E-book
13.65
drukowana A5
34.07
Hermiona

Bezpłatny fragment - Hermiona

część druga


Objętość:
133 str.
ISBN:
978-83-8221-134-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.07

W CZĘŚCI PIERWSZEJ: Hermiona Granger (vel Amanda Geernwood) została uczennicą Szkoły Kształtowania Niezwykłych Umiejętności na płaskowyżu BIMBELROCK. Skazana na pobyt w Iglicy Zachodniej (za niedozwolony lot na miotle) „uciekła” eskortującemu ją Holentzowi.


[…] Chwilę szli w całkowitym milczeniu.

Na widok majaczącej w oddali Iglicy zrobiło mi się smutno.

— Słuchaj — powiedziałam do Vladislava — nie wydaje ci się, że powinniśmy się trzymać razem?

— Co masz na myśli?

— Mów mi Frida. Powinniśmy sobie pomagać.

Spojrzał z zainteresowaniem.

— Oboje należymy do tego samego bractwa…

— Przecież nie pójdę za ciebie na odsiadkę…

— Mogę ci uciec.

— Mnie jeszcze nikt nie uciekł.

Tylko przez chwilę pożałował, że nie zastosował wobec tej małej zaklęcia „petrus transmutus”, ale w końcu uznał, że zamiana w kamień, nawet najbardziej szlachetny nie byłaby wobec młodej czarownicy w porządku. W końcu ona też jest „wtajemniczona”.

Pomyślał, że nic się nie stanie, kiedy „zgubi” Amandę. I tak nie poniesie żadnych konsekwencji.

— Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Umówmy się, że niczego nie widzę. Co zrobisz?

— Poszłabym na plażę. A ty?

— O mnie się nie martw. Nie będę cię gonił.

                                  CIĄG DALSZY

Gnała ile sił w nogach. Nie zwracając uwagi na przezroczyste szyszki, pędziła do przodu. W końcu, kiedy brakło jej tchu, zatrzymała się i skonstatowawszy, że odbiegła już wystarczająco daleko siadła na poszyciu.

Kiedy uspokoiła oddech, pomyślała, że Vladislav będzie miał nie lada kłopot, bo przecież musi o ucieczce powiedzieć Mordredowi.

Robiło się coraz ciemniej i dziewczyna nie wiedziała, czy zapada zmrok, czy to chmury przesłoniły słońce i przez chwilę pożałowała, że nie dała się zaprowadzić do Iglicy, w której przynajmniej miałaby dach nad głową. Tęskniła do przewidywalnej rzeczywistości, ale zdawała sobie sprawę, że jest w centrum magicznego obszaru i nie dziwiła się finezyjnie poskręcanym gałęziom, na których wisiały pordzewiałe nożyczki i spinacze do bielizny.

Uświadomiła sobie, że przestrzeń fiksuje i stanęła jej przed oczami olbrzymia stołówka, niemożliwa do zmieszczenia w Białym Domu.

Na północy groźnie zagrzmiało. Ścieżka przypominała zielony tunel; omszałe gałęzie tworzyły nieprzenikniony dach, który nie powinien przepuścić nabrzmiałych kropel.


Wiedziałam, że muszę wydostać się z płaskowyżu. Aby to zrobić trzeba dojść do muru okalającego cały teren. Nie wiedziałam tylko, jak długo przyjdzie mi iść. Na dodatek, przez te okropne gałęzie nie dostrzegałam słońca. Zaczął zapadać zmrok. Zrezygnowana — nie mając ochoty na wymyślanie czegokolwiek, zeszłam z dróżki i siadając na wilgotnym mchu, patrzyłam na zbrązowiałe pokrzywy. Wtedy zobaczyłam ich.


Stwory, które pojawiły się nie wiadomo skąd, ubrane były w bufiaste spodnie i miały na głowach czerwone czapki z białymi pomponami. Wyglądały jak krasnoludki z bajki o sierotce Marysi albo karłowate święte Mikołaje. Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła i poszła za krasnym ludkiem, który nagle jakby zapadł się pod ziemię. Poszła w miejsce, w którym ostatni raz widziała gnomy. Straciła grunt pod nogami i wpadła do jakiegoś dołu, który okazał się głębokim tunelem.


Leciałam prawie 10 minut. Na początku coraz szybciej, a w końcu zaczęłam zwalniać i świetlne smugi, które otaczały mnie ze wszystkich stron, przybrały kształt przyczepionych do szybu lamp. W końcu zatrzymałam się i bezwiednie obróciłam nogami w dół. Po chwili, wolno, jak lądujący spadochroniarz, dotknęłam piaskowego występu, który ograniczał zalane żółtym światłem dno szybu. Spojrzałam w górę. Wzrok nie przebił się przez gęstniejącą ciemność. Poczułam niewielkie drżenie i zobaczyłam, że do występu ktoś przystawił prymitywną drabinę. Klęknąwszy na oba kolana, namacałam najwyższy szczebel i ostrożnie zeszłam na dół.

