E-book
13.65
drukowana A5
31.12
Hermiona

Bezpłatny fragment - Hermiona

część pierwsza


Objętość:
147 str.
ISBN:
978-83-8189-807-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.12

Nazywam się Hermiona Granger.

Tak jak ta młoda czarodziejka z Harrego Pottera, tylko ja jestem prawdziwa. Mam długie prawie kasztanowe włosy, które skręcają się niemożliwie, kiedy wychodzę z kąpieli. Moja przyjaciółka od serca, Beatrix, nie umie czarować i bardzo tego żałuje, bo nie oczarowała jeszcze żadnego chłopaka. A’ propos czarów: Hogwart to bzdura. Czarnoksiężnikiem (my mówimy „białym księciem” albo „białą księżniczką”) się jest i koniec.

Szkoła, w której szlifowałam swoje umiejętności, (właśnie: SZLIFOWAŁAM) wygląda całkiem pospolicie; zupełnie jak podstawówka im. Tadeusza Kościuszki i nie przypomina bawarskiego zamku. Nazywa się Bimbelor. Z Hogwartem łączy ją profil nauczania i to, że wokół jest stary, gęsty las, do którego nie wolno nam chodzić. Raz w miesiącu wysoki jak tyczka dyrektor, nazywany Lordem Mordredem, wyczytywał podczas apelu nazwisko ucznia mającego ponieść najsurowszą karę. Kulawy Vladislav brał nieszczęśnika za rękę i prowadził do tego lasu — wszyscy zebrani trwali w niemym oczekiwaniu. Potem rozlegał się przeraźliwy krzyk, a po chwili z zarośli wyłaniał się woźny, ocierając z brody jakąś czerwoną ciecz. Wszyscy byli przekonani, że Holentz zjada ukaranego ucznia i dla pewności ktoś zapytał odźwiernego, co dzieje się między tajemniczymi drzewami. Czasoodmierzacz pochylał się jeszcze bardziej i patrząc na swoje koślawe stopy, mruczał:

— Idź tam, to się przekonasz…

Kilka dziewcząt zrobiło sobie piknik w bezpośrednim sąsiedztwie zarośli i Lord Mordred zwołał nadzwyczajny apel; głośno obsztorcował moje koleżanki i zabronił jakichkolwiek lotów nad tamtym terenem:

— NIKOMU nie wolno zbliżać się do drzew na odległość mniejszą niż 300 metrów! OD GÓRY TEŻ!

Mnie i innym dziewczynom nie było to w smak, bo lubiłyśmy rekreacyjnie polatać nad drzewami, imponując nowo przyjętym siusiumajtkom i zdobywać względy co przystojniejszych chłopaków, ale na miejscu dyra postąpiłabym dokładnie tak samo.


Koniec tego wstępu. Książka zaczyna się tak:

Panna Granger urodziła się w zwyczajnej rodzinie — jej rodzice byli pozbawieni nadprzyrodzonych zdolności. Wiertarka, (bo takie przezwisko miała w przedszkolu) jak każde dziecko w jej wieku chciała być akurat tym, co jej się w danej chwili podoba. Kiedy oznajmiła, że chce zostać kolorowym balonikiem, rodzice stwierdzili, że Hermiona do niczego się nie nadaje i uspokoili swoje sumienia zapisując ją do Bimbeloru. Nie zwracali uwagi na stosy cegieł pracowicie znoszone na podwórko i walające się po kątach kolorowe rysunki będące projektami toalet wielkości Pałacu Kultury. Trudne pytania coraz częściej ignorowali albo udawali, że są pochłonięci naprawą dojarki elektrycznej.

Któregoś dnia przyjechali ciocia B. z wujkiem Chładysłachem (przyszła biała księżniczka w dzieciństwie nie wymawiała wu); ciocię B. nazywano Rączym Jeleniem, bo mimo poważnej choroby, zawsze była uśmiechnięta i nie zważając na ból prawej stopy, biegała w zastraszającym tempie.

Pani B. ukończyła swego czasu Bimbelor, ale na co dzień nie praktykowała białej magii i nawet bliscy nie mogli jej namówić do rzucenia zaklęcia na swoją chorą nogę. Mieszkała na granicy miasta, w niczym niewyróżniającym się domu porośniętym krzakami dzikiej róży, z których każdej jesieni spadały wielkie, zbrązowiałe liście i płatki czerwonych kiedyś kwiatów. Hermiona, która we wczesnym dzieciństwie często przebywała u cioci, urządzała sobie różaną kąpiel. Wujek Ch. zamykał się natenczas w swoim pokoju i w celu zagłuszenia bulgotu włączał ulubione opery albo przeglądał książeczkę o Mozarcie.

