E-book
9.56
drukowana A5
23.84
Ewka

Bezpłatny fragment - Ewka


5
Objętość:
81 str.
ISBN:
978-83-8126-323-8
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 23.84

Obraz powraca. W środku nocy. Wszystko wydaje się jaskrawe. Tak świeże, niezagojone, niespokojne. Nie można nic z tym zrobić, niczego zmienić, nie można zawrócić biegu zdarzeń. Rozlana na jezdni kałuża zastygłej krwi, a w tej kałuży kwiat róży. Zwiędła czerwień zlewała się z martwą czerwienią zaschniętej posoki. W tym dniu dałem Ci różę. Nigdy nie dawałem Ci kwiatów, a akurat w tym dniu musiałem. I co najlepszego zrobiłem?

Ze środka lub końca

Światło


Doktor Szczypior obudził się o godzinie 7. Chociaż właściwie obudziła go żona, Pani Szczypiorowa Jolanta. Obudziła głosem tak subtelnym i świeżym, jak rosyjska łaźnia w czasie oblężenia.


— Szczypiorrr! Wstawaj do roboty!


Żona otworzyła okno w sypialni na oścież. Do środka wleciał chłodny wiatr, z daleka odgłosy budzącego się ociężale miasta. Tak samo i on budził się każdego dnia. Trudno jest schodzić na ziemię.


— Nie chce mi się żyć…

— Co?

— Tak się cieszę, że Cię widzę, Kochanie!

— Naprawdę?


Kłamał. Od osiemnastu lat, od kiedy budził się obok niej, patrzył na nią, siedział przy stole rodzinnym, związany przysięgą, kilkoma słowami, które odbijają się cieniem na przyszłości, a przeszłość stawiają tam, gdzie miejsce przeszłości. W ciemnościach.


Szczypior cierpiał. W zasadzie — dlaczego?

— Przecież Ty najlepiej powinieneś to wiedzieć!

— Dlaczego ja?

— Zazwyczaj pisarze, czy poeci siadają za biurkiem po dziadku Edwardzie z zamiarem stworzenia wiekopomnego dzieła. Jednak często jest tak, że na pomyśle się kończy.

— Bo siedzisz przed pustą kartką i nie możesz ułożyć ani jednego zdania. Znam to uczucie. Przerabiałem to wielokrotnie.

— Właśnie takie jest to nasze życie.

— Wiekopomne dzieło, które nigdy nie powstanie.

Kolejna kartka z kalendarza zdarta. Tak oto rozpoczynał się każdy dzień, w środku lub na końcu życia.


Na początku poranna toaleta. Szczypior zmył z siebie pot senny i brud. Rytualne oczyszczenie. Później rytuał śniadania. Wspólnego (psia mać!) posiłku. Bułka z masłem i żona z papilotami na głowie. Bułka mogłaby zostać, ale żona…


Szczypior nigdy nie odważył się powiedzieć żonie całej prawdy. Nigdy nie wyjawił przed nią tego, co naprawdę czuł. Wiedział doskonale, że to skończyłoby się rozwodem. Rozwód mógłby stanowić jakieś wyjście, lecz Szczypior był już za stary na chodzenie po sądach, rozprawy, oskarżenia, podziały majątków, podziały win, intencji dobrych i złych. Nie chciał.


Teraz do stołu dosiadła się szminkowa córka, Emilia. Odbicie lustrzane matki. Tylko papilotów jej brakuje. Ale na wszystko przyjdzie jeszcze czas.


— Pięknie wyglądasz, córeczko!

— No… — oczy jej wbite w ekran smartfona, który na co dzień wciągał ją i zabierał w smart-świat, a on już nie wiedział jak wyciągnąć ją ze smart-świata i jak z nią rozmawiać i czy w ogóle potrafi ona rozmawiać, mówić, czy zna jakikolwiek język poza swoim »smart językiem«.


Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nie podobają mu się jej oceny i zachowanie. Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nienawidzi, kiedy o czwartej nad ranem wraca pijana, albo kiedy w ogóle nie wraca na noc. Nigdy nie odważył się powiedzieć córce, że nie pochwala palenia w domu i tego, że zmienia chłopaków średnio co dwa tygodnie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że popychał tym samym córkę na dno, może jeszcze bardziej niż na dno popychało ją towarzystwo, w którym tkwiła i z którego nie potrafiła się uwolnić. Szczypior mógłby być może coś na to zaradzić, lecz…


Kobiecy głos z radia oznajmił, że marzec może być wyjątkowo zimny i nie ma póki co oczekiwać rychłego przyjścia wiosny. Oto rozpoczynał się kolejny dzień ze środka lub końca życia.

