskomfortem. Nie dlatego, że przypominała mu własną chorobę sprzed siedemnastu lat. Raczej dlatego, że pokazywała, jak niewiele potrzeba, żeby ciało uznawane za silne i niezawodne nagle przestało wykonywać podstawowe czynności. Nie skomentował tego. Wstał jedynie, dolał Dalii wody i zaproponował kolejną porcję ciasta.
Później, kiedy słońce zaczęło znikać za drzewami, Dalia postanowiła wracać. Nie zamierzała nocować, ponieważ następnego dnia miała umówioną wizytę u lekarza, a jazda po ciemnych leśnych drogach nie należała do jej ulubionych zajęć. Ruben pomógł jej założyć futro i przenieść rzeczy do samochodu. Na podwórzu powietrze było już chłodniejsze, a od strony torfowiska unosiła się lekka mgła. Dalia zatrzymała się przy samochodzie i przez chwilę patrzyła na przyjaciela. W wieczornym świetle jego twarz wydawała się jeszcze bardziej znajoma, niemal niezmieniona od tamtego lata, kiedy czekała przy szpitalnym łóżku, niepewna, czy kiedykolwiek zobaczy go ponownie zdrowego. Przypomniała sobie jego słabość, gorączkę i dni, podczas których każdy oddech wymagał wysiłku. Potem spojrzała na szerokie ramiona, mocne dłonie i spokojną twarz mężczyzny stojącego przed nią. Poczuła nagłą potrzebę powiedzenia mu czegoś ważnego, choć nie wiedziała dokładnie czego.
— Uważaj na siebie, Ruben — powiedziała w końcu.
— Zawsze uważam.
— Właśnie tego się obawiam. Ty tak bardzo uważasz na siebie, że czasami zapominasz o wszystkich innych.
Ruben zmarszczył brwi. Nie spodziewał się podobnej uwagi, szczególnie na zakończenie przyjemnego dnia. Przez chwilę próbował znaleźć odpowiedź, która nie zabrzmiałaby jak obrona przed zarzutem. Dalia jednak nie czekała. Podeszła bliżej, objęła go i pocałowała w policzek, pozostawiając niewielki ślad czerwonej szminki na jego brodzie. Następnie wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i opuściła szybę.
— I noś tę bieliznę! — zawołała. — Nie po to wydawałam pieniądze, żebyś przechowywał ją obok śrub i zepsutych latarek!
Ruben roześmiał się, pomachał jej i patrzył, jak samochód znika między sosnami. Przez chwilę stał nieruchomo, słuchając oddalającego się silnika. Potem wrócił do domu, gdzie na stole pozostawały dwa kieliszki, talerze po cieście i otwarta butelka taniego wina musującego. Nie zamierzał kończyć jej zawartości. Napój był zbyt słodki, a po kilku godzinach spędzonych z Dalią potrzebował przede wszystkim ciszy. Umył naczynia, przewietrzył kuchnię i schował prezenty. Mydło położył w łazience, a bieliznę złożył starannie i umieścił w szufladzie. Przez chwilę zastanawiał się nad słowami przyjaciółki. Nie uważał, że zapomina o innych ludziach. Przecież pomagał znajomym, wykonywał pracę uczciwie i nigdy nie żądał od nikogo więcej, niż sam był gotów dać. Jeśli ktoś oczekiwał od niego większego zaangażowania, powinien powiedzieć to wprost. Ruben nie potrafił odgadywać cudzych potrzeb, a już na pewno nie zamierzał poświęcać życia na nieustanne rozważanie, czy przypadkiem nie sprawił komuś przykrości. Była to jego stara zasada, której skuteczność potwierdzało siedemnaście lat spokojnego życia. Nie widział powodu, żeby ją zmieniać.
Kiedy zapadła noc, wyszedł jeszcze raz na podwórze. Powietrze pachniało wilgotnym drewnem, ziemią i dymem z wygasającego paleniska. Ruben przeszedł wzdłuż zadaszenia, sprawdził stosy opału i zatrzymał się przy fragmentach chorej sosny, które od kilku dni pozostawały odłożone osobno. Drewno wyschło częściowo, lecz czerwonawe włókna nadal były widoczne. Niektóre stwardniały, inne zachowały delikatną sprężystość. Ruben dotknął jednego z nich i poczuł pod palcem niewielkie zgrubienie. Przypomniał sobie drzewo, które Dalia oglądała podczas spaceru, oraz osobliwy zapach przypominający jego kosmetyki. Przez chwilę zastanawiał się, czy oba zjawiska mogą mieć wspólne źródło. Nie potrafił jednak znaleźć żadnego przekonującego związku. Chora sosna pochodziła z innej części lasu, a zapach żywicy mógł zmieniać się pod wpływem różnych czynników. Ruben uznał, że nie ma sensu roztrząsać sprawy bez dodatkowych informacji. Następnego dnia zamierzał obejrzeć drewno dokładniej i ewentualnie skonsultować się z kimś posiadającym większą wiedzę o chorobach drzew.
Wrócił do domu i położył się spać wcześniej niż zwykle. Był zmęczony nie tyle fizycznie, ile rozmowami, które Dalia potrafiła prowadzić z intensywnością wymagającą nieustannej uwagi. Lubił ją, choć czasami wydawało mu się, że jej obecność wprowadza do jego życia zbyt wiele cudzych historii, wspomnień i emocji. Przez siedemnaście lat nauczył się ograniczać podobne doświadczenia do minimum. Nie dlatego, że uważał je za bezwartościowe. Po prostu nie potrzebował ich codziennie. Samotność pozwalała mu zachować własny rytm, a każda wizyta przypominała, jak łatwo ten rytm może zostać zakłócony przez potrzeby innych ludzi. Ruben zamknął oczy, czując przyjemne rozluźnienie mięśni i znajomy ciężar własnego ciała. Przez chwilę myślał o Dalii, o jej drżących dłoniach i zmęczeniu podczas spaceru. Potem przypomniał sobie Maksa, który kilka dni wcześniej narzekał na ból kolana. Zastanowił się, czy mężczyzna nadal ma przebarwienie na udzie, ale nie sięgnął po telefon. Było późno, a pytanie mogło poczekać do następnego spotkania.
Kilkaset metrów od domu, w miejscu, gdzie stara sosna rosła między kępami mchu, zgrubienie pod korą pozostawało wilgotne mimo chłodnego powietrza. Jego powierzchnia wydzielała słodkawy zapach, coraz trudniejszy do odróżnienia od aromatu kosmetyków, których Ruben używał codziennie. W głębszych szczelinach gromadziła się przezroczysta substancja, a cienkie włókna pod zewnętrzną warstwą kory powoli zmieniały układ. Nie było w tym ruchu niczego gwałtownego. Proces przypominał raczej bardzo powolne pęcznienie tkanek pod wpływem wilgoci, choć w tym przypadku trudno byłoby wskazać źródło wody. Gdyby ktoś przyjrzał się drzewu dostatecznie uważnie, zauważyłby, że największe zgrubienie tworzy nieregularną powierzchnię przypominającą pomarszczoną skórę. Dalia dostrzegła to wcześniej, lecz nie potrafiła nadać obserwacji żadnego znaczenia. Ruben natomiast znał zbyt wiele przypadków deformacji drzew, żeby uznać podobny widok za szczególnie niezwykły.
Tego samego wieczoru Dalia dotarła do domu i zdjęła buty, których podeszwy pokrywała cienka warstwa leśnego piasku. Usiadła przy toaletce, zapaliła lampę i przez chwilę obserwowała własną twarz. Makijaż nadal wyglądał dobrze, choć w okolicach oczu zebrał się w drobnych zmarszczkach, a szminka straciła część intensywności. Zmyła go powoli, używając miękkich płatków kosmetycznych i tłustego preparatu, który pozostawiał na skórze delikatny film. Potem nałożyła krem i rozczesała włosy. W odbiciu widziała kobietę starszą niż ta, którą pamiętała sprzed kilkunastu lat, ale nadal rozpoznawała w niej własne gesty, upodobania i sposób patrzenia. Nie czuła potrzeby przepraszania za starzenie się. Przez chwilę jednak myślała o Rubenie, jego niemal niezmienionej twarzy i osobliwym drzewie, którego kora pachniała jego skórą. Wspomnienie wywołało w niej nieprzyjemny dreszcz, choć nie potrafiła wyjaśnić jego przyczyny. Ostatecznie uznała, że jest zmęczona, a zmęczenie sprzyja dziwnym skojarzeniom. Wyłączyła lampę i poszła spać, pozostawiając na toaletce sztuczne perły, które jeszcze przez kilka godzin zachowywały zapach jej drogich perfum.
W lesie noc trwała spokojnie. Ruben spał głęboko, nieświadomy drobnych procesów zachodzących w otaczających go organizmach. Woda przemieszczała się pod powierzchnią torfowiska, grzybnia rozkładała martwe szczątki, a stare sosny pobierały wilgoć przez systemy korzeniowe sięgające daleko poza widoczne granice ich koron. Wszystko odbywało się zgodnie z rytmem przyrody, którego człowiek nie musiał rozumieć, żeby z niego korzystać. Jedynie w miejscu, gdzie Dalia dotknęła pomarszczonej kory, pozostał niewielki ślad wilgoci. Nie pochodził z jej dłoni ani z deszczu. Pojawił się pod powierzchnią drewna, przesączył przez wąską szczelinę i zatrzymał na zewnętrznej warstwie kory, tworząc nieregularną plamę. Do rana wyschnie, pozostawiając delikatny osad o zapachu jałowca, potu i czegoś słodkiego, niemal kwiatowego. Gdyby Dalia wróciła następnego dnia, być może rozpoznałaby w nim również własne perfumy. Nie wróci jednak przez wiele tygodni, a Ruben nie będzie miał powodu, żeby odwiedzać to miejsce ponownie, dopóki las nie zacznie ujawniać kolejnych zmian.
Najbardziej osobliwe było to, że stara sosna nie wykazywała oznak zamierania. Jej igły pozostawały zielone, gałęzie zachowywały elastyczność, a w żywych tkankach pod korą nadal krążyła woda z rozpuszczonymi substancjami. Zgrubienie rosło powoli, wykorzystując substancje, które w zdrowym drzewie służyłyby regeneracji uszkodzonych tkanek. Nie przypominało typowej narośli ani zmian powstających wskutek infekcji. Jego struktura była bardziej uporządkowana, choć nie odpowiadała żadnemu znanemu schematowi wzrostu. Pod pomarszczoną powierzchnią tworzyły się cienkie warstwy elastycznej materii, które zachowywały wilgoć i temperaturę nieco wyższą niż otaczające drewno. Proces ten trwał od wielu lat, stopniowo obejmując coraz większą część pnia, ale dopiero teraz zaczął przyspieszać. Las nie potrzebował świadków. Nie próbował również ukrywać swoich przemian. Po prostu rozwijał się zgodnie z możliwościami, które pojawiły się w jego tkankach siedemnaście lat wcześniej, kiedy w jednej z drewnianych chat człowiek niemal umarł, a potem odzyskał życie z szybkością, której nikt nie potrafił wyjaśnić.
Ruben Big nie śnił tej nocy o chorobie ani o własnej przeszłości. Spał spokojnie, z jedną dłonią spoczywającą na brzuchu i drugą wsuniętą pod poduszkę. Jego ciało regenerowało się po kolejnym dniu pracy, a oddech pozostawał głęboki i równomierny. Nie odczuwał bólu, nie miał gorączki ani żadnych objawów wskazujących na to, że w jego organizmie zachodzi coś niezwykłego. Gdyby następnego ranka spojrzał w lustro, zobaczyłby znajomą twarz, niemal identyczną z tą, którą oglądał przez ostatnie siedemnaście lat. Nie zastanawiałby się nad tym dłużej niż zwykle. Umyłby się, przyciął brodę, przygotował śniadanie i rozpoczął kolejny dzień. Był człowiekiem zadowolonym z własnego życia, a zadowolenie to wydawało mu się wystarczającym dowodem, że wszystko przebiega właściwie. Nie wiedział jeszcze, że ciało może zachować młodość nie dlatego, że czas przestał działać, lecz dlatego, że znalazł inne miejsce, w którym mógł pozostawić swoje ślady.
Sztuka prawidłowego ścinania
Najbardziej niebezpieczne drzewa wcale nie musiały być martwe. Martwe przynajmniej nie udawały, że mają przed sobą przyszłość, podczas gdy te częściowo złamane, rozszczepione albo wyrwane z ziemi potrafiły przez całe miesiące zachowywać pozory życia, utrzymując zielone igły na gałęziach i transportując resztki wody przez uszkodzone tkanki. Ruben Big nie lubił pracować przy takich drzewach, ponieważ wymagały od niego szczególnego rodzaju uwagi, odmiennego od tej, którą poświęcał zdrowemu drzewostanowi. Zdrowa sosna miała określony środek ciężkości, przewidywalną strukturę włókien i koronę, której zachowanie można było z dużym prawdopodobieństwem ocenić. Drzewo uszkodzone przypominało natomiast człowieka, który przez wiele lat ukrywał chorobę, a teraz spodziewał się, że lekarz w ciągu kilku minut odgadnie wszystkie jej konsekwencje. Pęknięty pień mógł rozpaść się przy pierwszym większym obciążeniu, konary uwięzione między sąsiednimi drzewami potrafiły uwalniać nagromadzone naprężenia z gwałtownością wystrzelonej sprężyny, a częściowo wyrwane korzenie stanowiły osobne zagrożenie, ponieważ ogromna bryła ziemi mogła niespodziewanie zmienić położenie. Ruben wiedział o tym z doświadczenia i nie uważał własnej wiedzy za powód do brawury. Znał ludzi, którzy stracili palce, nogi albo życie, ponieważ pomylili wieloletnią praktykę z odpornością na prawa mechaniki. W jego warsztacie wisiała stara, popękana osłona twarzy, której przez wiele lat nie wyrzucał, chociaż nie nadawała się już do użytku. Pozostała po wypadku sprzed trzynastu lat, kiedy odrzucony fragment gałęzi uderzył go w kask z taką siłą, że przez kilka minut nie potrafił ustalić, gdzie się znajduje. Od tamtej pory, ilekroć ktoś opowiadał mu o zawodowej odwadze, Ruben zastanawiał się, czy rozmówca rzeczywiście ma doświadczenie, czy tylko nie zdążył jeszcze ponieść konsekwencji własnej głupoty.
