E-book
9.56
drukowana A5
46.84
Gorzka pieśń o Zaborzu

Bezpłatny fragment - Gorzka pieśń o Zaborzu

POWIEŚĆ


5
Objętość:
309 str.
ISBN:
978-83-8189-476-0
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 46.84

Wir sind nur Gast auf Erden

und wandern ohne Ruh

mit mancherlei Beschwerden

der ewigen Heimat zu.

(Pieśń kościelna z 1935 r. Tekst: Georg Thurmair, muzyka Adolf Lohmann)


Płomień rozgryzie malowane dzieje,

Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,

Pieśń ujdzie cało…

(Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod, IV, Pieśń wajdeloty, 177–193)


I. W stronę Zaborza

Wyjeżdżając spod mostu ku Zaborzu, tramwaj opuszcza miasto. Nie jest to wcale „najprowdziwsza prowda”, jak tu mawiano swobodnie do niedawna, ale też gdy kto jedzie w stronę przeciwną, nie powie przecież inaczej jak właśnie, że „jedzie do miasta”. Przez miasto rozumie się tu śródmieście Hindenburga. To taka mentalna granica. Most ponad tramwajem jest szeroki, jako że unieść musi na sobie dwa tory linii Breslau — Myslowitz, więc panuje pod nim nieprzyjemny półmrok, nie dziw więc, że tak chętnie trzaskają tu pantografy, rozświetlając to miejsce błękitnymi fleszami spięć elektrycznych. Dalej wszakże też miasto: po lewej „peryferie” witają cię fabryką maszyn Friedländera, czyli dawniejszą „Redenhütte”, po prawej wielkim młynem Loebela Händlera, który musi obsłużyć teraz 130–tysięczne miasto, dalej wielkim browarem Schultheiss–Brauerei, dawniej też Loebela Händlera, a zaraz na następnej działce wielkim i szykownym jak pałac budynkiem nowej Inspekcji Górniczej. Sam widzisz więc, że tu też wielkie miasto, to samo co po drugiej stronie mostu, jakże jednak teraz gęsto poprzetykane wielkim przemysłem, przylegającym do Kronprinzen Strasse, która jest główną arterią, przecinającą to miasto w poprzek na pół, jakby była poziomą belką krzyża Chrystusowego. Miasto nazywa się Hindenburg, ale jeśliś urodził się przed 1915 rokiem, to w papierach masz jeszcze Zabrze, bo wtedy dopiero przegłosowano tę zmianę i przyszło zatwierdzenie z Berlina. Ma się rozumieć, że to na cześć Starego Marszałka, który w owym sławnym roku odniósł wspaniałe zwycięstwo pod Tannenbergiem.

Ale oto już Gimnasial Strasse. Trzy domy tej ulicy, i nieparzysta strona przeciwległej Kattowitzer Strasse, przynależą już do parafii św. Franciszka z Asyżu, przez co można rzec, że to już Zaborze O/S, od niedawna zwane w papierach Hindenburg–Ost, co jest sprawką tych z Bund Deutscher Osten (BDO). Utrapienie z tymi nowymi nazwami, ale o tym później. Lecz właściwa brama Zaborza otwiera się dopiero, gdy tramwaj zostawia za sobą po prawej szeroką i wysoką brykietownię Caesara Wohleima, a po lewej rozległe zabudowania kopalni „Königin Luise — Westfeld”, z których do ulicy przylega tylko długi ceglasty budynek łaźni łańcuszkowej, a po drugiej już stronie ulicy także cechownia kopalniana, którą poznasz po dzwonniczce na dachu. Mała ta cechownia, ale to o nią, jakby o jaką piękną Helenę trojańską, gorzała największa miejscowa bitwa polskiego powstania 1921 roku. To po tej bitwie powstańcy opanowali Zaborze na cały okres walk. Tak tu już jest: na prawo patrz, na lewo patrz, zawsze coś zobaczysz. Ale przecież nikt tu nie przyjeżdża dla celów turystycznych, tym bardziej w czasie wojny. Kopalnia z brykietownią spięte są ponad Drogą Kronprinza i ponad drutami trakcji elektrycznej lekką konstrukcją stalowego mostka, niemal kładki, którą dowozi się do brykietowni miał węglowy. Ta brykietownia to już właściwie nie jest własność pana Wohlheima, jako że wskutek aryzacji przemysłu przeszła pod zarząd komisaryczny, a z samym panem Wohlheimem nie wiadomo co się stało.

Za cechownią jest zresztą jeszcze jeden budyneczek z dzwonnicą: to konsum robotniczy. Któż by go zresztą zauważył bez osobnego wskazania, skoro naprzeciw przytłacza swym ogromem Elektrownia. To dopiero jest coś! Masywny wysoki budynek — osłona turbin, obok cztery wysokie, może na sto metrów kominy, w głębi grube beczkowate kolosy zbiorników pary. A i zwał węgla przy zakładzie urasta czasem do niezłej wysokości; o, wspina się nań teraz spychacz! Kronprinzen Strasse jest tu przecięta wąskim torem kolejki, którą dowożą węgiel do elektrowni. Trzeba mieć szczęście, by zobaczyć tę chwilę, bo to nie jest widok codzienny. Gdy jednak już czas na kolejkę, zamyka się na trasie tramwajowej odpowiedni semafor, a na środku Drogi Kronprinza staje pracownik elektrowni z chorągiewką, zatrzymując ruch. Jeśli tramwaj zmierza „do miasta”, to i tak musi zatrzymać się przed tym wąskim torem, bo jest tam przystanek „Elektrownia”. My jedziemy w stronę przeciwną.

Za elektrownią przybiera Zaborze już wielkomiejski charakter. Na krótko przestaje się widzieć z ulicy przejawy wielkiego przemysłu, zaczyna się natomiast zwarta zabudowa, zwana tu Kolonią A, co w wasserpolnisch brzmi jak „Kolanija” lub „Kolanijo”. W tym ciągu domów, zaraz na początku stoi stary budyneczek pierwszej inspekcji górniczej, z czerwonej cegły, bynajmniej nie klinkierowej, zwykłej, z jakiej buduje się familoki przykopalniane. Nie dziw więc, że wybudowano już nową, reprezentacyjną, którą minęliśmy wcześniej. Potem kamienice raz wyższe, raz niższe, potem już tylko wyższe.

Tak dojeżdża tramwaj do głównego skrzyżowania Zaborza. Jest to przystanek zwany w nomenklaturze przedsiębiorstwa tramwajowego przystankiem Luisen Strasse. Tutaj stoi wielki kościół św. Franciszka z Asyżu i liczne gmachy publiczne z Ratuszem na czele. To ważne miejsce dla historii, która jakoś tak sama się na tych tu kartach napoczęła, choć rok 1941 nie wydaje się wcale ani ważniejszy od innych, ani obfitszy w wydarzenia. Ale skoro ksiądz radca duchowny Bennek, tutejszy proboszcz, uważa inaczej, nie należy z tym dyskutować. Tym bardziej, że jest w tym przekonaniu zgodny ze swym byłym lokalistą z kościoła św. Jadwigi, teraz już kuratusem Paulem Janikiem, który ma kłopoty. Wśród opisanych mijanych tramwajem krajobrazów przystanek na Luisen Strasse jest kluczowym punktem orientacyjnym. Na tym skrzyżowaniu toczy się życie Zaborza. Tutaj jest centrum wielu spraw, urzędowych, duchowych i przyziemnych, tu zaspokaja się też potrzeby wyższego rzędu, takie jak potrzeba sztuki. Coś jak w średniowiecznych miastach rynek, a choćby w Gleiwitz czy w Beuthen, czy w Tarnowitz. Tylko że to jednak nie jest plac. Główną arterię, która przecina Zaborze, czyli Kronprinzen Strasse, już poznaliśmy. Pod tą samą nazwą znano ją jeszcze przed połączeniem, zarówno w Hindenburgu (jeszcze jako Zabrze), jak i w Zaborzu. Pod tym samym mianem niepostrzeżenie przechodziła z jednego miasta w drugie, zszywając osobne organizmy, i pewnie też sugerując połączenie owych organizmów, które nastąpiło w 1927. W tym miejscu biorą początek dwie ulice. Ku południowi biegnie Luisen Strasse, ważna przelotowa arteria, przechodząca w Pleβer Strasse, gdzie do niedawna znajdował się niemiecki urząd celny na granicy z Paulsdorfem, czyli polskim Pawłowem. Gdy skręcić przed Pleβer Strasse w lewo znajdzie się człowiek na tętniącej życiem Kunzendorfer Strasse, zwanej do niedawna Brojastrasse (i dalej tak z przyzwyczajenia mówimy), gdzie w Noc Kryształową zdemolowano sklepy żydowskie Baumgartena, Fuhrmanna, Adlera i Markiewitscha. U jej końca znajduje się kościół ewangelicki i brama główna kopalni, a także nowa cechownia. Ten kościół wybudowano nie tak dawno, z przeznaczeniem dla urzędników kopalnianych, którzy przybyli z głębi Prus i wyznawali w większej części wiarę luterańską. Poza owym wyjątkiem jest Zaborze miastem katolickim. A gdy przed Pleβer Strasse skręcić w prawo — w Parkstrasse, trafi się do parku miejskiego, gdzie na miejscu honorowym stoi pomnik pana Steinhoffa, zmarłego dyrektora kopalni, a po stawie pływają łódki, które można tam wynająć. Czasem, gdy zorganizują festyn, grywa tam orkiestra kopalniana w czarnych uniformach i w czakach z czerwonymi pióropuszami, i można zjeść do syta — no, powiedzmy, że obecnie nie do syta — kiełbaski z rożna. Przy Parkstrasse i w jej przecznicach, a także na równoległej Lange Reihe wybudowano po podziale Śląska domy dla przesiedleńców z polskiej strony, którzy optowali za Niemcami i nie chcieli pozostać pod polskimi rządami. Teraz, dzieląc to członkostwo z miejscowymi nauczycielami, stanowią oni trzon tutejszego Bund Deutscher Osten (BDO). Ładne domy, piętrowe, postawione w zwartej zabudowie lub jako bliźniacze, z niższymi przybudówkami różnie zagospodarowywanymi. Takie same osiedla znajdziesz też w Sosnitzy i gdzie indziej w pasie naszych pogranicznych miast, bo projektował je ten sam architekt, z tym samym przeznaczeniem. A jakże, są też domy dwupiętrowe. W Hindenburgu, przy kościele św. Józefa i przy Stadionie Adolfa Hitlera znajdziesz jeszcze nawet śmielsze konstrukcje. Osiedleńcy bardzo powoli się integrują, nie spieszy im się do tego; niektórzy, jeśli już, to poprzez parafię, „po linii” kościelnej, ale przeważnie jednak po linii ideowej, gdy który zapisze się do partii lub BDO.

Czy więc w lewo, czy w prawo, czy na wprost, wszędzie tam dojdziesz ulicą Luisen Strasse, przy której pod numerem 5 mieszka doktor Franz Montag, lekarz, były członek Katolickiego Związku Akademików, były członek naszej Rady Parafialnej i były przyjaciel proboszcza. Niedawno został mianowany głównym medykiem w naszym Urzędzie ds. Polityki Rasowej i w związku z tym wypisał się z Kościoła. Stąd owo „były”. Któżby się spodziewał, że ów uczeń Hipokratesa, też wpisze się w naszą tu historię. Ale tego wszystkiego: ulicy wiodącej ku kopalni, i tej wiodącej do Paulsdorf, i tej ku parkowi Steinhoffa, a tym bardziej domu doktora Montaga, nie zobaczysz z okien tramwaju. Widać stąd jedynie początek Luisen Strasse, gdzie wpada ona jak rzeka u ujścia do Drogi Następcy Tronu, jej początek gęsto i ściśle zabudowany, obrzeżony narożnymi kamienicami, z których w jednej mieści się wielki sklep meblowy Maxa Joachimskiego, a w drugim drogeria Noleppy. Właśnie wychodzą z tej ulicy dwaj tutejsi ministranci: Ciupka i Przygoda (ojciec Przygody zmienił ostatnio nazwisko na Preisner). Spieszą się. Rzuciwszy okiem na zegarek wiedziałbyś od razu, czy mają dziś dyżur przy ołtarzu, czy raczej obawiają się spóźnić na ćwiczenia Jungdeutsches Volk (to dziecięca przybudówka w ramach Hitler Jugend). Jeśliby się spóźnili, instruktor da któregoś za przykład negatywny, znęcając się nad słowiańskim nazwiskiem. Bardzo by chcieli tego uniknąć.

Ale do rzeczy — jesteśmy wciąż na skrzyżowaniu, nie gdzie indziej.

Ku północy wiedzie krótka Turner Weg, przy której po jednej stronie stoi budynek dawnego Vereinshausu, czyli Katolickiego Domu Związkowego i ochronka dla dzieci prowadzona przez boromeuszki, a po drugiej szkoła realna z osobno stojącą salą gimnastyczną. Ten Dom Związkowy, gdzie znalazły pomieszczenie wspólnoty parafialne, został kiedyś wybudowany jako jeden z elementów wielkiego kompleksu zabudowań kościelnych, na który prócz kościoła i plebanii z budynkami gospodarczymi składa się też szpital i klasztorek boromeuszek. Został Vereinshaus przez kościół sprzedany na początku wieku i służy teraz głównie jako elegancka restauracja, ale do dziś chodzi się tam na filmy i na przedstawienia teatralne; tam też organizowane są potańcówki. Nic dziwnego, że w miejscu tym, u podnóża schodów na dziedziniec kościelny, często widać tłum młodzieży, oczekującej na to czy na tamto. Tłoczno tu bywa jak w ulu. Za szkołą realną znajduje się Ratusz, o jego losach już tu wspomniano, zwany przez mieszkańców „nowym ratuszem”, choć postawiono go już w 1903 roku, ale to dla odróżnienia od stojącego w jego sąsiedztwie „starego ratusza”, który został wtedy przekazany Policji i jest teraz siedzibą komisariatu. Zresztą i ten „nowy” to teraz siedziba straży pożarnej. Ostatnim urzędującym w Ratuszu naczelnikiem gminy Zaborze był pan dr Franz Killing, do ostatka zwolennik naszej katolickiej partii „Centrum”. Po połączeniu Zaborza z Hindenburgiem dalej działał, ale już jako radny miejski. Kiedy w nowych czasach zaprowadzono jedynowładztwo narodowosocjalistyczne, Max Fillusch zatrudnił go w magistracie, żeby zajmował się sprawami personalnymi. Tłumaczono to sobie w ten sposób, że „przy Filluschu da się żyć”; bardziej jednak do przekonania trafiało wyjaśnienie, że z braku osobistych przymiotów intelektu, musi nadburmistrz otaczać się fachowcami. Ta nominacja byłego zwolennika „politycznego katolicyzmu” do dziś boli tutejszą organizację partyjną NSDAP. Trzeba przy tym dodać, że pan doktor Killing jest członkiem naszej Rady Parafialnej.

Turner Weg kończy się szybko, natrafiając na przeszkodę w postaci ogrodzenia zakładu ogrodniczego pana Moritza Trenczka i skręcając w związku z tym w prawo ku bocznej bramie cmentarza parafialnego, gdzie zresztą pan Trenczek też urzęduje — jako grabarz.

Jedźmy dalej. Przy chodniku, na wysokości prezbiterium kościoła, stoi pomnik zbudowany z siedmiu fragmentów muru, w taki sposób, że trzy centralnie położone tworzą miejsce upamiętnienia. W środku płaskorzeźba odlewana, na której bogini Nike pochyla się nad nagim niemieckim bohaterem w hełmie; tablica na murze z lewej informuje, że pomnik wystawiło społeczeństwo Zaborza dla bohaterów, którzy w wojnie światowej i w walkach granicznych z polskimi powstańcami oddali swe życie „za niemiecką Ojczyznę”; tablica na murze po prawej zawiera sentencję mądrościową. Z okien tramwaju nie dojrzysz, ale powtórzy ci z pamięci ten, który wie, bo widział z bliska: „Kto żyje w sercach swych bliskich, nie umarł. Jest tylko daleko. Martwym jest tylko ten, kto został zapomniany. Wierne wypełnienie obowiązku powinno zawsze być nam przykładem”. Pozostałe cztery fragmentu muru, nieznacznie niższe, po dwa po każdej stronie, stoją tam dla ozdoby, jak skrzydła ołtarza, nic już na nich nie ma. Jeszcze dalej, ale też po lewej, za budynkiem plebanii, zwanej u nas też probostwem, a często też farą, stoi wysoki szpital i zabudowania klasztoru boromeuszek, za nimi budynek dawnej gminnej Szkoły Gospodarstwa Domowego.

Po prawej urząd pocztowy, do którego wiedzie mały mostek przerzucony ponad rowem. Na tle nieba nad pocztą ujrzysz kominy i szyby zjazdowe ogromnego, ziejącego smoczymi dymami, największego z tutejszych zakładów — kopalni „Königin Luise — Ostfeld”. Kopalnia nie przylega do głównej ulicy. Zobaczysz ją w każdym razie nieco w głębi, za krzewami i niższymi zabudowaniami ulicy Paralelnej, biegnącej na tyłach poczty, albo w prześwicie Brojastrasse, która ma zaraz tam swe ujście do Drogi Kronprinza. Kopalniana brama główna znajduje się bowiem przy Brojastrasse (już o niej mówiliśmy, można nią dojechać do kopalni też od jej drugiej strony). Tam też, w sąsiedztwie kopalni, pozwoli się dojrzeć wieża kościoła ewangelickiego, też już o nim przy tej samej okazji mówiliśmy. Obie kopalnie Zaborza należą teraz do koncernu Preussag, przez co mówi się też o jednej kopalni, posiadającej dwa pola wydobywcze. Ale pomiędzy oboma zakładami rozciąga się zabudowana przestrzeń miejska, co najmniej dwukilometrowa, jeśli nie trzykilometrowa. Zresztą o kopalniach naszych nie będę tu wiele rozprawiał. Niejeden już to uczynił i niejeden uczyni, a co jeden to mądrzejszy.

Trzymamy się Drogi Kronprinza.

Z lewej, trochę przysłonięte ogródkami działkowymi, tereny sportowe, noszące dawniej imię prezydenta Eberta, a obecnie kojarzone przede wszystkim z klubem sportowym Borussia Zaborze, czy też po zmianie nazwy S. C. Preussen 1910 Hindenburg, jak tam kto woli, bo kibice mają swoje przyzwyczajenia, niechętnie zmieniane. To tutejsza duma. Mistrzostwo Górnego Śląska w piłce nożnej już jest, jakżeby inaczej. Sekcji sportowych chyba kilkanaście, a sekcji juniorów jeszcze więcej.

Dalej, po tej samej stronie ulicy, tętniący życiem plac targowy, jakże potrzebny przy tych wszystkich brakach towarowych, a już w chwilę potem drewniana przysadzista bryła kościoła św. Jadwigi Śląskiej. Nie jest to bynajmniej drewniana architektura średniowieczna, ale całkiem współczesna. Kościół stoi od 1929, jeszcze więc pachnie nowością. Zdecydowano się na drewno, gdyż szkody górnicze dały się już w okolicy wystarczająco we znaki, by zaprzeczać ich istnieniu. Drewno nie będzie tak podatne na te niszczące wpływy eksploatacji podziemnej. Tak argumentowano u kardynała (wtedy jeszcze tylko arcybiskupa) Bertrama w Breslau, a tenże uznał to za wystarczający powód do użycia drewna jako budulca. I dobrze — najpiękniejszy kościół na Śląsku znajduje się teraz w Zaborzu. Tu, od kościoła licząc, rozciąga się w kierunku Rudy i dawnej granicy z Polską część Zaborza zwana Porembą. Ma Poremba swój własny dworzec kolejowy, który zobaczymy z prawej. Za ostatnimi zabudowaniami mieszkalnymi Poremby, znajduje się budynek, w którym jeszcze przed dwoma laty mieścił się Urząd Celny. Po sąsiedzku widać też budynek polskiego odpowiednika, położonego już w granicach Rudy. Nie uwierzycie, ale posterunki graniczne były do niedawna także w kopalnianych sztolniach, bo i te zostały po podziale Śląska przepołowione i przemytnicy wykorzystywali je w swym procederze.

