Rozdział 1:
Gdzie Cztery Pory Roku, Tam Kłopoty (Gdy Brakuje Wiosny)
Wrzesień 1994. Słodkie, przaśne lata dziewięćdziesiąte. Polska wirowała w rytmie disco polo i dzikiego kapitalizmu, próbując jednocześnie wcisnąć się w dżinsy z Pewexu (które zawsze były o rozmiar za małe) i zapiąć pas bezpieczeństwa w zdezelowanym Maluchu, który pamiętał jeszcze czasy Gierka.
Był to czas wielkiej transformacji, planu Balcerowicza, pierwszych anten satelitarnych wielkości talerzy z Obcego i wszechobecnej, naiwnej nadziei, że zaraz dogonimy Zachód — nawet jeśli Zachód właśnie uciekał w przeciwnym kierunku, przerażony naszą ułańską fantazją. Nadzieja pachniała wtedy specyficzną mieszanką chemii i marzeń: tureckim swetrem wyciągniętym prosto z foliowej torby, gumą balonową „Turbo” (której smak znikał po minucie, ale obrazki samochodów zostawały na wieki) i dezodorantem „Impuls”. Reklamy tego ostatniego obiecywały miłość od pierwszego psiknięcia, choć w rzeczywistości gwarantował on co najwyżej atak kaszlu u każdego w promieniu dwóch metrów.
Ja, Kalina Kowalska, wróciłam na stare śmieci. Nie do końca z wyboru, bardziej z konieczności życiowej zwanej „bankructwem ideowym i finansowym”, jakie zaliczyłam w Gdańsku. Podczas gdy próbowałam (i nie do końca mi to wychodziło) podbić Trójmiasto, moi rodzice, jak połowa zaradnych Polaków, wyjechali do Dortmundu „na saksy”, żeby zarobić na wymarzone M-4 we Wrzeszczu. Ugrzęzłam dosłownie, w małym miasteczku pod Gdańskiem, wdzięcznie zwanym Zalesie Dolne. Nazwa była myląca — ani lasów, ani dolin tu nie uświadczysz, chyba że liczyć mentalne dołki niektórych mieszkańców i las anten na dachach, próbujących złapać niemiecki RTL.
W Zalesiu ostał się więc nasz stary, poniemiecki dom z ogrodem, w którym pod nieobecność rodziców niepodzielnie królowała moja babcia Stasia. Babcia Stasia była instancją wyższą. Dziergała na szydełku z prędkością karabinu maszynowego, wiedziała o wszystkim, co dzieje się w parafii, zanim wiedział o tym proboszcz, i łaskawie przygarnęła mnie — marnotrawną wnuczkę — z powrotem pod swój dach. Postawiła tylko jeden warunek: „Żadnych chłopów po 22:00, chyba że to hydraulik, bo kran w kuchni cieknie”.
Utknęłam tu jako świeżo upieczona (czy raczej lekko przypalona życiowo) nauczycielka języka polskiego w miejscowym Zespole Szkół Ogólnokształcących imienia Bohaterów Czegokolwiek. Nikt już nie pamiętał dokładnie, jakich bohaterów czciliśmy — tablica była stara, litery odpadły, został tylko cień po „Bohaterach”, co w sumie idealnie oddawało ducha czasów.
Właśnie trwała rada pedagogiczna. A dokładniej — trwała męka w czterech ścianach pokoju nauczycielskiego. Pomieszczenie to od czasów Gomułki nie widziało remontu, za to regularnie widziało desperację na twarzach swoich lokatorów. Ściany w kolorze jajecznicy, o której ktoś zapomniał tydzień temu, zdobiły paprotki w różnym stadium agonalnym.
Nasz nowy dyrektor, pan mgr inż. Zygmunt Pszczółka (tak, Pszczółka, jak ta z dobranocki, tylko pozbawiony uroku i skrzydełek), człowiek sukcesu w źle skrojonym garniturze z poliestru, który elektryzował się od samego patrzenia, snuł wizje przyszłości naszej placówki.
— Musimy postawić na implementację nowych horyzontów edukacyjnych! — grzmiał Pszczółka, wymachując wskaźnikiem jak buławą marszałkowską.
Wizje te były równie porywające co instrukcja obsługi pralki „Frania”. Coś o „standardach europejskich” (cokolwiek to znaczyło w szkole, gdzie kredy brakowało częściej niż chęci do nauki) i wprowadzeniu języka angielskiego jako obowiązkowego od zerówki. Szkopuł w tym, że jedyna anglistka w szkole, pani Krysia, fachu uczyła się z kaset magnetofonowych „English for You”. Myliła „three” z „tree”, a jej wymowa przypominała raczej mowę orków z Mordoru niż oksfordzki akcent.
Ale ambicje były. Owszem. Wielkie jak dziura budżetowa gminy.
Siedziałam w ostatnim rzędzie, strategicznie ukryta za plecami pani od geografii. Pani ta, osoba o gabarytach pieca kaflowego i sercu gołębicy, miała trwałą ondulację tak bujną, że zasłaniała pół tablicy i połowę dyrektora. Idealna zasłona dymna. Udawałam, że pilnie notuję w zeszycie w kratkę każde słowo o „implementacji”.
W rzeczywistości, pod blatem stołu pokrytego ceratą w psychodeliczne wzory (ktoś chyba miał wizję po zjedzeniu nieświeżych grzybów), moje druty śmigały z prędkością światła. Robiłam szalik. W kolorach, które można by określić jako „atak padaczki w sklepie z farbami” — kanarkowy żółty, wściekły róż i trawiasta zieleń. Takie czasy. Im bardziej szaro za oknem, tym bardziej kolorowo na drutach. I na mnie.
Miałam na sobie turkusową bluzkę z bufkami, które mogłyby służyć za spadochrony desantowe, spódnicę w geometryczne wzory przypominające test Rorschacha dla daltonistów i plastikowe klipsy wielkości małych talerzyków deserowych. Szczyt mody lat 90. Czułam się jak chodząca reklama kiczu, ale przynajmniej było wesoło.
Dlaczego, na litość boską, Zalesie Dolne? — przemknęło mi przez myśl, gdy Dyrektor Pszczółka po raz piąty użył słowa „implementacja”, a ja zgubiłam oczko we wściekle różowej części szalika. Cholera.
Odpowiedź była prosta i skomplikowana zarazem.
Prosta, bo tu się wychowałam. To było moje małe, znajome bagno. Znałam każdą dziurę w chodniku (większość z nich osobiście zaliczyłam na rowerze „Wigry 3”), każdy sekretny skrót przez podwórka i plotki o sąsiadach sięgające czasów, gdy mięso było na kartki. Pamiętałam, jak za dzieciaka wspinałam się na dach starego Ratusza, żeby dotknąć drewnianych figur Czterech Pór Roku, co było surowo zabronione i piekielnie ekscytujące.
Skomplikowana, bo uciekłyśmy tu przed zmęczeniem. Nie wróciłam tu sama. Przywlokłam ze sobą Lucę. A właściwie to ona przywlokła mnie.
Ostatnie dziesięć lat w Gdańsku dało nam w kość. Od czasu naszej pierwszej wspólnej sprawy — tej koszmarnej historii nad jeziorem, która scementowała naszą przyjaźń na dobre i na złe — życie ani na chwilę nie zwolniło tempa. Studia skończone na wariackich papierach, potem walka o każdą złotówkę w szalejącej inflacji, dziwne prace, jeszcze dziwniejsi faceci i ten nieustanny pęd transformacji, który obiecywał Zachód, a dawał głównie wrzody żołądka.
Miałyśmy dość. Po dekadzie szarpania się z wielkim miastem, zapragnęłyśmy nudy. Stabilizacji. Miejsca, gdzie największą aferą jest to, że sołtysowi uciekła krowa, a czas płynie wolniej. Zalesie wydawało się idealną, senną przystanią.
I wtedy pojawiła się oferta. Nie dla mnie, oczywiście. Kto by chciał zatrudnić w wielkim mieście polonistkę z nerwicą i zacięciem do robótek ręcznych? Oferta była dla Luki. Świeżo upieczonej pani adwokat, która z jakiegoś powodu uznała, że paragrafy są ciekawsze od wywoływacza fotograficznego (choć obie te rzeczy pachną podobnie niepokojąco).
Otóż w Zalesiu Dolnym zmarł jedyny miejscowy prawnik, pan mecenas Trąbalski (lat 93, specjalizacja: sprawy o miedzę i kradzież kur). Zostawił po sobie pusty gabinet, małe mieszkanko nad apteką, zakurzoną togę i klientelę, która płaciła głównie w jajkach, bimbrze i obietnicach wiecznej wdzięczności.
Dla Luki to było wyzwanie. Egzotyka. Prowincja pełna „prawdziwego życia”. Dla mnie — powrót do korzeni i szansa na etat, o którym doniosła mi oczywiście Babcia Stasia. Jej wywiad parafialny działał szybciej niż telegazeta i to ona zaalarmowała mnie, że wakat zwolnił się w trybie nagłym, bo poprzednia polonistka uciekła z organistą do NRD (jeszcze przed zburzeniem muru, co było wyczynem godnym olimpijczyka logistycznego).
Spakowałyśmy więc nasze graty (głównie moje włóczki, jej aparaty i kolekcję kaset Stachursky’ego) i ruszyłyśmy na podbój Zalesia Dolnego.
Minęły prawie dwa lata. Ja wrosłam z powrotem w ten małomiasteczkowy krajobraz jak stara wierzba przy drodze. Luca… cóż, Luca wciąż była ciałem obcym. Egzotycznym ptakiem, który wylądował w kurniku pełnym niosek. Szanowano ją (bo adwokat), trochę się jej bano (bo ostra, gadała szybko i robiła zdjęcia bez pytania), ale głównie traktowano jak lokalną atrakcję. „Ta pani mecenas z Gdańska, co wygląda jak chłopak, ale kieckę czasem założy”.
Obok mnie siedziała pani od biologii, z fryzurą typu „hełm” utrwaloną toną lakieru „Cecylia”, i rozwiązywała krzyżówkę.
— Stolica Peru na cztery litery… — szepnęła.
— Lima — podpowiedziałam automatycznie, przerzucając oczko.
