E-book
9.56
drukowana A5
43
Gorzka pieśń o Zaborzu

Bezpłatny fragment - Gorzka pieśń o Zaborzu

POWIEŚĆ


Objętość:
309 str.
ISBN:
978-83-8189-476-0
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 43

Wir sind nur Gast auf Erden

und wandern ohne Ruh

mit mancherlei Beschwerden

der ewigen Heimat zu.

(Pieśń kościelna z 1935 r. Tekst: Georg Thurmair, muzyka Adolf Lohmann)


Płomień rozgryzie malowane dzieje,

Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,

Pieśń ujdzie cało…

(Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod, IV, Pieśń wajdeloty, 177–193)


I. W stronę Zaborza

Wyjeżdżając spod mostu ku Zaborzu, tramwaj opuszcza miasto. Nie jest to wcale „najprowdziwsza prowda”, jak tu mawiano swobodnie do niedawna, ale też gdy kto jedzie w stronę przeciwną, nie powie przecież inaczej jak właśnie, że „jedzie do miasta”. Przez miasto rozumie się tu śródmieście Hindenburga. To taka mentalna granica. Most ponad tramwajem jest szeroki, jako że unieść musi na sobie dwa tory linii Breslau — Myslowitz, więc panuje pod nim nieprzyjemny półmrok, nie dziw więc, że tak chętnie trzaskają tu pantografy, rozświetlając to miejsce błękitnymi fleszami spięć elektrycznych. Dalej wszakże też miasto: po lewej „peryferie” witają cię fabryką maszyn Friedländera, czyli dawniejszą „Redenhütte”, po prawej wielkim młynem Loebela Händlera, który musi obsłużyć teraz 130–tysięczne miasto, dalej wielkim browarem Schultheiss–Brauerei, dawniej też Loebela Händlera, a zaraz na następnej działce wielkim i szykownym jak pałac budynkiem nowej Inspekcji Górniczej. Sam widzisz więc, że tu też wielkie miasto, to samo co po drugiej stronie mostu, jakże jednak teraz gęsto poprzetykane wielkim przemysłem, przylegającym do Kronprinzen Strasse, która jest główną arterią, przecinającą to miasto w poprzek na pół, jakby była poziomą belką krzyża Chrystusowego. Miasto nazywa się Hindenburg, ale jeśliś urodził się przed 1915 rokiem, to w papierach masz jeszcze Zabrze, bo wtedy dopiero przegłosowano tę zmianę i przyszło zatwierdzenie z Berlina. Ma się rozumieć, że to na cześć Starego Marszałka, który w owym sławnym roku odniósł wspaniałe zwycięstwo pod Tannenbergiem.

Ale oto już Gimnasial Strasse. Trzy domy tej ulicy, i nieparzysta strona przeciwległej Kattowitzer Strasse, przynależą już do parafii św. Franciszka z Asyżu, przez co można rzec, że to już Zaborze O/S, od niedawna zwane w papierach Hindenburg–Ost, co jest sprawką tych z Bund Deutscher Osten (BDO). Utrapienie z tymi nowymi nazwami, ale o tym później. Lecz właściwa brama Zaborza otwiera się dopiero, gdy tramwaj zostawia za sobą po prawej szeroką i wysoką brykietownię Caesara Wohleima, a po lewej rozległe zabudowania kopalni „Königin Luise — Westfeld”, z których do ulicy przylega tylko długi ceglasty budynek łaźni łańcuszkowej, a po drugiej już stronie ulicy także cechownia kopalniana, którą poznasz po dzwonniczce na dachu. Mała ta cechownia, ale to o nią, jakby o jaką piękną Helenę trojańską, gorzała największa miejscowa bitwa polskiego powstania 1921 roku. To po tej bitwie powstańcy opanowali Zaborze na cały okres walk. Tak tu już jest: na prawo patrz, na lewo patrz, zawsze coś zobaczysz. Ale przecież nikt tu nie przyjeżdża dla celów turystycznych, tym bardziej w czasie wojny. Kopalnia z brykietownią spięte są ponad Drogą Kronprinza i ponad drutami trakcji elektrycznej lekką konstrukcją stalowego mostka, niemal kładki, którą dowozi się do brykietowni miał węglowy. Ta brykietownia to już właściwie nie jest własność pana Wohlheima, jako że wskutek aryzacji przemysłu przeszła pod zarząd komisaryczny, a z samym panem Wohlheimem nie wiadomo co się stało.