Zlecenie otrzymał od właściciela niewielkiej działki leśnej graniczącej ze starym traktem gospodarczym. Pod koniec sierpnia gwałtowna burza uszkodziła tam kilka drzew, a późniejsze opady dodatkowo rozmiękczyły grunt. Dwie sosny zostały częściowo wywrócone, jedna brzoza złamała się wysoko nad ziemią, natomiast stary świerk przechylił się w stronę drogi, zatrzymany przez koronę sąsiedniego drzewa. Właściciel próbował początkowo znaleźć kogoś, kto wykona pracę taniej, lecz po obejrzeniu uszkodzeń kolejni wykonawcy albo odmawiali, albo proponowali ceny wyższe od tej, którą podał Ruben. Ostatecznie zadzwonił do niego z charakterystyczną pretensją człowieka przekonanego, że świat niepotrzebnie utrudnia mu życie. Ruben wysłuchał skarg, poprosił o przesłanie lokalizacji i oznajmił, że najpierw obejrzy teren. Nie zamierzał negocjować wynagrodzenia przez telefon ani składać obietnic dotyczących pracy, której zakresu jeszcze nie znał. Następnego dnia pojechał na miejsce, sporządził własne notatki i ustalił, że część uszkodzonych drzew wymaga użycia dodatkowego sprzętu. Świerka, którego koronę podtrzymywała sąsiednia sosna, nie zamierzał ruszać samodzielnie. Właściciel próbował przekonać go, że wystarczy kilka odpowiednich cięć, lecz Ruben odpowiedział, że równie dobrze można próbować zatrzymać spadającą lodówkę przy pomocy dobrych intencji. Ostatecznie uzgodnili, że Ruben zajmie się jedynie drzewami nadającymi się do usunięcia przy dostępnym wyposażeniu, a najbardziej niebezpieczne przypadki pozostawią ekipie dysponującej odpowiednim sprzętem.
W dniu rozpoczęcia prac Ruben obudził się przed budzikiem. Przez kilka minut leżał nieruchomo, słuchając deszczu uderzającego o dach, a następnie wyciągnął nogi spod kołdry i usiadł na brzegu łóżka. Powietrze było chłodne, a w sypialni unosił się lekki zapach wilgoci, który pojawiał się każdego roku wraz z końcem lata. Wstał, przeciągnął się i poczuł charakterystyczne napięcie wzdłuż kręgosłupa. Nie było bolesne; przypominało raczej opór tkaniny, która zbyt długo leżała złożona. Wykonał kilka powolnych ruchów ramionami, po czym poszedł do kuchni. Na stole leżały resztki wczorajszego chleba, słoik miodu i kartka z listą rzeczy do kupienia podczas następnego wyjazdu do miasta. Dopisał na niej nowe rękawice robocze, uszczelkę do pompy i kawę, ponieważ zapas tej ostatniej malał w tempie, które uważał za niepokojące. Następnie przygotował śniadanie złożone z jajek, twarogu i dwóch grubych kromek chleba posmarowanych masłem. Jadł powoli, obserwując przez okno wilgotne podwórze. Deszcz nie był ulewny, lecz padał dość długo, by utrudnić pracę. Mokre drewno stawało się śliskie, ubranie cięższe, a dłonie szybciej marzły. Ruben nie zamierzał jednak odkładać wyjazdu. Prognoza zapowiadała poprawę pogody przed południem, a on miał jeszcze kilka dni na zakończenie zlecenia przed kolejną falą opadów.
Przygotowanie narzędzi zajęło mu niemal godzinę. Sprawdził stan pilarki, oczyścił prowadnicę, obejrzał łańcuch i przygotował zapas paliwa. Do samochodu załadował siekierę, kliny, dodatkowe wyposażenie oraz skrzynkę z podstawowymi częściami zamiennymi. Wziął również apteczkę, termos z herbatą i niewielką torbę z jedzeniem. Na koniec obejrzał spodnie ochronne, kurtkę i kask, którego wnętrze nadal pachniało potem mimo regularnego czyszczenia. Ruben nie znosił zapachu zaniedbanych ubrań roboczych, choć wiedział, że całkowite wyeliminowanie podobnych woni jest niemożliwe. Człowiek spędzający wiele godzin w lesie nie mógł pachnieć wyłącznie świeżym praniem. Pot, żywica, ziemia i paliwo stopniowo przenikały materiały, tworząc zapach tak trwały, że nawet po kilku praniach pozostawał wyczuwalny. Ruben traktował go z pewnym sentymentem, podobnie jak ślady na dłoniach, lecz nie uważał za powód do zaniedbywania higieny. Lubił być brudny podczas pracy i czysty po jej zakończeniu. Ta prosta kolejność wydawała mu się bardziej racjonalna niż nieustanne próby zachowania nienagannego wyglądu niezależnie od wykonywanych czynności.
Przed wyjazdem zatrzymał się przy warsztacie, gdzie od kilku dni przechowywał osobliwe fragmenty sosnowego pnia. Drewno wyschło nierównomiernie. Zewnętrzne warstwy stwardniały i pojaśniały, lecz wewnątrz nadal widniały czerwonawe pasma, które mimo utraty wilgoci nie skurczyły się tak mocno, jak Ruben przewidywał. Niektóre wyglądały teraz jak cienkie, zaschnięte przewody, inne zachowały miękkość przypominającą tkankę roślinną nasyconą wodą. Przyjrzał się im z zainteresowaniem, po czym oderwał niewielki fragment i rozgniótł go między palcami. Materiał nie kruszył się jak przesuszona grzybnia, lecz lekko się rozciągał, pozostawiając na skórze tłusty osad. Ruben powąchał palce. Zapach był słaby, nieco słodkawy i trudny do rozpoznania. Przypomniał sobie słowa Dalii o drzewie pachnącym jego kosmetykami, ale uznał, że skojarzenie nie ma żadnego praktycznego znaczenia. W lesie żyły niezliczone mikroorganizmy, których wpływu na drewno nie potrafił rozpoznać, a podobieństwo zapachów mogło być zwykłym przypadkiem. Odłożył fragment drewna i osłonił go skrzynką z drobną siatką wentylacyjną, żeby nie dobrały się do niego gryzonie. Nie chciał, żeby jakieś zwierzę rozniosło materiał po warsztacie, zanim ustali, z czym ma do czynienia.
Droga do miejsca pracy prowadziła przez fragment Puszczy Drawskiej, w którym stare sosny przeplatały się z młodszymi brzozami i świerkami. Po nocnym deszczu piasek był ciemniejszy, a koleiny wypełniły się wodą. Ruben jechał powoli, omijając większe zagłębienia i zwalone gałęzie. W kilku miejscach musiał zatrzymać samochód, żeby usunąć z drogi drobne konary. Nie irytowało go to szczególnie. Przyzwyczaił się, że poruszanie się po leśnych drogach wymaga cierpliwości, a czas podróży zależy nie tylko od odległości, lecz również od pogody, stanu nawierzchni i kaprysów drzew. Po drodze zauważył kilka świeżych śladów dzików, które nocą ryły ziemię w poszukiwaniu pożywienia. W jednym z obniżeń terenowych woda stała tak wysoko, że musiał zawrócić i wybrać dłuższą trasę. Nie uważał tego za stratę czasu. Praca w lesie polegała między innymi na akceptowaniu rzeczy, których nie można przyspieszyć bez zwiększania ryzyka. Ruben znał ludzi, którzy potrafili spędzić pół godziny na próbie przejechania przez błotnistą koleinę, ponieważ nie chcieli poświęcić dziesięciu minut na objazd. Zwykle kończyło się to koniecznością sprowadzenia ciągnika, a potem wielodniowym opowiadaniem o wyjątkowo trudnych warunkach terenowych.
Na miejscu czekał już właściciel działki, niewysoki mężczyzna po sześćdziesiątce, ubrany w przeciwdeszczową kurtkę i gumowe buty. Nazywał się Henryk Żelazny, choć zdaniem Rubena jego charakter w żaden sposób nie dorastał do tego nazwiska. Henryk miał zwyczaj narzekania na wszystko, co wymagało wydawania pieniędzy, i traktował każdą naprawę jak osobistą zniewagę ze strony materii. Kiedy Ruben wysiadł z samochodu, właściciel natychmiast zaczął opowiadać o kolejnych uszkodzeniach, które zauważył podczas porannego obchodu. Jedna z gałęzi spadła na stary płot, dwa młode drzewka zostały przygniecione, a w pobliżu drogi pojawiły się nowe koleiny. Ruben wysłuchał relacji bez większego zainteresowania, ponieważ większość problemów nie miała związku z jego zleceniem. Dopiero kiedy Henryk zaczął sugerować, że powinien przy okazji usunąć kilka dodatkowych drzew, przerwał mu stanowczo i przypomniał ustalony zakres pracy. Nie zamierzał wykonywać darmowych usług tylko dlatego, że właściciel działki uważał każdą wizytę fachowca za okazję do rozwiązania wszystkich zaległych problemów.
— Panie Rubenie, przecież to dosłownie kilka minut — przekonywał Henryk, wskazując niewielką brzozę rosnącą przy drodze.
— Jeśli to kilka minut, może pan zrobić to sam — odpowiedział Ruben, wyjmując narzędzia z samochodu.
— No wie pan, ja już nie mam tego zdrowia.
— Właśnie dlatego powinien pan rozumieć, że moje też nie jest darmowe.
Henryk pokręcił głową, lecz nie podjął dalszej dyskusji. Ruben nie należał do ludzi, których można było przekonać do dodatkowej pracy przy pomocy komplementów albo opowieści o trudnej sytuacji finansowej. Wolał jasne zasady, szczególnie w sprawach zawodowych. Jeśli ktoś chciał rozszerzyć zlecenie, powinien zapłacić odpowiednio więcej. Nie uważał tego za przejaw chciwości. Przeciwnie, sądził, że ludzie gotowi pracować za darmo często robią to kosztem własnego zdrowia, a potem oczekują wdzięczności, której nigdy nie otrzymują w satysfakcjonującej ilości. Henryk jednak najwyraźniej nie podzielał tej filozofii. Przez kilka kolejnych minut chodził po działce, wskazując różne drobne problemy, aż Ruben poprosił go, żeby pozostał poza oznaczoną strefą pracy. Właściciel poczuł się dotknięty, ale ostatecznie wrócił do samochodu, skąd obserwował przygotowania z miną człowieka zmuszonego patrzeć, jak ktoś inny wydaje jego pieniądze.
Pierwszym drzewem była brzoza złamana podczas burzy. Górna część pnia zawisła między gałęziami sąsiednich drzew, a dolny fragment pozostał zakotwiczony w ziemi. Ruben obejrzał uszkodzenie z kilku stron, oceniając naprężenia i możliwe kierunki przemieszczania się drewna. Nie zamierzał podchodzić pod zawieszoną część ani próbować uwalniać jej przy pomocy samej pilarki. Po krótkiej ocenie uznał, że ten fragment również będzie wymagał innego sposobu usunięcia niż zwyczajne cięcie ręczne. Oznaczył niebezpieczny obszar i przeszedł do kolejnego drzewa, przy którym ryzyko wydawało się łatwiejsze do opanowania. Była to średniej wielkości sosna, częściowo przechylona po burzy, z koroną pozbawioną kilku większych gałęzi. W dolnej części pnia widniało pęknięcie, którego głębokości nie sposób było ocenić z zewnątrz. Ruben długo obserwował drzewo, sprawdzając jego pochylenie, rozkład ciężaru korony i stan gruntu wokół korzeni; ostatecznie uznał, że bez dodatkowego sprzętu nie powinien go ścinać. Przeniósł się więc do stojącej dalej zdrowej sosny przeznaczonej do usunięcia i dopiero tam przygotował stanowisko, usuwając drobne przeszkody oraz wyznaczając drogę wycofania się. Nie spieszył się, choć Henryk od czasu do czasu spoglądał na zegarek. Ruben wiedział, że pośpiech przy podobnych pracach nie prowadzi do oszczędności, lecz do wypadków, których konsekwencje mogą trwać znacznie dłużej niż samo zlecenie.
Kiedy uruchomił pilarkę, powietrze wypełnił charakterystyczny zapach spalin i świeżego drewna. Silnik pracował równo, a łańcuch przesuwał się po prowadnicy z jednostajnym metalicznym szumem. Ruben wykonał pierwsze cięcia z ostrożnością wynikającą z oceny naprężeń pnia. Wióry wysypywały się na mokrą ziemię, przyklejając się do jego butów i spodni. Drewno było ciężkie, nasycone wilgocią i miejscami przebarwione. Podczas pracy czuł, jak mięśnie przedramion stopniowo się napinają, a ciężar pilarki zaczyna przenosić się na barki. Nie walczył z tym zmęczeniem. Przyzwyczaił się do niego, podobnie jak do krótkich przerw potrzebnych na zmianę pozycji i sprawdzenie zachowania materiału. Gdy pień zaczął pracować zgodnie z przewidywaniami, Ruben wycofał się zawczasu w bezpieczne miejsce, cały czas obserwując drzewo. Sosna początkowo pozostawała nieruchoma, potem powoli zaczęła się przechylać, aż wreszcie runęła na ziemię z głuchym uderzeniem. Mokry grunt stłumił część hałasu, lecz wstrząs przeszedł przez pobliskie drzewa, strącając z gałęzi drobne krople wody. Ruben odczekał, aż ruch całkowicie ustanie, a następnie podszedł bliżej, żeby ocenić rezultat pracy.
Przez następne godziny zajmował się okrzesywaniem i przygotowywaniem drewna do transportu. Praca była monotonna, ale wymagała nieustannego skupienia. Każda gałąź mogła znajdować się pod naprężeniem, a leżący pień nie zawsze opierał się na ziemi w sposób stabilny. Ruben znał te zagrożenia na tyle dobrze, żeby nie traktować ich jako wyjątkowych. Były częścią zawodu, podobnie jak hałas, wibracje narzędzi i zmęczenie mięśni. Co pewien czas zatrzymywał się, zdejmował kask i pił herbatę z termosu. Ciepły napój smakował nieco metalicznie, ale skutecznie rozgrzewał dłonie. Po kilku godzinach jego koszulka była mokra, choć powietrze pozostawało chłodne. Pot zbierał się pod pachami, spływał po kręgosłupie i pozostawiał wilgotne ślady na pasie spodni. Ruben lubił ten stan, ponieważ oznaczał, że ciało pracuje zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie traktował fizycznego wysiłku ani jako sposobu samodoskonalenia, ani jako moralnego obowiązku. Pracował, ponieważ potrzebował pieniędzy, drewna i poczucia, że dzień został wykorzystany. Przyjemność płynąca z wysiłku była dodatkiem, nie uzasadnieniem.
