…a zatem spisujemy, odwieczni panowie wszechrzeczy, słowa te, które następują, ażeby przestrogi dla niepokornych i żądnych władzy ponad światami udzielić. Albowiem równowaga musi być zachowana, a wszelka istota materii i energii winna pozostać w swojej kolebce dla stabilności bytów duchowych i fizycznych światy wszechrzeczy zamieszkujących.
Niech nikt nie waży się podnieść ręki na porządek u zarania ustalony, niech nikt nie rusza szturmem wojsk swoich na to, co raz stworzone, a nie może być zmienione, albowiem wystąpi silniejszy od niego i moc jego i władzę przeciw niemu skieruje.
Bo któż mieczem walczy, od miecza ginie, ten zaś, kto zmienić chce światy, tego światy zmienią.
W niniejszych więc wersach słowa przestrogi dla niepokornych raz wtóry zawrzeć chcemy. Nie z sił naszych braku spisujemy słowa niniejsze czy braku odwiecznej inspiracji, która nigdy nie przeminie, ale samego faktu, iż choć historię zmieniać jest łatwo, wszelkie istoty podległe jej prawom jako byty odrębne swoje pojmowanie mają. A materia i energia wszechświatów też pamięcią władają.
Zanim więc podniesiesz oręż swój, umysłem i umiejętnością wstrząśniesz tymi, którzy są słabsi od ciebie, po stokroć przestrogę tę przeczytaj, a gdy zrozumiesz, poznaj opowieść, która nie dla ukazania straszności, które przeminęły, została spisana, ale dla ugruntowania nauki naszej.
Albowiem choć wiedza jest martwa, życia jest nośnikiem. Wiedza buduje, nawet jeżeli zniszczyć wprzódy musi podstawy.
Historia jest bogów rzeczą, nie tobie przyszło nią władać!
Prolog: Marsz
Drzewa. Tylko one odważyły się śpiewać maszerującym pośród gęstwy i zapatrzonego w dal tłumu. Nie był to zwykły szum liści poruszanych powiewem. Z ciemności lasu aż do traktu wydeptanego setkami stóp płynęła monotonna pieśń pełna bólu, rozpaczy i ledwo uchwytnego uniesienia.
Oczy.
Skupione, podążające tęsknie za tymi, którzy odchodzą. Choć jeszcze kilka dni wcześniej radosne, teraz stały się wilgotne od łez.
Kobiety, starcy, dzieci… Tylko oni zostali. Nie tak miało to wyglądać! Nie taka miała być ich przyszłość.
Pełna jedności i pokoju? Owszem — zabiedzony tłum zjednoczył się w pożegnaniu bliskich i niepewności nadchodzących dni. Gdzie jednak podział się pokój?
Wspomnienie szczęśliwych dni zniknęło w huku i zgrzycie wojny. I tak pokój stał się ledwie pyłem, w którym z rozkoszą tarzał się nieubłagany los.
Choć wielu próbowało, nie zdołali pogodzić się ze swoją dolą. Raz opuściwszy dom, nie mieli już powrotu. Milczący pochód osada za osadą zabierał tych, którzy mogli pomóc w powstrzymaniu zagrożenia, przez które świat ukrył się pod całunem śmierci, a serca niewinnych pogrążyły się w żalu.
Oprócz snującego się tłumu traktem maszerował ktoś jeszcze. Tysiące par butów wybijały regularny rytm.
Kolumna piechurów.
Rozciągnięta tak bardzo, że pierwszy nie widział ostatniego, ostatni zaś nie mógł dostrzec pierwszego. Nawet dowódca pozostawał postacią niemal anonimową. Ot duchem, który skinieniem opancerzonej ręki dawał znać grupie, że nadszedł czas branki. Branki, o której nie śniono nawet w najgorszych koszmarach.
Żyjące w swej idylli leśne elfy nigdy nie były skore do wojowania. Mężczyźni na widok zbliżającej się kolumny opuszczali instrumenty, na których grali muzykę w podzięce dla drzew, modląc się o pomyślną przyszłość. I już w następnej chwili byli prowadzeni przez rosłych wojowników. Nie mogli się nawet pożegnać z rodzinami.
— Dlaczego? — pytali nieliczni, którzy w oszołomieniu byli w stanie się odezwać. Nie otrzymywali jednak odpowiedzi. Stawiano ich na tyle pochodu i wraz z nim wyruszali w nieznane.
Tysiące maszerujących mężczyzn. Wśród nich jeden niewyróżniający się niczym leśny elf. Puste spojrzenie. Na twarzy obojętność. Strudzony drogą, obleczony pyłem, obserwował mijany krajobraz.
Kolejna leśna osada. Niemal taka sama jak ta, z której wyruszył. A może pochód zrobił pętlę? Zawrócili? Nie… To niemożliwe. To tylko urojenie.
Elf poczuł w sercu ukłucie tak żywe, jakby dane mu było ostatni raz spojrzeć na opuszczany dom. Miejsce, w którym zostawił swoją zrozpaczoną, nic nierozumiejącą dziewczynę.
Iaen jej było na imię.
— Nie odchodź — mówiła, gdy on szukał krótkiego miecza, którym nigdy nie nauczył się dobrze władać.
— Chase, nie odchodź. — Do oczu młodej elfki napływały łzy.
Elf zapiął pas i zabezpieczył ostrze. Nie mógł być dłużej obojętny. Spojrzał na Iaen i widząc straszny ból malujący się w jej oczach, nie wytrzymał. Maska opadła. Chwycił ją w ramiona, objął z całych sił. Ostatni raz dotykał jej cudownego ciała, teraz drżącego w rytm kolejnych ataków nieukojonego szlochu.
Nie mówił nic. Czuł, że jeśliby spróbował, sam by się rozpłakał. Nie mógł do tego dopuścić. Nie mógł pokazać Iaen, jak bardzo sam się boi. Jak bardzo jest zdezorientowany.
Ich intymna chwila została gwałtownie przerwana. Jeden z podoficerów stanął tuż obok i szturchnął go czubem ciężkiego, nabitego ćwiekami buta.
— Dość tego! — warknął. — Do szeregu! Starczy już tej dziecinady.
Chase poczuł nagły gniew. W jednej chwili zapragnął zdzielić upartego trepa w łeb, ale Iaen go powstrzymała. Natychmiast się opamiętał. Przywarł do niej jeszcze silniej. Ostatni raz. Powoli odszukał jej mokrą od łez twarz. Pocałował ciepłe, pełne wargi.
— Kocham cię — rzekła elfka, gdy ich usta się rozłączyły. — Zawsze będę cię kochała. Będę śpiewać naszemu drzewu, aby przywiodło cię z powrotem całego i zdrowego.
— Też cię kocham — odparł Chase. Chciał dodać coś jeszcze, ale gardło miał ściśnięte.
Było to ich pierwsze i jedyne wyznanie miłości i jednocześnie zapowiedź wiecznej rozłąki.
Tak też się pożegnali. Chase śledzony napastliwym spojrzeniem podoficera, Iaen zaś klęcząca wśród zielonej ściółki, pozostawiona sama ze swoją rozpaczą. Nawet drzewo, które było im najbliższe i dawało schronienie oraz żywność, zaszumiało, żeby po chwili rozpocząć śpiewny lament. Las wypełnił się tonami pełnymi smutku i nostalgii.
Wspomnienie — bolesne i wciąż żywe — zaczęło się rozmywać. Wróciło zmęczenie i monotonny odgłos maszerującego oddziału. Chase znów widział świat takim, jakim był naprawdę.
Osada, którą mijali, nie była jego domem. W ogóle nie była nawet do niego podobna. Żadna z twarzy nie przypominała mu tej jedynej, ukochanej. Nie było tam umiłowanej Iaen. Nie było drzewa, które ich karmiło.
Czoło kolumny zagłębiło się w las. A ten był inny niż kiedyś. Choć wciąż pozostawał kolebką elfów, stał się bardziej mroczny, jakby chciał zamknąć się w sobie i odciąć od prawdy świata zewnętrznego.
Nikt z idących nie wiedział, czemu maszerują. Od dawna chodziły słuchy o wojnie. Ale dlaczego wmieszano w nią elfy? Czy świat nie ma wystarczająco dużo bezczelnych ludzi i śmierdzących kuźnią krasnoludów? Niech oni prowadzą swoje bezsensowne wojny — mawiano.
A jednak… Leśne elfy też nie były niewinne. Fakt, żyły w symbiozie z lasem i jego stworzeniami, wśród dźwięków fletu, liry, harfy… ale czasem też wśród świstu strzał i brzęku mieczy. Nie one jednak wywołały straszliwą wojnę, która pożerała teraz Świat. Tym razem naprawdę nie mogły sobie nic zarzucić. Prowadzone w nieznane, nie wiedziały, z czym mają się zmierzyć.
Mogły tylko czekać, aż los zadecyduje, co dalej.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Od kiedy rozpoczął się marsz, słońce już wiele razy wstało i zniknęło za horyzontem. Ci, którzy zostali powołani jako pierwsi, z jękiem ściągali wieczorami buty, by choć trochę ulżyć pokrytym pęcherzami stopom. Wielu z nich traciło powoli wspomnienia rodzinnej osady. Inni zazdrościli tym znieczulonym szczęśliwcom, bo ani płomień ogniska nie był w stanie rozświetlić mroku zdeptanej duszy, ani migotliwe gwiazdy nie dawały ukojenia.
Nocą wszechogarniające zmęczenie przeważało nad głodem, chyląc szalę naturalnych potrzeb w kierunku snu. Obojętni zaś, częstokroć na wszystko, piechurzy zasypiali jak zwykle prędko — snem niespokojnym i pełnym niepokojących widziadeł lub obrazów utraconego szczęścia.
Tym razem Chase nie mógł zasnąć. Nie był też w stanie prosić drzew o pożywienie. Skulił się na skrawku ziemi pokrytym wątłą trawą i mchem i obserwował innych. Pragnął odnaleźć swoich ziomków, tych, którzy wraz z nim przystąpili do pochodu, ale nie dostrzegł nikogo.
Zaraz jednak uświadomił sobie, że wcale tego nie chce. Widok ten przywołałby odpychane z wysiłkiem wspomnienia, tak jeszcze żywe, tak raniące… Podobnie musieli myśleć inni — każdy spoczywał osobno, nie szukał towarzystwa, ciepła towarzyszy, czegoś, co mogłoby dodać otuchy.
Sen nie nadchodził. Chase chwycił rękojeść miecza spoczywającego w przytroczonej do pasa skórzanej pochwie. Ostrze wysunęło się z brzękiem, aby zalśnić w świetle bijącym z pobliskiego namiotu. Oręż wykonany był z wielkim kunsztem. Złotą rękojeść ozdobiono kamieniami szlachetnymi: jeden umieszczono na samym środku, trzy zaś mniejsze znajdowały się na obrzeżach. Z wąskiej podstawy wyłaniało się wykute z żelaza ostrze. Brzegi znaczyło kilka niewielkich szczerb — ślady minionych czasów, których Chase nie mógł pamiętać.
Miecz ten należał niegdyś do jego ojca.
Elf próbował przypomnieć sobie dzieciństwo, ale przychodziło mu to z trudem.
Wysilił umysł i dojrzał jedną scenę. W głębi duszy usłyszał głos. Krzyk ojca:
— Uciekaj!
Pusty dom… On i ojciec sami… Opuszczona osada…
Ten sam obraz nawiedzał go czasami w snach, zawsze jednak, gdy budził się rankiem, zapominał o wszystkim. Nigdy wcześniej nie próbował wywołać z pamięci tak odległych wspomnień. Nie próbował — bo nie chciał. Życie z Iaen było takie cudowne, takie… prawdziwe.
Na myśl o ukochanej Chase zacisnął powieki. Chociaż bronił się i nie pozwalał sobie na łzy, wkrótce poddał się fali wspomnień.
Czułe szepty, zielone oczy patrzące na niego z ufnością i uczuciem, ciepło jej ciała, zapach jej włosów…
— Straciłem — jęknął. — Straciłem ją… na zawsze!
Zapłakał cicho nad swoim losem. Tłumiony szloch wstrząsał jego ciałem. Hamowane dotychczas łzy spływały z rozpalonej twarzy na zimną ziemię, aby wrócić tam, skąd każdy leśny elf wziął swój początek.
Żadne jednak drzewo nie ulitowało się nad nim. Wszystko wokół było obce i niewzruszone. Nikt i nic nie chciało dzielić z nim smutku. Pierwszy raz w życiu Chase poczuł kiełkującą gdzieś w głębi serca nienawiść do lasu.
I ty, draniu — myślał w gorączce — opuściłeś mnie!
Chciał być silny. Wiedział, że jest zdany tylko na siebie.
Westchnął głośno. W jego oddechu nie pozostało już nic, co świadczyło o niedawnej słabości. Policzki i oczy wyschły, jakby nigdy nie zaznały łez. Serce, uspokojone, na powrót zaczęło miarowo pompować krew.
Wśród odgłosów prywatnych bitew rozgrywających się w umysłach każdego z elfów Chase’a ogarnęła senność. Schował porzucony w trawie miecz ojca. Oparł się na lewej ręce. Nie minęło wiele czasu, gdy i on, utulony dotykiem wilgotnego mchu, dołączył do pocztu śpiących niespokojnie mężczyzn.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Poranek nadszedł szybko, znienacka, jakby chciał zaskoczyć półprzytomnych mężczyzn i zadziwić ich swoją nagłą wizytą. Choć zachmurzone niebo dopiero rozjaśniało się szarością, obozowiskiem wstrząsnęło wezwanie dowódcy:
— Wstawać! Wstawać migiem!
Czuwające przez sen elfy natychmiast poderwały się z ziemi. Zesztywniałe członki stawiały opór, ale umysły, znużone niekończącym się oczekiwaniem, błyskawicznie odzyskały świadomość.
Głos dowodzącego dotarł do ich uszu po raz pierwszy od rozpoczęcia marszu. Do tej pory był dla piechurów bardziej legendą — teraz ujawnił się w całej swej krasie i w pełnym rynsztunku bojowym.
Niewielu elfickich wojowników mogło się poszczycić tak wspaniałym ekwipunkiem. Na zwieńczonej długimi kasztanowymi włosami głowie lśnił hełm. Wykuto na nim obrazy bitew, elfie sylwetki wznoszące w niebo łuki i śmiałych wojowników szarżujących na krępe bestie o gadzich pyskach.
Szeroki tors dowódca skrywał pod ciężkim kirysem. Była to rzadkość nawet wśród największych wojowników. Purpurowa wstęga i łopocząca na plecach peleryna mówiły jasno o pochodzeniu elfa. Był gwardzistą jednego z najpotężniejszych monarchów nieprzebytych puszcz, być może nawet samego Miraala IV — wybranego strażnika Drzewa Życia, które, jak mówiły wierzenia leśnych elfów, było matką wszystkich istot lasu.
Dla każdego stało się jasne, że na barkach rekrutów spoczęła wielka odpowiedzialność.
— Do broni, bracia! — zaczął dowódca. — Nasza droga dobiegła kresu. Zło nadchodzi tu z południa!
Harmider budzącego się ze snu obozowiska ustał. Wszystkie twarze zwróciły się w stronę przemawiającego. Serca wielu zabiły żywiej.
— Myślicie, być może — mówił dalej — że za nic mam wasze osady, rodziny, do których opuszczenia zmusiłem was ja: dowódca sił zbrojnych miłościwego króla Ferila i naczelnik nieskończonych elfickich lasów!
O tym władcy nie słyszał nikt, w tym Chase obserwujący dowódcę przez szparę między dwoma innymi słuchaczami.
Feril? — myślał. — Kim on może być? W co nas uwikłali ci patriarchalni bufoni?
I chociaż nie chciał tego uczynić, jego usta same dały ujście skrywanym emocjom:
— Kimże jest ów król, ten Feril, że ośmielił się porwać nas z naszych domów i pognać w las niczym jeńców wojennych?!
Zapadła zupełna cisza. Nikt nie śmiał się poruszyć. Chase rozejrzał się na boki. W oczach stojących obok mężczyzn malował się strach, ale i cicha zachęta, jakby chcieli, aby nie cofał się z obranej już drogi.
— Kto śmiał się odezwać? — spytał dowódca z kamiennym wyrazem twarzy. — Kto pyta o Ferila?
Stojący obok Chase’a elf trącił go łokciem, po czym szepnął:
— Gadaj, głupcze, albo gówno się dowiemy!
— Na imię mi Chase — podjął z nową odwagą. — Zostałem zwerbowany… kilka dni temu.
Dowódca pokiwał głową.
— Otóż — zaczął — Feril jest prawowitym następcą tego, który musiał odejść: strażnika Drzewa Życia. To on posłał mnie i was wszystkich.
Wśród zebranych podniósł się szmer. Ktoś inny, zachęcony rozprężeniem, odważył się dać upust swojemu wzburzeniu:
— Jakim to prawem zostaliśmy wcieleni do armii!? Prawo mówi, że żaden monarcha nie może…
— Prawa — syknął dowódca. — Prawa się zmieniają. To, co dzieje się teraz niedaleko, zło, wyrządzane niewinnym, złamało kodeks ustanowiony przez naszych pradziadów. To oni wiele wiosen temu wrócili do lasu, z którego pochodzą, a z którego my czerpiemy teraz wszystko, czego potrzebujemy do życia.
Przerwał, aby przyjrzeć się zgromadzonym. Podkomendni patrzyli na niego z nieufnością, a nawet z cieniem drwiny, postanowił więc mówić dalej:
— Wy, nieszczęśliwcy… Ale i ja, bracia! I ja musiałem porzucić moje dotychczasowe życie. Bardem, bracia… bardem chciałem zostać, zostawić wojaczkę, przez którą utraciłem pierworodnego syna…
Zamilkł. Echo jego słów długo huczało w mrocznym lesie, docierając do uszu każdego, kto chciał słuchać.
— Ale padł rozkaz — podjął ciszej. — Myślicie, że jestem narwańcem, tępym żołdakiem werbującym każdego odrośniętego od ziemi elfa ku uciesze swego suwerena…? Myślicie, że mojemu panu zachciało się zagarnąć kolejne terytorium…?
Pytanie zawisło między stojącymi. Nikt nie śmiał odpowiedzieć. Napięcie i strach zaczęły opadać, robiąc miejsce nowemu uczuciu. Nieśmiałemu, zrodzonemu na nowo w sercach elfów współczuciu.
Oblicza zebranych zaczęły się powoli wygładzać. Piechurzy raz po raz kiwali głowami, jakby docierała do nich waga słów dowódcy.
— Los posłał nas wszystkich na jednakie zatracenie — wznowił przemowę. — Nie dane nam było się przygotować. Nikt nie wie, skąd zło się tutaj wzięło, ale jasne jest, że kroczy ku nam nieprzerwanie, niszcząc i paląc wszystko na swej drodze.
Ktoś w głębi tłumu poruszył się niespokojnie.
— Wodzu? — dobiegło z oddali.
Wysoko ponad zebranymi unosiła się dłoń.
Elf ten musiał przybyć z daleka — różnił się od pozostałych, a na jego plecach wisiał drewniany kołczan pełen długich strzał.
— Wybacz mi moją śmiałość, dowódco, ale przeciw komu właściwie walczymy?
Oficer milczał. Trwał tak długo, ale przez zgromadzenie nie przebiegł nawet najcichszy szmer. Wszyscy czekali na odpowiedź, która zmaże trapiącą ich umysły niepewność.
— Tylko dusze poległych znają odpowiedź na to pytanie. — Dowódca uważnie dobierał słowa.
Opuścił głowę, jak gdyby nie potrafił spojrzeć w oczy swojemu rozmówcy. Jak gdyby czuł, że chociaż wyznał prawdę, sprawił zawód tym, którymi miał dowodzić. Wszyscy jednak stali razem z nim nieporuszeni.
Wojownik ponownie się wyprostował i wejrzał w oczy stojących najbliżej. Zauważył coś, co nie powinno się w nich znaleźć. Nadzieję. Nawet Chase spoglądał teraz na dowódcę, czując, że ma w nim jedyne oparcie. W końcu podzielał ich los — nie mógł więc kłamać.
Ręka oficera powędrowała do rękojeści miecza. Zgrzytnęło żelazo, po czym ostrze wzniosło się wysoko ponad głowę swego właściciela.
— Musimy się zjednoczyć — zagrzmiał dowódca. — Każdy z nas musi pamiętać o swoich braciach i siostrach. — Popatrzył po zgromadzonych i dodał: — Czy pójdziecie za mną?
Wśród elfów rozbrzmiał pomruk akceptacji.
— Czy będziecie walczyć w imieniu wszystkich elfów, w imię wartości, które zło przyszło zdeptać?!
W szeregach podniósł się teraz okrzyk.
— Czy pójdziecie walczyć z nieznanym, które nadeszło znikąd, aby pozbawić nas naszego spokoju?!
Żołnierze ponownie ryknęli na znak zgody.
— Czy gotowi jesteście oddać życie za krainę szczęśliwej młodości, za swoją kolebkę…?!
Jego słowa zagłuszył świst. Zaraz po nim rozległ się huk eksplozji. Nikt nie zdążył się poruszyć. Coś grzmotnęło w las nieopodal. Ogłuszone elfy natychmiast padły na ziemię. Siny dym wypełnił powietrze.
— Do broni, bracia! — zawołał dowódca.
Kolejny huk wstrząsnął lasem.
Wszyscy natychmiast wstali. Podniosła się wrzawa pomieszana z brzękiem wyciąganych mieczy.
— Wróg jest coraz bliżej! — krzyczał wódz do zebranych. — Nie możemy dłużej czekać! Niech poczują smak zemsty! Niech rozbiją się o nasz gniew!
— Hurra! — zabrzmiało wśród drzew. — Naprzód!
Wszyscy jak jeden mąż pobiegli za dowódcą i jego świtą.
Chase, ściskając w dłoni rękojeść miecza, ruszył przed siebie gotowy w każdej chwili rozpocząć walkę. Mimo unoszącego się wokół pyłu oddychał szybko i gwałtownie. Czuł wzbierającą w swym ciele furię. Chciał walczyć. Musiał walczyć. Nikt nie miał prawa naruszać spokoju leśnych elfów.
Nie zwracał uwagi na drogę. Biegł. Mijał spowite dymem drzewa, lecz nie widział ich. Wsłuchiwał się w tumult przedzierającego się przez gęstwinę oddziału. Gałęzie smagały jego twarz, uderzały go w pierś. On jednak parł naprzód, wiedziony przez przywódcę gotowego poświęcić własne życie dla ratowania elfickiej rasy.