„A gdyby tak dzisiaj zrobić coś zupełnie inaczej?”.

— Ojciec, daj dwie stówy na leginsy!

— Nie.

— Co?

— Szczypiorrr! — krzyczy żona — Co Ty gadasz wogóle?!

— Gadam, że nie. Po prostu, po krzywo, po przekątnej, nie. Nie zgadzam się. Jestem ojcem. A wiecie, kto to jest ojciec? Na pewno ojciec to nie jest dojna krowa, którą się doi z pieniędzy!

— Ale wszystkie dziewczyny z mojej klasy noszą leginsy. Elka, Helka, Andżela, Mariolka…

— I leginsy, te głupie gacie, które i tak wyrzucisz po tygodniu są aktualnie Twoim środkiem wszechświata, Twoim pragnieniem, pożądaniem…

— Matka — powiedz coś ojcu.

— Szczypiorrr…

— Zamknąć się! — pierwszy raz podczas rodzinnego śniadania to on opieprzał, a nie był opieprzany — To teraz ja wam coś powiem. Nigdy żadna z was nie przychodziła do mnie, nie pytała „Co u Ciebie?”, „Jak się czujesz?”, „Czy w pracy wszystko dobrze?”. Tylko ZAWSZE chodziło o dojenie. Szczypior — daj na nową kieckę (chociaż i tak w szafie nie ma już miejsca na nowe szmaty). Szczypior daj na kosmetyki (jakby mogły Ci w czymś jeszcze pomóc). Szczypior, daj na kino, bo wychodzę wieczorem z chłopakiem (którego najdalej za dwa tygodnie rzucę, bo nie pasowaliśmy do siebie). Ciągle tylko DAJ! DAJ! DAJ! To teraz ja was o coś poproszę. DAJCIE MI WSZYSCY ŚWIĘTY SPOKÓJ!


Tym oto radosnym akcentem Szczypior zakończył to nadzwyczajne, przełomowe w jego życiu śniadanie. Jakże jedno śniadanie może odmienić człowieka! Kulący się przed żoną i córką — Pantofel, zmienił się nagle w Króla Szczypiora I Niepokornego. Wygrana bitwa. Nie wojna.


— Jeszcze raz taki numer, Ty skurwysynu, to spotkamy się u adwokata! — czule pożegnała Szczypiora jego żona, kiedy ten właśnie wychodził z domu do pracy.

— Być może spotkamy się szybciej niż myślisz. Oby, oby…


Po tak udanym śniadaniu, Szczypior postanowił kontynuować swój misterny plan zrobienia czegoś inaczej. Przez lata odkładał pieniądze. Nie wiedział na co, po co, nie wiedział nawet ile pieniędzy znajduje się w jego tajemniczej skrytce. Zazwyczaj ludzie odkładają na nowy samochód, lodówkę, pralkę, telewizor, studia dla dziecka, lecz Szczypior nie miał tak wielkich ambicji. Prawdę mówiąc nie miał wcale planów na przyszłość, bo widział ją jako wielką czarną plamę, a pieniądze, które przez lata ukrywał skrzętnie i o istnieniu których tylko on wiedział po prostu były. Były tylko jego i mógł zrobić z nimi co chciał. Właśnie ta świadomość posiadania czegoś jedynie dla siebie i do własnej dyspozycji, sprawiała, że było mu trochę lżej na duchu. Ostatnio jednak zaczął myśleć o tym nieco inaczej.


„Pieniędzy trzeba się pozbyć. Wydać jednego dnia, wyrzucić albo wręczyć komuś naprawdę potrzebującemu. Biedakowi, pijakowi, nieuleczalnie chorej sierocie, byleby się pozbyć.”


Tak więc tego ranka, schodząc do piwnicy, dzierżył w dłoni młotek. W piwnicy na ścianie wisiał obrazek, przedstawiający dziewczynę w bieli. Szczypior zdjął go i za pomocą młotka uderzył mocno w puste już miejsce. Z łatwością przyszło mu wydrążenie dziury, przez którą niepewnie zajrzał, a oczom jego ukazało się czarne plastikowe pudełko z podobizną marynarza na wieku.