W południe Henryk przyniósł mu kanapki i termos z kawą, choć Ruben miał własny prowiant. Gest zaskoczył go nieco, ponieważ właściciel działki przez cały ranek sprawiał wrażenie człowieka, który najchętniej odliczałby wykonawcy każdą minutę odpoczynku. Henryk usiadł na pniaku poza wygrodzonym obszarem i przez chwilę przyglądał się powalonemu drzewu. Potem zaczął opowiadać o swoim ojcu, który przez wiele lat pracował przy wyrębie i potrafił podobno ocenić stan drzewa po samym dźwięku uderzenia siekiery. Ruben słuchał z umiarkowanym zainteresowaniem. Wiedział, że starsi ludzie często przypisują swoim zmarłym krewnym umiejętności niemal nadprzyrodzone, szczególnie jeśli ci wykonywali zawody wymagające fizycznej sprawności. Nie zamierzał jednak podważać wspomnień Henryka. Sam pamiętał kilku dawnych drwali, których doświadczenie rzeczywiście budziło podziw, choć większość ich wiedzy wynikała z lat pracy, a nie z tajemniczego porozumienia z przyrodą. Henryk opowiedział również o burzy, która uszkodziła drzewa. Wiatr przyszedł nagle, łamiąc gałęzie i przewracając słabsze pnie. W pobliskiej miejscowości zabrakło prądu, a kilka dachów wymagało naprawy. Ruben znał podobne historie. Każdego roku pogoda przypominała ludziom, że ich budynki, drogi i ogrodzenia są jedynie tymczasowymi konstrukcjami wzniesionymi na terenie, na którym od tysiącleci działały siły obojętne na ludzkie plany.
— Człowiek całe życie coś buduje, a potem przyjdzie jedna noc i wszystko diabli biorą — powiedział Henryk, patrząc na uszkodzone drzewa.
Ruben przełknął kawałek chleba i popił go herbatą. Nie lubił podobnych uogólnień, ponieważ uważał je za przesadnie dramatyczne. Burza zniszczyła kilka drzew i fragment ogrodzenia, nie cały dorobek życia właściciela. Henryk jednak patrzył na działkę z wyraźnym smutkiem, którego Ruben nie potrafił całkowicie zlekceważyć. Dla starszego mężczyzny drzewa stanowiły zapewne coś więcej niż materiał przeznaczony do wykorzystania. Rosły przez dziesięciolecia, a niektóre pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Ruben sam nie przywiązywał się do poszczególnych drzew w podobny sposób, choć znał ich historię i potrafił rozpoznawać zmiany zachodzące w drzewostanie. Wiedział, że stare sosny kiedyś umrą, a ich miejsce zajmą kolejne pokolenia roślin. Nie uważał tego za tragedię. Czasami jednak zastanawiał się, czy jego obojętność nie wynika z faktu, że przez ostatnie siedemnaście lat sam doświadczał upływu czasu w sposób zadziwiająco łagodny.
Po przerwie wrócił do pracy przy kolejnym drzewie. Był to stary buk rosnący na niewielkim wyniesieniu, którego jedna z głównych gałęzi została złamana podczas burzy. Pień nie był przechylony, ale w miejscu uszkodzenia pojawiło się rozległe pęknięcie, a część korony zaczęła zamierać. Ruben obejrzał go dokładnie, oceniając stan drewna i możliwe zagrożenia. Nie chciał usuwać całego drzewa bez potrzeby, lecz uszkodzenie obejmowało znaczną część jego struktury, a lokalizacja przy drodze zwiększała ryzyko dla przechodzących tam ludzi. Po rozmowie z Henrykiem potwierdził, że buk powinien zostać usunięty, jednak z uwagi na uszkodzoną koronę i rozległe pęknięcie postanowił wezwać ekipę ze specjalistycznym sprzętem. Buk miał ciężkie, zwarte drewno, które przy cięciu stawiało większy opór niż sosnowe, a jego uszkodzone konary zwiększały ryzyko niekontrolowanego opadania gałęzi. Kiedy sprowadzona przez Henryka ekipa usunęła zagrożenie i obaliła drzewo, Ruben przygotował stanowisko do podziału leżącego pnia ze szczególną starannością. Nie miał zamiaru ryzykować, ponieważ wiedział, że przy takiej masie nawet niewielki błąd może mieć poważne konsekwencje.
Kiedy zaczął odcinać kolejne odcinki leżącego buka, dostrzegł w świeżym przekroju nietypowe przebarwienia. Początkowo uznał je za zwyczajne ślady rozkładu, lecz po chwili dostrzegł, że ciemniejsze pasma tworzą nieregularny układ przypominający fałdy miękkiej tkanki. Nie były czerwone jak w poprzednio znalezionej sośnie. Miały kolor szarobrązowy, miejscami z odcieniem żółci, a ich powierzchnia wydawała się lekko połyskująca. Ruben odłożył pilarkę i pochylił się nad odsłoniętym drewnem. Pod palcami wyczuł delikatną sprężystość, niepasującą do twardej struktury buka. Nacisnął jedno z przebarwień. Materiał ustąpił nieznacznie, po czym bardzo powoli wrócił do poprzedniego kształtu. Ruben zmarszczył brwi. Podobne zjawisko obserwował już wcześniej, ale tym razem struktura była znacznie większa i bardziej uporządkowana. Nie przypominała zwyczajnej grzybni ani próchnienia. Wyglądała tak, jakby wewnątrz pnia znajdowało się coś, co rosło niezależnie od otaczającego drewna, wykorzystując je jedynie jako osłonę.
Niepokój pojawił się dopiero wtedy, gdy w przekroju ujrzał coś, co przesłaniało zwyczajny układ rdzenia i słojów. W miejscu, gdzie powinien znajdować się środek pnia otoczony kolejnymi słojami, widniała wielowarstwowa struktura przypominająca złożoną tkankę. Poszczególne warstwy miały różną grubość, a między nimi przebiegały cienkie, jasne pasma, które miejscami łączyły się w niewielkie skupiska. Ruben przez chwilę przyglądał się temu zjawisku, próbując znaleźć analogię do znanych mu deformacji drewna. Widział już czeczoty, zrakowacenia, narośla i rozmaite skutki działalności grzybów, lecz nic nie przypominało tak wyraźnie organizacji miękkich tkanek. Najbardziej niepokojące było to, że struktura nie wydawała się martwa. Jej powierzchnia pozostawała wilgotna, a w głębszych szczelinach gromadziła się przezroczysta ciecz. Ruben dotknął jednego z pasm końcem noża. Pasmo skurczyło się nieznacznie, jakby reagowało na zetknięcie z chłodnym metalem. Drwal cofnął rękę i przez kilka sekund stał nieruchomo, patrząc na przekrój.
Nie był człowiekiem skłonnym do paniki. Przez lata pracy widział wiele rzeczy, których początkowo nie potrafił wyjaśnić, a później okazywały się zwyczajnymi skutkami procesów przyrodniczych. Wiedział, że drewno może przybierać niezwykłe formy, szczególnie pod wpływem chorób, urazów i długotrwałego oddziaływania wilgoci. Niektóre deformacje przypominały ludzkie twarze, kończyny albo narządy, choć podobieństwo wynikało jedynie z przypadkowego układu włókien. Tym razem jednak nie chodziło wyłącznie o wygląd. Materiał reagował na dotyk, zachowywał wilgoć i wykazywał sprężystość, której nie potrafił przypisać żadnemu znanemu rodzajowi uszkodzenia drewna. Ruben postanowił zabrać niewielki fragment do domu i obejrzeć go dokładniej. Nie zamierzał opowiadać Henrykowi o odkryciu, ponieważ przewidywał, że właściciel działki natychmiast zacznie rozważać możliwość uzyskania odszkodowania za nieznaną chorobę lasu. Wolał najpierw zebrać więcej informacji, a dopiero później zdecydować, komu powinien zgłosić odkrycie.
Przygotował próbkę z odsłoniętej części pnia, wybierając fragment zawierający zarówno zdrowe drewno, jak i nietypową strukturę. Podczas oddzielania materiału zauważył, że mięsiste warstwy zaczynają zmieniać kolor. Jasne pasma ciemniały, a wilgotna powierzchnia pokrywała się cienką błonką. Ruben pomyślał, że tkanka reaguje na kontakt z powietrzem, podobnie jak niektóre grzyby i świeżo przecięte rośliny. Jednak skurcz przebiegał nierównomiernie. Zewnętrzne warstwy zwijały się ku środkowi, tworząc drobne fałdy, podczas gdy głębsze pozostawały niemal nieruchome. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby próbka próbowała zamknąć odsłoniętą powierzchnię, chroniąc znajdujące się wewnątrz struktury przed wysychaniem. Ruben odczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Nie było to jeszcze obrzydzenie, raczej nagłe poczucie, że obserwuje proces niepasujący do kategorii, którymi dotąd posługiwał się podczas pracy. Umieścił próbkę w metalowym pojemniku, zamknął go, oznaczył i wrócił do porządkowania stanowiska.
Henryk pojawił się ponownie pod koniec popołudnia. Przyniósł termos z kawą i zapytał, czy Ruben zamierza zakończyć pracę przed zmierzchem. Drwal skinął głową, nie wspominając o odkryciu. Właściciel obejrzał przygotowane drewno, pochwalił porządek i zaczął narzekać na konieczność wynajęcia dodatkowego sprzętu do usunięcia zawieszonego świerka. Ruben wysłuchał go cierpliwie, po czym przypomniał, że nie zamierza ryzykować życia dla oszczędności, które nawet nie miałyby trafić do jego kieszeni. Henryk prychnął, ale nie protestował. Przez chwilę stali obok siebie, patrząc na uszkodzony drzewostan. Wśród powalonych pni i połamanych gałęzi las wydawał się nieco starszy niż rano, jakby jeden dzień pracy odsłonił warstwę czasu, która dotąd pozostawała ukryta pod zielonymi koronami. Ruben pomyślał, że wycinka zawsze zmieniała przestrzeń bardziej, niż człowiek przewidywał. Drzewa nie były pojedynczymi przedmiotami ustawionymi obok siebie, lecz częścią układu zależności, w którym każda korona, każdy korzeń i każda warstwa cienia wpływały na pozostałe organizmy. Usunięcie jednego pnia zmieniało dostęp światła, wilgotność gruntu i kierunek wiatru. Nie uważał tego za argument przeciwko swojej pracy. Raczej za przypomnienie, że każda ingerencja ma konsekwencje wykraczające poza bezpośredni cel.
Po zakończeniu prac przewidzianych na ten dzień Ruben wrócił do domu później, niż planował. Droga była trudniejsza niż rano, ponieważ koleiny wypełniły się wodą, a w jednym miejscu musiał ominąć niewielkie drzewo przewrócone przez wiatr. Kiedy dotarł na podwórze, słońce znikało już za koronami sosen, a powietrze stawało się chłodne. Rozładował narzędzia, oczyścił pilarkę i sprawdził, czy wszystkie elementy wyposażenia wróciły na swoje miejsca. Dopiero potem wyjął metalowy pojemnik z próbką drewna. Podczas transportu materiał wyraźnie się zmienił. Mięsiste warstwy skurczyły się, przybierając ciemniejszy kolor, a na ich powierzchni pojawiły się drobne zmarszczki. Ruben położył próbkę na stole warsztatowym i przyjrzał się jej pod lampą. W świetle elektrycznym struktura wydawała się jeszcze bardziej niepokojąca. Jasne pasma przypominały cienkie błony, a ciemniejsze warstwy miały konsystencję czegoś pomiędzy miękkim drewnem a wysuszoną tkanką zwierzęcą. Drwal dotknął ich palcem. Niektóre były chłodne i twarde, inne zachowały delikatną sprężystość. W jednym miejscu zauważył niewielkie zgrubienie, które pod naciskiem ustępowało niemal tak samo jak skóra nad mięśniem.
Ruben usiadł na stołku i przez dłuższą chwilę obserwował próbkę. Nie potrafił zdecydować, czy powinien skontaktować się z leśnikiem, fitopatologiem czy badaczem zajmującym się chorobami drzew. Każda z tych możliwości wydawała się nieco przesadna w odniesieniu do niewielkiego fragmentu pnia, który mógł stanowić po prostu nietypowy przypadek infekcji. Z drugiej strony niepokoiła go powtarzalność zjawiska. Kilka dni wcześniej znalazł czerwonawe włókna w sośnie, teraz zaś podobnie niezwykłą strukturę w buku. Oba drzewa rosły w różnych częściach lasu, ale nie tak daleko od siebie, żeby całkowicie wykluczyć wspólne źródło zmian. Ruben pomyślał o chorobie rozprzestrzeniającej się przez glebę, systemy korzeniowe albo owady. Nie znał jednak żadnego patogenu, który powodowałby powstawanie tkanek o takiej organizacji. Przez chwilę rozważał wykonanie zdjęć, lecz ostatecznie odłożył telefon. W słabym świetle warsztatu obraz zapewne nie oddałby szczegółów, a on sam był zbyt zmęczony, żeby organizować prowizoryczne stanowisko fotograficzne.
Kiedy wstał, poczuł nagłe ukłucie w dolnej części pleców. Ból był krótki, ale na tyle intensywny, że odruchowo przytrzymał się blatu. Przez kilka sekund stał nieruchomo, czekając, aż mięśnie przestaną się napinać. Potem ostrożnie wyprostował plecy. Dolegliwość ustąpiła niemal natychmiast, pozostawiając jedynie nieprzyjemne uczucie sztywności. Ruben uznał, że przeciążył kręgosłup podczas przenoszenia drewna. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że podobnego bólu nie doświadczał od bardzo dawna. Przypomniał sobie okres po ciężkiej chorobie, kiedy mięśnie pozostawały osłabione, a każdy gwałtowniejszy ruch potrafił wywołać nieprzyjemne napięcie wzdłuż pleców. Wtedy jednak organizm stopniowo odzyskiwał sprawność, a dolegliwości znikały z tygodnia na tydzień. Teraz ból pojawił się nagle, choć po tak ciężkim dniu trudno było wykluczyć zwyczajne przeciążenie. Ruben postanowił nie przywiązywać do tego większej wagi. Zdarzało się, że nawet dobrze utrzymane ciało przypominało o własnych ograniczeniach.
