E-book
24.98
drukowana A5
49.99
Fundamenty dobrej relacji ze sobą

Bezpłatny fragment - Fundamenty dobrej relacji ze sobą

Objętość:
157 str.
ISBN:
978-83-8245-454-3
E-book
za 24.98
drukowana A5
za 49.99

Wstęp

Samoocena i relacja ze sobą to zagadnienia, które uważam za najbardziej fundamentalne, nie tylko w naszej duchowości, ale generalnie w całym naszym życiu. To, jak się ze sobą czujemy, na co sobie pozwalamy, z czym się utożsamiamy — rzutuje na wszystkie nasze działania i wybory. Nie ma takiej sfery życia, którą mógłbyś się zajmować w całkowitym oderwaniu od relacji ze sobą. W końcu cokolwiek byś nie robił i gdziekolwiek byś nie poszedł, zawsze zabierasz tam siebie, z całym swoim wnętrzem i wszystkim tym, co się w nim zbudowało. A im gorszy masz z tym kontakt, tym bardziej będziesz czuł się więźniem nieuświadomionych ograniczeń, ścian i blokad, które na każdym kroku sabotują twoje działania. Z tego powodu uważam, że na naszej duchowej drodze wszelkim zagadnieniom, które służą uzdrawianiu i poprawianiu relacji ze sobą, powinniśmy nadać jak najwyższy priorytet. To nie jest jeden z tych tematów, do których można usiąść na krótki czas, aby mieć go jak najszybciej z głowy. To jest kompleksowy, złożony proces, który będzie nam towarzyszyć aż do uzyskania pełni samoświadomości, czyli samego oświecenia. Nie przejmuj się więc, gdy czytając tą książkę poczujesz się przytłoczony, stwierdzając, że tego wszystkiego jest za dużo. To nie jest praca na rok czy dwa — ale na całe życie, (czy nawet życia). Tworzenie zdrowej relacji ze sobą to długotrwały proces, podczas którego budujesz we własnym tempie kolejne i kolejne aspekty dobrej samooceny. Tu nie chodzi więc o to, aby nagle stać się pewnym siebie, kochającym się i wolnym człowiekiem, ale żeby pozwolić sobie na ten piękny proces stawiania większych i mniejszych kroczków, które stopniowo podnoszą jakość twojej relacji ze sobą. I niech nie przeraża cię sam fakt, że docelowo ma to trwać tak długo. Na szczęście trudne bywają z reguły tylko początki, a potem robi się naprawdę dobrze i tylko coraz lepiej. Najdłuższą częścią procesu będzie więc już spokojne, przyjemne pogłębianie i pielęgnowanie kontaktu ze sobą. Zanim jednak do tego dojdziesz, najpierw będziesz musiał zbudować solidne fundamenty samooceny, mierząc się po drodze z trudnymi emocjami i demonami przeszłości.


Książka, którą teraz czytasz, powstała, aby pomóc ci przejść przez te najtrudniejsze, początkowe etapy. A jako, że sam odbijałem się od samoocenowego dna i najgorszą część tej drogi mam już za sobą, wiem z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć osoba, która na każdym kroku sabotuje samą siebie. Nim trafiłem na rozwój duchowy, byłem zakompleksionym, wystraszonym chłopcem, który czuł się jak nieważny, niechciany i niewidzialny śmieć. Miałem w sobie ogrom złości i niechęci zarówno do siebie, jak i do reszty świata. Nie widziałem tutaj dla siebie miejsca, nie wierzyłem w to, że ktokolwiek mnie kiedyś pokocha i generalnie nie widziałem sensu życia. Było we mnie naprawdę dużo ciężkich, przygniatających emocji i wyobrażeń. Nie wierzyłem też, że dałoby się cokolwiek z tym zrobić, więc nawet nie próbowałem. Wszystko trwało do czasu, aż coś we mnie pękło na tyle, aby poczuć, że muszę coś zmienić albo równie dobrze mogę skończyć ze sobą. I wtedy po raz pierwszy zadałem sobie świadomie pytania: „To ja mogę coś zmienić? Jakby miało w wyglądać? Da się tak w ogóle?”. Zacząłem więc szukać, a na odpowiedzi nie musiałem długo czekać, ponieważ już na następny dzień trafił do mnie cały szereg duchowych materiałów (gdy szczerze chcesz sobie pomóc, wszechświat cię w tym wspiera). Gdy piszę te słowa, mija właśnie 12 lat od tego dnia, w którym duchowa praca nad sobą stała się nieodłączonym elementem mojego życia. I choć na początku moją główną motywacją było stworzenie związku partnerskiego (tak głodny bycia kochanym byłem), to dość szybko okazało się, że muszę pracować przede wszystkim nad samooceną. Ruszałem więc jej fundamenty, a tam wychodziły kolejne i kolejne wątki, które wymagały mojej uwagi. Pracowałem więc dalej, aż po czterech latach udało się w końcu spotkać mój wymarzony ideał, ale to nie był jeszcze początek sielanki. Jako, że oboje mieliśmy za sobą trudne dzieciństwa — okazało się, że trzeba kolejnych lat nad dalszym uzdrawianiem samooceny, aby móc razem normalnie i dojrzale funkcjonować. I dopiero po tych kolejnych kilku latach zrobiło się na tyle dobrze, miło i przyjemnie, aby móc z czystym sumieniem powiedzieć, że samoocena nie jest już problemem, a jedynie tematem do spokojnego szlifowania i uzupełniania pozostałych braków. Mogę więc powiedzieć, że przez dotychczasowe 12 lat to właśnie relacja ze sobą była dla mnie tematem numer jeden i choć było miejsce również na wiele innych wątków, to właśnie ten przewijał się w dużych ilościach od samego początku. Z tego względu nie tylko jestem świadomy jak istotne (i wymagające czasu) są te zagadnienia, ale jest to też dla mnie bardzo osobisty temat i taka właśnie jest ta książka — zbudowana przede wszystkim na moich własnych, osobistych doświadczeniach z tej całej drogi oraz świadomości, jaką zyskałem przez ten czas.


Książka o relacji ze sobą była pierwszą, jaką chciałem napisać, ale miałem świadomość, że ciężko będzie wprowadzić czytelników w pewne tematy bez opisania najbardziej podstawowych zagadnień i narzędzi. Nie chcąc też, co książkę powtarzać tych samych informacji (ani tym bardziej ich spłycać, przedstawiając je w zbyt dużym skrócie), najpierw stworzyłem „Praktyczny poradnik rozwoju duchowego”, który służy jako baza pod tą i kolejne książki. Jeśli masz podstawową wiedzę o tym, czym jest podświadomość, jak afirmować i medytować, czym jest Bóg, jak działa karma, itd., to możesz spokojnie przejść do dalszej lektury. Jeśli nie, myślę że wciąż będziesz w stanie przyswoić większość materiału, ale pewne koncepty mogą być dla ciebie nie do końca jasne. Polecam wtedy sięgnąć po wspomniany poradnik i uzupełnić wiedzę, która pomoże ci spojrzeć na niektóre zagadnienia z szerszej perspektywy.


Najważniejszą częścią książki, na co wskazuje już sam tytuł — są fundamentalne aspekty zdrowej relacji ze sobą. W końcu, jeśli chcesz mieć naprawdę dobrą samoocenę, to warto by było wiedzieć, na czym dokładnie polega jej przejawianie. Niestety, dość ciężko o dobre przykłady z naszego otoczenia, jako że na poziomie społeczeństwa wciąż nam daleko do tych naprawdę dobrych wzorców. Mało tego, na każdym kroku wtłacza się nam do głowy różne ograniczające schematy, które są efektem niskiej świadomości, więc bardzo łatwo można się w tym wszystkim pogubić. Aby ułatwić ci rozpoznanie pewnych schematów, opisałem więc również typowe obciążenia samooceny oraz normy społeczne, które często warunkują naszą relację ze sobą. Prócz tego będziesz miał okazję dowiedzieć się m.in. jak kształtuje się osobowość (abyś lepiej zrozumiał procesy, które wpłynęły na to, z czym się utożsamiasz) czy w jaki sposób poprawić komunikację ze swoim wnętrzem. Zrozumienie i uzdrowienie ułatwią ci liczne przykłady, ćwiczenia, afirmacje i testy skojarzeń.


Życzę ci więc miłej lektury i sukcesów w otwieraniu się na siebie prawdziwego!

Moja osobowość

Każdy człowiek — niezależnie od tego, czy tego chce, czy nie — posiada cały szereg wyobrażeń na swój temat. Świadomie możesz się w ogóle nie zastanawiać nad tym, kim jesteś, ale ostatecznie i tak z czymś się utożsamiasz. Coś o sobie wyobrażasz. Wierzysz, że pewne rzeczy są dla ciebie możliwe, a inne już nieosiągalne. Widzisz siebie w konkretnych rolach, które przynoszą ci dumę lub powód do wstydu. Patrzysz na siebie w odbiciu lustra, a twój umysł analizuje i ocenia to, co ma przed sobą. Mało tego — inni robią to samo w stosunku do ciebie — oceniają cię i reagują na twoje przejawianie się w określony sposób, a ty pewną część tych ocen wyłapujesz i bierzesz do siebie.


Na tym wszystkim buduje się twoja osobowość, czyli inaczej mówiąc — cały zbiór przekonań dotyczących twojego własnego „ja”. Nawet jeśli świadomie cię to niespecjalnie interesuje, podświadomie wciąż szukasz odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Czym jest moja dusza? Na co zasługuję? Co mogę? Czego nie mogę? Co jest dla mnie dobre? Czy jestem dobry? Czy jestem w porządku? Czy jestem wystarczający? Czy to, co robię jest wystarczające? Takich pytań są setki w twojej głowie. Im bardziej jesteś oderwany od czucia siebie prawdziwego, tym większy czujesz przymus wewnętrzny, aby ciągle szukać potwierdzenia różnych wyobrażeń na swój temat. Przyjmuje to z reguły postać zachłanności na cudze opinie, a także ciągłego analizowania i opierania swojej samooceny na bazie wszelkiego rodzaju uwarunkowań, np. zarobków, powodzenia w miłości, wyglądu i tego typu rzeczy. Co to jednak znaczy „czuć siebie prawdziwego”? Aby to zrozumieć, musimy wprowadzić rozróżnienie na to, co prawdziwe i sztuczne w tobie.


Sztuczną częścią twojej osobowości (w duchowości nazywamy to ego) będzie wszystko to, z czym się utożsamiasz, ale co opiera się na zakłamaniu, błędnych wnioskach i wszelkich uwarunkowaniach. Nie jest to więc obiektywna prawda o tobie, choć na tu i teraz wydaje ci się, że nią jest. Możesz np. wierzyć, że jesteś głupi, ponieważ tak powtarzała ci sfrustrowana matematyczka w szkole podstawowej. Nie jest to jakaś prawda objawiona o twoim umyśle, a zwykła opinia jednego człowieka, którą przyjąłeś i uznałeś za swoją. Możesz też wierzyć, że jesteś nieatrakcyjny, ponieważ masz kluchowaty nos. Tutaj znowu nie jest to obiektywna prawda (w końcu nie ma uniwersalnych, jedynych słusznych kanonów piękna), a twoja subiektywna ocena uwarunkowana konkretnymi wyobrażeniami. Wyobraź sobie jednak, że w alternatywnej rzeczywistości jesteś wciąż tym samym człowiekiem, ale za to pani matematyczka nagle zaczęła zachwalać twoją inteligencję na każdym kroku, a internetowi influencerzy ogłosili kluchowate nosy najbardziej atrakcyjnym zjawiskiem sezonu. W tobie nic się nie zmieniło, a nagle z brzydkiego i głupiego, zamieniłeś w atrakcyjnego i mądrego. To tylko pokazuje jak bardzo zewnętrzne uwarunkowania jedynie próbują narzucić ci pewien obraz siebie, ale realnie nie zmieniają tego, kim jesteś.


