E-book
20.48
Europa 20.51

Bezpłatny fragment - Europa 20.51

Czyli co nas niebawem czeka...


Objętość:
592 str.
ISBN:
978-83-8155-591-3

Prolog

6th July, 2051, Berlin, Germany

— Orient Neo!

Wysoki, lekko przygarbiony rudzielec trącił barkiem Vinca i wbijając w niego niespokojny wzrok ostrzegł, aby dalej nie szedł. Nie czekając na odzew potwierdzający zrozumienie, oddalił się.

Vincent zrobił jeszcze kilka kroków i przystanął. Aby nie wzbudzać podejrzeń, udał, że rozmawia z kimś przez unixa. Kątem oka dostrzegł znikającą w gęstniejącym tłumie granatową bejsbolówkę Rudego.

Musiał on niewątpliwie coś niepokojącego po drodze zauważyć. Zagrożenie zdawało się być poważne. Jeżeli nie była to prowokacja jednego z licznych w tych okolicach agentów, prawdopodobnie nawet bardzo poważne, bo tylko w takich sytuacjach ostrzegano się tym hasłem w ciemno, do tego z kontaktem, nie mając stuprocentowej pewności who is who. A tak było właśnie w tym przypadku, nie znali się z Rudym choćby z widzenia.

Szczególnie w weekendy wszystkie dzielnice Brzydkich, zarówno muzułmanów, jak i niewiernych, nawiedzane były przez Matrixów, świetnie ucharakteryzowanych i przygotowanych aktorsko agentów Najsów. Ich prowokacje, mające na celu wyłapanie aktywnych Ugli zdarzały się wtedy najczęściej.

Cel był prosty. Wyłączenie z gry tych Brzydkich, którzy stanowią bezpośrednie zagrożenie dla nowego porządku.

Zwłaszcza członków gangów, przywódców „Bojowników Prawdy”, Ruchu Oporu czy Rewolucjonistów, którzy w tygodniu pozostawali najczęściej w ukryciu i działali w głębokiej konspiracji.

Nie było to jednak takie łatwe. Wielu z nich dysponowało ochroną i nie poruszało się wtedy po mieście bez czujek.

Najczęściej łupem agentów padali więc różnej maści samozwańczy „mesjasze”, drobni wichrzyciele i inni podwórkowi buntownicy, którzy swoje agitki prowadzili właśnie w weekendy, wykorzystując panujący wtedy tłok i zamieszanie.

Głównym zadaniem Matrixów było wspomaganie Federalnego Biura Bezpieczeństwa, przede wszystkim czynna inwigilacja Brzydkich na ich terenie. Szpiclowanie, aresztowanie, a jeśli wymagała tego sytuacja także fizyczne eliminowanie niezintegrowanych, szczególnie niebezpiecznych dla systemu osób. Plankton, czyli pozostałe Ugle nie interesował ich.

To bankowo nie był żaden Matrix, takiego wzroku nie da się podrobić…

— Vince był stuprocentowo pewny i prowokację wykluczył od razu. Rudy szedł z przeciwnego kierunku, po drodze wypatrzył najwyraźniej jakąś scation i musiała ona być zapewne gdzieś w pobliżu — dedukował z jego zachowania.

Łapankę, cross i badania wykluczył także. Ostrzeżenie, a i sam sposób ekspresji byłyby inne. Poza tym, operacje takie przeprowadzano dotąd zawsze w tygodniu, gdy nie kręciło się tylu cywili analiza była dużo łatwiejsza.

Oficjalnie nazywano to prewencją zdrowotną, w rzeczywistości chodziło o coś dokładnie przeciwnego. Mengele, zakapiory pracujące dla farmakoncernów, wyłapywały wyłącznie zdrowych, sprawiających wrażenie wysportowanych, a zdarzało się, że choćby jedynie urodziwych Ugli.

Ku wielkiej uciesze motłochu pechowców tych siłą zabierano na tak zwane badania. W istocie infekowano im jakieś toksyny czy choróbska, bo każdy, kto wrócił z takich badań, już do końca życia pozostawał pacjentem owych budzących grozę, znienawidzonych korporacji.

Od ponad dwóch dekad to one rządziły tak naprawdę światem.

Każda jedna z „przebadanych” osób musiała odtąd regularnie przyjmować albo leki, albo specjalne suplementy, aby w ogóle względnie normalnie funkcjonować. Odstawienie ich powodowało różne schorzenia psychosomatyczne, depresje, lub ostre zaburzenia neurologiczne, najczęściej nawracające co kilka dni paskudne nerwobóle, uniemożliwiające nawet zwykły spacer.

