E-book
27.28
drukowana A5
89.99
Erutejczyk: Biały Kruk

Bezpłatny fragment - Erutejczyk: Biały Kruk

Objętość:
501 str.
ISBN:
978-83-8455-455-5
E-book
za 27.28
drukowana A5
za 89.99

1.SPECJALISTA Z ERUTY

Z sideł snu Erutejczyka wyrwało pukanie do drzwi, a był to rok 1420 ery gadów.

Jak zdradza pseudonim, którym zwykło się określać ów człowieka w świecie, pochodził on z miasta Eruty, miejsca uchodzącego za serce północnego rycerstwa. Była to niewielka miejscowość skryta pośród stoków Góry Gunatry, najwyższego szczytu Północnego Pasma Górskiego, które rozciągało się pomiędzy państwami Wizetyrem i Vatarakiem, stanowiąc ich naturalną granicę. Sama Eruta leżała na terytorium tego pierwszego. Miasteczko skupiało się wokół murów słynnej Akademii, będącej samą w sobie ośrodkiem bogatym w sklepy, biblioteki i oczywiście koszary. Koszary skomponowane z budynkami uczelni w kompleks, do którego przylegały rezydencje i skromniejsze chaty miejscowej ludności, głównie związanych ze szkolącym wojowników przybytkiem nauczycieli, fechtmistrzów, kowali, płatnerzy i innych rzemieślników wszelkiego cechu związanego z szeroko pojętą wojskowością. Przez wzgląd na rzeźbę terenu i utrudniony dostęp, miejsce to było stosunkowo spokojne i odcięte od świata, ponieważ znajdująca się poniżej miasta dolina była niemalże wyludniona. Była ona gęsto zalesioną przez Puszczę Rykowisko połacią, pokrytą przez łaty w postaci niewielkich, lecz licznych polodowcowych jezior. Dzięki zimnemu klimatowi panującemu w regionie, wolna była od bestii w postaci dinozaurów. Te żyjąc obficie w świecie, wybierały jednak znacznie cieplejsze tereny. W tych stronach zaistniały głównie dzięki ingerencji człowieka, który ściągał przydatne sobie gatunki do swoich siedlisk, choć zdarzało się, że niektóre chłodnolubne osobniki występowały tu naturalnie w małych populacjach. Dlatego też lokalna, drapieżna fauna zdominowana była w głównej mierze przez ssaki w postaci wilków, niedźwiedzi krótkopyskich oraz lwów jaskiniowych. W okolicznej tajdze, rozciągniętej pomiędzy jeziorami polodowcowymi, skrywali się również roślinożercy jak choćby jelenie olbrzymie czy nieliczne już mamuty, przetrzebione niegdyś przez starsze tubylcze plemiona. To właśnie nad tą nieposkromioną krainą niczym korona wyrastała ze wzgórz Eruta, zamieszkana przez liczne zastępy dzielnych rycerzy i aspirujących na nich adeptów. Jednak tajemniczy przybysze dotarli na teren włości szczególnego człowieka, który wyróżniał się spośród innych mieszkańców na tyle, że to właśnie jego miał przeważnie na myśli ten, kto na południu posługiwał się określeniem Erutejczyk. U drzwi pod tym konkretnym adresem nie pierwszy raz pojawił się ktoś z potrzebą pomocy. W końcu właściciel posiadłości był nie tylko słynnym specem od megafauny, ale również a może i przede wszystkim, doskonałym śledczym. Mowa tu o słynnym Oreście Vizetianie, mężczyźnie wyjątkowym na wielu polach. Każdy kto go zna przyznawał, że czas jest dla niego niezwykle łaskawy. Mimo, że mężczyzna miał już około pięćdziesięciu pięciu lat, nie można było oprzeć się wrażeniu, że kończy ledwo trzydzieści. Detektyw dopiero kilka lat temu zapuścił czarną brodę, by nieco się postarzyć. Na jego głowie spoczywały równie krucze włosy, strzyżone po bokach na krótkiego jeża, zwieńczone bujną kępą, która w naturalny sposób kręciła się lekko w nieładzie. Znakiem rozpoznawczym mężczyzny były jednak nie włosy, a oczy. Oczy nietypowej, fioletowej barwy, będącej cechą rodową. Ich kolor był bardzo głęboki, przybierał bowiem odcień podobny do ametystowych kryształów, a szlachetne i bystre spojrzenie nadawały im wyjątkowości, wobec której mało która kobieta przechodziła obojętnie. Vizetian był absolwentem prestiżowej Erutejskiej Akademii Rycerskiej, wyróżniającej się spośród innych placówek. Ta w odróżnieniu od wielu podobnych, szczególną uwagę przywiązywała do szkoleń pod kątem starć z równie groźnym co człowiek przeciwnikiem — drapieżnymi dinozaurami. To właśnie te wielkie gady gdzie nie sięgnąć pamięcią naprzykrzały się niemiłosiernie, polując na ludzi i ich zabijając. Nie ma więc co się dziwić, że szkoła starała się sprostać i potrzebie obrony przed nieprzyjaznymi gatunkami, mimo że próżno było szukać w jej okolicy większości spośród stworzeń, których metod tępienia zwykła nauczać. Zgodnie z akademickim przyuczeniem, nie inaczej postępował sam Orest. Przez lata służył i pomagał ludziom w problemach natury odzwierzęcej. Zjawiał się w majątku ziemskim, by wytresować i okiełznać narowistego parazaurolofa, który zamiast dać się osiodłać, zdołał skopać masztalerza, przybocznych mu stajennych, parobków oraz córkę szlachcica. Służył pomocą i poradą, gdy trzeba było zasadzić się na młodego kaprosuchusa, wyżerającego niepostrzeżenie ryby ze stawów kwegariańskiego hrabiego do czasu, gdy kolejnym posiłkiem został i sam hrabia. Był niezawodny w opiece nad samicami królewskich triceratopsów, leżących bezwiednie, liżących rany w połogu. Sam też niejednokrotnie odbierał porody małych dinozaurów wszelkiej maści i rozmiaru. Ciągnął linami, wozami lub własnymi rękoma malutkie iguanodony, pachyrhinozaury, protoceratopsy i torozaury z odmętów matczynych macic i łożysk. Sprawiało mu to nie z mała przyjemności. Przynosiło świadomość, że nie tylko odbiera dinozaurom życie. Pozwalało asekurować temu życiu, mnożyć się i rodzić. Zawsze o wiele bardziej wolał chronić niż odbierać życie. Z czasem wskutek perturbacji najważniejszego z żyć, jego własnego, coraz rzadziej miał okazję pracować ze zwierzyną.

Z przymusu przebranżowił się na pracę z człowiekiem. Zaczął śledzić ludzi, szukać morderców i gwałcicieli, dopuszczających się czynów tak paskudnych i niegodnych, że okrutnością zawstydziłyby nawet najbardziej agresywnego tyranozaura. Tak, praca z człowiekiem szybko zdała mu się o wiele bardziej plugawą. Jednak nie wybrał jej sobie sam. To los tak zadecydował, gdy dwadzieścia lat temu w jego życiu wydarzyła się ogromna tragedia. Wówczas jego przyszywany brat Terrivald dopuścił się ojcobójstwa, które odbiło się szeroko echem, pozostając po dziś dzień jedną z największych zagadek Wizetyru. Zyskało takie miano ze względu na status jakim cieszyła się jego ofiara. Ojciec Oresta, Dorahim, był wszakże byłym doradcą królewskim, od kilku miesięcy pełniącym z powodzeniem obowiązki rektora słynnej erutejskiej akademii. Oraz przez fakt, że zarówno zabójca jak i stracony zaginęli w nieznanych okolicznościach. Jedynym świadkiem tej zbrodni miał być sam Orest, którego tragedia ukształtowała i skłoniła do rozpoczęcia śledztwa na własną rękę. I tak oto śledztwo zrodzone z krzywdy przyczyniło się do rozwoju kariery detektywa, słynącego z ogromnej skuteczności, choć tak naprawdę zmagał się ciągle z widmem porażki. Mimo dziesiątek spraw zakończonych z powodzeniem, ta jedna najbardziej dla niego istotna wciąż pozostawała nierozwiązaną, zaś wyklęty brat nie poniósł konsekwencji za swe czyny. Jednak w opinii publicznej śledczy wciąż pozostawał bez zawodowej skazy. Uznawano go za profesjonała w swoim fachu. W dużej mierze uznanie było słuszne. Zaiste, był to człowiek niezwykle doskonały w swojej pracy. Skrupulatny, spostrzegawczy, wyprzedzający myślą wszelkie zło i występek. Tropiący najgorsze bestie w ludzkiej skórze z równie wielką skutecznością, z jaką tropił przed laty zwierzynę. Ceniący sobie ład i porządek. Nie uznający za ładne i porządne, by dobijać się do niego tak wcześnie rano…


Mężczyzna zerwał się nerwowo z fotela na którym zakończył poprzedni, wyjątkowo ciężki dzień. Przecierając oczy rozejrzał się wokół siebie za ubraniami. Oprócz łomotania w drzwi słyszał niewyraźny szum deszczu. Krople miarowo tłukące się do okien. Na północy rozróżnić można było dwie dominujące pory roku, składające się z oddaniem na niezwykłe walory okolicy. Porę mroźną i porę deszczową. Wizetyr słynął z tego, że przez pół roku sypał śnieg, a drugie pół siąpił deszcz. Daleko było mu do słonecznych krain, takich jak odległa Koryfena. Orest nałożył na siebie pośpiesznie koszulę wiązaną na piersi rzemykami oraz leżące nieopodal spodnie, po czym ruszył w stronę holu do głównego wejścia.

— Rovk, na wszelką litość! Jeżeli dobijasz się żeby mi powiedzieć, że daremnie odbierałem wczoraj poród przez bite trzy godziny. Że nie odizolowałeś młodych od matki wedle moich zaleceń i że Twoja triceratoprzyca je zadeptała to przysięgam! Za pobudkę o tak wczesnej porze osobiście przytroczę twoje bezmyślne dupsko do koni i przewiozę je pod bramę Akademii! — krzyknął przez drzwi, po czym gwałtownym ruchem je otworzył.

— Melduję, że mama triceratops spisała się na medal! Wczuła się w nową rolę na tyle rzetelnie i co więcej, odpowiedzialnie, że gotowa była wykarmić po kolei piersią wszystkich moich ludzi! To chyba dobrze zważając na fakt, że przejeżdżając przez całą Erutę nie napotkałem ani jednego konia, co znacznie utrudniłoby realizację tego jakże interesującego planu. — z uśmiechem na twarzy oznajmił spod kaptura przybysz.

Erutejczykowi jednak nie było już tak do śmiechu. Jak się okazało u jego progu stał ktoś inny, nie jego nierozgarnięty sąsiad. Przed domem stało przynajmniej osiem parazaurolofów, które średnio zachwycone pogodą pochrumkiwały grymaśnie w swoim kierunku. Każdy z nich odziany był w elegancki pomarańczowy kropierz, przyzdobiony po bokach wizerunkiem czarnej głowy triceratopsa ukazanej z profilu, ironicznie wpisując się w powitanie gości ze strony gospodarza. Zwierzęca gromadka stała grzecznie w grupie, wymachując na wszystkie strony małymi w stosunku do reszty ciała łebkami, kończącymi się u góry charakterystycznym grzebieniem, przypominającym zagięty do tyłu wielki róg. Gatunek ten słynie z wyjątkowej ostrożności, więc zapewne rozglądały się za ewentualnym zagrożeniem. Na kaczodziobych wierzchowcach w ciężkich siodłach zasiadali rycerze w zbrojach z tymi samymi motywami kolorystycznymi, wpatrujący się z zainteresowaniem w dopiero co otworzone odrzwia, pociągając jeden przez drugiego zakatarzonymi nosami. Zdziwiony domownik skupił wzrok na stojącym tuż przed sobą jegomościem, który najwidoczniej przewodził tej niecodziennej jak na te strony drużynie.

— Najmocniej pana przepraszam, panie… — Orest zawiesił pytająco głos.

— Egaar Finczer, dowódca I Jamrutejskiej Brygady Zwiadowczej na służbie Jego Wysokości, Vegraffa Egerta Orenholma — mężczyzna ukłonił się oficjalnie, odsłaniając twarz spod kaptura. Był to gładko ogolony mężczyzna, na oko lekko po czterdziestce, z bystrymi brązowymi oczami oraz małą szramą na lewym policzku, przybierającą formę kanciastej litery C.

— A niech mnie piorun trzaśnie! Prawdę mówili, że ma Pan ślepia niczym dwie dorodne śliwki! — królewski agent krzyknął w stronę swoich ludzi, przyglądając się dokładniej obliczu swojego rozmówcy.

— Wywiad królewskiej gwardii? — spytał detektyw, urywając temat.

— Może wejdziemy do środka? — grzecznym tonem zaproponował Finczer. — Mamy kilka kwestii do omówienia — dodał, wskazując gestem ręki drzwi, tak jakby to on był gospodarzem.

— Zanim powiecie co Was tutaj sprowadza, muszę zadać jeszcze jedno pytanie. — detektyw uniósł lekko brodę — Egaar? To dosyć nietypowe imię jak na Jamrutejczyka. — zauważył mrużąc oczy.

— Widzi Pan, w czasach gdy panował, powiedzmy… czas pokoju, mój ojciec nadał mi je w symbolicznym uznaniu dla dobrych stosunków z Imperium. Po swoim ulubionym kwegariańskim pisarzu, Egaarze Heitzie. Jakiś czas potem tata niestety zmarł, a kilkanaście lat później Ermantraud, będący chimerycznym kutasem imperator, wypowiedział nam kolejną wojnę. Laurka dla skurwiałego mocarstwa w postaci imienia niestety pozostała. — dobry humor gościa widocznie uległ pogorszeniu. — Ale my nie o tym… Przybywamy do Pana w imieniu Naszej Królewskiej Mości… — kontynuował po chwili.

— Jesteście bardzo daleko od swojej stolicy. — Orest ponownie wszedł swojemu rozmówcy w słowo — Skoro król posyła za mną taką grupę ludzi to musi mu chyba bardzo zależeć. Niestety nie rozumiem czemu akurat do mnie wysłano poselstwo.

— Sprawa jest bardzo delikatna, a podobno nie ma lepszego człowieka od takowych niż słynny Erutejczyk. Został Pan polecony mojemu władcy przez bankiera Sipriana Vespucina, człowieka o nieposzlakowanej opinii, który zapewniał że słynie Pan z niekonwencjonalnych metod w swoich śledztwach. Bardzo mu zależało by to właśnie Pan pomógł w sprawie, ponieważ po części chodzi również o jego pieniądze. Jaśnie nam panujący zdecydował się więc poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz. — Finczer wyraźnie tłumił pod lekkim uśmiechem grymas. To że jego król zdecydował się na wykonawcę spoza wywiadu z pewnością nie uchodziło za powód do dumy.

— W to, że Vespucin martwi się o swoje pieniądze nie wątpię. — parsknął detektyw — Swego czasu faktycznie pomogłem mu w kilku sprawach, ale nie spodziewałem się że poleci mnie samemu królowi — Orest pokiwał porozumiewawczo głową, uciekając gdzieś myślami — I jeśli mogę prosić. Mówcie mi po imieniu, nie lubię takiego oficjalnego języka. — dodał po chwili, wyrywając się z zamyślenia.

— Naturalnie — zgodził się szef wywiadu — Zanim jednak zakończymy oficjalną część musimy przedstawić jeszcze pisemne wezwanie, podane nam przez samego króla. Maximie, bądź tak łaskaw odczytać detektywowi jego treść — powiedział z proszącym ale jednocześnie stanowczym tonem Egaar, spoglądając w kierunku jednego z towarzyszących mu rycerzy. Wywołany mężczyzna wyjął z juki zwisającej za siodłem swojego parazaura ozdobny, drewniany zwój z lakową pieczęcią na kształt herbu Jamruty. Odpieczętował ostrożnie pismo i rozwinął pożółkły pergamin. Spojrzał na chwilę w kierunku Erutejczyka, po czym zawiesił wzrok nad plamą tekstu. Zachrząkał oznajmująco, po czym zaczął:


Szanowny i możny Oreście Vizetianie herbu Sowy!

W odniesieniu do Waszych zasług i szacunku dla dotychczasowych dokonań w ciężkiej

i niewdzięcznej profesji śledczego oraz znawcy fauny wielkiej i groźnej,

Jaśnie Panujący nam Vegraff Egert Orenholm, dziedzic tronu Wielkiego Królestwa Odrodzonej Jamruty, złączonego z ziem Yamtów i Ruttonów, suzeren doliny karangejskiej i przynależnych jej terenów Krucji oraz Warenii, opiekun Cyrateis oraz strażnik cyratejskiej wiary, wzywa Szanownego Pana do pomocy w odnalezieniu Księcia Floriana Klaudiusza Orenholma, który pełniąc swe poselskie obowiązki w czasach zimnej wojny, dzielnie reprezentując majestat oraz urząd swego Ojca, zaginął.

Mając na względzie Wasz niebywały talent do rozwiązywania spraw trudnych, Jaśnie Panujący prosi o przejęcie śledztwa przy pomocy szefa wywiadu Egaara Finczera, oraz o osobiste spotkanie na dworze królewskim w mieście dwóch rodów, stolicy Kwiztorii, w celu omówienia znanych zdarzeń dotyczących zniknięcia następcy tronu.

Vegraff Egert Orenholm.


— Król naprawdę to wszystko powiedział przy swoim wezwaniu? — Orest zapytał gładząc brodę.

— No w zasadzie to powiedział: „Posadźcie swoje nędzne dupska na tych chrumkających paskudach i w te pędy ruszcie po Erutejczyka. Ma się stawić na dworze królewskim przed ucztą z dyplomatami.” Resztę treści dodał nadworny szambelan, rozumiesz. Etykieta czasem wymaga odstępstw od rzeczywistej formy przekazu… — rzekł lekko zmieszany Finczer.

— Nieoficjalnie dodał też, że wynagrodzenie za pomoc będzie bardzo satysfakcjonujące.

— Niewątpliwie. Wikłanie się w poszukiwania księcia w wojennym chaosie za kilka brzęczących monet brzmi bardzo kusząco. — mężczyzna zakrzywił usta — Jednak może Wam nie wiadomo, ale nie mieszam się w politykę. — odpowiedział po chwili ze zdecydowaniem.

— Ten fakt nie umknął Jaśnie Panującemu. Dlatego właśnie przysłał w Twoje progi nasz oddział by być spokojnym o to, że stawisz się chociaż na dworze królewskim i wysłuchasz dokładniej propozycję z jego ust.

— To bardzo miłe z jego strony, ale muszę odmówić. Śledztwa prowadzone dla monarchów to zawsze śliski i brudny temat. Nie widzę jednak powodów do obaw. — Orest powiódł wzrokiem po agentach — Wasz wywiad wygląda na kompetentny. Na pewno sobie poradzicie z przekazaniem mojej rezygnacji.

— Niestety odmowa nie wchodzi w grę. — stanowczo rzekł agent — Widzisz, wezwanie może i przybiera proszącą formę, jednak tak naprawdę jest to rozkaz. Zresztą… Król zapewnił, że w zamian za pomoc podzieli się z Tobą informacjami na temat pewnej osoby, które mogą Ciebie zainteresować.

— Doprawdy? O jakiej osobie niby mowa?

— Mężczyzna. Wysoki, raczej szczupły o zielonkawych oczach i ciemnobrązowych włosach. Niejaki Terrivald Vizetian, Twój zbiegły i popadły w niełaskę brat, zdaje się.

— Granie zabójstwem mojego ojca jak kartą to skurwysyńskie posunięcie, nawet jak na wywiad. — Orest zmierzył Finczera wzrokiem — Zresztą to niemożliwe byście mieli w swoich tekach trop, którego nie znam. Szukam tego psubrata od dwudziestu lat. Przez ten czas uruchomiłem wiele kontaktów, skorzystałem z pomocy najżyczliwszych i najbardziej wpływowych znajomych. Za każdym razem ślad się zacierał.

— Z całym szacunkiem dla Waszego talentu i intelektu Mistrzu, ale jakby nie spojrzeć, nie jesteś królem. Nasz wywiad posiada sprawdzone dane na temat miejsca pobytu Twojego brata z pierwszej ręki, od człowieka który ponoć ma z nim styczność. Zatem, czy dalej mam Ciebie przekonywać znosząc ten nieznośny sceptycyzm, czy jednak zdecydujesz się przyjąć zaproszenie Jego Wysokości Orenholma i ruszysz z nami do Kwiztorii, by sam mógł dokładniej Tobie przybliżyć swoją ofertę? — agent spojrzał na detektywa spod krzaczastych brwi.

— No cóż, zobaczę czym mnie postanowicie zaskoczyć. Chodźmy więc, skoro Wasza Wysokość wzywa… — rzekł Erutejczyk z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy, wiedząc z czym wiąże się przyjęcie takiego kontraktu przy jednoczesnym braku innego wyjścia — Potrzebuję jednak trochę czasu by dobrać rynsztunek i ubrać się w coś stosowniejszego, nie zwykłem wyjeżdżać na szlak w samej koszuli i bawełnianych spodniach. — dodał spoglądając po sobie. Zaprosił swoją wynikłą z przymusu eskortę do domu i przystąpił do przygotowań. Dowódca grupy spojrzał na ścianę w salonie, gdzie wisiało trofeum w postaci głowy nietypowego zwierzęcia, mianowicie był to niedźwiedź krótkopyski z porożem jelenia.

— A cóż to za kreatura? — zapytał ze zdziwieniem.

— Nie widzisz? No przecież oczywiste, że jeleniodźwiedź. — detektyw rzekł ospale, szukając czegoś w szafie.

— Nigdy nie słyszałem o czymś takim! — krzyknął zdumiony agent.

— Aaa bo to bardzo rzadki gatunek. — Orest machnął w jego kierunku ręką — Ale pogadamy później, jak mam się przygotować to potrzebuję ciszy.

Przybysze z zaciekawieniem obserwowali jak dużo sprzętu szykował dla siebie człowiek, którego przedstawiono im raczej jako detektywa aniżeli rycerza. Vizetian zdjął ze ściany miecz z wykutą w starej mowie inskrypcją, najprawdopodobniej dedykacją. Ciężko było przejść obojętnie obok jakości wykonania oręża. Tak dobra broń musiała pochodzić spod młota najlepszych kowali z miasta Vetti, położonego daleko na południowy wschód w królestwie Teranii. Do ostrza wziął dopasowaną pochwę z misternie garbowanej skóry, przyozdobioną w roślinne motywy oraz charakterystyczny dla swojego rodu symbol sowy, która dumnie spoczywała na okuciu, docelowo pod jelcem. Zdawało się, że to już całe uzbrojenie mistrza, jednak ku zdziwieniu szpiegów wyglądało na to, że dopiero zaczynał kompletowanie ekwipunku. Chwilę później na stole pojawiła się również kusza, jednak ten model miał nietypowo profilowane łoże na bełty.

— Pierwszy raz widzę takie łożysko. — wtrącił zaciekawionym tonem Finczer.

— Łoże. — poprawił go detektyw — Taki rodzaj żłobienia pozwala na stosowanie amunicji z pojemnikami na różne toksyny. Głównie środki usypiające dużą zwierzynę oraz pociski wybuchowe, bardzo przydatne przy odstraszaniu natrętnych drapieżników.

— No tak, słyszeliśmy że oprócz prowadzenia śledztw zajmujesz się również dinozaurami. — dowódca wywiadu wyprostował się z uśmiechem na twarzy.

— Głównie dinozaurami. Pracę przy śledztwach rozpocząłem zupełnie przypadkiem wiele lat temu gdy okazało się, że ten kto potrafi podążać po tropach za zwierzyną nie wiele gorzej radzi sobie z ludźmi. — dumnie odparł Erutejczyk, w którego głosie dało się usłyszeć jednak zmęczenie. Po dołączeniu do kuszy torby pełnej specjalnie przystosowanych bełtów własnej produkcji, mężczyzna wyjął z kufra stojącego w kącie salonu kolejny nietypowy przedmiot. Złapał coś co wyglądało na rękojeść, jednak nie posiadała ona żadnego ostrza.

— A cóż to znowu? Oprócz miecza walczysz też samym trzonem? — Egaar spojrzał ze zdziwieniem na kawałek zdobionego rytami drewna. Orest ogarnął wzrokiem ludzi Jamrutejczyka, po czym wskazał palcem jednego z nich, podpierającego się tarczą wyraźnie młodszego od reszty chłopaczka.

— Jak Ciebie zwą? — spytał młodzieńca.

— Kajtko, proszę Pana. — odpowiedział żołnierz, wyraźnie zaskoczony faktem, że akurat na niego zwrócono uwagę.

— Podejdź no tutaj na chwilę, zobaczymy jak sobie radzisz w walce! — krzyknął z uśmiechem przybierającym wyraz niezrozumiałej intencji. Młody wojak spojrzał pytającym wzrokiem na detektywa oraz kawałek drewna w jego dłoni, po czym wyprostował się i ruszył w kierunku mężczyzny. Vizetian zamachnął się w powietrze ręką w której dzierżył rękojeść. W pokoju rozległ się dźwięk stali, zupełnie tak jakby ktoś szybko dobrał miecza wyciągając go z pochwy. Pod wpływem gwałtownego ruchu tajemnicza broń rozłożyła się, wysuwając z uchwytu dwa zwężające się segmenty, przybierając formę czegoś pomiędzy dzidą a laską. Erutejczyk dwoma sprawnymi ciosami położył rycerza, który mimo ciężkiego uzbrojenia i tarczy nie zdołał zareagować w porę i osunął się na podłogę sycząc cicho z bólu. Wszyscy pozostali zamarli zszokowani, a po chwili wybuchli śmiechem, zaś Orest spokojnie uderzył drugą dłonią dwuczłonowe ramię, sprawiając że przedmiot powrócił do swojej pierwotnej postaci.

— Pierwszy raz widzę coś takiego, cóż to za dziwo? — spytał ponownie szef wywiadu przecierając oczy ze zdumienia oraz po części z łez śmiechu.

— Pałka teleskopowa. Prezent od ojca. Posiadał własnoręcznie wykonany prototyp, który od zawsze bardzo mi się podobał, więc postanowił zrobić dla mnie ulepszoną wersję na trzydzieste urodziny. Mój egzemplarz różni się od pierwowzoru tym, że się nie zacina, a przynajmniej robi to rzadziej…

— Hmm… coś takiego spisałoby się świetnie w rękach straży miejskiej, wygląda jak idealny sposób pacyfikacji butnych awanturników — zauważył Egaar.

— Nie tylko wygląda ale i działa. Dlatego z całym szacunkiem, ta broń nie powinna trafić do szerszego obiegu. Zwłaszcza w łapska niekompetentnej, zapijaczonej straży. — poważnie odparł gospodarz domu, dodając po chwili namysłu:

— Ze sprzętu to wszystko, ubiorę się i możemy powoli ruszać. Wy w tym czasie pozbierajcie tego tu młodzieńca z mojego dywanu. — Erutejczyk spokojnie skierował się w stronę sali obok, dając ludziom Finczera czas na ogarnięcie lekko poturbowanego towarzysza. Po dłuższej chwili oczekiwania wyszedł do Jamrutejczyków w kompletnym rynsztunku. Jak przystało na syna jednego z mistrzów Erutejskiej Akademii Rycerskiej, jego zbroja prezentowała się nienagannie. Bazę ubioru stanowiły spodnie i ćwiekowana kurtka, wykonane ze skóry barwionej w granat ciemny niczym tafla wody nocą, w miejscach zgięć oraz zapięć obszyta czerwoną, grubą nicią. Na barkach detektywa spoczywały naramienniki wykonane z kolczugi obszytej czarnymi pasami. Kruczej barwy były również jego rękawice, których szwy zostały wykonane w winnym kolorze, dopasowanym do reszty stroju. Jedna z nich, dokładniej lewa, była grubsza od prawej, zupełnie tak jakby miała dodatkowo ochraniać dłoń. Na tym dosyć ponurym tle wyróżniał się jeden element, mianowicie stalowa zawieszka będąca wyobrażeniem sowiej głowy, którą Orest zawiesił na lewej piersi.

— To Twój herb rodowy? — Egaar wskazał wzrokiem na ozdobę.

— Nie, herb wygląda nieco inaczej. Ta zawieszka jedynie do niego nawiązuje. — wyjaśnił Vizetian. — poza walorami dekoracyjnymi pełni inną, ważną funkcję, ale o tym później.

Mężczyzna nałożył na siebie starannie przygotowane wcześniej uzbrojenie. Pierw chwycił za teleskopową pałkę, którą umieścił w specjalnie przygotowanej do tego celu kieszeni, ulokowanej na jednym z wielu pasów oplatających jego ciało w okolicach biodra. Na plecach zawiesił pochwę z mieczem i kuszę, przez prawe ramię zaś przerzucił worek z bełtami do niej.

— Wieszasz miecz na plecach zamiast na biodrze w zasięgu ręki? — pouczył go szef wywiadu.

— Wszyscy w Erucie są uczeni takiego sposobu, to znak rozpoznawczy Akademii. Powiedzmy, że wygodniej dobrać broń w ten sposób. Jak już nauczysz się robić to tak, żeby nie odciąć sobie ucha.

Wszyscy wyszli na plac znajdujący się przed domostwem Oresta, gdzie zalegały błotne kałuże. Wyglądało na to, że deszcz ustąpił w międzyczasie przedzierającemu się skromnie przez chmury słońcu. Miejsce w którym mieszkał i wychowywał się detektyw odbiegało nieco od wyobrażeń domu człowieka, który większość swojego życia spędza w podróży lub w zagrodzie z kolejnym oswajanym roślinożercą. Położony na przedmieściach Eruty budynek był solidnym i eleganckim przedstawicielem północnej architektury. Skonstruowana z grubych, drewnianych bali chata posiadała zdobione w runiczne wzory okiennice oraz ramy drzwi z wyrytym wieńcem, który wzorem przywodził skojarzenia z łańcuchem bądź kolczugą. Pod oknami spoczywały sosnowe donice obkute na brzegach stalowymi kątownikami, w całości zajęte przez paprocie oraz przedzierające się gdzieniegdzie drobne kwiaty, głównie fioletowe krokusy i białe przebiśniegi, będące w stanie wytrzymać ostry, górski klimat. Podwórze od frontu było obsadzone iglastymi drzewami, formującymi wraz z ogrodzeniem plac w kształcie podłużnej elipsy. Na środku placu znajdował się wielki głaz, na którym mościła się sowa wykonana z brązu. Wszystkie te ozdobne akcenty były pozostałością po ojcu Oresta, lubującemu się w, z pozoru niewielkich, lecz cieszących oko elementach otoczenia. Rycerze dosiadali kolejno swoje kaczodziobe wierzchowce, których jak się okazało nie było wystarczająco dużo co Jamrutejczyków. Dokładniej brakowało jednego zwierzęcia dla samego Finczera.

— A gdzie Twój parazaur? — spytał Vizetian.

— Widzisz, z całym szacunkiem dla miłośników jazdy dinozaurzej, ja jestem zwolennikiem archaicznych środków transportu. — odrzekł szef wywiadu. Dopiero po chwili Orest dostrzegł, że za jednym z modrzewi kryje się odziany w pomarańczowe barwy koń uwiązany do płota. Nie był to jednak byle jaki wierzchowiec, a bułany ogier o ciemnych bursztynowych oczach, wyjątkowo dobrze zbudowany. Ewidentnie rasowy.

— Pretopijczyk? — zapytał Erutejczyk wpatrując się w oczy zwierzęcia.

— A jakże, czystej krwi, prosto z Geheby! — przytaknął agent — Wabi się Zenmyr. — dodał gładząc rumaka po pysku. Stał jeszcze chwilę głaszcząc w ciszy swojego czteronożnego kompana, po czym zapytał detektywa:

— A Ty zamierzasz iść do Kwiztorii pieszo?

— Brzmi kusząco, jednak wybiorę swoją Kokosankę.

— Kokosankę? — powtórzył Egaar — Dość oryginalne imię dla parazaura. — dodał.

— Nikt nie mówił, że jeżdżę na parazaurze. Widzisz, tak się składa że również skłaniam się ku mało popularnym rozwiązaniom.

— Doprawdy? Chętnie zobaczę czego dosiada wielki mistrz z Eruty! — krzyknął z entuzjazmem Finczer.

— W takim razie chodź ze mną. — rzekł niechętnie Orest, nawołując Jamrutejczyka ręką. Mężczyźni zaszli dom od prawej strony i dotarli pod dosyć spory budynek gospodarczy z wielkimi drzwiami, na których niczym oczy błyszczały okucia zasuwanych otworów okiennych, umożliwiających zwierzętom wychylenie łbów celem karmienia. Detektyw odblokował zasuwę przymocowaną do jednego ze skrzydeł zasłaniającego ów otwory, po czym zdecydowanym ruchem otworzył okno. Momentalnie wynurzył się przez nie kremowy ryjek zwierzęcia, które przypominało parazaura, jednak jego głowa pozbawiona była charakterystycznego grzebienia. Również jego szyja była trochę dłuższa od stworzeń używanych przez ludzi szefa wywiadu. Stworzenie spokojnie obserwowało swojego właściciela i jego nowego towarzysza przeżuwając kępę siana.

— A cóż to? — zdziwił się Finczer.

— Poznaj moją Iguanodonkę. — rzekł Vizetian klepiąc dinozaura po pysku.

— Iguanodon? Przecież to są wielkie bydlęcia, a Twój okaz jest niewiele wyższy od konia! — krzyknął ze zdumieniem Jamrutejczyk.

— To efekt wieloletniej pracy mojej rodziny, jeszcze za czasów dziadka. Od dwóch dekad kontynuowanej przeze mnie. Po dobieraniu odpowiednich par i niezliczonych krzyżówkach udało nam się w pełni ukształtować mniejszą odmianę, dzięki czemu można bez problemu dosiąść zwierzynę i używać jej jako wierzchowca do wszechstronnego użytku. Są one o wiele mniej płochliwe od parazaurów, poza tym zawsze wydawały mi się też inteligentniejsze.

— Biało-kremowa barwa skóry to też efekt tych działań? Pamiętam, że widywane przeze mnie okazy miały raczej zielonkawą łuskę. — dopytał Egaar.

— Nie, akurat ta samica urodziła się albinosem, stąd też postanowiłem nazwać ją Kokosanką.

— Jak te feliharyjskie, mdląco słodkie ciasteczka? Jak tak się zastanowić to faktycznie imię pasuje. — przyznał królewski agent, patrząc na obojętny w wyrazie pysk z którego zwisała garść kłosów.

— Uwierz mi, ta tutaj zadziorna dziewucha jest bardzo wyrazista. Jednak to nie jedyny zwierzak bez którego nigdzie się nie ruszam. — dodał po chwili Orest.

— Co jeszcze tam ukrywasz? Może mi powiesz, że w wolnych chwilach powozisz wóz zaprzężony w dwa niedźwiedzie? — Finczer zaśmiał się, spoglądając na śledczego.

— Wątpisz, że nie byłbym w stanie gdyby niedźwiedzie były bardziej skłonne do współpracy? — Erutejczyk spojrzał z pewnym wzrokiem na towarzysza, po czym zaprowadził go do kolejnego budynku na terenie swojej posiadłości.

Tym razem była to konstrukcja znacznie mniejsza, przybierająca formę klatki. Wsparty na kilku słupach jednospadowy dach skrywał pod sobą skomplikowaną kompozycję z konarów drzew, gałęzi i umieszczonych na samej ziemi kamieni. Front i boczne ściany zostały wykonane z prętów ułożonych w szachownicę, tył zaś był zabudowany deskami, na których od wewnętrznej strony piął się ku górze bluszcz.

— Widzę, że stworzyłeś sobie tutaj mini imitację lasu, idealną dla jakiegoś tajemniczego stwora. No co tam trzymasz? Teściową? — dalej żartując zapytał Egaar.

— Bardzo śmieszne. Gdybym zamierzał tutaj trzymać starą Rhenett to uwierz, klatka nie byłaby tak przytulnie wyposażona. — skomentował Orest.

— Co, aż taka zła?

— Powiedzmy, że swego czasu przekonała moją kobietę, by mnie porzuciła i odeszła wraz z naszym synem. Ale naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. — stanowczo odparł detektyw.

— Wybacz, nie chciałem zaczynać jakiegoś ciężkiego tematu. — zapewnił nerwowo agent.

— Wyglądasz na zaskoczonego. — Erutejczyk zmrużył oczy, głośno mlasknął — Czyżby w Waszych aktach nie wspominali o jątrzących sekutnicach podburzających swoje córki?

Nie denerwuj się, przecież nic się nie stało. Zresztą, co było to minęło, dlatego zdejmij ten rumieniec z polików, bo jeszcze Twoi ludzie pomyślą, że czerwienisz się na mój widok — stwierdził uszczypliwie, po czym przyłożył do ust palce wydając cichy gwizd. Usłyszawszy sygnał w otworze jednego z pni pojawiła się opierzona głowa, która powłóczyła za sobą resztę ciała wychodząc na pobliską gałąź. Przymykając jeszcze zaspane ślepia, zwierzę wyprostowało się najeżając nieznacznie swoje pióra. Była to wyjątkowo zjawiskowa sowa. Grzbiet i skrzydła miała inkaustowo czarne z granatowym połyskiem, zaś od brzucha aż do głowy biegł biały puchowy krawat, przechodzący u szczytu w przypominającą maskę okrągłą szlarę, otaczającą swoją plamą jasnoniebieskie oczy. Nad ślepiami z kolei sterczały dwie kępki piór, kształtem przypominające kocie uszy. Sówka przyglądała się z zaintrygowaniem nieznanemu przybyszowi, skrobiąc dosiadaną gałąź szponem wystającym z puszystej skarpetki.

— Cóż za piękny okaz, pierwszy raz widzę takiego ptaka.

— Nie dziwota, w Jamrucie nie macie takich piękności. To puszczyk wizetyrski, dość rzadko spotykany. Niezwykle skryty gatunek.

— No tak, mogłem się spodziewać, że człowiek herbu Sowy będzie w posiadaniu któregoś z tych stworzeń. Teraz rozumiem też czemu Twoja lewa rękawica jest grubsza. Wspaniały chowaniec. Nie wiedziałem jednak, że jesteś zaklinaczem.

— Bo nie jestem. W pracy ze zwierzętami nie posługuję się telepatią, a najprostszą tresurą w oparciu o praktyki behawioralne. Nie minąłeś się jednak w pełni z prawdą. W utrzymaniu więzi z tym ptaszyskiem wspomagam się specjalnie przygotowanym przez zaklinacza talizmanem. Dokładniej, przez zaklinaczkę. Właśnie patrzysz na moją drugą parę oczu. Nauczyłem ją rozpoznawać zagrożenie w terenie, o czym daje mi znać pohukując w dany sposób.

— No no, idzie poznać profejosnała. — przyznał Finczer. — A jak się wabi Twoja upierzona koleżanka?

— Tekla. — odpowiedział Orest.

— Widzę, że zwlekli już Twoje dupsko z łóżka! — ktoś nagle krzyknął za plecami detektywa. Vizetian spojrzał za siebie i ujrzał swojego oddanego kompana, Bernarda Kevlera. Każdy kto uznał Erutejczyka za człowieka specyficznego ze względu na jego sposób bycia, gotów był stroić go w aureolę i śnieżnobiałe skrzydła, gdy poznał jego przyjaciela. Kevler był zasłużonym rycerzem wyszkolonym przez Erutejską Akademię, choć nic nie zapowiadało, że ten człowiek osiągnie w swoim życiu tak wiele w tej roli. Urodził się bowiem jako osoba niskorosła. Nie posiadał więcej niż półtora metra wysokości, wliczając w to nakrycie głowy i ciężkie obudowie na podwyższeniu, jednak wielkością serca przerastał najbardziej mężnych wojaków. Do swego towarzysza przybył w pełnym rynsztunku. Odziany był w dostosowaną specjalnie do swoich gabarytów zbroję najeżoną ćwiekami, iskrzących się w promieniach słońca. Na przedramionach miał stalowe płyty opasane skórzanymi rzemykami, zaś na głowie nosił charakterystyczny dla siebie ciemnoniebieski beret z doczepionym herbem Wizetyru, na którym z granatowego pola otoczonego czerwoną ramą dumnie spoglądał uchwycony w locie orzeł. Spod tego wyróżniającego się nakrycia głowy wystawał duży, szeroki nos, pod którym rozpościerała się ciemnobrązowa broda, którą Bernard zasłaniał lekko zdeformowaną przez niskorosłość twarz. Na jego plecach z kolei, zamiast miecza znajdował się pokaźnych rozmiarów topór, znacznie chętniej używany przez rycerza.

