E-book
13.65
drukowana A5
41.19
Hermiona

Bezpłatny fragment - Hermiona

część trzecia


Objętość:
176 str.
ISBN:
978-83-8221-284-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.19

W CZĘŚCI DRUGIEJ: Po wyjściu z Podziemia Hermiona razem z Anią Muhle wędruje do siedziby Gackowskiego — Nietoperza.


[…] Cały czas łypał na Anię. Zresztą zdawało się, że patrzy tylko na nią:

— Ciebie już chyba widziałem…

Ania poczerwieniała i zaprzeczyła ruchem głowy:

— Nie można wykluczyć, chociaż to mało prawdopodobne. Chyba że we Fledermaus Palast…

— Byłaś tam?

— Zdarzyło się… Teraz też tam idę. Z tą… moją przyjaciółką. Ona ma coś do zrobienia…

— Dzisiaj to już chyba nie pójdziecie. Zaraz się zrobi szaro.

— I tak nie wiemy, jak dalej iść. — Anna spojrzała na Odwrotnego z nadzieją i wyczekiwaniem.

— Ooo… Co to to nie. Ja was nie zaprowadzę. Zresztą teraz już prosto. Za tą kępą wysokich traw. Jakbym się tylko pojawił u pana Gackowskiego, to zaraz by mi znaleźli jakieś zajęcie, a ja chcę mieć jeszcze trochę wolnego.


CIĄG DALSZY


No więc poszły same. Tak jak mówił Rewersus, po minięciu trawiastego kopca znalazły się na łące przypominającej lądowisko dla helikopterów. W odległości siedemdziesięciu metrów od niego wystawał z ziemi okrągły, złocisty dach, który błyszczał jak rubin. To musi być ta pięciogroszówka — pomyślała Hermiona. Wbrew temu, co mówił pan Odwrotny, od razu nie zrobiła się noc więc przyjaciółki energicznie poszły do wystającego z ziemi budynku.

Kiedy słońce zupełnie zaszło, zbliżyły się do drewnianego mostu. Dopiero wtedy Hermiona zobaczyła, że to, co wydawało jej się położoną na łące metalową płaszczyzną, było dachem okrągłej wieży zbudowanej w olbrzymim dole.

— Mam nadzieję, że nikogo nie spotkamy. — Powiedziała Ania. — Musimy zachować ostrożność.

Pomruczała i jej twarz nabrała koloru ogórka.

— Co się śmiejesz? Wyglądasz tak samo.

Spojrzałam na swoje ręce.

— Pamiętaj… Jesteś… pracownicą przepompowni.

— ?

— Jak pada, trzeba wypompować wodę. Nie wsiąka.

Bez przeszkód doszłyśmy do niewielkich drzwi.

— Musimy uważać. Wszyscy tu mnie znają.

Ania pociągnęła Hermionę w boczny korytarz, który zdawał się tajemnym przejściem. Od razu zrobiło się ciemno i Amanda musiała macać schody stopami. Z jednej strony wiła się metalowa barierka, a z drugiej była pozbawiona okien kamienna ściana.


Ufałam Ani. Ona przecież tutaj mieszkała i pewno doskonale orientowała się w tych zakamarkach. Byłam przekonana, że prowadzi mnie w jakieś całkiem bezpieczne miejsce. Nie myślałam o spotkaniu z Fledermausem, chociaż teraz wydawało się nieuniknione. Z jednej strony chciałam się z nim widzieć, a z drugiej było mi wszystko jedno. No i nie przypuszczałam, jak takie spotkanie może wyglądać.

— Spać mi się chce.

— Spoko, coś znajdziemy.

Zza zakrętu dały się słyszeć jakieś głosy.

— Uważaj! — Powiedziała de Burbon. Jakby cię pytali,  nic nie mów!

Po chwili naprzeciwko dziewcząt pojawiło się kilka zielonych stworów. Wyglądali jak normalni ludzie tylko byli w kolorze świeżych ogórków.

Ania z nieco znudzoną miną przeszła obok i otworzyła drzwi po prawej:

— Narzędziownia. Tutaj co kilkadziesiąt metrów są takie pomieszczenia.

Podniosła z ziemi plastikową skrzynkę wypełnioną śrubokrętami, obcążkami i kauczukowymi podkładkami:

— Weź.

Popatrzyła na Hermionę z wyraźnym zadowoleniem:

— No, teraz wyglądasz jak hydraulik! Znajdź jakąś rurę i udawaj, że naprawiasz. Nikt cię nie powinien zaczepić.

Odwróciła się na pięcie i poszła przed siebie. Po trzydziestu minutach wróciła — powiedziała, że znalazła miejsce, w którym mogę przeczekać noc.

Zaprowadziła koleżankę do niezbyt dużego pokoju zajmowanego przez jedną kobietę pracującą w kuchni:

— Oni muszą normalnie jeść.

— Nie mogą wyczarować owsianki?

Ania pokręciła głową:

— Gackowski zabrania czarować.


Słowa panny Muhle nieco mnie zastanowiły, ale wszystkie wątpliwości tłumaczyłam tym, że Anna, jako mieszkająca u Fledermausa wie, co mówi. Z jednej strony jej słowa, a z drugiej słowa studenta, pana Rewersusa i wygląd panien z Awinionu. „Gackowski zabrania czarować”. Logiczne. Boi się, żeby czarami ktoś nie zrobił mu krzywdy. Mimo wszystko powstało w moim umyśle pytanie, które wtedy nie wydawało się istotne. Teraz wiem, że słowa Ani powinny mnie zaniepokoić, ale byłam tak zaaferowana nową sytuacją, że nie potrafiłam wyciągać rozsądnych wniosków. Zresztą na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie to, że to były po prostu słowa, pozbawione wtedy jakiegokolwiek znaczenia. Takie, za którymi nie szły czyny, no, bo jakie?


Kwatera kucharki to była zwyczajna jednopokojowa klitka z oknem wychodzącym przy drewnianym mostku, łączącym płaski teren z galeryjką pod mosiężnym dachem.


Nad ranem Ania gdzieś znikła. Po dwunastu minutach wróciła i ocierając pot z zielonej twarzy, powiedziała:

— Chodź. No chodź.

— Bez śniadania?

Pomyślała, że nie daje się miski grochu niewolnikowi prowadzonemu na targ i z wyraźnym zniecierpliwieniem postawiła przede mną talerz manny:

— Jedz i idziemy!

— Gdzie?

— Zobaczysz.


Zaprowadziła mnie do rzęsiście oświetlonego korytarza przed masywne, dębowe drzwi. Energicznie zapukała i wprowadziła do dużego pomieszczenia przypominającego stołówkę w Szkole Kształtowania Niezwykłych Umiejętności. Z ozdobionego kasetonami sufitu patrzyły na mnie wyrzeźbione w drewnie głowy — dopiero po chwili zauważyłam, że przy witrażowym oknie stoi manuał organów, których posrebrzane rury wisiały pod sufitem. Siedzący przy klawiaturze chłopak, szczelnie owinięty czarną peleryną, początkowo nie zwrócił na nas uwagi, ale gdy Anna znacząco chrząknęła, przestał grać i odwrócił się w naszym kierunku.

— Przyprowadziłam tę zdradliwą bździągwę. Pamiętaj, że to bardzo potężna czarownica.

Słowa de Burbon za bardzo do mnie nie dotarły, bo domyśliłam się, że jestem przed obliczem Fledermausa. Gackowski był tłusty, miał małe oczka i przypominał nieruchawego buldoga. Okrywająca jego ramiona peleryna wcale nie przypominała skrzydeł nietoperza. Uśmiechnął się złośliwie i zauważyłam na jego twarzy ślad euforii. Wyglądał tak, jakby chciał mnie zjeść.

— No, oliwa sprawiedliwa…

Anna rozpłynęła się w powietrzu i zostaliśmy sami.

— Kto ci pozwolił siadać?

— Ty jesteś Nietoperz? — Zapytałam całkiem bez sensu.

— Zamilcz! Tutaj ja zadaję pytania! Mogę dokończyć porządki na płaskowyżu. Nie podchodź! Czytałem przepowiednię i mogę nią tyłek wytrzeć!

— Przed przeznaczeniem się nie ucieknie!

— Nie odzywaj się! Za bardzo pyskujesz!

Podszedł do ozdobnego stołu, na którym walały się resztki jedzenia i nacisnął czerwony przycisk. Po chwili niemal bezszelestnie do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn i jedna kobieta. Gestem dłoni Gackowski pokazał im, że mają stanąć obok drzwi.

— Twoje czarowanie nic nie pomoże. Tutaj nie wolno czarować, zresztą czary to bujda.


Fledermaus wiedział, że najgorszy ten pierwszy raz i nie chciał przekraczać niewidzialnej granicy, za którą coś, co wydaje się niewyobrażalne, staje się codziennością. Już dawno postanowił pozbyć się Amandy Greenwood i kiedy nie udało mu się unicestwić jej na płaskowyżu, ogarnęła go złość na samego siebie i zaczął wymyślać inny sposób zneutralizowania dziewczyny. Jedyne, co przyszło mu do głowy to rozkazanie Annie Muhle, żeby sprowadziła znienawidzoną uczennicę do jego siedziby. Miał obawy co do skuteczności swojego planu, ale nie potrafił opracować innego.

Wiedział, że kiedyś nastąpi spotkanie z „tą Greenwood” twarzą w twarz, ale nie myślał, jak powinien się wtedy zachować. Podczas takiego spotkania będzie miał przewagę własnego terenu; ta młoda czarodziejka na pewno będzie się czuła zagubiona.

Wezwał ochroniarzy i zieloną strażniczkę woląc dmuchać na zimne.

— Może mi powiesz, co z tobą zrobić? Zamienić w pijawkę?

Zielona bez pytania skinęła głową:

— Przywiązać na samym dnie, a jak zacznie padać, to się utopi…

Moja śmierć była cienką, czerwoną linią, której przekroczenie uczyniłoby zabijanie rzeczą najłatwiejszą pod słońcem. Właśnie tej linii nie chciał Gackowski przekraczać.

— Nie. Nie jestem okrutny. Nie chcę, żeby widziała, jak poziom wody podnosi się do jej nosa. Nawet niczego sobie noska…

— Przemalować i zatrudnić w serwisie sprzątającym. Albo w kuchni!

Fledermaus pokręcił głową:

— Może dosypać coś do jedzenia.

Nie wiadomo czemu byłam przekonana, że rzeczy ostateczne mnie nie dotyczą. Teraz wiem, że dotyczą i jako umarlak miałabym z pewnością bardzo zdziwioną minę.


Szybki w witrażowym oknie wyraźnie zbladły — przestały rzucać na kamienną posadzkę kolorowe błyski. Hermiona poczuła nagły przypływ energii. Gdyby nie to, że była sama, a ich pięcioro, z pewnością podjęłaby jakieś kroki w celu zmiany niefortunnego położenia. Szybko ogarnęła sytuację i uznała, że obojętna uległość jest teraz najwłaściwsza; z jej zdaniem i tak nikt by się nie liczył. Należała do osób, które w obliczu niekorzystnych obrotów fortuny zastanawiają się jak te obroty zmienić, a nawet nie tylko się zastanawiają, ale działają (czasami impulsywnie). Na nią samotność w towarzystwie obcych ludzi działała jak zerwany hamulec bezpieczeństwa i powodowała szczególną jasność umysłu.


Gackowski nadal nie wiedział, co zrobić z dziewczyną. Zabicie jej byłoby najszybszym i bezproblemowym wyjściem, ale Nietoperz brzydził się zabijaniem, zwłaszcza takim, które przyszłoby bardzo łatwo. Wystarczyło tylko wydać odpowiednie polecenie. Z góry odrzucił pozbycie się Amandy w ten sposób. Chciał odłożyć podjęcie koniecznej w tej sytuacji decyzji:

— Zaprowadźcie ją do więzienia.