Agenci Najsów byli dla wyższych rangą członków Ruchu Oporu wprawdzie dalece groźniejsi niż Mengele, jednak rola tych ostatnich także ciągle rosła. A wraz z nią i możliwość przypadkowej wpadki.

Chciwość i bezwzględność ludzi związanych z biznesem zdrowotno-żywieniowym zwiększała się z roku na rok już od końca ubiegłego stulecia.

Największa eskalacja profilaktycznego szaleństwa nastąpiła w połowie lat dwudziestych, zaraz po przeforsowaniu przez ich lobbystów niesławnej Spencer Care, kontrowersyjnego programu obowiązkowych szczepień dzieci. Program ten prowadziło kilku farmaceutycznych potentatów w większości europejskich krajów.

Część Ugli buntowała się już od dawna zarówno przeciw działaniom tych megakoncerów, jak i w ogóle przeciwko wszelkim przymusowym szczepieniom oraz chipowaniu dzieci, które wprowadzano sukcesywnie już od początku trzeciej dekady.

W 2024 roku doszło do potężnych demonstracji przeciwników Spencer Care, w których udział wzięły miliony osób.

Niewiele to jednak zmieniło. Z programu wycofano zaledwie jedną szczepionkę oraz dwa preparaty „regulujące” metabolizm.

Tylko determinacji i uporowi ojca Vince zawdzięczał swój wyśmienity w porównaniu z rówieśnikami stan zdrowia. Jako jedna z nielicznych osób w Berlinie nigdy nie został poddany żadnej „profilaktyce”.

Parametry motoryczne, a zwłaszcza wydolnościowe zawdzięczał przede wszystkim genom. Obydwoje rodzice uprawiali w młodości zawodniczo sport. Matka była niezłą lekkoatletką, specjalizowała się w biegach na 800 i 1500 metrów, otarła się nawet o nominację olimpijską, ojciec z kolei świetnie zapowiadającym się dżudoką. Jako młodzik i junior z każdych zawodów wracał z blachą. Na turniejach wygrywał przez Ippon prawie wszystkie swoje walki, niekiedy ze starszymi o rok czy dwa przeciwnikami. W wieku osiemnastu lat lał regularnie większość seniorów w swojej wadze. Do legendy przeszły jego wyczyny na drążku, a konkretnie możliwości zginaczy ramienia. Na jednym ze zgrupowań podciągnął się dwanaście razy na jednej ręce, trzymając drugą w tylnej kieszeni spodni.

Po maturze zdecydował się na studia medyczne i treningi zeszły na dalszy plan. Jakiś czas występował jeszcze w drużynie akademickiej, na drugim roku ostatecznie zawiesił jednak dżudogę na kołku.

Studia ukończył z wyróżnieniem, zaproponowano mu interesującą posadę na uczelni. Rozpoczął karierę naukową i w krótkim czasie habilitował się.

Po narodzinach syna odszedł z uczelni i otworzył prywatny gabinet. Był cenionym endokrynologiem, rodzina żyła w dostatku.

Kłopoty zaczęły się w 2025 roku wraz z przejęciem władzy przez neonazistów.

Pozbawiony prawa wykonywania zawodu, szykanowany i zaszczuty popadał w coraz większą frustrację. Ciągle jeszcze miał jednak dobre kontakty w środowisku medycznym.

Okazało się to bezcenne. Nigdy nie zgodził się na żadne nowatorskie metody badań, biopsje, chipy, implantacje czy dodatkowe szczepienia swojego dziecka. Towarzyszył mu podczas każdej jednej wizyty lekarskiej.

Kiedy Vince miał czternaście lat stracił nagle oboje rodziców.

Zginęli we własnym samochodzie, zastrzeleni niby to przez pomyłkę przez jedną z bojówek skrajnej prawicy.

W rzeczywistości była to zaplanowana egzekucja, zlecona przez ścisłe kierownictwo partii. Ojciec Vinca był bowiem zajadłym i nieprzejednanym wrogiem brunatnego towarzystwa, które rządziło wówczas w Niemczech. Siłą rzeczy podpadł także znacznej części establishmentu, który po cichu finansował je i rozgrywał dla własnych celów. Naraził się wówczas wielu ważnym osobom.

Dziś, dwadzieścia dwa lata po utracie rodziców Vincent był w swojej optymalnej formie fizycznej. Dysponował też już odpowiednim doświadczeniem i wiedzą.

Paradoksalnie nie były to teraz jednak dobre karty.