W kuchni przygotował prostą kolację. Pokroił ziemniaki, cebulę i kawałek wędzonego boczku, a następnie usmażył wszystko na dużej patelni. Dodał kilka jajek i posypał potrawę pieprzem. Jadł przy stole, słuchając deszczu, który ponownie zaczął uderzać o dach. Po całym dniu spędzonym na chłodzie gorące jedzenie wydawało się szczególnie przyjemne. Ruben czuł zmęczenie w ramionach, udach i dłoniach, lecz nie było ono jeszcze dokuczliwe. Zjadł dwie porcje, wypił herbatę i przez chwilę siedział nieruchomo, obserwując parę unoszącą się znad kubka. Myślał o Dalii, która podczas ostatniej wizyty zwróciła uwagę na jego niemal niezmieniony wygląd. Przypomniał sobie również Maksa i przebarwienie na jego udzie. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego oba wspomnienia pojawiły się właśnie teraz. Być może odkrycie nietypowych tkanek w drewnie skłoniło go do myślenia o ludzkim ciele, jego chorobach i sposobach regeneracji. Ruben nie uważał takich skojarzeń za szczególnie istotne. Człowiek potrafił dostrzegać podobieństwa między najbardziej odległymi zjawiskami, jeśli wystarczająco długo pozostawał sam ze swoimi myślami.
Po kolacji nalał do balii ciepłej wody i umył się dokładniej niż zwykle. Mięśnie pleców pozostawały napięte, dlatego przez dłuższą chwilę polewał je gorącą wodą, próbując rozluźnić tkanki. Następnie wytarł się ręcznikiem i nasmarował skórę olejkiem jałowcowym. Zapach natychmiast wypełnił niewielkie pomieszczenie. Ruben zamknął oczy i przez chwilę stał nieruchomo, czerpiąc przyjemność z ciepła oraz powolnego ustępowania zmęczenia. Kiedy sięgnął po czystą bieliznę, ponownie poczuł ukłucie w dolnej części pleców. Tym razem ból był głębszy, jakby coś napięło się wewnątrz kręgosłupa, a następnie gwałtownie puściło. Ruben syknął i oparł dłoń o ścianę. Przez moment miał wrażenie, że nogi stają się słabsze, lecz uczucie minęło równie szybko, jak się pojawiło. Spojrzał na swoje odbicie w niewielkim lustrze. Twarz wyglądała zwyczajnie, choć była nieco bladsza niż rano. Nie dostrzegł niczego, co mogłoby uzasadniać niepokój. Zdecydował, że następnego dnia ograniczy pracę fizyczną i pozwoli mięśniom odpocząć. Nie zamierzał całkowicie rezygnować z obowiązków, choć postanowił obserwować, czy dolegliwość nie powróci.
Do łóżka położył się przed dziesiątą. Deszcz padał coraz mocniej, a wiatr poruszał gałęziami ocierającymi się o dach. Ruben ułożył się na plecach, wsunął dłonie pod głowę i zamknął oczy. Przez chwilę słuchał odgłosów domu, próbując rozpoznać miejsce, w którym woda uderza o blachę z nieco innym rytmem. Podejrzewał, że przy kominie ponownie poluzowało się jedno z mocowań, lecz nie zamierzał sprawdzać tego nocą. Wkrótce zasnął, zmęczony całodzienną pracą. Sen był głęboki, pozbawiony wyraźnych obrazów, aż do chwili, kiedy gwałtowny ból wyrwał go ze snu. Ruben otworzył oczy, nie rozumiejąc początkowo, co się dzieje. Miał wrażenie, że ktoś wbija mu w kręgosłup tępy metalowy pręt i powoli przesuwa go między kręgami. Ból promieniował wzdłuż pleców, obejmując dolną część żeber i biodra. Spróbował zmienić pozycję, lecz każdy ruch wywoływał kolejną falę dolegliwości. Przez kilka sekund leżał nieruchomo, oddychając płytko, ponieważ głębszy wdech zwiększał napięcie mięśni. Pot spływał mu po skroniach, a prześcieradło przykleiło się do pleców.
Nie był to zwyczajny ból po pracy. Ruben znał przeciążenia mięśni, skurcze i dolegliwości wynikające z wielogodzinnego wysiłku. Zwykle pojawiały się stopniowo, nasilały przy określonych ruchach i ustępowały po odpoczynku. Tym razem miał wrażenie, że źródło cierpienia znajduje się głębiej, gdzieś wewnątrz kości, a nie w otaczających je tkankach. Przez chwilę poczuł autentyczny strach. Nie przed śmiercią, która wydawała mu się zbyt odległa, żeby przywoływać ją podczas każdej dolegliwości, lecz przed utratą możliwości poruszania się. Wyobraził sobie, że rano nie będzie potrafił wstać z łóżka, że nogi odmówią mu posłuszeństwa, a on pozostanie sam w domu oddalonym o kilkanaście kilometrów od najbliższej miejscowości. Myśl ta była tak nieprzyjemna, że natychmiast spróbował ją odrzucić. Powiedział sobie, że zapewne doszło do gwałtownego skurczu mięśni, być może spowodowanego przeciążeniem podczas pracy przy ciężkim buku. Podobne dolegliwości mogły być bardzo intensywne, nie oznaczając przy tym trwałego uszkodzenia organizmu.
Po kilku minutach ból zaczął słabnąć. Ruben ostrożnie poruszył palcami stóp, następnie zgiął kolana i spróbował unieść biodra. Każdy ruch wykonywał powoli, sprawdzając reakcję ciała. Nie odczuwał drętwienia ani zaburzeń czucia, co przyniosło mu pewną ulgę, choć nie wyjaśniało przyczyny bólu. Usiadł na brzegu łóżka, przytrzymując się materaca, i przez chwilę oddychał głęboko. W pokoju było chłodno, lecz jego skóra pozostawała mokra od potu. Wstał, przeszedł kilka kroków i poczuł, że mięśnie pleców nadal są napięte, ale potrafi chodzić. Ulgę, która pojawiła się w tej chwili, uznał za niemal zawstydzającą. Przez większość życia traktował możliwość samodzielnego poruszania się jako rzecz oczywistą. Teraz kilka minut bólu wystarczyło, żeby zrozumiał, jak wiele codziennych czynności zależy od sprawności niewielkich struktur ukrytych głęboko wewnątrz ciała. Nie chciał jednak rozwijać tej refleksji. Wolał wrócić do łóżka i spróbować zasnąć, zanim kolejny raz zacznie wyobrażać sobie przyszłość, której nie zamierzał jeszcze doświadczać.
W kuchni napił się wody i przez chwilę stał przy oknie. Deszcz niemal ustał, a między drzewami przesuwały się ciemne cienie gałęzi poruszanych przez wiatr. Ruben poczuł lekkie mdłości, które przypisał bólowi i nagłemu przebudzeniu. Oparł czoło o chłodną szybę, zamknął oczy i policzył kilka oddechów. Wspomnienie choroby sprzed siedemnastu lat powróciło z zadziwiającą intensywnością. Pamiętał szpitalny materac, ciężar własnych kończyn i uczucie bezradności, które ogarniało go podczas prób zmiany pozycji. Przypomniał sobie również Dalię stojącą przy łóżku, jej dłonie poprawiające pościel i głos, który potrafił być jednocześnie stanowczy oraz czuły. Nie wiedział, dlaczego wspomnienie pojawiło się właśnie teraz. Być może ból kręgosłupa uruchomił pamięć ciała, która przechowywała doświadczenia niezależnie od świadomych wspomnień. Ruben nie lubił podobnych wyjaśnień, ponieważ wydawały mu się zbyt abstrakcyjne. Wolał myśleć o organizmie jak o skomplikowanej maszynie, której części można naprawić albo wymienić, choć wiedział, że porównanie ma swoje ograniczenia.
Wrócił do sypialni i położył się ostrożnie na boku. Ból niemal całkowicie ustąpił, pozostawiając jedynie słabe napięcie w dolnej części pleców. Ruben przykrył się kołdrą, zamknął oczy i przez chwilę słuchał własnego oddechu. W końcu zasnął ponownie. Tym razem sen był niespokojny, pełen krótkich, niepowiązanych obrazów, których nie potrafił później odtworzyć. Wydawało mu się, że znajduje się w warsztacie, ale zamiast drewna na stole leżą miękkie, wilgotne przedmioty, których kształt zmienia się pod wpływem światła. Próbował je uporządkować, lecz za każdym razem, kiedy odwracał wzrok, przesuwały się w inne miejsce. Potem zobaczył własne dłonie pokryte drobnymi zmarszczkami, tak głębokimi, że przypominały spękaną korę. Nie przestraszył się tego widoku. Przyglądał się palcom z ciekawością, zastanawiając się, dlaczego skóra stała się tak cienka i sucha. W kolejnym obrazie próbował podnieść ciężki kawałek drewna, ale mięśnie nie odpowiadały na wysiłek. Czuł jedynie narastające zmęczenie, które stopniowo obejmowało całe ciało. Sen nie miał wyraźnej fabuły ani zakończenia. Rozpadał się na pojedyncze wrażenia, podobnie jak wspomnienia gorączki sprzed siedemnastu lat.
Obudził się późnym rankiem, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Przez chwilę leżał nieruchomo, nasłuchując odgłosów domu. Deszcz przestał padać, a przez okno wpadało blade światło. Ruben spojrzał na zegarek i zaklął cicho. Było po ósmej, a on zwykle o tej porze miał już za sobą kilka godzin pracy. Spróbował usiąść, przygotowany na powrót bólu, lecz ku własnemu zdumieniu nie poczuł niczego. Plecy były rozluźnione, mięśnie elastyczne, a ruch nie wymagał szczególnego wysiłku. Wstał, wykonał kilka skłonów i ostrożnie obrócił tułów. Dolegliwość nie powróciła. Ruben przez chwilę stał nieruchomo, zastanawiając się, czy nocny epizod rzeczywiście był tak intensywny, jak go zapamiętał. Może sen zniekształcił wspomnienie bólu i po przebudzeniu nie potrafił już odróżnić rzeczywistego doświadczenia od tego, co mu się przyśniło. Nie uważał jednak tej możliwości za szczególnie przekonującą. Pamiętał przecież pot, trudności z oddychaniem i chwilową niemożność zmiany pozycji. Wszystko było zbyt wyraźne, żeby uznać to za zwyczajny koszmar.
Przygotował kawę i śniadanie, starając się nie wracać myślami do nocnych dolegliwości. Jego apetyt był doskonały, a ciało wydawało się wypoczęte bardziej niż po większości zwyczajnych nocy. Zjadł jajecznicę, kilka kromek chleba i kawałek sera, po czym wyszedł na podwórze. Powietrze pachniało mokrą ziemią i żywicą, a na trawie pozostały krople deszczu. Ruben przeciągnął się, unosząc ramiona nad głową, i poczuł przyjemne napięcie mięśni. Nie było śladu po bólu, który kilka godzin wcześniej niemal pozbawił go możliwości poruszania się. Ta nagła poprawa wydała mu się dziwna, ale jednocześnie przyniosła ulgę tak silną, że nie chciał jej kwestionować. Postanowił jednak ograniczyć pracę fizyczną przez najbliższe dwa dni. Miał wystarczająco dużo obowiązków niewymagających dźwigania ciężarów, a kilka godzin odpoczynku nie powinno zaszkodzić jego planom.
W warsztacie zastał próbkę drewna dokładnie tam, gdzie pozostawił ją poprzedniego wieczoru. Metalowy pojemnik stał na stole, a obok leżały nóż, rękawice i kilka drobnych fragmentów kory. Ruben zapalił lampę i wyjął materiał. Przez chwilę nie rozumiał, na co patrzy. Mięsiste warstwy, które poprzedniego dnia miały szarobrązowy kolor i wilgotną powierzchnię, teraz pokrywały się delikatnymi, jasnymi włóknami. Nie przypominały zwyczajnego nalotu pleśni. Były dłuższe, grubsze i układały się w nieregularne skupiska, jakby wyrastały z głębszych warstw tkanki. Niektóre miały kolor srebrzystoszary, inne niemal biały. Ruben dotknął jednego z nich pęsetą. Włókno było elastyczne, nie rozpadało się pod naciskiem i przypominało pojedynczy siwy włos. Spróbował je oderwać, lecz stawiało niewielki opór. Dopiero po mocniejszym pociągnięciu oddzieliło się od powierzchni, pozostawiając drobne wgłębienie w miękkiej warstwie materiału.
Przyjrzał się włóknu pod światło. Było cienkie, lekko faliste i miało nieregularną grubość. Nie potrafił ustalić, czy stanowi wytwór grzybni, czy jakiś rodzaj deformacji tkanki roślinnej. Najdziwniejszy pozostawał jednak jego kolor. Siwizna kojarzyła mu się z ludzkimi włosami, z procesem starzenia, którego sam doświadczał w sposób zadziwiająco łagodny. Ruben odsunął to skojarzenie jako pozbawione znaczenia. W przyrodzie wiele struktur przybierało podobne formy, a podobieństwo do ludzkiego włosa nie oznaczało jeszcze żadnego związku z człowiekiem. Mimo to przez dłuższą chwilę trzymał włókno między palcami, obserwując, jak porusza się pod wpływem jego oddechu. Przypomniał sobie nocny ból kręgosłupa, lecz nie potrafił znaleźć racjonalnego związku między własnymi dolegliwościami a zmianami zachodzącymi w próbce drewna. Oba zjawiska wydarzyły się w krótkim odstępie czasu, ale ich następstwo nie dowodziło związku przyczynowego. Ruben uważał tę zasadę za oczywistą, choć teraz musiał powtórzyć ją sobie kilkakrotnie, jakby samo przypomnienie miało przywrócić rzeczom właściwy porządek.
Odłożył włókno do niewielkiej koperty i zamknął próbkę w pojemniku. Zamierzał pokazać ją komuś, kto posiadał odpowiednią wiedzę. Nie wiedział jeszcze komu, ale po raz pierwszy od kilku dni poczuł, że odkrycie wymaga czegoś więcej niż zwyczajnej ciekawości. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien wrócić na działkę Henryka i sprawdzić pozostałe fragmenty buka. Nie miał jednak ochoty na kolejną rozmowę o kosztach wycinki i dodatkowych pracach. Postanowił poczekać do następnego tygodnia, kiedy będzie musiał ponownie odwiedzić teren w związku z usuwaniem pozostałych uszkodzonych drzew. Wtedy mógłby zebrać kolejne próbki i porównać zmiany zachodzące w różnych fragmentach pnia. Ta decyzja uspokoiła go nieco. Nadanie problemowi praktycznej formy zawsze przynosiło ulgę, ponieważ zamieniało niejasne wrażenie w zadanie możliwe do wykonania.
