E-book
4.73
drukowana A5
37.15
GŁĘBOKA STUDNIA

Bezpłatny fragment - GŁĘBOKA STUDNIA

POWIEŚĆ O MODLITWIE KONTEMPLACYJNEJ, WEWNĘTRZNYM SPOTKANIU Z BOGIEM I ODKRYWANIU CISZY


Objętość:
154 str.
ISBN:
978-83-8467-826-8
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.15

WSTĘP OD AUTORA

Żyjemy w epoce bezprecedensowego hałasu, w której ludzka uwaga stała się towarem, a ludzkie wnętrze — zadeptanym pobojowiskiem. Każdego dnia przez nasze zmysły przetaczają się tysiące bodźców, powiadomień, obrazów i opinii, które wmawiają nam, że życie polega na nieustannym reagowaniu, na nieprzerwanym biegu po powierzchni rzeczywistości. Nauczyliśmy się poruszać wszerz z zawrotną prędkością. Tworzymy bezkresne, płytkie oceany wiedzy, kontaktów, wrażeń i estetycznych uniesień. Jednak woda na tej rozległej tafli ma zaledwie milimetr głębokości; paruje przy pierwszym silniejszym podmuchu cierpienia, samotności czy kryzysu, pozostawiając na dnie suchy, spękany osad.

Ta książka powstała z niezgody na taką płyciznę. Została pomyślana jako świadectwo innego kierunku: ruchu pionowego, schodzenia w głąb, kopania studni w jednym punkcie własnego, realnego, nieupiększonego życia.

Dla kogo jest ta powieść?

Przede wszystkim dla tych, którzy czują śmiertelne zmęczenie. Dla ludzi wyczerpanych nieustannym spełnianiem oczekiwań — zawodowych, artystycznych, rodzinnych, a nierzadko także religijnych. Jest dla tych, którzy ugrzęźli w chrześcijaństwie czysto zewnętrznym, odziedziczonym po przodkach, sprowadzonym do chłodnych rytuałów, poprawności moralnej i powtarzania cudzych formułek, pod którymi serce wciąż pozostaje bezbrzeżnie puste. Jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś bezsilności na modlitwie, jeśli kiedykolwiek czułeś, że słowa pacierza rozsypują się w twoich ustach w pył, a Bóg wydaje się milczącą, betonową ścianą — ta historia została napisana z myślą o tobie.

Ta książka nie jest jednak traktatem teologicznym ani akademickim podręcznikiem ascezy. Celowo przybrała formę powieści, w której zewnętrzna sceneria — deszczowy, mglisty Lyon, surowe mury romańskiej bazyliki Saint-Martin d’Ainay, strome schody wzgórza Fourvière, zakola rzeki Saony i stare kamieniołomy — staje się czytelną mapą ludzkiej duszy. Bohaterka tej opowieści, Liliana, jest artystką, która żyła zmysłami, okiem i kolorem, dopóki nie zrozumiała, że nowoczesny świat sprzedaje jedynie pięknie oprawioną pustkę. Jej droga nie jest spektakularnym, magicznym nawróceniem w blasku mistycznych uniesień. To droga fizycznego i duchowego trudu: odrzucania miękkiej ziemi własnych emocji, uderzania łopatą w twardy bazalt wewnętrznej oschłości, aż po dotarcie do litej skały, z której tryska czysta, podziemna woda.

Jakie jest przeznaczenie tej książki?

Jej głównym celem jest wprowadzenie czytelnika w tajemnicę modlitwy kontemplacyjnej — modlitwy serca, odpocznienia w Bogu i czystego trwania w Jego obecności poza wyobrażeniami, pojęciami i gadulstwem myśli. Ma pokazać, że ogołocenie, którego tak panicznie boi się współczesny człowiek, nie jest klęską, lecz bramą. Prawdziwe spotkanie z Bogiem żywym nie wymaga od nas doskonałości, nienagannej pobożności ani retorycznych talentów. Bóg nie czeka na końcu naszych moralnych osiągnięć; On czeka na samym dnie naszej bezradności, w mroku nocy, który okazuje się jaśniejszy niż jakikolwiek południowy dzień.

Ta powieść ma być cichym przyjacielem w twojej własnej samotności. Ma ci przypomnieć, że pod każdym, nawet najbardziej jałowym i spękanym życiem bije Niewyczerpane Źródło. Wystarczy przestać uciekać na powierzchnię. Wystarczy odważyć się zamilknąć, wziąć dłuto w dłoń i zacząć kopać.

ROZDZIAŁ I

Północne światło wpadające przez wysokie, łukowate okna pracowni przy Rue Sainte-Hélène miało barwę zszarzałej cyny. W Lyonie październik rzadko bywał łaskawy; zamiast złotej jesieni przynosił wilgoć, która sączyła się z nurtu Saony i Rodanu, oblepiała wąskie gardła kamienic na półwyspie Presqu’île i zastygała w powietrzu pod postacią gęstej, ołowianej zawiesiny. To światło nie ożywiało przedmiotów. Ono je obnażało, odbierając im cień i relief, spłaszczając przestrzeń do męczącego, bezdusznego szkicu.

Liliana stała przed sztalugą z ciężkiego dębu, trzymając w palcach szpachelkę ze stali nierdzewnej. Na jej ostrzu zdążyła już zaschnąć grudka bieli tytanowej wymieszanej z umbrą paloną. Przed nią wznosiło się lniane płótno o wymiarach metr na metr dwadzieścia, zagruntowane gładko, wręcz pedantycznie, trzema warstwami gessa. Było martwe. Czysta, naciągnięta na sosnowe krosna płaszczyzna zdawała się odpychać każde dotknięcie pędzla, jak gdyby sama materia broniła się przed kolejnym kłamstwem.

W powietrzu unosił się duszący, mdły zapach werniksu damarowego, terpentyny balsamicznej i starego, chłodnego kurzu, który przez dziesięciolecia wnikał w dębowe parkiety dawnego mieszkania tkaczy jedwabiu. W rogu pracowni piętrzyły się prace z ostatnich dwóch lat. Liliana nie musiała na nie patrzeć, by pamiętać każdy szczegół: wielkoformatowe kompozycje z poszarpanymi plamami błękitu pruskiego, agresywne cięcia czerni kostnej, geometryczne podziały przestrzeni, które krytycy z modnych galerii przy Rue Auguste Comte nazywali „odważną dekonstrukcją współczesnej tożsamości”. Podczas wernisaży ludzie trzymający w dłoniach kieliszki z crémant kiwali z uznaniem głowami, używając słów takich jak „dyskurs”, „napięcie transgresyjne” czy „estetyka braku”.

Wtedy jeszcze wierzyła, że te słowa cokolwiek znaczą. Teraz, w to ponure popołudnie, gdy z komina sąsiedniego budynku unosiła się cienka smużka dymu natychmiast rozmywana przez dżdżysty deszcz, czuła w ustach jedynie smak popiołu. Cała ta sztuka, którą wpojono jej w Beaux-Arts, cała ta nowoczesna ironia i kompulsywne rozbijanie formy na kawałki wydawały się jej jedynie żałosnym hałasem. Była to woda rozlana po gładkim marmurze: zajmowała ogromną powierzchnię, błyszczała w świetle reflektorów, odbijała twarze przechodniów, ale miała głębokość zaledwie milimetra. Wystarczył jeden podmuch wiatru, jedno zderzenie z surową rzeczywistością przemijania, by ta tafla wyparowała, nie pozostawiając po sobie nic prócz brudnego osadu.

Liliana odłożyła szpachelkę na blaszany blat stolika. Metaliczny brzęk odbił się głucho od wysokiego sufitu ze stiukową rozetą. Spojrzała na swoje dłonie — skóra wokół paznokci była wysuszona od rozpuszczalników, na kciuku widniał ciemny ślad po indygo, którego nie potrafiło zmyć żadne mydło. Miała dwadzieścia sześć lat i po raz pierwszy w życiu doświadczyła paraliżującego uczucia, że nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Ani jednemu człowiekowi. Ani światu. Nawet samej sobie.

Wychowała się w domu, gdzie chrześcijaństwo było częścią umeblowania, równie naturalną i równie rzadko przesuwaną jak mahoniowy kredens w jadalni jej rodziców w podparyskim Wersalu. Była niedzielna msza o jedenastej, gdzie matka w nienagannie skrojonym żakiecie poprawiała apaszkę, był mały srebrny krzyżyk na szyi wręczony w dniu pierwszej komunii, były formułki wyuczone na pamięć i powtarzane z mechaniczną poprawnością. Nigdy z tym nie walczyła. Nie czuła potrzeby buntu, bo nie sposób buntować się przeciwko czemuś, co nie stawia żadnego oporu. Bóg jej dzieciństwa był odległym, kulturalnym administratorem wszechświata, kimś w rodzaju emerytowanego urzędnika, który stworzył świat, ustanowił prawa moralne, po czym wycofał się za kulisy, pozostawiając ludziom chłodne rytuały i obowiązek przyzwoitości.

Ten Bóg nigdy nie zapukał do jej serca. A może to ona nigdy nie zostawiła uchylonych drzwi? Modlitwa była dla niej zawsze monotonnym recytowaniem cudzych słów, ślizganiem się po powierzchni zdań, których sens rozmywał się, zanim dotarł do krtani.

Za oknem deszcz zaczął zacinać gwałtowniej, bębniąc w cynkowe parapety. Krople spływały po szybie nierównymi strugami, załamując widok na fasady z piaskowca po przeciwnej stronie ulicy. Liliana poczuła, że mury pracowni zaczynają się zaciskać wokół niej jak kamienna klatka. Powietrze stało się zbyt gęste, nasycone oparami oleju lnianego i jej własnym, bezsilnym lękiem.

Sięgnęła po długi, wełniany płaszcz w kolorze grafitu, zarzuciła na szyję gruby szal i bez patrzenia w lustro wyszła na klatkę schodową. Drewniane stopnie trzeszczały pod podeszwami jej skórzanych butów. Ciężkie, kute wrota kamienicy otworzyły się ze zgrzytem zamka, wypuszczając ją wprost w wilgotne, przenikliwe powietrze Presqu’île.

Lyon o tej porze dnia pachniał mokrym asfaltem, wyziewami z kawiarnianych wentylatorów i gnijącymi liśćmi platanów, które wiatr zrywał z bulwarów wzdłuż Saony. Skręciła w stronę Place Bellecour, ale bezkresny, otwarty plac pokryty czerwonawym żwirem, teraz rozmiękłym od deszczu, wydał jej się pustynią. Postawiła kołnierz, chowając podbródek w fałdach wełny, i instynktownie skierowała kroki na południe, w labirynt węższych, starszych uliczek dzielnicy Ainay.