Za cechownią jest zresztą jeszcze jeden budyneczek z dzwonnicą: to konsum robotniczy. Któż by go zresztą zauważył bez osobnego wskazania, skoro naprzeciw przytłacza swym ogromem Elektrownia. To dopiero jest coś! Masywny wysoki budynek — osłona turbin, obok cztery wysokie, może na sto metrów kominy, w głębi grube beczkowate kolosy zbiorników pary. A i zwał węgla przy zakładzie urasta czasem do niezłej wysokości; o, wspina się nań teraz spychacz! Kronprinzen Strasse jest tu przecięta wąskim torem kolejki, którą dowożą węgiel do elektrowni. Trzeba mieć szczęście, by zobaczyć tę chwilę, bo to nie jest widok codzienny. Gdy jednak już czas na kolejkę, zamyka się na trasie tramwajowej odpowiedni semafor, a na środku Drogi Kronprinza staje pracownik elektrowni z chorągiewką, zatrzymując ruch. Jeśli tramwaj zmierza „do miasta”, to i tak musi zatrzymać się przed tym wąskim torem, bo jest tam przystanek „Elektrownia”. My jedziemy w stronę przeciwną.

Za elektrownią przybiera Zaborze już wielkomiejski charakter. Na krótko przestaje się widzieć z ulicy przejawy wielkiego przemysłu, zaczyna się natomiast zwarta zabudowa, zwana tu Kolonią A, co w wasserpolnisch brzmi jak „Kolanija” lub „Kolanijo”. W tym ciągu domów, zaraz na początku stoi stary budyneczek pierwszej inspekcji górniczej, z czerwonej cegły, bynajmniej nie klinkierowej, zwykłej, z jakiej buduje się familoki przykopalniane. Nie dziw więc, że wybudowano już nową, reprezentacyjną, którą minęliśmy wcześniej. Potem kamienice raz wyższe, raz niższe, potem już tylko wyższe.