Po rozpaczy minionej nocy znowu wiedział, że żyje. Budził się w nim instynkt. Pragnął ochronić ziemię i wartości swego ludu. Pragnął ochronić bliskich…
I chociaż znów przed oczami ukazała mu się twarz Iaen, szybko przesłoniło ją bitewne uniesienie, które udzielało się w oddziale każdemu — nieważne, czy był wojownikiem od czasów młodości, czy stał się nim, powołany przez wyrok losu.
Mrok ustępował. Las się przerzedzał.
Wypadli na porośniętą kępami trawy równinę.
Na horyzoncie wznosiły się czarne słupy dymu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Na południu raz po raz rozlegały się grzmoty. Nikt nie wiedział, z kim się zmierzy. Wojownicy, zebrani na skraju lasu wśród prowizorycznych umocnień, mogli tylko nasłuchiwać i patrzeć w nadchodzącą w ich stronę ciemność.
Chase czekał wraz z innymi w płytkim dole. Kazano im się okopać. Marnie im szło. Cała linia obrony składała się z kilku rzędów prymitywnych rowów. Łucznicy schowani byli głębiej w lesie, aby z bezpiecznej pozycji jak najdłużej prowadzić śmiercionośny ostrzał.
Wśród wcielonych do armii Chase dojrzał również kobiety. Wmieszane w tłum mężczyzn początkowo były niewidoczne. Teraz dostrzegał je coraz częściej. Najpewniej kultura odległych osad różniła się od tej, którą znał z rodzinnych stron.
Jedna wojowniczka szczególnie przykuła jego uwagę. Choć drobna, dzierżyła półtoraręczny miecz. Wyglądał na krasnoludzki. Musiał być zdobyczą z wcześniejszej bitwy. Elfka z pewnością wzięła w swym życiu udział w wielu potyczkach. Bacznie obserwowała równinę, czasem kierując spojrzenie zielonych oczu na pozostałych wojaków, jakby oceniała ich przygotowanie do walki.
Chase był jednym z nich. Odnaleźli się wzrokiem, lecz go zignorowała. Zapatrzyła się w dal. Drobne palce poruszyły się powoli na mieczu, raz i drugi, jak gdyby tylko one mogły zaświadczyć o narastającym w kobiecie napięciu.
Mrok przed nimi narastał. Stawał się ogromną burzową zasłoną, zza której nic nie było widać. Chase’owi i jego towarzyszom zaczęła udzielać się trwoga, lecz wciąż stali nieporuszenie na swoich miejscach, niczym kapłani na świętych posterunkach.
Z początku myślał, że słyszy tętent kopyt zmieszany z tumultem biegnących piechurów. Dźwięk jednak zmieniał się bez przerwy, przywołując w wyobraźni coraz to inne obrazy. Ciemność była wciąż bliżej i bliżej, parła przed siebie bez ustanku.
Odgłos pędzącej piechoty narastał, aż wreszcie, kiedy hałas zapanował nad całą pogrążoną w cieniu krainą, zza zasłony pyłu wyłoniły się pierwsze sylwetki. Nie minęła chwila, gdy rozproszone jednostki nabrały określonej formy. Ku elfickim umocnieniom zmierzał szereg złowieszczych istot. Za nimi z chmury wysuwały się kolejne — zwaliste i depczące zieloną trawę równiny. Ich pochód wprawił ziemię w drżenie.
Chase nie mógł oderwać wzroku od straszliwego widoku nadciągających wojsk. Różnej długości ramiona, głowy przytwierdzone bezpośrednio do korpusów, grube odnóża wystające z boków… Z ich pysków unosił się nieprzerwany strumień dymu. Nie rozumiał, dlaczego nie padło jeszcze hasło do ataku. Gdzie podział się dowódca, który swą charyzmą natchnął go do walki?
Gdzieś dalej, jakby sponad umocnień, dosłyszał niewyraźny głos. Z początku słaby, teraz nabierający siły, nie należał jednak do wodza.
Elfka, którą Chase obserwował, stała teraz powyżej linii okopów. Z jej rozchylonych ust płynęła pieśń. Rozbrzmiewała coraz głośniej, aby w końcu wznieść się ponad hukiem armii. Mimo zagrożenia kobieta stała, oparłszy dłonie na wbitym w ziemię mieczu, i śpiewała… Hymn, o którym nie pamiętał już prawie nikt. Dawno niesłyszaną bojową pieśń wysokich elfów z Norderdu.
Chase nigdy nie słyszał czegoś podobnego. Nie rozumiał słów, lecz czuł, jak jego serce uwalnia się z okowów strachu. Głos walecznej elfki przepływał przez jego ciało. Poruszony zacisnął zęby i czekał…
Wtem pieśń umilkła. Choć nikt nie mógł tego dostrzec, dziewczyna rozwarła gwałtownie oczy, z jej krtani zaś dobył się zagłuszany przez grzmot jęk. Zadrżała, zaciskając dłonie na swym orężu. Nogi ugięły się pod nią. Przyklęknęła na szczycie okopu i zwiesiła głowę. Z jej ust wypłynęła struga krwi. Wstrząsana spazmem elfka zalała szkarłatem trzymany wciąż w dłoniach miecz. Oczy straciły blask. Dusza uleciała. Ciało upadło.
W martwym sercu utkwił pocisk. Tego dnia elficka krew została przelana po raz pierwszy.
— Pomścimy! — podniósł się rwetes. — Pomścimy! Naprzód!
Z okopów wylała się ucieleśniona zemsta. Chase stanął w pierwszym szeregu. Biegł ile sił na agresorów. W żyłach tętnił mu tylko gniew.
Natarł na jednego z wrogów. To był człowiek. Odciął mu rękę. Głowa drugiego pofrunęła w powietrze. Chase nie widział, że noszący szare mundury żołnierze mają przy sobie nieznaną broń. Nie widział stalowych hełmów na ich głowach. Nie widział determinacji w ich błękitnych oczach. Mógł tylko przeć przed siebie wśród stukotu broni, szczęku mieczy i świstu strzał.
Zjednoczeni rżnęli, cięli i rozbijali barbarzyńską hordę. I jeden za drugim ginęli pod jej brutalnym natarciem.
Chase poczuł, jak ktoś chwyta go za ramię. Gotowy do uderzenia odwrócił się. I wtedy po raz pierwszy przyjrzał się przeciwnikowi. Był inny niż reszta.
Wyglądał jak człowiek. Miał ciało i ubiór człowieka. Ale twarz… Trupia maska i zgniła zieleń świecąca z pustych oczodołów.
— Saaa — syczał nieumarły, rozwierając uzębioną paszczę. — Saaa… fin!
Ciałem elfa targnęła niewidzialna siła. Odrzuciło go. Do jego uszu dotarło chrupnięcie łamanego kręgosłupa — kręgosłupa wojownika, który znalazł się pod nim.
Poderwał się na nogi. Nie spostrzegł nawet, że pod ciężarem buta rozpada się czaszka poległego. Szara masa mózgu zbrukała trawę.
Nieumarła bestia wciąż czyhała na jego życie. Przedarła się przez walczący tłum i znalazła się niebezpiecznie blisko. Chase przymierzył się do ataku. Z ust stwora wystrzelił język. Długi na dwa metry owinął się wokół miecza, po czym wyrwał go z rąk bezradnego wojownika. Osłupiały elf zacisnął pięść i runął przed siebie.
Powalił nieumarłego na ziemię. Jedna myśl kołatała się w jego umyśle:
Skurwiel oberwie!
Pięść elfa wbiła się z mlaśnięciem w ohydną twarz. Truposz nie pozostawał dłużny. Chase przyjmował kolejne razy, lecz nie odpuszczał. Tłukł zawzięcie. Rozbita na miazgę głowa nieumarłego rozlała się dokoła. Przeciwnik zadygotał i sczezł. Elf natychmiast powstał i runął w wir walki.
Chociaż stracił miecz, tłukł żołnierzy pięściami. Chociaż prawie łamał sobie kości na stali hełmów, nie ustawał. Omijał zwinnie ciała poległych towarzyszy. Roztrącał zwłoki przebitych strzałami najeźdźców i bił nieprzyjaciela.
Walczących towarzyszy było jednak coraz mniej. Kolejni upadali, ranieni ostrzami bagnetów. Dziesiątki, setki, tysiące elfów przeszytych zabójczymi pociskami karabinów padło na ziemię.
Lecz najgorsze miało dopiero nadejść.
Jęki umierających i krzyki wojowników milkły. Za plecami Chase’a coś zgrzytnęło. Odwrócił się, by stanąć do walki z kolejnym monstrum.
Tym razem ujrzał coś innego. W jego kierunku stąpał stalowy demon. Potężne cielsko błyszczało wśród wzniecanego kurzu. Stal kryjąca pierś bestii była w wielu miejscach poryta bronią dawno poległych wojowników i wgnieciona od uderzeń. W samym środku wytłoczono połamany krzyż: obcą dla Świata swastykę.
Robot bojowy, noszący złowieszcze imię Kriegman Todesfürst, skierował w stronę zesztywniałego Chase’a karabin automatyczny. Podobne jemu maszyny omijały go, zastępując poległych niemieckich żołnierzy, aby przypuścić atak na ostatnią linię elfickiej obrony.
Osamotniony elf wzniósł przed siebie obolałe ręce. Był zdany na siebie. Większość jego pobratymców już zginęła.
Kriegman był coraz bliżej.
Śmierć… Śmierć była coraz bliżej.
Rozległo się dudnienie… Ale Chase nic nie poczuł. Jedynie wyciągnięte ręce zalśniły błękitnym światłem — blaskiem magii. Osłupiał. Choć wroga armia była inna niż te, które kiedykolwiek wstrząsały światem, choć walczyły w niej nieumarłe istoty, noszący obce mundury, uzbrojeni w broń palną ludzie i przerażające stalowe bestie — to właśnie światło najbardziej go zdumiało.
Robot niestrudzenie nacierał. Szybkostrzelny karabin wciąż wyrzucał z siebie krocie pustych łusek. Elf natomiast stał otoczony błękitną łuną magicznej tarczy.
I wówczas poczuł, jak traci siły.
To było zbyt piękne.
Pomyślał, że już wkrótce dołączy do poległych braci. Jego krew nakarmi ziemię i powróci do lasu, aby stać się pożywieniem dla żyjących.
Dudnienie cichło, jakby odgradzane niewidzialną ręką. Wrzawa przegrywanej bitwy stawała się nierealna niczym wczorajszy sen. Do elfa dotarło, że jeszcze tylko chwila, a śmierć upomni się również o niego i przyjdzie mu skonać w beznadziejnej walce.
Ale nie upomniała się.
Otworzył więc oczy.
— Kurwa mać — zaklął pod nosem.
Znajdował się kilka metrów nad ziemią. Widać śmierć się nie spieszyła. Co więcej, Chase poczuł w swym ciele nową moc. Jego ciało spowijał niebieski całun magii.
Pod nim stała niemiecka maszyna. Szukała utraconego celu.
Dusza elfa zagrzmiała:
— Giń!
Wyciągnięta ręka zalśniła na moment krwistą czerwienią. Pocisk runął ku wrogowi niczym piorun. W rozbłysku stalowe cielsko rozpadło się na kawałki. Jego korpus eksplodował, uwalniając rozpalone wnętrzności. Wszystko wokół zalał potok płonącego paliwa.
Zaskoczony elf bez udziału woli odleciał w bok. Po chwili w miejscu, w którym dopiero co lewitował, pojawiła się ognista kula. Widząc poczynione zniszczenie, wzniósł w górę swe ręce i roześmiał się szaleńczo.
Tryumfował! Tryumfował nad mordercami! Był niepokonany!
Poszybował w górę. Dziesiątki luf ruszyły w ślad za nim. Niebo przecięły wstęgi pocisków smugowych. Zagrzmiało działko przeciwlotnicze. Podniosła się piekielna kanonada, a Chase wtórował jej histerycznym śmiechem. Za nic miał sobie wysiłki agresora.
Przepełniała go furia. Wyhamował lot. Zlustrował pole bitwy. W jego dłoniach zalśniła kula ognia. Błysk! Huk! W eksplozji zakończył służbę jeden z robotów. Drugi padł na ziemię. Jego odnóża się rozpadły. Duma niemieckiego przemysłu utknęła haniebnie w błocie.
Ale nagle…
Co jest!? — zaklął Chase w myślach.
Otaczająca go aura zgasła na moment. Wysiłkiem woli zdołał utrzymać się w powietrzu. W miotających pociski rękach stracił raptem czucie.
Poczuł na grzbiecie ciężar. W rozpaczy wygiął się w łuk. Próbował zrzucić niewidzialne pęta. Na nic zdał się jego wysiłek. Słabość narastała w nim z każdym uderzeniem serca. Wreszcie magiczny poblask zbladł niemal zupełnie.
I zgasł.
W jednej chwili ciało elfa uległo prawu ciążenia. Krzyknął. Wyrżnął w błotnistą ziemię. Zamroczyło go.
Nie całkiem świadomy próbował dźwignąć się na nogi. W uszach mu szumiało. W oczach igrały świetlne refleksy. Nie rozumiał, co się wokół niego działo. Potrząsnął głową. Zatoczył się. Ponownie upadł. Odpłynął.
Przytomność wróciła w ostatniej chwili, aby zdążył zobaczyć swojego oprawcę. Niemiecką maszynę śmierci. Jej ramiona nie władały jednak zwykłą bronią. Żadna lufa nie spozierała na elfa bezdusznym wzrokiem. Zamiast tego zakrwawioną twarz wojownika rozświetlał zgniły zielony blask emanujący z prostego metalowego cylindra. Na jego szczycie widniała swastyka wpisana w odwrócony pentagram.
Nieopodal leżał martwy niemiecki żołnierz. Z jego pleców sterczała elficka strzała. Robot niespodziewanie skierował na niego swoje ramię. W pancernym korpusie coś trzasnęło. Ramię zalśniło blaskiem, który spłynął na martwego piechura. Nieruchome ciało przeszył wstrząs.
Zwłoki zaczęły się podnosić.
Chociaż powstał, żołnierz nie odzyskał życia. Nie mógł go otrzymać od maszyny, która w istocie zawsze pozostanie martwa. Stał się nieumarłym.
Głowa wskrzeszonego obróciła się o nienaturalnie duży kąt. Wypełnione trupim światłem oczy nie wyrażały żadnych uczuć. Siną dłonią chwycił drzewce sterczącej z pleców strzały. Nastąpiło głośne chrupnięcie. Uwolniony pocisk wraz z zatkniętym na grocie strzępem mięsa upadł na zdeptaną ziemię.
— Wo ist der Tod? — skrzeknął żołnierz. — Ich bin gestorben, also warum lebe ich, du Schwein?
Cierpiący elf nie musiał długo szukać odpowiedzi.
— Weź nie pierdol — jęknął i splunął krwią.
Nieumarły roześmiał się straszliwym rechotem.
Chase struchlał. Stojąca przed nim istota napawała go odrazą, ale też hipnotyzowała wzrokiem. Niemal zapomniał, że potwór zmartwychwstał dzięki czarnej magii, którą dysponował stojący wciąż przed nim robot.
Potężny czarnoksięski oręż wymierzony był teraz w elfa. Coś stuknęło. Powietrze zadrżało. Pięcioramienna gwiazda ponownie zalśniła zielenią.
Chase poddał się. Czekał… Czekał, aż przed jego oczami zalśni jadowite trupie światło. Czekał, aż utraci cielesną powłokę, a jego dusza stanie się łupem demonów. Nigdy nie zjednoczy się z przodkami.
Nie zobaczył jednak blasku. Nie doświadczył gwałtownej agonii. Po prostu… nagle wszystko przepadło.
Została tylko czerń nieistnienia.
I. Służba
Heil den Kriegern, Marsch!
In Einigkeit vereint,
Für Ruhm und Freiheit steh’n,
Das Volk, das niemals schweigt,
In der Tiefe unser Band.
Heil den Kriegern, niemiecka pieśń wojenna (fragment)
Na placu defilad, przed niegdysiejszym budynkiem parlamentu, łopotały sztandary. Wzniesione na wysokich masztach pyszniły się czerwienią. Od samego rana rozlegał się tu gwar rozmów i odgłosy przejeżdżających samochodów.
Nie wszyscy jednak mieli wstęp na plac. Na co dzień teren Reichstagu był strzeżony. Chociaż nikt nie pałał wielką chęcią, aby okazać nieposłuszeństwo, na rogatkach odgradzających tę część Berlina od pozostałych dzielnic widniały namalowane czerwoną farbą ostrzeżenia: „Kto bezprawnie przekroczy barierę, zostanie natychmiast rozstrzelany!”.
W pobliżu pozornie nie było ani jednego stróża, który mógłby dokonać egzekucji. Tuż za rogiem na potencjalnego śmiałka czekała jednak zautomatyzowana śmierć.
Krótko po pierwszych wielkich zwycięstwach Rzeszy roboty bojowe stały się jednym z głównych ramion sił zbrojnych. Tam, gdzie żołnierzem nie musiał być człowiek, czaiły się zabójcze maszyny gotowe zabić na miejscu każdego, którego twarzy nie odnalazły w otchłaniach pamięci. Najwięcej ustawiono ich właśnie na terenie okalającym Reichstag. Niegdyś było to serce stolicy, teraz pozostawał zwykle cichy i na pierwszy rzut oka opuszczony.
Budzący się w Berlinie dzień nie należał do zwykłych.
Nieopodal schodów wiodących ku drzwiom budynku parlamentu wznosiła się wysoka trybuna przystrojona w kwiaty. Wokół powiewały niemieckie proporce. Na samym zaś środku, ze zdjęcia ponad mównicą, swym przenikliwym wzrokiem patrzył na rodaków wódz — Adolf Hitler.
Coraz więcej ważnych osobistości: oficerów armii, dowódców sztafet ochronnych oraz najwyżej postawionych person gestapo zajmowało miejsca przed trybuną. Emblematy państwowe, w tym trupie głowy SS Totenkopf, lśniły w słońcu i posyłały wokół chłodne refleksy niczym wspomnienie mijającej zimy, której śniegi stopniały zaledwie kilka dni przed dzisiejszą uroczystością.
Od strony koszar zbliżali się żołnierze. Już z daleka dało się zauważyć ich wypolerowane hełmy i wypastowane buty. Była to elita — weterani wojenni, nierzadko również odznaczeni wysokimi orderami. W akompaniamencie bębnów i stukotu obcasów wlewali się na plac w ustalonym porządku.
Wciąż brakowało jednak jednej osoby. Nikt nie zwrócił uwagi na jej nieobecność, więc uroczystość rozpoczęto punktualnie. Kto przejmowałby się ledwie trybikiem kręcącym się wewnątrz machiny Wielkich Niemiec?
Niespodziewanie na ulicy zahamował z piskiem opon czarny samochód. Tylne drzwi otworzyły się gwałtownie. Z wnętrza wysiadł obleczony w skórzany płaszcz mężczyzna.
— Następnym razem — krzyknął, schyliwszy się ku kierowcy — sprawdź trzy razy, czy nie potrzeba dolać paliwa, Hans!
— Proszę mi wybaczyć, komisarzu Schädelman! — jęknął szofer, nie patrząc na wściekłego przełożonego.
— Odjedź stąd natychmiast — rozkazał komisarz. — I czekaj na mnie na Alei Zwycięstwa, przed parkiem.
— Tak jest, proszę pana!
Schädelman zdążył już się oddalić na kilka kroków, gdy za jego plecami rozległo się wołanie:
— Komisarzu!
To wydzierał się jego kierowca. Wyskoczył z samochodu. W dłoni ściskał kapelusz, który oficer zostawił na tylnym siedzeniu.
— Hans, do diabła…! — syknął Schädelman. Niektórzy z dygnitarzy obrócili się, aby zobaczyć, do kogo należy głos.
Nieszczęsny kierowca to zignorował. Widać skompletowanie stroju swego przełożonego uznał za priorytet.
— Niech pan poczeka, komisarzu!
Schädelman czekał niecierpliwie, czując, że się czerwieni. Obejrzał się nerwowo przez ramię. Uśmiechnął się sztucznie do obserwujących go mężczyzn. Ledwie dotarł do niego zdyszany podwładny, już wyrwał mu z rąk kapelusz i nałożył na spoconą mimo chłodu głowę.
— A teraz won! — warknął. Strużka śliny wyprysnęła spomiędzy zaciśniętych zębów i spoczęła na przerażonej twarzy.
Szofer ukłonił się i popędził do porzuconego na środku brukowanej ulicy samochodu. Ten, pozostawiony na jałowym biegu, postanowił uciec, byle dalej od przepełnionego furią mężczyzny. Kierowca był jednak szybszy. Dogonił go, wskoczył na siedzenie niczym sportowiec pokonujący przeszkodę i czarne cielsko mercedesa wyrwało w stronę Alei Zwycięstwa.
Komisarz patrzył jeszcze chwilę na odjeżdżający pojazd. Przesunął dłonią po rozpalonej twarzy, po czym ruszył niespiesznie w kierunku trybuny.
— Ach, ci służący, co nie, Klaus? — zagadnął ktoś, przekrzykując stukot wojskowych butów.
Był to Rudolf Johansen, jeden z oficerów z norweskim rodowodem. Komisarz ustawił się obok niego. Przyjazny ton znajomego podziałał kojąco na zszargane nerwy.
— Takie są uroki życia wielkich, Klaus — mówił dalej, choć Schädelman, zapatrzony w defiladę, nie odpowiadał.
— Skąd mi w ogóle przydzielili tego Hansa? — rzekł w końcu, gdy nieco ochłonął. — U ciebie też tak jest?
Wojskowy przykrył ręką usta, by stłumić śmiech. Tłum zebrany na placu cichł coraz bardziej.
— Cóż, biorąc pod uwagę spalone na kominku buty, w których miałem dzisiaj przyjść na defiladę… Moja odpowiedź brzmi: tak.
— Proszę, proszę…
— Jak widzisz, służba u was w gestapo i u nas w armii jest tak samo ciężka.
— Rzeczywiście, gdy Hans siada za kółkiem, sprężyny strasznie skrzypią. Taki jest ciężki… — ironizował Klaus.
Wśród milknących rozmów ponownie zabrzmiał zduszony śmiech oficera.
— Ale z niego bydlę — wydusił z siebie. — Przegoń go trochę wokół domu albo niech skosi trawnik, to może schudnie i po kłopocie.
— Oto i cały Wehrmacht, i te wasze sprawdzone metody naprawiania świata. — Schädelman powiódł spojrzeniem po stojących bez ruchu szeregach.
Johansen tym razem się nie zaśmiał.
— Te wasze gestapowskie nie są lepsze — rzekł z powagą.
Komisarz nie mógł już nic odpowiedzieć. Z ustawionych w ukryciu głośników popłynęły pierwsze dźwięki znanej wszystkim pieśni. Pieśni, której słowa rozbrzmiewały w myślach każdego Niemca podczas pracy i odpoczynku, na krótko przed pogrążeniem się we śnie i zaraz po przebudzeniu w świetle jutrzenki.