Podczas odwiedzin cioci Hermiona pierwszy raz (zupełnie bezwiednie) okazała, że natura obdarzyła ją niespotykanymi zdolnościami i potwierdziła słuszność decyzji Izabeli Granger o wysłaniu dziewczynki do Bimbeloru.

Mama kazała córce nakryć do stołu, starając się, aby młoda uczestniczyła we wszystkich, odpowiednich dla niej pracach domowych. Pani Granger położyła na kredensie plastikowe pojemniki ze sztućcami i ukradkiem patrzyła czy córka kładzie noże po właściwej stronie. Hermionka, która nigdy nie przywiązywała wagi do takich rzeczy, oczywiście się pomyliła. Widząc dezaprobatę, ogarnęła wzrokiem cały stół, poczerwieniała i patrząc w majolikowy wazonik, siłą woli uniosła wszystkie widelce, które szybko zamieniły się miejscami. Ostatnie niezgrabnie zatańczyły, zadzwoniły i bezwładnie spadły na okrągły talerz, tłukąc go w cztery kawałki.

Pani Granger zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, jakby przenoszenie zastawy bez jej dotykania było czymś najzupełniej normalnym. Pomyślała, że zapisanie córki do Szkoły Kształtowania Niezwykłych Umiejętności było dobrym posunięciem.

Bimbelor kształtował umiejętności niezwykłe, ale wszyscy wiedzieli, że to szkoła adeptów białej magii, która teoretycznie pozostawała mało znaczącym przedmiotem nauczania. Szkoła zasadniczo niczym nie różniła się od innych placówek; chyba tylko tym, że uczniowie musieli obowiązkowo mieszkać w internacie i nosić regulaminowy strój w postaci czarnego kombinezonu, do którego po roku dodawano jedwabną pelerynkę.

Iza niemal w ostatniej chwili położyła na stole nowy talerz, bo ciocia B. zaraz przyszła, przynosząc dziewczynce kolorowego motylka z plastiku. Od razu spostrzegła, że coś się stało; młoda nie zachowywała się jak zwykle żywiołowo, a i pani Granger wyglądała całkiem inaczej.

Babcia Elżbieta krzątała się w kuchni i po szybkim przywitaniu pani B. i jej męża otworzyła drzwiczki piekarnika, z którego buchnęły kłęby czarnego dymu. Staruszka odskoczyła od kuchni i mruknęła coś, co w jej ustach (całkiem akuratnych i przyzwoitych) zabrzmiało jak „o matko!”

Hermiona zmarszczyła czoło i pociągnęła nosem:

— Co tak śmierdzi?

Babcia weszła do pokoju i z przerażeniem oznajmiła, że ciasta nie będzie, bo się spaliło, a nowego nie zdąży upiec.

B. zatrzepotała rękami, jakby strzepując coś z koniuszków palców:

„O jeej, pani Elu, niechsiępaninieprzejmuuuje, wprawdziepaniciastasąppppyszne, ale my tutaj nie na ciasto przyjechaliśmy…”

Jej mąż, dżentelmen przedwojennego chowu, całkiem poważnie powiedział:

— Proszę siadać. Opowiem o swoim uczniu z Australii.

Izabela nalała wszystkim czerwonego wina i po nic nieznaczącej wymianie zdań zwróciła się do cioci:

— Przekonałam się, że zapisanie Hermionki do tej szkoły było dobrym posunięciem. Mimo wszystko chciałabym, żebyś mnie w tym utwierdziła.

B. podniosła wzrok i spojrzała na ramę dużego obrazu przedstawiającego brzozy na rozlewisku.

— No tak. To całkiem normalna szkoła, w której uczą matematyki, języka i geografii, nie mówiąc już o fizyce i chemii.

B. doskonale zdawała sobie sprawę, że w tej jedynej na świecie szkole uczą przede wszystkim czarowania, a znajomość innych dziedzin jest wtłaczana młodym ludziom tylko na tyle, na ile jest to potrzebne do rozumienia magii. Rzecz jasna, nie mówiła o tym swojej małej przyjaciółce, bo byłoby to wielce niepedagogiczne. Czarowanie bez intelektualnego zaplecza, popartego gruntowną wiedzą, nie miałoby najmniejszego sensu. Pamięta, że codziennie do śniadania dostawała (jak inni uczniowie) zamkniętą w kolorowym pudełku różową tabletkę. Nazywała ją tabletką wiedzy, bo po jej zażyciu wszystko bez trudu wchodziło do głowy. Niektórzy próbowali celowo się rozpraszać i koncentrowali uwagę na gołębiach tłumnie obsiadających parapety, ale wtedy niczego nie byli w stanie zapamiętać. Chyba że patrzyli na ptaki całkiem beznamiętnie, słuchając od niechcenia wykładu o Einsteinie albo budowie porostów. Wtedy tabletka działała cuda, bo poprawiając krążenie krwi, zwiększała zdolność zapamiętywania wszystkich słów i pojęć, nawet takich, do których nie przywiązywało się wagi.

