E-book
13.65
drukowana A5
38.81
Hermiona

Bezpłatny fragment - Hermiona

część trzecia


Objętość:
176 str.
ISBN:
978-83-8221-284-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.81

W CZĘŚCI DRUGIEJ: Po wyjściu z Podziemia Hermiona razem z Anią Muhle wędruje do siedziby Gackowskiego — Nietoperza.


[…] Cały czas łypał na Anię. Zresztą zdawało się, że patrzy tylko na nią:

— Ciebie już chyba widziałem…

Ania poczerwieniała i zaprzeczyła ruchem głowy:

— Nie można wykluczyć, chociaż to mało prawdopodobne. Chyba że we Fledermaus Palast…

— Byłaś tam?

— Zdarzyło się… Teraz też tam idę. Z tą… moją przyjaciółką. Ona ma coś do zrobienia…

— Dzisiaj to już chyba nie pójdziecie. Zaraz się zrobi szaro.

— I tak nie wiemy, jak dalej iść. — Anna spojrzała na Odwrotnego z nadzieją i wyczekiwaniem.

— Ooo… Co to to nie. Ja was nie zaprowadzę. Zresztą teraz już prosto. Za tą kępą wysokich traw. Jakbym się tylko pojawił u pana Gackowskiego, to zaraz by mi znaleźli jakieś zajęcie, a ja chcę mieć jeszcze trochę wolnego.


CIĄG DALSZY


No więc poszły same. Tak jak mówił Rewersus, po minięciu trawiastego kopca znalazły się na łące przypominającej lądowisko dla helikopterów. W odległości siedemdziesięciu metrów od niego wystawał z ziemi okrągły, złocisty dach, który błyszczał jak rubin. To musi być ta pięciogroszówka — pomyślała Hermiona. Wbrew temu, co mówił pan Odwrotny, od razu nie zrobiła się noc więc przyjaciółki energicznie poszły do wystającego z ziemi budynku.

Kiedy słońce zupełnie zaszło, zbliżyły się do drewnianego mostu. Dopiero wtedy Hermiona zobaczyła, że to, co wydawało jej się położoną na łące metalową płaszczyzną, było dachem okrągłej wieży zbudowanej w olbrzymim dole.

— Mam nadzieję, że nikogo nie spotkamy. — Powiedziała Ania. — Musimy zachować ostrożność.

Pomruczała i jej twarz nabrała koloru ogórka.

— Co się śmiejesz? Wyglądasz tak samo.

Spojrzałam na swoje ręce.

— Pamiętaj… Jesteś… pracownicą przepompowni.

— ?

— Jak pada, trzeba wypompować wodę. Nie wsiąka.

Bez przeszkód doszłyśmy do niewielkich drzwi.

— Musimy uważać. Wszyscy tu mnie znają.

Ania pociągnęła Hermionę w boczny korytarz, który zdawał się tajemnym przejściem. Od razu zrobiło się ciemno i Amanda musiała macać schody stopami. Z jednej strony wiła się metalowa barierka, a z drugiej była pozbawiona okien kamienna ściana.


Ufałam Ani. Ona przecież tutaj mieszkała i pewno doskonale orientowała się w tych zakamarkach. Byłam przekonana, że prowadzi mnie w jakieś całkiem bezpieczne miejsce. Nie myślałam o spotkaniu z Fledermausem, chociaż teraz wydawało się nieuniknione. Z jednej strony chciałam się z nim widzieć, a z drugiej było mi wszystko jedno. No i nie przypuszczałam, jak takie spotkanie może wyglądać.

— Spać mi się chce.

— Spoko, coś znajdziemy.

Zza zakrętu dały się słyszeć jakieś głosy.

— Uważaj! — Powiedziała de Burbon. Jakby cię pytali,  nic nie mów!

Po chwili naprzeciwko dziewcząt pojawiło się kilka zielonych stworów. Wyglądali jak normalni ludzie tylko byli w kolorze świeżych ogórków.

Ania z nieco znudzoną miną przeszła obok i otworzyła drzwi po prawej:

— Narzędziownia. Tutaj co kilkadziesiąt metrów są takie pomieszczenia.

Podniosła z ziemi plastikową skrzynkę wypełnioną śrubokrętami, obcążkami i kauczukowymi podkładkami:

— Weź.

Popatrzyła na Hermionę z wyraźnym zadowoleniem:

— No, teraz wyglądasz jak hydraulik! Znajdź jakąś rurę i udawaj, że naprawiasz. Nikt cię nie powinien zaczepić.

Odwróciła się na pięcie i poszła przed siebie. Po trzydziestu minutach wróciła — powiedziała, że znalazła miejsce, w którym mogę przeczekać noc.