Pan od WF-u, w nieśmiertelnym, szeleszczącym dresie z kreszu, drzemał z otwartymi ustami, wydając dźwięki przypominające pracę starego traktora Ursus.
Dyrektor Pszczółka mówił coś o „komputeryzacji biblioteki” (mieliśmy jeden komputer Commodore 64, na którym bibliotekarka, pani Jadzia, grała w Tetrisa, gdy nikt nie patrzył). Nuda wiała tak, że aż zakurzona zasłonka w oknie falowała.
Nagle drzwi do pokoju nauczycielskiego otworzyły się z hukiem, jakby wjechał w nie czołg. Albo przynajmniej Luca, co na jedno wychodziło.
Stanęła w progu. Wyglądała… cóż, jak Luca po dziesięciu latach. Włosy wciąż krótkie, ale teraz zafarbowane na jakiś niepokojący odcień rudości, który w słońcu pewnie przypominał płonącą stodołę. Zamiast skórzanej kurtki — czarna, za duża marynarka narzucona na T-shirt z napisem „Trust me, I’m a lawyer” (ironia losu w czystej postaci). W ręku trzymała nie Smienę, ale nowiutki aparat Zenit, a na ramieniu przewieszoną skórzaną torbę, która wyglądała na droższą niż mój roczny zarobek. Zdecydowanie interes jajeczno-bimborowy musiał się kręcić.
Wszystkie głowy, łącznie z tą drzemiącą od WF-u (który poderwał się z krzesła z okrzykiem „Gdzie?! Co?! Pożar?! Piłka?!”, ocierając ślinę z brody), odwróciły się w jej stronę. Dyrektor Pszczółka urwał w pół zdania o „implementacji” i wyglądał, jakby zobaczył ducha Lenina proponującego mu colę.
— Przepraszam, że przeszkadzam w tej jakże pasjonującej dyskusji o wpływie faz księżyca na oceny z matematyki — zaczęła Luca swoim scenicznym szeptem, który słychać było pewnie na drugim końcu miasta. Miała dar do robienia dramatycznych wejść. — Ale mam sprawę wagi państwowej. Kalina, chodź. Potrzebuję twoich drutów. I mózgu. W tej kolejności.
Zrobiłam się czerwona jak barszcz wigilijny.
— Ja… ja jestem na radzie… — wyjąkałam, próbując dyskretnie wepchnąć niedokończony, neonowy szalik do torby. Kilka oczek mi uciekło. Cholera. Znowu. Musztardowy kolor chyba jednak przynosi pecha.
— Rada poczeka. To jest kryzys. Ogólnomiejski. — W oczach Luki płonął znajomy ogień. Ten sam, który widziałam nad jeziorem i w mojej kuchni dekadę temu. Ogień, który zwiastował kłopoty. Duże, soczyste kłopoty.
Dyrektor Pszczółka odchrząknął, poprawiając krawat w pszczółki.
— Pani… kim pani jest? To jest zebranie grona pedagogicznego! Tu zapadają ważne decyzje!
— Luca Wierzbicka. Adwokat. — Rzuciła to niedbale, jakby mówiła o prognozie pogody. — A to jest moja klientka w sprawie… — zawiesiła głos dramatycznie, omiatając wzrokiem salę — …w sprawie porwania. Kalina, idziemy. Masz alibi. Jesteś niezbędna do rozwiązania zagadki kryminalnej o znaczeniu historycznym.
Zanim zdążyłam zaprotestować, albo zanim dyrektor zdążył wezwać egzorcystę, złapała mnie za rękaw mojej turkusowej bluzki i wyciągnęła z pokoju nauczycielskiego na korytarz. Zostawiłyśmy za sobą oniemiałe grono pedagogiczne, zapach pasty do podłogi i dyrektora Pszczółkę, któremu chyba właśnie niebezpiecznie podskoczyło ciśnienie.
Zza drzwi słyszałam jeszcze stłumiony głos pani od biologii:
„Porwanie? Może na cztery litery?”.
— Luca, zwariowałaś?! — syknęłam, gdy drzwi się za nami zamknęły. Próbowałam wyrwać rękaw, ale trzymała mocno. — Jakie porwanie? Jaka klientka? Wyrzucą mnie z pracy! Pszczółka mnie znienawidzi! Dopiero co obiecałam mu, że poprowadzę kółko recytatorskie!
— Nie wyrzucą. Jesteś jedyną polonistką w promieniu dwudziestu kilometrów, która zgadza się pracować za te grosze i nie pije w pracy. Jesteś bezcenna. — Machnęła ręką. — A porwanie jest prawdziwe. I to nie byle kogo. To cios w serce naszej małomiasteczkowej tożsamości!
— Kogo? Burmistrza? Jego żony? Chomika?
— Gorzej. — Luca przycisnęła mnie do ściany obok gabloty z pucharami za turniej piłki siatkowej z 1978 roku. Puchary były zakurzone i wyglądały, jakby zaraz miały się rozpaść. — Wiosna zniknęła. Z dachu Ratusza.
Zatkało mnie.
Wiosna. Jedna z Czterech Pór Roku. Naszych Pór Roku. Cztery drewniane, polichromowane figury, wysokie na prawie półtora metra, które od końca XIX wieku zdobiły attykę starego Ratusza na rynku. Pamiętam je z dzieciństwa — lekko omszałe, z odpryskującą farbą, ale pełne godności. Wiosna z pąkami kwiatów, Lato z sierpem i snopkiem zboża, Jesień z winogronami, Zima otulona futrem. Były jak cztery stare ciotki miasta, patrzące z góry na targ, procesje i pijackie awantury pod sklepem monopolowym „U Stacha”.
Charakterystyczny punkt Zalesia. Mówiło się: „Spotkajmy się pod Porami Roku”, „Mieszkam w tej kamienicy naprzeciwko Pór Roku”. Ktoś kiedyś próbował je zdjąć „do renowacji”, ale podniósł się taki lament — głównie ze strony bojówek moherowych emerytek — że szybko wróciły na swoje miejsce. Przetrwały dwie wojny, komunę, a teraz…?
— Wiosnę? Kto by kradł drewnianą Wiosnę? — zapytałam, czując, że absurd tej sytuacji zaczyna mnie bawić. — Korniki na gigancie? Może chciała poczuć trochę lata i pojechała na wczasy?
— Nie żartuj. — Luca była śmiertelnie poważna, choć kącik jej ust drgał. Wyjęła z torby zmiętą kartkę papieru. List. Wydrukowany na drukarce igłowej, z tymi charakterystycznymi dziurkami po bokach. Technika szła do przodu, nawet w Zalesiu. — To znaleziono dziś rano przy wejściu do Ratusza. Podobno listonosz się o to potknął.
Rozwinęłam kartkę. Litery były koślawe, kanciaste, jakby pisał je ktoś, kto pierwszy raz widział klawiaturę, albo po prostu był pijany w sztok.
MAMY WIOSNĘ. JEST CAŁA (NA RAZIE), CHOĆ TĘSKNI ZA SIOSTRAMI I NARZEKA NA WILGOĆ. JEŚLI CHCECIE JĄ ZOBACZYĆ W JEDNYM KAWAŁKU (I RESZTĘ TEŻ), MACIE 24 GODZINY NA SPEŁNIENIE NASZYCH ŻĄDAŃ.
ŻĄDANIE NR 1: NATYCHMIASTOWE USUNIĘCIE TEGO OKROPIEŃSTWA, KTÓRE NAZYWACIE FONTANNĄ Z RYNKU (TEJ Z DELFINEM PLUJĄCYM WODĄ JAK CHORY WIELBŁĄD).
ŻĄDANIE NR 2: PUBLICZNE PRZEPROSINY OD PANA BURMISTRZA ZA NAZWANIE NASZEJ KAPELI DISCO-POLO „WYCIEM JAK STADO ZARZYNANYCH KOGUTÓW”.
ŻĄDANIE NR 3: DOŻYWOTNI ZAPAS CZEKOLADY „MILKA” (TEJ FIOLETOWEJ, Z ORZECHAMI TEŻ MOŻE BYĆ) DLA WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW ZALESIA DOLNEGO.
PODPISANO: MŚCICIELE DOBREGO GUSTU (I WIOSNY)
Gapiłam się na list. Potem na Lucę.
— „Mściciele Dobrego Gustu”? Czekolada Milka? — prychnęłam. — Czy to jest jakiś performance artystyczny studentów z Gdańska? Albo po prostu głupi kawał? Przecież ta fontanna stoi tam od lat i nikomu nie przeszkadzała, poza tym, że czasem śmierdziała chlorem.
— Burmistrz nie uważa tego za kawał. Jest wściekły. Zwłaszcza o tę kapelę disco polo. Podobno jego żona jest ich fanką i puściła mu ich kasetę na urodziny, a on nie wytrzymał nerwowo. No i o Wiosnę też się piekli. To zabytek, Kalina. Może nie Luwr, ale jednak. Poza tym, jak to wygląda? Zabytek znika z dachu Ratusza w biały dzień! Kto tu rządzi, porywacze czy on?
— I co my mamy z tym wspólnego? — Westchnęłam, czując, że moje spokojne popołudnie z drutami właśnie odeszło w niepamięć. — Mamy szukać Wiosny? W przebraniu Sherlocka Holmesa? Ja nie mam nawet prochowca, tylko ten płaszcz z ortalionu.
— Burmistrz zadzwonił do mnie. — Luca schowała list. — Jestem jedynym adwokatem w tym mieście, który odbiera telefon przed ósmą rano i nie boi się nietypowych spraw. I potrzebuję partnerki. Kogoś, kto zna to miasteczko od podszewki. Kogoś, kto wie, gdzie kupić najlepszą włóczkę i kto z kim pił wódkę w zeszły piątek. Kogoś z analitycznym umysłem i… darem do robótek ręcznych.
— Co mają do tego druty? — Zmarszczyłam brwi. — Chcesz zrobić Wiośnie cieplejszą sukienkę? Albo wydziergać mapę Zalesia dla policji?
— Nie. Później ci wyjaśnię. Ale mam przeczucie, że to dopiero początek. Że porwanie Wiosny to tylko przykrywka. Że w tym naszym sennym Zalesiu Dolnym dzieje się coś… dziwnego. A my to odkryjemy. Jak za starych, dobrych czasów, tylko bez trupów. Mam nadzieję.