Tutaj ruch samochodowy zamierał, tłumiony przez ściany wiekowych domów. Pod stopami czuła nierówności bazaltowego bruku — wyślizganego przez stulecia, ciemnego od wilgoci, odbijającego żółtawe światło z nielicznych wystaw antykwariatów i pracowni oprawy obrazów. Każdy krok rozbrzmiewał samotnym echem w wąskich przesmykach.

Nie miała celu. Chciała po prostu iść, byle tylko uciec przed widokiem czystego lnu, który zdawał się oskarżać ją o fałsz. Dlaczego tak bardzo pragnęła malować, skoro wszystko, co wychodziło spod jej ręki, było tylko grą pozorów? Współczesny świat wmawiał jej, że artysta ma być demiurgiem, że ma kreować własną prawdę z niczego, z własnego ego. Ale w jej wnętrzu, pod warstwą wyuczonej techniki i artystycznego żargonu, panowała przerażająca, sucha próżnia. Miała wrażenie, że całe jej życie polegało na nieustannym bieganiu wzdłuż brzegu, na zbieraniu ładnych muszli wyrzucanych przez fale, podczas gdy gdzieś w głębi istniało źródło, do którego nigdy nawet nie próbowała dotrzeć. Wszyscy wokół zadowalali się płycizną. Zachwycali się kałużami, mieniącymi się kolorami benzyny, zapominając, że woda w nich nie nadaje się do picia.

Nagle deszcz runął gwałtowną ścianą, jakby niebo nad wzgórzem Fourvière pękło pod ciężarem ołowianych chmur. Woda zaczęła natychmiast zalewać rynsztoki, tworząc rwące, szare strumienie porywające zeschłe liście.

Liliana znalazła się na niewielkim, trójkątnym placu przed kościołem Saint-Martin d’Ainay.

Znała tę bryłę z widzenia, mijała ją dziesiątki razy w drodze do stacji metra Ampère, ale nigdy nie poświęciła jej więcej niż przelotnego spojrzenia. Ainay nie krzyczało o uwagę tak jak gotycka katedra Saint-Jean po drugiej stronie rzeki, ani nie rzucało się w oczy bizantyjskim przepychem bazyliki Fourvière, dominującej nad miastem. Ten kościół był skromny, wręcz przysadzisty, głęboko osadzony w ziemi, jakby wrósł w fundamenty dawnego rzymskiego sanktuarium, na którego gruzach został wzniesiony prawie tysiąc lat temu.

Bez namysłu pchnęła ciężkie, dębowe drzwi obite żelaznymi ćwiekami.

Wrota zamknęły się za nią z głuchym, potężnym tąpnięciem, które w jednej chwili odcięło cały zgiełk Lyonu: szum ulewy, odległy warkot silników, syrenę karetki pędzącej w stronę szpitala Saint-Joseph i chłodny powiew jesiennego wiatru.

Zapadła cisza. Nie była to jednak cisza pusta, jaka panowała w jej pracowni — nie była to cisza martwego pokoju, w którym nikt nie mieszka. To milczenie miało swoją wagę, gęstość i temperaturę. Było jak wejście w głąb ziemi, do skarbca, w którym czas przestał płynąć wedle ludzkiej miary.

Liliana zatrzymała się tuż za kruchtą, mrugając powiekami, by przyzwyczaić wzrok do głębokiego półmroku. Wnętrze bazyliki było surowe, niemal ogołocone ze zbędnych ozdób. Nie było tu strzelistych, gotyckich łuków, które wyrywają wzrok gwałtownie ku niebu, oszałamiając człowieka przestrzenią. Architektura romańska Ainay działała zupełnie inaczej: parła w dół, ku fundamentom. Półkoliste łuki spoczywały na masywnych, niskich filarach i czterech potężnych, granitowych kolumnach, które — jak kiedyś wyczytała — pochodziły z ołtarza Rzymu i Augusta, stojącego na wzgórzu Croix-Rousse w czasach, gdy Lyon nazywał się Lugdunum. Te rzymskie ciosy, przecięte na pół i wstawione pod chrześcijańskie sklepienie, niosły teraz na swoich barkach ciężar wieków modlitwy.

Powietrze było przejmująco chłodne, przesycone wilgocią piaskowca, zapachem gaszonego wosku pszczelego i prastarą nutą kadzidła, które zdawało się uwięzione w porach kamiennych ścian od czasów średniowiecza. Liliana poczuła chłód przenikający przez wełniany płaszcz, ale nie ruszyła się z miejsca.

Jej oko malarki, wyczulone na najmniejsze niuanse światłocienia, zaczęło chłonąć przestrzeń. Światło z zewnątrz przedostawało się do środka jedynie przez nieliczne, wąskie glify okienne, przypominające strzelnice w murach obronnych. Było to światło oszczędne, niemal ascetyczne. Nie zalewało nawy głównej, lecz kładło się bladymi, ukośnymi smugami na nierównej fakturze kamienia, zawieszając w powietrzu miliony mikroskopijnych drobin pyłu. Ciosy piaskowca nie były idealnie gładkie; nosiły ślady dawnych dłut, szorstkie wyszczerbienia, ciemniejsze plamy wilgoci i złotawe refleksy w miejscach, gdzie w skale uwięziony był tlenek żelaza.

Każdy kamień w tym miejscu zdawał się trwać. Nie krzyczał, nie domagał się oklasków, nie próbował być niczym innym, niż był. Kamień po prostu był sobą, znosząc cierpliwie napór sklepienia.

Liliana ruszyła powoli nawą główną. Dźwięk jej kroków na kamiennych płytach posadzki wydawał się niestosowny, zbyt głośny, więc instynktownie zwolniła, stawiając stopy z ostrożnością kogoś, kto wkracza na teren obcy i nienaruszony. W kościele nie było nikogo. Tylko w bocznej kaplicy, w głębi nawy, migotało małe, czerwone światełko wiecznej lampki, rzucając drżący, krwisty refleks na chłodną ścianę z bloków wapienia.

Podeszła do jednego z rzędów prostych, drewnianych ławek w pobliżu prezbiterium i usiadła. Chłód drewna natychmiast przeszedł przez materiał spodni. Oparła dłonie na kolanach i spojrzała w stronę absydy. Złotawe tło mozaiki w konsze ołtarzowej, przedstawiającej Chrystusa w otoczeniu świętych, ledwie tliło się w półmroku, odbijając resztki dziennego światła.

Chciała coś pomyśleć. Chciała, zgodnie ze swoim artystycznym nawykiem, rozłożyć tę przestrzeń na czynniki pierwsze: ocenić proporcje transeptu, skontrastować surowość romańskich kapiteli z ciemnym błękitem malowideł Flandrina, przeanalizować relację między cieniem a smugą światła padającą na ołtarz. Jej umysł — przyzwyczajony do nieustannej produkcji komentarzy, ocen i analiz — próbował natychmiast ubrać to doświadczenie w słowa, w estetyczną teorię, w kolejną warstwę intelektualnego blichtru.

Ale kamień nie odpowiadał na te zabiegi.

W tej przestrzeni wszelkie estetyczne dyskusje gasły jak zapałka rzucona w głąb studni. Nagle uświadomiła sobie coś, co sprawiło, że po plecach przebiegł jej dreszcz: ta cisza nie była brakiem dźwięku. Była Obecnością.

To nie była martwota opuszczonego muzeum, w którym ogląda się zgasłe relikty przeszłości za szklanymi gablotami. To milczenie w Saint-Martin d’Ainay było naładowane, ciężkie, jak powietrze przed burzą, a jednocześnie niewiarygodnie spokojne. Czuła, że ktoś na nią patrzy. Nie z góry, nie z mozaiki na sklepieniu, nie z mrocznych narożników transeptu, ale z samego centrum tej ciszy — a może z samego dna jej własnego, spustoszonego serca.

Spróbowała się pomodlić. Przesunęła w pamięci paciorki znanych z dzieciństwa modlitw: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”. Słowa jednak zabrzmiały w jej myślach obco, sztucznie, jak puste skorupy orzechów. Były to słowa, którymi przez dwadzieścia sześć lat zasłaniała się przed Bogiem, zamiast przed Nim stawać. Były jak woda wylana na spękaną ziemię, która spływa po stwardniałej skorupie, nie wnikając ani na centymetr w głąb.

Zrozumiała nagle bezlitosną prawdę o sobie: ona nigdy tak naprawdę nie rozmawiała z Bogiem. Nigdy przed Nim nie zamilkła. Cała jej wiara, całe jej życie wewnętrzne było jedynie powierzchownym szmerem, płytkim strumieniem myśli, emocji i estetycznych uniesień, które zmieniały się z każdym podmuchem nastroju. Zawsze ślizgała się po powierzchni, biegając od jednego wrażenia do drugiego, od jednego obrazu do następnego, wierząc, że ruch oznacza życie.

A w tej romańskiej świątyni życie nie poruszało się na boki. Ono schodziło pionowo w dół.

Pojawiło się w niej nagłe, niemal fizyczne pragnienie, by przestać uciekać. Przestać malować pustkę. Przestać mówić. Przestać analizować chłód kamienia i kąt padania światła. Zamiast tego pojawił się lęk — pierwotny, nagi lęk przed tym, co znajdzie, jeśli przestanie zagłuszać ciszę. Co kryło się pod warstwą jej ambicji, jej wyobrażeń o sobie jako utalentowanej artystce, jej rodzinnych tradycji i towarzyskich póz? Pod spodem była tylko ciemność i suchość. Pustynia, na której nic nie rośnie.

Liliana zacisnęła palce na krawędzi drewnianej ławki. Wzrok jej spoczął na małym tabernakulum ukrytym w mroku ołtarza, obok którego palił się ten pojedynczy, wątły płomień.

— Jeśli jesteś… — szepnęła.

Słowa ledwie przeszły jej przez gardło, stłumione, prawie bezdźwięczne, a jednak w pustej przestrzeni Ainay zdawały się mieć siłę pęknięcia skały.

— Jeśli jesteś… nie pozwól mi dłużej żyć na powierzchni.

Nie nastąpiło żadne trzęsienie ziemi. Nie zabłysło mistyczne światło, nie rozległ się żaden głos z nieba. Mozaika w absydzie pozostała niewzruszona, a deszcz na zewnątrz wciąż uderzał w ołowiane ramy okien. A jednak w głębi jej klatki piersiowej, w miejscu, o którego istnieniu dotąd nie miała pojęcia, coś drgnęło. Było to uderzenie pierwszego dłuta w twardą, suchą ziemię. Początek kopania. Czuła, że dokopanie się do wody będzie wymagało przejścia przez warstwy kamienia, przez ból ogołocenia, przez ciemność, w której nie ma żadnych obrazów, żadnych kolorów i żadnych gotowych odpowiedzi.

Siedziała w chłodzie Saint-Martin d’Ainay przez kolejną godzinę, nie poruszając się, ucząc się po raz pierwszy w życiu najtrudniejszej ze sztuk: sztuki trwania przed Tym, którego obecność wyczuwa się jedynie przez ciężar własnej pustki.