Zanim moje oczy przyzwyczaiły się do oślepiającego blasku, usłyszałam nerwowe okrzyki w jakimś niezrozumiałym języku i groźne ujadanie kilku psów. Potem zobaczyłam, że otacza mnie gromada bezgłowych stworów, groźnie potrząsających w moim kierunku prymitywnymi oszczepami.


Teraz powinien nastąpić fragment, który podaję w oryginale, bo nie potrafię go przetłumaczyć: PKLIOUHUYJT HYUJH NIUJ NHHY GTY WSA FYT KJHUYT AZWSEA YTRFHIUYBIT. PPOIKJWASRDFTGYHUJIKO KIJYHT GRF DR FTRDS AWETRFGYHGFDS UYTG LIJUHGT. JHUYTGFL, KOK.KIJUHYG09 — IUQUERTY OOO POIKJWSRSDSAERTYGFDSA.


Jeden z potworów trzymał na smyczy cztery okropnie wyglądające rottweilery z oczami jak rozżarzone węgle i obrożami nabitymi metalowymi ćwiekami. Odruchowo przysunęłam się do wilgotnej ściany i wtedy przypomniałam sobie, że pierwszy raz widziałam te stwory podczas rekreacji, kiedy gondola zacumowała przy Iglicy Zachodniej.


Hermiona doszła do wniosku, że skoro otaczają ją zieloni, to znaczy Iglica musi być niedaleko. Potem tylko mur i plaża pełna zwyczajnych ludzi.


Nagle bezgłowe monstra karnie rozstąpiły się na boki. Przed Amandą stanął żylasty gnom w rozpiętej bluzie, która zdała się okrywać umieszczoną na piersiach głowę. Chwilę wpatrywał się w dziewczynę i niepewnie podniósł do góry prawą rękę. Panna Granger oderwała dłoń od mokrej ściany i pomyślała „nie mam złych zamiarów…”

— Możesz mówić normalnie. Tu nie wolno czarować. Nawet myśleć o czarach. Gdzie zostawiłaś broń?

— Nie mam żadnej broni…

Polifem wziął z ręki bezgłowego smycz i poprzedzany przez gotowe do ataku psy podszedł do dziewczyny.

— Tak. Prawdę mówisz.

Szczeknął coś i ze świstem wciągnął powietrze. Zieloni zaczęli z ociąganiem niknąć w korytarzu, który nagle otworzył się w jednej ze ścian. Piersiogłowy spojrzał na Amandę:

— Chodź!

Dziewczyna bez zastanowienia poszła za stworem. Po roku przebywania w Szkole Kształtowania Niezwykłych Umiejętności nie dziwiła się wyglądowi Polifema, który przedstawiał sobą dość okropny i śmieszny zarazem widok. Zwłaszcza jak się go obserwowało od tyłu. Sprawiał wrażenie potężnego korpusu na chudych nóżkach, korpusu, do którego przyklejono nieproporcjonalne dłonie. Z przodu wyglądał jeszcze śmieszniej, z tą swoją twarzą okoloną połami bluzy. Szyi nie miał wcale. Zaplątany na ramionach szalik otaczał różową narośl pokrytą brązowym strupem.

— Mam nadzieję, że się nie boisz. Powinnaś raczej okazać mi wdzięczność, że cię wyrwałem z rąk strażników.

Patrzył przed siebie, jakby nie był pewny odpowiedzi.

— To znaczy?

— Musisz dotrzymać mi towarzystwa. Mieszkam sam…

W głowie Hermiony zapaliła się czerwona żarówka. Aby odgonić niepokojące myśli, zapytała:

— A ty? Kim w zasadzie jesteś?

Nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia i ramiona Polifema podniosły się w górę.

— Nazywam się Polifem Meduza. Teraz akurat jestem samcem. Jakbym był samicą, to miałbym na imię Meduza Polifem…

— Szczerze mówiąc, wolałabym, gdybyś był dziewczynką…

— Dobra. To nie jest przyjemne. Zatkaj nos.

Zaczął się nieprzyzwoicie pocić. Wokół rozszedł się smród przypominający zapach starego capa — biała mgiełka, która otoczyła gnoma, zaczęła intensywnie rzednąć i dziewczynka, spodziewając się zobaczyć kogoś przypominającego Georginę, dostrzegła twarz będącą połączeniem gęby starej ropuchy z mordą konia. Tam, gdzie powinny być uszy, tkwiły nabrzmiałe piersi, ozdobione brązowymi sutkami.

Stwór osłonił się połami kurtki:

— Nie używamy biustonoszy. Zasłaniałyby oko.

Uspokojona Greenwood podeszła bliżej i maszerowała obok Meduzy.