Ciocia B. przeczytała kiedyś książki o Harrym Potterze i uśmiała się do łez. Tylko głupiutkie pensjonarki mogły się zachwycać opisem Hogwartu i podkochiwać w czarodzieju ze znamieniem na czole. Po pierwsze nikt taki, nawet syn czarowników, nie mógłby być przyjęty do szkoły, bo z miejsca zostałby zdyskwalifikowany z powodu wady wzroku, ukrywanej za okropnymi okularami w rogowej oprawie. Poza tym miotła nie jest przedmiotem niezbędnym do podniebnych podróży. Teraz nawet dziecko wie, że to jedynie symbol i jako środków transportu używają ich wyłącznie ortodoksyjni czarnoksiężnicy i wiedźmy. Dla nikogo siedzenie na drewnianym drągu nie jest przyjemnością. I jeszcze te śmieszne, pseudonaukowe zaklęcia. I ulubiona gra młodych czarodziejów. W prawdziwym Hogwarcie, czyli Bimbelorze, nikt nie ugania się na miotłach za jakąś skrzydlatą piłką. Młodsze dziewczynki grają w gumę, chłopcy przesuwają kapsle, a raz w roku członkowie szkolnej drużyny ścigają się na gryfogonach.

Gryfogony to całkiem realne stwory przypominające z wyglądu olbrzymie jaszczurki. Na grzbiet takiego wsiada się ze specjalnej platformy albo drabiny przystawionej do boku zwierzęcia. Stajnie jaszczurów to osobne pomieszczenia. Uczniowie Bimbeloru mieli kategoryczny zakaz samodzielnego wchodzenia do stajni, ale i bez zakazu nikt nie podchodził bliżej niż 100 metrów, bo tam strasznie śmierdziało.

— Zdaje się, że dokonaliście trafnego wyboru. Zdarzenie ze sztućcami świadczy, że Hermiona ma niesamowite zdolności. — Powiedziała ciocia B. i złożyła buzię w ciup.

W tym dniu dziewczynka pierwszy raz uświadomiła sobie, że już niedługo opuści ciepłe, rodzinne gniazdko i zamieszka z innymi w niezwykłym miejscu. Zrobiło jej się trochę smutno, ale niczego nie dała po sobie poznać.


Tak naprawdę targały mną mieszane uczucia. Z jednej strony niecierpliwe oczekiwałam nowego, a z drugiej nie chciałam opuszczać mamy i taty. Najbardziej było mi żal ukochanej babci Elżbiety, na którą tylko czasami bywałam zła, zwłaszcza kiedy goniła mnie do matematyki.


Teraz się zastanawiam czy ta Rowling jakimś cudem nie dorwała się do mojego rękopisu. Musiała przecież skądś wziąć pomysł na swojego Pottera. Jeżeli tak, to obeszła się z moimi zapiskami, delikatnie mówiąc, obcesowo. Zrobiła tyle nielogicznych udziwnień, że wyszedł jej gniot niewart Waszej uwagi. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej książki otworzą się Wam oczy i poznacie, że magia nie jest tym, co opisała ta Angielka, bo magiczna rzeczywistość wcale nie jest taka niesamowita.


Izabela Granger z zakłopotaniem, którego nie okazała, zauważyła, że nie podała spodka wypełnionego chrzanem. Zwróciła się do córki, melancholijnie sączącej bezalkoholowego szampana, aby ta przyniosła naczynie z przyprawą.

Odstawiwszy kieliszek Hermiona weszła do kuchni i sięgnęła do lodówki. Poczuła powiew świeżego powietrza — kątem oka spojrzała na babcię, która z powodu spalonego ciasta miała bardzo nieszczęśliwą minę. Elżbieta z chęcią klęłaby na czym świat stoi, ale nie pozwalało jej na to dobre wychowanie i szczypiący język, obłożony dużą ilością pieprzu, którym obficie posypała poranne jajeczko.

Dziewczynka bez słowa wróciła do pokoju, postawiła spodek i zamyśliła się.

„Jestem za mała, żeby coś zrobić, ale bardzo żal mi babuni. Ona jest taka nieszczęśliwa z powodu tego przeklętego sernika…”

Po chwili starowinka siadła z gośćmi i w tym momencie z kuchni dobiegło wyraźne buczenie; piekarnik sygnalizował koniec pieczenia. Elżbieta zrobiła zdziwioną minę i popatrzyła na wszystkich okrągłymi oczyma. Przez chwilę dał się słyszeć brzęk przestawianych foremek, a potem stanowcze „o matko”. Ciocia B. zrobiła minę wyjętego z wody karpia, a Izabela bez słowa wyszła z pokoju i przystanęła w drzwiach, niosąc okrągłą tortownicę.