— Widzę, że nawet się już ubrałeś, to kiedy wyruszamy? — dodał niski wojownik.

— Również zostałeś wezwany przez króla do pomocy? — zapytał zdziwiony Erutejczyk.

— A jakże! Wczoraj ludzie tego tutaj jegomościa przyszli do mnie z pięknym listem od samego władcy. Chcieli od razu iść i do Ciebie, ale powiedziałem im żeby poczekali do rana, no chyba że chcą zmierzyć się z Twoim wkurwieniem. Nie musisz dziękować. — rzekł z uśmiechem mężczyzna.

— Myślałem, że wezwanie dotyczyło mnie osobiście. — przyznał śledczy.

— A co Orest, nie cieszysz się? Każdy detektyw potrzebuje utalentowanego, charyzmatycznego pomocnika, który później będzie skradał kobiece serca w balladach spisywanych dla upamiętnienia ich wspólnych dokonań! — zaśmiał się Kevler.

— Sądząc po specyfice naszego zlecenia, nie znajdzie się ono w balladzie tylko w opasłym tomiszczu akt wywiadu, których raczej szybko nie opuści. — wzruszył ramionami Vizetian.

— Ach, faktycznie zapomniałem wspomnieć. Wezwanie jest imienne, ale widnieją na nim dwa nazwiska. Sir Bernard Kevler również został poproszony o pomoc w związku z Waszą wieloletnią współpracą, co jak osądził Jaśnie Panujący, będzie dodatkowym atutem zwiększającym skuteczność działań. — wytłumaczył Finczer, wtrącając się w rozmowę mężczyzn.

— Mówiłem już wczoraj twoim ludziom żeby nie nazywać mnie w ten sposób! Ser to może być żółty i dziurawy! — oburzył się przyjaciel Oresta.

— Myślałem że to zaszczyt być tytułowanym w ten sposób. — odpowiedział Egaar, najwyraźniej zmieszany reakcją rycerza.

— Gdyby tytuł został mi przyznany jak należy, czyli w Wizetyrze przez króla Rudaweryka to jeszcze rozumiem. Ale mi go nadała Rada Trójnii i to w dodatku poza granicami własnego państwa. Takiego orderu to nawet na klapę się nie da zawiesić, psia jego mać! Już wolałbym dyplom z filozofii traktującej o powstaniu świata, tym przynajmniej mógłbym podetrzeć sobie dupsko! — wykrzykiwał dalej Bernard.

— Jak mam w takim razie zwracać się do Szanownego Pana?

— Wołają na mnie Barnaba, bliskim przyjaciołom przysługuje przywilej dodawania przedrostka „Mały”, chociaż zdarza się że i nieroztropni idioci czasem go używają.

— Cały Barnaba, braki we wzroście nadrabia ciętym językiem i równie ostrym charakterem, zdążysz przywyknąć Egaarze. — pokiwał głową Orest.

— Zapomniałeś dodać, że zyskuję przy bliższym poznaniu. Ale dobra, my tu sobie gaworzymy a robota sama się nie wykona! Osiodłaj Kokosankę, powiadom Floubera że wyjeżdżasz i ruszamy w drogę! — zarządził Barnaba.

— Floubera? — powtórzył Finczer.

— Yalen Flouber! Najlepszy majordomus w całej Erucie. Myślisz że kto z pietyzmem i oddaniem dogląda majątku i zwierząt tego tu przystojniaka, gdy mu się zachce wojaczki i dalekich podróży? — odpowiedział pośpiesznie Bernard, nie dając Vizetianowi dojść do słowa.

Jak zarządził tak też się wkrótce potem stało. Po zostawieniu rezydencji pod opieką starego majordomusa, drużyna składająca się z Jamrutejczyków i dwóch wezwanych pomocników opuściła rycerskie, górskie miasteczko. Czekała ich wyjątkowo długa podróż przez nieprzystępne puszcze, które rozciągały się od wizetyrskiej stolicy Oretii niemalże po samą dolinę rzeki Karangi. To właśnie w jej delcie znajdował się cel wyprawy — królewskie miasto Kwiztoria, zwane również największą twierdzą północy.


Po kilku godzinach jazdy przez tereny Rykowiska z koron iglastych drzew począł dobiegać do mężczyzn wyraźny pogłos, coś jakby szepty i nawoływania. Gdy przejechali kolejnych kilka metrów szept przerodził się w donośny gwizd, a przed koniem prowadzącego kawalkadę Egaara w ziemię cisnęła strzała.

— Bez opłacenia cła nie przejedziecie dalej! — rozległo się oświadczenie znad ich głów.

— Doprawdy? Ciekaw jestem za co niby to cło? Nie wiem czy jesteście ślepi, ale nie przewozimy żadnego towaru. — odparł zdenerwowany Finczer, rozglądając się po platformach, które rozciągały się pomiędzy drzewami, na tyle dobrze skryte za gałęziami, że ciężko było je dostrzec na pierwszy rzut oka.

— Opłata dla podróżnych za przekroczenie Rykowiska! — stwierdził bandzior napotykając opór ze strony oddziału — Nasze prawo stanowi, że kto płaci ten jedzie dalej. Nie ma w nim jednak wzmianki, że tylko kupcy są zobowiązani. Nie wyglądacie mi na biednych, więc opłata też ma być należyta, a nie byle chudy trzosik! — kontynuował.

— Jesteś bardzo wygadany, zapewne przewodzisz tej zbieraninie — zauważył agent — Jak ciebie zwą?

— Renaard Szablastoręki, zapamiętaj dobrze to imię. Bo tak się składa, że przewodzę nie tylko chłopom, których tu widzicie — odpowiedział z grożącym tonem.

— Z tego co mi wiadomo celnicy nie chowają się po drzewach niczym wiewiórki. — z ironicznym tonem rzekł Orest, zadzierając do góry głowę.

Renaard spojrzał mu prosto w oczy. Byli od siebie daleko, więc wytężył wzrok. Dostrzegł fioletowy błysk. Na ich widok zesztywniał niczym strach na wróble, przeszedł na centralną część konstrukcji, która znajdowała się pomiędzy dwoma drzewami, idealnie nad kawalkadą.

— No ja nie wierzę, widzicie jego ślepia? — krzyknął nagle — Długo szukałem z braćmi tego purpurookiego dupka. To ten skurwiel kilka lat temu zabił mojego ojca!

— Doprawdy? Przypomnij mi, bo widzisz. Tak się składa, że nie przywiązuję uwagi do twarzy karmicieli, czy innych dupków, do których bandy przynależycie. — detektyw rzucił w jego stronę.

— Hryderyk Szablastoręki, tak na niego wołali nim odebrałeś mu życie. — bandzior niemalże wypluł jego imię przez szczeliny po brakujących zębach.

— Ach, pamiętam chyba jego grupę. A ty to chyba po tatusiu jesteś taki wyszczekany. Tylko gorzej dobierasz sobie przydupasów. Bo widzę, że w odróżnieniu od ojca nie posiadasz w swoich szeregach zaklinacza. Zatem pójdzie nam łatwiej się z wami rozprawić. — zauważył Erutejczyk.

— Skąd taka pewność purpurooki, że nie posiadamy?

— Nie rozśmieszaj mnie. Dobrze wyszkoleni zaklinacze pomagają królom na ich dworach. Z takimi parszywymi miernotami jak wy pracują wyłącznie odrzutki i nieuki. Tacy co ledwie odróżniają działanie na instynktach od telepatii intencjonalnej. Żeby wpłynąć na zwierzynę z tych platform, potrzebowaliby neurokalitu wielkości gruszki do wzmocnienia swojej emisji. A z tego co widzę żaden z was nie ma kostura zwieńczonego tym minerałem, więc prosty wniosek sam się nasuwa.

— Słyszałem że bawisz się w wielkiego śledczego i robisz czasem mieczem, ale skąd niby miałbyś się znać i na magicznych sztuczkach? — spytał zdenerwowany karmiciel.

— Bo w odróżnieniu od was durnie współpracuję z prawdziwymi zaklinaczami, a nie ich kiepskimi naśladowcami.

— Orest, co będziesz z nimi dyskutować. Pierdolnij petardą w te ich kładki, a pozlatują na ziemię jak szyszki! — wtrącił się Barnaba — W mordę lać psubratów!

— No i pięknie. — krzyknął dowódca bandy — Tak wam się widzi sytuacja? Nie musicie mnie kurwa namawiać! Zdechniecie na tym szlaku! Do tej pory zręcznie nas omijałeś purpurooki, ale tym razem okazja sama się nadarzyła, no grzech nie skorzystać. — dodał po chwili.

Otworzono klatki z których jak poparzone wyleciały wygłodniałe tygrysy szablastozębne. Nie dobiegły jednak do swoich ofiar, ponieważ Erutejczyk poza uwagą bandy zdążył w trakcie rozmowy naładować swoją kuszę pociskiem, który wystrzelił w kierunku dużych kotów. Bełt uderzył o ziemię przed zwierzyną, rozbijając się z ogromnym hukiem. Fala po wybuchu odrzuciła nieznacznie kociska. Wystarczyło to jednak do spłoszenia tygrysów, które umknęły z wrzaskiem w głąb puszczy, nie dając swoim właścicielom najmniejszych szans na trafienie strzałkami usypiającymi.

— To co? Złazicie na dół, czy mam was stąd powystrzelać jednego po drugim jak kaczki? — spytał z donośnym, gniewnym tonem Orest, kierując koniec kuszy w kierunku nadrzewnych kładek.

— Ty pierdolony rycerzyku! Śmiesz nam grozić? — zagrzmiał w jego kierunku Renaard.

Herszt bandy machnął ręką na swoich ludzi, którzy po chwili zjechali po linach na poziom leśnego gruntu. Ruszyli szybko w kierunku oddziału Finczera i dwóch Wizetyrczyków. Zaczęła się poważna walka w której starły się dwie przeciwstawne siły, ilość i jakość. Karmicieli było znacznie więcej niż członków drużyny eskortującej detektywa, jednak grupa rzezimieszków miała zdecydowanie gorszy rynsztunek. I to właśnie poziom wyposażenia okazał się decydującym czynnikiem stwarzającym przewagę. Miecze królewskiej gwardii z łatwością przedzierały się przez chude, skórzane kurtki i materiałowe koszule, bez większego trudu strącały im z głów szłomy, w kilku przypadkach na nich nie poprzestając, bowiem dwóch karmicieli wraz z nakryciem straciło i samą głowę, gdy klinga przeszła akurat przez szyję. Ostatni w boju pozostał Renaard Szablastoręki z dwoma przybocznymi pachołkami. Jednak i tej trójcy nie było dane pożyć zbyt długo. Przywódca bandytów rzucił się prosto na Oresta, celem pomszczenia zabitego ojca. Jednak nie był zbyt dobrze wyszkolonym szermierzem, przynajmniej z Erutejczykiem nie miał szans. Wymachiwał swoimi dwoma nożami bardzo nerwowo, wyprowadzał chaotyczne ciosy. Po kilku zamachach popełnił błąd, bardzo poważny błąd. Uniósł przy ataku jedną z rąk zbyt wysoko, umożliwiając tym samym detektywowi cięcie w okolicach pachwiny. Orest szybko rozeznał się w sytuacji i wykorzystał tę przewagę. Wykonał ruch. Cięcie było na tyle głębokie, że prawie oderżnęło napastnikowi całą rękę tuż przy barku. Łotr padł z krzykiem w leśne runo, trzymając się w zranionym miejscu, chociaż wyglądało to bardziej na paniczną próbę powrócenia ramienia na swoje miejsce, które ledwo trzymało się ciała, zwisając jedynie na małym kawałku mięsa. Orest podszedł do niego wolnym krokiem i patrząc na rannego dręczyciela rzekł:

— Moje prawo stanowi, że gdy napotkam rannego na szlaku, staram się mu pomóc.

Ale nie ma w nim wzmianki o skurwielach, więc ty tutaj poleżysz. — stwierdził, nawiązując do wcześniejszych pogróżek herszta.

— Pies cie jebał, purpurowy. — przez ból wysyczał Szablastoręki — Słyszałem trochę o tobie. Tobie też zamordowali ojca, z tym że zrobił to twój braciszek. Dobrze zrobił, komuś kto spłodził takiego skurwiela należała się śmierć. — dodał po chwili.

Vizetian tym razem nie podszedł do sprawy spokojnie. Spojrzał z obrzydzeniem na łotra, po czym wbił swój miecz prosto w jego krtań. Renaard po tym ciosie wydał z siebie jedynie bulgoczący dźwięk, po czym skonał.

— To chyba tyle z miejscowych atrakcji… — cicho podsumował Barnaba, dysząc ze zmęczenia.

— W rzeczy samej. Ruszajmy już lepiej, musimy dotrzeć do pogranicza przed nocą. — zarządził detektyw, wycierając resztki posoki z grawerowanej na ostrzu dedykacji.

— Czy Wy bez reszty oszaleliście?! — z oburzeniem rzucił w kierunku Wizetyrczyków jamrutejski dowódca — Musieliście ich tak prowokować?

— Rozejrzyj się wkoło, Finczer — westchnął ze znużeniem Erutejczyk — Jesteśmy na kompletnym zadupiu, porządnego człowieka nie spotkasz w promieniu kilku kilometrów. Co mieliśmy Twoim zdaniem zrobić, co? Czekać aż nas zostawią w samych majtkach i zabiją?

— Pomyślałeś, co by było gdyby zaczęli ostrzał z tych kładek?

— Daj spokój… — Vizetian machnął ręką — Gdybyśmy mieli wozy z ładunkiem to istnieje szansa, że użyliby strzał. Ale znam okolicznych bandziorów i byłem przekonany, że na bandę zagubionych jeźdźców będzie im szkoda amunicji. Już ta ostrzegawcza strzała ubodła pewnie ich skąpy asortyment.

— Ty lepiej podziękuj mojemu przyjacielowi za szybką i trzeźwą reakcję. — burknął na agenta Kevler — Ci tutaj należeli zapewne do Szpadrynów. A daj wiarę moim słowom, to jedni z najgorszych sukinsynów na jakich możesz natrafić w Rykowisku. Lęgną się po lasach niczym kleszcze i tylko patrzą jak by tu kogoś dziabnąć niespodziewanie w dupę.

— Po prostu już jedźmy… — Egaar odparł z rezygnacją.

— A co zrobimy z tymi tutaj? — spytał Maxim, zastępca szefa wywiadu, rozglądając się po usianym trupem dukcie.

— Na granicy królestw znajduje się wizetyrska strażnica, którą zapewne mijaliście w drodze do Eruty. Poinformujemy straż o ciałach, by mogli uprzątnąć drogę. — zaproponował Erutejczyk — W innych okolicznościach byśmy ich porzucili. Zgodzicie się, że dla drabów karmiących zwierzynę swoimi ofiarami najbardziej sprawiedliwym losem byłoby oddanie ich truchła naturze na pożarcie. Nie chcemy jednak wabić dinozaurów-trupojadów na szlak. Poza tym, ta banda jest dosyć znana w naszych stronach. Przy dobrych wiatrach dostaniemy nawet trochę złota do podziału.


Dotarcie do granicy obydwu królestw zajęło oddziałowi około trzech dni. Znaleźli się w bliskiej odległości do Jeziora Cyratejskiego, zawdzięczającego swą nazwę od Cyrateis, niewielkiego państewka utworzonego przez kościół proroka Cyrana na jego drugim brzegu. Podążając dalej leśnym duktem minęli po drodze stary drewniany drogowskaz, wytarty i odrapany przez ząb czasu. Na butwiejącej tabliczce wielkimi literami został wyryty napis „Gvenary”.

— A jak się ma górnictwo w Jamrucie? — zagaił Orest, spoglądając na przydrożny znak.

— Leży odłogiem. — zwięźle odparł Egaar — Od miesięcy sztolnie stoją opustoszałe, w żołpach i wszelakich pozostałych wyrobiskach również cisza. Cóż poradzić, takie czasy nastały, że ten kto ma siłę trzymać kilof chwyta dzisiaj za topór bądź miecz. Zresztą. Gvenary do których prowadzi tamta ścieżka są opuszczone znacznie dłużej niż trwa wojna.

— Kopalnia splajtowała?

— Nie. Ponoć urobek się wyczerpał i zaprzestano dalszego wydobycia. W Gvenarach wydobywano głównie węgiel i miedź, której złoża były znacznie skromniejsze. Ale to dawne dzieje.

— No dobra. — przerwał im Kevler — Powiedz nam lepiej jakie mamy dalsze plany? Zmierzcha powoli, a mi średnio się widzi znowu spać pod gołym niebem. Za przeproszeniem, w tych okolicach piździ niemiłosiernie chłodem od jeziora. No i umyłby się człowiek po tej leśnej eskapadzie.

— Spokojnie Bernardzie. Nad jego brzegiem znajduje się oberża. Ściemnia się, to prawda, więc zatrzymamy się tam na noc. — wytłumaczył agent.


Kompania niedługo po jego słowach wjechała na gościniec wspomnianego przybytku, założonego z myślą o przejezdnych kupcach, gońcach i wszelkiego rodzaju podróżnych doręczycielach przesyłek, tajemnic i wieści. Rzeczywistość zweryfikowała rzecz jasna pierwotny zamiar i oberża często stawała się azylem dla przestępców wszelkiej specjalizacji, głównie trudniących się przemytem na pograniczu. Miejsce to prezentowało standard typowy dla tych stron, wyjątkowo niski i obskurny. Zalana pomyjami droga prowadziła do odrapanej z tynku karczmy skrytej pod strzechą, nad której drzwiami widniał drewniany szyld z wydrążonym otworem w kształcie dwóch owoców wiśni. Otwór posiadał dodatkowy, wątpliwie dekoracyjny wzór z ptasich odchodów na dolnym rancie.

— Witajcie w „Pijanej Wiśni Jeziornej”, prawdziwej perle północnej gościnności! — dodał szef wywiadu, ukazując z sarkastycznym tonem przybytek.

Mężczyźni zeskoczyli ze swoich wierzchowców i uwiązali zwierzęta do słupów w miejscu wyznaczonym na okólnik. Orest pogładził czule Kokosankę po pysku, po czym ruszył z towarzyszami w kierunku drzwi tawerny. Będąc przed drzwiami podrzucił Teklę machnięciem ręki. Sowa pofrunęła nad głowami drużyny, po czym usiadła na szyldzie karczmy. Na wyższej krawędzi, rozsądnie omijając ptasią dekorację poniżej.

— Nie boisz się, że odleci? — zapytał Finczer.

— Spokojnie, jest wyszkolona by czekać w pobliżu. Zresztą, dzięki mojej partnerce jest ze mną związana przy pomocy szpili. — wyjaśnił Erutejczyk.

— Szpili? — zdziwił się agent wywiadu.

— Jak już mówiłem. Ivone sprawiła, że moja sowia broszka o którą wcześniej pytałeś jest swego rodzaju talizmanem. Z jej pomocą Tekla zawsze trzyma się w pobliżu, a tym samym jest blisko mnie. Tego typu przedmioty zaklinacze nazywają potocznie szpilami.

— Oj mówię Ci Egaar, Ivone to prawdziwa specjalistka. — wtrącił ze śmiechem Barnaba — Oresta też przyszpiliła, a nam tylko pozostaje domyślać się, co odgrywa rolę talizmanu.

— Każda zaklinaczka ma swój urok, ale Bernard jest na nie odporny. Tak się składa, że on funkcjonuje bardziej jak dżinny z feliharyjskich legend. W jego wypadku talizman do którego ciągnie go najmocniej występuje pod postacią butelki. Nie zdążysz jej do końca odkorkować a już zjawia się niespodziewanie obok. — odwdzięczył się Vizetian.

— Widzę, że macie mi dużo do opowiedzenia… Ale o amuletach i legendach lepiej rozmawia się przy piwie, chodźmy zatem do środka. — uśmiechnął się Finczer, po czym zaprowadził swoich ludzi do wnętrza. Wnętrze robiło podobne wrażenie co zewnętrze. Czyli żadne. Niechlujnie pokryte białą farbą ściany dawno już nie były białe. Wywieszone na nich roślinne wieńce nie wyglądały już na roślinne, przypominając bardziej cierniowe okręgi. W środku Wiśni było tłoczno i gwarno, najwidoczniej sezon na przesyłki i przemyt trwał w najlepsze.

— Witamy rycerzy w naszych skromnych progach! — starsza kobieta stojąca za ladą krzyknęła w ich stronę z szerokim uśmiechem, ukazując gościom swoje wybrakowane uzębienie. — Proszę za mną, zaprowadzę kawalerów do wolnej ławy. — dodała, wywodząc z trudem swoją otyłą postać przez wąskie przejście. Ekipa zasiadła przy wskazanym stole, gdzie od razu polano im po kuflu piwa. Po upewnieniu się, że wszyscy z kompanii dostali napitek, szef wywiadu poszedł z karczmarką w stronę szynkwasu, celem rozliczenia rachunku.

— Oreście… — zaczął Maxim, prawa ręka Egaara. — Szef podchodzi do wynajęcia Ciebie przez króla nieco sceptycznie. Chcę żebyś wiedział, że ja z kolei bardzo podziwiam to co robisz i jestem pełen uznania dla tego z jakim oddaniem zajmujesz się swoim.

— To znaczy? — spytał ze zdziwieniem Erutejczyk.

— Godne uznania jest to jak tresujesz zwierzęta. — wyjaśnił Maxim — Wiele słyszałem o tym jak codziennie przebywasz z tymi istotami. Znosisz ich humory, upartość i niepusłuszeństwo. Nigdy nie wiesz na jaki nastrój danego osobnika natrafisz, z czym przyjdzie się Tobie zmierzyć nowego dnia. To brzmi jak wyjątkowo ciężka robota. Podnosić się każdego ranka z łóżka po to, by obcować z tak trudnymi istotami.

— To nic wyjątkowego. Wielu ludzi zmaga się z podobnymi wyzwaniami.

— Wątpię. — z przekonaniem odparł zastępca szefa wywiadu.

— A masz żonę? — spytał z kamienną twarzą Orest.

— Mam. Ale co to ma do rzeczy? — zdziwił się Maxim.

— Nic. Tak tylko zapytałem. — detektyw spojrzał na Barnabę, który słysząc całą rozmowę z wielkim trudem dusił w sobie śmiech oraz resztki powagi, chowając się aż po sam wąs w piance piwa.

Po chwili do stołu wrócił szef jamrutejskiego oddziału wraz z mężczyzną w fartuchu.

— Witajcie Panowie — skłonił się towarzyszący mu jegomość — Nazywam się Kolber Pran, jestem właścicielem tego skromnego przybytku. Jak mogę Panom służyć, co podać?

— A co możesz nam zaproponować, Pran? — odparł mu Finczer, zajmując swoje miejsce przy kompanii.

— Polecam sztukę mięsa z jelenia z kartoflami. Dzisiaj rano ustrzeliliśmy pokaźnego byka, pełnokrwisty okaz. Mamy również w jadłospisie sadzone jajo ptaka dodo z deską wędlin, za dodatkową dopłatą można domówić miejscowe sery. Jeśli zaś Panowie wolą coś z ryb to mogę przynieść okonie i leszcze z pobliskiego jeziora. Świeży połów pachnący jeszcze wodą, coś cudownego. Ryby przyrządzamy oczywiście na ruszcie, z ziołami zbieranymi w regionie. A jeśli chcecie coś specjalnego to zaproponować możemy mikrusy, podawane z warzywami ogrodowymi i pajdą pytlowanego chleba.

— Mikrusy? — zainteresował się Orest — A cóż skrywa się pod tą nazwą?

— Inaczej mikroraptory. — wyjaśnił karczmarz — Kłębi się to szkaradztwo po lasach, nic tylko siedzi w sosnowych koronach i wyczekuje ofiary. A że podjadają nam zające, duszą przepiórki i inne miłe człowiekowi jadło, to my nie pozostajemy dłużni i polujemy na to draństwo. Mięso ma trochę żylaste, przyznaję. Ale w smaku podobne do kaczki, bo bestyjka ruchawa to i dobrze mięśnie ma wyrobione. Nigdzie indziej nie skosztujecie tych kreatur, dlatego zachęcam do spróbowania!

— Dziękujemy za propozycję, ale zostaniemy jednak przy jeleniu — Egaar powiódł wzrokiem po towarzyszach, nie odnajdując w ich oczach sprzeciwu — Sam Pan widzi, jakie rosłe chłopy ze mną przyszły. Im trzeba porządnego posiłku, a nie żylastych mikrusów. I po drugim kuflu piwa dla każdego. — Maxim spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— No co tak patrzysz? — podjął w jego kierunku szef — Nie dziwuj się, tylko pij. Dzisiaj jeszcze możemy sobie pozwolić na nieco rozluźnienia. Ale od jutra Panowie zaczynamy pracę. Nie muszę tłumaczyć nikomu jak ważną. Tymczasem, na zdrowie.

Wszyscy z chęcią odebrali swoje szkło, po czym zajęli się napitkiem w akompaniamencie wesołych rozmów i zaciekłych dyskusji o aktualniej sytuacji wojennej. Jedynie szef wywiadu siedział cicho w zamyśleniu, uważnie obiegając wzrokiem oblicza najętych przez króla Wizetyrczyków. Po chwili milczenia spojrzał raz jeszcze w stronę detektywa oraz Bernarda, po czym powiedział:

— No dobrze, skoro mamy okazję na towarzyskie zbytki, pozwólcie Panowie, że zapoznam Was ze swoim oddziałem. Zdążyliśmy już spuścić wpierdol bandzie złodziei, obozowaliśmy wspólnie przez bite cztery dni, a wciąż nie znacie dobrze imion moich ludzi, co się nie godzi! — zaczął, otrzymawszy gromki chórek śmiechu od swoich podwładnych.

— Ten tutaj najmłodszy spośród nas to Kajtko. Jego miałeś już okazję poznać bliżej, Oreście. No… przynajmniej Twoja niezawodna pałka miała taką okazję.

— Nieźle poskładałeś nam młodego. Dobrze, że nie celowałeś niżej w krocze, bo pogrążyłbyś w rozpaczy połowę kwiztorskich dziewcząt. — parsknął jeden z ludzi Finczera, rechocząc doniośle.

— Ten tutaj wyrywny wesołek to Klamer, nasz mistrz rzucania nożami oraz nietrafnymi uwagami. — skonstatował królewski dowódca.

— Zobacz Barnabo, z tym chyba dogadasz się najlepiej. — odparł Erutejczyk spoglądając na przyjaciela.

— No raczej. Mam nadzieję Egaarze, że masz wśród swoich też jakiegoś nudziarza z kijem od szczoty w rzyci? Ktoś musi wszakże dorównać towarzysko i Orestowi. — rzekł Kevler, odwdzięczając się w zgryźliwości Vizetianowi.

— Nudziarzy nie mamy, chociaż Maxim ze swoim sztywnym podejściem do życia by się nadał. — odparł mu Finczer, zdobywając się na szczerość, poganianą zapewne poprzednimi kolejkami i toastami.

— Bardzo śmieszne szefie, naprawdę. — skrzywił się Maxim.

— Oj już się tak nie gniewaj i nie rób tej swojej pochmurnej miny, bo jeszcze piorun trzaśnie i oberża pójdzie z dymem. — odpowiedział swojemu zastępcy, po czym kontynuował:

— Ci bliźniacy to z kolei Radko i Zdatko. Może i wyglądają jak jeden chłop, ale uwierzcie Panowie, jak walczą to ze zdwojoną siłą.

— Ze zdwojoną siłą bałamucą też baby! — zaśmiał się kolejny członek drużyny.

— Ciężko się z tym nie zgodzić, Urimie. — przyznał mu szef wywiadu — Ten tutaj, widzicie, Urim to nasz najlepszy łucznik, choć kusza również nie jest mu obca. W razie potrzeby będzie nas asekurował w terenie. Nie polecam go denerwować, no chyba że chcecie żeby Wam brzechwa sterczała z półdupka. Pozostali dwaj dżentelmeni to Gniewko oraz Yrian, moi zaufani strażnicy eskortujący. Niestety zostali przydzieleni wraz z Kajtko tylko do podróży do Wizetyru, po której zostaną w stolicy. Poznajcie się, bo przez następne tygodnie będziecie zmuszeni oglądać swoje gęby dość często.

Po zaznajomieniu ze sobą kompanii Kolber Pran doniósł wszystkim kolejną porcję piwa, wprawiając i tak rozweselone już towarzystwo w stan jeszcze większej radości.

— Za Jamrutę! — doniosłym okrzykiem wzniósł toast Klamer, z trudem podnosząc swoją osobę z krzesła.

— Za Jamrutę! — chórkiem zawtórowali mu towarzysze z Egaarem i Orestem na czele.

— Za Jamrutę! Kurwa! — zaakcentował wreszcie z typową dla siebie gracją Bernard Kevler.

Gdy unosili do góry kufle spostrzegli, że ich nawoływania znacznie ożywiły goszczących w lokalu przyjezdnych. Kolejne stoły podrywały się falami dołączając do wiwatu. Tęgi mężczyzna siedzący z boku sali dojadł pośpiesznie żur na żytniej mące, po czym wywrócił do góry dnem opróżnioną miskę. Z naczynia uczynił prowizoryczny bębenek, na którym zaczął wygrywać rytm czardasza. Kilka par wyszło na środek zachęconych przygrywką, by oddać się radosnemu tańcu. Panowie chwycili panie pod biodro i poszli, zamiatając butami podłogę karczmy. Pozostali przy stołach wyklaskiwali tancerzom rytm dyktowany przez wodzireja od żurku. Nie minęła minuta, gdy chętnych do tańca zrobiło się tylu, że trzeba było rozsunąć ławy na bok, odsunąć wózki, którymi wożono brudne naczynia. Cała Pijana Wiśnia stała się muzyką, pijana w kroku, w geście, w rytmie. Powtarzalnym rytmie wybijanym przez dłonie, przez rżnące parkiet stopy. Nagle żurkowy kapelmistrz zmienił repertuar, począł przygrywać biesiadnikom polkę. Przez lokal przedzierał się pisk kobiet i śmiech mężczyzn, zapach jadła mieszał się powoli z wonią przepoconych siermięg. Zabawa trwała w najlepsze. Jednak nie wszystkich ogarnął ten spontaniczny entuzjazm. W samym rogu siedział ponuro starszy mężczyzna o szpakowatej, pobladłej twarzy. Wpatrywał się w pozostałych smutnym wzrokiem, w ciszy kończąc leżący przed nim gęsi udziec. Gdy zjadł wstał, omiótł rozżalonym wzrokiem wszystkich na sali. I wyszedł bez słowa, przemknął pomiędzy nimi niczym zjawa. Po chwili nikt z biesiadników nie pamiętał już tej bladej twarzy i tych oczu pełnych żalu.

— A ten co taki ponury? — jedynie Bernard zainteresował się tajemniczą personą.

— Kto? Stary Mościbór? — odparł stojący obok Kolber Pran — On już przestał cieszyć się czymkolwiek. W zeszłym miesiącu czerwoni odebrali mu trójkę synów. Zginęli w boju, za Jamrutę. Od tamtej pory źle mu się widzi wszelka nadzieja i szczęście. Nadzieja w wygraną i przyszłość, którą sam miał i którą ostatecznie już utracił.


— Oreście, mogę prosić Ciebie na stronę? — szef wywiadu podjął w kierunku purpurookiego — Chciałem omówić jedną kwestię.

— Oczywiście. — zgodził się detektyw. Mężczyźni odeszli w ustronne miejsce, gdzie szef wywiadu mógł podjąć temat bez zbędnych par uszu:

— Oreście, nie odbierz tego za wścibstwo, ale chciałem Ciebie o coś zapytać. — zaczął.

— Pytaj więc.

— Jak się zapewne domyślasz, nim wyruszyliśmy po Ciebie przejrzałem akta. Nasze państwa zgodnie ze sobą współpracują, więc mamy sporo zapisków odnośnie ważnych wydarzeń jakie miały u Was miejsce. Dużo wyczytałem tam na temat Twojej rodziny, ale nurtuje mnie wciąż kwestia Twojego ojca, Dorahima…

— To znaczy? — zapytał unosząc brew Erutejczyk.

— Chodzi o jego śmierć. Zostało wspomniane jedynie, że zaginął i uznano go za zmarłego. Jest też dopisek o tym, że ponoć byłeś świadkiem morderstwa, którego dokonać miał Twój przyszywany brat… — kontynuował niepewnie Finczer. — Co tam się wydarzyło? Oczywiście jeżeli chcesz o tym rozmawiać.

— I tak byś mi nie uwierzył nawet jakbym Tobie powiedział. Tak jak pozostali, których zanudziłem swoimi relacjami. — odpowiedział smętnie Vizetian.

— Przekonajmy się.

— Sam do końca nie wiem co się wtedy stało. Mój brat… a raczej skurwiel, którego miałem wówczas za brata, pochwycił ojca z zaskoczenia i wystrzelił w jego kierunku. Nie był to jednak ani bełt, ani strzała. Pocisk wyglądał dziwnie, jakby promień światła ciśnięty prosto z palców, przedzierający się przez wąską szczelinę. Trafił go prosto w brzuch. Gdy rzuciłem się do walki, Terrivald obezwładnił mnie. Uderzył czymś ciężkim w głowę. Ogłuszył mnie na tyle skutecznie, że nie byłem już w stanie walczyć. Potem podszedł do ojca, zadał mu ostateczny cios. No i po wszystkim obaj zniknęli, zupełnie jakby…

— … Rozpłynęli się we mgle — dokończył za niego Finczer.

— Mniej więcej tak to można ująć.

— Nie uważasz, że dorosły mężczyzna mógł po prostu zabrać ciało, wrzucić je na wóz czy też na zad wierzchowca, po czym najzwyczajniej z nim odjechał?

— Zgoda. — przytaknął Orest — Załóżmy na potrzebę dyskusji taką sytuację. Wyobraź sobie, że teraz chwytasz od tyłu swoją prawą rękę Maxima i podrzynasz mu gardło. Maxim chwyta się w okolice krtani, próbuje złapać oddech bez skutku, po czym pada trupem na deski tej jakże przytulnej choć obskurnej karczmy. Na klepce dokonuje żywota, sztywnieje i leży tak jak kłoda. Jak myślisz, ile czasu by Tobie zajęło zaciągnięcie jego cielska i wrzucenie na grzbiet swojego oddanego towarzysza, Zenmyra?

Szef wywiadu spojrzał na niego, zamyślił się. Wziął spokojnie łyk zabranego ze sobą piwa, po czym odparł:

— No pewnie zeszłoby mi na to kilka minut. Pięć, może osiem. Wszakże Maxim może i nie jest otyły, ale do lekkich też nie należy, zwłaszcza w zbroi. Zasługa opiekuńczej żony oraz spożywanego często lagera. — zaśmiał się.

— No właśnie, jak sam zauważyłeś takich czynności nie wykonuje się w oka mgnieniu. — detektyw chłodno uciął wesołe rozważania Finczera — Terrivaldowi wystarczyła sekunda. I nie na to by wyjść. Jak mówiłem, on po prostu zniknął, a wraz z nim ciało mego ojca. Dokładnie tak szybko jak pojawiły się według podań Joachima dinozaury z mgławicy.

— No dobra, miałeś rację. Nie jestem w stanie w to uwierzyć. — przyznał Egaar, dając za wygraną. — Joachim z Ervitry? Twórca koncepcji Mgławicy Szczęk? Nie mów, że i w te brednie wierzysz. Przecież to on głosił, że dinozaury pojawiły się na tym świecie zaraz po tym, jak wypełzły z wielkich tumanów mgły, która opadła na ziemię z nieba po potężnej burzy, w asyście trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów. — dodał ze zmieszaniem.

— Dwadzieścia lat temu też bym siebie kompletnie wyśmiał, jednak po tym co widziałem zacząłem mieć wątpliwości. To zjawisko wydało mi się wtedy niezwykle podobne do tej, jak myślałem, naiwnej legendy, dobrej do straszenia dzieci i przesądnego chłopstwa. Skończmy lepiej ten temat, mamy ważniejsze problemy. — powiedział Erutejczyk pochylając się nad opróżnionym do połowy kuflem z ponurym wyrazem twarzy.

— Orest, nie zrozum źle moich wątpliwości. Po prostu mam doświadczenie z podobnymi sprawami. Byłeś ranny, wpółprzytomny. Mogło się Tobie zdawać, że coś widziałeś, a sprawa wyglądała nieco inaczej.

— Widzisz. Moje doświadczenie z kolei za każdym razem mi mówi, bym nie opowiadał o tej sprawie. — purpurooki śledczy wyglądał tak, jakby chciał przetestować wytrzymałość kufla na głowie szefa wywiadu. Zmiarkował się jednak, złagodniał na twarzy — Ale znów go nie posłuchałem. No cóż, zaprzestańmy w tym miejscu dalszej dyskusji, bo wydarzy się coś, czym popsujemy na samym początku naszą znajomość i współpracę. Wojna toczy się niemalże za drzwiami, nie potrzebujemy tutaj kolejnej batalii.


Detektyw nie towarzyszył zbyt długo jamrutejskiej brygadzie. Dopił swoje piwo, poczęstował się podanym zaraz po jeleniu pieczystym, po czym podziękował wszystkim, ukłonił się skromnie i poszedł na górę, gdzie wynajęto dla niego izbę. Kevler został z pozostałymi, wyraźnie dostrzegając, że rozmowa Vizetiana z Finczerem musiała zejść na grząski temat, na tyle ciężki i trafiony nie w porę, by skutecznie zepsuć mu nastrój.

Tego wieczora w typowy dla siebie sposób postanowił wyjaśnić całą sytuację — w soczystych inwektywach wykładając Egaarowi jego impertynencję oraz lekceważący ton wobec swojego przyjaciela.

2. OJCOWSKA PROŚBA

Następnego dnia rano Barnaba podszedł do nary, na której spał Orest i przystawiając do ust ręce ułożone w kształt leja krzyknął:

— Czas wstawać zuchu! Słonko świeci, a król się niecierpliwi!

— A niech Ciebie licho weźmie i pogrzebie! — odburknął podirytowany Erutejczyk, próbując nieskutecznie osłonić oburącz uszy przed niskorosłym przyjacielem.

— Nie dąsaj się tak śpiąca królewno i chodź, ludzie naszego super agenta już szykują zwierzynę do wyjazdu. — dodał Kevler, tym razem uspakajając nieco głos. Mężczyźni wyszli przed budynek karczmy i przywitali się z oddziałem Finczera, który zgodnie z zapowiedziami Bernarda rzeczywiście był już niemalże gotowy do wyjazdu.

— Nie ma na co czekać Panowie. Prowiant na drogę macie przygotowany i schowany w jukach Waszych wierzchowców. — rzekł z życzliwością Egaar.