Gdy wreszcie wstała, by wyjść, zauważyła, że zmierzch zaczął pochłaniać Lyon. Kamienne filary świątyni stopiły się z ciemnością, a smuga światła z glifu okiennego zgasła zupełnie. Kiedy pchnęła ciężkie wrota i wyszła na Place d’Ainay, deszcz ustał. Powietrze było ostre, pachnące rzeką i mokrym liściem.

Spojrzała na fasady starych kamienic, na latarnie miejskie zapalające się leniwie wzdłuż ulicy, na kałuże lśniące na czarnym bruku. Miasto było to samo, ale jej spojrzenie przestało być spojrzeniem malarki szukającej kompozycji. Zaczynała widzieć szczeliny.

ROZDZIAŁ II

Noc po wizycie w Saint-Martin d’Ainay nie przyniosła ukojenia, lecz dziwny, chłodny rodzaj bezsenności, w którym zmysły zamiast tępieć, stają się nadmiernie wyostrzone. Liliana leżała w antresoli swojej pracowni, wpatrując się w belkowany sufit z ciemnego modrzewia. Z dołu, przez szczelinę niedomkniętego okna, docierał jednostajny szum Saony — rzeka po całodziennych opadach wezbrała, niosąc ze sobą muł, połamane gałęzie z północnych przedmieść i ciężki zapach gnijącego tataraku.

Gdy nad Lyonem zaczął świtać kolejny dzień, światło nie przyniosło żadnej poezji. Było to świtanie powolne, niemal bolesne, sączące się zza wzgórza Croix-Rousse pod postacią mętnej, sinej poświaty, która z wolna wyciągała z cienia kąty pokoju: zardzewiały piecyk żeliwny, stosy starych numerów czasopism o sztuce, słoiki z zaschniętymi pędzlami ze szczeciny i owo czyste, lniane płótno na sztaludze, które w porannym półmroku zdawało się świecić własnym, oskarżycielskim blaskiem.

Liliana zeszła po stromych schodkach z antresoli. Jej bose stopy dotknęły zimnego parkietu, którego deski skrzypnęły pod jej ciężarem. Nalała wody do emaliowanego czajnika, postawiła go na małym palniku gazowym i podeszła do okna wychodzącego na Rue Sainte-Hélène.

Ulica powoli budziła się do życia, ale był to ruch ospały, stłumiony przez gęstą mgłę, która zawisła między fasadami kamienic. W dole właściciel piekarni z naprzeciwka podnosił z hałasem żelazną żaluzję; metaliczny zgrzyt rozerwał poranną ciszę, a zaraz potem z wnętrza lokalu buchnął zapach świeżo pieczonych bagietek, masła i palonej kawy. Chwilę później przez mgłę przemknął listonosz na żółtym rowerze, znikając w kierunku Place d’Ainay niczym bezcielesna zjawa.

Wszystko działo się dokładnie tak, jak każdego dnia od trzech lat, odkąd wynajęła to atelier. Świat zewnętrzny trwał w swoim niezmiennym, mechanicznym rytmie: ludzie szli do pracy, rury kanalizacyjne szumiały w ścianach, zegar na wieży kościoła odmierzał kwadranse z bezduszną precyzją. A jednak w niej samej powstała szczelina. Była tak drobna, że z zewnątrz nikt nie mógłby jej dostrzec — nikt nie zauważyłby różnicy w sposobie, w jaki wiązała pasek wełnianego swetra czy w tym, jak nalewała wrzątek do ceramicznego kubka. Ale od środka ta szczelina zmieniała perspektywę wszystkiego.

Wczorajsze słowa: „Jeśli jesteś, nie pozwól mi dłużej żyć na powierzchni” nie zniknęły wraz z nadejściem poranka. Przeciwnie — zaciążyły w jej wnętrzu jak ołowiany pion murarski, który nagle ujawnił, jak bardzo całe jej dotychczasowe życie było przekrzywione, jak bardzo opierało się na fałszywych fundamentach.

Podeszła do stolika roboczego. W blaszanej misce leżały tuby z farbami olejnymi — drogie, sprowadzane z Holandii pigmenty o wysokiej czystości: błękit kobaltowy, czerwień kadmowa, ziemia sienna palona, zieleń szmaragdowa. Przez lata uczyła się patrzeć na świat przez pryzmat tych nazw, redukując rzeczywistość do zestawień walorowych i harmonii chromatycznych. Gdy widziała człowieka, jej wzrok natychmiast rozkładał karnację na podtony ugru i różu weneckiego; gdy patrzyła na rzekę, myślała o gradacji szarości i laserunkach. To była tarcza. Estetyka była dla niej genialnym schronieniem przed spotkaniem z życiem. Malarstwo nie służyło jej do dotykania prawdy, lecz do bezpiecznego zarządzania wrażeniami zza bezpiecznej szyby formy.

Telefon leżący na parapecie zawibrował krótko, przesuwając się po zakurzonej blasze. Na ekranie pojawiło się powiadomienie: wiadomość od Juliena.

Julien był kuratorem galerii przy Rue Auguste Comte, zaledwie dwie przecznice dalej. Człowiek o nienagannym guście, autor kilku głośnych artykułów w branżowej prasie paryskiej, który potrafił ubrać w hermetyczną teorię najbardziej banalny gest artystyczny. „Lili, pamiętasz o piątkowym spotkaniu z kolekcjonerem z Genewy? Widział szkice twojej serii horyzontalnej. Jest zachwycony tą chłodną dekonstrukcją krajobrazu. Mówi, że to doskonała metafora współczesnej anhedonii. Przynieś coś świeżego, najlepiej w tych samych szarościach”.

Liliana wpatrywała się w podświetlony ekran, aż zgasł, pozostawiając na szkle jedynie odcisk jej kciuka.

„Metafora współczesnej anhedonii”. Jak gładko te słowa spływały z ust ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego głodu. Jak łatwo było handlować pustką, pakując ją w eleganckie ramy z surowego aluminium i wieszając na białych ścianach galerii przy dźwiękach cichego jazzu i brzęku kieliszków. Zrobiło jej się niedobrze. To nie była złość na Juliena — on robił po prostu to, czego od niego oczekiwano, poruszał się po wyznaczonych orbitach artystycznego rynku, gdzie każdy koncept musiał być ironiczny, a każda głębia podejrzana o naiwność. Złość, a raczej głęboki wstyd, czuła do samej siebie. Bo przecież przez tyle miesięcy grała w tę samą grę. Dostarczała im tego, co chcieli kupić: eleganckiej, wysmakowanej rozpaczy, która nikogo nie bolała, która nie stawiała żadnych żądań i nie zmuszała do opuszczenia bezpiecznej płycizny.

Wypchnęła kubek z niedopitą herbatą na brzeg stołu, włożyła buty i wyszła na ulicę.

Mgła zaczęła się podnosić, rozszczepiając się nad dachami Presqu’île na tysiące wilgotnych pasm, przez które powoli przebijało się blade, jesienne słońce. Liliana nie poszła w stronę Ainay — coś w niej bało się natychmiastowego powrotu do tego samego miejsca, jakby obawiała się, że wczorajsze przeżycie było tylko emocjonalnym przywidzeniem, które za drugim razem rozwieje się i ukaże kościół jako zwykły zabytek architektury romańskiej.

Zamiast tego skierowała się na zachód, w stronę Saony.

Przeszła przez Pont Bonaparte. Rzeka pod nią płynęła ciężko, brunatna od gliny zmytej z północnych wzgórz, rozbijając się z głuchym murem piany o kamienne filary mostu. Po drugiej stronie rzeki wznosił się Vieux-Lyon — średniowieczno-renesansowy labirynt wąskich kamienic, nad którym górowała potężna, piaskowa sylweta katedry Saint-Jean-Baptiste.

Liliana weszła w cień katedry. Tu, na Place Saint-Jean, chłód poranka wciąż trzymał się kurczowo wilgotnego bruku. Fasada katedry, wznoszona przez stulecia, była podręcznikiem przemian stylu: od ciężkiego, późnoromańskiego dołu z rzeźbionymi medalionami przedstawiającymi sceny biblijne i znaki zodiaku, po strzelisty, płomienisty gotyk górnych kondygnacji i wspaniałą rozetę z XIV wieku, której kamienne maswerki przypominały zamarzniętą koronkę.

Pchnęła boczne wrota i weszła do środka.

Katedra Saint-Jean była inna niż Saint-Martin d’Ainay. Była o wiele większa, bardziej majestatyczna, a jej gotyckie sklepienia uciekały w górę na wysokość ponad trzydziestu metrów, tworząc przestrzeń, która natychmiast przypominała człowiekowi o jego znikomości. Promienie porannego słońca, przechodzące przez witraże w absydzie, rzucały na kamienną posadzkę i filary plamy głębokiej purpury, szafiru i złota. Powietrze miało tu zapach starego drewna stalli chórowych, wilgotnego tynku i zimnego, wiekowego kamienia, który nigdy do końca nie nagrzewał się nawet w środku upalnego lata.

W północnym ramieniu transeptu stał zegar astronomiczny — XIV-wieczny cud mechaniki, w którym skomplikowany system kół zębatych, wahadeł i obracających się tarcz odmierzał nie tylko godziny i minuty, ale także pozycje słońca, księżyca i święta ruchome aż do końca obecnego stulecia. Kilkoro turystów z aparatami fotograficznymi czekało w milczeniu na wybicie pełnej godziny, wypatrując drewnianych figurek aniołów, koguta i Boga Ojca, które miały ożyć w mechanicznym spektaklu.

Liliana minęła ich szybko. Kunszt zegara, zamiast zachwytu, wywołał w niej dziwne ukłucie smutku. Ta skomplikowana maszyna była symbolem ludzkiego geniuszu, który potrafi zamknąć czas w żelaznych trybach, zmierzyć każdą sekundę i przewidzieć fazy księżyca, a jednocześnie nie jest w stanie dotknąć wieczności. Wszystko to działo się na powierzchni czasu. Minuty płynęły, koła zębate obracały się z suchym chrobotem, figurki kłaniały się według z góry ustalonego programu, a wnętrze człowieka wciąż pozostawało puste.

Odeszła w głąb bocznej nawy, gdzie mrok był gęstszy, a echa kroków turystów cichły. Oparła się o chłodny, żebrowany filar. Kamień był twardy, chropowaty, w szczelinach między blokami wyczuwała resztki wapiennej zaprawy, która z biegiem stuleci zamieniła się w pył.

Przymknęła oczy.

W jej wyobraźni natychmiast powrócił obraz, który przyszedł do niej poprzedniego wieczoru: obraz kopania studni.