W świecie zewnętrznym nigdy nie znajdziesz prawdy na swój temat!


Swoje prawdziwe ja (które nazywam też Boską naturą) poznajesz poprzez uczucia wyższe oraz czyste, świadome i niczym nieuwarunkowane doświadczanie siebie (na co pozwala przede wszystkim praktyka medytacyjna). Wypływa to więc z obcowania ze swoim duchowym wnętrzem, a prawda o tobie, którą poznajesz w ten sposób, jest całkowicie niezależna od tego, jak się przejawiasz, co osiągnąłeś, w co wierzysz czy z czym się utożsamiasz. Niezależnie od tego, kim jesteś i jak się przejawiałeś do tej pory, z całą pewnością mogę też powiedzieć, że twoja natura jest czysta, piękna, niewinna, wartościowa i przepełniona miłością. Taka jest bowiem Boska natura każdego człowieka, a wszelkie odchylenia od tej normy wynikają jedynie z niepełnej samoświadomości, pogubienia i odcięcia od siebie. Uzyskanie pełnej świadomości siebie i odkrycie wszystkich aspektów swojej Boskiej natury jest długotrwałym procesem. Jest to też tak naprawdę główny cel rozwoju duchowego, ponieważ to właśnie ty prawdziwy jesteś sednem twojej własnej duchowości. Nie urzeczywistniasz świata ani innych istot, ale właśnie siebie. W twojej duchowości więc zawsze będzie chodziło o ciebie i jakimkolwiek tematem byś się nie zajmował, wszystko prędzej czy później sprowadza się do twojej samoświadomości.


Możesz zadać sobie pytanie: „A co to za różnica, czy moje dobre samopoczucie jest sztucznie uwarunkowane, czy wypływa z duchowej świadomości, skoro w obu przypadkach czuję się dobrze?”. Możesz czuć się ze sobą naprawdę świetnie i mieć bardzo dobre mniemanie o sobie, ale jeśli jest to sztucznie uwarunkowane, wiążą się z tym bardzo nieprzyjemne konsekwencje. W takim wypadku stajesz się bowiem niewolnikiem tych zależności, które sobie zbudowałeś, a to może kosztować cię dużo nerwów i napięć. Możesz czuć się lepszym obywatelem, ponieważ zrobiłeś karierę na prestiżowym stanowisku, ale co zrobisz, gdy w wyniku zmian gospodarczych czy technologicznych twój zawód przeminie i nie będzie dłużej potrzebny? Cała samoocena, którą na tym zbudowałeś runie niczym domek z kart i zostaniesz z niczym — nie tylko bez pracy, ale również bez wewnętrznej mocy, która pozwoliłaby ci uporać się z tą sytuacją. Świat ulega nieustannym przemianom, więc warunkowanie swojej wartości na jakichkolwiek zewnętrznych czynnikach, na dłuższą metę nigdy nie będzie dobrym pomysłem. Majątek można stracić, uroda przemija, a większość tego, co stworzysz czy osiągniesz w świecie zewnętrznym, nie przechodzi z tobą do kolejnego wcielenia. To, co z tobą zostaje na zawsze, to twoja świadomość i urzeczywistnienie, dlatego właśnie w ten obszar warto inwestować. Poszerzając swoją świadomość i uzdrawiając swoje wnętrze, tworzysz trwały, stabilny i bezpieczny fundament swojego ja. To daje niesamowity spokój ducha, ponieważ cokolwiek by się nie działo na zewnątrz, choćby się paliło i waliło, ty pozostajesz świadomy swojej prawdziwej wartości. Możesz stracić wszystko, ale wciąż doświadczasz pięknej prawdy o siebie — nikt i nic nie może ci tego zabrać, ani zburzyć. Czy nie brzmi to wspaniale?


Kolejnym argumentem, którzy przemawia za urzeczywistnianiem samoświadomości jest fakt, że dosłownie wszystko, co kreujemy w swoim życiu, opiera się na fundamencie relacji ze sobą. Niezależnie czy chodzi o twoje zdrowie, finanse, związki czy cokolwiek innego — twoja samoocena zawsze będzie miała ogromny wpływ na jakość tego, co sobie kreujesz i czego doświadczasz. Możesz mieć całkiem pozytywne oczekiwania w podświadomości na temat pieniędzy i zarabiania, a mimo to kompletnie sobie nie radzić z tematem właśnie z powodu niskiej samooceny. To działa też na szczęście w drugą stronę. Jeśli porządnie zadbasz o dobrą relację ze sobą, to ona będzie pozytywnie przebijać się nawet tam, gdzie masz dużo ograniczających przekonań i wyobrażeń. Na swojej duchowej drodze powinieneś więc zawsze mieć na uwadze temat samooceny i relacji ze sobą, starając się wplatać te elementy w każde zagadnienie, którym się zajmujesz. Niezależnie od tego czy twoim celem jest wyzdrowieć, zarobić czy poznać cudowną kobietę — jest dużo łatwiej, gdy robisz to w poczuciu „kocham siebie, więc chcę o siebie zadbać i dać sobie wszystko, co najlepsze”.

Kształtowanie się osobowości na kolejnych etapach życia

Aby odkryć jak skutecznie pracować nad relacją ze sobą, warto mieć świadomość jak kształtuje się nasza osobowość w różnych momentach życia. Omówimy sobie więc pełen cykl od narodzin do śmierci, abyś mógł zrozumieć, dlaczego w każdej sensownej terapii najczęściej cofamy się do dzieciństwa.


Każda śmierć rozpoczyna proces reinkarnacyjny, w wyniku którego kreuje się nasze kolejne wcielenie. W tym momencie umiera nie tylko ciało fizyczne, ale również spora część naszej osobowości — tracimy przede wszystkim to, co zostało zbudowane wokół zewnętrznych warunków ostatniego życia. Jeśli opierałeś sporą część swojej samooceny np. na karierze, to ciężko żebyś w kolejnym wcieleniu, jako kilkuletni brzdąc, czuł się dowartościowany osiągnięciami zawodowymi, których już z tobą nie ma, ani nawet ich nie pamiętasz. To, co jednak z tobą zostaje to wszelkie podświadomie wyobrażenia, nawyki, przekonania czy emocje, które były na tyle silne i długotrwałe, aby wryć się głębiej w twoją duszę. Stanowią one fundament pod wybranie sobie warunków kolejnego wcielenia, a także są żyzną glebą, na której wyrasta całkiem nowa osobowość.

Na szczęście, do tego dochodzi również twoje urzeczywistnienie — wszystkie aspekty twojej Boskiej natury, które przejawiałeś w momencie śmierci (i które zdążyły się ugruntować, czyli nie było to tylko powierzchowne) zabierasz ze sobą. Jeśli więc miałeś bardzo otwarte serce i przejawiałeś się jako niezwykle kochany człowiek, w kolejnym wcieleniu od początku będzie się to przebijać w twoim zachowaniu i kształtującej się osobowości. To sprawia, że im mniej jest w tobie ego, a więcej przejawiania siebie prawdziwego — tym mniej zachodzi zmian w osobowości między wcieleniami. Wysoko urzeczywistniona osoba w każdym kolejnym wcieleniu będzie praktycznie tym samym człowiekiem, jeśli chodzi o podstawowe zachowania czy sposób przejawiania się. Jest to niezwykle mądry i korzystny proces, ponieważ to głównie ego „resetuje się” po śmierci, co znacznie ułatwia wyjście poza własne ograniczenia. Zapominanie poprzednich wcieleń i przyczyn własnych intencji bywa kłopotliwe, ale to jest nic w porównaniu z tym, co by się działo, gdybyśmy mogli nieprzerwanie ugruntowywać się we własnych, ograniczających przekonaniach i wyobrażeniach. Z człowiekiem bywa czasami jak z komputerem — niektóre rzeczy potrafią popsuć się tak bardzo, że już tylko twardy reset jest w stanie pomóc. To pozwala po raz kolejny i kolejny spojrzeć „na świeżo” na te same problemy, aż do momentu, gdy w końcu wyciągniemy właściwe wnioski.


Wiemy już, co się dzieje między wcieleniami, więc przyjrzyjmy się teraz jak wygląda taki nowy cykl i co się dzieje z osobowością na poszczególnych etapach życia.


Okres prenatalny


Dusza, która jest już gotowa do wcielenia się (czy raczej nadszedł jej czas, niezależnie od chęci i gotowości) wybiera sobie nowych rodziców. Nie robi tego jednak w pełni świadomie — wszystko dzieje się z poziomu podświadomości, przy mniejszym bądź większym udziale nadświadomości (im większe urzeczywistnienie, tym większy udział nadświadomości w procesie). Można to porównać do śnienia, w którym również podświadomość przejmuje stery — powinno dać ci to pewne wyobrażenie o tym, jak bardzo twoje świadome ja nie ma kontroli nad całym procesem. Brakuje więc w tym wszystkim chłodnej kalkulacji czy kierowania się rozsądkiem — podświadomość po prostu szuka takich warunków nowego życia, które umożliwią jak najsprawniejszą realizację wszystkich jej programów. Ona nie wartościuje ich na dobre i złe, tylko zakłada, że skoro są zakodowane, to wszystkie są ważne. Niektóre relacje czy emocje mogą być jednak na tyle silne i istotne, że będą mieć wyższy priorytet niż inne wzorce. Z reguły i tak nie da się tych wszystkich sprzeczności, jakie człowiek w sobie ma, zrealizować jednocześnie, więc wybierane są te najważniejsze bądź pasujące do pojawiających się akurat okazji (np. bardzo ważna dla ciebie dusza akurat ma otwartość na to, aby zostać twoim rodzicem). Warto mieć również na uwadze, że wiele z naszych intencji tworzy całe wielowcieleniowe cykle, które się zapętlają, np. może być tak, że przez kilka wcieleń zakazujesz sobie seksu (z wielu różnych powodów), a później odbijasz to sobie przez kilka kolejnych żyć przepełnionych rozpustą. To oczywiście prowadzi później do kaca moralnego i znów zakazywania sobie seksu przez jakiś czas. I tak to się kręci w kółko, dopóki czegoś z tym nie zrobisz. Podczas wcielania się, podświadomość wybiera więc przede wszystkim te wzorce, które na dany moment są najaktywniejsze, a to zależy od tego, w jakim punkcie danego cyklu się znajdujemy.


Załóżmy, że mamy duszę, która ma taką karmę, w której na ten moment dominują wzorce ofiary, a także misjonarstwa, czyli ratowania wszystkich, tylko nie siebie. W tym wszystkim przejawia się silne poczucie winy, przekonanie o swojej grzeszności i potrzeba karania siebie. Nadświadomość może inspirować do wcielenia się do kochanej, świadomej rodziny, gdzie byłyby korzystne warunki do uzdrowienia tej karmy, ale podświadomość, zbyt nakręcona w swoich wyobrażeniach, całkowicie to odpycha, więc ta opcja nie wchodzi w grę. Szukając właściwej matki, znajduje „idealną” kandydatkę dla siebie — kobietę wobec której czuje się winna z powodu nieprzyjemnych historii, które odegrały się między nimi wiele wcieleń wcześniej. Obecnie kobieta ta jest niezwykle pogubiona, sfrustrowana, pełna złości i żalu. Nasza dusza postanawia więc wybrać właśnie tą matkę, żeby spróbować jej pomóc (wzorce misjonarstwa), a także przy okazji może oberwać, za to co jej zrobiła wcześniej (pokuta, wina, karanie się, wzorce ofiary). Jako, że podświadomość matki pozostaje również otwarta na odegranie tego scenariusza — wolna wola się dogrywa i kreuje się nowe życie. Na tym etapie taka dusza może wcielić się bardzo szybko, a czasami krąży przez jakiś czas wokół rodziców, próbując wywierać na nich presje, jeśli są niezdecydowani. To są właśnie te momenty, gdy kobieta nagle może poczuć ogromną i całkowicie niespodziewaną potrzebę, aby koniecznie już teraz zostać matką.