Zaprowadziła koleżankę do niezbyt dużego pokoju zajmowanego przez jedną kobietę pracującą w kuchni:

— Oni muszą normalnie jeść.

— Nie mogą wyczarować owsianki?

Ania pokręciła głową:

— Gackowski zabrania czarować.


Słowa panny Muhle nieco mnie zastanowiły, ale wszystkie wątpliwości tłumaczyłam tym, że Anna, jako mieszkająca u Fledermausa wie, co mówi. Z jednej strony jej słowa, a z drugiej słowa studenta, pana Rewersusa i wygląd panien z Awinionu. „Gackowski zabrania czarować”. Logiczne. Boi się, żeby czarami ktoś nie zrobił mu krzywdy. Mimo wszystko powstało w moim umyśle pytanie, które wtedy nie wydawało się istotne. Teraz wiem, że słowa Ani powinny mnie zaniepokoić, ale byłam tak zaaferowana nową sytuacją, że nie potrafiłam wyciągać rozsądnych wniosków. Zresztą na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie to, że to były po prostu słowa, pozbawione wtedy jakiegokolwiek znaczenia. Takie, za którymi nie szły czyny, no, bo jakie?


Kwatera kucharki to była zwyczajna jednopokojowa klitka z oknem wychodzącym przy drewnianym mostku, łączącym płaski teren z galeryjką pod mosiężnym dachem.


Nad ranem Ania gdzieś znikła. Po dwunastu minutach wróciła i ocierając pot z zielonej twarzy, powiedziała:

— Chodź. No chodź.

— Bez śniadania?

Pomyślała, że nie daje się miski grochu niewolnikowi prowadzonemu na targ i z wyraźnym zniecierpliwieniem postawiła przede mną talerz manny:

— Jedz i idziemy!

— Gdzie?

— Zobaczysz.


Zaprowadziła mnie do rzęsiście oświetlonego korytarza przed masywne, dębowe drzwi. Energicznie zapukała i wprowadziła do dużego pomieszczenia przypominającego stołówkę w Szkole Kształtowania Niezwykłych Umiejętności. Z ozdobionego kasetonami sufitu patrzyły na mnie wyrzeźbione w drewnie głowy — dopiero po chwili zauważyłam, że przy witrażowym oknie stoi manuał organów, których posrebrzane rury wisiały pod sufitem. Siedzący przy klawiaturze chłopak, szczelnie owinięty czarną peleryną, początkowo nie zwrócił na nas uwagi, ale gdy Anna znacząco chrząknęła, przestał grać i odwrócił się w naszym kierunku.

— Przyprowadziłam tę zdradliwą bździągwę. Pamiętaj, że to bardzo potężna czarownica.

Słowa de Burbon za bardzo do mnie nie dotarły, bo domyśliłam się, że jestem przed obliczem Fledermausa. Gackowski był tłusty, miał małe oczka i przypominał nieruchawego buldoga. Okrywająca jego ramiona peleryna wcale nie przypominała skrzydeł nietoperza. Uśmiechnął się złośliwie i zauważyłam na jego twarzy ślad euforii. Wyglądał tak, jakby chciał mnie zjeść.

— No, oliwa sprawiedliwa…

Anna rozpłynęła się w powietrzu i zostaliśmy sami.

— Kto ci pozwolił siadać?

— Ty jesteś Nietoperz? — Zapytałam całkiem bez sensu.

— Zamilcz! Tutaj ja zadaję pytania! Mogę dokończyć porządki na płaskowyżu. Nie podchodź! Czytałem przepowiednię i mogę nią tyłek wytrzeć!

— Przed przeznaczeniem się nie ucieknie!

— Nie odzywaj się! Za bardzo pyskujesz!

Podszedł do ozdobnego stołu, na którym walały się resztki jedzenia i nacisnął czerwony przycisk. Po chwili niemal bezszelestnie do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn i jedna kobieta. Gestem dłoni Gackowski pokazał im, że mają stanąć obok drzwi.

— Twoje czarowanie nic nie pomoże. Tutaj nie wolno czarować, zresztą czary to bujda.


Fledermaus wiedział, że najgorszy ten pierwszy raz i nie chciał przekraczać niewidzialnej granicy, za którą coś, co wydaje się niewyobrażalne, staje się codziennością. Już dawno postanowił pozbyć się Amandy Greenwood i kiedy nie udało mu się unicestwić jej na płaskowyżu, ogarnęła go złość na samego siebie i zaczął wymyślać inny sposób zneutralizowania dziewczyny. Jedyne, co przyszło mu do głowy to rozkazanie Annie Muhle, żeby sprowadziła znienawidzoną uczennicę do jego siedziby. Miał obawy co do skuteczności swojego planu, ale nie potrafił opracować innego.

