E-book
10.92
drukowana A5
37.68
Ekstremistka

Bezpłatny fragment - Ekstremistka

Objętość:
193 str.
ISBN:
978-83-8126-499-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 37.68

Rozdział 1

Ledwo uniknęłam zdzielenia pałką. Po raz pierwszy odczułam grozę systemu, w jakim żyliśmy.


Był marzec 1968 — pierwsza w PRL-u próba inteligenckiego buntu wobec cenzury i odgórnego, partyjnego sterowania kulturą i nauką. Studiowałam wówczas zaocznie prawo w Filii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katowicach. W sobotę, podczas zajęć stwierdziłam, że na uczelni panuje spokój. Mimo to wozy milicyjne otoczyły jej teren, zaś władze zabroniły zgromadzeń i nakazały, że mamy wychodzić pojedynczo. Samotnie zatem szłam do przystanku tramwajowego, wzburzona takim traktowaniem. Ulice śródmieścia wyglądały normalnie, jak co dzień. Nic nie wskazywało na coś szczególnego. Weszłam do „Delikatesów” przy ulicy Armii Czerwonej, by zrobić zakupy. Spokojnie stanęłam w kolejce, chociaż byłam rozdrażniona.

Kiedy jakiś mężczyzna zaczął złorzeczyć, że społeczeństwo jest rozwydrzone i trzeba wreszcie zrobić porządek z rozrabiającymi chuliganami, nie wytrzymałam nerwowo.

— Niechże się pan uspokoi — zwróciłam się do niego ostrym tonem. — Dobrze wiemy, kto demoluje sklepy.

— No, no — pogroził mi. — Może mi pani powie kto, jak pani taka mądra?

Zrezygnowałam z zakupów i wyszłam, by uniknąć absurdalnej konfrontacji. Wtem… stanęłam osłupiała. Ulicą uciekali zwykli przechodnie przed milicjantami aż do Rynku. Tych, którzy nie zdołali uciec, pałowano i wciągano do furgonetki. Nie było żadnego powodu do takiej interwencji. Przed chwilą jeszcze, kiedy wchodziłam do sklepu, panował idealny spokój. Żadnego zgromadzenia. Żadnej demonstracji.

Skuliłam się w sobie, strach podszedł mi do gardła, po czym co sił zaczęłam uciekać. Ledwo uniknęłam zdzielenia pałką. Kiedy zdyszana stanęłam na przystanku szóstki, z okien znajdującego się tam Domu Prasy, usłyszałam rozdzierający krzyk jakiejś kobiety:

— Bandyci! Szubrawcy! Pałują niewinnych ludzi!

Musiała to być dziennikarka którejś z gazet. Wyobraziłam sobie, jaką cenę zapłaciła za tę spontaniczną reakcję.


Protesty w wielu miastach Polski przybierały różne formy — organizowano wiece, demonstracje, strajki, głodówki. Na Śląsku jednak słyszało się jedynie o demolowaniu sklepów i chuligańskich wybrykach. Fama niosła, że to władze same je organizują, po czym zjawia się milicja i pałuje na oślep bezbronnych, Bogu ducha winnych ludzi, w celu zastraszenia społeczeństwa i zapobieżenia rozruchom. Ze szczególną atencją traktowano młodzież, gdyż od niej zależała przyszłość socjalizmu. Bito ją najbrutalniej, następnie ładowano jak bydło do wozów milicyjnych i zawożono na komendę, gdzie poddawano czterdziesto-ośmio-godzinnemu „programowi reedukacyjnemu”. Propaganda głosiła, że studenckie demonstracje wywoływane są przez chuliganów i Żydów inspirowanych przez imperialistów w celu zburzenia socjalizmu w Polsce.


Po powrocie do domu, wzburzona usiadłam na kanapie w pokoju dziennym. Serce trzepotało mi w piersi jak ptak usiłujący wydobyć się z klatki.

Cholera, jeszcze zawału dostanę przez te kanalie, denerwowałam się. Nie mogłam się uspokoić.

Po raz pierwszy odczułam grozę systemu, w jakim żyliśmy. Po raz pierwszy też chyba w pełni uświadomiłam sobie, że mój prosty, antyreżimowo nastawiony ojciec mądrzejszy jest od mego wykształconego męża, który pracował jako dziennikarz w partyjnej „Trybunie Robotniczej”.