W naszym przykładzie kobieta dość szybko zachodzi w ciąże, ponieważ już wcześniej chciała mieć dzieci. Niestety już w pierwszych miesiącach ciąży pojawiają się w niej dziwne emocje i bliżej nieokreślona niechęć do dziecka. Wynika to z faktu, że jej podświadomość rozpoznała w duszy dziecka jej karmicznego wroga, który ją kiedyś skrzywdził. Zaczynają się więc jej mieszać świadome, matczyne, pozytywne uczucia z podświadomymi lękami i niechęcią. Powoduje to silny konflikt wewnętrzny, tłumienie emocji i napięcia, które bardzo silnie odczuwa kształtujący się w niej płód. Dusza, która tam przebywa jest już po międzywcieleniowym resecie i świadomie najpewniej nie pamięta niczego z tych wszystkich karmicznych zawiłości, ani swoich własnych motywacji do wcielenia się. Teraz jest przede wszystkim kształtującym się dzieckiem, które jest niezwykle wrażliwe na wszystko, co płynie od matki (zarówno na poziomie fizycznym, jak i emocjonalno-psychicznym). W tym konkretnym przypadku dziecko już na etapie wczesnej ciąży czuje negatywne emocje ze strony matki i już tutaj kształtują się fundamenty pod wzorce odrzucenia, które będą rzutować na wszelkie relacje w całym jego życiu (do momentu, aż sobie tego nie uzdrowi). Dziecko w brzuchu matki nie ma jeszcze bezpośredniego kontaktu ze światem, więc to właśnie ona jest jego oczami na świat — wszystko, co mała duszyczka chłonie, przefiltrowane jest przez reakcje matki, które dziecko bardzo dobrze odczuwa. Jeśli matka przez okres ciąży jest bardzo lękliwa i zestresowana, nawet jeśli nie ma to żadnego związku z ciążą, to dziecko i tak „nauczy się” tych lęków jako naturalnych reakcji na świat. Przez te dziewięć miesięcy przygotowań do życia poza łonem matki, tworzy się w nim wręcz pewna zachłanność na te wszystkie bodźce, które dadzą jak najwięcej informacji o świecie zewnętrznym. A jako, że podczas całej ciąży potrafi się sporo wydarzyć, to już na tym etapie budujemy sobie naprawdę dużo wzorców i wyobrażeń zarówno na temat świata, jak i nas samych. Relacja z matką jest także pierwszą ważną relacją w naszym życiu, a także pierwszym kontaktem ze światem, więc jej jakość wpływa mocno na nasze podświadome oczekiwania wobec świata i ludzi. Jeśli matka nas bardzo kochała i obdarzała dobrymi uczuciami, mamy pozytywne oczekiwania — dziecko chętniej się rodzi i ma większą otwartość na otoczenie. Z kolei straumatyzowane dzieci już na etapie ciąży, mogą nie chcieć się urodzić, co powoduje komplikacje przy porodzie czy nawet w skrajnych przypadkach śmierć, gdy wolą umrzeć, niż mierzyć się z „tą straszną rzeczywistością”.


Sam poród jest niezwykle ważnym momentem dla dziecka, ponieważ jest to jego pierwszy, bezpośredni kontakt ze światem zewnętrznym, a także przerwanie fizycznego połączenia z matką. Przebieg porodu, towarzyszące mu emocje i reakcje innych ludzi, warunki otoczenia — wszystko to koduje jeszcze silniejsze wzorce, niż te z okresu ciąży. W końcu po raz pierwszy wychodzimy do świata i obserwujemy jaki on jest dla nas — a jak wiadomo, pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Jeśli dominuje atmosfera miłości i radości z narodzin, tworzy się jeden z fundamentów naszej samooceny zgodnie z którym oczekujemy, że świat nas chce i chętnie przyjmuje. Z takim programem dużo chętniej będziemy wychodzić do świata, czując się chcianymi i kochanymi. Jeśli jednak pojawiają się większe nieprzyjemności np. trudny i wyjątkowy bolesny poród, zbyt szybkie zabranie dziecka od matki, negatywna atmosfera — to wszystko koduje w nas negatywne oczekiwania. Budujemy w sobie skojarzenia ze światem w kontekście bólu, odrzucenia czy ciężkości, co oczywiście zniechęca i zamyka nas na niego.


Wczesne dzieciństwo do 6 roku życia


W pierwszych latach życia osobowość dziecka kształtuje się bardzo intensywnie poprzez doświadczanie rzeczywistości wokół siebie i chłonięcie wszelkich bodźców z zewnątrz. Szczególnie istotne są mniej więcej pierwsze trzy lata, podczas których osobowość jest jeszcze dosyć elastyczna i podatna na wszelkie zmiany. Jest to czas, który można wykorzystać na naprawę tego, co poszło nie tak w okresie prenatalnym. Z każdym kolejnym rokiem dziecko będzie coraz bardziej ugruntowane w tym, co zbudowało sobie wcześniej w swojej psychice i emocjach — będzie więc coraz oporniej przyjmować wszystko, co nie pasuje do wcześniejszych schematów. U większości rodzin zazwyczaj zbyt wiele się nie zmienia w świadomości i podejściu na przestrzeni czasu, więc z reguły negatywne tendencje z okresu prenatalnego są dalej pielęgnowane i rozbudowywane o kolejne wzorce.


Niestety, tak się składa, że te pierwsze lata życia, które są najważniejsze dla kształtowania się osobowości, jednocześnie są najtrudniejsze dla rodziców. Małe dzieci bywają niezwykle intensywne i wyczerpujące pod wieloma względami przez co też, gdy dziecko uczy się, testuje, wyraża, próbuje, smakuje — wielu rodziców traci cierpliwość. Pojawiają się emocje, negatywne reakcje czy trudności w radzeniu sobie. Mało tego, dzieci często są bardzo silnymi lustrami dla swoich rodziców i poruszają w nich dawno stłumione emocje i zranienia. Z tego powodu nawet ci dobrzy i bardziej świadomi rodzice potrafią popełniać wychowawcze błędy, ulegając swoim słabościom. Niezależnie od tego czy rodzic był typowo toksyczny czy po prostu sobie nie poradził, negatywne doświadczenia będą kodować w dziecku konkretne, ograniczające wyobrażenia. Na szczęście część tych doświadczeń nie pozostawi żadnego śladu w psychice — wszystko tutaj zależy od wrażliwości i struktury podświadomości dziecka. Ogromną różnicę robi również to, czy dane doświadczenie jest jedynie wyjątkowym „wypadkiem przy pracy” czy codzienną normą. Rodzice, którzy na bieżąco korygują swoje błędy w mądry i dojrzały sposób, są w stanie zminimalizować negatywny wpływ swoich niedoskonałości na psychikę dziecka. W najgorszej sytuacji są dzieci wychowujące się w domach, w których nie ma żadnej refleksji nad tym, co się dzieje.


Istotne jest również to, że w pierwszych latach życia dzieci są bardzo wpatrzone w swoich rodziców (nawet jeśli ci są toksyczni). Rodzic, nawet ten niedojrzały czy kompletnie zapijaczony będzie dla małego dziecka autorytetem, więc wszelkie jego zachowania, przekonania i sposób bycia stanowią wzór do naśladowania. Dziecko uczy się poprzez obserwację i naśladowanie rodziców, czym jest praca, jak działają związki, jaka jest rola kobiety i mężczyzny, jak się zarabia pieniądze i wiele, wiele innych. Umiejętność zanegowania czy buntu przeciw tym wartościom przychodzi dopiero w kolejnych latach, gdy rodzi się niezależność i poczucie własnego ja, w oderwaniu od mamy i taty. Jednak nawet najbardziej zbuntowany nastolatek nie weryfikuje wszystkich wyobrażeń, jakie przejął i wiele z nich odtwarza bezrefleksyjnie przez resztę swojego życia (jeśli nie pracuje świadomie ze sobą).


Dzieci w pierwszych latach życia mają również tendencje do traktowania wielu spraw bardzo osobiście. Nie mając jeszcze zbyt dużej świadomości faktu, że cały świat nie kręci się wokół nich, potrafią opacznie interpretować wiele zdarzeń. Gdy małe dziecko, nie mające jeszcze świadomości jak funkcjonuje pieniądz, chce dostać zabawkę, ale ojciec stwierdza, że jest za droga i jej nie kupi — dziecko postrzega całą sytuację z poziomu prostych emocji: „chcę dostać, ale nie dostanę — jestem zły/smutny”. Jeśli sytuacja powtarza się (ponieważ rodzice są biedni i ich nie stać) i nikt nie był w stanie wytłumaczyć dziecku o co dokładnie chodzi, kodują się w nim wzorce zbudowane na jego zawężonym, emocjonalnym postrzeganiu sytuacji. Taka osoba w dorosłym życiu idzie przez świat z podświadomym nastawieniem (na poziomie stłumionych emocji): „nie dostaję tego, czego chcę od świata”. Dopiero terapeutyczna konfrontacja z tymi emocjami i zauważenie z szerszej już świadomości, że to nie było nic osobistego, a zwyczajne blokady na zarabianie u rodziców i brak dobrej komunikacji — przynosi ulgę i odpuszczenie negatywnego nastawienia wobec rzeczywistości.


Innym przykładem może być negatywne zachowanie rodzica, który wyzywa wszystkich od głupków i oferm życiowych. Małe dziecko wysłuchując takich uwag na swój temat, nie potrafi wyciągać wniosków typu: „tata jest emocjonalnie niedojrzałym frustratem, więc jego opinia jest niesprawiedliwa, agresywna i niewiele warta”. Tutaj działa siła autorytetu dorosłego w połączeniu z brakiem ukształtowanej samoświadomości i własnych poglądów. Dziecko nie ma jeszcze odpowiednich narzędzi, aby podważyć to, co się dzieje, więc może to tylko przyjąć, niezależnie od tego jak się z tym czuje. Na poziomie emocji jest to bardzo proste rozumowanie na zasadzie: „skoro mówią, że jestem głupi, to najwyraźniej taki jestem albo zrobiłem coś, co o tym świadczy”. Jedne dzieci przyjmą to dość biernie, u innych mogą pojawiać się reakcje obronne (im dziecko starsze, tym bardziej mogą one być częste i złożone), ale nawet w przypadku buntu czy negacji będą to wciąż reakcje zbudowane na walce z „nieakceptowalną prawdą o mnie”. Dopiero dojrzała świadomość zauważa, że cała ta „prawda” była jedynie iluzją czy zakłamaniem, a więc nie ma potrzeby z niczym walczyć. Kiedy przestajesz się z czymś utożsamiać, przestaje to wzbudzać w tobie jakiekolwiek emocje i nie masz potrzeby ani się buntować, ani niczego nikomu udowadniać. Dziecko, które się denerwuje i krzyczy z całych sił „nie jestem głupi” w kierunku ojca, który je tak nazwał — okazuje swoją bezsilność i nieakceptację wobec konceptu, którego czuje się więźniem. W tym wypadku jego własne uczucia mówią mu, że to nie jest prawda, ale jednocześnie wiara w autorytet ojca sprawia, że w jakiejś części jednak w to wierzy, co rodzi silny konflikt wewnętrzny i idące za tym emocje. Warto więc mieć na uwadze, że często silnie zaprzeczamy temu, z czym się w jakimś stopniu utożsamiamy (nawet na tych bardzo głębokich, stłumionych poziomach), a na co jednocześnie się nie godzimy (z różnych powodów np. braku akceptacji, aby postrzegać siebie w taki sposób).