Większość ludzi — i ona sama przez dwadzieścia sześć lat — żyła tak, jakby ich życie duchowe miało być rzeką rozlewającą się szeroko po nizinie. Chcieli widzieć dużo, doświadczać wielu rzeczy, kolekcjonować emocje, czytać mądre książki, zaliczać kolejne wystawy, zachwycać się architekturą, a w sferze religijnej: odmawiać modlitwy, uczestniczyć w ceremoniach, słuchać pięknej muzyki organowej. Wszystko to było szukaniem wody na powierzchni. Płytka tafla, która pokrywała hektary ziemi, ale pod którą ziemia wciąż pozostawała sucha, twarda i nieurodzajna.

Kopanie studni wymagało czegoś zupełnie innego. Wymagało wybrania jednego, konkretnego punktu — jednego miejsca w swoim własnym, realnym, nieupiększonym życiu — i uderzania w nie łopatą raz za razem. Bez przesuwania się w bok. Bez uciekania w ciekawsze rejony ogrodu, gdy tylko pod warstwą miękkiego piasku natrafi się na pierwszą litą skałę.

A pierwszą skałą, na którą natrafiła Liliana, była jej własna niezdolność do modlitwy.

Spróbowała stanąć przed Bogiem tu, w cieniu gotyckiego filaru katedry Saint-Jean. Stanąć bez żadnej roli do odegrania. Nie jako Liliana-artystka, nie jako Liliana-córka z dobrego domu, nie jako wykształcona paryżanka mieszkająca w Lyonie. Po prostu jako nagi człowiek.

I natychmiast zderzyła się z chaosem.

Gdy tylko zamknęła oczy i spróbowała skierować uwagę do wewnątrz, w jej głowie podniósł się niesamowity hałas. To nie była cisza, którą zastała wczoraj w Saint-Martin d’Ainay. To był jarmark jej własnych myśli. Przypomniała sobie niedokończony rachunek za prąd leżący na biurku; usłyszała protekcjonalny ton głosu Juliena tłumaczącego jej założenia nowej wystawy; przed oczami stanęła jej twarz matki, która w ostatniej rozmowie telefonicznej z subtelną, lecz raniącą troską pytała, kiedy wreszcie Liliana „zacznie żyć normalnie”; poczuła swędzenie w zgięciu łokcia, chłód podeszew butów i narastający, irytujący niepokój, że marnuje czas stojąc bezczynnie w kościele w środku dnia powszedniego.

Jej wnętrze nie przypominało spokojnego jeziora. Było rojem os, kotłowiskiem skojarzeń, lęków, wspomnień i planów, które rzucały się na nią ze wszystkich stron, gdy tylko próbowała przestać działać.

Poczuła bezsilność. Czy to właśnie miała być ta kontemplacja? To wewnętrzne rozbicie? Czy święci, o których czytała kiedyś w starych książkach z biblioteki dziadka, ci wszyscy asceci i mistycy, mieli w głowach ten sam bezładny jazgot?

Otworzyła oczy. Przed nią, po drugiej stronie nawy, na kamiennej ścianie wisiał stary krucyfiks z ciemnego, spękanego drewna orzechowego. Chrystus miał głowę opadłą na prawe ramię, a rzeźbiarz — zapewne jakiś anonimowy rzemieślnik z XV wieku — nie oszczędził surowości: żebra były wyraźnie zaznaczone, ramiona napięte pod nieludzkim ciężarem, a twarz, choć wykrzywiona cierpieniem, tchnęła przedziwnym, niepojętym spokojem.

Liliana wpatrywała się w ten profil przez długie minuty.

Chrystus na krzyżu nie uciekał przed rzeczywistością. Nie szukał estetycznego pocieszenia. Nie bawił się w dekonstrukcję formy. Wisiał przybity do twardego drewna w pełnym słońcu wzgórza za murami Jerozolimy, w absolutnym ogołoceniu ze wszystkiego: z szat, z godności, z uczniów, a w pewnym momencie nawet — jak krzyczał przed śmiercią — z odczuwalnej obecności Ojca.

A jednak to właśnie w tym ostatecznym braku, w tej nicości, dokonało się największe spotkanie Boga z człowiekiem.

Liliana zrozumiała nagle, że jej chaos wewnętrzny nie jest przeszkodą do modlitwy — jest jej jedynym prawdziwym początkiem. Przez lata myślała, że aby spotkać Boga, trzeba najpierw uporządkować swoje myśli, uciszyć emocje, wprowadzić się w stan podniosłego nastroju, a dopiero potem, w nienagannej duchowej szacie, zapukać do Jego drzwi. To było kolejne kłamstwo powierzchni. Bóg nie czekał na nią na końcu jej doskonałości. Czekał na nią w samym środku jej bałaganu, w jej niemocy skupienia się przez choćby dwie minuty, w jej złości na Juliena, w jej lęku przed pustym płótnem.

Kopać studnię to nie znaczy czekać, aż ziemia sama stanie się miękka jak wosk. Kopać to uderzać żelazem w kamień dokładnie tam, gdzie się stoi, choćby spod ostrza sypały się tylko suche iskry.

Odeszła od filaru i powolnym krokiem skierowała się do wyjścia. Kiedy wyszła na plac przed katedrą, słońce wreszcie przebiło się przez resztki mgły, zalewając Presqu’île po drugiej stronie rzeki złotym, jesiennym blaskiem. Wzgórze Fourvière wznosiło się nad jej głową stromo, porośnięte gęstwiną drzew, których liście płonęły już miedzią i żółcią.

Postanowiła nie wracać do pracowni przez most Bonaparte. Skręciła w lewo, w stronę kładki kładącej się wąską, stalową wstęgą nad nurtem Saony — Passerelle du Palais de Justice.

Kiedy szła środkiem kładki, zatrzymała się na chwilę i spojrzała w dół. Woda płynęła szybko, tworząc małe wiry wokół filarów. W jej gładkiej tafli odbijały się białe, neoklasycystyczne kolumny Pałacu Sprawiedliwości zwanego „pałacem dwudziestu czterech kolumn”. Odbicie było jednak zniekształcone, poszarpane przez drobne fale wywołane przez przepływającą barkę towarową. Wystarczyło jedno poruszenie wody, by potężny gmach ze swoimi korynckimi kapitelami zamienił się w chaotyczną plamę bieli i cienia.

Tak wyglądało jej życie. Odbijało wiele rzeczy, ale samo nie miało stałości.

Wróciła do pracowni przed południem. Podeszła prosto do sztalugi. Czyste płótno wciąż tam stało, ale teraz nie czuła już paraliżującego strachu. Czuła coś innego: zgodę na to, że na razie nic na nim nie powstanie. Zgodę na to, by przez pewien czas być po prostu pustym naczyniem.

Zdjęła z półki stary, metalowy budzik, nakręciła sprężynę i postawiła go na stoliku obok farb. Postanowiła: każdego dnia o tej samej porze, bez względu na to, co będzie działo się w jej głowie, poświęci pół godziny na bezruch. Na siedzenie przed Bogiem w milczeniu. Bez telefonu, bez muzyki, bez szkicownika w ręku. Będzie kopać. Nawet jeśli przez trzydzieści minut nie usłyszy nic prócz szumu własnej krwi w skroniach i tykania zegara.

Usiadła na prostym, drewnianym taborecie. Wyprostowała plecy. Zamknęła oczy.

Tykanie budzika wdarło się w ciszę pokoju z siłą młota uderzającego o kowadło: tik-tak, tik-tak, tik-tak. Każde uderzenie sekundy było jak uderzenie dłuta w twardą, suchą skałę.

ROZDZIAŁ III

Listopad nadszedł bez ostrzeżenia, przynosząc ze sobą gwałtowne ochłodzenie, które ścięło wody w przydrożnych rynsztokach cienką, chropowatą powłoką lodu. W Lyonie mróz miał inny charakter niż na północy; był wilgotny, przesiąknięty oparami obu rzek, wdzierający się pod wełniane płaszcze i kąsający stawy z nieustępliwą zaciętością. Mgły, które dotąd unosiły się wysoko nad dachami Presqu’île, opadły nisko na ulice, tłumiąc światło latarni gazowych do postaci mętnych, żółtawych plam zawieszonych w mlecznej zawiesinie.

Liliana siedziała na taborecie w swojej pracowni. Była szósta rano. Żeliwny piecyk w rogu pokoju zaledwie pykał cicho; wrzuciła do niego dwa szczapy bukowego drewna, ale płomień ledwie lizał wilgotną korę, wydzielając więcej gryzącego dymu niż ciepła. Powietrze w pomieszczeniu było tak zimne, że przy każdym wydechu z jej ust wydobywał się mały obłoczek pary, który po chwili rozpływał się w szarym półmroku.

Na stoliku tykał budzik. Czas odmierzany przez jego metalowe mechanizmy stał się dla niej w ostatnich tygodniach nowym rodzajem przestrzeni — przestrzenią surową, pozbawioną jakichkolwiek ozdób.

Codzienne pół godziny bezruchu okazało się najtrudniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek się podjęła. Gdyby ktoś z jej dawnego kręgu — Julien, krytycy z galerii czy dawni koledzy z pracowni malarstwa — zobaczył ją siedzącą na twardym drewnie z dłońmi spoczywającymi na kolanach i zamkniętymi powiekami, uznałby to zapewne za rodzaj modnej medytacji, formę higieny psychicznej mającej pobudzić kreatywność. Ale to, co działo się w środku, nie miało nic wspólnego z relaksem.

To była walka o każdy oddech.

Przez pierwsze dni wydawało jej się, że zwariuje. Gdy tylko zamykała oczy, jej umysł — nieprzyzwyczajony do braku zewnętrznych bodźców — wpadał w panikę. Zaczynał produkować obrazy z gorączkową szybkością: wspomnienia minionych rozmów, strzępy melodii usłyszanych w radiu, nagłe, absurdalne wyrzuty sumienia o dawno zapomniane drobiazgi, nieodpartą chęć wstania i poprawienia krzywo wiszącego płaszcza na wieszaku, swędzenie skóry, które stawało się nie do zniesienia dokładnie w piątej minucie siedzenia.

To była wierzchnia warstwa gleby. Luźna ziemia, pełna suchych liści, śmieci i korzeni chwastów, które poddawały się łatwo, ale nie dawały oparcia. Wszelkie próby „modlenia się” w tradycyjny sposób — układania w myślach pobożnych zdań, wzbudzania w sobie ciepłych uczuć wdzięczności czy zachwytu — kończyły się katastrofą. Zdania rozsypywały się po trzech słowach, a emocje okazywały się płytkie jak kałuża na rozgrzanym asfalcie.

Zrozumiała, że nie da się dokopać do źródła, próbując ozdabiać krawędź wykopu. Trzeba było kopać.