— Nie o to mi chodziło. Co w zasadzie robisz?

Meduza (a może Polifem) wzruszyła ramionami:

— Sprawdzam strażników.

Hermiona spojrzała z zainteresowaniem tam, gdzie normalne stworzenia mają głowę.

— ?

— Czy są gotowi do służby.

— ?

— Na wieży. Tej, w której trzymali Hockneya. Okropny chłopak.

Po przejściu kilkunastu metrów znaleźli się w podziemnej komorze wielkością przypominającą szkolną stołówkę. Przy jednej ze ścian, na kamiennej platformie otoczonej wianuszkiem schodów był foremny budynek z różowego marmuru, który sprawiał wrażenie nieco przezroczystego i oświetlonego od środka. Okrągłe kolumny, które podtrzymywały dach, rzucały niepokojące cienie. Z wewnątrz dobiegało jednostajne zawodzenie, przypominające Hermionie jakąś religijną pieśń. Na przenikliwy dźwięk gongu zieloni upadli na kolana i jednostajne walili rozcapierzonymi palcami w kamienne płyty, którymi wyłożono całą komorę.

Meduza zatrzymał się na chwilę, kucnął i też zaczął uderzać o posadzkę.

Amanda dostrzegła, że wyrasta ponad wszystkich, którzy dobrowolnie położyli się na ziemi. Klęknęła i uczyniła znak krzyża. Napotkawszy wzrok swojego przewodnika, zastukała w kamień.

Dały się słyszeć dzwonki jak przy Podniesieniu.

— Taki zwyczaj. Nie znajduje religijnego uzasadnienia. Chodzi o jednostajną wibrację, która ma spowodować zawalenie się świata i ukazać rozgwieżdżone niebo.

Gnom pociągnął Amandę w pobliże marmurowej budowli:

— Do środka wchodzą jedynie kapłani i ich asystenci. Dolewają oliwy do ognia i wzruszają powietrze.

Hermiona spojrzała na znajdujący się po prawej olbrzymi ekran. Zauważyła zielonego, który machał osadzonym na długiej tyczce wachlarzem, powodując, że pomarańczowy płomień drżał boleśnie, rzucając nerwowe refleksy na tonący w półmroku postument.

— Na tym postumencie jest nasza największa świętość. Złoty skarabeusz wyobrażający tego, który połknął gwiazdy.


Mieszkańcy Podziemia, o którym nie mieliśmy zielonego pojęcia, wierzyli, że dawno temu, kiedy jeszcze nie było żadnej szkoły, skarabeusz zjadł wszystkie gwiazdy. Stukanie w posadzkę było reliktem z czasów, w których wierzono, że można sobie w całkiem przyziemny sposób poradzić z magią.

Dom Polifema (albo Meduzy — sama nie wiem, czy stwór jest płci męskiej, czy żeńskiej), był zbudowany z gliny. Ściana postawiona z glinianych sześcianów zamykała obszerną niszę w dość szerokim korytarzu. W niszy były trzy pomieszczenia, oddzielone od siebie drewnianymi przepierzeniami. Jedno z nich było sypialnią, drugie pokojem dziennym, (jeżeli tutaj można mówić o dniu), a trzecie, największe, stanowiło „salon”.

Stwór zajmował wygodne mieszkanie, bo, jako przedstawiciel klasy średniej, miał do tego prawo i na dodatek był „dyplomowanym dozorcą strażników Iglicy Zachodniej”. Jego zadanie ograniczało się do przygotowywania zielonych do służby i organizowania obsady wieży na krawędzi Bimbelrock.

— Głodna jesteś? Nic do jedzenia ci nie dam. Do picia też. Już tak jesteśmy skonstruowani, że nie jemy ani nie pijemy. Niesamowita wygoda.

Hermiona spojrzała na orzechową półkę wiszącą nad otomaną. Wśród biografii i kryminałów stały różnokolorowe figurki.

Polifem zauważył zainteresowanie dziewczynki i piskliwym głosem powiedział:

— To z różnych miejsc. Ale najwięcej kupiłam obok świątyni. O, ta różowa to mój pierwszy nabytek.

Amanda powiedziała Polifemowi o Jezusie, ale on niczego nie zrozumiał.

— Jak chcesz, to możesz u mnie zamieszkać.

Dziewczyna nieznacznie kiwnęła głową i zaczęła się zastanawiać, czy Meduza w najmniej odpowiednim momencie nie zamieni się w chłopca.

— Spoko. Rozmnażamy się przez pączkowanie. Sami z siebie. Nie chcę o tym rozmawiać…

Uspokojona, zdecydowała się zostać. Tym bardziej że czuła narastający głód i nie mając szans na jego zaspokojenie, pragnęła zagłuszyć nieprzyjemne uczucie, rzucając się w objęcia Morfeusza (czyli zapadając w sen).