Spojrzała na mnie, a w jej oczach znowu zobaczyłam ten błysk. Błysk łowcy. Tę samą ekscytację, którą czuła, wywołując tamto zdjęcie Staszka. Tylko teraz było w tym coś jeszcze. Radość. Czysta, nieskrępowana radość z nadchodzącej awantury.
— No co, Kala? Wchodzisz w to? Znowu pobawimy się w detektywów? Tym razem na legalu. Prawie. Pomyśl, jaką będziesz miała historię do opowiadania na lekcjach polskiego. Lepsze niż Pan Tadeusz.
Westchnęłam, poprawiając klipsy, które boleśnie wrzynały mi się w uszy. Rada pedagogiczna mogła poczekać. Pszczółka też. Wiosna wzywała. A ja wiedziałam jedno: gdzie Luca, tam kłopoty. I cholera, chyba właśnie zaczynało mi tego brakować. Moje życie nauczycielki nagle wydało mi się nieznośnie nudne, szare i pozbawione smaku, jak szkolna stołówka.
— Dobra — powiedziałam, zarzucając torbę na ramię. — Ale jak znowu wylądujemy w jakimś bagnie, to ty stawiasz nową parę butów „Relaks”. Widziałam takie srebrne w sklepie u Grażynki.
Luca uśmiechnęła się szeroko, szelmowsko.
— Umowa stoi. Chodź, pani detektyw. Mamy zabytek do odnalezienia. I może przy okazji trochę czekolady do zdobycia.
Rozdział 2:
Gdzie Jest Wiosna, Panie Burmistrzu?
Wypadłyśmy ze szkoły jak dwie uciekinierki z zakładu o zaostrzonym rygorze, które właśnie przepiłowały kraty pilnikiem do paznokci. Za nami, przez uchylone drzwi pokoju nauczycielskiego, dobiegał jeszcze stłumiony głos dyrektora Pszczółki. Prawdopodobnie próbował przywrócić radę pedagogiczną do porządku, cytując regulamin albo grożąc niezapowiedzianą kartkówką z BHP dla nauczycieli.
Na korytarzu, pachnącym nieśmiertelną mieszanką chloru, starej kanapki z serem i pasty do podłogi „Agata”, minął nas woźny, pan Henio. Pchał przed sobą wózek z wiadrem i mopem, który wyglądał jak relikt z czasów Mieszka I. Pan Henio, człowiek o aparycji zmęczonego życiem morsa, spojrzał na nas z mieszaniną litości i rozbawienia.
— Pani profesor, znowu na gigancie? — mruknął pod wąsem, który był imponujący, choć nieco przyżółkły od „Klubowych”. — Ucieczka z lekcji wychowawczej?
— Sprawa wagi państwowej, panie Heniu! — odkrzyknęła Luca, nie zwalniając tempa i ciągnąc mnie za sobą jak niesfornego psa na smyczy. — Ratujemy honor miasta przed upadkiem moralnym i estetycznym!
Pan Henio tylko pokiwał głową, wykręcając szmatę. W Zalesiu Dolnym „ratowanie honoru miasta” mogło oznaczać wszystko: od łatania dziur w asfalcie lepikiem przed wizytą biskupa, po interwencję w sprawie kradzieży krasnala ogrodowego sołtysa. Zniknięcie figury z dachu idealnie wpisywało się w ten katalog absurdów.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Uderzyło nas zimne powietrze i ten specyficzny, wszechobecny hałas, który zna każdy mieszkaniec naszego miasta — metaliczny pisk hamujących pociągów towarowych i głuchy stukot kół na rozjazdach. Zalesie Dolne było zakładnikiem kolei. Życie toczyło się tu w rytmie rozkładu jazdy PKP, herbata w szklankach drżała, gdy przetaczał się ciężki skład z węglem ze Śląska do portów, a połowa męskiej populacji nosiła granatowe mundury z orzełkiem, nawet po godzinach pracy.
— Dobra, plan jest taki — zarządziła Luca, gdy szybkim krokiem ruszyłyśmy w stronę rynku. Jej obcasy stukały o chodnik z determinacją, która płoszyła gołębie. — Musimy działać metodycznie. Najpierw oględziny miejsca zdarzenia. Potem profilowanie sprawcy. A na końcu przesłuchanie głównego poszkodowanego.
Zatrzymała się nagle przy kiosku „Ruchu”, tak gwałtownie, że prawie na nią wpadłam.
— Ale najpierw zaplecze techniczne — powiedziała, sięgając do torebki. Wyciągnęła z niej mały, czarny przedmiot.
— Dyktafon? — zapytałam, rozpoznając japoński sprzęt, o którym marzył każdy dziennikarz w tym kraju.
— Panasonic. Cudo techniki, ale ma jedną wadę.
Wcisnęła przycisk „REC”. Rozległ się głośny, plastikowy trzask, a potem mechaniczny szum przesuwanej taśmy.
— Słyszysz? — zapytała Luca. — Jak będę chciała nagrać kogoś z ukrycia, ten dźwięk mnie zdradzi. A plastik w kieszeni stuka o klucze jak kastaniety.
— I dlatego pytałaś o druty i włóczkę? — olśniło mnie. — Chcesz… ubrać dyktafon?
— Chcę go wyciszyć. Potrzebuję etui. Wełnianego, grubego, dopasowanego co do milimetra. Takiego, które stłumi te cholerne trzaski, ale przepuści głos.
Spojrzała na mnie wyczekująco.
— Mówiłaś, że masz zdolności manualne.
— Mam — obruszyłam się, poprawiając mój własnoręcznie zrobiony, kolorowy szalik. — Ale ja robię rzeczy artystyczne. Ażurowe bluzki, fantazyjne sploty, luźne oczka. To, czego ty potrzebujesz, to inżynieria tekstylna. Ścisły splot, zero prześwitów. Zanim ja to zrobię moimi metodami, miną wieki.
— Nie mamy wieków. Mamy godziny.
— W takim razie zostaje tylko jedna osoba — westchnęłam, wiedząc, że właśnie wciągam w to szaleństwo moją rodzinę. — Babcia Stasia. Ona dzierga z prędkością karabinu maszynowego i potrafi zrobić skarpetę z zamkniętymi oczami. Jak jej powiesz, że to pokrowiec na elektroniczny różaniec, zrobi ci go w dziesięć minut.
— Załatwione. Idziemy do babci zaraz po wizycie w Ratuszu. Ale najpierw rozejrzyjmy się tutaj.
— Różaniec, powiadasz? Genialne.
Szłyśmy ulicą Dworcową, główną arterią miasta, która była żywym muzeum transformacji ustrojowej. Mijałyśmy solidne, ceglane kamienice o lekko pruskim sznycie, w których parterach gnieździł się nowy kapitalizm. Obok sklepu „Społem”, gdzie na wystawie wciąż królował ocet i szary papier toaletowy, pyszniła się wypożyczalnia kaset wideo „Hollywood” z plakatem Rambo w witrynie. Dalej stały budki z zapiekankami i stragany typu „szczęki”, z których handlowano wszystkim: od tureckich dżinsów po niemiecką chemię gospodarczą.
W oddali, spinając dwa brzegi szerokiej rzeki, majaczyła sylwetka potężnego mostu. Była to koronkowa, stalowa konstrukcja, pełna wieżyczek i nitów — wyglądała, jakby sam Eiffel postanowił zbudować coś na Pomorzu, ale zabrakło mu budżetu na wykończenie. Most był piękny, zabytkowy i sypał się tak bardzo, że przejazd po nim groził urwaniem zawieszenia w Polonezie, a rdzę można było zbierać wiadrami. Miejscowa legenda głosiła, że trzyma się tylko na farbie i sile przyzwyczajenia.
W tle, na jednym ze wzgórz, sterczał samotny wiatrak typu holenderskiego — jedyny świadek historii, który teraz służył głównie jako nieoficjalny punkt spotkań dla miejscowych koneserów tanich win. Z drugiej strony panoramę zamykała wysoka, czerwona wieża ciśnień, górująca nad miastem jak wielki, ceglany palec grożący niebu.
— Najpierw miejsce zbrodni — kontynuowała Luca, przekrzykując gwizd manewrowej lokomotywy, która puszczała kłęby pary na pobliskim nasypie. — Muszę zrobić zdjęcia. Potem przesłuchamy burmistrza. Musi nam powiedzieć wszystko o tej kapeli disco polo i fontannie. To są nasze jedyne tropy. Plus czekolada.
— Miejsce zbrodni? Luca, to drewniana figura z dachu, nie ciało w bibliotece. — Poprawiłam klipsy, które znowu zaczęły boleśnie uwierać. Czułam na sobie wzrok przechodniów. Moja spódnica w geometryczne wzory i neonowy szalik sprawiały, że wyglądałam jak test telewizyjny, który urwał się z ekranu. — A co do tropów… Fontanna jest okropna, to fakt. Ten delfin wygląda, jakby miał torsje po zjedzeniu nieświeżego śledzia z Wisły. Ale żeby od razu ją niszczyć?
Rynek w Zalesiu Dolnym był sercem miasta, choć sercem nieco arytmicznym i wymagającym bajpasów. Bruk pamiętał jeszcze czasy dyliżansów, a układ uliczek był ciasny i urokliwy, zupełnie nieprzystosowany do nowej ery „Maluchów”, Żuków i dostawczych Nys, które parkowały gdzie popadnie.
Na środku rynku stał Ratusz — budynek z czerwonej cegły, solidny, neogotycki, z wieżyczką zegarową. Zegar oczywiście stał, wskazując wiecznie godzinę 14:10. Mieszkańcy traktowali to jako filozoficzne memento, że w Zalesiu czas płynie inaczej, albo jako znak, że zawsze jest pora na przerwę w pracy.
Stanęłyśmy na środku placu, zadzierając głowy. Widok był… smutny. Na attyce, tam gdzie od ponad stu lat stały cztery siostry, teraz widniały tylko trzy. Lato z sierpem, Jesień z winogronami i Zima w kożuchu wpatrywały się w pustkę po Wiośnie z niemym wyrzutem. Pusty postument, pokryty zielonkawym nalotem mchu i białymi plamami ptasich odchodów, ział pustką jak wybity ząb w uśmiechu miasta.