Chwila napięcia. Może Szczypiorowa dobrała się do pudełka i on niczego już tam nie znajdzie? Zrozumiał jednak, że te obawy są absurdalne, gdyż jego żona owszem potrafi grać na nerwach, ale nie jest na tyle inteligentna aby czytać w jego myślach. Otworzył wieko i wtedy odetchnął z ulgą.


— Przynajmniej coś raz dobrze zrobiłeś w życiu! — przyznał z satysfakcją.


W garażu na Szczypiora czekał kredytowy, niebieski samochód. Nienawidził go. Najchętniej pojechałby do pracy autobusem, bo nie ma dla niego znaczenia, czy tkwi w korku jadąc samochodem, czy autobusem. Ale przecież kto to widział czterdziestoparoletniego faceta, który nie ma samochodu? Szczypior nigdy nie chciał mieć samochodu. Nigdy nie chciał mieć żony, Jolanty. W dodatku zamiast chłopcem (tak wymarzony przez Szczypiora) Opatrzność obdarzyła go córką. Równie wredną i brzydką, jak jej matka. Tak naprawdę Szczypior do wszystkiego został zmuszony.

— Wiesz czego najbardziej żałuję?

— Czego?

— Tego, że kiedy miałem jeszcze wybór i mogłem decydować o swoim życiu, wolałem bać się rodziców, otoczenia, zwinąć się w kłębek i powiedzieć światu „Dobrze — możesz teraz zrobić ze mną, co zechcesz!”.

— Zawsze można wszystko zmienić…

— Wiesz, w pewnym momencie swojego życia nie można nic zmienić. Kiedy masz dwadzieścia lat, jedno niepowodzenie jest niczym. Możesz to brać, jako wyzwanie, płot, który można przeskoczyć. Nadal jednak masz wszystko przed sobą. Walczysz. Dziesięć lat później takie niepowodzenie staje się dużo większym problemem i trudniej sobie z nim poradzić. Jednak walczysz nadal. Dziesięć lat później, ten problem przybiera tak wielkich rozmiarów, że z płotu urasta do muru, którego nie sposób pokonać…

— Ale o co Ci tak naprawdę chodzi? Przecież Ty masz wszystko, co normalny człowiek chciałby mieć. Nie rozumiem.

No właśnie.


Szczypior stanął oko w oko z niebieską machiną. W pewnym momencie zrozumiał, że nic nie wie. Nie ma pomysłu. Pustka.


— Co mam teraz robić?

— Żyć, Kochany… — szepcze znajomy głos. I znika.

— Zawsze musisz odchodzić tak nagle?


Lecz w tym momencie uświadomił sobie, że odchodzenie Ewy jest tylko i wyłącznie jego winą. Że to on zabił Ewę. I jeszcze bardziej nienawidził siebie, papilocianej żony, szminkowej córki i niebieskiego automobilu.

„Zejdźcie mi z drogi”

W drodze do pracy Szczypior myślał o jego nowej książce, która nigdy nie zostanie dokończona. Nie zostanie dokończona, z trzech powodów.


Pierwszy — nie ma po co i dla kogo pisać.

Drugi — praca wypala twórczo (może rzucić pracę?)

Trzeci — brak pomysłów.


Książka zatytułowana »Uciekinierzy«. Kiedy opublikował jej fragmenty w internecie (wielkiej sieci, w którą można się złapać na amen), spotkał się z wielką falą krytyki, która jeszcze bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że lepiej nie pisać. Lepiej przerzucić się na wędkarstwo.


Odważny anonim.com:


„Zupełnie nic nie rozumiem. Pseudointeligencki bełkot. Pretensjonalny. Brak dwóch przecinków i pięciu myślników (myśl, baranie!), gorzkie żale skrzywdzonego przez świat chłopca. Nikogo nie interesują przemyślenia. Chuj. Nie literatura. Lepsze wędkarstwo. Wszystkiego nie najlepszego”.


Szczypior pomyślał, że dobrym pomysłem byłoby rzucenie pracy i pisanie książek o sadomasochistycznych związkach, czy prostytutkach. Może nawet na kanwie jego powieści powstałby kasowy hit, obsypany nagrodami, a on sam zapisałby się tym samym złotymi zgłoskami w historii literatury światowej.