Po wejściu do mieszkania z rezygnacją rozejrzałam się po pokoju dziennym. Panował w nim niesamowity nieład. Na stoliku okolicznościowym leżał stos gazet, dwie brudne szklanki, jedna po kawie, druga po herbacie, talerz po bigosie, który ugotowałam w piątek na dwa dni i… Bóg jeden wie, co jeszcze. Mój mąż podczas jedzenia oglądał telewizję, siedząc na wersalce. Duży stół jadalny również zabałaganiony był szklankami, talerzami, sztućcami i oczywiście gazetami, których niesamowitą ilość znosił do domu i nie pozwalał mi wyrzucać nieprzeczytanych, a nawet przejrzanych, które zamierzał dokładniej przeczytać, lecz nigdy mu się to nie udawało. Na dywanie widać było brudne ślady, ponieważ miał zwyczaj chodzenia po mieszkaniu w butach. Zdejmował je dopiero po jakimś czasie.

Jak on zdążył w ciągu dwu dni tak nabałaganić. Poprzedniego dnia wróciłam wyjątkowo późno, gdyż pociąg był opóźniony, a pracowałam w Łabędach pod Gliwicami, więc nie byłam w stanie posprzątać mieszkania.

Nie miałam jednak siły, by zabrać się do tej stajni Augiasza. Siedziałam bezradnie na wersalce. Czekając, aż uspokoi się walące w piersi serce, które powoli przestawało trzepotać, pogrążyłam się w rozmyślaniach nad rzeczywistością, w jakiej przyszło mi żyć. Myślałam o antykomunistycznej postawie rodziców i dziwiłam się, że nigdy mi się to nie udzielało.


Wstałam wreszcie z wersalki, ponieważ poczułam głód. Wyszłam do kuchni, gdzie również panował rozgardiasz. Nie miałam wyboru. Mimo skurczonego z głodu żołądka, musiałam najpierw pozmywać. Wzięłam z kuchni tacę i pozbierałam z całego mieszkania talerze, szklanki, kubki, sztućce. Znajdowały się nawet w łazience. Zajrzałam również do pokoju Andrzeja. Tam też znalazłam brudne naczynia. Jednak najpierw musiałam pozbierać i powiesić w szafie jego rzeczy porozwalane po sypialni. Koszule, spodnie, skarpetki. Widocznie, jak zwykle, nie mógł się zdecydować, co na siebie włożyć. Zwariować można było z takim bałaganiarzem.

On się nigdy nie zmieni, pomyślałam zrezygnowana. Nie pomagają ni groźby, ni prośby.

Po ogarnięciu nieładu i pozmywaniu, podgrzałam resztki bigosu pozostawionego w garnku na piecyku gazowym. Zajadałam go ze smakiem przy kuchennym stole. Popiłam ulubionym kompotem z jabłek. Wyszorowałam garnek, zmyłam talerz, widelec i szklankę. Teraz mogłam spokojnie dalej rozmyślać nad swoją skomplikowaną postawą wobec rzeczywistości.

Usiadłam z powrotem na wersalce w pokoju dziennym… No nie, nie mogłam patrzeć na te porozwalane gazety. Przejrzałam wszystkie, wczorajsze i ostatnie tygodniki odłożyłam do przeczytania. Te stare ze złością wzięłam pod pachę, wyszłam na korytarz i wrzuciłam do zsypu na śmieci. Wróciłam do mieszkania. Byłam już bardzo zmęczona. Położyłam się na wersalce z rękoma pod głową i wróciłam do rozmyślań.


Właściwie to dopiero po tym, co ujrzałam dzisiaj, zdałam sobie sprawę ze swojego zaślepienia. Od dzieciństwa obijało mi się o uszy coś niecoś z frustracji rodziców, lecz spływało to po mnie jak woda. W niczym mi nie przeszkadzało uzależnienie ojczyzny od Związku Radzieckiego. Zadowolona byłam z życia, nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Tak wspaniale, jak w przedwojennej, wolnej Polsce, według relacji ojca.

Na Boga, co się ze mną dzieje? — Zastanawiałam się. –Tak dobrze czułam się w naszym wymarzonym mieszkanku, tak bardzo podobało mi się nasze nowoczesne osiedle. I nagle życie wydało mi się obce i ponure. Powodem tego było chyba nie tylko złe traktowanie przez męża, lecz również rozdarcie między nieudzielającą się mi nigdy dotąd nienawiścią do komunistów panującą w domu rodzinnym, a pozytywnym nastawieniem do tego ustroju męża i teściów, którym wspaniale się powodziło. Teść był zagorzałym komunistą. Miał doskonałą posadę kierownika działu zagranicznego centrali eksportu węgla kamiennego. Często jeździł do zachodnich krajów, skąd przywoził różne dobra. Zabierał żywność na cały pobyt, łącznie z chrupkim pieczywem, a diety przeznaczał na wartościowsze zakupy. Zaś mąż mój już na studiach wstąpił do partii, czego ja w życiu bym nie zrobiła, chociaż akceptowałam innych, którzy do uczynili.


Wtem zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki, bo poczułam, że zbiera mi się na wymioty.