Przyjaciele skinęli w podziękowaniu szefowi wywiadu, po czym skierowali się do zwierząt. Bernard wspiął się z zaskakującą gracją na wymyślną konstrukcję siodła, dostosowaną do swojego wzrostu. Posiadany przez niego cud myśli jeździeckiej wyposażony był obustronnie w drabinki do łatwego dosiadania wierzchowca oraz strzemiona osadzone odpowiednio w zasięgu jego nóg. Nietypowy projekt był oczywiście dziełem Oresta, który usprawniał go dla przyjaciela latami. Gdy Kevler znalazł się już na grzbiecie parazaura począł poganiać detektywa, rechocząc przy tym wesoło. Niedługo potem drużyna ruszyła w kierunku celu podróży. Po dwóch dniach drogi znaleźli się pod murami stolicy jamrutejskiego państwa,

u której progów zawitali gdy zegar ratusza wybijał godzinę siedemnastą. W tej części świata ośrodki miejskie łatwo pomylić z potężną twierdzą, czy też innym wojskowym przybytkiem. Ogromne mury posiadały jedynie cztery bramy chronione bronami i wieżami doń przylegającymi, dwie z nich dodatkowo znajdowały się bezpośrednio nad rozlewiskami rzeki Karangi, w delcie której położone było całe miasto. Kwiztoria z lotu ptaka przywodziła na myśl przekrojoną na pół cebulę, rozszerzającą się warstwa po warstwie od środka o kolejne, coraz większe pierścienie. W samym centrum znajdował się królewski zamek wybudowany na wzniesieniu, wokół którego okręgami promieniującymi od wzgórza rozciągały się na wzór tarczy strzeleckiej kamienice, urzędy, banki, sklepy i inne zabudowania niezbędne tak rozwiniętej aglomeracji. Od południa ta dosyć regularna struktura ulegała załamaniu i pęknięciu w postaci dużego portu, otulonego z dwóch stron przez zakotwiczone w wodzie wieże warowne, pełniące funkcję latarni morskich. Pomiędzy tymi skrzydłami rozpościerały się żagle handlowych fregat oraz królewskiej floty wojskowej, odbijającej się w tafli wody rażącymi w oczy odcieniami oranżu. Oddział Finczera wraz z przybyszami zajechał do miasta jednak od strony północnej dzielnicy, nazywanej Północną Altaną. Każda większa mieścina charakteryzuje się tą samą cechą, mianowicie posiada część reprezentatywną oraz tereny zamieszkałe przez zwykłą ludność, znacznie biedniejsze i kontrastujące z pozornym pięknem witającym gości za główną bramą. Północna Altana należała do tych pierwszych. Było to miejsce niezwykle zadbane. Od znajdującej się od tej strony Bramy Ruttończyków wprost pod mury zamku prowadziła piękna aleja obsadzona drzewami liściastymi. Pomiędzy roślinnością dumnie wisiały sztandary prezentujące herb Jamruty. To zapewne tym szlakiem podejmowano ważnych gości w królewskie progi, tak samo postanowiono uczynić w przypadku przybyszów z Eruty…

— Byłeś już kiedyś w Kwiztorii? — Finczer krzyknął z konia w stronę Oresta.

— Tak i z całym szacunkiem, nie mam zbyt dobrych przeżyć związanych z tym miejscem.

— Doprawdy? — zdziwił się szef wywiadu -A cóż to się Tobie przydarzyło w naszych stronach?

— Kilka lat temu ukradziono mi tutaj Kokosankę. Potem złodziej próbował oddać ją na targi megafauny, organizowane na podzamczu przez dom aukcyjny Jeremiasza Goltera. O mały włos nie doszło do licytacji, bo wielu kupców rzuciło się na tak rzadki okaz iguanodona.

— W takim razie miałeś nieszczęście poznać gorszą stronę miasta. — z pokorą przyznał Egaar — Ale spokojnie, tym razem osobiście dopilnuję byś opuścił te mury z lepszymi doświadczeniami i na swoim wierzchowcu, oczywiście.

Po przejechaniu przez główną aleję oddział znalazł się wkrótce na dziedzińcu u bram zamku, który prędzej wyglądem przypominał dobrze zaopatrzone koszary. Królewski pałac otoczony był murami piętrzącymi się na różnych wysokościach względem siebie, tworząc trzy kręgi. Na każdym z nich znajdowały się balisty oraz stanowiska łucznicze, będące w pełni gotowości na ewentualny atak wroga.

— Król twierdzi, że wojna jest w kulminacyjnym punkcie. Imperialne wojska pod dowództwem Ankevauma stacjonują w okolicach stolicy, dlatego miejskie oddziały nieustannie trzymają rękę na pulsie w razie potrzeby odparcia czerwonych pluskiew. — wytłumaczył Egaar, widząc z jakim zainteresowaniem Orest przygląda się strażnikom doglądającym okolicy z wysoka.

— Ankevaum? To nie był przypadkiem minister na dworze imperatora? Myślałem, że tacy jak on siedzą w Novi Cetori z władcą, przesuwając po mapie pionki i ustalając treści nowych rozporządzeń.

— Do tego zapijając wszystko gorzałką aż pod korek! — dodał od siebie Barnaba.

— Zgadza się Orest, ten sam. Emett Ankevaum, minister wojny i obrony. Jakby tego było mało jeden z głównych generałów dowodzących armią najeżdżającą Jamrutę… i byłbym zapomniał o najważniejszym. Prywatnie zadufany w sobie, uparty kurwi syn. — odpowiedział agent wywiadu, w którego oczach na samo wspomnienie o tym człowieku pojawiły się iskry złości — Obejmowany urząd nie przeszkadza mu w bezpośrednim kontrolowaniu wojska. Kutas zawsze lubił zajmować miejsca w pierwszym rzędzie i zbierać uznanie za wszelkie sukcesy.

— No właśnie. Jak wygląda sytuacja na froncie? Niestety nie jestem na bieżąco. — Orest uniósłszy jedną brew spojrzał na Finczera.

— Oficjalnie sytuacja wygląda stabilnie. Ale jesteśmy tutaj w gronie swoich, więc darujmy sobie podszyte propagandą niezłomności komunały. Jest źle, bardzo źle. — przyznał agent —

W zeszłym roku zaczęło się niewinnie. Z końcem października wskutek nieporozumienia, że tak to ładnie ujmę, jakie zaszło między naszym królem a imperatorem, Nieme Legiony Ermantrauda wkroczyły na teren Trójrzecza, do którego Imperator rościł sobie prawa już znacznie wcześniej. Na ulicach Trivii Novii zawisły czerwone sztandary z herbem spinozaura, czyniąc Wolne Miasto ofiarą okupacji. Vegraff jak się możesz domyślać, nie zareagował optymistycznie na ambicje uczynienia trójrzeckich ziem nową marchią Kwegarianu. Wypowiedział wojnę, której wynikiem była ofensywa, tym razem już daleko zakrojona na tereny samej Jamruty. Nim spadły pierwsze śniegi, czerwoni zajęli i doszczętnie zniszczyli faktorię w Rozwidlu i przyległe jej tereny oraz przetrzebili w krwawych bitwach błonia pomiędzy rzekami, Małą Karangą i Pyrią. To była prawdziwa rzeź, w której poległo wielu naszych dowódców i wybornych taktyków, jak choćby marszałek polowy Jan Tauter, czy też hetman jazdy Vislav Redoric. Cudem ocalała w tym wszystkim Warenia, a wraz z nią jeden z ważniejszych portów.

— Zima była ponoć dość surowa jak na Wasze strony, co pewnie też nie sprzyjało sytuacji? — wtrącił Orest.

— Na szczęście imperialni mają bardziej ciepłolubne dupy od nas. — odparł Finczer — Gdy przyszły mrozy, wojska czerwonych osiadły na gruzach Rozwidla by przeczekać tam cięższy okres. To była chwila, która pozwoliła nam na jakiś czas odzyskać względne panowanie nad sytuacją. Partyzantka oraz bitwy toczone w powietrzu, głównie w okolicach Gór Granicznych sprawiły, że poleciało też kilka głów cennych dla Ermantrauda. Ale wraz z nadejściem wiosny wszystko znowu zaczęło się pierdolić. — Egaar ponuro spojrzał przed siebie — Gdy zrobiło się nieco cieplej, Ankevaum przeprawił wojska przez karangejskie mokradła. Udało mu się tego dokonać zanim grząski grunt zdążył się do końca rozmrozić. Trzeba przyznać, albo skurwysyn miał niezwykłe szczęście, albo dobre wyczucie. I tak mamy teraz połowę maja, Książę zaginął, a wojska Imperium rozbiły obóz w okolicach miasteczka Zateck, nieco ponad dzień drogi od stolicy. Czekają tam na dalsze rozkazy. Apetyt Ermantrauda tylko rośnie, więc oblężenie stolicy pozostaje jedynie kwestią czasu.

— I król świadomy tego, że najeźdźca stoi u bram, organizuje jak gdyby nigdy nic bankiet dla dyplomatycznej oficjeli? — zdziwił się Bernard.

— Jakby kiepsko to nie wyglądało, miasto jest uzbrojone aż po zęby. Co prawda nie obyłoby się bez pomocy ludzi o których nie wspomina się z dumą, ale udało się. Jak widzisz jesteśmy dobrze przygotowani. Poza tym, Kwiztoria może się poszczycić jednym z najgrubszych murów kazamatowych jakie wzniesiono na świecie. Po informacji o ekspansji wojsk imperialnych na zachód, król dodatkowo zlecił zasypanie magazynów w kazamatach rumoszem i gruzem. Choćby czerwoni się zesrali, tej konstrukcji nie naruszą zbyt prędko.

— Obyś miał rację… — detektyw odpowiedział zachowawczo.

— Wiem co mówię — stanowczo odparł Finczer — Gdy przyjdzie taka potrzeba to obijemy kilka mord spod herbu spinozaura tak, że nawet nie uchronią ich te paskudne przyłbice wyobrażające Kwegarra. Bankiet nie został zresztą zorganizowany dla przyjemności króla i arystokracji. Mają być na nim omawiane bardzo ważne kwestie z sojusznikami w postaci Feliharu i państw Trójni, w tym także Wizetyru.

— Wizetyr wysłał do Was swoich dyplomatów? — wtrącił się Barnaba.

— Z tego co mi wiadomo Trójnię ma reprezentować król Rudetii, Syrgyt.

— No tak, jak zwykle w ważnych kwestiach Rudaweryk jest traktowany jak chłopiec, którego należy wyprosić od stołu gdy pojawia się jakiś ważny temat. — odburknął niskorosły rycerz.

— Z całym szacunkiem Bernardzie, ale przy królu lepiej nie wygłaszaj uwag tego typu. W naszych stronach podważanie decyzji dworu nie jest dobrze widziane, zwłaszcza gdy pada z ust gości. — ostrzegł Egaar. — Ale dobrze Panowie, królewski stajenny zajmie się Waszymi zwierzętami, a my chodźmy bo Jego Wysokość nas wyczekuje.


Kilkanaście minut później podróżni byli już przed drzwiami gabinetu Vegraffa. Szambelan widząc że goście dotarli, zapukał przy pomocy ciężkiej, mosiężnej kołatki we wrota i otrzymując zezwolenie na wejście ukłonił się, po czym zapowiedział przybycie Erutejczyka:

— Wasza Wysokość, stawił się Waszmość Egaar Finczer oraz najęty przez Waszą Mądrość indagator z północy wraz ze swoim giermkiem.

— Jakim giermkiem?! Ja jestem jego towarzyszem broni, równy szabla w szablę, psia mać.. — przeklął cicho pod nosem Barnaba.

— Na litość, chociaż przez chwilę daruj sobie te matołeckie uwagi. — szybko ustawił go do pionu detektyw.

— Wejść! Zapraszam! — usłyszeli dobiegający z pomieszczenia donośny, niski głos.

Szambelan poprowadził Oresta, Bernarda oraz Egaara przed oblicze władcy, otoczonego wianuszkiem kwiztorskiej arystokracji.

— Pokłońcie się przed Jego Królewską Mością, dziedzicem tronu Wielkiego Królestwa Odrodzonej Jamruty, złączonego z ziem Yamtów i Ruttonów, Vegraffem Egertem Orenholmem! — rzekł również się kłaniając.

Wszyscy zgodnie z rozkazem ukłonili się z szacunkiem przed monarchą, który siedział za swoim wielkim, dębowym biurkiem. Siedział i uważnie się im przyglądał.

Król Jamruty był człowiekiem typowej dla tych stron urody. Miał ciemne, zielone oczy ze zmęczeniem obserwujące interesantów. Na jego głowie trwała korona z materiałowym, pomarańczowym szczytem, niezbyt efektywnie przykrywająca siwiznę, z której po obydwu stronach rozchodziły się gęste bokobrody. Na środku twarzy miał wąski i ostry jastrzębi nos, podobnie jak reszta widocznie nadszarpnięty zębem czasu, który zdołał wyżłobić w królewskim obliczu liczne zmarszczki, przemierzające jego poliki i czoło niczym drążące doliny koryta rzek.

Poniżej zza biurka wyłaniała się jedynie górna część jego zdobnych szat dworskich oraz zawieszony na szyi, wielki łańcuch z medalionem wyobrażającym łeb triceratopsa, w odróżnieniu od przedstawienia heraldycznego ukazany od frontu.

Król wstał z fotela, odwrócił się plecami do wszystkich i zadzierając lekko do góry głowę spojrzał na wiszący nad biurkiem sztandar z wielkim herbem królestwa.

— Wiesz Erutejczyku czemu akurat ten okaz stał się symbolem po zjednoczeniu naszego państwa? — skierował pytanie w stronę gościa nie spuszczając wzroku z herbu.

— Heraldyka mówi głównie o jednej genezie, ale osobiście jestem sceptyczny wobec historii o tym, jakoby samica triceratopsa miała opiekować się dwójką porzuconych braci, którzy po dorośnięciu rozdzielili się tworząc państwa Yamtę i Ruttonię. Tym zwierzętom ze względu na ciężar i małą finezyjność ruchów zdarza się przypadkiem zabić swoje własne potomstwo, nie mówiąc już o ludzkich niemowlakach. — odpowiedział detektyw, nie ukrywając wyrazu ironii. Władca zaśmiał się, po czym kontynuował:

— Ta legenda to jedynie opowiastka, którą karmi się prosty lud chcący wierzyć, że jego naród zapoczątkowało wybranie przez same siły natury… Trzy rogi tego zdumiewającego stworzenia symbolizują trzy filary, tworzące Jamrutę i zapewniające jej poddanym ochronę oraz stabilność: wiarę cyratejską, prawo zjednoczone oraz jego opiekunów w postaci władcy i podlegającego mu wojska.

— A co w takim razie symbolizuje kryza, Wasza Wysokość? — zapytał bez zastanowienia Vizetian.

— Kryza? — powtórzył ze zdziwieniem król, odwracając się w stronę przybysza z Eruty.

— Triceratops to dosyć temperamentny gatunek, u którego z całym szacunkiem, rogi służą częściej jako broń do podejmowania ofensywy bądź odpierania ataków z zewnątrz. Prawdziwym elementem obronnym jest kryza, czyli wyglądające jak kołnierz wydłużenie czaszki z tyłu głowy, osłaniające najbardziej narażony punkt jakim jest kark. Dlatego też wspomniana metafora mimo iż piękna, nie jest zbyt trafiona, jeśli mam być szczery.

— Orest wytłumaczył z charakterystyczną dla siebie pewnością w głosie.

— No tak, przez okoliczności w jakich Ciebie wezwano prawie zapomniałem, że mam przyjemność rozmawiać z wybornym znawcą dinozaurów! — władca uśmiechnął się, mimo że w oczach widoczne miał podirytowanie.

— Rozumiem, że odczytano Tobie treść wezwania. — dodał po chwili urywając temat, po czym zasiadł ponownie przy biurku.

— Tak, oddział obecnego tu Egaara Finczera spisał się bardzo dobrze. Mimo wszystko wolę rozmowy w cztery oczy. Bywają konkretniejsze od kwieciście spisanych zaproszeń. Zdaje się, że nie tylko ja tak uważam. W końcu Wasza Wysokość chciał rozmawiać ze mną osobiście.

— W rzeczy samej. — przytaknął król — Skoro o tym mowa.. Erutejczyk zostaje, reszta wyjść! — nakazał po chwili, wskazując pozostałym drzwi gestem ręki — Finczer oraz Pan Kevler także.

Gdy w sali pozostał już tylko Orest wraz z władcą Jamruty, detektyw od razu postanowił przejść do rzeczy.

— Podobno Wasza Wysokość posiada informacje na temat mojego przyrodniego brata.

— Owszem. I gwarantuję, że przekażę Ci je wówczas, gdy sprowadzisz mojego syna do Kwiztorii. Wszystko zostało zebrane tutaj i poczeka na wykonanie przez Ciebie zadania — odrzekł, wskazując na opasły dokument leżący tuż przed nim. Gruby wolumin obszyty skórzaną oprawą był dodatkowo owinięty krzyżującymi się pomarańczowymi wstęgami, zapieczętowanymi od góry królewskim stemplem.

— Jeśli mogę wiedzieć. Skąd te informacje? — śledczy powiódł wzrokiem po zamkniętych aktach — Szukam tego człowieka dwadzieścia lat i nic nie znalazłem, trop zawsze się urywał. Jaką mam pewność, że dane będące w posiadaniu Jamruty są prawdziwe? A gdyby ciężko było zaprzeczyć ich autentyczności, skąd mam wiedzieć czy są to dane aktualne?

— Bardzo dużo w Tobie zwątpienia, co jest zrozumiałe. Bądź pewny, że są aktualne. Widzisz, jakiś czas temu zawitał do mnie człowiek z propozycją pomocy w tych ciężkich czasach. Powiedzmy, że przedstawił mi swoje możliwości i kontakty sprawiając, że uwierzyłem w sens tej współpracy. Potem jednak mnie wystawił. Rozumiesz? Dureń miał czelność okłamać królewski majestat. Ale nie w tym rzecz. Zanim do tego doszło zdążył zapoznać mnie z jednym ze swoich zaufanych ludzi, który miałby pracować na terenie Jamruty w roli emisariusza. Człowiek ten z początku niechętnie o sobie opowiadał, jednak ostatecznie przedstawił mi się jako niejaki Terrivald Vizetian. No, może nie wprost. Ale wystarczająco by mój wywiad odkrył jego tożsamość.

— Więc tak po prostu Wasza Wysokość nawiązał współpracę z człowiekiem, który od lat jest poszukiwany listem gończym za zabójstwo doradcy wizetryskiego króla? — detektyw nie krył oburzenia.

— Byłego doradcy. — skorygował monarcha — W momencie śmierci Wasz ojciec był rektorem erutejskiej akademii. To jednak nieistotne. Jak wspominałem, zwierzchnik Waszego popadłego w infamię brata zaoferował mi bardzo cenne środki do walki z Imperium. W sytuacji wojny racja stanu zawsze ma pierwszeństwo, więc z całym szacunkiem. Tak, przyjąłem ofertę ze świadomością kim jest i co zrobił Terrivald. Ale niestety, dobrymi chęciami piekło brukowane, jak mawia stare, cyratejskie przysłowie. Gwarantowana mi pomoc nie nadeszła, więc musiałem pośpiesznie przystać na mniej chwalebną propozycję. Potem zaś dowiedziałem się, że wiadomość o miejscu jego pobytu może być dla Ciebie cenna Detektywie, więc jak mówiłem. Gdy Ty pomożesz mi, wtedy ja pomogę Tobie.

— Wasza Wysokość wybaczy mi bezpośredniość. Niestety ciężko mi uwierzyć we wszystko co jest mi tu zapewniane. Do tej pory jedynie słyszę, że na kwiztorskim dworze widziano Terrivalda. Teraz mam przed sobą zamknięte akta, rzekomo odnośnie jego osoby.

Jak już zdążono zauważyć jestem śledczym, królu. Potrzebuję dowodów, nie zapewnień.

— Zdaję sobie z tego sprawę. — monarcha odparł przeciągle — Dostaniesz swoje dowody. Chodź za mną. — dodał, wskazując Orestowi drzwi prowadzące bezpośrednio do kolejnego pomieszczenia, przyległego do królewskiego gabinetu.


Mężczyźni przeszli do niewielkiego saloniku. W pokoju czekał na nich tajemniczy człowiek w długiej szacie, otoczony przez straże królewskiej gwardii. Stał przy dwóch fotelach ustawionych naprzeciw siebie na środku. Dookoła foteli rozstawiono pięć stojaków z pomarańczowymi gałkami. Pozostałe meble tłoczyły się pod ścianami. Łatwo dało się zauważyć, że to nie było ich normalne ustawienie.

— Erutejczyku, poznaj Fergusa Willmora. — król spojrzał na wyczekującego ich jegomościa — To mój nadworny specjalista od telepatoskopu. Zapewne nie jest Ci obce to cudowne narzędzie. Czego to nie wymyślą zaklinacze, co? Trzeba nie lada tęgiej głowy, by skonstruować urządzenie będące w stanie zapisać czyjąś myśl. Urządzenie potrafiące wysłać ją na setki mil w dal i to w przeciągu zaledwie kilku minut. Bez gońca i tygodni drogi na szlaku.

— Tak, znam to ustrojstwo. — śledczy urwał wywód monarchy.

— Tylko nie ustrojstwo — oburzył się zaklinacz — Patrzy Pan na telepatoskop pentakryształowy. Nasady i podpory wykuto z vettińskiej stali z domieszką tytanu. Neurokalitowe kule z kolei szlifowano w najlepszym zakładzie jubilerskim w Melicie. Na Północy istnieją jedynie trzy tak dobrze wykonane egzemplarze.

— Doprawdy, jest to niezwykle interesujące — Erutejczyk rzucił z ironią — Ale co to ma wspólnego z dowodami jakie miałem tu zobaczyć?

— Telepatoskop tego typu można również użyć do przeprowadzenia bardzo dokładnej sesji onejropatii.

— Wasza Wysokość chce wprowadzić mnie w trans? — Orest spojrzał podejrzliwie na władcę.

— Nie tylko Ciebie. — Vegraff odparł z serdecznością — By móc wejrzeć we śnie w czyjeś wspomnienia potrzeba jeszcze drugiej osoby. Nieprawdaż? Dlatego też pokażemy Ci moje wspomnienie.

— Czy był Pan już wcześniej poddawany onejropatii? — głos ponownie zabrał Fergus Willmor.

— Może dwa razy w życiu. Wystarczająco by się przekonać, jak bardzo nie znoszę tej praktyki.

Zaklinacz nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się dziwacznie, po czym skinął głową na strażników. Dwóch z nich wzięło wiklinowe kosze, zbliżyło się do mężczyzn.

— Prosiłbym Waszą Wysokość oraz Pana Vizetiana o zdjęcie z siebie wszelakich przedmiotów zawierających grenafryt. W innym wypadku wszyscy trzej doświadczymy przykrych konsekwencji fizycznych i mentalnych, czego odradzam sprawdzać.

Orest niechętnie rozstał się ze swoim wisiorkiem. Wciąż nie wiedział, czy powinien ufać obcym ludziom. Nie sądził, by mącenie w jego głowie było niezbędne. Widział jednak, że Orenholm bardzo poważnie traktuje całą sytuację. Nieśpiesznie zdjął z głowy koronę, co nikogo nie dziwiło. Wszakże to w nakryciach głowy możni tego świata najczęściej skrywali minerał strzegący umysł przed zaklinaniem. Jamrutejski władca zdawać się mogło dopiero zaczynał. Po koronie zsunął z palców rząd pierścieni, po nich wydobył spod koszuli dwa naszyjniki. Oddał gwardzistom klamrę od pasa, ozdobną broszę, spinki skryte w zmarszczeniach delii. Jeden bibelot nieznanego przeznaczenia wydobył nawet z królewskiego zakątka przeznaczonego dla oczu wyjątkowo wąskiego grona.

— To wszystko. — obwieścił wreszcie pozostałym.

— Teraz prosiłbym Panów o zajęcie miejsc naprzeciw siebie. — uprzejmie poinstruował Willmor — Następnie niech Wasza Wysokość zechce chwycić Erutejczyka w nadgarstku. Pan naturalnie odwzajemni ten gest. — spojrzał na detektywa.

Zaklinacz chwycił niewielki łańcuch wysadzany neurokalitem, oplótł nim przedramiona mężczyzn. Następnie przywołał do siebie dwóch strażników z mosiężnymi miednicami w rękach.

— A to po co? — zainteresował się Orest.

— Na wszelki wypadek. Być może się przyda. — zdawkowo odpowiedział Fergus — Proszę byście rozluźnili ciała, zamknęli oczy. Wsłuchujcie się uważnie w mój głos i nie opierajcie nadchodzącej senności.

Willmor wypowiedział szeptem sentencję w starszej mowie. Powtarzał kilka razy to samo zdanie, które zaczęło wirować w myślach Erutejczyka. Słowa po chwili zaczęły się zlewać w niezrozumiały bełkot, jakby nie mogły dojść jego uszu przez zgęstniałe powietrze.


Orest otworzył po chwili oczy. Jednak nie był w tym samym pokoju. Siedział za ciężkim, dębowym biurkiem, wsparty oburącz na jego blacie. Znajdował się w królewskim gabinecie, na miejscu Vegraffa. Przed nim w równym rzędzie stało kilka postaci, nie był jednak w stanie dojrzeć ich twarzy. Były rozmazane i czarne, wyglądały jak wypalone pola na obrazie. Ledwie był w stanie dostrzec jak ruszają się im usta, najpewniej więc coś mówili. Mimo to nie mógł usłyszeć żadnego słowa.

— Wasza Wysokość, chciałbym przedstawić swojego bliskiego współpracownika — odezwał się nagle jakby przez grubą ścianę dziwny, stłumiony głos. — Również pochodzi z Północy. Terrivaldzie, pozwól do nas.

Do gabinetu wkroczył od korytarza mężczyzna. Jego oblicze jako jedyne było doskonale widoczne. Orest od razu go poznał. Mimo że był wyraźnie starszy niż go zapamiętał, to nie sposób było pomylić go z kimś innym. Te same oczy, kolor włosów. Te same brzydko skrzywione usta, mimo że ich posiadacz nie uchodził za brzydkiego. Bez wątpienia stał przed nim jego wyklęty brat. Zechciał wstać, pochwycić łachudrę i zadusić na oczach towarzyszących mu cieni. Jednak nie był w stanie. Nieznana moc kazała mu siedzieć i wpatrywać się w tą znienawidzoną twarz. Patrzył na nią jeszcze kilka sekund, po czym mimowolnie zamknął oczy.


Gdy otworzył je ponownie znów znalazł się w salonie, naprzeciw króla Vegraffa. Zdławił się w odruchu wymiotnym, wykrzywił głowę na bok fotela. Jeden z gwardzistów podsunął mu pod twarz mosiężne naczynie. Orest momentalnie wypełnił je wymiocinami.

— Jak mówiłem, miednica czasem się przydaje. — ze śmiechem podjął Fergus Willmor — Na prośbę króla musiałem bardzo mocno wpłynąć na treść wizji, tak by Szanowny nie dostrzegł za dużo. Wszakże chcemy, by skupił Pan całą swoją uwagę na poszukiwaniach księcia. Na obławę towarzyszy waść Terrivalda przyjdzie jeszcze czas. W każdym bądź razie, taka ingerencja wzmaga niestety skutki uboczne.

— Jego Wysokość jak widzę nie wzruszył się zbytnio tymi skutkami. — detektyw zamruczał z głębi miednicy.

— Przed naszym spotkaniem testowałem z Fergusem przebieg sesji. Zdołałem się przyzwyczaić. — Vegraff wyprężył się dumnie w fotelu, nakładając na siebie uprzednio zdjęte elementy garderoby — Jak widziałeś, nie oszukałem Ciebie w kwestii Terrivalda — ciągnął dalej — Możemy w takim razie przejść do mojego gabinetu i kontynuować rozmowę?


— No dobrze — Orest podjął od progu — W takim razie proszę Waszą Wysokość o wprowadzenie mnie w sprawę do której rozwiązania mnie najęto.

— W rzeczy samej. — odparł monarcha, wydając skinieniem głowy rozkaz strażnikowi skrytemu dotąd w kącie. Ten otrzymując sygnał wezwał ponownie na salę Finczera oraz Kevlera.

— Jak już wiecie, Książę Florian, mój syn, zaginął. Wywiad prowadził poszukiwania, jednak ślady po nim urywają się w miejscu, gdzie nawet najlepszy pies myśliwski zgubiłby trop — na morzu, gdy wraz z poselstwem podróżował do Koryfeny.

— W jakim celu królewicz planował udać się do Koryfeny?

— To tajemnica państwowa. — zwięźle odpowiedział Vegraff.

— Tajemnica, która jak widać zgubiła Waszego syna, królu. — odparł detektyw — A mnie wynajęto po to, by go znaleźć. Oczekuję zatem, że będę poważnie traktowany przez Waszą Wysokość i co za tym idzie, otrzymam pewien kredyt zaufania. Zresztą, wieści o zaginięciu Floriana też nie są jawne o ile dobrze się orientuję, a mimo to podzielono się ze mną tą informacją.

— Wy, trójnickie ludy, naprawdę za nic macie dworski protokół i nad obyczaj cenicie sobie bezpośredniość… Ale niech będzie, Erutejczyku. — niechętnie wycedził monarcha — Florian miał poprosić w moim imieniu królową Semiramidę o udzielenie Jamrucie pożyczki. Na dofinansowanie armii i inne wojskowe precjoza.

— A mimo to Książę wypłacił pieniądze ze skarbca Vespucina przed wyjazdem. — zauważył Orest.

— Skąd Ty to wiesz? Nie wspominałem Tobie o tym fakcie. — z podejrzliwością burknął na niego Finczer.

— Wspominałeś za to, że Vespucin martwi się o swoje pieniądze. A potem coś, że ma to związek z naszą sprawą. Wniosek zatem nasunął mi się sam. — spokojnie wytłumaczył mu śledczy.

— Zgadza się, wypłacił. — westchnął monarcha — Dlatego między innymi tak mnie niepokoją okoliczności w jakich ślad po nim zaginął.

— Jak mam to rozumieć?

— Ze względów na wojnę wszelkie podróże dyplomatyczne prowadzone oficjalnie niosłyby za sobą zbyt duże ryzyko. Dlatego Florian działał pod przykrywką. Do tego celu udało nam się nawiązać współpracę z największą hanzą kupiecką, pochodzącą z Akrezji Sanguerrą. Zgodnie z ich kursem Florian przemieścił się drogą lądową do miasta portowego Krucji, gdzie wsiadł na pokład okrętu należącego do Sanguerry. Jednak tym razem nie dopłynął do Trivii, która była celem podróży. Statek zacumował w tamtejszym porcie już bez mojego syna, doradcy oraz kilku rycerzy przydzielonych do ochrony księcia.

— Jak to możliwe, że statek dotarł na miejsce bez części załogi?

— W trakcie rejsu jakiś człowiek poczęstował wszystkich napitkiem, prawdopodobnie z odurzającymi ingrediencjami. Gdy obsługa statku straciła przytomność, porywacze przystąpili do akcji i w nieznany nam sposób pojmali mojego syna.

— Skoro porywacze opuścili statek z delegacją w trakcie rejsu, to w jaki sposób ten dobił bezpiecznie do przystani? — zdziwił się detektyw.

— Moi agenci ustalili, że jednostkę podstawiło do brzegu trzech mężczyzn.

Nikt jednak nie jest w stanie określić kim byli. Zniknęli zaraz potem zapuszczając się w głąb miasta, gdzie słuch po nich zaginął. Dopiero po jakimś czasie straże miejskie zdziwione, że na okręcie nie ma ruchu, poszły sprawdzić co się dzieje. Wtedy też odnaleziono nieprzytomną załogę. Co może być istotne, nikogo nie zabito. — wytłumaczył Egaar, wtrącając się do rozmowy.

— Potrzebuję poznać nazwę tej jednostki. Pozostaje również jeszcze jedna kwestia.

Czy okręt posiadał jakiegoś nadzorcę? Człowieka będącego świadkiem tego wydarzenia i na tyle kompetentnego, by z nim porozmawiać?

— Tak, agent Finczer już przesłuchiwał pewnego jegomościa. Statek nosi nazwę „Galpadria”, zaś poza kapitanem dowodzi nim kupiec z hanzy, niestety nie pamiętam nazwiska. — król spojrzał pytająco na szefa wywiadu.

— Jakub Flourenbourt. — dodał Finczer.

— Gdzie obecnie cumuje Galpadria?

— Z tego co nam wiadomo dalej kursuje według wyznaczonego szlaku, aktualnie między Krucją a Trivią. Wcześniej statek obsługiwał również nasze dyplomatyczne poselstwa płynące do Tir Szavar, stolicy Koryfeny. Jednak przez wzgląd na udział okrętu w porwaniu, na chwilę obecną odwołano jego dalsze rejsy. Gildia kupiecka w ten sposób stara się wspomóc śledztwo, do którego przyczyniło się ich zaniedbanie. — król ubrał swoją twarz w grymas wyraźnego niezadowolenia.

— O jakim zaniedbaniu dokładnie mowa?

— Niedługo przed wyprawą w której miał uczestniczyć Florian, hanza wymieniła personel między dwoma regionami. W wyniku tego działania wynajęto również dwóch nowych parobków. Jednego z północy do załadunków i drugiego w roli asystującego kupca. Jego karnacja wskazywała na pochodzenie z południowych krain. Jak się okazało w toku dochodzenia, ci mężczyźni nie byli zarejestrowani w księgach Sanguerry. Ślad po nich zaginął wraz z moim synem i obecnie nie wiadomo kim tak naprawdę byli. Poza oczywistym wnioskiem, że to oni muszą stać za uprowadzeniem.

— Wiadomo coś jeszcze na temat tych mężczyzn? — Orest spojrzał w stronę Egaara.

— Ten który podawał się za kupca kazał nazywać siebie Karamejczykiem.

— Jest jeszcze sprawa, który nie daje mi spokoju… — wtrącił król — Jak już się domyśliłeś, tuż przed wyjazdem z Kwiztorii mój syn udał się do banku Vespucinów i tam wypłacił dużą sumę pieniędzy. Zrobił to rzekomo w moim imieniu na dozbrojenie jakiegoś oddziału. Rzecz w tym, że ja nie miałem pojęcia o żadnej pożyczce. Dopiero zdezorientowany bankier upominający się o spłatę uświadomił mnie, że taka sytuacja miała w ogóle miejsce.

— Czy król twierdzi, że królewicz pod czyimś naciskiem mógł ukraść część złota ze skarbu państwa? — niepewnie spytał Erutejczyk, jakby czuł że zadając to pytanie stąpa po kruchym lodzie.

— Ależ skąd! — krzyknął stary Orenholm. — Znając uparcie i oddanie mojego syna, chciał wspomóc wojsko za moimi plecami, zapewne obawiając się odmowy. Odziedziczył po mnie bardzo ważną jak i ciężką cechę. Dla niego zawsze na pierwszym miejscu stoi racja stanu, często nawet przed moim zdaniem.

— Rozumiem — z nietypowym sobie ukorzeniem odparł detektyw — Wasza Wysokość wspominał, że królewiczowi w podróży towarzyszył doradca. Czy mógłbym prosić o opisanie jego wyglądu? Chodzi mi o cechy szczególne, wyróżniające go znaki.

— Tak. Ze względu na bezpieczeństwo wysłałem z synem Ramiela Naredaina. Ramiel to zaufany człowiek, dodatkowo jest zaklinaczem. Uznałem, że jego umiejętności przydadzą się Florianowi w trakcie podróży. Nie wyróżnia się spośród ludzi niczym szczególnym, no może poza jednym detalem. Kilka lat temu podczas sprzeczki z arystokracją jeden magnat wybił mu ząb. Nie był to chwalebny incydent, poróżniła ich opinia na temat pewnego rozporządzenia. Od tamtej pory Ramiel posiada złoty zamiennik.

— Wasza Wysokość wybaczy, ale muszę zadać również dosyć bezpośrednie pytanie. Czemu na wyprawy poselskie postanowiono wysyłać akurat królewicza?

— Sam się uparł. — monarcha ciężko westchnął — Z początku byłem temu bardzo przeciwny. Ale Florian jest nieugięty, jak na czymś mu zależy to nie odpuści. Kolejna ciężka cecha Orenholmów. Mądre miał pomysły, więc z czasem mu pozwoliłem podróżować, jak już wiesz, pod przykrywką. Mało kto spoza dworu wie jak wygląda, więc ryzyko było nikłe.

— No dobrze, w takim razie wiem chyba wszystko. Musimy wrócić na przetarte szlaki, może tam dowiemy się czegoś nowego, albo znajdziemy jakiś pominięty szczegół. Tymczasem bardzo dziękuję Waszej Wysokości za poświęcony czas. — Vizetian ukłonił się z grzeczności.

— Oreście, zostań jeszcze na chwilę, proszę. Wszyscy pozostali wyjść, chciałem omówić dalej sprawę z Erutejczykiem na osobności. — Vegraff stanowczo wskazał swoim podwładnym drzwi. Wszyscy pośpiesznie skłębili się w okolicach wejścia do gabinetu.

— Chcę dokończyć rozmowę bez niepotrzebnych par uszu. Słyszałem o Tobie bardzo wiele, wiem również że zwykłeś unikać ścierania swoich zawodowych poczynań z polityką.

— Nie ukrywam, że dobrze poinformowano Waszą Wysokość. — Vizetian skinął twierdząco.

— Jesteśmy teraz sami pośród tych czterech ścian, więc etykieta dworska nie będzie Ciebie przez chwilę obowiązywać. Mów mi na ty. — zarządził władca. — Bardzo mi zależy na tym, żebyś nie traktował mojego zlecenia jak monarszego rozkazu. To ojcowska prośba.

Syn to jedyne co mi pozostało w życiu po Tamarze, mojej zmarłej żonie. Zaginął w trakcie pełnienia powierzonych mu przeze mnie obowiązków, nie daruję sobie jeśli… — Orenholm nie dokończył, jego wypowiedź zdławiło nagłe zaciśnięcie gardła. Zapewne chciał powiedzieć coś co nie powinno wybrzmieć na głos.

— Wiem co znaczy obawiać się o życie najbliższych. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by doprowadzić sprawę do końca.- oznajmił, spoglądając ze współczuciem na mężczyznę, który pokazał przed nim swoje ludzkie oblicze, zdawać się mogło niespodziewane ze strony tak potężnego człowieka. W oczach monarchy pojawił się radosny wyraz, coś jakby tchnienie wiary w poprawienie sytuacji w jakiej się znajdował. Szybko jednak ustąpił on miejsca powadze. Vegraff wyprostował się w swoim fotelu, oparł łokcie o biurko po czym dodał:

— Darujmy sobie hipokorystyki i pozory. — stanowczo uciął władca — Obaj wiemy, że jesteś tutaj przez wzgląd na leżący przede mną dokument. Mimo wszystko, bardzo doceniam tę decyzję, zapewniam że jej nie pożałujesz. W ramach zapłaty oferuję nie tylko cenne informacje. Ostatnio do skarbu państwa wróciła nieruchomość przy głównym rynku miasta. Kamienica jest wąska, ale ze względu na lokalizację wielu ludzi będzie zainteresowanych kupnem za przyzwoitą sumę. W normalnych okolicznościach opłatę za Twoją pracę uiściłbym tradycyjnie w denarach, jednak w czasach wojny ruchomy pieniądz jest po pierwsze niepewny, a po drugie potrzebny do opłacenia wojsk. Mam nadzieję że taka alternatywa zadowoli Twoje oczekiwania względem wynagrodzenia.

— O wynagrodzeniu porozmawiamy gdy w tym pokoju stanie obok mnie książę, cały i zdrowy. — Orest spojrzał na portret Floriana zawieszony nad królewskim kominkiem. Dziedzic tronu był na nim zapewne znacznie młodszy niż obecnie, bo obraz przedstawiał piegowatego chłopca z jasnobrązowymi włosami i zielonymi oczami, którego książęcy diadem był zdecydowanie za duży rozmiarem. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zsunąć się z główki królewicza i wypaść z ram na podłogę gabinetu.

— Dobrze, w takim razie audiencję uważam za zakończoną. Jutro wieczorem odbędzie się bankiet z dyplomatami z Feliharu i Trójnii, na który jesteś zaproszony w charakterze mojego gościa. Pojutrze zaś spotkasz się z Vespucinem. Wytłumaczy Tobie szczegóły związane z pożyczką zaciągniętą przez Floriana. Następnie wyruszysz z Finczerem do Krucji. Dorim, zaprowadź detektywa do jego komnaty! — władca krzyknął w stronę drzwi, w których po chwili pojawił się szambelan z lekkim ukłonem skierowanym do władcy.

— Waszmość pozwoli za mną. — poprosił grzecznie królewskiego gościa. Vegraff z kolei skierował wzrok nad kominek i zastygł, wpatrując się w milczeniu w portret syna.

— Oreście! — krzyknął u progu królewskiego gabinetu Finczer. — zanim udasz się do siebie, chciałem żebyś poznał mojego serdecznego przyjaciela, hetmana koronnego jazdy powietrznej Zygmunta Kellhorna. Może kiedyś o nim słyszałeś. To nasz największy as przestworzy, bez którego pomocy po naszej stronie nie powstałyby tak prężne oddziały latające. — dodał, wskazując na stojącego obok mężczyznę. Towarzysz Egaara był młodym facetem ubranym w brązową skórzaną kurtkę, przepasaną czarnymi gurtami. Przez jedno ramię i przeciwne mu biodro miał z kolei przewieszony powróz, służący najpewniej do prowadzenia zwierzyny. Na jego szyi mościł się dbale zawiązany pomarańczowy szal, zaś na czoło miał nałożone sporych rozmiarów lotnicze gogle, wykonane ze szlifowanych, niebiesko zabarwionych kryształów, targające chaotyczne kasztanowe włosy generała.