Szczypior, przepychając się przez nieskończony, samochodowy zator, usłyszał w informacjach Radia Mało Fajnego o człowieku w białej koszuli, który pobił trzech arabów i zabił jednego faszystę, po czym uciekł, a policja nie mogła i nadal nie może poradzić sobie z jego złapaniem. Białokoszulowy mężczyzna uzbrojony był w kij bejsbolowy. Szczypior przypomina sobie film „Upadek”, w którym znerwicowany i zdesperowany mężczyzna próbuje zobaczyć się z córką w dniu jej urodzin, jednak wszyscy mu w tym przeszkadzają. Nie pozostaje mu nic innego, jak potraktowanie złośliwych przeszkadzaczy śrutem i kijem bejsbolowym, aby wytłumaczyć im wyraźnie znaczenie słów „Zejdźcie mi z drogi”.


Nagle w Szczypiorze obudziło się wielkie pragnienie potraktowania kogoś śrutem lub kijem — chociaż jedno uderzenie, uderzonko, małe, nic nie znaczące. Lecz całe pragnienie wygasa. Stwierdził, że jest to zły pomysł, bo przecież w „Upadku” mężczyzna miał powód. Szedł do jedynej osoby na świecie, dla której coś znaczył. Szczypior nikogo takiego nie miał. To znaczy — kiedyś miał. Ale to już przeszłość.


Szczypior w pracy. Co znaczyła praca dla Szczypiora?


— Właściwie to — pyta Chantal — Dlaczego psychiatria?

— Zawsze intrygował mnie obłęd. Skrajny obłęd, którego nie da się wyleczyć, a który można stłumić poprzez farmakologię. Czytałem bardzo wiele książek na ten temat, lecz w pierwszym dniu funkcjonowania w szpitalu, zobaczyłem obłęd i zrozumiałem, że wszystkie te książki można spalić, że to jest nic, że ja obłędu muszę się nauczyć. I to mnie niebezpiecznie wciągnęło. Zastawiło na mnie pułapkę, z której nie mogę się teraz uwolnić.


W domu wszystkie pokoje są jednakowe. Małe. Łóżko, krzesło. Krzesło przymocowane do ziemi, na wszelki wypadek. Ściany szare. Raj dla klaustrofobików. Przebywanie w pokoju szpitalnym przypomina proces fermentacji w puszce konserwowej. Kiszenie ryb w beczce. Uczucia i emocje kiszą się, fermentują w domu. Człowiek jest konserwowany, konsekrowany za życia, wewnątrz. Krzyczy, piszczy, wrzeszczy, wali pięściami w szare ściany. Drapie się do krwi. Rozdrapuje rany. Przygryza język. Wytrzeszcza oczy. Płacze ze szczęścia, raduje się z płaczu. Dziwactwo.


Dalej w radiu podana została wiadomość o śmierci Andrzeja Ż. — ulubionego pisarza Szczypiora. Dziwna to śmierć. Artysta umiera, ale jego dzieła zostają, przez co on jakby żyje nadal. Pogrąża się tylko w wiecznym braku weny, a wieczny brak weny spowodowany jest brakiem życiowej iskry. Szczypior wspominał z rozrzewnieniem pierwsze spotkanie z Andrzejem Ż. W kawiarni „Chaos”, gdzie miał się odbyć wieczór literacki pisarza. Ż zjawił się kilka godzin wcześniej i Szczypior rozmawiał z nim jak uczeń z mistrzem. Później Szczypior spotykał się z mistrzem, nabywając jego nowe książki. W tej ostatniej przeczytał: „Czuję, że zaraz to wszystko się skończy”. Szczypior stojąc w korku stwierdził, że wszyscy poważni ludzie wychodzą tylnymi drzwiami, wypraszając się z tej wątpliwej imprezy. W barze „Życie” zaraz zamykają.

Wielkich artystów doceniamy, gdy kogoś zabiją

W pracy oznajmili Szczypiorowi, że się spóźnił. Szczypior nieudolnie próbował tłumaczyć:


— Stałem w korku.

— Od szampana? — zapytała doktor Elżbieta, która nigdy nie ukrywała niechęci wobec Szczypiora.

— W korku, który zagradza nam drogę do prawdziwego życia. Stoję w nim już dwadzieścia lat i nie mogę jeszcze ruszyć.

— Skończ pieprzyć. Świry czekają.

— Chorzy.

— Chory to Ty jesteś. Na życie.