Tego by tylko brakowało, żebym była w ciąży, pomyślałam przerażona. Już dawno powinnam mieć okres. Ale to się zdarza, takie opóźnienie, pocieszyłam się.

Jednak nie zwymiotowałam. Na nic zdały się moje wysiłki. Wróciłam więc do pokoju i znowu się położyłam. Leżałam spokojnie, czekając, aż mi przejdzie. Istotnie, po jakimś czasie poczułam się lepiej. Znów zaatakowały mnie z całą mocą wspomnienia, miotając mną w przestrzeni i czasie.

Rozdział 2

Na całe gardło wyśpiewywałyśmy na porannych apelach socjalistyczne pieśni masowe.


Zobaczyłam nagle siebie, jak z drżącym sercem siadam w szkolnej ławce obok, podobnie jak ja, małej dziewczynki imieniem Basia — jak się okazało, gdy pani wychowawczyni wywoływała nas po imieniu. Pierwszy dzień w szkole! Pięknie było! Pachniało czystością i farbą, którą świeżo pomalowano ściany, a na nich wisiały kolorowe obrazki. Siedziałam sztywno w ławce z założonymi do tyłu rękoma, w starannie wyprasowanym przez mamę granatowym fartuszku z wykrochmalonym białym kołnierzykiem. Tak samo wyglądała Basia, z tą różnicą, że jej jasne warkocze oplecione były wokół głowy, a moje ciemne splecione w jeden związany niebieską kokardą.

Wkrótce stałyśmy się nierozłączne. Na przerwie spacerowałyśmy po podwórku pod rękę i zwierzały wzajemnie z najskrytszych tajemnic. Nie było między nami najmniejszych scysji, najdrobniejszych nawet sprzeczek. Byłyśmy jak dwie turkaweczki. Nie mogłam pojąć, dlaczego nikt w klasie nie dostrzega jej urody i wdzięku. Dla mnie była śliczna. Lubiłam jej sposób bycia i mówienia. Doceniałam jej inteligencję, wrażliwość, takt i oddanie. Zawsze mogłyśmy nawzajem na siebie liczyć. Pod każdym względem rozumiałyśmy się doskonale. Obie byłyśmy grzecznymi dziewczynkami i bardzo dobrze się uczyłyśmy. Odrabiałyśmy wspólnie lekcje w moim domu, bo tata Basi pociągał z butelki i często z tego powodu panowała u niej zła atmosfera.

Przypomniałam sobie, że gdy w dziewiątej klasie liceum ją odwiedziłam, jej ojciec namówił nas do wypicia kieliszka wódki, na co jej mama z niechęcią przystała. Poczułyśmy się wspaniale, nigdy dotąd nie doznałyśmy taki ekscytującego stanu ducha, więc poprosiłam o drugi kieliszek, na co matka Basi zareagowała gwałtownie.

— Ty świnio, nie waż mi się rozpijać dzieci! — krzyknęła. — Idźcie do parku dziewczynki — nakazała nam surowo.

Basia powiedziała mi wówczas, że jej mama sama kupuje ojcu wódkę, żeby po pracy siedział w domu i nie włóczył się z kolegami po knajpach.


Na niedzielną mszę chodziłam z Basią do jej parafialnego kościoła św. Barbary, ponieważ w jej dzielnicy mieszkali sami napływowi Polacy, tacy jak nasi rodzice pochodzący z kresów. Natomiast w mojej parafii Świętej Trójcy zarówno księża jak i wierni byli Ślązakami. Obie popłakałyśmy się z żalu, że nie możemy wspólnie przystąpić do Pierwszej Komunii, bo ja musiałam w swojej parafii. Byłyśmy bardzo religijne i wychowywane w patriotycznym duchu, co nie przeszkadzało nam w należeniu do PRL-owskiej pseudo-harcerskiej organizacji OHPL, diametralnie zmieniającej oblicze polskiego harcerstwa. Na całe gardło wyśpiewywałyśmy na porannych apelach socjalistyczne pieśni masowe. Najbardziej lubiłyśmy „Ukochany kraj”


Wszystko tobie, ukochana ziemio,


nasze myśli wciąż przy tobie są,


tobie lotnik triumf nad przestrzenią,


a robotnik daje dwoje rąk.


Ty przez serce nam jak Wisła płyniesz,


brzmi jak rozkaz Twój potężny głos,


murarz, żołnierz, cieśla, zdun, inżynier


wykuwamy twój szczęśliwy los.


Ukochany kraj,


umiłowany kraj,


ukochane i miasta, i wioski,


ukochany kraj,


umiłowany kraj,


ukochany, jedyny, nasz, polski.


Ukochany kraj,


umiłowany kraj,


ukochana i ziemia, i nazwa,


ukochany kraj,


umiłowany kraj,


nasza droga i słońce, i gwiazda.