Stanowiących śmietankę towarzyską Najsów szefostwo i udziałowców farmakoncernów irytowało gdy po ulicach ciągle jeszcze kręciło się tylu zdrowych, a co gorsza i dobrze wyglądających ludzi, którzy nie należeli do uprzywilejowanej klasy. Zbyt atrakcyjny wizualnie, czy też, o zgrozo, ostentacyjnie tryskający zdrowiem Brzydki miał ich zdaniem mocno niekorzystny wpływ na pozostałych Ugli.

Już w połowie lat dwudziestych, kiedy to w kilku krajach Europy, wraz z rozlaniem się brunatnej zarazy i przejęciem władzy przez skrajną prawicę, zaczynały izolować się pierwsze większe grupy bogatych, część naukowców biła na alarm. Powodem był gwałtownie się nasilający proces biologicznej degradacji szerokich mas.

Ludzie regularnie uprawiający sport pozostawali zdrowi, urodziwi i sprawni, pozostali odwrotnie; każde kolejne pokolenie było szpetniejsze. Problem dotyczył zwłaszcza socjalnych dołów, najbardziej leniwej i najgłupszej części populacji.

Tam świadomość czym dla zdrowia jest ruch i wysiłek fizyczny była najmniejsza. Ludzie ci nie rozumieli prostych związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy swoimi chorobami i wyglądem, a trybem życia, jaki prowadzili.

Polaryzacja zdrowotna europejskich społeczeństw była w tamtym czasie równie wielka, jak majątkowa, towarzyska czy też polityczna.

Właściwie już sporo wcześniej, jeszcze pod koniec dwudziestego wieku stało się jasne, że oto mamy do czynienia z kolejnym paradoksem ludzkości; o swoje zdrowie dbali, czyli regularnie uprawiali sport ci akurat, którzy teoretycznie robić tego nie musieli. Z kolei ci, dla których było to wskazane, niezbędne bądź było ich ostatnią deską ratunku, sportu nie uprawiali w ogóle. Nie tylko sportu zresztą, żadnej systematycznej formy ruchu.

Ofiar hipokinezy, leków i przemysłowego „wzbogacania” żywności przybywało więc w pierwszych dekadach obecnego wieku w postępie geometrycznym. Szczególnie od lat dwudziestych.

Ulice miast na wszystkich kontynentach zaroiły się od grubasów i pokrak wszelkich ras. Otłuszczone lub spuchnięte od trucizn zawartych w paszy dla plebsu potwory krzyżowały się często między sobą, co dodatkowo potęgowało patologię.

Pod koniec lat trzydziestych ilość pigsów, jak ich na co dzień powszechnie nazywano, karykaturalnie spasionych „ludzkich wieprzy” o rezerwach tłuszczowych przekraczających nierzadko pół miliona kilokalorii lub dziwacznie zdeformowanych kreatur, ale także różnych wariatów oraz innych chorych psychicznie stała się w Europie dramatyczna.

W połowie lat czterdziestych zdrowi gdzieniegdzie stanowili już mniejszość. Wśród Ugli oczywiście. U Najsów był to zaledwie ułamek ich społeczności. Medycyna dysponowała odpowiednimi środkami, na które ich akurat było stać.

Ugle degenerowały się natomiast w coraz szybszym tempie. Znaczący w tym udział miały także działania Mengele.

Ich polowania na „ładnych” Brzydkich wciąż przybierały na sile.

Z roku na rok udoskonalano też metody selekcji i samych polowań. Mimo to, w większych miastach Europy każdego dnia spotykało się jeszcze całkiem sporo wysportowanych czy nawet ewidentnie urodziwych osobników. Zwłaszcza tych po trzydziestce.

Vincent Schmidt był właśnie jednym z nich.

Przebywając w przestrzeni publicznej musiał więc uważać podwójnie i pamiętać zawsze o masce oraz wypełniaczach, którymi oszukiwano systemy rozpoznawania twarzy.

Wprawdzie do perfekcji opanował kilka tików mających sugerować pewne zaburzenia układu nerwowego, nauczył się także chodzić w specjalnie spreparowanych, jednostronnie podwyższonych butach, aby trochę kuleć, jednak jego atletyczna sylwetka, symetria ciała oraz idealne męskie proporcje niebezpiecznie przyciągały uwagę.

Tutaj, na ruchliwej, ciasno zabudowanej ulicy musiał dodatkowo pilnować się z jeszcze czymś innym.

Prymitywnym oprychom, takim jak Mengele daleko było do HH, okrytych ponurą sławą Homo Hybrydus. Taki sprawniak jak on mógł bez problemu uciec z widelca Łowcom skór, Viscelarzom, Mengele czy nawet Matrixom. Ale nie cyborgom, jakimi byli de facto HH.