Pamiętacie pewnie z lekcji łaciny ów słynny początek z Juliusza Cezara, któryśmy przerabiali za lepszych czasów jako lekturę? Gallia est omnis divisa in partes tres. Tak i Zaborze dzieli się na części, nawet o jedną więcej niż Galia: wspomniane już Kolonia A (czyli centrum Zaborza) i Poremba, górnicza Kolonia B wzdłuż Brojastrasse (Kunzendorfer Strasse), zwana też „Czternaste”, liczona jako jedno z bardziej elegancką Kolonią Luizy wzdłuż Luisen Strasse (dawniej należały do Zaborza też kolonie C i D, znacznie oddalone, ale je odłączono zaraz na początku wieku). Ku północy, za cmentarzem parafialnym jeszcze Zaborze–Wieś, postrema autem non minimus, bo to przecież kolebka Zaborza, gdzie znajdziesz i pola, łąki, i gospodarstwa rolne z hodowlą zwierząt rzeźnych i domowych. Tamtejsi woźnice rozwożą fumankami węgiel do prywatnych odbiorców i zaopatrują kopalnię. Tam mieszkał i miał swój sklep masarski Franz Przygoda, nim przeprowadził się na Brojastrasse i zmienił nazwisko na Preisner. W Zaborzu–Wsi spotkasz więcej polskich nazwisk niż gdzie indziej. Tam też, na Dondergasse, stoi dom rodziny Klaków. Pan Alfons Klaka przebywa obecnie w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Czyśmy w przejażdżce naszej o czymś zapomnieli? Owszem. Czego jednak oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przy samym wjeździe do Zaborza, na końcu Kattowitzer Strasse, niewidoczna od Drogi Kronprinza, znajduje się Koksownia „Skalley”, zajmując rozległy obszar miasta, a za zabudowaniami Kolonii A, przy Steinhoffstrasse, też niewidoczna z drogi Kronprinza położona jest Koksownia „Poremba” (a przecież wcale nie w Porembie), nieczynna już od 1930, ale przejęta teraz przez kopalnię (Ostfeld) i bynajmniej nie zdemontowana. Zabudowania jej służą więc nadal i dokładają się do przemysłowego krajobrazu miasta. Już przy samym początku, gdy tramwaj opuszczał śródmieście Hindenburga, mogłem ci powiedzieć, że wzdłuż całej naszej trasy przebiega pod ziemią Główna Kluczowa Sztolnia Dziedziczna, która ciągnie się od Hindenburga aż do Königshütte. Miała w zamyśle pomysłodawcy (hrabiego Redena) odwadniać dwie państwowe kopalnie i kilka prywatnych, ale te szybko zeszły poniżej jej poziomu. Używano jej (i wciąż się używa) do transportu węgla czółnami. U jej wylotu znajduje się Kanał Sztolniowy idący do rzeki Klodnitz. Nie było to z mojej strony przeoczenie. Czy gdybym ci powiedział wcześniej, że pod ziemią, tuż, tuż, towarzyszą nam przepływające łodzie, czy potrafiłbyś dalej skupiać uwagę, na tym co ci pokazałem? Ja kiedyś nie potrafiłem, więc ci tego oszczędzam. Przepraszam, jeśli trzeba przeprosić.

Nie wymieniajmy już aptek, restauracji i gorzelni, tym bardziej fryzjerów, krawców i szewców, których znaleźć tu można bez liku. Bo chyba i to, cośmy wymienili, wystarczająco uzmysławia, że jest Zaborze miastem samowystarczalnym i jednym z największych w Rzeszy miast przemysłowych. W tym charakterze weszło do encyklopedii i leksykonów. Co charakterystyczne, niewielu w Zaborzu znajdziesz Żydów. Po wydarzeniach Nocy Kryształowej i przymusowej aryzacji przemysłu zostali zupełnie nieliczni. Nigdy nie było tu ich zresztą tylu ilu w Hindenburgu, gdzie spalono synagogę i podjęto różnego rodzaju antyżydowskie akcje. Może stu, nawet mniej. Ale i tu niektórzy z nich, nie tylko pan Wohlheim, byli wcześniej właścicielami dużych i średnich zakładów przemysłowych.

Bo Zaborze — to przemysł.

Takie ważne było to nasze Zaborze.

A jednak od 1927 roku stanowi już tylko kolejną dzielnicę Hindenburga, a od 1936 pod nową urzędową nazwą Hindenburg–Ost wtopione jest w organizm wielkiego miasta. Władze wielkiego Hindenburga, połknąwszy — że się tak wyrażę — ze smakiem trzydzieści tysięcy zaborzan, z satysfakcją przyjęły wpisanie tak poszerzonej metropolii na listę miast stutysięcznych (do czego przyczyniło się, nie ukrywamy, także jednoczesne połknięcie Biskupitz i Matthiasdorf). A wraz z mieszkańcami przejęty został, przynajmniej w sensie geograficznym, zaborski przemysł. Zaborze zniknęło w ten sposób z map Śląska, Europy i świata. Zwłaszczo owo „z map świata” nas martwi. Ratusz, na którym na przystanku Luisen Strasse zatrzymaliśmy na chwilę wzrok, został przekazany we władanie naszej straży pożarnej.

Gdyby nie to, że siedzi teraz w Buchenwaldzie, pan Alfons Klaka udowodniłby ci chętnie, że jeszcze Zaborze nie zginęło. Wśród różnych polskich skarbów miał w domu wielotomową encyklopedię polską, która wyszła w roku połączenia — 1927. Jeśli jej Gestapo nie zabrało w czasie rewizji, to pewnie nadal tam jest. Pokazywał mi kiedyś to miejsce, w którym stoi tam, czarno na białym: „Zaborze, gmina wiejska na niemieckim Górnym Śląsku, 2 kilometry na południowy wschód od Zabrza z 29.208 mieszkańców, wcielona w 1927 do Zabrza”.

II. Radca duchowny Bennek chodzi zatroskany

Radca duchowny ksiądz Josef Bennek był człowiekiem wiekowym lub też — w innym, łaskawszym nieco ujęciu — był w słusznym wieku. Mówiono o nim, nie bez przyczyny, że jest człowiekiem starej daty. Proboszcz parafii św. Franciszka w Zaborzu O/S, zwany u nas potocznie farorzem, ma obecnie dokładnie 70 lat, a tego wieku nie dożywają u nas wszyscy, i to niezależnie od toczącej się wojny. Czyż nie jest napisane: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, lub — gdy jesteśmy mocni — osiemdziesiąt…”? (Ps 90, 10a). Wydaje się, że należy do tych mocnych, chociaż kto wie. Przeżył czasów wiele, a takich zabiera Pan wcześnie. Ale choćby i tego miał zaraz zabrać, to przecież te 70 lat robi jednak wrażenie. Jak u owego ojca rodziny, o którym rzecze Pismo, że „ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare” (Mt 13, 52b), tak i w dotychczasowym żywocie farorza Bennka zbiegała się zamierzchła cesarska przeszłość, bolesne sprawy lat 1919–1921, z całkiem świeżymi trudnościami jedynowładztwa narodowosocjalistycznego. Bieżący rok 1941 też pewnie dołoży swój krzyż do już niesionych. Gdyby radca przeczytał te tutaj słowa o sobie, poprosiłby mnie z pewnością, bym słów Pisma nie urywał w połowie dla doraźnego efektu literackiego. Trzeba je dopowiedzieć do końca, bo i korzyść dla duszy czytelniczej będzie stąd większa. Przecież tam coś było dalej: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, lub — gdy jesteśmy mocni — osiemdziesiąt; a większość z nich to trud i marność: bo szybko mijają, my zaś odlatujemy” (Ps 90, 10). Na ten trud i na tę marność kazałby mi położyć nacisk, na to przemijanie i odlot.

Urodzony w Ratibor w miesiącu zwycięskiej wojny prusko–francuskiej, w dniu, w którym Rzym stał się stolicą zjednoczonych Włoch, seminarium w Breslau ukończył w 1897 roku. Tak! Nim jeszcze zakończył się miniony wiek XIX, był już nasz obecny proboszcz kapłanem! Kościół na Śląsku wyszedł już był cało z ucisków Kulturkampfu, wyprowadzony bezpiecznie ręką księcia–kardynała Georga von Koppa. Wyświęcony przez tegoż samego księcia–kardynała, trafił po niedługim czasie — żeby już być ścisłym to w 1901 roku — do naszej parafii jako wikary przy ówczesnym proboszczu Teofilu Schönaichu, tym samym, który zbudował nasz kościół w roku 1885, przez co wszedł do owego „skarbca”, z którego teraz czerpiemy. Pierwszego proboszcza, kuratusa Johannesa Fiegela, który przyszedł na gotowe i był u nas tylko dwa lata, nikt już chyba nie pamięta, bo też nie znalazł się ani jeden, który by mógł mi o nim opowiedzieć. Dziwna jest czasem powszechna świadomość, a raczej nieświadomość: wszyscy pytani przeze mnie o „pierwszego farorza” zgodnie wymienili Schönaicha.

Kiedy Schönaich odszedł na emeryturę, wówczas książę–kardynał (który dochodził już swych ostatnich miesięcy życia) mianował księdza Bennka proboszczem w Zaborzu. Było to jeszcze przed Wielką Wojną, w roku 1913. Nie wszystko odbywało się wtedy tak jak teraz, przez co jednak widać jak czasy się zmieniają. Któżby teraz upatrywał głównego wroga w modernizmie? Ale wówczas proboszczowie musieli składać przysięgę antymodernistyczną, a także przysięgę na wierność jego cesarskiej mości Wilhelmowi II. Dziś zagrożenia modernistyczne przykryte zostały nowymi, nie mniej niebezpiecznymi, cesarz Wilhelm rąbie drewno na wygnaniu w Holandii (i nic nie wskazuje, by Führer, niegdyś jego dzielny kapral, miał przywrócić go do łask, a tym bardziej na tron) — a Kościół rzymskokatolicki stoi jak stał i bramy piekielne go nie przemogły. Żeby jednak nie kusić licha, nie chwalmy dnia przed zachodem.

Jest powszechnie wiadomym, że każdy nowy proboszcz rozpoczyna swą posługę od pewnych spektakularnych poczynań o charakterze materialnym, które na samym starcie przydadzą mu miano „dobrego gospodarza”. Zawsze znajdą się tacy, którzy wypowiedzą ową niemal już sakramentalną formułkę: dobry gospodarz. Owszem, nie zaniedbał też tego ksiądz Bennek, żądając od razu, by miejscowy Urząd Górniczy wziął odpowiedzialność za szkody górnicze, które dokonały widocznych pęknięć w bryle kościelnej, i żeby środkami Urzędu została wykonana naprawa. Nietrudno zresztą jest u nas dowieść winy kopalni. Nie znaczy to, że uda się ich nakłonić do pracy remontowej. Wówczas bez szemrania, jakby wychodząc naprzeciw potrzebie sukcesu nowego proboszcza, dokonali naprawy, a farorz okazał się kolejnym „dobrym gospodarzem” i już trzymał ten poziom. Później jeszcze kazał tak przebudować stajnię plebanijną, by znalazło się miejsce na ulokowanie salki katechetycznej, biblioteki i magazynu Caritasu, gdzie urzęduje pani Hedwig Birnbach, etatowa pracownica charytatywna i zarazem nasza bibliotekarka. Na probostwie wydzielił swej siostrze (imieniem Elisabeth) osobne pomieszczenie na urządzenie ciemni fotograficznej. Widział to kto, by siostra farorza, która mu matkuje i jest zarazem gospodynią plebanijną, miała takie niekobiece zainteresowania? Obsługiwała wszystkie uroczystości parafialne, paradując ze swym aparatem o obiektywie z wysuwaną harmonijką, a potem czyniąc cuda w pomieszczeniu o czerwonym świetle, do którego „niech nikt nie śmie wejść”. Ale i to nawet zbladło wszystko, gdy na obrzeżach rozległej parafii wybudował dwie nowe lokalie, dziś już kuracje: kościół św. Jadwigi Śląskiej i kościół św. Antoniego Padewskiego. Wszystko to już pod nowymi rządami kolejnego arcypasterza diecezji wrocławskiej, księcia–kardynała Adolfa Bertrama. Nie dziw więc, że proboszcz z Zaborza jest dziś radcą duchownym i dziekanem honorowym.

Kardynał Bertram nie uważał radcy duchownego za osobę starą. Jednak świadomy sytuacji, które niosą ze sobą wojny (obaj pamiętali Wielką Wojnę 1914–1918), pewien był, że zasoby materiałowe i ludzkie kiedyś tam wyczerpią się, a wówczas nieubłagane prawo zażąda ofiar także od Kościoła, rekwirując paramenty liturgiczne, kandelabry, dzwony, a także mobilizując na front coraz to kolejnych wikarych. Ta ostatnia okoliczność wydawała się kardynałowi szczególnie groźna. W takim wypadku sprawy duszpasterskie w dwudziestotysięcznej parafii poważnie by ucierpiały. Trzeba ratować dusze sobie powierzone. Cóż tam dzwony! „Daj mi dusze, zabierz resztę” — prosił Jan Bosco i wiedział, że dobrze prosi. W nieformalnej rozmowie uprzedził Kardynał proboszcza Bennka, że nie wolno dopuścić do sytuacji, iż pozostanie mu na przykład jeden tylko wikary, albo nie daj Boże, nawet ten jeden nie zostanie. Może się zdarzyć więc, że trzeba będzie zakamuflować jakiegoś młodego wikarego pod nazwą „wikariusz–administrator”, co jest zarazem wykazaniem wobec władz, że istnieje w parafii „etat konieczny”. Władze zwykle respektują taką sytuację, gdy ustępujący proboszcz rzeczywiście ma swoje lata, przez co zastępstwo nie budzi podejrzeń.

— Gdybym dał młodego do parafii, gdzie są inni młodzi wikarzy, władze nie zgodzą się na odroczenie służby wojskowej. W twojej parafii, drogi Josefie, wyda im się to słuszne i jakoś to przeboleją. Oczywiście uprzedziłbym wówczas takiego wikariusza–administratora, co jest prawdziwą przyczyną jego nominacji i twojej dymisji. Nadal więc będziesz miał głos decydujący, a gdy sprawy się unormują, zapewne powrócimy do tematu. Tylko trzymaj się do tego czasu zdrowo.

Taka okoliczność dotychczas nie zaistniała.

Trudności wszakże nie brakowało i tym razem miały już charakter spraw gardłowych. A wydawało się, że po Wielkiej Wojnie i po polskich powstaniach z lat 1919–1921 (z okien plebanii po stronie południowej widać było pomnik upamiętniający poległych wtedy niemieckich bohaterów z Zaborza) — że po ustaniu tamtych wydarzeń wszystko już będzie łatwe do przezwyciężenia. Nikt nie przewidywał nadejścia tych spraw bez precedensu, z którymi mamy do czynienia obecnie. Przerażenie już brało. Rok 1941 rozpoczął się od śmierci księdza proboszcza Antona Korczoka z Sosnitzy, śmierci jakże tajemniczej, jako że nastąpiła w przeddzień (dosłownie w przeddzień) nakazanego przez sąd uwolnienia z obozu koncentracyjnego w Dachau. Korczok był tutaj, u św. Franciszka, wikarym, stąd został powołany w 1929 roku na urząd proboszcza do Sosnitzy. Ksiądz Bennek wciąż pamiętał pogruchiwanie jego gołębi w ogrodzie, jego śmiejące się oczy, jego żarty i figle, które płatał konfratrom–wikarym. Bratanek Korczoka, ksiądz Franz Korczok, który był świadkiem kremacji, opowiadał po pogrzebie (a nakazano go pochować w rodzinnym Ratibor–Altendorfie), że miał stryj w potylicy ranę wlotową po kuli. Nie było wtedy na pogrzebie ks. Carla Ulitzki, prawowitego gospodarza tamtego miejsca, na którego nałożona była przez władze cywilne kara wysiedlenia poza granice diecezji. Był Korczok w swej młodości parafianinem Ulitzki, to tenże posłał go do seminarium. Ksiądz Bennek pamiętał, że na jubileuszu 25–lecia kapłaństwa Korczoka Ulitzka wygłosił kazanie, tak samo jak w dniu prymicji! W tydzień po tamtym jubileuszu wybito Ulitzce szyby na probostwie, a wkrótce potem nakazano opuścić granice diecezji. Przypomniał się tu Ulitzka (o którym władze mówiły, że reprezentuje „polityczny katolicyzm”), bowiem w kłopoty wpadł ostatnio kuratus z Poremby, Paul Janik, który też był kiedyś wikarym u Ulitzki w Altendorfie (wolał Janik nazywać tę parafię po polsku: Starą Wsią, a Ratibor był w jego ustach Raciborzem).

Miał tu w czasie Wielkiej Wojny ksiądz Bennek wikarego — Emila Schramka, wielce utalentowanego. Sama bystrość, lotność, łatwość uczenia się, wysławiania się, kojarzenia faktów, zestawiania ich w nowe konfiguracje, o których nawet byś nie pomyślał — serce proboszcza się radowało, gdy słuchał wikarego, a jeszcze bardziej, gdy pod pozorem poznania opinii pytał tak naprawdę o dobrą radę. Jakże poczuł się rozczarowany, dowiedziawszy się, że po plebiscycie i ostatnim polskim powstaniu optował Schramek, podobno zdecydowanie, za Polską i tam pozostał. Owszem, zrobił karierę naukową, poznali się Polacy na nim. Czuł Bennek, że wraz z taką, a nie inną decyzją Schramka poniósł Kościół niemiecki niepowetowaną stratę.

— Tak między nami mówiąc — pocieszał go kardynał Bertram — jestem tego samego zdania co ty, drogi księże. Ale nie zapomnij, że nasz Kościół nie jest niemiecki czy polski, lecz rzymskokatolicki. Bądź o Schramka spokojny; mam na myśli sumienie i duszę.

Od roku Schramek przebywa w Dachau, nie wiadomo nawet za co. Musiał tam spotkać się z Korczokiem. „Widzieli się chyba ze dwa razy na moich jubileuszach” — pamiętał Bennek. Obaj zresztą krajanie, z tego samego Heimatu, jak i on. Schramek zrodzony w Tworkau (Tworków), o dwa kroki od Altendorfu.

Zniknął też Alfons Klaka, aktywista polski, ale dobry parafianin, żeby nie powiedzieć najlepszy. Wydeptywał codziennie ścieżkę do kościoła („– Żeby nie zarosła trawą” — mawiał), zajmował zawsze to samo miejsce, pojedyncze, przyczepione do pierwszego filara po prawej (gdy patrzeć ku ołtarzowi), wyciągał sfatygowany, a więc dobrze używany jeszcze w poprzednim pokoleniu modlitewnik, i modlił się przed mszą, a potem „nabożnie uczestniczył”. Jego winą było, że aktywnie udzielał się w Związku Polaków w Niemczech. Kiedy w 1937 roku wygasła konwencja genewska o ochronie mniejszości narodowych, jego sytuacja uważana była za „nie do pozazdroszczenia”, choć nie od razu zaczęły się kłopoty. Jego synowie chodzili jeszcze przez jakiś czas do polskiego mniejszościowego liceum w Beuthen. Jest teraz w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, a pojedyncze miejsce przy filarze pozostaje puste. Jego siostra Hedwig (Jadwiga, jak chętniej się przedstawia) jest gospodynią u kuratusa Janika, w parafii swej świętej imienniczki. Miejscowe władze NSDAP są zdania, że jeśli chodzi o „propolskie zacietrzewienie”, to ta rodzina jest „niereformowalna”.