Wiedział, że kiedyś nastąpi spotkanie z „tą Greenwood” twarzą w twarz, ale nie myślał, jak powinien się wtedy zachować. Podczas takiego spotkania będzie miał przewagę własnego terenu; ta młoda czarodziejka na pewno będzie się czuła zagubiona.

Wezwał ochroniarzy i zieloną strażniczkę woląc dmuchać na zimne.

— Może mi powiesz, co z tobą zrobić? Zamienić w pijawkę?

Zielona bez pytania skinęła głową:

— Przywiązać na samym dnie, a jak zacznie padać, to się utopi…

Moja śmierć była cienką, czerwoną linią, której przekroczenie uczyniłoby zabijanie rzeczą najłatwiejszą pod słońcem. Właśnie tej linii nie chciał Gackowski przekraczać.

— Nie. Nie jestem okrutny. Nie chcę, żeby widziała, jak poziom wody podnosi się do jej nosa. Nawet niczego sobie noska…

— Przemalować i zatrudnić w serwisie sprzątającym. Albo w kuchni!

Fledermaus pokręcił głową:

— Może dosypać coś do jedzenia.

Nie wiadomo czemu byłam przekonana, że rzeczy ostateczne mnie nie dotyczą. Teraz wiem, że dotyczą i jako umarlak miałabym z pewnością bardzo zdziwioną minę.


Szybki w witrażowym oknie wyraźnie zbladły — przestały rzucać na kamienną posadzkę kolorowe błyski. Hermiona poczuła nagły przypływ energii. Gdyby nie to, że była sama, a ich pięcioro, z pewnością podjęłaby jakieś kroki w celu zmiany niefortunnego położenia. Szybko ogarnęła sytuację i uznała, że obojętna uległość jest teraz najwłaściwsza; z jej zdaniem i tak nikt by się nie liczył. Należała do osób, które w obliczu niekorzystnych obrotów fortuny zastanawiają się jak te obroty zmienić, a nawet nie tylko się zastanawiają, ale działają (czasami impulsywnie). Na nią samotność w towarzystwie obcych ludzi działała jak zerwany hamulec bezpieczeństwa i powodowała szczególną jasność umysłu.


Gackowski nadal nie wiedział, co zrobić z dziewczyną. Zabicie jej byłoby najszybszym i bezproblemowym wyjściem, ale Nietoperz brzydził się zabijaniem, zwłaszcza takim, które przyszłoby bardzo łatwo. Wystarczyło tylko wydać odpowiednie polecenie. Z góry odrzucił pozbycie się Amandy w ten sposób. Chciał odłożyć podjęcie koniecznej w tej sytuacji decyzji:

— Zaprowadźcie ją do więzienia.


Idąc do celi, dziewczyna miała okazję przyjrzeć się strażnikom; oczywiście na tyle na ile pozwalały emocje. Ci tutaj wyglądali zupełnie inaczej niż stwory z podziemia, to znaczy wyglądali całkiem normalnie, tylko mieli zieloną skórę — miejscami fioletową jakby pokrytą olbrzymimi siniakami.


Prowadzili Amandę wąskim korytarzem w trzech miejscach przegrodzonym masywnymi, stalowymi drzwiami. Przed każdymi Hermiona musiała się zatrzymać i stanąć twarzą do ściany. Strażniczka otwierała drzwi, a potem popychała więźniarkę w ich kierunku. Na końcu korytarza były kolejne, ozdobione dość dużym judaszem przesłoniętym metalową klapką. W końcu dziewczyna znalazła się w swojej celi.

— Hej, co ze mną będzie???

Zieloni nie odezwali się ani słowem.

— Chyba powinnam wiedzieć, jak długo będziecie mnie trzymać!

Drzwi zamknęły się z trzaskiem i było słychać, jak przesuwają się żelazne sztaby.

Straciłam okazję porozmawiania z Fledermausem i nie wiadomo, kiedy będę mogła przedstawić mu swoje poglądy. Tłumaczyłam sobie, że przy pierwszym widzeniu było to niemożliwe, bo Gackowski nie pozwalał na swobodną wypowiedź. Zresztą byłam tak zaskoczona zachowaniem panny Muhle, że najchętniej stałabym przed Nietoperzem z otwartymi ustami.


Pierwszego dnia Hermiona obudziła się dość późno. Śniło jej się, że jest w Porkcity, stoi na długim moście, którego drugi koniec niknie w krzakach porastających brzeg jej ulubionej wyspy Borninsel. Z mostu schodzi do promu i jako jedyna pasażerka zawija do przystani na brzegu. Wyspa jest mała, nawet bardzo mała. Kształtem przypomina nieforemną brzoskwinię; z jednej strony plaża, pośrodku łąka z budynkiem mleczarni, a z drugiej jakieś miasteczko z niskimi, pastelowymi domkami. Przy głównej ulicy pełno pizzerii — każda z grafikami oprawionymi w aluminiowe ramy.