Przez całą młodość Vince trenował sporty walki, miał też świetne uwarunkowania genetyczne. Suma umiejętności, zdolność antycypacji i niezwykły instynkt kilkakrotnie uratowały mu już życie. Raz zdarzyło mu się załatwić pięciu rosłych Mengele, którzy próbowali złapać go w sieć. Całość nie trwała nawet dwóch minut. Z otwartymi złamaniami piszczeli i wybitymi oczami nie byli w stanie uciec, a zanim dotarły posiłki, tłum zlinczował znienawidzonych hycli.

Ich wypatroszone przez Viscelarzy ciała wisiały w owej sieci jeszcze przez parę tygodni pod jednym z mostów. Jako trofeum. Ale i ku przestrodze. Kiedy odór stał się nieznośny i wnerwił bezdomnych, odcięli sieć i rzucili ścierwo szczurom. W zdemolowanych i pełnych trupów miastach, takich jak Berlin, roiło się od tych gryzoni. Było ich podobno więcej, niż mieszkańców. Co jakiś czas wybuchały epidemie przenoszonych przez nie chorób.

Vinca martwiły teraz jednak nie szczury, nie Mengele, ani nawet Matrixy, tylko największe ówczesne zagrożenie dla członków Ruchu Oporu. Było to coś, z czym skutecznie walczyć dotąd się nie udawało, zaawansowana technika Najsów. Sztuczna inteligencja i technologie, którymi dysponowali Ładni coraz bardziej dawały się we znaki wszystkim aktywnym Uglom.

Najgorszą sławą cieszyło się właśnie scation.

Nazwa ta była obiegowym skrótem, oznaczającym neuro-scanning-station, mobilne urządzenie do ich infiltrowania.

Wtajemniczeni wystrzegali się spotkań z tym koszmarnym wynalazkiem i zawsze starali przed nim nawzajem ostrzegać.

Był to rodzaj czytnika myśli, połączony z analizatorami asocjacyjnymi, które w przeciągu kilkunastu sekund wysyłały pełne expose osoby wraz z tak zwaną mapą personalną i anticipation, czyli jej kontaktami, siatką powiązań i prawdopodobnymi zamierzeniami do Centrali.

Stacje te identyfikowały tożsamość na podstawie tęczówki oka. Przenikały każde okulary, szkła kontaktowe, nakładki, gogle i wszelkie inne wymyślne zabezpieczenia, jakich powszechnie używano i które były jeszcze dozwolone. Taka przynajmniej była wersja oficjalna. Nieoficjalnie mówiło się, że berlińscy Homo Hybrydus od jakiegoś czasu dysponują urządzeniami najnowszej generacji, z detektorami biowibracji i neuroskanerami 40M.

W przypadku Vincenta ryzyko było ogromne.

Trafienie go z zaskoczki na „niewłaściwych myślach” oznaczać mogło utylizację, a przynajmniej zniknięcie nie tylko jego, ale i wielu innych ludzi. W tym kilkunastu najbardziej oddanych sprawie, działających w konspiracji i zaprawionych w bojach Ugli.

Niby odbywano specjalne szkolenia z tak zwanej mentalnej konspiry, niby wszyscy członkowie Ruchu Oporu musieli zaliczać testy z psychokamuflażu, ale technologie używane przez Ładnych rozwijały się szybko i nawet najlepsze sekcje informatyczne Brzydkich nigdy nie były do końca pewne, czym aktualnie dysponują HH.

Vince kilkakrotnie na własne oczy widział, jak działały owe scation. Człowiek złapany na „złych myślach” zostawał trafiony w głowę niewielką wiązką elektromagnetyczną i jego porażony układ nerwowy natychmiast odmawiał posłuszeństwa. Nieszczęśnik taki nie był w stanie samodzielnie się poruszać, nie wspominając o jakiejkolwiek ucieczce.

Patrol HH zabierał sparaliżowaną „roślinę” prosto z ulicy do pewnej uroczej kliniki, w której analitycy THIA dokonywali szczegółowej wiwisekcji.

Przy technikach operacyjnych Trance Human Intelligence Agency nawet największe mózgi dawnej Łubianki czy siejący grozę specjaliści CIA od przesłuchań wydawali się naiwnymi przyjemniaczkami. Nie dysponowali oni bowiem choćby nawet jednym procentem obecnych technologii służących do wyciągania zeznań.

Scation nie dawało się w żaden systemowy sposób ani zneutralizować, ani oszukać. Pracowano wprawdzie nad tym, jednak póki co, Ugle zdane były na swój własny system ostrzegania, archaiczny i ryzykowny.