— Przypilnujesz domu, bo całą noc mam dyżur w koszarach zielonych ludzików.

Po ośmiu godzinach obudził mnie zapach gorącej owsianki. Polifem postawił przede mną talerz zupy i miseczkę szpinaku.

— Mamy tu takich z góry. Dla nich trzeba gotować.

— Z góry?

— No, ze szkoły. Nie wszystkich dało się ewakuować.

— ?

— Nic nie wiesz?

Wtedy dowiedziałam się prawdy o Gackowskim.

— Masz jakieś plany? Mogę ci dotrzymać towarzystwa.

Polifem znowu był chłopakiem. Może nawet mężczyzną albo i starcem. W każdym razie jego oko „ozdabiały” potężne zmarszczki.

— Ciekawe, co można robić w tych… lochach.

— Na przykład… na przykład zobaczyć miejsce odosobnienia.

— ?

— Internat.


„Miejsce osobne”, w którym trzymano wszystkich niebezpiecznych dla zielonej społeczności osobników, to był ponury budynek z niewielkimi oknami, postawiony obok jeziora nad asfaltową drogą, nad którą biegła odrutowana kładka. Po drugiej stronie był ośrodek wypoczynkowy przypominający szkołę tysiąclecia. Większość pensjonariuszy gmaszyska to zieloni, których z jakichś zupełnie niepojętych przyczyn zdecydowano się trzymać w izolacji od całego społeczeństwa oraz uczniowie i nauczyciele z płaskowyżu, co do których nie było wiadomo, co z nimi robić. Byli to ci, którym udało się uciec przed Nietoperzem. Wszyscy niesamowicie wychudzeni, bo tutaj nikt się nie znał na zasadach prawidłowego żywienia. Władcy podziemia nie chcieli, aby osoby z głowami miały demoralizujący wpływ na całą populację bezgłowców. Internowani byli po prostu inni i większość z nich potrafiła czarować. Rzecz jasna nikt nie czarował, ale dla rządzących wystarczyła już sama możliwość zmieniania rzeczywistości.


„Internat” nie zrobił na Hermionie większego wrażenia.

W ośrodku zjadła przyniesiony specjalnie dla niej obiad i w towarzystwie Polifema przepłynęła na drugą stronę.

Polifem chciał mi pokazać wszystkie miejsca, w których trzymano osoby stanowiące w jego mniemaniu największe zagrożenie.

Teraz kiedy z czasowej perspektywy oceniam wizytę w tym miejscu, nabieram przekonania, że te odwiedziny nie były przedsięwzięte bez celu, to znaczy, celem było nie tylko zapewnienie mi rozrywki, ale i pokazanie, jaki los czeka tych, którzy nie dostosują się do panujących wśród mieszkańców podziemia praw…

— Nie mam zamiaru zostać tu na zawsze.

— U nas nie ma „na zawsze”…

— Jak stąd wyjdę, poszukam Iglicy.

Polifem łypnął na mnie swoim jedynym okiem i powiedział:

— Mogę ci pomóc.

Hermiona poczuła nagły przypływ euforii. Gnom, jako ten, który nadzoruje strażników, rzeczywiście mógł ułatwić zadanie. Była gotowa natychmiast iść na powierzchnię, ale widząc, że stwór jest wyraźnie podniecony możnością okazania swojej ważności, nic nie powiedziała, tylko grzecznie podążała za jednookim.


Na samym początku odwiedzili celę zgrzybiałego staruszka, który siedział w więzieniu od niepamiętnych czasów. Cela przypominała bardzo wygodne mieszkanie. Jego lokator dokonał w przeszłości okropnego czynu: samowolnie opuścił podziemie i potem opowiadał niestworzone rzeczy, jakoby gwiazdy nadal świeciły. Opowieści Hoffmana godziły w samo serce wiary i odwiecznych przekonań zielonych, więc po utajnionym procesie umieszczono dziadka, (który wtedy wcale dziadkiem nie był) w więziennym zamku, bez określenia, do kiedy ma tutaj przebywać. Hoffman co pół roku składał wnioski o zwolnienie, ale je za każdym razem odrzucano, nie zadając sobie trudu ich uczciwego rozpoznania.

W celi obok przetrzymywano prawdziwego przestępcę: zielonego, który bez odpowiedniego zezwolenia odlewał metalowe figurki skarabeuszy. Na dodatek więzień ów prowadził mały sklepik i wmawiał nabywcom, że sprzedawane przez niego wyobrażenia są nie tylko kawałkami metalu, ale mają szczególne właściwości energetyzowania zwykłej wody.


Celę z niewielkim okienkiem, wychodzącym na jezioro, zajmował van Megeren, uważający się za artystę. Został skazany za fałszowanie dzieł jednego nienaumianego. Trzeba przyznać, że mimo stosowania dość prymitywnych środków, malował przyzwoite obrazki, znajdując nabywców wśród zielonych, dla których liczył się nie tylko efekt wizualny, ale i chęć posiadania czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na pochodzące z zamierzchłej przeszłości.