Podniosły męski głos zaintonował słowa hymnu. Żołnierze i oficerowie wyprostowali się odruchowo. Stali na baczność wsłuchani w słowa głoszące potęgę i chwałę Trzeciej Rzeszy. Błękitne oczy wielu zaszły mgłą, jakby ich myśli opuściły sklepienia czaszek; inni, choć nie byli tego świadomi, płakali.
Gdy melodia ucichła, komisarz spostrzegł, że ściągnął z głowy kapelusz. Jego towarzysz również przyciskał do piersi swoją szarą oficerkę. Podobnie robili pozostali.
On sam odczuwał gdzieś w głębi, pod sercem, niecodzienne uczucie, którego w takim natężeniu nigdy wcześniej nie zaznał. Jakby wzmagającą się siłę, chęć działania, iskrę potęgi udzielonej przez państwo, któremu służył z oddaniem.
Z początku myślał, że podobnie jak u innych uczucie to rozbudziło się pod wpływem hymnu. Myśl ta jednak rozproszyła się w okamgnieniu. Na twarzach oficjeli nie widział bowiem już dumy ani patosu, ale niepewność i strach, których on sam nie doświadczał.
— Boże — usłyszał zduszony głos Rudolfa — ulituj się nad naszymi duszami.
— Mówiłeś coś?
— Nie, Klaus — odparł spokojnie Johansen. — Horst-Wessel-Lied odegrali dziś wyjątkowo głośno.
Komisarz pokręcił głową. Niezwykłe wrażenie opuściło go tak szybko, jak się pojawiło. Oficerowie i wyżsi rangą agenci tajnej policji nakładali już nakrycia głów. Po strachu nie było ani śladu.
— Jesteś pewien — zaryzykował — że nic nie mówiłeś? Słyszałem bardzo wyraźnie.
Oficer, wpatrzony dotąd w trybunę, zwrócił się w stronę towarzysza.
— Cóż, zwykle, kiedy mówię, wiem, że to robię. Teraz, jestem przekonany, nie uroniłem ani słówka. — Mrugnął porozumiewawczo.
Klaus zrozumiał. Stary kumpel brał go za wariata.
— Na pewno mi się przesłyszało — wytłumaczył naprędce, po czym zamilkł.
Na podium wkroczyły ubrane w szare wojskowe mundury postaci. Rzędy odznaczeń na piersiach świadczyły o długim, pełnym wrażeń życiu.
Pierwszy wszedł Hermann Göring. Za nim ostatnie stopnie prowadzące na podest pokonywali szef Ministerstwa Propagandy Joseph Goebbels oraz podpierający się laską, schorowany, acz wciąż wyniosły, Reichsführer-SS Heinrich Himmler — naczelny dowódca sztafet ochronnych.
Dwóch ostatnich zajęło miejsca, a Göring zbliżył się do mównicy i wsparł na niej pomarszczone ręce. Przez chwilę stał tak oparty, trzymając w napięciu zgromadzonych. Nie przysunął sobie odległej końcówki mikrofonu. Wziął głęboki wdech i rozpoczął przemowę.
— Dzisiaj — huknął — naczelne dowództwo Trzeciej Rzeszy zgromadziło się, aby świętować. Świętować z niebagatelnego powodu. Ale chociaż winniśmy się radować, nie pozwolono nam na to!
Słowa Hermanna Göringa zadudniły w uszach stojących na placu defilad. Nikt nie odważył się ruszyć czy odezwać. Wraz z rozpoczęciem mowy zamilkło całe miasto, jakby trwało dotychczas w niecierpliwym oczekiwaniu.
— Nie możemy się cieszyć — kontynuował Göring — gdyż nie ma go już z nami. Choć odszedł wiele lat temu, jego dziedzictwo, kraj, w którym możemy żyć, trwa do dzisiaj. Choć nie ma go już pośród nas, jego największe dzieło, Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników wciąż istnieje! Oto dzisiaj, w święty dla każdego prawdziwego obywatela Rzeszy dzień, musimy pamiętać! Musimy pamiętać o nim — zamilkł. Wpatrzony weń tłum oczekiwał dalszych słów. — Musimy pamiętać o nim, bo oto dzisiaj partia świętuje już pięćdziesięciolecie. Pięćdziesięciolecie mądrej polityki, podbojów i troski o dobro prawdziwych ludzi, którymi są każdy Niemiec i każda Niemka stąpający po tej przesiąkniętej krwią przodków ziemi.
Nikt, kto znajdował się w zasięgu wzroku trójki dygnitarzy, nie śmiał nawet kaszlnąć czy odchrząknąć, choćby była to najwyższa konieczność. Żołnierze Wehrmachtu natomiast stali na baczność tak, jak ustawili się na koniec defilady. Stal karabinów wpatrywała się w niebo.
— Państwo, które tworzył od podstaw, cegła po cegle, zniszczone najpierw przez niegodziwców Weimaru i przeklętych włodarzy Ententy, ulegało wielu przemianom. Kiedy jeszcze żył wśród nas, śmiało można było powiedzieć, że tworzył dyktaturę. Dyktaturę partii, której podlegała cała wojującą po straszliwych stratach ojczyzna. Jego mądrość była tak ogromna, że należało oddać mu stery władzy w niepodzielne posiadanie. I dokonało się! W dniu śmierci ustanowił panujący ustrój, który prowadzi nas do nowych zwycięstw. Wreszcie podźwigniemy się z upadku, którego doznaliśmy pół wieku temu. Adolf Hitler chciał być z nami na zawsze. I tak też uczynił. Pozostał z nami, stworzywszy najpierw najdoskonalszą formę rządu: dyktaturę nekrokratyczną. Ustanowiwszy mnie swoim pełnomocnikiem, osiadł w swej rezydencji. W budynku, który każdy z was może ujrzeć za moimi plecami: w Reichstagu. W miejscu, które ma długą historię, pełną wzlotów i upadków, nie pomijając podstępnego podpalenia, którego dopuścili się komuniści w latach poprzedzających wojnę.
Głos Hermanna Göringa nabierał coraz większej mocy. Z każdym wypowiedzianym zdaniem zdawał się potężniejszy i, co nie pozostawiało wątpliwości, groźniejszy.
Wielu, patrząc na niego, nie widziało już starca — zwierzchnika państwa i oratora. Jego sylwetka zdawała się promieniować niewidzialną aurą, której genezy trudno było szukać w samej charyzmie. Wpatrzeni weń oficerowie mogliby przysiąc, że przyćmiewała słońce.
Tak było w istocie. Nad Reichstagiem zawisły chmury. Pokryły całe dotychczas nieskazitelnie niebieskie niebo. Blask słońca słabł, aby pozostawić po sobie szarość i gwiżdżący coraz silniej wśród sztandarów i proporców wiatr. Zdawało się, że sam Hitler rzeczywiście wciąż żyje i kroczy gdzieś we wnętrzu niegdysiejszego budynku parlamentu, do którego dostęp miała tylko trójka rządząca państwem.
— Dlatego pamiętajcie — ciągnął dalej naczelnik państwa — pamiętajcie o zasługach, które człowiek ten ma wobec kraju, wobec ludu i wobec każdego z osobna. To jego wieczna służba. Wieczna ofiara dla narodu, który tak umiłował.
Rozległ się grzmot, napełniając powietrze niepokojącym dudnieniem.
Ci zaś, którzy z uwagą przyglądali się starczej twarzy, mogli zauważyć, że wykrzywił ją nieludzki grymas, jakby sam diabeł na chwilę wstąpił w ciało Göringa. Oficerowie i goście pochylili głowy ku ziemi, pragnąc pozbyć się niemiłego przywidzenia, które napawało ich lękiem.
Był wśród nich także Klaus Schädelman. Ten jednak trzymał głowę wysoko. Czuł się jak po odśpiewaniu hymnu — czuł, że tak jak na naczelnika państwa, tak i na niego zstępuje niezwykła moc.
Zahuczał kolejny grom i na trybunie znów stał stary człowiek, który mimo wielu kuracji mających przedłużyć życie wyglądał jak każdy zbliżający się do swych osiemdziesiątych urodzin mężczyzna.
Niewzruszona jeszcze przed chwilą postawa i donośny głos utraciły siłę. Kończąc swą przemowę, naczelnik państwa wzniósł jeszcze prawą rękę na znak pozdrowienia. Himmler i Goebbels uczynili podobnie. Wstali ze swych miejsc i pozdrawiali szaro-czarny tłum.
— Sieg Heil! — rzucił ostatkiem sił Göring.
Na placu defilad wykwitły tysiące rąk wzniesionych w stronę burzliwego nieba, z ust wszystkich popłynął zaś okrzyk nazistowskiego pozdrowienia. Skandowany wielokrotnie napełnił całą przestrzeń i huczał wciąż, chociaż trójka rządzących zaczęła schodzić już z trybuny.
Gdy tylko oficjele opuścili podwyższenie i skryli się w cieniu Reichstagu, orkiestra Filharmonii Berlińskiej zagrała jedną ze znanych, wywodzących się jeszcze z lat czterdziestych pieśni. Mimo ciemnych chmur grożących ulewą oddział weteranów Wehrmachtu rozpoczął przygotowany na tę okazję pokaz musztry i wojskowego rzemiosła.
Uroczystość z okazji pięćdziesięciolecia niemieckiej partii nazistowskiej została otwarta.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Deszcz ciął powietrze zimnymi strugami. Nikt jednak nie szukał schronienia. Nikt nie wystawał pod nielicznymi markizami sklepów śródmieścia. Żadne z wątłych drzew nie udzieliło schronienia przemoczonym mężczyznom, którzy szli niespiesznie, zrezygnowani, po kilkugodzinnym staniu na berlińskim placu defilad.
Klausowi Schädelmanowi również było wszystko jedno. Czuł, jak między palcami stóp z każdym krokiem przepływają strużki wody. Gestapowskie skórzane obuwie okazało się przemakalne. Podobnie zresztą czarny płaszcz, który chociaż odstraszał każdego cywila i niejednego żołnierza, nie stanowił przeszkody dla deszczu.
— Jeszcze jedna taka defilada — skarżył się Johansen, patrząc pod nogi — i szlag mnie trafi, Klaus.
— Mam tylko nadzieję — odparł mu zagłuszony przez ulewę głos — że mój cholerny kierowca nie postanowił wrócić do domu. Ile my tam staliśmy? Trzy godziny?
Rudolf mimo krępujących jego ruchy mokrych rękawów marynarki zdołał odsłonić lewy nadgarstek.
— Cztery, kolego! — prychnął, patrząc na zegarek. — Cztery godziny stania i wpatrywania się, jak żołnierze machają giwerami i marnują na pokaz amunicję.
— Byli wśród nich twoi podkomendni?
Oficer zaśmiał się, po czym pokręcił głową. Nie mógł jednak nic odpowiedzieć, dopóki nadjeżdżająca od strony placu limuzyna BMW nie przejechała obok nich. Jeden ze szczęśliwców znalazł już swoją suchą ostoję.
— Więc? — spytał ponownie komisarz gestapo. — Jak tam z tymi żołnierzami?
Jego towarzysz otarł spływającą z brody kroplę deszczu.
— Tydzień temu zabrali mi mój oddział. Moi chłopcy… Niejeden z nich widział już najgorsze piekło wojny. Najstarsi bili się jeszcze pod Stalingradem.
— Skąd taka decyzja? — zainteresował się Klaus. — Przecież byłeś jednym z lepszych dowódców. Nie bez powodu miałeś pod sobą żołnierzy z tak wyśmienitych dywizji.
Johansen uśmiechnął się, lecz Klaus dojrzał w tym uśmiechu smutek, tak często odtrącany i spychany na samo dno nieświadomości. Zmiany, które dokonywały się w dowództwie ostatnimi czasy, musiały być dla Rudolfa naprawdę dotkliwe.
— Wiesz tak jak i ja — rzekł oficer — że nas, starych pryków drugiej wojny, zdejmują ze stanowisk decyzyjnych.
— Ale jesteś jeszcze młody! — zapalił się Schädelman. — Daleko ci do tych, którzy odeszli! Pamiętasz Karla Gretza? Ten to walczył jeszcze w Wielkiej Wojnie! Wygląda jak stara, zasuszona cytryna, a myśli nielepiej. Nie odróżnia kriegmana od piechura, a cały czas siedzi na swoim ciepłym stołku pułkownika.
Rudolf rozweselił się na chwilę, ale zaraz na jego twarz powróciło przygnębienie.
— Masz rację. Gretz to staruch jakich mało. Ale spójrz na mnie i powiedz, czy sam nie jestem już jednym z nich… Poza tym jestem Norwegiem. Nigdy nie traktowali mnie na równi z wami, Niemcami.
Klaus spojrzał na swego towarzysza. Zmarszczki, wymykająca się spod oficerskiej czapki siwizna… Ale spojrzenie pozostało takie samo — spojrzenie chłopaka, z którym wiele lat wcześniej Schädelman uczęszczał na zebrania Hitlerjugend. Było jednak bardziej stanowcze i naznaczone doświadczeniami wojny.
Ilekroć ich wzrok się krzyżował, nie pojmował, jak wśród pyłu i ognia globalnego konfliktu te oczy zachowały w sobie tyle klarowności. Może to dlatego Klaus widział go zawsze młodym? Może teraz Rudolf Johansen rzeczywiście się starzał i powinien ustąpić innemu, pełnemu zapału oficerowi, który niczym szczeniak będzie podskakiwał z radości, gdy otworzą się przed nim wrota sztabu?
— Nie jesteś jeszcze stary, Rudolf! — próbował pocieszyć przyjaciela. — Ile jest między nami różnicy? Trzy lata?
— Cztery. Pamiętam ciebie, szczawika zapisującego się do Jungvolk. Ja wtedy przechodziłem do grupy starszaków.
— Otóż to! Cztery lata różnicy. Jakim więc prawem cię odwołali?
— Dostałem depeszę od samego Göringa…
— A ten to akurat niemowlak! — Na chłostane deszczem policzki Schädelmana wystąpiła czerwień. — Przecież on i jego kumple z Reichstagu mają już po osiemdziesiąt lat! Niech sami ustąpią!
— Tłumaczył się…
Gestapowiec z początku nie zrozumiał słów Rudolfa. Od kiedy to rządzący uzasadniają swoje decyzje?
— Jak to tłumaczył? — spytał. — Zwykle jest depesza: zrób to i tamto albo do zobaczenia w piekle, Rudolf…
— Nie, nie — wszedł mu w słowo Johansen. — Göring pisał, że decyzja ta nie należy do niego ani Goebbelsa, ani Himmlera. Obok jego podpisu widniały pisane odręcznie inicjały Adolfa Hitlera.
Zapadła między nimi cisza, którą mącił jedynie szum słabnącej ulewy i odgłosy jadących samochodów.
— Stare sztuczki — rzekł wreszcie komisarz. — Z resztą słyszałeś kiedyś o dru-kar-ce? — podkreślił ostatnie słowo. — A poza tym jaki to problem podrobić podpis starego…?
— Nie mów tak! — wycedził oficer.
— Rudolf… Ty chyba się nie boisz? Nie wierzysz w tę głupią propagandę o wiecznie żywym wodzu? To jest bajka dla dzieci.
— Nie byłbym tego taki pewien, Klaus.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Johansen zatrzymał się i spojrzał w twarz swego rozmówcy. Ten, mimo strug spadającej z nieba wody, ujrzał głęboko ukrywany lęk. Niemożliwe, żeby dotychczas tego nie zauważył.
— Całe to gadanie o nekrokracji — zaczął oficer — wydaje mi się prawdziwsze niż kiedyś. Wszystkie te przetasowania w kadrze, dziwne rozkazy… Choć nie tylko to. Ja wiem, że to chwyt państwowej propagandy, ale… czuję się nieswojo, kiedy jestem w pobliżu Reichstagu.
W jednej chwili Klaus ujrzał diabelskie oblicze Hermanna Göringa rozświetlane przez światło płynące z pochmurnego nieba. Poczuł na powrót tę siłę… Niepokojącą, acz realną, a co najważniejsze, przynoszącą ożywczą moc. Coś, dzięki czemu mógł działać.
— Ty też — ciągnął dalej Rudolf — czułeś to, co ja, prawda, Klaus?
Zamyślony Klaus dopiero teraz spostrzegł, że się zatrzymali, a deszcz przestał padać. Jak długo tak stali na mokrym bruku?
Dobry Boże — pomyślał mimowolnie. — Co się ze mną dzieje?
Jego twarz nie zdradziła jednak żadnej emocji.
— Dlaczego tak sądzisz? — spytał hardo.
— Przez chwilę miałem wrażenie, że nie jesteś sobą — odparł Johansen. — Jakoś tak odpłynąłeś…
— Ach, to nic — odparł natychmiast. — Od tego zimna głowa mnie zaczyna boleć. Żeby mnie tylko jakieś cholerstwo nie wzięło.
— Ale czułeś to? Czułeś, Klaus?
Schädelman chwycił ramię Rudlofa i nachylił się ku jego twarzy.
— Nic nie czułem — rzekł półgłosem. — Nic nie czułem i nic nie widziałem, oficerze Johansen. Słuchałem przemówienia Göringa, ale nic oprócz tego się nie wydarzyło, jasne?
— Jasne, jasne. — Mężczyzna odchylił się.
Uścisk zelżał, a Johansen cofnął się o krok. Klaus wziął głęboki oddech i uzmysłowił sobie, że potraktował swojego przyjaciela jak pospolitego aresztanta.
— Nie ma się czego bać — powiedział, widząc, że Johansen przygląda mu się z nieufnością. — Podpis na pewno był podrobiony, bo jak to inaczej wyjaśnić?
— Może masz rację. — Ruszyli dalej. — Ale nie znaczy to, że o wszystkim zapomnę. Od kiedy odebrali mi władzę, mam wrażenie, że cała ta dyktatura nekrokratyczna jest prawdziwa, że rządzą nami umarli. Możesz mi wierzyć lub nie, ale wokół Reichstagu panuje… chłód. I na pewno nie jest to wina pogody czy niesprawnej instalacji centralnego ogrzewania.
— Ależ, Rudolfie — próbował udobruchać go komisarz.
— Dziękuję ci, Klaus, ale nie trzeba mi w tej chwili twojego racjonalizmu. Prędzej czy później i ciebie dosięgnie jego ręka. W krótkiej depeszy wręczy ci kamień nagrobny z wyrytym twoim imieniem i nazwiskiem.
Tym razem gestapowiec nic nie odpowiedział. Czuł tylko, że przekroczyli właśnie jakąś niewidzialną granicę. Nigdy wcześniej nie rozmawiali w ten sposób.
Na następnym skrzyżowaniu rozdzielili się.
— Mam nadzieję, że gdy zobaczymy się następnym razem, będziesz trochę mądrzejszy — rzucił na odchodne Johansen.
Schädelman poczuł ukłucie urażonej dumy, lecz wiedział, że Rudolf ma rację. Nie powinien był igrać z jego uczuciami.
Nie było już jednak odwrotu. Stało się. Komisarz kiwnął tylko głową i odparł cicho:
— Do zobaczenia. — Stanął na baczność i wyciągnął przed siebie prawą rękę. — Heil Hitler! — rzucił, nie patrząc już na Johansena.
Ten machnął niedbale ręką i odwrócił się, żeby przejść na drugą stronę ulicy do stojącego tam samochodu.
Schädelman ruszył dalej. Nie zdążył jednak ujść kilku kroków, gdy od strony ulicy dobiegł go głos Johansena:
— Klaus! — krzyczał, stojąc obok auta. Gestapowiec obrócił się. — Uważaj na siebie!
Klausowi zdawało się, że w tych słowach kryła się troska, ale i niepewność.
— Ty również, Rudolfie! — odkrzyknął jednak i uśmiechnął się. — Wszystko się ułoży, zobaczysz!
Nie minęła chwila, gdy koła pojazdu zaczęły się kręcić i uniosły pasażerów w górę Alei Zwycięstwa. Klaus Schädelman patrzył za odjeżdżającym towarzyszem, aż ten zniknął za kamienicą.
Ze zdziwieniem stwierdził, że na ulicy czekał już tylko jego wóz. Srebrny emblemat Mercedesa odcinał się na tle czarnej maski kryjącej blok silnika. Klaus szedł wolno, nie spiesząc się na ponowne spotkanie z niekompetentnym Hansem.
— Okropnie lało, czyż nie, proszę pana? — zagaił kierowca, gdy Klaus zasiadł na tylnym fotelu.
Plama wilgoci rosnąca wokół siedzącego komisarza mówiła sama za siebie.
— Ach, przepraszam — odparł szybko kierowca, widząc minę swego przełożonego.
— Czy możemy już ruszać? — syknął niecierpliwie gestapowiec. Czuł, jak w ciepłym wnętrzu jego płaszcz zaczyna parować. Zdjął z głowy ociekający wodą kapelusz, mokry niczym zużyta szmata do mycia podłogi.
Hans już otworzył usta, jakby zamierzał przytaknąć, po czym zamknął je. Klaus wystukiwał palcami rytm na skórzanym siedzeniu.
— Zaraz jedziemy — powiedział w końcu kierowca. — Dzwonił jednak Oberleutnant Otto von Bremen…
— I co z tego? — przerwał mu komisarz. W swoim samochodzie najbardziej nie cierpiał telefonu, przez który każdy o dowolnej porze mógł zmącić jego spokój.
— Chciał jak najszybciej z panem pomówić.
— W jakiej sprawie?! Mówże jaśniej!
— Nie chciał powiedzieć. Napomknął coś tylko o delegacji, w którą ma się jutro z panem udać.
Komisarz Schädelman rozwarł szeroko zdrętwiałe z zimna usta. Przypomniało mu się, że od ponad tygodnia na jego biurku kurzy się przeczytana pospiesznie notatka dowództwa gestapo. Faktycznie miał się jutro wybrać z porucznikiem von Bremenem w delegację. Notatka była jednak lakoniczna. Niejasno wspominała o jakimś oficerze, który trząsł całym Waffen-SS na początku ciężkiej służby Klausa w tajnej policji. Było to tak dawno temu, że za nic nie mógł sobie przypomnieć, kim dokładnie był ten człowiek. Wydawało mu się, że raz otrzymał od niego zlecenie likwidacji jakiegoś niepokornego urzędnika mieszkającego na przedmieściach Norymbergi.
— Oddzwonię do niego, gdy wrócimy. A teraz jedźmy już, Hans. Potrzebuję natychmiast gorącej kąpieli.
— Ja wohl, Herr Kommissar!