Członkom Ruchu Oporu wolno było używać wyłącznie neutralnych haseł i to tylko w ściśle określonych sytuacjach.

Na szczęście dla nich urządzenia tego używano jeszcze stosunkowo rzadko. Oddziały chroniące Najsów koncentrowały się na co dzień na innych zadaniach. W Berlinie rzeczywiście miały co robić. Zagrożeń systemu przybywało.

Wciąż eskalowała wojna dżihadystów z etnicznymi Europejczykami, kartele „Hello Africa” przejmowały kolejne gałęzie gospodarki, do tego w powietrzu znowu wisiała społeczna rewolta.

Grupy trzymające władzę oczekiwały od Homo Hybrydus przede wszystkim skutecznej ochrony swoich rodzin i interesów. To był absolutny priorytet.

Bieżącą inwigilacją Ugli i zwalczaniem niezintegrowanych zajmowały się głównie Matrixy oraz zwykła bezpieka.

Intuicja wyraźnie podpowiadała Vincentowi, że Rudy ostrzegał go przed scation. Zgodnie z instrukcją natychmiast skierował swoje procesy myślowe na neutralny temat i jak najintensywniej próbował wizualizować go w myślach.

Rozdział 1
Narodziny ochlokracji

Było gorące lipcowe popołudnie dwa tysiące pięćdziesiątego pierwszego roku.

Mimo potwornej duchoty większość osób nosiła zakrywające dolną część twarzy i nos niewielkie maski ze specjalnym filtrem. Tylko takie były legalne i tylko takich wolno było Uglom używać.

Kto próbował kozaczyć i ryzykował noszenie smartgogli lub większych masek, prędzej czy później ściągał na siebie kłopoty.

Mimo to, zwłaszcza w weekendy, niektórzy łamali przepisy i paradowali w niedozwolonym sprzęcie. Strach przed zarażeniem się lub kolejnym skażeniem chemicznym był wszechobecny. Dżihadyści preferowali ataki właśnie w weekendy, gdy na ulicach panował wzmożony ruch. Poza skrajną patologią i świrami podczas Laby maski nosili prawie wszyscy.

Jak w każdą sobotę, trwały migracje ludności związane z dwudziestoczterogodzinnym zawieszeniem broni i przerwaniem walk.

W każdą sobotę, punktualnie o 12.00 władze znosiły na jedną dobę niektóre regulacje dotyczące swobodnego przemieszczania się pomiędzy dystryktami.

Wszystkie berlińskie Ugle, a więc prawie milion zamieszkujących to miasto Neochristów, ponad dwa razy tyle muzułmanów, pół miliona nazioli oraz trzysta tysięcy czarnych wykorzystywali ten dzień na odwiedziny i spotkania.

Jednak z Laby, jak nazywano czasową możliwość podróżowania, najbardziej cieszyli się zwyczajni brzydcy ludzie, cywilne Ugle. Nie walczący ze sobą bojownicy zwaśnionych stron, ale ich rodziny; żony, dzieci, starszyzna.

Najsów w mieście wtedy już praktycznie nie było.

Wyjeżdżali na Kurzurlaub lub spędzali weekend na obrzeżach aglomeracji, w swoich izolowanych, hermetycznych dzielnicach. Większość Najsów wyjeżdżała jeszcze w piątek i wracała dopiero w poniedziałek rano, gdy na ulicach ponownie panowali Homo Hybrydus.

Oficjalnie były to siły niby federalne, w rzeczywistości stanowiły prywatne armie bogatych. HH pełniły jednocześnie funkcję interwencyjnych oddziałów szturmowych przeznaczonych do ochrony mienia publicznego i tłumienia zamieszek. W weekendy byli w centrum niemal niewidoczni, operacje na mieście przeprowadzali jedynie z rzadka.

Zagrożenie z ich strony teoretycznie powinno być więc teraz mniejsze. Vincent wolał być jednak ostrożny.

Pomny ostrzeżenia przykucnął pod pretekstem poprawienia buta, zmienił kierunek o dziewięćdziesiąt stopni i ruszył nieśpiesznie w boczną ulicę.

Starał się unikać gwałtownych manewrów. Wiedział aż za dobrze, czym to grozi. Przyczajone na drzewach, krzakach oraz ścianach budynków gekodrony natychmiast wyłapywały każdy taki ruch i rozpoczynały obserwację indywidualną, co mogłoby się dla niego nieciekawie skończyć.