Kiedy wychodził z warsztatu, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach i spojrzał na własne dłonie. Były mocne, pokryte odciskami i drobnymi bliznami, ale nie drżały. Przez chwilę poruszał palcami, zaciskał pięści i rozprostowywał nadgarstki. Wszystko działało prawidłowo. Następnie przesunął dłoń po dolnej części pleców, sprawdzając, czy nie odczuwa żadnego napięcia. Skóra była ciepła, mięśnie rozluźnione, a kręgosłup nie sprawiał najmniejszych problemów. Ruben uśmiechnął się z ulgą, choć nie wiedział dokładnie, dlaczego potrzebował tego potwierdzenia. W końcu wyszedł na podwórze i ruszył w stronę drewutni, gdzie czekały na niego zwyczajne obowiązki: poprawienie kilku stosów opału, sprawdzenie wilgotności drewna i przygotowanie miejsca na kolejne dostawy. Dzień zapowiadał się spokojnie, a jego ciało ponownie wydawało się niezawodne.
W warsztacie pozostał metalowy pojemnik z fragmentem buka. W ciągu następnych godzin jasne włókna stopniowo wydłużały się, choć proces przebiegał zbyt wolno, żeby można było dostrzec go bez długotrwałej obserwacji. Niektóre zaczęły się skręcać, inne pozostawały proste, a między nimi pojawiały się drobne skupiska ciemniejszej materii. Powierzchnia próbki wysychała, lecz głębsze warstwy zachowywały wilgoć i elastyczność. W jednym z miejsc, gdzie poprzedniego dnia Ruben oddzielił fragment tkanki nożem, powstało niewielkie zagłębienie otoczone cienką, błyszczącą błoną. Z czasem błona zaczęła się marszczyć, tworząc układ drobnych bruzd przypominających skórę wokół starej blizny. Nie było w tym niczego gwałtownego ani widowiskowego. Materiał zmieniał się zgodnie z własnym rytmem, wykorzystując substancje, które pozostały w jego tkankach po oddzieleniu od drzewa.
Ruben tymczasem pracował na podwórzu, nieświadomy tych przemian. Co pewien czas prostował plecy, przeciągał się i sprawdzał, czy nocny ból nie powraca. Za każdym razem odczuwał jedynie zwyczajne zmęczenie mięśni. Po południu przyniósł z piwniczki słoik ogórków kiszonych, przygotował kanapki i usiadł na ławie przed domem. Słońce przedzierało się przez chmury, rozświetlając wilgotne pnie sosen. W powietrzu unosił się zapach ziemi, grzybów i rozkładających się liści. Ruben jadł powoli, obserwując drobne owady krążące nad trawą. Czuł się dobrze, niemal doskonale, choć jeszcze poprzedniej nocy przez kilka minut był przekonany, że jego ciało odmawia posłuszeństwa. Nie zamierzał roztrząsać tego doświadczenia. Życie na odludziu nauczyło go, że większość problemów znika, jeśli człowiek nie poświęca im nadmiernej uwagi, a te, które pozostają, wymagają działania zamiast niekończących się rozważań.
Nie przyszło mu do głowy, że ból mógł ustąpić nie dlatego, że organizm zakończył proces regeneracji, lecz dlatego, że jego konsekwencje znalazły inne ujście. Nie wiedział również, że w głębi lasu, w miejscu, gdzie kilka dni wcześniej Dalia dotknęła pomarszczonej kory starej sosny, pojawiły się nowe, cienkie warstwy tkanki przypominającej zgrubiałą skórę. Drzewo nadal rosło, pobierało wodę i wykorzystywało światło, lecz część jego substancji zaczynała układać się w formy, które nie służyły zwyczajnym potrzebom rośliny. Proces ten nie był szybki ani szczególnie widoczny. Przypominał raczej powolne odkładanie się śladów po doświadczeniach, których samo drzewo nigdy nie powinno posiadać.
Wieczorem Ruben zamknął warsztat, sprawdził narzędzia i wrócił do domu. Przed snem ponownie dotknął pleców, ale nie poczuł bólu. Położył się więc spokojnie, przekonany, że nocna dolegliwość była jedynie skutkiem przeciążenia. Tym razem zasnął szybko i nie obudził się aż do świtu. Jego ciało odpoczywało głęboko, a mięśnie odzyskiwały siłę po kolejnych dniach pracy. W warsztacie, pod metalową pokrywą pojemnika, jasne włókna nadal rosły, stopniowo pokrywając coraz większą część próbki. Ich kolor stawał się bardziej srebrzysty, a powierzchnia miękkich warstw marszczyła się w sposób przypominający starzenie ludzkiej skóry. Gdyby Ruben zajrzał do środka następnego ranka, zapewne zauważyłby kolejne zmiany, lecz nie miał powodu, żeby robić to natychmiast. Drewno mogło poczekać. Zawsze czekało, cierpliwie przyjmując wilgoć, temperaturę i czas, który pozostawiał w nim własne ślady.
Tym razem jednak czas nie zachowywał się tak, jak powinien. W jednym miejscu odkładał się z nadzwyczajną intensywnością, podczas gdy gdzie indziej zdawał się przepływać, nie pozostawiając zwyczajnych śladów. Ruben Big nadal miał silne ramiona, zdrowe serce i twarz, która od siedemnastu lat niemal się nie zmieniała. Nie uważał tego za cud. Był przekonany, że zawdzięcza wszystko własnym przyzwyczajeniom, pracy i szczęśliwej biologii. Tymczasem w lesie rosły drzewa, których tkanki zaczynały przechowywać doświadczenia nieprzeznaczone dla roślin. Nie posiadały jeszcze żadnego wspólnego kształtu, żadnej wyraźnej formy ani celu, który można byłoby nazwać pragnieniem. A jednak w ich strukturze pojawiało się coraz więcej śladów procesu, który Ruben przez siedemnaście lat uważał za coś, co go nie dotyczy.
Dwieście siedemnaście słoików
Pierwszy przymrozek przyszedł w nocy z czwartku na piątek i zwarzył wszystkie pozostawione na grządkach dyniowate, których zbiory Ruben Big odkładał od trzech tygodni. Rankiem liście cukinii leżały na ziemi jak mokre ścierki, ich ogonki przybrały szklisty wygląd, a największy owoc, dotąd ukryty pod szeroką zielenią, wystawał teraz z grządki z bezwstydem człowieka przyłapanego na czymś kompromitującym. Ruben obejrzał szkody bez szczególnego wzruszenia. Wiedział, że rośliny nie posiadają obowiązku dostosowywania się do ludzkich planów, choć uważał, że mogłyby przynajmniej uprzedzać o zamiarze zakończenia wegetacji. W poprzednich latach zdarzało mu się zbierać ostatnie cukinie jeszcze w październiku, tym razem jednak jesień nadeszła gwałtownie, niemal bez okresu przejściowego. Dwa dni wcześniej pracował na podwórzu z nagim torsem, a teraz poranny chłód szczypał go w sutki i sprawiał, że włosy na przedramionach unosiły się pod wpływem gęsiej skórki. Ziemia była twarda przy powierzchni, lecz głębiej zachowywała wilgoć po niedawnych deszczach. Na drewnianych poręczach pojawił się biały nalot, kałuże pokryła cienka błonka lodu, a z rynny zwisał niewielki sopel, który Ruben strącił palcem. Roztrzaskał się na kamieniu z dźwiękiem zaskakująco delikatnym jak na coś, co jeszcze kilka godzin wcześniej było zwyczajną wodą. Ruben postał chwilę na środku podwórza, wciągając zimne powietrze, po czym uznał, że nadszedł właściwy moment, żeby przestać udawać, iż lato może potrwać do listopada.
Jesień była dla niego porą rachunków, ale nie tych wystawianych przez banki, firmy ubezpieczeniowe i dostawców usług, których korespondencję odbierał ze skrzynki ustawionej kilka kilometrów od domu. Prawdziwe rachunki dotyczyły drewna, żywności, wody, narzędzi i wszystkich drobnych rzeczy, których brak podczas zimy zamieniał zwyczajne życie w uciążliwe przedsięwzięcie logistyczne. Ruben wiedział, ile opału potrzebuje podczas łagodnego stycznia, a ile w tygodniu, kiedy temperatura utrzymuje się kilkanaście stopni poniżej zera. Potrafił oszacować zapas świec, baterii i soli, przewidzieć zużycie paliwa do generatora oraz zdecydować, które naprawy mogą poczekać do wiosny. W jego gospodarstwie nie istniały jednak rezerwy pozwalające na całkowitą beztroskę. Samotność wymagała nieustannego przewidywania przyszłości, szczególnie tej najbliższej, przyziemnej i pozbawionej wielkich filozoficznych pytań. Człowiek mógł spędzić trzy godziny na rozważaniu natury wolnej woli, a potem odkryć, że nie ma suchego drewna na rozpalenie pieca. Ruben uważał podobne sytuacje za dowód, że ludzka świadomość została wyposażona w zbyt rozbudowane funkcje przy jednoczesnym zaniedbaniu podstawowych obowiązków. Dlatego każdego października przygotowywał szczegółowy spis zapasów, kontrolował stan dachu i komina, zabezpieczał urządzenia przed mrozem oraz sprawdzał, czy produkty wymagające chłodu rzeczywiście przechowuje w odpowiednich warunkach. Nie nazywał tego rytuałem. Rytuały były dla niego czynnościami wykonywanymi ze względu na przypisywane im znaczenie, podczas gdy przygotowania do zimy posiadały znaczenie całkowicie rzeczywiste. Jeśli człowiek źle zabezpieczył żywność, mógł się zatruć. Jeśli zaniedbał komin, mógł spalić dom. Jeśli zapomniał o wodzie, musiał później rozbijać lód w najmniej odpowiednim momencie.
Tego ranka zaczął od ogrodu. Ściął przemarznięte łodygi cukinii, zebrał ostatnie zdrowe owoce i przeniósł je do kuchni. Pomidory wyglądały gorzej. Większość dojrzałych zerwał wcześniej, lecz na krzakach pozostało kilkanaście zielonych i pomarańczowych owoców, które po nocnym przymrozku wyraźnie straciły jędrność. Ruben przejrzał je dokładnie, odkładając uszkodzone owoce do pojemnika na odpady, a pozostałe rozłożył osobno, żeby wykorzystać je możliwie szybko. Potem wykopał ostatnie buraki, oczyścił marchew z ziemi i zebrał pietruszkę. Nie mył warzyw przeznaczonych do dłuższego przechowywania, ponieważ nadmierna wilgoć sprzyjała psuciu. Pozostawił je na pewien czas do obeschnięcia, a następnie przeniósł do chłodnej części piwniczki. Przy okazji sprawdził skrzynie z ziemniakami, które od kilku tygodni leżały w ciemności, osłonięte przepuszczającą powietrze tkaniną. Kilka bulw zaczęło mięknąć, dwie nosiły ślady uszkodzeń mechanicznych, a jedna miała niewielką plamę zgnilizny. Ruben odrzucił chore egzemplarze, przejrzał pozostałe i zanotował, że przy kolejnym wyjeździe powinien kupić dodatkowy worek ziemniaków. Nie traktował własnych upraw jak dowodu całkowitej niezależności od rynku. Ogród pozwalał mu ograniczyć wydatki i dawał przyjemność, której nie zastępował żaden sklep, lecz nie był przedsięwzięciem zdolnym wyżywić dorosłego mężczyznę przez cały rok. Szczególnie dorosłego mężczyznę o apetycie Rubena.
W kuchni panował bałagan, który dla większości ludzi stanowiłby oznakę poważnego kryzysu organizacyjnego. Na stole leżały buraki, marchew, cebula, czosnek i pomidory, pod oknem stały dwa wiadra jabłek, a na podłodze znajdowały się skrzynki z kapustą. Obok pieca suszyły się pęki tymianku, mięty i szałwii, których zapach przenikał do wszystkiego, co pozostawało w pomieszczeniu dostatecznie długo. Ruben nie przejmował się nieporządkiem. Wiedział, gdzie znajduje się każdy przedmiot, a wszystkie rzeczy miały zostać wykorzystane w odpowiedniej kolejności. Zaparzył kawę, zjadł dwie kromki chleba posmarowane masłem i miodem, po czym rozłożył na stole duży notes w twardej oprawie. Jego okładka była zabrudzona tłuszczem, jeden narożnik odpadł, a między kartkami tkwiły wysuszone fragmenty liści i niewielkie plamy po przetworach. Ruben prowadził w nim spis zapasów od kilkunastu lat. Niektóre strony zawierały wyłącznie liczby, inne krótkie uwagi dotyczące nieudanych eksperymentów kulinarnych, rodzaju użytej soli albo temperatury przechowywania. Były tam również zapiski, których znaczenia nie potrafił już odtworzyć. Przy dacie sprzed dziewięciu lat znajdowało się zdanie: „Nie robić więcej tego świństwa”, lecz nie zapisał, jakiej potrawy dotyczyło ostrzeżenie. Nieco dalej widniało: „Sześć słoików. Jeden dla Dalii. Nie mówić jej o koperku”. Ruben przez chwilę próbował przypomnieć sobie okoliczności tej uwagi, po czym uznał, że skoro Dalia nadal żyje i odwiedza go z własnej woli, eksperyment najwyraźniej nie zakończył się katastrofą.
Kapustę kisił w dużym kamionkowym naczyniu, które kupił od starszej kobiety wyprowadzającej się z pobliskiej wsi. Naczynie było ciężkie, miało wyszczerbiony brzeg i glazurę w kolorze brudnego miodu. Ruben uważał je za jeden z najlepszych zakupów dokonanych w ciągu ostatnich siedemnastu lat, choć początkowo nie miał pojęcia, jak prawidłowo prowadzić fermentację. Pierwsza przygotowana przez niego kapusta zepsuła się, ponieważ źle utrzymał warzywa pod powierzchnią solanki. Druga była przesadnie słona, trzecia zbyt miękka, a czwarta tak kwaśna, że Dalia zaproponowała wykorzystanie jej do usuwania kamienia z urządzeń sanitarnych. Dopiero z czasem nauczył się odróżniać właściwy zapach od pierwszych oznak zepsucia, obserwować przebieg fermentacji i doceniać znaczenie czystości naczyń, odpowiedniego stężenia soli oraz temperatury. Teraz szatkował kapustę sprawnie, dużym nożem przesuwanym po drewnianej desce. Liście pękały pod ostrzem, uwalniając świeży, lekko pieprzny zapach. Odrzucał uszkodzone fragmenty, wycinał głąby i odkładał kolejne porcje do miski. Potem ważył warzywa, odmierzał sól według sprawdzonej receptury i ugniatał mieszankę, aż zaczynała wydzielać sok. Robił to długo, z cierpliwością człowieka, który wie, że pośpiech przyniesie więcej szkody niż pożytku. Gdy kapusta zmiękła i stała się wilgotna, przekładał ją do kamionki, starannie ubijając kolejne warstwy i pilnując, żeby nie pozostawały między nimi większe przestrzenie wypełnione powietrzem.