W poniedziałek obudziła się bardzo wcześnie. Zawsze wstawała bardzo wcześnie, ale dzisiaj to już lekka przesada. 450. To oznaczało, że letni dzień, i tak długi, będzie trwał jeszcze dłużej. Dziewczyna miała nadzieję, że po zjedzeniu obiadu zrobi się senna i utnie sobie popołudniową drzemkę, która będzie trwała do wieczora.

Koło ósmej strażniczka przyniosła jej kubek czarnej kawy i cztery kromki chleba posmarowanego dżemem truskawkowym.

To bardzo perfidny sposób znęcania się nade mną. Od razu powiedziałam, że nie znoszę dżemu truskawkowego. Zieloni jakby ogłuchli i codziennie dawali mi truskawki pod różną postacią. A ja toleruję te owoce jedynie w stanie naturalnym, z cukrem i śmietaną. Na podwieczorek przynosili mi truskawkowy kisiel. Dobrze, że nie wspomniałam o arbuzach, bo pewno dawaliby mi zupę arbuzową.

Stawiając na niewielkim taboreciku tacę z jedzeniem, zielona położyła na ziemi książkę „Żydowska narzeczona” i wyjęła z półki zbiór opowiadań Trumana Capote’ a.

Daję słowo, jeszcze nigdy nie przeczytałam tylu książek, co podczas pobytu w więzieniu. Niektóre pochłaniały mnie bez reszty (nie pozwalając na poobiednią sjestę), a inne czytałam tylko dlatego, że skoro zaczęłam, to wypadało skończyć, zresztą nie miałam tu do roboty niczego sensownego. Próbowałam przebrnąć przez conradowską „Smugę cienia” i ta niewielka pozycja była jedyną, której nie przeczytałam do końca. Zbyt przeintelektualizowana. Tak samo, jak filmy z kraju nad Wisłą.


Dla człowieka prowadzącego aktywne i niezbyt uporządkowane życie (z naciskiem na aktywne) tydzień samotności w zamknięciu wydaje się rokiem. Na początku Hermiona ustaliła jako tako sposób egzystencji w warunkach odosobnienia. Podzieliła czas pobytu na „do spaceru, do obiadu, po drzemce”. Najwięcej energii miała jak zwykle rano tylko, że wtedy nie robiła niczego konkretnego. Leniwie wykonywała poranną toaletę, szczególnie dokładnie myjąc zęby — na szczęście strażnicy dali jej niezbyt twardą szczoteczkę, szczotkę do paznokci i szare mydło w zielonym (jakżeby inaczej!) kolorze. Potem — nie czując trampka w ustach, siadała na posłaniu i bez większego zainteresowania kartkowała książkę. O ósmej jadła śniadanie — przez chwilę ogarniało ją zniechęcenie. Miała czas aż do spaceru. Początkowo rozpamiętywała okropność postępku Anny Muhle i była na siebie zła, że dała się w taki dziecinny sposób podejść. W końcu doszła do wniosku, że trzeba żyć do przodu i nie ma co rozpamiętywać wrednego charakteru rzekomej przyjaciółki; lepiej się zastanowić nad sposobem zmiany swojego położenia. Później był spacer — godzina chodzenia w kółko po placyku otoczonym wysokim, gładkim murem.

Któregoś dnia dziewczyna poprosiła o przyniesienie grubego zeszytu i kilku długopisów. Właśnie wtedy zaczęła spisywać swoje dotychczasowe przygody. (Niektórych zapisków nie musiałem tłumaczyć. Dokonałem tylko niezbędnych poprawek i odpowiednio wplotłem je w tekst, który opracowałem translatorsko).


Oprócz mnie na codziennym spacerze było też dwunastu innych więźniów. Wszyscy ubrani w jednakowe, zielone bluzy; niektórzy mieli wytatuowane ręce i ciemnoniebieskie kropki w kąciku lewego oka. Ci z tatuażami to według tutejszych kategorii szczególnie niebezpieczni recydywiści; spacerowali osobno, też w kółeczku tylko o wiele mniejszym i zawsze w pełnym słońcu. Pilnowało nas sześciu strażników w skórzanych kurtkach nabijanych ćwiekami — każdy trzymał na smyczy psa — rottweilera o bardzo żarłocznym wyglądzie. Wśród strażników rozpoznałam Helmuta Gutentaga — chciałam do niego podejść, ale jego pies zaczął niebezpiecznie warczeć i wykonał ruch do przodu, zmuszając mojego klasowego kolegę do wyciągnięcia ręki. Helmut chwycił psa za obrożę i trzymając zwierzę przy nodze, zbliżył się do mnie:

— Teraz nie mogę. Nie wolno rozmawiać z więźniami. Przyjdę po kolacji.