Idąc do celi, dziewczyna miała okazję przyjrzeć się strażnikom; oczywiście na tyle na ile pozwalały emocje. Ci tutaj wyglądali zupełnie inaczej niż stwory z podziemia, to znaczy wyglądali całkiem normalnie, tylko mieli zieloną skórę — miejscami fioletową jakby pokrytą olbrzymimi siniakami.


Prowadzili Amandę wąskim korytarzem w trzech miejscach przegrodzonym masywnymi, stalowymi drzwiami. Przed każdymi Hermiona musiała się zatrzymać i stanąć twarzą do ściany. Strażniczka otwierała drzwi, a potem popychała więźniarkę w ich kierunku. Na końcu korytarza były kolejne, ozdobione dość dużym judaszem przesłoniętym metalową klapką. W końcu dziewczyna znalazła się w swojej celi.

— Hej, co ze mną będzie???

Zieloni nie odezwali się ani słowem.

— Chyba powinnam wiedzieć, jak długo będziecie mnie trzymać!

Drzwi zamknęły się z trzaskiem i było słychać, jak przesuwają się żelazne sztaby.

Straciłam okazję porozmawiania z Fledermausem i nie wiadomo, kiedy będę mogła przedstawić mu swoje poglądy. Tłumaczyłam sobie, że przy pierwszym widzeniu było to niemożliwe, bo Gackowski nie pozwalał na swobodną wypowiedź. Zresztą byłam tak zaskoczona zachowaniem panny Muhle, że najchętniej stałabym przed Nietoperzem z otwartymi ustami.


Pierwszego dnia Hermiona obudziła się dość późno. Śniło jej się, że jest w Porkcity, stoi na długim moście, którego drugi koniec niknie w krzakach porastających brzeg jej ulubionej wyspy Borninsel. Z mostu schodzi do promu i jako jedyna pasażerka zawija do przystani na brzegu. Wyspa jest mała, nawet bardzo mała. Kształtem przypomina nieforemną brzoskwinię; z jednej strony plaża, pośrodku łąka z budynkiem mleczarni, a z drugiej jakieś miasteczko z niskimi, pastelowymi domkami. Przy głównej ulicy pełno pizzerii — każda z grafikami oprawionymi w aluminiowe ramy.


W poniedziałek obudziła się bardzo wcześnie. Zawsze wstawała bardzo wcześnie, ale dzisiaj to już lekka przesada. 450. To oznaczało, że letni dzień, i tak długi, będzie trwał jeszcze dłużej. Dziewczyna miała nadzieję, że po zjedzeniu obiadu zrobi się senna i utnie sobie popołudniową drzemkę, która będzie trwała do wieczora.

Koło ósmej strażniczka przyniosła jej kubek czarnej kawy i cztery kromki chleba posmarowanego dżemem truskawkowym.

To bardzo perfidny sposób znęcania się nade mną. Od razu powiedziałam, że nie znoszę dżemu truskawkowego. Zieloni jakby ogłuchli i codziennie dawali mi truskawki pod różną postacią. A ja toleruję te owoce jedynie w stanie naturalnym, z cukrem i śmietaną. Na podwieczorek przynosili mi truskawkowy kisiel. Dobrze, że nie wspomniałam o arbuzach, bo pewno dawaliby mi zupę arbuzową.

Stawiając na niewielkim taboreciku tacę z jedzeniem, zielona położyła na ziemi książkę „Żydowska narzeczona” i wyjęła z półki zbiór opowiadań Trumana Capote’ a.

Daję słowo, jeszcze nigdy nie przeczytałam tylu książek, co podczas pobytu w więzieniu. Niektóre pochłaniały mnie bez reszty (nie pozwalając na poobiednią sjestę), a inne czytałam tylko dlatego, że skoro zaczęłam, to wypadało skończyć, zresztą nie miałam tu do roboty niczego sensownego. Próbowałam przebrnąć przez conradowską „Smugę cienia” i ta niewielka pozycja była jedyną, której nie przeczytałam do końca. Zbyt przeintelektualizowana. Tak samo, jak filmy z kraju nad Wisłą.


Dla człowieka prowadzącego aktywne i niezbyt uporządkowane życie (z naciskiem na aktywne) tydzień samotności w zamknięciu wydaje się rokiem. Na początku Hermiona ustaliła jako tako sposób egzystencji w warunkach odosobnienia. Podzieliła czas pobytu na „do spaceru, do obiadu, po drzemce”. Najwięcej energii miała jak zwykle rano tylko, że wtedy nie robiła niczego konkretnego. Leniwie wykonywała poranną toaletę, szczególnie dokładnie myjąc zęby — na szczęście strażnicy dali jej niezbyt twardą szczoteczkę, szczotkę do paznokci i szare mydło w zielonym (jakżeby inaczej!) kolorze. Potem — nie czując trampka w ustach, siadała na posłaniu i bez większego zainteresowania kartkowała książkę. O ósmej jadła śniadanie — przez chwilę ogarniało ją zniechęcenie. Miała czas aż do spaceru. Początkowo rozpamiętywała okropność postępku Anny Muhle i była na siebie zła, że dała się w taki dziecinny sposób podejść. W końcu doszła do wniosku, że trzeba żyć do przodu i nie ma co rozpamiętywać wrednego charakteru rzekomej przyjaciółki; lepiej się zastanowić nad sposobem zmiany swojego położenia. Później był spacer — godzina chodzenia w kółko po placyku otoczonym wysokim, gładkim murem.

Któregoś dnia dziewczyna poprosiła o przyniesienie grubego zeszytu i kilku długopisów. Właśnie wtedy zaczęła spisywać swoje dotychczasowe przygody. (Niektórych zapisków nie musiałem tłumaczyć. Dokonałem tylko niezbędnych poprawek i odpowiednio wplotłem je w tekst, który opracowałem translatorsko).


Oprócz mnie na codziennym spacerze było też dwunastu innych więźniów. Wszyscy ubrani w jednakowe, zielone bluzy; niektórzy mieli wytatuowane ręce i ciemnoniebieskie kropki w kąciku lewego oka. Ci z tatuażami to według tutejszych kategorii szczególnie niebezpieczni recydywiści; spacerowali osobno, też w kółeczku tylko o wiele mniejszym i zawsze w pełnym słońcu. Pilnowało nas sześciu strażników w skórzanych kurtkach nabijanych ćwiekami — każdy trzymał na smyczy psa — rottweilera o bardzo żarłocznym wyglądzie. Wśród strażników rozpoznałam Helmuta Gutentaga — chciałam do niego podejść, ale jego pies zaczął niebezpiecznie warczeć i wykonał ruch do przodu, zmuszając mojego klasowego kolegę do wyciągnięcia ręki. Helmut chwycił psa za obrożę i trzymając zwierzę przy nodze, zbliżył się do mnie:

— Teraz nie mogę. Nie wolno rozmawiać z więźniami. Przyjdę po kolacji.

— ?

— Moja sprawa jak.

Hermiona ucieszyła się na takie dictum. Przebywanie w samotności i pozbawienie dłuższej rozmowy jawiło się jej jako szczególna uciążliwość.


Słowa Helmuta niezupełnie do mnie dotarły. Uświadomiłam sobie ich znaczenie dopiero w swojej celi i najmniejszy szmer dochodzący z zewnątrz kazał mi myśleć, że za drzwiami stoi Gutentag. Nie zastanawiałam się, że przecież on mógł być tym drugim szpiegiem Gackowskiego; we Fledermaus Palast pełnił bowiem nie byle jaką funkcję. Musiał być kimś znacznym albo w przeszłości oddać Nietoperzowi wielką przysługę. Został przecież jednym ze strażników. Jeszcze nie wiedziałam, że nie był zwykłym klawiszem, ale najważniejszym dozorcą, który doglądał więźniów, bo taki miał kaprys.

Helmut był człowiekiem, z którym nikt się w Bimbelorze zbytnio nie liczył — tutaj, doglądając osadzonych, mógł podnieść (we własnych oczach) swoją wartość. Czynności, które wykonywał, nie wymagały szczególnego intelektu; ograniczały się do sporządzania grafika dyżurów i uczestniczenia w naradach osób odpowiedzialnych za inne odcinki. Nie zamierzałam być zbyt wylewna i obdarzać szkolnego kolegę nadmiernym zaufaniem.


Podniecenie nie pozwoliło Hermionie na pełny poobiedni wypoczynek. Do wieczora próbowała skoncentrować się na jakiejś książce (biografia Izaaka Newtona), ale nie mogła skupić myśli. Była szczególnie wyczulona na dochodzące z korytarza odgłosy i kiedy tylko usłyszała jakiś szmer, podnosiła wzrok, wpatrując się w metalowe drzwi ozdobione okrągłym judaszem. Około dziewiętnastej usłyszała szczęk zamka i do celi weszła zielona kucharka, która bez słowa postawiła obok krzesełka tacę z wieczornym posiłkiem.

Znowu żółty ser — pomyślała dziewczyna. — Od tego podskoczy mi cholesterol.

Miała nadzieję, że zamiast dozorczyni w drzwiach pojawi się Gutentag. Nie chciała jeść, ale wiedziała, że z pustym żołądkiem nie zaśnie. Kiedy skończyła, zamek znowu zgrzytnął i w drzwiach pojawił się Helmut.

— No, nie mam teraz niczego do roboty. Skąd się tutaj wzięłaś?

Amanda powiedziała, jak uciekła z płaskowyżu i przyszła do Fledermaus Palast z Anną Muhle. Nie omieszkała obrzucić ją najgorszymi inwektywami:

— Myślałam, że Anka jest moją przyjaciółką. Owsianka i uratowanie z gniazda chybaorłów to nic w porównaniu z wydaniem mnie w ręce Gackowskiego!

— To Ania jest tutaj?

— Jest, ale niech ją piekło pochłonie!

Wiedziałam, że Helmut rzeczywiście podkochuje się w pannie Muhle, chociaż wydawało mi się to nieprawdopodobne. Ania, którą znałam ze szkoły, była całkiem przeciętną dziewczyną, nawet poniżej przeciętnej i tylko taki maślak jak Gutentag mógł zwrócić na nią uwagę. Zdawał sobie sprawę, że ze swoim wyglądem i wątpliwym intelektem może liczyć na przychylność jedynie takiej szarej myszki jak Anna. Chociaż z drugiej strony… Moje nastoletnie doświadczenie każe mi myśleć, że im kto bardziej przeciętny to zakochuje się w super dziewczynach.

Tym bardziej nie mogłam zrozumieć Helmuta, że (chociaż nie był odrażająco brzydki), zwrócił uwagę na najbardziej przeciętną uczennicę na płaskowyżu Bimbelrock.

— Ona na pięćdziesiątkę! Sama mi powiedziała!

— Nie mów…

— No! Chuda, pomarszczona i ma obwisłe piersi! Wygląda jak stara rajfura z rysunków Goi!

— A może… Może młodość to jej prawdziwa natura?…

— Wiesz, nie chce mi się o niej gadać! Jak długo będziecie mnie trzymać?

— To nie zależy ode mnie. Ja tu tylko sprzątam. To znaczy, robię, co mi każą.


Następnego dnia moje odosobnienie zostało nieco złagodzone. Co drugi dzień mogłam wziąć kąpiel, odebrać komplet świeżej bielizny i wyjść na dodatkowy spacer.

W środę, w porze obiadu w mojej celi zamiast kucharki, która codziennie przynosiła posiłek, pojawiła się gruba strażniczka i kazała mi założyć tenisówki. Pomyślałam, że przenoszą mnie do innego pomieszczenia — zgarnęłam z umywalki szczoteczkę do zębów.