— No pięknie — mruknęła Luca, wyjmując swojego Zenita. Zaczęła robić zdjęcia z profesjonalnym zacięciem. Pustego miejsca. Pozostałych figur. Rynny. Dachu.
— Jak oni ją stamtąd zdjęli? — zastanawiałam się głośno, mrużąc oczy przed wiatrem. — Ważyła pewnie z tonę. Potrzebny był dźwig? Albo bardzo zdeterminowani alpiniści.
— Albo ktoś, kto zna ten dach jak własną kieszeń — zauważyła Luca, robiąc zbliżenie na rynnę. — Widzisz te zadrapania? Ktoś wciągał liny. To nie była spontaniczna akcja chuligańska. To była operacja logistyczna.
Pod Ratuszem kłębił się już mały tłumek. Kilka emerytek z siatkami pełnymi zakupów (głównie mleka w foliowych workach), paru kolejarzy wracających z nocnej zmiany (łatwo ich było poznać po czapkach wciśniętych pod pachy i oczach podkrążonych ze zmęczenia) i on. Sierżant Wąs.
Nasz lokalny stróż prawa, posterunkowy Marian Wąs, był człowiekiem instytucją. Jego wąsy były tak okazałe, podkręcone i nawoskowane, że przypominały te, które nosili dawni pruscy oficerowie stacjonujący w tutejszych koszarach sto lat temu. Podobno dbał o nie bardziej niż o żonę. Teraz stał pod Ratuszem, z notesikiem w ręku, i spoglądał na dach z wyraźnym zakłopotaniem, jakby liczył, że Wiosna zaraz wróci z przerwy na papierosa.
— Dzień dobry, panie sierżancie! — zawołała Luca, podchodząc do niego. — Jakieś postępy w śledztwie? Zabezpieczono ślady? Odciski palców na rynnie? Przesłuchano gołębie?
Sierżant Wąs spojrzał na nią spode łba. Nie przepadał za Lucą. Uważał ją za „miastową mądralę”, która miesza w jego spokojnym rewirze.
— Pani mecenas… — mruknął, chowając notes do kieszeni munduru, który opinał się niebezpiecznie na jego brzuchu. — A co pani tu robi? Znowu kłopoty? Ktoś znowu ukradł kurę sąsiadowi i potrzebuje obrony?
— Wręcz przeciwnie. Jestem tu z ramienia burmistrza. To jest moja asystentka, pani Kalina.
Sierżant Wąs zmierzył mnie wzrokiem, zatrzymując się na moim szaliku. Widziałam w jego oczach pytanie: „Co włóczki mają wspólnego z kradzieżą Wiosny?”. Westchnął ciężko.
— Burmistrz czeka w środku — burknął, wskazując głową na wejście. — Wściekły jak… jak zawiadowca stacji, któremu pociąg pospieszny uciekł na bocznicę i zablokował węzeł. Lepiej uważajcie, bo rzuca przedmiotami.
Weszłyśmy do Ratusza. Wnętrze pachniało starymi papierami, pastą do podłogi i tą specyficzną nutą urzędowego kurzu, który unosi się w powietrzu od dziesięcioleci. W sekretariacie pani Krysia, osobista sekretarka burmistrza (i główny węzeł komunikacyjny lokalnych plotek), parzyła właśnie kawę „Inkę” w szklankach z metalowymi koszyczkami. Z radia cicho sączyła się audycja „Lato z Radiem”.
— Ojej, pani mecenas, pani Kalinka! — zawołała na nasz widok, odstawiając czajnik. — Słyszały panie? Wiosnę ukradli! Koniec świata! Co teraz będzie z pogodą? Przecież jak nie ma Wiosny, to Zima nigdy nie odejdzie! Ciotka Jadźka mówiła, że to zły omen!
Burmistrz Zalesia Dolnego, pan Janusz Kowalik, był człowiekiem zazwyczaj jowialnym, lubiącym przecinać wstęgi i ściskać dłonie, ale dzisiaj przypominał bombę zegarową, której ktoś właśnie odciął czerwony kabelek. Chodził w kółko po swoim gabinecie, z którego okien widać było park miejski z zabytkową fontanną (tą z żabami, bo ta nieszczęsna z delfinem była na rynku i psuła mu widok z drugiej strony). Na biurku, wśród sterty akt, stała do połowy opróżniona butelka wiśniówki i napoczęta paczka paluszków.
— Ukradli! — ryknął na nasz widok, nie bawiąc się w powitania. Twarz miał czerwoną, a krawat poluzowany. — Moją Wiosnę! Zabytek! Symbol! Ze sto lat tu stała! Przetrwała wojny, powodzie, przemarsze wojsk radzieckich, stan wojenny, a teraz jacyś… jacyś chuligani ją porywają! To skandal! To zamach na moją kadencję!
— Spokojnie, panie burmistrzu. — Luca usiadła na krześle naprzeciwko niego, odsuwając na bok stertę ulotek wyborczych. — Proszę opowiedzieć, co się stało. Dokładnie, krok po kroku.
Burmistrz opadł na fotel, który zaskrzypiał protestująco.
— List znaleźli! Rano! Listonosz myślał, że to ulotka z nowej pizzerii, bo papier tłusty! A tam… żądania! Fontanna! Przeprosiny! Czekolada! Czy oni powariowali?! Ja mam miasto na głowie! Remont mostu się sypie, bo brakuje nitów, konserwator zabytków grozi palcem za odpadający tynk, opozycja kopie pode mną dołki, a oni chcą czekolady?! I to Milki?!
— A ta kapela disco polo? — zapytała Luca rzeczowo, wyjmując notes. — „Zenek i Spółka”? Miał pan z nimi jakiś zatarg?
Burmistrz poczerwieniał jeszcze bardziej, osiągając odcień buraka ćwikłowego.
— Zatarg?! Ja im tylko powiedziałem prawdę! Na festynie z okazji Dnia Kolejarza grali! Fałszowali tak, że aż pociągi na zwrotnicach zgrzytały z bólu, a psy wyły w całej gminie! Powiedziałem Zenkowi w cztery oczy, po trzecim toaście, że to wycie jak stado zarzynanych kogutów! A on się obraził! Uniósł się honorem! Groził mi, że on ma „układy” w warsztatach naprawczych taboru i jeszcze mi pokaże, kto tu rządzi kulturą!
— Czyli podejrzewa pan Zenka?
— A kogo?! Pasuje jak ulał! Kto inny miałby tak durne żądania? A fontanna? Też on! Zawsze narzekał, że mu psuje „image”, jak grają na rynku! Mówił, że ten delfin wygląda jak pijany i odciąga uwagę od jego solówek na klawiszach!
— A czekolada? — zapytałam cicho, przyglądając się portretowi prezydenta na ścianie, który wisiał lekko krzywo.
Burmistrz spojrzał na mnie, mrugając nerwowo.
— A bo ja wiem?! Może ten Zenek ma cukrzycę i mu lekarz zabronił, więc chce, żeby wszyscy tyli? Albo chce zrobić na złość mojej żonie, bo ona uwielbia Milkę? Ta kobieta zjadłaby całą fabrykę, gdyby mogła! Ostatnio zrobiła mi awanturę, że kupiłem „Goplanę” zamiast „Milki”!
Luca wyjęła z torby foliową koszulkę z listem. Położyła ją na biurku.
— Drukarka igłowa. Stary typ, taśma już wysycha. Kto ma taką w mieście?
— Szkoła! — krzyknęłam. — Stojąca w sekretariacie jak ołtarzyk!
— Poczta przy dworcu głównym — dodał burmistrz, nalewając sobie wiśniówki do brudnej szklanki. — I ten nowy sklep komputerowy „Bajtek”, co go otworzyli koło wieży ciśnień. Tamci „informatycy” mają wszystko.
— Mamy trzy potencjalne źródła. I jednego podejrzanego: urażonego Zenka. Plan na dziś: odwiedzamy Zenka. Potem sprawdzamy drukarki.
— A Wiosna?! — jęknął burmistrz, chowając twarz w dłoniach. — Co z Wiosną?! Mam tylko 24 godziny! Jak prasa się dowie… „Burmistrz zgubił Wiosnę”. To koniec!
— Spokojnie. — Luca wstała, zapinając marynarkę. — Niech pan gra na czas. Ogłosi pan przez radiowęzeł, że negocjuje z fabryką Milki w Szwajcarii i że powołał pan specjalną komisję do spraw estetyki fontanny. To kupi nam czas. A my znajdziemy Wiosnę. I tych „Mścicieli”.
Wyszłyśmy z gabinetu, zostawiając za sobą zapach alkoholu i paniki. Pani Krysia podała nam w biegu „Inkę”.
— Znajdziecie? Bo jak nie, to chyba zimy nie będzie w tym roku. Zawsze mówiłam, że te figury to pogodę regulują! Ciotka mojego szwagra mówiła, że jak w ’56 Lato spadło, to żniwa były dopiero we wrześniu!
Wypiłyśmy lurę jednym haustem. Na dworze deszcz zamienił się w mokry śnieg. Pierwszy śnieg tej jesieni.
*
Wizyta u Burmistrza pozostawiła w nas niesmak, który należało natychmiast zabić czymś konkretnym. Na szczęście nasz kolejny przystanek gwarantował nie tylko wsparcie techniczne, ale i gastronomiczne. Dom mojej babci.
Mój rodzinny dom stał przy ulicy Lipowej, tonąc w zieleni i zapachu smażonej cebuli, który wyczuwalny był już od furtki. Babcia Stasia, odkąd wyjechałam na studia, a rodzice do Niemiec, żyła w przekonaniu, że wszyscy wkoło przymierają głodem i jej świętym obowiązkiem jest utuczenie każdego, kto przekroczy próg.
Weszłyśmy do środka bez pukania. W kuchni, która była centrum dowodzenia wszechświatem, Babcia Stasia właśnie walczyła z ciastem drożdżowym. Była to kobieta drobna, o siwych włosach upiętych w koka tak ścisłego, że chyba naciągał jej zmarszczki, i oczach bystrych jak u sroki.