Nigdy nie zastanawiałyśmy się, co ma znaczyć ta „gwiazda” na końcu refrenu. Nie przyszło nam nawet do głowy, że chodzi o czerwoną gwiazdę, która obok „sierpa i młota“ stanowiła symbol komunistyczny, spopularyzowany po rewolucji październikowej na całym terytorium tworzącej się Rosji Radzieckiej — późniejszego ZSRR. Wraz z rozpowszechnianiem się wpływów radzieckich w świecie, znak czerwonej gwiazdy przyjmowały do swoich emblematów też inne partie komunistyczne.


Przypomniałam sobie, jak ze łzami w oczach zaśpiewałam „Ukochany kraj” podczas pożegnania z Basią, która z nowo poślubionym odlatywała w błękitną dal. Nie mogłam, się z tym pogodzić, że ona zdecydowała się na opuszczenie ojczyzny. Było to z jej strony ogromne poświęcenie. Musiała zrezygnować z małżeństwa z miłości, o którym obie marzyłyśmy. No i przede wszystkim z życia w Polsce, którą kochałyśmy całym sercem.

Basia pochodziła z ubogiej rodziny, a przy tym jej młodszy brat był kaleką. Niedługo po maturze zwierzyła mi się, że zamierza wyjść bogato za mąż, aby dla nich się poświęcić. Jej zamężna kuzynka Zosia mieszkająca w Warszawie poznała pewnego Amerykanina polskiego pochodzenia, który szukał w Polsce żony i przekonała ją, że będzie to doskonały sposób na wyrwanie najbliższych z nędzy. Twierdziła, że w Stanach można wyleczyć jej brata z kalectwa.


Siedziałyśmy na ławce w parku. Byłam w świetnym nastroju, gdyż obie zdałyśmy na studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim i miałyśmy rozpocząć nowe życie we wspaniałym mieście, które wydawało się nam najpiękniejszym w świecie. Zauważyłam, że Basia jest bardzo smutna. Zrozumiałam dlaczego, gdy zdradziła mi swój plan. Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

— A co z naszą przyjaźnią, która miała trwać aż po grób?! — krzyknęłam zrozpaczona. — Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie! — Po policzkach zaczęły mi spływać łzy.

— Ściągnę cię do siebie. — Basia objęła mnie i zaczęła gładzić po głowie. — Nie płacz, bo ja też zacznę ryczeć.

— Co ja bym tam robiła w tej Ameryce? Nie znam nawet angielskiego — pochlipywałam. — Miałabym tu zostawić rodziców i brata?

— Masz zdolności językowe. Byłaś najlepsza w klasie z rosyjskiego i francuskiego. Szybko nauczysz się języka. Tam też możemy studiować. Miałybyśmy zupełnie inne życie niż w tym marnym PRL-u. Poznałabyś tam jakiegoś Amerykanina polskiego pochodzenia, z którym rozmawiałabyś po polsku. W Nowym Yorku żyje mnóstwo Polaków. Są polskie organizacje, sklepy…

— O czym ty mówisz? — Uniosłam obie ręce do góry z oburzeniem. — Chyba oszalałaś! A wiesz przynajmniej, co to za człowiek?

— Zosia powiedziała, że ma dwadzieścia osiem lat, jest przystojny i dobrze sytuowany — tłumaczyła mi spokojnym tonem. — Muszę to zrobić dla rodziców i Jurka. Ojciec pije, bo nienawidzi tego życia w PRL-u, tam przestanie, a Jurek przejdzie operację, po której nie będzie już dłużej kaleką bez żadnych perspektyw życiowych… No, nie płacz. Będę do ciebie co dzień pisała, a jak znajdę tam dla ciebie odpowiedniego człowieka, za którego wyjdziesz za mąż, znów będziemy razem i ty też ściągniesz do siebie rodzinę.

Zrozumiałam, że ona już postanowiła i nie ma takiej siły, która by ją od tego odwiodła.


Jej plan się powiódł. Wkrótce po wyjściu za mąż sprowadziła do Stanów rodziców i brata. Obecnie miała już trzech synów, a cała jej rodzina żyła w dostatku…

Ja nie zamierzałam opuszczać kraju, postanowiłam ukończyć wymarzone studia, spełniać się w zawodzie adwokata i wyjść za mąż z miłości. Z Basią utrzymywałam stałą korespondencję, dostawałam od niej paczki. To mi musiało wystarczyć. Dawno już przestałam za nią tęsknić.