Tak dojeżdża tramwaj do głównego skrzyżowania Zaborza. Jest to przystanek zwany w nomenklaturze przedsiębiorstwa tramwajowego przystankiem Luisen Strasse. Tutaj stoi wielki kościół św. Franciszka z Asyżu i liczne gmachy publiczne z Ratuszem na czele. To ważne miejsce dla historii, która jakoś tak sama się na tych tu kartach napoczęła, choć rok 1941 nie wydaje się wcale ani ważniejszy od innych, ani obfitszy w wydarzenia. Ale skoro ksiądz radca duchowny Bennek, tutejszy proboszcz, uważa inaczej, nie należy z tym dyskutować. Tym bardziej, że jest w tym przekonaniu zgodny ze swym byłym lokalistą z kościoła św. Jadwigi, teraz już kuratusem Paulem Janikiem, który ma kłopoty. Wśród opisanych mijanych tramwajem krajobrazów przystanek na Luisen Strasse jest kluczowym punktem orientacyjnym. Na tym skrzyżowaniu toczy się życie Zaborza. Tutaj jest centrum wielu spraw, urzędowych, duchowych i przyziemnych, tu zaspokaja się też potrzeby wyższego rzędu, takie jak potrzeba sztuki. Coś jak w średniowiecznych miastach rynek, a choćby w Gleiwitz czy w Beuthen, czy w Tarnowitz. Tylko że to jednak nie jest plac. Główną arterię, która przecina Zaborze, czyli Kronprinzen Strasse, już poznaliśmy. Pod tą samą nazwą znano ją jeszcze przed połączeniem, zarówno w Hindenburgu (jeszcze jako Zabrze), jak i w Zaborzu. Pod tym samym mianem niepostrzeżenie przechodziła z jednego miasta w drugie, zszywając osobne organizmy, i pewnie też sugerując połączenie owych organizmów, które nastąpiło w 1927. W tym miejscu biorą początek dwie ulice. Ku południowi biegnie Luisen Strasse, ważna przelotowa arteria, przechodząca w Pleβer Strasse, gdzie do niedawna znajdował się niemiecki urząd celny na granicy z Paulsdorfem, czyli polskim Pawłowem. Gdy skręcić przed Pleβer Strasse w lewo znajdzie się człowiek na tętniącej życiem Kunzendorfer Strasse, zwanej do niedawna Brojastrasse (i dalej tak z przyzwyczajenia mówimy), gdzie w Noc Kryształową zdemolowano sklepy żydowskie Baumgartena, Fuhrmanna, Adlera i Markiewitscha. U jej końca znajduje się kościół ewangelicki i brama główna kopalni, a także nowa cechownia. Ten kościół wybudowano nie tak dawno, z przeznaczeniem dla urzędników kopalnianych, którzy przybyli z głębi Prus i wyznawali w większej części wiarę luterańską. Poza owym wyjątkiem jest Zaborze miastem katolickim. A gdy przed Pleβer Strasse skręcić w prawo — w Parkstrasse, trafi się do parku miejskiego, gdzie na miejscu honorowym stoi pomnik pana Steinhoffa, zmarłego dyrektora kopalni, a po stawie pływają łódki, które można tam wynająć. Czasem, gdy zorganizują festyn, grywa tam orkiestra kopalniana w czarnych uniformach i w czakach z czerwonymi pióropuszami, i można zjeść do syta — no, powiedzmy, że obecnie nie do syta — kiełbaski z rożna. Przy Parkstrasse i w jej przecznicach, a także na równoległej Lange Reihe wybudowano po podziale Śląska domy dla przesiedleńców z polskiej strony, którzy optowali za Niemcami i nie chcieli pozostać pod polskimi rządami. Teraz, dzieląc to członkostwo z miejscowymi nauczycielami, stanowią oni trzon tutejszego Bund Deutscher Osten (BDO). Ładne domy, piętrowe, postawione w zwartej zabudowie lub jako bliźniacze, z niższymi przybudówkami różnie zagospodarowywanymi. Takie same osiedla znajdziesz też w Sosnitzy i gdzie indziej w pasie naszych pogranicznych miast, bo projektował je ten sam architekt, z tym samym przeznaczeniem. A jakże, są też domy dwupiętrowe. W Hindenburgu, przy kościele św. Józefa i przy Stadionie Adolfa Hitlera znajdziesz jeszcze nawet śmielsze konstrukcje. Osiedleńcy bardzo powoli się integrują, nie spieszy im się do tego; niektórzy, jeśli już, to poprzez parafię, „po linii” kościelnej, ale przeważnie jednak po linii ideowej, gdy który zapisze się do partii lub BDO.