— ?

— Moja sprawa jak.

Hermiona ucieszyła się na takie dictum. Przebywanie w samotności i pozbawienie dłuższej rozmowy jawiło się jej jako szczególna uciążliwość.


Słowa Helmuta niezupełnie do mnie dotarły. Uświadomiłam sobie ich znaczenie dopiero w swojej celi i najmniejszy szmer dochodzący z zewnątrz kazał mi myśleć, że za drzwiami stoi Gutentag. Nie zastanawiałam się, że przecież on mógł być tym drugim szpiegiem Gackowskiego; we Fledermaus Palast pełnił bowiem nie byle jaką funkcję. Musiał być kimś znacznym albo w przeszłości oddać Nietoperzowi wielką przysługę. Został przecież jednym ze strażników. Jeszcze nie wiedziałam, że nie był zwykłym klawiszem, ale najważniejszym dozorcą, który doglądał więźniów, bo taki miał kaprys.

Helmut był człowiekiem, z którym nikt się w Bimbelorze zbytnio nie liczył — tutaj, doglądając osadzonych, mógł podnieść (we własnych oczach) swoją wartość. Czynności, które wykonywał, nie wymagały szczególnego intelektu; ograniczały się do sporządzania grafika dyżurów i uczestniczenia w naradach osób odpowiedzialnych za inne odcinki. Nie zamierzałam być zbyt wylewna i obdarzać szkolnego kolegę nadmiernym zaufaniem.


Podniecenie nie pozwoliło Hermionie na pełny poobiedni wypoczynek. Do wieczora próbowała skoncentrować się na jakiejś książce (biografia Izaaka Newtona), ale nie mogła skupić myśli. Była szczególnie wyczulona na dochodzące z korytarza odgłosy i kiedy tylko usłyszała jakiś szmer, podnosiła wzrok, wpatrując się w metalowe drzwi ozdobione okrągłym judaszem. Około dziewiętnastej usłyszała szczęk zamka i do celi weszła zielona kucharka, która bez słowa postawiła obok krzesełka tacę z wieczornym posiłkiem.

Znowu żółty ser — pomyślała dziewczyna. — Od tego podskoczy mi cholesterol.

Miała nadzieję, że zamiast dozorczyni w drzwiach pojawi się Gutentag. Nie chciała jeść, ale wiedziała, że z pustym żołądkiem nie zaśnie. Kiedy skończyła, zamek znowu zgrzytnął i w drzwiach pojawił się Helmut.

— No, nie mam teraz niczego do roboty. Skąd się tutaj wzięłaś?

Amanda powiedziała, jak uciekła z płaskowyżu i przyszła do Fledermaus Palast z Anną Muhle. Nie omieszkała obrzucić ją najgorszymi inwektywami:

— Myślałam, że Anka jest moją przyjaciółką. Owsianka i uratowanie z gniazda chybaorłów to nic w porównaniu z wydaniem mnie w ręce Gackowskiego!

— To Ania jest tutaj?

— Jest, ale niech ją piekło pochłonie!

Wiedziałam, że Helmut rzeczywiście podkochuje się w pannie Muhle, chociaż wydawało mi się to nieprawdopodobne. Ania, którą znałam ze szkoły, była całkiem przeciętną dziewczyną, nawet poniżej przeciętnej i tylko taki maślak jak Gutentag mógł zwrócić na nią uwagę. Zdawał sobie sprawę, że ze swoim wyglądem i wątpliwym intelektem może liczyć na przychylność jedynie takiej szarej myszki jak Anna. Chociaż z drugiej strony… Moje nastoletnie doświadczenie każe mi myśleć, że im kto bardziej przeciętny to zakochuje się w super dziewczynach.

Tym bardziej nie mogłam zrozumieć Helmuta, że (chociaż nie był odrażająco brzydki), zwrócił uwagę na najbardziej przeciętną uczennicę na płaskowyżu Bimbelrock.

— Ona na pięćdziesiątkę! Sama mi powiedziała!

— Nie mów…

— No! Chuda, pomarszczona i ma obwisłe piersi! Wygląda jak stara rajfura z rysunków Goi!

— A może… Może młodość to jej prawdziwa natura?…

— Wiesz, nie chce mi się o niej gadać! Jak długo będziecie mnie trzymać?

— To nie zależy ode mnie. Ja tu tylko sprzątam. To znaczy, robię, co mi każą.


Następnego dnia moje odosobnienie zostało nieco złagodzone. Co drugi dzień mogłam wziąć kąpiel, odebrać komplet świeżej bielizny i wyjść na dodatkowy spacer.