A kopanie w kontemplacji oznaczało jedno: nieustanne, cierpliwe, niemal nudne powracanie do punktu wyjścia. Gdy myśl uciekała w stronę wystawy Juliena — powrót. Gdy wyobraźnia podsuwała wspomnienie Paryża — powrót. Gdy serce ogarniał chłód i zniecierpliwienie — powrót do prostej obecności przed Bogiem. Bez pretensji, bez obwiniania się o roztargnienie, bez szukania widowiskowych rezultatów.

Uderzenie łopatą. Odrzucenie grudki ziemi. Kolejne uderzenie.

Po dwóch tygodniach miękka ziemia ustąpiła miejsca czemuś o wiele twardszemu: obojętności i oschłości. Zniknęły nawet te chaotyczne myśli, a na ich miejsce wkroczyła głucha, kamienna pustka. Nie czuła nic. Bóg nie wydawał się ani bliski, ani daleki; po prostu zdawał się w ogóle nie istnieć. Siedziała przed Nim jak przed pustą, betonową ścianą. To był ów moment, w którym — jak domyślała się z goryczą — większość ludzi rzuca narzędzia i odchodzi. Mówią wtedy: „To nie dla mnie”, „Modlitwa nie działa”, „Bóg milczy, więc Go nie ma”. Odchodzą z powrotem na płytki ocean wrażeń, gdzie przynajmniej coś się dzieje, gdzie fala kołysze, a woda odbija kolorowe neony.

Ale Liliana nie miała już dokąd wracać. Płytki ocean budził w niej mdłości. Czuła, że jeśli teraz odłoży dłuto, jej dusza obumrze z pragnienia w samym środku tętniącego życiem miasta.

Zegar zadzwonił ostrym, metalicznym terkotem, oznajmiając koniec trzydziestu minut.

Liliana otworzyła oczy. Światło w pracowni nieco pojaśniało, przyjmując barwę brudnej bieli. Wstała z taboretu; jej kolana były zesztywniałe od chłodu, a w krzyżu czuła tępy ból. Nie doznała żadnego olśnienia. W jej wnętrzu nie rozlał się żaden mistyczny pokój. A jednak, gdy podeszła do zlewu, by obmyć twarz lodowatą wodą, zauważyła w swoim odbiciu w starym, posrebrzanym lustrze coś nowego. W jej oczach nie było już owej gorączkowej, rozbieganej histerii, która towarzyszyła jej przez ostatnie lata studiów i wystaw. Była w nich surowość. Skupienie kogoś, kto podjął pracę fizyczną i wie, że przed nim jeszcze całe pokłady bazaltu do przebicia.

Wyszła z kamienicy przed dziewiątą. Chciała pójść na północ, ku wzgórzu Croix-Rousse, dawnemu sercu lyońskiego jedwabnictwa, gdzie strome zbocza poprzecinane były słynnymi traboules — wąskimi, krytymi przejściami łączącymi dziedzińce kamienic.

Wiatr wiejący od północy, schodzący doliną Saony, niósł w sobie zapach śniegu zalegającego już na szczytach odległych Alp. Kamienice przy Rue Mercière wydawały się wyższe niż zwykle; ich renesansowe fasady, z oknami o kamiennych węgarach i ciężkich gzymsach z żółtawego wapienia z Couzon, rzucały na wąską ulicę głęboki, niebieskawy cień. W oknach parterowych kawiarenek parowały szyby, za którymi widać było sylwetki ludzi pochylonych nad miseczkami z café au lait i porannymi gazetami.

Liliana szła powoli, chłonąc faktury i kolory, ale nie tak jak dawniej. Dawniej jej wzrok był drapieżny — kradł motywy, szukał gotowych kadrów, które można by przenieść na płótno i sprzedać jako wyraz „artystycznej wrażliwości”. Teraz patrzyła z pokorą. Widziała, jak woda kapiąca z pękniętej rynny wyżłobiła w kamiennym krawężniku małe, ciemne zagłębienie; widziała płaty łuszczącej się farby na okiennicach, pod którymi ukazywało się surowe, spękane drewno dębowe; widziała zmęczenie w rysach twarzy starszego mężczyzny, który pchał wózek ze skrzynkami porów i kapusty w stronę targu Saint-Antoine.

Materia świata miała swoją wagę. Nie była pustą dekoracją. Była stworzona, podtrzymywana w istnieniu przez Tego samego, który kazał jej trwać w milczeniu na twardym taborecie.

Minęła kościół Saint-Nizier z jego dwiema asymetrycznymi wieżami — jedną gotycką, ażurową i strzelistą, drugą renesansową, przysadzistą, z ceglasto-różowego kamienia. Weszła w zbocza Croix-Rousse, wspinając się po stromych schodach Montée de la Grande-Côte.

Im wyżej wchodziła, tym szerzej otwierała się za jej plecami panorama Lyonu. Powietrze stawało się rzadsze, czystsze, wolne od oparów rzeki. Zatrzymała się na małym placyku na szczycie wzniesienia, chwytając oddech.

W dole rozpościerało się miasto — olbrzymi, kamienny organizm uwięziony w widłach dwóch rzek. Saona i Rodan płynęły równolegle, zbiegając się na południu w wąski cypel Confluence. Dachy pokryte dachówką w kolorze zgaszonej terakoty przypominały łuskę olbrzymiego zwierzęcia leżącego w dolinie. Na wschodzie, za szeroką wstęgą Rodanu, nowoczesne dzielnice La Part-Dieu tonęły w sino-szarej zawiesinie spalin i dymu przemysłowego. Na zachodzie, naprzeciwko, wznosiło się wzgórze Fourvière, z białą, potężną sylwetą bazyliki przypominającej odwróconego słonia z czterema wieżami wzniesionymi ku niebu.

Z tej wysokości cały ten świat wydawał się niezwykle kruchy. Wszystkie ludzkie ambicje, wernisaże, transakcje giełdowe, pośpiech, artykuły w prasie i lęki przed jutrem — wszystko to działo się na tej cienkiej, kamiennej skorupie rozpiętej między dwoma nurtami wody.

Liliana poczuła, jak w jej sercu rodzi się ciche, przejmujące współczucie. Do ludzi pędzących w dole, do Juliena, do samej siebie z minionych lat. Jakże łatwo było pogubić się w tym labiryncie dachów i ulic. Jakże naturalne było to, że człowiek, otoczony ze wszystkich stron wytworami własnych rąk — kamieniem, betonem, asfaltem i szkłem — zapominał o Źródle, które bije pod fundamentami tego wszystkiego.

Zeszła w dół przez jedną z najstarszych traboules. Weszła w ciemną, sklepioną sień kamienicy, pchnęła drewnianą furtkę i znalazła się na wewnętrznym dziedzińcu. Przestrzeń była tu studnią: cztery ściany z surowego kamienia wznosiły się pionowo na wysokość pięciu pięter, połączone zawieszonymi w powietrzu galeriami i kręconymi schodami z piaskowca. Na dole panował wieczny półmrok, wilgoć pachniała starym praniem i chłodnym piwnicznym tynkiem, a wysoko w górze, w kwadratowym wycięciu dachu, widać było mały skrawek bladoniebieskiego, zimowego nieba.

Zatrzymała się na środku brukowanego podwórza.

Ten dziedziniec był jak ludzkie wnętrze. Odcięty od horyzontu, ogołocony z widoków na miasto, zmuszający do spojrzenia wyłącznie w górę — albo w głąb studni pod stopami.

W tej chwili, pośród wilgotnych murów XVI-wiecznej kamienicy, z dala od kościołów i ołtarzy, Liliana po raz pierwszy poczuła dotknięcie modlitwy, która nie była jej własnym wysiłkiem.

To nie była myśl. To nie było uczucie. To była nagła, prosta i niewzruszona pewność, że Ktoś tu jest. Ktoś, kto nie potrzebuje słów, by mówić, i nie potrzebuje światła, by widzieć. Była to Obecność tak cicha, że najmniejsze poruszenie własnego ego mogło ją spłoszyć, a jednocześnie tak potężna, że unosiła na sobie cały ciężar tych kamiennych murów, chłodu listopada i jej własnego, poranionego życia.

Nie padła na kolana. Nie złożyła rąk. Po prostu stała w cieniu kręconych schodów, pozwalając, by ta Obecność przenikała ją na wskroś, jak woda powoli przesączająca się przez warstwę piasku i żwiru.

Zrozumiała, na czym polega tajemnica studni.

Woda nie pojawia się dlatego, że człowiek z całych sił próbuje ją wyprodukować. Woda już tam jest. Czeka na dnie, pod tonami kamieni, odwieczna, czysta i chłodna. Zadaniem człowieka nie jest stworzenie źródła, lecz usunięcie gruzu, który je zasypał. Każde pół godziny bezruchu, każde odrzucenie próżnej myśli, każda zgoda na własną oschłość i ubóstwo były niczym innym jak wyciąganiem kolejnego wiadra kamieni z dna wykopu.

Gdy po kilkunastu minutach wyszła z traboule na gwarne nabrzeże Saony, słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, rzucając na wodę długie, miedziane refleksy. Szła w stronę Presqu’île lekkim, pewnym krokiem.

W jej pracowni czekało puste płótno. Wiedziała, że jutro rano znów usiądzie na twardym taborecie przed budzikiem. I wiedziała, że jutro skała może znów okazać się twarda i nieustępliwa. Ale na dnie tej ciemności nie było już rozpaczy.

Była nadzieja, że pod uderzeniami dłuta wreszcie trzaśnie ostatnia warstwa bazaltu.

ROZDZIAŁ IV

Grudzień przyniósł do Lyonu wiatr znad północnych płaskowyżów, który wdzierał się w dolinę Rodanu jak przez zwężkę Venturiego. Ulice Presqu’île opustoszały ze spacerowiczów; ludzie przemykali pod murami kamienic z głowami wtulonymi w szaliki, a wzdłuż Rue de la République rozbłysły świąteczne iluminacje — girlandy sztucznego, zimnego światła LED, które odbijały się w mokrym bruku jaskrawymi, fosforyzującymi plamami błękitu i bieli. Sklepowe witryny uginały się pod ciężarem luksusu: piramidy jedwabnych chust, porcelanowe figurki, butelki drogich win z doliny Rodanu i pudełka pralin w lśniących celofanach.

W powietrzu unosił się zapach prażonych kasztanów, przyprawionego grzanego wina i wilgoci parującej z ubrań tłumu wylewającego się z domów towarowych. Był to czas gorączkowego obdarowywania się rzeczami, które miały zastąpić obecność, i kupowania wrażeń, które miały zagłuszyć nieubłaganie skracający się dzień.

Liliana siedziała w kawiarni przy Place des Célestins, naprzeciwko klasycystycznego gmachu teatru o fasadzie z szarego wapienia, flankowanej korynckimi kolumnami. Przed nią stała mała filiżanka espresso, którego gęsta, ciemna crema zdążyła już ostygnąć i zamienić się w cienką, popękaną powłoczkę. Naprzeciwko niej siedział Julien.