Dostała się księdzu Bennkowi do administrowania i duszpasterzowania bardzo specyficzna parafia. Specyficzna w skali Rzeszy, nie na Śląsku, gdzie niemal wszystkie takie, z takimi samymi narodowościowymi problemami. Podobno liczby nie kłamią. Mimo że przez cały czas trwania polskiego powstania Zaborze pozostawało w rękach polskich, to Rada Ambasadorów pozostawiła je przy Niemcach. Przemawiały za tym wyniki plebiscytu, w którym za Niemcami opowiedziało się osiem tysięcy mieszkańców, za Polską sześć tysięcy. Owszem, w Zaborzu–Wsi większość była za Polską, ale ta kolebka Zaborza to teraz akurat mała społeczność, jeśli porównać ją ze skupiskami robotniczymi i urzędniczymi w pozostałych częściach miasta. Lecz żywioł polski, liczący tu czterdzieści kilka procent, trzymał się mocno, a chroniony konwencją rozwijał się swobodnie przez lata. Po podziale nie wyjechało na polską stronę tak wielu jak można było oczekiwać. Klakowie pozostali. Wydawane tu były trzy polskie czasopisma. Że zamknięto socjalistyczny „Głos Pracy” — niewielka to strata dla uczciwych ludzi. Ale komu przeszkadzał „Przyjaciel Pieśni”?

W Zaborzu–Wsi mieszkała do plebiscytu i powstania bogobojna górnicza rodzina Weberów. Ci optowali za Polską i przenieśli się do Paulsdorfu, czyli po podziale — Pawłowa. Mieli dwóch synów — Emanuela i Emila. Obaj zostali księżmi. Liczył ksiądz Bennek szczególnie na Emanuela — że zostanie księdzem miejscowym, w diecezji Breslau, i że prymicje odbędą się w Zaborzu. Ku nadziei takiej skłaniał nie tylko oczywisty fakt, że został Emanuel wykształcony religijnie tu w parafii, przez miejscowych wikarych, ale przede wszystkim to, że po ukończeniu szkoły powszechnej, po epizodzie pracy górniczej, po chwalebnej służbie wojennej i demobilizacji wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego Misjonarzy Świętej Rodziny w Bawarii i tam, na bezspornie niemieckiej ziemi, wśród kolegów–Niemców, dojrzewało jego powołanie kapłańskie. A jednak po przenosinach rodziny wybrał seminarium w Krakowie, i po święceniach w 1929 roku został inkardynowany do diecezji częstochowskiej. Jego młodszy brat, ks. Emil, został wykładowcą w seminarium w Pińsku, tam gdzie największe bagna, na szczęście nie o moralne bagna tu chodzi.

Nie żałował natomiast ksiądz Bennek, że także inny parafianin św. Franciszka, wyświęcony jeszcze w 1909 roku, ksiądz Emanuel Krzoska, też wybrał opcję polską i jest kapłanem diecezji katowickiej. Z utratą tego pogodził był się Bennek niejako na bieżąco, gdy tylko doniesiono mu, że tenże (wówczas wikary–rezydent u św. Franciszka) jest kapelanem polskich powstańców, a nawet zajmuje jakieś wojskowe stanowisko (podobno był kapitanem) w intendenturze batalionu zapasowego Kabicza. Jakże to jednak pogodzić z posłuszeństwem dekretowi kardynała Bertrama, zakazującemu księżom mieszać się do spraw plebiscytowych bez pozwolenia miejscowego proboszcza? Pytał to Krzoska swego proboszcza o pozwolenie? Z pewnością — myślał wtedy Bennek — zbierze tam tyle chwały wojennej, że nie będzie już się chciał z nią rozstawać. Takoż i się stało. Optował oczywiście Krzoska za Polską, a księdzu Bennkowi znów przyszło pocieszyć się myślą, że „nasz Kościół nie jest niemiecki czy polski, lecz rzymskokatolicki”.

Taka to była parafia. Teraz przygraniczna, z dwoma punktami celnymi — na granicy z Rudą i przy granicy z Pawłowem. Sprawy narodowościowe, językowe zawsze były istotne i tak czy inaczej wpływały na miejscowe stosunki. Z kwestią językową dawano sobie radę, szanując oba języki i nie wyróżniając żadnego. Kardynał Bertram zarządził, by księża posługujący na terenach dwujęzycznych, co głównie odnosiło się do Górnego Śląska, znali biegle oba języki. W tym celu utworzył zresztą w Breslau przy kurii arcybiskupiej kolegium Polonicum, gdzie seminarzyści lub księża przeznaczeni do pracy na wschodniej rubieży państwa mieli wprawiać się w języku polskim. Także listy pasterskie kardynała Bertrama wychodziły równocześnie w dwóch wersjach językowych, a ta polska na oznaczenie miasta Breslau jako miejsca wydania broszury używała polskiej nazwy „Wrocław”, nawet z tą niełacińską literą diakrytyczną w środku. Księża musieli umieć wygłosić kazanie po niemiecku i po polsku, a w każdej z takich parafii, których w diecezji było 240, odprawiane były msze takie i takie; podobnie było z nabożeństwami.

Póki konwencja genewska chroniła polską mniejszość, stosunkowo bezpiecznie było być Polakiem. Dziś doszły do tego działania władz narodowosocjalistycznych, wrogich polskiej mniejszości i jej językowi, rugowanemu teraz jawnie i bez dostatecznej przyczyny. Ostatnie zakazy, likwidujące msze w języku polskim i nabożeństwa, stąd się właśnie wzięły. Opór przeciągnął się na długie miesiące, ale teraz praktycznie ustał. W dekanacie Hindenburg do ostatka kontynuowali polskie msze już jedynie trzej kapłani, wśród nich Janik z Poremby.

Nie tak dawno władze zarządziły, że lekcje religii nie będą już mogły odbywać się w pomieszczeniach szkolnych. Na to Kościół zareagował protestem, ale jednocześnie — w przewidywaniu skutecznego uporu władz — zostały przystosowane różne pomieszczenia przyplebanijne. Lekcje religii nazywały się teraz „godzinami duszpasterskimi”, a i te chciały władze zaatakować, gdy pojawiły się pierwsze kolizje z godzinami zbiórek organizacji przymusowych (Hitler Jugend i Bund Deutsche Mödel). Dowiedział się ksiądz Bennek okrężną drogą, że w czasie tegorocznych wakacji — by uniknąć natychmiastowych protestów czy to „zdewociałych rodziców”, czy też „politycznego katolicyzmu” –zarządzona zostanie likwidacja modlitwy przed lekcjami, a ze ścian szkół znikną krzyże. Zgroza bierze! Kto weźmie odpowiedzialność za skutki tej polityki? Z tego typu problemami, gdy jeszcze niespecjalnie egzekwowano ich wykonanie, dawał sobie farorz radę także dzięki wybitnym członkom Rady Parafialnej, zawsze gotowym go usprawiedliwić wobec władz, a przynajmniej poręczyć słowem, by zyskać na czasie (a potem się zobaczy). Uważał ich za osobistych przyjaciół, ludzi bez skazy, wyznających prymat człowieczeństwa nad bezzasadnym, czy wręcz urągającym prawu Bożemu, przepisem. A to, przyznać trzeba, cecha u nas rzadka. Pan doktor Johannes Nathan był dyrektorem Szpitala św. Józefa, zaraz w sąsiedztwie plebanii; pan doktor Franz Killing to były burmistrz zaborski, a teraz radny miejski i pracownik magistratu; i wreszcie doktor Franz Montag, lekarz, wiele mogący dzięki znajomościom w kręgach partyjnych.

Ale doktor Montag, ów długoletni przyjaciel, już nie pomoże. Zapisał się do NSDAP, a niedawno mianowano go naczelnym lekarzem w Urzędzie do spraw Polityki Rasowej. Złożył też wobec urzędnika stanu cywilnego oświadczenie, że wypisuje się z Kościoła rzymskokatolickiego. Informacja o tym fakcie nadeszła z Urzędu obligatoryjnie pocztą do parafii, a po osobistym potwierdzeniu tego w kancelarii parafialnej przez Montaga (że też ludzie wstydu nie mają), przestał być członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa. Na nic tłumaczenia księdza proboszcza, zaklinania, odwoływanie się do przyjaźni, uświadamianie, że to grzech apostazji, grzech śmiertelny. Jeszcze wtedy rzeczywiście mówił do przyjaciela, który dopiero stoi na skraju przepaści, ale jeszcze w nią nie skoczył. Wszystko na nic, jak do ściany. Musiał poinformować doktora, że od tej chwili nie może tenże korzystać z posługi sakramentalnej, ani uczestniczyć we mszach i nabożeństwach wewnątrz świątyni i na innych miejscach kanonicznie ustanowionych. Gdyby jednak, zrozumiawszy wagę swego czynu, zechciał powrócić kiedyś na łono Kościoła, to on, radca duchowny Bennek, gotów jest mu to ułatwić. Tak skończyła się ta przyjaźń, którą wszakże należy tu odnotować, jako że nie była iluzją i w przeszłości przynosiła dobre owoce.

Zagrożenia narastały stopniowo, rozłożone przemyślnie na lata. Gdy NSDAP przejmowała pełnię władzy, eliminując komunistów i socjalistów, wydawało się to poza zainteresowaniem ludzi Kościoła, kierujących się w życiu raczej pobożnością niż ideami politycznymi. Oczywiście gdy podobny los spotkał katolicką partię „Centrum”, zrozumiano, że nie będzie już komu przedstawiać racji katolickich wobec jedynowładczej partii nazistowskiej. Jakże symptomatyczny był los prałata Ulitzki! Z końcem 1938 roku władze rozwiązały Katolicki Związek Akademików, który grupował zacnych obywateli posiadających wyższe wykształcenie, a który w Zaborzu liczył kiedyś 50 członków, a i w momencie rozwiązania było ich tam jeszcze dwudziestu pięciu. Tak, tak, proboszcz Bennek też należał, nie inaczej Janik. Na ostatniej sporządzonej liście rzucił się w oczy brak doktora Montaga. Nie chciał mieć już nic wspólnego z „politycznym katolicyzmem”. W styczniu 1939 roku rozwiązano Katolicki Związek Młodzieńców. Żaden z konfratrów nie dziwił się uczuciom Janika, wiedząc, że jest on dekanalnym opiekunem tego Związku.

Naciski władz, by zlikwidować polskie nabożeństwa, gdzie jeszcze w jakiejś reliktowej formie były praktykowane, uzasadniane też bywały za pomocą liczb, o których powiedzieliśmy, że nie kłamią. Owszem, w plebiscycie 6 tysięcy mieszkańców Zaborza zagłosowało za Polską. Ale od tego czasu minie wkrótce 20 lat, a to przecież szmat czasu. W maju 1939 roku odbył się spis powszechny. Ilu więc mieszkańców Hindenburga–Ost zadeklarowało w spisie narodowość polską? No, ilu? Tu towarzysz partyjny z lubością wymienił liczbę: 202 (dwustu dwóch).

Było aż nadto oczywiste, że coś tu nie tak. Czyżby jednak liczby kłamały?

Radca duchowny Bennek nie miał wątpliwości, że rządy, które nastały, opierają się na zastraszeniu ludności. Będąc Niemcem, zapewne przeoczył wiele sygnałów ostrzegawczych, lecz nie umknął mu ani jeden z tych, które uderzały w Kościół. W Hindenburgu trzech proboszczów nadal uparcie kontynuowało polskie nabożeństwa, wykazując, że sprawa ta leży całkowicie w kompetencji Kościoła, a w najmniejszym stopniu nie leży w kompetencji władz świeckich. Niby racja, tylko że ta racja nie bierze pod uwagę uwarunkowań. A nie chodzi tu przecież o jakieś złożenie ofiary pogańskiemu bożkowi.

W czerwcu 1939 roku kardynał Bertram rozesłał proboszczom list, w którym ostrzegł upierających się księży, że od tej chwili dalsze odprawianie mszy w języku polskim skutkować będzie kanonicznie karą suspensy. Jednocześnie uspokoił ich co do meritum i słuszności, dodając, że gdy „w przyszłości znowu zapanuje wolność w życiu religijnym i domowym”, wówczas zostaną przywrócone dotychczasowe praktyki.

Nolens volens, nie dyskutując i nie szemrząc przeciw zwierzchności, ostatni dwaj „polscy księża”, jak ich tu nazywali wierni, poddali się woli Kardynała, ufając, że na ów „powrót do dotychczasowych praktyk” nie trzeba będzie długo czekać. Ksiądz Madeja z kościoła w Matthiasdorf zdecydował się na ucieczkę z terytorium III Rzeszy i przeszedł na polską stronę, gdzie podobno otrzymał nową inkardynację.

Miał kardynał Bertram nadzieję, że takie postawienie sprawy uśmierzy gniew władz, które co rusz zgłaszały się doń z pretensjami i zarzutami, szafując wciąż tymi samymi nazwiskami. Dałby Bóg, aby toczone już przez Gestapo śledztwa, też mogły być teraz umorzone i pozostawione bez dalszego biegu. Ale w urzędach Tajnej Policji Politycznej wszystko jest tajne, żadne odpisy akt nie są dostarczane.

— Myślę, że teraz już Bóg zainterweniuje. Tak czy inaczej. Będę posłuszny arcybiskupowi. Ale może dane mi będzie raczej pójść drogą Chrystusową — powiedział ksiądz Janik, dowiedziawszy się o groźbie suspensy. A napotkawszy nierozumiejące spojrzenie rozmówcy, doprecyzował. — Drogą krzyżową.

Nie sądził ksiądz radca Bennek, by sprawy mogły zajść aż tak daleko. Ale chwali się Janikowi taka determinacja.

Codzienny kierat pracy duszpasterskiej i administracyjnej obracał się bez przestanku, w czym udział mieli też czterej wikarzy, właściwie trzej i jeden rezydent (ksiądz doktor Bruno Seidel był rezydentem w parafii od 1910 roku, posługując jako kapelan w szkole realnej na Gimnasial Strasse i w Szpitalu św. Józefa). Wychodził informacyjny „Pfarrblatt” i doroczny „St. Franziskus Kalendar”.

Pojawiały się też sprawy nie przewidziane zawczasu, a przecież ważne, mimo szczególnej swej materii. Wiosną tego roku, na części cmentarza, która obniżyła się w ciągu ostatnich miesięcy na skutek szkód górniczych, pojawiła się woda. Nie o kałużę tu przecież chodzi! Woda była na metr głęboka i przykrywała wiele grobów. Zobaczywszy to, pan Trenczek bezradnie rozłożył ręce i powiedział, że nie jest to robota dla jednego człowieka. A już na pewno nie dla grabarza czy ogrodnika. Zresztą nie o liczbę ludzi tu chodzi, bo z tym to zawsze najmniejszy kłopot, wystarczy wezwać z ambony. Ale tu trzeba maszyny, spychacza, kto wie czy nie koparki. Potrzebna pompa i wóz–cysterna, bo nie da się tego tak po prostu przepompować w jakieś sąsiedztwo. A że to cmentarz, to pewnie urząd sanitarny się wtrąci, nie wiadomo co powiedzą. Ci rzadko bywają sojusznikami. Władze miejskie ze swej strony odmówiły wydania zezwolenia na naprawę cmentarza, nie uznając jej za obecnie konieczną. Stąd i kopalnia odmówiła natychmiastowej interwencji remontowej, oddalając sprawę na lepsze czasy.

Do parafii zaczęły trafiać urny z prochami osób zmarłych w obozach — na zapalenie płuc lub na skutek zatrzymanego krążenia, i urny z prochami poległych w walkach. Kościół nie uznawał praktyki palenia ciał za praktykę chrześcijańską, dopuszczając jedynie pochówek zwłok w ziemi. Na czas sytuacji wojennych kardynał Bertram wydał dla takich przypadków nadzwyczajne zezwolenie. Pogrzeby z urną odbywać się także miały według zwykłych reguł liturgii katolickiej. Wskazane byłoby uprzednie włożenie urny do trumny. Zezwolenie takie nie oznaczało bynajmniej aprobaty dla instytucji krematoriów.

III. Dostojny Teofilu…

„Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które dokonały się u nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono” (Łk 1, 1–4). Mój Boże, żebym tak mógł powiedzieć, iż to co tu piszę, to rzeczy pewne! Łatwo przecież pisze się o sprawach, które poznało się naocznie albo o których wyrokuje się zgodnie z sumieniem. Kogóż zapytam o sprawy zakryte, utajnione, a choćby przeoczone? Gdy w jakiejś chwili jestem bowiem tu, a nie gdzie indziej, to owo „gdzie indziej” jakby dla mnie nie istniało, lecz nie przestaje być przez to (przez moją tam nieobecność) czyimś życiem i czyjąś historią. Pewnie, że nie wszystkich będę pytał. Zapytałbym raczej niewielu, ale ci, którzy by mi na pewno odpowiedzieli, nie są już dla mnie dostępni. Pan Klaka siedzi w Buchenwaldzie, plebania św. Jadwigi obserwowana jest bez przerwy przez szpicli, ksiądz Madeja uciekł jeszcze przed wojną i nie wiem co się z nim dzieje, ksiądz Teofil Schönaich umarł w 1921 roku i nie zmartwychwstanie przed dniem ostatecznym. Ja go osobiście nie znałem, ale żyje on jakoś w mojej pamięci (tę formę trwania, gdyśmy o tym mówili, proboszcz Bennek nazwał „pamięcią historyczną”.

Kiedyśmy jechali tramwajem i zapoznawałem cię z topografią Zaborza, rzuciło ci się pewnie w oczy, że dachówki na dachach naszych domów są przyczernione, jeśli nie całkiem czarne, i nie radują tu oczu samym swym kolorem, jak to jest na Dolnym Śląsku, gdzie wesoły odblask słońca na pomarańczowych dachach zdolny jest wydobyć cię ze smutku i czarnowidztwa. Jeśli chodzi o niebo zasnute dymami, to więcej o nim mówią gdzie indziej niż u nas. Dymy są, bo muszą być, wierni towarzysze przemysłu. Snują się wysoko szarymi lub białymi smugami, kładą się poziomo zaraz za wylotem kominów (gdy wiatr) albo strzelają w górę jak dym ze stosu Abla. Da się z tego wywróżyć pogodę. Wysokie kominy rozpraszają dym na dużych wysokościach, żeby rozszedł się daleko, rozrzedzony, niegroźny dla zdrowia (doktor Nathan sprzeciwia się temu tu argumentowi, dowodząc, że „ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka”). Tak jest wszędzie gdzie wydobywają węgiel i gdzie palą nim w paleniskach wielkich zakładów. Myślisz, że w Westfalii inaczej, albo w Waldenburgu, albo w Karwinie? Wszyscyśmy tu z węgla, urobieni po pachy. Jeśli nie kopalnia, to koksownia lub brykietownia, a i elektrownia też przecież na węgiel, co chyba oczywiste. A ci, co w tych dymach i pyłach pracują, muszą po pracy przepłukać gardło. Stąd też te gorzelnie i browary, stąd tyle tu gospód i szynków, zwanych teraz restauracjami.

Nie od razu tak było, w każdym razie nie za czasów czeskich czy habsburskich, kiedy to jedynym bogactwem ubogiej naszej wioski było jedynie drewno dębowe i bukowe obficie rosnące w gęstym borze oddzielającym nas od świata. Z owej okoliczności wzięła się zresztą nazwa naszego miasta: Zaborze, co po polsku oznacza miejsce położone za borem, coś jak u Szwajcarów Unterwalden czy Obwalden albo Nidwalden, teraz też utrwalone jako nazwy kantonów i półkantonów. A i nazwa Poremba też wiele mówi po polsku: miejsce w lesie, gdzie wycięto drzewa. Wiemy już, że nie tylko wycięto, ale i wykarczowano teren, i obsiano, i zamieszkano.

Węgiel to po łacinie carbon. Zaraz na początku rządów pruskich, a było to w połowie wieku XVIII, gdy Austria przegrawszy wojnę oddała bez mała cały Śląsk, uczyniony zaraz ład kancelaryjny zaobfitował dokumentami, w których przy polskich nazwiskach z Poremby zapisano nazwę wykonywanej profesji: carbonarius. Te buki i dęby wycinano tam nie przypadkiem. Carbonarius to węglarz. Stały tam bowiem mielerze, w których wypalano węgiel drzewny dla rudzkiej kuźnicy żelaza. Stąd i Poremba. Wtedy zresztą nawet większe huty pracowały na węgiel drzewny, stawiane przy rzece, by młyńskie koło mogło napędzić miechy. Że Poremba też ważna, nie będziesz wątpił, gdy dowiesz się, że to tam mieszkała Johanka Gryczik (Gryzik, Gryszczyk — i tę bowiem zapisywano w urzędach, jak który dosłyszał), którą Karol Godula, wcale zresztą nie żaden krewny, obdarzył — ot, z fantazji — w spadku milionami swej fortuny utoczonej z cynku. Jeśliś o niej nie słyszał, to niemożliwe jest, byś nie słyszał o hrabinie Johannie Gryczik von Schomberg–Godula von Schaffgotsch. Wyszła bowiem za Schaffgotscha, a kto zacz chyba mówić nie muszę.