Szczypior mógłby wjechać na czwarte piętro windą, ale za dużo naoglądał się filmów, w których ktoś zatrzaskuje się w windzie i w niej musi walczyć o życie. Doktor Szczypior musiał walczyć o życie bez zatrzaskiwania się w windzie, więc wszedł na czwarte piętro po schodach, dochodząc do wniosku, że kiedyś taki dystans pokonywał szybciej. Teraz tylko szybko się męczył. Czyżby starość zapukała nieśmiało do drzwi?


Pokój 44. Materiał badawczy był seryjnym mordercą. Szczypior uwielbiał swoją pracę, gdyż dzięki niej poznawał ciekawe osobowości. Seryjny morderca śmiał się w łzawe twarze rodzin swych ofiar. Obecnie czekał na obserwacje, badania, wyniki, a potem?


W mieszkaniu Szczypiora policjanci znaleźli cały karton notatek, strzępków, chaotycznych, urywanych papierów, nieczytelnych, bełkotliwych, bezskładnych.


„A jednak nawet takiemu socjopacie jak mnie potrzebna jest ta ohydna kupa mięsa, żyłek, nerwów, krwi, kości i uczuć wyższych w postaci drugiego człowieka. Tymczasem moja niby-żona, niby- córka, niby-rodzina i inne równie niby-istoty człekokształtne i niby- sprawy, które jakimś cudem mnie tu trzymają, a kiedyś puszczą”.


Najmilsza dla Szczypiora w tym mieście była Chantal. Chantal właściwie nosiła inne imię, ale Szczypior bał się zapytać o jej prawdziwe. A więc pozostawała Chantal. Była ona piękną, niską, promienną kelnerką z długimi, kruczoczarnymi włosami. Pracowała w restauracji „Violette”, gdzie Szczypior po pracy udawał się na bliskie spotkanie z kawą. Chantal zazwyczaj podawała Szczypiorowi kubek z kawą. Tylko z jej ręki smakowała kawa. Szczypior stwierdził, że nawet jeśli Chantal dosypałaby trucizny do kawy, on i tak wypiłby ją z namaszczeniem. Całą zawartość. Nazywa się to obsesja. Obsesja na punkcie Chantal.


Pewnego dnia w mieście ujrzał ją, kiedy przeglądał na słupie ogłoszeniowym premiery kinowe (nic ciekawego nie grają!). Ujrzał ją w czarnym płaszczu, dumną ze swej kobiecości, pewną, szlachetną. Niczym nie przypominała drobnej, skromnej kelnerki z „Violette”.


Wtedy na błysk, mrugnięcie chwili spotkały się ich pary oczu. Chantal poznała go. Wydawało się Szczypiorowi, że poznanie sprawia Chantal ogromną przyjemność. I gdyby jego dusza i on sam był młodszy o lat dwadzieścia, znów nosił dżinsy, długie włosy, a jego brzuch nie był tak wydęty od nadmiaru jedzenia i stresu — mógłby powiedzieć Chantal wszystko.


Tymczasem żona, córka, praca, niebieski samochód, kredyt, dom. Szczypior oglądał oczyma wyobraźni złotą Chantal odlatującą z nieopierzonym wróblem.


Chory Numer 44 wyglądał blado. Zgaszony, pogodzony z losem, gruźlik. Kiedy Szczypior ujrzał 44, przypomniał sobie ostatnie zdjęcie Szopena. Zadziwiło go, że ktoś o podobnej gruźliczej i wątłej aparycji mógłby odważyć się posłać człowieka w zaświaty. Chociaż podobno u artystów przejawiają się skłonności psychopatyczne. Bardziej narwani artyści marzą aby kogoś chociaż raz w życiu zabić. Przeceniają jednak swoje możliwości, bo pragną pozbawić życia osobników silniejszych (zarówno psychicznie, jak i fizycznie). Szczypior również czuł potrzebę zabijania, chociaż sam artystą nie był. Co gorsza — na pierwszym miejscu listy materiału doodstrzałowego znajdowali się jego rodzice. Ohydni, prymitywni rodzice z mięsem zamiast mózgów. Tacy rodzice, którzy wiedzą jakie szczęście dla dziecka będzie szczęśliwe. Szczęście stworzone przez nich. Rodzice noszący okulary na kamiennych nosach. Kamienne twarze rodziców prześladowały Szczypiora po nocach.