Miał na sobie ciemnogranatowy płaszcz z kaszmiru, a na stoliku obok jego dłoni leżał najnowszy numer branżowego magazynu z połyskliwą okładką, na której wybito tłoczonymi literami tytuł głównego eseju: „Immanencja pustki w nowym francuskim malarstwie”.

— Nie rozumiem cię, Lili — powiedział cicho, obracając w palcach srebrną łyżeczkę. Jego głos był spokojny, aksamitny, wyćwiczony w dziesiątkach wernisażowych dyskusji, gdzie żadne słowo nie mogło być zbyt dosłowne, by nie urazić czyjegoś wyrafinowanego smaku. — Ten człowiek z Genewy, pan van der Berg, był gotów zarezerwować całą twoją serię horyzontalną jeszcze przed ukończeniem prac. Widział to, co pokazałaś na wiosnę. Powiedział mi wprost: „Ta dziewczyna potrafi uchwycić chłód epoki. W jej szarościach nie ma taniej nadziei, jest tylko naga, egzystencjalna obojętność. To jest to, czego szukają nasi klienci”. A ty znikasz na miesiąc. Nie odbierasz telefonów. Twój telefon milczy, twoja pracownia jest zamknięta od środka, a wczoraj przysyłasz mi wiadomość, że seria jest nieaktualna?

Liliana spojrzała przez szybę kawiarni na plac. Drobny, lodowaty deszcz zaczął zacinać o szyby, rozmywając sylwetki przechodniów w bezkształtne cienie.

— Nie jest nieaktualna, Julien — odpowiedziała, a jej głos brzmiał dziwnie obco w tym nagrzanym, wypełnionym brzękiem porcelany wnętrzu. — Ona po prostu nie istnieje. Była kłamstwem od pierwszego pociągnięcia pędzla.

Julien westchnął lekko, kręcąc głową z wyrazem pobłażliwej troski, jakim starszy brat zbywa kaprysy nastolatki.

— Sztuka nie operuje kategoriami kłamstwa i prawdy, moja droga. To pojęcia z XIX wieku, z epoki moralizatorstwa. Sztuka to gra formy z percepcją odbiorcy. Jeśli płótno wywołuje rezonans, jeśli zmusza do intelektualnego wysiłku, jeśli generuje wartość na rynku, to jest prawdziwe w jedyny możliwy sposób. Nie możesz nagle udawać, że szukasz jakiejś absolutnej prawdy. Gdzie chcesz jej szukać? W farbie olejnej? W gruncie malarskim? W muzeach?

— W studni — powiedziała cicho, niemal nieświadomie.

Julien uniósł brwi, a na jego ustach pojawił się cień rozbawienia.

— W czym?

— W studni — powtórzyła, tym razem patrząc mu prosto w oczy. — Przez całe studia uczyliście nas, jak malować powierzchnię kałuży. Jak rozlewać odrobinę wody po gładkim stole, żeby lśniła, żeby odbijała światła galerii, żeby krytycy mogli przejrzeć się w niej i zachwycić własną erudycją. Nikt nigdy nie zapytał, czy w tej wodzie jest życie. Nikt nie zapytał, czy można się z niej napić, gdy człowiek umiera z pragnienia. Ja umieram z pragnienia, Julien. I nie zamierzam dłużej sprzedawać ludziom szklanki piasku, wmawiając im, że to napój bogów.

Julien odłożył łyżeczkę. Metaliczny dźwięk zabrzmiał sucho na marmurowym blacie. W jego spojrzeniu zgasło rozbawienie; pojawił się chłód profesjonalisty, który wyczuwa, że inwestycja wymyka się spod kontroli.

— To brzmi jak załamanie nerwowe, Lili. Albo, co gorsza, jak jakiś archaiczny, religijny kryzys. Myślałem, że jesteś ponad to. Pamiętaj tylko o jednym: rynek nie czeka. Jeśli wypadniesz z obiegu teraz, na tym etapie, nikt nie będzie cię szukał. Za drzwiami Beaux-Arts stoi setka absolwentów, którzy bez mrugnięcia okiem zamalują sto metrów kwadratowych płótna w dowolnej estetyce, jaką im wskażę.

— Wiem — odpowiedziała spokojnie. — I właśnie dlatego muszę odejść.

Wstała, zostawiając na stole monetę za kawę, której prawie nie tknęła. Julien nie próbował jej zatrzymywać. Gdy wychodziła, kątem oka dostrzegła, jak otwiera swój magazyn i zaczyna przeglądać spis treści, z powrotem zanurzony w bezpiecznym, papierowym świecie pojęć.

Na zewnątrz uderzyło w nią lodowate powietrze. Wiatr wiejący od Saony niósł ze sobą kłujące drobiny marznącego deszczu. Płaszcz natychmiast zwilgotniał, a chłód zaczął przenikać przez rękawy, ale zamiast skurczu poczuła przedziwną, dziką ulgę. To było jak zerwanie ostatniej cumy, która trzymała łódź przy zatrutym, gnilnym nabrzeżu. Mosty zostały spalone. Nie było już powrotu do wygodnej roli obiecującej malarki młodego pokolenia.

Szła w stronę Place d’Ainay niemal biegiem, jakby uciekała przed niewidzialnym pościgiem, ale jej stopy same prowadziły ją znajomą drogą. Przeszła przez Rue Sainte-Hélène, minęła bramę swojej pracowni, nawet nie zwalniając, i skręciła prosto w stronę romańskiej bryły Saint-Martin d’Ainay.

Weszła do wnętrza jak ktoś, kto wraca do domu po wieloletniej tułaczce.

Ciężkie wrota zamknęły się za nią, gasząc miejski zgiełk, a przestrzeń świątyni otoczyła ją swoim niezmiennym, kamiennym ramieniem. W środku panował głęboki, zimowy chłód — kamienie z Couzon i rzymski granit zdawały się kumulować grudniowy mróz w swoich porach, oddając go w postaci surowego, ostrego powietrza, które paliło w płucach przy każdym wdechu. Nie było tu żadnych choinek z błyszczącymi bombkami, żadnych świecidełek. Tylko surowy kamień, cztery potężne kolumny, mrok w bocznych kaplicach i owa wątła, czerwona iskra wiecznej lampki przy tabernakulum.

Liliana podeszła do pierwszego rzędu ławek, ale tym razem nie usiadła.

Opadła na kolana wprost na kamienną posadzkę.

Twardość ciosów wapienia uderzyła w jej rzepki z tępym, przejmującym bólem, który przeszył całe ciało aż do karku. Zimno kamienia natychmiast zaczęło przenikać przez materiał spodni. Oparła czoło o chropowate, dębowe oparcie ławki stojącej przed nią i zacisnęła powieki.

Wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie — rozmowa z Julienem, porzucenie wystawy, samotne godziny przed budzikiem w lodowatej pracowni, poczucie bezkresnej pustki — zbiegło się w tym jednym punkcie.

Dotarła do litej skały.

Nie było już gdzie uciekać. Warstwa próżności, warstwa ludzkich oczekiwań, warstwa lęku przed odrzuceniem — wszystko to leżało odrzucone na bok, jak hałdy bezużytecznej ziemi wokół wykopanego dołu. Na dnie była tylko ona i ta przerażająca, milcząca Obecność, która nie dawała żadnych obietnic, nie składała żadnych deklaracji, a jedynie trwała przed nią w surowym majestacie wiecznego „JESTEM”.

— Boże… — wyszeptała w ciemność, a jej oddech ogrzał na moment zlodowaciałe drewno ławki. — Jeśli chcesz ode mnie wszystkiego, weź to. Zabierz to malarstwo, zabierz te obrazy, zabierz moje imię. Ale nie zostawiaj mnie na brzegu. Pozwól mi dokopać się do Ciebie. Choćby to miało kosztować wszystko.

Gdy to wypowiedziała, w kościele zapadła cisza tak absolutna, że słyszała uderzenia własnego serca — wolne, miarowe, jak uderzenia dzwonu na trwogę.

I wtedy, po raz pierwszy w jej życiu, stało się coś, czego nie potrafiłby opisać żaden podręcznik estetyki ani żadna teoria sztuki.

Ta cisza przestała być zewnętrzna.

Dotąd Bóg w Saint-Martin d’Ainay wydawał jej się Kimś, kto zamieszkuje tę przestrzeń, Kimś obecnym w tabernakulum, w cieniu romańskich absyd, w powietrzu przesyconym dawnym kadzidłem. Był na zewnątrz niej — wspaniały, groźny, surowy i wzywający.

W tej jednej, nieuchwytnej sekundzie, gdy ból kolan wbijających się w posadzkę stał się prawie nie do zniesienia, owa granica pękła.

Cisza z kamiennych murów wlała się wprost w głąb jej klatki piersiowej, jakby w jej wnętrzu otworzyła się bezdenna otchłań, w którą runęły wszystkie dotychczasowe pojęcia o sobie samej. To nie było uczucie — nie było w tym żadnego sentymentalnego ciepła, żadnych łez uniesienia, żadnych dreszczy na skórze. To było czyste, nagie poznanie. Poznanie bez obrazów.

Zrozumiała, że nie musi szukać Boga poza sobą, bo On jest bliżej niej, niż ona sama jest siebie. Był w samym centrum jej istnienia — tam, gdzie nie sięgały myśli, gdzie kończyły się słowa, gdzie gasła pamięć i wyobraźnia. Było to spotkanie w punkcie najgłębszego milczenia, w którym człowiek nie mówi już nic, bo każde wypowiedziane słowo byłoby zuchwałym hałasem.

Woda trysnęła.

Nie z góry, nie w postaci deszczu emocji, ale z samego dna wykopanej studni. Była to woda żywa — niewidzialna dla oczu, niesłyszalna dla uszu, a jednak gasząca pragnienie tak dogłębnie, że każda inna troska stała się w jednej chwili nieważna, niemal śmieszna w swojej znikomości.

Liliana klęczała na zimnej posadzce, a czas przestał istnieć. Nie wiedziała, czy minęło pięć minut, czy dwie godziny. Trwała w tym czystym, ogołoconym akcie wiary, który mistycy nazywali kontemplacją wlaną — stanem, w którym dusza nie tworzy już żadnych pojęć, lecz po prostu pozwala się kochać, spoczywając w Bogu jak dziecko na piersi matki, w mroku, który jest jaśniejszy od wszelkiego południowego słońca.

W tym milczeniu wszystkie pytania, które dręczyły ją przez lata, znalazły odpowiedź — nie w postaci logicznych formuł, lecz w postaci Osoby. Bóg nie rozwiązał jej problemów; On po prostu wszedł w jej życie, a Jego obecność uczyniła problemy bezprzedmiotowymi.