Zanim odkryto u nas węgiel, co nastąpiło w końcu XVIII wieku, Zaborze było wsią liczącą stu pięćdziesięciu kmieci, a Poremba tylko kolonią.

Po plebiscycie, gdy stało się Zaborze miastem przygranicznym, owe podziały narodowościowe i językowe jawiły się już obcym jako bardziej czytelne: tak zwykle bywa na terenach spornych i w najbliższym sąsiedztwie granic. Ale granica poplebiscytowa, to zupełnie świeża granica, nienaturalna, wytyczona przez obcych, a teraz — po wojnie z Polską — przesunięta znów na wschód, aż po Schoppinitz, a nawet jeszcze dalej do Altreichu. Chciałbym tu się trzymać wyłącznie spraw kościelnych, ale już teraz widzę, że nie da się, że sprawy świeckie ciągle będą mi się na nie nakładać, czy to w naszej ponurej rzeczywistości, czy nawet w najodleglejszej przeszłości, którą już tylko z książek mogę poznać, bo do dokumentów mnie nie dopuszczają, a właściwie to ja sam nie afiszuję się z moimi zainteresowaniami. Kiedy dowiedziałem się tu w Zaborzu, że zmarły w Dachau ksiądz Korczok z Sosnitzy (znaliśmy go, był wcześniej u nas wikarym) nie może być pochowany w parafii, w której był proboszczem, tylko będzie eksportowany (exportatio) do miejsca urodzenia w Ratibor–Altendorf, wtedy przypomniało mi się pochodzenie Sosnitzy, jej poniekąd wspólny z Zaborzem i Zabrzem los. Zanim bowiem stała się częścią miasta Gleiwitz, należała przez ponad pół wieku do powiatu zabrzańskiego i zawsze ciążyła ku Zabrzu, również gdy zmieniono mu nazwę na Hindenburg. Nawet kiedy zbudowano tam pierwszy prowizoryczny kościół, była to tylko filia kościoła św. Andrzeja w Zabrzu, skąd dojeżdżał kapłan. Owo „ciążenie ku” od dawna jest cechą tutejszych mieszkańców i miejsc, które — na pozór bezduszne — mają przecież swój genius loci. To samo znajdziecie w dziejach Zaborza, śledząc punkt ciężkości, wciąż się przesuwający to na wschód, to na zachód, to ku północy, bo i tak bywało.

Gdy przychodzi mi dziś mowić o Kirchliches Leben in Hindenburg–Ostgrenze, co rusz nasuwa się nazwisko księcia–kardynała Adolfa Bertama, co jest aż nadto zrozumiałe, jako że jest on biskupem ordynariuszem naszej diecezji i jemu winniśmy posłuszeństwo w razie czego. Obecnie wydaje się już czymś oczywistym, że nasza przynależność diecezjalna i państwowa przenikają się wzajemnie, utożsamiają się, a nasz punkt ciężkości przesunął się ku zachodowi. Czy mogło być kiedyś inaczej? Spośród żyjących nikt sobie nie przypomina. A jednak!

Diecezję naszą wrocławską ustanowiono w roku 1000, równocześnie z diecezją krakowską. Oczywiście ustanowiono ją w Rzymie, ale w czasie, gdy polityczne władztwo sprawował polski książę Bolesław zwany Chrobrym. Cały nasz teren, który nazywany był kasztelanią bytomską, a później też wyodrębniony został kościelnie jako dekanat bytomski, znalazł się wówczas w obrębie (by nie używać tu słowa „granice”) diecezji krakowskiej. Tak, to nie pomyłka! Ta przynależność kościelna utrzymała się aż do 1860 roku, a to niemal tysiąclecie! Z początku pokrywała się też ona z podległością świecką — księciu krakowskiemu, a z bliższych panów — kasztelanowi bytomskiemu. Granica Śląska przebiegała wówczas na zachód od Bytomia, a ziemia nasza, na której stoi dziś przemysł Zaborza, nie była wcale ziemią śląską. Dopiero Kazimierz Sprawiedliwy wydzielił z ziem Małopolski ową kasztelanię bytomską, a wraz z nią też oświęcimską i przekazał śląskiemu księciu Mieszkowi Raciborskiemu. Jednocześnie podział kościelny pozostał nienaruszony, bowiem świecki władca nie był tu kompetentny i nowi mieszkańcy Śląska pozostali jednocześnie diecezjanami krakowskimi! Okazało się to wszakże pierwszym punktem owych zawiłych przenikań się władztwa kościelnego i świeckiego, które w ciągu wieków niewiele miały do siebie podobnych.

Jeśli jednak nawet przed rokiem 1860 Zaborze nie przynależało do diecezji wrocławskiej, to przecież miało za sobą już długą historię władztwa świeckiego biskupów wrocławskich. Tak właśnie: władztwa świeckiego, nie przejęzyczyłem się. Teren nasz, nie podlegając przez wieki jurysdykcji kanonicznej wrocławskich biskupów, stanowił ich własność feudalną, świecką, włącznie z prawem wydobywania ołowiu, gdyby takowy został na ich tutejszych ziemiach znaleziony.

Pomiędzy Zaborzem a Biskupitzami przepływa rzeka Bytomka, zwana w średniowieczu Kaczawą, a obecnie Beuthener–Wasser. Wpada ona do nieco większej rzeki Klodnitz. Na osi tych rzek od miejsca zwanego Ujazd nadano biskupowi wrocławskiemu Tomaszowi I ziemie na własność, wydzielone spod władztwa miejscowych książąt, a rozciągające się w postaci enklaw aż po Rudę. Sośnica, Zabrze, Zaborze, Biskupice! Na te ziemie rozciągała się jurysdykcja świecka biskupów wrocławskich, podczas gdy jurysdykcję kościelną nadal sprawowali biskupi krakowscy.

Dawali oczywiście biskupi korzyści z tych ziem w dzierżawę różnym panom i paniczykom, a ci ustanawiali zarządców, z czego pozostały w historii nie tylko nazwiska wielkorządców, lecz i tych poślednich, którzy ich tu wyręczali w pozyskiwaniu owych korzyści: Grotkowscy, Kamieńscy, Ormantowscy. Przez wieki prawny właściciel tych enklaw zamieszkiwał Wrocław (później zwany już Breslau), a arcypasterz nad duszami — przebywał stale w Krakowie. Zależnie od materii spraw, ciążyło Zaborze raz tu, raz tu, co nikomu nie było problemem, jako że mówimy o kilkunastu zagrodach chłopskich i pewnie kilkudziesięciu sztukach inwentarza. Później nabył te ziemie od biskupów król bawarski, a od niego w 1826 roku hrabia Karl Lazarus von Donnersmarck.

Przez cały okres przynależności do archidiecezji krakowskiej nie posiadało Zaborze własnego kościoła i nie była dla niego ustanowiona nawet filialna kaplica. Łatwo teraz mówić, że „nie dbali biskupi krakowscy o Zaborze”, ale gwoli prawdy trzeba przypomnieć, że u początków władzy pruskiej była to osada o 150 zagrodnikach, a w sto lat później — u końca zwierzchnictwa kościelnego krakowskiego — też ich było nie za wielu — może tysiąc, dwa tysiące, w czym większość to już robotnicy. W takiej kopalni, gdzie teraz może pracować nawet 10 tysięcy górników, wtedy pracowało nie więcej niż trzystu. Nic przecież dziwnego, że ani dla stu pięćdziesięciu dusz, ani dla tysiąca, nie ustanowił żaden z kolejnych biskupów krakowskich osobnej parafii. Dziś nawet, gdy Zaborze już pod władzą duchowną ze stolicą w Breslau, ustalił kardynał Bertram postulowaną uniwersalną w diecezji liczbę parafian na 6 tysięcy, co zapewnić by miało sprawne duszpasterstwo (a niektóre parafie w naszym przemysłowym kącie liczyły już nawet po 30 tysięcy). Żeby rozwiązać problem, zezwolił, a nawet polecił rozeznać się, czy jakieś wystawione na sprzedaż gmachy nie nadawałyby się przypadkiem po przeróbce na urządzenie w nich kościoła. I tak, nasze najnowsze kościoły w Hindenburgu powstały z wykorzystaniem takiego zgoła szalonego pomysłu: św. Antoniego, podobnie jak Ducha Świętego — w salach restauracyjnych, św. Kamila w sali teatralnej.

Przez bardzo długi czas ciążyło Zaborze ku Biskupicom, położonym za Kaczawą, przynależąc do tamtejszej parafii św. Jana Chrzciciela. Chodziło się tam trzy, cztery kilometry polną drogą przez łąki, kładką na rzece, a gdy roztopy zagrodziły tę drogę, to nadkładano jej dwukrotnie idąc przez Zabrze lub Rudę. Niepostrzeżenie zaczęły Biskupice pojawiać się na papierze jako Biskupitz, Kaczawa stała się Bytomką, a wkrótce — najpierw też na papierze, a dopiero potem w mowie — nazwano ją z kolei Beuthener Wasser. To jest właśnie owo „ciążenie ku północy”, o którym wspomniałem wcześniej, jeszcze go nie wyjaśniając. A kiedy powstała kopalnia „Königin Luise” (to dziś Pole Zachodnie) i w Zaborzu osiedlili się nowi mieszkańcy — górnicy i urzędnicy, to w dniu świętej Barbary, patronki górników, przemaszerowywali w Kirchgangu w karnym szyku, z rozwiniętymi sztandarami i kadrą urzędniczą na czele — do kościoła św. Andrzeja w Zabrzu, położonego też ze trzy, cztery kilometry od Zaborza, tyle że w kierunku zachodnim.

Prusy wygrały wojnę z Austrią (1740) i przejęły niemal cały Śląsk (z wyjątkiem Opawskiego i Cieszyńskiego), rozpoczęły się poszukiwania bogactw naturalnych, który by dorzuciły (nikt nie spodziewał się, że aż tyle!) swe „conieco” do skarbca królewskiego. Że te skarby tu są, wnioskowano z bogatych tradycji miasta Tarnowskie Góry, gdzie nie tylko srebro i ołów wydobywano, ale i kierowano się prawem górniczym, prowadzono fundusze na zaopatrzenie sierot i wdów, posiadano osobne stroje do parad i świąt, założono bractwo św. Barbary. Wiedzieli wszyscy wokoło, że wydobyty kruszec potrafi uświetnić choćby najmizerniejsze miasto, a cóż dopiero gród z korzeniami jeszcze w średniowieczu, starożytny niemal. A gdy nagły wypływ wody, co legenda przypisała złemu duchowi Scharleyowi, zalał tamte kopalnie, dowiedziano się ze zgrozą, ile dobra utracić można, jeśli nie posiada się kopalń. Wiedziano więc od dawna, że górnośląska ziemia posiada w swych wnętrznościach srebro, ołów, rudy żelaza, a także węgiel, bo i ten był skubany przez prosty lud, gdy go znajdowano na powierzchni. Przypomnijmy sobie, że gdy książę Władysław nadawał w 1260 roku biskupom wrocławskim pożytki ze wsi Biskupice, nadanie zawierało także wzmiankę o prawie do wydobytego tam ołowiu, „gdyby takowy został tam znaleziony”. Nadzieja na tutejsze skarby wybiegała hen naprzód, w nieokreśloną przyszłość.

Najpierw więc minister von Hoym, specjalnie ustanowiony dla Śląska, potem von Heynitz, którego tu błogosławią, a potem bratanek Heynitza, minister hrabia Fryderyk von Reden, którego tu błogosławią jeszcze bardziej, zlecili prace geologiczno–poszukiwawcze. Do odwodnienia zalanych kopalń tarnogórskich sprowadził Reden z Anglii maszynę ogniową (parową), pierwszą taką na kontynencie europejskim, i kazał jej ssać wodę, aż całą wyssie. Gdy słabo jej szło, sprowadził drugą, silniejszą. Pojawili się na Śląsku specjaliści z Miedzianki, potem z innych części Prus i księstw niemieckich, potem też z zagranicy. Przybył też wtedy Salomon Izaak z Brabantu, francuskojęzyczny Żyd, do pracy w Urzędzie Górniczym w Tarnowskich Górach. Czy to sprawiła francuska beztroska, czy żydowski idealizm każący zajmować się sprawami ważnymi z pominięciem przyziemnych — w każdym razie narobił Salomon Izaak bałaganu w rachunkach, i został ukarany „zesłaniem w teren”, by pod gołym niebem szukać tego, czego dotychczas nie udawało się znaleźć — skarbów ziemi.

Przemyślny Żyd rozpoczął swe poszukiwania w dolinie Scharnaffki, dawniej zwanej Czarniawką, dziś też Szarnawką, która wypływa spod Poremby i biegnie w dolinie pomiędzy ostatnimi domami dzisiejszej Kolonii B i drzewostanem Parku Steinhoffa a Paulsdorfem, gdzie — jak mogliśmy się już dowiedzieć — zamieszkuje rodzina księży Weberów z Zaborza–Wsi, po wybraniu opcji polskiej. Dolina utworzona jest z niewysokich skarp, które doskonale nadają się do zjeżdżania zimą na sankach. Póki działały tu Urzędy Celne obu państw, nie pozwalano na to, słusznie przypuszczając, że pomiędzy saneczkarzami znajdą się przemytnicy, których sanki poniosą daleko na drugą stronę Scharnaffki. Skarpa po stronie Paulsdorfu nazywana bywa Pawłowskimi Pagórkami i podobno lepiej się tam zjeżdża niż po stronie Zaborza. W czasach Salomona Izaaka przylegały do rzeczki szerokie łąki, wspinające się na skarpy, na których wypasano bydło. Wody Scharnaffki były czyste, niemal źródlane, bo i źródło na rzut kamieniem. Legendy często przypisują pasterzom odnajdywanie węgla. Tu w Zaborzu te pierwsze wychodnie (tak nazywane są miejsca, gdzie pokład sięga powierzchni) rzeczywiście zostały najpierw dostrzeżone przez dzieci doglądające wypasu. Pożytku z czarnych kamieni nie było jeszcze wiele, ale frajda już była, gdy wrzucić to do ogniska. Tym tropem podążywszy, dokonał Salomon Izaak niezbędnych, a logicznie się nasuwających odwiertów, i tak już po kilku zaledwie miesiącach zameldował przełożonemu o odkryciu na stosunkowo niewielkiej głębokości pokładu węgla o takiej a takiej grubości, nadającego się do opłacalnej eksploatacji przemysłowej. Ochrzczono pokład mianem „Einsiedel”, co dało początek zaborskiej kopalni. Po tym epokowym odkryciu znikł nasz dobrodziej–odkrywca z historii Zaborza, przeniesiony gdzie indziej, by odkrywać dalej, skoro taki to talent.

Powstanie naszej kopalni datują na rok 1791, co oznacza, że jest jedną z pierwszych kopalń węgla na Górnym Śląsku. Była przy tym kopalnią królewską, dziś powiedzielibyśmy „państwową”, co dobrze rokowało w sprawach kapitałowych. Kapitały nie bardzo musiały być rozpraszane, jako że w okolicy były tylko dwie takie kopalnie (druga to „König” w Königshütte). Już w 1800 roku nakazał Reden drążenie Erbstolle (sztolni odwadniającej), poczynając od wylotu w Starym Zabrzu i planując ciągnąć ją aż do Königshütte, a nawet do Myslowitz, co oznaczało, w pierwszej przynajmniej fazie, porwanie się na podziemny chodnik o długości 13 kilometrów. Nie ukrywajmy, że odcinek od Rudy budowano przez 60 lat, a kiedy go ukończono obie rządowe kopalnie zeszły już poniżej poziomu sztolni. U nas w Zaborzu korzystano z niej przez kilka dziesiątków lat, zarówno gdy chodzi o odwadnianie jak i transport węgla czółnami. Drogę do portu w Gliwicach i potem do portu odrzańskiego w Cosel (Koźle) zapewniał Kanał Kłodnicki, biorący początek w Kanale Sztolniowym. Z budowy odcinka mysłowickiego zrezygnowano.

U początków uprzemysłowienia naszej okolicy leży nie tylko działalność Redena, pruskiego urzędnika, ale także opatrznościowa okoliczność, że po zawstydzającej dla Prus przegranej wojnie z Napoleonem Bonaparte, tenże — pragnąc rozszerzyć swój kodeks cywilny na cały świat — doprowadził do uwłaszczenia chłopów w okupowanych Prusach, a dobrodziejstwo to okazało się trwałym. Uwłaszczeni chłopi mogli dysponować swobodnie sobą, z czego od razu skorzystali, wynajmując się do prac robotniczych w kopalniach i zakładach przynależnych. W 1810 roku zmarła królowa Luiza, co skutkowało u nas między innymi tym, że jej imieniem nazwano naszą kopalnię: Königin–Luise–Grube. Węgiel ekspediowano furmankami do huty w Strzybnicy i do Odlewni Żelaza w Gleiwitz, ale przede wszystkim Odrą do Brieg i Breslau. Na południe od Zaborza (wtedy mianem tym oznaczano przede wszystkim dzisiejsze Zaborze–Wieś) przeprowadzono w 1820 roku utwardzoną „drogę węglową” z Gleiwitz do Königshütte. Kiedy przejechał nią następca tronu Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern, nazwano ją Drogą Następcy Tronu — Kronprinzen Strasse, i tak pozostało do dziś. Tak, to ta sama, po której jeżdżą tramwaje. Ma się rozumieć, że rozwój przemysłu spowodował napływ nowych mieszkańców, do czego w równym stopniu przyczyniło się przeprowadzenie linii kolejowej Breslau — Myslowitz z przystankiem w Zabrzu i bocznicą kolejową do kopalni. Ale i w roku przeprowadzenia kolei liczyło Zaborze nieco ponad ośmiuset stałych mieszkańców.

W 1871 roku (a to też data urodzenia radcy duchowengo Bennka), na terenie ofiarowanym gminie przez pana Guido Henckla von Donnersmarcka, właściciela tutejszych gruntów dworskich, stanęła w Zaborzu–Wsi kaplica poświęcona Maryi. Było to wotum dziękczynne za ustanie epidemii cholery. Nieduża kaplica, ale zawszeć kaplica. Było nas wszakże zaborzan już prawie osiem tysięcy. Gdy w 10 lat później ta liczba podwoiła się, książę–kardynał Robert Herzog zarządził budowę w Zaborzu, przy Drodze Następcy Tronu, dużego pojemnego kościoła parafialnego, słusznie przewidując, że wobec tak niebywałego rozwoju przemysłu liczba parafian w krótkim czasie jeszcze się zwielokrotni. Nowa parafia miała być wydzielona z parafii w Biskupicach i ustanowiona pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Budowy podjął się ksiądz Teofil Schönaich, który był zarazem prawdziwym inicjatorem, przy powszechnym entuzjazmie mieszkańców, przy jedenastu zaledwie głosach przeciwnych. Nie był ten budowniczy osobą obcą czy całkiem nową. Znali go tu wszyscy, jako że był wcześniej ich wikarym, gdy należeli jeszcze do parafii biskupickiej. Już wtedy dostrzegał konieczność tej budowy, w czym zgodny był z miejscowym wójtem. W ciągu dwu lat 1884–1885 kościół został wybudowany. Wiele wskazywało, że będzie to parafia w charakterze górnicza. Stąd o pieniądze zwrócił się ksiądz Schönaich do Urzędu Górniczego. Urząd odmówił, ale żeby mu nie wypominano w przyszłości tego faktu bądź co bądź historycznego, zgodził się na przeprowadzenie kilku zbiórek przy szybach kopalnianych w dniach wypłat. Hojność górników okazała się nadspodziewanie wielka. Drugie tyle dołożył biskup wrocławski, a trzecie tyle państwo pruskie. Można?