Jeszcze innym przykładem nadmiernego traktowania wszystkiego personalnie będą takie sytuacje jak choćby kłótnia rodziców. W otoczeniu może dziać się coś negatywnego, co teoretycznie nie ma nic wspólnego z dzieckiem i jego sprawami, ale jednak dziecko przeżywa takie emocje, jakby cała sytuacja tyczyła się go osobiście. To działa szczególnie w przypadku dzieci zalęknionych, niechcianych czy z pielęgnowanym poczuciem winy. W praktyce wygląda to tak, że rodzice kłócą się np. z powodu niepozmywanych naczyń, a dziecko, słysząc krzyki za ścianą, buduje w sobie przekonanie, że to właśnie ono jest przyczyną całej awantury (to, co zrobiło wcześniej, to jak się zachowywało czy sam fakt, że w ogóle jest). Wyobrażając sobie różne scenariusze, w większości wypadków nie ma możliwości weryfikacji ich prawdziwości. Kodują się więc w podświadomości takie emocje i negatywne przekonania na temat własnej wartości, jakby cała ta interpretacja sytuacji była czymś realnym. U bardzo małych dzieci jest to często reakcja, częściowo bazująca na braku świadomości, że świat znacznie wykracza poza ich własne emocje i postrzeganie.


Późniejsze dzieciństwo od 6 roku życia do momentu dojrzewania


Na tym etapie najważniejsze fundamenty osobowości zostały już zbudowane i całość staje się coraz stabilniejsza, a jednocześnie też coraz trudniejsza do zmienienia. Zaczyna się stopniowe odrywanie od autorytetu rodziców i kształtowanie swojego niezależnego ja — a przynajmniej powinno się tak dziać, a niestety nie jest to regułą. W niektórych, toksycznych domach zdarzają się rodzice, którzy za nic nie chcą utracić całkowitej zależności dziecka od ich woli, więc na wszelkie sposoby „tresują” posłusznego niewolnika, który nie ma prawa do własnych uczuć czy potrzeb. Zdarza się więc, że niektórzy ludzie zatrzymują się na tym etapie i do końca życia (lub momentu terapii) zostają wpatrzeni w rodziców jak w obrazek — będąc niezdolnymi do podważenia ich autorytetu czy wybrania własnych uczuć zamiast ich potrzeb. Żeby odciąć tak mocno człowieka od naturalnie kształtującej się niezależności trzeba wprowadzić dużo terroru — przemocy fizycznej, psychicznej i emocjonalnej (w dowolnych proporcjach, fizyczna nie zawsze występuje). Dziecko jest karane, zastraszane lub wpędzane w poczucie winy za wszelkie przejawy samodzielnego myślenia i czucia. Największym „grzechem” jest przejawianie się w sprzeczności z oczekiwaniami, uczuciami, potrzebami czy poglądami rodzica. Rodzic jest odpowiedzialny za wszystko co dobre, a dziecko i reszta otoczenia, za wszystko co złe. Jeśli brzmi to dla ciebie boleśnie znajomo, z dużym prawdopodobieństwem rodzic posiadał osobowość narcystyczną (lub silny rys narcystyczny). Temat narcyzów jest na tyle szeroki, że zasługuje na osobną książkę, a jednocześnie jest na tyle ważny, że jeśli tyczy się ciebie — polecam z całego serca poświęcić mu więcej uwagi, ponieważ zrozumienie go będzie niezwykle istotne w odbudowywaniu zdrowej relacji ze sobą.


W przypadku, gdy już nie mamy do czynienia z takimi skrajnościami, w mniejszym bądź większym stopniu dziecko ma przestrzeń do odkrywania swojej niezależności. Ważnym etapem jest zmiana środowiska, w którym przebywa się na co dzień, czyli uczęszczanie do przedszkola i szkoły. Budowanie relacji z rówieśnikami i dorosłymi spoza rodziny (np. nauczyciele), a także tak częste przebywanie poza domem w oderwaniu od rodziców, sprawia, że osobisty świat dziecka znacznie się powiększa. Już nie jest to głównie najbliższa rodzina i bezpieczne cztery ściany domu, a znacznie większa przestrzeń z dużą ilością nowych relacji. Najważniejszą zmianą jednak będzie rozwijająca się sfera mentalna dziecka, pozwalająca na bardziej złożone funkcjonowanie niż proste reakcje emocjonalne. Połączenie sfery emocjonalnej z umysłem mentalnym, nawet w przypadku gdy przejawianie emocji i intelektu jest mocno zaburzone, pozwala wykształcić pełniejszą i bardziej niezależną osobowość. Dziecko uczy się myśleć za siebie (o ile otoczenie daje mu na to jakąkolwiek przestrzeń), a co za tym idzie — zaczyna coraz bardziej analizować siebie, swoje potrzeby, to kim jest. To oczywiście nie są głębokie, filozoficzne rozważania, a przede wszystkim podświadome reakcje, które popychają do konkretnych działań „testujących” świat. Pojawia się więc większa odwaga, aby wychodzić do ludzi i świata, aby z własnej inicjatywy coś powiedzieć, coś zrobić, pokazać się, przejawić swoją twórczość. Młody człowiek ma coraz większą świadomość swojego własnego „ja”, które jest odrębne od mamy i taty, więc odkrywa kawałek po kawałku, czym to „ja” w ogóle jest i jak można je przejawiać. Dzieci wychowane w kochającym domu będą miały wyższe poczucie własnej wartości, więc będzie więcej odwagi, przebojowości (niekoniecznie ekstrawertycznej), niewinności i luzu w byciu sobą. Z kolei osoby z toksycznych domów będą przejawiać różne zaburzenia blokujące i wypaczające ich naturalny potencjał — pojawiać się więc może nadmierne kierowanie się cudzymi opiniami, wycofanie, agresja, egoizm i wiele, wiele innych ograniczających schematów. Te negatywne wzorce, o ile nie pojawi się jakaś forma terapii w międzyczasie — będą się tylko pogłębiać i budować kolejne problemy, szczególnie w okresie dojrzewania, który jest niezwykle wrażliwym czasem dla młodej psychiki.


Okres dojrzewania do dorosłości


Odrywanie się od autorytetu rodziców znacznie wzrasta na sile. Stereotypowy nastoletni bunt pojawia się w przypadku złych bądź nijakich relacji z rodzicami. W przypadku, gdy relacja jest naprawdę dobra, uczuciowa, pełna miłości i wzajemnego zrozumienia — nastolatek nie odczuwa potrzeby buntu ani walki w budowaniu swojej niezależności. Nie musi wtedy też negować autorytetu rodziców, a uczy się jedynie go przesiewać przez swoje własne uczucia, poglądy i potrzeby. W przypadku jednak negatywnych relacji i odrzucenia rodziców, pojawia się potrzeba odnalezienia nowego autorytetu, a jeśli samoocena nie pozwala nastolatkowi zawierzyć samemu sobie — będzie szukał go na zewnątrz. Stąd u młodych ludzi tak częsta podatność na tzw. „złe towarzystwo”, szczególnie, że to zazwyczaj manipulatorzy i inne toksyczne jednostki będą usilnie zabiegać o uwagę młodych, pogubionych ludzi.


Fizyczne dojrzewanie wprowadza sporo zamieszania w emocjach i psychice. Dużo się dzieje w ciele, pojawiają się czasami dosyć nagłe czy niespodziewanie zmiany, a sprawy nie ułatwiają rówieśnicy, którzy mogą się podśmiewać czy krytykować. Zaczynają również buzować hormony, a więc budzi się seksualność, rodzą się pierwsze miłości i pierwsze złamane serca. Dziać się może więc bardzo dużo, a wszystko w kontekście intensywnego czy wręcz desperackiego odkrywania: „kim jestem?”. I właśnie ta niekompletna jeszcze świadomość siebie, to niepełne określenie swojego ja, sprawia, że wszelkie wydarzenia potrafią być bardzo emocjonalne i przesadzone z punktu widzenia dorosłego człowieka. To, co dla 40-latka jest zwykłą błahostką, dla 14-latka może być małym końcem świata. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ właśnie przebieg tych wszystkich życiowych doświadczeń ma ogromny wpływ na budowanie własnej tożsamości, którą będzie się nosić ze sobą do końca życia (jeśli nie zrobi nic w kierunku jej zmienienia). W praktyce może wyglądać to tak: pewna dziewczynka przez całe dzieciństwo była ignorowana przez ojca, który jej ani nie przytulał, ani nie poświęcał jej swojej uwagi. To zrodziło w niej silne wzorce odrzucenia w relacjach z płcią przeciwną i przekonanie, że jest całkowicie nieciekawa dla mężczyzn. W wieku nastoletnim po raz pierwszy konfrontuje się w tymi przekonaniami w praktyce, kiedy zakochuje się w chłopcach ze swojego otoczenia, ale oni wszyscy po kolei ją równie mocno ignorują czy nawet boleśnie odrzucają. To wszystko dopełnia jej własną tożsamość jako „nieatrakcyjnej i odrzucającej dla mężczyzn”, która wpływa na problemy związkowe w dorosłym życiu. Wszystko jest podtrzymywane przede wszystkim na emocjach zbudowanych w relacji z ojcem oraz nastoletnich traumach przy pierwszych zauroczeniach — więc to właśnie z tymi emocjami trzeba się zmierzyć i je uwolnić, aby zbudować przestrzeń pod nową, lepszą samoocenę.


Okres nastoletni jest etapem przejściowym między dzieciństwem, a dorosłością, więc w zależności od człowieka i tego, co przeżył (na ile świadomie i zdrowo był wychowany) mogą różnie kształtować się proporcje między typowymi dla dziecka zachowaniami, a dorosłą dojrzałością. W świadomych, dobrych domach etap ten może być dosyć bezbolesny, a młody człowiek będzie cechował się dojrzałością większą od rówieśników, ogólnie całkiem dobrze sobie radząc z życiowymi wyzwaniami.


Dorosłość


Dorosły człowiek jest już w pełni ukształtowany, tzn. ma zbudowaną kompletną tożsamość, choć może ona być niezwykle ograniczona i oparta na zamrożonych emocjach małego dziecka. Na tym etapie często zanika lub spada do minimum potrzeba dalszego szukania siebie, szczególnie gdy sytuacja życiowa stabilizuje się i wpada się w rutynę „dorosłości”. Taka osoba już zna swoje miejsce w świecie, w pracy, w związkach i każdej innej dziedzinie życia. W momencie, gdy przestaje się temu sprzeciwiać i po prostu poddaje się biernie życiu, następuje proces „betonowania” podświadomych wzorców. Każdy kolejny rok takiego życia wzmacnia i rozbudowuje zebrane wcześniej przekonania, więc im dłużej będzie to trwało, tym trudniej będzie otworzyć się na zmiany we własnej osobowości. Ogólna elastyczność w czuciu i myśleniu jest cechą indywidualną, zależną od wielu czynników, więc oczywiście możemy trafić na 70-latka o bardziej otwartym umyśle niż w przypadku 20-letniego fanatyka religijnego. Istnieje jednak dosyć zauważalna tendencja, zgodnie z którą, z wiekiem pojawia się coraz większa sztywność w podświadomych strukturach — dotyczy to oczywiście osób, które nie podchodzą świadomie do siebie i swojego życia. To wszystko sprawia, że osoby, które otwierają się na rozwój duchowy w dość późnym wieku, a które jednocześnie całe wcześniejsze życie nie miały zbyt dużych tendencji do samorefleksji — będą miały ogromną trudność w przekroczeniu najgłębszych fundamentów swojej osobowości. Po prostu niektóre wzorce i indywidualne cechy będą traktowane przez taką osobę, jak coś całkowicie naturalnego i niezmiennego — w głowie jej się nie będzie mieścić, że jest to sztucznie uwarunkowane i możliwe do zmiany.