Myślami powróciłam do przyjemniejszych wspomnień. Idąc w ślady ojca, który grał na akordeonie, ukończyłam trzyletni kurs w ośrodku średniej szkoły muzycznej, grałam na fortepianie i na harfie. Nauczycielka proponowała, abym wybrała harfę jako główny przedmiot, gdyż w symfonicznych orkiestrach odczuwano brak harfistek. Ja jednak kochałam fortepian. Ale później ze szczególnym sentymentem wspominałam godziny samotnych ćwiczeń na harfie w pustej klasie, sam na sam z tym tak szczególnym, dawnym instrumentem, wywołującym we mnie fascynujące uczucie przenoszenia się w czasie do odległej przeszłości. Było to jedno z najmilszych wspomnień:

Jesienny zmierzch. Pod stopami szeleszczą zbutwiałe liście, a ja spieszę na spotkanie z… harfą. Odbieram na portierni klucz od klasy. Biegnę po schodach. Przekręcam klucz w zamku. Zapalam światło. I od razu witam się z tym pięknym, anielskim instrumentem, delikatnie dotykając strun… Nie przepadałam za lekcjami, bo wówczas nie byłam sama. Nie znosiłam występów na tak zwanych „popisach”, bo zżerała mnie trema. Ale ćwiczenia w pustej klasie… To było to!

W ciężkich chwilach często wracałam do tego wspomnienia, aby poprawić sobie nastrój.

Rozdział 3

Ojciec powtarzał często, że dla niego jego córka jest najpiękniejsza, co przyjmowałam jako sugestię, iż obiektywnie nie jestem zbyt ładna.


I znów zaczęło mnie mdlić. Ten bigos musiał mi zaszkodzić, pocieszałam się, aby nie dopuścić złowrogiej myśli, że jestem w ciąży. Wyszłam do kuchni i zaparzyłam herbatę z mięty, która mi zawsze pomagała w dolegliwościach żołądkowych. Wypiłam taką gorącą, małymi łyczkami, po czym z powrotem położyłam się na wersalce, czekając na ulgę, która wkrótce nastąpiła. Spokojnie powróciłam do wspomnień atakujących mnie tego wieczoru z niepohamowaną mocą.


To były wspaniałe czasy. Rodzice oczywiście mieli mnóstwo powodów do frustracji, przez dziecko niedostrzeganych. Jednak jeden z nich utkwił mi w pamięci. W pierwszym mieszkaniu w sobotę nagrzewało się wodę na piecu w dużym garnku do gotowania bielizny, a następnie wlewało do blaszanej wanny. Kąpaliśmy się wszyscy po kolei w tej samej wodzie, najpierw ja, potem mama, a na końcu tata. W tym drugim zajmowaliśmy trzy pokoje z kuchnią w wielopokojowym lokum w starej kamienicy i musieliśmy dzielić łazienkę z sąsiadkami, które przybyły do Bytomia aż z Warszawy, gdyż ich dom legł w gruzach. Gnębiły nas wieczne naprawy węglowego piecyka ogrzewającego wodę. Ojciec twierdził, że nasze sąsiadki wciąż go przepalają. Nie wiem, na czym to polegało, pamiętam tylko, że rodzice wiecznie kłócili się z nimi z tego powodu. A zapamiętałam to chyba dlatego, że ojca do końca życia gnębił problem łazienki, nawet wówczas, gdy wymienił piecyk na gazowy, który też wiecznie trzeba było naprawiać. Polegało to na tym, że po prostu w tych czasach nic nie funkcjonowało sprawnie. Mnie to nie przeszkadzało.


Beztroskie było wówczas moje życie. Tymczasem rodzicom sen spędzały z powiek przede wszystkim dwa słowa: urząd skarbowy i domiar. Krawiec posiadający prywatny zakład stanowił relikt kapitalizmu, który należało wytępić „domiarami”, to znaczy uzupełniającymi podatkami, by nie wzbogacił się kosztem klasy robotniczej.

Tak. To było najgorsze. Te domiary. Rosły w niesamowitym tempie. W końcu ojciec nie był w stanie ich płacić. Zlikwidował zakład i zatrudnił się w spółdzielni krawieckiej. Nieszczęście to spadło na nas, gdy zaczęłam chodzić do liceum. Chciałam kontynuować naukę w średniej szkole muzycznej, lecz rodzice stanowczo się sprzeciwili, zarzucając mi lenistwo. Twierdzili, że za mało ćwiczę. Tata tłumaczył mi, że przyjemniej jest odpoczywać na koncercie, słuchając muzyki niż pracować wieczorami, grając w orkiestrze. Przyznałam mu słuszność, tym bardziej, że tak naprawdę to chciałam zostać adwokatem.