Nie wybrzmiały jeszcze ostatnie słowa, gdy z trzewi pojazdu dobył się warkot silnika. Klaus Schädelman od niedawna miał przyjemność jeździć w przytulnym wnętrzu mercedesa. Awans ze stopnia inspektora przyszedł do niego wraz z depeszą, o której właśnie sobie przypomniał. Co jak co, ale sztab potrafił zadbać o swoich ludzi. Raptem powróciło do niego jednak zmęczone spojrzenie Johansena.
Biedny człowiek — rzekł w duchu i nie chcąc już myśleć o niczym, zapadł się w miękki ciepły fotel i dał się wieźć ulicami Berlina.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Dom Ottona von Bremena mieścił się w jednej z niedawno odrestaurowanych kamienic, pół godziny jazdy od centrum stolicy. Dzielnica cieszyła się dobrą reputacją i zamieszkiwało ją wielu urzędników państwowych średniego stopnia oraz zaufanych dla kraju osób, które nie zdołały jeszcze dorobić się na tyle, by zakupić obszerny dom na obrzeżach rosnącego miasta.
Nie o mieszkańcach myślał jednak wpatrzony przed siebie Otto von Bremen. Siedział w gabinecie przed oknem wychodzącym na niewielki skwer. Choć z pozoru spokojny, walczył z jedną myślą. Myślą napawającą lękiem przed nieznanym.
Nie wiedział, skąd wzięło się to uczucie. Zdawało się pochodzić z głębi skażonej propagandą i służbą w wojsku duszy. Do tego jeszcze to oczekiwanie… Dobrze się jednak stało, że nie musiał uczestniczyć w obchodach pięćdziesięciolecia partii. Był pewien, że zabrakłoby mu sił, aby stać kilka godzin w deszczu.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Po chwili do pokoju weszła niewysoka, blondwłosa kobieta o łagodnym obliczu. Podeszła do wpatrzonego wciąż w przestrzeń mężczyzny i wsparła się na oparciu jego skórzanego fotela.
— Otto — szepnęła. — Otto…
— Już o tym mówiliśmy…
— Przecież możesz skontaktować się z kimś innym. — Przeniosła dotyk swych delikatnych dłoni najpierw na ramiona, potem zaś na barki siedzącego.
Nie była to częsta scena w tym domu. Małżeństwo Ottona i Marii nie należało do udanych. Chociaż żyli ze sobą już ponad dwadzieścia lat, traktowali się jak obce sobie osoby. Kobiecie zdawało się, że z dnia na dzień jej mąż staje się coraz odleglejszy. A teraz jeszcze gwóźdź do trumny ich małżeństwa miała przybić otrzymana depesza. Tkwiła w kopercie na biurku, opodal czarnej tarczy telefonu, którego dźwięku tak oczekiwał Otto.
Oczywiście, oficer nie był ślepy. Miał świadomość, że od dnia, w którym posłaniec przyniósł znienawidzony świstek, Maria postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Choć ich relacje były chłodne, podskórnie wyczuwał jej nastrój. Wiedział, że się bała, że nie mogła pozwolić, by rząd odebrał jej tego, z kim związała się, jak oboje mniemali, na całe życie. Na Marię nie działała propaganda wywrzaskiwana codziennie przez media. Choć było między nimi źle, Otto wiedział, że nie wyobrażała sobie porzucić go jak zużyte, znoszone buty, kiedy te zaczynają zawodzić. Wciąż nie chciała rozwodu. Paradoksalnie, mimo cierpienia, trwała pokornie, licząc najwyraźniej na jakieś zrządzenie losu, które odmieni ich życie.
Zapewne dlatego też stała teraz i masowała jego napięte mięśnie karku. Mięśnie niemal obcego człowieka, który jednak był jej mężem.
I tym razem nic się nie zmieniło. Otto nie zareagował tak, jak sobie tego prawdopodobnie życzyła. Nie poruszył się ani trochę i bez przerwy wpatrywał się w widok za oknem.
— Nie ma sensu dzwonić do nikogo innego — odrzekł mężczyzna, siląc się na spokój.
Mimo trapiących go myśli nie chciał, aby Maria czuła się przez niego dotknięta. W końcu to nie jej wina, że małżeństwo nie układało się tak, jak sobie wymarzyli.
Niegdyś miał nadzieję, że dziecko przywróci ich związkowi utracony żar. Dawno już jednak zaprzestali prób. Wyroki lekarzy były niepodważalne. Musiał się pogodzić, że to jego wina. Trwali razem… ale ile jeszcze? Tego strapiony mężczyzna nie wiedział.
— A jak może pomóc ci ten gestapowiec? — spytała wciąż pełna spokoju Maria. — Przecież on też został wmieszany w tę sprawę.
— Ma kontakty. — Otto głośno wypuścił powietrze. — Stoi wyżej ode mnie. Był dzisiaj na obchodach pięćdziesięciolecia, awansował z inspektora na komisarza.
— Ale już jutro wyjeżdżasz.
— A co mam…?! — Uniósł się gniewem, lecz szybko ochłonął. — A co mam robić, Mario? Nie ma już żadnego odwołania. Sztab nie rozpatrzył mojej prośby. Jedyna nadzieja w tym przeklętym tajniaku.
— Mówisz, jakbyś go w ogóle nie znał, a przecież pracowałeś z nim kiedyś.
Otto pokręcił głową. Był to pierwszy ruch, jaki wykonał od czasu, kiedy jego żona zawitała w gabinecie.
— Wtedy nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Wszyscy pracowaliśmy dla kogoś z góry. Było nas bardzo wielu, ale zadanie się zakończyło i rozesłano nas w cztery strony świata. Bardziej zapamiętałem jednego francuskiego kolaboranta, który za wszelką cenę chciał wejść w łaski oficerów sztafet. No i spełnili jego prośbę. Wcielili go do Waffen-SS, dali mu karabin i powiedzieli: Marsch nach Osten!. Tyle go widziałem. Pewnie gnije w jakimś syberyjskim bagnie. Zresztą, nawet gdyby żył, to co to za życie, tam, na obczyźnie. Teraz do walki wysyłają maszyny…
Maria schyliła się tak, że jej twarz znalazła się bliżej męża. Oparła swoją głowę o skryty pod koszulą bark. Jej gładki policzek dotknął jego. Niegolony od kilku dni zarost kłuł swymi igiełkami, ale Maria nie zważała na to.
— Ci wysłani na wschód na nic się teraz nie przydadzą, kochany — rzekła z tak wielkim ciepłem, że Otto mimo woli obrócił się ku żonie, po czym ucałował jej policzek.
Kiedy ostatni raz zdobył się na tak serdeczny gest?
— Dlatego muszę czekać na tego Schädelmana — szepnął, gdy objęła go spragnionymi dotyku ramionami. — Tylko on może mi jeszcze jakoś pomóc. Mam nadzieję, że jego kierowca nie zapomniał przekazać mu wiadomości. Tego by brakowało…
Wtem rozległ się oczekiwany dzwonek telefonu. Otto nie wierzył własnym uszom, więc upewnił się, że na tarczy miga czerwona lampka.
Maria rozplotła swe ramiona i wyprostowała się.
— Będę czekać na zewnątrz.
Otto już jednak nie słyszał żony. Cały jego świat skurczył się teraz do słuchawki telefonu.
— Porucznik Otto von Bremen! — Wyprostował się w fotelu.
— Spocznij, poruczniku — rozbrzmiał w słuchawce spokojny głos Klausa Schädelmana.
Otto jednak nie wykonał rozkazu. Przełknął z trudem ślinę i niemal krzyknął do znajdującego się po drugiej stronie linii rozmówcy:
— Nie jadę!
Wszystko wokół zamilkło jakby przejęte trwogą, która szarpała nerwy siedzącego sztywno w fotelu mężczyzny. Zamilkł także agent gestapo. Trwało to kilka bolesnych sekund, w czasie których von Bremen pomyślał już, że połączenie zostało przerwane.
— O czym pan mówi? — popłynęło wreszcie ze słuchawki.
— Panie Schädelman! Ja nie mogę tam jechać. Ja nie mam z tym nic wspólnego.
— Czy dobrze rozumiem, że chodzi panu o delegację, w którą jutro raaazem się wybierzemy?
Nacisk na słowo „razem” przeraził Ottona. Przeklęty gestapowiec mówił tak, jakby wszystko już się dokonało, parszywy drań…
— Tak! Delegacja! — krzyczał coraz głośniej. — Nie jadę, zum Teufel, bo nie mam z tym nic wspólnego!
Po drugiej stronie linii znów zapadła cisza. Na twarz mężczyzny wystąpił zimny pot.
— Panie von Bremen — rozległo się ponownie. — Niech się pan uspokoi, to po pierwsze.
— Nie zamierzam być spokojny! — rzucił, ale szybko się opanował. Mówił w końcu z wysoko postawioną osobistością tajnej policji. — Ja… Przepraszam pana, panie Schädelman. Ja… ja po prostu nie mogę tego znieść.
— Nie rozumiem pana — kontynuował z niewzruszonym spokojem agent. — Przecież ta delegacja, jak nazwał ją sztab, to nic innego jak tydzień pracy w terenie. Potem wracamy do domów, cali i zdrowi.
— Mam przeczucie, że oni kłamią.
— A dlaczego mieliby kłamać?
— Nie wiem, ale czuję, że nie mówią nam całej prawdy. Z kim to niby współpracowaliśmy w latach czterdziestych? Nie wspominają nazwiska! Byliśmy wtedy żółtodziobami!
— Panie von Bremen, czy nie sądzi pan, że prywatne odczucia niewiele znaczą wobec tego, co nakazuje nam rząd? Czy nie tego uczyli pana w Wehrmachcie?
Otto zamarł. Z jego serca ulotniła się resztka nadziei. Jednego był pewny: nie znajdzie pomocy u tego zaślepionego nazisty.
Czy on nie widzi w tym wszystkim nic dziwnego? Od kiedy to rozkazy otrzymuje się od samej głowy państwa, podpisującej się, na domiar złego, inicjałami zmarłego przed laty przywódcy partii?
— Jest pan tam jeszcze? — spytał komisarz. — Nie chciałbym, żeby zrobił pan coś niemądrego.
— A co niby mam zrobić!? Zatańczyć!?
W słuchawce rozległ się szelest, po czym mimo trzasków i zakłóceń dało się usłyszeć z trudem tłumiony śmiech.
— Słyszę, że jest pan w doskonałym humorze… — wyrzekł w końcu Klaus.
— Zadałem panu pytanie, komisarzu — naciskał von Bremen. — Proszę wybaczyć moją śmiałość, ale chcę wiedzieć, co miał pan na myśli.
— Kiedy to? — spytał gestapowiec, opanowawszy ostatni atak śmiechu.
— Z tym robieniem czegoś niemądrego.
Głos Klausa Schädelmana natychmiast spoważniał:
— Chciałem po prostu pana upomnieć, że jeżeli postanowi pan z własnej woli zrezygnować i uciec gdzieś, choć… — zrobił pauzę — …nie wiem, gdzie mógłby pan się wybrać w obecnej sytuacji geopolitycznej, i tak prędzej czy później dosięgnie pana ręka władzy.
Porucznik westchnął. Więc grożono mu… Czuł, jak z sekundy na sekundę jego ciało wiotczeje. Prawie wypuściłby ze spoconej ręki słuchawkę telefonu, gdyby nie resztki sił, które wróciły do niego razem ze świadomością przegranej.
— Panie von Bremen — kontynuował komisarz. — Nie chciałem pana straszyć, gdyż nie ja decyduję o pana uczestnictwie w delegacji. Chcę tylko, jak dobry kolega, ostrzec pana przed podejmowaniem pochopnych działań. Siedzę w tym podobnie jak pan. Nie wiem, po kiego nas tam wysyłają. Nie wiem też, z kim to niby współpracowaliśmy, tym bardziej, że w tym czasie ganiałem jeszcze w krótkich portkach i beżowej koszuli i zabiegałem o to, aby dowództwo mnie zauważyło. Rozumie pan?
Otto pokiwał głową, ale gdy uzmysłowił sobie, że rozmówca przecież tego nie widzi, z jego gardła wydobyło się ledwo słyszalne potwierdzenie.
— Rozumiem, rozumiem.
— Doskonale! — ucieszył się gestapowiec.
Otto walczył ze sobą. Chciał cisnąć słuchawkę i wybiec z gabinetu, byle dalej od tego bałwana po drugiej stronie linii, byle dalej od tych staruchów z Reichstagu. Ale siły uszły z niego tak szybko, jak się pojawiły.
— Wie pan co, panie von Bremen? — zabrzmiał w słuchawce głos Schädelmana. — Może pojedziemy razem? Przyjechałbym po pana koło ósmej. Skoro już razem wpadliśmy w tę kabałę, to musimy trzymać się razem. Będzie nam raźniej. Co pan na to?
Myśl o podróży razem z agentem gestapo, którego w dodatku nie pamiętał i nie chciał już sobie bardziej przypominać, napełniła Ottona głęboką niechęcią. Zaraz jednak przyszła refleksja: dlaczego nie? Przecież komisarz nie mówił od rzeczy. Może to on był przewrażliwiony? Może nie należało się unosić?
Zrezygnowany zgodził się.
— Wspaniale! — ucieszył się znów gestapowiec. — No to do jutra, panie von Bremen. Mam nadzieję, że nasza wspólna służba przebiegnie bez zakłóceń. W końcu to tylko jeden tydzień.
— Dziękuję — jęknął porucznik. — Do jutra, panie Schädelman.
Otto puścił słuchawkę, która stuknęła o drewniany parkiet. Zawisł nieruchomo nad biurkiem, jak gdyby zamierzał zwymiotować.
A więc przegrał. Już za kilkanaście godzin wsiądzie razem z tym przeklętym gestapowcem do auta i pojadą przed siebie… Dokąd? Nie mógł sobie przypomnieć. Kojarzył jedynie wioskę położoną w pobliżu niegdysiejszej granicy z Polską, kilkanaście kilometrów od trasy Berlin–Danzig–Königsberg.
Gdy usłyszał dźwięk naciskanej klamki, zebrał się w sobie i wstał. Nie chciał, aby żona zastała go w takim stanie.
Maria nic nie powiedziała. Pomiędzy nimi zawisło niewypowiedziane pytanie. Otto jednak zwiesił głowę i nie zważając już na podchodzącą do niego żonę, wyszedł z gabinetu, po czym opuścił mieszkanie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Leżała w łóżku. Było już późno, gdy usłyszała szczęk klucza w zamku. Zegar pokazywał sześć minut po godzinie pierwszej, gdy twarz Ottona, blada i spocona mimo chłodu miejskiego powietrza, ukazała się w drzwiach sypialni.
Nie czyniła mu wyrzutów. Odsłaniając przykrytą kołdrą połowę łóżka, zaprosiła go do siebie. Ten przytaknął bez słowa, po czym ruszył do znajdującej się w pobliżu łazienki. Po kilku minutach obleczony w szarość piżamy — tak łudząco podobną do koloru wojskowego munduru — był już z powrotem. Nie patrząc na żonę, wsunął się pod kołdrę. Maria sięgnęła ku niewielkiej lampce stojącej na szafce nocnej. Pokój ogarnął mrok rozpraszany tylko pomarańczową łuną, która biła z ulicy i wpadała przez okno.
Przysunęła się powoli do męża. Spodziewała się, że będzie czuć od niego alkohol, ale nie… Nie tym razem. Do jej nozdrzy docierał tylko zapach zimnego powietrza. I coś jeszcze. Strach? Poczuła w sercu żal. Współczucie.
Spojrzała na niego. Chciała go objąć. On jednak pozostawał obojętny. Wzrok miał zamglony, jakby już odszedł, jakby jego dusza odleciała gdzieś w nieznane, pozostawiając ciało bez śladu świadomości. Musnęła ustami jego czoło, potem zaś pocałowała rozpalony policzek, aż wreszcie jej wargi zetknęły się z jego wargami. Te, chociaż gorące, pozostawały nieczułe. Zaraz też prawa ręka mężczyzny spoczęła na jej barku, ale tylko po to, aby wyrazić sprzeciw.
— Otto, kochanie — szepnęła Maria czule.
Mężczyzna spojrzał na nią. Przez ulotną chwilę dostrzegła w jego oczach z dawna wygasły żar, coś, co połączyło ich dawno, przed laty. Zaraz jednak wróciła lodowata obojętność.
— Mario — rzekł cicho. — Wybacz mi, ale nie mogę… Nie chcę.
Ta w odpowiedzi ponownie, choć bardzo delikatnie pocałowała jego usta.
— Chciałabym ci jakoś pomóc — powiedziała.
— Już chyba nie możesz. Wszystko stracone…
Kobieta cofnęła się niespiesznie, po czym opadła na posłanie.
Nie mogła zrozumieć, chociaż bardzo tego chciała, dlaczego delegacja, w którą miał się udać, napawała go takim strachem. Czym różniły się nowe rozkazy od tych, które otrzymywał wcześniej dziesiątki, jeśli nie setki, razy?
Ostatecznie to tylko tydzień. Miała nadzieję, że wróci spokojniejszy, że wszelkie obawy okażą się bezpodstawne. Normalna praca w terenie. Dawniej, gdy jeszcze nie byli małżeństwem, Otto razem ze swoją jednostką jeździł bez przerwy z zachodu na wschód i z powrotem. Co dzień inne miasto, co dzień nieznane koszary. Ciągła niepewność daty kolejnego powrotu i tak boleśnie wyczekiwane spotkanie.
A co, jeśli jednak była to pułapka, podstęp przełożonych? Otto był dobrym żołnierzem, ale…
Szlag by trafił to niekończące się pasmo niepewności.
Była bezsilna. Otto miał rację. Nie mogła zrobić już nic więcej. Tym bardziej nie mogła mu pomóc, skazując się na bezsenną noc pełną splątanych myśli i niestworzonych wizji.
Odwróciła się na bok. Spojrzała na refleksy świetlne malujące na ścianie rozmaite wzory. Wreszcie zamknęła oczy. Gdy zaś zegar wybił drugą, mimowolnie zapadła w sen.
Otto również próbował zasnąć. Dręczyły go jednak myśli, dziwne obrazy, trudne emocje. W uszach mu szumiało, jakby dopiero co opuścił wezbraną muzyką salę filharmonii. Usta miał suche, ściśnięte gardło łykać mogło tylko powietrze…
Sen nie przychodził. Mężczyzna leżał bez ruchu, spięty niczym zwierzę pragnące uniknąć ataku drapieżnika. Tykanie zegara dudniło w jego uszach, jakby gdzieś tam w pokoju ożyło nieludzkie serce zrodzone z mroku, lęku i niepewności. Czas… Czas wlókł się niemiłosiernie.
W końcu jednak Otto odpłynął. Nawiedziły go majaki. Młócąc w powietrzu rękami, poddawał się sile targających jego ciałem nocnych mar. W tym stanie przywitał go łagodny blask zbliżającego się świtu. Światło przyniosło mu ukojenie. Mięśnie zwiotczały, napięcie go opuściło. Niebyt, w którym tak bardzo pragnął się pogrążyć, był dla niego łaskawy. Pozbawiony tak często nawiedzających go koszmarów przyniósł krótkie ukojenie.
Wkrótce, gdy na dobre zaczęło świtać, zegar tykający w podświadomości Ottona zbudził go nagle, natychmiast stawiając w pełnej gotowości. Razem z nim, jakby złączona niewidzialnymi więzami, zbudziła się Maria.
— Zrobię śniadanie — rzekła i bez zbędnej zwłoki wstała z łóżka.
Otto skinął nerwowo głową, po czym zaczął szykować wojskowy mundur, na którego marynarce świeciły w półmroku insygnia wojskowej władzy.
Goląc się, Otto nie poznawał swojego odbicia w lustrze. W jednej chwili uderzyła go myśl, jak mogła się czuć teraz Maria. Tak bardzo chciał, by się o niego nie martwiła. To nie ona przecież jechała, tylko on. Dlaczego jego brzemię musiało spoczywać także na tej niewinnej kobiecie? Przesuwał żyletką po pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy i uświadamiał sobie, jak bardzo kocha swoją żonę. Nie pojmował, dlaczego wcześniej tego nie widział. Czy potrzeba było załamania, by dostrzec w sobie tę prawdę?
Udał się do kuchni wypełnionej zapachem najlepszego gatunku kawy. Już nie zdążył jednak się napić. Choć do ósmej brakowało jeszcze dwudziestu minut, w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Otto odłożył filiżankę i wstał powoli. Podszedł do Marii i mocno ją objął. Kiedy tak trwali wtuleni w siebie, poczuł się tak, jakby robił to ostatni raz w życiu. Zapach ciała żony, do którego zdążył przywyknąć przez dwie dekady małżeństwa, sprawił, że znużone serce zabiło gwałtownie.
Dzwonek ponownie ponaglił Ottona. Porucznik ostatni raz spojrzał w oblicze Marii, po czym odwrócił się i nałożył swoją oficerkę.
Gdy tylko drzwi stanęły otworem, okazało się, że przybyło po niego trzech mężczyzn. Komisarzowi towarzyszyło dwóch młodych esesmanów. W skrytych pod marynarkami dłoniach trzymali najprawdopodobniej broń, bo cóżby innego?
— To jedziemy, panie von Bremen? — Klaus Schädelman posłał mu uśmiech.
— Jedziemy… stary „przyjacielu”.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Kompleks badawczy, chociaż składał się zaledwie z jednego dużego budynku oraz kilku pomniejszych, wyglądał, jakby rozsiadł się na żyznej niegdyś równinie, dzierżąc niepodzielne miano pana okolicznych gruntów.
Nie miał oficjalnej nazwy ani adresu. Powstał pod koniec lat czterdziestych z przekształcenia wsi. Była to część planu narodowej gospodarki realizowanej na okupowanych terenach. I choć w Instytucie, jak go określano, rzeczywiście stacjonowali głównie żołnierze, pod bramą wjazdową nigdy nie widziano wojskowych transportów. Stróżowali przy niej jednak dwaj wyposażeni w karabiny automatyczne wartownicy.
Prawda natomiast była zgoła inna. Dróżką przecinającą podwójne ogrodzenie z drutów kolczastych przejeżdżało nocą wiele maszyn. Rozładowywano je na zarośniętej rampie, o której, jak mniemano, zarząd transportu drogowego razem z całą administracją całkowicie zapomniały.
Chociaż za ogrodzeniem nigdy nie dało się dostrzec wzmożonego ruchu, wzrok przykuwał jeden budynek. Mieścił w sobie zarząd bazy oraz lokalne centrum decyzyjne, którego linie telefoniczne połączone były ze wszystkimi punktami obronnymi rozlokowanymi w Europie. Jego ceglana fasada wyróżniała się wśród betonowych zabudowań powstałych dużo później. Stał tak samo, jak ponad wiek wcześniej, kiedy nikt jeszcze nie śnił o obecnej potędze Rzeszy.