— Zostaw. Nie będzie ci potrzebna.

Mimowolnie spojrzałam w okno. Po szkle spływały warkocze wody.

— Pośpiesz się, bo nie zdążę do przepompowni.

— Gdzie mnie prowadzisz?

— Szybko. Włosy uczesz.

Strażniczka zadzwoniła kajdankami i wyjęła kauczukową pałkę.

— Zaraz będzie obiad…

— Stul pysk! Wychodź! Przodem!

Zaprowadziła mnie do końca korytarza, a potem mówiła „w prawo, w lewo”. Stanęłam przed dębowymi drzwiami prowadzącymi do pokoju Gackowskiego.

— Zapukaj trzy razy i wchodź.


Na prawo od organów stał dodatkowy stolik, a na nim (w szklanych naczyniach) leżały różne egzotyczne owoce. Gackowski nie był taki euforyczny i stanowczy jak za pierwszym razem.

Domyśliłam się, że Fledermaus nie ma ochoty spożywać posiłków w samotności – wcześniej nikogo do stołu nie zapraszał, bo z nikim nie chciał się spoufalać, a zielone stwory nie były zbyt inteligentne. Mogły co najwyżej bezrefleksyjnie wykonywać proste polecenia.

Sławomir nacisnął czerwony przycisk i ręką pokazał stolik z owocami.

— Siadaj.

Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć mu się całkiem świadomie. Był rzeczywiście — jak powiedziałby pan Sienkiewicz — podłego wzrostu, miał krótkie włosy w kolorze dojrzałej pszenicy, dłonie ozdobione niezwykle długimi palcami, nieco pałąkowate nogi, był piegowaty i zdaje się, cierpiał na bielactwo; jego brwi były tak jasne, jak czupryna. Twarz okrągła i małe świńskie oczka z czerwonymi tęczówkami. Bladość cery podkreślał czarnym strojem przypominającym roboczy strój pracownika zakładu pogrzebowego.

— Dostaniesz obiad, tylko musisz mi obiecać, że nie będziesz czarować.

— Podobno czary tu nie działają…

— … Oczywiście.

Gackowskiemu się zdawało, że jako „potężna czarownica” mogę sprawić, że całkiem niemagiczne pomieszczenie z łatwością zamieni się w gabinet iluzjonisty.

— Zobacz. Ten strażnik dostał polecenie, że jakby co, ma cię unicestwić. Najmniejszy fałszywy ruch i wsadzi ci nóż między żebra.

Miałam nadzieję, że wreszcie zjem coś innego. Posiłki, które mi codziennie przynoszono, nie były zbyt wykwintne. Z reguły ziemniaki, jakaś surówka, schabowy lub mielony. Do tego nieodmiennie zupa pomidorowa. Raz w miesiącu kluski z serem albo fasolka po bretońsku.

Hermiona usiadła przy jednym końcu prostokątnego stołu i odsunęła od siebie szklaną paterę z kawałkami ananasa („z puszki”). Gackowski odpiął kołnierzyk i zajął miejsce po drugiej stronie.

— Możesz mówić. Wiem, pyskata jesteś, ale mam nadzieję, że nie przesadzisz.

Wzruszyłam ramionami i nieco ośmielona zapytałam:

— Tutaj naprawdę czary nie działają?

Gackowski popatrzył mi w oczy i wymownie spojrzał na zielonego.

— Sama się przekonaj. Spróbuj go zmienić na… seledynowego.

Nie pamiętałam żadnego zaklęcia na zamianę kolorów. Wydedukowałam, że to powinno być „color transmutum z zielonego na seledynowy”, powiedziałam to na głos, ale nic się nie stało.

— Widzisz? Może jeszcze? Do trzech razy sztuka.

Tym razem postanowiłam zamienić kiwi w mandarynkę. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, żeby przewidzieć nieskuteczność moich zaklęć.

Po kilku minutach gruba kobieta wtoczyła do gabinetu aluminiowy wózek z tacą, na której były dwa talerze krupniku i dwa płaskie… ze schabowym. Zrobiłam nieco kwaśną minę, bo liczyłam, że zjem coś innego. (Od tłumacza: krupnik był zupą, której pani Granger nie lubi od czasu, kiedy wyłowiła z talerza ugotowany, koguci łeb).

Kelnerka nie położyła przede mną sztućców. Kiedy Gackowski pochylił się nad zupą, spojrzałam na leżącą obok talerza serwetę i ona zaczęła lekko falować (tak mi się zdawało). Po chwili zaczęły się materializować nóż, widelec i łyżka z rzeźbionym trzonkiem. Już byłam gotowa uznać, że magia tutaj naprawdę nie działa, kiedy ta materializacja zmieniła wszystko. Chwyciłam łyżkę, żeby Fledermaus nie zauważył rzeźbionej rękojeści i zaczęłam jeść.


Z czasem Hermiona zapomniała, że Gackowski ma nad nią pełnię władzy. Pozwalała sobie na swobodę zachowania, ale kiedy uświadamiała sobie, że Fledermaus może zrobić z nią, co tylko zechce, od razu zajmowała pozycję pełną uległości. On też częściej pokazywał swoją prawdziwą naturę, chwilami zapominając, że jest panem i władcą.

Panem i władcą tutaj.


Musiałam zrewidować rozkład dnia, dodając do niego wizyty u Sławomira. Niech was nie dziwi, że mówię o Fledermausie używając jego prawdziwego imienia, ale z powodu częstości wzajemnych kontaktów doszło między nami do niejakiej konfidencji. On też przestał mówić do mnie „ty” i nazywał po imieniu.

Po tygodniu wspólnych obiadów wydawało mi się, że „złapałam Pana Boga za nogi”.

Zdaje się, że Nietoperz lubił moje towarzystwo, bo jak dotąd jadał w samotności. W zakamarkach mózgu kołatała mi nawet myśl, że mogłabym wykorzystać całą tę sytuację do ucieczki z „pałacu.” O ile przy odrobinie planowania ucieczka nie stanowiłaby większego problemu, to zupełnie nie wiedziałam, co miałabym robić potem. W końcu doszłam do przekonania, że dalej jakoś to będzie. Nie zastanawiałam się nad tym „jakoś”, choć podejrzewałam, że z chwilą odzyskania wolności wpadnę w czarną dziurę.

Ogarnęło mnie samozadowolenie. Samozadowolenie z sytuacji, w której obecnie się znajduję. W miarę „jedzenia” rósł apetyt na ucieczkę. Ucieczka była celem, za którym stała pustka i brak jakichkolwiek pomysłów. Człowiek zadowolony z siebie pewne rzeczy wykonuje niewłaściwie. Przecież łatwo wejść na górę; gorzej z niej zejść i się nie połamać (ciekawe, co na to himalaiści).


W czwartek Hermiona z niecierpliwością czekała na zieloną, która zaprowadzi ją na obiad. Około trzynastej trzydzieści pojawiła się strażniczka, która bez słowa podprowadziła ją pod gabinet Nietoperza. Fledermaus odsunął poplamiony sosem talerz i popatrzył na zieloną stojącą przy drzwiach. Rozparł się w fotelu i miętosząc w dłoni papierową serwetkę, powiedział:

— Opowiedz mi swoją historię.

Opowiedziałam. Oczywiście nie wszystko; tylko tyle, żeby zaspokoić jego ciekawość. Moje opowiadanie przypominało bardziej urzędowy, nudny życiorys, wyprany z jakichkolwiek emocji. Nie do końca, bo kiedy uświadomiłam sobie, że opowiadanie typu „urodziłam się wtedy, a wtedy w rodzinie… w roku tym, a tym…” to zaczęłam mówić o swoich dziecięcych fascynacjach budowania wyimaginowanych toalet i zainteresowaniu światełkiem w oknie Kubusia.

Gackowski nie wiadomo dlaczego uznał, że teraz jego kolej i powiedział o sobie.

Jego „życiorys” to było pomieszanie rzeczywistości z fantazją i pobożnymi życzeniami.


Urodził się w Sawmill Mountain, gdzie jego ojciec był górnikiem, a matka pracowała w tej samej kopalni w dziale planowania. Tam jego starzy poznali się, pokochali i spłodzili go w ceglanym bloku kilka kilometrów dalej. Kiedy miał niespełna dwa lata przeprowadził się z rodzicami do Oftenhides, a w zasadzie dziesięć mil od tej miejscowości i tam tak naprawdę zaczęło się jego dzieciństwo. Nie wykazywał żadnych ponadnormalnych zdolności; był zwyczajnym chłopczykiem, który razem z innymi robił pieczonki i wino z chabrów. Miał tylko niezwyczajną fantazję — często wyobraźnia nie pozwalała mu zasnąć, mimo uporczywego wpatrywania się w olbrzymi księżyc, który nigdy nie wylądował i intensywnego myślenia o klasowej koleżance Ewie. Myślenie o koleżance powodowało, że zaczął sypiać z rękami pod kołdrą. Zakładał swoim zbereźnym myślom wędzidło; trzeba przyznać, że nigdy nie wyobrażał sobie pomieszania ciał. Dopiero pod koniec podstawowej edukacji (to było już w Oftenhides) odkrył, że ręce pod kołdrą mogą rozładować narastające napięcie.

Kiedy rozpoczynał naukę w szkole średniej, miał przeczucie, że wydarzy się coś nadzwyczajnego. Nie czekał na jakieś cudowne wydarzenie; na początek postanowił się zakochać. Kiedy jego wybranka po trzech dniach przeniosła się do innej klasy, on przeniósł swoje uczucia na jej imienniczkę — dziewczynę (jak sam twierdził) najpiękniejszą pod słońcem.

Przyjrzałam mu się inaczej niż dotychczas. Jego bielactwo, podkreślane czarnym surdutem, świńskie oczka i pomalowane paznokcie przestały mieć dla mnie znaczenie. Ze słów Fledermausa wyłaniał się portret normalnego dziecka i nawet poczułam do niego odrobinę sympatii. Zwłaszcza kiedy opowiadał o swoich szczenięcych latach tak, jakby to był najpiękniejszy okres w jego życiu. Domyślałam się, że teraz w opowiadaniu nastąpi jakiś zwrot, bo doszedł już do momentu, w którym świat przestaje być jednoznacznie czarnobiały i problem, czy księżyc wyląduje, schodzi na plan dalszy.

Zakochał się i to była jego pierwsza miłość. Raczej nie miłość, tylko młodzieńcze zauroczenie. Nikomu o nim nie opowiadał i nawet jego najbliższy przyjaciel Thomas Pillow nic nie wiedział. On i Fledermaus, (który nie był jeszcze Fledermausem) byli jak papużki nierozłączki — siedzieli w jednej ławce, razem chodzili na lody i razem wracali do domu, ignorując czerwone trolejbusy przejeżdżające obok miejscowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej — uczelni, której skrót złośliwi rozszyfrowywali: wyposażenie seksualne politechniki. Oni o seksie nigdy nie rozmawiali — każdy bał się kompromitacji, zresztą seks jest ostatnim tematem do rozmów, bo bardzo łatwo przekroczyć granicę między przyzwoitością i wulgaryzmem. Woleli komentować ostatnio obejrzane filmy, przeczytane książki i zachowania nauczycieli. O dziewczynach nie rozmawiali. Zresztą rozmawiali tylko o tym, co im obu najbardziej odpowiadało. Jeżeli któremuś nie pasował jakiś temat, po prostu nie kontynuował rozmowy, albo kierował ją na inne tory. Co wcale nie znaczy, że przedstawicielki płci pięknej nie leżały w kręgu ich zainteresowań. Byli w wieku buzujących hormonów i nieświadomie tęsknili do bliskości z kobietami. Woleli jednak nie dzielić się swoimi przemyśleniami w obawie, że musieliby zweryfikować poglądy. Zresztą o gustach się nie dyskutuje.