— Kellhorn? Kojarzę to nazwisko. Czytałem jakiś czas temu o Amelii Kellhorn, pierwszej kobiecie, która samodzielnie przeleciała na pteranodonie Morze Międzylądowe. Jest Pan z nią może spokrewniony? — Erutejczyk nie krył zaintrygowania.

— Nie tylko spokrewniony. Opowiada Pan o mojej świętej pamięci matce. — odpowiedział mężczyzna, prostując się z dumnym wyrazem na twarzy.

— Przykro mi to słyszeć. Nie pisano o jej śmierci.

— Niestety, piętnaście lat temu zaginęła ze swoim oddziałem w trakcie lotniczej ekspedycji. Za cel obrała sobie zbadanie dzikich terenów na wschód od Imperium, daleko za Górami Dinozaurzymi. — wyjaśnił z elegancją i spokojem w głosie jeździec. — Wiele lat czekaliśmy na ich powrót. Ostatecznie całą drużynę uznano za martwą i wyprawiono im pogrzeb z państwowymi honorami. Zresztą, to na ich cześć król utworzył dziesięć lat temu Kwiztorską Jednostkę Powietrzną, której mam zaszczyt przewodzić. Jako kontynuator wybitnych dokonań matki. — dodał.

— No tak, teraz poznaję ten ubiór. Słynne Pomarańczowe Szale. Słyszałem o Waszej bohaterskiej bitwie pod Górami Granicznymi, zaraz na początku wojny z Imperium.

— Wspaniały moment dla jamrutejskiego jeździectwa powietrznego. Pteranodony z Masser Schvit padały jak muchy od bełtów wystrzeliwanych przez naszych podniebnych strzelców. — lotnik westchnął podniośle. — Teraz zostaliśmy przydzieleni do bezpośredniej obrony stolicy. Ankevaum obozuje ze swoimi czerwonymi wszami w pobliżu, więc trzymamy rękę na pulsie… Ale dosyć o mnie. — stwierdził hetman. — Słyszałem, że słynie Pan nie tylko z wyśmienitej metodyki prowadzenia swoich śledztw. Ponoć i na dinozaurach zna się Pan jak mało kto.

— Zgadza się. Zasadniczo megafauna na początku mojej kariery była tym, na czym głównie skupiałem swoją uwagę. — przytaknął Erutejczyk.

— Wyśmienicie! Jak tylko skończy się wojna, przydałby mi się taki spec od dzikiej zwierzyny. — Kellhornowi zabłyszczały oczy.

— Doprawdy? Sądziłem, że jamrutejska armia posiada wysoce wykwalifikowanych zaklinaczy. Nie wiem na co ja miałbym się zdać, wszakże nie potrafię nawet zaklinać.

— Nie potrzebuję zaklinacza, tylko dobrego tropiciela! — krzyknął lotnik.

— A co chciałby Pan tropić?

— Od lat planuję wcielić do swojej jednostki kecalkoatla, na pewno Pan słyszał. Mowa o ogromnym pterozaurze, który swą nazwę zawdzięcza pretopijskiemu bóstwu powietrza. — odpowiedział.

— Nie chcę psuć Pańskich nadziei, ale ten gatunek jest zbyt płochliwy i dziki, by można było go trwale oswoić. Musiałby znajdować się pod stałym wpływem telepatii intencjonalnej naprawdę dobrze wyszkolonego fachowca. A najlepiej kilku naraz.

— Kilkanaście lat temu lot na pteranodonie również wydawał się być chorą fantazją! Każde zwierzę da się przyzwyczaić do człowieka, kwestia zaparcia i szkoleń. — rzekł z przekonaniem Kellhorn. — A taki zwierz w szeregach wojska byłby dopiero czymś! Wyobraża Pan sobie oddział złożony z tych wielkich, latających stworzeń? Podobno żyrafy zamieszkujące niegdyś południe były porównywalnie duże co one.

— Wyobrażam sobie wiele rzeczy, jednak ta wizja mnie niezbyt przekonuje. — wzruszył ramionami Vizetian.

— Kiedyś jak spotkamy się ponownie zadziwię Pana! — Zygmunt stwierdził z przekonaniem — Zobaczy Pan, że jeszcze zasiądę na grzbiecie tego majestatycznego stworzenia.

— Póki co trzymam za słowo. — uśmiechnął się Orest. — A tymczasem muszę Panów przeprosić, szambelan się niecierpliwi. — dodał.

— Do zobaczenia jutro na bankiecie, detektywie. — odparł Egaar — Jak będziesz mieć odrobinę szczęścia to może poznasz nawet feliharyjską księżniczkę Jaimini. Mawiają, że to najpiękniejsza kobieta południa. I dużo w tym racji między nami mówiąc. Gdyby nie protokół dyplomatyczny to bym dokładniej opisał Tobie jej zalety. — zaśmiał się, jednak po chwili przestał, skarcony spojrzeniem hetmana Kellhorna.

— W takim razie i ja nie mogę się już doczekać jutra. — rzekł śledczy, po czym ruszył z królewskim urzędnikiem w kierunku przydzielonej mu komnaty.


Sale dla goszczących u króla dyplomatów były wyposażone z wielką starannością. Pod ścianą naprzeciw wejścia stało wielkie łoże, obok którego po dwóch stronach swoje miejsce znajdowały etażerki. Po prawej stronie całą ścianę zajmowały wysokie, wąskie okna z zamkniętymi drzwiami, prowadzącymi na balkon od strony atrium, które znajdowało się wewnątrz zamku. Równolegle do łoża znajdował się rozległy, bogato zdobiony, kamienny komin, zza którego w rogu pokoju wystawał drewniany, trzyskrzydłowy parawan, zapewniający intymność korzystającym z umieszczonej za nim kąpielowej balii. Erutejczyk tego dnia nie myślał jednak o kąpieli. Będąc pozostawionym w komnacie samemu sobie, zdjął pośpiesznie pancerz i położył się zaraz na łóżku, gdzie momentalnie usnął, umęczony trudami dopiero co przebytej podróży.

3. KORZENNY TRUNEK

Nazajutrz Orestowi cały dzień zaplanowano pod kątem przygotowań do bankietu. Bardzo szybko przekonał się z jaką powagą traktuje się tutaj takowe ceremoniały. Z samego rana do komnaty zapukał mężczyzna, który już w progu pochwycił niemalże nagiego detektywa i począł ciągnąć go w kierunku parawanu. W drugim ręku dzierżył podłużny dzbanek.

— Co jest do kurwy nędzy! — zawołał zdezorientowany Erutejczyk, wijąc się na boki.

— Jestem nadwornym balwierzem. — odpowiedział pośpiesznie nieproszony gość — Zostałem wysłany do Szanownego w celu dopilnowania kąpieli i uporządkowania zarostu twarzy oraz głowy przed spotkaniem z dyplomatami. Więc proszę łaskawie nie szamotać się jak piskorz. — dodał, zalewając zimną wodę w balii wrzątkiem z dzbanka.

— Z całym szacunkiem, ale potrafię się jeszcze sam wykąpać. — stwierdził złośliwym tonem śledczy.

— Panie Szanowny, chyba nie myślał Pan, że będę Szanownemu pachy i plecy szorował. — balwierz spojrzał na mężczyznę z poirytowaniem, przewrócił przesadnie oczami. — Mam jedynie doprowadzić do tego, by na salę wszedł porządny gość zaproszony przez króla, a nie za przeproszeniem, śmierdzący bojownik, który wygląda jakby dopiero co zsiadł z konia. — dodał, sprawdzając palcem wodę.

Orest odprawił swojego gościa za parawan i wszedł do balii, która z niewątpliwą serdecznością została przelana wrzątkiem na tyle, że zasyczał aż cicho z gorąca. Po kąpieli mężczyzna podgolił Vizetianowi brodę i przyciął włosy, po czym podstawił mu pod niemalże samą twarz niewielkie zwierciadełko.

— No i teraz przynajmniej Szanowny wygląda mniej barbarzyńsko. Jeśli przymknąć oko na ten tatuaż na karku, oczywiście. Jest szansa, że delegacja z Feliharu nie ucieknie w popłochu. — rzekł ironicznie balwierz, przyglądając się z dumą efektom swojej pracy.

— Ta, z taką buźką będę mógł sobie dorobić jako żigolak. — z przekąsem odpowiedział mu Orest, na co mężczyzna wykrzywił usta, po chwili dodając:

— No, to skoro Szanowny nie śmierdzi już jak stajnia, to mogę zawołać ludzi odpowiedzialnych za przygotowanie stroju dla Szanownego na dzisiejszy wieczór.

— Stroju? — powtórzył Erutejczyk — Mam przecież elegancki pancerz. — powiedział, spoglądając na leżącą w fotelu zbroję.

— No chyba Szanowny nie myślał, że wybierze się na bankiet w tym zakrwawionym, odrapanym łachmanie! — z oburzeniem odparł mężczyzna, po czym wyszedł trzaskając drzwiami. Po chwili do komnaty weszło bez pukania dwóch jegomościów, poznany przy rozmowie z królem szambelan jamrutejskiego dworu oraz jakiś drugi nienagannie ubrany, dzierżący w jednym ręku krawieckie miary. Ów prominent ciągnął za sobą wózek pełen lamówek wszelakiego rozmiaru i kroju, wzorzystych flizelin oraz gotowych elementów garderoby, natarczywie wytwornych, dalekich od modowych preferencji detektywa.

Orest domyślił się, że to dworski krawiec. Królewski szambelan wraz z krawcem starannie dopasowywali kreację, która godnie prezentowała by się na przybyszu z północy. Ostatecznie przystano na wizetyrski charakter i wybrano dublet, wpisujący Erutejczyka stylem do rudetiańskiej oficjeli towarzyszącej królowi Syrgytowi. Do tej górnej części ubioru dobrano dla niego odpowiednio pludry, ku wielkiemu niezadowoleniu Vizetiana szeleszczące przy każdym najmniejszym ruchu.

— No i jak się zapatrujesz na taką kreację, Dorimie? — krawiec spojrzał na szambelana z dumnym wyrazem twarzy.

— No, no. A mówią, że szata nie zdobi człowieka… — królewski urzędnik pokręcił głową — Jak widać, nawet z tropiciela w ciągłej podróży da się zrobić wytwornego gościa przystającego do Naszej Wysokości. — dodał, lustrując detektywa niczym galeryjne precjoza.

— Ta, jeśli wejdziesz między wrony… — stwierdził z grymasem Orest, urywając w połowie wypowiedź.

— Ale proszę się nie ruszać! — krzyknął krawiec — Jeszcze nie skończyłem zaszywać poprawek, no zaraz się to na Waszmości rozedrze. — poirytowany złapał dublet w biodrach detektywa.

— Waszmość niech lepiej uważa na ręce, bo zaraz nie tylko moja kreacja będzie uszkodzona. — z kwaśnym wyrazem twarzy zagroził Erutejczyk.

Po kilkudziesięciu kolejnych minutach dostosowywania stroju do sylwetki Vizetiana i niezliczonych razach, gdy igła niby przypadkiem, lekko godziła go w ciało, krawiec ostatecznie uznał, że jego praca jest skończona. Spojrzał na szambelana i gestem ręki zarządził wyjście, po czym złapał za uchwyt wózka i obaj wyszli z komnaty, zostawiając rozzłoszczonego detektywa samego. Orest rozwiązał rzemyki od ciasnego kołnierza, po czym podszedł do drzwi balkonowych zza których słychać było ciche pohukiwanie. Uchylił je delikatnie, po czym wyszedł, oparłszy się o misternie zdobiony żeliwny gelender.

— Widzisz w jakie szaleństwo się wpakowałem? — powiedział, spoglądając sowie w jej wielkie, niebieskie ślepia. — A mogliśmy dzisiaj siedzieć spokojnie w Erucie i spacerować po lesie.

W tym momencie detektyw usłyszał, jak do jego drzwi znów ktoś się dobijał. Tym razem nieco spokojniej niż poprzedni interesanci. Przerażony tym co go czeka, zamknął balkon i otworzył z nieufnością odrzwia prowadzące na korytarz. Odetchnął z ulgą. Nie zauważył nikogo na wysokości wzroku co oznaczało, że tym razem gościem musiał być Bernard.

— O rzesz ja pierdolę — Barnaba zmierzył wzrokiem przyjaciela, zadzierając do góry głowę — A Tobie co się stało? Ktoś wrzucił do Twojej komnaty tuzin arystokratów i odpaloną petardę, po czym zamknął za sobą drzwi?

— Tuzin? — parsknął Orest — wyobraź sobie, że do popełnienia tej zbrodni wystarczyło dwóch sprawców. Winnymi są parszywy balwierz oraz krawiec. Za narzędzia kaźni posłużyły im brzytwa i miarka.

— No no… — westchnął niskorosły kompan detektywa — Ale trzeba przyznać, że wyglądasz teraz jak prawdziwy królewicz. Możemy chyba odwołać naszą misję poszukiwawczą. — dokończył, szczerząc się spod gęstego wąsa.

— Ty lepiej uważaj Mały Barnabo, bo zaraz i Ciebie dopadną. — odparł Vizetian.

— Nie ma szans. Na całe szczęście nie mają nic co by odpowiednio zgrywało się z wyjątkowymi proporcjami tego ciała, więc pozwolono mi przyjść we własnym stroju. — z jeszcze szerszym uśmiechem powiedział Kevler — Ten ich cały szambelan powiedział, że na szczęście jestem na tyle niski, że nie będę się rzucać w oczy. Mam Ci towarzyszyć w roli osobistego przybocznego. Będę się zatem trzymać z boku tak, by nie kręcić się oficjelom pod nogami, na co nie zamierzam narzekać. — dodał.

— Czasami Tobie zazdroszczę tej nietypowej postury. — przyznał Erutejczyk.

— No, same plusy. Zamiast kopać mogę też komuś przygrzmocić w jaja prosto z główki. — rzucił rechocząc — No ale dobra, pośmialiśmy się, a ja chciałem Tobie powiedzieć, że wsiadam zaraz na parazaura i jadę na miasto. Chcę się trochę oderwać od dworskiego blichtru. Chciałem zapytać czy dołączysz, chociaż teraz widzę, że dla Ciebie już chyba za późno.

— Chętnie się z Tobą przejadę, tylko przebiorę się pierw z tych fatałaszków w coś bardziej… wyjściowego. W sumie, może odwiedzimy przy okazji Vespucina? Zaoszczędzimy jutro czas.

— Tak też pomyślałem. Ale widzisz, w czasie gdy Ciebie tutaj przerabiali na bóstwo, rozmawiałem z Egaarem. Okazało się, że Siprian obecnie przebywa we Flavigorze w interesach, więc próżno się go spodziewać dzisiaj w stolicy.

— No trudno. W sumie jak już wychodzimy to może zaprosimy Finczera? — zaproponował Orest.

— Niestety, wywiało go z zamku. Akurat wychodził jak go złapałem. Mówił, że jedzie ze swoimi ludźmi do garnizonu, a później miał się jeszcze spotkać z jakimś człowiekiem.

— W takim razie jesteśmy chyba zdani na swoje wyłączne towarzystwo.

Detektyw przebrał się w swój pancerz i poszedł z Bernardem do królewskiej stajni, gdzie czekały na nich zwierzęta. Gestem ręki przywołał jeszcze Teklę, przyglądającą się wszystkiemu z gzymsu. Sowisko zanurkowało w dół i umościło się obok Oresta na łęku siodła. Chwilę później wszyscy wyjeżdżali już główną bramą pałacowego dziedzińca, skierowaną na Północną Altanę. Przejechali kilka ulic, jadąc w stronę kwiztorskiego portu.

— Wiesz może co słychać u Orkana? — podjął Vizetian — Wróciłeś od niego ponad dwa tygodnie temu, a ja ciągle zapominam zapytać.

— Oho… — Kevler spojrzał na niego spod krzaczastych brwi — Czyżby nasz Wielki Śledczy z Północy, egzekutor prawdy i sprawiedliwości oraz pogromca wszelkiego matactwa, zainteresował się z nagła Kieranem Basqitatem, przez bliskich zwanym Orkanem? Skromnym poganiaczem dinozaurów z Ardelii, który w oczach kobiet przyćmiewa nawet naszego Detektywa za sprawą swojego uroku i typowego, akrezyjskiego temperamentu? Cóż Ci uczynił ten młodzian, że obrałeś go za obiekt indagacji?

— Skończyłeś? — westchnął sennie Erutejczyk — Już dzisiaj trafiło się takich trzech, którzy zdołali mnie rozdrażnić z rana. Nie wiem czy starczy mi cierpliwości i elegancji na kolejnego. Poza tym… — dodał przeciągle — Jaki młodzian? Nie zapominaj, że Basqitat to mój rówieśnik!

— No już już, nie chmurz się tak, Detektywie. — niskorosły rycerz wyprostował się w siodle, teatralnie odwrócił wzrok od przyjaciela udając, że przygląda się mijanym zabudowaniom.

— To powiesz wreszcie co u niego? — Orest powtórzył pytanie — Pewnie korzysta z uroków ardelskiej wiosny, co?

— Korzystał, ale chyba znudziły mu się winnice i gaje cytrusowe. Wyobraź sobie, że znalazł nowe zajęcie. Gdy wyjeżdżałem też zbierał się do drogi. Z tego co mi wiadomo to obecnie przebywa w Melicie. Ponoć król Rupert kupił swojej córce Adaretcie młodego pachycefalozaura w prezencie. Pewnie nie zaskoczę Ciebie jak powiem, że nowe zwierzątko niezbyt polubiło właścicielkę oraz jej strażników. Tych drugich zwłaszcza. Kilku z nich nawet poturbował. No a że Kieran przebywał akurat w okolicy, to prędko go najęto do wytresowania paskudy. Wrócił więc do domu po kilka rzeczy, przyjął mnie przy okazji w gości, a potem ruszył dalej przed siebie.

— Jak głupim trzeba być, żeby kupować pachy’ego do pałacu. Przecież one są uparte jak osły. Z tym że zamiast kopyt mają wielki, twardy niczym głaz łeb, którego uderzenie może nawet zabić. Kieran już prędzej nauczyłby posłuszeństwa pierwszy lepszy, przydrożny kamień. — Vizetian wyglądał na szczerze zdziwionego.

— W dupach się ludziom poprzewracało. Sam wiesz że teraz arystokracja coraz częściej szuka nietypowych pupilków. Marzy im się egzotyka po pałacach. I kończą potem pogryzieni, podrapani. Albo z połamanymi żebrami. — Kevler pokiwał z politowaniem głową. — Dobra, tutaj uwiążemy zwierzynę i pójdziemy dalej pieszo. — dodał po chwili, dostrzegając postój pod jedną z portowych tawern, nad którą widniał szyld z napisem „Rybitwa z Altany” oraz niezbyt udanym przedstawieniem graficznym owego ptaka schowanego pod czymś na wzór daszku. Daszek zapewne miał reprezentować Altanę, chociaż w efekcie przypominał bardziej odrapaną szopę.

— Przed bankietem napijemy się czegoś porządniejszego. Tam uświadczymy tylko tuzin win i wszelkie inne, paskudne alkohole, którymi raczy się jaśnie państwo. — zarządził Bernard. Mężczyźni zsiedli na spokojnie ze swoich wierzchowców, po czym weszli do środka, gdzie już w progu przyczepiło się do nich dwóch podpitych typków, wyglądających na miejscowych rzezimieszków.

— Ty, patrz no! — krzyknął jeden przez drugiego — Jaki karzeł! Ciekawe na czym jeździ taki malec.

— Pewnie świnię dosiada. — odpowiedział drugi, obrzydliwie rechocząc — A ten jego koleżka też jakiś pojebany, widzisz jakie ma fioletowe gały? Pewnie jak był młody to się denaturatu nachlał! — dodał po chwili, spoglądając w kierunku Erutejczyka.

— No Orest, trzymaj mnie bo mu zaraz przypierdolę. — rzekł poddenerwowany Barnaba.

— O, nie dość, że maluch to jeszcze jaki pyskaty! — dalej kontynuował jeden z mężczyzn.

— Slav, przestań… — nagle jeden z awanturników pouczył koleżkę — Wiesz kim jest ten purpurooki? Ludziska gadali, że zajechał wczoraj na zamek, jest teraz tym, no… królewskim potęgowanym!

— Protegowanym debile… — mruknął w ich kierunku Barnaba.

— Cicho tam, karzeł! — warknął na niego Slav — Mogą sobie być nawet parą książęcą z Mantaharu. Purpurookiemu odpuszczę, ale i tak obiję mordę temu niziołkowi. — zapewnił śmiejąc się obleśnie.

— Ja ci dam niziołka… — Bernard podszedł do roześmianego oprycha i mocnym ciosem pięści przywalił mu prosto w krocze. Pijak złapał się obiema rękoma w trafione miejsce i uklęknął przed nim z bólu. Gdy wystarczająco obniżył swój pułap, kompan Oresta chwycił śmieszka mocno za włosy, przyciągnął za ucho do swoich ust, po czym powiedział:

— Gdybym miał ochotę pojeździć na świni to już byś miał w mordzie kiełzno. A teraz bierz swojego kolegę pod ramię i wypierdalaj w podskokach, póki jeszcze możesz skakać!

Widząc całą sytuację drugi awanturnik podbiegł do Kevlera.

— Załatwię ciebie z palcem w dupie! — krzyknął w jego stronę towarzysz Slava.

— Myślałem, że będziesz walczył, a nie gadał mi tu o tym co i gdzie sobie lubisz wkładać. — Barnaba odepchnął trzymanego zbira, po czym w kilku ruchach położył tego drugiego. Facet z hukiem został sprowadzony do parteru, podbijając kurz z tawernianej klepki, sycząc po chwili z podłogi. Obydwaj wstali i żwawo na tyle, na ile pozwalał im ich stan, opuścili lokal.

— I żebym was tu więcej nie widział, bo nogi z rzyci powyrywam i rzucę psom! — zagroził na odchodne Bernard, rzucając w ich kierunku kubkiem, który znalazł się w zasięgu jego ręki. Naczynie przeleciało kilka metrów i z gracją odbiło się od głowy Slava. Wraz z echem wydobywającym się z jego czaszki dało się usłyszeć ciche przekleństwa z progu karczmy.

— No no, widzę że tęsknisz nie tylko za porządnym trunkiem, ale i za bitką. — Orest uśmiechnął się pod nosem, obserwując wszystko z boku.

— Nie będą nas znieważać jakieś obszczymury.

— To co z tym piwem? — zagaił detektyw.

— Piwem? — Bernard powtórzył karcącym tonem — Nie ma mowy. Wiesz, że takie chamstwo wzmaga we mnie pragnienie. Karczmarzu, polej nam wódki! — krzyknął w kierunku mężczyzny stojącego za ladą — Tylko nie ciepłej lury. Chcemy schłodzonej gorzałki, takiej prosto z piwniczki, jak nakazał obyczaj gościnności!

— A polejemy, polejemy! Najlepszą jaką mamy. — z entuzjazmem odparł właściciel lokalu — Nareszcie ktoś pokazał tym dupkom, gdzie ich miejsce! Przyjdzie takie łajdactwo i tylko klientów mi płoszy. — dodał zaraz, przyglądając się jednocześnie twarzy Oresta.

— Cóż za wyjątkowy dzień mamy! — krzyknął doniośle, skupiając na sobie i detektywie wszystkie spojrzenia, śledzące ich już bacznie od awantury — Wy musicie być tym pogromcą gadów z Eruty. Ludziska gadają, że ponoć sam król Was zawołał do pomocy, mistrzu. Cóż to się dzieje? Jakaś bestyja grasuje na bagnach? — z zaciekawieniem zapytał, przecierając dzierżony w rękach kufel.

— Tak, dilofozaur. Napada na kupieckie karawany i ludzie giną bez śladu. — odpowiedział wymijająco Erutejczyk.

— Co za parszywe bydlę, żeby żerować tak blisko ludzkich siedlisk! — z oburzeniem stwierdził mężczyzna, po czym dodał:

— No ale cóż. Moja stara nie uwierzy jak jej powiem, że do naszego lokalu zawitał sam protegowany Waszej Wysokości. Za pomoc ma się rozumieć, pierwsza kolejka na mój koszt! — rzekł z serdecznym głosem, znikając po chwili w drzwiach zaplecza.

Towarzysze spędzili w tawernie trochę czasu, jednak nie zabawili tam zbytnio, gdyż chcieli być w dobrej formie na królewskim przyjęciu. Pokręcili się potem trochę po portowych uliczkach, po czym dosiedli swoje wierzchowce i wrócili na zamek. Na miejscu rozstali się celem przygotowania do bankietu.

Gdy Orest był już gotowy, zbliżała się powoli godzina, o której miała rozpocząć się cała uroczystość. Niechętnie ruszył w tą część pałacu, gdzie tłumnie schodziła się już zaproszona szlachta oraz delegacje z poszczególnych państw, będących sojusznikami Jamruty. Sala bankietowa okazała się ogromnym, wysokim na dwie kondygnacje pomieszczeniem. Na jej środku, w dwóch równych rzędach rozciągały się pięknie rzeźbione arkady zakończone łękami podtrzymującymi bielone sklepienie. Pomiędzy nimi powywieszane zostały sztandary, prezentujące herby czterech państw sojuszniczych: Feliharu, Wizetyru, Rudetii oraz Vataraku. Na samym końcu kolumnady na tylnej ścianie wisiała z kolei wielka flaga Jamruty, dumnie rozpościerając się nad najbardziej bogato zastawionym stołem, zapewne przeznaczonym dla najważniejszych gości. Pomiędzy tym wszystkim stały stoły dla pozostałych zaproszonych, zaś w centralnym punkcie sali znajdował się wielki, ogólnodostępny bufet. Najwidoczniej Orest przybył jako jedna z ostatnich osób, bo na przyjęciu zdążył się już zebrać ogromny tłum, reprezentujący przekrój arystokracji od północy po zamorskie południe. Przedstawiciele z Trójni podobnie jak detektyw byli odziani w eleganckie dublety, zaś jamrucka szlachta prezentowała się w bogato zdobionych kontuszach z karabelami u pasa. Najmniej liczną grupą była delegacja z Feliharu, jednak to właśnie jej przedstawiciele wyróżniali się najbardziej spośród gości. Oficjele byli ubrani w nieznane Erutejczykowi kaftany, które wbrew północnemu fasonowi nie posiadały rękawów, okazale prezentując ramiona noszących. Były to stroje niezwykle kolorowe, a każdy z nich posiadał swoją unikalną, dopasowaną paletę barw. Wszystkie jednak akcentami krążyły wokół przewodniego motywu bieli, zieleni i złota. Sięgały one swoim posiadaczom niemalże do kolan. Spod tego górnego ubioru wyłaniały się szerokie szarawary. Znacznie skromniej lecz równie szykownie prezentowała się ich służba, ubrana w białe, bawełniane kandury z ciemnoszmaragdowymi kefijami na głowach, przypominającymi chusty. Feliharyjscy dygnitarze brylowali więc pośród północnej dyplomacji nie tylko elokwencją, ale również wyglądem rodem z baśni i legend. Z tej zróżnicowanej ciżby wyłonił się szef wywiadu, który zauważając Vizetiana podszedł do niego szparkim krokiem.

— No no, dziwnie się na Ciebie patrzy jak jesteś w dublecie. Zupełnie jakbym rozmawiał z dyplomatą z wyższych sfer. Co prawda nasi wyżej urodzeni chętniej ubierają kontusze z żupanem, ale w takiej kreacji również skradniesz serce niejednej damie. — rzekł Finczer z ironicznym uśmieszkiem pod nosem.

— No właśnie, skąd ta dziwna moda pośród Waszej szlachty? Gdy jeszcze bywałem w Rozwidlu, nikt nie nosił takich fikuśnych fatałaszków.

— Widzisz, takich czasów doczekaliśmy. Z tego co mi już o Tobie wiadomo, jesteś znawcą legendy o Mgławicy Szczęk. Kojarzysz więc z pewnością, że traktuje ona między innymi o zaginionych we mgle księstwach, pradawnych wielkich nacjach i innych mitycznych zjawiskach o których nam się nie śniło. Wśród tych nacji mieli znajdować się również zauromaci. Lud słynący z walecznego ducha, honoru i jeśli wierzyć dawnym bajaniom, niezmierzonej, nadprzyrodzonej mocy. Tym sposobem nasza niedowartościowana i zakompleksiona szlachta ostatnimi czasy zgodnie ustaliła, że wywodzi się właśnie od tychże zauromatów. Postanowili więc kultywować tradycje rzekomych przodków i manifestować je między innymi egzotycznym ubiorem. A odkąd z Feliharu przypływają do Jamruty statki pełne najróżniejszych zamorskich tkanin i wzorów to stało się to niezwykle proste.

— Z tego co mi wiadomo, legenda głosi, że zaginione ludy pochodzą z terenów dalekiego południa Imperium. — wtrącił Orest — Nijak ma się to do położenia Jamruty.

— Spokojnie, na to wyobraźnia naszej szlachty również znalazła wytłumaczenie — parsknął Egaar — Dopowiedzieli sobie, że wszystko jest zasługą wielkiej migracji, pojawienia się drapieżnych stworów i setki innych powodów. I tak oto wyłania nam się obraz współczesnego jamrutejskiego paniczyka. Zdobiona szabelka z południa, głowa wystrzyżona po bokach na jeża. No i oczywiście nieodzowny element ubioru w postaci frędzlowanych kutasów zwisających przy biodrze. A jak głosi prastare, męskie prawidło rywalizacji — im kutas większy, tym lepiej świadczący o randze i majątku posiadacza.

— Nie wiem czy w tak znamienitym towarzystwie, pośród tych wszystkich dam przystoi nam dysputować o wyznacznikach rangi i wielkości. — z przekąsem odparł detektyw.

— W rzeczy samej. — zgodził się szef wywiadu — Musisz wiedzieć, że byłem dzisiaj na mieście i zdobyłem nowe informacje w naszej sprawie, ale więcej na ten temat powiem Tobie później. Dzisiaj dobrze się najedz i napij, bo coś mi mówi, że przez najbliższych kilka dni, jak nie tygodni, nie będziemy mieć okazji na przyjemności. — dodał po chwili.

Mężczyźni kierując się w stronę swojego stolika dostrzegli dwóch oficjeli z Feliharu, najwidoczniej szczególnie ważnych, otoczonych wianuszkiem służących oraz czwórką strażników. Pierwszy z nich był przystojnym młodzieńcem o ciemnej karnacji. Ubrany był w białe szaty z oliwkowozielonymi akcentami. Podobnej barwy była też szamerowana złotem peleryna, wisząca na jego plecach. Przy biodrze miał z kolei przewieszoną egzotyczną, bogato zdobioną broń, przypominającą nieco nóż. Orest rozpoznał w niej jatagan, bardzo typowy dla południa krótki oręż. Głowę młodzieńca zdobił turban, formą ułożenia podobny do chaperonu. Drugi z mężczyzn był znacznie starszy, z jego pomarszczonej twarzy na klatkę piersiową opadała długa, siwa broda, na głowie zaś dominowała łysina i wyłaniające się gdzieniegdzie starcze plamki. Jako jedyny z grupy Feliharyjczyków skrywał ramiona pod rękawami, wyszywanymi w roślinne wzory.

— Widzisz tych dwóch? — Finczer szarpnął Oresta za ramię — Ten młody to brat feliharyjskiego władcy, książę Settaharan akh Fellahep. — rzekł, dziwnie charcząc przy wymawianiu nazwiska, najwyraźniej sprawiającego mu trudności. — Ten z brodą to z kolei Farayah Tesha-maara. Niegdyś był doradcą na dworze Fenrira, ojca księcia, jednak gdy tron przejął jego starszy brat Yassir, dotychczasowe stanowisko Farayaha zostało poddane suspensie. W zamian przydzielono mu funkcję ambasadora. Wtedy też na stałe osiadł w Kwiztorii. Chodź, przywitamy się. — zaproponował.

Panowie podeszli w kierunku delegacji, kłaniając się nisko z szacunkiem.

— Wasza Mądrość, Ekscelencjo. Chciałem Panom przedstawić swojego współpracownika, Oresta Vizetiana. — Finczer podjął z uniżeniem w kierunku mężczyzn.

— Słynny specjalista z Eruty. Król Vegraff wspominał mi ostatnio o Tobie. — odpowiedział Farayah z wyraźnym, obcym akcentem.

— Save alaykum Paho’gozla. — rzekł w kierunku mężczyzn Settaharan.

— Niestety nie mówię po feliharyjsku. — Erutejczyk skierował swój wzrok na ambasadora.

— Książę przywitał się słowami oznaczającymi w zauryjskiej mowie „Pokój z Wami, purpurooki”. — wyjaśnił dyplomata.

— W takim razie mógłbym Pana prosić o przywitanie się z królewiczem w moim imieniu?

— To nie będzie konieczne, Mości Panie. — książę odezwał się tym razem w języku zauryjskim. Jego akcent w odróżnieniu od Tesha-maary był zdecydowanie bliższy północnemu. — Przez wiele lat studiowałem niedaleko stąd, w Akademii we Flavigorze. Wasza mowa nie jest mi zatem obca. — dodał, prezentując garnitur śnieżnobiałych zębów.

Rosły niczym żerdź książę urzeczywistniał swą fizjonomią wyobrażenia o dobrze urodzonych młodzieńcach z południa, znane z licznych legend i podań, którymi zaczytywał się w dzieciństwie również sam Orest. Jedynie jego oczy nie pasowały Erutejczykowi do reszty. Chytre oczy pełne niewyjawionej tajemnicy, nijak nie wpisujące się w niewinną, śniadą twarzyczkę młodego emira. Wpatrujące się w sposób, który nakazywał unikać jego wzroku, przeszywające na wskroś.

— W takim razie cała przyjemność po mojej stronie, Książę. — Vizetian uśmiechnął się najgrzeczniej jak potrafi, po chwili kontynuując:

— Słyszałem sporo opowieści o Waszym państwie. To prawda, że w Waszych stronach królom buduje się ogromne grobowce na pustyni?

— Budowało. Nasi przodkowie wznosili piramidy jako miejsce pochówku najpotężniejszych fellahów. Jednak ostatnia z pięciu powstałych liczy sobie ponad tysiąc lat. Jest więc niewiele młodsza od ruin pozostałych po dawnej cywilizacji, na których wybudowano choćby to miasto. — wytłumaczył z elegancją Settaharan.

— Zawsze mnie zastanawiało, jak ludzkie ręce były w stanie wznieść takie budowle. — wtrącił się Finczer.

— Zasadniczo to po prostu kładli kamień na kamieniu. — feliharyjski królewicz wzruszył ramionami z wyraźnie irocznicznym wyrazem twarzy.

— No tak. — przytaknął Egaar, nieco się mieszając — Szczerze mówiąc myślałem, że na bankiecie pojawi się siostra Waszej Mądrości. — wyznał po chwili.

— Niestety, Jaimini nie ucieszy tego wieczoru Pańskich oczu — oczy księcia błysnęły dziko — Tak się złożyło, że została wydana za mąż sułtanowi Pretopii i Batrah, Miramadisowi. W związku z tym ja przejąłem funkcje reprezentacyjne.

— Rozumiem. Korzystając z okazji, chciałbym zapytać. Jak postępują prace nad nową umową handlową między naszymi królestwami? Jakieś kwestie szczególnie zainteresowały Waszą Mądrość?

— Drogi Egaarze, po cóż się tak krygować? Na pokaz? — Seth zmierzył go wzrokiem — Jesteś jedną z ważniejszych figur tutejszego wywiadu. Każda umowa przechodzi więc prędzej przy później przez Twoje ręce, choćby do samego wglądu. No ale skoro już pytasz mnie osobiście to wiedz, że zostało nam wiele do dopracowania. Jesteśmy pozytywnej myśli, że król Vegraff rozpatrzy nasze propozycje. — młody emir spojrzał na Farayaha, który pokiwał twierdząco głową. — A skoro o królu mowa, musimy Panów przeprosić. Mamy bardzo ważne kwestie do omówienia z Szanownym Orenholmem. — stwierdził, ponownie otrzymując potwierdzenie w spojrzeniu ambasadora. Obydwaj mężczyźni oddalili się od swoich rozmówców w kierunku głębszego sektora sali, na której aż tętniło od dyplomatów, arystokracji i różnego rodzaju urzędników z zebranych państw. Było to jedno z ostatnich miejsc w których spodziewał się być Erutejczyk. Ostatni bankiet, w którym uczestniczył, a raczej na którym zjawił się już później, nie zapisał się w kartach historii pozytywnymi literami. Ogromna uczta na terenie Akrezji, zorganizowana z okazji otwarcia wielkiej winnicy, zakończyła się zmasakrowaniem większości gości przez karnotaura, zwabionego hałasem biesiadników. Wtedy jednak rola Oresta ograniczyła się do prowadzenia śledztwa na miejscu już po całym zajściu, gdzie ostatecznie odegrał też ważną rolę w wytropieniu bestii. W jego szczerym przekonaniu były to o wiele przyjemniejsze zajęcia, niż perspektywa uczestniczenia w tego rodzaju przyjęciu. Dzisiaj noc ataku jaszczura jest znana jako Masakra w Ardelii. Kilka kolejnych lat musiało minąć, zanim ktoś odważył się zorganizować w tamtych stronach wydarzenie o podobnej skali. Wspomnienia jakie pozostały w głowie detektywa, widok poćwiartowanych zębiskami ciał porozrzucanych pośród połamanych stołów sprawiły, jak zwykł mawiać, że duże uroczystości nie kojarzą mu się z niczym przyjemnym. Oczywiście była to tylko wymówka. Kto poznał go wystarczająco dobrze ten wiedział, że takie sceny nie poruszały go zbytnio, stanowiły przecież codzienność w jego pracy. Prawdziwymi źródłami niechęci Oresta do bankietów jest tak naprawdę ich specyfika. Detektyw nigdy nie przepadał za rozmówkami na temat polityki, które w takich okolicznościach przypadają zwykle w asyście podłego alkoholu, raczącego po prawdzie arystokratyczne podniebienia, na Erutejczyka zaś działającego odstraszająco.

— Oreście, pozwól że i ja Ciebie opuszczę. Chciałem zamienić kilka słów z Vegraffem zanim wejdzie na salę by mierzyć się z niewygodnymi pytaniami podpitej dyplomacji. — Finczer skłonił się lekko — Ale spokojnie, myślę że znajdziesz sobie dobre zastępstwo na ten czas. W razie co będę potem przy naszym stole. — dodał, wskazując subtelnie gestem głowy w kierunku jednego z wejść.

Detektyw spojrzał we wskazaną stronę i dostrzegł znajomą twarz, której posiadaczki nie pomyliłby z nikim. Orest rzadko kiedy czuł zawstydzenie i stres, jeszcze rzadziej miewał przyjemne mrowienie w okolicach brzucha, które podlotki często określają mianem pierwszego zauroczenia. Jednak gdy rozchodziło się o tę kobietę, zwykle odczuwał wszystkie naraz. W jednym z trzech holi prowadzących na salę, wraz z Barnabą stała i zaciekle dyskutowała ona. Ivone Rhenett Anna Jovan, przez znajomych znacznie częściej nazywana Irą bądź Irają. Partnerka Erutejczyka. Choć być może bardziej przystoi określać ją mianem byłej partnerki. Orest od lat był z Irą w dosyć skomplikowanej relacji. Kobieta była jedyną osobą, z którą rozstania i powroty zdawał się traktować jako normalność, albo raczej chichot losu. Nie zdziwił go fakt, że pojawiła się na kwiztorskim dworze, w końcu była doradczynią samego króla Syrgyta. Nie przeszkadzało jej to w równoczesnej posłudze jako zaklinaczka i nadworna medyczka. Ivone była wszakże symbolem piętnastowiecznej emancypacji.