W towarzystwie taty Hermiona pojechała do nowej szkoły. Wysiadła na małej stacyjce, różniącej się od innych ustawionymi na peronie żeliwnymi ławkami. Ojciec zapytał o coś panią kasjerkę i trzymając spoconą rękę dziewczynki, poszedł z córką wyasfaltowaną drogą. Z porannej mgły wyłonił się niewielki budynek — nad oszklonymi drzwiami wisiała czerwona tabliczka: SZKOŁA KSZTAŁTOWANIA NIEZWYKŁYCH UMIEJĘTNOŚCI. FURTA. Ubrana na czarno kobieta odłożyła pióro i bez słowa wyciągnęła rękę po niedużą kartkę. Po chwili jej palce zastukały w komputerową klawiaturę, a trupią twarz oświetliła błękitna poświata. Obiema dłońmi zatkała uszy, powiedziała „buuu” i głęboko westchnęła:

— Taaa. Nowoprzyjęta… Tylko nie ma takiej na liście.

Pan Granger zbladł:

— Niech pani poszuka jeszcze raz… — Powiedział nieśmiało.

Panna Woof z wyraźną złością hałaśliwie wysunęła szufladę. Po chwili odrzekła:

— Musisz to wyjaśnić. Tutaj jest jakaś Greenwood, a w nawiasie nazwisko Granger. Umiesz się teleportować?

Hermiona spojrzała szeroko otwartymi oczyma, bo nigdy nie słyszała takiego słowa.

— Niepotrzebnie pytam. Biedne, zaniedbane dziecko — rodzice niczego cię nie nauczyli…

Podeszła do małego stolika i pokręciła korbką staromodnego telefonu.

— Przyślijcie mi tu jedną gondolę. Nie!!! Nie gryfogona!!! Nie obchodzi mnie, że wszystkie zajęte!!! To nie jest przechowalnia nienaumianych!!!

Potem zwróciła się do Hermiony i ruchem głowy wskazała pomieszczenie za szybą:

— A pan niech powie córce „do widzenia”. Nie sądzę, aby do wakacji nabrała umiejętności przenoszenia się z miejsca na miejsce.

Tata pocałował Hermionę w ucho i postawił walizkę w drugim pomieszczeniu. Panna Woof zasunęła szklane drzwi i kątem oka widziała, jak młoda, przyklejona do szyby, ukradkiem trze zaczerwienione oczy. Dziewczynka nigdy nie opuszczała swoich rodziców na dłużej, a teraz była zdana tylko na siebie.

Po chwili sinica wręczyła panu Grangerowi niewielką broszurkę:

— Tu jest wszystko opisane. To znaczy, jak się mają zachowywać opiekunowie naszych uczniów. Pan sobie poczyta.

Tata Hermionki włożył książeczkę do wewnętrznej kieszeni marynarki i ze zdumieniem patrzył, jak do pomieszczenia, w którym była jego córka, wlatuje olbrzymi, skrzydlaty szczur. Przerażona dziewczyna instynktownie usiadła w rogu pomieszczenia, podciągnęła kolana i mocno przycisnęła je do piersi.

Z grzbietu zwierzęcia zeskoczył umorusany facet i pytająco wskazał drżącą małolatę.

— Gondolę powiedziałam!!! — Ryknęła panna Woof — Nie widzisz, że ona ma walizkę?!!!

Szczurojeździec wszedł na metalową drabinę i wbił pięty w brzuch potulnego zwierzaka. Szczur podszedł do krawędzi, spojrzał na dwie stalowe liny i pomachawszy skrzydłami, odleciał. Zrobił się gwałtowny wiatr, od którego szyby powyginały się jak mydlane bańki; długie włosy Hermiony stały się proste jak druty, a jej kształtna głowa zaczęła przypominać piłkę do rugby.

Po dziesięciu minutach z miejsca, w którym zniknął skrzydlaty gryzoń, wyłonił się czerwony tramwaj.

Zatrzęsło, zazgrzytało i wagon zatrzymał się obok dziewczynki, która z zaciekawieniem patrzyła jak przez otwarte drzwi, (a w zasadzie miejsce, w którym drzwi w tramwajach z reguły się znajdują) wychodzi tyczkowaty młodzieniec i skłoniwszy się dwornie, ruchem ręki zaprasza ją do środka. Hermiona bez zastanowienia wskoczyła do wagonu. Chudzielec postawił obok pasażerki wypełnioną rzeczami osobistymi walizkę i poszedł tam, gdzie w miejscu korby znajdował się jakiś kryształ. Rozległ się dźwięk dzwonka.

— Trzymaj się. Ruszamy!

Hermiona odruchowo chwyciła krawędź siedzenia. Tramwaj sunął najpierw wolno, a potem coraz szybciej — postać w tweedowej marynarce zrobiła się całkiem malutka i mgła, wdzierając się do wnętrza, przesłoniła wszystko.