Po godzinie dłonie miał czerwone, a skóra przy paznokciach zaczęła szczypać od kontaktu z solą. Przerwał pracę, umył ręce i posmarował je cienką warstwą kremu. W kuchni unosił się intensywny zapach świeżej kapusty, ziemi i wilgotnej ceramiki. Ruben spojrzał na swoje odbicie w ciemnej szybie okna. Widział potężnego mężczyznę z owłosioną klatką piersiową, brzuchem wystającym ponad pas roboczych spodni i twarzą skupioną na czynności, którą większość jego dawnych znajomych uznałaby za nudną. Wyobraził sobie ich reakcję, gdyby zobaczyli go przy stole, otoczonego kapustą, słoikami i kuchennymi wagami. Kilku zapewne roześmiałoby się, ponieważ Ruben w ich pamięci pozostawał mężczyzną kojarzonym z ciężką pracą, seksem i niewybrednymi dowcipami, nie zaś z precyzyjnym odmierzaniem soli. Nie rozumiał tego rozróżnienia. Ciało zdolne do ścinania drzew mogło równie dobrze kisić warzywa, piec ciasta i przygotowywać konfitury. Nie było żadnej biologicznej sprzeczności między posiadaniem szerokich ramion a umiejętnością obierania jabłek. Ruben uważał nawet, że mężczyźni niepotrafiący samodzielnie przygotować jedzenia wykazują zadziwiającą bezradność, szczególnie jeśli jednocześnie przedstawiają się jako istoty stworzone do dominowania nad światem. Władca, który bez pomocy żony nie potrafi ugotować ziemniaków, wydawał mu się figurą komiczną, nawet jeśli posiadał imponujący samochód i głos zdolny zagłuszyć rozmowę w całym pomieszczeniu.
Następnego dnia zabrał się za pomidory. W dużym garnku powoli rozpadały się owoce przeznaczone na przecier, wcześniej umyte, przebrane i pozbawione uszkodzonych fragmentów. Ruben przygotowywał przetwory według sprawdzonych receptur, zwracając uwagę na kwasowość i sposób utrwalania, ponieważ dobrze wiedział, że domowe jedzenie nie staje się bezpieczne wyłącznie dlatego, iż zostało wykonane z miłością. W wielu gospodarstwach krążyły przepisy przekazywane przez pokolenia, których autorzy nie rozumieli różnicy między fermentacją, pasteryzacją a zwyczajnym zamknięciem gorącej potrawy w słoiku. Ruben nie zamierzał ryzykować zdrowia dla tradycji. Wiedział, że niektóre produkty, zwłaszcza mięso i warzywa o niskiej kwasowości, wymagają innych metod utrwalania niż kwaśne przetwory. Zdecydowanie wolał zamrażać albo suszyć żywność, jeśli nie miał odpowiednich warunków do jej bezpiecznego przechowywania. Dlatego mięso przeznaczone na zimę dzielił na niewielkie porcje, część wędził z zachowaniem ostrożności, a pozostałe umieszczał w zamrażarce, której działanie regularnie kontrolował. Nie było w tym romantycznego powrotu do dawnych czasów. Była znajomość podstaw mikrobiologii, uzupełniona doświadczeniem człowieka, który kiedyś przekonał się, że źle przechowywana żywność potrafi zmusić dorosłego drwala do spędzenia całej nocy w toalecie.
Przecier przelewał do czystych słoików partiami, zachowując wymagany odstęp od krawędzi i sprawdzając stan zakrętek. Na stole ustawił już kilkanaście naczyń, kiedy jeden z pomidorów, pozostawiony wcześniej na parapecie, wydał mu się osobliwy. Był to niewielki owoc, nieco spłaszczony, o żółtawoczerwonej skórce. Ruben pamiętał, że zerwał go kilka dni wcześniej, ponieważ miał niewielkie uszkodzenie przy szypułce. Spodziewał się, że owoc zacznie mięknąć, tymczasem nadal był jędrny, a miejsce uszkodzenia wyglądało na całkowicie suche. Podniósł pomidor i obejrzał go dokładnie. Skórka była napięta, pozbawiona zmarszczek, a w pobliżu dawnego pęknięcia pojawiła się delikatna, jaśniejsza linia. Przypominała zabliźnienie. Ruben przeciągnął po niej paznokciem, ale nie wyczuł żadnej nierówności. Uznał, że owoc po prostu wyjątkowo dobrze się przechował. Zdarzało się przecież, że pomidory zebrane w odpowiednim stadium dojrzałości zachowywały świeżość przez dłuższy czas, szczególnie w chłodnym pomieszczeniu. Mimo to odłożył go osobno, ponieważ nie zamierzał dodawać do przetworów niczego, czego stan budził choćby niewielkie wątpliwości. Później zapomniał o pomidorze, zajęty kolejną porcją przecieru, myciem naczyń i usuwaniem czerwonych plam z drewnianego stołu.
Dni stawały się coraz krótsze. Rankiem wilgoć osiadała na trawie, a wieczorem światło znikało z polany tak szybko, że Ruben zaczynał przygotowywać kolację znacznie wcześniej niż latem. Zmienił również rytm pracy. Nie wyjeżdżał już codziennie do lasu, ponieważ większość zleceń związanych z wycinką została zakończona albo odłożona do czasu poprawy warunków terenowych. Zamiast tego zajmował się gospodarstwem, przenoszeniem drewna i naprawianiem drobnych usterek. W jednej z beczek na deszczówkę wymienił uszczelkę, przy drewutni poprawił konstrukcję zadaszenia, a w szopie zamontował metalową siatkę zabezpieczającą otwory wentylacyjne przed gryzoniami. Myszy były szczególnie aktywne o tej porze roku. Szukały ciepła, jedzenia i suchych miejsc do budowania gniazd, a Ruben nie miał zamiaru udostępniać im własnych zapasów. Przechowywał ziarno i suche produkty w szczelnych pojemnikach, regularnie sprawdzał ślady ich obecności i usuwał resztki żywności, które mogły przyciągać zwierzęta. Nie uważał myszy za stworzenia szczególnie odrażające. Podziwiał ich zaradność, szybkość i zdolność do przystosowywania się do niemal każdego środowiska. Nie zamierzał jednak finansować ich zimowego utrzymania.
Pewnego popołudnia zabrał się za komin. Przygotował narzędzia, sprawdził stan osprzętu i oczyścił dostępne elementy instalacji w zakresie, na jaki pozwalała mu ich konstrukcja, pozostawiając specjalistyczną kontrolę przewodu kominowego fachowcowi, który miał przyjechać w następnym tygodniu. Zimą piec pracował niemal bez przerwy, dlatego Ruben nie pozwalał sobie na zaniedbania związane z bezpieczeństwem. Pożar komina w domu położonym kilkanaście kilometrów od najbliższej miejscowości mógł zakończyć się tragicznie, nawet jeśli człowiek posiadał gaśnice, czujniki i dobrze przygotowane drogi ewakuacji. Podczas porządkowania przestrzeni wokół pieca zauważył, że jedna z cegieł przy podstawie osłony zaczęła się kruszyć. Usunął luźne fragmenty, obejrzał uszkodzenie i przygotował miejsce do późniejszej naprawy. Nie lubił prac murarskich. Drewno było dla niego materiałem przewidywalnym, choć posiadało własne kaprysy, natomiast zaprawa wymagała cierpliwości, której czasami mu brakowało. Każda pomyłka mogła ujawnić się dopiero po wyschnięciu, kiedy poprawianie błędu stawało się znacznie bardziej uciążliwe. Ruben uważał cegły za złośliwsze od ludzi: nigdy nie zdradzały swoich wad, dopóki robota nie była skończona.
Wieczorami przygotowywał grzyby. Maślaki, których zebrał w tym roku wyjątkowo dużo, wymagały dokładnego oczyszczenia. Ruben usuwał z kapeluszy lepką skórkę, sprawdzał stan miąższu i odrzucał egzemplarze uszkodzone przez owady. Suszył przede wszystkim podgrzybki i prawdziwki, rozkładając je na siatkach w cienkich warstwach, natomiast część maślaków przeznaczał do marynowania w odpowiednio kwaśnej zalewie. Nie mieszał gatunków, których nie rozpoznawał z całkowitą pewnością. Znał las dostatecznie dobrze, żeby nie ufać własnej intuicji tam, gdzie pomyłka mogła kosztować życie. Pracował przy stole przez długie godziny, słuchając radia, które odbierało jedynie kilka stacji i od czasu do czasu przerywało transmisję trzaskami. Muzyka mieszała się z odgłosem noża uderzającego o deskę, stukaniem szklanych naczyń i szumem gotującej się wody. Ruben lubił te wieczory bardziej niż jakiekolwiek towarzyskie spotkania. Nie musiał być interesujący, dowcipny ani atrakcyjny. Wystarczało, że wykonywał kolejne czynności, a ich rezultat powoli gromadził się na półkach. Grzyby zmniejszały objętość podczas suszenia, pomidory zamieniały się w gęsty przecier, kapusta pod wpływem fermentacji nabierała kwaśnego smaku, a jabłka rozpadały się w garnku na miękką masę. Była to codzienna alchemia pozbawiona tajemnicy, oparta na temperaturze, wodzie, soli, kwasach i działaniu mikroorganizmów.
Ruben szczególnie lubił przygotowywać powidła śliwkowe. Nie dodawał do nich wiele cukru, ponieważ wolał intensywny, lekko kwaśny smak owoców. Gotował je powoli, w kilku etapach, pozwalając wodzie stopniowo odparowywać. Śliwki ciemniały, ich skórki rozpadały się, a miąższ gęstniał, przybierając głęboki brunatnofioletowy kolor. Pod koniec gotowania masa stawała się tak ciężka, że każdorazowe przesunięcie drewnianej łopatki pozostawiało na chwilę widoczny ślad. Ruben obserwował ten proces z przyjemnością, którą trudno byłoby mu wytłumaczyć komuś nieprzyzwyczajonemu do przygotowywania jedzenia od podstaw. W pewnym sensie gotowanie powideł przypominało mu pracę przy drewnie. W obu przypadkach chodziło o usuwanie tego, co niepotrzebne, i stopniowe odsłanianie właściwości materiału. Drewno traciło wilgoć podczas sezonowania, owoce podczas gotowania, a czas stawał się jednym z najważniejszych składników całego przedsięwzięcia. Ruben lubił tę zależność, chociaż nie nadawał jej szczególnego znaczenia. Cierpliwość była dla niego umiejętnością praktyczną, nie cnotą. Człowiek czekał, ponieważ wiedział, że niektórych procesów nie można przyspieszyć bez pogorszenia rezultatu.
Podczas jednego z takich wieczorów zadzwonił Maks. Ruben odebrał dopiero po kilku sygnałach, ponieważ miał dłonie zabrudzone śliwkową masą i musiał je najpierw umyć. Głos mężczyzny brzmiał na zmęczony. W tle słychać było odgłosy warsztatu, szum urządzenia wentylacyjnego i krótkie metaliczne uderzenia. Maks opowiedział, że spędził cały dzień przy renowacji schodów, których właściciel zażądał zachowania wszystkich oryginalnych elementów, mimo że połowa z nich była poważnie uszkodzona. Ruben słuchał z rozbawieniem, wyobrażając sobie stolarską walkę z materiałem, którego stan nie odpowiadał oczekiwaniom klienta. Zapytał o kolano. Maks odpowiedział, że boli nieco mniej, ale ostatnio odczuwa dziwne zmęczenie, jakby kilka godzin pracy wystarczało, żeby pozbawić go energii na resztę dnia. Ruben poradził mu odpoczynek i zasugerował ograniczenie liczby zleceń. Maks roześmiał się bez przekonania, przypominając, że rachunki nie przestają przychodzić tylko dlatego, iż człowiek postanawia się wyspać.
— A ta plama na nodze? — zapytał Ruben, mieszając powidła.
W słuchawce zapadła krótka cisza. Maks najwyraźniej nie spodziewał się, że zapamiętał przebarwienie, które oglądali podczas ostatniego wspólnego poranka. W końcu odpowiedział, że nadal jest widoczne, choć nieco jaśniejsze. Nie bolało i nie swędziało, ale nie przypominało również zwyczajnego siniaka. Umówił się na konsultację, ponieważ wolał upewnić się, że nie ma powodu do niepokoju. Ruben pochwalił tę decyzję, po czym wrócił do mieszania owoców. Przez chwilę rozmawiali o najbliższych planach. Maks chciał przyjechać w weekend, lecz nie był pewien, czy uda mu się zakończyć pracę. Ruben powiedział, że nie ma pośpiechu. Zimą będzie przecież mnóstwo czasu na spotkania, szczególnie jeśli pogoda ograniczy liczbę zleceń. Maks nie odpowiedział od razu. W końcu zapytał, czy mógłby kiedyś zostać na kilka dni, nie tylko na noc. Ruben początkowo uznał pytanie za żart, ale w głosie mężczyzny nie było rozbawienia. Odpowiedział więc, że oczywiście może przyjechać, pod warunkiem że nie będzie narzekał na zimno, brak zasięgu i konieczność noszenia drewna. Maks powiedział cicho, że nie o to mu chodziło. Ruben chciał zapytać, co właściwie ma na myśli, lecz w tej samej chwili powidła zaczęły przywierać do dna garnka i musiał gwałtownie zmniejszyć temperaturę. Kiedy wrócił do rozmowy, Maks oznajmił, że jest późno i powinien wracać do domu.