Hermiona czuła się nieco znudzona oglądaniem ponurych wnętrz, kiedy Polifem, cieszący się tutaj niezwykłą atencją, po rozmowie z czołobitnym naczelnikiem powiedział, że dziewczyna musi zobaczyć jeszcze dwie cele, w których umieszczono więźniarki objęte szczególnym nadzorem.

Poszli wąskim korytarzem i znaleźli się w najstarszej części więzienia: okrągłej wieży ze ścianami o grubości czterech metrów. Zieloni wierzyli, że takie ściany uchronią ich przed czarami i niespodziewanymi sytuacjami, które może spowodować przetrzymywana w więzieniu czarownica. Dla pewności ograniczyli celę szklanymi taflami, a przy niej poukładali szereg przedmiotów, które miały zapobiec rozprzestrzenianiu się złych mocy. Były tam osikowe kołki, srebrne druty, stara tablica z wypisanym na niej zaklęciem, wianuszki czosnku i kawałki papieru ozdobione fragmentami „Młota na Czarownice”. Na podłodze ktoś niewprawnie wyrysował kredą kilkanaście okręgów. Jeden obejmował zdezelowane krzesełko, na którym siedział znudzony strażnik.

„Okropnie zła czarownica” leżała na żelaznym łóżku i przykryta kocem w szkocką kratę czytała „Tajemnicę Siedmiu Zegarów”. Nie zważając na ostrzegawcze słowa Polifema, Hermiona stanęła niebezpiecznie blisko szklanej tafli. Czarownica nie mogła być stara, bo spod koca wystawała całkiem młoda, różowa stopa. Wiedźma położyła książkę na piersi i nie zwracając na nikogo uwagi, beznamiętnie odwróciła kartkę.

Amanda zamarła (w oryginale „Frida zamarła”). Przez chwilę patrzyła w stronę Georginy w niemym przerażeniu i już miała zastukać w szybę, kiedy sobie uświadomiła, że lepiej, gdy młoda czarodziejka nie będzie wiedziała o jej obecności. W jednej chwili zapomniała o znużeniu i ochocie słodkiego nieróbstwa. Cicho stanęła w kręgu ciemności i nie dając po sobie niczego poznać, całkiem beznamiętnie zapytała:

— Idziemy dalej?

Widok uwięzionej Georginy wprawił ją w ponury nastrój i już nie chciała sprawdzać, czy tytuł, którym ją obdarzono, jest jedynie honorowy.


Poziom niżej oświetlony był jaskrawym światłem. Wszystkie reflektory skierowano na niewielką celę, zamkniętą od przodu stalowymi prętami. Przed nimi, szczelnie dotykając sufitu i podłogi, stała tafla grubego szkła.

Na widok tęczowej jaszczurki Hermiona uszczypnęła się w policzek.

— Nie potrafi przechodzić przez ściany. Specjalnie jest w tej celi, bo tu nie ma okien i nie może wylecieć. Umie latać bez niczego.


„No to nie jestem sama” — pomyślałam, jakby mogło to coś zmienić. Dziewczyna nie musiała stawać do mnie przodem, bo i tak poznałam Emmę.

Kiedy światło przygasło, panna Winter uśmiechnęła się nieznacznie i dała mi znak, biorąc w palce swój talizman. Potem zaraz odstawiła go na miejsce. Jej bezsensowna czynność musiała mieć jakieś znaczenie.

Kiedy „po popołudniu” wróciliśmy do mieszkania, Polifem zaczął wypytywanie:

— Wiesz, czym się zajmuję; ja o tobie niczego nie wiem…

Zrobiło mi się trochę głupio:

— Masz rację, ze szkoły jestem. Chciałam ratować przyjaciółkę, a oni skazali mnie na pobyt w Iglicy.

— To czemu tam nie dotarłaś?

— Woźny mnie prowadził, ale jak się zaczęło, to uciekłam.

— Gackowski.

— Co?

— Przepowiednia się sprawdza. Dawno temu, jakiś mędrzec z Podziemia przewidział, że Nietoperz nazwiskiem Gackowski zniszczy ten przybytek, tfu, magii.

— Jakiej magii!?

— Nie opowiadaj, że w szkole niczego nie uczą…

— Machania różczką na pewno nie.

Powiedział mi, że gdyby w Bimbelorze nie uczyli niczego niezwykłego, to istnienie szkoły byłoby pozbawione sensu.

— Mogłabyś przecież chodzić do normalnej.

— Ta też jest normalna. Tylko pełna różnych cudaków.

— Na przykład?

— No… — zastanowiłam się, bo nie chciałam powiedzieć za dużo. — O Schaffhausenie słyszałeś?