Kiedy 15 lat później podobnie wielki kościół stawiano we wsi Dorota (teraz to też Hindenburg), skorzystano tam z tego przykładu zaraz na wstępie, ogłaszając w dwujęzycznej odezwie, że „Gdy w Zaborzu nowy kościół budowano, górnicy w dniu otrzymania płatu chętnie grosze swoje na budowę tegoż kościoła ofiarowali. My zaś tem bardziej spodziewany się, iż górnicy na kościół w Dorocie hojniejsze jeszcze dary ofiarować będą, gdyż zwłaszcza dla ogromnego powiększenia się liczby górników na kopalni królewskiej „Königin Luise” drugi kościół w Zabrzu stał się koniecznie potrzebnym.”

Parafię naszą erygował już następca biskupa Herzoga, książę–biskup Georg von Kopp w 1888 roku i on też w roku kolejnym dokonał poświęcenia. Zwłaszcza ta konsekracja to było wielkie górnicze święto, triumf tego zawodu nad innymi i znak przeznaczenia Zaborza. W dwudziestoosobowym komitecie parafialnym znalazło się aż pięciu sztygarów i trzech maszynistów kopalnianych. Z osób nam znanych także doktor Nathan, który został wkrótce budowniczym i pierwszym dyrektorem Szpitala św. Józefa. Trzecia z kolei brama powitalna na drodze orszaku arcybiskupiego od dworca kolejowego w Zabrzu do nowo postawionej świątyni wykonana została w całości z węgla!

To właśnie miałem na myśli. Wszyscyśmy tu z węgla.

Oparta o mur oddzielający teren plebanijny od dziedzińca kościelnego stoi dziś grota lourdzka, zbudowana przez naszego architekta, pana Śliwkę, który mieszka w mieście przy Glückaufstrasse 10. Ta grota to właściwie niewysoki ceglany budyneczek, w którego centralnej części zaaranżowana jest ta grota, gdzie zobaczysz figury Maryi i klęczącej Bernadetki Soubirous, oddzielone jest od dziedzińca żelazną kratą, do której klucz mają panie, które zmieniają tu kwiatki. To też wykonane za życia i posługi proboszczowskiej księdza Schönaicha. W szerokiej framudze tej kraty, a może trzeba powiedzieć raczej w murowanych odrzwiach, po stronie lewej, pochował ksiądz Schönaich w roku 1900 swego dawnego przyjaciela, jeszcze z czasów seminaryjnych, księdza jezuitę Karla Schaffa, który pracował jako misjonarz w Indiach. Ta przyjaźń, w ciągu życia obu raczej korespondencyjna, spowodowała, że tak pięknie rozwinęły się u nas dzieła misyjne, mimo że jako państwo utraciliśmy już własne (kolonialne) tereny do ewangelizacji. Kościół nie patrzy wszakże na narodowość, gdy posyła apostołów na żniwo. Trumna misjonarza wmurowana została w mur groty! Oświadczył od razu proboszcz, że brak symetrii jest tylko chwilowy. Gdy bowiem i on umrze, należy go pochować po drugiej stronie, czyli po stronie prawej, w podobny sposób i żeby tablica była taka sama. Żył zresztą jeszcze długo i szczęśliwie. Pochował go ksiądz Bennek w 1921 roku, zastosowawszy się ściśle do życzenia.

Gdy przechodzisz tamtędy i zatrzymasz się — rozumiem, że z pobożności maryjnej — przed grotą, po jej prawej stronie, nieco powyżej oczu wysokiego dorosłego człowieka dojrzysz marmurową tablicę, która jest nagrobkiem tego naszego budowniczego i proboszcza. Stoi tam, wykute w kamieniu, imię, nazwisko, daty i kto zacz. Zaraz w sąsiedztwie znajduje się pierwszy rząd grobów naszego cmentarza. Oczywiście nie wszyscy są zadowoleni z takiego usytuowania grobu naszego „zasadźcy”. Lata mijają, coraz to nowe pokolenia odwiedzają coraz to nowe groby, z szacunkiem zerkają na groby stare, odnajdując tam protoplastów rodzin swych rówieśników. Nagrobek w grocie lourdzkiej bywa przeoczony, co nikogo nie dziwi. Nie przypomina grobu, raczej tablicę pamiątkową „Pro memoria”.

Czy był ksiądz Teofil osobą znaną w środowisku księżowskim? Jeśli i wy ulegliście kiedyś pasji czytania po polsku, czy to czasopism z Beuthen albo Ratibor, czy książek z Nikolai (Mikołów), nie mogliście przeoczyć także tego wielkiego poematu, w którym ksiądz Bończyk (albo Bonczyk, albo Bontzek, albo Boinczyk, a nawet Bączek — tak to cię mogą zniekształcić w tę lub w tę stronę, gdy pójdziesz do urzędu) opisał Annaberg — „Góra Chełmska”. Znajdziesz tam nazwisko księdza Schönaicha, pomiędzy prominentnymi księżmi, którzy przybywszy z pielgrzymką stali się działającymi postaciami literackimi. Tak, to ten sam Schönaich, nasz dawny proboszcz! Nikt nie ma wątpliwości, że jeśli pochówek w murze jest wyrazem wyjątkowej estymy, to otrzymał Schönaich, na co zasłużył!

Osoby skłonne do szukania dziury w całym widzą jednak w takim sposobie pochówku efekt odwrotny od zamierzonego.

— Chcieli onego uhonorować, a jak jest Wszystkich Świéntych, to wszystkie mają świeczki, ino tyn łon mo tela co pies napłakoł. To mo być grób?

— To niech przynajmniej pani zapali tam świeczkę — odpowie na to ksiądz radca Bennek — to nie będzie powodu do narzekań. Gdyby księdzu Teofilowi było tam źle, to by straszył, aż byśmy go musieli przenieść. — I dorzuciłby Bennek na koniec: — Najwięcej krytykują ci, co nic nie robią.­­

Wielu u nas podziela zdanie tej kobiety. Bo te kilka świeczek, które pod tą tablicą się wtedy palą, to wszystko dzieło naszych księży i pracowników plebanijnych. Czasem przechodzisz obok jakiejś ubogiej mogiły, a tam napisane: „Prosi o jedno Zdrowaś Mario”. Przystajesz więc i czynisz, o co cię ta dusza prosi. Jeśli od tego zależy jej przejście z czyśćca do Nieba, jakże ci będzie wdzięczna! Będziesz miał orędownika w Niebie! A przy grobie księdza Schönaicha kto się kiedy pomodlił? Może kościelny Suchanek i organista Larisch, może pan Klaka, zanim zamknięto go w Buchenwaldzie, może siostra proboszcza Bennka, może pani Birnbach… A który z młodych? Może tylko dziewczyny od Morciszka, może ministrant jeden z drugim. Jeśli trafił Schönaich po śmierci do czyśćca, jakże musi czuć się samotny. Tak sobie myślę, zapalając mu świeczkę, dokładając się do tych księżowskich i plebanijnych, i już z własnej nieprzymuszonej woli odmawiając tam Zdrowaś Mario i Wieczny Odpoczynek.

Choć, jak wspomniałem, ksiądz radca duchowny Bennek nie lubi, gdy dla efektów — jak mówi — „wyłącznie literackich” przycina się natchnione słowa Pisma, nie zmieni to faktu, że ilekroć raz do roku usłyszę w czytaniu mszalnym już te pierwsze słowa Prologu do Dziejów Apostolskich: „Pierwszą księgę napisałem, Teofilu…” (Dz 1, 1a), przychodzi mi zaraz na myśl nasz dawny proboszcz — Teofil, i ta książka, której jeszcze nie napisałem, ale oto tu właśnie piszę.

IV. Akcja „Madonna”

Jest to zadanie o wysokim stopniu trudności. Nie byłoby takim, gdyby mieli się tym zająć towarzysze z wyższych poziomów Sicherheitsdienst lub choćby z miejscowego Gestapo, każdego dnia igrający z ogniem, jawnie lub z użyciem fortelu czy maskarady. Tym razem będzie to zadanie partyjne dla Grupy Miejscowej „Herder”, działającej w Zaborzu. Przed reorganizacją mieliśmy tu tylko jedną grupę miejscową, zwaną „Grenze–Ost”, ale potrzeby chwili wymogły zmianę i teraz mamy trzy, w tym jedną dla Poremby. Zadanie ma być kolejnym sukcesem miejscowej komórki Bund Deutscher Osten (BDO, Związek Niemieckiego Wschodu), z którą NSDAP połączona jest na poziomie powiatowym i miejskim unią personalną. W teren wyruszą towarzysze różnych zawodów, aby pod uzasadnionymi powodami przekroczyć progi domów i rozeznać się w sytuacji, będącej przedmiotem akcji „Madonna”. Kierownik miejscowy powiedział, że po udanej akcji zniemczania nazw ulic i przeglądzie nazwisk, będzie niniejsze pójściem za ciosem.

Przebąkiwano o „takim czymś” już wcześniej, planując to na wiosnę 1941 roku i proszę! — przyszła wiosna, a tu nie zapomniano! Myśleli wyznaczeni towarzysze, że nagła wojna z Jugosławią pokrzyżuje plany, ale nie.

— Już wy tam się o to nie martwcie. Poradzą sobie bez was. Znacie swoje obowiązki.

Już sam fakt, że działaniom wyznaczonych towarzyszy przydany został kryptonim (Akcja „Madonna”), świadczy o znaczeniu, jakie nadaje się temu na wysokich szczeblach władzy. To właśnie kierownik Grupy „Herder” zapowiedział, że jest to zadanie o wysokim stopniu trudności i że wybrani doń zostali sprawdzeni towarzysze. W drugim rzucie do działania przystąpią terenowe siły partyjne w osobach blockleitera i jego pomocnika technicznego.

Towarzysz Rudolf Rölle był mistrzem kominiarskim. Wyleczywszy się sam z wszelkiego zabobonu, potrafił wszakże odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, z jakim na jego widok ten i ów chwytał się za guzik dla przywołania szczęścia. W partii był od dawna (numer legitymacji nie na tyle wszakże niski, by mogło to komuś imponować), lecz w rozmowie z nim nie dowiedziałbyś się o narodowym socjalizmie nic ponad znane i oklepane frazesy. Któżby tam zresztą spodziewał się po kominiarzu intelektualnych uzasadnień idei? Do partii wstąpił niejako w biegu, działając w jednym z licznych za republiki weimarskiej związków „ojczyźnianych”. Kiedy ich rozproszone programy okazały się w stu procentach spójne z ideą wstępującej na arenę zmagań demokratycznych młodej, rzutkiej partii NSDAP, z dumą rzucił się w otwarte szeroko ramiona tejże, a jednoczesne przyjęcie członkostwa w BDO, który powstał ze zjednoczenia mniejszych organizacji, przydało jego partyjnej pryncypialności dodatkowego, lokalnego kolorytu. Po 1933 roku owa szarpanina ze zdegenerowaną demokracją nabrała uporządkowanego, prawdziwie niemieckiego charakteru. Po stosunkowo łatwym rozprawieniu się z komunistami, socjaldemokratami i politycznym katolicyzmem można już było przygotować się na ów dzień, kiedy wygaśnie wymuszona konwencja o ochronie mniejszości narodowych. Jakże pięknie paliła się synagoga w Hindenburgu! Czuł się mistrz kominiarski Rölle cząstką tej wielkiej wzburzonej społeczności, która w Noc Kryształową wymierzyła Żydom pierwszy cios sprawiedliwości. Poza tym jego rozum zbudowany był ze zdań usłyszanych, a przecież wiernie odzwierciedlających jego najgłębsze wewnętrzne przekonania, których nie potrafił wcześniej sam nazwać trafnym słowem: traktat wersalski ukrzywdził Niemcy, Gdańsk jest miastem niemieckim, mniejszość niemiecka w Polsce jest prześladowana, należy się Niemcom przestrzeń życiowa na Wschodzie, Żydzi precz, naród niemiecki pod każdym względem przewyższa prymitywnych a bezczelnych sąsiadów, konieczne jest eksterytorialne połączenie autostradowe z Prusami Wschodnimi, et caetera, et caetera. Pogodził się z faktem, że w powiecie Hindenburg aktyw BDO to prawie w całości nauczyciele. No ale skoro przewodniczącym związku jest towarzysz Gottschalk, rektor szkoły nr 13, to nie ma się co dziwić, że otoczył się swoimi, ufając im widać bardziej niż innym. Nie dawano tam wszakże odczuć towarzyszowi Röllemu nauczycielskiej wyższości. Przenikanie się kadr BDO i NSDAP, która jest przecież Narodowo–Socjalistyczną Niemiecką Partią Robotników, umieszczało miernego, lecz wiernego kominiarza w „nurcie robotniczym” obu organizacji.

Dobrze było przebywać z ludźmi mówiącymi tym samym językiem, a bynajmniej nie chodzi tu o język niemiecki, lecz o „język tej samej idei”, wyrażający wspólną łączącą, a nie dzielącą myśl. A jeśli nawet coś tam było nowe, z czym towarzysz Rölle jeszcze nie zetknął się wcześniej, przez co nie mógł przesiąknąć jeszcze retoryką nowości, to przecież jak ziarnko do ziarnka, jak dzień do dnia, tak i nowość do nowości dokładała swego bogactwa do wewnętrznej struktury duchowej kominiarza. Gdy dowiedział się przy jakiejś okazji, że „ten piękny pejzaż przemysłowy” namalowała „nasza narodowosocjalistyczna malarka”, zapamiętał jej owo nieco egzotyczne imię i nazwisko: Ria Picco–Rückert (– Czy aby nie Żydówka? — Ależ towarzyszu, wolne żarty!). Było czymś potem pokrzepiającym przeczytać w „Stürmerze” lub w „Das Schwarze Korps”, że wystawa jej obrazów uświetniła kolejny Parteitag w Nürnberg. Człowiek uczy się przez całe życie!

Szybko zrozumiał Rölle, że w życiu istnieją czasem racje wyższe niż te, które rozum i sumienie wskazują jako słuszne. Po raz pierwszy zetknął się z tym w 1933 roku, kiedy doszło w Hindenburgu do poważnego konfliktu pomiędzy władzą wykonawczą, sprawowaną już wtedy przez nadburmistrza Maxa Filluscha, a władzą polityczną, którą reprezentował kreisleiter NSDAP towarzysz Walter Podolski. Wszyscy w miejscowych organizacjach partyjnych wiedzieli, że Fillusch pije ponad akceptowaną miarę, a po przekroczeniu tejże rozrabia. Że lubi pić w miejscach publicznych, ogólnie dostępnych, szczególnie w wykwintnych restauracjach, niszcząc ich wystrój i tłukąc naczynia, obrażając obsługę, przez co naraża na szwank autorytet władzy i partii. Gdy podczas popijawy, w której w naiwności swojej wziął udział bardziej wstrzemięźliwy towarzysz Podolski, pijany Fillusch wyrżnął go ciężkim kuflem w skroń, raniąc go okrutnie, przez co przez kilka tygodni chodził kreisleiter w bandażu na głowie — wtedy zareagowała Partia. Wina Filluscha była oczywista. W komórkach partyjnych różnego szczebla trwały narady, próbowano uzgodnić stanowiska. Teoretycznie pozycja kierownika powiatowego NSDAP wyższa jest niż nadburmistrza, który jest nim z nadania partyjnego. Spodziewano się raczej wymuszonej rezygnacji nadburmistrza niż innych rozwiązań. Tymczasem towarzysz z Gauleitung zwierzył się w zaufaniu towarzyszom z kierownictwa powiatowego, a ci przekazali to niżej, że dokonane analizy wykazały, iż przy takim rozwiązaniu ucierpi poważnie wizerunek Partii i że „dla dobra ruchu narodowosocjalistycznego” lepiej będzie wyciszyć tę sprawę. Również nagłość odejścia Filluscha byłaby wodą na młyn żywiołów wrogich. Zostali poinformowani, że również towarzysz Podolski podziela tę opinię, która została wyrażona na szczeblu berlińskim, i równocześnie zgadza się na wersję oficjalną — dla ludu — że został ranny w starciu z komunistami.Towarzysz Rölle zrozumiał wówczas, że istnieją racje wyższe niż osobisty pogląd opierający się na niewystarczających przesłankach. Imponowało mu, że wysoki rangą towarzysz, wybrany na stanowisko jako najlepszy z najlepszych, Walter Podolski, szczery Niemiec — mimo takiego nazwiska — czyni niejako ofiarę z samego siebie, godząc się przemilczeć osobistą krzywdę, gdy w grę wchodzi interes Partii. A przecież i ten nowy porządek w głowie Röllego uległ zakłóceniu, gdy w kilka zaledwie miesięcy później został Podolski zdjęty ze stanowiska kierownika powiatowego NSDAP i zastąpiony przez nadburmistrza Filluscha, który poza tym zachował w mieście swą dotychczasową funkcję wykonawczą. Jakże to? Czyż godzi się? — zastanawiali się towarzysze z grupy miejscowej w Zaborzu. A jednak. Aż do roku 1936 pozostał Fillusch w Hindenburgu jedynowładcą, dzierżąc władzę kreisleitera i nadburmistrza. Gdy wreszcie musiał się nią podzielić, jego pozycja pozostawała nadal tak silna, że nikt nie był zdolny odebrać mu władzy wykonawczej.

Niedługo po konflikcie Podolski — Fillusch musieli towarzysze z BDO przełknąć gorzką pigułkę, gdy podobne wyższe racje mocno nadwerężyły pozycję tej organizacji w państwie. Oto w roku 1934 podpisana została pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Rzecząpospolitą Polską umowa o niestosowaniu przemocy w stosunkach wzajemnych. Zanim gazety stały się życzliwsze nowemu politycznemu partnerowi, zanim minister Göring wyruszył na polowanie do Puszczy Białowieskiej, a minister von Ribbentropp złożył w Warszawie roboczo–kurtuazyjną wizytę, to zostali towarzysze z BDO poinformowani, że wobec nowej sytuacji ich zwykła patriotyczna i antypolska działalność musi zejść z areny publicznej. Nie czas teraz i miejsce na głośną antypolską propagandę i takąż retorykę. Trzeba się dostosować do linii Partii — i ufać. Być może uda się w ten sposób pozyskać sojusznika, tak teraz potrzebnego wobec rozpasanych europejskich demokracji. „– Oczywiście nikt wam nie zakaże uświadamiania ideowego we własnych środowiskach. Niech to jednak nie wychodzi ponad poziom powiatu. Byłoby też wskazane, by akcent został teraz położony raczej na waszą tęsknotę za pięknem utraconej części Śląska, za jej bogatym folklorem. Wyrażajcie pragnienie coraz to skuteczniejszego wspierania legalnie działającej w Polsce naszej mniejszości w jej aktywności kulturalnej i oświatowej. Rozumiecie — działania pozytywne. Prosimy was — jako Partia — pokażcie takie nowe oblicze — dla dobra nas wszystkich”. Dzięki Bogu, że trwało to tylko dwa, czy trzy lata, i że wkrótce po śmierci Piłsudskiego Polacy zaprzepaścili swą dziejową szansę na dołączenie do narodów budujących mur przeciw bolszewizmowi. Zbiegło się to też szczęśliwie z wygaśnięciem konwencji zabezpieczającej dotychczas prawa mniejszości. Nastał po tym dobry czas dla działań Związku.