— O! Wróciły! — zawołała na nasz widok, nie przerywając ugniatania. — Chude to takie, że pod światło gazetę można czytać. Siadać! Krupnik jest.
— Babciu, my nie głodne… — zaczęłam standardową formułkę obronną, wiedząc, że jest skazana na porażkę.
— Nie gadaj głupot. Ziemniaki w krupniku są, to się najecie. I pyzy wczorajsze odsmażę. Z boczkiem.
Luca, która zazwyczaj odżywiała się kawą i papierosami, spojrzała na wielki garnek z przerażeniem zmieszanym z fascynacją.
— Pani Stanisławo, my wpadłyśmy tylko na chwilę, służbowo…
— Służbowo to się je przy biurku kanapki z serem — ucięła Babcia, stawiając przed nami talerze pełne zupy, w której łyżka stała na baczność. — A u mnie się je porządnie. Jedzcie, bo wystygnie, a ja nastawię wodę na herbatę.
Posłusznie zaczęłyśmy jeść. Krupnik był wybitny, gęsty i gorący jak lawa. Kiedy Babcia uznała, że poziom zagrożenia śmiercią głodową spadł do „umiarkowanego”, usiadła naprzeciwko nas, wycierając ręce w fartuch.
— No. To co to za „służbowa” sprawa, że aż Luca do mnie przyszła? — zapytała, świdrując nas wzrokiem. — Kalinka to wiem, że potrafi wydziergać sweter w dwa dni, ale ty? Znowu kogoś zamordowali, czy tylko sołtysowa zgubiła sztuczną szczękę?
— Nic z tych rzeczy, babciu — przełknęłam pyzę. — Chodzi o… precyzyjną robotę ręczną.
— Precyzyjną? A co, Kalinka znowu zgubiła oczka w tym swoim pstrokaczu? — Babcia spojrzała na mój szalik z pobłażaniem mistrza patrzącego na ucznia-awangardzistę. — Ładne to, artystyczne, ale wiatr przez to hula jak przez sito.
— Właśnie o ten wiatr chodzi, pani Stanisławo — wtrąciła Luca gładko, wyjmując z torebki dyktafon i motek wściekle różowej włóczki.
Położyła sprzęt na ceracie w kratkę, pomiędzy solniczką a cukiernicą.
— Potrzebujemy… ubranka. Na to. Kalina robi piękne rzeczy, ale ja potrzebuję inżynierii. Ścisłego splotu.
Babcia wzięła dyktafon do ręki. Obejrzała go z każdej strony, jakby szukała ukrytych wad.
— Japoński? — zapytała fachowo.
— Tak.
— Plastik trzeszczy, co? — Babcia pokiwała głową. — Znam to. Proboszcz ma taki sam, jak nagrywa kazania, żeby potem sprawdzać, czy nie za bardzo przynudzał. Jak wsadzi rękę do kieszeni sutanny, to słychać tylko szuranie, jakby myszy harcowały.
Luca omal nie zakrztusiła się krupnikiem.
— Dokładnie tak, pani Stanisławo. Potrzebujemy etui. Takiego, co stłumi szuranie, ale przepuści głos. I musi być gotowe na wczoraj.
Babcia odłożyła dyktafon i wzięła do ręki różową włóczkę.
— Kolor jak majtki Barbie, Kalinka pewnie wybierała. Ale niech wam będzie. Ścieg francuski, gęsty, na drutach dwójkach. Wełna owcza, trochę gryząca, ale dobrze tłumi. Kalina by się z tym bawiła tydzień, bo by chciała wzorki dorobić, a tu trzeba konkretu.
Wstała, podeszła do kredensu i wyciągnęła koszyk z robótkami. Druty w jej rękach pojawiły się jakby znikąd.
— Dziesięć minut — zawyrokowała. — A wy jedzcie pyzy. Luca, dołóż sobie skwarek, bo wyglądasz jak cień człowieka.
Zaczęła dziergać. Druty migały tak szybko, że trudno było śledzić ich ruch.
— A po co wam ten sprzęt tak wyciszony? — zapytała, nie patrząc na robótkę. — Będziecie nagrywać Zenka, jak fałszuje?
— Skąd… skąd wiesz o Zenku? — zapytałam zdumiona.
— Dziecko, ja wiem wszystko. — Babcia uśmiechnęła się tajemniczo. — Zenek lata po wsi jak kot z pęcherzem, burmistrz poci się jak mysz kościelna, a Wiosna zniknęła z dachu. Trzeba być ślepym, żeby nie dodać dwa do dwóch. A ten wasz dyktafon…
Przerwała na chwilę, żeby obrócić robótkę.
— …ten dyktafon to pewnie na burmistrza, co? Bo on ma piskliwy głos i jak się denerwuje, to mówi szybko. Trzeba dobrego sprzętu, żeby go zrozumieć.
— Pani Stanisławo, pani powinna pracować w wywiadzie — powiedziała Luca z autentycznym podziwem.
— W wywiadzie to ja pracuję od czterdziestu lat, moja droga. Nazywa się „Kółko Różańcowe”. Tam się wie rzeczy, o których w Warszawie nawet nie śnili.
Skończyła. Odgryzła nitkę zębami (co zawsze przyprawiało mnie o dreszcze) i naciągnęła różowe etui na dyktafon. Pasowało idealnie. Otwory na mikrofon i przyciski były tam, gdzie trzeba.
— Proszę — podała Luce gotowy sprzęt. — Wygląda jak futerał na bardzo nowoczesny różaniec. Nikt się nie zorientuje.
Luca włączyła nagrywanie i potarła dyktafonem o sweter. Cisza. Żadnych trzasków. Tylko czysty dźwięk.
— Genialne — szepnęła. — Pani Stanisławo, ile płacę?
— Co płacę, co płacę… — Babcia machnęła ręką. — Zjedzcie jeszcze po kawałku drożdżowego, to będziemy kwita. I weźcie słoik grzybków w occie dla tego chłopaka z pizzerii.
— Jakiego chłopaka? — Luca uniosła brew, wstrzymując widelec w połowie drogi do ust.
— No tego Mario. Widziałam, jak cię podwoził tym swoim pierdzącym autem. Przystojny, chociaż trochę mizerny. — Babcia puściła do niej oko. — Dobrze mu z oczu patrzy. Pasowałby do ciebie, Luca. Taki… obrotny.
Luca skrzywiła się, jakby zamiast pyzy zjadła cytrynę w całości.
— Pani Stanisławo, Mario to… element lokalnego folkloru. Dostawca pizzy. I kierowca o wątpliwych talentach.
— E tam, dostawca. Ważne, że robotny. A ty chłopa potrzebujesz, bo od tego paragrafowania to ci się tylko zmarszczki zrobią. Weź grzybki. Przez żołądek do serca.
Wyszłyśmy od Babci Stasi cięższe o kilogram pyz, słoik grzybków (którego Luca nie miała zamiaru wręczać Mario) i bezcenny, różowy tłumik akustyczny.
— Twoja babcia jest niemożliwa — stwierdziła Luca, zapinając płaszcz na zewnątrz. — Chce mnie wyswatać z dostawcą pizzy?
— Ciesz się, że nie z organistą — westchnęłam, czując, jak ciasto drożdżowe układa się w żołądku. — Ale sprzęt mamy. Teraz możemy iść do Zenka.
— Z pełnymi brzuchami i w różowym kamuflażu — dodała Luca, klepiąc kieszeń, w której spoczywał „ubrany” dyktafon. — Drżyjcie, narody.
— Dobra — powiedziała Luca, wyciągając Zenita i sprawdzając ilość klatek na filmie. — Idziemy na spotkanie z gwiazdą disco polo. Do remizy, a potem może sprawdzimy te tropy kolejowe. Ciekawe, czy Zenek ma alibi na nocną zmianę.
Ruszyłyśmy w stronę remizy strażackiej, mijając po drodze stary, ceglany wiadukt, pod którym dudnił pociąg towarowy. Czułam dziwne podniecenie. To było absurdalne, ale wciągające. Zupełnie jak stare czasy, tylko zamiast mordercy szukałyśmy drewnianej baby i tabliczki czekolady w mieście, gdzie nawet echa niosły stukot pociągów i zapach węgla.
Rozdział 3:
Disco Polo, Podejrzenia i Podejrzane Trzewiki
Remiza Ochotniczej Straży Pożarnej w Zalesiu Dolnym była twierdzą. I to dosłownie. Mieściła się w masywnym, neogotyckim budynku z czerwonej cegły, który wyglądał jak młodszy brat dworca kolejowego. Miał wieżyczkę, na której zamiast zegara wisiał megafon do ogłaszania alarmów (oraz wyników meczów lokalnej drużyny piłkarskiej „Zwrotnica” Zalesie), i wielkie, łukowate wrota, za którymi drzemały bestie.
Strategiczne położenie remizy — tuż przy nasypie kolejowym i rzut beretem od kościoła — sprawiało, że strażacy byli w centrum wszystkiego. Gasili pożary (głównie stogów siana i traw na nasypach podpalanych przez iskry z hamulców), organizowali festyny i użyczali sali na piętrze lokalnym artystom, którzy nie mieścili się w domu kultury.
Szłyśmy tam przez miasteczko. Śnieg z deszczem przestał padać, ale wiatr wciąż hulał, niosąc zapach mokrego węgla i smaru z pobliskiej parowozowni. Targał moim psychodelicznym szalikiem i rudymi włosami Luki, która szła z determinacją bulteriera.
— Myślisz, że Zenek naprawdę porwał Wiosnę, bo burmistrz obraził jego muzę? — zapytałam, gdy w oddali zamajaczyła czerwona bryła remizy. — To brzmi jak scenariusz komedii Barei.
— W tym mieście wszystko brzmi jak scenariusz komedii Barei — odparła Luca, zatrzymując się nagle.
Podniosła aparat i wycelowała obiektyw w ceglany mur starej parowozowni wachlarzowej, majaczącej za nasypem. Był to potężny, półokrągły budynek, duma kolei, teraz nieco nadgryziony zębem czasu. Na brudnej cegle, mimo upływu lat i wiatrów historii, wciąż trwały upiorne, wyblakłe litery hasła propagandowego:
„PRZYJAŹŃ Z ZSRR, PRZYKŁAD ZSRR, POMOC ZSRR — OTO PODSTAWOWE ŹRÓDŁA NASZYCH ZWYCIĘSTW. B. BIERUT”.