Powiedziałam Polifemowi o drugiej zasadzie:

— Świętość jak ten wasz skarabeusz. Nawet, jak kto umie czarować, nigdy tego nie robi.

— Tere fere. Sam widziałem, jak te dwie z więzienia próbowały.

— To one są czarownicami? — Zapytałam bez sensu, bo bezproblemowo rozpoznałam koleżanki.

— No. Bardzo groźnymi.

Popatrzył na mnie zagadkowo:

— Może byś złamała zasadę i niewinnie poczarowała?

Poczułam się tak, jakbym rzeczywiście potrafiła. Wprawdzie byłam Frida of Cannabis, ale jak dotąd zrewitalizowałam gołębia i trochę polatałam. Nie miałam ochoty kompromitować się przed bezgłowym ani się dekonspirować, bo co by było, gdyby się okazało, że jednak coś potrafię?

— Czemu się boicie czarownic? Mogłyby wam przywrócić normalną postać.

— My mamy normalną postać, nie chcemy innej. „Jeść i pić” — co za obrzydlistwo!

— No to gwiazdy wyczarować.

Podrapał się nad okiem.

— Bo ja wiem? Może Hofman ma rację…

— Powiem ci w tajemnicy: ma. Sama widziałam.

— To, że widziałaś, wcale nie znaczy, że gwiazdy istnieją.

— Dla was nigdy nie będą istnieć. Żeby je zobaczyć, trzeba wyściubić nos z tych korytarzy…

Wstał i narysował wokół fotela kredowy okrąg.

— Na wszelki wypadek. Nie wiem, co ci strzeli do głowy.

— Mówiłam, że nie jestem czarownicą.

— Kto cię tam wie…

Kiedy trzy godziny potem poszedł przypilnować swoich podwładnych, postanowiłam, że pod byle pretekstem opuszczę jego lokum. Przebywanie z gnomem, niezależnie czy w danej chwili jest samcem, czy samicą, wiązałoby się z ryzykiem dekonspiracji.


Trzy dni po uwięzieniu Emma postanowiła, że skorzysta z odwiecznego prawa i ucieknie, a przynajmniej będzie próbować. Przez następne dziesięć obmyślała sposób wydostania się z wieży i w końcu doszła do wniosku, że w jej obecnej sytuacji nie obowiązuje zakaz latania i zakaz czarowania. Początkowo chciała zamienić swojego smoczka w byka o potężnych rogach i pozwolić, żeby staranował pleksiglasową osłonę; była jednak zbyt przywiązana do swojego znamienia, a poza tym obawiała się, że nie będzie mogła przywrócić stworkowi pierwotnej postaci.

W sobotę wypchała skarpetki starymi gazetami, zrolowała poduszkę i przykryła ją pikowanym kocem. Spojrzała na ramię — na widok jaszczurki uśmiechnęła się i wypowiedziała zaklęcie „apis transmutum”. Powiedziała niezbyt dokładnie — zamiast w pszczołę zmieniła się w czarnożółtą osę.

Około czternastej zielony kalifaktor przyciągnął aluminiowy wózek z jedzeniem. Kartofle, gotowana marchewka i kawałek żylastej wołowiny. Wszystko polane sosem o smaku mąki (pisałam już, że mieszkańcy podziemia nie musieli jeść ani pić; sztuka kulinarna była im całkowicie obca).


Panna Winter usiadła na ścianie obok miejsca, w którym były drzwi. Strażnik odsunął pleksiglas i nie zachowując ciszy, wyjął olbrzymi klucz. Ledwo go przekręcił, kiedy obok stosu fajansowych talerzy przeleciał jakiś owad. Trochę to zdziwiło bezgłowca, bo pod ziemią nie było niczego brzęczącego, ale ponieważ intrygujące bzzz trwało dość krótko przeszedł nad tym do porządku.


Korzystając z nieobecności gnoma, wyszłam z jego mieszkania i powędrowałam tam, gdzie stała świątynia. Po drodze mijałam całe zastępy zielonych i uczniów z mojej szkoły. Każdy miał „opiekuna”, który pilnował czy uczeń nie próbuje zachowywać się niewłaściwie. Niewłaściwie z punktu widzenia tutejszych mieszkańców, którym odpowiadało podziemne status quo i stukanie w kamienną posadzkę. Ja szłam sama, ale jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pomyślałam, że jakby co, powiem o znajomym nadzorcy strażników. Miałam nadzieję, że Polifem jest tutaj kimś ważnym i wszyscy się z nim liczą.

Po drodze myślałam jak się stąd wydostać. Sądząc po tym, że leciałam w dół prawie dziesięć minut, ta kraina musiała być głęboko w ziemi. Ale przecież wieżowi strażnicy jakoś wychodzą na powierzchnię. Postanowiłam, że wrócę do mojego gospodarza, delikatnie go wybadam i dopiero potem zastanowię się nad sposobem uwolnienia Emmy i Georginy.