Żywioł walki zagarnął towarzysza Röllego powtórnie. Rodzina nie poznawała go. Znów wydawał się żonie tym jasnowłosym chłopcem, który narażał swe zdrowie w pierwszych potyczkach z komunistami, z weimarską policją. Ruszyli szeregowi członkowie BDO i grup miejscowych NSDAP, a były to przeważnie te same osoby, akcentujące jednak bardziej jedno lub drugie członkostwo, do walki z mniejszościowym zuchwalstwem i znienawidzonym językiem. Sukcesy były spektakularne. Tam, gdzie Kościół katolicki brał stronę mniejszości, przypominano Kościołowi o zasadzie lojalności i konsekwencjach wstawiania się za elementem wrogim. Spuścił Kościół z tonu, gdy zakazano prowadzenia lekcji religii w szkołach przez księży i prowadzenia nabożeństw w języku polskim. Działacze BDO w Zaborzu, a nie inaczej ci z Hindenburga i Gleiwitz, w ostatnim okresie sfotografowali chyba już wszystkich uczestników zakazanych mniejszościowych nabożeństw i wkleili fotografie do odpowiednich pozycji w kartotekach, gdzie od jakiegoś czasu figurowały już nazwiska i dane podstawowe. Tego lata wyjdzie zarządzenie, że koniec w szkole z klepaniem modlitw przed nauką! Któryś z członków Związku, oczywiście nauczyciel, pozdejmuje krzyże, gdzie jeszcze były. Uczestniczył Rölle wraz z rodziną w wycieczkach krajoznawczych wzdłuż granicy, organizowanych przez Związek w ramach działalności kulturalno–oświatowej. Przewodnik objaśniał co, gdzie i kiedy, aż ciepło robiło się na sercu; tak samo, gdy składali wiązanki kwiatów w miejscach upamiętniających przelaną niemiecką krew w walkach o Śląsk. Jakże dumni byli, gdy autobus zatrzymywał się w Zaborzu przed pomnikiem bohaterów. Na pobliskim probostwie św. Franciszka poruszały się firanki: klechy podglądały zdradziecko.

Związek Niemieckiego Wschodu nie miał daleko idących mocy wykonawczych. Cieszył się jednak nieograniczonym zaufaniem jako inspirator poczynań władz. To z BDO wychodziły pomysły, potem realizowane z dobrym skutkiem. Wydaje się, że szczytowym osiągnięciem inspiracyjnym Związku był pomysł zamiany panoszących się gdzieniegdzie nazw słowiańskich, co dotyczyło głównie niefortunnych nazw ulic, na nazwy rdzennie niemieckie, oraz usuwania drażniących oko szyldów polskich i skuwania zbędnych już przecież polskich napisów na nagrobkach. Nazwano tę akcję „chrztem nazistowskim”, bo faktycznie — na nowo chrzczono ulice, place, co tylko było trzeba. Oczywiście nie leżało w kompetencji Związku dokonać tego własnymi siłami. Zajęły się tym władze wykonawcze w Hindenburgu, podejmując stosowne uchwały o zmianie nazw, zlecając wykonanie nowych tabliczek emaliowanych i przysyłając pracowników technicznych do ich przytwierdzenia do muru na rogach ulic. A że przy okazji popełniono nieco błędów — głupstwo! Gdy zmieniono nazwę Brojastrasse na Kunzendorfer Strasse, mieszkańcy ulicy wyrazili dezaprobatę, nie rozumiejąc intencji nadrzędnej (kominiarz Rölle już ją wtedy rozumiał). Dlaczego nikt tego z nimi nie skonsultował? Przecież Richard Broja to dawny dyrektor kopalni, zmarły jeszcze przed I wojną, jaki z niego był Polak? Może i tak, ale towarzysze z BDO, którzy do Zaborza przybyli przeważnie po plebiscycie, a ich szef, towarzysz Gottschalk, nawet dopiero w latach trzydziestych, chcieli usunąć to nazwisko (niewątpliwie polsko brzmiące!), by uniknąć niedobrych skojarzeń z Alfredem Broją, urzędnikiem magistrackim, zaufanym proboszcza Janika z Poremby. Tenże Broja, członek rezerwy SA, od lat uchylał się od służby, przez co został wykluczony przez SA z szeregu członków. Otrzymawszy pismo z wykluczeniem, Broja odesłał je z powrotem, a goniec został poinformowany, że ma po powrocie przekazać, iż „Alfred Broja nie ma zaszczytu bycia członkiem SA, dlatego list ten został pomyłkowo zaadresowany do niego i nieotwarty zostaje przez niego odesłany z powrotem”. To pewnie Janik nauczył go tak łgać w żywe oczy.

Zaraz po tamtej akcji poddany został towarzyszom z NSDAP pomysł, by polskie nazwiska zmienić na niemieckie. Zacząć by należało wszakże od członków Partii. Oczywiście nosiciele polskich nazwisk powinniby to uczynić dobrowolnie, bez nacisków administracyjnych, z miłości do Ojczyzny, a także dla efektu estetycznego. Trzeba ich tylko uczulić na istnienie racji wyższych niż egoistyczne. Takie nazwisko tylko wskazuje, że gdzieś tam w głębinach wieków, no bez przesady, ale w każdym razie epoce oddalonej od naszej, ktoś z rodziny mógł być Polakiem. Jaki tu powód do dumy, a tym bardziej po co się jeszcze z tym afiszować! Miałby się teraz Podolski z pyszna, gdyby pozostawał nadal kreisleiterem. Chociaż… Może by sabotował ten pomysł, mówiąc, że „jeszcze za wcześnie”, „no już nie przesadzajcie, towarzysze, pewnie i za mnie się weźmiecie”. A pewnie, żebyśmy się wzięli — potwierdził w duchu towarzysz Rölle i uśmiechnął się do swojej pryncypialności.

Zadanie o wysokim stopniu trudności mogłoby okazać się znacznie trudniejsze, gdyby pozbawione było zaplecza, a ściślej, gdyby nie był grunt pod nie przygotowany. Jeśli o materię zadania chodzi, to owszem, miało ono stanowić realizację pomysłu całkiem nowego, co tam pomysłu! — wirtuozerii pomysłodawczej BDO, innowacyjności twórczej. Nowy pomysł zakwalifikowano jednak jako oczywistą konsekwencję i dalszy ciąg realizowanej wciąż (bo nie odtrąbiono tu jeszcze zwycięstwa) akcji zniemczania dawnego pasa pogranicznego, obecnie wcielonego do nowo utworzonej Rejencji Górnośląskiej. Czyny poprzedzone zostały puszczeniem w ruch machiny propagandowej, wyjaśniającej przyczyny planowanych działań, cele i bezwzględną konieczność. Zaczęło się to w 1937 roku, gdy opozycja polityczna już nie istniała, i nabrało dalszego sensu po wygaśnięciu konwencji mniejszościowej. Niemcy dotrzymały wymagań tej konwencji; nikt też na zgniłym Zachodzie nie zarzuci III Rzeszy, że nie wywiązuje się z traktatów. To raczej III Rzesza ma prawo pytać — wyjaśniano szerokiej publiczności — dlaczego Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę w 1939 roku, skoro ich traktaty z Polską wymagałyby tego jedynie w przypadku, gdyby to Polska została zaatakowana. A przecież to Polska była agresorem. Aż nadto dobrze pamiętał towarzysz kominiarz Rölle ową dramatyczną noc, kiedy armia polska rzuciła się z furią na radiostację w Gleiwitz, na leśniczówkę w Pitschen (Byczyna) i na Stodoll–Hochlinden. Nie docenili Polacy siły i zwartości Niemców, gotowych bronić swej ziemi do krwi ostatniej.

Na zebraniu towarzysz Hellwich wyjaśnił, że mocarstwa zachodnie nie mają już nie tylko moralnego prawa do jakiejś akcji przeciw Niemcom, lecz teraz wręcz zakazuje im tego prawo międzynarodowe. Natomiast Niemcy skorzystać mogą ze świętego prawa do obrony własnej i do odwetu na agresorze. Wojna przydała akcji zniemczania nowych argumentów moralnych, zyskując też na dynamice. Dotychczasowi krytykanci zamilkli, zlękli się słusznego gniewu. Nazwy polskie drażniły ucho i oko; także polska symbolika kościelna i religijna, która — zdało się — do ostatka korzystała z jakiejś nieuzasadnionej nietykalności, została usunięta z widoku. Jednak towarzysze z BDO dowodzili, że pozostawienie tych artefaktów w ukryciu nie gwarantuje, iż pewnego dnia nie zostaną stamtąd wyciągnięte we wrogim „nam wszystkim” celu. Co racja, to racja. Postulowano, by dokonywać komisyjnego niszczenia tych rzeczy, po uprzednim ich wykryciu.

— Bez zmrużenia powiek niszczymy komisyjnie przedmioty naprawdę użyteczne, ledwie trochę przyniszczone, a mielibyśmy ronić łzy nad polskimi, wrogimi nam symbolami? W Generalnym Gubernatorstwie leje się niemiecka krew, bandyci hulają bezkarnie, a my mamy tolerować u siebie ich świętości?

Nie udało się to z przedmiotami kultu składowanymi w pomieszczeniach kościelnych. Osiągnięto tyle, że polskie sztandary bractw i kongregacji nie opuszczały już miejsca zmagazynowania w zakrystii św. Franciszka w Zaborzu. Obraz ołtarzowy — kopia obrazu Matki Boskiej z Czenstochau, który stał od lat niepamiętnych w prawym transepcie, przy ołtarzu bocznym Serca Jezusowego, zniknął stamtąd już w 1937 roku, co wszakże wymagało mocnej argumentacji władz i uśmierzenia przez zdenerwowanego i upokorzonego proboszcza rozpaczliwych protestów polskich dewotek. Ten obraz pewnie uniknie zniszczenia, bowiem rozkaz nie rozciągał się wciąż na teren kościelny.

Ilekroć przechodził Rölle ciągnącą się wzdłuż całego Zaborza–Wsi Dorfstrasse¸ zaglądał w głąb wybiegających z niej ku północy spokojnych na pozór uliczek: Paul–Keller Strasse, Schmiedebrücke, Querschlag, Rollnikstrasse, Wiesen Strasse, Dondergasse. Popadał wówczas w zadumę. Szósty zmysł, wykształcony w walce z podstępnym wrogiem, mówił mu, że tam, w tych domach z czerwonej cegły przybrudzonej dymami, w na pozór miejskiej zabudowie, gdzie jednak od podwórza słychać było wrzaskliwy inwentarz zwierzęcy — że właśnie tam kryje się rozwiązanie dla tych i innych trudności, z jakimi boryka się Naród. Któż jednak wkroczy głębiej w ową mroczną tajemnicę tych domów. Jakiż powód zdoła naruszyć to, co niektórzy uparci w swym egoizmie wciąż nazywają „mirem domowym”. A bez spenetrowania tych wnętrz, nie odnajdzie się tej polskiej Madonny. Wszystko przez tamte pielgrzymki, które miejscowy kler organizował do ostatniej chwili przed zamknięciem granicy. Gdyby cieszyły się mniejszym wzięciem, nie byłoby dziś problemu. Ale na polską stronę do Czenstochau wyruszało z Zaborza po 400 osób! A każdy chce mieć pamiątkę. Różańce i medaliki pewnie uszłyby w tłoku, teraz też ich nie będzie szukał. Ale obrazki z polską Madonną, nieważne czy duże czy małe, czy za szkłem czy tylko oparte o flakon, to już stanowczo za wiele. Przywlekli stamtąd tej tandety, tej makulatury tyle, że wagonów kopalnianych by nie nastarczyło, żeby to wywieźć do papierni. Rozpanoszyły się te wizerunki po niemieckich domach, spoglądają z każdego kąta, a te oczy — łypią łapczywie, żeby tylko podpatrzeć, a te uszy — żeby podsłuchać, a te ręce — żeby kij w szprychy włożyć, zepsuć, zaszkodzić! Zdenerwował się towarzysz kominiarz…

Kierownik Grupy Miejscowej „Herder”, do której należał Rölle, uprzedził ich, że zapewne większość mieszkańców odda wrogie symbole bez szemrania i z niejakim zawstydzeniem — już przecież dawno należało to zdać, bez przypominania. Jest jeszcze w Narodzie szacunek do porządku prawnego i przedstawicieli władz. Gorzej może być, gdy dom okaże się gniazdem zakamuflowanej opcji propolskiej. Wiecie, czego można się po tym słowiańskim plemieniu spodziewać. Wrzaskliwe to, lamentujące, łzy będą ci lać, z rąk wam to będą wydzierać, do nóg się rzucą, za kolana obłapią — a płaczu tam tyle, że cała nasza partyjna grupa kobieca tyle łez w rok nie uroni. Nie należy ulegać urokowi tych krokodylich łez. I nie bać się, gdy która rzuci klątwę na was i na wasze dzieci. Zresztą kierownicy polityczni w randze blockleitera wraz z pomocnikami fizycznymi, gdybyście wy sami już na wstępie natrafili na opór, wiedzą co mają czynić.

Z ramienia dowództwa Grupy Miejscowej za akcję „Madonna” odpowiedzialny jest towarzysz Hellwich. Nie zapomnijcie kryptonimu: Akcja „Madonna”. To nie jest ozdobny tytuł, lecz rzecz użyteczna, gdyby ktoś wezwał policję, bo i tak bywało. Wtedy wystarczy wypowiedzieć te słowa — Akcja „Madonna” — żeby policjanci zmyli się jak niepyszni, albo żeby wam pomogli, gdybyście okazali się nieudolni, do czego — jestem pewien — nie dojdzie. Narzędziem głównym i postulowanym jest perswazja słowna. Mimo sytuacji wojennej, okazuje się na naszym terenie wystarczająca.

— A wy, towarzyszu Rölle, będziecie tym taranem, który otworzy blockleiterowi wszystkie drzwi — powiedział towarzysz Hellwich. — No co tak patrzycie? Oczywiście że nie siłą, nie łomem, nie kopniakiem! Niby dlaczego was wybraliśmy? Jesteście przecież uprawnieni do okresowej kontroli przewodów kominowych.

Na kilka dni przed akcją rozwiesili blockleiterzy w obrębie swej odpowiedzialności powielone na maszynie komunikaty, że w dniu tym a tym należy udostępnić pomieszczenia mieszkalne, w których znajdują się piece węglowe, wywietrzniki i przewody kominowe. Miał każdy blockleiter pod sobą kilkadziesiąt domów. Jeśli nawet ktoś nie doczyta, to w sąsiedzkiej atmosferze Zaborza–Wsi jeden drugiemu powie, choćby w rozmowie ponad płotem, jak tu mają w zwyczaju.

Był więc kominiarz oczekiwany. Drzwi otwierały się po dobrej woli, gospodynie uśmiechały się, wpuszczały od razu, gdy tylko padło magiczne zaklęcie „Kontrola”, a choćby i nie padło, to czarny cylinder Röllego robił swoje i nie zaniedbywano chwytać się za guzik. Cała trzyosobowa ekipa bez trudności wchodziła do mieszkania. Sprawdzał Rölle piece i wywietrzniki, tu zauważył pęknięcie, tam nieszczelność, gdzie indziej jeszcze coś innego (szkody górnicze wykonały swoją część akcji) — bez bujdy, rzetelnie i w zgodzie ze stanem faktycznym i prawym sumieniem. Trochę dziwiły się gospodynie, że kominiarzy nie jest tym razem dwóch (bo pozostali członkowie komisji to przecież nie kominiarze, jeden to blockleiter, drugi to przydupas, wszyscy ich tu znają), że jeden z nich nie wspina się na dach i nie wykrzykuje w dół do komina — aż w piecu słychać — tym charakterystycznym górnośląskim robociarskim basem, że to źle i tamto niedobrze, albo że to czy tamto (dziwne, ale kobiety nigdy nie chwytały sensu tych basów, zadowalając się samym pozytywnym odczuciem, że „to chłop jak się patrzy, nie żaden paniczyk”). Jeśli dziś było trochę inaczej, to widocznie jest powód, kto by się tam nad tym zastanawiał — jakieś tajemnice rzemiosła. Mężczyźni, którzy by wiedzieli o co chodzi, byli teraz albo w pracy, albo na froncie w Jugosławii lub w służbie okupacyjnej poza krajem. Czasem trafił się jakiś opa, tyleż wart co kobiety. Ponieważ wszyscy znali swego blockleitera, odpadł element zaskoczenia, którego i oni sami się obawiali. Kobiety w rozpaczy bywają nieobliczalne, a stary chłop (jak i młody), a już zwłaszcza Polak, mógłby nawet sięgnąć po siekierę. Gdy więc przychodziła kolej na blockleitera, by wyrazić zdziwienie i przykrość, że w tym tu oto niemieckim domu wciąż przechowuje się obrazek Królowej Polski, nie bardzo byli gospodarze zaskoczeni. Polityka zniemczania trwała już od jakiegoś czasu i zdążono się osłuchać z tą retoryką. Nasze wojska wykrwawiają się w boju, w walkach z leśnymi bandami, a tu skrycie oddaje się cześć tej… — tu zawahał się blockleiter jakiego użyć słowa, żeby nie przesadzić w obeldze, i wycofawszy się nieco wstecz zdania, dopowiedział: — … a tu wystawia się na widok publiczny wrogą symbolikę.

— Od kiedy to w moim domu jest jakiś widok publiczny? — ot, taka co najwyżej szermierka słowna. Gdyby miała jakieś znaczenie, dałoby się łatwo zwyciężyć tępego partyjniaka. Ale wobec siły urzędowej i karcącej miny blockleitera, miało to teraz tylko efekt takiego kobiecego przekomarzania się.

— Macie przecież te Madonny z Altötting, Kevelear albo z Maria Eck, a choćby te sojusznicze — włoskie czy hiszpańskie. Po co czcić tę polską? Czyście już zapomnieli, ile nam wyrządzili krzywd?

Gdy techniczny zdejmował obrazek ze ściany, było trochę protestów. Nie przeciw istocie akcji, ale przeciw samowoli wobec cudzej własności.

— Gdzie się pchasz z łapami? Ja sama.

Nie byli też przygotowani na dysputę teologiczną czy okołoteologiczną, więc nie brnęli głębiej w temat, gdy któraś z „trzeciego zakonu” (– Dlaczego więc nie w habicie? — skarcił ją blockleiter), obeznana bardziej z procedurami kościelnymi stanowczo zabroniła im rekwizycji, powołując się na owe procedury.

— Przedmioty kultu, które nie spełniają już swojej funkcji i nie będą jej spełniały w przyszłości, albo uległy zniszczeniu, albo nie nadają się do zreperowania, mogą być ewentualnie spalone. Ale to się robi na dziedzińcu parafii, w ognisku, z polecenia księdza proboszcza! NSDAP nic do tego nie ma!

— My do symboli zniszczonych albo nienadających się do zreperowania nic nie mamy. Róbcie tam sobie z tym jak wam proboszcz każe, nam chodzi wyłącznie o wrogie symbole.

Ale i ona została pokonana przez zwykłe argumenty, wszędzie te same, o „przelewanej krwi niemieckich żołnierzy”, o defetyzmie (musieli podać zrozumiałą definicję), rozsiewanym przez nieodpowiedzialne jednostki, et caetera, et caetera. Tyle uzyskała, że dla spokoju sumienia pozwolono jej odsunąć pogrzebaczem fajerki i rzucić tam święty obrazek (po wyjęciu z oszklonych ramek, których można było jeszcze użyć) — na spalenie, aby choć trochę było to „po Bożemu”.

— Powiem o wszystkim farorzowi. A jeśli się okaże, że… — gderała i po swojemu groziła. Nie była pewna czy dobrze zrobiła. Dobrze na pewno nie, ale czy bardzo źle? Może jest Judaszem?

— … Będziecie mi musieli odkupić taki sam!

Nie zdołał Rölle ukryć swej prawdziwej roli. Z początku nie wtrącał się do spraw pozakominiarskich, ale wkrótce gniew wziął górę. Gadają i gadają, jakby działa im się jakaś krzywda. Dadzą jeden obrazek na odczepne, a pozostałe to niby co? Jakoś tak samo z siebie wyrwało mu się raz, potem znów:

— Jeszcze tu. I tu — aż poczuł się pełnoprawnym członkiem komisji do spraw rekwizycji. Wstyd było towarzyszom, że przeoczyli.

Prawdziwa trudność pojawiła się na Bauern Strasse. Pani Fleischer, jakkolwiek wszystkie pomieszczenia udostępniła chętnie i bez podejrzeń, zareagowała gwałtownie, gdy tylko jawnym jej się stał prawdziwy cel wizyty. Przerwała zaraz przemowę blockleitera, rzekomo zaskoczonego widokiem polskiej Czarnej Madonny, i wyrwało jej się, że od razu wiedziała, kto go tu nasłał, tego „szpicla”, i żeby „nie ważył się tego tknąć, bo zabije”.