— Bierut wiecznie żywy — mruknęła Luca, naciskając spust migawki. Dźwięk mechanizmu zabrzmiał jak wyrok. — Patrz na to, Kala. Tu Bierut straszy ze ściany, a pięćset metrów dalej Zenek śpiewa o gumowych kaloszach. Idealne tło dla kradzieży Wiosny, nie sądzisz? Absurd goni absurd.
— Tylko czekać, aż ten napis uznają za zabytek — westchnęłam, patrząc na relikt minionej epoki. — Chodźmy, zanim Zenek skończy próbę.
Już z daleka słyszałyśmy dźwięki. Nie był to jednak gwizd parowozu, do którego przywykłam. To były charakterystyczne, syntetyczne bity z keyboardu Casio i zawodzący wokal, który próbował przebić się przez hałas przejeżdżającego w oddali pociągu towarowego z węglem. Dochodziły z otwartego okna na piętrze remizy.
Weszłyśmy do środka. Na parterze, w garażu o sklepieniu godnym katedry, stał lśniący, czerwony wóz strażacki „Star 266” — duma OSP Zalesie. Pachniało tu mieszanką oleju napędowego, pasty do podłogi, mokrych mundurów i czegoś słodkiego — pączków z różą.
Po skrzypiących, drewnianych schodach wspięłyśmy się na piętro, do sali zebrań, która pełniła też funkcję sali prób. Ściany wyłożone boazerią (szczyt elegancji lat 80.) drżały od basów.
Muzyka urwała się gwałtownie, gdy stanęłyśmy w drzwiach. Pisk sprzężenia zwrotnego przeszył powietrze.
Sala była duża, z rzędem krzeseł pod oknem wychodzącym na tory. Na środku stał sprzęt: keyboard „Yamaha” (marzenie każdego weselnego grajka), perkusja elektroniczna i mikrofon na statywie. Obok sprzętu stało trzech mężczyzn. „Spółka”.
Pierwszy, chudy jak zwrotnica, z wąsikiem i w obcisłej, błyszczącej koszuli, trzymał gitarę basową.
Trzeci — to musiał być Zenek. Niski, krępy, w białym garniturze z poliestru, ze złotym łańcuchem na szyi. Wyglądał jak karykatura Elvisa z dożynek.
Ale to ten drugi przykuł moją uwagę. Siedział za perkusją.
Bogdan.
O rany.
Był potężnie zbudowany, ale nie w ten spuchnięty sposób, jak bywalcy siłowni w piwnicy. Miał szerokie bary kogoś, kto na co dzień przerzuca podkłady kolejowe albo nosi worki z cementem. Miał na sobie dżinsową kamizelkę narzuconą na goły tors (mimo września!), która opinała się na nim w sposób… cóż, dość interesujący. Jego ramiona były pokryte warstwą potu i smaru, a na lewym bicepsie widniał tatuaż — kotwica, albo może skrzyżowane młoty? Trudno było stwierdzić, ale dodawało mu to aury „niegrzecznego chłopca z taboru kolejowego”.
Żuł gumę z leniwym wdziękiem, patrząc na nas spod burzy ciemnych, lekko kręconych włosów. Miał oczy czarne jak węgiel z pobliskiej bocznicy.
— Ziemia do Kaliny — usłyszałam szept Luki tuż przy uchu. Był ostry jak brzytwa. — Zamknij buzię, bo ci mucha wleci. Albo serce ci wyskoczy. To perkusista disco polo, nie Patrick Swayze.
Poczułam, że się czerwienię.
— Tylko patrzę — syknęłam, poprawiając nerwowo szalik. — Oceniam potencjał kryminalny.
— Jasne. Zwłaszcza potencjał jego klatki piersiowej. Skup się, Watsonie.
Zenek spojrzał na nas spod zmrużonych powiek, trzymając mikrofon jak berło.
— Próba zamknięta, panienki — powiedział głosem, który miał być chyba zmysłowy, a brzmiał jak skrzypienie nienaoliwionych zawiasów. — Autografy później. Mamy wenę.
— Nie przyszłyśmy po autograf, panie Zenonie. — Luca weszła do sali, ignorując moje rumieńce. — Mecenas Wierzbicka. A to pani Kalina Kowalska. Pytania mamy.
Zenek uniósł brew. Złoty łańcuch zalśnił w świetle jarzeniówki.
— Mecenas? A w jakiej sprawie? Znowu sąsiad skarży się na hałas?
— Nie chodzi o hałas. Chodzi o Wiosnę. — Luca stanęła tuż przed nim. — Ktoś ukradł figurę Wiosny z dachu Ratusza. Zostawił list z żądaniami.
Reakcja była natychmiastowa. Chudy gitarzysta zachichotał. Zenek poczerwieniał pod pudrem.
A Bogdan? Bogdan przestał żuć gumę. Przeniósł wzrok z Luki na mnie. Jego spojrzenie było ciężkie, intensywne. Kącik jego ust uniósł się w czymś, co mogło być półuśmiechem. Poczułam dziwne mrowienie w żołądku, które zdecydowanie nie miało nic wspólnego z głodem.
— Ten… ten Kowalik! — wybuchnął Zenek, wyrywając mnie z zamyślenia. — Śmiał obrazić moją sztukę! Czy on myśli, że łatwo jest pisać takie hity jak „Gumowe Kalosze Miłości”? ! To są emocje!
— Rozumiemy pańskie wzburzenie — przerwała mu Luca. — Ale czy było ono na tyle silne, żeby kraść zabytek?
— Ja?! Kraść?! Pani mecenas! Ja jestem artystą! Ja tworzę piękno!
— A jednak zniknęła. A pan miał motyw. I żądania z listu pasują do pana. Czekolada Milka też.
— To prowokacja! — krzyknął Zenek, rzucając mikrofonem. — Ten Kowalik sam to zorganizował!
— Gdzie pan był w nocy? — zapytała Luca.
— Ja… ja byłem… tutaj! — Zenek spojrzał nerwowo na kolegów. — Mieliśmy próbę! Do białego rana! Prawda, chłopaki?!
Chudy gitarzysta przytaknął gorliwie. Luca spojrzała na perkusistę.
— A pan, panie Bogdanie? — zapytała słodko, choć w jej oczach czaił się chłód. — Też pan tak walił w bębny do świtu?
Bogdan oparł się wygodniej na stołku. Jego kamizelka rozchyliła się nieco bardziej. Spojrzał mi prosto w oczy, ignorując Lucę.
— Sztuka wymaga poświęceń, pani mecenas — powiedział. Jego głos był niski, chropowaty, jakby płukany żwirem. Zupełne przeciwieństwo piskliwego tonu Zenka. — Ale fakt, graliśmy. Pan Stasio słyszał.
— Pan Stasio śpi jak suseł — zauważyła Luca.
— Jak się gra głośno, to nawet umarłego się obudzi — mruknął Bogdan i puścił do mnie oko.
Zamarłam. Czy on właśnie…? Tak. Perkusista disco polo właśnie puścił do mnie oko.
Luca kopnęła mnie dyskretnie w kostkę.
— Dzięki za informację — ucięła. — Sprawdzimy to.
— A fontanna? Też panu przeszkadzała? — zapytałam, starając się, żeby mój głos brzmiał profesjonalnie, a nie jak piszczącej nastolatki.
Zenek zaczął narzekać na delfina, ale ja patrzyłam na Bogdana. On już nie patrzył na mnie. Patrzył na swoje buty, nagle dziwnie spięty. Żucie gumy stało się nerwowe.
Coś ukrywał. I — niestety — wyglądał przy tym diabelnie przystojnie.
Wyszłyśmy, zostawiając ich w oparach męskiego potu i tanich perfum. Gdy zamykałyśmy drzwi, usłyszałyśmy pierwsze takty muzyki.
— I co? — zapytałam, gdy zbiegłyśmy do garażu.
— I nic — powiedziała Luca. — Zenek to narcyz, gitarzysta to tło, a Bogdan…
Zatrzymała się i spojrzała na mnie krytycznie.
— Bogdan to kłamczuch. Widziałaś, jak spuścił wzrok przy temacie fontanny?
— Widziałam głównie, że nie ma podkoszulka — przyznałam uczciwie.
— Kala, litości. To typ spod ciemnej gwiazdy. Widać, że ma za uszami więcej niż tylko fałszowanie na weselach.
— Ale głos miał… intrygujący.
— Głos miał jak betoniarka. Skup się. On coś wie. I mam wrażenie, że to on jest mózgiem tej operacji, a nie ten pączek w białym garniturze.
Luca pochyliła się nagle przy kole wozu strażackiego.
— O, proszę.
Podniosła fioletowy papierek. Opakowanie po Milce.
— Wygląda na to, że ktoś tu jednak lubi słodycze. I niekoniecznie jest to Zenek, który dba o linię w tym obcisłym garniturze.
Spojrzała w górę, w stronę sali prób, gdzie Bogdan walił w bębny.
— Stawiam dolary przeciw orzechom, że to nasz przystojniak gubi papierki. Mściciele Dobrego Gustu mają wspólnika. I chyba właśnie wpadł ci w oko, co, Kala?
— Przestań — mruknęłam, czując, że znowu się rumienię. — Po prostu… doceniam estetykę.
— Jasne. Estetykę spoconego podkoszulka. Chodź, estetyczko. Mamy drukarkę do znalezienia.
Rozdział 4:
Tropem Igieł, czyli Kto Wydrukował Okup
Następny dzień był piątkiem. Piątek trzynastego, jakby na specjalne zamówienie scenarzysty tanich horrorów. Pogoda postanowiła uczcić tę datę, serwując nam lodowaty wiatr, który wciskał się pod ubranie z determinacją komornika, i niebo w kolorze brudnej ścierki do podłogi. Idealny dzień na tropienie porywaczy zabytkowej figury.