Wmieszał się w grupkę dryniących tanie bolibrzuchy patoli, którzy stali przy jakieś bramie i dyskretnie próbował rozeznać sytuację. Już po chwili wiedział dokładnie co się stało i przed czym próbował ostrzec go Rudy. Około sto pięćdziesiąt metrów dalej faktycznie stała scation.

Menele z uciechą komentowali zdarzenie sprzed kilku chwil.

Z ich relacji wynikało, że trafiony wiązką musiał zostać ktoś o końskim zdrowiu. Podobno udało mu się nawet wyrwać i przebiec jeszcze spory kawałek, zanim znowu dopadł go patrol.

Vince podziękował w myślach Rudemu i już miał ruszyć dalej, gdy nagle jeden z żuli wskazał ręką na unoszący się dym.

Coś musiało znowu wydarzyć się na BR4V.

Tam właśnie zmierzał Vincent. Miał umówione spotkanie z kimś, kto dysponował bezcenną dla niego informacją.

W obliczu sytuacji zdecydował się jednak zawrócić.

Uznał, że dwa sygnały ostrzegawcze, jakie otrzymał przed chwilą od życia wystarczą. Intuicja podpowiadała mu, że trzeciego ostrzeżenia nie będzie.

Spotkanie musi jakoś przełożyć, do stracenia było zbyt wiele. BR4V jest chwilowo spalone, w każdym momencie mógł zacząć się kocioł. Wzbierał tam coraz większy tłum i niemal wszyscy kierowali wzrok w kierunku barykady przy dawnym Potsdamer Platz.

Przed wojną było to jedno z najbardziej reprezentacyjnych i ruchliwych miejsc w Berlinie. Jednak po zaciekłych bitwach o centrum z połowy lat trzydziestych okolica ta stała się bardzo niebezpieczna. Była areną krwawych walk pomiędzy „Bojownikami Prawdy”, jak samych siebie nazywali islamscy fanatycy religijni, a „Neandertalami”, jak pogardliwie określano białych, rdzennych mieszkańców Europy.

Wcześniej, w drugiej połowie lat dwudziestych, podczas wywołanej przez neonazistów wojny domowej wielokrotnie dochodziło tam też do walk bratobójczych, etnicznych Niemców z etnicznymi Niemcami.

Znowu Niemiec zabijał Niemca.

Stało się to w kraju, który jak żaden inny w świecie dbał o historyczną edukację i czynił wszystko, aby nazistowska zmora nigdy się tam już nie powtórzyła.

Żadne inne państwo nie zrobiło tyle, aby upamiętnić niewyobrażalne tragedie obu wojen światowych, żadne inne nie ostrzegało tak konsekwentnie kolejnych generacji przed brunatną zarazą, przed ponownym otumanieniem społeczeństw chwytliwymi hasłami i starymi śpiewkami nacjonalistycznych skurwysynów.

Był to naród, który uczciwie odpokutował za grzechy swoich rodziców i dziadków. Naród, który mógł się chyba także poszczycić największym odsetkiem nieprzejednanych wrogów nacjonalistycznej ideologii.

I mimo to ponownie musiał się z nią niestety zmierzyć. Naziolom znowu udało się podpalić ten kraj.

Podobnie działo się wówczas zresztą w całej niemal Europie.

Udający zatroskanych patriotów mniej lub bardziej zakamuflowani neonaziści omamiali społeczeństwa, z wyrachowaniem pogrywając populistycznymi hasłami.

Demokracja parlamentarna zmieniła się w ochlokrację.

Hołota decydowała o losach kolejnych państw. A tak naprawdę całego kontynentu.

Dwa i pół tysiąca lat po narodzinach Demokracji Ateńskiej zachodnia kultura polityczna, beztroska tolerancja i egalitaryzm doprowadziły Europę do punktu krytycznego.

Strach było w tamtych latach powiedzieć publicznie coś politycznie niepoprawnego, nie mówiąc już o zrobieniu. Natychmiast zaczynał się niewyobrażalny skowyt różnych „wrażliwych społecznie” organizacji pozarządowych, stowarzyszeń czy instytucji. Często nawet parlamentarnej opozycji.

Gdy islamscy terroryści przez trzy dekady obecnego wieku mordowali Europejczyków w ich własnym domu, rządy Francji, Belgii czy Niemiec zamiast od początku przystąpić do kontrakcji, do rzeczywistej obrony własnych obywateli, wysyłały sobie kondolencyjne noty i wyrazy poparcia dla pogrążonych w smutku rodzin ofiar…

Z uporem maniaka wygłaszano zabawne apele o zaprzestanie aktów terroru.

