Wierz w co chcesz-ale wierz –HANUMAN-(bajka zasłyszana Woods…?)
Bardzo dawno temu, ale to bardzo dawno temu wtedy gdy jeszcze tylko słońce rozświetlało świat, wtedy gdy to ludzie jeszcze szukali swojej drogi. Wtedy gdy bali się bogów i zagłady, bali się i mieli respekt do nich była osada. Wielka osada, bo wielu ludzi przybyło tam dla nauki, dla czystej wody , dla cienia, spokoju. Mieli tam spokój i ciszę ale warte nad niby trzymali mnisi, nauczyciele, zamieszkujący pobliska świątynie Ram.
Byli oni pokornymi sługami boga na niebie i uczyli się tam jak nieść światło i wiarę wśród wiernych. Jako zostawali tam posyłani i zostawiani na nauki i tak to trwało już od ponad tysiąca lat. W każdej rodzinie wybierany był chłopiec który ma zostać poświęcony bogu i gdy tylko kończył siedem lat musiał odejść od ukochany rodziców by się uczyć na mnicha i nauczyciela. Rozstania były straszne to byli mali chłopcy, płakali za domem na mamą za rodziną, a rodzice wiedzieli że tak trzeba i ze stanowczymi minami wiedząc że tak ma być poddawali się prawu i czynili swoją powinność. Nie było to dla nich łatwe, nie było łatwe gdy ich dziecko płacze się i wyrywa z rąk mnicha ale nie mieli wyboru szeptali mu do ucha
— spokojnie syneczku, będzie ci dobrze, takie prawo, taka wola pana –a potem odchodzili zalani łzami ale tak żeby syn nie wiedział. Chcieliby się uspokoić, żeby przywykł od razu, żeby wiedział że tak musi być, ich histeria tylko pogorszyłaby sprawę.
Mnisi żyli tak od setek lat, takie życie i prawo znali, dla nich to było normalne. Mieli uczyć następców więc w nich emocje umarły już dawno temu, zresztą sami to przeżyli.
Klasztorem rządził najwyższy z mnichów, najstarszy i najmądrzejszy. Rządził twarda ręką ale był sprawiedliwi i bardzo rozsądny. Kochał swoich chłopców, swoich bo prawie wszystkich znał od dziecka, wiedział jakie rządzą nimi powody, co nimi targa i z czym jeszcze się pogodzili. Widział w nich również inne ludzkie cechy jak chciwość, pychę i zadufanie oraz rządzę władzy. Mnisi mieli tam dobrze, jedzenie dostawali od ludzi z wioski i żyło im się dostatnie. Jednak władca się rozchorował, podupadł na zdrowiu tak że wiedział iż niebawem opuści ziemską sferę by szukać nowej drogi. Czas było mianować następcę, miał to zrobić on, więc wybrał wiernego druha który zawsze był u jego boku, opiekował się nim, słuchał, mył stopy. Nie był on stary ale najstarszy mnich pomyślał ze to dobrze, że to młodość jest teraz siłą-więc wybrał on, a ten obiecał wiernie służyć wedle zasad panujących od lat.
Śmierć nadeszła nocą, cicho, we śnie a wszyscy mnisi pogrążyli się w żałobie, potem ciało spalono i poszybował w chmury. Nastały nowe rządy, ale najpierw odbyła się biesiada, trwała bardzo długo, ąz skończyło się jedzenie i picie. Mnisi wysłali posłańców do wioski po kolejne zapasy, gdy je dostarczono, dalej trwała biesiada i trwało to bardzo, bardzo długo. Zapanowała bieda, bo w „kolorowej „osadzie nie było już praktycznie nic do jedzenia. Mnisi byli wściekli, wyszli z zakonu z biczami i czasem siłą odbierać ludziom wszystko co mieli, to byli pokorni ludzie nie potrafili się bronić. Kochali boga bali się go mieli pokorę, modlili ię do nich. A to właśnie mnisi nauczyli ich się odlicz wiec byli im posłuszni. Gdy już złowieszczy oddział w pomarańczowych szatach nie miał co zabrać przyszedł do wiski i oznajmił że skoro nie maja nic a to bogowie nakazali im dbać o klasztor, zabierają im dzieci, wtedy będą dbać o nich jeszcze bardziej. Mnisi zabrali z wioski wszystkich chłopców, zapanowała rozpacz, ludzie wynosili wszystko co mieli, im nie zostawało już kompletnie nic, a dzieci w klasztorze siedział na schodach, pod murami i czekały na cud, bo już nie potrafiły nawet płakać. Były odwodnione i wyczerpane. Liczyły tylko na cud i modliły się w duszy, bo na głos nie miały już siły.
Bardzo starzy mnisi którzy byli już u schyłku życia otrzeźwieli i zorientowali się co się dzieje. Zorientowali się że wszystko o co walczyli się wali, że młodość która miała nieść nowe niesie zło i zniszczenie. Bali się zemsty bogów. Zaczęli zanosić jedzenie chłopcom po kryjomu, a sami czekali na śmierć. Ludzie nie mieli już nic, wiec nie dawali już nic a starcy i dzieci czekały na śmierć. Lecz pojawiła się nadzieja. Nadzieja dla wszystkich. Nieopodal świątyni znajdował się ogromny zielony gaj, mieszkała tam masa zwierząt w tym małpki. Pewnego dnia, gdy zmęczeni i wykończeni chłopcy otworzyli oczy zobaczyli przed sobą banany. Nie wierzyli, nie wiedzieli czy mogą, ale jeden najodważniejszy i najmłodszy chwycił jednego i zaczął jeść, za nim poszła cała reszta. Nabrali sił, i uśmiechnęli się-to była nadzieja-dostali jedzenie. Gdy podnieśli głowy do góry na murze dostrzegli małpkę-spojrzał na nich i uciekła z powrotem do gaju.
Od tamtej pory dary z lasu dostarczane były codziennie o świcie. Dzieci odżyły, były pełne wigoru i zaczęły pomału ogarniać świątynię. Maiły siłę i uśmiech-miały siłę się uśmiechać. Dzieci któregoś dnia poszły do starców i zaniosły im dary, tamci przerażeni nie wiedzieli co się dzieje a jeden z chłopców rzekł
— spokojnie proszę jeść, tamci źli odeszli, my się wami zajmiemy
— starzec tylko zerknąć na dziecko łza stanęła mu w oku i odpowiedział
— dzięki Bogom i dzięki Wam.