Pod koniec drugiej klasy Sławek zaczął się poważnie zastanawiać nad wyborem dalszej drogi. Wiedział, że posiadanie świadectwa dojrzałości nie daje żadnych uprawnień. Skłaniał się ku medycynie, filologii i sztukom plastycznym. Dwie ostatnie możliwości od razu porzucił, bo nie chciał zamieniać pasji na zawód (tak, Gackowski nie jest taki jednoznaczny, jak Wam się wydaje; potrafi myśleć i to myśleć logicznie). Wybór medycyny — w tym przypadku jedynie właściwy — wcale mu się nie uśmiechał. Tym bardziej że przyszły Fledermaus nie darzył wielką atencją biologii. I jeszcze matematyki, której szczerze nienawidził (spróbujcie rozwiązać: cegła waży cegłę i pół cegły. Ile waży cegła?).

Jego rodzice też mieli plany wobec swojego jedynaka i też ograniczały się one do medycyny.

Ponieważ Gackowski nie przejawiał chęci opowiedzenia się za którymś przedmiotem, zrezygnowali z narzucania mu czegokolwiek (wychodzili z założenia, że SWOIM wyborem mogą jedynaka unieszczęśliwić) i odkładając decyzję, zapisali syna do Szkoły Kształtowania Niezwykłych Umiejętności.

On wprawdzie niczego niezwykłego nie okazywał, ale państwo Gackowscy niezupełnie wiedzieli, jaki jest profil tej na pół legendarnej szkoły.

Tak więc Sławek nie rozpoczął nauki w trzeciej klasie i zaczął edukację w Bimbelorze od razu na drugim semestrze pierwszego roku. Boleśnie przeżył rozstanie z dotychczasowym środowiskiem, zwłaszcza niemożność przebywania w towarzystwie swojej klasowej miłości.


Na płaskowyżu pierwszy raz ujawnił się jego paskudny charakter.

Gacek uważał się za pępek świata i jeżeli ktoś robił nie po jego myśli, traktował to jak bezpośredni atak przeciwko sobie.


Klasa I e była najbardziej odrażającym zbiorowiskiem w całym Bimbelorze. Brzydkie dziewczyny przypominały ropuchy skrzyżowane z końmi, a chłopcy byli emocjonalnie niedojrzali. Zaraz pierwszego dnia Sławomir uznał, że klasowe zbiorowisko będzie doskonałym polem do okazania przywódczych cech. Na początku zaprezentował swoją osobowość, imponując nonszalanckim zachowaniem i przeklinając. Oderwał z niestarannie zasuniętego kombinezonu białą kropkę i dla świętego spokoju przypinał ją agrafką w najbardziej niewidocznym miejscu. Niektórzy chłopcy z miejsca zaczęli go naśladować (zastanawiające, że wszyscy starają się małpować jedynie naganne zachowania). Sławek doszedł do przekonania, że przegiął i zamiast wulgarnego słowa na ka zaczął mówić „kuźwa”. Po tygodniu cała klasa kuźwowała ile wlezie. Kiedy wszyscy uznali w nim nieformalnego przywódcę, nieco spauzował i „dokręcał śrubę” jedynie wtedy, gdy dostrzegał, że jego „podopieczni” zaczynają się zachowywać nie tak, jak tego oczekuje. Którejś nocy zakradł się do Zakazanego Lasu i rozsypał obok spróchniałego szlabanu kilkanaście kasztanów z wyciętymi geometrycznymi znakami. Potem kiedy widział, że jego pozycja staje się coraz bardziej zagrożona, zarządził, że tylko ten godzien jest nazywać się jego przyjacielem, kto mu taki kasztan przyniesie. Co bardziej gorliwe przygłupy przynosiły mu dwa albo trzy, ale efekt był taki, że najwięcej regulaminowych kar spadało na pierwszą e. Dziewczyny też miały swoją „próbę”: musiały w samej bieliźnie wejść na ławkę i zagrać na flecie „Zachodźże słoneczko”.


Któregoś wieczoru Gackowski wymyślił, że „chłopacy” mają wytłuc wszystkie okna w budynku dyrekcji. Chciał pokazać, jaki równy z niego facet i w nocy z piątku na sobotę przyłączył się do swoich bojówek, które perfidnie nazwał „niewidzialna ręka”. Nie miał szczęścia, bo jako jedyny został rozpoznany przez Gerolama, który wieczorem jak zwykle zamienił się w sowę.


W poniedziałek został wyciągnięty z czwartej lekcji i postawiony przed obliczem grona pedagogicznego (to znaczy tych, którzy mieli akurat „okienka”). Nie pozwolono mu nawet dojść do słowa, tylko od razu nadano tytuł nielota i skazano na pobyt w Iglicy do końca roku szkolnego. Dzień później Vladislav poprowadził go w stronę Zakazanego Lasu.

Tam pierwszy raz spotkał Annę Muhle, która akurat postanowiła sprawdzić, czy jako „wtajemniczona” (to znaczy czarodziejka) rzeczywiście posiada nadprzyrodzoną moc.

Panna de Burbon wypróbowała na nim zaklęcie zamiany w żabę i kiedy zrezygnowany woźny wrócił do kompleksu szkolnego, odnalazła skazańca, przywróciła mu pierwotną postać i wyskubała z głowy kogucie pióra. Gackowski powiedział, że nie ma zamiaru wracać, bo nienawidzi całej tej szkoły, w której potraktowano go jak najgorszego przestępcę i nie pozwolono dojść do słowa. Zresztą cała magia to bzdura. Wszystko można naukowo wyjaśnić. Dowiedział się tego od profesorki Valadon. Co zamierza? Jeszcze nie wie, ale do szkoły na pewno nie wróci. Później, już jako Fledermaus, sprowadził Ankę do swojego pałacu i pamiętając, że walnie przyczyniła się do tego, kim teraz jest, uczynił z niej swoją zaufaną i powierzał do wypełnienia bardzo delikatne misje. Nie, żeby miał do Muhle całkowite zaufanie, ale jako „potężny” Nietoperz był zasadniczo samotny i potrzebował kogoś, przed kim mógłby otworzyć rozum.

— Przecież nie do końca jej ufasz…

— Oj, Herka, Herka… Jedno drugiego nie wyklucza. Trudno to zrozumieć. Można mieć zaufanie i jednocześnie nie ufać. Brak ufności oznacza pełnię rozumnego zaufania. „Ufam, więc sprawdzam”.


Nie napiszę, w jaki sposób Gackowski zapanował nad całą krainą i jak wybudował Fledermaus Palast. Powiem tylko, że wielokrotnie łamał zasady Schaffhausena i zdarzało mu się czarować, idąc na skróty, to znaczy magicznie zrobić coś, co można normalnie. I nie miał przy tym wyrzutów sumienia; dalej twierdził, że czary to bzdura i „opium dla ludu”.


— Kiedy się dowiedziałem, że jesteś w ruinach szkoły, uznałem, że nadarzyła się okazja, żeby cię unicestwić. Mogłem wysłać swoje poczwary, ale chciałem mieć pewność i załatwić wszystko osobiście. Znasz przepowiednię.

Potwierdziłam i zaraz dodałam, że naprawdę nazywam się Hermiona Granger i przepowiednia wcale mnie nie dotyczy.

— Może i tak, ale nie mogłem niczego zaniedbać. Wolałem dmuchać na zimne. Za dużo mnie kosztowało zdobycie takiej pozycji. Nie mogę sobie pozwolić, żeby jakaś siusiumajtka obróciła wniwecz wszystkie moje wysiłki.

— Jakie wysiłki? — Zapytałam wcale nie ironicznie.

— No wiesz… Oszukańcza szkoła i moje królestwo nie mogą istnieć obok siebie.

— Oszukańcza?

Popatrzył mi prosto w oczy:

— Chyba się przekonałaś, że czary to bujda…

— A ty? Przecież  się zmieniasz  w nietoperza!

— To nie są czary. Już tak mam. Byłem nawet zadowolony, że nie udało mi się ciebie zabić. Zabijanie mogłoby mi wejść w krew. Wiedziałem, że co się odwlecze to nie uciecze. Istniała jeszcze Antonina de Burbon i jak widać, idealnie wypełniła swoją misję.

— Przecież wiesz, że z przepowiednią nie mam nic wspólnego i możesz mnie spokojnie wypuścić.

— Wolę mieć na ciebie oko.

— Ucieknę.

Zaśmiał się sardonicznie:

— Ciekawe jak? Tutaj nikt ci nie pomoże. Zresztą… stąd się nie da uciec.

Otarł usta i nacisnął czerwony przycisk.

— Musisz już iść. Następnym razem pogadamy o czymś innym.

Domyśliłam się, że skoro wykluczył możliwość ucieczki, to będzie chciał złagodzić moje odosobnienie. Zakomunikował, że od dzisiaj będę miała więcej swobody i pozwoli mi na chodzenie po całym Fledermaus Palast w towarzystwie trzech uzbrojonych strażników.

— Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. Oni dostaną rozkaz, żeby cię zabić. I tak miałaś zginąć.


Jeżeli czary naprawdę nie istnieją? Może jest tak, że są dwa światy: tak zwany „normalny” i taki, w którym wszystko jest magią? Moje dotychczasowe doświadczenia wskazywały, że nie ma wyraźnej granicy między światem zaczarowanym a tym, z którym stykamy się na co dzień. Zupełnie tak, jak z rzeczywistością materialną i niematerialną, które się wzajemnie przenikają. Trzeba tylko umieć patrzeć nie tylko fizycznymi oczami, ale i oczami duszy. W końcu doszłam do wniosku, że Sławomir patrzy tymi pierwszymi, nie zadając sobie trudu głębszej refleksji.


Podczas następnego obiadu w gabinecie Sławomira był jeszcze jeden człowiek. Normalny. Miał owalną twarz, lekko zadarty, cienki nos i wysokie czoło (to znaczy łysinę sięgającą czubka głowy). Nie był ani chudy, ani gruby. Na początku prawie wcale się nie odzywał, mimo to poczułam do niego sympatię. On chyba też, bo siedząc obok mnie, niby niechcący nadepnął moją stopę nogą obutą w czarną tenisówkę. Zresztą cały był ubrany na czarno: czarne spodnie, czarny trykot i czarny kolczyk w kształtnym uchu.

Miał na imię Robert. Sławek poprosił go o towarzyszenie nam przy posiłku, bo to, co chciał mi powiedzieć, było zbyt ważkie, a poza tym liczył, że chłopak wszystkim opowie, jaki z jego pana ludzki facet.

— Taa… Możesz chodzić wszędzie, ale w przytomności innych osób. Tylko nie wolno ci opuszczać mojej siedziby. To wszystko nie będzie potrzebne, jeżeli powiesz: nie ma pana nad Fledermausa, a Gackowski jest wszechpotężny. Po prostu proponuję ci przejście na moją stronę.

— Nie boisz się, że będę taki Wallenrod?

— Przysięgniesz na życie swoje i swoich rodziców.

Robert pochylił się nad talerzem i znowu nadepnął mi nogę. Teraz już wiedziałam, że nie zrobił tego niechcący. Potem zaniósł się kaszlem i ruszał głową tak, że zrozumiałam, iż nie chce mojej zgody.

— Hmm. — Mruknęłam z udawaną zadumą. Jutro dam ci odpowiedź.

— Racja. Prześpij się z problemem.