Potem zaczęła rzednąć i czerwony pojazd, pchany jakąś niepojętą siłą, sunął po bezchmurnym niebie coraz wyżej i wyżej. W oddali, na horyzoncie, majaczyła ciemnoniebieska smuga morza, a w dole wyłaniały się szczyty gór… Nagle na niebie pojawiła się czarna kropka i rozdzieliła się na dziesiątki małych punktów — każdy z nich na kilka trzepocących skrzydłami ni to ptaków, ni gadów. Chudzielec pokiwał głową:

— Dzisiaj sobota. Większość ma rekreację. Niedługo wylądujemy. Trochę szarpnie.

Hermiona nie wiedziała jak „trochę”, więc kurczowo wbiła palce w drewnianą podpórkę. „Motorniczy” nie odwracając się, rzekł:

— Spokojnie, nie będzie tak źle.

W pewnej chwili przed wagonem pojawiła się skalna ściana i tramwaj poderwał się do góry, a potem leciał nad równo przyciętą trawą, w stronę metalowych hangarów i zbudowanego obok niewielkiego domu.

Chudzielec postawił przy dziewczynce wypchaną walizkę:

— Tam.

Sapiąc z wysiłku Hermiona weszła do kamiennego budynku — za drewnianym stołem siedział mężczyzna w podkoszulce z nadrukowaną trupią czaszką. Patrzył na nowoprzybyłą ze zwierzęcym zadowoleniem, ale kiedy spostrzegł, że uczennica przygląda się jego uszom, nerwowo chrząknął, kiwnął głową i kopnął proste krzesełko:

— Nowa?

Dowiedziawszy się, że w walizce jest jedynie bielizna, parę stron „Nastroju na Miłość”, lalka, pudełko po cukierkach i kolorowa torebka powiedział, że walizka musi tu zostać. Ktoś, kto się na tym zna, teleportuje ją do internatu. A Hermiona musi pójść tam, obok tych starych drzew i dalej prosto, aż dojdzie do głównego budynku szkoły. Przy odrobinie szczęścia kogoś spotka i może zapytać o dalszą drogę. Musi iść najpierw do gabinetu Mor… dyrektora, a od niego do przełożonej internatu dla dziewcząt.

Ktoś otworzył najbliższy hangar i zaczął się z niego wydobywać żółty dym. Uchol szybko wypchnął Hermionę za drzwi:

— Idź już, bo tu zaraz zacznie śmierdzieć!


Teraz wiem, że smród końskiego nawozu dochodził z otwartej stajni gryfogonów. Stajenni, grube, beznose karły, wykorzystywali czas nieobecności zwierząt, które na swych grzbietach unosiły relaksowiczów, bo kiedyś trzeba posprzątać legowiska tych bezmyślnych istot.

Dziewczynka rozpięła sweterek i pozbawiona walizkowego obciążenia dziarsko pomaszerowała we wskazanym kierunku. Wiedziała, że właśnie zaczyna się dla niej czas niezwykłej przygody i ta wiedza pchała ją naprzód, ku rozłożystemu budynkowi stojącemu na końcu alei.


Bimbelor to nie tylko nazwa krainy, ale też płaskowyżu, na którym zbudowano szkołę i potoczna nazwa samej szkoły. Mój klasowy kolega Charles, kujon, przezywany przez nas Fujarą, twierdzi, że miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo. Jest trudnodostępne, bo dzieją się tutaj rzeczy przekraczające rozumowe zdolności przeciętnego człowieka.

Nagle zza węgła wystrzelił niewysoki taboret. Siedzący na nim wyrostek zwolnił i zaczął okrążać dziewczynę w sposób nieprzyzwoicie agresywny. Młoda zbliżyła się do pustego masztu, a taboreciarz nie wyrobił i z całej siły walnął w czerwonobiałe drzewce.

Hermiona podeszła do leżącego chłopca. Widząc, że nic mu nie jest, cofnęła się dwa kroki i zacisnęła dłonie.

Niefortunny jeździec podniósł się z ziemi i pocierając obolałe czoło, pogardliwie spojrzał na dziewczynę.

— Nowa, co?

Panna Granger kiwnęła głową.

— Tak myślałem, bo nie masz peleryny…

— Gdzie tu jest dyrekcja?

— Ty się lepiej u Mordreda w takim stroju nie pokazuj… Jak ci na imię?

— Hermiona.

— Dziwnie. Ja jestem sir Lancelot.

— ???

— No co, ty żartujesz to i ja. Dobra, porozmawiamy przy kolacji.

Przeraźliwy skrzek zmusił ich do spojrzenia w niebo. Na widok pikujących gryfogonów rudzielec chwycił resztki taboretu i pobiegł w najbliższe krzaki.

— Gdzie on jest? — Zapytał wysportowany chłopak, który pierwszy zeskoczył z podniebnego wierzchowca.