W oddali pojawiła się sylwetka zbliżającego się pojazdu. Po leżącej odłogiem równinie, której mieszkańcy zostali przesiedleni na teren niegdysiejszej Ukrainy jeszcze w latach pięćdziesiątych, dobrze niósł się warkot samochodu. Auto podskakiwało na nierównościach, oświetlając reflektorami stojących przed bramą strażników. W końcu obroty silnika spadły, mercedes stanął. Do drzwi od strony kierowcy podszedł żołnierz.
— Papiere, bitte! — zakomenderował, gdy uchyliła się szyba.
— Guten Tag, Soldat! — zagaił przyjaźnie kierowca, Klaus Schädelman. — Zdaje się, że jesteśmy umówieni tutaj z zarządcą bazy.
Żołnierz, trzymając ręce na karabinie, najwyraźniej nie zamierzał dać się udobruchać.
— Musi pan pokazać przepustkę albo będę zmuszony wszcząć alarm.
— Ach, ta sprawna niemiecka armia. — Komisarz machnął ręką. — Spójrz, Otto! Możesz być z nich dumny. Są z twojej organizacji.
Żołnierz wzniósł przed siebie broń. Nie ulegało wątpliwości, że pocisk nie ominąłby gestapowskiej skroni. Z wartowniczej budki wychylił się drugi strażnik. Spoglądał czujnym wzrokiem to na kierowcę, to na pasażera, po czym podniósł słuchawkę telefonu.
Otto von Bremen poczuł, jak po jego twarzy spływa kropla potu.
— Pokaż mu te depesze! — syknął.
Komisarz jednak skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się sztucznie.
— Ależ poruczniku! Czy nie wyobraża pan sobie, jak musi się tym chłopcom nudzić? Stoją tak cały dzień, a teraz mają okazję…
— Dość! — warknął von Bremen. — Pokaż mu je albo gotów jest nas rozwalić!
Gestapowiec pokręcił tylko głową i sięgnął do kieszeni płaszcza. Nie zdążył jednak nawet wyjąć dokumentów, gdy do auta podbiegł drugi wartownik.
— Pan Klaus Friedrich Schädelman?
— To ja, we własnej osobie. Jestem komisarzem gestapo w delegacji razem z moim… kolegą, porucznikiem Ottonem von Bremenem.
Wartownik skinął pospiesznie, po czym stanął na baczność i zasalutował. Ze zdziwieniem na pobladłej nagle twarzy dołączył do niego pierwszy żołnierz.
— Bardzo panów przepraszamy. Rzadko miewamy tutaj tak znamienitych gości.
Nachylił się do otwartego okna i wskazał na bramę.
— Muszą panowie jechać prosto i zaraz, na pierwszym skręcie, w prawo. Przed gmachem jest miejsce, gdzie zostawią panowie wóz. Wchodzić proszę głównymi drzwiami. Dowódca już tam na panów czeka.
Schädelman uśmiechnął się szeroko. Mężczyźni znów wyprostowali się i oddali mu honory.
— Heil Hitler! — zaśmiał się komisarz, po czym ruszył przez otwierający się przejazd.
Trafili na pusty parking. Gdy tylko wysiedli, uderzyło ich intensywne wrażenie, którego nie potrafili jednoznacznie określić. Wkrótce jednak stało się jasne. Cały kompleks zdawał się martwy. Nie dobiegał ich żaden hałas ani nawet harmider tętniących zwykle życiem koszar. Odgłosy kroków jako jedyne mąciły wszechobecną ciszę.
Na szczycie schodów prowadzących do budynku czekał świecący kilkoma odznaczeniami starszawy oficer. Unosił rękę w nazistowskim pozdrowieniu.
Klaus i Otto w milczeniu odwzajemnili gest. Bez słowa wyjaśnienia zostali wprowadzeni przez stare drewniane drzwi. Korytarz nie wyglądał lepiej. Mimo że gmach skrywał w swych trzewiach pomieszczenia lokalnego dowództwa, wyglądał niczym najohydniejsze kamienice zdobytych miast wschodniej Europy.
Od ścian odłaziła zielonkawa farba olejna, zaś biel sufitu dawno pokryła się zaciekami i plamami zgnilizny. Idący wraz z dowódcą mężczyźni nie mogli pojąć, jak ktokolwiek może pracować w takich warunkach. Klaus zamierzał o to zapytać, lecz starszy oficer go ubiegł:
— Musimy dostać się do podziemi. — Wskazał wnękę, w której być może przed laty znajdowały się drzwi.
Ciasnym korytarzem dotarli do zejścia prowadzącego prosto ku czeluściom piwnicy. Docierał stamtąd przytłumiony odgłos prowadzonych rozmów. Schody rozświetlone były błękitnymi jarzeniówkami.
Podziemia w niczym nie przypominały zniszczonego parteru. Starannie odmalowane ściany, czysta podłoga, rzędy lamp — to tu urzędowało lokalne dowództwo.
Klaus Schädelman rozglądał się z zaciekawieniem. Przy biurkach ustawionych pod jedną ze ścian pracowali na komputerach technicy. Z drugiego końca sali dobiegało miarowe stukanie palców o klawisze klawiatur. Wśród tych odgłosów wybrzmiewał jeszcze ledwie słyszalny pomruk — najpewniej pochodzący od transformatora wysokiego napięcia.
Dowódca zatrzymał się na środku pomieszczenia. Klaus i Otto zdziwili się, że sztab działał w tak ciasnym pokoju, a do tego zatrudniał niewielką liczbę pracowników. I jeszcze ten zapach… Jakby kwaśnego wina.
— Panowie — rzekł wreszcie starszy mężczyzna. — Wysłano was tutaj, ale dotychczas niewiele wiedzieliście o celu swojej podróży. A ta jeszcze się nie skończyła. Za chwilę wszystkiego się dowiecie.
Otto wpatrywał się w pokrytą zmarszczkami twarz i nie miał najmniejszej ochoty przerywać milczenia. Klaus natomiast pokiwał głową, po czym się odezwał:
— Bardzo mały jest ten pokój. Rozumiem, że sztab, w którym będziemy pracować, znajduje się gdzie indziej?
Starszy oficer popatrzył na niego z powagą.
— Panie komisarzu, ani pan, ani pana towarzysz porucznik nie będziecie pracować w żadnym sztabie, bo… — przerwał, jakby szukał odpowiednich słów — …po prawdzie nie ma w tym miejscu żadnego sztabu.
— Słucham…? — zdumiał się Schädelman.
— To, co zdążyli już panowie zobaczyć, to jest całe centrum operacyjne.
— A ten hangar? — spytał tym razem von Bremen. — Do czego służą te wszystkie budynki? Przecież musimy wiedzieć…
Starszy jegomość westchnął przeciągle.
— Zajmujemy się tylko… — zaczął, ale najwyraźniej nie wiedział, jak skończyć. — Zajmujemy się tylko tranzytem — wyjaśnił w końcu.
— Pan wybaczy, panie dowódco. — Komisarz podniósł głos. — Ale jeśli ja coś rozumiem…
— Jak już mówiłem — wszedł mu w słowo oficer — wszystkiego dowiedzą się panowie na miejscu.
— A gdzie jest to miejsce?
Otto von Bremen dopiero teraz zauważył, jak bardzo dowódca był stary. Wydało mu się, że zanim weszli do rozlatującego się gmachu, na jego głowie było znacznie mniej siwych włosów.
— Bardzo dobrze — rzekł starszy mężczyzna. — Bardzo dobrze, panowie, że nie chcecie zwlekać, bo wiecie… Oni tam bardzo potrzebują kierownictwa. — Odwrócił się nagle i podszedł do jednego z pracujących przy komputerze techników. Nachylił się ku niemu i wydał instrukcje.
— Wygląda na to — powiedział gestapowiec do swego towarzysza — że najnormalniej w świecie trafiliśmy do jakiegoś domu wariatów.
— A ty mi nie wierzyłeś — szepnął Otto. — Od początku czułem, że coś tutaj nie gra.
— Nie jest jednak źle. W końcu nie wysłali nas do Mongolii ani do jednego z u-botów prowadzących ostrzał wschodniego wybrzeża. A tydzień to tylko tydzień.
— Ty wciąż nie rozumiesz. — Porucznik miął w ręku swoją czapkę. — Skąd mamy wiedzieć, że nasz pobyt w tej… placówce naukowej nie zostanie przedłużony do dwóch tygodni, do miesiąca… — z trudem przełknął ślinę — …albo do końca życia, Klaus?
Pierwszy raz od czasu, gdy odnowili swoją zapomnianą znajomość, porucznik zwrócił się do Schädelmana po imieniu. Komisarz pomyślał, że ten prostoduszny żołdak musiał naprawdę się bać. Czyżby on sam tak bardzo dał się znieczulić podczas służby w gestapo?
Chciał coś odpowiedzieć, by choć rozładować napięcie. Nie zdążył jednak.
Rozlegający się dotychczas z nieokreślonego miejsca bas przybrał na sile. Dźwięk stał się wyższy i wprawiał ciała w drżenie. Powietrze zgęstniało. Ściskająca się mimo woli krtań utrudniała oddychanie. Rozmowy i stukot klawiszy ucichły. Wszystkie twarze skierowane były na nich.
Jedynie dowódca stał niewzruszony. Na ich oczach podszedł do sięgającej sufitu metalicznej ścianki, po czym chwycił niewidoczny dotąd uchwyt i odciągnął całość na bok. Koła, na których toczyło się przepierzenie, zagrzmiały.
Przed nimi znajdowało się ciasne i ciemne przejście, które kończyło się ślepo. Na podłodze ustawiono kilka ślących chybotliwe światło świec.
— Czy to są jakieś żarty? — spytał Klaus. Po jego skroni spłynęła strużka potu.
Dowódca nie odpowiedział.
Tymczasem Otto von Bremen zaczynał tracić rezon. Przyjrzał się kamiennej podłodze, aż dostrzegł namalowany krwistą czerwienią pentagram.
— Mein Gott! — sapnął, zdjęty trwogą. — Dlaczego nam to robicie?
Starszy oficer wlepił w niego lodowate spojrzenie.
— Naprzód — syknął z tak wielkim trudem, jakby wypełniająca podziemia wibracja odbierała mu siły. — Na miłość Boską, wejdźcie do środka. Portal nie będzie czekał wieczność.
Zdawało się, że symbol na posadzce zaczął lśnić szkarłatem ognia i krwi. W tej samej chwili Klaus i Otto poczuli, jak opuszcza ich wolna wola. Wbrew sobie postąpili krok naprzód, potem zaś kolejny i kolejny.
Ledwie przeszli za ściankę, gdy ta zamknęła się ze zgrzytem. Paraliżował ich lęk, a w żołądku czuli ściskanie, lecz szli dalej przed siebie. Drżąc na całym ciele, dotarli do kamiennej ściany.
Straszliwe buczenie zamieniło się w skowyt. Mężczyźni zatkali odruchowo uszy. Ich oczy wypełnił oślepiający blask czerwieni bijący z pentagramu.
Wydawało im się, że ziemia się zatrzęsła. Zaczęli spadać. Ich krzyk nie zagłuszył wypełniającego przestrzeń wycia i mlaskania. Gdy hałas osiągał apogeum, niewidzialna siła szarpnęła ich ciałami. Naraz wszystko ucichło.
Pod ich nogami wykwitła, jakby znikąd, stalowa podłoga. Do uszu, w których zapanowała nagle nieznośna cisza, zaczęło docierać odległe huczenie, jak gdyby ktoś tłoczył przez dużą dmuchawę powietrze. Na nozdrza zaś przypuścił szturm okropny zapach długo niewietrzonego pomieszczenia pełnego spoconych ciał.
Wśród tych wrażeń było coś jeszcze… Coś, co zmusiło obolałych mężczyzn do otwarcia oczu.
Pierwszy odważył się spojrzeć Klaus. Z początku jego wzrok nie mógł się przyzwyczaić, ale gdy Schädelman zamrugał kilka razy, obraz zaczął nabierać kształtu i wyrazistości. Pewne było, że stał przed nim jakiś człowiek.
— Kim… — wydukał komisarz. — Kim jesteś?
Postać jednak milczała i zupełnie bez skrępowania lustrowała ich spojrzeniem. Po chwili oczy otworzył też Otto von Bremen.
— Niech pan odpowiada — naciskał Klaus, nabierając powoli sił. — Jestem wysoko postawionym członkiem tajnej niemieckiej policji gestapo!
Stojący nieruchomo człowiek uśmiechnął się.
— Witam w piekle, panowie…
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Wokół wszczął się ruch. Pojawili się dwaj sanitariusze. Zabrali na noszach nieprzytomnego porucznika. Komisarz patrzył na to zdezorientowany. Mężczyzna, którego Klaus dostrzegł w nowym miejscu jako pierwszego, niezmiennie stał obok w milczeniu.
— Dość tej zabawy! — ryknął komisarz, gdy zebrał już siły. — Gdzie ja, do cholery, jestem!?
Sanitariusze, ubrani w brudne, niegdyś białe fartuchy, obejrzeli się w jego stronę, po czym zniknęli w mroku korytarza, który otworzył się przed nimi wraz z sykiem rozsuwanych drzwi.
— Niech pan gada, do diabła! — nie ustępował coraz bardziej wściekły gestapowiec. — Co ja tu robię? Dokąd ci ludzie zabrali porucznika von Bremena?
Mężczyzna chwycił go za ramię i pociągnął za sobą.
— Najważniejszy jest spokój, panie komisarzu — rzekł uprzejmym tonem. — Miejsce takie jak to bardzo szybko wycieńcza człowieka, zwłaszcza gdy podchodzi się do niego zbyt emocjonalnie.
— Starczy tej filozofii! — odparł gwałtownie Klaus, podążając jednak mimowolnie za mężczyzną. — Muszę wiedzieć, gdzie się znalazłem i dlaczego!
— Spokojnie, spokojnie.
— Jestem spokojny, jak jasna cholera — fuknął.
— Mówię poważnie. Lepiej, żeby się pan uspokoił. To wyjdzie panu na zdrowie…
Tego już Schädelman nie wytrzymał. Schwycił mężczyznę i rzucił go na najbliższą ścianę. Stal, która ją pokrywała, zadudniła. Naparł na swą ofiarę i przycisnął jej głowę do jednej z wielu rur pnących się tu i ówdzie.
— Koniec gierek, panie Piekło! Was ist los, zum Teufel? Sag mal!
Mężczyzna z trudem wyswobodził się z uścisku i wzniósł ręce w geście kapitulacji.
Agent gestapo nieco się opanował, puścił pomiętą koszulę i odsunął się. Niedoszła ofiara sapiąc i pokasłując, wygładzała odciśnięte na materiale zagniecenia.
— Dobrze już, dobrze. Udamy się tylko do mojego gabinetu i wszystko panu wyjaśnię, może być?
Zmarszczka na czole gestapowca zniknęła. Kiwnął głową i pozwolił gospodarzowi iść przodem.
W skromnym pokoju znajdowało się jedynie nieduże biurko o stalowych obręczach i blacie z tworzywa sztucznego. Leżało na nim kilka przyborów oraz mikrokomputer z wyraźnym czarnym nadrukiem na obudowie: Nationales Elektronisches Werk.
— Proszę. — Nieznajomy wskazał na obdrapane krzesło. — Niech pan siada.
Klaus odsunął siedzisko. Gdy zajął miejsce, zauważył, w jakim stanie był mężczyzna przed nim.
Choć młody, nie wyglądał najlepiej. Jego cera była blada, a oczy sprawiały wrażenie, jakby widziały już w swym życiu bardzo wiele. Mogłyby równie dobrze należeć do starca. Zwichrzone włosy sprawiały wrażenie, jak gdyby nie myto ich od wielu dni.
— Schwarzbaum. — Mężczyzna wyciągnął rękę w kierunku gościa. — Peter Schwarzbaum, naczelnik działu naukowego.
Schädelman nie odwzajemnił jednak gestu. Pozostawał wciąż nieprzystępny i nieustępliwy.
— Radzę panu uścisnąć moją dłoń. Przez najbliższy czas będę dla pana głównym pomostem, przez który dane będzie panu poznać naszą placówkę.
Z wielką niechęcią gestapowiec wysunął przed siebie rękę. Dotyk wilgotnej dłoni naczelnika sprawił, że skrzywił się z obrzydzeniem.
— Może zdejmie pan płaszcz? — zaproponował gospodarz. — W Instytucie bywa raczej duszno.
— Do rzeczy, Schwarzbaum — ponaglił go Klaus. — Gdy zechcę zdjąć płaszcz, koszulę czy choćby gacie, natychmiast ci o tym zakomunikuję. A teraz gadajże!
Z twarzy młodzieńca zniknął uśmiech. Podobnie odmienił się ton jego głosu.
— Pan myśli — oparł się wygodniej w fotelu — że będąc komisarzem gestapo, to pan tutaj rządzi, tak?
Schädelman nic nie odpowiedział.
— Może pan być pewny, Klaus, że gdyby siedział tutaj teraz przede mną sam Göring albo ktokolwiek inny z rządu, potraktowałbym go tak samo.
— Gówno prawda.
Schwarzbaum sprawiał wrażenie, jakby tego nie dosłyszał.
— Jeżeli sprawdzi się pan, być może zyska pan autorytet, ale powiem panu bardzo ważną rzecz… — Pochylił się. — To miejsce nie lubi ludzi słabych.
Słowa te nie wywarły na agencie żadnego wrażenia. Chociaż gotów był w każdej chwili skoczyć uprzykrzonemu gadule do gardła, czekał, aby wyłowić z jego paplaniny coś wartościowego.
— Otóż, w wielkim skrócie — Schwarzbaum ponownie oparł się o fotel — kraj, który wychował pana na naprawdę wzorowego służbistę, przez całe życie pana oszukiwał, komisarzu. Ale — pstryknął palcami — teraz chce naprawić swój błąd. I to tylko dzięki dawnej, dawnej śmierci pewnego człowieka, z którym miał pan z pewnością wielką przyjemność współpracować. Czy mówi panu coś nazwisko von Sterbberg?
Klaus wysilił umysł. Był pewien, że kiedyś się na nie natknął. Ale czy współpracował z jakimś von Sterbbergiem? Chyba jednak nie…
Ledwie to pomyślał, gdy przeszedł go dreszcz. Zamknął oczy i ujrzał twarz. Teraz pamiętał wyraźnie. Nie mógł to być nikt inny. Tylko jedno zlecenie, ten jeden raz, ale twarz odcisnęła w jego umyśle głębokie piętno.
Wyprostował się gwałtownie. Kierownik kadry naukowej przyglądał mu się z uśmiechem.
— I jak, panie Klaus? Już pan sobie przypomniał?
Wciąż lekko oszołomiony gestapowiec przytaknął. Wstał i rozpiął czarny płaszcz. Razem z kapeluszem zawiesił go na wieszaku.
— A! — ucieszył się Schwarzbaum, kiedy komisarz już siadał, ścierając z czoła krople potu. — Widzi pan. Czasem jednak trzeba ufać nieznajomym, ja?
Niezrażony brakiem reakcji z jego strony mówił dalej:
— Tak więc, jak wspomniałem, zanim zrobiło się panu ciepło — uśmiechnął się jeszcze szerzej — kluczem do całej tajemnicy jest Oberstgruppenführer Heinz von Sterbberg. Otóż on sprawił, że państwo niemieckie zaczęło walczyć na cztery fronty. Pierwsze trzy, zachód, południe i wschód, zostały obrane przez dowództwo wojskowe już dawno, dawno temu, w gruncie rzeczy w minionym stuleciu. Nowy cel jednak… zaskoczył wszystkich. Nikt nie chciał wierzyć Sterbbergowi, był to zresztą człowiek bardzo skryty. Musiał się najpierw wykazać, aby go poparto. To z jego inicjatywy w początkowej fazie wojny do naszych armii weszły prototypy kriegmanów, wówczas często jeszcze zwanych Sturmpanzer. To dzięki niemu dokonał się wielki przełom w genetyce, kiedy to wyhodowano pierwszych mieszańców.
Mężczyzna przerwał na chwilę, jakby chciał nadać swoim słowom odpowiednią wagę, po czym kontynuował:
— W ten sposób wracamy do postawionego wcześniej przez pana pytania: gdzie jesteśmy. Ja zaś panu powiadam: nie mam zielonego pojęcia.
Schädelman przekrzywił głowę w niezrozumieniu.
— Co pan chce przez to powiedzieć?
— Chcę przez to powiedzieć, że tkwimy tutaj, chociaż nie bardzo nawet wiemy, gdzie dokładnie się znajdujemy. Prawdę mówiąc, baza została zbudowana przez automaty na kościach tych, którzy jako pierwsi znaleźli drogę tutaj. Bo, wie pan, panie Klaus…
Komisarz świdrował Schwarzbauma spojrzeniem. Gdyby patrzył jeszcze parę sekund dłużej, był tego pewien, przewierciłby jego głowę na wylot.
— Ja, pan i wszystko tutaj — podjął naczelnik — to już nie jest ten świat, z którego pan przybył. On jest inny, zupełnie niepodobny do naszego. I śmiało mogę to panu powiedzieć: on zdaje się nie istnieć naprawdę.
Komisarz podniósł się na krześle, ale zaraz opadł z powrotem.
— Czy myśli pan, że uwierzę w pana głupie gadanie, panie Schwarzbaum? Za jakiego kretyna pan mnie ma?
Z topniejącą nadzieją Klaus czekał, aż siedzący przed nim mężczyzna parsknie nagle śmiechem i powie mu, że nigdy nie miał do czynienia z kimś tak naiwnym… Ten jednak wciąż siedział przed nim i trwał tak w niezmienionej pozycji.
— Nie wierzy mi pan — rzekł w końcu. — Ale jest, jak jest. W dodatku w innym takim świecie, chociaż znacznie bardziej przyjaznym dla życia, toczy się obecnie wielka kampania mająca utwierdzić hegemonię Rzeszy nad wszystkimi i wszystkim. Wedle planów dawno poległego w czasie bitwy oficera SS, Heinza von Sterbberga.
Klaus Schädelman ani myślał jednak ustępować. Oparłszy ręce na źle wyprofilowanych podłokietnikach, powstał. Sięgnął po zawieszony płaszcz i zaczął się cicho śmiać.
— Bardzo dobra historia, panie Schwarzbaum. Prawie mnie pan nabrał, naprawdę. Niestety w Berlinie czeka na mnie dużo pracy. Wybaczy mi pan, ale muszę już iść. Gdzie znajdę mojego kolegę, pana von Bremena?
Peter Schwarzbaum również się podniósł. Na jego blade oblicze powrócił uśmiech pewnego siebie człowieka.
— Wspaniale. Idę z panem. Do tego właśnie zmierzałem. Oszczędził mi pan tego, co z innymi trwałoby najpewniej jeszcze ze dwie godziny, a co kosztowałoby mnie kilka dodatkowych siniaków.