Rob cały czas patrzył na mnie nieco maślanymi oczyma. Nie wiem, czemu, ale mi się spodobał. Jeszcze ta zastanawiająca podstolikowa niezgrabność…

Po chwili w gabinecie pojawiła się Jej Zieloność Strażniczka i położyła mi dłoń na ramieniu.

— Pójdę z nimi — odezwał się Robert. Pomogę jej pilnować.


To, co się potem zdarzyło, kazało mi myśleć, że chłopak chciał przebywać w moim towarzystwie jak najdłużej. Byliśmy już w połowie drogi do mojej celi, kiedy wyjął z kieszeni coś, co przypominało kostkę czekolady. Mrugnął nieznacznie i wyciągnął dłoń w stronę grubej.

— Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. Nas jest dwoje. No weź. — Powiedział do zielonej. — Weź. Chyba lubisz czekoladę…

Strażniczka zrobiła maślane oczy. Beznamiętnie, ale z malującym się na twarzy łakomstwem włożyła do ust ciemnobrązowy prostokącik. Po chwili chwyciła się za brzuch i popędziła w stronę niedalekiej toalety.

— Pilnuj jej! — krzyknęła w biegu.

— Szybko! — Kiedy drzwi wychodka zatrzasnęły się za grubaską, Rob pociągną mnie w głąb korytarza. — Dałem jej laksygenu! Tyłek jej rozerwie!

Po czterech minutach szaleńczego biegu stanęliśmy obok narzędziowni. Chłopak, kiedy tylko uspokoił oddech, spojrzał na mnie i powiedział:

— O nic nie pytaj. Idziemy do furty.

— ?

— Chyba masz doświadczenie w uciekaniu?

— To tu jest furta? Zaraz, dlaczego mi pomagasz?

Bałam się nawet pomyśleć, że młodzieniec będzie chciał, żebym mu się odwdzięczyła.

— Wiele o tobie słyszałem. Chciałem cię widzieć. W gabinecie się chyba w tobie zakochałem…

Miłość. Teraz to nieważne. Teraz najważniejsze jest pokazanie Nietoperzowi, że z Alcatraz można uciec.

Chłopak związał mi ręce na plecach i podszedł do zielonych stojących przy pomoście, przez który wcześniej przechodziłam z tą zdradliwą Anną. Chwilę rozmawiał z nimi półgłosem, a kiedy wrota szeroko się otworzyły, z wyraźną złością pchnął mnie w ich kierunku.

Potem pociągnął w stronę niewielkiego zagajnika i zdjął powrósło.

— Powiedziałem, że z rozkazu samego Fledermausa mam cię zaprowadzić do Stumilowego Lasu i dać zatrute jabłko. Widziałaś, jak patrzyli z politowaniem. Poczekamy do nocy. Potem cię zaprowadzę w takie miejsce, w którym możesz się ukryć.

Ledwie słońce schowało się za horyzontem, jak zaczęliśmy przedzierać się przez zarośla. Zasadniczo nie musieliśmy się przedzierać tylko kluczyć między pniami wysokich buków.

Na krawędzi zagajnika Robert położył mi rękę na ramieniu:

— Musimy poczekać, aż się zupełnie ściemni.


O świcie Hermiona stanęła na skraju niedużej łąki, a w zasadzie polany, przy której wyrastała z zarośli wysoka skała. U jej stóp leżało niewielkie jeziorko, ze strugą gwałtownie spadającą w dół.

— Teraz powinnaś sobie radzić sama. Jak pójdziesz dalej, dostaniesz się do groty za wodospadem. Nie bój się. Przynajmniej wody ci nie zabraknie. Przyniosę coś do jedzenia.


On chyba naprawdę mnie kocha. Przecież miłość nie polega na zaspokajaniu żądz, choćby tych najbardziej niewinnych, tylko na poświęcaniu się dla obiektu uczuć.


Rozejrzałam się wokół. Teren zdawał się z innej bajki. Przypominał zieloną gęstwinę na jakiejś rajskiej wyspie. Nad taflą bezgłośnie unosiły się różnej wielkości ważki, co chwila przelatywały mi nad głową kolorowe ptaki, a wśród morza zieloności uwijały się zwinne małpy. Gdzieniegdzie rosły palmy nabrzmiałe włochatymi orzechami i wyglądało to trochę nieprzyzwoicie. Między nimi dumnie rozkładały swoje szerokie liście drzewa, a w zasadzie krzaki obwieszone zielonożółtymi bananami.


— Daj sobie spokój — powiedziałam po zastanowieniu. — Jedzenia mi nie zabraknie.

Chłopak zrobił zdziwioną minę i popatrzył Hermionie prosto w oczy.

— Zobacz ile tu bananów. Zresztą jak chcesz. Powinieneś już iść, bo będziesz miał kłopoty.

Robert podrapał się w szyję:

— Powiem Nietoperzowi, że się udałem w pościg…

Chwilę stali w milczeniu i Amanda pomyślała, że mogłaby pocałować strażnika, całkiem niewinnie, w policzek:

— No idź już. Jutro się zobaczymy.


Czepiając się wystających kamieni, dotarła do niewielkiej groty, której wejście przesłonięte było kurtyną spadającej wody. Grota była malutka; miała może cztery metry głębokości, za to była dość wysoka i Amanda musiała stanąć na palcach, żeby dotknąć kamiennego stropu. „Z tyłu zrobię posłanie”. Zwinnie zeszła w dół i zebrała trochę bananowych liści. Związała je zielonym włóknem i wniosła do środka. Kiedy prowizoryczne legowisko było już gotowe, ponownie zeszła zrywając kiść bananów, które wydawały jej się najbardziej dojrzałe.


Emocje spowodowane dzisiejszymi wydarzeniami długo nie pozwoliły jej zasnąć. Jednak, kiedy uświadomiła sobie, że zrobiła wszystko, co należało zrobić zapadła w głęboki, regenerujący sen.

Zanim rano otworzyła oczy, chwilę leżała bez ruchu i dopiero po chwili dotarło do niej, że natarczywy plusk pochodzi z uderzającej o kamienie szerokiej strugi. Nabrała trochę wody i przemyła twarz. Potem zjadła trzy banany i zaspokoiwszy głód, zaczęła zastanawiać się nad resztą dnia. Teraz ma dużo czasu. O ile w więzieniu jako tako ułożyła sobie zajęcia, to tutaj pozostało jej tylko kontemplowanie uroków przyrody.


Nie schodząc na dół, przystosowała jaskinię do zamieszkania zgodnego z własnymi upodobaniami. Uświadomiła sobie, że nie musi się zbytnio przykładać, bo przecież nie zostanie tutaj Bóg wie jak długo. Zresztą nigdy się nie przykładała; nie była fanką super czystości tylko uporządkowania — zawsze lubiła mieć wszystko na swoim miejscu; nawet jeśli na regale z książkami leżała gruba warstwa kurzu.


W południe zrobiło się bardzo gorąco. Hermiona usiadła w głębi i pomyślała, że Robert przyniesie jej coś do jedzenia, ale zanim przyjdzie miną co najmniej dwie godziny. Przydałby się tu jakiś zegar (idąc do Fledermausa nie zabrała swojej malutkiej delbany). Bez zastanowienia postawiła przy wejściu niezbyt duży patyk okładając go ułomkami skał. Narysowała prowizoryczną tarczę i uznała, że dobra by była nadpalona gałązka. Ta myśl kazała jej urządzić niewielkie palenisko.


Zanim Robert przyniesie obiad, powinna się umyć, bo jej ciało nie dość, że lepiło się od potu, to jeszcze było nieco zakurzone. Wyciągnęła dłonie w kierunku spadającej wody i ochlapała twarz. Jej włosy z miejsca zaczęły się kręcić w korkociągi, oczywiście na tyle, na ile nie były przylepione do czoła. Bez zastanowienia zeszła do podnóża i czepiając się wystających korzeni, pomyślała o zrobieniu drabinki sznurowej. Na noc wciągałaby ją do swojej groty i czułaby się zupełnie bezpiecznie. Stanęła przed niewielkimi zaroślami — zaczęła rozpinać sukienkę. Majtki. No tak. A jak jakiś tekstylny siedzi w krzakach i gryzie palce? Ale przecież kąpiel na golasa nie jest niczym niezwykłym. Wstydzić się powinni ewentualni podglądacze mający nieprzyzwoite myśli. Mimo tego Hermiona nadal miała wątpliwości czy pluskać się bez niczego.

— Spokojnie.­­ — Powiedziała małpa z gołym tyłkiem, która umiała czytać w myślach. — Ja chodzę goła od urodzenia. I jeszcze to — pokazała miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę. — Zresztą nie uznaję krzyżówek międzygatunkowych. Poza tym wcale mi się nie podobasz. I jestem samicą.

Słowa małpy rozwiały wszystkie moje wątpliwości. Pozbawiona skrupułów zdjęłam bieliznę i ostrożnie weszłam do wody. Ostrożnie, bo nie wiedziałam, czy w tym miejscu nie ma jakiegoś gwałtownego uskoku. Wodospad powodował, że powierzchnia jeziora była niespokojna i drżące plamki światła zniekształcały obraz dna.

Mimo obaw poszłam dalej i zanurzyłam się po szyję. Czułam, jak krystalicznie czysta woda opływa wszystkie zakamarki mojego ciała. Słysząc, jak kaskada uderza o skały, położyłam się na powierzchni. Skoro się unosiłam na wodzie, to znaczy, że jestem wypełniona powietrzem. Dziwne, bo nie jadłam niczego wzdymającego. Banany chyba nie powodują zagazowania wnętrzności.


W pewnej chwili usłyszałam odgłosy, które wcale nie przypominały odgłosów przyrody. To Robert przedzierał się przez zarośla, niosąc w dłoni styropianowe pudełko i ciemnozieloną butelkę zatkaną ceramicznym korkiem. Stanęłam na nogi i kiedy chłopak wyłonił się z paproci, krzyknęłam:

— Nie patrz, bo jestem naga! — Zanurzyłam się, jak mogłam najgłębiej. — Połóż na kamieniu i się odwróć!

Szybko wyszłam z wody i zakryłam brzuch bananowym liściem.

— Mogę?

— Nie!!! Jestem bez majtek!

Bez zastanowienia owinęłam swoje łono kawałkiem jakiegoś zielska. Tak „ubrana” podbiegłam do porzuconej na brzegu sukienki:

— Teraz.

— Przyniosłem ci obiad…

— Chyba powinieneś wracać. Niedługo się zacznie ściemniać…

— Nie pokażesz mi, jak się urządziłaś? Tu śpisz?

— Zrobiłam zegar i mam ognisko. Przynieś mi coś do czytania.

— Po co ci ogień?

— Jak się ściemnia, to rozpalam. Dym wychodzi na zewnątrz. Co z tym obiadem? Ty Jadłeś?

— Myśl o sobie.

Na chwilę zamilkłam i wyglądało jakbym na coś czekała.

— Styropian został przy jeziorze. I sok z pomarańczy. Pewno masz dość bananów?

— Na co czekasz?

Kiedy wrócił, trzymając w dłoni pojemnik z obiadem i z butelką zatkniętą za spodnie wyglądał na dość zmęczonego. Z miejsca zabrałam się do jedzenia, chociaż wcale nie byłam głodna. Stał oparty o ścianę i patrzył na mnie.

— Nigdy nie widziałeś jedzącej dziewczyny?

— Ja też bym zjadł. Tylko mi musisz pozwolić…

Wyciągnęłam w jego kierunku styropianową tackę i poczułam, że sukienka zaczyna parzyć mnie w skórę.

Włożyłam do ust trochę surówki i nagle przeszła mi ochota na jedzenie. Wydało mi się, że mam w brzuchu trzepoczące motyle i nieco się odsunęłam.