Gdy wreszcie podniosła się z klęczek, jej ciało drżało z zimna, a nogi odmówiły posłuszeństwa, tak że musiała przez chwilę przytrzymać się krawędzi ławki. Ale w jej wnętrzu panował przedziwny, niewzruszony pokój — spokój tak głęboki, jak wody podziemnego jeziora ukrytego setki metrów pod lyońskim bazaltem, nienaruszonego przez żadne sztormy szalejące na powierzchni ziemi.

Podeszła do wyjścia. Kiedy pchnęła wrota, mroźny wiatr uderzył w jej twarz z nową siłą.

Na Place d’Ainay zapadał zmrok. Latarnie rzucały złote kręgi na mokry bruk, z dachów kapała woda, a w dali, za rzeką, na wzgórzu Fourvière, rozbłysła potężna sylweta bazyliki, oświetlona reflektorami w kolorze kości słoniowej.

Liliana zapięła płaszcz pod szyją. Spojrzała na swoje dłonie — blade, zmarznięte, o wysuszonej skórze. Wiedziała, że jutro wróci do pracowni. Ale nie po to, by malować próżność tego świata, i nie po to, by zadowalać krytyków z Paryża.

Jeśli kiedykolwiek jeszcze weźmie pędzel do ręki, to tylko po to, by dać świadectwo temu Jednemu: że pod najtwardszą, najbardziej jałową skałą ludzkiego życia bije źródło, które czeka na każdego, kto odważy się kopać w głąb.

ROZDZIAŁ V

Styczeń spowił Lyon lodowatą, nieruchomą ciszą. Nie padał śnieg; zamiast niego z bezchmurnego, wyblakłego nieba sączył się suchy, arktyczny mróz, który zamienił wody Saony w leniwą, półpłynną masę niosącą przy brzegach kry lodu. Fasady kamienic wzdłuż Quai Tilsitt wydawały się skurczone, jakby cofały się przed zimnem w głąb ciasnych zaułków Presqu’île. Dźwięki miasta stały się ostre, metaliczne — zgrzyt kół tramwajowych na szynach, trzask zamykanych bram, suchy stukot obcasów na zmrożonym bruku niosły się w rzadkim powietrzu z niezwykłą wyrazistością.

W pracowni przy Rue Sainte-Hélène panował chłód, którego nie był w stanie rozproszyć nawet rozgrzany do czerwoności żeliwny piecyk. Zapach terpentyny, który przez lata zdawał się wżarty w podłogi i tynki, osłabł, stłumiony przez wszechobecny zaduch zmarzniętego drewna i sadzy.

Liliana stała pośrodku pokoju, ubrana w dwa grube swetry i znoszone spodnie robocze. Jej dłonie, ukryte w wełnianych mitenkach z obciętymi palcami, trzymały płaską szczotkę ze świńskiej szczeciny. Przed nią, na dębowej sztaludze, wciąż tkwiło to samo lniane płótno, które jeszcze w październiku było niemym świadkiem jej bezsilności.

Przez ostatnie tygodnie jej życie uległo radykalnemu uproszczeniu, które dla postronnego obserwatora wyglądałoby na rezygnację lub obłęd. Zerwała kontakty z galerią Juliena; przestała bywać w kawiarniach wokół Place des Terreaux, gdzie artyści spierali się o granty i koncepcje; wyłączyła dzwonek w telefonie, sprawdzając wiadomości zaledwie raz w tygodniu, by uspokoić rodziców zwięzłym, wyważonym zdaniem, że pracuje i wszystko u niej w porządku.

Jej dni zostały ujęte w niewidoczne, lecz żelazne ramy. Rano, zanim pierwsze promienie słońca dotknęły dachów Fourvière, siadała na taborecie. Pół godziny bezruchu przestało być polem bitwy. Nie dlatego, że myśli całkowicie zniknęły — ludzki umysł nigdy nie przestaje szumieć, jak liście platanu na wietrze — ale dlatego, że przestała z nimi walczyć. Pozwalała im przepływać. Gdy pojawiała się myśl o rachunkach, o przyszłości, o tym, z czego opłaci czynsz za pracownię na wiosnę, nie chwytała jej ani nie odpychała. Pozwalała jej odejść w nicość, sprowadzając uwagę ku owemu punktowi w głębi klatki piersiowej, gdzie pod twardą skałą istnienia biło ciche, niewzruszone Źródło.

W południe szła do Saint-Martin d’Ainay. Wchodziła w romański chłód, klękała na kamiennej posadzce i po prostu trwała. Pół godziny. Czasem godzinę. Nauczyła się kochać ten surowy piaskowiec, niosący ślady rzymskich dłut i średniowiecznych pożarów. W tym kościele nie było nic taniego. Nie było tam sztucznego uniesienia, które można kupić za pomocą gry świateł czy sentymentalnej melodii. Była tylko prawda materii i prawda Ducha.

Dziś jednak po raz pierwszy od miesięcy poczuła, że musi dotknąć płótna.

Nie była to dawna, gorączkowa potrzeba ekspresji — ów przymus wyrzucenia z siebie czegoś efektownego, co mogłoby zdobyć uznanie w oczach innych. To było coś zupełnie innego: cichy, spokojny nakaz, przypominający pracę rzemieślnika, który staje przed kawałkiem drewna, by nadać mu formę stołu lub naczynia.

Podeszła do palety. Nie wycisnęła na nią jaskrawych kolorów. Nie było tam błękitu kobaltowego ani szkarłatu. Na wytartej desce z drewna orzechowego znalazły się tylko cztery pigmenty: biel tytanowa, czerń z kości słoniowej, ziemia sienna palona i odrobina ugru żółtego z kamieniołomów w Roussillon.

Zanurzyła pędzel w mieszaninie oleju lnianego i odrobiny sykatywy. Ręka nie drżała.

Pierwsze pociągnięcie było szerokie, poziome, kładzione u samego dołu płótna. Ciemny, gęsty ton umbry wymieszanej z czernią wszedł głęboko w sploty surowego lnu. To nie był kolor rozpaczy; to był kolor ziemi. Ziemi zbitej, przemarzniętej, obojętnej na ludzkie krzyki, niosącej w sobie ciężar zapomnienia.

Pracowała powoli, bez pośpiechu, wsłuchując się w szelest szczeciny trącej o chropowatą powierzchnię gessa. Z każdym ruchem pędzla w jej umyśle nie rodziły się teorie ani koncepty. Rodziła się modlitwa — bezsłowna, tożsama z ruchem nadgarstka, z zapachem oleju, z chłodem wnikającym przez palce.

Malarstwo przestało być celem samym w sobie. Zostało zepchnięte z ołtarza, na którym Liliana stawiała je od szesnastego roku życia. Przestało być bożkiem, który żądał ofiar z jej spokoju, z jej relacji i z jej prawdy. Stało się po prostu służbą, narzędziem, oknem wykutym w kamiennej ścianie, przez które można było spojrzeć w inną stronę.

Około drugiej po południu światło w pracowni zaczęło mętnieć. Na zewnątrz słońce, blade jak opłatek, zsunęło się za strome zbocze wzgórza Fourvière. Liliana odłożyła pędzel do słoika z naftą, wytarła dłonie w szmatę i spojrzała na obraz z odległości kilku kroków.

Na płótnie nie było żadnej figury. Nie było krajobrazu w tradycyjnym sensie tego słowa. Było tylko napięcie między dwoma żywiołami: ciężką, nieprzeniknioną masą ciemności u dołu, która wznosiła się ku środkowi kompozycji szorstką, nawarstwioną fakturą, oraz wąską, ledwie dostrzegalną szczeliną u góry, gdzie spod laserunków ziemi siennej i bieli przezierało światło. Nie było to jednak światło słoneczne; było to światło wewnętrzne, zimne, a zarazem niosące obietnicę ognia, przypominające ową pojedynczą iskrę tnącą mrok romańskiej krypty w Ainay.

Gdy stała tak w milczeniu, z dołu, z klatki schodowej, dobiegły ciężkie, powolne kroki. Ktoś wchodził na trzecie piętro, zatrzymując się na każdym półpiętrze, by złapać oddech. Po chwili rozległo się pukanie — trzy ciche, metaliczne uderzenia w dębowe skrzydło drzwi.

Liliana drgnęła. Przez moment wahała się, czy otworzyć. Przez ostatnie tygodnie nikt tu nie przychodził, a samotność stała się jej bezpieczną twierdzą. Pukanie powtórzyło się, tym razem nieco głośniej, ale bez natarczywości.

Podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku.

Na wycieraczce stał starszy mężczyzna w sfatygowanym, czarnym palcie z postawionym kołnierzem, pod którym widać było wąski pasek białej koloratki. Miał na głowie wełniany beret, spod którego wymykały się kosmyki siwych, rzadkich włosów, a jego twarz — poorana głębokimi bruzdami wokół oczu i ust — miała kolor wysuszonego pergaminu. W ręku trzymał grubą, skórzaną teczkę ze spękanymi rączkami.

Liliana rozpoznała go natychmiast. To był ojciec Gabriel, proboszcz z Saint-Martin d’Ainay. Widywała go niemal codziennie, gdy przemykał cicho boczną nawą kościoła z brewiarzem w dłoni albo gdy odprawiał poranną mszę w bocznej kaplicy dla zaledwie trzech starszych kobiet. Nigdy ze sobą nie rozmawiali; wymieniły ich tylko milczące spojrzenia w półmroku świątyni.

— Panno Liliano? — zapytał głosem lekko zachrypniętym od mrozu, z wyraźnym, miękkim akcentem z południa Francji. — Przepraszam, że nachodzę panią bez uprzedzenia. Panna Clémence z kwiaciarni na dole powiedziała mi, że pani tu mieszka.

— Proszę wejść, proszę ojca — powiedziała cicho, cofając się w głąb pracowni i otwierając drzwi szerzej. — Tu jest bardzo zimno, piecyk ledwo grzeje, ale… proszę wejść.

Ksiądz przestąpił próg, zdejmując beret ruchem pełnym skromności i szacunku dla obcej przestrzeni. Rozejrzał się po pracowni z powolną, uważną ciekawością człowieka, który rzadko bywa w miejscach poświęconych sztuce. Jego wzrok omiótł sterty starych blejtramów, słoiki z pędzlami, zakurzone półki z książkami i zatrzymał się na świeżym, schnącym płótnie na sztaludze.

Stała w milczeniu, czekając, co powie. W jej wnętrzu na ułamek sekundy odezwał się dawny odruch: lęk przed oceną, chęć wytłumaczenia się, obrony kompozycji, wyjaśnienia, że to tylko szkic, że to nie jest skończone dzieło. Ale stłumiła ten głos. W obecności tego starego kapłana wszelkie tłumaczenia wydały jej się nie na miejscu.

Ojciec Gabriel podszedł bliżej sztalugi, mrużąc oczy za grubymi szkłami okularów w rogowej oprawie. Patrzył na płótno przez bardzo długi czas — tak długi, że w ciszy pokoju słychać było jedynie ciche syczenie palnika gazowego, na którym Liliana postawiła czajnik z wodą.