Sięgająca po kapelusz ręka zawisła w pół drogi. Tym razem komisarz był kompletnie zmieszany. Natychmiast jednak odzyskał rezon, po czym chwycił nakrycie głowy i je nałożył.
— Bardzo dobrze — zgodził się. — Tylko niech mi pan powie, gdzie znajdę porucznika.
Naczelnik działu naukowego spojrzał na monitor komputera.
— Z lazaretu piszą, że pan porucznik czeka cały i zdrowy. Zwyczajne omdlenie. Musiał być wyczerpany podróżą.
Ominął biurko i podobnie jak na początku ich znajomości chwycił swojego gościa za prawe ramię.
— Proszę ze mną.
Skąd w tym idiocie tyle tej przesłodzonej uprzejmości? — zadumał się komisarz. — Dlaczego najpierw gadał niestworzone rzeczy, a teraz mówi, że chce wyjść razem ze mną?
Chciał jak najszybciej wydostać się z podziemnej bazy, więc pozwolił wodzić się krętymi korytarzami. Nie zwracał uwagi na wygląd mijanych pomieszczeń. Chciał tylko znaleźć porucznika von Bremena i czym prędzej wyruszyć do Berlina, choćby miał skończyć na dywaniku u samego Göringa.
Dotarli do lazaretu. Na przykrytej prześcieradłem pryczy siedział zgarbiony Otto.
— Komisarzu! — Poderwał się natychmiast na widok Schädelmana. Jego zapał jednak zgasł, gdy spostrzegł, że wraz z nim jest mężczyzna, który przyszykował im niedawno bardzo przyjemne powitanie.
— Chodźmy, Otto. — Klaus skinął na swego towarzysza. — Idziemy stąd. Jakieś nieporozumienie. Ten pan — wskazał na Schwarzbauma — opowiedział mi wyśmienitą historię o innych światach i cudach. Żałuj z całego serca, że tego nie słyszałeś. Przednia historia, przednia!
Obserwujący ich naukowiec uśmiechał się tajemniczo. Więcej, wydawał się spoglądać na nich drwiąco. Komisarz to zignorował. Upewniwszy się, że jego towarzysz jest gotowy do drogi, pospiesznie ruszył do wyjścia.
W ślad za nimi ruszył Schwarzbaum. Gestem wydał polecenie jednemu z sanitariuszy, który przekręcił ukryty kontakt i sprawił, że drzwi wiodące do lazaretu otworzyły się.
Gdy wyszli z pomieszczenia, nagle zadrżały ściany. Światło zamigotało, po czym zgasło. Coś zadudniło. Rozległ się ryk, przechodzący z wolna w wycie. Coś drapnęło w ścianę obok, po czym światło na powrót się zapaliło.
— Co to było? — spytał drżącym głosem komisarz.
Schwarzbaum spojrzał na niego ze stoickim uśmiechem.
— Ach, to nic, panowie. Takie chwilowe niedogodności, to wszystko.
Gestapowiec uzmysłowił sobie, że nie zapytał się nawet, czym zajmuje się Instytut. Zamierzał zrobić to teraz, ale zrezygnował, kiedy światło ponownie zamigotało. Tym razem na szczęście nie wydarzyło się nic osobliwego.
— Idziemy! — Schwarzbaum ponownie przejął inicjatywę, wyminął swoich gości i ruszył przed siebie.
Po kilku krokach na ich drodze stanęły ogromne hermetycznie zamykane drzwi. Naczelnik pospiesznie wystukał szyfr na przytwierdzonej do ościeżnicy klawiaturze, po czym przejście się otworzyło.
W środku zastali dwóch funkcjonariuszy ubranych w nieznane dla przybyszów z Berlina mundury. Rozpoznali jedynie opaski z wyszytymi swastykami, które widniały na ich ramionach. Nosili też standardową broń: pistolety maszynowe Heckler und Koch MP5.
Peter Schwarzbaum obrócił się w kierunku Klausa i Ottona, ręką zaś sięgnął do przycisku zamykającego drzwi. Niezmienny uśmiech trwał na jego twarzy do chwili, aż ucichł syk mechanizmu pneumatycznego. Gdy odgrodzili się od reszty bazy, natychmiast spoważniał.
— Koniec zabawy, panowie. To nie miejsce na żarty.
— Słyszałem, że mamy wychodzić — zaoponował Schädelman.
— Właśnie wychodzimy — zapewnił go naczelnik. — Ale z grzeczności zapytam ostatni raz: czy jest pan pewny, komisarzu, że tego pan chce?
— Niech pan już skończy te…
Nie dokończył. W wyrazie twarzy naukowca pojawiło się nagle coś, co zmusiło go do zamilknięcia.
— Kiedy mi pan wreszcie uwierzy? Tuż za tą grodzią czeka na pana najgorszy koszmar, jaki tylko mógłby się panu kiedykolwiek przyśnić! A to jednak nie jest sen…
Schylił się po coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wojskowy hełm połączony z goglami. Na grubym gumowym pasku zwisała z niego maska tlenowa wraz ze spoczywającym gdzieś w głębi półki karbowanym, giętkim wężem.
— Skoro decyzja została podjęta, muszę nauczyć was to obsługiwać. — Podał urządzenie stojącemu najbliżej porucznikowi.
— Co to jest? — Na twarzy oficera malowało się zdumienie.
Schwarzbaum wyciągnął jeszcze dwa podobne urządzenia, po czym skinął na jednego z żołnierzy, aby sięgnął po stojące w kącie pomieszczenia butle ze sprężonym powietrzem.
— Co to jest?! — ponowił pytanie von Bremen.
— To jest coś, dzięki czemu pożyje pan kilka minut dłużej, panie poruczniku.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
— A więc — zaczął niepewnie Klaus, gdy dwaj żołnierze zaczęli zakładać niezwykłe urządzenia — to wszystko, co pan powiedział, jest prawdą?
Peter Schwarzbaum odetchnął z wyraźną ulgą.
— Cieszę się, że wreszcie pan zrozumiał, komisarzu.
— To znaczy — włączył się porucznik von Bremen — że niby co? Co znajduje się za tymi drzwiami, przez które mamy zaraz przejść?
Doktor najpewniej wyczuł, że rozmowa schodzi na właściwe tory, bo zaczął wyjaśniać:
— Proszę pana, jako że nie było pana razem z pańskim kolegą w moim gabinecie, powiem prosto z mostu: nie jesteśmy już na Ziemi. Jesteśmy w tajnej placówce Trzeciej Rzeszy, gdzieś pośród niezbadanego pustkowia innego, zewnętrznego świata lub wymiaru, jeśli taki termin panu odpowiada.
Otto skrzywił się. Spojrzał jednak z ukosa na swego towarzysza, który ważył już w rękach podejrzaną maskę połączoną z hełmem.
— Czyli — rzekł już bez cienia protestu w głosie — jesteśmy gdzie? W piekle, tak?
Schwarzbaum ledwo hamował wzbierający w płucach śmiech. Parsknął gwałtownie, po czym przyłożył dłoń do ust.
— Przepraszam — opanował się. — Nie sądziłem, że moje słowa wywrą na panu takie wrażenie.
Na powrót wyprostował się i kontynuował swoim zwykłym, obojętnym tonem:
— Panie von Bremen… Wtedy, podczas naszego powitania… Żartowałem. Może niefortunnie, proszę wybaczyć. Nie jesteśmy w piekle. Prawdę mówiąc, nie wiemy, gdzie jesteśmy. Jasne jest tylko to, co kilka razy już powiedziałem: za tą śluzą — wskazał ręką na hermetyczne drzwi — nie znajdzie pan drzew, trawy, budynków. Dla całkowicie nieczułej i niemyślącej osoby…
Otto von Bremen zmarszczył brwi.
— Ależ ja nie mówię o panu! — salwował się Schwarzbaum, uświadomiwszy sobie, co znerwicowany oficer mógł pomyśleć. — Mówię o kimś, kto cierpiałby z powodu uszkodzenia pewnych części kory mózgowej… Może to lepsze porównanie.
Twarz porucznika na powrót się wygładziła.
— Tak więc — kontynuował naukowiec — ktoś taki widziałby tylko… no, po prostu czerń. Nieprzeniknioną czerń, ciemniejszą niż noc. Każdy natomiast normalny człowiek mógłby zobaczyć coś innego.
— Jak to? — wtrącił się komisarz.
— Znaczy to — mówił dalej naczelnik — że pan na przykład ujrzałby porośniętą kwiatkami równinę, ja skalistą pustynię, pana towarzysz zaś na przykład pole lawy pełne wyziewów siarki…
— Panie Schwarzbaum! — oburzył się porucznik.
— Nazwaliśmy to — opowiadał naukowiec niezrażony — światem „w zamyśle”, gdyż realnie go… nie ma. Mamy też pewne dowody, aby twierdzić, że kreuje się on dla każdego człowieka indywidualnie. Jest bardziej, że tak powiem, ułudą, grą wyobraźni. Stabilna jest jedynie, o dziwo, jego topografia. Sklasyfikowaliśmy jak dotychczas kilka bardzo stromych i nieskończenie wysokich szczytów górskich. Reszta to niemal płaska równina z niewielkimi stromiznami.
Otto von Bremen znów miał wątpliwości. Nie przejmując się tym, że wchodzi w słowo wyraźnie będącemu w swoim żywiole Schwarzbaumowi, spytał:
— Dlaczego powiedział pan, że szczyty są nieskończenie wysokie? To jakiś uczelniany żargon?
Naukowiec nie bez zdziwienia spostrzegł, że jego rozmówca coraz gorzej nad sobą panuje. Skrzywił się. Widać było, że miał rosnące obawy co do kompetencji oficera. Mimo to uśmiechnął się serdecznie. Najpewniej nie chciał być oskarżony o sianie dezinformacji, więc spokojnym głosem wyjaśnił sprawę:
— Pocieszę pana — rzekł spokojnie — że tym razem nie ma tu żadnych tajemnic. Nie robiliśmy badań z powietrza, jedynie z poziomu gruntu, a urządzenia, którymi dysponujemy, nie są w stanie prowadzić obserwacji dalej niż na odległość pół kilometra.
Porucznik znów się uspokoił.
Schwarzbaum odpuścił sobie dalsze wyjaśnienia. W istocie, w świecie, w którym się znajdowali, nie dlatego nie przeprowadzono badań z lotu ptaka, gdyż brakowało sprzętu. Po prostu nie znaleziono w nim powietrza. Każde automatyczne urządzenie, które wzbiło się kilkanaście metrów ponad grunt, znikało bezpowrotnie.
— No to chyba jesteśmy już gotowi, aby wyjść? Prawda jest taka, że najlepiej ujrzeć to wszystko na własne oczy, niż słuchać mojego wykładu.
— Jak skoordynujemy naszą wyprawę, skoro każdy z nas będzie widział coś innego? — nie krył niepewności komisarz.
— Właśnie! — wykrzyknął Schwarzbaum. — Cieszy mnie pańskie zaangażowanie, komisarzu. Wreszcie zaczyna pan stawiać właściwe pytania. Już wyjaśniam…
Ten nagły wybuch entuzjazmu sprawił, że Klaus poczuł konsternację. Zaraz jednak odzyskał rezon. Spłynęły na niego nowe siły, tak jakby adaptował się już do nowych warunków. Na pewno pomogły w tym mordercze szkolenia oraz kilkanaście lat doświadczenia w gestapo, ale przysiąc mógł, że było w tym coś jeszcze. Coś nieuchwytnego. Jak gdyby jakaś energia docierała do niego zewsząd przez prefabrykowane ściany Instytutu.
Dotychczasowe niedowierzanie i skrywany w głębi duszy strach ulotniły się z niego niepostrzeżenie. Gotów był w każdej chwili przyjąć nowe wyzwanie i rozpocząć służbę… jakkolwiek miałaby ona wyglądać.
W istocie, za nic nie miał pojęcia, do czego w tym cuchnącym, z pozoru wyludnionym bunkrze, potrzebny jest agent tajnej policji. Kogo miałby przesłuchiwać czy ścigać? Czy chcą z niego uczynić zwykłego krawężnika?
Nikt nie odpowiedział na jego niewypowiedziane pytania. Naczelnik wzniósł przed siebie hełm połączony z goglami i maską tlenową. Aparat na pierwszy rzut oka przypominał część ubioru ciężkiej piechoty przystosowanej do walki w środowisku skażonym. Był jednak znacznie masywniejszy.
— W ręku trzymam najnowszy model maski środowiskowej. Te niby zwyczajne szkiełka — palec Schwarzbauma powędrował kolejno do prawego i lewego okularu — to są soczewki dwóch niezależnych kamer, których sygnał biegnie do komputera. Ten przetwarza dane wizualne na trójwymiarową wektorową mapę. Jest ona nieco niedokładna, gdyż wyświetla się w zaledwie dwu kolorach, a do tego w porażającej rozdzielczości: sto sześćdziesiąt na osiemdziesiąt linii. Reszta wyświetlacza pokazuje najważniejsze dane: dystans do obserwowanych obiektów, klasyfikuje owe obiekty, a ponadto pozwala na stałą kontrolę połączenia radiowego i poziomu tlenu w butli. Najważniejsze jest jednak, że nie patrzą panowie bezpośrednio na świat, ale za pośrednictwem obiektywów i komputera. Nie ma przy tym najmniejszego zagrożenia dla zdrowia. Czy odpowiedziałem w ten sposób na pańskie pytanie, Schädelman?
Komisarz przytaknął, wpatrzony w opalizujące błękitem soczewki kamer.
— Rozumiem, że będziemy widzieć wirtualny, a nie rzeczywisty obraz? — wyraził przypuszczenie.
— W rzeczy samej — potwierdził naukowiec. — Tak jest… najbezpieczniej — dodał z błyskiem w oku, po czym dotknął zwisającej na gumowym pasku maski tlenowej i machnął kilka razy grubym karbowanym wężem.
— Najbezpieczniej jest oddychać właśnie przez tę maskę — podjął dalej. — Któryś z żołnierzy sprawdzi wasze zawory i połączenia, gdy już włożycie hełmy.
Klaus Schädelman potakiwał, słuchając z uwagą. Zaskoczyło go, jak wysoko stała niemiecka technika. W gruncie rzeczy, czy podobna technologia nie stanowiła zrębu pancernych wojsk kroczących? Nigdy wcześniej nad tym się nie zastanawiał.
Von Bremen z kolei stał w milczeniu ze skrzyżowanymi ramionami na piersi, tak jakby próbował ochronić się przed nadmiarem napływających do niego informacji.
— Co nas też bardzo interesuje — dodał Schwarzbaum — to komunikacja. Tak jak już wspomniałem, odbywa się ona drogą radiową. Przekaźnik znajduje się na szczycie bazy, niezawodny, jak każdy wytwór narodowosocjalistycznego przemysłu. Poziom sygnału będą panowie obserwowali w górnym lewym rogu. Dopóki nie spadnie poniżej połowy, wszystko gra. Zresztą — machnął wolną ręką — tak się dzieje jedynie wtedy, gdy bateria siada. Jeśli coś takiego się zdarzy, komputer wyświetli odpowiedni komunikat i czas, który musi upłynąć do wyłączenia się aparatu. Jeżeli któryś z panów zobaczy ostrzeżenie, proszę dać znać. Nasi żołnierze wymienią baterię i po sprawie.
Zakończył prezentację i nałożył hełm. Stojący dotychczas bez ruchu żołnierz chwycił końcówkę węża, po czym przykręcił go do stalowej butli. Syk potwierdził otwarcie zaworu. Źródło tlenu zamontowane na stelażu spoczęło na plecach mężczyzny. Pozostało uruchomić urządzenie.
Schwarzbaum przytrzymał czerwony przycisk wystający z boku hełmu. W słuchawkach rozległ się pisk, po czym mężczyzna uniósł kciuk, by zasygnalizować zakończenie procedury.
Po chwili wahania Klaus oraz Otto nałożyli swoje hełmy. Z początku bardzo niewygodne, zdawały się jakby same dopasowywać do kształtu głowy. Na znak żołnierza, który umieścił im butle ze sprężonym powietrzem na plecach, przytrzymali czerwone przyciski.
Komisarz Schädelman oddychał płytko. Czuł się, jakby zamknięto go w szklanej bani. Słyszał tylko dudnienie własnej krwi i widział jedynie ciemność. Wreszcie w słuchawkach usłyszał sygnał. Przed jego oczami rozbłysnął jasnym błękitem wyświetlacz.
Z początku dostrzegł jedynie pulsujący kursor, który jednak przeskoczył szybko o kilka linii, pozostawiając po sobie napis: Nationales Elektronisches Werk. Ekran zgasł, by rozjarzyć się na nowo. Klausowi ukazał się teraz wizerunek żołnierza. W słuchawkach zabrzmiało kilka pierwszych dźwięków niemieckiego hymnu. Żołnierz zasalutował, po czym obserwująca go wirtualna kamera obróciła się o kilkadziesiąt stopni. Prawa ręka żołnierza wystrzeliła naprzód, a obok pojawiła się swastyka. Generowany przez układ dźwiękowy głos powitał użytkownika nazistowskim pozdrowieniem.
Komisarz uśmiechnął się z zadowoleniem.
Ekran powitalny zgasł i wyświetlacz wypełnił się matrycą liczb. W centrum pojawiła się siatka wektorowego świata.
— Jest pan z nami, panie Schädelman? — zaskrzeczało w słuchawkach. Klaus rozpoznał głos naczelnika.
— Ja wohl! — odparł bezzwłocznie gestapowiec. Znowu czuł się tak jak wtedy, gdy zapisywał się do formacji hitlerowskiej młodzieży.
— A pan, panie von Bremen?
W słuchawkach Klausa coś zaszumiało, po czym rozbrzmiał w nich podenerwowany głos porucznika:
— Tak, słyszę pana i komisarza również.
— Wspaniale — ucieszył się naukowiec. — Skoro jesteśmy już gotowi, to możemy wychodzić. Otworzyć śluzę!
— Tak jest, panie Schwarzbaum! — Jeden z żołnierzy sięgnął do panelu, by rozpocząć procedurę.
Klaus go obserwował. Zbiór linii, choć niezbyt wyraźnie, pokazał mu pochylającego się człowieka z wysuniętą ręką. Ruchomy kształt u pasa musiał być pistoletem maszynowym. Wreszcie sylwetka się wyprostowała.
Rozległ się syk… Po nim zaś zaległa cisza, jakby coś zabrało w jednej chwili wszystkie dźwięki. Gródź stanęła otworem.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Śluza zamknęła się za nimi bezdźwięcznie, odcinając im powrót. Klaus, z początku zdezorientowany, szybko przyzwyczaił się do nowej sytuacji i ruszył razem z pozostałymi do przejścia.
— Przez kilka minut może być ciężko się dostosować — ostrzegł Schwarzbaum. — Ale krótka przechadzka wystarczy dla nabrania wprawy.
Klaus nie słuchał go już jednak. Nie wyobrażał sobie, że ujrzy coś takiego. Przed jego oczami świeciła błękitno-biała złożona z linii i wielokątów pustynia.
Obracał się, aby zobaczyć coś więcej, ale dostrzegł jedynie niewielką przeszkodę terenową, do której dystans został oszacowany na dwieście osiem metrów, oraz ścianę bazy, z której dopiero wyszli. Uśmiechnął się, gdy spostrzegł nieregularny kształt, który nie mógł być niczym innym jak Ottonem von Bremenem.
Porucznik, kiwając się na boki, machał bezradnie rękoma. Wyglądał jak zagubiony pośród śnieżycy odkrywca bieguna południowego. Okazało się jednak, że i naukowiec porusza się bardzo podobnie. Jedynie eskortujący ich żołnierze próbowali zachować pozory uporządkowanego marszu, trzymając w pogotowiu odbezpieczoną broń.
Raptem Klaus poczuł mdłości. Coś jakby zabrało mu grunt spod nóg. Chociaż na wyświetlaczu widział wyraźnie ząbkowaną siatkę współrzędnych, dotychczasowa pewność siebie chwilowo go opuściła.
— Verdammt! — szepnął, mając nadzieję, że nikt go nie usłyszał.
Mikrofon był jednak bardzo czuły.
— Niech się pan nie martwi — usłyszał w słuchawkach spokojny głos naczelnika. — Jeżeli nie czuje pan ziemi pod nogami, znaczy to, że jest pan już, jakby to określić, w całości na zewnątrz.
— Którędy, panie Schwarzbaum? — spytał jeden z żołnierzy.
— Naprzód, selbstverständlich! Dojdziemy do stanowiska badawczego, po czym powoli wrócimy.
I wyruszyli.
Komisarz Schädelman szybko przywykł nie tylko do obserwacji świata za pośrednictwem aparatu, ale też do braku czucia gruntu pod stopami. Brakowało tu również wiatru i zwykłego na Ziemi wrażenia obecności jakiegoś ośrodka…
Nie czuł temperatury. Przestrzeń, w której się znajdował, pozbawiona była jakichkolwiek wpływających na zmysły właściwości. Chociaż gestapowiec odczuwał własne ciepło zgromadzone pod płaszczem, nie wymykało się ono na zewnątrz ani nie mieszało w żaden sposób z otoczeniem.
Mimo tych niedogodności czuł wzbierającą z każdym krokiem siłę. Moc, która nie należała do niego, ale stawała się jego udziałem podczas eksploracji nieziemskiej krainy.
Nie można tego jednak było powiedzieć o poruczniku. W słuchawkach rozbrzmiewał coraz głośniejszy szmer jego oddechu, jakby zaczynał się dusić. Schwarzbaum upewnił się, że mężczyzna może oddychać swobodnie. Nie było żadnych zakłóceń. Problem tkwił więc gdzie indziej.
Było źle. Było cholernie źle.
Otto czuł, że gdzieś w jego gardle rośnie gula. To nie był zwykły strach i zaskoczenie. Odczuwał wyraźnie coś niepojętego. Coś, co emanowało zewsząd i skupiało się na nim. To nie z nim był problem. Całe to przeklęte miejsce było problemem. Z każdej strony atakowała go dziwna siła, jakby… mroczna aura.
Tak. To było coś takiego. Coś nieuchwytnego. Zionęło z portalu, którym dostali się na teren placówki. Zło. Potężne zło czające się na nich wszędzie, w każdym miejscu tej przerażająco obcej ziemi. Bał się, co by zobaczył, gdyby jakaś siła zdarła mu z głowy ciężki hełm…
Niespodziewanie na granicy pola widzenia zauważył ruch. Zadrżał. Mogła to być przeszkoda terenowa, ale nie… To było coś zupełnie innego.