„Rodzic, to taki twórca, który niszczy to, co kocha. Rodzice zniszczyli moje wewnętrzne JA i posadzili zamiast tego JA, nie będące mną. Nie mogłem nic im na to powiedzieć. Przy nich jąkałem się zawsze. Jąkałem, jąkam i jąkać się będę do końca swoich dni. Rodzice zawsze będą przy swoim jąkale. Nierozłącznie!”.


Szczypior zapytał Kędzierzawego:


— Jak się Pan czuje?

— Dziwne pytanie.

— Zwyczajne, Panie… — Szczypior przypomniał sobie w tym momencie, że nie zna imienia chorego na świat.

— Nazywam się Dariusz Regulski.

— Regulski… — Szczypior słyszał to nazwisko, znał je dobrze z księgarń, bo nabywał powieści Regulskiego — Czy ma Pan coś wspólnego z tym filozoficzno — histerycznym pisarzem?

— Jestem nim.

— Ale…

— Nie wiem sam jak się czuję. Czasem często jest tak, jakbym nic nie czuł. Pustka zupełna. Null, nicość…

— Pan zabił… ale dlaczego?

— Krytykantów. Bo ucięli mi skrzydła. Ja więc uciąłem im głowy!

— To znaczy, krytyków?

— Krytykantów. Oni różnią się od krytyków. Krytycy piszą i źle i dobrze. Krytykanci zawsze piszą o wszystkim i wszystkich źle. Muszą.

— A więc zabił Pan krytykantów za złe recenzje Pańskiej książki?

— W zasadzie kiedy się nad tym dłużej zastanowić, to może mieli rację. Może faktycznie moja twórczość to pseudointelektualna papka?!

— Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież ta Pana nowa powieść jest świetna!

— Co Pan mówi?

— Wręcz doskonała! Zupełnie oryginalna.

— Miło mi — uśmiechnął się Regulski — Najwspanialsze jest jednak to, że po tych morderstwach moja książka sprzedaje się wybornie! Bije wszelkie rekordy, a nawet chcą mi dać za nią specjalną nagrodę!

— Chociaż tyle — Szczypior przyznał, że Regulski jest całkowicie usprawiedliwiony. Artysta morderca, jest podwójnym artystą. Modli się dwa razy.


„Myślę, że artysta powinien zabijać co najmniej dziesięciu krytykantów dziennie. Którzy w okularach, dłubiąc w nosie przy ekranie komputera zacierają ręce i klepią w klawiaturę oszczerstwa, lawinę, strumień bezświadomości. Potem proszą matki i babki, żeby im zrobiły kanapkę z szynką. Którą oczywiście tradycyjnie skrytykantują. Muchy i pasożyty”.


Regulski poprosił Szczypiora o codzienne przynoszenie pączka i herbaty z jadem błękitnym. Po spożyciu pączka i wypiciu połowy filiżanki herbaty Dariusz mógł spać. Szczypior zobowiązał się również dostarczyć choremu gramofon i płyty z kakofoniczną muzyką dla Filharmonii. Może być również jazz.

Trybunał Konstytucyjny niszczy marzenia

Na korytarzu odbiornik telewizyjny. Informacje w dzienniku. Redaktor po raz dwieście trzydziesty ósmy wypowiedział słowa „Trybunał Konstytucyjny”. Szczypiorowi zdawało się, że już nie może.


„Ta kocha, która wyciąga dłoń”.


Szczypior zapragnął zapalić. Z nerwów zapalić. Powiedział do doktora Fajkowskiego.


— Muszę się odtlenić.

— Dobrze. Ale nie pal, bo paląc papierosy, palisz swoje ciało. Jedyny dom, jaki masz — odpowiedział Fajkowski, który mógłby być kaznodzieją.

— Mój dom, to popiół i zgliszcza tylko — Szczypior wziął papierosa i opuścił chwilowo mury szpitala.


Za szpitalem był park. W parku trzy wyblakłe, niemalowane, blado zielone ławki postawione obok siebie. Szczypior usiadł na jednej z nich. Zapalił papierosa. Spojrzał na błękitną płachtę nieba, spowitego mlecznymi łatami i wydmuchał dym. W chmurach dymu pojawiło się to, co dla Szczypiora najcenniejsze. Wspomnienia. Jedyne w jego życiu perły na dnie wysypiska impresyjnych śmieci w pamięci. Wszystkie związane z Ewką. Jego pierwszą i ostatnią. W centrum wszystkiego.