Czy więc w lewo, czy w prawo, czy na wprost, wszędzie tam dojdziesz ulicą Luisen Strasse, przy której pod numerem 5 mieszka doktor Franz Montag, lekarz, były członek Katolickiego Związku Akademików, były członek naszej Rady Parafialnej i były przyjaciel proboszcza. Niedawno został mianowany głównym medykiem w naszym Urzędzie ds. Polityki Rasowej i w związku z tym wypisał się z Kościoła. Stąd owo „były”. Któżby się spodziewał, że ów uczeń Hipokratesa, też wpisze się w naszą tu historię. Ale tego wszystkiego: ulicy wiodącej ku kopalni, i tej wiodącej do Paulsdorf, i tej ku parkowi Steinhoffa, a tym bardziej domu doktora Montaga, nie zobaczysz z okien tramwaju. Widać stąd jedynie początek Luisen Strasse, gdzie wpada ona jak rzeka u ujścia do Drogi Następcy Tronu, jej początek gęsto i ściśle zabudowany, obrzeżony narożnymi kamienicami, z których w jednej mieści się wielki sklep meblowy Maxa Joachimskiego, a w drugim drogeria Noleppy. Właśnie wychodzą z tej ulicy dwaj tutejsi ministranci: Ciupka i Przygoda (ojciec Przygody zmienił ostatnio nazwisko na Preisner). Spieszą się. Rzuciwszy okiem na zegarek wiedziałbyś od razu, czy mają dziś dyżur przy ołtarzu, czy raczej obawiają się spóźnić na ćwiczenia Jungdeutsches Volk (to dziecięca przybudówka w ramach Hitler Jugend). Jeśliby się spóźnili, instruktor da któregoś za przykład negatywny, znęcając się nad słowiańskim nazwiskiem. Bardzo by chcieli tego uniknąć.

Ale do rzeczy — jesteśmy wciąż na skrzyżowaniu, nie gdzie indziej.

Ku północy wiedzie krótka Turner Weg, przy której po jednej stronie stoi budynek dawnego Vereinshausu, czyli Katolickiego Domu Związkowego i ochronka dla dzieci prowadzona przez boromeuszki, a po drugiej szkoła realna z osobno stojącą salą gimnastyczną. Ten Dom Związkowy, gdzie znalazły pomieszczenie wspólnoty parafialne, został kiedyś wybudowany jako jeden z elementów wielkiego kompleksu zabudowań kościelnych, na który prócz kościoła i plebanii z budynkami gospodarczymi składa się też szpital i klasztorek boromeuszek. Został Vereinshaus przez kościół sprzedany na początku wieku i służy teraz głównie jako elegancka restauracja, ale do dziś chodzi się tam na filmy i na przedstawienia teatralne; tam też organizowane są potańcówki. Nic dziwnego, że w miejscu tym, u podnóża schodów na dziedziniec kościelny, często widać tłum młodzieży, oczekującej na to czy na tamto. Tłoczno tu bywa jak w ulu. Za szkołą realną znajduje się Ratusz, o jego losach już tu wspomniano, zwany przez mieszkańców „nowym ratuszem”, choć postawiono go już w 1903 roku, ale to dla odróżnienia od stojącego w jego sąsiedztwie „starego ratusza”, który został wtedy przekazany Policji i jest teraz siedzibą komisariatu. Zresztą i ten „nowy” to teraz siedziba straży pożarnej. Ostatnim urzędującym w Ratuszu naczelnikiem gminy Zaborze był pan dr Franz Killing, do ostatka zwolennik naszej katolickiej partii „Centrum”. Po połączeniu Zaborza z Hindenburgiem dalej działał, ale już jako radny miejski. Kiedy w nowych czasach zaprowadzono jedynowładztwo narodowosocjalistyczne, Max Fillusch zatrudnił go w magistracie, żeby zajmował się sprawami personalnymi. Tłumaczono to sobie w ten sposób, że „przy Filluschu da się żyć”; bardziej jednak do przekonania trafiało wyjaśnienie, że z braku osobistych przymiotów intelektu, musi nadburmistrz otaczać się fachowcami. Ta nominacja byłego zwolennika „politycznego katolicyzmu” do dziś boli tutejszą organizację partyjną NSDAP. Trzeba przy tym dodać, że pan doktor Killing jest członkiem naszej Rady Parafialnej.

Turner Weg kończy się szybko, natrafiając na przeszkodę w postaci ogrodzenia zakładu ogrodniczego pana Moritza Trenczka i skręcając w związku z tym w prawo ku bocznej bramie cmentarza parafialnego, gdzie zresztą pan Trenczek też urzęduje — jako grabarz.