— Ja…

— Aha, nowa sałata… Szoruj do dyrektora! Tam, w lewo!

Młodzieniec chwycił zwisający z grzbietu zwierzęcia sznur i błyskawicznie znalazł się w siodle.

Hermiona doszła do gmachu przypominającego neogotycki zamek. Cały dom otoczony był niskim płotkiem, za którym rosły mieczyki i gerbery; przed łukowatym wejściem, ozdobionym łacińskim napisem, dumnie przechadzało się kilka pawi, a między grządkami stał siwy staruszek z monoklem w oku. Papcio (tak pomyślała Hermionka) spojrzał w niebo, uniósł obie ręce i powiedział, zdaje się, aquam turbabant. Potem otworzyły się drewniane okna i z każdego wyfrunęły niewielkie konewki, które zbliżyły się do roślin i podlały je obficie.

Profesor Homer niczym młody bóg zgrabnie przeskoczył ogrodzenie i odciągnął dziewczynę.

— Bardzo cię zmoczyło? Pewno jesteś pierwszakiem. Chodź do mnie. Wysuszysz ubranie.

Młoda od razu przypomniała sobie ostrzeżenia rodziców i zakaz rozmowy z nieznajomymi, ale pomyślała, że dziadek wygląda bardzo poczciwie i kiwnęła głową.

W mieszkaniu profesora panował przyjemny chłodek. Starokawalerski nieporządek świadczył, że papcio mieszka sam. Profesor Homer energicznie odsunął ciężkie kotary i pokój zalał strumień żółtego światła.

— Stań przy kominku.

Dziewczyna pełna zdziwienia spojrzała w kamienną czeluść, ale posłusznie podreptała w stronę gzymsu.

— Nie tam. Z drugiej strony.

Żywiczne bierwiona, ułożone w wiklinowym koszu, delikatnie uniosły się do góry i karnie poszybowały do paleniska, układając niewielki stos. Homer wyszeptał coś niezrozumiałego — na drewienkach pojawił się nikły płomyczek, obejmując coraz większe kawałki bali. Po chwili płomień huczał na dobre, a z wnętrza zaczął się wydobywać czarny, gryzący dym.

— Kawki. — Powiedział Homer i gwałtownie zamachał rękami.

Panna Granger mimowolnie dotknęła zmoczonego rękawa.

— Podejdź tu.

Dziadek położył rękę na sweterku i spod jego palców zaczęły się wydobywać kłęby pary.

— Nie wszystko mi dobrze wychodzi. Zresztą nigdy nie uprawiałem białej magii w obecności uczniów. Zwłaszcza takich jak ty, moje dziecko. Mam ochotę na czekoladę. Pewno się chętnie napijesz… Wolę zrobić czekoladę tradycyjnie, bo znowu mogę coś skopsać. Tak teraz mówicie? Nie zaprzeczaj — nie znoszę, jak się mnie oszukuje. Słyszałem na przerwach. Taak. Nazywam się Winslow Homer. Profesor od historii czarodziejstwa. Jak usłyszysz, że kogoś nazywają Kubusiem Puchatkiem, to znaczy, że mówią o mnie. Ty też tak do mnie mów, tylko nie w szkole. Kim w zasadzie jesteś?

Hermiona otarła ubrudzone czekoladą usta i opowiedziała profesorowi swoją historię.

— W takim razie musisz natychmiast iść do magistra Puddingtona, naszego dyrektora. I nie przejmuj się brakiem peleryny. Pierwszaki i tak mają tylko kombinezony.

Gwałtownie wstał. Monokl wypadł mu z oka i kryształowe szkiełko rozbiło się na tysiąc drobnych kawałków.

Przerażona dziewczyna rzuciła się, aby podnieść choćby kościaną oprawkę.

— Nic, moja droga — powiedział Winnie chwytając wyciągniętą rękę uczennicy. Czasami to się zdarza — zwłaszcza w chwilach szczególnego wzruszenia. A teraz jestem wzruszony. Nie często młode i urocze osóbki rozmawiają ze mną w mojej samotni.


Stojąc na krawędzi płaskowyżu, można dostrzec odległy ocean, a nawet cienką jak nitka linię żółtego piasku. Bimbelor przypomina odwrócony garnek, tym bardziej że po obu stronach znajdują się kamienne skały, zwane iglicami. Na szczycie jednej jest wieża, do której można się dostać tylko od góry. Wieża ta wykorzystywana jest jako miejsce odosobnienia dla niepokornych uczniów, ukaranych za złamanie postanowień regulaminu.