— Do syna napiszę, do wojska. Wy mi tu o przelewanej niemieckiej krwi nie musicie mówić, bo to my zostajemy wdowami, to nasze dzieci giną, a wy udajecie bohaterów! Raus mi stąd! Ale już!

Zrobiło się głośno i wkrótce też tłoczno. Techniczny zdołał jednak wyrwać kobiecie obrazek, który przyciskała do piersi, i wrzucić do worka, gdzie trzymał całodzienny łup. Bronił tegoż przed rozpaczliwymi próbami odbicia. Za Boga nie chciała ustąpić.

— Napiszę do syna! Będziecie się mieli z pyszna! — krzyczała pani Fleischer. — Żeby Matkę Boską kraść! Niedoczekanie wasze!

— Jezus, Maria! Jezus, Maria! — zawtórowała pani Blachut, sąsiadka, ale nie odważyła się dołączyć do szarpaniny.

Padły też inne słowa, równie nieprzemyślane, których ekipa zgodnie postanowiła nie zapamiętać, rozumiejąc, że mają do czynienia z głupią, ciemną, nieuczoną babą, zupełnie nieświadomą faktu, że jej upór jest wodą na młyn polskim bandytom. Jeszcze by tego brakowało, żeby ta szczekaczka BBC się dowiedziała, to by dopiero było!

Wmieszał się jednak sąsiad, pan Eduard Granel, ojciec dwóch synów poległych w poprzedniej Wielkiej Wojnie i z tegoż powodu cieszący się szacunkiem zarówno w otoczeniu sąsiedzkim jak i u władz. Sam nie miał w domu żadnych trefnych polskich obrazków, więc nawet by nie wiedział o prawdziwym celu wizyty, gdyby nie ta awantura w sąsiedztwie, która go wywołała z mieszkania. Zdziwił się niepomiernie, gdy zrozumiał w czym rzecz.

— Jak to wygląda? Żeby kierownik polityczny tak biegał od mieszkania do mieszkania! Jak jaki goniec albo służący! Posyłają was, a wy latacie jak te głupie!

— Proszę się w to nie mieszać, panie Granel. Do pana nic nie mamy, a co do tych słów, które już pan wypowiedział, to ostrzegam, że nie powinny zostać wypowiedziane powtórnie! Ani żadne inne podobne! — zdenerwował się blockleiter. — Już te wystarczą, by partia zareagowała! I nie tym tonem, jeśli łaska!

— My tylko wykonujemy swoje obowiązki — dopowiedział techniczny.

Akcja „Madonna” zakończyła się pomyślnie, zarówno na obszarze odpowiedzialności grupy miejscowej „Herder”, jak i „Litzmann”, i „Grenze–Ost” z Poremby. Rudolf Rölle powrócił do domu zmęczony, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

— Jak było? — zapytała żona, wprowadzona w sprawę już wcześniej, i trzymająca przez cały dzień kciuki.

— Nie wiedziałem, że tyle u nas durnych bab — zaczął swą klechdę domową…

Wydarzenie z Bauern Strasse nie zostało pominięte w raporcie do Kierownika Powiatowego. Wspomniał towarzysz Hellwich także o słowach Granela. Jeśli jest o czym pisać, to dlaczego to zatajać? Ojcu dwóch poległych bohaterów i tak nic nie zrobią, a raport zawsze przecież będzie pojemniejszy. No i najważniejsze, że otrzymał Granel ostrzeżenie! Nikt z towarzyszy niczego nie zaniedbał.

Ale to wszystko głupstwa wobec faktu, że Akcja „Madonna” zakończyła się niebywałym sukcesem. Towarzyszom udało się zarekwirować aż 112 obrazków Czarnej Madonny!

Po niedługim czasie na adres Kierownika Okręgu NSDAP napłynęło z miejsca stacjonowania jednostki wojskowej pismo starszego szeregowego Ottona Fleischera, ze skargą na nadużycie władzy podczas nieuprawnionej rekwizycji przedmiotu kultu religijnego, stanowiącego od lat pamiątkę rodzinną. Żalił się młody Fleischer, że do mieszkania członkowie grupy rekwizycyjnej weszli podstępem, udając komisję kontrolną do badania szczelności przewodów kominowych. Obrazek Matki Boskiej (przemilczał, chytrus, że chodzi o polską Czarną Madonnę!) został jego mamie wydarty z rąk siłą przez jakiegoś „nieopierzonego chłystka”, i skradziony. Przy okazji blockleiter obraził sąsiada, pana Granela, który jest ojcem dwóch poległych bohaterów. Ich nazwiska widnieją na pomniku przy Kronprinzen Strasse. Niżej podpisany prosi o przyjrzenie się tej sprawie, która zapewne została zatajona przed panem Kierownikiem Okręgu, i o spowodowanie zwrotu zabranego przedmiotu kultu religijnego.

Kierownik Okręgu odesłał to pismo do kierownictwa powiatowego w Hindenburgu, z prośbą o ustosunkowanie się, a tam trafiło do towarzysza Hellwicha. Tenże wyjaśnił, że rzeczony Otto Fleischer jest osobą zupełnie nieznaną w obrębie działania tutejszej grupy miejscowej „Herder” („– I wszyscy się z niego śmieją” — zaproponowała dopisać sekretarka, na co jednak Hellwich nie zgodził się, wyczuwając intuicyjnie niezbieżność słów jej propozycji z powagą dokumentu wewnątrzpartyjnego). Również sytuacja, którą Fleischer opisuje, wyglądała całkiem inaczej, co potwierdza raport właściwego miejscowo zespołu, biorącego udział w Akcji „Madonna”.

Postanowiono nie zajmować się takimi niepoważnymi sprawami jak ów zabawny list, albo głupstwa wygadywane przez stetryczałego Granela. Używane w korespondencji pomiędzy instancjami partyjnymi eufemizmy były czytelnym znakiem i sygnałem dla wszystkich, których mogłoby to dotyczyć, że nie należy roztrząsać tej sprawy, niech raczej przycichnie i rozpłynie się w niebycie archiwów. Wkrótce zresztą poważniejsze sprawy zajęły czas i myśli towarzyszy. Na wschodzie rozpoczęła się operacja „Barbarossa”, nieporównywalnie przecież większa od Akcji „Madonna” i starszy szeregowiec Otto Fleischer wyruszył na front.

Jedynie w delegaturze urzędu Tajnej Policji Politycznej¸ dla której w gmachu policji w Hindenburgu wydzielono kilka zacisznych pomieszczeń, musiano z obowiązku nadać jakąś formę istnienia temu listowi, którego odpis tam trafił. Starszy asystent kryminalny Gestapo, Waldemar Linz, z beznamiętnym profesjonalizmem, który brano tu za krytycyzm, rzucił okiem na okładkę pustej jeszcze tekturowej teczki, przyniesionej mu przed chwilą z sekretariatu. Stało tam wykaligrafowane piórkiem: „Sprawa: »Otto Fleischer«”. Linz przebił dziurkaczem dwie dziurki w kartce z odpisem listu, wpiął ją do teczki i rzucił to na wierzch małego stosiku podobnych teczek, z podobnymi zresztą gównianymi sprawami.

Marzyła mu się sprawa o dużym stopniu trudności, przez co rozumiał wszakże jej zawiłość intelektualną. Chciał sprawy, którą by już można było nazwać detektywistyczną, godną prawdziwego gestapowca.

V. Kuratus Janik z Poremby

Kłopoty kuratusa Paula Janika nie zaczęły się bynajmniej, jak sądzili niektórzy, z chwilą, gdy kardynał Bertram skierował go jako wikarego do utrakwistycznej parafii św. Franciszka w Zaborzu, ani wówczas, gdy okazało się, że prawdziwym zamiarem Kardynała jest obsadzenie w ten sposób nowo powstałej lokalii św. Jadwigi, zbudowanej przez księdza Bennka i parafian św. Franciszka. Był więc nowy kościół lokalią, czyli jak gdyby filią większej parafii–matki. Trzeba tam było dokończyć dzieła wystroju wnętrza, a przede wszystkim stworzyć nową wspólnotę św. Jadwigi Śląskiej, z czego niechybnie powstanie w jakiejś niedalekiej przyszłości odrębna parafia. W obrębie lokalii znalazło się pięć tysięcy dotychczasowych parafian św. Franciszka, wszyscy z Poremby, gdzie umiejscowiona była nowa świątynia. Nominacja na wikariusza–lokalistę nastąpiła w roku 1930, gdy nowy kościół przedstawiał tzw. stan surowy zamknięty. Sytuacja dwujęzyczności i dwunarodowości stanowiła w tej części Górnego Śląska swoistą normalność, a wyjątkowy stan walki lat 1919–1921 już się był zakończył i pater Janik nie zamierzał dolewać oliwy do ognia. Wyświęcony w roku 1914, już przez obejmującego właśnie jurysdykcję w Breslau nowego biskupa, Adolfa Bertrama, który dla nowej tej stolicy opuścił był biskupstwo Hildesheim, skąd zresztą pochodził, miał Janik w swym roczniku podobnych sobie kapłanów, obaj o imieniu Antoni: Korczoka i Thomeczka. Wszyscy trzej w głębi duszy skłaniali się wtedy ku polskości, co nie miało wszakże jakiegoś państwowego charakteru, bowiem nie istniało wtedy państwo Polska, a skłonność wyrażała się stosunkiem do pieśni, do literatury, czyli do języka literackiego, którym posługiwano się też na terenach utrakwistycznych. Kiedy powstała Polska, wszyscy trzej pozostali na miejscu, uważając, że tu będą bardziej potrzebni. Gdyby wszyscy Ślązacy przeszli na polską stronę granicy, wtedy inna byłaby rozmowa. Ale tutaj dosyć będzie pracy przy polskich nabożeństwach, które sprawowano z woli Kościoła równolegle z niemieckimi, co po unormowaniu się spraw granicznych i im podobnych nie dzieliło wspólnot parafialnych. Kardynał Bertram uważał za oczywistość, że każdy człowiek powinien wznosić swe modły do Boga w języku serca. Dlatego nie było z tym problemu, póki rządy sprawowali chrześcijanie lub przynajmniej ludzie dobrej woli. Wezwanie, pod jakim poświęcono nowy kościół, także w tym kącie diecezji było wymowne: kościół św. Jadwigi Śląskiej. Pochodziła ta święta z Bawarii, z Niemiec przecież, a zostawszy żoną polskiego księcia piastowskiego Henryka Brodatego, strzegła dwóch tradycji narodowych, przedkładając ponad nie jedynie racje kościelne i wartości duchowe. I jak kardynał Bertram, który gdy tylko został biskupem w Breslau odbył pielgrzymkę do Jej grobu w Trebnitz (Trzebnica), by prosić o pomoc w rządach i natchnienia z Nieba, tak i pater Janik mógł uznać takie, a nie inne nazwanie kościoła za znak pomocy w administrowaniu wspólnotą podzieloną językowo i narodowościowo, w której przed dekadą polała się krew walczących sąsiadów. Mniej znaczącym znakiem był fakt, że wiele kobiet w nowej wspólnocie nosiło imię Hedwig, co oznaczało, że mają w niebie tę samą patronkę, co nowa świątynia, którą miał pater Janik przystroić, by była piękna także od wewnątrz.

Wprowadzenie na urząd odbyło się uroczyście, a także — co jest miejscowym moralnym obowiązkiem — w sposób „godny”, w czym zawierają się różne wzniosłe treści. Niejednej starszej parafiance ścisnęło się serce, gdy okazało się, że dziekan z Hindenburga, ksiądz Bertzik, za przedmiot swej homilii wziął kapłanów–męczenników, którzy w ciągu wieków przelali krew dla Imienia Zbawiciela, wyznaczając nam wszystkim pułap moralny. Wiadomo, że starsze parafianki zawsze będą już szukać „znaku przeznaczenia”. Wiek pozwolił im zebrać w życiu tyle już doświadczeń, skonfrontować skutki wielu wydarzeń z wydarzeniami i słowami, które je poprzedziły (czyli owymi „znakami”), że bez nazywania tego jasnowidzeniem mogły między sobą powiedzieć, że „pewnie tak to się wszystko skończy”. Nie inaczej krakały, gdy jeszcze miały u św. Franciszka wikarego Korczoka. Nie wiadomo, jaki miłosierny znak je uprzedził.

Ksiądz kuratus Janik zaczął miewać kłopoty, gdy do władzy doszła Narodowo–Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotników Adolfa Hitlera. Program polityczny, praktyka rządzenia, pycha, rasizm i liczne inne sygnały naruszyły spokój duszy kapłańskiej. Na krótki czas został ksiądz uspokojony przez znaczący fakt podpisania konkordatu, ale polityczny charakterystyczny komentarz, jakim skwitował to wydarzenie Hitler („– Konkordat stworzył podstawy zaufania, szczególnie istotne w nasilającej się walce z międzynarodowym żydostwem”), zapowiadał, że Umowa ze Stolicą Apostolską będzie łamana przez stronę rządową. Wydawało mu się jeszcze wtedy, że jego kazania nie podlegają inwigilacji, że władze nie przekraczają progów kościoła. Miał obowiązki duszpasterskie, w czym zawierało się też ostrzeganie owieczek przed wilkiem w owczej skórze, przed podstępnymi pseudonaukami, które na razie próbowały prezentować się jako rozsądna alternatywa dla chrześcijaństwa, ale kto wie, co będzie później. „Po owocach poznacie ich” jest napisane. Logiczne rozumowanie, sam proces wynikania, ale także modlitwa, która sprawia, że rozum oświecony wiarą często nawet wychodząc od fałszywych (nieadekwatnych, ale nie kłamliwych) lub niedostatecznych przesłanek zdolny jest dojść do prawdziwej konkluzji — to wszystko utwierdziło księdza Janika, że każdy miesiąc władzy narodowosocjalistycznej dodawać będzie sił temu szaleństwu, które u początków swej władzy było jeszcze uprzejme i uładzone, a które niechybnie wybuchnie w sposób, w jaki czasem wybuchały w kościele osoby chore psychicznie (nie został ksiądz Janik wyznaczony przez Kościół do orzekania, czy to przypadkiem nie opętani, więc poprzestawał na takiej zdroworozsądkowej diagnozie). Mężczyźni wyprowadzali kogoś takiego na zewnątrz. Czy wystarczy parafianom sił, by wyprowadzić ze świątyni narodowy socjalizm, gdyby i tam się rozpanoszył? Został Janik ostrzeżony także faktem, że jego poprzedni proboszcz, ks. Carl Ulitzka, który jako przewodniczący Katolickiej Partii Ludowej „Centrum” zasiadał w parlamencie, został usunięty z polityki. Tak samo jak komuniści, socjaldemokraci i działacze innych partii. Oznaczało to, że oczywiste w takiej sytuacji odwoływanie się do sumienia i zdrowego rozumu NSDAP nie dociera do tego sumienia i tego rozumu. Może więc brak tam sumienia, a rozum — tak przecież rzutki i pomysłowy — nie jest wcale zdrowy. Pogląd ten w Kościele katolickim wypływał ze zwykłej pobożności, czy jak tu mawiano — „gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko inne jest na swoim właściwym miejscu”. Kto w Boga wierzył i Bogu wierzył, nie byłby świadomie i dobrowolnie wikłał się w towarzystwo ludzi, których buńczuczność działała odpychająco, a pogarda do innych ludów zawierała też czytelny ładunek nienawiści. Także brednie o bóstwach starogermańskich, o „niemieckim poznaniu Boga”, o krwi i rasie — z początku śmieszne, teraz budziły grozę, gdy okazało się, że mówiący biorą swe słowa na serio, przeciwstawiając je zdrowej nauce Kościoła.

Ksiądz Janik starał się przez długie miesiące „miarkować się” — być może źle interpretuje znaki czasu, może retoryka nazistowska ulegnie stonowaniu, może konkordat zablokuje szaleństwa, może wszystko jeszcze dobrze się ułoży, pod warunkiem, że szaleńcy nie zostaną sprowokowani? Kiedy Stolica Apostolska wciągnęła na indeks ksiąg zakazanych „Mit XX wieku” Alfreda Rosenberga, poczuł się uwolniony od obowiązku dyplomatycznej uprzejmości. W niedzielę 2 grudnia 1934 roku przypomniał parafianom, że to to właśnie dziełko zawiera owe pseudonauki, z których wzięła się polityka antyżydowska, polityka rasowa i zastępowanie krzyża Chrystusowego obcą symboliką. Żeby nie sprowokować ludzi spod znaku swastyki, nie wypowiedział tej nazwy wprost. Przytoczył przykład, że na jednym z niemieckich uniwersytetów ktoś (zapewne antynazistowsko nastawiony student) namalował „połamany krzyż Chrystusowy” i podpisał rysunek słowami: „Ten musi upaść, aby ożyły Niemcy”. Parafianie kiwali głowami, spoglądając na siebie z zadowoleniem („– Dobrze im powiedział!”). Na koniec ukazał parafianom wizję zagłady całego narodu, gdyby chore idee Rosenberga zostały wcielone w życie. Nie przypadkiem Ojciec Święty zakazał czytania i rozpowszechniania tej książki przez katolików. Pamięta, że zawołał wtedy z ambony, a wyrwało mu się to z głębi serca, wiele już przeczuwającego: „Biedny katolicki ludu niemiecki!” Tu i ówdzie kobiety ocierały oczy rąbkiem chusteczki. Ale to wtedy, po raz pierwszy w historii tej świątyni, kilkanaście osób powstało z ławek i demonstracyjnie wyszło z kościoła. Dowiedział się, że zobaczywszy przejeżdżający przypadkiem samochód towarzysza Mroncza, który jest kierownikiem grupy miejscowej, zatrzymały pojazd, i długo, z gwałtowną gestykulacją coś Mronczowi perorowały. Kazanie było potem omawiane na spotkaniach grupy miejscowej. Kierownik Szkoleniowy NSDAP w Zaborzu, towarzysz Puff, tłumaczył zbulwersowanym towarzyszom niższego szczebla:

— Ksiądz Janik jest nam znany od miesięcy jako zdeklarowany wróg narodowego socjalizmu, który w swoich kazaniach w zawoalowany sposób nieustannie stara się odkryć rzekome niedostatki i błędy obecnego kierownictwa państwa. Powinien przecież wiedzieć, że polityka nie należy do ambony.

W niespełna trzy miesiące później został poproszony pismem kościelnym z Arcybiskupiego Wikariatu Generalnego do stawienia się w Breslau „celem złożenia wyjaśnień na okoliczność kazania wygłoszonego w dniu 2 grudnia 1934 roku w kościele św. Jadwigi w Zaborzu–Porembie (Hindenburg–Ost)”. Czyżby kardynał Bertram też podzielił oburzenie tych nielicznych, którzy wyszli wtedy z kościoła? Niemożliwe! Wiele jest na tym świecie możliwe, ale przecież nie to, że Kardynał stanie po stronie chorych rojeń Rosenberga, potępionych przez Rzym!

Okazało się, że do Breslau nadeszło z Kierownictwa NSDAP Rzeszy w Berlinie, a dokładnie z Wydziału Pokoju Kulturowego, obszerne pismo, w którym punkt po punkcie opisane były poszczególne części kazania, opisane w sposób, który sugerował, że było to kazanie obsesyjnie prowokacyjne i jątrzące. Kardynał Bertram został poproszony — grzecznie, ale i stanowczo — o ustosunkowanie się do przedłożonych informacji. Pismo trafiło do księdza kanonika Alfonsa Blaeschke, wikariusza generalnego archidiecezji, który zarazem pełnił tam funkcję apostolskiego notariusza protokolarnego. Został ksiądz Janik zapoznany z zarzutami, po czym wysłuchano jego wyjaśnień co do każdego punktu, notując je w brzmieniu dosłownym. Kanonik Blaeschke nie oburzał się, nie okazywał też życzliwości wobec przesłuchiwanego. Bez żadnych uczuć spisywał odpowiedzi, wyznając pewnie notariuszowską zasadę, że prawda jest taka jaka jest i nie będzie inna, gdy zmarszczymy brew lub gdy się uśmiechniemy — po cóż więc marszczyć brew i uśmiechać się. Wobec Boga wartość kazania pozostanie ta sama, gdy wygłaszane było w kościele parafialnym i gdy teraz jego istotne punkty powtarzane są w wikariacie generalnym.