Detektyw nie mógł przestać na nią patrzeć, zawsze go intrygowała całą sobą. Była również zjawiskowo piękna, czego oczywiście nie starała się nigdy w żaden sposób ukrywać. Kobieta jak zwykle była ubrana niezwykle gustownie, z godną siebie elegancją. Niebieska, długa suknia idealnie skrojona pod jej wąską talię, podkreślała wszystkie walory sylwetki. Przód sukni dosyć głęboko eksponował dekolt, z kolei po bokach kreacja miała rozcięcia pozwalające obserwować długie, zgrabne nogi. Górę zdobił tartanowy kubrak, w wyrafinowany sposób łączący w sobie kolory zieleni oraz błękitów, zaś na wysokości barków zakończony białym kołnierzem z lisiego futra. Na ramiona miała spuszczone nienagannie zadbane, złote blond włosy, w które wpięta była biała spinka w kształcie kwiatu lotosu. Na szyi zaś dumnie prezentował się naszyjnik z medalionem wyobrażającym głowę kota, migoczący szafirowymi oczami po sali. Orest podszedł do dwójki bliskich osób, które najwidoczniej już na początku przyjęcia zdążyły się posprzeczać, co często miały w zwyczaju.

— Ivone, ja naprawdę przepraszam, bo może nie wypada wyrażać się tak w kierunku damy, ale nie mogę słuchać jak kolejny raz snujesz te swoje dziewczęce wizje o zjednoczeniu, więc pozwól że wprowadzę Ciebie w dorosły świat. — powiedział z poważnym jak na siebie tonem Barnaba — Trójkąciki może i wyglądają kusząco w fantazjach małych dziewczynek, ale Ty jesteś już dojrzałą kobietą. Może nie wiesz, ale one zawsze kończą się tym, że dwoje ludzi dobrze się bawi, spijając sobie z dzióbków całą rozkosz. Trzecia osoba zas objada się smakiem, zupełnie pominięta. I tak oto gdy Vatarak błądzi rączkami pod suknią Rudetii, Wizetyr jedynie się przygląda. Przyznasz sama, do dupy z takim układem. Wiem że przedstawiam sprawę dosadnie, ale znasz mnie, co na języku to z serca.

— W takim razie pełno dup magazynujesz w tym sercu. — rzekła zirytowana Ira.

— Najwidoczniej już zdążyliście wymienić wzajemne uprzejmości — wtrącił się Orest — Barnabo, na trzeźwo jesteś straszliwie uszczypliwy. Może pójdziesz po jakiś alkohol dla nas?

— W sumie to dobry pomysł, bez pomocy okowity nie jestem w stanie wysłuchiwać tych wszystkich bredni. Myślisz że na tym bankiecie polewają jamrucką żytnią? — spytał Kevler, po czym wyruszył w kierunku bufetu umieszczonego po środku sali.

— Widzę, że Bernard znowu zaczął temat polityki. — Vizetian zwrócił się do kobiety.

— Zaczął niewinnie od pogody w Erucie z ostatniego tygodnia. Zanim się spostrzegłam już sobie używał, narzekając w swój mało wysublimowany sposób na Trójnię. Nie umknął mu również fakt, że północne państwa są dzisiaj reprezentowane głównie przez delegację z Rudetii, czemu dał niezadowolenie. W typowy dla siebie, chamski i wulgarny sposób, co zresztą słyszałeś.

— Znasz go, taki już jest. Ale nie o tym chciałem z Tobą rozmawiać. Ivone… — Erutejczyk zaczął, próbując niepewnie zmienić temat — Pięknie dziś wyglądasz. Twój strój idealnie podkreśla błękitne oczy.

— Ach Orest, Orest… brakowało mi tych Twoich niezdarnych komplementów. — odpowiedziała z lekkim błyskiem w oczach.

— Dawno nie widziałem ani Ciebie ani Artura. Co u niego słychać? — spytał jeszcze niepewniej.

— A cóż to? Czyżby obudził się w Tobie nagle ojcowski instynkt? — na wymalowane poziomkową pomadą usta kobiety wylał się grymas.

— Nie zaczynajmy… — odparł smętnie Erutejczyk — Wiesz, że nie widziałem go od bardzo dawna z różnych przyczyn. Głównie przez swoje obowiązki. Chciałem tylko wiedzieć jak mu się wiedzie w życiu, czym się aktualnie zajmuje.

— Jeśli to tak Ciebie interesuje to wiedz, że ma się dobrze. Skończył niedawno nauki zaklinania. Terminował u Voltemeusza w Teutoburze. Bardzo chwalą sobie talent Artura, dostrzegają w nim wielki potencjał na intencjonalistę. Z ludzkim umysłem zawsze pracowało mu się lepiej niż ze zwierzętami.

— Naprawdę posłałaś go na studia w głąb Imperium? — detektyw spytał z niepokojem — Jeśli już koniecznie musiał uczyć się w Kwegarianie to mógł przecież pójść do męskiej szkoły w Ibrze.

— Ibra? — parsknęła Ivone — Żeby zrobili z niego chełpliwego, impertynenckiego dupka pokroju tego Twojego znajomego, Zapadki? Chyba postradałeś zmysły, Orest.

— Archibald nigdy nie był dobrym przykładem ani wizytówką uczelni. — zgodził się detektyw.

— Zapadka nie jest dobrym przykładem ani wizytówką niczego. — skorygowała Ivone.

— Nie będę się spierał. — przyznał, wzruszając ramionami — Powiedz mi lepiej, czy ten cały Mordeusz jest przynajmniej dobry?

— Voltemeusz — poprawiła go zaklinaczka — Jest jednym z najlepszych. To były rektor Ervitrejskiej Akademii. Ma fach w ręku. Udało mu się nawet poskromić nieco ten dziki i butny temperament Artura, odziedziczony zresztą po Tobie.

Erutejczyk nie zareagował na swarliwy komentarz kobiety, nie chcąc dawać jej satysfakcji. Znała go jednak na tyle, by dostrzec małe gesty wykonywane przez ciało. Widziała, że się rozzłościł, oczy zabłyszczały jej delikatnie.

— Skoro zakończył nauki, to czym teraz się zajmuje? — kontynuował Vizetian.

— Aktualnie podróżuje po południu Imperium. Z tego co mi wiadomo najął się w roli nadwornego zaklinacza u jakiegoś księcia.

— No no… — detektyw pokiwał głową — Kariera w polityce. Widać, że idzie w Twoje ślady.

— Lepiej iść tą drogą, niż babrać się po pas w gównie, ciągnąc na linach cielę kolejnego triceratopsa. — odparła, spoglądając na niego wymownie — Zresztą, nie tylko ja param się polityką. Z naszej dwójki to Ty uganiasz się właśnie za zaginionym królewiczem w trakcie gorejącej wojny.

— Wiesz o wszystkim? — Orest zmrużył podejrzliwie oczy — Chyba nie podebrałaś mi ukradkiem wisiora z grenafrytem, by móc czytać mi w myślach?

— Naprawdę Orest, myślisz że mogłabym?

— A nie?

— W sumie to tak, mogłabym. — odpowiedziała z pewnym siebie wyrazem twarzy — Ale nie musiałam. Jako doradczyni Syrgyta mam dostęp do wielu informacji, zapomniałeś?

— Czyli król Rudetii również wie o porwaniu Księcia?

— Oczywiście, że wie. Vegraff sumiennie wywiązuje się z obowiązków dyktowanych sojuszem. Jednym z nich jest absolutna szczerość z Syrgytem w sprawach, które mogłyby ważyć na dobru obydwu stron, a co ważniejsze, racji stanu. Gdy tylko książę Florian zniknął w trakcie podróży, Orenholm niezwłocznie nas o tym poinformował. Nie tylko o tym zresztą. Poinformował nas również, że planuje nająć Ciebie do poszukiwań. Nie ukrywał, że wiąże wielkie nadzieje ze słynnym śledczym z Eruty. Ale wiedz, że ja byłam temu przeciwna.

— Wątpisz, że dam radę w tej sprawie? — spytał nieco zaczepnie.

— Nie. Słyszałam po prostu czym stary Orenholm postanowił Ciebie kupić. I to mi się nie podoba.

— Nie dziw mi się, że przyjąłem zlecenie w zamian za informacje o Terrivaldzie.

— Dziwię się, że mimo tylu lat nadal jedziesz na oklep w pogoni za tym szaleństwem.

— Nie wszczynajmy znów tej samej awantury. — poprosił mężczyzna — Opowiedz lepiej, jak się Tobie powodzi na dworze Syrgyta? Musisz być bardzo zajęta, bo od dawna próżno Ciebie wypatrywać na stokach Gunatry. Zaczynam odnosić wrażenie, że unikasz Eruty. Od trzech lat nie jestem na szlaku, a przez cały ten czas nie widziałem Ciebie ani razu.

— A dziwisz mi się? — zaklinaczka pokraśniała ze złości — Słyszałam, że spędzasz miłe chwile z jakąś podrzędną, ubierającą się jak facet najemniczką. Nie chciałam Tobie przeszkadzać ani wyjmować obcych kudłów z materaca… — zaklinaczka skrzywiła się, złożyła dłoń w pięść.

— Wiesz, że to stara i dawno zakończona sprawa… byłem wtedy na bardzo długiej wyprawie i potrzebowałem uciec myślami od pracy. Zresztą, był to jednorazowy wyskok w czasie, gdy dałaś mi jasno do zrozumienia, że z nami koniec… Nigdy też nie zaprosiłem jej do Wizetyru. — Vizetian próbował się tłumaczyć, jednak z marnym skutkiem.

— Przestań Orest… zakończmy lepiej temat zanim Ty powiesz coś głupiego w stylu: „Przy niej dopiero zrozumiałem jak bardzo Ciebie kocham”, a ja będę zmuszona zmarnować kieliszek naprawdę dobrego wina, rozbijając go Tobie na głowie. — Ivone zacisnęła palce na szkle, które wydawać by się mogło, pękłoby przy odrobinie większej sile.

— Widzę, że Bernard wraca i chyba trzyma w ręce butlę wódki, więc najwidoczniej masz już zajęcie na następne godziny. Ja w takim razie wracam do króla. Jak już zauważyłeś, jestem w pracy. Zresztą, jakoś straciłam ochotę na dalszą rozmowę z Tobą, bo i tak do niczego sensownego nie prowadzi. — dodała, po czym zgodnie ze swoimi słowami oddaliła się od detektywa, zostawiając go z niskim kompanem, który najwidoczniej słyszał rozmowę kochanków, a przynajmniej wystarczającą jej część.

— Wiesz Orest, że średnio się dogaduję z tą Twoją Ivone. Lubimy się niewiele bardziej, ale po prawdzie jedno muszę jej przyznać. Tą akcją z najemniczką zjebałeś sprawę po całości. — rzucił wprost Barnaba.

— Nie dodawaj mi kolejnych kazań. Pewnie słyszałeś, że i tak już nieźle mi się oberwało. — Vizetian odpowiedział z powagą. — Ech, nigdy nie zrozumiem kobiet. — dodał smętnie po chwili.

— No oczywiście, że nie. Tropiciel z Ciebie wyborny, na jaszczurach znasz się jak nikt, ale gdy przychodzi Tobie podejmować decyzję w sprawie związku, czy też szczerze pogadać o uczuciach, to nagle robisz się tępy jak końska kulbaka. — zaśmiał się niskorosły towarzysz Erutejczyka, kiwając jednak głową z politowaniem. — Ale spokojnie, jak się ze mną napijesz to wytłumaczę Ci jak działa dorosły świat i obecne w nim stosunki damsko-męskie.

— Na dziś mam chyba dosyć wszelkich stosunków. Chodź już lepiej do stołu, Egaar pewnie na nas czeka z suchym dnem kieliszka. — stwierdził Orest, po czym udał się z przyjacielem w kierunku agenta wywiadu. Mężczyźni zdążyli dojść do towarzysza z Jamruty, gdy na sali rozległ się dźwięk trąbki, nawołujący gości do zajęcia swoich miejsc. Po chwili gromkim krokiem wszedł król z dworską świtą, po czym zasiadł przy swoim stole na honorowym miejscu, centralnie pod oranżowym sztandarem. Usiadł tylko na chwilę, bo zaraz potem wstał i rzekł w stronę zebranych:

— Spotkaliśmy się tutaj, by uczcić nasz sojusz. Czasy są ciężkie, wojska Ermantrauda wciąż naciskają, ale nie poddamy się Imperium! — jego głos niósł się echem po sali — Wierzę, że nasze stosunki, zarówno polityczne jak i handlowe, pomogą nam położyć kres czerwonej dyktaturze. Wznieśmy więc kielichy w górę! Za współpracę oraz za nasze królestwa! — krzyknął doniośle, dzierżąc w dłoni swój bogato zdobiony roztruchan. Po chwili wszyscy biesiadnicy szybkim haustem opróżnili czarki z alkoholu.

— Wyśmienity korzenny trunek… chociaż nieco bardziej gorzkawy niż zwykle. — Finczer rzekł w stronę Oresta, jednocześnie odstawiając kielich.

Goście gwarnie zasiedli przy stołach, spoglądając ze smakiem na przygotowaną rogaciznę i inne specjały dworskiej kuchni, gdy nagle spośród brzdęku sztućców i radosnych rozmów wyróżnił się jeden dźwięk, mianowicie metaliczny trzask, zupełnie jakby ktoś cisnął tacą czy czymś podobnym o kafle zamkowego pawimentu. Był on na tyle wyraźny, że oczy wielu uczestników uczty powędrowały za nim szukając źródła hałasu. Okazało się, że był to kielich wypuszczony z ręki księcia Settaharana, który zamiast zasiąść z pozostałymi do stołu osunął się na ziemię. Niedługo potem zaczął się trząść, panicznie walcząc z brakiem tchu. Z jego ust sączyła się piana, zupełnie jakby wezbrał w nich sztorm.

— Gdzie jest medyk?! — zapytał głośno Farayah, który podtrzymując głowę księcia starał się częściowo udrożnić jego drogi oddechowe. Bezskutecznie.

— Odsuńcie się wszyscy! — krzyknęła przedzierając się przez tłum Ivone.

— Co doradczyni Syrgyta może wskórać, tutaj potrzebny jest lekarz! — ryknął na nią ambasador.

— Z wykształcenia jestem medyczką, więc zamiast oceniać moją przydatność sam się na coś przydaj i zejdź mi z drogi! — odwdzięczyła się Jovan. Jej uwaga wyjątkowo nie przypadła do gustu feliharyjskiemu dygnitarzowi. Postanowił jednak ustąpić. Ivone klęknęła przy księciu, który nabierał każdy kolejny wdech z coraz większym trudem, patrząc na nią z przerażeniem.

— Orze… orzechy! — wymamrotał ostatkiem sił królewicz. Kobieta słysząc to otworzyła mu szeroko usta i wepchnęła głęboko w szlacheckie gardło dwa palce, prowokując tym samym wymioty. Jednak w niczym to nie pomogło. Po chwili mężczyzna dostał jeszcze mocniejszych drgawek. Zwrócił oczy do góry eksponując białka, po czym przestał oddychać.

Zaklinaczka trwała przez chwilę w zawieszeniu, patrzyła przed siebie pusto. Ocknęła się. Jeszcze przez kilka minut bezskutecznie próbowała przywrócić księciu krążenie i oddech, pierw w sposób konwencjonalny. Gdy nie dało to pożądanego efektu, zerwała z głowy Settaharana turban skrywający grenafryt, minerał chroniący umysł noszącego przed wpływem zaklinaczy, po czym spróbowała uratować królewicza poprzez hiperstymulację. Jednak i ona w niczym nie pomogła. Widząc, że jej poczynania nie przynoszą żadnych skutków poddała się.

— Niestety, nic więcej nie mogę zrobić… — westchnęła jednocześnie ze smutkiem i złością. Najgorsze co może spotkać lekarza to patrzeć jak pacjent umiera mu w rękach.

— Co się stało królewiczowi? — spytał Orest, który w międzyczasie zdołał znaleźć się wystarczająco blisko.

— Wstrząs anafilaktyczny, rodzaj silnej reakcji alergicznej. Nie miałam jak mu pomóc. Medycyna jest bezradna wobec tak mocnych alergii, a hiperstymulacja też nie przyniosła efektów. — dodała smętnie medyczka.

— Skrytobójstwo! — krzyknął rozwścieczony Farayah. — Na twojej uczcie Orenholm! Odpowiecie za to! — dodał patrząc na króla, który ewidentnie nie spodziewał się całej sytuacji.

— Jesteśmy tutaj dla uczczenia naszej współpracy, jaką korzyść miałbym w otruciu Settaharana?! — powiedział wzburzony Vegraff, gestem ręki przywołując do siebie trzech pobliskich halabardników. Jego uwadze nie uszedł bowiem fakt, że feliharyjscy protektorzy księcia również zdążyli dobrać szable.

— Uspokójcie się wszyscy! — krzyknął Erutejczyk przerywając kłótnię, która zapewne za chwilę przerodziłaby się w krwawą bitwę. — Wasze sprzeczki nie przywrócą królewicza do życia. Teraz najważniejsze jest ustalenie jak do tego doszło. — dodał uspakajając nieco swój ton.

— Książę wspomniał przed śmiercią o orzechach. — wtrąciła Ivone.

— Mówił dokładniej o jakich? Czy może chodziło o orzechy Rahira? — ambasador Feliharu zapytał ze zdziwieniem.

— Waszmość zna tę roślinę? — Orest spojrzał na prominenta.

Słysząc to wszystko Finczer kazał dwóm sługom przelać jeden antałek z pitym trunkiem przez sito. Po wykonaniu tej czynności na siatce odłożyły się przyprawy typowe dla tego typu wina. Jednak wśród goździków i lasek koryfeńskiego cynamonu leżały nieznane nikomu, kuliste nasiona. Egaar wziął jedno z nich do ręki i rozgniótł w palcach. Gorzkawy aromat momentalnie uniósł się w powietrzu, przeszywając nozdrza najbliżej mu zebranych gości.

— To niemożliwe! — krzyknął oburzony Feliharyjczyk — Nie eksportujemy tej rośliny w żadnej formie poza granice naszego państwa. Pędy oraz orzechy Rahira są używane jedynie w celach religijnych, jako składnik dodawany do kadzideł. To święta roślina. Jej dym według naszych wierzeń zapewnia szczęście i błogosławieństwo. Nieprzeznaczone dla innowierców — wytłumaczył.

— Właśnie widzę. Dla księcia chyba zabrakło tego błogosławieństwa. — stwierdził sceptycznie Orest.

— Zamilcz zanim powiesz zbyt wiele Paho’gozla! — wypluł niemalże z siebie Farayah.

— Skoro nie eksportujecie tych orzechów to skąd wzięły się w naszym winie? — zapytał rozwścieczony Vegraff, któremu cała sytuacja nie była na rękę.

— Ktoś musiał przywieźć je statkiem na którym podróżował Settaharan. Zabójca musi pochodzić z naszych stron! — stwierdził z niedowierzeniem ambasador.

— Najwidoczniej posiadacie w swoich kręgach szpiega z Imperium, bo kto inny mógłby zechcieć uderzyć w nasz sojusz w tak perfidny i paskudny sposób? — odparł król Jamruty, próbując wciąż z marnym skutkiem uspokoić swój ton.

— To niemożliwe. Zawsze dokładnie sprawdzamy służbę uczestniczącą w podróżach naszej dyplomacji. — próbował wyjaśnić Farayah. Chwilę później zawiesił swój wzrok na biodrach martwego królewicza, po czym ku zdziwieniu zebranych padł na kolana. Zaczął nerwowo szukać czegoś pod stołem, przy którym jeszcze przed chwilą siedzieli.

— Czego Ekscelencja tak szuka? — dopytał cicho jeden z przybocznych mu Feliharczyków.

— Rodowy jatagan! — krzyknął Tesha-maara — Ten skurwiel nie tylko otruł księcia, ale również go okradł!

Jak się okazało, w całym zamieszaniu ktoś zdołał zabrać odziedziczony po fellahu Fenrirze oręż, wprost z ciała Setha. Wszyscy patrzyli zdumieni na całą sytuację, nikt nie mógł uwierzyć, że w takim tłumie niezauważenie doszło do kradzieży. Farayah wstał i zmierzył wzrokiem swoich ludzi.

— Gdzie jest ten starzec, lokaj który był z wami jeszcze przed chwilą?! — zauważył. Jedna ze służek zaczęła z nim rozmawiać po feliharyjsku, sądząc po tonie oraz twarzy kobiety, nie była to zbyt przyjemna konwersacja. Po chwili ambasador machnął na nią ręką wykrzykując, na co służąca wybiegła z płaczem z sali.

— Fahise! — przeklął po chwili. — Musimy znaleźć tego nędznika! Osobiście doprowadzę go przed oblicze fellaha i przytrzymam jego mordę, gdy będą mu zalewać gardło smołą! Bóg Oxyr nie będzie miał dla niego litości, gdy stanie przed ostatecznym sądem!

— Ambasadorze, zdaje się, że musimy porozmawiać na osobności. — stwierdził Vegraff, po czym spojrzał na swoje straże.

— Zabrać z sali ciało Settaharana i przygotować do drogi! — zarządził.

— Gdzie niby chcecie go zabrać?! — zdziwił się Farayah.

— Do Flavigoru. Tam moi specjaliści dokonają sekcji i przygotują królewicza, by dotarł w godnym stanie do Feliharu. — wytłumaczył władca. Po chwili król wyszedł z sali ze swoimi ludźmi, a wraz z nim delegacja z południa oraz najważniejsi przedstawiciele Trójni. Szambelan na rozkaz swojego monarchy ogłosił koniec spotkania, przeprosił wszystkich za zajście i prosił o opuszczenie sali balowej, która stała się właśnie miejscem paskudnej zbrodni. Wśród gości opuszczających pomieszczenie znalazł się również sam Orest z Bernardem, którzy zostali pozostawieni przez Finczera, towarzyszącego swojemu władcy.

— Orest, nie zdążyłem się porządnie napić, a na trzeźwo to zbyt wiele jak dla mnie. — odparł Barnaba — Jak masz ochotę, to możemy kontynuować wieczór w moim pokoju, nie ukrywam że chętnie bym się teraz rozluźnił przy pomocy dobrego napitku.

— Wybacz, ale chyba nie powinniśmy się rozpijać w obecnej sytuacji. Wrócę do siebie. — stwierdził detektyw.

— No dobra, w takim razie widzimy się jutro. — niskorosły rycerz rzekł z zawodem, po czym ruszył w kierunku skrzydła pałacu, w którym mieściła się jego komnata. Erutejczyk uczynił to samo, jednak nie zdołał zajść zbyt daleko. Z jednej z sal znajdujących się obok tej bankietowej wyszła Jovan, na której twarzy malowało się zdenerwowanie i niepewność. Podeszła do mężczyzny, pociągnęła go za rękaw w bardziej ustronny kąt i zaczęła:

— Orest, muszę Tobie coś wyznać. — w oczach Ivone można było dostrzec dosyć nietypowe dla niej szczere zdziwienie. — Gdy dotknęłam Settaharana usłyszałam jego myśli. Ktoś do niego przemawiał przez jego własny umysł, głos był wyraźnie innej barwy…

— Co mu mówił? — spytał Erutejczyk, którego najwidoczniej nie wzruszyła nakreślona przez kobietę sytuacja. Przez lata zdołał przywyknąć do możliwości posiadanych przez zaklinaczy.

— Niestety nie wiem, przemawiał w języku feliharyjskim.

— „Żyłeś wypowiadając kłamstwa, więc teraz będziesz się nimi dusić. Zdechniesz tu samotny pośród tłumu, nikt tobie nie pomoże”. — ktoś się wtrącił, wypowiadając sentencję zza rogu.

— Oszczędzę Wam resztę tej paskudnej wypowiedzi, bo cytując dalej musiałbym obrazić oblicze nieżyjącego królewicza. — ten sam głos dodał po chwili. Oczom pary ukazał się Farayah, który z ukrycia przyglądał się podsłuchiwanym rozmówcom.

— Skąd wiesz co mówił głos w umyśle księcia? — zapytała z przenikliwym spojrzeniem Ivone.

— Nie zwykłem się chwalić tym w obcych stronach, ale również potrafię odczytywać myśli ludzi. W odróżnieniu od Ciebie, Szanowna Pani, nie potrzebuję jednak do tego fizycznego kontaktu z daną osobą. Wystarczy że jestem odpowiednio blisko. — wytłumaczył ambasador.

— Dlaczego nie wspomniałeś o tym na sali? — wtrącił się Orest.

— Jak mówiłem, nie dzielę się szczodrze informacjami na temat swoich zdolności. Jedynie rodzina fellaha i najbliżsi mu poddani wiedzą co potrafię. Fakt, że właśnie się o tym dowiedzieliście wynika z tego, że zamierzam prosić o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy. Słyszałem o Tobie sporo Erutejczyku. — kontynuował Tesha-maara.

— Pomógłbym gdyby nie fakt, że zostałem już wynajęty przez króla Vegraffa. Ze względu na charakter mojej pracy nie mogę jednak nic więcej powiedzieć.

— Nie musisz. — rzekł z chytrym uśmiechem Farayah — Za każdym razem gdy spoglądał w Twoim kierunku rozmyślał na temat księcia Floriana i tego, czy uda się go Tobie odnaleźć. Co ciekawe, wygląda na to że naprawdę wierzy w Twoją skuteczność w tej sprawie. — rzekł ambasador, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Używałeś zaklęcia na Vegraffie? — zdziwiła się zaklinaczka — To znaczy, że w trakcie bankietu nie miał przy sobie grenafrytu?

— Zarówno Vegraff jak i nieżyjący królewicz zrezygnowali z tej formy protekcji na czas spotkania. — wyjawił Farayah — zostałem poproszony by pośredniczyć w rozmowach, których obaj Panowie nie chcieli przeprowadzać na głos. Ale teraz to jest mało istotne… Detektywie, nie wydaje się Tobie dziwnym, że pierw ktoś porywa dziedzica tronu Jamruty, a niedługo później ginie kolejny książę? — dodał po chwili, spoglądając na Oresta z zagubionym wzrokiem — Nie zamierzam Ciebie odciągać od sprawy Floriana, jednak gdyby się okazało, że obydwie sytuacje w jakikolwiek sposób mają ze sobą coś wspólnego, chcę o tym niezwłocznie wiedzieć.

— Ja na miejscu ekscelencji przyjrzałbym się dokładniej otoczeniu księcia. Z tego co wiem na dworze króla Vegraffa nikt nie mówi biegle po feliharyjsku, więc nie łączyłbym ze sobą tych dwóch spraw. Poza tym, jeżeli ktoś faktycznie wypominał mu poprzez telepatię kłamstwa z przeszłości, to raczej osoba z bliższego kręgu. — zauważył Vizetian.

— Tak też uczynię. Moja prośba to czysta profilaktyka. Doświadczenie na dworze nauczyło mnie rozważać różne scenariusze. — wzruszył ramionami — Chciałem również poprosić ze sobą Pańską towarzyszkę, myślę że mamy do omówienia kilka spraw odnośnie ciała Settaharana, dokładniej jego balsamowania. Ze względu na wykształcenie medyczne podobno poproszono o to właśnie Panią. — dodał.

— Tak, król zaproponował przeniesienie zwłok do akademickiego prosektorium we Flavigorze, tam dostanę narzędzia niezbędne do pracy.

— W takim razie chciałbym omówić z Panią szczegóły transportu.

Początek formularza

— Naturalnie. Oreście, pozwolisz że Ciebie przeproszę, porozmawiamy później. — Ivone spojrzała w jego stronę. Światłocień pięknie zagrał na jej twarzy, sprawiając że Erutejczyk z trudem udał obojętność. Ukłonił się ambasadorowi, po czym zostawił obydwoje i ruszył w kierunku swojego pokoju. Wszedł po schodach na wyższe piętro i długim korytarzem poszedł w stronę skrzydła przeznaczonego dla gości. Kinkiety ledwo co oświetlały pomieszczenie, rzucając płomienne promyki na sylwetki rycerzy, a raczej pancerzy ustawionych po dwóch stronach przejścia w szpalerze. Samotność nie doskwierała mu tego wieczora, ponieważ pod drzwiami spotkał Finczera, który nie ukrywał swojego zdenerwowania całą sytuacją i prawdopodobnie nie znalazł się tutaj z przypadku. Widząc śledczego podszedł do niego szybkim krokiem.

— To się porobiło Orest. — zaczął zaniepokojonym tonem — Właśnie wracam od króla, jest wkurwiony jak mało kiedy. — dodał, najwidoczniej podzielając emocje swojego władcy.

— Co teraz? — zapytał Erutejczyk.

— Udało nam się ułaskawić ambasadora. Sam na szczęście zauważył, że dowody sugerują winę kogoś z kręgu feliharyjskiej dyplomacji. A raczej jej służby, bo na szali postawiono zbiegłego lokaja. Jednak to po naszej stronie zawiodły zabezpieczenia. Ktoś kto dorzucił do wina te cholerne orzechy mógł równie dobrze je zatruć. Dwór czeka poważna operacja dyscyplinarna. — Egaar zamilkł na chwilę, po chwili oczy mu błysnęły jakby doznał nagle olśnienia:

— Orest… przez ten pierdolnik prawie zapomniałem po co do Ciebie przyszedłem. Mieliśmy porozmawiać…

— Faktycznie, mówiłeś że masz nowe informacje.

— Tak, zaczepił mnie dzisiaj na ulicy mój informator, zaufany pracownik z Ariadny.

— Ariadny? — detektyw spojrzał pytająco na agenta wywiadu.

— Taki elegancki zajazd w Północnej Altanie. Miejsce w którym arystokracja, wysocy rangą wojskowi i bogaci kupcy spotykają się, popijają drogimi trunkami dziczyznę i plotą, co im ślina na język przyniesie. A uczynni ludzie słuchają i wybierają co cenniejsze nowiny… — Finczer wyjaśnił rzeczowo, po chwili kontynuując — W każdym bądź razie, człowiek z którym współpracuję dowiedział się o zaginięciu księcia i podobno ma dla mnie jakieś informacje w tej sprawie. Jesteśmy umówieni na jutro.

— Dobrze, w takim razie spotkamy się z nim po wizycie u Vespucina.

— Nie ma co marnować czasu, musimy potem wyruszyć do Krucji, pamiętasz? Rozdzielimy się. Ty pójdziesz do bankiera, ja zobaczę co nowego ma mi do powiedzenia mój informator.

— A co z Barnabą? — dopytał Vizetian.

— Weź go ze sobą. — Jamrutejczyk rzucił bez zawahania — Ze mną się nie polubił, zresztą mój człowiek nie lubi mówić przy zbyt wielu parach uszu… A teraz wykąp się i wyśpij porządnie. Możesz długo nie zobaczyć wygodnego łóżka.

Panowie pożegnali się i rozstali, podążając w swoich kierunkach. Chwilę później detektyw był już pod swoimi drzwiami. Gdy tylko znalazł się w komnacie, pośpiesznie zdjął z siebie gryzący dublet i równie nieprzystępne spodnie, zawieszając garderobę na parawanie. Gdy był już w samej bieliźnie usłyszał nagle pukanie, więc nie zastanawiając się zbyt długo, pośpiesznie otworzył interesantowi.

— Tak jak mówiłam, przyszłam porozmawiać. — powiedziała w progu kobieta — Widzę, że jak zwykle podejmujesz gości w samych gaciach. — dodała z ironią, spoglądając na majtki Oresta.

— Nie sądziłem, że przyjdziesz jeszcze dzisiaj…

— Już się tak nie tłumacz, na pewno chciałeś mi przypomnieć jak obłędnie wyglądasz nago. — zaklinaczka odparła śmiejąc się, jeszcze raz obiegła go wzrokiem mrużąc oczy — Nie wiem czy ktoś Tobie mówił, ale dostałeś moją komnatę. — dodała ze skrzywieniem.

— Nie wiedziałem. — odpowiedział ze zmieszaniem.

— Widać Vegraff chciał przyjąć Ciebie jak najlepiej. W pokoju który dostałam zastępczo nie ma nawet porządnej balii żeby się wykąpać. — kontynuowała Ivone.

— Zawsze możesz skorzystać z tej tutaj. — Orest wskazał parawan z wymownym wyrazem twarzy.

— Normalnie dostałbyś w twarz zważając na wcześniejszą rozmowę, ale po tym dniu potrzebuję chwili relaksu. Poza tym, pod tym kubrakiem mam wyjątkowo nieznośne wiązanie sukni na plecach, więc i tak potrzebuję kogoś do pomocy. — zaklinaczka rzuciła na niego swoje drapieżne spojrzenie. Po chwili zdjęła tartanową górę garderoby i odwróciła się tyłem do mężczyzny, by mógł rozwiązać supły. Zanim jednak to zrobił podeszła do drzwi balkonowych i je otworzyła.

— Siedzisz tutaj zamknięty, a Tekla czeka niecierpliwie za oknem. — powiedziała, patrząc na siedzącą na balustradzie sowę.

— Pamiętasz jak kiedyś się pokłóciliśmy? Wypowiedziałaś zaklęcie tym swoim straszliwym tonem, przez co Tekla podleciała do góry i narobiła mi centralnie na głowę. — Erutejczyk uśmiechnął się lekko do kobiety.

— Lepiej uważaj na swoje ręce i to, co z nimi robisz, bo w każdej chwili mogę powtórzyć tę sztuczkę. — powiedziała odwzajemniając uśmiech.

— Bardzo mi brakuje takich wieczorów. Mam oczywiście na myśli Ciebie i mnie. Bez tej całej polityki i królewiczów. Zarówno zaginionych jak i martwych. — objął delikatnie i nieśmiało biodra Ivone.

— Oboje błądzimy to tu, to tam. Skupiamy się na swoich obowiązkach. Tak szczerze mówiąc to też zapomniałam, jak miło potrafiliśmy spędzać kiedyś czas. Może faktycznie trochę za ostro potraktowałam Ciebie na bankiecie, mimo że nic nie usprawiedliwia tamtego wyskoku.

— stwierdziła, wtulając się głową do piersi mężczyzny.

— Wiesz, że jesteś kobietą o jakiej mężczyzna może tylko marzyć. — zauważył Erutejczyk — Niestety, ja nigdy nie miałem natury marzyciela, za co nie można Ciebie winić.

— Orest, nie zaczynaj znowu. — urwała stanowczo zaklinaczka.

— No dobrze. Powiedz mi lepiej jakie masz plany dotyczące sekcji Settaharana? Będziesz się z nim obchodzić według feliharyjskiego obrządku? — z zainteresowaniem zapytał detektyw — Bo wiesz, słyszałem że tam skąd pochodzi książę, oczyszcza się ciała nieboszczyków z organów wewnętrznych. Za pomocą specjalnie wygiętego patyczka wyjmują im mózgi przez nos, przez gardło dobierają się z kolei do serca i płuc. Nie mówiąc już o wątrobie, żołądku i jelitach, które wyciąga się przez d…

— Na litość boską! — ucięła, nie dając mu dokończyć — Z nas obojga to Ty lubisz babrać się po łokcie w trzewiach. Możemy zmienić temat?

— Nie złość się. — detektyw spojrzał zawadiacko na Ivone — Ja tylko wyobrażam sobie, jak ciekawie musiałoby to wyglądać w Twoim wykonaniu. Ale nie będę już drążył. Jestem za to ciekawy jak przebiegła dalsza rozmowa z ambasadorem?

— Ten człowiek budzi we mnie niepokój, roztacza wokół siebie jakąś nieprzyjemną aurę.

Sam wiesz, że mało kto wywiera na mnie takie wrażenie… A sama rozmowa by Ciebie zanudziła. Omawialiśmy jedynie detale pracy przy zwłokach księcia. Ale nie mówmy teraz o tym, od jutra będę spędzać wystarczająco dużo czasu z Tesha-maarą i Settaharanem. Dzisiaj chcę zapomnieć o tym wszystkim. — powiedziała spoglądając przez ramię w oczy Erutejczyka.

— Tak sobie pomyślałem, że może zechciałabyś zostać dzisiaj na noc? — spytał niepewnie.

— Masz tutaj przecież tylko jedno łoże. — odpowiedziała zaczepnie, spoglądając w głąb pomieszczenia.

— Ja mogę spać na tamtym fotelu, ważne żebyś Ty się wyspała.

— Głuptas! — krzyknęła kiwając głową — To co? Pomożesz mi z tą cholerną suknią? — dodała.

— Oczywiście, dżentelmenowi nie wypada odmówić, gdy dama prosi. — rzekł detektyw uśmiechając się zadziornie. Zaczął powoli rozwiązywać suknię zaklinaczki. Schodził pętelka po pętelce coraz niżej, aż w końcu mógł zsunąć ubranie z ramion kobiety. Nie mógł się przy tym powstrzymać od delikatnych pocałunków w okolicy szyi swojej ukochanej. Pozwoliła mu na to, nie oponując przed jego coraz śmielszym, niecierpliwym dotykiem.

W końcu szybkim ruchem odwrócił ją przodem do siebie i nadał sytuacji tempa, tym razem czule skupiając się na wargach Iry. Jego usta wypełnił słodki smak poziomkowej pomady.

I tym razem Ivone nie mogła się mu oprzeć, zresztą ze wzajemnością. Chwilę później para leżała już na łożu, gdzie bynajmniej nie rozmyślała o śnie, jeszcze nie. Detektyw szybko pozbył się z kobiety zbędnej bielizny, dopasowanej kolorystycznie do kreacji, uszytej z niebieskiej koronki. Gdy konsekwentnie zdjął już z niej wszystko poza naszyjnikiem z głową kota, kobieta siedząc mu na brzuchu zaczęła błądzić dłonią po klatce piersiowej mężczyzny, przesuwając delikatnie palce na wisiorek, który Orest zwykł skrywać pod ubiorem.

— Może zdejmiesz na chwilę ten grenafryt? — zamruczała kokieteryjnie.

— Dzisiaj chciałbym mieć w pełni kontrolę nad swoim zachowaniem. Sama mi go po to podarowałaś.

— Żeby chronił Ciebie przed innymi zaklinaczami. Ty też mi kupiłeś w życiu nie jedną suknię. Raczej nie myślałeś wówczas o tym bym ich nigdy nie zdejmowała. Na tyle na ile Ciebie znam jestem przekonana, że było wręcz przeciwnie. Więc jak, zdejmiesz dla mnie na chwilę amulet?

— Żebym znowu kłaniał się pięć razy i prosił Ciebie o przyzwolenie, skomląc przy tym jak szczenię? Nie dzisiaj, Ivone, nie jestem w nastroju na te urozmaicenia… — Orest odmówił, spoglądając prosząco w oczy kobiety.

— Wiesz jak lubię, gdy tak przekonująco warczysz w sypialni. — odparła, przygryzając dolną wargę — No dobrze, tym razem Tobie odpuszczę. — dodała z rozczarowaniem.

Schyliła się. Pocałowała go. To było ich pierwsze zbliżenie od bardzo dawna, jednak oboje doskonale pamiętali swoje ciała. Zarówno zapach jak i wrażliwe na dotyk miejsca, z których żadne nie mogło zostać pominięte. Zaczęli szukać siebie. Długo, dokładnie i pieczołowicie. Słowa wypowiadane pośpiesznie i zdawkowo przeszkadzały, wybijały z rytmu. Zamilkli więc. Pozwolili za to swoim wargom błądzić, bałaganić. Wkrótce odnaleźli się. Ostrożnie nie śpiesząc się, nie zamartwiając tym co dookoła. Na chwilę gubili się w spojrzeniu, w geście, ruchu. I potem znów odnajdywali. W jednej sekundzie byli jednością, złączeni tajemniczą siłą, która nie pozwalała odstąpić od siebie choćby na milimetr. Więzią, nieznaną zagadką, nakazującą powracać do siebie i trwać wspólnie w tej zjawiskowej magii, zaklętej w dotyku, w splocie dłoni. Pędzili razem w jednym kierunku, w jednym tempie. Potem tempo uległo zmianie, przyśpieszało nagle i zwalniało miarowo, by znów nabrać pędu. Gnali na oślep, na oklep, dziko, by zaraz oddać się elegancji, trosce i spokojowi. Przebiegająca pod powiekami rozkosz eksplodowała, oślepiający od środka kalejdoskop wrażeń rozwierał jękiem zaciśnięte dotąd w milczeniu usta. Powietrze zdało się zgęstnieć. Czas spowolnił, zupełnie jakby przestał istnieć. Zamarł, stanął. Znikł w mroku nocy bijącej zza okien. Szybkie dotąd tempo spowolniło świat, zatrzymało go. Zamknęło w tej jednej chwili. Minęła wieczność, powróciła rzeczywistość. Czas znowu ruszył ociężale. Niechętnie. Leżeli tak w bezruchu, pozwolili ostygnąć zarówno sobie, jak i rozburzonej wkoło pościeli. Zrównali oddechy. Ich sylwetki odbijały się leniwie w niebieskich oczach Tekli, pilnującej ich z odległości. Erutejczyk zdjął z szyi grenafrytowy naszyjnik, odłożył obok. Przyłożył rękę Ivone do swojego serca, zapytał szeptem:

— Co czujesz?