W środę, w porze obiadu w mojej celi zamiast kucharki, która codziennie przynosiła posiłek, pojawiła się gruba strażniczka i kazała mi założyć tenisówki. Pomyślałam, że przenoszą mnie do innego pomieszczenia — zgarnęłam z umywalki szczoteczkę do zębów.

— Zostaw. Nie będzie ci potrzebna.

Mimowolnie spojrzałam w okno. Po szkle spływały warkocze wody.

— Pośpiesz się, bo nie zdążę do przepompowni.

— Gdzie mnie prowadzisz?

— Szybko. Włosy uczesz.

Strażniczka zadzwoniła kajdankami i wyjęła kauczukową pałkę.

— Zaraz będzie obiad…

— Stul pysk! Wychodź! Przodem!

Zaprowadziła mnie do końca korytarza, a potem mówiła „w prawo, w lewo”. Stanęłam przed dębowymi drzwiami prowadzącymi do pokoju Gackowskiego.

— Zapukaj trzy razy i wchodź.


Na prawo od organów stał dodatkowy stolik, a na nim (w szklanych naczyniach) leżały różne egzotyczne owoce. Gackowski nie był taki euforyczny i stanowczy jak za pierwszym razem.

Domyśliłam się, że Fledermaus nie ma ochoty spożywać posiłków w samotności – wcześniej nikogo do stołu nie zapraszał, bo z nikim nie chciał się spoufalać, a zielone stwory nie były zbyt inteligentne. Mogły co najwyżej bezrefleksyjnie wykonywać proste polecenia.

Sławomir nacisnął czerwony przycisk i ręką pokazał stolik z owocami.

— Siadaj.

Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć mu się całkiem świadomie. Był rzeczywiście — jak powiedziałby pan Sienkiewicz — podłego wzrostu, miał krótkie włosy w kolorze dojrzałej pszenicy, dłonie ozdobione niezwykle długimi palcami, nieco pałąkowate nogi, był piegowaty i zdaje się, cierpiał na bielactwo; jego brwi były tak jasne, jak czupryna. Twarz okrągła i małe świńskie oczka z czerwonymi tęczówkami. Bladość cery podkreślał czarnym strojem przypominającym roboczy strój pracownika zakładu pogrzebowego.

— Dostaniesz obiad, tylko musisz mi obiecać, że nie będziesz czarować.

— Podobno czary tu nie działają…

— … Oczywiście.

Gackowskiemu się zdawało, że jako „potężna czarownica” mogę sprawić, że całkiem niemagiczne pomieszczenie z łatwością zamieni się w gabinet iluzjonisty.

— Zobacz. Ten strażnik dostał polecenie, że jakby co, ma cię unicestwić. Najmniejszy fałszywy ruch i wsadzi ci nóż między żebra.

Miałam nadzieję, że wreszcie zjem coś innego. Posiłki, które mi codziennie przynoszono, nie były zbyt wykwintne. Z reguły ziemniaki, jakaś surówka, schabowy lub mielony. Do tego nieodmiennie zupa pomidorowa. Raz w miesiącu kluski z serem albo fasolka po bretońsku.

Hermiona usiadła przy jednym końcu prostokątnego stołu i odsunęła od siebie szklaną paterę z kawałkami ananasa („z puszki”). Gackowski odpiął kołnierzyk i zajął miejsce po drugiej stronie.

— Możesz mówić. Wiem, pyskata jesteś, ale mam nadzieję, że nie przesadzisz.

Wzruszyłam ramionami i nieco ośmielona zapytałam:

— Tutaj naprawdę czary nie działają?

Gackowski popatrzył mi w oczy i wymownie spojrzał na zielonego.

— Sama się przekonaj. Spróbuj go zmienić na… seledynowego.

Nie pamiętałam żadnego zaklęcia na zamianę kolorów. Wydedukowałam, że to powinno być „color transmutum z zielonego na seledynowy”, powiedziałam to na głos, ale nic się nie stało.

— Widzisz? Może jeszcze? Do trzech razy sztuka.

Tym razem postanowiłam zamienić kiwi w mandarynkę. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, żeby przewidzieć nieskuteczność moich zaklęć.

Po kilku minutach gruba kobieta wtoczyła do gabinetu aluminiowy wózek z tacą, na której były dwa talerze krupniku i dwa płaskie… ze schabowym. Zrobiłam nieco kwaśną minę, bo liczyłam, że zjem coś innego. (Od tłumacza: krupnik był zupą, której pani Granger nie lubi od czasu, kiedy wyłowiła z talerza ugotowany, koguci łeb).

Kelnerka nie położyła przede mną sztućców. Kiedy Gackowski pochylił się nad zupą, spojrzałam na leżącą obok talerza serwetę i ona zaczęła lekko falować (tak mi się zdawało). Po chwili zaczęły się materializować nóż, widelec i łyżka z rzeźbionym trzonkiem. Już byłam gotowa uznać, że magia tutaj naprawdę nie działa, kiedy ta materializacja zmieniła wszystko. Chwyciłam łyżkę, żeby Fledermaus nie zauważył rzeźbionej rękojeści i zaczęłam jeść.