Kiedy była niedaleko świątynnego budynku obok jej głowy przeleciała niewielka osa. Hermiona uchyliła się, bo miała wrażenie, że owad leci prosto w jej czoło. Doszła na wysokość marmurowego postumentu, odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku mieszkania Polifema. W myślach układała sobie, jak wydobędzie od gnoma informację o wychodzeniu na powierzchnię, ale tak, żeby nie wzbudzić podejrzeń poczwary.

Osa wróciła i zataczała obok dziewczynki coraz mniejsze kręgi. Potem wystrzeliła do przodu, jakby wskazując kierunek marszu.

Hermiona uznała, że zachowanie fruwającego zwierzątka nie jest przypadkowe i poszła tam, gdzie leciał owad. Po kilkunastu metrach znalazła się w korytarzu oświetlonym przygaszoną, niedużą lampką.

Owad usiadł na ziemi i zaczęła się wydobywać  z niego wąska stróżka zielonego dymu. Po chwili dym zaczął nabierać ludzkich kształtów i Emma, przywrócona do pierwotnej postaci, stanęła przed panną Greenwood.

— Udało się… — Powiedziała, dotykając ramienia.

Zaskoczona Amanda nawet nie pomyślała, że jedna trzecia planu została już wykonana. Teraz trzeba tylko uwolnić Georginę Chadwick, okrrropnie złą czarownicę i znaleźć wyjście na powierzchnię.

— Ćśśś. Gdzie ona jest? — Szeptem zapytała Emma.

— Na samym dnie.

— Niżej już chyba nie można…

— Na samym dnie więzienia.

— Niedobrze. Trzeba będzie przejść cały budynek. Chyba sobie nie wyobrażasz, że ją tutaj zostawimy?

— Nie. To jak?

— Ja się mogę zmienić w pszczołę. Ciebie zmienię w zielonego.

— Lepiej w znaczek pocztowy. Szkoda, że nie ma z nami Vladislava — on by powiedział „petrus transmutus” i wsadziłabyś mnie do kieszeni.

— Przecież w kombinezonie nie ma kieszeni!

— To co zrobimy?

— Zamienię się w strażnika. Ciebie transmutuję w rottweilera.

— A jak mi to zostanie?

— Nie bój się. Tylko masz być potulna, bo nie mamy kagańca.

W końcu Amanda zgodziła się zamienić w psa.

Emma pogłaskała smoczka, zacisnęła powieki i mruknęła coś przez zęby. Po chwili otoczył ją obłok pary i dało się wyczuć okropny smród.

Hermiona poruszyła wszystkimi czterema łapami i przysunęła się do ściany. Panna Winter wyglądała okropnie. Morda wyrastała jej pomiędzy obwisłymi piersiami, szal bezwładnie zwisał po bokach, a kurtka wydzielała zapach proszku vizir.

— Chyba coś pokopałaś — szczeknęła Amanda.

— Chyba. Pierwszy raz zamieniam się w gnoma.

— Gnomicę.

— To bez znaczenia. Chodź, założę ci smycz.

— Jak uwolnimy tę Chadwick?

— Nie gadaj tylko myśl. Po drodze się zastanowię.

Musiała być głęboka noc, bo lampy w korytarzu ledwo świeciły i tylko budynek świątyni rozświetlał ciemność.

Hermiona nie miała kagańca, ale całkowita potulność wydała jej się nieco podejrzana. Zaczęła intensywnie przebierać łapami zmuszając transmutowaną Emmę do przyspieszenia kroku.

Po chwili zobaczyła wyłaniające się z mroku bezgłowe postacie. Wszyscy biegli w kierunku przeciwnym do jej marszu i nagle w korytarzu zrobiło się dość ciasno. Emma gwałtownie szarpnęła i przywarła do ściany.

— Gina! — Krzyknęła do postaci przelatującej obok nich na szczotce do zamiatania.

Miss Chadwick nagle się zatrzymała, aż powietrze zadrżało.

Kiedy obok dziewczynek zrobiło się prawie pusto, młoda czarodziejka opadła na ziemię.

— Wskakuj! Szybko!

Emma odpięła smycz i bez zastanowienia wskoczyła na stylisko. Rozległ się gwałtowny strzał, jakby ktoś wystrzelił z korkowca i szczotka z pasażerkami zniknęła w ciemności.

Hermiona zaczęła ile sił w łapach gnać za uciekającymi koleżankami. Dogoniła je w jakimś ciemnym korytarzu i stanęła obok, dysząc z jęzorem wywalonym na zewnątrz. Smoczyca przyjęła już dawną postać, a Georgina zdjęła z głowy czerwone wiadro. Na widok rottweilera całym ciałem przywarła do ściany.