— Ciebie. — odpowiedziała jeszcze ciszej wciąż zmęczonym głosem — I Twoje myśli.

— Co w nich widzisz?

Kobieta zamknęła oczy, przejechała delikatnie dłonią po jego piersi.

— Widzę nas. Tutaj, teraz. — odparła po chwili.

Orest przykrył ze starannością swoją partnerkę, pozwolił sobie i Irze na ciszę. Zdawał sobie sprawę z tego, że w momentach takich jak ten każde słowo wypowiedziane byłoby na darmo, bezcelowo. Że odbijałoby się głucho od ścian komnaty. Dali więc przemówić dotykowi, to nim prowadzili dialog. Tylko on był w stanie wyrazić istotę sytuacji i to co wspólnie odczuwali. Gdy minęło kilka minut zdających się trwać godzinami, spojrzał na nią przez burzę lekko potarganych blond pukli, po czym zapytał:

— Jutro jedziesz do Flavigoru, a co dalej?

Kobieta przeciągnęła się, rzuciła niechętnym wzrokiem.

— Vegraff poprosił mnie o pomoc w Kwiztorii w razie oblężenia. Jego nadworny zaklinacz, Ramiel Naredain zaginął wraz z księciem, więc potrzebują kogoś w zastępstwie za niego.

W związku z tym Syrgyt w akcie dobrej woli zgodził się na takie rozwiązanie.

— Poradzi sobie bez Ciebie w Ravenborn?

— Będzie musiał. — zaklinaczka wzruszyła ramionami, wtuliła się w mężczyznę — Trochę czasu bez doradcy dobrze mu zrobi. Mi zapewne niekoniecznie. Po każdym wyjeździe ze stolicy, gdy wracam czeka mnie mnóstwo papierów do wypełnienia, setki zaczętych spraw.

— Vegraff nie mógł wybrać do pomocy lepszej osoby. Ale proszę Ciebie, cokolwiek by się nie wydarzyło, uważaj. I w razie potrzeby nie oglądaj się za siebie, wyjedź stąd. — Orest pocałował ją w policzek, założył uprzednio zdjęty naszyjnik, po czym zastygł obok, patrząc ze spokojem raz na nią, raz w sufit.

— Zawsze to robisz, a zaraz potem znikasz i tylko Ty jeden wiesz na jak długo. — Jovan odparła z nagle wezbraną złością, uciekła jak poparzona z objęcia detektywa.

— Co robię? — spytał zdziwiony reakcją kobiety Erutejczyk.

— Każdy pocałunek jaki dawałeś mi przed snem zawsze, ale to zawsze wiązał się z tym, że rano już Ciebie nie było obok.

— Nigdy nie chciałem całować Ciebie na pożegnanie, tylko na dobranoc. A to znacząca różnica. — zauważył, gładząc Ivone po ramieniu. Poczuł jak jej miękka dotąd skóra stwardniała. Zauważył, że rozpromieniona do tej pory twarz skryła się pod grymasem.

— No tak, zapomniałam że jesteś ambasadorem myśli „Chcieć nie znaczy móc”. Wiesz co, chodźmy już lepiej spać, to był paskudny dzień. Zresztą, od jutra zaczyna się Twoja wielka misja na służbie Jego Królewskiej Mości, a i ja będę miała co robić. — po wypowiedzeniu tych słów kobieta odwróciła się do niego plecami, zdmuchnęła stojącą obok łóżka świeczkę. Erutejczyk długo jeszcze próbował tego wieczora udobruchać ją drobnymi gestami w postaci objęć i czułych muśnięć dłoni, jednak wszelkie próby spełzły na niczym. W tym momencie westchnął głęboko w duchu z ulgą, że zdołał uprzednio założyć naszyjnik z grenafrytem. Kto wie do czego skłoniłaby go telepatią rozgniewana zaklinaczka…

4. KARAMEJCZYK

Następnego dnia rano Orest niechętnie otworzył oczy. Przeciągnął się ospale. Chciał objąć śpiącą obok Irę, jednak jego błądząca dłoń spotkała jedynie kołdrę. Pościel po drugiej stronie łóżka zdążyła już wystygnąć. Był sam w komnacie. Na etażerce, po stronie gdzie jeszcze poprzedniej nocy leżała Ivone, obok świecy leżał zgięty na pół liścik. Podniósł go, poczuł przyjemną woń leśnych owoców. Delikatnie rozłożył papier i odczytał:


Najdroższy,

Nie chciałam kolejny raz stawiać siebie w pozycji żegnanej osoby, więc tym razem postanowiłam wyjechać przed Tobą. Gdy to czytasz, pewnie jestem już we Flavigorze wraz z feliharyjską delegaturą. Czas spędzony w Twoim towarzystwie będę wspominać z uśmiechem. Jednak to co wydarzyło się pod osłoną nocy niech lepiej nie wychodzi na światło dzienne. Żyję w nadziei, że szybko zakończysz sprawę księcia Floriana i że tym razem skupisz się na swoim życiu zamiast gnać za niedoścignionym, choć część mnie jest świadoma, że to złudne życzenie. Przed wyjazdem nakarmiłam Teklę, więc jest szansa, że nie obudzi Ciebie przedwcześnie. Mimo różnic i granic, zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem.

Ivone.


Poczuł konsternację. Znał swoją ukochaną i doskonale wiedział, że taka wiadomość nie rokuje dobrze. Wstał z łoża i ubrał się pośpiesznie, nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia. Włożył liścik od Ivone do sakwy przewieszonej w okolicy biodra i ruszył w stronę komnaty Małego Barnaby. Na miejscu nikt mu nie otworzył, więc postanowił udać się w kierunku królewskiej stajni. Zgodnie z przewidywaniami, Bernard czekał już na miejscu z wzorcowo wyszykowanym parazaurem, ubranym w siodło z dostosowaną do rycerza drabinką. Zwierz zachrumkał cicho na widok Oresta, zarzucił łbem na bok, trącając niskorosłego mężczyznę w głowę.

— No, widzę że panicz się już wyspał! — krzyknął w kierunku Erutejczyka.

— Mogłeś mnie obudzić.

— Nie chciałem przeszkadzać. Minąłem się dzisiaj z Egaarem. Wspominał mi, że widział jak pewna urodziwa zaklinaczka wchodziła wczoraj do Twojego pokoju, a wiem jak się rumienisz gdy ktoś Ciebie przyłapie w akcji. — Barnaba uśmiechnął się wymownie.

— Najwidoczniej jesteś niedoinformowany, bo tak się składa, że wyszła wcześnie rano i wyjechała z Farayahem do Flavigoru. — odparł detektyw.

— A tak, słyszałem że ma przygotować tego ich otrutego księciunia do powrotu do domu. Niebywałe, że ktoś zdołał ściągnąć ją z łóżka przed dziesiątą. — zauważył Kevler — Pamiętam jak zawsze się burzyła, gdy ktoś ośmielił się ją obudzić.

— Widzisz, niektórzy mają najwidoczniej większą moc przekonywania nawet ode mnie. — ironicznie stwierdził Orest.

— Akurat Ty na Ivone nie masz żadnego wpływu. Patrząc na Waszą dwójkę nie trudno nie zauważyć, kto kogo owinął sobie wokół palca.

— Nigdy nie byłeś w związku z zaklinaczką, więc co tam możesz wiedzieć. — odburknął Vizetian.

— Słuszna uwaga. Chociaż jeden z nas ma w sobie jeszcze pokłady instynktu samozachowawczego. A Ty już się tak nie burz o swoją prawdę, tylko ogarnij Kokosankę.

Nie wiem czy pamiętasz, ale jesteśmy umówieni na herbatkę z bankierem — odrzekł Bernard, nieprzerwanie szczotkując swojego wierzchowca.

Niebawem mężczyźni ruszyli w kierunku Południowej Altany, gdzie znajdował się kwiztorski oddział banku Vespucinów. Kilka minut później byli już na placu Henryka III Czteropalcego, do którego przylegała nieruchomość Sipriana. Okolica w jakiej się znaleźli była porównywalnie elegancka do alej Północnej Altany. Na środku placu znajdował się pomnik konny króla Henryka, w otoczeniu bogatych w ornamentowe detale latarenek, swą formą przypominających bluszcze. Rynek dookoła zagęszczony był przez małe drzewa liściaste, większością zdominowane przez klony. Po bokach mościły się liczne stragany, częściowo skryte pod sukiennicami, z których dobiegały przekrzykujące się nawoływania kupców, zachęcające zebraną klientelę do zakupów. Oferta ich kramów była ewidentnie dostosowana do tych zamożniejszych. Na ciężkich stołach piętrzyły się drogie przyprawy i zioła z zamorskich krain, dziesiątki rodzajów herbaty i kawy, bogato zdobione sukna. Swoje miejsce znajdowało tutaj również kilka stoisk handlujących dziełami sztuki oraz piękną, metalową zastawą stołową i innymi precjozami dopasowanymi do arystokratycznych gustów. Plac kreśliły cztery pierzeje, jedynie w kilku miejscach przerwane przez ulice, bądź naruszone w ciągłości fasad bramami, w których również tłoczyły się stoiska, sklepiki i zakłady rzemieślnicze. Z tego miejsca można było dostrzec w jak niezwykle przemyślany sposób została zaplanowana Kwiztoria. Rynek znajdował się wyraźnie niżej w stosunku do murów obronnych, wyrastających ponad dachy. Niemalże czuło się na sobie spojrzenia strażników, mających doskonały widok na plac. Bank Vespucinów wyróżniał się pośród kamienic fikuśną wieżyczką na froncie, wspartą dwiema kolumienkami. Widniał na niej szyld placówki, zaś pod nią znajdowało się główne wejście. Mężczyźni zostawili zwierzynę w specjalnie przeznaczonym do tego celu miejscu na obrzeżach rynku i niedługo potem znaleźli się w środku kwiztorskiej filii, należącej do znajomego bankiera. Tak się składało, że właściciel akurat przebywał w głównym holu, gdzie swym nieminionym zwyczajem doglądał interesów. Był to lekko wyłysiały i posiwiały mężczyzna z gęstą, srebrzystobiałą brodą. Na jego pomarszczonej twarzy wyróżniały się małe, sympatycznie spoglądające na ludzi oczy oraz sporych rozmiarów nos, osadzony pomiędzy zawiniętymi do góry wąsami. Na środku czoła z kolei wyłaniała się pokaźnych rozmiarów brodawka, skupiająca na sobie wzrok rozmówców. Bankier odziany był w starannie dopasowane szaty, uszyte według najnowszej mody z lekko bufiastymi rękawami, w dominującej kolorystyce bieli i granatu, które na styk dopinały się na jego pokaźnym brzuchu. Na szyi finansisty zaś dostojnie prezentował się ogromny wisior przypominający monetę, a dokładniej markę akrezyjską.

— Witaj Siprianie, miło Ciebie widzieć ponownie po tych wielu latach. — podjął w jego kierunku detektyw.

— Orest?! — krzyknął z niedowierzaniem Vespucin. — gdyby nie fioletowe oczy to bym Ciebie nie poznał! Widzę że zapuściłeś brodę, pozazdrościłeś mi mojej co? No przyznaj! — dodał wesoło, witając go iście po akrezyjsku, szerokim gestem.

— Oczywiście, stwierdziłem że pójdę Twoim śladem i dodam sobie trochę powagi w wyglądzie. — z uśmiechem odpowiedział Orest.

— Domyślam się w jakiej sprawie do mnie zajrzałeś. Widzę że masz również towarzystwo. To musi być ten słynny Bernard Kevler, dużo o Panu słyszałem! — bankier rzekł z serdecznością w stronę kompana detektywa.

— Ja również słyszałem kilka ciekawych anegdotek odnośnie Szanownego. — na twarzy Barnaby pojawił się rozbawiony wyraz.

— Znając naszego przyjaciela, zapewne w obydwu przypadkach nieco podkoloryzował. Ale dobrze Panowie, chodźmy do mojego gabinetu! Nie godzi się podejmować tak znamienitych gości w progu! — zarządził Siprian, po czym pokierował mężczyzn w stronę pomieszczenia, z którego zarządzał całym przybytkiem. Ulokowany na piętrze pokój urządzony był ze smakiem. Od podłogi do połowy wysokości, ściany zdobiła drewniana sztukateria, przechodząca wyżej w bielony tynk. Na prawo od wejścia gościł kominek, w którym wesoło tańczył niewielki płomień, oświetlając ciepłą łuną całą salę. Nad nim zawieszona była tarcza z herbem Akrezji, z której rozwartą paszczą pełną kłów straszył lwi łeb. Po przeciwnej stronie wisiały obrazy przedstawiające panoramy ze wschodnimi winnicami, pomiędzy którymi królowało jednak trofeum, oprawiona starannie głowa krokodylomorfa kaprosuchusa, popularnego gatunku zamieszkującego rzeki południowych królestw. Ze skóry tego zwierzęcia było wykonanych zresztą kilka elementów wyposażenia gabinetu, między innymi obicie fotela, na którym zasiadał bankier. W samym centrum pokoju znajdowało się solidne biurko z egzotycznego drzewa, do którego pokierował gości.

— Jak idą interesy u Ciebie i brata? — spytał Erutejczyk.

— Z interesem bywa różnie. Ostatnio kurs denara poleciał w dół niczym niewprawione w locie pisklę. Do tego doszła buchalteria i mnóstwo innych papierów do ogarnięcia ze względu na wojnę. Ale za to inne aktywa przyzwoicie nabrały na wartości, więc ostatecznie nie narzekam na koniunkturę. U Benedetto niezgorsza. Nadal zarządza filią w Akrezji. Musisz wiedzieć, że gdzie jak gdzie, ale tam to dopiero pieniądz szybuje teraz w górę! Musisz kiedyś ze mną pojechać do niego do Melity. Ciągle wspomina o Tobie znajomym, jak tylko gdzieś przemknie temat wizetyrskiej puszczy. Po dziś dzień pamiętam jak spuściłeś tamtym gnojkom łomot, kiedy…

— … Kiedy znalazłem Was z ufajdanymi ze strachu majtkami, w czasie gdy najęci przez Was najemnicy nieskutecznie odpierali atak bandy karmicieli. — dokończył za bankiera Orest — Tak, ja też dobrze pamiętam tamten dzień.

— Haha! Z biegiem lat nie tylko forma się Ciebie trzyma, ale również cięty język. Jednak musisz się ze mną zgodzić, że widok bandytów z krwiożerczymi bestiami w klatkach to niecodzienna sytuacja dla kogoś takiego jak ja. A jak jeszcze je na nas napuścili… każdy by miał stracha! — stwierdził Vespucin. — Ale, oddajmy chwilowo dawne czasy cudowi niepamięci i skupmy się na tym, co teraz. No a skoro o tym mowa. Dobrze się składa, że akurat teraz do mnie zajrzeliście. Wróciłem wczoraj z Flavigoru i przywiozłem od znajomego kupca bardzo przyzwoity cydr z melitejskich jabłek. Lepszego nie skosztujecie w tych stronach! Tylko gdzie ja podziałem tę cholerną butelkę… — mężczyzna zaczął grzebać w szafie ulokowanej obok biurka.

— Nie zawracaj sobie głowy szukaniem, tym razem i tak musimy podziękować. O pogawędkach w towarzystwie kieliszka będziemy myśleć potem, jak wiesz mamy teraz inne obowiązki. — detektyw odmówił, spoglądając na Barnabę. Niskorosły towarzysz, najwidoczniej zachęcony trunkiem, nie wyglądał na zadowolonego. Erutejczyk niewzruszenie kontynuował:

— Słyszałem, że to Tobie zawdzięczam zlecenie od króla. Jestem zobowiązany. — lekko skinął głową w geście podziękowania.

— Też mi gadanie. — bankier machnął ręką — Zobowiązywać to mogą co najwyżej weksle bądź hipoteki! A słowa, przyjacielu, to kiepski kapitał, niestabilny bardziej niż kursy walut. — stwierdził z typową dla siebie powagą, w czasie gdy rozchodziło się o interesy. — No ale dobra, pewnie masz jakieś pytania w sprawie królewicza, więc pytaj! — dodał, krzyżując dłonie na wypiętym do przodu brzuchu.

— Podobno nim Florian wyruszył z Sanguerrą zajrzał do Ciebie. Miał wówczas zapożyczyć się na pokaźną sumę pieniędzy. — zaczął detektyw.

— A no był. Pobrał fundusze na działania wojenne z polecenia ojca. Mówił że trzeba doszkolić i uposażyć jakiś oddział ciężkiej jazdy, czy coś w tym guście. Wtedy nie wiedziałem, że król nie ma bladego pojęcia o całej sprawie, więc wypłaciłem pieniądze od ręki. — w głosie finansisty dało się wyczuć niepokój.

— Spokojnie Siprianie, w naszym interesie jest wyjaśnić co skłoniło księcia Floriana do takich działań. Potrzebujemy jednak Twojej pomocy. I Twego sprawnego oka, zdolnego wyłapać najmniejsze detale. Może wydarzyło się coś szczególnego, coś co przykuło Twoją uwagę?

— W rzeczy samej. Książę był w towarzystwie królewskiej gwardii, wszyscy ubrani incognito. Z tego co mi wiadomo zawsze podróżują z nim w przebraniu dla bezpieczeństwa. Jednak był wśród nich jeden człowiek, który nie pasował mi do reszty rycerzy.

— To znaczy?

— O ile mi wiadomo, do ochrony królewskiej zaciągani są wyłącznie najbardziej oddani i nieskalani złą opinią rycerze. A co najważniejsze, rodowici Jamrutejczycy. A mężczyzna o którym mówię musiał pochodzić z południa. Miał śniadą cerę i włosy czarne jak Twoje. Starał nie rzucać mi się w oczy. Czekał na zewnątrz, chował się pod kapturem. Jednak jak sam wspomniałeś, oko mam jeszcze sprawne. — Vespucin rzekł z dumą, unosząc uśmiechem policzki wydatne niczym umby tarczy.

— Może zabrali ze sobą jednego z kupców, który miał towarzyszyć w przeprawie księcia?

— Tego nie wykluczam, ale… Musisz przyznać, że afiszowanie się przed człowiekiem spoza oddziału poborem takiej sumy tuż przed podróżą nie jest zbyt rozsądne. — zauważył bankier.

— A no nie jest. — przytaknął mu Erutejczyk — Pamiętasz jak wyglądał ten południowiec? Jakieś blizny, znaki szczególne?

— Widziałem tylko jego twarz, do połowy zakrytą kapturem i to jeszcze przez okno. Orest, nie licz na cuda. — Siprian pokręcił głową. — Wiem tylko, że nie był stary. Zadbany młodzieniec, raczej typ wymuskanego paniczyka niźli ubogiego robotnika. Może przed trzydziestką.

I oczy miał bystre, chyba brunatne. Łypał nimi na mnie od czasu do czasu.

— To w niczym nam nie pomaga. — stwierdził Erutejczyk zwracając się do Barnaby. — Odkąd Jamruta rozwija współpracę handlową z Feliharem, cały port pęka w szwach od młodych, brązowookich mężczyzn ze śniadą cerą. — dodał.

— Niestety Panowie, więcej nie jestem Wam w stanie powiedzieć. Gdybym mógł jeszcze bardziej przybliżyć Was do czegoś sensownego to bym to uczynił. W końcu na szali poza bezpieczeństwem królewicza są również moje pieniądze! — policzki Sipriana zaczerwieniły się lekko.

— Dobrze więc, w takim razie nie będziemy zajmować Tobie więcej czasu. — Erutejczyk poderwał się z siedzenia, jednak bankier zatrzymał go gestem ręki.

— Orest, zanim pójdziesz… słyszałem od uczynnych ludzi, że w zamian za odnalezienie królewicza Jego Wysokość Vegraff obiecał Tobie kamienicę przy rynku. Z tego co widziałem, budynek wymaga znacznej modernizacji. Kosztownej modernizacji. A tak się składa, że mogę zapewnić Tobie atrakcyjny kredyt na remont. No, co Ty na to?

— Żaden kredyt nie jest atrakcyjny. — surowo ocenił śledczy — Zresztą, zanim nie dokończę kontraktu nie myślę o nagrodzie.

— Na pewno się nie skusisz? Nawet w markach akrezyjskich? Jak mówiłem, moja rodzima waluta ostatnio idzie po wyjątkowo dobrym kursie.

— Nawet w koronkach Księżnej Adaretty. — odrzekł ironicznie Vizetian.

— No dobrze więc… gdybyś zmienił jednak zdanie to znasz adres. — Vespucin wzruszył ramionami.

— Naturalnie. Póki co dziękujemy za wszystkie informacje. Interesy z Tobą to jak zwykle czysta przyjemność.

— To samo zwykła mawiać moja świętej pamięci małżonka. — zaśmiał się finansista.

— Nie opowiadałeś mi wcześniej o swojej żonie — zauważył detektyw.

— Bo i nie było ku temu sposobności… Zresztą, zbyt długo by opowiadać. Akrezyjki to są wulkany, nie kobiety. Wyśmienite jak wino z Ardelii, ale podobnie jak one, gdy uderzą do głowy to ciężko się później pozbierać. — Siprian zawiesił się uciekając gdzieś myślami. — No ale jak mówiłeś, pogadamy przy bardziej sprzyjających okolicznościach. Bywajcie Panowie! — bankier ukłonił się z serdecznym wyrazem twarzy. Jak powitał tak i pożegnał ich szerokim gestem, iście po akrezyjsku. Mężczyźni wyszli z banku i skierowali się w stronę pozostawionych na rynku zwierząt. Gdy zbliżali się do placu postojowego zauważyli, że na miejscu jest już Finczer, który czekał cierpliwie ze swoimi ludźmi przy Kokosance.

— Widzę, że nas znalazłeś. — rzekł w kierunku agenta Vizetian.

— Nie ciężko trafić gdy zna się adres, a poszukiwana osoba jeździ na tak wyróżniającym się wierzchowcu. — z uśmiechem stwierdził Egaar.

— I czego dowiedziałeś się w Ariadnie? — Orest jak to miał w zwyczaju, spytał bez zbędnego paplania.

— Mamy nowy trop, prawdopodobnie bardzo istotny. — zaczął Finczer.

— Przejdź więc do rzeczy, nie mamy całego dnia — Erutejczyk ponaglił agenta.

— Dowiedzieliśmy się, że w dniu w którym książę opuścił miasto, nasz poszukiwany Karamejczyk spotkał się w Ariadnie z jakimś innym człowiekiem. Podobno jego towarzysz również był mężczyzną o widocznej, południowej urodzie. Jednak ten drugi był znacznie starszy od naszego kupca. Z opisu informatora wynika że łysy i brodaty, przy biodrze miał też przewieszoną jakąś egzotyczną szablę.

— No dobra, ale co to nam wprowadza do śledztwa? — wtrącił się Barnaba — Równie dobrze dwóch znajomych mogło się spotkać przed rozjazdem na piwie. — dodał.

— Jeszcze nie skończyłem. Jak wspominałem ostatnio, mój człowiek to uważny słuchacz. Ta dwójka wydała mu się podejrzana, więc trochę przy nich posiedział. Okazuje się, że ten stary dał Karamejczykowi jakąś fiolkę. Miał zapewniać przy wręczaniu, że to najlepszy środek na czujnych obserwatorów, który uśpi każde oko. — wyjaśnił Egaar.

— Mówili coś jeszcze? — dopytał detektyw.

— Najważniejsze zostawiłem na koniec. Rozchodząc się jeden z nich miał rzucić do drugiego: „Do zobaczenia u Ofelii”.

— Ofelii? Co niby w tym istotnego? To nam nic nie daje, zapewne wiele kobiet o tym imieniu mieszka choćby w samej Kwiztorii. — rozłościł się Orest.

— Kobiet na pewno, nie da się zaprzeczyć. — przytaknął agent — Jednak tak się składa, że w Trivii Novii działa ekskluzywny zamtuz o wymownej nazwie „Ostrygi Ofelii”.

— Mogłeś tak od razu! — krzyknął Erutejczyk — Przecież poselstwo Floriana zmierzało do Trójrzecza. W takim razie my też powinniśmy się tam udać. — dodał.

— Dokładnie. W Krucji powinna cumować Galpadria, jest szansa że zabierzemy się na niej do Trivii. — odparł Finczer.

— Tak między nami, nie uważasz, że to bardzo istotna informacja? Czemu Twój informator dopiero teraz postanowił o tym wspomnieć?

— Najwidoczniej mamy wyciek poufnych danych. — westchnął z zakłopotaniem Egaar — Podobno w kilku miejscach plotkuje się o porwaniu Floriana. A że mój człowiek nie jest głupi, nie zignorował tych plotek. Zamiast tego zestawił ze sobą daty. No i wyszło mu, że termin wyjazdu Księcia ze stolicy był bardzo bliski tej konkretnej rozmowie.

— No dobrze, w takim razie w drogę. — stwierdził detektyw.


Po upewnieniu się, że oddział ma przy sobie cały niezbędny sprzęt, wszyscy ruszyli w kierunku wschodniej bramy miasta. Tym razem ekipa Egaara była skromniejsza o kilku ludzi, ponieważ część z tych, którzy wraz z nim eskortowali Wizetyrczyków do Kwiztorii zostało na miejscu. Ostatecznie towarzyszyło im pięciu rycerzy. Mężczyźni po upływie trzech godzin znajdowali się daleko za deltą rzeki Karangi, mijając tym samym uczelnię we Flavigorze. Przyjemny dla oka leśny teren z każdym przebytym kilometrem stawał się coraz bardziej podmokły, aż w końcu drużyna wkroczyła na teren rozległych karangejskich mokradeł, pośród których miała się mieścić portowa miejscowość, będąca celem ich podróży. Po pokonaniu znacznej odległości kupieckim szlakiem znaleźli się w miejscu, gdzie szef wywiadu nakazał wszystkim się zatrzymać.

— Według naszych informacji gdzieś w tym rejonie coś zaatakowało konwój księcia. — powiedział, ogarniając wzrokiem panoramę bagien.

— Nie mówiliście mi wcześniej, że w trakcie podróży doszło do ataku. — zauważył Orest.

— Bo z doniesień wynika, że nikt znaczący dla misji dyplomatycznej nie ucierpiał. — z obojętnością odparł Finczer — jedynie jeden z ludzi Sanguerry zaginął wraz ze swoim triceratopsem. Zwierzyna ponoć spanikowała i poszła w gęstwiny. Pomyślałem, że jako wprawny tropiciel może zechcesz się tutaj rozejrzeć.

— No dobra, rozejrzyjmy się zatem. — zgodził się detektyw, po czym wypuścił w powietrze Teklę. Sowa poszybowała w poszukiwaniu czegoś godnego uwagi, jednak kręciła się bezskutecznie w kółko. Erutejczyk wraz ze swoją kompanią ruszył w głąb mokradeł, na których w błocie zaczęły coraz wyraźniej uwidaczniać się ślady jakiegoś zwierzęcia pokaźnych rozmiarów. Świeże ślady. Wkoło nich obecne były również odciski małych, jaszczurzych łapek, znacznie liczniejsze i gęściej odbite. Gdy oddział przeszedł kawałek dalej, nagle trawa wokół nich zaczęła mocniej się poruszać, mimo że wiatr nie nabrał na sile. Zaledwie metr od jednego z ludzi Finczera coś małego przemknęło w zaroślach, chwilę później po drugiej stronie to samo. Mężczyźni zatrzymali się w miejscu, gdy zauważyli, że już wszystkie zarośla wkoło nich szeleszczą, a spomiędzy krzaków można było usłyszeć nachodzące na siebie popiskiwania, zupełnie tak jakby wszędzie porozrzucane były gniazda pełne wygłodniałych, nawołujących swoją matkę piskląt. Nieznana zwierzyna pokręciła się jeszcze trochę, po czym zastygła w bezruchu. Drużyna przyglądała się otoczeniu, formując powoli szyk przypominający okrąg, osłaniając sobie wzajem plecy. W jednym momencie z bagiennych szuwarów na grupę ruszyła cała zgraja malutkich dinozaurów, niewiele wyższych od kury, ledwie sięgając pasa nawet Kevlerowi. Bestyjki wyglądały jak węże z czterema kończynami, poruszające się na tylnych łapach. Miały smukłe, wydłużone ciała z małymi, jaszczurkowatymi główkami. Każda z główek zakończona była pyskiem naszpikowanym ząbkami ostrymi niczym igły. Z tyłu z kolei posiadały ogon dłuższy od całej reszty ciała, pozwalający utrzymać równowagę w trakcie biegu. Wyglądały niewinnie, jednak nacierając na mężczyzn tak dużą grupą sprawiły, że ciężko było nie odczuć trudu walki. Większość z nich próbowało doskoczyć ofiarom do gardeł, jednak w połowie drogi trafiały pod ostrza wojowników i wracały do poziomu bagiennego runa, tym razem jednak biedniejsze o głowę lub połowę korpusu. Całej sytuacji towarzyszył niemiłosierny pisk, który przy mnogości stworzeń przeszywał bębenki rycerzy i irytował bardziej niż gwar największego targowiska. Niektóre gadziny kąsały członków oddziału po kostkach, nie mogły wgryźć się jednak w ich ciało przez grube obuwie i skórzane nagolenice. Najbardziej poszkodowany w tym starciu był Barnaba, który z racji na swój wzrost obrywał smugami jaszczurzej juchy raz po razie prosto w twarz. Po kilkudziesięciu sekundach nieustępliwej sieczki, mężczyznom udało się przetrzebić wystarczająco watahę. Niedobitki zwierzyny nie czuły się już tak pewnie. Postanowiły więc się wycofać i zniknęły niebawem w zaroślach równie szybko jak się pojawiły.

— Pierdolone małe gnidy! — krzyknął Bernard, ocierając czoło z potu i krwi — Jaszczurki psia jego mać…

— Teropody. — wtrącił Orest.

— Co tam gadasz?

— Nie jaszczurki tylko teropody. To różnica. — wytłumaczył towarzyszowi.

— Dla mnie to mogą być nawet nietypowej urody świnie, albo ten kwegariański minister spraw wewnętrznych. No wiecie, ten co ma gadzią mordę, jak mu było…

— Van Dayke? — rzucił Maxim — On to fizjonomią bardziej przypomina żmiję i to taką, co zaryła łbem o kamień, aż się jej oczy rozjechały. — dodał, wywołując chichot wśród towarzyszy.

— To prawda z tym zezem? — dopytał Barnaba.

— Najświętsza — parsknął Klamer — Sam widziałem te jego oczyska. Jednym mógłby obserwować wiatraki w Diukatis, jednocześnie bacząc drugim na koryfeńskie plantacje. Nosi okulary, co by ukryć te szpetne gały. Ale nie schowa swojej mordy, choćby miał oprawki ze szczerego złota i soczewki wykute z górskich kryształów.

— Cicho! — uspokoił podwładnych szef wywiadu — Co to było za kurestwo? Mikroraptory? — dodał, zwracając się do detektywa.

— Nie, mikroraptory są opierzone. To było stado kompsognatów, w imperialnej mowie nazywanych często zgrabnie pueri kloot’zakken.

— Co to znaczy? — agent odrzekł z pytającym wzrokiem.

— W wolnym tłumaczeniu tyle co „małe skurwysynki”. — z wielką elegancją i uprzejmością w głosie wyjaśnił Orest.

— To chyba pierwszy raz, gdy muszę się zgodzić z czerwonymi. Idealne określenie na to plączące się między nogami ścierwo. — przyznał szef wywiadu.

— Mam nadzieję, że to tyle z upierdliwości natury. Chodźmy dalej naszym śladem. — zarządził Erutejczyk. Mężczyźni posłusznie ruszyli za śledczym. Nie przeszli dziesięciu metrów, gdy Orest syknął cicho w ich kierunku:

— Stać! — uklęknął nagle pośród traw — Zobaczcie co tu mamy…

Wszyscy spojrzeli mu przez ramiona. Przed nimi pośród paproci leżały ludzkie zwłoki, obgryzione z mięsa niemalże do kości. Kości, z których po części wyjedzono również szpik.

— No to wiemy skąd w tej okolicy tyle kompsognatów. — podsumował detektyw.

— To chyba nasz zaginiony kupiec z karawany. — stwierdził Finczer, biorąc do ręki strzępek niebieskiego materiału — To one go tak urządziły?

— Nie. Widzisz czaszkę? — Vizetian zbliżył się do trupa — Pęknięta od uderzenia. Zapewne triceratops się czymś spłoszył. Pognał więc w las i zrzucił jeźdźca. A ten pechowo walnął głową o kamień i zmarł na miejscu. Natura w tym przypadku wykonała tylko swoją pracę i posprzątała.

Orest dojrzał nieopodal odcisk odbity w mchu. A zaraz przy nim kolejne. Przykucnął przy jednym ze śladów i zaczął mu się dokładnie przyglądać. Po chwili studiowania zwrócił się w kierunku Finczera.

— Zwierzę porusza się na dwóch łapach o charakterystycznym rozstawie palców. Wygląda na to, że gościmy u barionyksa. — osądził z przekonaniem.

— Masz na myśli to paskudztwo, które siedzi zwykle w rzekach?

— Tak. Najwidoczniej ten tutaj postanowił wybrać się na spacer.

— To było kilka tygodni temu. Może już sobie polazł? — Bernard spojrzał na przyjaciela.

— Ślady są stosunkowo świeże.

— I co on tu niby robi tyle czasu?

— Barionyksy są niezwykle terytorialne. To upodabnia je do ludzi. Jeśli upatrzą sobie jakiś skrawek ziemi, to będą twardo pilnować okolicy. Przynajmniej wiemy gdzie iść. Jesteśmy blisko sukinsyna, więc miejcie oczy szeroko otwarte. Gęby zaś miejcie zamknięte, słuch tych bestii też jest niezawodny. — uprzedził ich detektyw.

Podążając za tropem znaleźli się wkrótce na małej polance porośniętej chruśniakami. Miejsce to zewsząd otaczały ponuro wyglądające drzewa mangrowe, które wyłaniały się z mgły, wykrzywiając swoje pnie i gałęzie na wszelkie możliwe sposoby, przypominając wygiętych w konwulsji ludzi. Niektóre z nich były powalone i gniły powoli w wodnistej brei, która zdecydowanie zdominowała okolicę. Tekla ruszyła w pewnym momencie naprzód, odlatując znacznie od swojego właściciela. Skierowała się na drugi koniec polany, skąd echo zaczęło nieść jej nerwowe pohukiwanie. Dźwięk ten oznaczał dla Oresta jasny sygnał. Nie byli w tym miejscu sami, najwidoczniej musiał im współtowarzyszyć jakiś drapieżnik. Erutejczyk słysząc puszczyka wyjął niewielką fiolkę z sakwy, po czym wypił zawartość.

— A to co? — szepnął do niego Finczer.

— Coś na wyostrzenie wzroku.

— No nie mów, że akurat teraz naszło Ciebie na picie wódki.

— To nie wódka, tumanie. Tylko vespertilio. — detektyw odparł odpychając go dłonią — A teraz się odsuń i nie przeszkadzaj. Barnabo, trzymaj — Vizetian gwałtownym ruchem rozchełstał koszulę i wyjął medalik z zielonym kamieniem ściętym w szpic. Oddając przyjacielowi grenafryt wziął głęboki oddech, policzył do trzech. Zamknął oczy. Mimo to widział wyraźnie, choć inaczej. Spoglądał na polanę z góry, tunelowo, tak jakby obserwował ją przez lunetę. Zawężona perspektywa utrudniała orientację, jednak tę wadę rekompensował doskonały słuch.

— Słyszę go, jest niedaleko. — po chwili zwrócił się do nich, wciąż nie otwierając oczu — Niewielki okaz, coś żre, wyraźnie można wyróżnić chrzęst łamanych kości.

— Co jest kurwa, Orest jest zaklinaczem? — szef wywiadu szturchnął Bernarda. Pozostali agenci z oddziału zaczęli szeptać między sobą i pokazywać na śledczego.

— Nie żadnym zaklinaczem. Ivone go tego nauczyła. To dzięki tej broszce — Kevler próbował wytłumaczyć im jak najciszej — Mówiliśmy Wam, że Oresta łączy wyjątkowa więź z Teklą, sową znaczy się.

Erutejczyk ponownie wziął głęboki wdech. Policzył do trzech, po czym otworzył oczy. Ptaszysko zaś wróciło w pobliże swoich ludzkich towarzyszy, po czym przysiadło na bezpiecznie wysokiej gałęzi.

— Zachowajcie ciszę. — rozkazał Erutejczyk, mówiąc do oddziału półszeptem. Mężczyźni wciąż otumanieni tym czego byli świadkami nie protestowali. Zaczęli nasłuchiwać. Po skupieniu faktycznie można było wyróżnić mlaskający dźwięk, dobiegający ze wskazanych przez sowę okolic, znacznie kontrastujący z głuchą aurą bagien.

— I co robimy? Wycofujemy się? — zapytał Egaar.

— Nie, skoro się tutaj znalazł to może odkrył to czego my szukamy. Mamy szczęście, że stoimy pod wiatr, inaczej już mógłby nas zwęszyć.

Mężczyźni przeszli kilka metrów w kierunku z którego dobiegały dziwne odgłosy. Gdy byli już wystarczająco blisko zauważyli bestię, posilającą się jakimś zdechłym zwierzęciem. Zgodnie z przewidywaniami Erutejczyka był to barionyks, na szczęście dla jego drużyny młody i jeszcze niewyrośnięty do końca. Dorosły osobnik osiąga osiem metrów długości, z kolei stojący przed nimi jaszczur miał coś w okolicy pięciu, może sześciu. W porównaniu do rozmiarów człowieka ta różnica wydawała się być znikomym pocieszeniem, jednak dla Vizetiana oznaczała znaczną pomoc w pracy, przez wzgląd na mniejszą masę ciała. Potwór poruszał się na dwóch solidnych, tylnych kończynach, krążąc wokół swojej ofiary i chwytając łapczywie spore kawałki mięsa. Jego pysk przypominał krokodyla, jednak w odróżnieniu od tego stworzenia był znacznie krótszy w stosunku do długości całego ciała. Charakterystyczną cechą tych bestii był długi, haczykowaty pazur na pierwszym palcu przednich kończyn, które podobnie jak choćby u tyranozaura były bardzo małe, sprawiając wrażenie nieporadności. Jednak to były tylko pozory. Barionyks jest wyśmienitym łowcą, bezwzględnym zabójcą, a owymi pazurami potrafi posługiwać się z finezją godną szermierza. Z tym że zamiast jednej szabli posiadał dwa szpony główne oraz kilka pomniejszych do pomocy. Najbardziej groźny jest w wodzie. Mimo to na lądzie wciąż pozostawał śmiertelnie niebezpieczny, czego świadomy był i sam Orest. Jednak chcąc się przekonać na czym żeruje drapieżnik, musiał się go jakoś pozbyć, oderwać jaszczura od posiłku. A nie było to łatwe. Od miski ciężko oderwać głodnego psa, a co dopiero mówić o wielkiej gadzinie, która jednym kłapnięciem paszczy mogłaby przeciąć dorosłego mężczyznę na pół. Z takim stworzeniem nie da się negocjować, więc wyjście było trywialnie oczywiste i jednocześnie kuriozalnie trudne. Bestię trzeba było ubić, spłoszenie jej nie wchodziło w grę.

— Panowie, Wy tu jesteście specjalistami od megafauny. Co robimy? — Finczer szepnął w kierunku Wizetyrczyków.

— Nie my, tylko Orest! — zaprzeczył Kevler — Orest i nasz druh Orkan ukończyli Akademię w katedrze megafauny. Ja byłem przyuczany na zwykłego rycerza.

— No dobrze. W takim razie Orest, masz jakiś pomysł?

— Twoi kusznicy będą mnie asekurować z bezpiecznej odległości. Normalne bełty się przydadzą, gdy ja będę strzelał do niego ze swojej amunicji.