Szkoła składa się z internatu i mieszkań zajmowanych przez nauczycieli; drugi kompleks obejmuje pomieszczenia dydaktyczne, sale ćwiczeń naukowych, plac apelowy i odkryty teren rekreacyjny. Są jeszcze inne, mniej ważne, na przykład trzy stajnie gryfogonów z domem Pierwszego Kontaktu, Obszar Gospodarczy i pozostałe, których nie warto wspominać. Płaskowyż otoczono wysokim, kamiennym murem, osłoniętym przez las rosnący na krawędzi Bimbelrock. Las porasta też zbocza niedostępnego terenu, a jedyna droga wiedzie do niego ze stacji znanej jako furta. Na odwróconym dnie tego olbrzymiego garnka są wapienne wzniesienia z jaskiniami, jezioro z wyspą i ruinami zamku, głębokie wąwozy, jary i skalne rozpadliny, szczątki kamiennych zabudowań i bardzo ponury, stary dom stojący na szczycie zachwaszczonego pagórka.

O tym wszystkim, rzecz jasna, wtedy nie wiedziałam.

Zafascynowana nowym miejscem i pozbawiona ciężkiej walizki nie za bardzo tęskniłam za rodzicami i tylko trochę zrobiło mi się smutno, że tata będzie musiał sam jechać pociągiem i nie będzie miał z kim pograć w łapki.


Łykając gorącą czekoladę Hermiona spostrzegła, że za oknem trochę pociemniało i do środka zaczęło wpadać zimniejsze powietrze. Uspokojona słowami papcia, który zgarnął dłonią kawałki rozbitego okularu, dygnęła najgrzeczniej, jak tylko umiała:

— Czy jest tutaj miejsce, w którym przenocują małą dziewczynkę?

Winnie spojrzał w wytarty dywan:

— Na pewno czekają na ciebie w Białym Domu…

— Gdzie to jest?

— Nie byłaś jeszcze u magistra Puddingtona…

— Ale…

— Wcale nie jest późno. Pójdziesz korytarzem i zobaczysz dziwne portrety. Potem w lewo do drzwi, przy których stoi szubienica. Nogą wisielca zastukasz w ścianę. Drzwi się otworzą i wejdziesz do gabinetu.


Już z oddali Hermiona zobaczyła cudaczne obrazy, odbijające się w lustrzanej posadzce. Zdawało się, że korytarz, którym wędrowała, nie ma końca. Pod koniec pierwszego roku, bogatsza o wiele doświadczeń, doszła do wniosku, że cały Bimbelor jest w jakimś innym wymiarze, bo na żadnej, nawet najbardziej szczegółowej mapie, nie znalazła niczego, co przypominało ukształtowanie płaskowyżu. W Google Maps była uwaga, że wynika to z braku stosownych fotografii, gdyż obiektywy satelitarnych aparatów, przelatując nad wzniesieniem, w niewytłumaczalny sposób zachodziły mgłą.

Stąpała niezwykle ostrożnie, bo nie chciała kwadratowymi obcasikami porysować jednolicie szklanej posadzki. W końcu korytarz zaczął się rozdwajać. Wyraźnie poczuła, jak ściany wyginają się w lewo, wskazując kierunek marszu — ze ściany wysunęły się dwie dłonie i zaczęły bezgłośnie bić brawo.

Nagle otoczyły dziewczynę nieduże portrety w drewnianych ramach. Przedstawiały różne postacie; odrażające i na pozór całkiem zwyczajne. Portrety wisiały też na suficie, odbijając się w kryształowej posadzce; niektóre przedstawiały młode kobiety z długimi włosami — kasztanowe loki zwisały poniżej płócien i dotykały podłogi.

Nieco zaniepokojona poczuła narastające ciepło, a kiedy ściany znowu się wygięły, zobaczyła na suficie płomienie ogniska. Z hebanowej boazerii wysunęła się jakaś dłoń, tym razem koścista i powykręcana — ruchem wyciągniętego kciuka nakazała jej iść dalej. Dziewczyna poczuła zapach palonej gumy i zobaczyła, jak z sufitu odrywa się ognista kula. Ognisko przygasło, a płomień leżący na podłodze wydłużył się i nabrał kształtu smukłej postaci, która wyciągnęła w stronę dziewczyny płonące ręce:

— UUU…

Hermiona lekko się uśmiechnęła, bo pomyślała, że to tania sztuczka, obliczona na wzbudzenie w niej strachu. Żaden porządny duch nie robi „uuu”. To nie te czasy. Rozbawiona podeszła do ognistej postaci: przypomniała sobie, że niedawno mijała wiszącą na ścianie gaśnicę. Obróciła się na pięcie i nie zważając na szklaną posadzkę, pobiegła do tyłu. Zobaczyła czerwoną tuleję i już miała ją zdjąć z uchwytu, kiedy przed jej wyciągniętą ręką z hukiem spadła ciężka, metalowa krata.

„Trudno” — pomyślała uczennica — „Trzeba będzie inaczej rozprawić się z tym feniksem”.