Po zakończeniu połączenia Ruben przez chwilę trzymał telefon w dłoni, zastanawiając się nad ostatnimi słowami mężczyzny. Nie rozumiał, dlaczego Maks czasami odzywał się tak, jakby zwyczajna propozycja wspólnego spędzenia czasu wymagała dodatkowego znaczenia. Gdyby chciał przyjechać na tydzień, mógł po prostu to zrobić. Ruben nie miał nic przeciwko jego obecności, szczególnie poza sezonem intensywnej pracy. Nie zamierzał jednak organizować całego życia wokół czyichś oczekiwań. Odłożył telefon, nalał powidła do przygotowanych naczyń i starannie oczyścił brzegi słoików. Później, kiedy przenosił je w miejsce, gdzie miały wystygnąć, przypomniał sobie, że Maks podczas ostatniej wizyty pozostawił w sypialni niewielki grzebień. Przedmiot leżał nadal na półce obok łóżka. Ruben nie schował go do szuflady, choć zwykle dbał o porządek. Nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Być może przyzwyczaił się do jego obecności, a może po prostu uznał, że nie warto przekładać rzeczy, która nikomu nie przeszkadza. W każdym razie nie zamierzał zastanawiać się nad tym dłużej. Powidła wymagały uwagi, a życie emocjonalne innych ludzi najwyraźniej nie.
Po kilku dniach rozpoczął właściwe porządkowanie piwniczki. Znajdowała się pod północną częścią domu, częściowo zagłębiona w gruncie, dzięki czemu przez większą część roku utrzymywała stosunkowo niską temperaturę. Ściany wykonano z kamienia i cegły, a podłogę stanowiła ubita ziemia przykryta w niektórych miejscach starymi płytkami. Ruben zamontował tam kilka drewnianych regałów, zabezpieczonych przed wilgocią, oraz niewielki termometr z higrometrem. Wiedział, że temperatura nie jest jednakowa w całym pomieszczeniu. Przy ścianie zewnętrznej bywało chłodniej, zwłaszcza podczas mrozów, natomiast w pobliżu wejścia powietrze ogrzewało się nieznacznie za każdym razem, kiedy otwierał zejście. Produkty wymagające różnych warunków przechowywania umieszczał więc w odpowiednich miejscach. Warzywa korzeniowe trzymał w przewiewnych skrzyniach, ziemniaki w ciemności, a gotowe przetwory na regałach umożliwiających kontrolowanie stanu naczyń. Nie przechowywał wszystkiego bezrefleksyjnie. Co kilka tygodni sprawdzał zakrętki, oznaki korozji, wycieki i ewentualne zmiany w wyglądzie zawartości. Wiedział, że podejrzanych przetworów nie wolno próbować dla sprawdzenia smaku, a słoiki z oznakami zepsucia należy odpowiednio usunąć. Przez lata wyrzucił w ten sposób wiele godzin własnej pracy, ale wolał stracić kilka porcji jedzenia niż zdrowie.
Piwniczka pachniała chłodem, wilgotnym drewnem i delikatną kwasowością fermentowanych warzyw. Ruben zszedł po wąskich schodkach, trzymając w jednej dłoni latarkę, a w drugiej notes. Na ścianie przy wejściu znajdował się włącznik lampy, lecz żarówka od kilku dni migała i wymagała wymiany. Nie przeszkadzało mu to szczególnie. Znał układ pomieszczenia tak dobrze, że potrafił poruszać się w półmroku bez potrącania regałów. Mimo to zapalił dodatkowe światło, ponieważ zamierzał przeprowadzić dokładną kontrolę zapasów. Zaczął od najwyższej półki, na której przechowywał przetwory z poprzedniego sezonu. Słoiki stały w równych rzędach, oznaczone niewielkimi etykietami z nazwą produktu i datą przygotowania. Ruben odczytywał kolejne napisy, porównywał je z notesem i odkładał naczynia wymagające szybszego wykorzystania. Niektóre etykiety odkleiły się pod wpływem wilgoci, inne zżółkły, ale większość pozostawała czytelna. Przez dłuższą chwilę pracował bez żadnych niespodzianek, aż dotarł do najniższego regału przy tylnej ścianie. Stały tam słoiki, których nie pamiętał z poprzedniej kontroli. Początkowo uznał, że po prostu przeniósł je z innego miejsca i zapomniał o tym podczas porządkowania. Były jednak ustawione głęboko, za dwiema skrzynkami z butelkami, w miejscu, do którego rzadko zaglądał.
Ruben odsunął skrzynki, uklęknął na jednym kolanie i przyjrzał się naczyniom. Były trzy. Pierwszy słoik miał szerokie ramiona i metalową zakrętkę, której wzoru nie kojarzył z żadnym z obecnie używanych opakowań. Drugi był węższy, wykonany z grubego szkła o delikatnie zielonkawym odcieniu. Trzeci przypominał zwyczajny słoik po ogórkach, lecz miał nietypowo ciemną zakrętkę i ślady starego kleju na powierzchni szkła. Żaden nie posiadał czytelnej etykiety. Na pierwszym znajdował się jedynie fragment papieru z rozmazanym napisem, na drugim niewielka plama po dawnym oznaczeniu, a trzeci był całkowicie pozbawiony opisu. Ruben poczuł lekką irytację. Nie lubił znajdować wśród własnych rzeczy przedmiotów, których pochodzenia nie potrafił wyjaśnić. W przypadku narzędzi zdarzało się to stosunkowo często, ponieważ przez lata gromadził części zamienne i materiały przydatne do napraw. Żywność traktował jednak inaczej. Każdy produkt posiadał datę przygotowania, określony sposób przechowywania i przewidywany termin wykorzystania. Trzy nieopisane słoiki stanowiły naruszenie systemu, z którego był dumny, choć nie zamierzał przyznawać tego przed kimkolwiek.
Postawił naczynia na niewielkim stole i obejrzał ich zawartość. Pierwszy zawierał niewielkie, ciemne owoce zanurzone w przezroczystej cieczy. Przypominały jagody, ale ich kształty były zbyt nieregularne, a niektóre miały jasne końcówki wyglądające jak fragmenty dawnych szypułek. Ruben uniósł słoik do światła. Owoce nie opadły na dno, lecz pozostawały zawieszone na różnych wysokościach, jakby płyn miał większą gęstość, niż sugerował jego wygląd. Drugi zawierał coś przypominającego młode pędy roślin, jasne i delikatne, ułożone w niemal pionowych pasmach. Ruben nie potrafił rozpoznać gatunku. Trzeci był najbardziej osobliwy, ponieważ wypełniała go ciemna, brunatnozłota masa, w której znajdowały się cienkie warstwy przypominające liście, drobne korzonki i fragmenty przezroczystej błony. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś próbował zamknąć w słoiku próbkę leśnego poszycia, a następnie doprowadził do jej częściowego rozkładu. Ruben nie przypominał sobie, żeby przygotowywał podobne przetwory. Nie widział również żadnego powodu, dla którego miałby to robić. Odkładanie do piwniczki nieznanych roślin nie należało do jego zwyczajów, szczególnie jeśli nie zamierzał ich jeść.
Nie odkręcił żadnego ze słoików. Zakrętki były nienaruszone, ale brak informacji o zawartości wystarczał, żeby uznał je za nieprzeznaczone do spożycia. Przez chwilę obracał pierwszy słoik w dłoniach, próbując odczytać resztki napisu. Papier rozmiękł dawno temu i przykleił się do szkła tak mocno, że oderwanie go bez uszkodzenia oznaczenia wydawało się niemożliwe. Ruben dostrzegł jedynie kilka ciemnych kresek, które mogły tworzyć fragment daty. Nie wiedział jednak, czy patrzy na cyfry, czy na przypadkowe ślady tuszu. Ostatecznie odstawił słoik na stół i wrócił do liczenia zapasów. Nie zamierzał poświęcać całego dnia trzem zapomnianym naczyniom, których zawartość mogła pochodzić z czasów poprzedniego właściciela domu. Ta możliwość wydała mu się początkowo przekonująca, choć po chwili przypomniał sobie, że przed siedemnastu laty całkowicie opróżnił piwniczkę. Usunął wtedy stare półki, wymienił część podłogi i wyrzucił wszystko, co pozostawiono w budynku. Nie zachował żadnej żywności. Pamiętał to dobrze, ponieważ podczas porządkowania odkrył kilkanaście pustych butelek, zardzewiałe narzędzia i duży worek z zasuszonymi ziemniakami, które rozpadły się pod naciskiem dłoni. Trzy słoiki nie mogły więc należeć do poprzedniego właściciela, chyba że Ruben przeoczył je podczas remontu. Nie wykluczał tego całkowicie, lecz prawdopodobieństwo wydawało mu się niewielkie.
Po dwóch godzinach zakończył liczenie. Na półkach znajdowały się czterdzieści trzy słoiki ogórków, trzydzieści sześć porcji kapusty przygotowanej wcześniej i przeniesionej do chłodnego przechowywania, trzydzieści dwa słoiki przecieru pomidorowego, dwadzieścia dziewięć marynowanych grzybów, dwadzieścia cztery powideł śliwkowych, osiemnaście przetworów z buraków, szesnaście kompotów gruszkowych, jedenaście przecierów jabłkowych i pięć niewielkich słoiczków konfitury z żurawiny. Razem było to dwieście czternaście naczyń, nie licząc trzech nieopisanych znalezisk. Ruben sprawdził sumę dwukrotnie, ponieważ początkowo uznał, że popełnił błąd. Następnie dopisał do zestawienia trzy pozycje oznaczone znakiem zapytania. Dwieście siedemnaście. Liczba nie miała żadnego szczególnego znaczenia, a jednak przez chwilę patrzył na nią z przyjemnością, której sam nie potrafiłby uzasadnić. Słoiki stały na półkach, równomiernie rozłożone według rodzaju i daty przygotowania, tworząc zapas wystarczający na wiele miesięcy. Każdy reprezentował określoną ilość pracy, czasu i materiałów. Ruben wiedział, ile godzin spędził przy gotowaniu, krojeniu, myciu i porządkowaniu, ile razy musiał przynosić wodę, rozpalać ogień i czyścić zabrudzone naczynia. Nie potrzebował uznania dla tych czynności. Wystarczało mu, że ich rezultat można było policzyć.
Zanim wyszedł, postanowił jeszcze raz obejrzeć nieopisane słoiki. Sięgnął po pierwszy i natychmiast zmarszczył brwi. Szkło było ciepłe. Nie gorące, nie na tyle, żeby parzyło, lecz wyraźnie cieplejsze niż otaczające przedmioty. Ruben dotknął drugiego naczynia, następnie trzeciego. Oba miały temperaturę zbliżoną do powietrza w piwniczce. Wrócił więc do pierwszego i przyłożył dłoń do jego powierzchni. Ciepło było równomierne, jakby słoik stał wcześniej w ogrzewanym pomieszczeniu. Ruben spojrzał na termometr. W piwniczce panowało sześć stopni. Nie było żadnego źródła ciepła, które mogłoby ogrzać pojedyncze naczynie ustawione na dolnej półce. Przez chwilę zastanawiał się, czy słoik nie znajdował się wcześniej w pobliżu przewodu instalacyjnego, lecz za regałem przebiegała wyłącznie kamienna ściana. Być może reakcje zachodzące wewnątrz zawartości wydzielały ciepło, choć Ruben wiedział, że w szczelnie zamkniętym naczyniu podobne procesy powinny szybko doprowadzić do widocznych zmian, takich jak powstawanie gazów, zmętnienie płynu lub uszkodzenie zamknięcia. Niczego takiego nie dostrzegł. Zakrętka pozostawała nieodkształcona, ciecz przejrzysta, a ciemne owoce wyglądały dokładnie tak samo jak kilka minut wcześniej. Odstawił słoik ostrożnie, postanawiając ponownie sprawdzić go następnego dnia.
Tej nocy śnił mu się sierpień, choć nie był to sierpień należący do żadnego konkretnego roku. Widział podwórze zalane żółtym światłem, wysokie trawy pochylające się pod ciężarem rosy i ogromny garnek stojący na palenisku. Woda w garnku nie wrzała, lecz jej powierzchnia poruszała się powoli, jakby coś oddychało pod nią z głębokości niemożliwej do pogodzenia z rozmiarami naczynia. Ruben siedział przy stole, obierając jabłka. Jego dłonie wyglądały zwyczajnie, ale owoce zachowywały się w osobliwy sposób: kiedy zdejmował z nich skórkę, pod spodem pojawiała się następna, równie cienka i napięta, a potem kolejna. Pracował długo, nie odczuwając zniecierpliwienia, aż w końcu na stole zgromadziła się ogromna sterta skórek, przypominająca różowożółte wstążki. Wtedy zauważył, że jabłko w jego dłoni nie stało się mniejsze. Nadal było ciężkie, jędrne i pełne soku, jakby usuwanie kolejnych warstw nie zmieniało jego objętości. Ruben poczuł we śnie zadowolenie, ponieważ uznał to za niezwykle korzystną właściwość, która mogłaby rozwiązać większość problemów związanych z przechowywaniem owoców. Dopiero po chwili zobaczył, że na powierzchni stołu leżą również fragmenty skóry przypominające ludzką, z drobnymi włoskami, piegami i bliznami. Nie przestraszył się. Zastanawiał się jedynie, do którego pojemnika należy je wyrzucić, skoro nie były ani odpadem kuchennym, ani zwyczajnym materiałem biologicznym.
Obudził się z uczuciem wyjątkowego zmęczenia. Było jeszcze ciemno, a w pokoju panował chłód, który zwykle mobilizował go do szybkiego wstania i rozpalenia pieca. Tym razem jednak przez dłuższą chwilę nie potrafił zmusić się do opuszczenia łóżka. Miał wrażenie, że ciało stało się cięższe podczas snu, jakby mięśnie nasiąkły wodą i potrzebowały czasu, żeby odzyskać właściwą sprężystość. Nie bolały go plecy, nie odczuwał gorączki ani żadnych innych dolegliwości. Ogarniała go senność nieproporcjonalna do liczby przespanych godzin. Przez chwilę leżał nieruchomo, wsłuchując się w szum wiatru za oknem, a następnie przewrócił się na drugi bok i zasnął ponownie. Kiedy obudził się po raz drugi, słońce stało już nad drzewami. Ruben spojrzał na zegarek z niedowierzaniem. Dochodziła dziewiąta. Przespał niemal jedenaście godzin, choć poprzedniego dnia nie wykonywał szczególnie ciężkiej pracy. Zdarzało mu się to czasami późną jesienią, kiedy organizm zaczynał domagać się dłuższego odpoczynku. Od siedemnastu lat doświadczał w tym okresie dziwnej senności, którą początkowo wiązał z rekonwalescencją po dawnej chorobie, a później uznał za własną reakcję organizmu na skracający się dzień. Nie przejmował się nią szczególnie. Zwykle po kilku dniach dłuższego snu budził się wypoczęty, z doskonałym apetytem i energią wystarczającą na kolejne tygodnie pracy.