Jedźmy dalej. Przy chodniku, na wysokości prezbiterium kościoła, stoi pomnik zbudowany z siedmiu fragmentów muru, w taki sposób, że trzy centralnie położone tworzą miejsce upamiętnienia. W środku płaskorzeźba odlewana, na której bogini Nike pochyla się nad nagim niemieckim bohaterem w hełmie; tablica na murze z lewej informuje, że pomnik wystawiło społeczeństwo Zaborza dla bohaterów, którzy w wojnie światowej i w walkach granicznych z polskimi powstańcami oddali swe życie „za niemiecką Ojczyznę”; tablica na murze po prawej zawiera sentencję mądrościową. Z okien tramwaju nie dojrzysz, ale powtórzy ci z pamięci ten, który wie, bo widział z bliska: „Kto żyje w sercach swych bliskich, nie umarł. Jest tylko daleko. Martwym jest tylko ten, kto został zapomniany. Wierne wypełnienie obowiązku powinno zawsze być nam przykładem”. Pozostałe cztery fragmentu muru, nieznacznie niższe, po dwa po każdej stronie, stoją tam dla ozdoby, jak skrzydła ołtarza, nic już na nich nie ma. Jeszcze dalej, ale też po lewej, za budynkiem plebanii, zwanej u nas też probostwem, a często też farą, stoi wysoki szpital i zabudowania klasztoru boromeuszek, za nimi budynek dawnej gminnej Szkoły Gospodarstwa Domowego.

Po prawej urząd pocztowy, do którego wiedzie mały mostek przerzucony ponad rowem. Na tle nieba nad pocztą ujrzysz kominy i szyby zjazdowe ogromnego, ziejącego smoczymi dymami, największego z tutejszych zakładów — kopalni „Königin Luise — Ostfeld”. Kopalnia nie przylega do głównej ulicy. Zobaczysz ją w każdym razie nieco w głębi, za krzewami i niższymi zabudowaniami ulicy Paralelnej, biegnącej na tyłach poczty, albo w prześwicie Brojastrasse, która ma zaraz tam swe ujście do Drogi Kronprinza. Kopalniana brama główna znajduje się bowiem przy Brojastrasse (już o niej mówiliśmy, można nią dojechać do kopalni też od jej drugiej strony). Tam też, w sąsiedztwie kopalni, pozwoli się dojrzeć wieża kościoła ewangelickiego, też już o nim przy tej samej okazji mówiliśmy. Obie kopalnie Zaborza należą teraz do koncernu Preussag, przez co mówi się też o jednej kopalni, posiadającej dwa pola wydobywcze. Ale pomiędzy oboma zakładami rozciąga się zabudowana przestrzeń miejska, co najmniej dwukilometrowa, jeśli nie trzykilometrowa. Zresztą o kopalniach naszych nie będę tu wiele rozprawiał. Niejeden już to uczynił i niejeden uczyni, a co jeden to mądrzejszy.

Trzymamy się Drogi Kronprinza.

Z lewej, trochę przysłonięte ogródkami działkowymi, tereny sportowe, noszące dawniej imię prezydenta Eberta, a obecnie kojarzone przede wszystkim z klubem sportowym Borussia Zaborze, czy też po zmianie nazwy S. C. Preussen 1910 Hindenburg, jak tam kto woli, bo kibice mają swoje przyzwyczajenia, niechętnie zmieniane. To tutejsza duma. Mistrzostwo Górnego Śląska w piłce nożnej już jest, jakżeby inaczej. Sekcji sportowych chyba kilkanaście, a sekcji juniorów jeszcze więcej.