Obiekt pojawił się, by raptownie zniknąć. Za chwilę powrócił, ale tym razem bliżej. Komputer wyświetlił odległość: ponad pół kilometra. Wskazanie zgasło. Zbitka pikseli zniknęła… Mgnienie oka… I znowu to samo… Czterysta dwadzieścia metrów.
Jezu Chryste — pomyślał Otto, czując, jak pot zalewa jego rozpalone ciało.
Słuchawki wypełnił zgrzyt interferencji. Zatrzeszczało. Wśród szumu odezwał się złowieszczy szept:
— Nie wzywaj go. Jego tutaj nie ma…
Porucznik struchlał. Czy mogło to być tylko złudzenie?
Tymczasem obiekt znowu zniknął, żeby pojawić się ponownie — tym razem nieco bliżej. Rozległ się naglący sygnał dźwiękowy. Pod wektorową reprezentacją krainy wyświetlił się napis: „Kräfte der Unbekannter Dunkelheit — Siły Nieznanego Mroku”.
— Klaus — jęknął, czując napływające do oczu łzy. — Klaus, to nadchodzi!
Pochód został natychmiast wstrzymany.
— Poruczniku — usłyszał zafrasowany głos komisarza. — O czym pan mówi? Nic nie widzę.
— Nie widzi pan? — załkał żałośnie. — To szatan… Szatan!
Do akcji ruszył Schwarzbaum.
— Niech się pan uspokoi — rzekł naukowiec, podchodząc do niego. — Gdyby coś się do nas zbliżało, żołnierze by nas ostrzegli.
Otto jednak widział. Szeroko rozwierając oczy, patrzył, jak coś majaczy trzysta metrów od nich… nie, dwieście siedemdziesiąt trzy, dwieście czterdzieści dziewięć… Przeraźliwy alarm wył coraz głośniej. Złowróżbny napis pulsował, po czym zmienił się: „Byt drugiej kategorii — podejrzenie własności magicznych”.
Wszyscy mężczyźni skupili się wokół niego. Jeden z żołnierzy, wodząc wokół wzrokiem, zapytał:
— Panie poruczniku? Co dokładnie pan widzi?
„Podejrzenie” zmieniło się w „silną aurę czarnoksięską”.
Von Bremen wydusił z siebie to, co sam mógł przeczytać. Podał dystans: sto sześćdziesiąt metrów. Nieokreślony kształt wydłużał się, zniżając swój wirtualny lot na siatce współrzędnych.
— Nie rozumiem — odparł żołnierz — nikt z nas nic nie widzi. Aparat musi działać wadliwie.
Otto jednak wiedział. Wiedział bardzo dobrze. To nie była awaria. Czuł, jak mimo gorąca cierpnie jego zlana potem skóra. Serce waliło mu w piersi. Wyraźnie odczuwał narastającą moc… Zło… Coś niepojętego.
Jęcząc i dławiąc się, zaczął się wycofywać.
I wtedy stało się.
— Donnerwetter! — zatrzeszczało w słuchawkach. To był głos jednego z żołnierzy. — Potwierdzam kontakt! Byt drugiej kategorii zbliża się w naszym kierunku od strony stanowiska badawczego! Jest tuż przed nami!
— Nic nie widzę! — krzyczał naczelnik. W jego głosie nie było już nic z przesłodzonej uprzejmości.
— Niech panowie wracają do bazy! — Głos żołnierza eskorty tonął w powodzi zakłóceń. — Jest coraz bliżej!
Otto popadł w stupor. Nogi miał jak z waty. Nawet nie zareagował, gdy ktoś złapał go za rękę i mocno szarpnął. W tamtej chwili mógł tylko obserwować.
Żołnierze stanęli w pozycjach strzeleckich. Lufy pistoletów maszynowych błądziły w różnych kierunkach, szukając niewidocznego celu.
Kilka kroków przed nimi pojawił się potwór. Chociaż na ekranie składał się ze zbioru białych wielokątów, z jego masywnego cielska biła straszliwa aura. Był ogromny. Zdawało się, że nie miał ramion. Nie potrzebował ich.
Z pyska bestii wystrzelił długi język. Jeden z żołnierzy się zachwiał.
— Mein Gott! — rozległo się wśród zakłóceń i trzasków. Wrzask utonął wśród ciągłego szumu.
Porucznik widział, jak jęzor bestii przebija klatkę piersiową żołnierza. Wirtualna krew bryznęła białymi pikselami. Dziura na plecach powiększyła się szybko. Nie minęła chwila, a ciało mężczyzny uniosło się wysoko przed oblicze stwora.
— Halt! — zatrzeszczało w słuchawkach. Do akcji wkroczył drugi gwardzista. Jego palec zacisnął się na spuście.
W ciszę nie popłynął żaden dźwięk. Seria pocisków 9x19 mm Parabellum opuściła lufę pistoletu.
Potwór przepadł.
Ucichła wrzawa. Zamilkły alarmy. Cisza. Otto słyszał tylko świst własnego oddechu i dudnienie serca. Na granicy percepcji czuł, że ktoś wciąż szarpie go za rękę. Zignorował to. Patrzył tylko pustym wzrokiem na siatkę współrzędnych i czekał… Czekał na swoją kolej.
Biały wielokąt poruszył się. To osamotniony żołnierz miotał się w amoku, szukając utraconego celu. Tuż za nim pojawił się ślad, z pozoru niegroźna plama pikseli.
Uszy porucznika zaatakowała fala zniekształconych przez radio dźwięków. Bestia wróciła! Wróciła, aby pochłonąć kolejną ofiarę.
— Hände hoch! — rozległo się wśród trzasków.
Bezręka maszkara za nic miała ten rozkaz. Piekielny jęzor wystrzelił w przestrzeń. Eskortujący upadł. Rozległ się przesterowany krzyk.
Składająca się z wielokątów paszcza przegryzła żołnierza wpół. Pojawiły się szarpane linie. To trzewia zaczęły wylewać się na nieistniejącą ziemię.
I stwór przepadł ponownie.
Mroczna aura ustąpiła. Bezwład opuścił ciało porucznika. Znów poczuł, że ktoś go trzyma.
To chyba Schädelman — pomyślał. — Albo ten drugi.
W przypływie sił Otto zaczął się szarpać.
— Poruczniku, nie! — krzyknął Schwarzbaum. — Niech pan zostanie na miejscu! On reaguje na ruch!
Von Bremen miał to gdzieś. Wyrwał się z uścisku komisarza. Ruszył przed siebie. Biegł ile sił, byle tylko dalej od tej piekielnej bestii.
Wtedy wyświetlacz aparatu zgasł. Słowa naczelnika ucichły. Pogrążony raptownie w mroku i ciszy martwego świata mężczyzna padł bezradnie na ziemię. Nie czując najmniejszego bólu, przeturlał się na plecy. Tak mu się przynajmniej zdawało.
Ogarnięty paniką próbował ściągnąć urządzenie. Wyszarpnął ustnik maski. Drapiąc sobie twarz, zrzucił ciążący na głowie hełm. Otworzył oczy…
Mrok. Tylko mrok! I cisza. Nie widział towarzyszy. Nie widział bazy. Ale czuł… Czuł obecność skradającej się bestii.
Próbował zaczerpnąć tchu, ale nie mógł. Zaczął się dusić. Bezradne nogi młóciły nieistniejący grunt. Wtedy coś nim szarpnęło. Spojrzał w górę.
Przejrzał.
Wirująca w przestrzeni paszcza pełna zakrwawionych zębów zawisła kilka centymetrów od jego twarzy. Emanowało z niej zło, czyste i nieujarzmione.
Porucznik spróbował sięgnąć po tkwiący w kaburze pistolet.
Z otchłani plugawego pyska popłynął strumień dźwięków. Nie był to charkot ani ryk. Po prostu potok słów. Wypowiadane jednym tchem wszystkie przekleństwa świata.
Nowa dawka adrenaliny targnęła ciałem mężczyzny. Krępujące jego ciało więzy opadły. Zdzierając sobie paznokieć, chwycił kolbę lugera.
Nacisnął spust… Nic się nie stało. Jego broń nie była przystosowana do działania w warunkach obcego świata.
Głuchy wrzask! To on krzyczał.
Piekielna paszcza zbliżała się. Wirujące rzędy zębów hipnotyzowały go.
Stracił przytomność. Pistolet wypadł mu z bezwładnej ręki. Udał się do krainy całkowitego niebytu.
Bestia zniknęła. Jej aura rozmyła się i przepadła. Gdy odnaleźli go towarzysze, nie było po niej najmniejszego śladu.
Całkowicie bezwładny mężczyzna dał się nieść w stronę bazy. Jego serce biło powoli, miarowo, zupełnie jakby nigdy nic się nie stało.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Szum respiratora i pisk kineskopu zakłócały nienaturalną ciszę. Lazaret, pogrążony w świetle przygaszonych lamp i zaduchu uzdatnianego powietrza, wydawał się martwy.
Peter Schwarzbaum zgarbił się na krześle za parawanem i splótł przed sobą ręce. Nie musiał przed nikim udawać. Pozostawiony sam sobie w jednej chwili poczuł, jak bardzo źle wpływa na niego całe otoczenie. I nie miał bynajmniej na myśli tylko warunków, w których przyszło mu żyć.
Chociaż baza nie była obszerna, nie narzekał na brak przestrzeni. Dni spędzał w przestronnej sali, gdzie ze względów bezpieczeństwa nigdy nie pracował samotnie. Miał też własny gabinet i ciasną, choć wygodną sypialnię. Racje żywnościowe, mimo że skąpe, w zupełności mu wystarczały.
Nie mógł uwierzyć, że pracował już na swym stanowisku od pół roku. Tak przynajmniej głosiły lokalne zegary. Naczelnik miał świadomość, że w tym miejscu czas płynie zupełnie inaczej niż na Ziemi.
I o to właśnie chodziło. Mężczyzna nie wiedział już, do której płaszczyzny istnienia należy. W głębi duszy obawiał się, że nie potrafiłby odnaleźć się tam, skąd pochodził, gdzie wychował się i awansował wystarczająco wysoko, by zostać przydzielonym do tak ważnego projektu.
Nie wiedział jednak, czym dokładnie się zajmuje. Kiedy trafiono na portal, natychmiast ukryto go przed światem. Już w tamtym czasie korzystano ze znacznie większego przejścia. Peter o tym wiedział. Był świadkiem jego powstania.
Słyszał też o tym, który znajdował się kiedyś w stolicy. Dawno jednak przestał działać. Stało się to w tym samym czasie, kiedy poległ w walce kierownik projektu i naczelny dowódca ofensywy — wysoko postawiony oficer Waffen-SS Heinz von Sterbberg. Była to ofensywa, której nie widział na oczy żaden żyjący na Ziemi człowiek. Ofensywa, która zakończyła się klęską.
Eksperymenty wstrzymano. Uznano, że wszystko zostało stracone. Utracony sprzęt, zaginieni ludzie… Porażka ta całkowicie zmieniła kierunek polityki.
Do czasu. Gdy umilkły echa tamtej haniebnej klęski, uwaga decydentów ponownie skupiła się na celach ambitniejszych niż Ameryka Północna czy odległe radzieckie kombinaty przemysłowe. Władza zainteresowała się niewielką wioską. Starą osadą, z której pochodził poległy Oberstgruppenführer. Ludzi wysiedlono, a zabudowania przekształcono w betonową bazę tranzytową do… innego świata — miejsca, które pochłaniało dużą część wojskowego budżetu na badania. Nie trapiło to jednak rządzących.
W międzyczasie zmarł Adolf Hitler, ale jak głosiła propaganda, jego umysł i dusza pozostały razem z żyjącymi, aby kontynuować rządy nekrokracji. Ten historyczny moment był jakby katalizatorem. Tajne projekty z pogranicza okultyzmu i ezoteryki przeżyły nagły renesans.
Kiedy dla elit jasne stały się korzyści płynące z inwazji na nieznany świat, chyląca się ku ruinie stara ceglana rezydencja pozostawała wciąż tajemnicą. Wyburzono by ją, gdyby nie enigmatyczny rozkaz eksploracji i odnalezienia… Czego? To wiedzieli tylko najbardziej wtajemniczeni.
W głębi zalanej wodą piwnicy znaleziono kolejny portal, bardzo jednak mały i inny niż ten, przez który przeprowadzano coraz to kolejne oddziały Wehrmachtu. Wiódł do miejsca, z którego nie było już powrotu. Oberstgruppenführer Heinz von Sterbberg zostawił po sobie tajemnicze glify. Bano się je naruszyć, aby nie zmienić wypisanej treści. Drobna modyfikacja równać się mogła utracie właściwości portalu albo, co gorsza, ich zmianie…
Tak też wspominał minione czasy Peter Schwarzbaum, oczekując dyżurującego sanitariusza.
O wilku mowa. Za parawanem coś się poruszyło. To medyk uchylił zasłonę.
— Wiadomo już, co mu jest? — Schwarzbaum wciąż czuł na sobie ciężar niesionego w pośpiechu nieprzytomnego porucznika.
— Zbadałem go, panie naczelniku. — Mężczyzna zajął miejsce obok. — Dotychczas znalazłem jedynie ślady hipoksji. Ale to nic dziwnego, bo zdjął hełm. Mimo to szybko zaczął oddychać sam. Podałem mu tylko tlen, aby poprawić saturację. Odłączyłem respirator.
Rzeczywiście, zza zasłony nie dochodził już szum tłoczonego powietrza.
— Nie ma na ciele żadnych poważniejszych zmian patologicznych — kontynuował. — Ma oberwany paznokieć serdecznego palca prawej ręki. Nie znaleźliśmy u niego broni. Wygląda na to, że próbował do kogoś lub raczej czegoś strzelać. Nieszczęśnik zapomniał, że niezmodyfikowana broń palna jest nieskuteczna w warunkach tutejszej atmosfery… czy też wobec jej braku.
Naczelnik ponownie ujrzał przed oczami bezradnego trepa strzelającego do potwora, który pojawił się znikąd. Miał świadomość, że MP5 oferuje wielokrotnie większą siłę ognia niż oficerski luger, tymczasem długie serie z automatu nie uratowały żołnierza przed okrutnym losem. W tej sytuacji von Bremen mógłby równie dobrze mieć przy sobie pistolet na wodę.
— Czy wie pan, panie Schwarzbaum, co zaatakowało porucznika?
Naukowcowi ulżyło. Siedzący przed nim mężczyzna nie wiedział nic o żołnierzach ani o bestii, która na jego oczach rozerwała ich ciała. Dobrze… Bardzo dobrze. Im mniej osób się dowie, tym lepiej.
— Nie mam pojęcia — odparł spokojnie. — Niedługo przed tym wydarzeniem porucznik von Bremen wspomniał, że coś widzi. Właściwie od samego początku wyglądał na podenerwowanego. Nikt nic jednak nie zauważył. I wtedy ten pechowiec zaczął uciekać…
Schwarzbaum spojrzał w oczy sanitariusza. Musiał się upewnić, że kłamstwo pozostało niewykryte. Wszystko wskazywało na to, że nieświadomy mężczyzna ani trochę nie wątpił w słowa naczelnika.
— A co z tym gestapowcem? — spytał sanitariusz. — Jak mu było…
— Schädelman. Klaus Schädelman. Muszę przyznać, że jest w wyjątkowo dobrej formie. Szkoda jednak tego porucznika. — Skinął głową w kierunku parawanu. — Miałem nadzieję, że obejmie na jakiś czas dowództwo nad wartownikami…
— Od razu było widać, że coś z nim jest nie tak — zauważył medyk. — Zaraz po przybyciu, tak mi przynajmniej mówiono, bo nie miałem wtedy dyżuru, spędził tutaj trochę czasu. Podobno zasłabł.
— Istotnie. Sam myślałem, że to wina podróży. Wie pan przecież, jak to jest…
Mężczyzna pokiwał wolno głową, jakby wspomnienie przejścia przez portal wciąż pozostało w nim żywe.
— Dziwi mnie natomiast — ciągnął dalej Schwarzbaum — stan, w którym znajduje się Schädelman.
— Dlaczego? Przecież mówił pan, że czuje się dobrze.
— Otóż to. Czuje się świetnie, aż nadto. Kiedy okazałem swój żal po tym… incydencie, rzeczywiście zdawał się zmartwiony, ale chwilę później znowu tryskał entuzjazmem. Spytał nawet, czy nie znajdzie się dla niego jakieś zajęcie. Zaproponowałem mu dowodzenie naszym niewielkim oddziałem. Zgodził się bez zastanowienia.
— Dobrze, że chociaż on nie traci w tym miejscu animuszu — podsumował sanitariusz. — Nie powinien się pan martwić. Trzeba się cieszyć, że stanowisko dowódcy będzie obsadzone.
Naczelnik działu naukowego czuł jednak, że coś jest nie w porządku z nowo przybyłym komisarzem. Kiedy widział go po raz ostatni, wyglądał, jakby przyzwyczaił się do niezdrowej atmosfery panującej w bazie. Schwarzbaum nie miał pojęcia, w jaki sposób sceptyczny służbista stał się nagle bezkrytycznym zwolennikiem ich działań.
Być może umysły agentów gestapo były już tak wypaczone, że stali się kompletnie znieczuleni. Kto wie, może właśnie tajna policja, nie sztab naukowców i wyborowych żołnierzy, mogła zapewnić placówce przyszłość…
Z zamyślenia wyrwał naczelnika niepokojący dźwięk. Dobiegał zza zasłony. Odgłosy przybrały na sile, po czym niespodziewanie przycichły. Sanitariusz i Schwarzbaum już myśleli, że zjawisko minęło, gdy rumor rozległ się znowu. Tym razem zamienił się w niezrozumiałe szepty.
Medyk podniósł się z fotela.
— Neeein! — rozległ się krzyk. — Mein Gott, neeein!
Zaniepokojony do głębi Schwarzbaum wystrzelił w stronę parawanu niczym pocisk. Za nim pospiesznie ruszył sanitariusz.
Twarz von Bremena była zlana potem. Wytrzeszczone oczy biegały wkoło, jakby pacjent unikał czyjegoś spojrzenia.
Sanitariusz z trudem utrzymywał szarpiącego się mężczyznę. Ten chwycił jego lewe ramię. Wolną ręką zdawał się coś od siebie odpędzać. Gwałtownie łykając powietrze, krzyczał raz po raz.
Raptem się uspokoił. Wyprężył się jeszcze w łuk, po czym jego mięśnie zwiotczały, a powieki zamknęły. Jedynie krople potu na czole i rozrzucona pościel świadczyły o przebytym ataku. Rozległ się świst wydychanego powietrza. Zdawało się, że mężczyzna na powrót zapadł w sen.
Dyżurny przypatrzył się wymizerowanemu pacjentowi. Gałki oczne prawie niezauważalnie się poruszały, tak jakby leżący doświadczał osobliwej fazy REM.
— Mario — rozległ się szept porucznika. — Mario, wybacz mi… Wybacz mi, proszę, wybacz mi…
Sanitariusz i naczelnik wymienili spojrzenia.
— Co się z nim dzieje? — spytał Schwarzbaum. Czuł, że jego ramiona pokryły się gęsią skórką. — Czy może mi pan powiedzieć, co oznaczał ten atak?
Von Bremen dalej szeptał swoją litanię, ale leżał spokojnie. Pochylony do tej pory sanitariusz wyprostował się.
— Nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym. Dotychczas byłem gotów zaryzykować stwierdzenie, że zapadł w śpiączkę. Spodziewałem się, że wyjdzie z niej w ciągu kilku, kilkunastu godzin, najwyżej dni… Teraz nic już nie rozumiem.
Przyłożył dłoń do czoła leżącego.
— Rozpalony — stwierdził.
Skryte pod zamkniętymi powiekami gałki oczne wciąż błądziły od prawej do lewej i z powrotem.
— Jego oczy — zwrócił uwagę medyk.
— Co z nimi? — zainteresował się Schwarzbaum.
— Wciąż się ruszają. Ale nie tak jak u śniącego człowieka. Nieprzerwanie wędrują, płynnie, jakby nie… — zawahał się.
— Jakby nie…?
— To głupie, panie naczelniku, ale… — próbował wyartykułować — …żaden człowiek nie jest w stanie tak poruszać oczami.
Schwarzbaum spojrzał na niego podejrzliwie. Zaczął wątpić, czy kompetencje sanitariusza są wystarczające.
— Niech pan posłucha — odezwał się dyżurny, jakby odczytał myśli naczelnika. — Normalnie oczy człowieka poruszają się płynnie. — Zademonstrował. — Kiedy jednak próbujemy zrobić to samo znacznie wolniej, okazuje się, że ruch ten jest skokowy, nierównomierny…
— Panie… — chciał już go upomnieć naczelnik, podejrzewając u podwładnego początki paranoi.
Ten jednak natychmiast go uciszył. Nachylił się i jeszcze raz poruszył powoli gałkami.
Naukowiec, choć z początku niechętnie, powtórzył ten ruch. Gałki wyraźnie drgały.
Sam przed sobą przyznał, że czuje niepokój. Spojrzał na von Bremena. Miał wrażenie, że mimo zamkniętych oczu nieszczęsny porucznik obserwuje go. Dreszcz przeniknął całe jego ciało.
— Co pan sugeruje? — wydukał.
Sanitariusz z początku nic nie odpowiadał.
— Nie mam pojęcia — rzekł w końcu. — W tej chwili mogę tylko zalecić obserwację i standardowe leczenie objawowe, nic więcej… Ten przypadek jest naprawdę dziwny. Powiem więcej: jest fenomenalny, a do jego zbadania potrzeba specjalistycznego sprzętu, którym w tej chwili nie dysponujemy. Zaleciłbym elektroencefalografię, ale… sam pan wie…
Schwarzbaum przytaknął. Miał wrażenie, jakby mięśnie jego szyi zamieniły się w kamień.
Jeżeli nie zabije mnie cokolwiek innego, choćby ten przerażający świat i jego tajemnicze byty — myślał — z pewnością dokona tego nieustający stres.
— Może chodźmy już. — Nie czekając na swego towarzysza, uchylił parawan.
Przeszli do pokoju dla sanitariuszy. Ich twarze, zwykle pełne zmęczenia i zniszczone przez przedwczesną starość, były bardziej wynędzniałe niż zwykle.
— Przyślę panu kogoś, żeby pana zmienił — rzekł Schwarzbaum. — Musi pan być zmęczony.
— Nie trzeba, panie naczelniku. Jego stan mimo wszystko wygląda na stabilny. Zostanę do końca zmiany. Mam jeszcze — spojrzał na zegarek — pół godziny. Wpiszę obserwacje do komputera. Może wymyślę coś mądrego…
Wątły uśmiech zawitał na ustach naukowca. To był ciężki, jeśli można tak to nazwać, dzień.
— Jak pan sobie życzy.