Ojciec robił dobrą minę do złej gry, ponieważ zmuszony został do sprzedania pianina, a nawet swojego akordeonu, wraz ze wszystkimi innymi cenniejszymi przedmiotami, aby zapłacić „domiar”. I wówczas skończyło się nasze wspólne muzykowanie. Tata musiał wieczorami dorabiać, ponieważ pensja nie wystarczała na życie. Jak na ironię jego zakład pracy nazywał się Spółdzielnia Pracy Krawców „Dobrobyt”. Matka zżymała się, gdy wszystko sprzedał, żeby zapłacić domiar, ale on nie chciał oszukiwać skarbu państwa, choć miał o tym państwie jak najgorsze mniemanie. I jak tu się dziwić, że nienawidził tego ustroju?


Nagle pobiegłam do łazienki. Zwymiotowałam cały bigos.

To nie ciąża, tylko niestrawność, pocieszyłam się. No i ten stres, który przeżyłam, uciekając przed pałującymi milicjantami.

Ponieważ było już późno, postanowiłam wziąć prysznic i przygotować się do snu. Zaczęłam myć zęby, patrząc z dezaprobatą w lustro. „Najładniej wyglądasz, kiedy jesteś nieumalowana” — przypomniały mi się słowa męża. Nie widziałam tego. Mama miała słuszność, kiedy mówiła, że mam wybałuszone żabie oczy. Ojciec powtarzał często, że dla niego jego córka jest najpiękniejsza, co przyjmowałam jako sugestię, iż obiektywnie nie jestem zbyt ładna. Co innego, gdy byłam umalowana. Wtedy podobałam się sobie. Ciemne cienie maskowały wypukłość powiek, a róż dodawał bladej cerze koloru. Ale przypomniałam sobie, że przecież już w szkole średniej dziewczynki dzieliły się na dwa obozy. Jedne podziwiały śliczną blondynkę Gosię, inne mnie uważały za najładniejszą w klasie, co przyjmowałam ze zdumieniem, jako że nie malowałam się jeszcze wtedy. Właściwie wszyscy z wyjątkiem rodziców uważali mnie za urodziwą. Oglądano się za mną na ulicy, gdy wchodziłam do kawiarni, przyciągałam wszystkie spojrzenia. Sprawiało mi to przyjemność, lecz sądziłam, że dzieje się tak za przyczyną makijażu i ubioru. W swoich oczach wciąż byłam małą, brzydką dziewczynką, która podoba się tylko ojcu.

Muszę wreszcie znaleźć czas na ufarbowanie włosów, pomyślałam, zauważając czarny odrost.

Po umyciu zębów i wzięciu prysznica, stanęłam nago przed dużym lustrem, które samodzielnie umocowałam na drzwiach łazienki. Nie byłam zbyt zadowolona ze swej figury. Uważałam, że mam za grube uda, ale za to byłam wyjątkowo szczupła w talii.

Jesteś w pasie jak osa — przypomniałam sobie słowa Ewy, licealnej koleżanki, która podczas lekcji gimnastyki stwierdziła:

— Popatrz, potrafię cię objąć dwoma dłońmi.

Innym razem przyglądała mi się z zachwytem podczas przerwy, a po chwili spytała z egzaltacją:

— Zgadnij, jaka część twego ciała jest najpiękniejsza?

— Daj spokój, Ewa!

— Nos! — wykrzyknęła z emfazą.

Kiedyś znowu stwierdziła z afektacją:

— Ty sobie nie wyobrażasz, jaki ty masz inteligentny wyraz twarzy!

Ewa uwielbiała zarówno mnie jak i śliczną Gosię, ale naprawdę zakochana była w nauczycielce języka polskiego. Chodziła za nią nieustannie, śledziła ją, a potem z wypiekami na twarzy opowiadała mi dramatyczne przeżycia związane z polonistką. Gdy została przez nią wywołana do odpowiedzi, czerwieniła się i nie potrafiła wykrztusić ani słowa, chociaż pisała ciekawe wypracowania i mówiła na co dzień literackim językiem. Zwróciłam jej kiedyś uwagę, że nadużywa słowa „rzekomo”. Po kilku dniach Ewa spytała:

— Powiedz mi, jakie było to słowo, którego rzekomo nadużywam?

Ta inteligentna, oczytana dziewczyna miała trudności w nauce, z powodu matematyki powtarzała dziesiątą klasę i nigdy nie zdała matury. Była typowym przykładem zakompleksienia i psychicznych urazów dziecka z rozbitego małżeństwa. Jej rozwiedziona matka — inżynier chemik — atrakcyjna, mocno umalowana blondynka z czerwonymi szponami u rąk, wychowywała ją samotnie, co w owych czasach było czymś rzadko spotykanym. W każdym razie ja nie znałam poza nią nikogo rozwiedzionego.

Ewa uważała się za brzydką, głupią i prymitywną, co nie miało potwierdzenia w rzeczywistości. Bardzo ją lubiłam i często odwiedzałam w jej lśniącym czystością mieszkaniu. Zawsze zastawałam ją przy czynnościach domowych.