Wracając, układała sobie ostrą przemowę. Musiała za wszelką cenę dostać się do dyrektora, bo nie miała ochoty spać pod gołym niebem.

Zdziwiła się, kiedy w miejscu, w którym spotkała ducha, nikogo nie było. Zaraz się odprężyła i ostrożnie poszła dalej. Teraz ściany nie zakrzywiły się, tylko zza rogu wyszedł jakiś obszarpaniec ze strupami na twarzy i niósł przed sobą naręcze suchych gałęzi. Rzucił je pod nogi i po chwili języki ognia zaczęły lizać jego zgrzebną szatę.

— Wcale się nie booojęęę… — cienko zaśpiewała Hermiona i tylko nieznacznie zwolniła marsz.

— Uuu — zajęczał potępieniec — jestem Gerolaaamo…

— Chyba Pinokio… — Hermionka kątem oka dostrzegła wiszące na ścianie małe, czerwone pudełeczko i zasłonięty szybką przycisk w takim samym kolorze. Zdjęła z nogi swój pantofelek. Potem podstawiła go skwierczącej postaci pod nos:

— Skórka. Czerwona jak ten przycisk.

Powiedziawszy to, gwałtownie uderzyła obcasem w niewielką szybkę. W tej samej chwili ze ścian i sufitu siknęły strumienie zimnej wody — Hermiona odskoczyła na bok, a zmoczone straszydło otrzepało ręce.

— Eeee — ja się tak nie baaawię. Jak Puddington chce wypróbować nowych, niech to sam robi… Chodź, zaprowadzę cię do dyrektora.

Podciągnął zmoczony rękaw, odgarnął z czoła nadpalone włosy i wziął dziewczynkę za dłoń. Wszystko działo się tak szybko, że Hermiona nie zdążyła zaprotestować. Nie wiadomo, kiedy znalazła się przed dębowymi drzwiami, wstawionymi w kamienną futrynę, ozdobioną rzeźbami winogron i ptaków. Przed drzwiami siedział na niskim taborecie jakiś blady facet i poprawiał sznurowadło przy prawym bucie. Na widok młodej, prowadzonej przez nadpalonego obdartusa, energicznie wstał, założył sobie sznur i wydając chrapliwy jęk, zawisł na szubienicy. Hermiona omal nie krzyknęła i przytuliła się do boku „zakonnika”.

— Nie bój się. To następny szatański wymysł dyrektora. Jak chcesz, ja to zrobię — powiedział obdartus i chwycił wisielca za stopę.


— No, no — rzekł Puddington. Nie spodziewałem się, że obłaskawisz mojego służącego.

Gerolamo skłonił się niezbyt grzecznie, zamienił w sowę i wyleciał przez otwarte okno.

— Siadaj mała — powiedział dyrektor. — Albo nie. Powinienem się przyjrzeć osóbce, która tak sprytnie pokonała wszystkie przeszkody.

„Co to były za przeszkody” — pomyślała Hermiona — „Przecież jestem tu po to, aby przestać się bać”.

— Ty jesteś Hermiona Granger? Musisz zapomnieć, że tak się nazywasz. Moi podopieczni, którzy czytali Pottera, nie daliby ci żyć. Zadręczaliby cię pytaniami o tego okularnika, a ty pewno nawet książek nie znasz. Zresztą nie powiedziałabyś im nic ponad to, co sami wiedzą.

Od teraz będziesz się nazywać Amanda Greenwood. Mam nadzieję, że nikomu nie powiedziałaś swojego prawdziwego nazwiska.

Hermiona — Amanda wspomniała panią Woof i małego taboreciarza, który i tak jej nie uwierzył.

— Dobrze — powiedział Puddington, który umiał czytać w myślach.

(Z tym czytaniem to nie taka „bułka z masłem”: trzeba mieć szczególnie otwarty umysł, a i tak wszystkiego nie można odczytać).

Dyrektor wyjął z szuflady małą paczkę przewiązaną zieloną wstążką:

— Białych brakło już wczoraj. Mogłem, rzecz jasna, wyczarować odpowiednie, ale zajmowanie się takimi drobnostkami leżałoby poniżej mojej godności.

Magister Puddington miał czterdzieści osiem lat i garbaty nos. Rozpięta marynarka odsłaniała ciasną kamizelkę, ozdobioną złotym łańcuszkiem, na którego końcu dyndał mały zegarek. Ogólnie był zwykłym człowiekiem, tylko chudym i nieproporcjonalnie zbudowanym. Przypominał starszego, dystyngowanego pana prosto z kinowego ekranu.

— Tutaj jest wszystko, co powinnaś wiedzieć. Jak zostaniesz przyjęta do internatu, rozpakuj zawiniątko i dokładnie przeczytaj. Regulaminu szkoły (tej małej, szarej książeczki) możesz się nawet nauczyć na pamięć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.12