Po szalonej wizycie w remizie, gdzie moje serce zabiło mocniej do spoconego perkusisty (a rozum Luki zanotował to z mściwą satysfakcją), musiałyśmy wrócić do twardych faktów. Zenek miał alibi — wątpliwe, bo potwierdzone przez śpiącego strażaka, ale jednak. Mieliśmy papierek po Milce. I mieliśmy list.
List wydrukowany na drukarce igłowej. W 1994 roku w Zalesiu Dolnym posiadanie takiego sprzętu stawiało człowieka w jednym rzędzie z posiadaczami odtwarzaczy wideo i paszportów Polsatu. To była elita.
— Plan jest prosty — zarządziła Luca, dopijając kawę w mojej kuchni. Miała na sobie czarny golf, w którym wyglądała jak egzystencjalistka z Paryża, podczas gdy ja, w moim swetrze w owieczki (własnej produkcji), wyglądałam jak… no cóż, jak pastereczka z problemami. — Odwiedzamy trzy miejsca, które według burmistrza mają drukarki. Szkoła, Poczta Główna przy dworcu i ten nowy sklep komputerowy „Bajtek”.
— Zaczynamy od szkoły? — jęknęłam. — Pszczółka mnie zabije. Wczoraj uciekłam z rady, a dziś wracam jako detektyw?
— Wracasz jako obywatelka zatroskana losem mienia publicznego. I jako moja asystentka. Weź notes, to dodaje powagi.
Szkoła — moja Alma Mater i miejsce kaźni w jednym — przywitała nas zapachem gotowanej kapusty ze stołówki i hałasem przerwy, który przypominał start odrzutowca. Dyrektor Pszczółka na mój widok zrobił minę, jakby zobaczył ducha Mickiewicza, który przyszedł domagać się zaległych tantiem.
Siedział w swoim gabinecie, nad stosem papierów. Za oknem widać było boisko szkolne i nasyp kolejowy, po którym właśnie przetaczała się cysterna. Szklanki w gablocie z pucharami cicho dzwoniły.
— Pani Kalino! — zaczął podniesionym tonem, poprawiając krawat w pszczółki. — Wczorajsza ucieczka… ta… interwencja pani… znajomej… To niedopuszczalne! To podważa autorytet ciała pedagogicznego!
— Panie dyrektorze, to była sprawa najwyższej wagi — stanęłam przed nim, starając się wyglądać poważnie, co przy Luce było trudne, bo ona emanowała chłodem lodowca. — Chodzi o dziedzictwo narodowe! O Wiosnę!
— Wiosnę zostawmy w spokoju! — fuknął, bardziej zmęczony niż zły. — Mamy ważniejsze problemy! Dziura w dachu sali gimnastycznej! Brak kredy! I zbliżająca się wizytacja z kuratorium! A poza tym… — Spojrzał na Lucę. — Czego panie chcą?
— Drukarki — powiedziała Luca krótko. — Podejrzewamy, że list z żądaniami okupu mógł zostać wydrukowany na szkolnym sprzęcie. Czy możemy go obejrzeć?
Dyrektor spojrzał na nią z rezygnacją. Wiedział, że z Lucą nie wygra.
— Sekretariat. Pani Krysia. Tylko proszę jej nie denerwować, ma dzisiaj migrenę.
Sekretariat był królestwem pani Krysi. I paprotek. Pani Krysia, na wieść o drukarce i liście z żądaniami, nie tyle się zdziwiła, co uniosła świętym oburzeniem.
— Drukarka?! Nasza „Elwro”? ! Do listu z okupem?! — Wyprostowała się, a jej okulary zsunęły się na czubek nosa. Wyglądała jak lwica broniąca młodych. — Ależ to potwarz! Ja tu wszystkiego pilnuję! Nikt bez mojej wiedzy nawet spinacza nie weźmie! A już na pewno nie drukowałby jakichś bandyckich listów! To jest placówka oświatowa, a nie dziupla porywaczy!
Obejrzałyśmy drukarkę. Był to stary, polski grat marki „Elwro”, wielki jak szafa grająca. Pani Krysia, wciąż prychając z oburzenia, włączyła go na próbę. Sprzęt zaryczał, zazgrzytał jak hamujący pociąg towarowy i wypluł kawałek papieru z prędkością jednego znaku na minutę. Taśma barwiąca była wyschnięta na wiór, a litery ledwo widoczne.
List z żądaniami był wydrukowany wyraźnie, tłusto i z użyciem polskich znaków.
— To nie ta — stwierdziła Luca, wychodząc z sekretariatu i zostawiając za sobą wciąż mamroczącą o skandalu panią Krysię. — Ta maszyna pamięta czasy Edwarda Gierka. Szukamy czegoś nowszego.
Kolejny przystanek: Poczta Główna przy dworcu.
To był budynek z czerwonej cegły, solidny, pruski, pachnący klejem do znaczków, tanim tytoniem i kurzem z węgla. Wchodząc do środka, czuło się powagę urzędu.
Naczelnik poczty, pan Nowak, łysy jegomość z sumiastym wąsem, był równie niepomocny, co pani Krysia, choć mniej emocjonalny. Jego drukarka była za szybą, a czcionka urzędowa nie pasowała do naszych dowodów.
— Pudło — mruknęła Luca, gdy wyszłyśmy na peron, owiewane dymem z lokomotywy. — Został nam „Bajtek”.
Sklep komputerowy „Bajtek” był dumą nowej ery Zalesia. Mieścił się w małym, blaszanym pawilonie koło wieży ciśnień, wciśnięty między sklep z dewocjonaliami a zakład fryzjerski „Loki Tereski”. W środku pachniało nowością — plastikiem, tekturą, ozonem i… nadzieją na lepsze jutro z procesorem 386.
Za ladą stał właściciel, młody chłopak w dżinsowej kurtce i okularach „lenonkach”, który wyglądał, jakby właśnie urwał się z politechniki. Przedstawił się jako „Pan Arek, specjalista IT”.
— Drukarka igłowa? — Pan Arek podrapał się po brodzie. — No mam jedną, taką demonstracyjną. „Panasonic KX-P1150”.
— Możemy zobaczyć wydruk? — poprosiła Luca, posyłając mu ten swój firmowy uśmiech, który potrafił otwierać drzwi, serca i sejfy.
Pan Arek, wyraźnie zauroczony, zarumienił się lekko i poprawił okulary.
— Oczywiście. Dla pań… wszystko. Ale sprzęt mam na zapleczu, tu jest za mało miejsca. Zapraszam. — Wskazał ręką na kotarę oddzielającą sklep od części „magazynowej”.
Weszłyśmy na zaplecze. Było tam ciemniej, ciaśniej i pachniało kawą parzoną w szklance. Na biurku, wśród sterty dyskietek i kabli, stała ona. Panasonic. Arek włączył sprzęt z nabożeństwem. Drukarka bzyknęła wesoło.
— Proszę bardzo.
Wydruk był idealny. Ta sama szeroka czcionka. To samo nasycenie tuszu. Nawet te same, lekko postrzępione brzegi liter „ą” i „ę”.
Bingo.
— Ktoś u pana ostatnio drukował coś nietypowego? — zapytała Luca, starając się brzmieć obojętnie, choć widziałam, jak jej dłoń zaciska się na torbie. — Coś… krótkiego? Z dużą ilością wielkich liter?
Pan Arek, wciąż wpatrzony w Lucę jak w obrazek, zmarszczył czoło.
— Nietypowego? Hmmm… Wczoraj po południu był taki jeden… Śmieszny gość.
— Śmieszny? — dopytywałam.
— No, taki… wystrojony. W białym garniturze. Wyglądał jak kelner z „Batorym”, tylko z większym łańcuchem.
Spojrzałyśmy na siebie z Lucą. Biały garnitur.
— Zenek? — zapytałam.
— Nie znam nazwiska. Ale chyba tak, kojarzę go z plakatów na słupach. Przyszedł z dyskietką. Powiedział, że to tekst piosenki, co ją napisał, i musi ją szybko wydrukować dla zespołu, bo wena nie czeka. Strasznie się spieszył. Mówił coś o wenie twórczej i o tym, że „to będzie hit, który wstrząśnie miastem”.
— Wydrukował pan to?
— Tak. Jedną stronę. Zapłacił i wybiegł, jakby go goniła kontrola biletów.
— Pamięta pan, co było na tej stronie? — Głos Luki był napięty jak lina holownicza.
— Nie bardzo. Nie czytam cudzej twórczości. Ale… rzuciło mi się w oczy słowo „MILKA”. Pomyślałem, że to może piosenka o krowie? W disco polo wszystko jest możliwe.
Wyszłyśmy z „Bajtka” oszołomione. Wiatr od torów uderzył nas w twarz, ale nawet zimno nie mogło ostudzić emocji.
— Zenek — powiedziałam. — To jednak on. Drukował list u Arka. Miał motyw, miał dostęp do drukarki.
— Pasuje. — Luca kiwnęła głową, zapalając papierosa, mimo wiatru. — Ale dlaczego robił to sam? Zenek to narcyz, on nie brudzi sobie rąk. Do czarnej roboty ma ludzi.
— Bogdana? — Podsunęłam, czując ukłucie rozczarowania. Mój perkusista z tatuażem miałby być chłopcem na posyłki tego pajaca w bieli?
— Właśnie. — Luca zmrużyła oczy. — Zenek drukuje list. Zenek ma motyw. Ale Zenek jest za niski i za słaby, żeby zdjąć figurę z dachu. Do tego potrzeba mięśni. Takich, jakie widziałaś u Bogdana, zanim zaczęłaś się ślinić.
— Nie śliniłam się!
— Jasne. W każdym razie, mamy dowód na Zenka. Ale nie mamy Wiosny. I nie mamy motywu na czekoladę.
Nagle zadzwonił kościelny dzwon. Południe. Z kościoła, który stał tuż obok, zaczęli wychodzić ludzie po porannej mszy. Głównie starsze panie w moherowych beretach, które stanowiły nieoficjalną straż miejską Zalesia.
Jedna z nich, pani Malinowska, nasza sąsiadka z parteru (ta, która wiedziała wszystko o wszystkich, łącznie z zawartością śmietników), podreptała prosto do nas.