Jak powiedział tak też uczynili. Egaar przegrupował swoich ludzi tak, by strzelcy zajęli pozycje po obydwu stronach potwora. Sam pozostał z Bernardem w bliskiej okolicy Oresta, któremu zamierzali pomóc w starciu bezpośrednim w razie komplikacji. Erutejczyk zdjął z pleców kuszę i sięgnął do torby po dwa pociski, po czym umiejscowił jeden z nich w łożu i naciągnął cięciwę korbką. Po chwili zdecydowanym ruchem pociągnął za spust. Bełt trafił centralnie w cielsko jaszczura w okolicy szyi. Bestia oderwała się z rykiem od swojego pożywienia i rozejrzała wkoło. Gdy zlokalizowała szkodnika, który śmiał jej przeszkodzić, ruszyła w jego kierunku. W tym momencie w jej korpus wbiło się kolejnych pięć strzał, wystrzelonych przez ludzi Finczera. Jednak gadzina dalej uparcie zmierzała w stronę pierwszego agresora. Gdy szybkimi krokami zbliżała się do detektywa oraz jego dwóch towarzyszy, Orest ładował swoją broń drugim, przygotowanym wcześniej bełtem, który różnił się od poprzednika. Z przymocowanego doń pojemniczka wystawał bowiem malutki lont, który został podpalony przez Erutejczyka. Tym razem wycelował jaszczurowi prosto w nos, pomiędzy oczy. Efekt tego trafienia był jednak z goła inny niż wcześniej. Pocisk po dotarciu do celu wybuchł z hukiem wprost przed zwierzęciem, sprawiając że potwór zmienił nieco swoje nastawienie. Jego gorycz i złość przerodziły się w niepewność, strach. Gdy jego skórę przebiło kolejnych pięć bełtów, wrażenie to dodatkowo się spotęgowało. Stworzenie instynktownie poczuło potrzebę oddalenia się w celu regeneracji, w końcu nie można polować w takim stanie, przewaga nie może stać po stronie ofiary. Gadzina zaczęła się wycofywać, jednak po kilku sekundach do strachu doszła senność. Okropna, niechciana senność która sprawiła, że coraz ciężej było zwierzęciu stawiać kolejne kroki. Bestia zaczęła włóczyć nogami ze zmęczeniem, słaniając się coraz bardziej na swoich tylnych łapach, które z solidnej konstrukcji miarowo przemieniały się w wiotką, słabą niczym ażur strukturę. W końcu jaszczur runął na ziemię, stracił przytomność. Erutejczyk podszedł do barionyksa i dobił go mieczem, zanurzając swoje ostrze w gadziej gardzieli, z której kaskadą spłynął strumień w odcieniu szkarłatu.

— Ale z Ciebie profesjonał, Orest! — Krzyknął Urim, dobiegając do jaszczurzego cielska — Miałem do czynienia z wieloma typami kusz, ale takiego wariantu jeszcze nie widziałem. Żaden znany mi model naciągany jedynie przy pomocy siły rąk nigdy nie uzyskiwał takiej siły rażenia. Niebywałe! — zachwycał się dalej, nie spuszczając wzroku z broni, która wróciła na plecy detektywa.

— Pracując w takich warunkach nie tylko oręż jest niezbędny, ale również porządna broń dystansowa — stwierdził Erutejczyk — Dlatego z czasem zmodyfikowałem swój egzemplarz tak, by posiadał najlepsze parametry przy jak największej wygodzie i mobilności użytkowania.

— Jak odnajdziemy Księcia to zgłoszę się do Ciebie po podobną kuszę. — rozochocił się Urim.

— Zgoda, ale będzie sporo kosztowała. Wyjątkowo nie lubię dłubaniny tego typu i wszystkich testów, poprzedzających kolejne etapy opracowywania projektu. — Vizetian uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na szefa wywiadu.

— Szybko padł jak na takiego bydlaka. Wyglądało jakby bełty ledwo go poraniły. — stwierdził Finczer, przyglądając się martwemu już zwierzęciu. — Czym go ustrzeliłeś? — spytał, zwracając się do Oresta.

— Troodontidaezyną. — odpowiedział detektyw.

— Uśpiłeś go? — agent zmarszczył brwi.

— Mhm. To wyjątkowo mocny środek usypiający, pozyskiwany z jadu niektórych gatunków troodonów. Człowieka byłby w stanie zabić w takim stężeniu, z kolei zwierzę większych gabarytów obezwładnia. Przyznaję, myślałem że zrobi to szybciej. Najwidoczniej dałem za małą dawkę, albo zbytnio rozcieńczyłem toksynę w tej partii amunicji. — Erutejczyk stwierdził samokrytycznie, klęcząc przy upolowanym barionyksie.

— No dobra, skoro nasz kolega zakończył jeść, to chyba możemy przyjrzeć się resztkom po jego uczcie. — wtrącił Barnaba. Ekipa z Orestem na czele zbliżyła się do niedokończonego posiłku bestii, wokół którego były porozrzucane niebiesko-białe podarte szmaty, prawdopodobnie pozostałości po ubiorze stworzenia. Wyglądało na to, że faktycznie musiał być częścią karawany Księcia Floriana, ponieważ taką kolorystykę posiadały kropierze zwierzyny należącej do Sanguerry. Jedynym co mogło sugerować niedoświadczonemu obserwatorowi, że mężczyźni mają do czynienia z triceratopsem, były trzy skierowane smętnie ku górze rogi i ogryziona z mięsa kryza. Poza tymi charakterystycznymi elementami, truchło było jedynie pokaźnych rozmiarów górą zgniłego mięcha i skóry, które ostały się po jednej stronie ciała leżącej na ziemi, z drugiej zaś wyłaniał się szkielet, prezentując niezbyt przyjemne w zapachu wnętrze zwierzyny, która przeleżała już swoje w tym miejscu. Widoczne były także liczne siedliska larw, kłębiących się w wywalonych na zewnątrz tkankach. Oraz chmary much, które zaczęły dokuczać mężczyznom, chaotycznie obijając się od ich twarzy. Erutejczyk dokładnie obszedł zwłoki. Zbliżył się do zada triceratopsa, a raczej tego co kiedyś musiało być jego zadem i przyjrzał się pozostałej w tym miejscu skórze, w poszukiwaniu pieczęci pozostałej po znakowaniu. Zauważył na niej charakterystyczny znak węża przybierającego kształt litery S, który wskazał palcem i spojrzał porozumiewawczo na szefa jamrutejskiego wywiadu. Symbol został przerwany sporą raną ciętą przez pazur drapieżnika, jednak z bliska dało się wyraźnie dostrzec łeb żmii.

— Sanguerra. — Finczer pokiwał z niezadowoleniem głową.

— Nigdzie nie ma juk ani innych pakunków, które zapewne gad przewoził, jedynie jakieś porozrzucane strzępy. — skonstatował detektyw.

— W tych stronach nie brakuje samobójców, którzy zaryzykowaliby życie dla kilku paczek. Na bank ograbiono trupa z ładunku już jakiś czas po jego śmierci. Wątpię żeby ludzie Księcia próbowali odzyskać coś w trakcie ataku drapieżnika. — odpowiedział agent wywiadu.

— Widzisz te ugryzienia w okolicach pachwin? — Orest wskazał Finczerowi szramy w okolicy zachowanej łapy triceratopsa. — Te są po barionyksie. Gdyby zostały zadane żywemu zwierzęciu, rany krwawiłyby obficiej przez naruszenie tętnic. Tutaj widać dokładnie, że krew wypływała spokojnym strumieniem już dawno po stężeniu pośmiertnym, więc to nie nasz powalony gad był zabójcą, ani inny przedstawiciel jego gatunku.

— Nie wiem jakim cudem dostrzegasz takie szczegóły w tej kupie rozkładającego się mięsa. — przyznał Egaar, nie kryjąc zarówno obrzydzenia jak i podziwu.

— To jest Orest jakiego znam! Dać mu kij i kazać grzebać w gównie, to dokopałby się do historii chorób zwierza oraz podałby Tobie jego dokładny jadłospis z całego tygodnia! — krzyknął zza pleców mężczyzn Barnaba.

— Na nasze szczęście tricery mają wyjątkowo grubą skórę, przez co wiele szczegółów zachowuje się na ich powierzchni. Można zatem wyciągnąć wiele wniosków, nawet z takiego kilkutygodniowego zgnilca. — odpowiedział Vizetian. — Trupem pożywiał się barionyks, jednak trafił tutaj znacznie później, najpewniej zwabiony zapachem zepsutego mięsa. My mamy znacznie większy powód do obaw. — dodał z niepokojącym towarzyszy spojrzeniem.

— Mów rzesz jaśniej Orest, nie każdy tutaj jest analitykiem specjalizującym się w truchłach. — rzekł zniecierpliwiony Barnaba.

— Przez to, że grzbiet jest mocno nadjedzony można łatwo przeoczyć ślady po drugiej, o wiele większej szczęce. Widzicie, tutaj odznaczyła się linia zębów… — śledczy wodził ręką w powietrzu za kształtem odciśniętej bruzdy — A tutaj druga, równoległa. Wszędzie poznam odcisk tej długiej, krokodylej mordy. Zabójcą naszego nieszczęśnika musiał być spinozaur. — Pokiwał głową detektyw.

— Spinozaur?! — powtórzył Finczer, który sprawiał wrażenie jakoby się przesłyszał — Przecież te kreatury nie żerują na tych terenach. Od jamrutejskich mokradeł wolą cieplejsze puszcze, wysunięte daleko na południowy wschód Kwegarianu. — dodał z niedowierzaniem w głosie.

— Wojna zaburza naturalne ekosystemy i zmienia nieco zachowanie zwierząt. Niewykluczone, że jakieś drapieżniki podążały za przemieszczającymi się oddziałami wojsk imperialnych, możliwe też, że na potrzeby postawienia nowego obozowiska w lesie, czerwoni wypłoszyli albo wybili roślinożerców stanowiących pożywienie dla mięsożerców. Zwierzyna też migruje, a że w jamrutejskim powietrzu od jakiegoś czasu unosi się przyjemna dla niej woń krwi to stopniowo przesuwają się na zachód. — wytłumaczył kompanom Erutejczyk.

— Przestaje mi się to podobać Orest. — stwierdził Egaar — Wiesz co oznacza takie bydle w tym rejonie? Musimy czym prędzej ostrzec strażników strzegących Krucję! Miasto co prawda jest otoczone murami, ale co jeśli potwora zapuści się na polowanie po okolicznych wsiach?

— Spokojnie, dzikie zwierzęta nie są na tyle głupie by zbliżać się do dużych siedlisk. Ale fakt, niewielkie wsie i podróżujący po szlakach kupcy stanowią dla nich bardziej przystępny cel. — przytaknął Vizetian. — Mnie bardziej martwi, że możemy być właśnie na terenie łownym, spinozaury podobnie jak barionyksy są bardzo terytorialnymi zwierzętami. — dodał po chwili.

— Spinozaur pożarł triceratopsa… — podjął Barnaba, wytrącając oddział z dyskusji — Też Ci ironia. Patrząc na ostatnie wieści z frontu ciężko nie dostrzec tej symboliki. Mamy tutaj wręcz ukazany w pigułce konflikt między Jamrutą a Imperium.

W swoim osądzie miał dużo racji. Wszakże spinozaur zajmował honorowe miejsce na herbie Kwegarianu.

— Licz się ze słowami Kevler! — zagrzmiał Finczer — Nie będę tolerował takiej impertynencji wśród ludzi z którymi pracuję!

— Spokojnie, to tylko luźne skojarzenie. Sam wspominałeś, że coraz gorzej rysuje się sytuacja po Waszej stronie.

— Nie jest kolorowo, fakt — zgodził się Egaar — Ale defetyzm tym bardziej nikomu nie sprzyja.

— Nie obraź się na mnie Egaarze, że ujmę sprawę tak dosadnie, ale według mnie cud musiałby się wydarzyć, żeby Wasza armia była w stanie odeprzeć atak Imperium, gdy postanowi ruszyć na Kwiztorię. — Bernard wstał powoli od truchła — Wszyscy wiedzą jakie tabuny kłębią się w tym ich obozowisku. Jeśli czerwonym nagle nie spadnie na łby stado drapieżnych jaszczurów to cienko to widzę… No ale dobra, skoro mowa o jaszczurach. Ubiliśmy już jedno bydle to temu skurwielowi nie damy rady? — rzucił pewny siebie.

— W swoim życiu ubiłem jedno takie bydlę i uwierz, nie chciałbyś się za to zabierać. Spinozaur to znacznie większy problem, dosłownie. Ten osobnik sądząc po wielkości szczęki jest dwa razy dłuższy od barionyksa z którym walczyliśmy, co najmniej. — wyjaśnił Orest, nakreślając powagę sytuacji.

— Jak bardzo rozległy teren obierają sobie za swój? — wtrącił Finczer.

— Nieszczególnie duży. Zwykle polują w promieniu kilometra-dwóch od swojego leża.

— Pogadaliśmy sobie i fajnie, ale może się stąd jednak kurwa wynośmy. Wiecie, jakoś tak zatęskniłem za miejskimi murami. — zaproponował Bernard, spoglądając nerwowo w kierunku mokradeł. Próżno było szukać śladów po jego pewności siebie.

Mężczyźni wrócili do swojej zwierzyny, która posłusznie oczekiwała na właścicieli, pasąc się na przydrożnej polance.

— Niedługo zacznie się ściemniać, a do Krucji mamy jeszcze kawał drogi. Przenocujemy w twierdzy Borna znajdującej się niedaleko stąd. — zarządził Egaar — Co prawda od lat jest porzucona i nadszarpnięta nieco przez ząb czasu, ale jest to lepsza alternatywa dla noclegu po środku bagien.

Zgodnie z sugestią szefa wywiadu kompania zebrała się do drogi w kierunku opuszczonego fortu. Kilkanaście minut później oddział dotarł do celu podróży i wjechał ostrożnie po spróchniałej kładce na teren budowli. Twierdza okazała się być niewielkich rozmiarów kompleksem, wybudowanym na planie koła z kilkoma wieżyczkami dla pełniących tu niegdyś wartę strażników. Po środku nietypowo stały pozostałości po stołpie, dużym i samodzielnym wieżyszczu obronnym, co sugerowało, że reszta została dobudowana wokół niego znacznie później dla dodatkowego umocnienia punktu taktycznego. Miejsce to musiało być opuszczone przynajmniej kilka dekad.

— No no, widzę że twierdza jest już naprawdę wiekowa. Długo stoi w takiej ruinie? — Orest zagaił do Egaara.

— Prawdopodobnie od czasów II wojny separacyjnej, która rozgrywała się na tych ziemiach, gdy jeszcze król Henryk Czteropalcy dążył do zjednoczenia państw Yamty i Ruttonii. — odpowiedział agent.

Jeśli jest tak jak mówił to faktycznie fortyfikacja lata świetności dawno ma za sobą. Konflikt zbrojny zakończył się co prawda przeszło pięćdziesiąt siedem lat temu, jednak po dziś dzień po całej Jamrucie rozsiane pozostają pomniki upamiętniające tamte wydarzenia. Ruiny Borny wydawały się być jednym z nich. Budowla była praktycznie całkowicie zdemolowana, jednak na wpół strawione wojną zamurowania kreśliły wciąż na polanie wśród mokradeł nieprzerwany u podstawy okrąg, który odgradzał ludzi Finczera wystarczająco od otaczających ich dzikich ziem. Na jedną noc było to więc miejsce wystarczająco bezpieczne. Oddział udał się na kamienną platformę znajdującą się nieco bardziej w głębi kompleksu i rozbił tam swój prowizoryczny obóz. Było to jedynie kilka namiotów ułożonych względem siebie na planie podobnym do księżyca w fazie sierpa, z małym ogniskiem pośrodku, ułożonym pośpiesznie z kamieni i cegieł leżących na terenie twierdzy. Mężczyźni nałożyli do niego narąbane wcześniej polana i podłożyli pod nie ogień. Drewno zajęło się dosyć szybko, czerwieniąc się niczym zawstydzona niewiasta i puszczając w powietrze malutkie płomienne języki. Niebawem do biesiadników dołączył i alkohol, wyjęty ukradkiem z juk. Drużyna popiła trochę i gdy była już nieco weselsza, prawa ręka Egaara, Maxim, zwrócił się w kierunku Erutejczyka:

— Oreście — podjął ze starannie wyważoną powagą — Bo słyszałem co nie co i mnie zastanawia, Ty jesteś w końcu z tą zaklinaczką z Ravenborn, czy nie?

— To dość ciężkie do wytłumaczenia… — stwierdził szczerze detektyw — Mógłbym rzec wręcz dwojako, że tak i nie. Przed laty tworzyliśmy z Ivone parę, którą wielu mogłoby uznać za przykładną. Doczekaliśmy się syna, układaliśmy swoje życie w Rudetii, gdzie Iraja z powodzeniem rozwijała swoją karierę królewskiej doradczyni.

— Jednak ślubu nie doczekaliście, prawda? — Maxim spojrzał pytająco na detektywa.

— Nie doczekaliśmy. Ivone zawsze uchodziła za wolną duszę, kobietę wyzwoloną, czy jak to rzec bardziej współcześnie, wyemancypowaną. Brak ożenku nie był dla nas przeszkodą. Byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Potem sporo się w naszym życiu zmieniło…

— Chodzi o zabójstwo Twego ojca, Dorahima? — upewnił się Maxim.

— Tak. — Orest podniósł butelkę, wychylił nieco trunku — Po jego śmierci skupiłem się na poszukiwaniach Terrivalda. Chciałem pomścić ojca, sprawić by ten sukinsyn odpowiedział za swoje czyny. Jednak odnalezienie go okazało się niemożliwe, przepadł niczym kamień w wodę. Ale ja wciąż szukałem, lata mijały. Czas przelatywał mi przez palce. Wielokrotnie w tym okresie kłóciłem się z Ivone. Rozstawaliśmy się i schodziliśmy, jakby trzymani dziwną więzią, silniejszą niż jakkolwiek rozumiany zdrowy rozsądek. Po dziś dzień w zasadzie żyjemy w ten sposób. Stało się to taką naszą normalnością, powtarzalnym cyklem… — Erutejczyk zawiesił głos, spojrzał w ognisko. Płomyki odbiły się w jego purpurowych oczach.

— Skończmy te przykre tematy Panowie, na smutno się tylko mocniej upijecie, a nie chcę żebyście chorowali jutro w trakcie podróży. — wtrącił Egaar, urywając ciągniętą przez towarzyszy rozmowę.

Wszyscy posiedzieli w grupie jeszcze chwilę, gawędząc już o bardziej przyziemnych i lekkich sprawach, jednak rozmowy nie trwały zbyt długo. Ludzie Finczera wraz z Bernardem szybko usnęli tamtego wieczora. Najwidoczniej po uspokojeniu swoich emocji związanych ze starciem z barionyksem ich organizmy poczuły, że najwyższy czas na regenerację, zarówno dla duszy jak i ciała. Gdy mężczyźni spali już, pochrapując i świszcząc naprzemiennie ze swoich namiotów, na warcie pozostali szef wywiadu i detektyw. Jamrutejczyk podszedł do kompana, usiadł na niskim pieńku. Najwidoczniej i on zechciał zamienić z nim słowo.

— Oreście… — zaczął, niepewnie spoglądając w jego stronę.

— Tak? — Vizetian odwrócił się do niego, przerzucając w zębach znalezione przed chwilą źdźbło trawy.

— Tamtego wieczora w karczmie, gdy rozmawialiśmy o śmierci Twojego ojca, nie potraktowałem Ciebie należycie. Chciałem przeprosić. — kontynuował, tym razem już z pewniejszym tonem — Nie powinienem wtedy oceniać tego co mi mówiłeś, ani tym bardziej osądzać prawdziwości czy też słuszności Twoich słów.

— Doceniam, ale czemu mówisz mi to akurat teraz?

— Wcześniej nie było okazji. — Finczer zmarszczył czoło, pogładził dłonią bliznę na swoim poliku — Gdy wtedy od nas odszedłeś, rozmawiałem jeszcze długo z Kevlerem. Pierw zebrałem od niego siermiężny opierdol za to jak Ciebie potraktowałem. Ciężko odmówić słuszności słowom, jakie wtedy padły. Potem zaczął mi opowiadać o tym, jak Twój ojciec go nauczał w Akademii, jakim wyśmienitym był mistrzem i autorytetem dla swoich uczniów. Jakim piętnem odcisnęła się w akademickich kręgach jego nagła śmierć. Sporo o nim czytałem jak wiesz, ale żaden dokument nie opisze człowieka na tym, jakby to ująć… ludzkim gruncie. Widzę jak dużo już poświęciłeś walce o sprawiedliwość dla jego osoby, jak wiele poświęcić wciąż jesteś gotów. Dlatego jedno mnie zastanawia. Powiesz mi jakim był ojcem? — agent w końcu przeszedł do sedna.

— Wspaniałym. — bez zawahania odpowiedział detektyw — Oraz niezwykle wymagającym. To on mnie nauczył niemal wszystkiego co potrafię i pokazał niemal wszystko co znam.

— Był sierotą, prawda?

— Tak. Ledwo skończył piętnaście lat, gdy rodzice zaczęli zabierać go na dalekie szlaki. Podobno pochodzili z bogatego rodu kupieckiego, gdzieś z południa Imperium. Była to jak mówił specyficzna rodzina z osobliwymi tradycjami. Swoich członków pieczętowali bowiem znakiem odwróconego trójkąta na karku. Symboliki tego obrządku niestety nie znam, więc tu nie zaspokoję Twojej ciekawości. Ojciec kontynuował zresztą jedyną znaną mu spuściznę i zrobił potem podobny symbol mi i bratu. Chciał nawet oznaczyć tak mojego syna, ale zdecydowanie się sprzeciwiłem. — Orest osunął sterczący do góry kołnierz obnażając kark. Agent dostrzegł na nim tatuaż przedstawiający puszczyka w locie, powstały na zabliźnionym znaku.

— Nie zauważyłem wcześniej, że masz w tym miejscu tatuaż! — Finczer szepnął niemalże krzycząc, jednak pohamował się by nie zbudzić towarzyszy.

— Mam nadzieję, że w pracy będziesz bardziej spostrzegawczy, inaczej czeka nas ciężki los. — detektyw zaśmiał się cicho, po czym dalej opowiadał — Rykowisko, puszcza w której walczyliśmy z karmicielami, już wtedy była niebezpieczna i ogarnięta przez tych bandytów.

Pech chciał, że pewnego dnia trafili na bogato zaopatrzony karawan. Zaatakowali, poszczuli kupców wygłodniałą, drapieżną zwierzyną. Wszyscy zostali zabici, bez szans na ratunek. Jedynym cudownie ocalałym był mój ojciec. Uciekł niezauważony. Tułał się potem jakiś czas po lesie. Aż w końcu zawędrował do Eruty.

— I co było potem?

— Tam mu się poszczęściło. Trafił do rezydencji pewnego szlachcica. Dziedzica ziemskiego z pokaźnym majątkiem, uznanego hodowcę parazaurów i innego zdatnego do użytku zwierzyńca. Mężczyzna widząc przerażonego, wycieńczonego chłopaka przyjął go do siebie i się nim zaopiekował. Chłopak po czasie wrócił do zdrowia, a szlachcic najął go w roli stajennego. Tym człowiekiem był Ernest Vizetian.

— Vizetian? — zdziwił się agent — To nie było nazwisko Twego ojca?

— Wtedy jeszcze nie. — wyjawił Orest — Jednak gdy tata miał blisko dwadzieścia lat i był już zaufanym pracownikiem Ernesta, do Eruty po kilkuletnich naukach wróciła jego córka, Irma. Szybko wpadli sobie w oko, później bezgranicznie się w sobie rozkochali. Już wtedy stary Vizetian traktował stajennego jak swojego syna, nie należał do tych wyniosłych, patrzących na tytuły i rodowody. Nie miał nic przeciwko ich związkowi. Dziadek był człowiekiem o naprawdę dobrym sercu. Tak oto Dorahim przyjął nazwisko swojej nowej rodziny. Tego po poprzedniej nigdy mi nie wyjawił. Myślę, że chciał w ten sposób zamknąć smutny rozdział w swoim życiu.

— No dobrze, ale jak Twój ojciec wkroczył na królewski dwór? To dość spore awanse z rangi stajennego, nawet wliczając małżeństwo ze szlachcianką, do jakiego doszło w międzyczasie.

— Widzisz, jego teść, a mój dziadek, wpoił mu wiele wartości. W tym patriotyzm do Wizetyru, mimo że w zasadzie nie był ojczyzną ojca. I udało mu się to na tyle, że pochłonęła go bezgraniczna miłość i szacunek do tego królestwa. Nawet moje imię wybrał wzorując się na nazwie stolicy — Oretii. Początkowo miałem nazywać się Erutael od miejsca naszego zamieszkania. Jednak mama odwiodła ojca od tego pomysłu uświadamiając mu, że Erutael oznacza w starej mowie pisklaka. Dobrze zrobiła, bo w połączeniu z nazwiskiem, tłumacząc z mowy trójkoronnej, taka godność oznaczałaby dosłownie Gromowładne Pisklę. Przyznasz, że niezbyt pasowałaby do wojownika z północy. Chociaż i tak czasem mnie tak nazywał. — z uśmiechem wspomniał Erutejczyk — Ale wracając do Twojego pytania. Ojciec okazał się człowiekiem niezwykle szlachetnym. Miał ogromną intuicję, czuł politykę i do tego potrafił walczyć. W Erucie wykształcił się w murach Akademii, pasowano go na rycerza. Z czasem awansował na członka osobistej gwardii młodego wówczas króla Hedrika. I tak się potoczyły ich losy, że już do końca życia towarzyszył władcy u jego boku, dłuższy czas już w roli doradcy. Gdy tron przejął syn Hedrika, ojciec zrezygnował ze stanowiska. Twierdził, że chce oddać wodze młodemu pokoleniu. Sam zdążył zostać rektorem Akademii i gdyby nie jego rychła śmierć, to zapewne osiadłby na dobre w tej roli na stare lata. Niestety nie zdążył porządnie zapuścić tam swoich korzeni. Zdołał za to utkwić w pamięci adeptów, jako mistrz i autorytet, jak to określiłeś.

— Teraz już wiem czemu taki jesteś. — Finczer pomyślał na głos — Z takim wychowaniem nie dziwota, że stałeś się tak doświadczonym śledczym i specem od megafauny.

— A widzisz, tu się mylisz. Ojciec zawsze chciał bym poszedł jego śladem i został doradcą dopiero co intronizowanego po zmarłym ojcu Rudaweryka. Nie chciał nawet bym się uczył rycerskiego fachu w Erucie. Po swoich przeżyciach z mieczem i kuszą uznał, że nie chce dla mnie takiego losu, że dzięki swojej pozycji od razu przepchnie mnie do świata polityki. Jednak po drugiej stronie była moja matka. Jak mówiłem, nim jeszcze poznała ojca, ukończyła z powodzeniem studia. Na kierunku zoologii, w specjalizacji megafauny. To za jej sprawą zacząłem interesować się zagadnieniami związanymi z oswajaniem zwierząt, behawiorystyką, weterynarią. To ona nauczyła mnie macerować kompozyty do środków usypiających. Nawet pierwszą petardę odstraszającą drapieżniki wykonałem pod jej czujnym okiem. Współpracowała z wieloma zaklinaczami, a ja obserwowałem z wielką pasją ich poczynania. Za jej namową wstąpiłem w szeregi Akademii. Chciałem być wojakiem, ale nie prostym rębajłą, idącym z pieśnią i tarczą pod sztandarem króla. Marzyła mi się kariera speca od megafauny, tresera i tropiciela rozmaitych stworzeń. W razie potrzeb okazjonalnego pogromcy bestii, których tresować się nie zdało, ale można było wytopić śladem ich ofiar. Ojciec był wściekły, wyklinał mnie pod niebiosa, ganiał po podwórzu z rózgą, kilka razy się zdarzyło, że nawet i z toporem. Potem dostrzegł mój upór i konsekwencję, to że zostałem okrzyknięty jednym z najlepszych uczniów mojego rocznika. Nawet jednym z najlepszych jakich w ogóle kształciła Eruta. Lata mu to zajęło, ale ostatecznie odpuścił. Pogodził się z moim wyborem.

— Matka musiała być z Ciebie dumna.

— Ona niestety nie dożyła tego momentu. Zmarła gdy miałem lekko ponad dwadzieścia lat. Dostała apopleksji.

Finczer uniósł się chęcią wyrażenia swojego żalu, jednak nic nie powiedział. Orest w jego oczach poznał sens niewypowiedzianych słów, skinął dziękująco głową.

— W takim razie jak stałeś się cenionym śledczym? — kontynuował po chwili — Tylko nie mów, że i tym fachem zająłeś się po to, żeby zrobić na złość ojcu. — parsknął pod nosem.

— To już zdarzyło się po jego śmierci. Chciałem znaleźć Terrivalda, jednak to mi się nie udało. Okazało się za to, że potrafię całkiem dobrze podążać nie tylko za zwierzyną, ale i za ludzkim tropem. Podejmowałem się kolejno wielu spraw. A to komuś zbiegł zięć, zaopatrując się uprzednio w posag po córce, a to zamordowano jakiegoś kasztelana czy innego wojewodę.

I tak miarowo po piątej, może dziesiątej zacząłem być kojarzony z dobrą renomą i skutecznością. Chociaż tak naprawdę cały czas mi zależało tylko i wyłącznie na odnalezieniu tego skurwiałego dupka. Inne śledztwa to były tylko środki. Do zarobienia pieniędzy umożliwiających dalszą podróż na szlaku, do zdobycia kilku życzliwych znajomych, mogących potencjalnie przysłużyć się mojej sprawie. Ironia losu włożyła mnie w te buty i tak po dziś dzień w nich stąpam. Zdołałem je już nawet całkiem rozchodzić, co trudno ukryć.

— No właśnie, a w jaki sposób w Waszym życiu pojawił się Terrivald? — dalej wypytywał z zaintrygowaniem szef wywiadu — O tym nie znalazłem żadnej wzmianki. Ani w archiwach, ani w spisach rodowych. Wszędzie o nim cicho.

— I tu historia zatacza koło, bo był nikim innym jak kolejną przybłędą. — Erutejczyk przegryzł nerwowo trzymane w zębach źdźbło, po czym je wypluł — Gdy miałem może z pięć lat, do Eruty przybył młody chłopak, na oko liczył sobie dwanaście, może piętnaście wiosen. Był wycieńczony, ledwo co włóczył nogami. Nie miał nikogo, nie potrafił wytłumaczyć co mu się przydarzyło. Zbiegiem okoliczności trafił na mojego ojca. Obudził w nim wspomnienia własnego dzieciństwa, piekła które przeżył. Uznał, że wszechświat prosi się o spłatę długu, jaki zaciągnął wobec ludzkiej dobroci. Przyjął go jak własnego syna. A musisz wiedzieć, że kosztowało go to wiele pracy i wyrzeczeń. Terrivald był wyjątkowo trudnym dzieckiem. Mało co wtedy mówił i zachowywał się w sposób bardzo wyobcowany, początkowo wręcz dziki. Wtedy nikt nie wiedział co mu dolega. Zajmujący się współcześnie medycyną uczeni określają taką przypadłość szokiem pourazowym. Jednak ojciec pracował nad nim wytrwale, nie poddawał się. I tak Terrivald z czasem stawał się coraz pewniejszy siebie, bardziej otwarty na ludzi, chociaż do końca pozostał tajemniczy i odizolowany. Wpadł w złe towarzystwo. Gdy miał trzydzieści lat, a przynajmniej był w okolicy tego wieku, opuścił rodzinne strony. Rzadko potem bywał w Erucie. Docierały do nas plotki o jego szemranych interesach, podejrzanych kontaktach i znajomościach. Aż pewnego dnia wrócił i zamordował ojca… — Orest zawiesił głos. Najwidoczniej nie był w stanie mówić dalej, powróciły paskudne wspomnienia.

— Dobrze, nie będę dalej pytał, bo nie chcę z naszej towarzyskiej rozmowy zrobić przesłuchania. — stwierdził Finczer.

— Za późno — z ironicznym uśmieszkiem odparł Erutejczyk — Mam wrażenie, że przemaglowałeś mój życiorys do ostatniej nitki. Najwidoczniej bimberek rozplątał mi zbytnio język — rzekł ziewając przeciągle — Przez ten alkohol zacząłbym się jeszcze Tobie zwierzać, wylewać smutki w rękaw jak panna po rozstaniu. A nie pora teraz na to, zresztą w pracy nie powinienem. — zauważył, wstając z trudem z pieńka.

— Siedź — agent chwycił go lekko za ramię, wrócił śledczego do pozycji siedzącej — Pójdę na wschodnie zamurowania, zobaczę czy nic nie kręci się w naszej okolicy. — dodał, po czym udał się w kierunku miejsca planowanej warty. Pilnował stanowiska dwie godziny, po czym zmienił się z jednym ze swoich ludzi. W tym czasie detektyw zdążył już dawno usnąć, zamroczony butelką trunku, którą wysuszył w międzyczasie do dna.


Następnego dnia cała kompania dosiadła swojej zwierzyny i ruszyła dalej kupieckim szlakiem w stronę Krucji. Trasa zapowiadała się przystępnie i spokojnie jak na te strony. Oddziałowi w podróży towarzyszył jedynie cichy szum z głębi zarośniętego bagniska. Od czasu do czasu z oddali dochodziły ich uszu klangory żurawi żerujących na mokradłach. Poza chóralnym koncertem ptactwa i rechotem żab nie było słychać nic. Trakt kupiecki którym się poruszali wydawał się wręcz głuchy, wzbudzając poczucie jednoczesnego wyciszenia jak i skrytego z tyłu głowy niepokoju. Bowiem od lat wiadomo, że tam gdzie z pozoru nic się nie dzieje, wydarzyć się może zatrważająco wiele. Niestety tak było i tym razem, drużyna z detektywem na czele nie mogła cieszyć się długo nużącym charakterem podróży. Po upływie godziny gdy od Borny dzieliło ich już kilkadziesiąt kilometrów, Tekla zaczęła wiercić się niespokojnie na ramieniu Oresta. Ten widząc reakcję swojej pierzastej przyjaciółki gestem ręki kazał się wszystkim zatrzymać, samemu ciągnąc za wodze Kokosanki, która momentalnie zastygła w bezruchu. Erutejczyk odwrócił się w kierunku towarzyszy i przykładając palec do ust wypuścił sowę w powietrze. Ptak zaczął krążyć bezszelestnie nad głowami kompanii, po czym oddalił się kilka metrów w głąb bagien. Gdy sowa zbliżyła się do wysokich krzewów, zaczęła nerwowo pohukiwać, po czym oddaliła się od nich na bezpieczną odległość i przysiadła na jednym z drzew. Po chwili chaszcze które wskazała Tekla zaczęły się ruszać. Cichy szelest połączony z ruchem roślin zdawał się przemieszczać okrężnie, rysując łuk w niewielkiej odległości od rycerzy, siedzących nieruchomo na swoich parazaurach. Obserwowali bacznie zarośla, wodząc jedynie wzrokiem za źródłem dźwięku. Po przebyciu kilku metrów nieznane zwierzę przycupnęło, jednak wszyscy już czuli, że są obserwowani. Orest dostrzegł wyłaniający się zza wiatrołomów żagiel, wielki wachlarz który rozpościerał się na stabilnych kostnych masztach. Można było pomyśleć, że jakaś krypa zabłądziła i popłynęła głęboko w mokradła. Zdawało się również, że nie była to jak na warunki jednostka mała, na oko mogła mieć nawet osiemnaście metrów. Jednak rozsądek podpowiadał, że nie mogła być to łódź. By znaleźć się w tym miejscu musiałaby sunąć poszyciem po ziemi. Z tyłu tej konstrukcji dało się zauważyć długi ogon, który spokojnie kreślił ósemki w powietrzu, trzepocząc pośród liści pobliskiego mangrowca. Jaszczur bynajmniej się nie śpieszył, cierpliwie czekał, analizował. Wychylił delikatnie łeb znad wielkich paproci, wynurzając umieszczone na jego szczycie żółte, wężowate ślepia. Bestia wiedziała że to jej spektakl. Działała niczym dramaturg, który stopniowo buduje napięcie, nim wypuści spod swego pióra punkt kulminacyjny akcji.

W pewnym momencie wachlarz obecny na jej grzbiecie obniżył lekko pułap. Mogło to zwiastować jedynie tyle, że jaszczur przywarł brzuchem do podłoża celem odczytania z niego drgań, które mogły dać mu większe pojęcie o zawartości czekającego na niego bufetu. Wiedział już zapewne, że znajduje się przed nim sześć zbitych w kłąb parazuarolofów oraz dwa inne stworzenia, jedno mniejsze od tych zbitych w stado, drugie troszkę wyższe. Dostrzegał także, że zwierzęta nie przemieszczają się samotnie, że na ich grzbietach znajdują się mniejsze, ale łatwiejsze do pochwycenia w paszczę kąski, dokładnie czuł ciepło jakim emanowały z okolic tętnic. Ludzie Finczera coraz bardziej denerwowali się sytuacją, stymulując nozdrza gada przyjemną wonią potu. Nic tak nie nakręca drapieżnika jak wyczuwalny w powietrzu zapach strachu. Bestia obróciła się powoli pyskiem idealnie w stronę środka formacji, zatrzymała. Zamarła w ciszy, a wraz z nią przerażona kompania Oresta. Kreatura pozwoliła sobie na kolejnych kilka sekund w bezruchu, po czym uniosła zad ponad przednią część. Naprężyła mięśnie, zawirowała dziko ogonem omiatając paprocie.

I ruszyła z impetem w stronę zwierzyny i rycerzy, wydając przy tym ryk rozdzierający leśny szlak mocą dziesiątek trąb. Strugi zimnego potu spełzły wszystkim po plecach niczym oślizgły wąż.

— Jazda, jazda! — krzyknął głośno Orest, oklepując łydkami Kokosankę.

Zaczął się paskudny pościg. Parazaury gnały co sił wydając z siebie przeraźliwe kwiknięcia, słysząc za sobą donośne tupanie potwora. Spinozaur pędził za posiłkiem wykonując szybkie susy, używając dla zwiększenia tempa czterech kończyn zamiast dwóch, jak to częściej ma w zwyczaju. Nad głowami uciekinierów nerwowo latała Tekla, bez przerwy nadając sygnał ostrzegawczy w kierunku swojego właściciela. Bestia w pewnym momencie dopięła swego. Szybkim doskokiem dotarła tuż za ostatniego spośród grupy nieszczęśnika i kłapnęła paszczą, zaciskając ją z ogromną siłą nad ogonem wierzchowca. Mając ofiarę w zębach chwyciła zwierzę przednimi łapami za biodra i pociągnęła do siebie, strącając przy tym jeźdźca. Pech chciał, że noga mężczyzny utknęła w jednym ze strzemion. Jaszczur i z tym sobie poradził. Trzymając wciąż w szponach danie główne, złapała jednym ugryzieniem brzuch rycerza, który po chwili utonął w odmętach krokodylej szczęki. Powietrze przeszył okrzyk bólu, który jednak szybko ustał. Reszta drużyny spostrzegła, że spinozaur dopadł Urima. Pognała jednak dalej, dla niego nie było już ratunku. W oddali słyszeli jeszcze tylko straszliwe porykiwanie drapieżnika i parazaura, który również niedługo potem zamilkł.

Jamrutejczycy wraz z Orestem i Barnabą nie zatrzymali się już dopóki ich oczom nie ukazała się krucyjska brama. Nie wiedzieli ile tak jechali. Zapewne kilka godzin, choć czuli jakby mijały dni. Strażnicy na widok pomarańczowych kropierzy ruszyli w stronę brony strzegącej wejścia do miasta. Chwilę później cała ekipa była już bezpieczna za murami portowej mieściny. Dopiero gdy wjechali na ulice Krucji i gdy instynktowny impuls ciągnący do ucieczki ustąpił miejsca świadomemu myśleniu, zdali sobie na dobre sprawę z tego, co wydarzyło się kilka minut wcześniej na mokradłach.

— Ja pierdolę, jeszcze dzisiaj rano Urim mówił mi, że jak tylko dotrzemy do Krucji to pierwsze co zrobi to wypije kufel ciemnego piwa z tawerny przy porcie. Że może kupi coś ładnego żonie. — powiedział załamany Finczer, oglądając się na ponownie zamkniętą bronę.