Mieszkańcy atakowanych krajów, zamiast bronić się i już wtedy solidarnie przeciwstawić bandytom, kłócili się tylko nieustannie między sobą i jeszcze nawzajem oskarżali.

Różnej maści naiwniacy organizowali marsze przeciwko przemocy, trzymali się za rączki, nawoływali do tolerancji, zapalali znicze i malowali na ulicach kolorowe kwiatki.

Wywołując tym samym swoją biernością, brakiem jakiejkolwiek zdecydowanej reakcji olbrzymie zdziwienie i uciechę wśród samych dżihadystów.

Ale zdrowy ubaw mieli nie tylko zalewający wówczas kontynent, stylizujący się często na wojennych uchodźców przyszli „Bojownicy Prawdy” i członkowie gangów.

Pogarda i nienawiść znacznej części pozostałych muzułmańskich mieszkańców Europy w stosunku do jej rdzennych obywateli z roku na rok również stawała się coraz większa. Publicznie śmiano im się w twarz.

Rządzące partie bały się jakichkolwiek zdecydowanych rozwiązań. Unikano radykalnych działań, które w tamtym czasie były nie tylko pilnie wskazane, ale wręcz konieczne. Blokowano wszelkie zdroworozsądkowe inicjatywy.

Rosnące systematycznie w siłę oszalałe stado „obrońców ludzkiej godności” czy też różnej maści „humaniści” natychmiast wywoływali medialną histerię. Tak zwana poprawność polityczna nie pozwalała na jakiekolwiek kontrowersyjne moralnie decyzje. Nawet takie, które podpowiadał instynkt samozachowawczy.

Zamiast tego rządy zaatakowanych krajów miesiącami szukały humanitarnych rozwiązań problemu uchodźców.

Wykorzystali to natychmiast prawicowi populiści.

Lepszego prezentu od rządzących dostać nie mogli. Islamska nawałnica, do której dopuszczono, dała im dziesiątki milionów nowych wyborców. Nie miliony, dziesiątki milionów…

Jednak to nie koniec nieszczęść, które zgromadziły się nad ówczesną Europą.

Jakby mało było tego, co wyprawiali tam ośmieleni indolencją władz dżihadyści oraz naziole, czynne prawa wyborcze nadal posiadał każdy pełnoletni obywatel Unii Europejskiej. Niezależnie od zawartości swojej głowy.

I to pomimo, iż od dłuższego czasu wiadomo było jaki procent poszczególnych społeczeństw stanowią różnego rodzaju przygłupy i oszołomy.

Dwa i pół tysiąca lat po starożytnych Atenach, które demokrację wymyśliły, ale gdzie prawo głosu, prawo decydowania o najważniejszych dla państwa sprawach mieli tylko określeni, godni zaufania i rozsądni jego mężowie, współczesna Europa demokrację tę wypaczyła i ośmieszyła. Przyznając równe prawo głosu wszystkim jak leci. Dosłownie byle komu, w tym milionom kompletnych kretynów.

Każdy jeden dorosły miał więc prawo głosować i wyborczy głos każdego jednego obywatela liczył się tak samo.

Głos mądrego był tyle samo wart co głos głupiego, głos rozsądnego co głos wariata, głos odpowiedzialnego co głos podżegacza.

Zamiast intelektualnej elity, zamiast ludzi mądrych, doświadczonych i rozsądnych do urn nadal dopuszczano miliony głupków. Kilkadziesiąt milionów europejskich prymitywów ochoczo ruszyło do wyborczych lokali i w demokratyczny, najzupełniej legalny sposób zniweczyło pracę czterech pokoleń.

Umożliwiało to, tak w Niemczech, jak i w reszcie Europy idiotyczne prawo wyborcze. Prawo dopuszczające do głosowania najgorszy chłam, intelektualne karły i moralne szumowiny na równych prawach z ludźmi myślącymi i zacnymi.

O losach Niemiec w równym stopniu decydował pracujący na dwóch etatach profesor uniwersytetu z Hamburga, jak i leniwy, zapijaczony menel po Hauptschule z zapyziałej saksońskiej pipidówy. Lump, który całe swoje życie przebimbał na zasiłkach i znał się jedynie na tanich piwach. Leser, który nigdy nie zhańbił się uczciwą pracą, za to gębę wypchaną miał hasełkami Pegidy.

O przyszłości Polski w identyczny sposób miał prawo rozstrzygać sędziwy lekarz ateista z Sopotu, co durny jak but trzydziestoletni parafianin z Raszyna, który o świecie wiedział tylko to, co usłyszał od swojego proboszcza i w „Radiu Maryja”. Czyli skończony tuman, kompletny baran. Kwintesencja polskiego parafialnego głupka.