— Kalinka! Pani mecenas! Co za spotkanie! — zawołała, poprawiając chustkę. — Słyszały panie? Wiosnę ukradli! Z samego Ratusza! Mówiłam, że ten nowy wikary to jakiś podejrzany, za szybko jeździ na rowerze!
— Raczej nie wikary, pani Malinowska — uśmiechnęła się Luca. — Ale może pani coś widziała? Wczoraj w nocy? Albo dziś rano? Coś nietypowego w okolicy rynku?
Pani Malinowska przyłożyła palec do ust, jakby zdradzała tajemnicę państwową.
— Nietypowego? Hmmm… No, śmieciarka dziś przyjechała wcześniej niż zwykle. Już przed szóstą rano trąbili pod oknami, aż mnie obudzili! A przecież zawsze są o ósmej!
— Śmieciarka?
— Tak! I hałasowali przy tych kontenerach za Ratuszem. A potem… potem widziałam, jak odjeżdżali w stronę wysypiska w Glinkach. A na pace… coś dużego było przykryte plandeką. Myślałam, że to może ta stara kanapa od burmistrza, co ją w końcu wyrzucił. Ale kształt miała taki… dziwny. Długi. Jak człowiek.
— Jak człowiek? — powtórzyłam.
— Albo jak figura! — Pani Malinowska przeżegnała się. — Może to była nasza biedna Wiosna? W śmieciarce! Wywieziona na ten smród!
Spojrzałyśmy na siebie z Lucą. Śmieciarka. Wysypisko. Zaginiona figura.
— Dziękujemy, pani Malinowska! Jest pani skarbnicą wiedzy! — zawołała Luca, ciągnąc mnie za sobą w stronę przystanku PKS.
— Gdzie?! — krzyknęła za nami staruszka. — Na wysypisko?! Tam tylko szczury i pan Kazio!
— Właśnie tam! — odkrzyknęła Luca. — Może znajdziemy coś więcej niż tylko stare graty!
Autobus do Glinek odjeżdżał za pięć minut. Sprawa nabierała rumieńców. I specyficznego zapachu. Wysypisko śmieci. Moje buty „Relax” chyba nie były na to gotowe. Ale czy ja byłam gotowa na to, co tam znajdziemy?
Rozdział 5:
Odpady, Odór i Odrobina Nadziei
(Głównie Odpady)
Autobus PKS do Glinek (bo tak wdzięcznie nazywała się miejscowość, w której zlokalizowano gminne wysypisko śmieci) był wehikułem czasu. Nie przenosił w przyszłość, o nie. Raczej cofał do epoki, w której komfort podróży mierzono tym, czy siedzenie pod tobą się nie zarwało. Dziś jednak, oprócz wstrząsów, oferował nam dodatkową atrakcję: termiczną huśtawkę.
Gdy wsiadałyśmy na rynku, niebo było jeszcze koloru brudnej ścierki do podłogi. Ale gdzieś w połowie drogi, między ruinami starego PGR-u a krzyżem przydrożnym, stało się coś dziwnego. Ciężkie, ołowiane chmury zaczęły pękać. Przez szpary wdarło się słońce — ostre, nisko zawieszone, typowe dla Złotej Polskiej Jesieni. Wrzesień postanowił nagle przestać udawać listopad i uderzył w nas falą niespodziewanego ciepła.
Wewnątrz autobusu zrobiło się duszno. Skajowe siedzenia, jeszcze przed chwilą zimne, teraz zaczynały parzyć i lepić się do ud. Przez brudne szyby widać było, jak szary świat nagle nabiera kolorów: mokre pola zmieniły się w złote ścierniska, a kałuże na asfalcie lśniły jak rozlane srebro.
Jedynym stałym elementem była staruszka w kwiecistej chuście siedząca przed nami, która wiozła w wiklinowym koszyku żywą kaczkę. Teraz, w promieniach słońca, kaczka mrużyła oczy, a jej pióra mieniły się zielenią, kontrastując z zapachem spalin i kurzu.
— Serio, Luca? — mruknęłam, rozpinając płaszcz, bo zaczęłam się gotować w moim wełnianym swetrze w owieczki. — Będziemy grzebać w śmieciach w taki ładny dzień? Czuję się jak Kopciuszek, tylko zamiast balu czeka mnie sterta odpadów komunalnych w pełnym słońcu.
— To najlepszy trop, jaki mamy. — Luca była niewzruszona, choć też zdjęła marynarkę. Przecierała obiektyw Zenita kawałkiem irchy. — Pani Malinowska widziała coś dużego pod plandeką. Śmieciarka przyjechała wcześniej. Coś jest na rzeczy. Poza tym, pomyśl. Gdybyś chciała ukryć coś dużego, gdzie byś to wywiozła? Do lasu? Tam chodzą grzybiarze. A na wysypisku? Tam nikt nie patrzy.
Autobus zatrzymał się ze zgrzytem hamulców na przystanku, który był tylko blaszaną wiatą, teraz nagrzaną od słońca jak piekarnik. „Glinki — Wysypisko”.
— Powodzenia, dziewczynki! — zawołała za nami staruszka. — Korzystajcie ze słonka! Tylko uważajcie na szczury! Wielkie jak koty tam biegają! I na pana Kazia! On gorszy od szczurów!
Ruszyłyśmy polną drogą w stronę widocznych w oddali hałd. Słońce świeciło teraz mocno, oświetlając to królestwo odpadów z bezlitosną precyzją. Już z daleka czuć było charakterystyczny odór. Słodko-kwaśny, mdlący zapach rozkładu, który pod wpływem nagłego ciepła stał się jeszcze bardziej intensywny. Ziemia parowała, uwalniając aromaty, o których istnieniu wolałabym nie wiedzieć.
*
Wysypisko w Glinkach w pełnym słońcu wyglądało surrealistycznie. Ogromny teren pokryty górami śmieci, które błyszczały i mieniły się kolorami tęczy. Plastikowe butelki po „Aqua Vicie” lśniły jak diamenty, puszki po piwie „EB” odbijały światło jak małe lusterka, a strzępy kolorowych folii łopotały na wietrze jak flagi jakiegoś upadłego państwa. Nad tym wszystkim krążyły mewy — białe, wrzeszczące punkty na tle błękitnego nieba.
Przy bramie stała mała, sklecona z dykty budka strażnicza. Przed budką, na rozklekotanym krześle, wystawiając twarz do słońca, siedział on. Pan Kazio.
Mrużył oczy w ostrym świetle. Jego twarz, poorana zmarszczkami i pokryta kilkudniowym zarostem, wyglądała jak mapa topograficzna. Miał na sobie watowaną kurtkę, którą teraz rozpiął z powodu gorąca, odsłaniając brudny podkoszulek. Palił papierosa bez filtra, a dym leniwie unosił się w nieruchomym, nagrzanym powietrzu.
— Czego? — warknął na nasz widok, niechętnie otwierając jedno oko. Słońce wyraźnie go rozleniwiło.
— Dzień dobry. — Luca podeszła do niego, zasłaniając oczy dłonią przed słońcem. — Mecenas Wierzbicka. A to moja asystentka. Prowadzimy śledztwo w sprawie zaginionej figury z Ratusza.
Pan Kazio splunął precyzyjnie w kępkę wyschniętej trawy.
— Figury? A co ja, kustosz muzeum jestem? Tu jest wysypisko. Tu rzeczy trafiają, żeby zgnić na słońcu, a nie żeby je podziwiać.
— Wiemy. Ale mamy informację, że dziś rano przyjechała tu śmieciarka z Zalesia. Wcześniej niż zwykle. I że na pace miała coś dużego. Widział pan coś takiego?
Pan Kazio przetarł spocone czoło wierzchem dłoni.
— Śmieciarka… Rano… Była. Jak co dzień. A co miała na pace, to nie moja sprawa. Ja tu pilnuję, żeby nikt nic nie wywoził. A nie co przywożą.
— Ale może coś pan zauważył? Coś, co błyszczało? Coś drewnianego?
Pan Kazio westchnął ciężko, jakby sama rozmowa w ten upał była ponad jego siły.
— Pani kochana, tu wszystko błyszczy. Patrz pani, jak te słoiki dają po oczach. Nic nie widziałem. A teraz zjeżdżajcie, bo chcę się opalić.
Odwrócił się do nas bokiem, demonstrując brak zainteresowania.
— Może potrzebuje… zachęty? — szepnęłam do Luki. — Słońce go wysuszyło.
Luca zrozumiała. Wyjęła z kieszeni ostatnią paczkę „Zefirów”. Położyła ją na nagrzanym parapecie budki.
— Może jednak? Za fatygę.
Pan Kazio zerknął na papierosy. Jego oczy błysnęły chciwie. Szybkim ruchem zgarnął paczkę i schował ją do kieszeni kurtki.
— No… była ta śmieciarka. Ta nowa. Byli przed szóstą, jak jeszcze mgła była. Ale jak słońce wstało, to widziałem. Kierowca, młody, i ten gruby pomagier.
— I co wyładowali?
— Jak zwykle. Ale… — Pan Kazio otworzył paczkę i zaciągnął się zapachem tytoniu. — Coś mieli pod plandeką z tyłu. Nie wysypali tego na główną stertę. Ten gruby kazał podjechać tam, o. — Wskazał ręką w głąb wysypiska, gdzie sterta starych mebli parowała w słońcu. — Tam zrzucili. Mówili, że to jakieś… „gabaryty specjalne”. Do osobnej utylizacji.
— Widział pan, co to było?
— Nie dokładnie. Ale jak zsuwali, to słońce akurat wyjrzało zza chmur na chwilę. I mignęło. Coś… malowanego? Jakby drewno ze złotem? I coś białego przy tym było.
Ruszyłyśmy we wskazanym kierunku. Błoto pod naszymi nogami było lepkie, gdzieniegdzie już podsychające na wierzchu, tworząc zdradliwą skorupę. Wiatr ustał, a smród stał się gęsty, zawiesisty. Mewy krzyczały nad naszymi głowami, jakby ostrzegały nas przed wejściem na ich teren.
Dotarłyśmy do sektora „gabarytów”. Góra starych wersalek, szaf i dywanów wyglądała w tym ostrym świetle upiornie — jak cmentarzysko domowych wspomnień. Wszędzie walały się połamane krzesła i sprężyny z materaców.