Dalej, po tej samej stronie ulicy, tętniący życiem plac targowy, jakże potrzebny przy tych wszystkich brakach towarowych, a już w chwilę potem drewniana przysadzista bryła kościoła św. Jadwigi Śląskiej. Nie jest to bynajmniej drewniana architektura średniowieczna, ale całkiem współczesna. Kościół stoi od 1929, jeszcze więc pachnie nowością. Zdecydowano się na drewno, gdyż szkody górnicze dały się już w okolicy wystarczająco we znaki, by zaprzeczać ich istnieniu. Drewno nie będzie tak podatne na te niszczące wpływy eksploatacji podziemnej. Tak argumentowano u kardynała (wtedy jeszcze tylko arcybiskupa) Bertrama w Breslau, a tenże uznał to za wystarczający powód do użycia drewna jako budulca. I dobrze — najpiękniejszy kościół na Śląsku znajduje się teraz w Zaborzu. Tu, od kościoła licząc, rozciąga się w kierunku Rudy i dawnej granicy z Polską część Zaborza zwana Porembą. Ma Poremba swój własny dworzec kolejowy, który zobaczymy z prawej. Za ostatnimi zabudowaniami mieszkalnymi Poremby, znajduje się budynek, w którym jeszcze przed dwoma laty mieścił się Urząd Celny. Po sąsiedzku widać też budynek polskiego odpowiednika, położonego już w granicach Rudy. Nie uwierzycie, ale posterunki graniczne były do niedawna także w kopalnianych sztolniach, bo i te zostały po podziale Śląska przepołowione i przemytnicy wykorzystywali je w swym procederze.

Pamiętacie pewnie z lekcji łaciny ów słynny początek z Juliusza Cezara, któryśmy przerabiali za lepszych czasów jako lekturę? Gallia est omnis divisa in partes tres. Tak i Zaborze dzieli się na części, nawet o jedną więcej niż Galia: wspomniane już Kolonia A (czyli centrum Zaborza) i Poremba, górnicza Kolonia B wzdłuż Brojastrasse (Kunzendorfer Strasse), zwana też „Czternaste”, liczona jako jedno z bardziej elegancką Kolonią Luizy wzdłuż Luisen Strasse (dawniej należały do Zaborza też kolonie C i D, znacznie oddalone, ale je odłączono zaraz na początku wieku). Ku północy, za cmentarzem parafialnym jeszcze Zaborze–Wieś, postrema autem non minimus, bo to przecież kolebka Zaborza, gdzie znajdziesz i pola, łąki, i gospodarstwa rolne z hodowlą zwierząt rzeźnych i domowych. Tamtejsi woźnice rozwożą fumankami węgiel do prywatnych odbiorców i zaopatrują kopalnię. Tam mieszkał i miał swój sklep masarski Franz Przygoda, nim przeprowadził się na Brojastrasse i zmienił nazwisko na Preisner. W Zaborzu–Wsi spotkasz więcej polskich nazwisk niż gdzie indziej. Tam też, na Dondergasse, stoi dom rodziny Klaków. Pan Alfons Klaka przebywa obecnie w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Czyśmy w przejażdżce naszej o czymś zapomnieli? Owszem. Czego jednak oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przy samym wjeździe do Zaborza, na końcu Kattowitzer Strasse, niewidoczna od Drogi Kronprinza, znajduje się Koksownia „Skalley”, zajmując rozległy obszar miasta, a za zabudowaniami Kolonii A, przy Steinhoffstrasse, też niewidoczna z drogi Kronprinza położona jest Koksownia „Poremba” (a przecież wcale nie w Porembie), nieczynna już od 1930, ale przejęta teraz przez kopalnię (Ostfeld) i bynajmniej nie zdemontowana. Zabudowania jej służą więc nadal i dokładają się do przemysłowego krajobrazu miasta. Już przy samym początku, gdy tramwaj opuszczał śródmieście Hindenburga, mogłem ci powiedzieć, że wzdłuż całej naszej trasy przebiega pod ziemią Główna Kluczowa Sztolnia Dziedziczna, która ciągnie się od Hindenburga aż do Königshütte. Miała w zamyśle pomysłodawcy (hrabiego Redena) odwadniać dwie państwowe kopalnie i kilka prywatnych, ale te szybko zeszły poniżej jej poziomu. Używano jej (i wciąż się używa) do transportu węgla czółnami. U jej wylotu znajduje się Kanał Sztolniowy idący do rzeki Klodnitz. Nie było to z mojej strony przeoczenie. Czy gdybym ci powiedział wcześniej, że pod ziemią, tuż, tuż, towarzyszą nam przepływające łodzie, czy potrafiłbyś dalej skupiać uwagę, na tym co ci pokazałem? Ja kiedyś nie potrafiłem, więc ci tego oszczędzam. Przepraszam, jeśli trzeba przeprosić.