Inną kwestią jest to, że często im dłużej ktoś żyje, tym silniej jest on przekonany, że on WIE jak pewne sprawy wyglądają. Taki człowiek ma swoje doświadczenia, emocje i poglądy wokół których zbudował całe swoje życie i do których przyzwyczaił się tak mocno, że wręcz może świadomie ich bronić jak lew, reagując agresją na wszystko, co jest od tego odmienne. Na szczęście, przy odpowiednio dużej i szczerej motywacji do zmian czy naprawdę głębokim duchowym przebudzeniu, to wszystko nie musi być wielką przeszkodą. Potencjalnie, niezależnie od tego, w jakim wieku byśmy zaczęli naszą przygodę z duchowością — możemy wszystko w sobie uzdrowić i poukładać. I tak większość ludzi, nawet tych zaczynających pracę nad sobą w młodości, nie będzie w stanie oświecić się w ciągu jednego życia. Nie jest więc istotne jak dużo czasu ci zostało i jak bardzo jesteś zabetonowany we własnych ograniczeniach — jedyne co naprawdę się liczy to, żeby w końcu przestać się pogrążać w negatywnych wzorcach i pójść w kierunku tego, co dobre i korzystne.


Starość


Finalny okres życia (o ile nie wykończysz siebie wcześniej), gdzie już bardziej zbierasz wcześniejsze plony swojego życia niż zasiewasz nowe. Dla wielu osób jest to okrutny i trudny czas, ponieważ tutaj nie ma taryfy ulgowej. To, co pielęgnowaliśmy przez całe życie — nasze nastawienie, emocje, dbanie o siebie — wszystko to, wpływa na jakość naszego starzenia się. Ludzie świadomi, dbający o siebie na każdym poziomie, zachowują młodość umysłu, ciała i ducha, żyjąc do samego końca całkiem sprawnie, aktywnie, zdrowo i szczęśliwie. Tacy ludzie umierają często spokojnie, nawet we śnie, bez towarzyszących im ciężkich chorób i bólu — odchodzą, gdy wyczerpie się ich energia życiowa i gdy naturalnie przychodzi czas na to, aby ruszyć do przodu i zacząć kolejne wcielenie. Z kolei osoby, które zaniedbały siebie, pielęgnując negatywne, ograniczające nawyki, myśli i emocje, zbierają nieprzyjemne żniwo bólu i cierpienia. To, czym obciążały się całe życie, wszelkie emocje i napięcia — to wszystko odkładało się w ciele, prowadząc do chorób i przykrych dolegliwości.


To, co się ugruntowało w ostatnich latach życia ma bardzo duży wpływ na kreacje warunków kolejnego wcielenia. Emocje i wzorce dominujące w tym czasie tworzą fundament pod kolejną osobowość, która po raz kolejny będzie tworzyć się od zera, ale jednocześnie pozostanie kontynuacją drogi, na której było się przed śmiercią. Oczywiście znaczenie ma wszystko, co budowaliśmy sobie podczas całego życia, a nie tylko na jego końcowych etapach. Mogłeś ostatnie 30 lat danego wcielenia spędzić na emeryturze, w ogóle nie myśląc o pracy, ale wcześniejsze 40 lat aktywności zawodowej i wyobrażenia, które tam powstały, również zabierasz ze sobą (jeśli są wystarczająco silne i ich w międzyczasie nie zmieniłeś).


Podsumowanie


Jak sam widzisz — okres prenatalny i wczesne dzieciństwo będą obszarami kluczowymi dla twojej podróży w głąb siebie, ponieważ właśnie w tym czasie powstało najwięcej uwarunkowań, które zbudowały twoją osobowość. Oczywiście na innych etapach życia też potrafi dziać się wiele, szczególnie, gdy doświadcza się jakichś większych traum, a i nie raz będziemy musieli sięgnąć po pamięć poprzednich wcieleń, aby odkryć pierwotne intencje, które zbudowały nam takie, a nie inne warunki obecnego życia. W zdrowej terapii nie może jednak być tak, że przez 90% czasu zajmujesz się poprzednimi wcieleniami, a dzieciństwa praktycznie nie ruszasz. Jeśli tak się dzieje, to najpewniej uciekasz przed sobą. Obecne życie, z naciskiem właśnie na te pierwsze kilka-kilkanaście lat powinny być kluczowym obszarem w odbudowywaniu zdrowej samooceny. Poprzednie wcielenia powinny cię interesować tylko na tyle, na ile jest to potrzebne, aby lepiej zrozumieć obecne życie. Cała reszta to już tylko niezdrowa ciekawość. Żyjesz tu i teraz, a nie tam i wtedy — nie zapominaj o tym.


Oczywiście zdarza się tak, że niektóre osoby mają tak silną i rozbudowaną negatywną karmę, że potrzebują przez jakiś czas bardziej popracować nad poprzednimi wcieleniami i to też jest w porządku. Warto jednak mieć na uwadze, że nie może to trwać wiecznie i skoro tyle negatywnych obciążeń przeszło na to życie, to zdecydowanie tym bardziej będzie z czym pracować w ramach terapii dzieciństwa.

Czy mogę się zmienić?

Niezależnie od tego, czy jesteś 19-latkiem, czy już dawno przekroczyłeś 60-tkę, możesz mieć bardzo silne przekonanie, że jest już za późno, aby zmienić pewne rzeczy w swoim życiu. Może przeżyłeś tak wiele, albo doświadczyłeś tak okropnej traumy, że nie wyobrażasz sobie, aby cokolwiek dało się z tym zrobić. A może po prostu wydaje ci się, że jesteś zbyt głupi, uparty czy ograniczony, aby móc dokonać większych zmian w swoim wnętrzu. To nieważne, co sobie wyobrażasz — prawda jest taka, że można uzdrowić i zmienić absolutnie wszystko, co jest sprzeczne z naszą prawdziwą naturą. Jeśli pewne rany są zbyt bolesne dla ciebie, aby je ruszać — możesz najpierw popracować nad radzeniem sobie z emocjami. Jeśli czegoś za bardzo się boisz — możesz ruszyć temat bezpieczeństwa. Jeśli jesteś zbyt uparty, to odkrywaj w sobie pokłady naturalnej elastyczności i akceptacji. Jeśli czujesz się niedostatecznie dobry, warto przyłożyć się do tematu samooceny. Jeśli uważasz, że nie zasługujesz na nic dobrego i powinieneś być karany za swoją przeszłość — zawsze można spojrzeć na to wszystko z szerszej perspektywy i odkryć niewinność w dążeniu do tego, co dobre i korzystne. Obojętnie w jak tragicznym położeniu byś nie był i jak źle by z tobą nie było, zawsze jest coś, za co można się zabrać, a co będzie tym pierwszym krokiem do wyjścia z własnych problemów i ograniczeń. To mogą być długie, żmudne i bolesne procesy, ale zawsze da się coś zrobić.


Jeśli uważasz, że konkretnie tobie nie da się już pomóc i nie istnieje nic, co by to zmieniło, to bądź chociaż uczciwy wobec siebie i świata, przyznając, że po prostu sam sobie nie chcesz tego dać. Mogę to powiedzieć z całą pewnością, ponieważ technicznie rzecz biorąc nie starczyłoby ci całego życia na to, aby wypróbować wszelkie możliwe opcje. Nie ma więc takiej możliwości, abyś realnie spróbował wszystkiego, aby ogłosić, że NIC nie jest w stanie ci pomóc. Zwyczajnie nie ma takiej możliwości. To, co naprawdę dzieje się w takich przypadkach, to albo zamknięta postawa od samego początku, gdzie pielęgnowanie swoich ograniczeń jest ważniejsze od uzdrowienia, albo po prostu zbyt szybkie poddanie się, wynikające z ulegania swoim ograniczającym myślom i emocjom. Pierwszy przypadek sobie nie pomoże, dopóki nie dojdzie do granicy własnego cierpienia, aby otrzeźwieć i zmienić priorytety oraz motywacje. Drugi potrzebuje nabrania dystansu do swoich myśli i emocji oraz zaufania, że to są tylko sztuczne konstrukty, które można uzdrowić, a nie prawda objawiona. Jeśli wierzysz bezgranicznie głosowi swoich ograniczeń, lęków i słabości — z góry jesteś przegrany. To niezwykle ważne, aby nauczyć się podważać nawet to, co wcześniej było najbardziej oczywistą prawdą na twój temat. Wątp, podważaj, analizuj, sprawdzaj, badaj, obserwuj, próbuj, medytuj. To właśnie te wszystkie działania wybijają podświadomość z betonu, w którym tak silnie się osadziła i zmuszają ją do przewartościowania pewnych rzeczy w sobie. Im bardziej się w to wszystko zaangażujesz i im więcej elastyczności w czuciu i myśleniu sobie dasz, tym łatwiej zaczniesz zauważać luki w tym, co wydawało się logiczną i oczywistą prawdą na twój temat.


To, co ułatwia wprowadzenie zmian w sobie, to fakt, że wszelkie negatywne i ograniczające wzorce zawsze są oparte na zakłamaniu, błędnych wnioskach, traumach czy innych sztucznych czynnikach. Cokolwiek by to nie było, gdy już to zbadasz i dogłębnie poznasz, sam przyznasz przed sobą, że nie ma sensu, aby to dalej podtrzymywać. W gruncie rzeczy odróżnienie prawdy od kłamstwa na swój temat jest bardzo proste, ale tylko pod warunkiem, że najpierw damy sobie przestrzeń do podważenia starych wzorców i nieuprzedzonego zbadania prawdy na dany temat.


Warto również wspomnieć o zjawisku zrzucania odpowiedzialności za swoje problemy, co tyczy się przede wszystkim ludzi, którzy czują się ofiarami czyjegoś traktowania (najczęściej rodziny lub partnerów w związku). Takie osoby podchodzą do sprawy na zasadzie: „U mnie ojciec dużo pił, robił awantury i generalnie zniszczył mi samoocenę, więc teraz jestem skrzywiony i nic z tym już nie zrobię”. Dobrze jest być świadomym tego, co konkretnie nas ukształtowało w taki, a nie inny sposób, ale to nie oznacza, że to, co się dokonało jest trwałe. Potrzeba przekonywania siebie i otoczenia do tego, że nie da się już nic z tym zrobić jest tylko emocjonalnym zafiksowaniem, które można uzdrowić. Powody takiego stanu rzeczy mogą być różne, ale najczęściej będzie to bardzo silna potrzeba pokazaniu katowi (i/lub światu) jak bardzo ten nas skrzywdził i bezpowrotnie złamał. Szczególnie silne jest tu o osób, których krzywda nie została nigdy wprost uznana (nikt się nie przyznał, nie przeprosił, a może wręcz wmawiał ci, że jesteś wariatem, że to się nie wydarzyło, że jesteś przewrażliwiony). Nie możesz więc sobie po prostu poradzić i wyjść z tych problemów, ponieważ to byłoby potwierdzenie, że rzeczywiście nic takiego się nie stało, skoro sobie poradziłeś. A emocje krzyczą, że przecież stało się! I to dużo! Nie może to wszystko katowi ujść na sucho! On musi wiedzieć, jakim jest złym człowiekiem! Dopóki więc nie poradzisz sobie z tymi konkretnymi emocjami, dopóty nie będziesz chciał sobie pozwolić na uzdrowienie, co będzie skutkować bardzo silnym poczuciem, że nie da się nic zrobić. Niestety, dopóki sam się na to nie godzisz, to rzeczywiście się nie da. W tym konkretnym przypadku będziesz musiał zadbać przede wszystkim o takie elementy jak samodzielne uznanie swoich krzywd (bez czekania na „łaskę” kata), odpuszczenie sobie potrzeby zemsty, ukarania czy ujawnienia kata, odpuszczenie sobie próby dostania od kata tego, czego nie chciał i nie potrafił nigdy dać (trzeba odpuścić sobie fantazje o tym, jak to kat rozumie swoje winy i zmienia się na lepsze). Generalnie trzeba się skupić na sobie, zwracając sobie wolność psychiczną i emocjonalną od osoby kata, z jednoczesnym przekierowaniem uwagi na zaspokojenie swoich braków w taki sposób, który jest zdrowy, realistyczny i korzystny.