Hermiona sama nie wiedziała, czy uczucie, jakie żywiła do Roberta to miłość. Fakt. Jego towarzystwo nawet jej odpowiadało, ale jeśli to miłość to jaka? Może pomieszanie niebiańskiej i ziemskiej? W obecności Roberta czuła się tak jak nigdy wcześniej, nawet wtedy, kiedy stojąc boso na tarasie, wpatrywała się w oświetlone okno sąsiada. „On chyba rzeczywiście jest we mnie zakochany. Inaczej nie powtarzałby tego bez ustanku. Tylko czym sobie na to zasłużyłam?”

— Z tych liści powinnaś wyjąć włókna. Będzie ci się wygodniej spało i możesz upleść drabinkę. Skombinuję ci jakiś zegarek.


Tej nocy dziewczyna długo nie mogła zasnąć. Leżała z otwartymi oczyma i wsłuchiwała się w jednostajny szum wodospadu.

Spojrzała na wyłaniającą się z mroku kiść bananów i puste plastikowe pudełko.

„Wolność. To możliwość robienia ze sobą, co się tylko podoba. To zdolność samoograniczeń. Prawdziwa wolność jest wtedy, kiedy ma się wybór i się go dokonuje. To możliwość zarzucenia sobie wędzidła i powiedzenia NIE, kiedy wszystko krzyczy żeby powiedzieć TAK”.


Rano obudził ją krzyk jakiejś ukrytej w palmowym pióropuszu papugi. W zamyśleniu wypiła mleczko kokosowe i zeszła do podnóża skały. Bez zastanowienia zdjęła ubranie i weszła do wody. Już się nie krępowała i nie zwracała uwagi na stada gołych małp skaczących z gałęzi na gałąź. „A jak jemu chodzi tylko o jedno? Może wcale mnie nie kocha, tylko chce wykorzystać okazję i zaspokoić swoje żądze? Niee, przecież przyniósł mi jedzenie. Dzisiaj też przyniesie”.

Pluskała się całą godzinę przemierzając jeziorko we wszystkie strony. W końcu zrobiło jej się zimno i wyszła na brzeg. Usiadła na niedalekim kamieniu i pozwoliła, aby słońce suszyło jej mokre ciało. Obracała się do niego jak rozkwitły kwiat i nawet podnosiła ręce, aby ciepłe promienie dotarły do jej pach.

Zupełnie sucha założyła ubranie (wcześniej wyprała bieliznę) i wdrapała się do swojej groty. Już za chwilę powinien pojawić się Robert. Co za mordęga takie czekanie… Zupełnie jak na poczekalni u dentysty. Spojrzała na przesuwające się wśród listowia słońce. „Trzecia. Zaraz przyjdzie. Ciekawe, po co mu ten kolczyk”. Za godzinę była czwarta i Amanda zaczęła się niepokoić. Motyle w brzuchu zamieniły się w stado wygłodniałych piranii. Trzydzieści minut potem doszła do wniosku, że Roberta dzisiaj nie będzie. Energicznie zeszła w dół z myślą znalezienia czegoś do jedzenia.


Ścieżki, którą tutaj przyszła nie mogła odnaleźć i rozgarniając wyciągniętymi ramionami wszechobecne paprocie, poszła w prawo. Kiedy dotknęła szczególnie dużych liści, usłyszała jakby łopot i zobaczyła uciekającego futrzaka. Królik był białobrązowy i gnał jak oszalały. Z grzbietu wyrastała mu druga para uszu — zwierzątko zaczęło w pewnej chwili machać nimi jak wirnikiem śmigłowca — uszy zamieniły się w delikatną mgiełkę i zwierzak uniósł się w powietrze.


Zafascynowana, że wreszcie zobaczyła to na pół legendarne zwierzę, nie zapomniała o celu wyprawy. Odeszła na tyle daleko, że odgłos wodospadu stał się ledwo słyszalny; wokół jednego drzewa dostrzegła całą kępę maślaków. „Grzyby są ciężkostrawne, ale chyba nie przeszkodzą mi spać”. Podbiegła do pnia i zaczęła wykręcać z poszycia maślane nóżki. Zrobiła z sukienki nosidełko i kucnęła na mchu. Usłyszała w oddali trzask przydeptywanych gałązek i pomyślała, że to Robert przedziera się do groty. Stanęła na nogi i wtedy ich zobaczyła. Przez las szła grupa złożona z kilkunastu zielonych, których prowadziło trzech normalnie wyglądających ludzi. W tej samej chwili jakiś bezsensowny dzięcioł zaczął walić w pień. Kiedy stawała za drzewem, kątem oka dostrzegła, że kilka pokrak puściło się pędem w jej kierunku. Po chwili stała ze skrępowanymi dłońmi i żelazną obręczą na szyi.


Była noc, kiedy dotarli do Fledermaus Palast. Zieloni wepchnęli ją do jakiegoś wąskiego pomieszczenia i przynieśli trzy pajdy razowca oraz dzbanek z czarną kawą.

Następnego dnia, około dziewiątej, pojawiła się gruba strażniczka i zaprowadziła ją do celi, w której poprzednio mieszkała. Pół godziny później przyszedł Gutentag — nie odezwał się ani słowem tylko wyprowadził Hermionę na korytarz. Strażnicy zaprowadzili ją do gabinetu Gackowskiego.


— Proszę, proszę! Przypomnij mi — chyba ci mówiłem, że stąd nie można uciec!

Zaczęłam się naprawdę bać. Teraz Sławomir z pewnością schowa swoje skrupuły do kieszeni i mnie zabije. Straciłam cały rezon i wydukałam:

— Każdy więzień ma prawo uciekać…

— Więzień? Przypuśćmy, że jesteś moim… gościem. Ja — głupi — chciałem ci dać więcej swobody… Koniec.

To rzeczywiście był koniec. Skończyły się codzienne spacery, częsta kąpiel i ciepłe obiadki u Fledermausa. (Kiedyś całkiem niewinnie powiedziałam, że nie znoszę kilku potraw i teraz wyłącznie te potrawy musiałam jeść. Najgorszy był krupnik, który smakował jak wygotowane ścierki i kromki chleba grubo posmarowane dżemem truskawkowym. Nawet zupa mleczna na śniadanie to była niedogotowana owsianka zalana rozwodnionym, białym płynem).


Nic nie zapowiadało, że tego dnia wydarzy się coś, co wywróci do góry nogami beznadziejną egzystencję Hermiony. Dziewczyna obudziła się o czwartej dwadzieścia pięć. Leżąc nieruchomo, wpatrywała się w jasny prostokąt nad drzwiami; spojrzała na zegarek i zamknęła oczy. Do 530 zostało jeszcze trochę czasu. Wprawdzie nie musiała tak wcześnie wstawać, zwłaszcza że nie miała do roboty niczego konkretnego, ale przyzwyczajenie jest drugą naturą - już kilka lat wcześniej postanowiła nie wylegiwać się w pościeli i budziła się nie używając budzika. Próbowała zaplanować czynności całego dnia, ale zrezygnowała, wiedząc, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i jeszcze wcześniejszego. Śniadanie, lektura, obiad, sjesta, lektura, kolacja, toaleta i sen. Monotonia.

Zielona kobieta z obsługi przyniosła jej śniadanie: kubek czarnej kawy i cztery kromki z dżemem truskawkowym. „Gdyby chociaż nie smarowali tych kromek…” Podniosła z krzesełka metalowy talerzyk i położyła się na byle jak zaścielonym posłaniu. Zatęskniła za zupą mleczną, ale kiedy tylko wspomniała pannę Muhle, to odeszła jej ochota na owsiankę. Leniwie przeżuwała ostatni kęs i gapiła się w niewielkie, umieszczone pod sufitem okno. Nigdy przez nie nie wyglądała (nie wyglądała też przez drugie, większe, przez które było widać kawałek nieba). Często odkładała książkę i wpatrywała się w błękit, który wcale nie był jednolicie błękitny; czasami wpływały w okno postrzępione obłoki; Hermiona próbowała wyobrażać sobie, że to są majestatyczne nosorożce, kangury i hipopotamy. Szybko znudziła jej się ta zabawa i gapiła się w nieboskłon całkiem bezmyślnie.


Właśnie, gdy czytała zdanie „W 1703 roku, kiedy Newton w wieku sześćdziesięciu lat został prezesem […]” słońce zaszło za chmury i świetlisty prostokąt nad drzwiami gwałtownie wyblakł. Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi, bo wiedziała, że rano piękna pogoda ustępuje całodziennej ponurości i dopiero późnym popołudniem promienie zabarwiają wszystko na pomarańczowo. Zresztą zdążyła już się przyzwyczaić, że w jej celi zawsze panował lekki półmrok, tym bardziej że pomieszczenie znajdowało się poniżej poziomu gruntu. Dopiero kiedy powietrze na zewnątrz wypełniło się jednolitym szumem, odłożyła książkę i spojrzała w okno.


Ze wschodu gnała do pałacu bardzo ciemna chmura. Po chwili Amanda dostrzegła, że chmura składa się z kilkuset pędzących na miotłach czarownic w spiczastych czapkach. Wszystkie one jakimś cudem dowiedziały się, że jedna z nich, Frida of Cannabis, jest więźniem Gackowskiego. Podczas walnego zlotu w wielkich górach Himalajach (tam, gdzie słoń powiesił się na trąbie) postanowiono, że kuma Frida ma zostać uwolniona. Niemal wszystkie uczestniczki zlotu zgłosiły się do wypełnienia tej niebezpiecznej misji na ochotnika. Hermiona oczywiście o tym nie wiedziała; nie zdawała sobie sprawy, że to właśnie jej uwolnienie jest celem „nalotu”. Była przekonana, że czarownice i czarodziejki postanowiły pozbyć się Fledermausa i zniszczyć jego siedzibę. Wspięła się do parapetu. Miała zamiar jakoś dać znać, że jest tutaj, zanim z całą tą „studnią” zostanie obrócona w perzynę.


Zaskoczeni strażnicy nie byli w stanie podjąć żadnej obrony. Tym bardziej że Gackowski nie przewidywał, iż kiedykolwiek może dojść do jakiegoś ataku i zaniedbał sprawy obronne.

W pewnej chwili usłyszała szczęk zamka i do celi wpadła Anna Muhle.

— O nic nie pytaj! Szybko!

Anka machnęła prawą ręką, ale nic się nie stało. Bez zastanowienia rozwaliła krzesełko i odłamaną drewnianą nogą uderzyła w szybę. Szkło roztrysnęło się na kawałki, a zabezpieczająca je krata nagle rozbłysła tysięcznymi płomieniami i z hukiem oderwała się od futryny.


Z zewnątrz dobiegał coraz większy hałas. Co chwila okno pokazywało spadającą w dół zieloną postać i wirujące w powietrzu miotły. Bez zastanowienia wdrapałam się na parapet i skoczyłam w dół. Leciałam kilka sekund, a potem nagle wyskoczyłam w górę i bezwładnie uderzyłam głową w drewnianą galeryjkę obiegającą wieżę pod mosiężnym dachem. Wdrapałam się na niezbyt szeroki pomost tuż obok zielonego strażnika, który wcale nie był zaskoczony moim widokiem, bo wyjął zakrzywiony nóż i wydając odgłos lądującego odrzutowca, pobiegł w moim kierunku. W pewnej chwili jego jakby obsypana zielonym szronem głowa przechyliła się na lewe ramię i zobaczyłam, że w ucho wbiło mu się stylisko miotły. Kuma, która niewątpliwie uratowała mi życie, gwałtownie wystrzeliła w górę i dołączyła do swoich towarzyszek.