Nie wymieniajmy już aptek, restauracji i gorzelni, tym bardziej fryzjerów, krawców i szewców, których znaleźć tu można bez liku. Bo chyba i to, cośmy wymienili, wystarczająco uzmysławia, że jest Zaborze miastem samowystarczalnym i jednym z największych w Rzeszy miast przemysłowych. W tym charakterze weszło do encyklopedii i leksykonów. Co charakterystyczne, niewielu w Zaborzu znajdziesz Żydów. Po wydarzeniach Nocy Kryształowej i przymusowej aryzacji przemysłu zostali zupełnie nieliczni. Nigdy nie było tu ich zresztą tylu ilu w Hindenburgu, gdzie spalono synagogę i podjęto różnego rodzaju antyżydowskie akcje. Może stu, nawet mniej. Ale i tu niektórzy z nich, nie tylko pan Wohlheim, byli wcześniej właścicielami dużych i średnich zakładów przemysłowych.

Bo Zaborze — to przemysł.

Takie ważne było to nasze Zaborze.

A jednak od 1927 roku stanowi już tylko kolejną dzielnicę Hindenburga, a od 1936 pod nową urzędową nazwą Hindenburg–Ost wtopione jest w organizm wielkiego miasta. Władze wielkiego Hindenburga, połknąwszy — że się tak wyrażę — ze smakiem trzydzieści tysięcy zaborzan, z satysfakcją przyjęły wpisanie tak poszerzonej metropolii na listę miast stutysięcznych (do czego przyczyniło się, nie ukrywamy, także jednoczesne połknięcie Biskupitz i Matthiasdorf). A wraz z mieszkańcami przejęty został, przynajmniej w sensie geograficznym, zaborski przemysł. Zaborze zniknęło w ten sposób z map Śląska, Europy i świata. Zwłaszczo owo „z map świata” nas martwi. Ratusz, na którym na przystanku Luisen Strasse zatrzymaliśmy na chwilę wzrok, został przekazany we władanie naszej straży pożarnej.

Gdyby nie to, że siedzi teraz w Buchenwaldzie, pan Alfons Klaka udowodniłby ci chętnie, że jeszcze Zaborze nie zginęło. Wśród różnych polskich skarbów miał w domu wielotomową encyklopedię polską, która wyszła w roku połączenia — 1927. Jeśli jej Gestapo nie zabrało w czasie rewizji, to pewnie nadal tam jest. Pokazywał mi kiedyś to miejsce, w którym stoi tam, czarno na białym: „Zaborze, gmina wiejska na niemieckim Górnym Śląsku, 2 kilometry na południowy wschód od Zabrza z 29.208 mieszkańców, wcielona w 1927 do Zabrza”.