W odpowiedzi do Kierownictwa NSDAP Rzeszy poszło pismo podpisane przez księdza wikariusza generalnego. Kardynał Bertram chciał pokazać poprzez to, że podniesiona sprawa nie jest dla niego sprawą szczególnie ważną w stosunkach wzajemnych między Kościołem i państwem. Zapoznał się wcześniej z konkluzją przesłuchania. „Tak jak myślałem” — i przez jakiś czas nie zaprzątał już sobie głowy Janikiem: „Poradzi sobie”. Z obowiązku dokończenia wystroju wewnętrznego świątyni ksiądz Janik wywiązał się wzorowo, podobnie udało mu się stworzyć jedną rodzinę parafialną św. Jadwigi, co było jego drugim nakazanym obowiązkiem. Radca duchowny Bennek, któremu Janik jako lokalista podlegał, nie podniósł przeciw niemu żadnych zarzutów. A ta konkluzja, zawarta na końcu pisma księdza Blaeschkego do Berlina, brzmiała:

„Ks. Janik został źle zrozumiany przez skarżących się, być może po części wyraził się w sposób nie do końca zrozumiały. W każdym razie po jego powyższych wyjaśnieniach wydaje się nam, że podniesione przeciw niemu zarzuty nie były uzasadnione”.

W sporze ideowym z narodowym socjalizmem miał ksiądz z Poremby wsparcie w świadomości, że również jego kursowi koledzy, Thomeczek z kuracji Ducha Św. w Hindenburgu i Korczok, proboszcz w Sosnitzy, podobnie postępują i tak samo widzą zagrożenia. Że istnieją także zagrożenia osobiste, dowiedział się ks. Janik pośrednio, dzięki Korczokowi. Tenże został bowiem wezwany nie do Kurii, a na Gestapo w Gleiwitz, gdzie zacytowano mu fragment homilii, jaką wygłosił do swych parafian po śmierci Ludendorffa.

— Ludendorff, jako wódz polowy, był wielki, ale jako założyciel religii był człowiekiem małym. A teraz stał się prochem i popiołem, natomiast Chrystus będzie żył wiecznie!

Chodziło o to, że wojskowy bohater z Wielkiej Wojny 1914–1918 popadł najwyraźniej w obłęd, co zaowocowało mrocznym mistycyzmem, a w końcu założeniem sekty religijnej pod nazwą Niemieckie Poznanie Boga. Początkowo naziści wyśmiewali Ludendorffa, wykluczyli go z Partii, rozwiązali mu sektę — ale po śmierci przybrali postawę żałobną, przemilczając jedno, a eksponując drugie. Znów był teraz dla nich wybitnym wodzem, a jego sekcie pozwolono odrodzić się pod nazwą Ludendorffiańskie Poznanie Boga. Gestapowiec z udanym smutkiem usiłował przekonać Korczoka, że jego kazanie było „nieludzkie”, że nie należy mówić źle o zmarłych, a już szczególnie o ludziach zasłużonych. Sugerował dostosowanie się do zdania większości, która opłakuje Zmarłego.

Sprawy zaogniły się i przyspieszyły, gdy władze przestały czuć się skrępowane postanowieniami konkordatu i niby to uznając jego obowiązywanie, interpretowały jego zapisy po swojej myśli, wykorzystując uśpionego ducha podziałów. Uderzono kolejno w prawa mniejszości, w język polski w liturgii, w lekcje religii w szkołach i w związki katolickie. Już wszyscy ministranci musieli się zapisać do Hitler Jugend, albo do dziecięcej przybudówki Deutsches Jungvolk, a Marianki do BDM lub Jungmödelbund. Został w końcu rozwiązany Katolicki Związek Młodzieńców. Księżom zakazano wykładania religii w pomieszczeniach szkolnych, powierzając to przypadkowym nauczycielom, niejednokrotnie członkom BDO, którzy postulowali na każdym kroku całkowitą rezygnację z tych lekcji jako z anachronizmu, który nie współbrzmi z entuzjazmem naszych czasów. Jednocześnie zbierano podpisy pod petycją do władz, by w kościołach parafialnych „wprowadzić nabożeństwa wyłącznie niemieckie”, co było innym nazwaniem dla żądania likwidacji nabożeństw polskich. Język polski w liturgii drażnił narodowych socjalistów, którzy zaczęli nawet pełnić służbę obserwacyjną wewnątrz świątyni i ze spostrzeżeń sporządzali sprawozdania.

Ksiądz Janik, od 1937 roku już nie lokalista, ale kuratus, nadal wykazywał błędy narodowego socjalizmu, w czym w końcu pomogła mu encyklika Piusa XI „Mit brennender Sorge — Z palącą troską”, wymierzona we władze Rzeszy. Czegóż jednak mógł się ksiądz Janik spodziewać, jeśli władze nie szanowały już papieża chociażby w sposób „dyplomatyczny”, czyli — jak mówiono dawniej — oportunistyczny, udawany? Encyklika papieska wywołała furię władz. Próbowano konfiskować odpisy, zakazać odczytania z ambon, zagłuszano (!) odczytywanie. W diecezji Münster, gdzie biskupem jest abp Klemens von Galen, gestapowiec wyrwał kapłanowi tekst odczytywanej encykliki z rąk, wspiąwszy się w tym celu na ambonę! Już tylko Kościół powoływał się na konkordat. Prasa nazistowska trąbiła w tamtych dniach, że papież Pius XI jest pochodzenia żydowskiego, że jego matką jest Żydówka z Holandii, z domu Lippman, którą łączyły poza tym jakieś relacje pokrewieństwa z prezydentem Stanów Zjednoczonych Wilsonem, co oznacza także, że i Wilson to Żyd. Nic przeto dziwnego, że w Wersalu Niemcy zostały tak ukrzywdzone, że teraz trzeba będzie wszystko rewindykować!

Odbieranie wiarygodności było jedną z metod władzy w zwalczaniu Kościoła przepowiadającego i głoszącego Chrystusa. Przypatrzcie się waszym pasterzom! Zobaczycie łatwo, że to hołota z patologicznych rodzin, nierzadko żydowskich!

Tak i pani Emilie Saturnus rozgłaszać zaczęła wszem i wobec różne rewelacje o rodzinie księdza kuratusa, nie oszczędzając jego nieżyjącego już ojca, matki, sióstr, braci, a nawet szwagra. Skąd czerpała takie szczegółowe informacje z Zuzeli, gdzie Janikowie wciąż mieszkali i cieszyli się dobrą opinią? Czegóż to Saturnus nie wygadywała! Było tam o „notorycznym pijaku, żeby nie powiedzieć opoju” (to o ojcu księdza), padało słowo „kochanka” o siostrze, a szwagier miał „dopuścić się malwersacji”. W kontekście oszczerstw wobec Papieża, czymże były oszczerstwa wobec ks. kuratusa? „Jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż uczynią ze suchym?”.

Jedynie Frau Obremba, zawsze tak finezyjna w swych wypowiedziach, zachowywała stale swój zwykły poziom, gdy oburzając się na Janika za sposób prowadzenia lekcji religii rozpowiadała, iż w jego lekcjach (został przy tym nazwany ogłupiającym politykiem) „nie pracuje się w duchu Führera, lecz niemieckie dzieci zostają wychowywane w żydowskim małpim tańcu”. Skąd wytrzasnęła ten „żydowski małpi taniec”? A jeszcze i to: „Już najwyższy czas, żeby takiemu czarnemu artyście nadepnięto na ogon”. Pomyliła go z diabłem, czy co? Nie chodziła do kościoła. Widząc ją czasem nadchodzącą z naprzeciwka, wiedział, że prowokacyjnie zakrzyknie „Heil Hitler” (licząc pewnie na „Na wieki wieków. Amen”), a kiedy w odpowiedzi usłyszy „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, zaśmieje się szyderczo a głośno, jak śmieje się ten, którego łatwo poznać po śmiechu jego.

Być może bezpośrednim powodem niektórych poczynań władz było wygaśnięcie konwencji o ochronie mniejszości. Tak z pewnością było, gdy chodzi o Żydów. Ale owocowało także pogorszeniem się stosunków z Polską. Niechęć do polskiej narodowości i języka były co rusz tak czy inaczej manifestowane. Ksiądz radca duchowny Bennek poinformował księdza Janika, że na pogrzebie położnej Bakalosch, która należała do Bractwa Różańcowego, przez co Bractwo stawiło się w komplecie, zaintonowano pieśń polską. Zaraz już po pierwszych słowach jej koleżanka z pracy, też położna, Erna Hirt, wymachując rękami i wykrzykując coś, doprowadziła do przerwania śpiewu. Wyjaśniła stropionym kobietom, że „to pogrzeb niemiecki, więc śpiewy też powinny być niemieckie”.

— Niby nic — opowiadał Bennek — ale odwiedził mnie zaraz gestapowiec i zażądał, żebym dokonał reorganizacji Bractwa Różańcowego, „tak, aby z czasem — tak powiedział — używano w nim już tylko języka niemieckiego”. Ciekawe, że nam jakoś nie wolno żądać od Gestapo, żeby się zreorganizowało!

W ciągu ostatnich dwóch lat, z dziejących się dynamicznie wydarzeń, z mnożących się zarządzeń i zakazów, a zwłaszcza z wchodzenia w kompetencje Kościoła przez władze świeckie, odczytywał ks. Janik — jak owe staruszki w dniu jego wprowadzenia na urząd — znaki nadchodzącej przyszłości. Najpierw, w styczniu 1939 roku, Gestapo nakazało kuratusowi Josefowi Madei z Mathiasdorf opuścić teren strefy granicznej i udać się do środkowej części kraju. Oznaczało to wysiedlenie osoby niebezpiecznej. Na kilka dni przed terminem, jaki mu wyznaczono jako końcową datę opuszczenia Górnego Śląska, Madeja przekroczył nielegalnie granicę pod Godulą i opuścił Niemcy. Uciekł do Polski. A w maju owego roku odebrano ks. Janikowi — jak wszystkim księżom — prawo nauczania religii w szkole. Próbował Kościół przeciwdziałać złym tego skutkom, polecając księżom zorganizować „godziny duszpasterskie” w świątyni, co miało odtąd zastąpić utratę trzech dotychczasowych godzin szkolnej religii (lekcje prowadzone przez nauczycieli świeckich pozostawały poza kontrolą Kościoła).

Początkowo władze nie zareagowały, potem widocznie poczęły mnożyć się donosy, zapytania, żądania od niższych szczebli władzy złożenia wyjaśnień, bo wprowadzono stałą inwigilację tych „godzin” przez dyżurnych grupy miejscowej NSDAP, przeważnie przez kobiety, jako że lepiej niż mężczyźni znały się na sprawach stricte dewocyjnych. Wtedy dopowiedział ksiądz Janik, co miał na myśli, gdy powiedział z ambony przed kilku laty „Biedny katolicki ludu niemiecki”. W maju 1939 roku powiedział więc: „Bóg ukarze nas upadkiem za pychę, bo jesteśmy już dojrzali do kary”. Szpicle z grupy miejscowej zrozumieli, że to groźby wobec narodu niemieckiego. Kiedy wybuchła wojna z Polską, przypomniano, że przecież Janik, jako „mniejszość polska”, mówiąc „my” miał na myśli chyba Polaków, bo tylko taki może być logiczny sens jego wypowiedzi. Zapytany o to jeden z wikarych odpowiedział, że kuratus zapewne miał na myśli „to pokolenie”. Zresztą zapytajcie go sami. Nie zapytali.

Rok 1940 stał pod znakiem kolejnych wielkich zwycięstw Hitlera, co stawiało Kościół w złej sytuacji, gdy chodzi o walkę o swoje. Trzeba było zgodzić się na pochówki popiołów. Kościół św. Jadwigi był pod stałą obserwacją, czego nie odnotowano w takiej skali w macierzystej wciąż (do czasu spłaty długów, co nastąpić miało w 1949 roku) parafii św. Franciszka. Nie chodzi tu już o zwykłą obserwację mszy, homilii i godzin duszpasterskich, ale o zupełnie bezwstydną obserwację plebanii i kościoła z zewnątrz. Zacieśniała się pętla wobec księdza Janika. Ludzie mędrkowali, że to nie są agenci Tajnej Policji Państwowej z Hindenburga, ale z Sicherheitsdienstu (SD) z Gleiwitz lub Kattowitz. Nie bardzo odróżniano jedno od drugiego, ale wnioskowano z obcości obserwatorów, nieznanych na tym terenie, podczas gdy szpicle miejscowi dobrze już wpisali się w codzienny krajobraz. Skąd się to wzięło? W jakiejś rozmowie prywatnej czy rodzinnej ktoś–coś–powiedział, z czego wynikało, że miejscowo właściwe Gestapo w Hindenburgu nie zajmuje się Janikiem bezpośrednio, są tylko informowani po fakcie, tak „do wiadomości”. Ale nie chcieliby być teraz w skórze Janika. Może było tak, może ktoś coś źle zrozumiał, przesłyszał się. Nie należało wszakże oczekiwać sprostowań ze strony Gestapo co do stanu faktycznego ani co do wewnętrznej struktury tajnych służb.

Plotki mogły być prawdą. Przypomniał sobie kuratus przestrogę dziekana, jeszcze z 1934 roku, gdy kłopoty dopiero zaczynały się, że urzędnik Gestapo oznajmił mu (dziekanowi) co następuje: „W związku ze wzburzeniem, jakie kazania księdza Janika wywoływały wśród miejscowej ludności, nie możemy zagwarantować mu bezpieczeństwa”. Dziekan obawiał się, iż może to stanowić zakamuflowaną groźbę pobicia. Dzięki Bogu, nie stało się nic takiego. Do Madei przychodziło Gestapo, do Korczoka też, do Thomeczka. Do niego tymczasem przychodzili zwykle kierownicy polityczni, ktoś z grupy miejscowej, a obserwację prowadzili jacyś mu nieznani. Wydawało mu się, że prowadzone jest przeciw niemu śledztwo. Tymczasem w sierpniu 1940 roku, już po upadku Francji, a przed wojną lotniczą nad Anglią, aresztowało Gestapo księdza Korczoka, co poprzedzone zostało nagonką w „Stürmerze” i w „Das Schwarze Korps”. Wkrótce potem trafił Korczok do obozu koncentracyjnego w Dachau (to już drugi, po Szramku, były wikary św. Franciszka, który tam trafił).

Rok 1941 rozpoczął się dobrą wieścią przywiezioną z Kurii, że po negocjacjach z władzami udało się sprowadzić wszystkich rozproszonych po obozach kapłanów w jedno miejsce, właśnie do Dachau, że zainaugurowano tam działalność Kaplicy, że księża otrzymają brewiarze, że poprawi się wikt i traktowanie. Wkrótce Kuria potwierdziła, że wszystko to nastąpiło zgodnie z umową. Na początku lutego, na dzień przed nakazanym przez sąd uwolnieniem z obozu, został zastrzelony ksiądz Korczok. Mówiono (jego bratanek mówił), że wygrał proces przeciw Gestapo. Rozprawa toczyła się w trybie in absentia, czyli pod nieobecność zaskarżającego decyzję, i Sąd uznał racje Korczokowego adwokata. Po raz pierwszy władze zakazały pielgrzymki majowej na Górę św. Anny, dokąd z Poremby stale udawało się ze swym proboszczem 100–150 osób. Teraz nie pojedzie nikt. Władze wciąż nie udzielały odpowiedzi na pismo z prośbą o zgodę na przeprowadzenie procesji Bożego Ciała wokół świątyni (bo tylko taką można będzie ewentualnie za zgodą odbyć). Źle się działo. Gospodyni, pani Hedwig Klaka, wyglądała przez okno i nieustannie pomstowała:

— Dalej stoją! Wzieła bych miotła, trzasła bez łeb, rozumu by nabrali. Czego te łożyroki od księdza chcą? Żodyn nie śmie im nic powiedzieć!

W maju i na początku czerwca zwiększyła się ilość transportów wojskowych na wschód. Jechało wojsko, armaty i czołgi — eszelon za eszelonem — jak na front, a przecież na wschodzie była zgoda. „– Będzie wojna — prorokowali starzy. — Tyle razy my to już widzieli”.

W dekanacie coś już wiedzieli. Nie, nie w sprawie nowej wojny, ale w sprawie księdza Janika. Podobno miało to coś wspólnego z doktorem Franzem Montagiem, a informacja, która dotarła do dziekana, wydała mu się wiarygodna, choć przekazano mu ją szeptem, co oznaczało, że mówiący obawia się podsłuchu. Było to na probostwie kościoła św. Wawrzyńca w Mikulczycach, gdzie proboszczem był ksiądz Grochowina, obecny dziekan. Natychmiast zarządził wizytację małą (dekanalną), jak nazywano taką w odróżnieniu od wielkiej (biskupiej). Dobrał sobie jako członka komisji i świadka księdza radcę duchownego Josefa Bennka, który do czasu spłacenia długów ciążących nad kościołem św. Jadwigi wciąż pozostawał bezpośrednim przełożonym kuratusa Janika. Janik został uprzedzony o nagłej wizytacji.

Przybyli, sprawdzili wszystko. Wszystko było wzorowo prowadzone. Spisali długi protokół, by ta wzorowość wynikła z opisu, nie z samej oceny. Już w pierwszym punkcie zapisali: „Stan zdrowia i osobisty sposób życia proboszcza: Proboszcz jest bardzo przepracowany i potrzebuje koniecznie dłuższego urlopu wypoczynkowego”. Ksiądz Janik miał wrażenie, że w ten sposób chcą go przed czymś czy przed kimś uchronić — jak gdyby temu czemuś lub komuś mówili, że „to wszystko z przepracowania”, te wszystkie nieprzemyślane słowa, które wydały się władzom oburzające, te wszystkie działania, tak źle widziane. Odpocznie i zobaczycie, że wszystko się zmieni na lepsze. W zdrowym ciele zdrowy duch! Obiecał im, że w czasie wakacji weźmie sześciotygodniowy urlop. Ale kiedy przeczytał dalej, że „Wyznaczenie wikariusza jest wysoko i usilnie potrzebne”, nie ucieszył się, jakby to jeszcze wczoraj uczynił, a pomyślał, że księża liczą się z jego aresztowaniem i chcą w zastępstwie księcia–kardynała zabezpieczyć interesy kuracji w Porembie.

Odchodząc, ksiądz dziekan zapytał, czy widział się ostatnio z doktorem Montagiem, tym z Urzędu do spraw Polityki Rasowej. Potwierdził, że przedwczoraj miał nieprzyjemność widzieć się z tym typem u umierającej z Winklerstrasse. Potem po południu miał z nim nieprzyjemną rozmowę telefoniczną. Montag trzasnął słuchawką. Banalna sprawa, nie ma o czym mówić. Tacy trudni rozmówcy trafiają się księżom codziennie.

Dziekan Grochowina pokiwał z troską głową.

— Zostańcie z Bogiem! — rzucił na odchodnym Bennek, tym razem jakoś bardziej znacząco, jakby to miało być błogosławieństwo na drogę.

O co im, u licha, chodzi z tym Montagiem?

Kierownik Powiatowy NSDAP, wiedząc od niedawna, że to Sicherheitsdienst — Odcinek SD Kattowitz, przejąwszy sprawę pod względem kompetencyjnym, zajmuje się obecnie działalnością Janika, tam właśnie kierował w tej samej chwili otrzymane poprzedniego dnia pismo doktora Franza Montaga „w rzeczonej sprawie”. To już nie leżało w kompetencji powiatowej instancji Partii, by zajmować się sprawą o takim ciężarze. Jeszcze raz rzucił kierownik okiem na oryginał pisma, nim to powędruje w świat i pewnie już do Hindenburga nie wróci.

Skarżył się doktor Montag Partii:


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 46.84