Nie wiedziałam, co robić dalej. Mogłam wdrapać się na dach, ale to nie wydawało mi się zbyt bezpieczne. Poza tym byłabym w samym centrum bitwy. Spojrzałam w dół. Fundamenty okrągłej wieży wzmocnione kamiennymi przyporami do połowy tkwiły w bulgoczącej wodzie, do której co rusz spadały moje wybawicielki i karłowaci strażnicy. Po chwili na niebie pojawił się olbrzymi nietoperz, wzniecając swoimi błoniastymi skrzydłami duży wiatr. Widząc, co się dzieje, siedząca na jakimś gzymsie Ania skoczyła na miotłę najbliżej przelatującej wiedźmy i razem z nią odleciała w siną dal.

W ciągu kilku minut wszystko ucichło. Nie wiem, czy powinnam odczuć ulgę, ale tak właśnie się stało. Uciekłam. Przynajmniej w połowie uciekłam, tylko nadal byłam w siedzibie Fledermausa i to w położeniu nie do pozazdroszczenia.

W dół nie mogłam zejść, bo z każdym krokiem połowa ucieczkowego sukcesu zmniejszałaby się i nie przybliżała do upragnionej wolności.


Hermiona postanowiła wdrapać się na dach w nadziei, że stamtąd zabierze ją a) helikopter ratunkowy, b) latający królik, albo c) zdziczały chybaorzeł. Podniosła ręce i chwyciła mosiężną rynnę, która ugięła się niebezpiecznie. Za duże ryzyko. Poszła pięć kroków w prawo i znowu dotknęła rynny. W tej samej chwili na galeryjce pojawiło się trzech strażników i dziewczyna zmuszona była stanąć na podłodze. W młodym człowieku, który przewodził zielonym rozpoznała Arscha.

— Cicho. Jak myślisz, że ci pomogę, to jesteś w błędzie. Czary nie istnieją. Cudów nie ma.

Oczywiście, że cudów nie ma. Zdarzały się kiedyś, kiedy ludzie byli na tyle głupi, że nie umieli samodzielnie rozpoznać cudowności wszystkiego, co ich otacza.

Tak skończyła się próba mojego uwolnienia.


Strażnicy okręcili Amandę grubym sznurem i zaprowadzili do celi, która wyglądała, jakby nic się nie wydarzyło. W okno wstawiono nową kratę (podejrzewam, że z obejściem zasad Schaffhausena), ale nikt nie zadał sobie trudu wyniesienia połamanego krzesełka. Przy drzwiach pojawił się niewielki stolik, na nim czajnik elektryczny i książka pt. „Młot na czarownice” autorstwa niejakiego Gackowskiego (oczywisty plagiat).


Odtąd w mojej celi zawsze przebywała zielona strażniczka ubrana dość niestarannie, za to w olbrzymim kapeluszu we fioletowo czarną kratę. Czasami zamiast niej towarzyszyła mi inna, posiadaczka wyłupiastych oczu i garbatego nosa. Była głuchawa i kiedy coś do niej mówiłam, musiałam niemal krzyczeć jej do ucha. Okazała się dość rozmowna i doszło między nami do konfidencji, zwłaszcza gdy kilka razy dziennie grałyśmy w warcaby. Ta gra była pewnego rodzaju urozmaiceniem mojego więziennego życia, tym bardziej że spacery i wyjścia pod prysznic ograniczono mi do niezbędnego minimum. Głucha miała ograniczony zasób słownictwa, bo, jak sama powiedziała, nigdy nie uczyła się czytać:

— Nie było mi to… tego… do niczego potrzebne, bo… tego… wystarczyły mi… tego… obrazki.

Na ile mogłam wyłowić jakąś treść z ograniczonej w słowa wypowiedzi Gerontofilii, dowiedziałam się, że strażniczka urodziła się jako normalny, różowy bobas i dopiero kiedy miała trzy lata, rodzice zaczęli jej wcierać w skórę sok ze szpinaku. Sześć miesięcy później różowa dziewczynka stała się zieloną poczwarą. Wyłupiaste oczy i garbaty nos stały się bardziej widoczne. Ładna jako dziecko — z czasem stawała się coraz brzydsza. Jakimś cudem dostała się na służbę we Fledermaus Palast, bo potrzebowano tutaj nie tylko mózgowców, ale małointeligentych istot, które mogły wykonywać nieskomplikowane czynności. Z czasem stało się tak, że Gienia, (bo mówiłam do niej Gienia) coraz częściej towarzyszyła mi w celi, zostając ze mną na noc. Jej obecność nawet mi odpowiadała, bo była pewnym urozmaiceniem w sytuacji, w której coraz bardziej ograniczano mi warunki i tak podłej egzystencji. Kiedy zachodziło słońce, poczwara opierała się o stół, przyjmując pozycję z obrazu Vermeera „Kobieta śpiąca przy stole” i niemal natychmiast zapadała w sen. Chrapała przy tym okropnie, zupełnie jak jeden pan mieszkający po drugiej stronie ulicy.

Rano zawsze robiła sobie herbatę i zachowywała się, jakby ona była tu najważniejsza. Do czasu, bo już przed południem zapominała, że ma mieć na mnie swoje zezowate oko.

— No… tego… co będziesz robiła?

Wzruszałam ramionami i niby po zastanowieniu proponowałam jej partyjkę warcabów.

Strażniczka dopijała herbatę (siorbiąc przy tym niemiłosiernie) i rozkładała na stole drewnianą szachownicę.

Tak mijał dzień za dniem. Oczywiście nie grałyśmy non stop; czasami kładłam się na posłaniu i beznamiętnie patrzyłam w sufit. Gienia opierała głowę o ścianę albo brała w ręce zatłuszczony „Młot na czarownice” i oglądała obrazki.

Po obiedzie pokonywałam senność i przed następną partyjką przez chwilę (albo dłuższą chwilę) rozmawiałyśmy.

— Ty… tego… naprawdę jesteś czarownicą?

— Jestem, tylko czary tu nie działają.

— Szkoda. Mogłabyś zaczarować tego… mój nos…

Popatrzyłam uważnie, jakbym pierwszy raz widziała jej twarz (miałam nadzieję, że Gerontofilia uzna, iż nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na jej garbatego kartofla):

— Co ci nos przeszkadza?

— No, wiesz… myślałam… tego… że skoro jesteś bardzo potężna …

Popatrzyłam krytycznie i powiedziałam:

— Jak czegoś nie można ukryć, trzeba to wyeksponować.

— Nie rozumiem…

— Co tu do rozumienia — zagalopowałam się w odpowiedzi. Po prostu. Z wady trzeba zrobić atut. Zresztą ty nie masz wad. Nosa sobie nie wybierałaś…

— No, ale wyglądam… tego… jak jedna z was.

Postanowiłam jej pomóc, chociaż pomoc była w tej sytuacji całkiem niepotrzebna.

— Opuść kapelusz na oczy.

— Po co?

— Nie gadaj, tylko opuść.

Gienia posłusznie wcisnęła sobie nakrycie głęboko na czoło.

— Jeszcze trochę.

Zrobiła to i nie dość, że wyglądała bardziej tajemniczo, to jeszcze niedoskonałości jej wątpliwej urody stały się prawie niewidoczne. To wszystko dało mi wiele do myślenia. Mogłam wykorzystać ubranie do podstępnego opuszczenia celi, tylko problemem był kolor skóry.

Moje uwięzienie naprawdę było nie do pozazdroszczenia. Prawie wcale nie opuszczałam tego miejsca, (jeżeli już to w towarzystwie pięciu strażników z psami) i ograniczono mi zmiany bielizny, nie dostarczając we właściwej ilości środków higieny osobistej. Czułam się trochę jak Maria Antonina w Conciergerie. Prysznic mogłam brać raz w tygodniu (potem co dziesięć dni i w końcu co czternaście) i było to szczególnie uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy moje ciało pokazywało, że jest rodzaju żeńskiego.

Była już prawie jesień, kiedy z mokrą głową, owinięta szlafrokiem w czarnoniebieskie pasy wracałam po kąpieli do więzienia. Na korytarzu był jakiś dziwny przeciąg i jeszcze tego samego dnia zaczęło mi cieknąć z nosa. Gerontofilia oczywiście nie zauważyła mojego złego samopoczucia, tylko paplała coś bez sensu.


Hermiona weszła pod kołdrę i przykryła się kocem. Było jej coraz zimniej. O dwudziestej pierwszej obudziła się ze straszliwym bólem gardła — dopiero gdy zachrypiała coś do swojej strażniczki ta przetarła zaspane oczy i wysilając całą swą inteligencję, (jeżeli ją miała) spojrzała na dziewczynę oczyma wyjętego z wody karpia i pociągnęła kartoflanym nosem:

— Niedobrze… tego… chyba jesteś chora. Zagramy?

Hermiona podsunęła sobie koc pod brodę:

— Nie widzisz?

— No właśnie widzę. Spocona jesteś. Jak wyjdziesz spod kołdry to się, tego… ochłodzisz.

— Chyba ci odbiło!

— To co ci jest?

— Ślepa jesteś?!!!

— Się nie ruszaj. Zamelduję, gdzie trzeba.

Nasunęła na oczy swój dwubarwny kapelusz, spojrzała na rozpłomienioną Amandę i wyszła z celi.


Mogłam wykorzystać okazję, bo zostawiła otwarte drzwi, tylko na korytarzu na pewno był strażnik z psem.

Miałam nadzieję, że rzeczywiście poszła sprowadzić jakiegoś medyka, chociaż z drugiej strony trafiła się doskonała okazja, żeby się mnie pozbyć bez rozlewu krwi. Gackowski mógł mi pozwolić zakasłać się na śmierć i miałby czyste sumienie. Przecież byłam jego więźniem i wcale nie musiał udzielać mi pomocy.


Nie minęło pół godziny, jak w celi zjawił się chudy mężczyzna ubrany po cywilnemu. Trzymał w dłoni pękatą, skórzaną torbę i zaczął się bawić ze mną w doktora. Osłuchał mnie stetoskopem, kazał otworzyć buzię i trzymał za rękę.

— Masz to brać trzy razy przed jedzeniem. I pić syrop sosnowy. Postawią ci bańki.

Zrobiłam okrągłe oczy i od razu poczułam się lepiej. Wprawdzie stawianie baniek to nie wyrywanie zębów, ale i tak nic przyjemnego.

Doktor Lieutnant Colonel wyciągnął komórkę i powiedział coś w niezrozumiałym języku. Po kilku minutach przy moim łóżku pojawiła się zielona maszkara, pchając przed sobą aluminiowy wózek ze szklanymi naczyńkami, literatką spirytusu, świeczką i kawałkiem waty nawiniętej na długą szpatułkę. Odwróciłam się plecami do góry i wtedy zaczęłam się bać. Nie bałam się baniek jako takich tylko tego, czy to nie będą przypadkiem bańki cięte (niezorientowanym przypominam, że bańki cięte to zwykłe bańki stawiane na celowo naciętej skórze). Szybko przebiegłam myślą zawartość stolika, ale nie mogłam sobie przypomnieć czy leżało tam jakieś ostre narzędzie. Po chwili usłyszałam stłumione „łyk” oznaczające, że zielona pielęgniarka zapaliła nawinięty na szpatułkę wacik. Asekuracyjnie napięłam wszystkie mięśnie i poczułam gwałtowne uderzenie w plecy — pierwsze naczyńko wylądowało tuż pod moją łopatką. Kiedy byłam obstawiona we wszystkich właściwych miejscach, pielęgniarka szczelnie okryła mnie kołdrą i powiedziała, że powinnam leżeć bez ruchu. Mnie akurat zachciało się sikać — ruszyłam lewą nogą i usłyszałam dźwięk szklanych dzwoneczków. Jedno naczynie wydało odgłos, jakby ktoś puścił bąka i poczułam, że stacza się na prześcieradło.