Po śniadaniu wrócił do piwniczki. Chciał sprawdzić trzy nieopisane słoiki, a przy okazji wymienić żarówkę i poprawić jedno z mocowań regału. Zabrał ze sobą niewielki termometr bezdotykowy, którego używał czasami do sprawdzania temperatury różnych powierzchni. Wiedział, że pomiary wykonywane takim urządzeniem zależą od właściwości materiału i nie zawsze są dokładne, ale chciał przynajmniej ustalić, czy jego wczorajsze wrażenie miało podstawy. W piwniczce nadal panował chłód. Ściany były wilgotne, na podłodze pojawiło się kilka nowych plam po kondensującej się wodzie, a termometr wskazywał nieco ponad pięć stopni. Ruben podszedł do dolnego regału i sięgnął po pierwszy słoik. Ciepło poczuł, zanim jeszcze całkowicie objął szkło dłonią. Było wyraźniejsze niż poprzedniego dnia. Szkło przypominało temperaturą kubek, w którym od kilkunastu minut stygnie herbata. Zmierzył powierzchnię, powtórzył pomiar w kilku miejscach i porównał wyniki z sąsiednimi naczyniami. Różnica była na tyle duża, że nie można było jej wyjaśnić wyłącznie błędem urządzenia. Ruben przez chwilę patrzył na słoik, nie wiedząc, czy bardziej interesuje go samo zjawisko, czy fakt, że przez siedemnaście lat nie zauważył podobnych procesów wśród własnych zapasów.
Ostrożnie ustawił naczynie na stole. W cieczy znajdowały się te same ciemne owoce, ale teraz wydawały się nieco większe. Niektóre miały delikatnie napięte skórki, pod którymi można było dostrzec jasne pasma. Ruben przyjrzał się im przez szkło. Zauważył, że jeden z owoców posiada niewielką, półkolistą wypukłość, przypominającą kształtem ludzką małżowinę uszną, choć pozbawioną szczegółów anatomicznych. Skojarzenie wydało mu się niedorzeczne. Odwrócił słoik, próbując obejrzeć owoc z innej strony, ale wypukłość nie zniknęła. Była częścią jego powierzchni, a nie złudzeniem wywołanym załamaniem światła. Ruben pomyślał o naroślach pojawiających się na owocach pod wpływem uszkodzeń i chorób. Podobne deformacje widywał przecież wielokrotnie, szczególnie na jabłkach, gruszkach i pomidorach. Różnica polegała na tym, że nie potrafił rozpoznać zawartości słoika, a jego temperatura pozostawała niewytłumaczalna. W końcu odstawił naczynie, postanawiając nie otwierać go bez odpowiedniego powodu. Zabezpieczył je osobno, z dala od żywności przeznaczonej do spożycia, i wrócił do pozostałych zapasów.
Wtedy zauważył zmiany w jednym ze słoików z kapustą. Naczynie stało na środkowym regale, oznaczone datą sprzed kilku miesięcy. Ruben pamiętał jego przygotowanie. Była to niewielka partia kapusty z marchewką i kminkiem, którą po zakończeniu fermentacji przeniósł do chłodnego przechowywania. Dotąd wyglądała prawidłowo, lecz teraz przy powierzchni pojawiła się cienka, jasnoróżowa warstwa. Początkowo uznał ją za oznakę zepsucia, być może rozwój niepożądanych drobnoustrojów. Podniósł słoik i obejrzał zmianę przez szkło. Warstwa nie przypominała jednak zwyczajnego nalotu. Miała nieregularną grubość, a jej brzegi tworzyły drobne, zaokrąglone wypustki. W kilku miejscach widoczne były cienkie, półprzezroczyste pasma, które łączyły się ze sobą, układając w strukturę przypominającą delikatnie pomarszczoną błonę. Ruben poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Nie dlatego, że widok był szczególnie odrażający. Widział przecież zepsute przetwory, pleśnie i rozmaite narośla powstające w żywności. Tym razem jednak jasnoróżowa masa wydała mu się zbyt uporządkowana, zbyt podobna do czegoś, co powinno znajdować się wewnątrz organizmu zwierzęcego, a nie w słoiku z kiszoną kapustą.
Nie otworzył naczynia. Odłożył je na osobną półkę i zaznaczył w notesie jako produkt wymagający usunięcia. Następnie przejrzał pozostałe słoiki kapusty, sprawdzając, czy podobne zmiany pojawiły się również w nich. Większość wyglądała prawidłowo. Dopiero przy końcu drugiego rzędu znalazł kolejne naczynie z niewielkim zgrubieniem przy powierzchni. Było znacznie mniejsze, niemal niewidoczne, lecz miało podobny jasnoróżowy odcień. Ruben obejrzał zakrętkę, sprawdził datę przygotowania i odstawił słoik obok pierwszego. Nie czuł paniki, ale zaczynał być zirytowany. Zepsuta żywność oznaczała stratę pracy, a w tym przypadku również konieczność przeprowadzenia dokładnej kontroli całej partii. Przez chwilę zastanawiał się, czy przyczyną mogła być niewłaściwa temperatura przechowywania albo zanieczyszczenie naczyń podczas przygotowywania. Nie potrafił jednak znaleźć przekonującego wyjaśnienia. Słoiki były czyste, zamknięcia nieuszkodzone, a warunki przechowywania nie różniły się od tych, które stosował od lat. Ruben nie uważał się za człowieka nieomylnego, ale podobna seria niepowodzeń zdarzała mu się niezwykle rzadko.
Przez kolejne dwie godziny sprawdzał zapasy, przenosząc podejrzane naczynia na osobny regał. Odkrył jeszcze kilka drobnych anomalii. W jednym słoiku z ogórkami zalewa pozostawała przejrzysta, lecz pojedynczy owoc miał na powierzchni jasne, nieregularne pasmo przypominające bliznę. W innym kompot z gruszek zachował niezwykłą klarowność mimo długiego przechowywania, a same owoce wyglądały tak jędrnie, jakby zostały zamknięte poprzedniego dnia. Ruben nie potrafił uznać tych właściwości za jednoznaczny dowód zepsucia, ale nie zamierzał również próbować zawartości. Odłożył oba naczynia do dalszej oceny. Najbardziej zdziwił go jednak niewielki słoik przecieru jabłkowego z poprzedniego sezonu. Masa powinna być jednolita, miękka i pozbawiona większych fragmentów owoców, ponieważ Ruben dokładnie ją przetarł przed utrwaleniem. Tymczasem w środku widniał cienki, niemal przezroczysty pasek skórki, który układał się w delikatny łuk. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że pasek znajdował się dokładnie pośrodku naczynia, zawieszony w gęstej masie, jakby ktoś umieścił go tam celowo. Ruben patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Potem odwrócił słoik, a pasek pozostał w tym samym miejscu, nie zmieniając kształtu.
Wyszedł z piwniczki zmęczony i wyraźnie poirytowany. Przez cały poranek zajmował się czymś, co powinno być prostym przeglądem zapasów, a zakończył pracę z kilkoma naczyniami, których zawartości nie potrafił wyjaśnić. Nie zamierzał jednak pozwolić, żeby problem zdominował resztę dnia. W kuchni przygotował obiad z pieczonych ziemniaków, cebuli i kawałka kiełbasy, po czym usiadł przy stole i zjadł wszystko z doskonałym apetytem. Dopiero po posiłku wrócił myślami do trzech nieopisanych słoików. Zastanawiał się, czy mógł je przygotować wiele lat wcześniej, a potem całkowicie zapomnieć o ich istnieniu. Nie było to niemożliwe. Człowiek nie pamięta przecież każdego posiłku, każdej czynności i każdego przedmiotu, który odkłada na półkę. Pamięć działa wybiórczo, zachowując przede wszystkim wydarzenia uznane za istotne. Ruben wiedział jednak, że trzy nieznane przetwory powinny wzbudzić jego zainteresowanie już podczas przygotowywania. Nie przypominał sobie żadnego eksperymentu z ciemnymi owocami, jasnymi pędami i leśnym poszyciem. Przez chwilę rozważał, czy ktoś mógł umieścić słoiki w piwniczce bez jego wiedzy. Ta możliwość wydała mu się jednak jeszcze mniej prawdopodobna. Niewiele osób odwiedzało dom, a żadna nie miała zwyczaju schodzenia do piwnicy i ukrywania tam żywności. Ruben nie wierzył w żarty wymagające tak dużej ilości niepotrzebnej pracy.
Po południu poszedł do lasu po gałęzie przeznaczone na rozpałkę. Chciał również sprawdzić stan starej sosny, którą Dalia oglądała podczas ostatniej wizyty, lecz kiedy dotarł do rozgałęzienia ścieżek, poczuł nagłą niechęć do dalszego marszu. Nie był to strach. Raczej zmęczenie, które pojawiło się niespodziewanie, choć od rana nie wykonywał ciężkiej pracy. Ruben zatrzymał się, oparł dłoń na pniu brzozy i przez chwilę oddychał głęboko. Czuł w nogach dziwną ociężałość, jakby mięśnie nie otrzymywały dostatecznej ilości energii. Nie miał zawrotów głowy ani bólu, ale pragnienie odpoczynku było tak intensywne, że usiadł na powalonym drzewie i przez kilka minut patrzył nieruchomo na leśne poszycie. Wokół panował spokój. Wiatr poruszał koronami sosen, a w wilgotnym mchu błyszczały drobne krople wody. Ruben pomyślał, że powinien wrócić do domu i położyć się wcześniej. Jesienna senność pojawiała się u niego regularnie, lecz tym razem wydawała się silniejsza niż w poprzednich latach. Być może organizm potrzebował więcej odpoczynku po intensywnym sezonie pracy, a może chłód i skracający się dzień wpływały na niego inaczej niż dawniej. Nie chciał jednak rozważać wszystkich możliwych przyczyn. Podniósł się, zebrał kilka suchych gałęzi i zawrócił.
Wieczorem, zamiast przygotowywać kolejną partię przetworów, usiadł w fotelu i otworzył książkę. Czytał przez kilkanaście minut, lecz litery zaczęły mu się rozmazywać, a zdania traciły znaczenie, zanim docierał do ich końca. Kilkakrotnie wracał do tego samego akapitu, nie potrafiąc zapamiętać jego treści. W końcu odłożył książkę i zamknął oczy. Nie zamierzał spać. Chciał jedynie odpocząć, pozwolić mięśniom się rozluźnić i przez chwilę nie myśleć o niczym szczególnym. Kiedy otworzył oczy, w pokoju było ciemno. Ogień w piecu niemal wygasł, a na stole stał zimny kubek herbaty. Ruben spojrzał na zegarek. Minęły ponad trzy godziny. Nie pamiętał momentu zaśnięcia ani żadnego snu. Czuł się jednak zadziwiająco dobrze, jakby krótki odpoczynek usunął całe zmęczenie nagromadzone przez ostatnie dni. Wstał, przeciągnął się i poszedł do kuchni po wodę. Dopiero wtedy zauważył na podłodze niewielką plamę brunatnej cieczy. Znajdowała się przy wejściu do piwniczki, choć Ruben był przekonany, że podczas ostatniego zejścia nie rozlał tam niczego. Pochylił się i dotknął plamy palcem. Była lepka, nieco gęstsza od wody, a jej zapach przypominał mieszaninę ziemi, przejrzałych owoców i czegoś słodkiego, czego nie potrafił rozpoznać.
Przyniósł szmatę i starannie wytarł podłogę. Następnie otworzył zejście do piwnicy, żeby sprawdzić, czy nie pękł któryś ze słoików. Powietrze było chłodne i wilgotne. Ruben zapalił światło, zszedł po schodkach i zatrzymał się przy dolnym regale. Wszystkie naczynia stały na swoich miejscach. Nie zauważył wycieku, uszkodzonej zakrętki ani żadnego innego śladu, który mógłby wyjaśnić obecność cieczy na podłodze w kuchni. Przez chwilę nasłuchiwał. W piwniczce panowała cisza, przerywana jedynie delikatnym odgłosem wody przesączającej się gdzieś za ścianą. Ruben znał ten dźwięk. Po intensywnych opadach wilgoć potrafiła gromadzić się w gruncie wokół fundamentów, a niewielkie szczeliny pozwalały jej przedostawać się do najniższych warstw konstrukcji. Nie stanowiło to dotąd poważnego problemu, choć wymagało regularnego kontrolowania stanu ścian. Ruben podszedł bliżej, przyjrzał się kamieniom i dotknął jednego z nich. Był chłodny, lekko wilgotny. Nie dostrzegł jednak żadnego wycieku, który mógłby dotrzeć aż do kuchni. W końcu uznał, że plama musiała powstać z innej przyczyny, być może podczas przenoszenia warzyw albo czyszczenia naczyń. Nie zamierzał rozpoczynać nocnego dochodzenia w sprawie kilku kropel nieznanej substancji.
Zanim wyszedł, spojrzał jeszcze na trzy nieopisane słoiki. Stały osobno, na najniższej półce, gdzie odłożył je podczas porządkowania. Pierwszy nadal był ciepły. Ruben nie musiał nawet dotykać szkła, żeby poczuć różnicę temperatur, kiedy zbliżył do niego dłoń. W drugim jasne pędy wydawały się dłuższe niż poprzedniego dnia. Niektóre opierały się już o wewnętrzną powierzchnię zakrętki, choć wcześniej kończyły się kilka centymetrów niżej. Trzeci słoik wyglądał najdziwniej. Brunatnozłota masa, którą początkowo uznał za rozkładające się fragmenty roślin, ułożyła się w wyraźniejsze warstwy. Między nimi pojawiły się cienkie, niemal białe linie, biegnące równolegle do powierzchni szkła. Ruben przyjrzał się im z bliska. Przypominały słoje drewna, lecz były zbyt miękkie, zbyt nieregularne i miejscami łączyły się z przezroczystymi błonami, których struktura przywodziła na myśl tkankę zwierzęcą. Przez chwilę obserwował naczynie, próbując zrozumieć, czy zmiany są rzeczywiste, czy jedynie wynikają z odmiennego oświetlenia. W końcu odłożył latarkę i wyprostował plecy. Poczuł lekkie napięcie w dolnej części kręgosłupa, lecz nie było ono podobne do gwałtownego bólu sprzed kilku dni. Raczej do zmęczenia, które pojawiało się po długim staniu w niewygodnej pozycji.