Ten pierwszy kraj przekonał się, do czego doprowadzić może przyzwolenie na udział w wyborach parlamentarnych każdego pełnoletniego obywatela w roku 2025, ten drugi znacznie wcześniej, bo już w roku 2015.

Oba kraje ucierpiały z tego powodu wiele, choć oczywiście trwająca do dziś tragedia Niemiec jest nieporównywalna z kilkuletnim zaledwie dramatem Polski.

W każdym niemal europejskim państwie powtarzał się jota w jotę ten sam scenariusz.

Populistyczna skrajna prawica mamiła społeczeństwo „nowym wspaniałym światem”, obiecywała rozliczenia elit, czystki, sprawiedliwość socjalną, nowe porządki i godne życie.

Obiecała niestworzone rzeczy, jakieś gruszki na wierzbie, jakieś ekonomiczne fikcje, tysiące nowych miejsc pracy, tanie mieszkania i gospodarczą prosperitę.

Zapychała szarym ludziom kity i „mądrości” rodem spod baru piwnego, niczym jesienią 2016 roku niezapomniany „Pinokio”, pomarańczowy kłamczuch w USA.

Obiecała, że tych się złapie za ryj, tamtych się zamknie, tych nie wpuści, tamtych wywali, że mieszkania i praca znowu będą tylko dla swoich, a nie dla chcących czy zaradnych.

Że biedni się wzbogacą, że odbuduje się klasa średnia i że znowu będzie fajnie jak kiedyś.

Że uratują narodowy przemysł, że kopalnie, huty, fabryki i stocznie znowu będą kwitnąć, że „odzyskają” banki, media oraz pogonią rzekomych złodziei. Do znudzenia powtarzała dokładnie to, co ciemni ludzie zawsze chcą usłyszeć.

O tym, że stocznie zbankrutowały, bo nikt już nie chciał kupować ich niedorzecznie drogich lub zacofanych technologicznie statków, o tym, że to nie żadni obcy biznesmeni, tylko ich własne anachroniczne, nierentowne sektory gospodarki od lat okradają i dziurawią budżet, że kosztem ochrony zdrowia i edukacji w ten wór bez dna trzeba ładować miliardy rocznie, o tym, że banki na ogół są międzynarodowe, bo kapitał nie ma paszportu, że „złodziejami” nie są żadni „oni”, tylko my, my sami, nasi właśni oszuści i aferzyści oraz górnicy, hutnicy, a wkrótce następne setki tysięcy pracowników fizycznych, i nie tylko zresztą fizycznych kolejnych przestarzałych branż, o tym populiści milczeli.

Te smutne prawdy oznajmiać społeczeństwu musiały partie rządzące. Te znienawidzone elity. I lewactwo, jak nazywano przeciwieństwo hołoty.

Przywódcy nacjonalistów, jak zresztą wszyscy populiści, mieli wtedy proste recepty na wszelkie skomplikowane problemy, z którymi borykała się Europa i świat.

Banalnie łatwe odpowiedzi na wszystkie trudne pytania. To załatwimy tak, tamto siak, tu się ciachnie, tam się stuknie i znowu będzie piknie.

Fajnie się tego słuchało, naprawdę z przyjemnością słuchało się wtedy tych różnych Trumpów, Wildersów czy Le Pen.

Wielu, nawet wydawałoby się rozsądnych z pozoru ludzi skrycie im kibicowało. Że wreszcie nastąpi jakaś zmiana, że w końcu ktoś zrobi porządki, że dużo się zmieni, że może znowu będzie git. A w najgorszym razie przynajmniej ciekawie…

Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Omamione bajeczkami nacjonalistów tłumy milionami ruszyły do urn. W kilku krajach populiści wygrali od razu. W innych w ostatniej chwili górę wziął rozsądek i pod koniec drugiej dekady jeszcze nieznacznie przegrali.

Tradycyjne partie dostały wtedy jednak od wyborców żółtą kartkę i wyraźne ostrzeżenie. Dano im ostatnią szansę, warunkowy mandat do sprawowania władzy. Nie skorzystano z niej.

W latach dwudziestych miarka się przebrała.

Cierpliwość została wyczerpana i ludzie powiedzieli dość. Motłoch ponownie dostał szansę na wyborcze zwycięstwo i tym razem już jej nie zmarnował. Hołota zdominowała Europę.

Nastały ponure lata ochlokracji.

W pierwszym podejściu neonazistom przejęcie samodzielnej władzy jeszcze się nie udało, mocno zaznaczyli za to swoją obecność na politycznej scenie kilkunastu krajów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.