Z czasem Hermiona zapomniała, że Gackowski ma nad nią pełnię władzy. Pozwalała sobie na swobodę zachowania, ale kiedy uświadamiała sobie, że Fledermaus może zrobić z nią, co tylko zechce, od razu zajmowała pozycję pełną uległości. On też częściej pokazywał swoją prawdziwą naturę, chwilami zapominając, że jest panem i władcą.

Panem i władcą tutaj.


Musiałam zrewidować rozkład dnia, dodając do niego wizyty u Sławomira. Niech was nie dziwi, że mówię o Fledermausie używając jego prawdziwego imienia, ale z powodu częstości wzajemnych kontaktów doszło między nami do niejakiej konfidencji. On też przestał mówić do mnie „ty” i nazywał po imieniu.

Po tygodniu wspólnych obiadów wydawało mi się, że „złapałam Pana Boga za nogi”.

Zdaje się, że Nietoperz lubił moje towarzystwo, bo jak dotąd jadał w samotności. W zakamarkach mózgu kołatała mi nawet myśl, że mogłabym wykorzystać całą tę sytuację do ucieczki z „pałacu.” O ile przy odrobinie planowania ucieczka nie stanowiłaby większego problemu, to zupełnie nie wiedziałam, co miałabym robić potem. W końcu doszłam do przekonania, że dalej jakoś to będzie. Nie zastanawiałam się nad tym „jakoś”, choć podejrzewałam, że z chwilą odzyskania wolności wpadnę w czarną dziurę.

Ogarnęło mnie samozadowolenie. Samozadowolenie z sytuacji, w której obecnie się znajduję. W miarę „jedzenia” rósł apetyt na ucieczkę. Ucieczka była celem, za którym stała pustka i brak jakichkolwiek pomysłów. Człowiek zadowolony z siebie pewne rzeczy wykonuje niewłaściwie. Przecież łatwo wejść na górę; gorzej z niej zejść i się nie połamać (ciekawe, co na to himalaiści).


W czwartek Hermiona z niecierpliwością czekała na zieloną, która zaprowadzi ją na obiad. Około trzynastej trzydzieści pojawiła się strażniczka, która bez słowa podprowadziła ją pod gabinet Nietoperza. Fledermaus odsunął poplamiony sosem talerz i popatrzył na zieloną stojącą przy drzwiach. Rozparł się w fotelu i miętosząc w dłoni papierową serwetkę, powiedział:

— Opowiedz mi swoją historię.

Opowiedziałam. Oczywiście nie wszystko; tylko tyle, żeby zaspokoić jego ciekawość. Moje opowiadanie przypominało bardziej urzędowy, nudny życiorys, wyprany z jakichkolwiek emocji. Nie do końca, bo kiedy uświadomiłam sobie, że opowiadanie typu „urodziłam się wtedy, a wtedy w rodzinie… w roku tym, a tym…” to zaczęłam mówić o swoich dziecięcych fascynacjach budowania wyimaginowanych toalet i zainteresowaniu światełkiem w oknie Kubusia.

Gackowski nie wiadomo dlaczego uznał, że teraz jego kolej i powiedział o sobie.

Jego „życiorys” to było pomieszanie rzeczywistości z fantazją i pobożnymi życzeniami.


Urodził się w Sawmill Mountain, gdzie jego ojciec był górnikiem, a matka pracowała w tej samej kopalni w dziale planowania. Tam jego starzy poznali się, pokochali i spłodzili go w ceglanym bloku kilka kilometrów dalej. Kiedy miał niespełna dwa lata przeprowadził się z rodzicami do Oftenhides, a w zasadzie dziesięć mil od tej miejscowości i tam tak naprawdę zaczęło się jego dzieciństwo. Nie wykazywał żadnych ponadnormalnych zdolności; był zwyczajnym chłopczykiem, który razem z innymi robił pieczonki i wino z chabrów. Miał tylko niezwyczajną fantazję — często wyobraźnia nie pozwalała mu zasnąć, mimo uporczywego wpatrywania się w olbrzymi księżyc, który nigdy nie wylądował i intensywnego myślenia o klasowej koleżance Ewie. Myślenie o koleżance powodowało, że zaczął sypiać z rękami pod kołdrą. Zakładał swoim zbereźnym myślom wędzidło; trzeba przyznać, że nigdy nie wyobrażał sobie pomieszania ciał. Dopiero pod koniec podstawowej edukacji (to było już w Oftenhides) odkrył, że ręce pod kołdrą mogą rozładować narastające napięcie.