„Szczypior we mnie siada każdego dnia na ławce w parku i czeka i myśli i czeka i ma nadzieję bez nadziei, że przyjdziesz kiedyś i usiądziesz obok. Moja łza, którą upuszczam z bezkresnego worka żalu, będzie oznaką pamięci i hołdem dla Ciebie. Abym nigdy nie zapomniał, że kiedyś naprawdę byłem. Bo jakże inaczej można być jak nie przez kogoś? Jak nie przez Ciebie?”.


Pierwsze wspomnienie to jedna, najdłuższa noc w mieszkaniu Ewy. Byli wtedy młodzi, wystraszeni, niewinni. Półnaga Ewa czytała wiersze Szczypiora. Mleczna, aksamitna, życiopełna. Czerń i biel mieszały się w niej. Kawa z mlekiem. Miód zalał cały świat.


Szczypior był młodym pacyfistą o długich włosach i poszarpanych dżinsach. Taka była wtedy moda. Teraz młodzi chodzą w spodniach przypominających rajtuzy (rurki?). Brak im ekspresji, twardości uczuć. A przecież Ewa i on mieli to wszystko. Gdzie wszystko ucieka?


— Ta kocha, która wyciąga dłoń — czytała Ewa — Tę kochasz, której wszystko wybaczysz.

— Miłość.

— Co to jest miłość? — zapytały malinowe, prowokujące usta Ewy.

— Miłość jest wtedy, kiedy nie kuleje się przy drugiej osobie.

— Piękne Twoje wiersze — Ewa przewracała kartki niebieskiego, wierszowego zeszytu z zachwytem — Jeśli chcesz, mogę być Twoją pierwszą muzą. Chcesz?

— Pierwszą i ostatnią.


Pocałunek. Ewa powiedziała:


— Czasem myślę o przyszłości. Co nas czeka jutro… za rok… za parę lat.

— Będzie tak, jak teraz!

— Mogę Cię o coś zapytać?

— Tak.

— Nigdy nie kupujesz mi kwiatów. Oczywiście, nie bierz tego, jako zarzutu. Po prostu, jestem ciekawa… nie lubisz ich?

— To nie jest tak, że nie lubię. One po prostu źle mi się kojarzą. Może to głupie, ale być może kwiaty powinniśmy dawać tylko zmarłym, na pogrzebie…

— Dosyć! — Ewka zasłoniła jego usta ciepłą dłonią — Nie chcę słyszeć nic o śmierci i pogrzebach. Sprawię, że przy mnie pokochasz kwiaty!


Pocałunek.


— A za parę lat… Chcesz mieć dzieci?

— Chłopca. Będzie tak piękny, jak Ty i uzdolniony, jak ja.

— A więc chłopiec… mały domek, najlepiej na wsi, z dala od cywilizacji… mały ogródek z warzywkami, owocami i kwiatami, małe łóżko dla naszego intymnego świata… i nasza wielka miłość!


Ewa miała głos marzący. Była jednym wielkim marzeniem. Pocałunek.


— Szczypior, do kurwy nędzy! — Doktor Wójcik wybudził go skutecznie z mlecznego snu — Na jakim Ty świecie żyjesz?

— Na złym świecie.

— Słuchaj — powiedział Wójcik — Gówno mnie obchodzi, co dzieje się z Twoją głową, ale jest taka sytuacja, że Malinowska odgryzła sobie język…

— A cóż mnie to obchodzi? To mój język?

— Ty jesteś totalnie popierdolony! Wiesz co, to Ciebie trzeba leczyć, a nie żebyś Ty jeszcze…

— Dopadł mnie kryzys — Szczypior spojrzał na Wójcika z dziecinną naiwnością, jakby ten był go w stanie zrozumieć.

— Chyba kryzys mózgu!

— To też… co z tą Malinowską?

Śledzie wygrywają z truskawkami

Zanim Malinowska odgryzła sobie język, mówiła dużo o Bogu. O miłości Boga do Niej i odwrotnie. Jednak to nie miłość boża doprowadziła ją do tego miejsca, ale miłość księżowska. Zbyt wielka i mocna. Ksiądz zrobił z Malinowską to, co chciał, a potem powrócił na łono Kościoła, udając, że Malinowskiej wcale nie znał i wcale z Malinowską nie spał. I wcale nie zrobił Malinowskiej dziecka. Dziecko nie przyszło na świat, bo rodzice Malinowskiej kazali się pozbyć tego zgniłego owocu miłości.