Jeśli więc pracujesz nad sobą lub próbujesz pracować i nic z tego nie wychodzi, musisz zapytać sam siebie: „Jaki mam interes w tym, aby tkwić w moich ograniczeniach?”. Podświadomość musi widzieć jakiś sens w tym, skoro tak funkcjonuje. W takim wypadku dla ciebie najważniejszą rzeczą na świecie będzie odkrycie, o co tam chodzi, ponieważ z wewnętrznym sabotażystą daleko nie zajdziesz. Ciężko osiągnąć coś więcej, gdy jedna część ciebie coś buduje, a druga jednocześnie polewa to benzyną i podpala. Szukaj więc odpowiedzi, drąż temat, próbuj rozmawiać ze sobą, korzystaj ze wsparcia z zewnątrz — rób wszystko, co jesteś w stanie, aby jakoś to rozpracować. Da się to rozgryźć, trzeba tylko szczerze chcieć i działać na tyle, na ile się potrafi, reszta to już kwestia czasu.

Fundamenty zdrowej relacji ze sobą

Jeśli interesuje cię urzeczywistnienie zdrowej samooceny, dobrze jest najpierw poznać jej podstawowe aspekty. Każdy z nas jest co prawda jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną jednostką, więc możemy przejawiać się na wiele różnych sposobów, ale istnieje cały szereg uniwersalnych cech, które są nieodłączną częścią prawdziwej natury każdego człowieka. Możesz potraktować poniższe zestawienie jako narzędzie do weryfikacji jakości własnej relacji ze sobą. Odnosząc opisane cechy do siebie, spróbuj ocenić, na ile masz problem z prawidłowym ich przejawianiem. Tam, gdzie znajdziesz największe odchylenia od zdrowego wzorca, tam będzie potrzebna konkretna praca ze swoim wnętrzem. Kolejność nie jest przypadkowa — starałem się zacząć najpierw od tych najbardziej fundamentalnych cech, które powinny mieć wyższy priorytet w naszej duchowej pracy, aczkolwiek nie chodzi też o to, żeby się sztywno trzymać tej konkretnej kolejności. Chciałbym tylko, żebyś miał świadomość, że np. akceptacja od której zaczynam, stanowi podstawę pod zbudowanie wszystkiego innego, a braki w cierpliwości i wyrozumiałości będą mocno sabotować uczucie zadowolenia. Wiele z tych cech wpływa na siebie wzajemnie i warto być świadomym tych zależności.


Przy każdej z opisanych cech znajdziesz ćwiczenie wspierające w jej urzeczywistnieniu (bądź przekroczeniu własnych ograniczeń), przykładowe afirmacje (potraktuj je jako inspiracje, nie wszystkie muszą być idealne dla ciebie na tu i teraz) oraz test skojarzeń. Jak podejść do testu? Przede wszystkim potraktuj go tak, jakbyś miał dosłownie jedną sekundę na dokończenie zdania, wstawiając dowolną treść w miejsce trzech kropek. Nie myśl, nie analizuj, nie kontroluj — cokolwiek pojawi się jako pierwsze, to sobie zapisz. Skojarzenie też nie musi pasować gramatycznie do samego zdania — jeśli na zdanie „Najczęściej przy ludziach boję się, że …” twoją reakcją będzie „nie boję się niczego przy ludziach” to jest to również prawidłowe skojarzenie i takie możesz sobie zapisać. Pamiętaj, że nikt nie będzie cię rozliczał za ten test, a ma on na celu pokazanie ci tego, co jeszcze może być w twojej podświadomości, więc podejdź do niego uczciwie i nie próbuj na siłę wypaść pozytywnie. Nawet jeśli wydaje ci się, że np. już się czegoś nie boisz, a pierwszym skojarzeniem podświadomości będzie, że jednak czujesz lęk– nie walcz z tym, tylko potraktuj jako coś, co powinno dać ci do myślenia. Dzięki testowi skojarzeń będziesz mógł dobrać sobie bardziej szczegółowe i trafiające w sedno problemu afirmacje, więc jest to bardzo pomocne narzędzie.

Akceptacja

Nieprzypadkowo zaczynam właśnie od tej cechy, ponieważ nauka akceptacji jest jednym z pierwszych punktów, od którego powinniśmy zacząć uzdrawianie relacji ze sobą. Dla wielu osób bywa to bardzo trudne, ze względu na silne emocje i wyobrażenia niepozwalające pogodzić się z pewnymi aspektami ich życia. Niezależnie od tego jak trudne i niewygodne by to nie było, konieczne będzie jednak otwarcie się na szerszą perspektywę i wyjście poza te ograniczenia. Bez akceptacji nie ma bowiem uzdrowienia i tego w żaden sposób nie przeskoczymy. Dlaczego tak jest?


Zdrowa akceptacja jest nieoceniającym i nieuwarunkowanym przyjęciem do wiadomości pewnej informacji (myśli, emocji, zdarzenia). Zazwyczaj, gdy pojawia się informacja, która jest dla nas nieprzyjemna czy niewygodna — pojawiają się również emocje. Za emocjami zaś idą konkretne wyobrażenia i cały obraz sytuacji ulega zaburzeniu, ponieważ nie potrafimy podejść do całej sprawy na chłodno. Załóżmy, że właśnie dowiedziałeś się, że zostałeś zwolniony z pracy, a jesteś głównym żywicielem rodziny i nie masz zbyt dużych oszczędności. Decyzja jest już ostateczna i nie da się nic zrobić, aby to zmienić. W takiej sytuacji bardzo łatwo o istną karuzelę emocji — strach, złość, żal, bezsilność. Umysł broni się przed pełnym przyjęciem tej informacji do świadomości, ponieważ wywołuje ona silne reakcje i jest tak trudna do przyswojenia. Nie chcesz pogodzić się z tym faktem, ponieważ on wywraca całe twoje życie do góry nogami. W pierwszej reakcji więc walczysz z tym, zgodnie z typowymi dla twojej podświadomości wzorcami. Możesz więc np. wejść w rolę ofiary i nieudacznika, krytykując siebie za doprowadzenie do utraty pracy. Możesz narzekać na ciężkość życia, niesprawiedliwość i wiele innych rzeczy. Możesz czuć i myśleć wiele, a wszystko to będzie bazować na niepogodzeniu z całą sytuacją. Spójrzmy jednak na to wszystko bez tych emocji i całego dramatu — jest to tylko wymyślony przykład, więc nie powinien to być duży problem. Zastanów się — czy nakręcanie się w tych wszystkich emocjach ma jakiekolwiek praktyczne zastosowanie? Czy niegodzenie się na utratę pracy w swojej psychice i emocjach magicznie cofnie czas i sprawi, że to się nie wydarzy? To są często reakcje małego dziecka, które nauczyło się w dzieciństwie, że jak mu spadnie lód na ziemię i rozpłacze się wystarczająco mocno, to mama kupi nowego. W rzeczywistości jednak wielu zdarzeń nie da się zmienić naszymi emocjami (np. nie ożywisz zmarłej, bliskiej osoby swoim żalem), a nawet jeśli w danym przypadku uda się coś wymusić od świata szantażem emocjonalnym — nie tworzy nam to zbyt dobrych wzorców funkcjonowania (cena jaką się za to płaci jest nieadekwatna do korzyści). Najlepsze i najsensowniejsze co możemy dla siebie zrobić, to po prostu przyjęcie, a więc zaakceptowanie tego, co się wydarzyło i tego co jest, nawet jeśli nam to nie odpowiada. Skoro sam brak akceptacji w żaden sposób nie pomaga, a tylko nakręca szereg niepotrzebnych, przeszkadzających wręcz emocji — to jest to po prostu niepraktyczne. Co istotne — pamiętaj, że akceptacja nie oznacza bierności. To, że przyjmujesz do wiadomości informacje o stracie pracy i wewnętrznie godzisz się z tym faktem, nie oznacza przecież, że teraz położysz się na ulicy czekając na koniec świata, ponieważ jest już ci wszystko jedno. Wręcz przeciwnie — pełne pogodzenie buduje wewnętrzny spokój i przestrzeń, w której można na dużo większym luzie podjąć właściwe działania naprawcze. Człowiek, który nie chce zaakceptować, może się tak nakręcić w swoich emocjach, że doprowadzi się nawet do autodestrukcyjnych zachowań — może pójść się upić, może coś rozwali, a w skrajnym przypadku nawet popełni samobójstwo. Tymczasem osoba akceptująca nie traci czasu na bezproduktywne emocje — po prostu od razu przechodzi do działania. To nie musi być od razu intensywne szukanie nowej pracy, a może oznaczać danie sobie kilku dni na pozbieranie się i przemyślenie tematu. Niezależnie od tego, co by to nie było — będzie to dobre, właściwe działanie, zamiast niepotrzebnego dramatyzowania i zatracania się w emocjach.


To wszystko ma bezpośrednie przełożenie na stosunek do siebie. Jeśli nie akceptujesz w sobie pewnych cech, zachowań, czynów czy jakichkolwiek części siebie, to nie sprawiasz, że to wszystko znika. Tak samo, jak w przykładzie z pracą, tworzysz tylko dodatkowe warstwy emocji, które nie tylko przesłaniają sedno problemu, ale również budują więcej napięć podtrzymujących to, czego nie akceptujesz! W praktyce więc twoje niepogodzenie tylko i wyłącznie odsuwa cię od jakichkolwiek możliwości uzdrowienia problemu. Mało tego — w wielu przypadkach jest tak, że problem nawet nie jest prawdziwy, a urojony. Możesz czuć się brzydki i odpychający, ale nie dlatego, że naprawdę jest coś nie tak z twoim ciałem, ale dlatego, że nasłuchałeś się złośliwości na swój temat i uwierzyłeś w to wszystko. Sam z pewnością nie raz trafiłeś na osoby, które w twoich oczach były całkiem atrakcyjne, a które twierdziły, że coś jest nie tak z ich wyglądem. Łatwo więc zauważyć, że w niektórych przypadkach problem jest tylko w czyjejś głowie. A to, że coś takiego może w ogóle mieć miejsce i być podtrzymywane przez długi czas, wynika z braku akceptacji. Jeśli bowiem nie akceptujesz czegoś, utwierdzasz swoją podświadomość w przekonaniu, że ten problem jest prawdziwy. Osoba nawet o ciele tak pięknym, jakby rzeźbił je sam Michał Anioł, może nakręcać się w nieakceptacji swojego wyglądu do tego stopnia, że nawet będzie decydować się na operacje plastyczne, byleby tylko naprawić „tą brzydotę”. Gdyby z kolei ta sama osoba pozwoliła sobie na akceptację nawet z poziomu jej zaślepień, czyli podejście: „może i mam brzydkie ciało, ale przyjmuję je takie, jakim jest”, to z czasem zaczęłaby postrzegać siebie bardziej przytomnie, a więc odkryłaby piękno, które wcześniej odrzucała.