Kiedy rozpoczynał naukę w szkole średniej, miał przeczucie, że wydarzy się coś nadzwyczajnego. Nie czekał na jakieś cudowne wydarzenie; na początek postanowił się zakochać. Kiedy jego wybranka po trzech dniach przeniosła się do innej klasy, on przeniósł swoje uczucia na jej imienniczkę — dziewczynę (jak sam twierdził) najpiękniejszą pod słońcem.

Przyjrzałam mu się inaczej niż dotychczas. Jego bielactwo, podkreślane czarnym surdutem, świńskie oczka i pomalowane paznokcie przestały mieć dla mnie znaczenie. Ze słów Fledermausa wyłaniał się portret normalnego dziecka i nawet poczułam do niego odrobinę sympatii. Zwłaszcza kiedy opowiadał o swoich szczenięcych latach tak, jakby to był najpiękniejszy okres w jego życiu. Domyślałam się, że teraz w opowiadaniu nastąpi jakiś zwrot, bo doszedł już do momentu, w którym świat przestaje być jednoznacznie czarnobiały i problem, czy księżyc wyląduje, schodzi na plan dalszy.

Zakochał się i to była jego pierwsza miłość. Raczej nie miłość, tylko młodzieńcze zauroczenie. Nikomu o nim nie opowiadał i nawet jego najbliższy przyjaciel Thomas Pillow nic nie wiedział. On i Fledermaus, (który nie był jeszcze Fledermausem) byli jak papużki nierozłączki — siedzieli w jednej ławce, razem chodzili na lody i razem wracali do domu, ignorując czerwone trolejbusy przejeżdżające obok miejscowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej — uczelni, której skrót złośliwi rozszyfrowywali: wyposażenie seksualne politechniki. Oni o seksie nigdy nie rozmawiali — każdy bał się kompromitacji, zresztą seks jest ostatnim tematem do rozmów, bo bardzo łatwo przekroczyć granicę między przyzwoitością i wulgaryzmem. Woleli komentować ostatnio obejrzane filmy, przeczytane książki i zachowania nauczycieli. O dziewczynach nie rozmawiali. Zresztą rozmawiali tylko o tym, co im obu najbardziej odpowiadało. Jeżeli któremuś nie pasował jakiś temat, po prostu nie kontynuował rozmowy, albo kierował ją na inne tory. Co wcale nie znaczy, że przedstawicielki płci pięknej nie leżały w kręgu ich zainteresowań. Byli w wieku buzujących hormonów i nieświadomie tęsknili do bliskości z kobietami. Woleli jednak nie dzielić się swoimi przemyśleniami w obawie, że musieliby zweryfikować poglądy. Zresztą o gustach się nie dyskutuje.

Pod koniec drugiej klasy Sławek zaczął się poważnie zastanawiać nad wyborem dalszej drogi. Wiedział, że posiadanie świadectwa dojrzałości nie daje żadnych uprawnień. Skłaniał się ku medycynie, filologii i sztukom plastycznym. Dwie ostatnie możliwości od razu porzucił, bo nie chciał zamieniać pasji na zawód (tak, Gackowski nie jest taki jednoznaczny, jak Wam się wydaje; potrafi myśleć i to myśleć logicznie). Wybór medycyny — w tym przypadku jedynie właściwy — wcale mu się nie uśmiechał. Tym bardziej że przyszły Fledermaus nie darzył wielką atencją biologii. I jeszcze matematyki, której szczerze nienawidził (spróbujcie rozwiązać: cegła waży cegłę i pół cegły. Ile waży cegła?).

Jego rodzice też mieli plany wobec swojego jedynaka i też ograniczały się one do medycyny.

Ponieważ Gackowski nie przejawiał chęci opowiedzenia się za którymś przedmiotem, zrezygnowali z narzucania mu czegokolwiek (wychodzili z założenia, że SWOIM wyborem mogą jedynaka unieszczęśliwić) i odkładając decyzję, zapisali syna do Szkoły Kształtowania Niezwykłych Umiejętności.

On wprawdzie niczego niezwykłego nie okazywał, ale państwo Gackowscy niezupełnie wiedzieli, jaki jest profil tej na pół legendarnej szkoły.

Tak więc Sławek nie rozpoczął nauki w trzeciej klasie i zaczął edukację w Bimbelorze od razu na drugim semestrze pierwszego roku. Boleśnie przeżył rozstanie z dotychczasowym środowiskiem, zwłaszcza niemożność przebywania w towarzystwie swojej klasowej miłości.


Na płaskowyżu pierwszy raz ujawnił się jego paskudny charakter.

Gacek uważał się za pępek świata i jeżeli ktoś robił nie po jego myśli, traktował to jak bezpośredni atak przeciwko sobie.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.81