— Spoko, to tylko Greenwood. Trzeba ją odczarować.

Gina nie zareagowała, więc Emma coś pomruczała i Amanda pozbyła się sierści.

— Dobra. Jesteśmy w komplecie.

Trzymając się za ręce, poszły tam, gdzie było całkiem ciemno.

— Miło, że jesteś. — Powiedziała Hermiona.

— Przestań.

— Jak uciekłaś? Sprzątali twoją celę?


Przed kolacją panna Chadwick zrolowała kraciasty koc, na niewielkiej kartce napisała „do wymiany” i zmieniła się w zakładkę leżącą między stronami „Tajemnicy siedmiu zegarów”. Kiedy strażnik przyniósł jej wieczorny posiłek, to zabrał książkę, która była z jego prywatnej biblioteki. Położył ją obok krzesła i jak zmiłowania czekał swojego zmiennika. W końcu się doczekał i włożywszy książeczkę do kieszeni, poczłapał do domu. Georgina, kiedy tylko znalazła się poza celą, chciała przybrać właściwą postać, tym bardziej że stronice książki lekko ją uwierały; pomyślała jednak, że lepiej będzie znieść trochę niedogodności i z zielonym opuścić budynek więzienia.

Mieszkanie poczwary składało się z trzech pomieszczeń. W jednym była sypialnia, zajmowana przez strażnika i jego „żonę” imieniem Kamasutra Hokusai, drugie pomieszczeniem gospodarczym, a trzecie salonem z dwoma regałami. W regałach stały „Jesień średniowiecza”, „Młot na czarownice”, płyty dvd z operetkami i cała seria kryminałów Agathy Christie.

Strażnik pocałował partnerkę (albo partnera) nad okiem i powiedział, że idzie spać.

Zieloni wprawdzie nie jadali, ale koniecznie musieli regenerować siły.

Przechodząc obok regałów, gnom niedbale odłożył pożyczoną Georginie książkę.

— Jak było? — Zapytała „żona”.

— Nie wiem, czy jest taka zła. Leży i czyta.

— Co innego ma robić? Długo będziesz pilnował?

— Ona ma bezterminowe odosobnienie.


Kiedy zostałam sama — opowiadała Georgina — wciśnięta między Don Giovanniego i Traviatę myślałam nad tym, co teraz zrobię. Musiałam coś zrobić. Nadszedł czas, żeby zostać panią własnego losu. Mniej więcej godzinę po odstawieniu mnie na półkę powiedziałam „raz kozie śmierć” i wróciłam do dawnej postaci. Nie miałam innego wyjścia, tylko rozepchać płyty, które z łoskotem pospadały na podłogę.

Kiedy rozcierałem obolałe kolano, do „salonu” weszła Kamasutra zaniepokojona niespodziewanym hałasem. Akurat sprzątała i trzymała w dłoni szczotkę do zamiatania. Spojrzałam na nią i wykorzystując zaskoczenie gnomicy rzuciłam się szczupakiem obalając ją na podłogę. Nawet nie wiecie, jakie twarda ciała mają. Nad niczym się nie zastanawiałam. Dosiadłam szczotki (można przecież latać na wszystkim) i nałożyłam na głowę czerwone wiadro. Potem uświadomiłam sobie, że to był dobry ruch, bo dzięki temu gnając jak oszalała, nie nabiłam sobie guza. Kiedy zieloni zobaczyli mnie lecącą wzdłuż korytarza, zaczęli rozstępować się na boki i uciekać.

Leciałam bez ładu i składu. Nie wiedziałam gdzie. Usłyszałam, jak Emma wymawia moje imię.

— Dobra. Jesteśmy w komplecie. Musimy jakoś stąd wyjść.

— Jakoś, jakoś… To nie bułka z masłem.

Miałam nadzieję, że koleżanki widziały gdzieś windę. Ale nie. Musiałyśmy znaleźć inny sposób opuszczenia Podziemia.

— Skąd się tu wzięłyście?

— Nic nie wiesz? Pod wieczór zrobiło się bardzo ciemno. Jak Iwonka wyjrzała przez okno, to zobaczyła, że jesteśmy w brzuchu jakiegoś wielkiego ptaka. Tak powiedziała. Potem zaczęły spadać ogniste kule i wszystkich ewakuowali. Zaprowadzili nas do Iglicy i powiedzieli „róbta, co chceta. Tylko do szkoły nie wracajcie”.

Wtedy przypomniałam sobie przepowiednię o zniszczeniu Bimbeloru. Podzieliłam się swoją wiedzą z koleżankami — słuchały z niedowierzającym zainteresowaniem.

— O wszystkim wiedziałaś i nikogo nie ostrzegłaś?

Wzruszyłam ramionami:

— Kto by się przejmował jakimś starym notesem…

— Pokaż!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.07