— Poszła. Nie przejmuj się. Moja asystentka jest kształcona, ale robi to pierwszy raz.

Hermiona nie była przeciwniczką medycyny niekonwencjonalnej. Akceptowała naturalne metody i wolała je od łykania substancji chemicznych, które jedno leczą, a na drugie szkodzą. Godziła się na leczenie metodami „babcinymi”, bo sama się przekonała, że stosowane od wieków i uświęcone wieloletnią tradycją, są nadzwyczaj skuteczne. Nie piła tylko moczu, bo trafił do niej argument, że skoro organizm wydala żółtą substancję, to nie jest ona do niczego potrzebna i nie ma sensu ponownie ładować jej do środka.


Noc przespałam całkiem spokojnie. Cały następny dzień przeleżałam w pościeli, mimo że kapeluszowa wielokrotnie namawiała mnie do gry (głupia). Po dwóch dniach przymusowego leniuchowania poczułam się na tyle dobrze, że wystawiłam na zewnątrz prawą nogę. Piątego dnia doktor Colonel przyszedł mnie zobaczyć, kazał pić syrop i pozwolił wstać.

— Tylko nie podchodź do otwartego okna. I unikaj przeciągów.

Z tym ostatnim nie miałam najmniejszego kłopotu, bo tutaj nie wiało.

Po tygodniu wszystko wróciło do normy. Hermiona była jeszcze dość słaba, ale wszelkie objawy przeziębienia minęły. Lekarz pozwolił jej nawet na krótki spacer — 3 razy wokół spacerniaka.

— Musisz się teraz dobrze odżywiać. Dużo witamin. Wiem, wiem… Truskawki to też witaminy. Coś ci załatwię. Tylko ubierz się ciepło!


Jeszcze tego samego dnia, kiedy popołudniowe słońce obsypało wszystko złocistym blaskiem, w celi pojawił się niestarannie ogolony Arsch i wyprowadził Hermionę na korytarz.

— No co ty — powiedziała dziewczyna, kiedy Joseph chwycił ją za ramię. — Nie pamiętasz?

— Słuchaj mała — powiedział stanowczo klasowy kolega. — To nie jest Bimbelor, a ty nie jesteś przewodniczącą. Teraz ja rządzę! Zrozumiano? Trzy kółka i spowrotem!

Przypomniałam sobie, że Arsch nie był klasowym prymusem, ani uczniem szczególnie odpornym na wiedzę. Za wszelką cenę chciał podkreślać swoje rzekome znaczenie i wszystkim imponować. Miał denerwującą cechę autorytarnego wypowiadania się na tematy, o których nic nie wiedział i na dodatek a) nie dopuszczał innego zdania, b) kogoś, kto myślał odmiennie traktował jak osobistego wroga. A przecież wystarczyło tylko mówić jeden magiczny zwrot: „według mnie”. Ziutek nie uznawał magii i uważał, że coś takiego nie istnieje. Gdyby myślał inaczej, na pewno nie zostałby sługusem Gackowskiego. Teraz wyraźnie mnie prowokował, bo czuł się jak osoba, od której zależy moje „być albo nie być”.

Tym razem na spacerniaku nikogo nie było. Hermiona leniwie zrobiła trzy okrążenia i stanęła przed Arschem:

— Już.

Joseph spojrzał na nią stalowym wzrokiem, obciągnął ciemnozieloną kurtkę i szczeknął:

— Wracamy do celi. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek.

— Gdzie jest Gutentag?

Ziutek patrzył przed siebie, jakby się zastanawiając czy powinien rozmawiać z czarodziejką.

— Sprzeniewierzył się swoim obowiązkom.

— Jak?

— Zamilcz. To cię nie powinno obchodzić.


Pod nieobecność dziewczyny celę przewietrzono i zmieniono przepoconą pościel.

„Widocznie  komuś na mnie zależy”.

Połamane krzesełko zostało uprzątnięte i zamiast niego obok pryczy stał niewielki inkrustowany stolik. Amanda zignorowała pytający wzrok Gerontofilii i wyciągnęła się na czystej kołdrze. Pół godziny później jakaś zielona wtoczyła aluminiowy wózek z zupą mleczną i szklanym półmiskiem wypełnionym różnymi owocami. Pomna słów lekarza dziewczyna zignorowała talerz płatków i włożyła do ust kawałki ananasa.

Po kolacji pierwszy raz od tygodnia grałam w warcaby, a potem, czując się otumaniona wyjściem na zewnątrz, zapadłam w głęboki sen i spałam do rana.


Nie spodziewała się, że tego dnia otrzyma przesyłkę od Nietoperza. Ktoś zabrał strażników sprzed jej celi i skowyt psów przestał być słyszalny. Zaraz po obiedzie przyszedł jakiś beznadziejny stwór, dał jej długopis i wręczył normalną kopertę o dziwo w różowym kolorze. Koperta nie była zaklejona tylko zalakowana; z tyłu odciśnięta pieczęć z wyobrażeniem latającej myszy. Posłaniec wyciągnął w kierunku Hermiony pokrytymi zgrubieniami rękę i pochylił głowę, jakby koperta była czymś świętym. Powiedział, że dziewczyna ma się zapoznać z treścią pisma; odpowiedzieć na nie jutro przy śniadaniu.


To był list od samego Fledermausa. Gackowski informował mnie, że wprawdzie nadużyłam jego wspaniałomyślności i zachowałam się podle, sprowadzając tu tabun czarownic, ale on jest mi w stanie wybaczyć. Na moim miejscu postąpiłby dokładnie tak samo i też szukałby sposobności opuszczenia więzienia. Jednak nie może się zgodzić, abym po tym wszystkim mogła chodzić po całym Fledermaus Palast. Prysznic mogę brać codziennie i codziennie będą mi dawali świeżą bieliznę i wszystko, czego potrzebują dziewczyny w moim wieku. Powinnam mieć nadzieję, że zostanę dopuszczona do jego stołu, bo wprawdzie jest wszechpotężny, ale coraz bardziej doskwiera mu samotność.

„[…] Ci, którzy mnie otaczają, są albo zbyt czołobitni, albo mało inteligentni. Poza tym podnieca mnie obecność kogoś, kto wedle przepowiedni jest moim śmiertelnym wrogiem i kto jest w mojej mocy […]”.

O jakiej mocy on mówi? Przecież nie ma żadnej! Gdyby miał jakąkolwiek, to nie musiałby trzymać mnie w zamknięciu i angażować w moje pilnowanie tych wszystkich strażników. A może rzeczywiście czary tu nie działają? Nie wiem, co o tym sądzić. Z jednej strony konieczność robienia najprostszych rzeczy normalnie, z drugiej wyczarowanie sztućców. Jak to jest i po co to wszystko?

Hermiona z rozmysłem nie odpowiedziała na list, mając nadzieję, że zniecierpliwiony Gackowski wezwie ją przed swoje prosiakowate oblicze. Trochę bała się tego spotkania („i chciałabym i bojesię”) — podejrzewała, że Fledermaus będzie czynił jakieś złośliwe wymówki. Jednocześnie czuła, że piłeczka jest po jej stronie i ona jest górą, jeżeli w tej sytuacji można tak mówić.


Przez czwartek i piątek nie miała żadnej wiadomości. W sobotę stojąc pod prysznicem, postanowiła, że jednak do Sławomira napisze, bo sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca.

A jak jemu nie zależy na mojej obecności? Powinnam mu przypomnieć o swoim istnieniu.

Położyła na kolanach niewielką kartkę i uzbrojona w długopis zaczęła:

„Wielce Szanowny Nietoperzu! Moje zachowanie możesz odbierać jak brak szacunku, ale sam przyznałeś, że prawo uciekania jest prawem każdego więźnia. Ja nic innego nie zrobiłam, tylko z tego prawa skorzystałam. Czarownice pojawiły się tutaj bez mojej wiedzy. Starałam się jedynie wykorzystać okazję. Nic z tego nie wyszło (jak sam wiesz), bo twoja obecność pod postacią latającej myszy rozproszyła kumy i uniemożliwiła kontynuację ataku […]”

(Z gabinetu Gackowskiego prowadził niewielki korytarzyk do lądowiska na polu w bezpośrednim sąsiedztwie Fledermaus Palast. Tam Sławomir dokonywał przemiany i odlatywał w wybranym przez siebie kierunku. Mimo tej przemiany twierdził, że czary tutaj nie działają i tak już ma. Muszę to sprawdzić).

„[…] Jestem ci niezmiernie wdzięczna za umożliwienie spacerów i codziennych kąpieli. Jeżeli mam być twoim więźniem, to powinnam przebywać w przyzwoitych warunkach, tym bardziej że niczego złego nie zrobiłam. Niech wreszcie dojdzie do twojej świńskiej łepetyny głowy, że nazywam się Hermiona Granger i z przepowiednią nic mnie nie wiąże […]”.


Po kolacji — mając dużo wolnego czasu — Amanda zaczęła się zastanawiać, czy profetyczne zdanie odczytane w sali tradycji rzeczywiście jej nie dotyczy. Mimo że była wewnętrznie przekonana, iż zapiski nie są o niej, nabierała coraz więcej wątpliwości. Przepowiednia mówiła o „zielonym drzewie”, córce Menelaosa i Heleny, a ona miała na imię tak samo jak dziecko tej pary mitycznych bohaterów i na dodatek została nazwana w Bimbelorze panną Greenwood. (Wprawdzie powinno się ją nazwać Greentree, ale to trochę dziwne i można zrozumieć dyrektora, który użył innego nazwiska).


W niedzielę, która niczym nie różniła się od innych dni, (chociaż Amanda czuła, że niedziela jest jakaś odświętna) zjawił się w celi Joseph. Miał na sobie świąteczny mundur przypominający kurtkę żołnierza Wehrmachtu; przyszedł całkiem bez celu, to znaczy zachowywał się tak, jakby jego wizyta żadnego celu nie miała. Towarzyszący mu strażnik niedbale oparł się o futrynę i niewielkim kozikiem obierał jabłko.

Z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji Arsch stanął przed dziewczyną, groźnie spojrzał i powiedział:

— Tylko nie próbuj żadnych numerów. Pan Gackowski złagodził warunki twojego odosobnienia i chociaż się z nim nie zgadzam, to on jest szefem. Ja wykonuję tylko rozkazy. Gdyby to ode mnie zależało, to umieściłbym cię na samym dnie wieży.

Zrobiło mi się smutno, ale nie pokazałam tego po sobie, bo uznałam, że słowa Josepha celowo są takie brutalne, żeby sprowadzić mnie z chmur na ziemię i żebym bardziej doceniła „dobroć” Fledermausa.

— Już nie pamiętasz, jak na chemii substancji magicznych siedzieliśmy obok siebie?

— Cicho. — Arsch spojrzał w kierunku obierającego jabłko strażnika.

— To nie ma dla ciebie żadnego znaczenia?

— Cicho. — Powtórzył. — Liczy się tu i teraz. Wolę zapomnieć jak marnowałem czas.

Josef zachowywał się dumnie i wyniośle; za wszelką cenę chciał mi pokazać swoją rzekomą wyższość. Stał przede mną i majestatycznie gładził połę swojej mundurowej marynarki. Chwilami jego wzrok robił się maślany i rozmemłany, ale musiał sobie zdawać z tego sprawę, bo oczy zaraz stawały się beznamiętne i stalowe. Domyślałam się, że mu czymś imponowałam; najprawdopodobniej urodą i charakterem osoby bardzo konkretnej. W Bimbelorze Arsch patrzył na mnie z beznadziejnym uwielbieniem. Podejrzewam, że się we mnie po cichu podkochiwał, ale nie miał zamiaru ujawniać fascynacji moją osobą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.19