Wreszcie odwrócił się do niej. W jego wyblakłych, szaroniebieskich oczach nie było ani cienia wernisażowego krytycyzmu, ani protekcjonalnej pobłażliwości Juliena. Było w nich coś innego: głębokie, spokojne zrozumienie, jakie człowiek, który całe życie spędził na modlitwie, żywi dla kogoś, kto dopiero co wszedł na pustynię.

— Kamień z Ainay jest twardy, prawda? — odezwał się cicho, wskazując ruchem podbródka na dolną partię obrazu.

Liliana poczuła, jak w gardle rośnie jej gula. Skinęła tylko głową, nie ufając własnemu głosowi.

— Widuję panią codziennie od dwóch miesięcy — ciągnął kapłan, odstawiając teczkę na brzeg drewnianego taboretu. — Młodzi ludzie rzadko potrafią tak klęczeć. Zwykle przychodzą, żeby obejrzeć rzeźby, zrobić zdjęcie kolumnom Augusta, postawić świeczkę, pomodlić się przez trzy minuty o zdanie egzaminu i wybiec z powrotem na Place Bellecour, w hałas. Pani klęczy tak, jakby pani pod tą posadzką kopała grób. Albo… jakby pani czegoś szukała.

— Szukam studni — powiedziała, a słowa te tym razem nie brzmiały jak metafora, lecz jak wyznanie winy i nadziei jednocześnie.

Ojciec Gabriel uśmiechnął się lekko. W kącikach jego oczu zebrały się drobne zmarszczki.

— Studnia to dobre słowo. Bardzo stare słowo. Świat myśli, że wiara to zamek na wzgórzu — z basztami, z chorągwiami, widoczny z daleka, potężny i imponujący. Ludzie budują takie zamki ze swoich pojęć, ze swoich moralnych osiągnięć, ze swojej pobożności. A potem przychodzi wiatr, przychodzi kryzys, przychodzi naga prawda o ludzkiej słabości i zamek rozsypuje się w pył, bo był zbudowany na piasku. Kontemplacja nie buduje zamków, panno Liliano. Ona kopie w dół. Schodzi w ciemność, aż dotrze do Skały, którą jest Chrystus. A ze Skały tryska woda.

Podszedł do okna i spojrzał w dół, na cichą Rue Sainte-Hélène.

— Przyszedłem do pani z bardzo prozaiczną sprawą — powiedział, odwracając się z powrotem. — W kaplicy św. Blandyny, w północnej nawie, wilgoć z Saony zniszczyła stary, drewniany antepedium ołtarzowe. Nic wielkiego, XIX-wieczna robota, rzemieślnicza snycerka pomalowana na ciemny brąz. Wszystko spróchniało i rozsypało się na kawałki. Konserwator diecezjalny kazał to usunąć. Został goły, surowy stół z piaskowca. Brakuje tam czegoś, co skupiałoby wzrok, ale nie rozpraszało serca. Pomyślałem o pani.

Liliana zamarła.

— O mnie? Ale… proszę ojca, ja nie maluję sztuki sakralnej. Ja nie potrafię malować świętych, nie umiem pisać ikon. Całe moje życie to było nowoczesne malarstwo bezprzedmiotowe…

— I bardzo dobrze — przerwał jej łagodnie kapłan, unosząc dłoń. — W Ainay nie potrzeba nam kolejnego słodkiego obrazka z fabryki w Saint-Sulpice. Mamy dość złoceń i gipsowych figur w innych kościołach miasta. W Ainay kamień sam w sobie jest modlitwą. Jeśli ma tam powstać coś nowego, to nie może to być obraz, który mówi za dużo. To musi być płótno, które potrafi milczeć tak samo jak te mury. Płótno, które nie zasłania Boga, ale pomaga człowiekowi zamilknąć.

Spojrzał jeszcze raz na jej obraz na sztaludze — na to surowe, ciemne tło i wąską, pionową szczelinę światła.

— Niech pani o tym pomyśli. Bez pośpiechu. Niech pani z tym posiedzi w kościele. Nie ma żadnego terminu, nie ma umowy ani pieniędzy z kurii — mogę pani zaoferować jedynie zwrot kosztów za farby i grunt. Ale może to jest właśnie to jedno miejsce, w którym pani studnia ma przestać służyć tylko pani samej?

Zapiął palto pod szyją, wziął swoją teczkę i ruszył ku wyjściu.

— Niech Bóg pani błogosławi, dziecko. I niech pani pamięta: kiedy woda wytryśnie na dnie studni, nie należy jej tam zamykać. Trzeba pozwolić, by inni mogli zaczerpnąć choćby kroplę.

Drzwi zamknęły się cicho.

Liliana została sama w wychłodzonej pracowni. Gwizdek czajnika na kuchence zaczął cicho piszczeć, rosnąc do ostrego, przeszywającego tonu. Wyłączyła gaz, ale nie nalała wody.

Podeszła do okna. Na dworze zmierzch kładł się sinym cieniem na dachy Presqu’île. Spojrzała na swoje ręce w wełnianych rękawiczkach. Przez lata malowała, by karmić własne ego, by potwierdzać swoje istnienie, by błyszczeć w oczach ludzi pokroju Juliena. Malarstwo było jej więzieniem, bo było zamknięte w granicach jej własnego „ja”.

Teraz po raz pierwszy stanęła przed zadaniem, które wymagało całkowitej przezroczystości. Zrobić coś, co nie będzie podpisywaniem się pod dziełem, co nie będzie krzykiem artysty, lecz zasłoną, przez którą Ktoś inny będzie mógł spojrzeć na człowieka klęczącego w mroku kaplicy.

Podeszła do sztalugi. Wzięła szpachelkę i jednym, zdecydowanym ruchem zgarnęła z palety resztki zasychających farb.

Trzeba było zacząć od nowa. Zejść jeszcze głębiej.

ROZDZIAŁ VI

Luty w Lyonie przyniósł gwałtowne roztopy, które zamieniły ulice Presqu’île w koryta szarej, lodowatej brei. Nad Saoną zawisła ciężka, wilgotna zasłona mgły, niosąca ze sobą przenikliwy zapach rozmoczonej gliny, zgniłych liści i rzecznego osadu. Rzeka, wezbrana wodami topniejących śniegów z Masywu Centralnego i wzgórz Beaujolais, toczyła swe spienione, brunatne wody tuż poniżej kamiennych parapetów nadrzecznych bulwarów. Woda była tak mętna, że nie odbijała już ani nieba, ani fasad kamienic; była po prostu potężną, ślepą siłą przelewającą się z ponurym pomrukiem przez gardziel miasta.

W kaplicy św. Blandyny, w północnej nawie kościoła Saint-Martin d’Ainay, panował chłód zupełnie innego rodzaju niż ten na zewnątrz. Tutaj mróz nie poruszał się z wiatrem; był uwięziony, skondensowany w porach wapiennych ciosów, wnikający w szpik kości z cierpliwą, nieruchomą powolnością.

Liliana siedziała na niskim klęczniku, otulona szczelnie grubym wełnianym szalem. Miała przed sobą surową mensę ołtarzową z jasnego piaskowca. Po usunięciu spróchniałego, neogotyckiego antepedium ołtarz wyglądał jak kamienny sarkofag wyciągnięty prosto z katakumb. Odsłoniły się dawne spoiny murarskie — chropowate, uzupełniane w pośpiechu wapienną zaprawą, na której w kilku miejscach przetrwały jeszcze ślady rzymskich znaków kamieniarskich, płytkie nacięcia w kształcie jaskółczego ogona i rzymskiej cyfry siedem.

Tu miała stanąć jej praca. Płótno o wymiarach metr na dwa metry czterdzieści, które miało zasłonić pustkę pod mensą, nie zakłócając przy tym milczenia kamienia.

Przez ostatnie dwa tygodnie Liliana przychodziła tu każdego ranka z małym szkicownikiem o grubym, czerpanym papierze i kilkoma węglami syberyjskimi. Próbowała rysować. Zrobiła dziesiątki szkiców: stylizowane kłosy pszenicy i kiście winogron, geometryczne podziały światła inspirowane układem romańskich łuków, zarysy postaci św. Blandyny z dłońmi złożonymi na piersiach, a nawet kompozycje całkowicie abstrakcyjne, oparte na kontraście płynącej rzeki i nieruchomej skały.

Wszystkie te szkice leżały teraz zmięte w jej kieszeni albo spalone w piecyku w pracowni.

Za każdym razem, gdy przykładała rysunek do kamiennej podstawy ołtarza, czuła niemal fizyczny zgrzyt. Każda linia, którą wykreśliła, wydawała się uzurpacją. Była gadulstwem. Każda forma narysowana ręką artysty krzyczała: „Spójrz na mnie! Zobacz, jak subtelnie ujęłam ten cień! Doceniaj moją wrażliwość!”. To była wciąż ta sama płycizna, ten sam nawyk sprzedawania własnych emocji pod płaszczykiem religijnej tematyki.

Święta Blandyna — niewolnica rzucona na pożarcie lwom w lyońskim amfiteatrze na wzgórzu Trzech Galów w 177 roku — nie potrzebowała estetycznych laudacji. Jej świadectwo nie było popisem retoryki ani kompozycją malarską. Było ogołoceniem. Było ciałem wydanym na pastwę kłów, zredukowanym do absolutnego braku obrony, w którym jedyną siłą pozostawało ciche, niewzruszone wyznanie: „Jestem chrześcijanką”.

Liliana oparła dłonie o zimny piaskowiec mensy. Dotyk kamienia sprawił jej niemal ból — skóra natychmiast skurczyła się od lodowatej temperatury minerału.

— Czego chcesz? — wyszeptała w pustkę kaplicy, a jej szept odbił się od romańskiego sklepienia kolebkowego i zgasł bez echa.

Nie pytała o to księdza Gabriela. Nie pytała o to Blandyny. Pytała Tego, który w grudniowe popołudnie przedarł się przez jej obronę i rozlał w jej wnętrzu ową przerażającą, ogołacającą ciszę.

I znów, tak jak podczas porannych godzin na taborecie w pracowni, odpowiedź nie nadeszła w postaci słów ani wewnętrznych natchnień. Nadeszła jako brak.

Modlitwa kontemplacyjna, w którą wchodziła coraz głębiej, miała w sobie coś bezlitosnego. Wycinała z korzeniami wszelkie podpórki, na których dotąd opierało się jej życie duchowe. Kiedy próbowała wyobrazić sobie Chrystusa — Jego oblicze natychmiast rozpływało się w mroku, pozostawiając jedynie pustą przestrzeń. Kiedy próbowała rozważać słowa Pisma — wersety traciły swój emocjonalny blask, stając się surowymi, twardymi stwierdzeniami faktu, które nie przynosiły żadnego natychmiastowego pocieszenia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 37.15