I to jest jeden z kluczowych elementów procesu uzdrawiania relacji ze sobą. Dopóki utożsamiamy się z naszym ego, a więc sztucznymi i zakłamanymi częściami naszej osobowości, bardzo potrzebujemy nauki bezwarunkowej akceptacji dla siebie. Nie chodzi tylko o to, aby zaakceptować swoją prawdziwą naturę, ponieważ pogodzenie się z tym, że jest się piękną, cudowną i wartościową istotą nie jest jeszcze aż takie trudne. Największym problemem jest zaakceptować to, co jest nieprzyjemne, toksyczne, złe, wstydliwe, głupie, zboczone — wszystko to, co się kłóci z naszym systemem wartości, a z czym się wciąż utożsamiamy. Niektórym wydaje się, że skoro coś pochodzi od ego i nie jest prawdziwe, to szkoda czasu na budowane akceptacji do tego — trzeba się tego po prostu czym prędzej pozbyć. Taka taktyka jednak zazwyczaj nie działa, ponieważ wyrasta z odrzucenia tej „skażonej” części siebie, a dopóki jej nie zaakceptujesz — zamiast próbować jej pomóc i ją uzdrowić — będziesz próbował ją zniszczyć. Ma to tyle sensu, co odcinanie sobie każdego chorego kawałka ciała z nadzieją na to, że takie „usunięcie choroby” przyniesie pełnię zdrowia, szczęścia i radości z życia. Pamiętaj o tym, że nawet jeśli nie jesteś zły czy głupi, to wciąż jesteś tym, co się ze złem i głupotą utożsamiało. I to właśnie te części ciebie, które pogubiły się w różnych wzorcach, potrzebują twojej miłości, uwagi i przede wszystkim akceptacji. Dopiero wtedy stworzą się warunki do przekroczenia tych wyobrażeń, a odrzucone części ciebie będą mogły na powrót zintegrować się z duchowym sercem. Jeśli zamiast ucieczki czy odcinania, przyjmiesz taktykę akceptacji i wewnętrznej integracji tego, co było odrzucone, niechciane — zaczniesz stawać się wewnętrznie spójny. Rozpocznie się proces odzyskiwania siebie i będziesz czuł, że jest coraz mniej emocji, wyobrażeń i sztuczności, a za to jest coraz więcej ciebie w tej najczystszej, najbardziej pierwotnej postaci.


Aby zbudować prawdziwą akceptację, nie wystarczy jednak mentalnie zrozumieć istotę problemu i przyjąć do wiadomości to, jak on wygląda. Akceptacja musi być zbudowana również na poziomie emocjonalnym, a to oznacza konieczność konfrontacji z własnymi uczuciami i wewnętrznego przyjęcia ich właśnie z tego poziomu, a nie z głowy. Jest to bardzo częsty błąd i spotkałem naprawdę wiele osób, które upierały się, że one już coś zaakceptowały, chociaż okoliczności jasno wskazywały, że tak nie jest. Niestety, częściowa akceptacja, w odcięciu od ciała czy emocji, choć przynosi pewną ulgę, nie jest jeszcze pełnym rozwiązaniem.


Załóżmy, że bardzo nie akceptujesz swojego ciała. W momencie, gdy będziesz w stanie z poziomu umysłu powiedzieć sobie: „akceptuję moje ciało, lubię moje ciało”, to będzie to fajny, pierwszy krok, ale to dopiero początek. Będziesz musiał jeszcze dotrzeć do zamrożonych emocji niechęci i złości na swoje ciało (czy jakichkolwiek innych, jakie w tobie są), poczuć te emocje, wyrazić w terapeutycznej przestrzeni, zaakceptować siebie z tym emocjami i wreszcie odpuścić je sobie (co może wymagać dłuższej pracy). Wtedy zrobi się przestrzeń, aby pojawiła się akceptacja dla ciała również na poziomie uczuć. Powiesz jeszcze raz: „akceptuję moje ciało, lubię moje ciało” i tym razem przeszyje cię od góry do dołu błogie uczucie radości i zadowolenia — dopiero wtedy będzie można powiedzieć, że naprawdę czujesz i przejawiasz akceptację dla swojego ciała.


Ćwiczenie

Gdy jesteś sam w mieszkaniu lub masz pewność, że nikt nie będzie ci przeszkadzał (to ważne, abyś czuł się swobodnie) stań nago przed lustrem i obserwuj siebie. Obejrzyj całe swoje ciało, a szczególnie dużo uwagi poświęć swojej twarzy. Co wyraża twoja mina? Co widać w oczach? Co widzisz? Co czujesz? Co o tym wszystkim sądzisz? Nie bój się swoich ocen, nawet tych negatywnych. Bądź szczery i nie próbuj być na siłę pozytywny. Jesteś tutaj sam, więc nie musisz niczego udawać. Po prostu pozwól sobie pobyć sam ze sobą, w pełni odsłonięty, naturalny i szczery. Gdy pojawią się negatywne oceny, myśli bądź emocje — nie bój się ich, nie spinaj się, nie walcz z nimi. Po prostu obserwuj i przyjmij je takie, jakimi są. Wyraź głośno, że akceptujesz to. Co jednak ważne, niech w zdaniach, które wypowiadasz, w miarę możliwości budowany jest pewien dystans do danej treści, tak aby nie traktować jej jak prawdy absolutnej na twój temat. Jeśli np. oceniłeś siebie, że masz brzydkie ciało, nie mów: „Akceptuję, że jestem brzydki”. Zamiast tego powiedz sobie: „Akceptuję to, że czuję się brzydki” albo „Akceptuję to, że uwierzyłem w nieatrakcyjność mojego ciała”. Niech w tych zdaniach będzie przestrzeń na to, że to co widzisz, czujesz czy myślisz, może okazać się tylko iluzją lub zaślepieniem. Oczywiście nie w każdym przypadku musisz ten dystans budować. Jeśli czujesz się wściekły na siebie, to ta wściekłość jest niepodważalnym faktem, więc możesz mówić wprost: „Akceptuję moją wściekłość. Akceptuję to, że jestem zły na siebie”. Każde z tych zdań zakończ pozytywnym odbiciem — spójrz sobie głęboko w oczy i powiedz sobie coś w stylu: „Ale i tak cię kocham. I tak cię lubię. I tak cię przyjmuję do mojego serca”. Takie słowa, choć mogą nie chcieć przejść przez gardło, wypowiedziane szczerze i z uczuciem, potrafią rozpuścić nawet najgrubszy lód.


Test skojarzeń

Chciałbym, ale nie potrafię w sobie zaakceptować …

Nie chcę w sobie zaakceptować …

Nie wolno mi zaakceptować w sobie …

Moja matka nigdy nie akceptowała we mnie …

Mój ojciec nigdy nie akceptował we mnie …

Ludzie na ogół nigdy we mnie nie akceptowali …

Najbardziej wstydzę się w sobie …

Nienawidzę w sobie …

Irytuje mnie we mnie …

Chciałbym zmienić w sobie …

Jeśli zaakceptuje w sobie moje najgorsze cechy, to …

Gdy będę akceptował moje najgorsze cechy, to wtedy inni …

Uczucie akceptacji jest dla mnie …

Potrafię w sobie zaakceptować …

Myślę, że mógłbym w sobie zaakceptować …


Wspierające afirmacje

Ja, imię, przyjmuję siebie takiego, jakim jestem. To jest niewinne i w porządku, że jestem właśnie taki, jaki jestem. Mam prawo być sobą. Przyjmuję do mojego serca całego siebie. Akceptuję całego siebie, z wszelkimi moimi wadami i zaletami. Mam prawo do błędów, słabości i porażek. To jest niewinne i w porządku, nawet gdy sobie nie radzę i popełniam błędy. Mam prawo być taki, jaki jestem, niezależnie od tego, co myślą o tym inni. Buduję w sobie uczucie akceptacji dla każdej cząstki mojego istnienia.

Cierpliwość i wyrozumiałość

Im więcej mamy w sobie akceptacji, tym łatwiej jest budować postawę pełną cierpliwości i wyrozumiałości dla siebie. A jest to ważne na początkach naszej pracy nad sobą, gdy mamy w sobie jeszcze dużo żalu, pretensji i innych negatywnych emocji.


Bycie cierpliwym jest szczególnie trudne dla osób znerwicowanych oraz doświadczających ogromnych braków w sobie. Realizacja celów długoterminowych jest problematyczna dla tych pierwszych, ponieważ wzorce nerwicowe cały czas sabotują ich pracę i wprowadzają dużo napięć, które trudno wytrzymać na dłuższą metę. Takie osoby często szukają dróg na skróty i szybko się poddają, bo nie mają ochoty znosić czegoś, co za długo trwa, podtrzymując ich nerwicę. Z kolei ludzie z dużymi brakami są nimi już tak sfrustrowani i zmęczeni, że aż wpadają furię na myśl o tym, że mieliby czekać na zaspokojenie kolejne lata. Niestety, zamiast spokojnie zastanowić się nad swoimi działaniami, często również szukają dróg na skróty. W efekcie te lata i tak mijają, a zaspokojenia jak nie było, tak dalej nie ma.


Cierpliwość najłatwiej jest budować na dwóch uzupełniających się uczuciach. Z jednej strony uczymy się akceptacji, czyli przyjmujemy do świadomości informację, że na tu i teraz nie ma jeszcze tego, czego pragniemy. Jednocześnie uzupełniamy to uczuciem zaufania, że we właściwym czasie (gdy coś uzdrowimy, gdy pojawią się możliwości, gdy coś zostanie odpuszczone) z całą pewnością nasza potrzeba zostanie zaspokojona. Gdy pojawia się to drugie uczucie i jest ono szczere, dopiero wtedy podświadomie jesteśmy w stanie pogodzić się z brakiem i cierpliwie otwierać na spełnienie w danym temacie. Jeśli przyjrzysz się dobrze swojej niecierpliwości, z pewnością zauważysz, że jest ona tym silniejsza, im bardziej poddajesz w wątpliwość realizację danego celu zgodnie z twoimi oczekiwaniami. Ta niepewność, im jest większa, tym więcej powoduje napięć, które trudno wytrzymać na dłuższą metę. Psychika naturalnie dąży do uwolnienia się od przyczyny stresu, więc najwyższym priorytetem jest jak najszybsze zakończenie sprawy — a to niestety często prowadzi do niepotrzebnego pośpiechu i niecierpliwości lub poddania się i rezygnacji z celu. Gdy będziesz więc następnym razem w takiej sytuacji, podejdź bardziej świadomie do tematu — zamiast automatycznie gnać, spróbuj uspokoić się i utrzymaj zdrowe, naturalne tempo rozwoju całej sytuacji. Przekieruj swoją uwagę na budowanie uczuć bezpieczeństwa i zaufania, a także poczucia, że wszystko układa się w najlepszy i najkorzystniejszy dla ciebie sposób. Dopiero, gdy naprawdę uwierzysz, że wszystko jest w najlepszym porządku, zauważysz, że nie ma potrzeby, aby się pospieszać czy szukać dróg na skróty. Możesz spokojnie, cierpliwie podążać przez życie, przyjmując wszystko we właściwym czasie.