Kiedy ta biedna Ewka ma się uczyć, skoro gotuje obiady, sprząta, pierze, prasuje? –Zastanawiałam się nieraz. A tymczasem matka wiecznie ma do niej pretensje z powodu złych stopni.

Gdy przeszłam do jedenastej klasy, nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją po kilku latach. Upodobniła się do matki, miała rozjaśnione włosy, polakierowane paznokcie, mocny makijaż, zmieniła się nie do poznania. Wyglądała bardzo ładnie, ale była, jak dawniej, straszliwie sfrustrowana. Pracowała fizycznie w jakimś magazynie. Potrafiłam zrozumieć, jak upokarzające musi być to zajęcie i środowisko dla tak inteligentnej i kulturalnej osoby. Skarżyła się, że jej ukochany, który był lekarzem, wstydzi się, że ona nie ma matury, że nigdzie z nią nie wychodzi, że ich spotkania ograniczają się tylko do łóżka i że nie może być mowy o tym, by się z nią ożenił.

Z pewnością sama mu to wszystko wmówiła, pomyślałam, znając jej zakompleksienie.


Ledwo włożyłam szlafrok kąpielowy, usłyszałam przez otwarte do przedpokoju drzwi chrobotanie klucza. Najwidoczniej mój mąż nie mógł trafić do zamka. Gdy mu otworzyłam, runął jak długi na podłogę.

— Ty świnio, znowu się zalałeś w trupa! — krzyknęłam z wściekłością.

Nie zwracając na niego uwagi, poszłam spać. Na szczęście mieliśmy oddzielne pokoje i nie sypialiśmy razem.


***


Nazajutrz na uczelni nie mogłam się skupić podczas zajęć. Podczas południowej przerwy miałam ochotę porozmawiać o tym, co widziałam poprzedniego dnia na ulicy Armii Czerwonej. Ale z kim? Moich koleżanek nie interesowało to zupełnie. A właściwie nie miało sensu, jeszcze by ktoś podsłuchał. Po zajęciach przyszło mi do głowy, by wejść na chwilę do pobliskiego Kościoła Mariackiego. Idąc w jego kierunku ulicą Mariacką, wpatrywałam się w neogotycką sylwetkę świątyni z wysoką wieżą. Była cała czarna, pokryta sadzą i dwutlenkiem siarki. Sprawiało to przygnębiające wrażenie. Gdy do niej doszłam, wysypały się z niej szare, ponure sylwetki, gdyż skończyła się właśnie wieczorna msza. Poczekałam, aż kościół opustoszał. Dopiero wtedy weszłam do środka. Kiedy zewsząd otoczyły mnie piękne neogotyckie witraże, poczułam wzruszenie. Usiadłam w pierwszej ławce i wpatrzona we wspaniały, ogromny krzyż na głównym ołtarzu, pogrążyłam się w rozmyślaniach.

W tym czasie nie chodziłam do kościoła, ponieważ Andrzej był ateistą. Długo musiałam go namawiać, nim zgodził się na ślub kościelny. W dalszym ciągu wierzyłam w Boga, często przekonywałam o jego istnieniu męża, ale sądziłam, że uczestnictwo w mszy nie ma specjalnego znaczenia. Doceniałam pozytywną rolę Kościoła w PRL-owskiej rzeczywistości, jednak szukałam Boga nie we mszy, lecz w muzyce, sztuce, literaturze. Chodziło mi również o to, że uznawanie przez Kościół uprawiania przedmałżeńskiego seksu za grzech śmiertelny to gruba przesada. Wszak w dekalogu była mowa tylko o cudzołóstwie. Jednak rozumiałam, dlaczego księża rozszerzają jego pojęcie na wszelkie pozamałżeńskie stosunki. Chodziło o uchronienie wiernych przed rozwiązłością, która była przyczyną wielu nieszczęść.

Przypomniało mi się, jak zaczęłam chodzić co dzień z Basią na poranną mszę, chociaż dotąd uczestniczyłyśmy tylko w niedzielnej. Wpłynęły na to polityczne wydarzenia.

Zaczęło się pod koniec roku szkolnego, kiedy byłam w ósmej klasie. Zauważyłam wówczas, że ojciec słucha „Wolnej Europy” ze szczególnym poruszeniem, z wypiekami na twarzy. Gdy spytałam, co się takiego dzieje, odpowiedział, że odbywają się demonstracje poznańskich robotników. Podczas wakacji mocno przeżywał ostentacyjne obchody sierpniowej, trzechsetnej rocznicy cudu częstochowskiego, który znałam z „Potopu” Sienkiewicza. Przy tej okazji ojciec zrelacjonował mi kolejny cud — „cud nad Wisłą” w 1920 roku, kiedy to zdane na własne siły polskie wojska uratowały Europę zachodnią przed zalewem Armii Czerwonej.