— No to sobie narobiła — powiedział Wójcik do Szczypiora w gabinecie lekarskim.

— Raczej to jej narobił…

— Trzeba było do księdza nie startować. Tylu jest porządnych facetów na świecie.

— Miłość jest ślepa — tłumaczył Szczypior.

— I nie ma języka — dodał kolega po fachu.


— Przepraszam Cię za to, co powiedziałem tam w parku. Rozumiesz, nerwowe życie.

— Co się dzieje?

— A co ma się dziać? Stara zatruwa mi życie.

— Coś o tym wiem.

— Rozwodu chce, kurwa mać. Po dwudziestu latach godnego i dobrego pożycia małżeńskiego!

— Rozwód…

— Ja rozumiem, że czasem się ludzie rozchodzą, bo nie pasowali do siebie i tak dalej… ale przez dwadzieścia lat człowiek przywiązał się do drugiego.

— No to może czas się odwiązać — powiedział Szczypior — Może powinieneś zabić swoją żonę i zbiec na Kostarykę?

— Bardzo śmieszne! Myślisz, że lepiej będzie uciąć jej łeb siekierą, czy oblać benzyną i podpalić?

— Ja swoją zastrzelę.


Szczypior przypomniał sobie malinowo — mleczny zapach skóry Ewy.


„Jeszcze wszystko można odwrócić. Wszystko zmienić można. Na pewno można. Strzała zegara cofa się. Samolot czeka. Możemy jeszcze razem polecieć na Kostarykę. Jeszcze dziś tam być”.


Ewa pachnąca truskawkami. Szczypior zaciągnął się truskawkową wonią ciała. Lecz nagle Ewa ulotniła się w powietrzu. Para wodna. Trzask otwieranej puszki. Śledź pospolity.


— Może się poczęstujesz śledzikiem, Szczypior — powiedział Wójcik — Co masz taką kwaśną minę?

— Truskawki może masz?

— Skąd ja Ci wezmę truskawki o tej porze? — zapytał poirytowany Wójcik — Sezon na truskawki się skończył.

— Życie się skończyło.

— Co mówisz?

— Mówię, że mamy piękną pogodę!

— To jest racja. Pogoda się udała wyjątkowo.


Godzina 13. W Radiu Mało Fajnym serwis informacyjny. Wójcik przekręcił gałkę z napisem „volume” w prawo. Głośniej. Spiker przejęty mówił z radia:


— Kolejny zamach w sercu Europy. Grupa czterech zamachowców — samobójców zdetonowała ładunki wybuchowe na lotnisku w Brukseli. Zginęło 30 osób, a 235 jest rannych. Liczba ofiar może się powiększyć. A teraz przenosimy się pod Sejm, gdzie Komitet Obrony Dobrobytu zorganizował manifestację przeciwko Partii Indoktrynacji Społecznej…


— Skurwysyny — wycedził przez zęby wściekły Wójcik.

— Niedawno Paryż, a dzisiaj…


Szczypiora ogarnął niezrozumiały dreszcz. Uczucie. jakby świat drżał i tracił krew. Czarnym flamastrem na kartce napisał:

„Świat umiera
W radiu ostatnie
Agonalne jęki
Drgawki przedśmiertne Nie wiem czy go dobić

Czy zadzwonić po karetkę”

Słysząc słynny przebój młodzieżowy „I fuck you in my car” pomieszany ze smarkaniem i kichaniem Wójcika, zdawało mu się że świat dostał biegunki.

Wszystko przez miłość

Pani Kochlińska została skierowana do Szpitala im. Świętego Walentego zaraz po wielkim wybuchu. Jak w teorii Darwina.


— Muszę Pani przyznać, że ta historia z wybuchem jest przednia — Wójcik ekscytował się niepoprawnie. Kochlińska cała we łzach. Twarz jej przypominała obraz całego nieszczęścia ludzkości.

— Co to za wybuch?

— Kochlińska mieszkała na dziewiątym piętrze. Odkręciła gaz i…

— Rozumiem.

— Sąsiedzi z niższych pięter mówili, że odgłosy były takie, jakby cały blok się walił. Cud, że przeżyła. Jak widzisz, odłamki szkła trochę ją porysowały. No i cóż, skierowano ją na przymusowe leczenie tutaj.

— Powód?

— Jaki powód?

— Dlaczego odkręciła gaz?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 23.84