W kontekście relacji ze sobą, ważna jest cierpliwość dla samego siebie — dla tego jak sobie radzisz, ile czasu ci to zajmuje, w jakim tempie przekraczasz swoje ograniczenia. Tutaj potrzebujesz przede wszystkim uszanowania swoich możliwości i ograniczeń, czyli zaakceptowania, że te są takie, jakie są i niekoniecznie musi to współgrać z twoimi oczekiwaniami. Problemy z wyrozumiałością wypływają w sporej mierze z braku cierpliwości, czyli zakładania, że ty już powinieneś coś rozumieć, z czymś sobie radzić czy coś urzeczywistnić. Często też mamy wyobrażenie, że powinniśmy czemuś podołać, mimo że w rzeczywistości jest to tylko niepotrzebnie nałożone na siebie wymaganie. Takiej postawy uczymy się najczęściej już jako dzieci, gdy dorośli (głównie rodzina i nauczyciele) zaczynają od nas wymagać i krytykują nas, gdy nie spełniamy ich oczekiwań. Uczymy się więc wymagać od siebie rzeczy, które przekraczają nasze chęci czy możliwości, jednocześnie czując się źle z tym, że nie potrafimy ich realizować zgodnie z założeniami. Mogłeś, np. w szkole na lekcjach wychowania fizycznego, nie radzić sobie z wieloma ćwiczeniami, będąc z tego powodu wyśmiewany i krytykowany. Uwierzyłeś więc, że twoje blokady na wykonanie konkretnego ćwiczenia, są czymś negatywnym i zasługującym na pogardę. A w rzeczywistości może po prostu twoje ciało nie było dość wyćwiczone albo zwyczajnie za bardzo się ograniczałeś w swojej głowie z powodu lęków. To nie ma znaczenia, jaka była przyczyna, ponieważ miałeś pełne prawo do tego, aby sobie nie poradzić. Spójrz na to z szerszej perspektywy — czy wykonywanie ćwiczeń fizycznych jest nieodłączną częścią istnienia we wszechświecie? Czy jest to warunek oświecenia? Czy brak osiągnięć w tej sferze skazuje twoją duszę na wieczne potępienie? Czy Bóg cię nie pokocha, póki ładnie nie staniesz na rękach i nie skoczysz przez kozła? No nie! To są tylko sztuczne konstrukty społeczne, jakiś tam program nauczania i zwyczajne egzekwowanie go przez pojedynczego nauczyciela, który jest tylko człowiekiem z własnymi filtrami i ograniczeniami w głowie. A ty nauczyłeś się potępiać siebie czy źle czuć się ze sobą, ponieważ przyjąłeś cudze oczekiwania wobec ciebie jako swoje. Ty sam musisz w każdym przypadku odpowiedzieć sobie na pytanie, czy realizowanie danych oczekiwań ma sens i jest ci w ogóle do czegokolwiek potrzebne.


Sytuacja nieco się komplikuje, gdy sam z siebie czegoś chcesz, a mimo to nie jesteś w stanie temu podołać — wtedy wewnętrzne potępienie przychodzi z jeszcze większą łatwością. W takim wypadku ważne jest to, aby zauważyć, że nie może być tak, że cel, który chcesz zrealizować jest ważniejszy od ciebie samego. Chcesz zarabiać większe pieniądze, ale ci to nie idzie i krytykujesz się za to? Zastanów się, po co chcesz więcej zarabiać i dla kogo to robisz. Dla siebie? Żeby być szczęśliwszym i lepiej się czuć? No to zacznij przede wszystkim od zadbania o nastawienie do siebie. Wielu ludzi potrafi podchodzić do siebie w sposób niezwykle okrutny i bezlitosny, a to kompletnie nie ma sensu, gdy robisz coś dla siebie, ale kosztem dosłownego szmacenia samego siebie. Pomyśl — chcesz sobie pomóc czy zmieszać siebie z błotem? Możesz sobie nawet przywalić w twarz za to, że coś schrzaniłeś, ale co to zmieni? Zbliży cię to do celu czy tylko sprawi, że będziesz czuł jeszcze więcej bólu? Jeśli naprawdę zależy ci na sobie i twoich celach, to zrobisz wszystko, żeby dać sobie odpowiednie warunki do ich realizacji. A skuteczna realizacja celów opiera się na akceptacji, cierpliwości i wyrozumiałości dla siebie (i wielu innych aspektach, które omówimy sobie później). Dopiero, gdy zadbasz o siebie i swoje nastawienie, dopiero wtedy będziesz miał optymalne warunki do realizacji dowolnych celów życiowych. Będąc dla siebie kochanym, wyrozumiałym człowiekiem dopiero wtedy będziesz miał na tyle dużo wewnętrznego spokoju i komfortu, aby skutecznie realizować cały swój potencjał. Dając sobie wyrozumiałość, uciszasz wewnętrznych krytyków i katów, którzy stłamsili i zastraszyli cię na tyle, abyś się w większym bądź mniejszym stopniu wycofał i ograniczył siebie. Bez czepiania się, dowalania sobie, krytykowania swoich porażek, dajesz sobie piękną, spokojną i przyjazną przestrzeń, w której aż chce się żyć, działać i eksperymentować ze swoim potencjałem. Właśnie w takich warunkach przestaniesz bać się tego, jaki naprawdę jesteś i pozwolisz sobie próbować. Będziesz odkrywał cudowne aspekty siebie, na które wcześniej nie mogłeś sobie pozwolić, a które wzbogacą twoje istnienie i znacznie ułatwią realizację dowolnych celów.


Zapamiętaj więc dobrze, że poganiając się i nadmiernie krytykując, oddalasz tylko realizację tego, czego pragniesz. Z kolei budowanie atmosfery cierpliwego spokoju i zaufania, w połączeniu z akceptacją i wyrozumiałością dla siebie, sprawia, że nie tylko rozwijasz swój potencjał i ułatwiasz realizację twoich marzeń, ale przede wszystkim znacznie poprawia się twoja samoocena, samopoczucie i komfort codziennego życia.


Ćwiczenie

Jeśli masz problem z negatywnym ocenianiem siebie, spróbuj popracować nad wyrobieniem sobie nowego nawyku. Postaraj się być możliwie jak najbardziej uważny i świadomy, tego co mówisz i myślisz o sobie. Wyłapuj wszelkie negatywne słowa, myśli i uczucia na twój własny temat, pozostając jednocześnie wyrozumiały i akceptujący dla siebie — nie potępiaj się, ani nie obwiniaj za to, że to się nadal dzieje. To może wymagać czasu, dlatego nie przejmuj się, jeśli negatywne oceny są bardzo głęboko wryte w twoją podświadomość. Bądź cierpliwy i nie wymagaj od siebie więcej, niż jesteś w stanie osiągnąć. Za każdym razem, gdy przyłapiesz siebie na negatywnych ocenach, na spokojnie koryguj to, budując pozytywny, sprzyjający klimat. Nie wmawiaj jednak sobie niczego, w co nie wierzysz. Jeśli oceniłeś siebie jako głupka, ponieważ czegoś nie zrozumiałeś, to nie mów sobie, jaki to jesteś niesamowicie mądry, kompletnie tego nie czując. Zamiast tego, powiedz coś w stylu: „Miałem prawo tego nie zrozumieć, to było dość trudne. Może nie jestem geniuszem, ale głupi też nie jestem — jakąś inteligencje jednak przejawiam i potrafię wiele rzeczy dobrze zrozumieć. Mój umysł jest wystarczająco sprawny.” Jak sam widzisz, możesz spokojnie przyznać się do słabości czy błędu, nie musisz tego wypierać, ani przykrywać nieprzytomnymi fantazjami na swój temat (niestety, niektórzy duchowi adepci myślą, że właśnie na tym polega pozytywne myślenie o sobie). Nie walcz z faktami, po prostu przedstaw je sobie w taki sposób, który cię wspiera i podnosi na duchu, zamiast niepotrzebnie katować się nic nie wnoszącymi atakami na siebie. Nie popadaj też w nerwicowe korygowanie każdej negatywnej myśli, ponieważ to może przynieść odwrotny efekt od zamierzonego. Nie musisz wyłapywać wszystkiego, tu chodzi tylko o pokazanie podświadomości nowego schematu funkcjonowania i utrwalenie go poprzez powtarzanie. Rób to wytrwale i regularnie, ale jednocześnie staraj się pozostać spokojny, wyluzowany i życzliwy wobec siebie.


Test skojarzeń

Muszę jak najszybciej zrealizować swoje cele, bo w przeciwnym razie …

Muszę jak najszybciej uzdrowić swoje problemy, bo w przeciwnym razie…

Jeśli nie zrealizuję mojego bardzo ważnego celu (tutaj pomyśl o tym, do czego teraz mocno dążysz), to …

Dopóki mój ważny cel nie będzie zrealizowany, to będę musiał …

Gdy nie osiągam moich celów, to czuję w stosunku do siebie …

Gdy coś zabiera mi za dużo czasu, to …

Gdy będę robił coś na spokojnie i cierpliwie, to …

Gdy popełniam błędy, to ja sam …

Gdy popełniam błędy, to inni …

Gdy sobie nie radzę, to ja sam …

Gdy sobie nie radzę, to inni …

Gdy okazuję swoje słabości, to ja sam …

Gdy okazuję swoje słabości, to inni …

Doświadczając swoich wad i ograniczeń, czuję w stosunku do siebie …

Gdy będę dla siebie wyrozumiały, to …


Wspierające afirmacje

Ja, imię, mogę być cierpliwy. Opłaca mi się być cierpliwym. Zauważam, że im więcej cierpliwości, spokoju i luzu w moich działaniach, tym lepsze efekty osiągam. Mogę być dla siebie wyrozumiały, wspierający i kochany. Uświadamiam sobie liczne korzyści z bycia cierpliwym i wyrozumiałym dla siebie. Zauważam, że cierpliwość i wyrozumiałość, mogą przychodzić mi z coraz większą łatwością. Doświadczam coraz więcej spokoju, luzu i sprzyjającej przestrzeni w moim życiu, dzięki rosnącej wyrozumiałości i coraz większym pokładom cierpliwości we mnie.

Bezwarunkowe zadowolenie

Gdy wyżej opisane aspekty działają u ciebie już przynajmniej w tym podstawowym stopniu, warto pójść o krok dalej i wzbogacić nastawienie do siebie o uczucie zadowolenia. Czując zadowolenie, nie ograniczasz się już tylko do neutralnego akceptowania siebie z twarzą pokerzysty — na twojej buzi maluje się szeroki uśmiech, z powodu wewnętrznej radości, przyjemności i satysfakcji.


Wiele osób ma ogromny problem nawet ze świadomym (a tym bardziej podświadomym) zadowoleniem z siebie: „Jak ja mam być z siebie zadowolony, skoro jestem taki głupi/brzydki/słaby?”. W głowie im się nie mieści, że można mieć problemy, wady, skazy i ograniczenia, być ich w pełni świadomym i mimo to czuć zadowolenie z siebie. Społecznie uczymy się, że na zadowolenie trzeba sobie zasłużyć tylko wyjątkowymi osiągnięciami. Mało tego, wręcz potępia się ludzi, którzy są „zbyt zadowoleni” z siebie, szczególnie, gdy ich przejawianie się jest dalekie od ideału. Do głowy wtłacza się nam, że wieczne niezadowolenie jest tym, co popycha nas do doskonalenia się i przekraczania własnych ograniczeń. Tymczasem realnie działa to tylko w przypadku jednostek, a przy okazji generuje niepotrzebne koszty poboczne. Cała reszta się po prostu zniechęca i zamyka w sobie. Nakręcanie niezadowolenia z siebie jest też często traktowane jako przejaw pokory, choć w rzeczywistości nie ma z nią nic wspólnego — a przynajmniej z jej zdrową wersją.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.98
drukowana A5
za 49.99