Schwarzbaum zrezygnował z oficjalnego nazistowskiego pozdrowienia. Wydobył z głębi duszy resztki człowieczeństwa i wysunął przed siebie prawą dłoń. Medyk chwycił ją i uścisnął serdecznie.
— Niech pan się trzyma.
— Nawzajem, panie naczelniku.
Drzwi lazaretu zamknęły się z sykiem. Sanitariusz osunął się wyczerpany na fotel. Miał pisać raport, ale zmęczone oczy z trudem skupiały się na znakach wyświetlanych przez monitor. Migający kursor przyprawiał go o ból głowy.
Mężczyznę ogarnęło przejmujące uczucie senności. Przymknął oczy. Skrzyżował na biurku ręce. Zaraz w ślad za nimi opadła ciążąca coraz bardziej głowa. Obiecując sobie w duchu, że zdrzemnie się tylko na moment, pozwolił umysłowi odpłynąć.
Nagle poderwał się jak oparzony. Poczuł niezrozumiały niepokój i kłucie w piersi. Przepona skurczyła się boleśnie.
Spojrzał na monitor. To miała być krótka drzemka, tymczasem zegar pokazywał, że od wizyty naczelnika minęła niemal godzina.
Spojrzał w dal. Parawan zakrywający miejsce spoczynku pacjenta poruszał się. To stąd ten nagły strach. Materiał dotykany niewidoczną ręką wybrzuszał się i falował, jakby ktoś z drugiej strony po omacku szukał drogi.
Lęk nasilił się. Chciał odetchnąć, ale tylko sapnął i się zakrztusił. Spróbował wykonać jakikolwiek ruch. Zapragnął uciec. Ciało jednak odmówiło mu posłuszeństwa.
Tajemniczy ruch ustał. Zasłona uniosła się powoli. Za nią zaś stał porucznik von Bremen.
— Proszę pana… — jęknął sanitariusz.
Nie zdążył dokończyć. Stojący kilka kroków przed nim porucznik okazał się nie być już człowiekiem.
Dotychczas zamknięte oczy otworzyły się. Choć nie, powieki zwyczajnie odpadły. Upadły na ziemię niczym jesienne liście.
Tam, gdzie powinny znajdować się gałki oczne, ziała teraz czarna pustka. W oczodołach wirowała ciemność, przenikała czaszkę i sięgała jeszcze dalej. Świdrowała ściany bazy, docierając do samego serca niebytu.
Sanitariusz patrzył w otchłań.
Czując rosnącą niemoc, próbował sięgnąć do umieszczonego pod biurkiem przycisku alarmu. Mokre od potu palce ślizgały się po laminacie, wciąż o milimetry mijając poszukiwany przełącznik. Przed nim natomiast dokonywała się piekielna transformacja.
Szyja pacjenta zaczęła się wydłużać. Rozległ się chrupot oddzielających się od siebie kręgów. Skóra napięła się niewyobrażalnie. Pokazały się żyły, czarne teraz, jakby pełne zwarzonej krwi. W końcu tkanki nie wytrzymały. Z wilgotnym mlaśnięciem skóra rozdarła się na poszarpane części. W ślad za nią ruszyły naprężone mięśnie. Potem chrupnęła nieludzko rozciągnięta krtań. Jednak jakimś cudem ciało się nie rozpadło. Jego części łączyła wyłącznie cienka sieć gnijącej tkanki.
Twarz straciła ludzkie cechy. Ziejące pustką oczodoły rosły coraz bardziej. Żuchwa wyginała się stopniowo, pokazując pulsujący mrok paszczy. Niezliczone szeregi upiornych zębów obracały się wokół gardzieli niczym planety wokół słońca.
Cienkie odzienie z tworzywa sztucznego pękło, odsłaniając sine i pomarszczone ciało. Splot słoneczny tętnił szybko, krusząc z każdym uderzeniem rozciągnięte nieludzko żebra. Kości pękały. Absurdalnie chude nogi podtrzymywały pokraczne, zniekształcone cielsko.
Dyżurny obserwował przemianę całkowicie sparaliżowany. Wysilając wolę, szukał wciąż przycisku… Przełącznika, którego naciśnięcie przynieść mogło upragnione wybawienie.
I znalazł go. Na obrzeżach świadomości zarejestrował, że gdzieś w głębi bazy zawyła syrena alarmowa.
Wtedy z mrocznej paszczy wypadł jęzor. Upadł na podłogę i wił się niczym groteskowy robak. Z dobywającym się z gardła obleśnym charkotem, bestia ruszyła przed siebie. Ohydny jęzor niecierpliwie badał powietrze, jakby czuł sączący się od sanitariusza odór strachu.
Wtem drzwi lazaretu rozwarły się z sykiem. Do pokoju wpadło dwóch uzbrojonych żołnierzy. Bestia spojrzała na nich. W jednej chwili zamarli. Ich ciała ogarnął paraliż. Bezużyteczna broń upadła na podłogę.
Sanitariusz stracił wszelką nadzieję. Czuł zbliżającą się śmierć. Zmysły odmawiały mu posłuszeństwa. Zdawało mu się, że ściany stają się przeźroczyste. Lampy migotały niczym stroboskop. Sufit i podłoga przyjmowały osobliwą, gąbczastą strukturę. Przez powiększające się szczeliny przezierała ciemność. Agresywny mrok, pożerający resztki światła, ostatnie kęsy materii.
A gdy resztki znanego otoczenia przepadły, dyżurny zaczął dryfować w niebycie. Tylko on i piekielna paszcza pełna wirujących zębów.
Teraz już rozumiał. Poczuł się jak intruz, nieproszony gość. Pojął, że w tym świecie nigdy nie miało być ludzi. Zrozumiał, że lewitujący przed nim byt jedynie się broni, a on sam zasługuje na śmierć.
Haniebną śmierć podłego, mizernego człowieka.
Klaus Schädelman podniósł oczy ku samotnej jarzeniówce oświetlającej łazienkę. Szklany cylinder brzęknął cicho, zupełnie jakby zużyty zapłonnik miał właśnie zakończyć swoją służbę w ostatnim spektakularnym rozbłysku.
W istocie, światło zamigotało i zgasło. Na mgnienie oka pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Niezupełnym jednak. W lustrze odbijały się dwa czerwone punkty. Dokładnie na wysokości oczu komisarza.
Schädelman zamrugał raptownie. Jarzeniówka brzęknęła. Zimne migotliwe światło ponownie zalało ciasną przestrzeń. Matowe lustro znów pokazywało pobladłą twarz.
W błękicie aryjskich oczu nie było śladu czerwonego blasku. Uznał, że zapewne było to urojenie. Nachylił się nad umywalką, odkręcił kurek i bez zastanowienia spłukał twarz śmierdzącą chlorem wodą z odzysku.
Otrzeźwiło go to. Wytarł pospiesznie twarz, przeczesał palcami włosy. Choć minione wydarzenia sprawiły, że jego nerwy były napięte do granic możliwości, musiał wyglądać jak człowiek gotowy na wszystko. Bo… w gruncie rzeczy czuł się gotowy na wszystko.
Już miał sięgnąć po leżącą na umywalce gestapowską legitymację, gdy coś usłyszał. Choć właściwie bardziej poczuł. Drżenie pod stopami i głęboki, przenikający wszystko pomruk.
Brzęk. Migotanie. Zapłonnik wyzionął ducha.
Tylko w oczach czerwony blask.
Jest za wcześnie — usłyszał tajemniczy głos. — Ten przeklęty poruczniczyna wdepnął w gówno i rozniósł je po całym dywanie. Musisz je sprzątnąć, Schädelman.
Światło wróciło. Lampy awaryjne. Ich blask zalał twarz komisarza szkarłatem. Umysł wypełniła wściekłość. To nie były jego emocje.
Chwycił legitymację. Wypadł z impetem na korytarz. Jego uszy zaatakował straszliwy jazgot. Wszystkie syreny alarmowe Instytutu zawodziły unisono.
— Mach die Klappe zu! — wrzasnął w kierunku sklepienia.
Był skołowany. Nadmiar bodźców go osłabiał, ale jednocześnie czuł… Znowu to czuł: siłę, która wlewała się do jego wnętrza z każdej strony. Obcą, egzotyczną, nieustępliwą. Mroczną energię wirującą w tej nieopisanej, tajemniczej pozaziemskiej przestrzeni.
Nogi niosły go same. Zwarł pięści. Chodziło o lazaret, a ten był dosłownie za rogiem.
Drzwi zastał otwarte. Niemal potknął się o leżących bez czucia żołnierzy. Pod ścianą stał blady jak śmierć, sparaliżowany ze strachu sanitariusz. Klaus go zignorował.
I wtedy zobaczył to. A to zobaczyło jego.
Klaus Schädelman chwycił się tam, gdzie zwykł nosić Walthera. Zapomniał, że to nie była zwykła akcja, a w delegację nie wziął broni. Czuł jednak, że pukawka tutaj nie pomoże. Prawdziwa siła nie drzemała w stali, ale w całym tym horrendum, które otaczało Instytut.
Komisarz warknął niczym zwierzę. Jego gestapowski płaszcz utracił blask. Stał się czarny niczym noc, jakby pochłaniał każdą cząstkę światła. Zwyciężała czerwień… Czerwień świateł awaryjnych. Czerwień obcego wzroku, który sprawił, że Schädelman czuł w sobie moc niczym nadczłowiek.
— Verpiss dich! — ryknął.
Stwór zawahał się. Naraz jęzor wystrzelił w kierunku gestapowca. Komisarz schwycił go w locie. Straszliwy charkot bestii teraz przypominał skomlenie rannego psa.
Komisarz nie zamierzał na tym skończyć. Istota próbowała się cofnąć, ale nie mogła. Coś zablokowało jej ruchy.
Prawa ręka Schädelmana zalśniła dziwnym blaskiem. Cofnął ją. Wyszczerzył zęby w nieludzkim uśmiechu.
Lazaret zalało oślepiające światło. Bestia ryknęła z bólu. Placówka zadrżała. Po chwili wszystko ucichło. Blask zniknął. A z nim piekielna istota. Przepadła, jakby nigdy nie istniała.
Paraliż obezwładniający sanitariusza ustąpił. Mężczyzna upadł bezwładnie na podłogę. Targnął nim gwałtowny skurcz, a potem torsje.
Żołnierze odzyskali świadomość. Jęcząc i krztusząc się, tarzali się po podłodze we własnych nieczystościach.
W tej chwili do pomieszczenia wpadł rozgorączkowany Peter Schwarzbaum. Wpierw dostrzegł klęczącego w plamie wymiocin sanitariusza. Potem — obezwładnionych, otępiałych funkcjonariuszy. Wreszcie jego wzrok padł na gestapowca.
Schädelman pozostawał niewzruszony. Czerwień, którą pałały jego oczy, znikła. Przepadła gdzieś nieludzka moc. Przez chwilę poczuł się nikim. Zupełnie jakby ktoś zabrał jego tożsamość.
— Co się tutaj stało, Schädelman? — usłyszał niewyraźny głos naczelnika.
Komisarz jednak rozłożył tylko bezradnie ręce.
— Nie wiem — wybełkotał. — Nie wiem, nie pamiętam…
— Lepiej niech pan sobie przypomni!
Cała dezorientacja gestapowca ulotniła się. W na powrót błękitnych oczach pojawiła się czujność i niezachwiana pewność siebie.
— Już mówiłem — warknął. — Nie mam pojęcia, panie Schwarzbaum.
Zbliżył się do naczelnika. Ten poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz.
— Lepiej, żeby to pan jak najszybciej się dowiedział. — Komisarz odzyskiwał rezon. — To pan zarządza tą placówką.
Odepchnął Schwarzbauma i wyszedł. Na korytarzu zadudnił odgłos jego kroków.
Zostawił za sobą ciszę wypełnioną jękiem i zawodzeniem niedoszłych ofiar ciemności. Zostawił za sobą Schwarzbauma, który nie potrafił zebrać myśli.
Zostawił za sobą stygnące szpitalne łóżko, na którym wciąż widoczny był ślad po ciele człowieka. Zaledwie ślad, bo ciało porucznika zniknęło.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀• • •
Naczelnik działu naukowego szybkim krokiem opuścił kantynę. W ustach żuł ostatni kęs przerwanego raptownie posiłku. Pneumatyczne drzwi zamknęły się z sykiem, a on ruszył korytarzem.
Zawrzał w nim skrywany przed wszystkimi gniew. Nigdy nic go tak bardzo nie wytrąciło z równowagi. Nie walczył jednak z tym uczuciem. Czuł się całkowicie usprawiedliwiony.
Ten gestapowiec — myślał — niech go wszyscy diabli!
Miał wrażenie, że sznurki, za pomocą których dotychczas kierował placówką, wymykały mu się z rąk. A wszystko z winy tego przeklętego Schädelmana.
Ich role się odwróciły. On odbierał mu autorytet. Choć przebywał wśród nich zaledwie kilka dni czasu Instytutu, całkowicie podporządkował sobie garnizon. Żołnierze słuchali tylko jego. Nie to, żeby nie dbał o bezpieczeństwo bazy. Od tamtego niewyjaśnionego incydentu z porucznikiem Ottonem von Bremenem nie wydarzyło się absolutnie nic, co mogłoby zakłócić pracę personelu. Żadnych niewyjaśnionych chorób czy zgonów. Problem tkwił w czym innym.
Komisarz nie tolerował nikogo, kto nie zgadzał się z jego wizją. Stał się apodyktyczny. Ale i mało kto stawiał mu opór. Wszyscy miękli pod złowróżbnym spojrzeniem mężczyzny. Tylko on, Peter Schwarzbaum, tworzył jednoosobową opozycję.
Dlatego przed chwilą opuścił kantynę.
Gdy był w trakcie posiłku, w kuchni zapanowało poruszenie. Otworzyły się wahadłowe drzwi i stanął w nich wyprężony na baczność kucharz i… Tak, któż by inny.
Klaus Schädelman rozszerzał swoje wpływy. Korzystając z wachlarza umiejętności, które wpoiła mu służba w gestapo, prawił o czymś spokojnie, ale stanowczo. Kiedy skończył, kucharz zasalutował mu, a komisarz odwzajemnił gest.
Wtedy właśnie Schwarzbauma zaślepiła złość. Gdyby nie wypadł na korytarz, z pewnością mogłoby dojść do nieprzyjemnej zwady. Zrezygnował z tego świadomie. Takie działanie przyniosłoby mu więcej szkód niż korzyści. Poza tym nie miał ochoty na konfrontację ze swym rywalem.
Ilekroć znajdował się blisko Schädelmana, czuł bijący od niego chłód. I te straszliwe oczy… Wiedział, że gestapowcy to ukryte w ludzkiej skórze bestie i oprawcy, ale dotychczas sądził, że to poetycka metafora. Teraz nie był tego taki pewien.
Mijał przejścia, przekraczał skrzyżowania węzłów komunikacyjnych, kilka razy omal nie potrącił kilku współpracowników. Poruszał się jak ślepiec. Wrzał w nim gniew. Opanował się dopiero, gdy trafił do drugiej części placówki. Tam zatrzymał się i zacisnąwszy dłonie na poręczy, dochodził do siebie.
Przed nim na ścianie zawieszony był symbol Trzeciej Rzeszy. Reichsadler — Orzeł Rzeszy — niezmiennie trzymał szeroko rozpostarte skrzydła. W jego szponach znajdował się wieniec z dębowych liści z wpisanym weń krzyżem swastyki. Podpis poniżej głosił: Für das Reich!.
Wpatrzony w godło kraju, w którego imieniu stał się pionierem nieznanego świata, naczelnik zaczął się zastanawiać, komu tak naprawdę służył. Miał wrażenie, że ten symbol stracił już dla niego znaczenie. Jako naukowiec i członek partii pragnął działać na chwałę Niemiec. Teraz jednak wszystkie ideały, wszystkie priorytety zostały usunięte w cień. Coś niepojętego zdawało się wkraczać w jego życie. To coś przybrało formę komisarza Klausa Schädelmana.
Jedno dotknęło Schwarzbauma szczególnie. Gestapowiec wprowadzał nieautoryzowane zmiany w rozkładzie badań naukowych. Zamiast na poznawaniu środowiska tego świata skupiono się na eksploracji niezbadanych rejonów. Schwarzbaum wiedział, że Klaus nie pragnął bynajmniej poznać topografii tych terenów. Interesowało go coś innego. Wyglądało, jakby szukał czegoś konkretnego. Ale czego?
Naczelnik ponownie spojrzał na Orła Rzeszy. W jego zimnym spojrzeniu nie wyczytał jednak odpowiedzi na pytanie. Był sam. Nikt nie mógł mu pomóc. Nie w tym świecie. Tutaj zdany był na łaskę lub niełaskę Schädelmana.
Postanowił działać. Odepchnął się od barierki i wyrwał przed siebie. Musiał ustalić, dlaczego zaszły tak wielkie zmiany. Ruszył w kierunku pokoju, w którym przebywał dyżurny sanitariusz — kilka dni wcześniej hospitalizowany. Miał nadzieję, że kolejna rozmowa z nim nie skończy się atakiem histerii. Żołnierze pozostawali w stanie katatonii, więc tylko on jeden mógł odpowiedzieć na kłębiące się w głowie naczelnika pytania.
Sektor medyczny położony był niedaleko. Schwarzbaum sprawnie odnalazł odpowiedni oddział i pryczę, na której leżał medyk.
— Dzień dobry, panie naczelniku — przywitał go słabym głosem sanitariusz.
Ten ukłonił się, przysunął krzesło bliżej łóżka i usiadł.
— Jak samopoczucie?
Dyżurny uśmiechnął się niepewnie.
— Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Dotychczas to ja znajdowałem się w miejscu, w którym pan siedzi. To ja leczyłem innych, doradzałem im, co mają robić, żeby czuli się lepiej…
— Rozumiem pana — odparł machinalnie Peter, ale po chwili jego serce wezbrało empatią. — Ostatnio odczuwam chyba to samo, co pan, będąc tutaj: bezsilność.
— Odebrał panu władzę, czy tak?
Schwarzbaum zdumiał się. Zachodził w głowę, w jaki sposób medyk tak celnie odgadywał jego myśli. Czyżby aż tak było po nim widać trapiące go zmartwienia?
— Niezupełnie — odrzekł. — Formalnie dalej nadzoruję prace naukowe, ale ten gestapowiec ma coraz większe wpływy. Każda jego inicjatywa spotyka się z aprobatą ogółu.
— O, tak — zadumał się sanitariusz. Spojrzenie utkwił w suficie. — Można powiedzieć, że Schädelman załatwił zarówno pana, jak i mnie.
Schwarzbaum czuł, że pojawiła się wyjątkowa okazja, by skierować rozmowę na interesujący go temat.
— Dlaczego pan tak sądzi?
Medyk jednak natychmiast wyczuł podstęp.
— Nie ustąpi pan, prawda?
Oblicze Schwarzbauma pozostawało wciąż gładkie i spokojne. Mimo to coś w jego postawie sprawiło, że wpatrujący się weń mężczyzna czym prędzej kontynuował:
— Ten gestapowiec faktycznie jest źródłem całego zamieszania. Wszystko zaczęło się od wypadku, który przydarzył się porucznikowi von Bremenowi.
To nazwisko spowodowało, że w spojrzeniu sanitariusza zagościł strach. Pojawiał się za każdym razem, kiedy wspominał zdarzenia tamtego feralnego dnia. Zwykle kończyło się atakiem paniki i całkowitym zamroczeniem, które trwało kilka godzin. Tym razem jednak stało się inaczej.
— Panie Schwarzbaum — mówił dalej z wysiłkiem. — Z pewnością wie pan, że stacjonowałem tutaj już wcześniej. Wtedy baza ograniczona była do niedużego habitatu zbudowanego przez maszyny. Wśród pierwszych osadników szerzyła się pewna nieznana przypadłość. Mógł pan czytać o tym w raportach.
Naczelnik jedynie przytaknął. Nie chciał spłoszyć leżącego przed nim mężczyzny choćby jednym słowem.
— Wtedy jeszcze nie było hełmów. Były już jednak wizjery telewizyjne. To przez nie obserwowali świat. Mieli pełną świadomość, że oglądanie tego wszystkiego — zatoczył ręką łuk w powietrzu, jakby chciał przypomnieć o bezustannie otaczającym placówkę mroku — skończy się najpewniej śmiercią. W istocie, wszelkie próby eksploracji terenu bez zabezpieczenia kończyły się źle. Ludzie znikali. Niektórych znaleziono. To znaczy, znaleziono ich kości… Objedzone do ostatniego skrawka tkanek miękkich. Niektórych już nigdy nie odnaleziono.
Schwarzbaum o tym wiedział. Zaznajomił się z całą dokumentacją i rozumiał zagrożenie, z którym się mierzyli, a przynajmniej tak mu się wcześniej wydawało.
— Wśród nowo przybyłych — ciągnął dalej sanitariusz — pojawiła się, jak wspomniałem, nieokreślona przypadłość. Krótka obserwacja świata powodowała, że prędzej czy później popadali w szaleństwo. Najczęściej zdarzało się to w czasie rozbudowy instalacji. Niektórzy umierali na miejscu, inni cierpieli godzinami, zanim przyszła śmierć. Nieliczni natomiast zdrowieli… na jakiś czas… pozornie. — Jego głos drżał coraz mocniej. — Szybko okazywało się, że w ich umysłach zaszły nieodwracalne zmiany. Całkowicie niepoczytalni atakowali współpracowników i dokonywali samookaleczeń. Człowiek nadawał się wyłącznie do odstrzału…
Ręka sanitariusza powędrowała w stronę spoczywającej nieopodal dłoni Schwarzbauma. Skóra medyka była zimna i wilgotna od potu.
— Wkrótce po pierwszych przypadkach niewyjaśnionych zachorowań, natrafiono na ślady tego, co nazywamy obecnie bytami. Pańscy koledzy po fachu, panie Schwarzbaum, szybko zajęli się ich klasyfikacją.
Naukowiec słuchał wywodu z pełną uwagą. Czytał o bytach. Znał oficjalną klasyfikację. Z głębin pamięci przywoływał kolejne informacje.
— Siły Nieznanego Mroku — rzekł w zamyśleniu. — Pierwszy raz zaobserwowane jeszcze na nagraniach automatów, które budowały habitat. Zakłócenia w spójności danych, rejestrowane na taśmach wideo zniekształcone cienie, które były widoczne jedynie w paśmie promieniowania podczerwonego i rentgenowskiego. Tyle mówią opracowania.
— Tak — odparł sanitariusz. — Sklasyfikowane i uporządkowane w wykazach niematerialne istoty. Byt pierwszego, drugiego, trzeciego rzędu, w zależności od sposobu manifestacji. Potem zarejestrowano ich dziwne umiejętności.
— Nieoficjalnie: czarna magia.
— W samej rzeczy.