II. Radca duchowny Bennek chodzi zatroskany

Radca duchowny ksiądz Josef Bennek był człowiekiem wiekowym lub też — w innym, łaskawszym nieco ujęciu — był w słusznym wieku. Mówiono o nim, nie bez przyczyny, że jest człowiekiem starej daty. Proboszcz parafii św. Franciszka w Zaborzu O/S, zwany u nas potocznie farorzem, ma obecnie dokładnie 70 lat, a tego wieku nie dożywają u nas wszyscy, i to niezależnie od toczącej się wojny. Czyż nie jest napisane: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, lub — gdy jesteśmy mocni — osiemdziesiąt…”? (Ps 90, 10a). Wydaje się, że należy do tych mocnych, chociaż kto wie. Przeżył czasów wiele, a takich zabiera Pan wcześnie. Ale choćby i tego miał zaraz zabrać, to przecież te 70 lat robi jednak wrażenie. Jak u owego ojca rodziny, o którym rzecze Pismo, że „ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare” (Mt 13, 52b), tak i w dotychczasowym żywocie farorza Bennka zbiegała się zamierzchła cesarska przeszłość, bolesne sprawy lat 1919–1921, z całkiem świeżymi trudnościami jedynowładztwa narodowosocjalistycznego. Bieżący rok 1941 też pewnie dołoży swój krzyż do już niesionych. Gdyby radca przeczytał te tutaj słowa o sobie, poprosiłby mnie z pewnością, bym słów Pisma nie urywał w połowie dla doraźnego efektu literackiego. Trzeba je dopowiedzieć do końca, bo i korzyść dla duszy czytelniczej będzie stąd większa. Przecież tam coś było dalej: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, lub — gdy jesteśmy mocni — osiemdziesiąt; a większość z nich to trud i marność: bo szybko mijają, my zaś odlatujemy” (Ps 90, 10). Na ten trud i na tę marność kazałby mi położyć nacisk, na to przemijanie i odlot.

Urodzony w Ratibor w miesiącu zwycięskiej wojny prusko–francuskiej, w dniu, w którym Rzym stał się stolicą zjednoczonych Włoch, seminarium w Breslau ukończył w 1897 roku. Tak! Nim jeszcze zakończył się miniony wiek XIX, był już nasz obecny proboszcz kapłanem! Kościół na Śląsku wyszedł już był cało z ucisków Kulturkampfu, wyprowadzony bezpiecznie ręką księcia–kardynała Georga von Koppa. Wyświęcony przez tegoż samego księcia–kardynała, trafił po niedługim czasie — żeby już być ścisłym to w 1901 roku — do naszej parafii jako wikary przy ówczesnym proboszczu Teofilu Schönaichu, tym samym, który zbudował nasz kościół w roku 1885, przez co wszedł do owego „skarbca”, z którego teraz czerpiemy. Pierwszego proboszcza, kuratusa Johannesa Fiegela, który przyszedł na gotowe i był u nas tylko dwa lata, nikt już chyba nie pamięta, bo też nie znalazł się ani jeden, który by mógł mi o nim opowiedzieć. Dziwna jest czasem powszechna świadomość, a raczej nieświadomość: wszyscy pytani przeze mnie o „pierwszego farorza” zgodnie wymienili Schönaicha.

Kiedy Schönaich odszedł na emeryturę, wówczas książę–kardynał (który dochodził już swych ostatnich miesięcy życia) mianował księdza Bennka proboszczem w Zaborzu. Było to jeszcze przed Wielką Wojną, w roku 1913. Nie wszystko odbywało się wtedy tak jak teraz, przez co jednak widać jak czasy się zmieniają. Któżby teraz upatrywał głównego wroga w modernizmie? Ale wówczas proboszczowie musieli składać przysięgę antymodernistyczną, a także przysięgę na wierność jego cesarskiej mości Wilhelmowi II. Dziś zagrożenia modernistyczne przykryte zostały nowymi, nie mniej niebezpiecznymi, cesarz Wilhelm rąbie drewno na wygnaniu w Holandii (i nic nie wskazuje, by Führer, niegdyś jego dzielny kapral, miał przywrócić go do łask, a tym bardziej na tron) — a Kościół rzymskokatolicki stoi jak stał i bramy piekielne go nie przemogły. Żeby jednak nie kusić licha, nie chwalmy dnia przed zachodem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 43