— Nie mogliśmy nic zrobić. Żeby sprostać spinozaurowi musielibyśmy przygotować wcześniej zasadzkę, a nawet z planem działania bez balisty czy innej, większej wyrzutni byłoby ciężko. — westchnął Vizetian, bezskutecznie próbując go uspokoić.

— Daliśmy się podejść jak dzieci i to w dodatku durnej gadzinie Orest! — szef wywiadu wykrzyczał z żalem.

— Niestety, życia Urimowi nie wrócimy. — stanowczo ciągnął Erutejczyk. — Wciąż jednak na szali jest życie Księcia, więc zajmijmy się tym po co tutaj przyjechaliśmy. — dodał.

— Racja. — przyznał z goryczą Egaar. — Drużyna, za mną! Zostały nam przekazane dane portowe z wyszczególnionym miejscem postoju naszego okrętu. Pierw jednak coś ochłoniemy, jeśli kiszki pozwolą to coś zjemy. Maxim, Ty dostarcz strażom miejskim informację, że na pobliskich bagnach żeruje na ludzi ten ogromny skurwiel. Dołączysz do nas potem. — spojrzał na swojego zastępcę z twarzą bladą niczym gipsowa figura. Zresztą, nie tylko on był blady. Przez oddział zwiadowczy przebiegło przerażenie, potęgowane utkwionym w pamięci widokiem rozrywanego przez kły bestii Urima. W uszach wciąż dudnił im jego zdławiony cierpieniem krzyk.


Niebo nad miastem powoli przechodziło w nocny pejzaż pełen gwiazd i malinowo-różowych pasm galaktyk, zza nielicznych chmur wyglądał księżyc. Ekipa Oresta i Finczera ruszyła w kierunku doków, gdzie handlarze powoli szykowali się do zamknięcia straganów, zwijając pierwsze partie towaru z ulic. Idąc dalej znaleźli się na kei, gdzie tłumnie cumowały wojskowe holki i handlowe kogi, wznosząc w górę swoje szczudlaste maszty. Po stosunkowo krótkiej podróży znaleźli się obok kupieckiego statku. Poszukiwany okręt okazał się zacumowaną w porcie dwumasztową brygantyną. Nad pokładem piętrzyły się wysoko fokmaszt oraz grotmaszt ze zwiniętymi biało-granatowymi żaglami. Do grotmasztu przylegał także złożony żagiel, na gafli którego siedziały dwie mewy, przymykające raz po razie oczy, szykując się najwidoczniej do snu. Z błogiego stanu wytrąciła je jednak Tekla, która przepędziła ptaszyska i sama zajęła ich miejsce, przyglądając się ze spokojem swojemu właścicielowi. Znad rufy statku unosiła się dbale wykonana nadbudówka z powiewającą banderą Akrezji, na której dumnie z szafirowo niebieskiej tarczy szczerzył swe kły lew.

Była to jednostka średniej wielkości, mierząca na oko nie więcej niż dwadzieścia sążni.

Orest skierował się w stronę dzioba okrętu, idąc wzdłuż burty po pomoście. W świetle zachodzącego słońca zauważył widniejący na nim napis „Galpadria”, obok którego widniał żmijowaty symbol Sanguerry.

— Zgadza się, to tej łajby szukamy. — oznajmił swoim towarzyszom. Mężczyźni weszli na pokład, gdzie podbiegł do nich nerwowo jeden z ludzi obsługujących jednostkę.

— Proszę natychmiast opuścić teren statku! — z krzykiem zwrócił się w kierunku oddziału.

— Uspokój się Jakubie, to tylko ja. — Finczer odrzekł spokojnie w stronę załoganta, ewidentnie mu znanego.

— Ach, nie poznałem Pana. — przyznał ze zmieszaniem kupiec — Niestety, ale ostatnim razem powiedziałem wszystko co wiem na temat zaginięcia księcia Floriana. I zgodnie z zapewnieniami, nie wspomniałem nikomu ani słowem o sprawie! — dodał z zaniepokojonym spojrzeniem.

— Podejrzewam. Mam jednak ze sobą towarzystwo w postaci nowego śledczego. Został powołany do pomocy przez samego króla. Orest, poznaj Jakuba Flourenbourta. Kupca który zarządza Galpadrią. — wywołany mężczyzna skłonił się delikatnie — Ciebie Jakubie prosiłbym, byś powtórzył Orestowi wszystko co wiesz. — wytłumaczył agent.

— Rozumiem. — mężczyzna podrapał się po głowie — Dobrze więc, w takim razie proszę pytać co Szanowny chciałby wiedzieć.

— Podobno w trakcie przewozu Księcia mieliście na pokładzie nowych pracowników. Jak to możliwe, że nie sprawdził Pan przed wypłynięciem kim oni są? — Orest zaczął przesłuchanie od frapującej go kwestii, bez zbędnego marnowania czasu.

— Szanowny Panie, Sanguerra to potężna kupiecka hanza. Działamy od Jamruty po same Imperium, od dwóch lat prężnie rozwijamy się również na południowym rynku. Nadzorcy poszczególnych regionów ciągle wymieniają pomiędzy sobą kupców, czy też parobków do pracy przy załadunkach i wyładunkach floty. Praca na morzu wiąże się z tym, że w jednym porcie człowiek wchodzi na pokład, robi swoje, po czym okręt dobija do brzegu na terenie kolejnego królestwa i tam zmienia się załoga. W taki też sposób trafiło do mnie tych dwóch mężczyzn. — wytłumaczył kupiec.

— Jak wyglądali ci nowi pracownicy?

— Pierwszy z nich nie wyróżniał się niczym od większości dokerów. Potężny osiłek z północy. Nie był jednak chamowaty jak z takimi często bywa, sprawiał wrażenie obytego. Grzeczny był, zawsze się kłaniał na powitanie. Z oddaniem wykonywał wydawane mu polecenia. Ten drugi z kolei bardziej się rzucał w oczy. Młody facet, może około trzydziestki, na pewno nie z tych stron. Miał ciemniejszą karnację, śniadą taką. I gęste, czarne włosy. Jeszcze kilka lat temu bym się zdziwił, ale teraz ludzie z południa zalewają każdy cech. Był bardzo kulturalny i ku mojemu zdziwieniu, doskonale posługiwał się językiem zauryjskim. Nie miał nawet obcego akcentu. Kazał wołać na siebie Karamejczyk, więc pewnie i stamtąd pochodził, ale to wszystko mówiłem już Panu Finczerowi.

— Chciałbym żebyś powtórzył detektywowi co się wydarzyło w trakcie rejsu do Trivii. — wtrącił wywołany Egaar.

— No cóż, to był niezwykle pechowy dzień. Pierw konwój z którym przemieszczał się Książę stracił jednego triceratopsa, mówili że napadła ich jakaś ogromna bestia na mokradłach… gdybyście widzieli przerażenie w ich oczach! Straciliśmy przez to duży ładunek leczniczych ziół, ale przynajmniej gadzina zajęła się zdobyczą i reszcie kupców udało się uciec, wliczając w to wozy z główną częścią towaru.

— Znaleźliśmy waszą martwą zwierzynę i nieszczęśnika, który jej dosiadał. A raczej to co z nich zostało. Niedługo później trafiliśmy też na zabójcę. Bestią okazał się być spinozaur, wyjątkowo spory okaz. Zapewne zwabiony zapachem ziół o których mówicie. — dopowiedział Erutejczyk.

— Na słodką boginię Melitanię! — krzyknął kupiec. — Na szczęście dotarliście Panowie do Krucji w jednym kawałku. — dodał, kierując się raczej grzecznością aniżeli szczerą troską.

— Niestety nie do końca. Nam również to bydle dorwało jednego człowieka. — przyznał ze smutkiem detektyw.

— Okropnych czasów dożyliśmy, że te wielkie paskudy pałętają się już nawet po bagnach, w zdawać by się mogło, obcym im klimacie. Znajomy profesor mawia, że to przez wojny gadzina migruje za wonią krwi… A udało się Wam może odzyskać przewożony przez naszego człowieka towar? — oczy Flourenbourta zabłyszczały nagle niczym dwie akrezyjskie marki.

— Część juk była rozszarpana, a to co się ostało zostało splądrowane. Ale nie straty Sanguerry dyktowane ryzykiem zawodowym są tematem naszej rozmowy. — zauważył Orest.

— Tak tak, w rzeczy samej… na czym to ja… a tak! Mimo wszystko kupcom udało się otrząsnąć z szoku jakiego doznali i dwie godziny później mieliśmy ładunek na pokładzie. Ten Karamejczyk spoglądał cały czas w kierunku Księcia Floriana, ale wiadomo. Dziedzic występował w roli syna bogatego kupca, to obserwował z respektem wyższego rangą, pomyślałem. Gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi ten drugi, osiłek, zaproponował wszystkim napitek, mówił że jego matka zawsze na wyprawę daje mu wielki słój domowego kompotu… — mężczyzna przerwał nagle opowieść, by przepłukać gardło wodą z piersiówki.

— No dobrze, a co się działo potem? — ponaglił Vizetian.

— Pierw to się uśmialiśmy, bo taki wielki chłop nie wyglądał nam na kogoś, komu mamusia szykuje prowiant na drogę. No ale upał był jak cholera, to i każdy z chęcią się napił tego specyfiku z rabarbaru czy czego tam. Ten który nas poczęstował wykręcił się robotą i nie został z nami, z kolei Karamejczyk pokręcił głową z niesmakiem i również nie pił. Kilka minut później wszystkich zamroczyło, zorientowaliśmy się, że z tym kompotem było coś nie tak, więc kilku ludzi próbowało wpychać sobie palce do gardła żeby go wyrzygać, jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Cokolwiek w nim było już zaczęło na nas działać. Później już nic nie pamiętam, straciłem przytomność. Gdy się obudziliśmy, okręt był już zacumowany w Trivii.

— Coś Wam ukradziono? — odezwał się Orest.

— Moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że padliśmy ofiarą piratów.. ale nic nie zniknęło, stan towaru zgadzał się ze spisem. Brakowało za to Księcia i jego ludzi, oraz tych dwóch nowych. — odpowiedział wzburzony kupiec.

— Wiadomo czy wyszli na brzeg w Trivii?

— My nic nie wiemy. Jedynie tyle, że z pokładu zeszli jacyś inni ludzie, ale nikt kto pasowałby do opisu Księcia czy tamtych. Musielibyście popytać w porcie co kto wie. — Jakub wzruszył ramionami.

— Bez urazy Panowie, ale w każdym porcie aż roi się od muskularnych roboli i kupców z południa. Póki nie mamy konkretów szukanie tej dwójki jest porównywalne do próby znalezienia pięciogroszówki w zadku brachiozaura. — wtrącił się Barnaba. — W obydwu przypadkach umażemy się po pas w gównie i nic z tego nie wyniknie.

— W takim razie pozostaje nam póki co wizyta w Ostrygach Ofelii. — stwierdził Orest.

— Ach tak, Karamejczyk wspominał coś o Ofelii, słyszałem jak gadał o niej z osiłkiem. — kupiec słysząc nazwę zamtuza poderwał się żywo. — Wcześniej chyba o tym nie wspominałem. Pamięć czasem już nie taka.

— Mówił coś konkretnego?

— Mówił tylko tyle, że musi się tam spotkać z jakimś ministrem. Ale wiecie Panowie, Ofelia nie od dziś słynie z usług profanujących wszelkie wartości. Karamejczykowi pewnie w głowie był jakiś młodzieniaszek, sprzedający swoje ciało. A minister to zapewne nic innego jak ksywka żigolaka. — Jakub wzruszył ramionami, nie kryjąc obrzydzenia, które malowało się na jego twarzy.

— Kiedy statek wyrusza do Trivii? Chciałem przyjrzeć się dokładnie trasie, jaką jak rozumiem podróżował Książę.

— Ostatnia partia towaru dotrze do Krucji pojutrze. Gdy tylko zakończymy załadunek wyruszamy. — kupiec spojrzał karcącym wzrokiem na dwóch stojących nieopodal żeglarzy — Mogę uzgodnić z kapitanem kwestię przewiezienia Was. Oczywiście Panowie z Jamruty będą musieli się przebrać, pomarańczowi nie są ze względów politycznych mile widziani w okupowanym przez Imperium Trójrzeczu.

— W takim razie poczekamy i popłyniemy z Wami. — odparł Orest.

— Cholerne statki, psiakrew! — westchnął z niepokojem Bernard — Wiecie co Panowie? Wy poczekajcie na rejs, a ja jutro rano wyruszę w kierunku Trivii drogą lądową. — dodał.

— A czemuż to Barnabo? — zdziwił się Finczer.

— Powiem tak, gdyby nasza najjaśniejsza Matka Natura zechciała bym pływał, to by mnie uposażyła w błony między palcami, poza tym… mam paskudną chorobę morską.

— A raczej wysłania się chorobą, bo boi się wyruszyć w otwarte morze. — Orest odchrząknął pod nosem spoglądając na szefa wywiadu.

— Już się nie wymądrzaj. W dupie byłeś, gówno widziałeś! — odpowiedział rozgoryczony Kevler.

— No dobrze, to w takim razie zameldujemy się w gospodzie przylegającej do portowej tawerny, powinni mieć tam wolne pokoje. — zarządził Egaar — Radko i Zdatko wyruszą z Tobą Bernardzie, a do tego czasu na jedną noc będzie Ciebie musiał przygarnąć Orest. — dodał z zaczepnym uśmiechem.

— Dobra, ale Orest! Bez macania bo dostaniesz w pysk! — rzekł sarkastycznie Barnaba.

— Spokojnie, nie kręcą mnie brodaci. — z przekąsem odparł detektyw, spoglądając na swojego przyjaciela.

— Mam nadzieję, że nie oszukujesz. Nigdy nie posądzałem Ciebie o przesadny samogwałt. — odwdzięczył się Kevler.

5. PIĘĆ PIÓR

Zgodnie z zapewnieniami kupca, Galpadria opuściła krucyjski port dwa dni później. Zanim jednak załoga uznała, że można ruszać, Egaar wraz ze swoimi ludźmi musiał ubrać szaty Sanguerry. Imperialna aneksja przyprawiała Trójrzecze o uczulenie do jamrutejskich barw.

Drogą morską podróż do Trivii nie należała do najdłuższych, zajmowała około dnia drogi. Biorąc pod uwagę fakt, że statek odcumował praktycznie nad samym ranem, na miejscu powinni być późnym wieczorem, w najgorszym wypadku w środku nocy. Mimo, że Orest nie posiadał problemów z przeprawami przez morze, trapiących rzekomo Bernarda, również nie należał do największych fanów tego środka transportu. Praktycznie cały czas rejsu spędził na doglądaniu zaniepokojonej Kokosanki, będącej jeszcze większym sceptykiem morskich wojaży. Galpadria nie miała w zwyczaju przewozu zwierząt, jednak przez wzgląd na to kim są właściciele, łaskawie zgodzono się przewieźć ją do Trójrzecza wraz z koniem Finczera, Zenmyrem. Gdy okręt, sądząc po pozycji słońca oraz wskazywanej przez zegary godzinie, był już mniej więcej w połowie drogi, na brzegu zza niewielkiej buchty zaczął wyłaniać się port. Za portem na łagodnym wzgórzu mościło się rozległe miasto. Monotonną do tej pory leśno-skalistą panoramę linii brzegowej zaczęły malować czerwone, ceglane fasady przedzierające się przez stado białych żagli, zaś niebo przecierał dym unoszący się z dziesiątek kominów.

— Już dotarliśmy na miejsce? — Orest zwrócił się ze zdziwieniem w stronę kapitana statku.

— Nie Szanowny Panie. — odparł wywołany jego wzrokiem mężczyzna — Przed nami jeszcze drugie tyle drogi. Miasto które właśnie mijamy to Warenia, trzeci względem wielkości port jamrucki, zaraz po Krucji i Kwiztorii. — dodał.

Erutejczyk chwilę pomyślał, jednak wniosek jaki wysunął wydał mu się oczywisty. Postanowił ruszyć w kierunku Finczera i rozprawić się ze swoimi myślami. Szef wywiadu był akurat pochłonięty paleniem fajki oraz grą z Flourenbourtem. Na stole przed nimi leżały kolorowe żetony oraz bogato zdobione karty, prezentujące zarówno portrety władców jak i symboliczne wizerunki jednostek wojskowych. Karty były obciążone kubkami i innymi przedmiotami znajdującymi się w zasięgu ręki w taki sposób, by porywisty hyz nie był ich w stanie zmieść z pokładu. Najwidoczniej panowie grali akurat w weksle, popularną zwłaszcza pośród kupców i bankierów karciankę. Karciankę słynącą od Mantaharu po Góry Północne z ogromnego daru do tworzenia waśni oraz wprawiania w stan rozgoryczenia nawet najbardziej cierpliwych graczy.

— Egaarze — podjął, wyrywając towarzysza ze skupienia nad trwającą akurat turą — Wydaje mi się, że powinniśmy zatrzymać się w tamtym mieście. To może być miejsce, w którym książę zszedł z pokładu. — stwierdził, wskazując skinieniem głowy oddalony o około dwieście metrów od okrętu port. Finczer nie spojrzał we wskazane miejsce. Bardziej rozsądnym uznał obserwowanie poczynań siedzącego naprzeciw kupca, który jak większość reprezentantów swojej grupy zawodowej, lubował się w pokątnym kantowaniu przy wszelakich grach, zwłaszcza gdy owe gry toczyły się o pieniądze.

— Orest, Orest… — pokiwał głową, nie odrywając oczu od trzymanego w rękach wachlarza kart — Naprawdę uważasz, że w moim wywiadzie pracuje stado niewykształconych, bezmyślnych małp?

Erutejczyk zmarszczył czoło, już miał coś powiedzieć.

— Nie odpowiadaj. Pytanie było retoryczne. — agent nie dał dojść detektywowi do słowa, dostrzegając kątem oka jego wyraz twarzy — Warenia była pierwszą, którą uznaliśmy za prawdopodobną lokalizację pobytu Floriana. Przepytaliśmy tam kogo się dało, w tym straże miejskie patrolujące brzeg i jednostki obserwujące morze. Mamy pewność, że Galpadria nigdy nie zatrzymała się u nich w porcie. Każdy kto rozpoznał statek zgodnie twierdził, że minął miasto i popłynął dalej. Dlatego zapewniam Ciebie, że ten przystanek możemy sobie darować… — Finczer zaciągnął się mocno fajką, puścił ustami i nosem niewielki dymek, drażniący nozdrza ostrą wonią pretopijskiego tytoniu.

— Uprzedzając kolejne pytanie — odezwał się po chwili ciszy, wypuszczając spomiędzy zębów kolejną chmurę dymu — Linię brzegową pomiędzy Krucją i Warenią też wylizaliśmy do czysta. I nic.

— A Ty co? — Vizetian uniósł się poirytowanym tonem — Zostałeś zaklinaczem na pół etatu, że zacząłeś czytać mi w myślach?

— Nie posiadasz monopolu na inteligencję. A teraz na litość boską, dajże nam dokończyć partię. Nie widzisz, że powoli wygrywam?

— Wręcz przeciwnie. Widzę, że Szanowny Jakub Flourenbourt właśnie złoił Ci dupę. — Orest odparł z serdecznością widząc, jak kupiec w trakcie ich rozmowy wyłożył na stół wszystkie karty.

— Wyjście na raz?! — krzyknął z niedowierzeniem agent wywiadu.

— A no na raz. — Jakub wyszczerzył się szeroko — Licz podwójnie odpis.

— To wszystko przez to, że mnie zagadał! — Finczer spojrzał na detektywa z wyrzutem.

— Nie malkontenć. A winy doszukuj się w swojej kiepskiej spostrzegawczości jak już.

Zobacz tylko — Erutejczyk zabrał karty z rąk mężczyzny — Tu masz parę, asa powinieneś dać w miejsce jedynki by się go pozbyć z dłoni. A tu z kolei pod zadkiem Jego Wysokości Ruperta dien Sincerro skrył się Tobie oddział piechoty pasujący do trójki. Widzisz? Gdybyś w porę się ogarnął to sam wyszedłbyś na raz.

— Mówiłeś, że nie grasz w weksle!

— Bo nie gram. — potwierdził śledczy — Ciężko jednak obracać się w kręgach Vespucina i nie znać reguł weksli.

Orest posiedział z Egaarem i Jakubem jeszcze trochę, wysłuchał kilku wzajemnych obelg i oskarżeń o karty pochowane w majtkach, po czym wrócił do Kokosanki, by dokarmić ją nieco obrokiem. Wraz z kolejnymi przebytymi morskimi milami zaczynało coraz bardziej się ściemniać, aż w końcu zapadł kompletny mrok, rozświetlany jedynie przez lampy znajdujące się na pokładzie. Wkrótce ciemności zaczęła przebijać wespół z okrętem również latarnia morska. Oznaczała ona, że brygantyna Sanguerry dotarła do celu swojej podróży. Statek zakotwiczył niebawem w trivijskim porcie, gdzie mężczyźni musieli opuścić już jego pokład.

— Niech Panowie zachowają sobie te szaty. Prosimy jednak nie robić niczego, co naruszałoby dobre imię naszej marki! — Flourenbourt rzucił na odchodne w kierunku Finczera.

— Zapewniam Szanownego, że będziemy grzeczni na ile warunki pozwolą. — zaśmiał się agent, skinięciem głowy żegnając kupca.

Po wyprowadzeniu zwierzyny na ląd, kompani postanowili zameldować się w pobliskiej tawernie, poza napitkiem oferującej również noclegi. Był to lokal z miernym skutkiem podejmującą poetycki trud nazwą „Mewka i nalewka”. Sądząc po standardzie jakim odznaczało się na pierwszy rzut oka to miejsce, nikogo nie zdziwiłoby zapewne, gdyby nazwa okazała się nosić znikome znamiona metafory, oferując za to alkohole doprawiane ptasimi odchodami, zbieranymi z nadmorskich pomostów. Jednak przyjemne miejsce do spania było obecnie na ostatniej pozycji listy priorytetów śledczych. Od momentu zejścia ze statku aż do przekroczenia progu tawerny, z pobytem w niej włącznie, Orest czuł nieustannie ciążące na sobie spojrzenia oraz szemrzące szepty na swój temat. Widok słynnego z różnych opowieści i legend miejskich Erutejczyka nie należał wszakże do codzienności, a biorąc pod uwagę wyróżniający się z tłumu kolor oczu, nie sposób było mu ukryć tego kim jest. Tego wieczora Vizetian i Finczer nie mieli ochoty na biesiadowanie przy kieliszku, toteż po skończonym posiłku udali się szybko do wynajętego przez siebie pokoju, w którym czekały na nich dwie obskurne, ustawione równolegle prycze. Podobnie postąpili towarzyszący im ludzie agenta. Detektywowi miejsce to wydało się jednak zdecydowanie bardziej przystępne, niż bujająca się w takt morskich fal koja, na której zdarzyło mu się zdrzemnąć w trakcie rejsu.

Rozłożył się na swoim łóżku, jednak w przeciwieństwie do Egaara nie zasnął szybko.

Trivia ewidentnie należała do miast prowadzących aktywny, nocny tryb życia.

W odróżnieniu od Krucji, gdzie po zmroku port wyciszał się umiarkowanie, pozwalając na spoczynek bez przeszkód, tutaj wciąż zza okien dobiegał gwar i głośne, wzajemne nawoływania dokerów. Nie brakowało wśród nich wulgarnych odzywek i uwag, słychać było również zaczepne pogwizdywania, zapewne w kierunku przechodzącej akurat ulicą prostytutki, gdyż wedle domysłów Oresta żadna porządna dama nie zapuszczałaby się raczej w te rejony o tak późnej porze. Nie pomylił się najwidoczniej, bo niedługo potem dane mu było słuchać jęków i mlaskających, powtarzalnych odgłosów zgranych w spójną kompozycję z niskim, chamsko brzmiącym męskim tonem, który instruował i pośpieszał kobietę, której jednak nie zwykł określać w eufemizmach, nie szczędząc nieeleganckich określeń odnośnie wykonywanej przez nią profesji. Tak oto już pierwszej nocy Trivia Novia, szlachetna stolica handlu i kultury, jak zwykli nazywać ją kupcy i podróżni, powitała Erutejczyka z całą dobrocią inwentarza, sprzedając mu bilet na osobliwy koncert niemalże pod samym oknem jego izby. Jak przystało koncertowi i tutaj nie obyło się bez bisu, bowiem sekwencja mlaskania i przekleństw powtórzyła się jeszcze kilka razy.

Jednak na szczęście dla detektywa po pewnym czasie zmęczenie dało o sobie znać. Obciążyło mu powieki i umysł na tyle, że zamknął oczy. W końcu zasnął, wciąż słysząc wygłuszane przez zamroczone snem ciało pojękiwania kurtyzany.


Gdy trivijskim zwyczajem nocny zgiełk ustąpił miarowo miejsca dziennemu odpowiednikowi, charakteryzującemu się znacznie większym natężeniem gwaru, nawoływań i nieprzychylnych adresatom epitetów, kompania towarzysząca Orestowi zerwała się z łóżek. Detektyw konsekwentnie narzucał tempo pracy, wobec którego jego towarzysze nie mieli dużego pola do deliberacji. Zjedli więc śniadanie niemalże w biegu, po czym posłusznie ruszyli wraz z Erutejczykiem oraz Finczerem w kierunku Ofelii.

— Musimy się rozdzielić. — zarządził Egaar, gdy drużyna powoli zbliżała się do głównego rynku — Nagła pielgrzymka kupców zmierzających do zamtuza nawet w Trivii zwróciłaby na nas niepotrzebną uwagę.

Zgodnie z rozkazem dowódcy Maxim wraz z Klamerem oddalili się nieco, zaś szef wywiadu z detektywem przekroczyli próg najbardziej ekskluzywnego przybytku uciech po tej stronie Karangi.

— No no, w Trójrzeczu nie próżnują. — Orest szepnął do agenta — Główny rynek a przy nim ratusz, świątynia i luksusowy burdel. Wszystkie najważniejsze potrzeby ducha i ciała można zaspokoić w trakcie jednego obchodu.

— Nie bez powodu mawiają, że Trivia do stolica kultury — ironicznie skwitował Finczer — Widzisz tamtą kobietę? To ona tutaj rządzi.

— Wiesz to jako stały klient? — Erutejczyk spojrzał na kompana z zainteresowaniem.

— Nie. Wiem to z intuicji. Gdy pośród młodych dziwek widzę jedną siwą matronę, to zwykłem twierdzić, że nie jest raczej atrakcją specjalną lokalu. Nawet w tak ekscentrycznym miejscu jak Trójrzecze.

Orest uśmiechnął się delikatnie. Do mężczyzn podeszła drobna blondynka z długim warkoczem, który wpadał pomiędzy małe piersi, skutecznie skupiając na sobie uwagę obydwu.

— Panowie szukają chwili odprężenia od rynkowego zgiełku? A może chcą odchudzić zbytnio pękaty mieszek? W obydwu przypadkach jestem w stanie pomóc. — przerwała im rozmowę, prężąc się przesadnie i kołysząc na boki biodrami.

— Właściwie to szukamy informacji, skoro już jesteś taka skora do pomocy. — urwał detektyw, wyrywając kurtyzanę z pozy, jaką prezentowała zgodnie z firmową etykietą. Dziewczyna zesztywniała w ruchach, a jej uroczy do tej pory uśmieszek zgnuśniał.

— To jest zamtuz. Jeśli szukacie wiadomości to idźcie na rynek i wyczekujcie herolda. — odparła, skrywając dumnie eksponowany dotąd dekolt pod skrzyżowanymi pośpiesznie ramionami.

— Herold nie zwykł rozgłaszać kto i w jakich interesach chowa się po burdelach. A my szukamy informacji właśnie o kimś takim. Karamejczyku, mówiąc dokładniej. — Orest zmierzył dziewczę wzrokiem. Kurtyzana na rzucone przez niego hasło wzdrygnęła, oczy delikatnie jej się zeszkliły.

— Ja nic nie wiem! Szukajcie Kupidyna… — zaczęła niepewnie, cedząc każde słowo jakby było przyprawione dziegciem — To jego sobie wybrali do pomocy. — wydusiła z siebie po chwili. Chciała dopowiedzieć coś jeszcze, jednak przerwała im widziana wcześniej kobieta, która w międzyczasie przysłuchiwała się całej rozmowie.

— Witam w Ofelii! — uśmiechnęła się, spojrzała przenikliwie na interesantów — Wołają na mnie Irenne du Rax, właściwie to madame Irenne du Rax. Zarządzam tym przybytkiem rozkoszy. W czym mogę Wam pomóc kawalerowie? — spytała, zbliżając się do śledczych — Któraś z naszych dziewczynek wpadła Wam w oko? Widzę, że Migotka zdążyła już Was zainteresować. Doskonały wybór! Kibić może i nie za szeroka, w miednicy też mizerna i wąska, ale jak się rozkręci, to zmieni łoże w morski sztorm. Prawda, Migotko?

— Mhm… sztorm. Może innym razem. Wygląda na to, że dzisiaj szukamy Kupidyna. — odparł stanowczo Orest, poszukując wzrokiem potwierdzenia u kompana. Egaar jedynie skinął w ciszy głową. Na twarzy Irenne pojawił się niezbyt ładny uśmiech. Przybliżyła się jeszcze nieco, po czym ściszając głos rzekła do nich:

— Nie tutaj! Trivia to postępowe miasto, ale o pewnych sprawach lepiej nie wołać na głos. Panowie pozwolą za mną na stronę, tam porozmawiamy. — wskazała palcem kurtynę, za którą mieściło się jej prowizoryczne biuro. Gdy zaprowadziła mężczyzn w bardziej ustronne miejsce, ugościła ich na stojących w kącie taboretach, po czym kontynuowała temat:

— Niepozorna z Was partia. Nie wyglądacie Panowie na takich, co interesują się chłopaczkami — burdelmama zaśmiała się rubasznie, założyła ręce na swoje szerokie biodra — No ale nie mi oceniać czyjeś gusta. Niestety, żigolo o którego pytacie nie pracuje u nas od tygodnia czy dwóch, ale mamy odpowiednie zastępstwo. Na pewno któryś z naszych chłopców również Was zadowoli. Oczywiście jak zwykle zapewniamy sto procent dyskrecji!

— Nie szukamy chłopca do towarzystwa, tylko informacji. — detektyw wytrącił Irenne z błędnego założenia.

— Teraz rozumiem — rzekła kobieta przyglądając się dokładniej jego twarzy — Fioletowe, rozbiegane oczka i to niekoniecznie za cyckami, broszka z sówką… — zaczęła opisywać na głos mężczyznę — No tak, Wy jesteście Erutejczyk. Ten śledczy. Z takimi to zawsze są problemy… — pokiwała głową.

— Gdzie możemy znaleźć tego chłopaka? — wtrącił Finczer.

— Znając życie to kurwi się gdzieś po kątach! — krzyknęła burdelmama. Przypomniała sobie jednak, że za swoją wcześniejszą radą nie powinna dawać takim twierdzeniom pogłosu na cały lokal, bo zaraz znowu obniżyła głos — Nawet gdy pracował dla mnie to dorabiał sobie na boku, w konkurencyjnych cenach. Chwast obesrany, co matce się spod spódnicy urwał. Jak się dowiedziałam, to go wyrzuciłam na zbity pysk. Niech się cieszy, że i tak go po dobroci potraktowałam, bo jakbym kazała swoim osiłkom obić tą jego ładną buzię to prędko by nie zgarnął klienta, gówniarz chędożony! Pewnie dalej prowadzi interes na swojej kurwistancji, niewdzięcznik. Tam se go szukajcie.

— Możemy prosić jaśniej? Jakiś adres tej całej, jak to zgrabnie ujęłaś, kurwistancji? — Orest zdawał się być z lekka podirytowany.

— A bo ja wiem? Nie wypytuję swoich pracowników o miejsce zamieszkania, zresztą… co mnie to obchodzi? Póki wywiązują się z obowiązków mogą sobie po godzinach siedzieć choćby i na zapiecku u samego ambasadora Imperium. Kupidyn już nie robi dla mnie, więc tym bardziej nie interesuje mnie czy ma gdzie spać i za co żreć. Niech sczeźnie na dnie z tym swoim nielojalnym, puszczalskim dupskiem. O! — podsumowała, nabierając na polikach buraczanych plam.

— No dobrze. W takim razie opowiedz nam chociaż o spotkaniu, w którym uczestniczył jako pomoc kilka tygodni temu, gdy jeszcze tu pracował. Brało w nim zapewne udział dwóch mężczyzn o południowej urodzie, Karamejczyków. Być może towarzyszył im również tęgi mężczyzna z północy.

— Ja nic nie wiem — kobieta niemalże syknęła — Dopóki klienci nie biją mi dziewczyn nie wtrącam się w ich interesy, ani nie węszę. Nie dowiecie się tutaj niczego więcej, więc lepiej idźcie już!

— Ile? — spytał detektyw.

— Ile czego? — zdziwiła się burdelmama.

— Pieniędzy, żebyś raczyła powiedzieć nieco więcej. — odparł sennym głosem.

— Panie, nawet gruby mieszek nie jest warty takiego ryzyka. — Irenne walnęła dłonią w stół — Ludziska tu zlatują by podupczyć nieco, zabawić się i popić. A jak już przychodzą w innym celu, to nie są to jacyś księgowi czy inne urzędasy. Wojna wkoło szaleje, przez miejsca jak to przewija się teraz więcej szemranych typów niż kiedykolwiek. A ja daję im pokój za opłatą, nic mi po tym, by wiedzieć co oni tam wyprawiają. W cenie mają i kwaterę i poufność zakładu. Nie będę stawiać na szali swojego życia i reputacji całego lokalu, bo Wam się nagle wtykać nosa zachciało. Wynoście się albo zaraz zawołam straże i Wam pomogą! — rzekła twardo.

— Orest, chodźmy… — Egaar skrzywił się usłyszawszy odpowiedź kobiety — Tutaj się niczego więcej nie dowiemy.

— Chociaż jeden mądrze gada. — przytaknęła mu Irenne — Idźcie już lepiej pókim cierpliwa, bo tylko porządnych ludzi płoszycie.

— Porządnych? — parsknął detektyw — Próżno tu takich szukać. Do zobaczenia.

— Oby nie. Nie wracajcie mi tutaj! — burdelmama rzuciła jeszcze na odchodne.

— Urocza kobieta… — rzekł Erutejczyk, gdy tylko znalazł się za drzwiami zamtuza.

— Ta… To co teraz? — agent spojrzał na niego nieco zagubiony.

— Panowie pytali szefową o Kupidyna… — usłyszeli niepewny, dziewczęcy głos zza rogu.

Była to spotkana wcześniej kurtyzana, która najwidoczniej postanowiła poczekać na mężczyzn przed lokalem, czając się nieco z boku.

— Wiesz może, gdzie przebywa?

— Tak, ale nie wiecie tego ode mnie. — rzuciła nerwowo, na co detektyw skinął głową — Wynajmuje izbę u takiego jednego kupca, nad apteką nieopodal starego dźwigu portowego.

Łatwo traficie idąc wzdłuż brzegu. To taki żółtawy budynek z szyldem „Barnam i synowie”. Do samej izby trzeba iść schodami od bocznej alejki, takimi na zewnątrz.

— Dziękujemy… — Orest skłonił się lekko — Właściwie to czemu nam pomagasz? Nie wygląda na to, żeby Twojej szefowej było to na rękę.

— Tej starej zołzie my wszyscy jesteśmy nie na rękę, nie licząc pieniędzy które jej przynosimy — oczy dziewczyny ponownie się zeszkliły — Wyrzuciła Kupidyna bo przyjmował klientów na boku. Prawda jest taka, że musiał to robić, bo mu potrącała pieniądze za najgłupsze odstępstwa od tylko sobie wiadomej normy. A to było, że krzywo na kogoś spojrzał, a to że ktoś się skarżył, że był za mało chętny, że uśmiechał niezbyt szeroko. Teraz jak poszedł na swoje to słyszałam, że nieźle sobie radzi. Nawet czynsz z góry opłaca kupcowi na dłużej, to mu głowy nie suszy i się nie naprzykrza.

— Wiesz może coś więcej na temat tego spotkania, które miało miejsce u Was w lokalu?

— Niestety nie wiem. Nie było mnie wtedy w pracy. Dziewczyny później gadały tylko o tym całym Karamejczyku i o tym, że jakaś awantura tu była. Ale wpadła Irenne i kazała im zamknąć jadaczki. Potem już nic nie wspominały, co by roboty nie potracić.

— I tak nam sporo pomogłaś.

— Zajrzyjcie do Kupidyna i zobaczcie czy wszystko u niego dobrze. Ta stara jędza mówi, że nic mu nie zrobiła, ale ja mam złe przeczucie. Od kilku dni się nigdzie nie pojawia, a to do niego niepodobne. Zawsze można było go spotkać w okolicach rynku, gdzie szukał klientów. A teraz nic, cisza. Gdy ostatnio się z nim widziałam chwalił się, że trafił mu się ktoś kto nie żałuje grosza za trochę przyjemności. Jakiś wysoko postawiony wojskowy zdaje się. Ale z takimi to też nigdy nie wiadomo, co im nagle do łba strzelić może!

— Tak zrobimy. — zapewnił dziewczynę Orest.

Panowie jeszcze raz podziękowali kurtyzanie, po czym oddalili się nieco od Ofelii.

— Zanim ruszymy do naszego żigolaka warto popytać o dzień spotkania okolicznych kupców. — zaproponował detektyw, choć po jego tonie można było stwierdzić, że był to raczej wydany rozkaz aniżeli oferta — Siedzą tutaj całe dnie, może któryś okaże się na tyle uczynnym obserwatorem, by podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami.

— Chyba zapomniałeś, że oficjalnie jestem kupcem. Człowiek Sanguerry wypytujący okolicznych handlarzy o szemranych typów z Ofelii zwróci na siebie niepotrzebną nam uwagę.

— Zdolny jesteś, na pewno ugrasz to w taki sposób, że nikt nie będzie patrzeć na Ciebie podejrzliwie. — odparł Erutejczyk. Agent widział, że detektyw nie zmieni zdania, więc ostatecznie mimo obiekcji przystał na jego plan. Zgodnie z ustaleniami panowie rozeszli się po rynku, by zaczerpnąć informacji u potencjalnie najlepszego źródła, bo jak wiadomo, któż może się równać w kwestiach wymagających wprawnego oka z nieustępliwie wścibskim i szczególnie spostrzegawczym cechem kupieckim. Orest przeszedł kilka metrów w głąb placu, gdzie kłębił się tłum gapiów, zebrany pod jedną z pierzei.

— Wypełni się niebawem proroctwo Joachima, wielkiego mistrza z Ervitry! — zagrzmiał kaznodzieja stojący na skrzyni umieszczonej z boku rynku — Z oparów demonicznej mgły jak niegdyś wylezą znów wielkie bestyje, a zaopatrzone będą w kły. I zaczną niszczyć miasta, wsie i folwarki, będą pożerać grzeszników, rozrywając ich kłapnięciami swoich paszcz, najeżonych kłami jakoby częstokoły! I powiadam Wam, nie nasycą się póki ostatnia dusza pochłonięta przez odmęty nieczystości nie uleci z jeszcze gorącego, martwego ciała! Zdarzenie to będzie dniem sądu ostatecznego, czasem pokuty i oczyszczenia. Jak przed niespełna dwoma tysiącami lat pozostaną tylko szlachetne dusze, nie zaznają jednak spokoju. Zostaną powołane do odbudowania cywilizacji. Nastanie wówczas trzecia era ludzkości, zacznie się druga gadzia epoka! Epoka Mgły i Światła, ludzi zagubionych w ciemności i świetlików, czyli najszlachetniejszych, wskazujących innym drogę! — wykrzykiwał dalej w stronę przyglądającej mu się ciżby, która wysłuchiwała jego przemowy bez większego zainteresowania czy też zrozumienia. Nagle ktoś z zebranej widowni rzucił w kierunku kaznodziei kamieniem, trafiając czubek jego wyłysiałej głowy.

— Skończ waść pierdolić te farmazony! — ktoś inny zawołał chrypliwym głosem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.28
drukowana A5
za 89.99