Wkrótce po tym jak rodzice opowiedzieli mi o „cudzie nad Wisłą”, nastąpił kolejny cud — październik 1956. Ojciec w podekscytowaniu znów do późna w nocy słuchał Radia Wolna Europa. Chociaż nie był zbyt religijny, to jednak z ogromną czcią wypowiadał się o Prymasie Wyszyńskim. Relacjonował mi wszystko, czego się dowiedział. Był to pierwszy powojenny przełom, kiedy to naród zerwał się do wolnościowych wystąpień, a partia zmuszona została do ustępstw wobec buntu mas przeciwko komunistycznemu terrorowi, wobec całego szeregu strajków i demonstracji. Uspokojenie nastrojów stało się celem numer jeden w zaistniałej sytuacji. Człowiekiem, który poprzez swój niekwestionowany autorytet mógł to zrobić, był uwięziony Prymas Wyszyński. Dlatego najbliżsi współpracownicy Gomułki udali się do miejsca jego uwięzienia w Komańczy, by omówić z Prymasem warunki jego uwolnienia. Kardynał Wyszyński zażądał przywrócenia Kościołowi praw i naprawienia krzywd, na co delegacja komunistyczna przystała. Niedługo potem zwolniono z więzienia biskupów i podpisano porozumienie z Episkopatem. Między innymi zgodzono się na przywrócenie religii do szkół. Tak więc i w mojej szkole wprowadzono lekcje religii, po czym, pod wpływem nauczającego jej księdza, zaczęłyśmy z Basią co dzień przed lekcjami chodzić na poranną mszę i o wszystko modlić się do Matki Boskiej. Był to okres naszej gorliwej religijności.

Rozdział 4

Nie wyobrażam sobie dalszego życia z tym egoistycznym potworem, z tym patologicznym leniem.


Okazało się, że to już trzeci miesiąc ciąży, chociaż dopiero w poprzednim po raz pierwszy nie miałam okresu. Ginekolog oświadczył, że nie wykonuje takich zabiegów, ale polecił lekarza trudniącego się tym procederem. Gdy znalazłam się wraz z Andrzejem pod jego wspaniałą willą, przed dom zajechał luksusowy samochód, z którego wysiadła elegancka kobieta w zaawansowanej ciąży i wybiegło troje dzieci:

— Państwo do męża? — Zwróciła się do nas. — Proszę wejść ze mną.

— Nie, nie — zaprzeczyłam — my tylko… zatrzymaliśmy się na chwilę, podziwiając dom. — Chodźmy stąd, Andrzejku.

— Co ty wyprawiasz? — spytał z wyrzutem w drodze powrotnej.

— Nie mogę!

— No… Ja cię rozumiem — rzekł lekko zmitygowany.

On też poczuł się nieco upokorzony. — Ale co mamy zrobić? Nie możemy sobie na razie pozwolić na dziecko… Będziesz jednak musiała do niego zadzwonić i umówić się ponownie.

Wiedziałam, że słuszność jest po jego stronie. A jednak bardzo chciałam urodzić to dziecko. Już je kochałam.


Gdy po powrocie do domu, powiedziałam o tym Andrzejowi, wpadł w szał.

— Ty chyba oszalałaś! — wrzeszczał poczerwieniały ze złości.

Zmitygował się widząc, jak zatykam uszy, i zaczął spokojnym tonem:

— Słuchaj Aniu, przecież to chodzi o ciebie. Nie dasz sobie rady, z dzieckiem, pracą i studiami. No, nie bądź nierozsądna — namawiał mnie.

— Nie zmusisz mnie do tego! — powtórzyłam z uporem. — To moja sprawa, jak sobie ze wszystkim poradzę.

Spojrzałam na niego z wyrzutem. Lękał się najwidoczniej, że przestanę mu usługiwać, gdy przyjdzie na świat niemowlę.

— Jesteś uparta jak osioł! — krzyknął z wściekłością.

Zerwał się z wersalki i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.

Nie ruszyłam się z miejsca, nie pobiegłam za nim, by go zatrzymać, jak to zazwyczaj czyniłam.

— Ten człowiek mnie nie kocha — wyszeptałam zrozpaczona. — Nigdy mnie nie kochał. On nie jest zdolny do miłości. Nie wyobrażam sobie dalszego życia z tym egoistycznym potworem, z tym patologicznym leniem. Jak on mógł rzucić pracę w gazecie? I w dodatku nie szuka innego zajęcia… Nierób przeklęty! — krzyknęłam na głos.

Przekonana byłam, że skoro nie wyszło mu z dziennikarstwem, to wróci do sądu, aby dokończyć przerwaną aplikację. Tymczasem on nie kwapił się do tego, tylko wałkonił się po całych dniach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 37.68